Macedońskie Parki Narodowe i szlaki piesze – odległości oraz wycena trudności (Magaro, Tri Mazi, Markovi Kuli itd.)

Macedonia jest wręcz rajem dla osób, które uwielbiają trekkingi lub górskie wspinaczki ze względu na zróżnicowane ukształtowanie terenu oraz wiele hektarów ziem objętych parkami narodowymi. Największym wyzwaniem dla każdego, kto zawita w tym kraju, może być wejście na najwyższy szczyt Korab (2 764 m), jednak my skupimy się na opisach innych szlaków o bardzo zróżnicowanej trudności i nachyleniu. Każdy z nich wiedzie do lub przez piękne widokowo miejsca znacząco różniące się od siebie nawzajem. Mamy więc nadzieję, że znajdziecie tutaj coś dla siebie i Macedonia trafi niebawem na Wasze podróżnicze listy! Zapraszam na:

MARKOVI KULI

Ruiny antycznej osady z wyraźnie odznaczającymi się wieżami warownymi i murami obronnymi. Znajdują się w środkowej części Macedonii, nieco na południe, nieopodal miasta Prilep. Budowlę wzniesiono na wzgórzu liczącym sobie 180 m i wbrew pozorom charakteryzuje się dość ostrymi zboczami. Wiele źródeł historycznych podaje, że przez blisko 100-200 pierwszych lat istnienia twierdzy broniło jedynie 40 osób. Na szczyt wiedzie żwirowa droga, więc jeśli ktoś prowadzi auto 4×4, może podjechać naprawdę wysoko. Jeśli nie, to radzimy zostawić samochód na samym dole i oddać się wędrówce niecałe 2 km.

Ścieżka jest szeroka, jej przejście nie zajmuje nawet godziny, a widok jest wręcz bajeczny, bowiem ze szczytu obserwujemy całą panoramę z Prilepem na czele. Nawet w maju słońce prażyło niemiłosiernie, więc warto zaopatrzyć się w butelkę wody i ubranie „na cebulkę”. Wędrówkę urozmaicają liczne motyle i dużych rozmiarów jaszczurki, w wyższych partiach możemy przejść się wzdłuż fortyfikacji, zboczyć nieco ze ścieżki i porobić trochę zdjęć. Już prawie na samym szczycie maszerujemy po kamiennych schodkach, chociaż uczucie jest dość nieprzyjemne ze względu na brak jakiejkolwiek barierki albo czegoś do przytrzymania.

Na szczycie prócz ruin stoi teraz ogromny, metalowy krzyż podświetlany nocą (dość częsty motyw przewijający się przez całą Macedonię). Za dnia nie robi specjalnego wrażenia, co więcej można spotkać tam miejscowych popijających piwko i wygrzewających się bez koszulek. Jest więc dużo potłuczonego szkła i akurat dotarcie na samiuteńki szczyt nie napawa wielką satysfakcją, przyjemniejsza wydaje się sama wędrówka. Podejście nie jest trudne, większość osób nie powinno mieć z nim problemu. Po drodze jest altanka, są też czasem ławeczki albo po prostu przystępne do odpoczynku murki.

Z powrotem można od połowy zejść już zboczami, nie wyznaczoną ścieżką, a przynajmniej tak robiła większość Macedończyków. Wiedzieli, gdzie zejście jest najłagodniejsze, a ziemia najlepiej wydeptana, więc skusiliśmy się iść za nimi. Poza bolącymi kolanami na pewno była to najbardziej efektowana forma zejścia na sam dół, niespecjalnie karkołomna.

MAGARO

Jedno z naszych większych zaskoczeń i na pewno najbardziej zapamiętanych dni w Macedonii. Szczyt znajduje się w południowo-zachodniej Macedonii, tuż obok jeziora Ochrydzkiego i jest najwyższy w paśmie Galicica. Liczy sobie 2255 m n.p.m. czyli trochę mniej niż nasze Rysy. Strasznie chcieliśmy go zdobyć ze względu na niesamowity widok rozciągający się na szczycie – widzimy stamtąd dwa jeziora po przeciwległych stronach góry. Poczytaliśmy więc wcześniej, na co mniej więcej mamy się przygotować i w zasadzie wszyscy pisali, że to łagodne wejście, w sam raz na początek w Macedonii.

Był maj, więc postanowiliśmy poczekać do czerwca, żeby śnieg na pewno stopniał (po dwóch czy trzech tygodniach pobytu widok na góry czynił diametralną różnicę). W międzyczasie obserwowałam Instagramy osób, które już wrzucały relacje z Tatr z podobnych wysokości, na jakiej mieliśmy się znaleźć, śniegu praktycznie zero, więc nastawialiśmy się dość optymistycznie.

Pech chciał, że pogoda zupełnie się nie sprawdziła, a nasz okres wynajmu samochodu dobiegał końca i wiedzieliśmy, że to nasza ostatnia szansa na zdobycie szczytu. Tak naprawdę to była kwestia szczęścia, bo w drodze na Magaro objeżdżaliśmy dookoła kilka innych szczytów i tylko nasz wyglądał, jakby zapowiadało się przedzieranie przez mgłę i chmury. Pogoda zmieniała się diametralnie średnio co godzinę (słońce, deszcz, mgła, chmury), więc zacisnęliśmy zęby i ruszyliśmy.

Wysiedliśmy z auta na jednym z punktów widokowych i w pierwszym odruchu myślałam, że wyrwie nam drzwi. To było prawie tak intensywne jak w momencie, kiedy wiatr zdmuchnął mnie przed sklepem na Islandii. I chociaż tutaj stąpało się normalnie, to słychać było dosłownie gwizdy wokół nas. Kolejny raz zastanowiliśmy się więc, czy idziemy. Idziemy.

Zostawiliśmy auto przy oznaczeniu G-6, gdzie mieliśmy do przejścia ok. 1000 m w pionie. Stając przed drogowskazem, naszym oczom ukazał się szczyt w dość ośnieżonych chmurach. Żadne z nas oczywiście nie wzięło rękawiczek, no bo po co komu rękawiczki, gdy wygrzewa się w słoneczku na 26-ciostopniowym upale. Stwierdziliśmy, że w najgorszym wypadku zawrócimy (oczywiście każdy zna już finał historii).

Szliśmy szlakiem biało-czerwonym przez las i początek był nawet przyjemny poza faktem śliskich liści pod nogami i lodowatym powietrzem, którym ciężko się oddychało. Podejście w żadnym momencie nie było płaskie, raczej trzeba się nastawić na taki jednostajny wysiłek bez przerwy. Nie turbo duży, ale warunki nie sprzyjały i ja kondycyjnie nie czułam się kwitnąco.

Przez długi czas nie natrafiliśmy nawet na odrobinę śniegu, następną zmianą była dopiero mgła, którą odsłoniły drzewa. Z początku dość rzadka, bliżej szczytu ograniczała widoczność na jakieś 10-20 metrów. Potem zaczął się śnieg, ale nie tak, że tam troszkę – po prostu nagle leżało go dużo, ale jeszcze na tyle, że człowiek był w stanie iść poboczem wzdłuż głównej ścieżki. Chwilę później już nawet to nie wystarczało, więc szliśmy, na początku ślizgając się bez większego pomysłu. W końcu zaczęliśmy wbijać buty w śnieg samymi czubeczkami i to przyniosło efekty. Motywowało nas wyłącznie, że po tym fragmencie znów rozpoczynała się zieleń i to nawet z przebłyskiem kwiatów. W każdym razie tam dało się iść.

Mnie wiara opuściła w momencie zobaczenia dużej pochyłości calusieńkiej pokrytej śniegiem. Podeszliśmy nią kawałek, dotarliśmy nawet dość wysoko. Wbiliśmy kij w ziemię, żeby sprawdzić, jak gruba warstwa śniegu tutaj zalega. Żeby Was nie okłamać, przyłożyliśmy go potem do mnie i spojrzeliśmy na mokry ślad – zapadłabym się jakoś po klatkę piersiową, więc szłam tylko i wyłącznie po skałach.

Najgorzej zrobiło się, gdy zaczął padać śnieg, a mgła się zagęściła. Do szczytu zostało jakieś 200 merów, ale zaczął znikać nam z oczu szlak i szukanie jednego oznaczenia zajęło nam koło 40 minut. Nie ma tam żadnych drzew i stwierdzono, że idealnym pomysłem będzie umieszczenie flag na kamieniach, na ziemi, którą teraz grubą warstwą pokrywał śnieg. Gdyby nie to, pewnie doszlibyśmy na szczyt, bo ja mam upór osła, a Szymon zapala się szybko jak zapalniczka na takie wędrówki, ale odezwała się w nas zdroworozsądkowość i się wycofaliśmy. Wiecie, w pobliżu żadnego numeru telefonu, nikt nie wiedział, że tam jesteśmy, zero człowieka…

Największy ubaw mieliśmy podczas schodzenia, bo dosłownie zjeżdżaliśmy na dół – czy to na butach, czy na pupie. Mieliśmy potem tyle śniegu w ubraniach, że do wieczora nie mogliśmy się wygrzać. Zawsze jak to wspominamy, trochę nam żal tego, jak wszystko się złożyło, ale z drugiej strony w podróży nie wszystko zawsze wychodzi idealnie i ma to jakiś urok.

Gdyby jednak tylko nie było śniegu, to Magaro naprawdę mogłaby być świetną, taką średnio-wysiłkową trasą z przyjemnym podejściem i fantastycznymi widokami. Polecam powtórzyć w lepszej wersji niż my.

TRI MAŽI

Jedna z moich ulubionych wycieczek trekkingowych, zwłaszcza że wyszła zupełnie spontanicznie. Naszym pierwotnym planem nie był bowiem szczyt Tri Mazi, tylko Samotska Dupka, czyli jaskinia, której poświęcimy osobny wpis. W drodze powrotnej mieliśmy jednak zapas siły, więc gdy zobaczyliśmy drogowskaz, który wiedzie jeszcze w górę, po prostu za nim poszliśmy.

Tri Mazi to szczyt w Narodowym Parku Galicica, który liczy sobie 1628 m n.p.m., a jego nazwa oznacza dosłownie „Trzej ludzie/mężczyźni”. My dostaliśmy się do niego, zostawiając auto przy jednym z hoteli w miejscowości Konjsko, skąd bezpośrednio wiedzie szlak. Stąd mamy ok. 5,5 km w jedną stronę do Samotskiej Dupki – tak naprawdę przechodzimy najpierw przez wieś, gdzie możemy pooglądać pasące się owce. Później czeka nas najbardziej pochyły odcinek malowniczo położonej trasy – cały czas idziemy czymś w rodzaju wydeptanej polany z widokiem na jezioro Ochrydzkie. Wokół jest mnóstwo kwiatów i motyli, za to niestety oznakowanie szlaku jest bardzo ubogie i przy żadnych z rozwidleń nie wiadomo, w którą stronę iść. My wspomagaliśmy się przy tym aplikacją Maps.me, która wykrywała naszą lokalizację i mniej więcej pokazywała szlaki. Do dokładności brakowało jej kilku ładnych metrów, ale i tak bardzo pomagała nam przez większość drogi, zwłaszcza na rozległych polanach, więc polecam się w nią zaopatrzyć.

W marszu przeszkadzają jedynie słupy wysokiego napięcia rozciągnięte ponad głowami… zwłaszcza że część kabli jest poobrywana i po prostu dyndają sobie swobodnie. Jeśli ktoś by się zagapił, to nie sztuką byłoby w nie wejść albo nawet ich złapać – mieliśmy nadzieję, że ta linia dawno jest wyłączona i nieczynna.

Po przejściu tego odcinka nachylenie staje się znacznie mniejsze, w wielu momentach jest wręcz po prostu płasko. Nad głowami zamiast kabli mamy drapieżne ptactwo, polana jest intensywnie zielona, czasem spacerujemy po krótkich odcinkach z kamieni czy przez mały lasek, gdzie znaleźliśmy wylinkę żmii. W trawie z kolei dostrzegliśmy róg zgubiony przez jelonka w okresie dojrzewania – udało nam się go nawet w pełni legalnie przetransportować do Polski (problemy z porożami zaczynają się ponoć dopiero, gdy ich waga przekracza 3 kg).

Później już da się dostrzec drogowskazy, ale niekiedy są one wyrwane lub wywrócone… Często jednak nie wygląda to na działanie człowieka, a jakby drewno podgryzały żyjące w parku zwierzęta. Z daleka udało nam się nawet ujrzeć jelenie przy wodopoju!

Żeby dotrzeć do Samotskiej Dupki, wychodzimy na polanę, gdzie mniej więcej w połowie musimy przejść przez wysokie trawy, wdrapać się odrobinę po skałach, aż dotrzemy do kraty z odpowiednimi oznaczeniami. W maju było tam mnóstwo liści, więc bardzo łatwo było o poślizgnięcie się, ja praktycznie dwa razy zaliczyłam spotkanie z ziemią (nie mieliśmy też dobrych butów, bo górskie schły dobrych kilka dni po śniegu z Magaro).

Wracając z powrotem tą samą trasą, po jakichś 40 minutach ujrzymy drogowskaz skierowany w górę właśnie na Tri Mazi (6 km w jedną stronę). Tak naprawdę problem sprawia może ostatni kilometr, który polega na tym, że spacerujemy już stricte po skałach, a potem grani. Na jej szczycie jest się dość szybko, ale trzeba dodać dodatkowe pół godziny, jeśli chcemy znaleźć się w najwyższym jej punkcie, czyli właśnie na szczycie, z którego wyraźnie widać 3 czubeczki. Tutaj paniom o długich włosach radzę zabrać ze sobą gumkę, bo wiar wieje niemiłosiernie i przez pół drogi albo nic nie widziałam, albo chwytałam włosy ręką, drugą się asekurując, co nie było specjalnie wygodne. Długie, grubsze spodnie również są tutaj atutem, bo na grani jest mnóstwo kłujących roślin. Jeśli jednak nie chcecie, żeby było Wam za gorąco, to ukłucia są znośne, choć częste.

Wchodzenie jest przyjemne, gorzej z zejściem ze względu na sporą stromiznę. Widoki z góry są powalające, bo widać całą panoramę jeziora Ochrydzkiego i Ochrydy z jednej strony, z drugiej natomiast daleko rozciągające się połacie zielonego Parku Narodowego. Na pewno jedne z piękniejszych górskich widoków, jakie przyszło mi oglądać, więc gorąco polecam.

Całość trasy do Samotskiej Dupki, Tri Mazi i na dół wynosi ok. 23 km i mimo że często są tu płaskie odcinki sprzyjające odpoczynkowi, to w drodze powrotnej, przez ostatnie 3 km czuliśmy już solidne zmęczenie. Jeśli chcielibyście skrócić sobie ten odcinek, to wycieczka jedynie do Samotskiej Dupki wynosi ok. 5,5 km (11 km w dwie strony), do samego Tri Mazi ok. 9,5 km (19 km w dwie strony). Cokolwiek wybierzecie, w maju/czerwcu będziecie zachwyceni.

PARK NARODOWY MAWROWO – SZLAK DO JASKINI ALICICY I WODOSPADU SIN

Mawrowo to chyba najbardziej rozpoznawalny Park Narodowy w Macedonii, który obejmuje zasięgiem wioskę Galicnik z bogatymi tradycjami i folklorem, zatopiony kościół św. Mikołaja, o którym pisałam TUTAJ, a także najwyższy szczyt Macedonii – Korab. To też miejsce z niezliczoną ilością szlaków, wodospadów i jaskiń i to właśnie do nich postanowiliśmy dotrzeć. Pierwotny plan zakładał dotarcie do Alicicy, drogowskazy podpowiedziały nam jednak, że niewiele dalej znajduje się też Sin Vir – nie wiedzieliśmy co to, więc poszliśmy sprawdzić i okazało się, że natrafiliśmy na wodospad… a nawet dwa.

Trasa do Alicicy to jedynie 3 km w jedną stronę, 3,5 do wodospadu Sin. Wraz z Szymonem do teraz toczymy zacięty bój, który park podobał nam się bardziej – on wciąż obstaje za Mawrowem, ja za Galiczicą, które w bardzo dużym stopniu się od siebie różnią. To tylko dowodzi, że każdy znajdzie dla siebie odpowiednie miejsce, dlatego warto udać się i tu, i tu!

Podejście do atrakcji jest bardzo łagodne – najpierw idziemy ścieżką pomiędzy przerzedzonymi drzewami, z widokiem na imponujące, wysokie skały. Wokół jest mnóstwo kwiatów, do przejścia mamy też kilka mniejszych strumyczków, a za nimi już cały czas idziemy wzdłuż rwącego potoku, który prowadzi nas do celu. Warto udać się tutaj w maju, ponieważ ze względu na obecność wysokich szczytów możemy trafić na roztopowe wodospady i nam udało się jeden uchwycić, nawet pisałam o nim TUTAJ.

Szlak tylko w jednym miejscu staje się nieprzyjemny, jakieś 20 minut przed jaskinią. Musimy przejść wtedy wzdłuż osuwiska, ścieżka jest wąska i łatwo, żeby komuś ześlizgnęła się noga. Jeśli chodzi o samą jaskinię, to zostanie jej poświęcony osobny post, natomiast dostać się do niej można tylko i wyłącznie przez lodowatą wodę.

Następne 500 metrów wiodące do wodospadu przebywamy po kładkach, leśną dróżką, napotykamy też kolejną jaskinię na lądzie. Ta jednak jest głęboka, wydaje się idealną kryjówką dla zwierzęcia nawet pokroju niedźwiedzia, więc tylko zerknęliśmy do środka i szybko się wycofaliśmy. W maju dojście do wodospadu jest wręcz niemożliwe, poziom wody jest za wysoki i dróżka w pewnym momencie zanika, mimo że dalej widzimy kładki, po których zwykle można przejść. Tutaj wypadałoby przyjechać w okolicach wakacji dla lepszego efektu.

Z naszej strony to już wszystko na dziś. Dajcie znać, które z tych miejsc wydaje Wam się najciekawsze i czy byliście w którymś z nich. Czekamy na Wasze opinie i relacje z podróży, a tymczasem trzymajcie się ciepło!

Macedońskie atrakcje wyrzeźbione przez naturę – Kanion Matka, Kuklica, Zatopiony kościół

Każdy z nas ma takie miejsca w podróży, do których dociera i towarzyszy mu przy tym nie tylko spokój, ale też uczucie satysfakcji oraz odmienności od tego, czym otaczamy się w codziennym życiu. Dla jednych to ucieczka na wieś, dla innych dotarcie do centrum zatłoczonego miasta – dla jednych wejście na szczyt góry, dla innych położenie się na rozpalonej słońcem plaży. Dziś z pewnością zbliżymy się do tych ostatnich, bowiem skupimy się na zakątkach, które stały się wyjątkowe właśnie dzięki działaniu sił natury.

Opowiemy Wam o jednej z najpopularniejszych atrakcji Macedonii, a później przejdziemy do tych mniej znanych, które nas urzekły znacznie bardziej. Zapraszam na:

KANION MATKA

Wobec tego miejsca mieliśmy ogromne oczekiwania – jedno z najbardziej popularnych, ponoć także najpiękniejszych, które kilka lat temu zostało odwiedzone przez moich rodziców wypowiadających się w samych superlatywach. Oboje wyobrażaliśmy sobie pełen dzikości kanion, gdzie będziemy mogli wynająć kajak i pływać przez cały dzień, robiąc zdjęcia i odpoczywając we dwoje. Rzeczywistość przedstawiała się jednak… ciut inaczej.

Kanion znajduje się na północy Macedonii – możemy dotrzeć do niego autobusem ze Skopje lub samochodem. Na miejscu jest przystępny parking, z którego oczywiście musimy trochę przejść do samej atrakcji, ale właśnie tego oczekiwaliśmy. Wiedzie stąd wiele szlaków, którymi możemy dotrzeć do średniowiecznych klasztorów, a prowadzą do nich całkiem dobre oznakowania również w postaci drogowskazów. Główną jednak atrakcją, dla której zjeżdżają się tu tłumy turystów, jest jaskinia Wreło. Do dziś nie oszacowano jej głębokości ze względu na jeziora znajdujące się w jej wnętrzu, ale istnieją przypuszczenia, że może być nawet najgłębszą na świecie.

Rezerwat zajmuje powierzchnię 5000 ha i jest miejscem sprzyjającym wielu zajęciom rekreacyjnym: pływaniu, wspinaczce (obite drogi), trekkingowi. Zwłaszcza kajakarstwo cieszy się popularnością – istnieje tutaj tor, który wykorzystywano na Pucharze Świata i Mistrzostwach Europy. Nurt rzeki był naprawdę silny, więc oglądanie takiego widowiska na żywo musi robić ogromne wrażenie. Symbole związane z kajakarstwem znajdziecie tutaj na każdym kroku, choćby w postaci kajaka zawieszonego w połowie skały, gdy wędrujecie w głąb kanionu.

Co zaskoczyło nas w stosunku do opowieści osób, które odwiedziły Matkę już jakiś czas temu, to natłok ludzi nawet poza sezonem, a także masakryczny komercjalizm przekładający się przede wszystkim na ceny, ale też atmosferę tego miejsca. To jest niestety coś, na co my jesteśmy uczuleni – mieszkamy w mieście, czas pandemii, więc jeśli tylko mamy okazję, to ucieczka w ciche miejsca jest dla nas jak najbardziej pożądana. W każdym razie dochodząc do takiego oficjalnego „wejścia” kanionu, mijamy kilka(naście) stoisk z orzeszkami, truskawkami, ręcznie robionymi pierdółkami itd., ale to nie było jeszcze takie złe.

Po drodze są też różne wystawy, np. gablotki z zamkniętymi butelkami, puszkami, papierami i różnymi innymi materiałami, gdzie pod spodem umieszczony jest czas ich rozkładu i zachęta, by przestać śmiecić, zacząć segregować i ogólnie być bardziej eko. Wszystko fajnie, tylko że niektóre z tych przeliczników mijały się wiele z prawdą i naukowymi badaniami.

Bardzo duże wrażenie robi tama postawiona na rzece Tresce, jest przeogromna i masywna, aż człowiek zastanawia się, jakim cudem zatrzymuje te hektolitry wody po drugiej stronie. Niesamowicie przyjemny jest też moment, kiedy kanion ukazuje się w całej okazałości Waszym oczom, bo skały robią imponujące wrażenie. Zaraz potem dociera do Was niestety gwar… z restauracji, gdzie ceny za przystawki sięgają rzędu 50 zł, a także przystani, gdzie można wykupić wycieczkę do jaskini Wreło, jako że nie da się do niej dojść na pieszo.

No i tu nam mina trochę zrzedła, bo od razu otrzymaliśmy informację, że nie istnieje opcja wynajęcia kajaka na cały dzień, a jedynie na godzinę (ok. 38 zł za kajak) lub dwie (ok. 76 zł – teraz prawdopodobnie więcej ze względu na słabnącą rolę złotego). Nie ukrywam, było to dla nas dość dużo i nie mówię tutaj o stosunku ceny do naszych zarobków, a po prostu o wygórowanej cenie względem całej reszty kraju, gdzie „drogi wstęp” zamykał się poniżej 15 zł za atrakcję. Jeśli więc nie uśmiecha Wam się kajak, to drugą opcją jest wypchana łódź turystyczna w cenie ok 35 zł. Not fun.

WĘDRÓWKA SZLAKIEM PIESZYM

Nasze plany zakładały dwukrotny przyjazd do Matki – na trekking i kajaki, ale postanowiliśmy zawęzić to do jednej wizyty i udać się szlakiem pieszym, który wiedzie wzdłuż rzeki. Po kilkunastu minutach wędrówki napotkaliśmy pracownika, który ostrzegł nas, że dobrze zaopatrzyć się w duże kije na wypadek spotkania ze żmiją. Wiecie, ponoć rzeczywiście żyje ich tam dużo, zresztą wspominałam, że później zdarzało nam się widzieć ich wylinki czy jadowite węże w całej okazałości, ale na zupełnych odludziach Macedonii. Wtedy jednak nie spotkaliśmy się z ani jednym przypadkiem i trochę obleciał mnie strach. No bo co ja miałabym tym kijem zrobić? Chyba tylko wydłubać sobie oczy.

No dobrze, ale idziemy – ja, Szymon i nasze kije. Ścieżka jest ogrodzona barierką, więc człowiek nie czuje lęku przed upadkiem. Podejście zajmuje ok. 3 godziny w dwie strony, ale jest niespecjalnie trudne. Widokowo też bardzo ładnie, zwłaszcza że wszyscy ludzie pływali łodziami i tylko my szliśmy szlakiem. Z czasem jednak podróż stawała się coraz mniej przyjemna, bo idąc za oznaczeniami, ścieżka zaczyna zanikać w gęstych paprociach, trzeba przecisnąć się przez parę drzew itd. Średnia to była przyjemność, wyobrażać sobie w kółko, czy się na coś nie nadepnie, więc szliśmy dość wolno. Po jakimś czasie spotkaliśmy inną rodzinę z Polski 2+2, więc radośnie przepuściliśmy ją przodem jako ewentualną przynętę. Oni też nieustannie straszyli się tymi żmijami i piszczeli.

W końcu jednak też się poddali, bo ścieżka stała się tak zarośnięta, że nie sposób było się przez nią przedrzeć i dotrzeć na koniec szlaku, co dla nas było ogromnym rozczarowaniem. Nie wiem, czy to wynikało z zaniedbania, czy z przeświadczenia, że warto podciąć te rośliny dopiero na początku sezonu. Wydawało nam się jednak, że na miejscu sprytnie przemyśleli, że wędrówki turystów nie przynoszą żadnych finansowych korzyści, więc skupiono się tylko i wyłącznie na rozwoju oferty spływów.

KAJAKIEM DO JASKINI WREŁO

Wróciliśmy na start i zostało nam stanowczo zbyt dużo czasu, żeby wracać do domu, dlatego wypożyczyliśmy w końcu ten kajak i wiosłowaliśmy na tyle szybko, żeby zdążyć obrócić nim w dwie strony i zamknąć się w dwóch godzinach (ok. 50 minut w jedną stronę do jaskini). Popłynęliśmy akurat bez żadnej grupy turystów z łodzi, co z początku wydawało się super. Dotarliśmy jednak do miejsca, gdzie wyznaczona została kładka do cumowania kajaków. Do samej kładki nie mam zastrzeżeń, jednak przejście do jaskini okazało się bardzo karkołomne. Trzeba było wejść na żwirową skarpę, która co chwilę się osuwała – żadnych barierek, sznurka do chwycenia, no niczego.

W końcu wdrapaliśmy się na górę do wejścia… a po drugiej stronie ujrzeliśmy piękny mostek, gdzie zatrzymywały się łodzie i wysadzały pasażerów na schodki itd. Trochę w tym momencie poczuliśmy selekcję na tych „gorszych i lepszych turystów”, co do najfajniejszych nie należało. No ale dobra, idziemy do środka jaskini, która na zdjęciach wyglądała oszałamiająco, natomiast w środku… było ciemno, zero podświetlenia. Pomyśleliśmy, że włączy się na czujnik, ale nic. Wokół także zero informacji, czy tak powinno być, czy nie. Wreło zwiedziliśmy więc z latarkami w telefonie, szukając tych największych formacji, stalaktytów, stalagmitów i słynnej skały w kształcie szyszki. Nie ukrywam – nie było to porywające i nasza percepcja znacząco spadła.

Gdy przypłynęliśmy z powrotem do przystani, zapytali nas, jak było, no i wspomnieliśmy o tym braku światła. Mężczyzna tak patrzy, patrzy… i nagle mówi: „A to nie włączyliście sobie?”. Okazało się, że gdzieś we wnętrzu jaskini, tej czarnej, nieoświetlonej i nieoznaczonej jaskini, znajdował się przełącznik i można było zapalić światła samodzielnie, tylko skąd mielimy o tym wiedzieć? Zapewne sternik włącza je ludziom z łodzi po tym, jak odstawi ich na ląd, więc nikt nie pomyślał o informacji dla reszty turystów.

Dla nas ta sytuacja była jedną z gorszych w całej Macedonii. Nie odbierzcie mnie źle – miejsce jest piękne, ale jest bardzo… skalane. Natłokiem ludzi, sprayem na skałach, hałasem, muzyką, właśnie tą komercją. Mieliśmy w głowach obraz tego, co musiało istnieć tu jeszcze parę lat temu i było nam po prostu przykro. Życzymy Wam więc, żebyście trafili na lepszy okres, ładniejszą pogodę, mniej ludzi… może po prostu spodoba Wam się bardziej.

KUKLICA

Po Kuklicy z kolei nie spodziewaliśmy się aż tak wiele, bo miejsce do specjalnie rozsławionych nie należy. Znajduje się w północnej części Macedonii, a jej zamienną nazwą są Kameni Kukli, czyli właśnie nic innego jak kamienne kukły. To około 130 formacji skalnych, większych bądź mniejszych, które pod wpływem erozji zostały uformowane w różne kształty, w większości przypominające ludzkie postacie. Niektóre z nich osiągają wysokość nawet 10 m. Największy wpływ na zmiany zachodzące w skałach mają opady, wiatr i temperatura.

Spacerując po tym miejscu, natkniecie się na tabliczki z nazwami poszczególnych formacji lub ich grup. Przewiną się Wam przed oczami Panna Młoda, Pan Młody, Ojciec Chrzestny czy Goście Weselni, a ich nazwy nie są kwestią przypadku, a ludowych historii, których niestety nie przytacza nikt na miejscu, nie są one również spisane na żadnych tabliczkach, a jak dla mnie są niezmiernie ciekawym elementem kulturowym.

Legenda dotyczy chłopca zamieszkującego region Kuklicy, który równocześnie spotykał się z dwiema dziewczynami, a na co dzień parał się kamieniarstwem. Zaplanował ślub z nimi na ten sam dzień i dopiero wtedy miał podjąć ostateczną decyzję – czy za żonę wziąć piękną, choć biedną, czy bogatą, ale brzydką. Gdy wybrał drugą z nich, pierwsza zdenerwowała się i rzuciła klątwę na parę młodą i obecnych gości, zamieniając ich w kamień. Wersji tej przypowiastki jest kilka, ale generalnie zawsze sprowadza się ona do poczucia zdrady i rzucenia czaru na kochanka. Pozwolę jednak przytoczyć sobie fragment, który najbardziej mi się podoba:

„Wyszła na zewnątrz i ze zdumieniem zaczęła podążać za dźwiękiem muzyki. Zobaczyła, że jej narzeczony wychodzi za mąż za inną kobietę. W tym momencie ich przeklęła. Kiedy państwo młodzi mieli się pocałować, zamarli. Razem ze swatami. Wszyscy mają uśmiechnięte twarze, dlatego nazywa się to wesołym ślubem. Och, w piekle nie ma gniewu tak silnego jak zraniona kobieta”

Niektóre kamienne rzeźby naprawdę do złudzenia przypominają kreskówkowe twarze ludzi, nawet jeden posąg wygląda, jakby grupa przyjaciół obejmowała się do zdjęcia. Jest też mnóstwo formacji skalnych, których widok z pewnej odległości przypomina płaskorzeźby. Po terenie możemy wędrować, jak tylko żywnie nam się podoba; co prawda pilnuje go dozorca, ale zwraca uwagę na odwiedzających tylko na wejściu, żeby się z nimi przywitać. Wstęp tutaj jest darmowy, ludzie praktycznie zero. Ogółem – polecamy.

ZATOPIONY KOŚCIÓŁ W MAWROWIE

Mawrowo to Park Narodowy w Macedonii, który znajduje się na zachodzie kraju i który już kilka razy przewijał się przez moje wpisy (należytą uwagę poświęcę mu jeszcze osobno). Symbolem parku jest właśnie zatopiony kościół, choć tutaj może budzić lekkie kontrowersje umieszczenie go na liście atrakcji stworzonych przez naturę. Jeśli jednak ktoś nie poczyta wcześniej o powstaniu tego miejsca, to właśnie takie może mieć wrażenie.

Kościół św. Mikołaja powstał w XIX w. i niejako spisano go na straty ok. 100 lat później w momencie powzięcia decyzji o utworzeniu na terenie parku sztucznego jeziora, które stanowiłoby nie tylko miejsce do połowu ryb, ale także źródło pozyskiwania energii. Podejrzewam, że nikt nie spodziewał się, jaką atrakcją to miejsce stanie się w przyszłości, ani że w ogóle tyle przetrwa. Budynek przez długi czas rzeczywiście był w całości pod wodą, jednak teraz przeważnie już się to nie zdarza i zawsze można dostrzec ponad powierzchnią jego dach i kawałek murów.

Warto jednak mieć na uwadze, że poziom wody zmienia się w zależności od pór roku, o czym my w zasadzie nie pomyśleliśmy. A może pomyśleliśmy, ale na zasadzie: „To fajnie, kościół będzie lepiej widoczny, łatwiej będzie go znaleźć”. Tymczasem będąc tam w maju… on stał już zupełnie obok jeziora i to spory kawałek! Trochę mi było przykro, tak nie zobaczyć go w stanie, którym wszyscy się zachwycają, ale i tak musicie przyznać, że robi wrażenie.

Podeszliśmy bliżej, a na miejscu spotkaliśmy Wasilijego – starszego już mężczyznę, który zajmował się sprzątaniem gruzowiska wewnątrz kościoła. Wywoził taczką te wszystkie fragmenty, które rozsypały się podczas podtopienia i był wyraźnie ucieszony, że spotkał jakichś turystów. Trochę z nim porozmawialiśmy, nawet skojarzył brzmienie naszych imion z macedońskimi odpowiednikami. Opowiedział nam, że ma szóstkę dzieci, że połowa wyjechała do innych krajów, że córka ma fajnie płatną pracę w Niemczech, że jest już dziadkiem. Tak jak wspominałam przy okazji pierwszego wpisu o Macedonii – Macedończycy naprawdę lubią rozmawiać; o sobie, o Was, wszystkiego są ciekawi!

Za odwiedzenie tego miejsca oczywiście nie ma żadnych opłat, ale jak już wspominałam – polecam przyjechać tu na wiosnę w czasie roztopów, podczas ciepłej zimy lub na jesień, jeśli macie chęć DOPŁYNĄĆ do kościółka.

Na dziś to już tyle. Dajcie znać, jakie miejsca Wy polecilibyście od siebie, a także czy widzieliście te wymienione przez nas. Które podobało Wam się najbardziej? Trzymajcie się ciepło!

Nietypowe oblicze Macedonii – Muzeum tytoniu, Etnografii i Aut, Marmurowe Jezioro oraz inne

Dzisiejszy wpis jest skierowany do osób, którym największą przyjemność sprawia zwiedzanie lokacji nieopisanych w przewodnikach czy niewidniejących na pierwszych pozycjach w najpopularniejszych atrakcjach Googla. Sporządziliśmy dla Was listę 5-ciu nietypowych miejsc w Macedonii, na które warto zwrócić uwagę. Nie wszystkie z nich odwiedziliśmy, a podane ku temu powody będą dla Was odpowiedzią na pytanie, czy sami chcecie próbować je zdobyć. Zapraszam na:

AUTO & ETHNO MUSEUM FILIP

Atrakcja znajduje się w południowo-zachodniej Macedonii na obrzeżach miasta Bitola. Z zewnątrz jest bardzo niepozorna, więc nawet znając jej dokładną lokalizację, musimy mieć oczy dookoła głowy, żeby dostrzec napis z nazwą muzeum na budynku. Przed nim nie natkniemy się na żadne kierunkowskazy, co z jednej strony może dziwić, a z drugiej nie do końca, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt prowadzenia biznesu przez jedną rodzinę.

Założyciel tego miejsca od zawsze był zbieraczem – pasję zapoczątkowały samochody oraz wszelkiej maści pojazdy (motory, rowery), później obiektem zainteresowań stała się historia terenów Macedonii zanim ta jeszcze powstała, a także los ludzi, którzy mieszkali właśnie w Bitoli. Mężczyzna rozmawiał z obecnymi mieszkańcami i pozyskiwał od nich pamiątki oraz przedmioty codziennego użytku po ich przodkach, aż doprowadził do takiego stanu rzeczy, że Macedończycy sami przynosili mu je do kolekcji. Ta rozrosła się do tego stopnia, że dziś na prywatnej działce stoi nie tylko dom rodzinny, ale również drugi budynek poświęcony kolekcjom, czyli właśnie muzeum.

Przyjeżdżając na miejsce, obsłuży Was albo ojciec rodziny, albo jego córka, która mówi po angielsku. Nie opowiada o każdym przedmiocie, wybiera kilka najciekawszych, o których napomknie i w milczeniu oprowadza zwiedzających po parterze i piętrze. Nie ma problemu z robieniem zdjęć czy nawet wejściem do samochodów, które stanowią eksponaty – dziewczyna sama do tego zachęca. Głównie czeka na pytania i odpowiada na wszystko, co tylko chcecie. Mam wrażenie, że pozwoliłaby na naprawdę dużo, byle gość czuł się usatysfakcjonowany, a nas wprawiało to aż w lekkie zakłopotanie.

Wstęp do atrakcji kosztuje ok. 7,5 zł (100 MKD za osobę). Cena jest niewysoka, a w jej ramach skosztowaliśmy nawet domowo pędzonej rakii. Dziewczyna nalała ją z małej, drewnianej beczułki z kranikiem i po pierwszym kieliszku wręcz namawiała, żebyśmy napili się jeszcze. Najbardziej rozbawiło nas, że odmówiliśmy, no bo przecież przyjechaliśmy samochodem, na co dziewczyna machnęła ręką i stwierdziła: „It’s not a problem!”. Wtedy styl jazdy Macedończyków wydał nam się bardziej uzasadniony niż zazwyczaj.

Po rodzinie widać, że ma żyłkę do interesów – potrafiła przekształcić pasję w biznes i nieustannie go rozbudowywać. Jedno skrzydło muzeum zajmuje jadalnia, nad którą znajduje się pokój (lub kilka) sypialnianych. Wisi tam gobelin Ostatniej Wieczerzy, jest też również rosyjska ruletka. Niestety części restauracyjno-hotelowej jeszcze nie uruchomiono ze względu na pandemię i restrykcje, więc jest to stosunkowo nowy projekt. Oprócz tego właściciele zajmują się wynajmem starych samochodów na ślubne sesje zdjęciowe i na tym również dodatkowo zarabiają. W jednym pokoju mają nawet cały stół z wywołanymi fotografiami. Dla nas wyglądały trochę kiczowato, natomiast niewątpliwie przynosiły zyski i cieszyły się zainteresowaniem, sądząc po ich ilości.

Jeśli chodzi o całokształt muzeum, to na zewnątrz i na parterze znajdują się głównie stare modele samochodów (nawet nasz polski maluch!) oraz motorów, powstaje też nowa wiata na rowery. Jedną ścianę zajmują radia, inną narzędzia różnego rodzaju, a pod sufitem wisi mnóstwo lamp naftowych. Oprócz tego w mniejszej ilości znajdują się żelazka, koła, koszyki, stare naczynia, świeczniki – zupełnie jakbyście przenieśli się w czasie do zamożnego, acz mocno zagraconego domostwa.

Na pierwszym piętrze urządzono kilka pokoi na różną modłę, np. turecką lub żydowską, a każdy z nich odzwierciedla życie jakiejś społeczności lub grupy etnicznej. Ustawiono tutaj także aparaty, maszyny do pisania, manekiny z założonymi strojami ludowymi, a także najciekawszy element wystawy – organy, liczące sobie ponad 800 lat. Ku naszemu zaskoczeniu córka właściciela zachęca, byśmy usiedli i zagrali (!), ale wiecie, trochę baliśmy się czegoś uszkodzić. Przyczynienie się do zepsucia takiego antyku musiałoby kosztować fortunę. Dziewczyna widziała nasze obawy, więc sama usiadła na krzesełku i tylko przeprosiła nas, że nie umie grać. Nacisnęła jednak kilka klawiszy po sobie i przez całe pomieszczenie przeszedł dźwięk, który aż sprawił, że przeszły nas ciarki. Niesamowite przeżycie, naprawdę – nawet dla tej jednej chwili warto odwiedzić to miejsce.

Macedonka chyba widziała nasz entuzjazm, bo pokazała nam część wystawy, która jeszcze nie jest dostępna dla zwiedzających – pewnie dlatego, że eksponaty nie są jeszcze wyczyszczone ani uporządkowane i znajdują się w czymś w rodzaju kantorka/kanciapy. Tam są już takie typowo ogrodowe rzeczy, ale możemy dostrzec wśród nich ogromny powóz, taczki, beczki, dzbany czy piecyki.

Całe miejsce charakteryzuje się niesamowitą atmosferą, spędziliśmy w nim świetny czas. Uważam, że to jedna z ciekawszych, mało znanych atrakcji wśród Polaków, choć gości tam stosunkowo dużo turystów z reszty Europy. Polecam ogromnie.

MUZEUM TOŜE PROESKIEGO

To jest dla mnie absolutny ewenement, który w ogóle miażdży moje postrzeganie świata. Jeden z niewielu razy, kiedy odczułam w Macedonii coś pokroju szoku kulturowego, takiej zupełnie innej mentalności. Atrakcja znajduje się nieco na zachód od centralnej części Macedonii w miejscowości Kruszewo, skąd wywodzi się Tose Proeski. Kim w ogóle jest ta postać? My też nie mieliśmy zielonego pojęcia, ale zaczęliśmy poważnie zadawać sobie to pytanie, gdy przechadzaliśmy się miastem i wszędzie widzieliśmy jego podobizny. Zdjęcia, plakaty i pomniki powiązane z muzyką dały nam dość jasny obraz tego, kim ów człowiek jest – piosenkarzem, który w Kruszewie spędził większość życia. Zginął tragicznie w wieku 26 lat podczas wypadku samochodowego, co doprowadziło do ogłoszenia żałoby narodowej w Macedonii. Postać jest niemalże gloryfikowana – możemy spotkać ją wszędzie, nawet na moście artystów w Skopje. Pomnik umiejscowiono po skrajnej stronie mostu i chyba zastąpił inny (zapewne kogoś, kto nie był Macedończykiem z krwi i kości…).

Z czego wynika popularność artysty? Działalność międzynarodowa, wystąpienie na Eurowizji w 2004 roku, tragiczna śmierć i jeden z nielicznych artystów, którego kariera zaczęła się już w obecnej Macedonii, a nie tylko na jej byłych terenach, to kilka najmocniejszych argumentów. Nagrał również piosenkę, która stała się hymnem UNICEF. Nie znać go w Macedonii, to po prostu grzech. Wrażenie to tylko i wyłącznie pogłębiło muzeum poświęcone życiu artysty… No bo wyobraźcie sobie, że wraz ze śmiercią Krzysztofa Krawczyka nie dość, że ogłaszamy żałobę narodową, to jeszcze tworzymy ogromne muzeum na temat jego życia, gdzie możemy obejrzeć nawet skarpetki, w których chodził… Mimo ogromnego grona sympatyków nikt jakoś nie wpadł na taki pomysł – witamy w Macedonii.

Muzeum jest bardzo nowoczesne, w większości przeszklone. Za wstęp płacimy 100 MKD (ok 7,5 zł), a w środku możemy szukać ze świecą informacji po angielsku – wszystkie tabliczki są w języku macedońskim. Na samym środku znajdują się dwie ogromne tafle rozciągające się aż po sam sufit z tekstami piosenek. Wzdłuż ścian ustawiono gabloty z ponad 350 eksponatami, czyli rzeczami, które należały do artysty. Parter jest poświęcony prywatnemu życiu Tose Proeskiego, pierwsze piętro jego karierze. Możemy oglądać ubrania, przedmioty codziennego użytku, maskotki od fanów, nagrody, statuetki itd. Jako obcokrajowcy nie dostajemy zbyt wielu informacji praktycznych, jednak jesteśmy w stanie mniej więcej zwizualizować sobie, czym piosenkarz zajmował się w wolnym czasie, jakie miał podejście do życia i inne zainteresowania poza muzyką. Co nas zwaliło z nóg, to gablotka, w której widniała biblia oraz obrazki świętych, a obok nich od razu podobizna artysty. Całość była tak skomponowana, że wyglądało, jakby był przynajmniej na równi z nimi i taka gloryfikacja przewijała się przez całe muzeum.

Zwiedzanie samo w sobie nie jest nie wiadomo jak godne polecenia, chyba że rzeczywiście wcześniej poczytamy trochę o historii piosenkarza albo lubimy jego muzykę. W przeciwnym razie to po prostu oglądanie w większości przeciętnych rzeczy, które mogłyby należeć do każdego człowieka i za wiele kulturowych czy społecznych aspektów nie wniesie to do Waszego życia. Weszłabym jednak głównie ze względu na tę podniosłość względem artysty, żeby uzmysłowić sobie, jak monstrualne rozmiary ona przybiera. Dla nas to był naprawdę szok.

MARBLE LAKE

Miejsce, którego niestety nie odwiedziliśmy, mimo że mieliśmy na to ogromną ochotę. W końcu wystarczy spojrzeć na zdjęcie poniżej, żeby się zachwycić. Jezioro znajduje się na obrzeżach miasta Prilep (wioska Belovodica ok. 20 km dalej) znajdującego się lekko na południowy zachód od centralnej części Macedonii. Charakteryzuje się niesamowicie turkusowym kolorem i otaczającymi je blokami marmurowymi, czyli pozostałościami po istniejącej tam niegdyś kopalni marmuru, którą zamknięto tuż po dokopaniu się do źródła wody. Zbiornik jest długości dwóch długich basenów – 100 m, a jego głębokość to 40 m, co musi robić imponujące wrażenie, kiedy jest się na miejscu.

Zdjęcie pochodzi ze strony Pinterest – autor: BoceA, platforma: fivehundredpx

Atrakcja wciąż widnieje na liście najbardziej polecanych w Macedonii, natomiast dzień przed planowanym wyjazdem tam przeczytaliśmy, dlaczego jednak warto wstrzymać się na razie z podróżą. Od roku 2018 da się przeczytać coraz nowsze opinie turystów na temat tego, że kopalnię uruchomiono ponownie, więc dojazd do niej jest bardzo karkołomny i lepiej nie wybierać się tam bez auta z napędem 4×4. Mnóstwo dziur, nawigacja się urywa, ale nie to jest największym problemem. Oficjalnie miejsce zostało zabronione do odwiedzin. Można oczywiście olać zakaz i pojechać mimo tego, jednak na miejscu rozpanoszyło się ponoć bardzo dużo dzikich psów, które atakują nie tylko inne czworonogi, ale też nie są przyjaźnie nastawione do ludzi (do tego stopnia, że trzeba czekać w aucie, by móc ruszyć, aż znudzą się cudzą obecnością).

Na razie nie wiadomo, czy i kiedy sytuacja zostanie opanowana, a miejsce ponownie otwarte dla zwiedzających. Po pięknych zdjęciach zostało zapewne tylko wspomnienie ze względu na mnóstwo pyłu i błota nanoszonego przez przyjeżdżające tam maszyny. Wyobraźcie sobie jednak, że kiedyś w tym jeziorze można było pływać, co zwłaszcza w lecie uskuteczniali lokalsi. Były jednak pewne wątpliwości związane z bezpieczeństwem i czystością wody, natomiast nie wydano żadnego oficjalnego orzeczenia i Macedończycy stwierdzili, że w takim razie wszystko jest OK.

WINNICA – ROYAL WINERY QUEEN MARIA

Polecam odwiedzenie przynajmniej jednej winnicy w trakcie pobytu w Macedonii, niekoniecznie tej opisywanej przeze mnie. Najbardziej popularną jest Kamnik na obrzeżach Skopje, gdzie budynek wzniesiony na polu winorośli wygląda zupełnie jak przeszklony pałac. Niestety degustacja tam jest dość droga i trzeba poprzedzić ją rezerwacją przez stronę internetową. Royal Winery Queen Maria była jedną z niewielu, gdzie cały teren był dostępny dla odwiedzających za darmo, a do tego naprawdę ładnie zagospodarowany. Mamy oczywiście winnicę, winiarnię, podlegający pod teren hotel, ale też pięknie zagospodarowaną przestrzeń wraz z… pawiami oraz perliczkami! Jest ich mnóstwo, z kilkadziesiąt sztuk – chodzą wypuszczone luzem, chętnie pozują do zdjęć i nie płoszą się na widok ludzi.

Obsługa jest naprawdę przemiła. Gdy przyjechaliśmy, akurat padało, a i tak ktoś nas zaczepił i spytał, czego potrzebujemy – nawet odprowadził nas pod same drzwi. Podczas wybierania wina dokładnie to samo podejście; nikt nie spoglądał na nas z góry albo jak na potencjalnych biedaków, którzy nie za wiele kupią, co np. zdarza nam się w Polsce. Nie wiem, czy też się z tym spotykacie, ale bardzo często w sklepach z droższymi alkoholami obsługa chyba ze względu na moją dziecięcą buzię i preferencje cenowe poniżej miliona złotych jest raczej mocno sceptyczna i niechętnie pomaga. W Macedonii mężczyzna poopowiadał nam o winach, doradził i ostatecznie kupiliśmy cztery butelki za łącznie 90 zł! Ceny są naprawdę opłacalne zwłaszcza ze względu na stosunkowo wysoką jakość – w dodatku możemy nabyć takie wina, jakich nie znajdziemy w przeciętnych marketach. Polecam mocno!

MUSEUM OF TOBACCO

Nie wiem czy wiecie, ale Macedonia poza uprawą warzyw specjalizuje się również od 500-set lat w produkcji tytoniu. Ponoć jest bardzo dobry jakościowo i smaczny, aczkolwiek żadne z naszej pary nie pali, więc czy to prawda, tego nie potwierdzimy. To też powód, dla którego atrakcję pominęliśmy, ale jeśli kogoś temat „jara”, to na pewno będzie zachwycony. Muzeum o tej tematyce jest jednym z większych w Europie i gromadzi ponad 2,5 tys. obiektów, z czego część należała do znanych postaci historycznych z różnych państw. Sama wystawa może nie jest specjalnie zajmująca, jednak uroku dodaje im personel, który bardzo ciekawie opowiada – pewnie zależy, na kogo się trafi. Bardzo istotne z punktu zwiedzania jest to, że obiekt nie ma konkretnych godzin otwarcia – musicie umówić się sami przez telefon: +389 48 434 011 lub znaleźć kontakt online na macedońskich stronach. W przeciwnym razie należy liczyć na to, że ktoś akurat będzie w środku podczas naszych odwiedzin i będzie na tyle łaskawy, że nas wpuści. Jeśli chodzi o cenę, to tutaj zetknęłam się z rozbieżnością informacji, w każdym razie waha się ona od 0-120 MKD (niecałe 9 zł max).

To nasze TOP 5 ciekawych miejsc, które chcieliśmy Wam podsunąć, jeśli zamierzacie wybrać się kiedyś do Macedonii. Mamy nadzieję, że wybierzecie chociaż jedno z nich i dacie nam znać, jakie są Wasze wrażenia. A może już byliście w którymś z nich i Wasze odczucia okazały się zupełnie odmienne od naszych? Koniecznie dajcie znać, a tymczasem trzymajcie się ciepło!

Ranking starożytnych ruin na terenie Macedonii – ceny, porady praktyczne i lokalizacja

Jak już wspominałam przy okazji wielu poprzednich wpisów, Macedonia jest stosunkowo młodym państwem, które powstało na terenach niegdysiejszej Bułgarii, Albanii oraz Grecji. Zwłaszcza nazwa ostatniego kraju (ale nie tylko) powinna sugerować, jakie bogactwo kulturowe zamknęło się w granicach nowo powstałego kraju. Mimo że kierunek nie jest bardzo popularny, obfituje w mnóstwo starożytnych zabytków, które możemy podziwiać nie tylko w muzeach, ale także udając się na stanowiska archeologiczne i to właśnie na nich skupi się dzisiaj moja uwaga. Zapraszam na:

Jeśli jesteście fanami historii, będziecie zachwyceni, bowiem wiele wykopalisk jest naprawdę sporych rozmiarów, a budowle i figury potrafią być bardzo dobrze zachowane. To też jedne z niewielu miejsc na terenie całego kraju, gdzie przykłada się wagę do informacji – znajdziemy wiele tabliczek, znaków, mapek i opisów, co raczej nie uchodzi za chleb powszedni w Macedonii.

Oczywiście nie udało nam się zwiedzić wszystkich tego typu miejsc – informacje o nich bardzo ciężko odszukać w Internecie, a my natrafialiśmy na nie spontanicznie, kiedy jadąc gdzieś samochodem, zauważaliśmy charakterystyczny zjazd na atrakcję w postaci brązowej tabliczki z białym filarem. Odwiedziliśmy ich jednak na tyle dużo, że możemy podpowiedzieć Wam, czego się spodziewać, na co zwrócić uwagę, no i gdzie szukać! Na samym dole znajdziecie też rankingi, które sporządziliśmy dla Was, biorąc pod uwagę różne kryteria odwiedzonych wykopalisk.

STOBI

Znajduje się w środkowej Macedonii, nieco bliżej wschodu. Początki Stobi przypadają na ok. VII – VI w. p.n.e., co czyni je najstarszymi wykopaliskami w kraju. Miasto osiągnęło świetność za czasów panowania Oktawiana Augusta i stanowiło jeden z ważniejszych ośrodków handlowych. Jego żywot zakończył się kilka wieków po narodzeniu Chrystusa w wyniku potężnego trzęsienia ziemi oraz kilku innych towarzyszących mu okoliczności. Ciekawostka – to właśnie tu po raz pierwszy użyto nazwy denara, który później stał się walutą kraju.

Będąc tam w maju, miejsce zrobiło na nas niesamowite wrażenie i to nie tylko pod względem historycznych pozostałości, a samego otoczenia. Teren, po którym się poruszamy, jest dość duży, na pewno największy i najbardziej okazały spośród tych, które znajdą swoje miejsce w tym wpisie. To zapewne powód, dla którego zwiedzanie nie jest aż tak swobodne jak w przypadku innych wykopalisk. Mamy tutaj wyznaczone ścieżki, oznaczenia, w wielu miejscach są także zawieszone sznurki, których nie powinniśmy przekraczać. Trochę tu już wiało takim „typowym miejscem turystycznym”, chociaż obszar wokół był zupełnie dziki i nietknięty przez człowieka. Piękny obraz, zwłaszcza że w Polsce widzi się go coraz rzadziej – łąka porośnięta makami i innymi kwiatami w tak dużym stopniu, że przykrywały częściowo fragmenty kolumn leżące na ziemi. Miejsce stało się idealnym domem dla sporych rozmiarów żółwi, które chowały się w wysokiej trawie lub wygrzewały skorupy na słońcu.

Jeśli chodzi o zabytki, to do przejścia mamy 19 znacznie oddalonych od siebie stanowisk, do których możemy podążać z mapką otrzymaną na wejściu. Znajdują się tu m.in. pozostałości po łaźniach, więzieniu, fontannie, licznych bazylikach, a nawet kasynie. Przyjeżdżając tutaj, pierwszym miejscem, które rzuci Wam się w oczy, będzie również antyczny teatr zachowany w naprawdę dobrym stanie. Pierwotnie mieścił ponad 7,5 tys. osób, toczyły się tutaj walki gladiatorów. Co ciekawe, oznaki zniszczeń czy braków, które dostrzegamy w budowli, wcale nie wynikają z upływu czasu czy zdarzeń, o których wspominałam wcześniej. Po prostu była to konstrukcja na tyle duża i materiałochłonna, że już w V w. zaczęto stopniowo rozbierać ją, a budulca używano do stawiania nowych obiektów w mieście (na zdjęciu wyraźnie widać, że proces ten rozpoczęto od lewej strony).

Pozostałości po mieście są dość dobrze zachowane – zawsze jesteśmy w stanie dostrzec całkowity zarys budynku, kolumny, łuki, płaskorzeźby czy… mozaiki, które w wielu miejscach są niemalże nieuszkodzone i na nas robiły największe wrażenie. Przykładem tego jest jeden z obiektów sakralnych, nad którym rozciągnięto rusztowania ze schodami i barierkami. Górę ruin osłonięto dachem, aby na ziemię nie skapywał deszcz, chroniąc je tym samym przed wiatrem czy nadmiernym słońcem. Widok z lotu ptaka zapewnia nam nie tylko lepszą widoczność na ogrom pozostałości, ale też pozwala na lepsze zaobserwowanie wzorów ułożonych z drobnych kamyczków i płytek, które z innej perspektywy trudno byłoby dostrzec i docenić. Mnie zachwyciło, że kulturowo dzieliło nas tyle lat z ich twórcami, a mimo tego dalej używamy podobnych symboli czy potrafimy rozpoznać przedstawione motywy. Największe wrażenie robi z pewnością baptysterium, sami spójrzcie.

Wstęp tutaj kosztuje 120 MKD (8,92 PLN) i jak najbardziej polecamy odwiedzenie tego miejsca. Co dziwne, na wejściu znajdują się obrotowe bramki, jednak większość osób omija je, nawet nie płacąc. Warto jednak podejść do okienka i wesprzeć finansowo to miejsce, w którym wciąż istnieją czynne stanowiska archeologiczne. Kobieta w kasie była, zdaje się, zaskoczona naszą uczciwością, ale przecież dla nas to niewielki wydatek, a dla nich spore wsparcie.

HERAKLEA LYNCESTIS

Dużo mniejsza względem Stobi, bo licząca jedynie 10 stanowisk i położona na znacznie mniejszym, skupionym terenie. Znajduje się na południowym zachodzie Macedonii w pobliżu miasta Bitola i została założona przez Filipa II Macedońskiego w IV w. p.n.e. Nazwano ją na cześć Heraklesa, co miało przywodzić na myśl zwycięstwo i chwałę. Tutaj również prócz rabunków kres miasta wyznaczyło trzęsienie ziemi, po którym mieszkańcy stopniowo zaczęli wyjeżdżać i szukać nowego miejsca do osiedlenia się.

Wśród najciekawszych zabytków znajdują się termy, bazyliki z dobrze zachowanymi mozaikami czy teatr. Ten odkryto stosunkowo późno, bo dopiero w XX w., a wskazówką nakierowującą na miejsce poszukiwań  była odnaleziona kostka pełniąca rolę biletów w czasach starożytnych. Dla mnie to w ogóle niesamowicie fascynujące, jak taki drobiazg mógł przyczynić się do takiego odkrycia. Teatr w głównej mierze pełnił scenę do walk gladiatorów, na miejscu znajdowały się trzy klatki ze zwierzętami i tunel, którego oba wyjścia możemy obserwować po dziś dzień.

To co na nas zrobiło też ogromne wrażenie, to system kanalizacyjny, który można dostrzec, idąc przez sam środek wykopalisk. Stawiając pierwsze kroki, ma się wrażenie, że przed wami rozciąga się dróżka wyłożona z kamieni, ale jeśli przyjrzycie się bliżej, to wyraźnie widzicie prześwity pomiędzy nimi i dziurę (rynnę), która znajduje się pod spodem. Cóż, na pewno był to jakiś sposób na odprowadzanie nieczystości z gospodarstw i zachowanie większej higieny, ale z drugiej strony wyobraźcie sobie, jaki w mieście musiał rozciągać się zapach…

To miejsce słynie także z mozaik – ta, która znajduje się w Wielkiej Bazylice, została nawet umieszczona na banknocie o nominale 5000 MKD.

Zwiedzanie kosztuje 60 MKD (4,46 PLN) i jest zupełnie swobodne – mam wrażenie, że moglibyście nawet chodzić po mozaikach i skakać po murkach, a nikt nie zwróciłby Wam uwagi. Oczywiście to nie powód, żeby tak robić, ale czasami ułatwiało np. robienie zdjęć, jeśli kogoś temat interesuje. Warto też zaopatrzyć się w dobre buty – na miejscu jest sporo roślin, które gubią takie jakby kolce czy szpiczaste rzepy, które wbijają się w podeszwy. Moje były zupełnie poszatkowane i pełne dziurem po odwiedzeniu tego miejsca, bo były za miękkie.

BARGALA

Bargala nie jest jakoś szczególnie polecana w Internecie, raczej ciężko znaleźć ją jako atrakcje wypisane na polskich stronach. Mimo tego pojechaliśmy, by przekonać się, z czym to się je i nasze uczucia były raczej… mieszane.

Miasteczko powstało mniej więcej w IV w. i znajduje się w okolicy Sztipu (Štip). Nie ma tam zbyt wiele do zobaczenia zarówno pod względem rozmiarów tego miejsca, jak i większych atrakcji, przez co wstęp jest darmowy. Oczywiście jest tu bazylika czy łaźnie, jednak brakuje jakichkolwiek informacji w postaci chociażby małych tabliczek, co jest czym. Nie ma też wytyczonej drogi do zwiedzania, co chyba niespecjalnie nikogo zaskakuje. Najciekawszym elementem zabudowań są potężne mury obronne – jeśli ktoś ma ochotę, może wejść na ich samą górę przy użyciu zachowanych schodków.

Powiem tak – jeśli ktoś jest fanem historii czy architektury, to i tak mu się tu spodoba, jednak dla każdego przeciętnego odwiedzającego, zwłaszcza jeśli zobaczył już dwie wymienione przez nas wcześniej pozycje, nie będzie to raczej nic ciekawego czy odkrywczego. Warto tu wstąpić, jeśli zwiedzamy coś w pobliżu, tak jak my to zrobiliśmy – w przeciwnym razie odradzam planowania wyjazdu specjalnie tutaj. Nas dodatkowo złapała ulewa, więc uciekaliśmy stamtąd dość szybko.

Są jednak pozytywne aspekty, na które udało mi się zwrócić uwagę. Na pewno monumentalne wejście w postaci łuku robi wrażenie. Na miejscu możemy zobaczyć ciekawie przebiegający proces niszczenia kolumn, które zmieniły kolor na różowy. Możemy odnaleźć też niewielkie pomieszczenie z piecem, gdzie po dziś dzień zachowały się zwęglone ślady po jego użytkownikach.

(ARHEO PARK GRADIŠTE) BRAZDA

Gdybym robiła ranking porażek i to nawet nie tylko w kwestii tego postu, a całości naszego wyjazdu do Macedonii, to byłoby moje TOP 1. Brazda znajduje się w okolicy Skopje, więc sąsiedztwo stolicy, a także wyniosła nazwa parku archeologicznego zachęciły nas do odwiedzenia tego miejsca, do którego prowadził dosłownie jeden drogowskaz.

Z tego co czytaliśmy, w tym miejscu odnaleziono ogromną płytę nagrobną, przykrywającą grób jakiegoś niegdyś żyjącego na tych terenach dygnitarza. Pod spodem znajdowała się komora uformowana z wielkich, ciosanych głazów, które transportowano w to miejsce ponad 20 km. Po takim opisie spodziewaliśmy się grobowca na miarę Aleksandra Macedońskiego, natomiast naszym oczom ukazało się to:

Na pytanie, czy znajduje się tam cokolwiek więcej – otóż nie, chyba że interesują Was ruiny znajdujące się niedaleko, gdzie prócz kilku ścian spryskanych sprayem, mnóstwa roztrzaskanego szkła i dość nieprzyjemnego zapachu, nie uświadczycie niczego. Jeśli więc kiedyś nazwa obije się o Wasze uszy, najlepiej to zignorować i darować sobie tę wątpliwą przyjemność.

SCUPI

To akurat coś, czego żałuję bardzo. Miasto są położone w bliskim sąsiedztwie Skopje –powstało ok II w. p.n.e. i również opustoszało po trzęsieniu ziemi w VI w. n.e. Wykopaliska są też jednymi z większych, choć może gorzej zachowanych niż Heraklea czy Stobi.  Niestety przyszło nam je oglądać wyłącznie zza krat. Teren ogrodzono i zamknięto na kłódkę, a kiedy zapytaliśmy ludzi mieszkających w pobliżu, kiedy zostanie ponownie otwarty dla turystów, stwierdzili, że nie wiedzą i że tak już jest od jakiegoś czasu. Prawdopodobnie więc COVID odcisnął tutaj swoje piętno i nie było nam dane zwiedzić tego miejsca, ale Wy jedźcie tam koniecznie, jeśli będziecie mieć okazję i dajcie nam znać, jak było!

PLAOŠNIK

Wykopaliska znajdujące się w samej Ochrydzie, o których pisałam TUTAJ. Znajduje się przy nich jedna z ciekawszych cerkwi Macedonii, którą możemy zwiedzić od środka. Znajdziemy tutaj dobrze zachowane kolumny z rzeźbieniami, chrzcielnicę, ruiny budowli wraz z łukami czy mozaiki na posadzkach. Co ciekawe, nad nimi powstaje cały kompleks budynków wyglądający jak hotel, pod którym dalej prowadzone są prace archeologiczne. Wstęp jest płatny: 50 MKD za bilet ulgowy/studencki (ok. 3,70 zł) i 100-200 MKD za osobę dorosłą (7,50-15 zł). Po więcej informacji zapraszam bezpośrednio przez link.

To wszystkie z wykopalisk, które udało nam się odwiedzić. Przyszedł więc czas na podsumowanie i rankingi dotyczące różnych aspektów zwiedzaniowych:

RANKINGI

RANKING 1 – WYKOPALISKA, KTÓRE OFERUJĄ NAJWIĘCEJ ZABYTKÓW/CIEKAWOSTEK DO ZOBACZENIA:

  1. Stobi
  2. Heraklea
  3. Plaośnik
  4. Bargala
  5. Brazda
  6. ??? Scupi ??? (prawdopodobnie uplasowałoby się na 1-2 miejscu)

RANKING 2 – NAJLEPSZY DOSTĘP DO INFORMACJI NA MIEJSCU

  1. Stobi
  2. Plaośnik
  3. Heraklea
  4. Brazda
  5. Bargala
  6. ??? Scupi ???

RANKING 3 – NAJWIĘKSZA SWOBODA ZWIEDZANIA

  1. Brazda/Bargala
  2. Heraklea
  3. Stobi
  4. Plaośnik
  5. ??? Scupi ??? (zapewne zbliżona do Stobi)

Z naszej strony to byłoby wszystko. Dajcie znać, czy kiedykolwiek odwiedziliście jakieś z tych miejsc albo czy mieliście je w planach. Czy zmieniliśmy odrobinę Wasze spojrzenia na nie? Trzymajcie się ciepło!

Co warto zwiedzić w okolicach Ochrydy? Czyli muzea, klasztory oraz rezerwaty przyrody

Przy okazji poprzednich postów wspominałam o najciekawszych atrakcjach Ochrydy, natomiast dziś chciałabym przedstawić Wam pomysły na kilka krótkich wycieczek właśnie z tego miasta. Jeśli już zawitaliśmy w tych rejonach Macedonii, grzechem byłoby nie wykorzystać okazji, zwłaszcza że większość z poniższych pozycji mogą zobaczyć zarówno zmotoryzowani, jak i nie (dostępność łódką, wykupienie rejsu, autobus). Przedstawiamy więc trzy miejsca, w które warto udać się zwłaszcza w pogodne dni i niewielkim nakładem siły poznać nowe zakątki świata:

BAY OF BONES

Muzeum na wodzie, które w całości stanowi rekonstrukcja osady tudzież wioski rybackiej istniejącej w tym miejscu już w czasach prehistorii. Jest raczej niewielkie, ale niesamowicie fotogeniczne i raczej nietypowe – w każdym razie ja nigdy widziałam podobnego miejsca. Zatoka Kości swoją nazwę zawdzięcza prawdopodobnie szczątkom zwierzęcym, które odnaleziono na tych terenach (czaszki, proste narzędzia). Wstęp kosztuje 100 MKD (ok. 7,5 zł) niezależnie od wieku, nie przysługują tutaj żadne zniżki, co jest dość niespotykane, biorąc pod uwagę każdą inną atrakcję kraju. Nawet specjalnie o to zapytaliśmy, ale mężczyzna za ladą zbył nas dość nieuprzejmie i chyba miał zły dzień.

DOJAZD

Obecnie możemy dotrzeć tu drogą lądową – samochodem z Ochrydy zajmie nam to około 20-stu kilku minut (jest też ponoć autobus za 1 EUR, ale z niego nie skorzystaliśmy). Niby to tylko 16 km, ale droga przez wioseczki, z wieloma zakrętami i średniej jakości asfaltem. Drugą opcją jest wykupienie rejsu. Ich ceny wahają się średnio od 5-20 EUR, gdzie 5 to mała łódeczka z silnikiem, a 20 to duży wycieczkowiec, jeśli miałabym zobrazować Wam przekrój wielkości i jakości. Który wybór wydaje się lepszy? Praktykowałam oba i każdy ma swoje zalety. Podróżując autem, zwłaszcza w środku tygodnia, na pewno nie natkniemy się na tłumy ludzi i zwiedzanie jest po prostu przyjemniejsze, we własnym rytmie. Rejs z kolei zapewnia nam opiekę przewodnika, który wzbogaci wycieczkę w ciekawe informacje. Na miejscu co prawda są tabliczki informacyjne, ale napisane dość topornym angielskim – dużo trudnych słów i zlepków typu „Kali jeść, Kali pić”. Trzeba jednak pamiętać, że taką przyjemność należy wcześniej zarezerwować w porcie i zapłacić zaliczkę. Nie polecę więc tutaj lepszego rozwiązania, bo to bardzo mocno zależy od Waszych preferencji.

ZWIEDZANIE

Rozpoczynając zwiedzanie, wchodzimy do pomieszczenia, gdzie możemy obejrzeć oryginalne fragmenty naczyń i… drewnianych pali. Na samym środku pokoju znajduje się duży zbiornik ze specjalnym roztworem, dzięki któremu drewno nie rozkłada się, nie gnije, tylko pozostaje w niezmienionej formie dla zwiedzających. Jak więc wioska utrzymywała się przy życiu kiedyś, skoro takich metod nie było? Otóż nie utrzymywała się i dlatego osadę wznoszono ciągle od nowa, zwłaszcza że jednym z jej głównych budulców była glina, która z wodą za bardzo się nie lubi.

Dziś w każdym z domków możemy odnaleźć charakterystyczne „umeblowanie” w postaci przędzy, koszyków, kominków, dzbanków, słomianych rolet okiennych, kołysek dla dzieci, łóżek, czaszek czy skór zwierzęcych. Oczywiście są sztuczne, co czuć nie tylko w dotyku, ale widać na pierwszy rzut oka chociażby po niedźwiedziu z wydłubanym okiem i plastikowym nosem. Do każdego domku można wejść i jego stylizacja, choć podobna, cechuje się pewnymi różnicami, przez co uwaga zwiedzającego zostaje zachowana. Elementem, którego już dziś nie zobaczycie, jest drewniana klapa znajdująca się w każdym domostwie. Ponoć służyła do połowu ryb, aczkolwiek stanowiła też pewne zagrożenie, zwłaszcza dla dzieci… Według tego, co możemy przeczytać na miejscu, na wszelki wypadek obwiązywano im kostki sznurem. W razie gdy wpadły do wody, rodzice ciągnęli za niego i wciągali podopiecznego z powrotem do domu, do góry nogami. 100% zapewnienia bezpieczeństwa. Wyobrażacie sobie podobne dzieciństwo? 😉

Miejsce warto odwiedzić w słoneczny dzień, bo woda tutaj rzeczywiście ma wtedy niesamowity, błękitny kolor. Jest bardzo czysta i o ile większość zdjęć w Internecie z Bay of Bones jest przerobionych aż do bólu, o tyle mogę zapewnić, że na żywo wrażenia wcale nie są gorsze. Legenda głosi, że całość konstrukcji została wzniesiona na 10.000 pali, a wioskę zamieszkiwało ok. 60 mieszkańców.

VEVCHANI SPRINGS

Można powiedzieć, że to niewielki rezerwat przyrody, który znajduje się w miejscowości Vevchani oddalonej od Ochrydy o 27 km (35 minut jazdy samochodem). Nie jest w ogóle rozsławiony, stąd szukając informacji o nim, natknęłam się tylko i wyłącznie na zdjęcia, które ktoś zrobił w taki sposób, że dalej nie miałam pojęcia, czym owa atrakcja jest. Teraz jednak mogę powiedzieć, że to takie typowe miejsce na spacer wśród przyrody, gdzie możemy odświeżyć umysł z dala od ludzi. Wokół słychać tylko szum licznych potoków, w wielu miejscach da się dostrzec małe wodospady i źródła wybijające z ziemi już pod taflą wody (odznaczają się wieloma bąbelkami czy pianą). Na terenie rezerwatu możemy spotkać mnóstwo gatunków ssaków (wilki, rysie, sarny, nietoperze czy nawet niedźwiedzie), owadów, grzybów czy płazów. Jednym z bardziej rozpoznawalnych jest np. salamandra plamista, którą tutaj podpisano jako „salamandra salamandra”. 🙂

Na miejscu znajdują się liczne ławeczki czy miejsca, w których możemy usiąść i odpocząć. Wstęp poza sezonem jest darmowy, natomiast przy wejściu znajdowała się budka, która nasunęła nam na myśl symboliczne opłaty w okresie letnim. W maju nie było tam nikogo, na szybie widniał jedynie numer telefonu, ale jakoś nikt nie palił się do tego, żeby zadzwonić i powiedzieć, że chce kupić bilet. 😉 Miejsce polecam, jest bardzo ciche i urokliwe.

WIOSKA VEVCHANI

Warto też przejść się po samej miejscowości Vevchani – nie jest wpisana na żadne listy popularnych miast czy wiosek macedońskich, a na nas zrobiła niesamowite wrażenie. Większość domów wykańczano przy pomocy dwóch budulców – kamienia oraz drewna, co wygląda naprawdę bajecznie. W wielu miejscach na tarasach czy balkonach widać zawieszone ogromne wory z kukurydzą, prawdopodobnie w celu suszenia. Znaczna część zabudowań jest naznaczona nie tylko czasem, ale też pożarem – widać osmolone ściany, wybite szyby czy zniszczone bele lub stropy. Może powinnam odnieść wrażenie biedy, bo wioska naprawdę była skromna, a zamiast tego miejsce wydawało nam się po prostu magiczne. Rośnie tu też mnóstwo pięknie rozkwitających kwiatów i krzewów, co tylko wzmacnia kontrast.

W samym centrum Vevchani znajduje się dość duży kościół, do którego prowadzi wiele malutkich stopni. Tuż u jego podnóży widnieje mała, podupadła burgerowania – zatrzymaliśmy się tam na małą przekąskę i powiem Wam, że dawno nie najadłam się i nie napiłam tak dobrze, za taki bezcen. Właściciel knajpy wyglądał na dość ostrożnego, jakby zawstydzonego, zwłaszcza gdy daliśmy mu napiwek. Dla nas to niewiele, a dla niego musiał być to gest, którego rzadko doświadcza, dlatego zawsze warto pamiętać o wsparciu zwłaszcza tak małych mieścinek i ich mieszkańców. Zazwyczaj są piękne, jednak brakuje im wsparcia finansowego – większość pieniędzy przeznaczana jest na rozbudowę stolicy kraju, przez co widać ogromny kontrast między poszczególnymi miejscowościami. O tym będę pisać jeszcze w osobnym wpisie.

Jedyne, co zaskoczyło nas raczej negatywnie (zresztą nie tylko tutaj, zdarzało się też w innych miejscowościach Macedonii), to wiele drzwi czy ścian wymalowanych sprayem, a konkretnie swastykami. Czemu i skąd takie zapędy? Nie wiem, ale mam nadzieję, że zanikają.

Ciekawostka: W Vevchani 12-14 stycznia odbywa się festiwal, czy też może bardziej karnawał z okazji uczczenia Nowego Roku. Każdy uczestnik przebiera się, odbywa się też mnóstwo pogańskich zabaw i tradycji. Kostiumy Macedończycy wykonują przeważnie samodzielnie, a zdjęcia, które udało mi się z tej okazji znaleźć, przypominają dość mocno imprezę halloweenową. 😉

KLASZTOR ST. NAUM

Znajduje się ok. 30 km od Ochrydy (ok. 40 minut jazdy autem) i warto połączyć tę atrakcję z przystankiem właśnie w Bay of Bones. Tutaj również możemy wykupić rejs, który obejmuje zobaczenie obu tych miejsc, jak już wcześniej wspominałam. Dlaczego klasztor cieszy się aż taką popularnością? O św. Naumie będziecie podczas pobytu w Macedonii słyszeć wielokrotnie, nie da się też nie zwracać uwagi na liczne pomniki, które mu postawiono. Uchodził za ucznia Cyryla i Metodego, stworzył szkołę piśmiennictwa w Ochrydzie, no i właśnie ten wspominany wyżej klasztor na wzgórzu, w którym został pochowany. Dla ludzi, którzy lubią legendy, wierzenia i miejscowe opowiastki – mówi się, że stojąc przy grobie świętego, słyszy się bicie jego serca (mniej więcej tam wybija źródło wodne, stąd ten efekt).

Atrakcja to jednak nie tylko klasztor, a cały kompleks budynków wokół niego. Płacimy tak naprawdę nie za wstęp, a za sam parking (ok. 4 zł), z którego rozciąga się długi deptak z kramikami po jednej stronie. Możemy kupić biżuterię czy coś stricte turystycznego, jednak prym wiodą obrazki świętych, krzyże i raczej symboliczne pamiątki. Im bliżej podnóży klasztoru się znajdujemy, tym wyraźniejsze staje się pokrzykiwanie pawi – naprawdę, wydają z siebie dźwięki co chwilę, a że jest ich dużo (przynajmniej kilkanaście), to po krótkiej chwili odbieramy je jako hałas. W ogóle nie boją się ludzi, pozują do zdjęć, a nawet śpią pośród zamieszania. Spacer między nimi jest zapewne jedną z większych atrakcji, zwłaszcza że to jedyne takie miejsce, które kojarzę, gdzie udało nam się spotkać… pawia albinosa. Dostojnego, w pełni opierzonego, tylko po prostu zupełnie białego. Wygląda bajecznie i każdy chce zrobić z nim zdjęcie.

Wokół znajduje się tez dużo knajp – jedna z nich pełni funkcję restauracji i hodowli ryb w jednym, więc wiemy, że dostaniemy wysoce jakościowy posiłek za odpowiednią cenę (Restaurant Ostrovo). Możemy także przejść się po parku z kwiatami i fontannami. Jeśli chodzi o sam klasztor… jest okazały, ale jednak po zobaczeniu dużej ilości podobnych budowli, już tak nie zachwyca. To bardzo tradycyjny budynek – pomarańczowy, przyozdabiany cegiełkami, jak większość kościołów, klasztorów i bazylik w Macedonii. Polecam więc zwiedzić go stosunkowo szybko, żeby doznać tego efektu „wow”. Z góry za to rozciągają się piękne widoki na jezioro.

Tak właśnie przedstawiają się trzy miejsca, które warto odwiedzić, gdy jesteśmy zmęczeni dalekimi podróżami albo po prostu nie lubimy pokonywać nie wiadomo ilu kilometrów w jeden dzień, będąc na wakacjach. Najlepiej przeznaczyć sobie na nie dwa dni (naszym zdaniem najbardziej optymalne wykorzystanie czasu), jednak trzy tez nie są złą opcją, jeśli np. pracujemy zdalnie i zwiedzamy wyłącznie popołudniami. Mam nadzieję, że przekazałam Wam nowe, przydatne informacje i że chociaż o Vevchani Springs nie słyszeliście wcześniej. Dajcie znać, czy już widzieliście wszystkie te atrakcje i jakie wywarły na Was wrażenie. Trzymajcie się ciepło!

Macedońskie atrakcje na szczytach gór – czyli o klasztorach i obserwatorium astronomicznym Kokino

Jeśli lubicie górską wspinaczkę i zwiedzenie, to ten wpis jest właśnie dla Was, bowiem łączy w sobie obie te przyjemności. Dziś kilka słów o atrakcjach umiejscowionych na szczytach lub znacznych wysokościach względem miasta. Do większości z nich nie jesteśmy w stanie dojechać autem, ale na pewno możemy znacząco skrócić czas wędrówki dzięki samochodowi, jeśli nie czujemy się na siłach lub nie dysponujemy odpowiednią ilością czasu wolnego. Dla każdego znajdzie się coś odpowiedniego – drugi Szczeliniec, klasztor z gadającą papugą czy obserwatorium astronomiczne. Zapraszam na:

KLASZTOR TRESKAVEC

Klasztor znajduje się nieopodal miejscowości Prilep położonej na południe od centralnej części Macedonii. Wzniesiono go na górze Zlatowraw na wysokości ponad 1400 m n.p.m., a sama nazwa Treskavec oznacza miejsce, w które często uderzają pioruny. Nieco ponad 10 lat temu klasztor ucierpiał w wyniku pożaru, więc na jego ścianach czy suficie możemy podziwiać stosunkowo niewiele malowideł w raczej średnim stanie – wiele z nich po prostu się ukruszyło. Budowla ma pomarańczową barwę, a także bardzo charakterystyczny kształt i zdobienia dla obiektów sakralnych w Macedonii.

Obecnie możemy podziwiać jedynie pewną jej część, bo resztę zasłania rusztowanie. Dziedziniec, który skrywają mury, dość mocno przywodzi na myśl plac budowy, bo panuje ogólny nieporządek, gdzieniegdzie widać porozrzucane cegły czy stosy piasku lub kamieni. Obchodząc klasztor dookoła, znaleźliśmy również porzucony, żeliwny krzyż. Ciekawym elementem, na który warto zwrócić uwagę, jest wyłaniająca się spomiędzy zabudowań skała, która do złudzenia przypomina naszego małpoluda ze Szczelińca – polska wersja po lewej, macedońska po prawej. Prawda, że niesamowicie podobne? Nawet rzekłabym nieśmiało, że goryl Macedończyków jest bardziej kształtny – choć może to po prostu inny gatunek. 😉

Co ciekawe, mury wchodzące w skład klasztoru wyglądają zupełnie inaczej z zewnątrz niż wewnątrz. Remont powoli przekształca środkową część zabudowań w nowoczesny obiekt z gładzonymi, błyszczącymi belkami drewna, sporymi szybami i tak dalej. Nam połączenie tych dwóch stylów niespecjalnie się podobało, miejsce straciło przez to urok. Obecnie nie odprawia się tam nabożeństw, za to widzieliśmy kilka rodzin, które przyjechały tu w ramach pikniku.

Tym, co tak naprawdę urzeka, jest lokalizacja klasztoru – rozciągają się z niego cudowne widoki na górskie serpentyny, skały, panoramę miasta Prilep oraz wszechobecną zieleń zamieszkałą przez różne rodzaje motyli oraz jaszczurek. Można dotrzeć tu na piechotę lub zostawić auto na prowizorycznym, żwirowym parkingu (bezpłatnym) w odległości 200/300 metrów od bramy wejściowej. Jeśli jednak sądzicie, że będzie to łatwiejsze rozwiązanie od trekkingu, to Was zaskoczę. My, z wypożyczoną Skodą Fabią, mieliśmy spore problemy z dotarciem na szczyt ze względu na wąską drogę, na której mieściło się jedno auto. Na szczęście nikt nie jechał z naprzeciwka, bo zakręty były tak ostre, że nie sposób dostrzec pojazdu nadjeżdżającego z drugiej strony. Jazda w takich warunkach zajmuje koło 20 minut. Jeśli już nam się uda, możemy przed odwiedzeniem klasztoru skierować się w stronę wjazdu na parking i iść w jego kierunku, aż dotrzemy do altanki i huśtawki, która niestety już nie była sprawna. Jak na to, że szczyt nie znajduje się specjalnie wysoko, to widoki z niego rozciągały się naprawdę bajeczne.

PLATFORMA OBSERWACYJNA KOKINO

Kokino znajduje się w północno-wschodniej Macedonii na szczycie góry Tatikew Kamen na wysokości ponad 1000 m n.p.m. Uznaje się je za pozostałości megalityczne (z ok. 1800 lat p.n.e.) – nieobrobione kamienie, które bez żadnej zaprawy tworzą miejsce o znaczeniu kulturowym, religijnym lub astronomicznym. Od 2005 roku NASA oficjalnie uznało je za starożytne obserwatorium astronomiczne, istnieje też możliwość wpisania go na listę światowego dziedzictwa UNESCO (na razie propozycja jest zgłoszona, ale niezatwierdzona). W sumie jestem ciekawa, czy ten moment w ogóle nastąpi i kiedy; byłoby to o tyle korzystne, że miejsce z pewnością zostałoby lepiej oznakowane. Póki co widnieją tam tablice informacyjne głównie w języku francuskim, jako że Kokino jest częścią jakiegoś kulturowo-naukowego projektu z Francji. Niestety nie udało mi się odnaleźć dokładnych informacji na ten temat, dodatkowo żadne z nas nie mówi po francusku. Tablice w języku angielskim są zazwyczaj podniszczone i pojawiają się rzadko, dlatego wzrost popularności atrakcji mógłby wymusić lepsze zorganizowanie punktów informacyjnych. O historii obserwatorium i użyteczności czterech platform musieliśmy czytać ze źródeł internetowych już po fakcie, natomiast symboliki i rytuałów jest tyle, że dobrze by było, jakby istniała opcja zapoznania się z nimi już na etapie zwiedzania. Dzięki temu człowiek lepiej zobrazuje sobie istotę obserwatorium.

Platformy obserwacyjne nie odznaczają się niczym wyjątkowym – gdyby nie tabliczki, pewnie łatwo by je ominąć. To takie miejsca, gdzie w skałach wydrążono szczeliny, przez które obserwowano ruchy księżyca i słońca np. podczas przesilenia letniego/zimowego, a także nacięcia, które wskazywały dni rozpoczęcia świąt. To tu odkryto też, że księżyc co 19 lat pojawia się na niebie w tym samym miejscu i w tej samej fazie. W Kokino odprawiano również rytuały pojednania władcy z bogiem słońca. Wyznaczono takie miejsce i taki dzień, kiedy osoba na kamiennym tronie była oświetlana promieniem słońca, co miało być symboliką odnowienia panowania. Niestety tylko jeden z otworów jest opisany – trudno znaleźć resztę z nich bez odpowiedniego nakierowania i to było właśnie to, czego nam brakowało.

Nam najbardziej podobała się sama wędrówka na szczyt i nietypowe formacje skalne. Do wyboru mamy dwa szlaki – jeden bardzo prosty, drugi uznany za trudny. Jeśli jednak jesteście w stanie wejść na Śnieżkę czy Szczeliniec, to będzie dla Was więcej niż bułka z masłem. Łatwa droga naprawdę nie ma dużego nachylenia, widzieliśmy starsze osoby, które ją wybrały i radziły sobie na niej super. Na górze mamy drewnianą ławeczkę, na której można odpocząć. Szlaki nie są świetnie oznaczone, idziemy raczej „na czuja”, ale też ciężko o to, żeby się zgubić. Gdzieniegdzie da się dostrzec sznury, za które nie powinno się przechodzić, ale prawda jest taka, że każdy wędrował tak, jak mu się podoba i gdzie tylko mu się podoba. Widokowo miejsce jest przepiękne.

MONASTER ŚW. JOVANA BIGORSKIEGO

Znajduje się w zachodniej Macedonii na terenie Parku Narodowego Mawrowo, co już może być dla Was podpowiedzią, jakich krajobrazów możemy się spodziewać. W drodze do klasztoru miniemy małą kapliczkę, studzienkę oraz dość sporą restaurację. Droga jest kręta, podobnie jak w przypadku Treskavca, z tym że wyłożona asfaltem i prowadzi pod niemalże samą atrakcję. Klasztor był odbudowywany dwa razy przed uzyskaniem ostatecznego kształtu – widać, że jest nowiutki i wyremontowany, ale wykończony w dobrym smaku. Wejście do środka jest płatne, ale dość trudno porozumieć się w sprawie ceny z mężczyzną przy wejściu. My ostatecznie zapłaciliśmy chyba koło 20 zł za osobę, bo zastanawialiśmy się, że to dość drogo jak na Macedonię. Opłaca się jednak wydać taką kwotę i nie ma czego żałować. W środku kobiety mają obowiązek zasłaniania kolan i ramion, przy wejściu otrzymujemy specjalną chustę do owinięcia (za darmo). Jest dość niesymetryczna, przez co ciężko równomiernie się nią zakryć, ale nikt jakoś później nie zwracał na to uwagi.

Klasztor jest ogromny, wykończony kamieniem i drewnem, z wysoką wieżą zegarową. Cały teren odgradza ozdobny mur. Dziedziniec zadbany, malowidła odnowione, wszędzie wiszą chorągiewki, wiele miejsc obsadzono kolorowymi kwiatami. Pośrodku stoi duża klatka, w której trzymana jest papuga i, nie uwierzycie, może nie potrafi mówić zbyt składnie, ale odpowiada „Hello!”. Istnieje możliwość wejścia do środka klasztoru, my jednak tylko zerknęliśmy, ponieważ akurat odbywała się jakaś uroczystość i zgromadziło się na nią kilkunastu popów, którzy byli w trakcie modlitw. Miejsce naprawdę warte zobaczenia.

Dodatkowym atutem jest widok z dziedzińca – góry, które w maju były jeszcze ośnieżone, spójrzcie sami:

Dzisiejszy wpis ma krótszą formę, jako że podzieliłam zwiedzane przez nas atrakcje tematycznie. Dajcie znać, czy taka długość wpisu i ilość informacji jest dla Was wystarczająca, czy niczego nie brakowało. A może w ogóle jesteście za dzieleniem postów na krótsze? Koniecznie poinformujcie mnie też o innych atrakcjach na wysokościach, które Wy widzieliście w Macedonii. Trzymajcie się ciepło!

Macedońskie alkohole i słodycze – gdzie nabyć, za ile i czego skosztować?

Dziś kolejny wpis dla smakoszy – zwłaszcza tych, którzy miłują się w słodkich przekąskach, deserach oraz alkoholach. Będzie mowa nie tylko o gustach kulinarnych, ale także cenach zarówno w Macedonii, jak i nabycia podobnych produktów w Polsce. Część z nich zdobędziecie tylko w konkretnych sklepach lub knajpach, co w przypadku każdego przypadku zaznaczam. Przewiduję też osobny post na temat restauracji, w których podam dokładne namiary na ciekawe, tanie i smaczne miejsca. Jeśli chodzi o alkohole, to nie jesteśmy wielkimi znawcami i koneserami, opisujemy więc po prostu, co przypadło nam do gustu i naszym zdaniem jest warte spróbowania. Tak po prostu, jak człowiek człowiekowi. Zapraszam na:

Smakołyki:

Alkohole:

  • Rakija
  • Wina
    • Plava Krv
    • Ravin Vranec
    • Muskat
    • Sapphire
    • Smederevka (Skovin i Stobi)
    • Chardonnay Skovin
    • Tga za Jug
    • Alexandria (wszystkie kolory)

SMAKOŁYKI

BAKLAVA

To mój ulubiony słodycz nie tylko w kwestii Macedonii, ale całego życia ogółem. Przysięgam; dobrze, że nie mieszkam tam na stałe, bo za rok już bym nie chodziła, a po prostu się toczyła. Baklava to ciasto francuskie podawane w małych kawałkach, które wypełnia mnóstwo orzechów, pistacji i miodu. Polewa się ją specjalnym sosem, który nieco przypomina klonowy, ale raczej ciężko porównać go do czegoś, co znamy w Polsce. Wydaje nam się, że jest odrobinę rozwadniany, w dodatku musi być w nim coś, co sprawia, że nie zastyga nawet po 2-3 dniach.

Baklava to taka ogólna nazwa grupy ciast, ponieważ istnieje nieskończenie wiele jej odmian – różane, czekoladowe, orzechowe, kokosowe i wiele innych. Przysmak wywodzi się z Turcji, dlatego najlepiej zawędrować po niego do cukierni z tureckim szyldem. My kupowaliśmy baklavę za 25-60 MKD za kawałek (1,80-4,40 zł) i zwykle wychodziliśmy z całym pudełkiem ciasta, co i tak było kiepskim wynikiem w porównaniu do mieszkańców Ochrydy. Największą popularnością cieszył się kadaif (jedna z odmian ciasta), który na wierzchu ma pełno słodkich, karmelizowanych nitek. Nam akurat smakował najmniej, a już niech Was ręka boska chroni od kupienia go w sklepie spożywczym – cukier dosłownie trzeszczy pod zębami i ciężko to przełknąć. Najsmaczniejsze odmiany dla nas (najbardziej wyraziste i wilgotne) to sekerpare i havuc.

Jeśli chodzi ciasta, to w knajpach zawsze dostaniemy kadaif, baklavę, deser panna cotta, naleśniki na słodko lub ciasto/torcik orzechowy. W lokalnych restauracjach warto prosić o home made cake, bo to nie „ciasto dnia”, jak można by przypuszczać, a niejednokrotnie jakiś domowy, rodzinny przepis, którego w przeciwnym wypadku nigdy nie spróbujecie. Naprawdę warto! Nam na przykład udało się trafić na ciasto przekładane masą smakującą jak kogel-mogel.

HALVA

Chałwa to rzecz oczywista – w kostkach, w nitkach czy w kremie, z orzechami, czekoladowa, zwykła. Wymieniać można bez końca. Warto kosztować różnych rodzajów, bo jak się okazuje, nie wszystkie są tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Jak dla nas najlepsza była chałwa sprzedawana w małych kubeczkach w sklepie za ok. 2 zł. Trzeba jednak uważać, bo istnieją dwa bardzo podobne produkty – jeden to taka typowa chałwa, a druga właśnie ta rozmięknięta, kremowa, która dla nas była obłędna i w ogóle nr 1. Chałwy opłaca się też kupować u wystawców ze stoiskami na ulicach, chociaż… raz wzięliśmy na skosztowanie taki bloczek, małą brązową bryłkę chałwy. W konsystencji jak karmel, a w smaku… jak cukier z niczym. Bryłek więc nie polecamy, chyba że mieliśmy wyjątkowego pecha – następnej już nie kupiliśmy.

LOKUM

Lokum to inaczej galaretka w cukrze pudrze, którą formuje się w sześcienne kostki. Trend zawędrował już do Polski, więc zapewne wiecie, z czym to się je. Ja lubię ich kleistą konsystencję, są też mniej słodkie niż na przykład takie, które wkłada się do czekoladek i mniej wodniste niż te, które przyrządza się w pucharkach. Całkiem dobre, chociaż szału nie ma. Skosztować warto.

CZEKOLADOWE WYROBY CHOCO WORLD

Na terenie Macedonii istnieje pięć lokali oferujących najbardziej rozmaite desery czekoladowe, o których można tylko marzyć. O samych knajpach/kawiarniach/restauracjach zamierzam stworzyć kolejny post, tutaj natomiast skupię się na pokazaniu Wam, czego koniecznie musicie spróbować. My wracaliśmy w to miejsce wielokrotnie, za każdym razem próbując czegoś nowego, a i tak zawsze mieliśmy problem, na co się zdecydować. Niby to tylko czekolada, ale produkowana i roztapiana na miejscu, w dodatku zawsze w innej formie. Oto 6 deserów, które możemy ocenić:

  • Czekoladowa patelnia – brownie domowej roboty podane na gorącej patelni, oblane białą i czarną czekoladą. Porcja nie jest za duża, a i tak bardzo trudno zjeść ją na raz. Całość jest tak słodka, że człowiekowi robi się niedobrze, ale tak pyszna, że nie sposób sobie odmówić.
  • Czekoladowy burger – jedna z mniej słodkich pozycji: bułka oblana białą i mleczną czekoladą, złożona na kształt burgera, którego wypełniają owoce (kiwi, truskawki, banan) i bita śmietana. Niesłodka, dzięki czemu neutralizuje smak całości.
  • Mini pączki – 10 malutkich pączków z lukrem podanych na podłużnej tacce. Obok ułożonych jest mnóstwo owoców (kiwi, truskawki, banan), jest też mała miseczka z rozpuszczoną czekoladą. Pyszne, bo sami regulujecie poziom słodkości deseru. Część pączków możecie maczać w sosie, inne nie – w całości, tylko z wierzchu, Wy decydujecie.
  • Naleśnik czekoladowy – z podobnym wypełnieniem jak burger, tyle że jest bardziej płaski i oblany dodatkowo karmelem, jest też posypka z orzeszków.
  • Gofr – oblany czekoladą, z bitą śmietaną i owocami. Bardzo duży i mocno wypieczony.
  • Ciasto brownie orzechowe – wysokie, z kilkoma warstwami, stosunkowo umiarkowanie słodkie w porównaniu do innych deserów. Z płatkami owsianymi (i nie tylko, o ile dobrze pamiętam) i przyozdobione plasterkami truskawek.

Oprócz tego na miejscu możemy napić się różnych odmian kaw (z czekoladą, ale i bez). Mimo formy franczyzy serwuje się je nieco inaczej w każdym miejscu. Pod koniec maja zaczyna się też sezon na lody na bazie czekoladowych wyrobów (belgijskie, Ferrero Rocher, Oreo itd.), które podaje się w kolorowych rożkach. Zazwyczaj ich brzegi są dodatkowo umoczone w czekoladzie, a na to wędruje także posypka z kolorowych cukierków. Bajka!

ALKOHOLE

RAKIJA

Pozycja, która po prostu musiała znaleźć się w tym zestawieniu. Nam udało się skosztować tego specyfiku dzięki hojności Macedończyków, którzy poczęstowali nas domową rakiją w prowadzonym przez siebie muzeum etnograficznym. Aż nam było głupio, bo nic za to nie płaciliśmy, a dziewczyna rozlała nam po kieliszku i wręcz czekała na naszą reakcję. Domowa odmiana jest zazwyczaj mocniejsza, ma koło 60%. Mówi się, że to trunek zbliżony do brandy, chociaż naszym głównym doznaniem był smak wódki gdzieś tam z lekką domieszką właśnie brandy. Nie porwało nas, ale my też nie jesteśmy fanami mocnego alkoholu, za to wino spożywaliśmy hektolitrami (naprawdę, na koniec wyjazdu zgromadziliśmy tyle butelek, że czułam się jak alkoholiczka – no ale od czego w końcu są wakacje?).

WINA

Nie wiem, jakie wina preferujecie, ale w Macedonii znajdzie się spory wybór dla każdego w różnych przedziałach cenowych, słodkości czy kolorach – białe, czerwone, różowe, a nawet niebieskie! Możemy kupić je standardowo w markecie, jednak znacznie lepszą opcją jest udanie się do winnic czy winiarni. O dziwo takie rozwiązanie nie kosztuje nas wiele więcej poza kosztem dojazdu. Za cztery butelki wina prosto z winnicy (niektóre były nawet jeszcze bez etykiet) zapłaciliśmy 90 zł, więc cena wielce okazyjna. Mieliśmy jednak swoje typy zarówno w przeciętnych sieciówkach, jak i bardziej wyszukanych miejscach. To lista lżejszych trunków, których udało nam się spróbować. Większość z nich pochodzi z winiarni Tikves, część nabyliśmy w Royal Winery Queen Maria:

  • Plava Krv – w tłumaczeniu nazwa wina to Błękitna Krew. Jedno z niewielu półsłodkich, czerwonych win na terenie Macedonii i mimo że jestem ogromną fanką takich smaków, to nie wywarło na mnie wrażenia, wydawało się dość kwaśne. Zakupiliśmy je w winnicy za jakieś 20-30 zł, natomiast w ogóle nie byłam w stanie odnaleźć go w sklepach polskich ani nawet z dostawą do kraju.
  • Ravin Vranec – bardzo popularna pozycja u nas w Polsce, przywieźliśmy jako prezent prosto z winnicy. Wytrawne, czerwone, o przydymionym smaku – to jeden z tych alkoholi, które wyraźnie przywodzą na myśl beczkę, w której były przechowywane. Zakupiliśmy za 20-30 zł. Po krótkim researchu upewniłam się, że obecnie nie jest dostępny do zdobycia w Polsce.
  • Muskat – kupiony w winnicy, nie miał jeszcze nawet etykiety, jako że przelano go stosunkowo niedawno do zwykłej, ciemnozielonej butelki. Dość tradycyjny trunek – biały, choć powiedziałabym, że raczej półwytrawny i kwaśny, a nie półsłodki, jak zwykło się go opisywać. Cechuje się wyraźną nutą cytryny, mniej kwiatową. Tutaj raczej nie będę się rozwodzić – po prostu smaczne.
  • Sapphire – niesamowicie ciekawa pozycja, chociaż bardziej pod kątem walorów estetycznych niż smakowych. Wino kupiliśmy w winnicy i nasz wzrok od razu przykuła błękitna butelka idealnie dopasowana do nazwy. Butelka? A jednak! Ku naszemu zdziwieniu, unieśliśmy ją na wysokość oczu, płyn się przelał, a szkło okazało się bezbarwne. Po raz pierwszy widziałam za granicą wino w błękitnej barwie – w Polsce co prawda mamy podobne alkohole z brokatem, ale przeważnie jest to np. wino musujące. Nie sądziłam, że takie eksperymenty pojawiają się też w winnicach i to w standardowych cenach. Wino półwytrawne, ale mocno kwaśne i raczej przeciętne w kwestii smaku.
  • Smederevka (Skovin lub Stobi)jedno z najtańszych win w szklanych butelkach, które możemy spotkać w sklepie (ok. 15 zł). Cena mniej więcej odpowiada smakowi – białe, półwytrawne wino, niespecjalnie odkrywcze czy dające przyjemność z samego faktu próbowania. Można by je przyrównać do znacznie mniej intensywnego, raczej słabego cydru. Stobi prezentowało się lepiej, w dodatku etykietę butelki zaprojektowano z motywami antycznymi i dopasowano do nazwy (w Stobi znajdują się jedne z popularniejszych wykopalisk archeologicznych na terenie całej Macedonii). Skovin raczej bym omijała, naprawdę nie jest dobre jakościowo.
  • Chardonnay (Skovin) – wino białe, wytrawne, przeciętne i niezapadające w pamięci. Kupiliśmy jedno i na tym poprzestaliśmy. W ogóle cały Skovin zaczęliśmy omijać po pewnym czasie, bo każda podjęta próba kończyła się fiaskiem.
  • Tga za Jug – czerwone, (pół)wytrawne wino typu vranec, ponoć najlepsze w całej Macedonii. Dla nas nie było jednak faworytem, chociaż świetnie sprawdzało się do posiłków. Jak dla mnie dość cierpkie i raczej wytrawne niż półwytrawne, pozostawiające na języku specyficzny posmak owoców leśnych. Sama nazwa wina wzięła się od wiersza bułgarskiego artysty, który urodził się na terenach dzisiejszej Macedonii. W tłumaczeniu oznacza ona „Tęsknotę za Południem”. Można dostać je za pośrednictwem polskiej stronki darwina.pl za niespełna 40 zł, choć jego dostępność jest ograniczona i raczej trzeba dokonać wcześniej rezerwacji.
  • Alexandria (biała/różowa/czerwona) – moje ulubione wino chardonnay dostępne w marketach w przystępnej cenie. Jak na warunki macedońskie wydaje się dość drogie w przeliczeniu na MKD, jednak dla nas pod względem kosztów można przyrównać je do Carlo Rossi. Tymczasem w Polsce za zamówienie tego wina średnia cena wynosi 50-60 zł. Na darwina.pl udało mi się znaleźć okazję za niecałe 38 zł. Czerwone wino jest wytrawne z wyraźnie odczuwalnymi porzeczkami, białe i różowe są półwytrawne, chociaż ze słodką nutą. Bardzo lekkie, zwłaszcza białe odznacza się taką owocową nutą – jabłka, cytryny czy pomarańczy. Za taką cenę dla nas to był najlepszy wybór, choć zdajemy sobie sprawę, że zapewne niegodny prawdziwych koneserów.

To by było na tyle w temacie słodkości i alkoholi. Jeśli byliście w Macedonii, to koniecznie podzielcie się swoimi sprawdzonymi produktami, których nie ujęliśmy na liście, a które są wręcz konieczne do spróbowania z Waszej perspektywy. Jesteśmy niezmiernie ciekawi Waszych gustów. Co sądzicie o naszych wybrańcach? Coś Was zaskoczyło? Dajcie znać w komentarzu i trzymajcie się ciepło!

Największe atrakcje Ochrydy – czyli nasze TOP 11 miejsc do odwiedzenia po dniu plażowania

Wybierając się do Macedonii, wybór noclegu wśród odwiedzających w 95% pada albo na stolicę (Skopje), albo na Ochrydę wpisaną wraz z jeziorem, nad którym leży, na listę światowego dziedzictwa UNESCO. My spróbowaliśmy obu tych form wypoczynku i bezsprzecznie zakochaliśmy się w Ochrydzie. Sprzyjał temu nie tylko znacznie mniejszy tłok czy bardziej sielska atmosfera ze względu na mniejsze rozmiary miasta. Na miejscu prócz kąpieli wodnych i słonecznych możemy pałaszować pyszne dania w lokalnych knajpach, a przede wszystkim zobaczyć mnóstwo zabytków – od deptaku, przez cerkwie, muzea, a kończąc na murach obronnych. W tym wpisie chciałabym szerzej Wam je przedstawić, oddać klimat tego miejsca i zachęcić do wpisania Ochrydy na swoją podróżniczą listę marzeń. Zapraszam na:

Ochryda (Ohrid) leży w południowo-zachodniej Macedonii, zamieszkuje ją nieco ponad 40 tys. mieszkańców (dla porównania jakieś 600 tys. mniej niż we Wrocławiu), a mimo to jest siódmym największym miastem w kraju. Przewiduje się, że to właśnie tutaj została stworzona cyrylica. Według legendy nazwa miasta wzięła się od tego, że ludy słowiańskie, które wkroczyły kiedyś jako pierwsze na te tereny, wykrzyknęły „Oh, rid!” (O, wzgórze!). Ja jednak słyszałam, że podobnie powstało O-pole!, więc niespecjalnie porywa mnie czy przekonuje tego typu historia, ale niech będzie. Przez całe lato odbywają się tutaj różne festiwale – folkloru bałkańskiego (kiedyś udało mi się na niego trafić, będąc na miejscu w lipcu), lata ochrydzkiego czy bałkańskiej muzyki ludowej. Oto kilka najciekawszych atrakcji miasta:

DEPTAK OCHRYDZKI

Na pewno jedno z miejsc, które odwiedzicie jako pierwsze, bo to właśnie ono prowadzi do jeziora czy twierdzy Jana Teologa z Kaneo. Oczywiście deptak możemy ominąć i iść bocznymi uliczkami, ale wiele byśmy stracili! To na pewno najżywsze miejsce w całym mieście – przepełnione zapachami, głosami, sklepikami, a w weekendy także ludźmi. Takimi ciekawszymi punktami na tym odcinku jest na pewno biały meczet z kolorowymi sklepieniami, sieciówka Choco World z dwiema fontannami czekolady (białą i czarną) i pysznymi deserami, stoiska ze śmiesznymi, nieprzyzwoitymi koszulkami na pamiątkę czy szeregi różnorodnych lodziarni.

Później wychodzimy już na główny plac z pomnikami Cyryla i Metodego czy św. Klemensa, gdzie ciężko znaleźć miejsce w jakiejkolwiek restauracji. Jedzenie jest tu najdroższe i atmosfera też nie powala, ale wystarczy skręcić w którąś z bocznych uliczek – jest cicho, lokalnie, przyjemnie. Sklepy wokół są głównie ciuchowe, mamy też dwie kebabownie, a na równoległej ulice dwa supermarkety. Dochodząc do jeziora natkniemy się na mnóstwo naganiaczy, którzy zachęcają do wykupienia rejsu za 20/10 euro, ale w tajemnicy powiem Wam, że to samo możecie mieć, idąc na piechotę lub jadąc parę kilometrów samochodem. Zwłaszcza duże wycieczkowce są absurdalnie wypchane, no ale jeśli zależy Wam na samej atrakcji wynikającej z płynięcia, to nie ma co się zastanawiać. My sami w 2017 płynęliśmy maleńką łódeczką z mężczyzną, który dał mi nią posterować, ale teraz niestety w ogóle nie widziałam już tych mniejszych oferentów, a szkoda. Z tego co pamiętam, cena to było jakieś 5 euro w dwie strony, w każdym razie dużo taniej niż obecnie, więc świetna okazja jak za taką atrakcję.

Wracając jednak do tematu – przy wejściu na deptak miniemy też bardzo stare drzewo, na które niewiele osób zwraca uwagę, a warto! Jego wiek szacuje się na ponad 1000 lat, co sprawia, że jest jednym z czterech najstarszych drzew świata. Jeśli mielibyście problemy z jego odnalezieniem, to w Google Maps widnieje pod nazwą Chinar Tree (platan orientalny). Obecnie podtrzymują go specjalne podpory, jako że rozpadł się właściwie na dwie części i w środku jest całkiem pusty.

JEZIORO OCHRYDZKIE

Liczy ponad 350 km2, a jego maks. głębokość to prawie 290 m. Nawet w czerwcu jest naprawdę zimne, ale odważniejsi są w stanie się w nim kąpać. Nam udało się wejść do wody dwa razy – dzięki upałom człowiek jest nawet w stanie uwierzyć, że chce to zrobić. W wodzie niejednokrotnie spotykaliśmy prócz samych ryb czy różnych gatunków ptaków także żaby (trafiliśmy akurat na ich okres godowy w drugiej połowie maja, na szczęście cały proces odbywał się w zaglonionym porcie) czy węże, które tak sieją postrach. Gdy nie ma wielkiego ruchu na brzegu, rzeczywiście wystarczy moment, żeby dojrzeć je w przejrzystej wodzie, jak pływają między kamieniami na dnie albo wychylają łebek z wody. Wiele osób martwi się, że zostanie ukąszonych, ale o żadnym takim przypadku nam nie wiadomo i też tylko raz zobaczyliśmy żmiję (z dala od miejsc turystycznych). Przy brzegu znajduje się knajpa Potpesh z leżakami, na których, o dziwo, nietrudno znaleźć miejsce. Możecie nawet nic nie zamówić i Was nie przegonią, chociaż wiadomo, że tak nie wypada. My stamtąd polecamy najbardziej wino, frytki z kozim serem albo kawę mrożoną (koszt za osobę ok. 12 zł). Plaże nad jeziorem są głównie kamieniste – jedną piaszczystą możemy odnaleźć w drodze do St. Naum, gdy zjeżdżamy za znakiem informującym o miejscu na kemping. Widoki są przepiękne, a ciszę mącą tylko przepływające od czasu do czasu łódki z puszczoną na głośnikach muzyką (głównie w weekendy).

CERKIEW ŚW. JANA TEOLOGA Z KANEO

Jedna z głównych atrakcji, do której dopływają łódki, ale dotrzeć do niej możemy na piechotę i to niezbyt dużym wysiłkiem. Licząc od ronda, gdzie rozpoczyna się wejście na deptak, musimy przejść 1,5 km. Z ronda udajemy się deptakiem aż do jeziora i maksymalnie w prawo. Mijamy knajpę i plażę, o których pisałam, aż dostrzeżemy cerkiew. Zresztą stojąc na pomoście w Ochrydzie widzimy go na czubku klifu. Inna droga prowadzi przez górną bramę miasta i zakłada marsz pod górkę, ale jeśli ktoś chce połączyć zobaczenie twierdzy i zabytków takich jak antyczny teatr czy forteca, to trasa będzie jak znalazł. To jest właśnie ta cerkiew, która jest wizytówką Macedonii na każdym zdjęciu czy pocztówce – na pewno kojarzycie to ujęcie. Dokładnie takie samo zdjęcie mam sprzed kilku lat, ale i tak czułam wewnętrzną potrzebę, żeby je powtórzyć. Przynajmniej mogłam docenić poprawę jakości obrazu w swoim aparacie. W środku cerkwi można podziwiać freski i malowidła, wstęp kosztuje w przedziale 100-200 MKD (9-15 zł), nie pamiętam dokładnie, bo sami nie mieliśmy na to wielkiego parcia. Polecam przejść się też ścieżką, która wiedzie dalej, od cerkwi w górę, wzdłuż pasma drzew iglastych, między którymi udało nam się dostrzec czarne wiewiórki.

CERKIEW MĄDROŚCI BOŻEJ (ŚW. ZOFII)

Idąc deptakiem, mijamy też Cerkiew Mądrości Bożej, inaczej nazywany cerkwią św. Zofii. To właśnie on widnieje na banknocie 1000 MKD i to właśnie tutaj odbywają się koncerty z okazji Lata Ochrydzkiego – my ostatnim razem (w lipcu) trafiliśmy na wystąpienie pianisty, za który płaciliśmy standardową wejściówkę 100-200 MKD. Tutaj również zobaczymy malowidła, jest też „kiosk”, w którym możemy kupić obrazki, świeczki itd., a fundusze są przekazywane na działalność cerkwi. Z tego co pamiętam, środek nie robił spektakularnego wrażenia, za to cały ogródek, tudzież plac wokół, jest bardzo ładnie zaaranżowany i zadbany. Raz udało nam się nawet trafić na ceremonię ślubną, która odbywała się na zewnątrz.

CERKIEW ŚW. BOGURODZICY PERIVLEPTY (HOLY MARY PERYBLEPTOS)

Choć cerkwie w całej Ochrydzie zachowane są w jednolitym stylu i cechuje je bardzo bliskie podobieństwo (nie tak jak na Malcie, ale jednak), to ta była jedną z najbardziej urokliwych głównie ze względu na rozciągający się z niej widok i piękne kwiatowe pnącza, które ją obrastały. Cerkiew jest położona w starej części miasta, a więc na wzgórzu – rozpościera się stamtąd widok na niższe piętra zabudowań i twierdzę Samuela. Wstęp kosztuje 100 MKD, niestety byliśmy tam już wieczorem i nie było możliwości oględzin. Cerkiew jest najstarszą w całej Ochrydzie.

PLAOSHNIK

Jeden z ciekawszych obiektów o charakterze sakralnym – powstał w IX wieku, ale jego forma ulegała licznym przekształceniom aż do renowacji w roku 2002. Wyobrażenie pierwowzoru daje nam dolna część cerkwi Pantalejmona, która dość dobrze się zachowała. Budynek wyróżnia się szarą barwą z pomarańczowymi, ceglanymi ozdobnikami. Zwykle całe budowle są raczej brązowo-pomarańczowo-czerwone. To co mnie urzekło, to właśnie te finezyjnie poukładane cegiełki tworzące rozmaite wzory na fasadach – proste rozwiązanie, a efekt bardzo estetyczny. Do środka cerkwi można wejść, ale niestety robienie zdjęć jest zabronione. We wnętrzu znajdziemy niewielki kiosk z figurkami, obrazkami czy książkami, ale też wystawę dopasowanych do siebie fragmentów mozaik i grobowiec, który za życia stworzył dla siebie św. Klemens (założyciel dość mocno rozsławiony w Macedonii). Oprócz tego możemy podziwiać różne malowidła, a do ciekawych rozwiązań optycznych należą też specjalnie ustawione lusterka, dzięki którym możemy oglądać to, co znajduje się pod ziemią. Na nas wnętrze zrobiło duże wrażenie, akurat tego wejścia bym sobie nie odpuszczała.

Drugim elementem Plaosnika są wykopaliska, na które składają się dobrze zachowane kolumny z rzeźbieniami, chrzcielnica, ruiny budowli wraz z łukami czy mozaiki na posadzkach. Co ciekawe, nad nimi powstaje cały kompleks budynków wyglądający jak hotel, pod którym dalej prowadzone są prace archeologiczne, właściwie po raz pierwszy zetknęliśmy się z takim rozwiązaniem. Wstęp jest płatny: 50 MKD za bilet ulgowy/studencki (ok. 3,70 zł) i 100-200 MKD za osobę dorosłą (7,50-15 zł). Na miejscu dostępny jest przewodnik, który co nieco jest w stanie opowiedzieć o tym miejscu. Nie widziałam jednak, by ktoś specjalnie za niego dopłacał – raczej podchodził do każdego, żeby zamienić z nim parę słów po macedońsku lub angielsku. Z nami rozmawiał dość długo o rolniczych zwyczajach kraju i swojej wizycie w Polsce. Wspominał, że pod względem temperatur jesteśmy dla niego drugą Rosją, co trochę nas rozbawiło. Polecał nam też macedońskie pomidory i tabakę (w Macedonii jest nawet muzeum jej poświęcone (Museum of Tobacco), ale że nas temat „nie jara”, to tę atrakcję odpuściliśmy).

GÓRNA BRAMA (GORNA PORTA, UPPER GATE)

Sama brama może i nie jest spektakularna, ale dochodząc do niej, docieramy do wejścia na starą część miasta, gdzie mamy dostęp do twierdzy Samuela czy antycznego teatru. Zbudowano ją ze starożytnych kamieni, w jednym miejscu znajdziemy także grecką inskrypcję.

TWIERDZA SAMUELA (SAMOIL’S FORTRESS)

Tego zabytku nie będziecie w stanie przegapić i to wcale nie za sprawą jego popularności. Znajduje się na wzgórzu, a w nocy jest najlepiej oświetlonym punktem miasta i widać go już z daleka. Niestety to co zobaczycie, nie ma wiele wspólnego z oryginałem, który odrestaurowano w 2003 roku. Czy więc opłaca się podejść pod same mury? Tak, natomiast nie zobaczymy tego, co kryje ich wnętrze, a przynajmniej nam się ani razu nie udało. W środku prowadzone są wykopaliska, a wiele ze znalezionych eksponatów zostało z tego miejsca przetransportowanych do Muzeum Archeologicznego w Skopje, które jest jedną z większych atrakcji w stolicy (ogromne, składa się z trzech wielkich pięter przepełnionych znaleziskami). Kilka z nich możemy znaleźć także w Robev Family House w Ochrydzie. Widzieliśmy jednak dziewczynę, której udało się obejść zamkniętą bramę za sprawą drona i zobaczyć wnętrze fortecy. Jest to jakiś patent – drogi, ale jest.

TEATR ANTYCZNY

Jego powstanie datuje się na II w. p.n.e.. Obecnie możemy podziwiać jedynie jego dolną część. Spośród wszystkich teatrów, które udało nam się zobaczyć w Macedonii, ten był najmniej okazały, dlatego warto odwiedzić go na początku przed Herakleą czy Stobi, żeby stopniować emocje i nacieszyć się widokiem. W miejscu tym odbywały się walki gladiatorów, aczkolwiek był on także sceną mordu chrześcijan w okresie Imperium Rzymskiego. Mówi się, że później zasypano go piaskiem, by nie pamiętać o tragicznych wydarzeniach i odkopano ponownie ponad 2 tys. lat później przez przypadek, przygotowując grunt pod nowe domy w mieście. Obecnie teatr stanowi miejsce spotkań towarzyskich – ludzie spotykają się tu, by napić się piwa, porozmawiać, a nawet jeździć na deskorolce. Raz do roku w tym miejscu odbywają się nawet przedstawienia w ramach Lata Ochrydzkiego, o którym wspominałam wcześniej. Z ciekawostek – ponoć w latach świetności teatru niektórzy wykupowali w nim swoje stałe miejsce i do dziś można odnaleźć na płytach ich wyryte imiona.

NATIONAL WORKSHOP FOR HANDMADE PAPER

Pod taką nazwą możemy odnaleźć to miejsce w Google Maps. W rzeczywistości jest to po prostu muzeum czy też wytwórnia papieru. Warsztat jest malutki, więc najlepiej iść do niego w momencie, kiedy nie ma tam akurat żadnej wycieczki. My z jedną się mijaliśmy i z tego, co zdążyliśmy zauważyć, ludzie byli mocno ściśnięci i widok na główną atrakcję też wydawał się w dużym stopniu ograniczony. Do środka wchodzimy za darmo, jeśli jednak chcemy, mamy możliwość zakupu różnych malowideł, ręcznie wiązanych książek czy arkuszy z kaligraficznym pismem za przysłowiowe euro czy kilka. Punktem programu jest jednak pokazanie procesu, jak papier pod te rzeczy rzeczywiście powstaje. Krótka prelekcja prowadzona jest w języku angielskim – mężczyzna pokazuje najpierw balię z białym, mętnym płynem i tłumaczy, z jakich składników taki roztwór powstaje. Następnie bierze specjalną ramę tudzież formę, zanurza ją, ona obcieka i schnie, aż tworzy się na niej taka cienka warstwa mokrego papieru. Następne etapy jedynie omawia na przykładzie maszyn, które stoją obok. Trwa to maksymalnie 10 minut, ale jeśli już jesteśmy w mieście, to niewątpliwie jest to wartościowy przystanek, który warto zaliczyć.

ROBEVI FAMILY HOUSE

Przechadzając się deptakiem, wiele razy miniecie to miejsce i nawet nie będziecie świadomi jego istnienia. Znajduje się na placyku z wysokimi białymi domami z czarnymi wykończeniami – tymi, które podstawę mają węższą niż każde kolejne piętro i mnie kojarzą się z powiewem wschodniej kultury (a tak naprawdę to tradycyjna osmańska architektura). W jednym z nich znajduje się muzeum mające miejsce w dawnym domu rodziny Robevi, ponoć bardzo zamożnej i rozpoznawalnej w Macedonii. Budynek ten został podpalony z zawiści za czasów życia rodziny, a później od podstaw odbudowany. Dziś znajdują się tam trzy piętra – na parterze mamy różne figury, płyty oraz epitafia, na pierwszym eksponaty wydobyte z wykopalisk archeologicznych na terenie całej Macedonii (choć przeważnie z południowych terenów – Heraklea, Bitola, Plaoshnik itd.), drugie piętro to pamiątki i pozostałości po rodzinie Robevi, a trzecie to ogólny kształt ich rezydencji wraz z umeblowaniem. Właśnie ta górna część jest w dużym stopniu odtworzona przez artystów z Ochrydy czy uczniów szkoły rzeźbiarstwa. Na mnie największe wrażenie zrobiło wzornictwo w drewnie – na szafach, rozetach, zegarach. Coś pięknego. Co ciekawe – na parterze lub pierwszym piętrze (nie pamiętam teraz dokładnie, w każdym razie na pewno nie pominiecie) jest wystawiony tors Izydy, który naniesiono na banknot o wartości 10 MKD. Na pierwszym piętrze mamy także pomieszczenie z ogromną, owalną płytą obrotową, gdzie umieszczone są prawie same złote przedmioty. Fajna sprawa zwłaszcza przy większej ilości osób – każdy stoi w miejscu, a ma okazję obejrzeć wszystkie eksponaty.

Myślę, że z naszej strony to najciekawsze punkty programu, jeśli chodzi o Ochrydę. Cerkwi w tym wpisie mogłabym omawiać dużo, jednak wybraliśmy tylko te najbardziej okazałe i najlepiej zachowane. Pozostałe są już znacznie mniejsze lub podniszczone, ale jeśli ktoś jest fanatykiem obiektów sakralnych, to na pewno nie zabraknie mu zajęcia na kolejny dzień. W razie jakichkolwiek pytań odezwijcie się w komentarzu. A może macie jakieś swoje sprawdzone miejsca w Ochrydzie? Dajcie znać!

Macedońskie wodospady – ranking, opis dróg oraz fotorelacja: Duf, Smolare, Koleshino, Sin i nie tylko

Macedonia nie jest specjalnie obleganym kierunkiem przez Polaków i mam wrażenie, że wiele osób nawet nie zdaje sobie sprawy z piękna oraz ilości niezwykłych miejsc, jakie ten kraj ma do zaoferowania. Co więcej – wielu ludzi nie wie nawet, gdzie to miejsce znajduje się na mapie, mimo że lecieli do Grecji czy podróżowali do Bułgarii, a przecież to rzut beretem! Oczywiście przywarą wspominanego państwa jest brak dostępu do morza, za to mamy tutaj wiele olbrzymich jezior, strumieni, gór, jaskiń, urokliwych miasteczek czy… wodospadów i to właśnie na nich chciałabym skupić dzisiaj Waszą uwagę. Większość z nich znajdziemy łatwo poprzez Google, jednak dostęp do niektórych nie jest wcale tak oczywisty, jak mogłoby się wydawać. Mam świadomość, że wiele z nich jest nawet nienazwana i skryta w parkach narodowych (o jednym takim też Wam opowiem!), natomiast przedstawię piątkę kandydatów, z którymi udało nam się stanąć oko w oko: wodospady Duf, Smolare, Koleshino, Sin oraz jeden bezimienny, do którego nakreślę drogę. Zapraszam na:

WODOSPAD DUF – POŁOŻENIE

Wodospad Duf leży na zachodzie kraju w parku narodowym Mawrowo, czyli największym parku na terenie Macedonii. Liczy ponad 680 km2, a na jego terenie znajduje się najwyższy szczyt pasma górskiego – Golem Korab. Punkt znajduje się 2764 m n.p.m., co czyni go wyższym od naszych Rysów o ponad 250 m! Jak więc się domyślacie, nawet w najcieplejszych okresach roku wciąż zalega na nim śnieg. Wygląda to bajecznie, bo wokół panuje skwar, roślinność jest intensywnie zielona, niebo nieskazitelnie niebieskie, a pośród tego wszystkiego królują surowe, mroźne skały z białym puchem. Najlepszy widok na nie rozciąga się z klasztoru Jovana Bigorskiego, o którym opowiem przy okazji następnych wpisów. Spójrzcie sami:

WODOSPAD DUF – OPIS SZLAKU

Pod wodospad nie prowadzi żadna asfaltowa ścieżka – auto musimy zostawić ok. kilometra od atrakcji. Całe szczęście, bowiem ścieżka do niego jest najbardziej malownicza spośród wszystkich wodospadów, które Wam opiszę. Spacerujemy wzdłuż rwącej rzeki, podążając biało-czerwonym szlakiem. Z początku śmialiśmy się, że trafiliśmy na patriotyczne oznaczenie, po czym okazało się, że w Macedonii praktycznie wszystkie szlaki, gdziekolwiek nie pojedziemy, są oznaczone właśnie w ten sposób. Na szczęście się ze sobą nie pokrywają, dlatego nie ma opcji, że je pomylimy i zgubimy, ale stanowiło to dla nas ciekawą odmienność. W każdym razie większość drogi przebywamy w dole kanionu, a po obu naszych stronach rozciągają się wysokie na ok. 30 m skały. Widok jest niesamowity, a ścieżka łatwa w przebyciu, dzięki czemu możemy cieszyć się w pełni tym, co jawi się naszym oczom. Co ciekawe, na początku trasy znajduje się drewniana budka. Wygląda trochę jak kasa, ale jest nieczynna. Nie wiem niestety, czy ogółem, czy tylko poza sezonem. Nie udało mi się znaleźć informacji na temat istnienia jakichkolwiek biletów wstępu w lecie – istnieje duża szansa, że obecnie się ich nie sprzedaje, bo do wszystkich dóbr naturalnych dostaliśmy się za darmo w obrębie całego kraju.

W połowie drogi do wodospadu znajdują się drewniane stoły i ławeczki, gdzie możemy odpocząć, zjeść, napić się i wsłuchać w szum wody. Gdy miniemy ten punkt, w miarę docierania do celu temperatura staje się coraz niższa. Mimo ogólnego gorąca można rzec, że przy samej atrakcji jest dość zimno, więc dobrze mieć ze sobą jakąś narzutkę lub kurtkę (najlepiej przeciwdeszczową…). Musimy przejść przez kilka niewielkich, drewnianych pomostów i to chyba najmniej komfortowa część podróży. Wiele z nich jest dość wątpliwego stanu – drewno przesiąka wilgocią, więc jest dość miękkie i plastyczne, przez co ugina się pod stopami. Parę desek w różnych miejscach odpadło, są też dziury, więc dobrze przechodzić pojedynczo i stąpać ostrożnie. Nie jest to jakaś wielka przeszkoda i nic się nie powinno stać, o ile nie skaczemy i nie biegamy całą grupą. 😉 Ostatnia kładka prowadzi nas już pod sam wodospad skryty w skałach. Trzeba podejść bardzo blisko, żeby zobaczyć go w całej okazałości. Jego kaskada ma niecałe 30 m i rozbryzguje się o skały wystające na drodze, więc nie sposób uciec stamtąd suchym. My po chwili robienia zdjęć byliśmy tak mokrzy, jakbyśmy wyszli spod prysznica, ale dla nas to była fajna część atrakcji.

WODOSPAD KOLESHINO – DOJAZD I OKOLICE

Następny w kolejności obejrzeliśmy wodospad Koleshino (Kolešino) znajdujący się we wschodniej części kraju. Dojazd w tamte rejony jest dość toporny – mnóstwo wąskich, górskich dróg w kiepskim stanie. Wielokrotnie wjeżdżamy na powierzchnie nieutwardzone i choć nie przebywamy nie wiadomo jakich odległości, to podróż zajmuje wiele czasu. Jesteśmy jednak w stanie zatrzymać się niedaleko przy głównej drodze na czymś w rodzaju leśnego parkingu jakieś 300 m od atrakcji. Dojście nie jest wysiłkowe, ale też ciężko nazwać je urokliwym. Powiedziałabym nawet, że zakrawa o zaniedbanie i niechlujstwo. Zapach unoszący się wokół przypomina ni to końskie odchody, ni kanalizację. Później zanika, w miarę jak znikają porozrzucane przez miejscowych śmieci oraz rury wystające z różnych miejsc w ziemi.

Niestety trzeba zdawać sobie sprawę, że to, co dla nas uchodzi za atrakcję, dla Macedończyków niejednokrotnie stanowi chleb powszedni, który może nawet nie do końca doceniają. W tego typu miejscach często znajdziemy wiele opakowań po przekąskach czy butelek po alkoholu, paczek papierosów itd. W sumie było pusto, spotkaliśmy tylko dwóch miejscowych, którzy przyjechali nad wodospad zapalić fajki. Tutaj powstaje więc pewien dylemat, bo tego typu miejsca kochamy za swobodę przebywania w nich, wchodzenia w każdy nieogrodzony i niezagospodarowany zakamarek, a jednak bez nadzoru lub samodyscypliny mieszkańców nie sposób uniknąć w nich różnego rodzaju zanieczyszczeń i ekologicznych rozczarowań.

WODOSPAD KOLESHINO – OPIS

Piękno wodospadu wynagradza jakiekolwiek zastrzeżenia, które pojawiają się wcześniej. Nie jest wysoki, bo zaledwie 15 m, natomiast nadrabia szerokością – 6 m. Woda nie ma dużego pędu, dzięki temu spływa wieloma kaskadami w powolny, niemalże delikatny sposób. W zimie zdarza się nawet, że spora ich część zamarza. Widok jest naprawdę przepiękny, majestatyczny. Co mnie absolutnie kupiło, to skonstruowana drewniana drabina przy samym wodospadzie, dzięki której możemy wejść na wyższą półkę skalną. Jeśli kogoś naszłaby ochota, miałby możliwość się nawet wykąpać, chociaż nie polecam, bo woda jest tak zimna, że zetknięcie się z nią wywołuje ból. 😉 Drabinę oczywiście przetestowaliśmy, jakżeby inaczej! O dziwo nie przegniła ani nie spróchniała – jej stan jest na tyle dobry, że nie ma żadnych obaw przed wspięciem się. Wrażenie z tak bliska jest naprawdę wspaniałe, choć trzeba się liczyć ze zmoknięciem. 😀

WODOSPAD SMOLARE – DOJAZD I OPIS

Jeśli już odwiedzimy Koleshino, to grzechem byłoby nie udać się kawałek dalej na wschód do Smolare. To najwyższy wodospad w Macedonii, który liczy prawie 40 m, natomiast jest też stosunkowo wąski i „zbity”. Auto zostawiamy na parkingu tuż przy restauracji, bowiem teren jest najbardziej zagospodarowany ze wszystkich opisywanych w tym poście miejsc. Do uszu napływa muzyka, jest mnóstwo ławek i miejsc do siedzenia. Zamontowano też wiele śmietników, dzięki czemu okolica jest nieskazitelnie czysta. Zazwyczaj w tym miejscu odbywają się lokalne targi, gdzie możemy nabyć typowo macedońskie produkty, jednak poza sezonem się z nimi nie spotkaliśmy. Drogowskazy w tym miejscu informują, że mamy do przejścia 600-800 m, nie pamiętam dokładnie. Wiem jednak, że była to odległość liczona w linii prostej, bo dojście do atrakcji zajmuje trochę czasu. Szacowałabym raczej, że marsz to ok. 1300-1500 m. Dróżka nie jest karkołomna, ale musimy liczyć się z dużą ilością schodów i tym, że cały czas idziemy pod górę poza zejściem do platformy przy samym wodospadzie. Troszkę kondycji jest więc jak najbardziej wskazane.

Wodospad robi wrażenie, natomiast on sam i dojście do niego w porównaniu do pozostałych odwiedzonych przez nas miejsc ocenilibyśmy jako raczej przeciętne. Kaskada rzeczywiście jest potężna, szum duży, ale pod platformą da się dostrzec śmieci już w samej wodzie i trochę to psuje ogólny ogląd. Miejsce uchodzi za największą atrakcję turystyczną tego typu, ale my radzilibyśmy Wam odwiedzenie reszty pozycji z naszej listy, by ocenić, czy rzeczywiście tak jest. Naszym zdaniem niekoniecznie, więc na pewno warto spróbować. Opłaca się zobaczyć, jednak Smolare nie jest naszym faworytem.

WODOSPAD SIN I ROZTOPOWY – OPIS SZLAKU

Kolejny wodospad odnaleźliśmy właściwie przypadkiem. Wróciliśmy do Mawrowa, żeby urządzić wycieczkę do jaskini Alicica, którą opiszę w następnych postach. Na samym początku dostrzegliśmy jednak tabliczkę, że zaledwie 500 metrów za wyznaczonym przez nas celem znajduje się wodospad Sin, więc bez zastanowienia postanowiliśmy nadłożyć drogi i zobaczyć, czy rzeczywiście jest to na tyle ciekawa atrakcja, że opisano ją już na początku szlaku. Nie wiedzieliśmy, czego się za bardzo spodziewać – na pewno nie tego, że po drodze napotkamy kolejny, dużo okazalszy wodospad bez żadnej nazwy. Z parkingu, czyli właściwie polany, gdzie zostawiamy auto, musimy przejść 3,5 km do jaskini, a jakieś 300-500 m przed nią znajduje się niespodzianka, więc na pewno jej nie ominiecie. 😉

WODOSPAD ROZTOPOWY – JAK GO ZNALEŹĆ?

Ścieżka w maju jest bardzo malownicza – widoki skał, porośniętych mchem drzew, moc kolorowych, rozkwitających kwiatów i płynące obok większe bądź mniejsze strumyki. Mimo że drogę oznaczono jak górski szlak, podejście w większości nie jest trudne, choć są fragmenty, gdzie musimy zebrać nieco siły i maszerować mimo zwiększającego się nachylenia. Nie jest turbo prosto, ale też nie trzeba mieć niesamowitej kondycji. Wodospad wyrasta przed nami dość niespodziewanie i nagle. Można do niego podejść – w tym celu schodzimy z głównej ścieżki kawałek na dół, z tym że warto znaleźć gałęzie czy konary, których możemy się przytrzymać. Nawierzchnia jest dość śliska ze względu na dużą wilgoć i grubą warstwę liści pod stopami. Trzeba uważać, żeby nie wpaść w dziurę i nie skręcić sobie kostki. Spokojnie – jeśli się na to nie zdecydujecie, to widok z góry też będzie dobry, tylko mogą Wam odrobinę przeszkadzać zarośla.

Kaskady mają ok. 10 metrów i są dość szerokie. Prawie nie widać skał, więc widok jest taki, jakby woda wypływała spomiędzy roślin. Podejrzewamy, że to wodospad, który pojawia się w tym miejscu okresowo ze względu na roztopy, dlatego nie ma o nim żadnych informacji, nie jest opisany, ani nie ma nazwy. Jeśli jednak planujecie pieszą wycieczkę w maju, to zapewniamy, że tam będzie! Naszym zdaniem jeden z dzikszych i ładniejszych okazów – kazał się ciekawszy niż ten, do którego pierwotnie szliśmy. Ba, był w sumie najfajniejszym przystankiem na szlaku tego dnia.

WODOSPAD SIN – NA CO ZWRÓCIĆ UWAGĘ?

Do wodospadu Sin stamtąd zostaje nam ponad pół km do przejścia i niedługo potem natrafiamy na moim zdaniem najtrudniejszy odcinek drogi – kamienne osuwisko bez żadnych zabezpieczeń. Ścieżka jest wąska, pod stopami rusza się dosłownie wszystko i człowiek raczej szybko chce stamtąd uciec. Nie jest to rzecz nie do przejścia, ale wymaga dużej uważności i ostrożności.

Pokonanie tego fragmentu rekompensują później widoki strumienia płynącego zakolami aż do końcowego punktu wycieczki.

Pod sam wodospad nie udało nam się jednak podejść, choć w oddali malował się pomost. To potwierdzenie naszej wcześniejszej teorii o roztopach, bowiem ścieżka coraz bardziej zanika, robi się węższa, aż w końcu przed nami pozostaje jedynie szeroki, lodowaty strumień, którego nie sposób przebyć. Jedyną opcją jest zdjęcie spodni i marsz, ale nie wydaje mi się, żeby wędrówka po śliskich kamieniach się powiodła, ani żeby była dobrym pomysłem przy tak niskiej temperaturze wody. Oto obraz, który towarzyszył nam przy końcu podróży:

Na zakończenie przygotowałam jeszcze ogólne zestawienie – po części ranking, po części najważniejsze informacje o każdym z wodospadów, które pozwolą  przygotować się Wam do własnej podróży i zdecydować, co, kiedy oraz w jakiej kolejności obejrzeć.

RANKING WODOSPADÓW I ICH OKOLIC

Wodospad z najpiękniejszymi kaskadami:

  1. Koleshino (dodatkowy plus to drabina, po której możemy wejść pod same strumienie wody)
  2. Bezimienny wodospad w drodze do wodospadu Sin (uwaga: roztopowy, być może da się go zobaczyć jedynie w okolicach maja)
  3. Smolare (najwyższy wodospad Macedonii)
  4. Duf (skryty w skałach, warto zabrać przeciwdeszczowe kurtki, wszechobecna mgiełka wodna)
  5. Sin (niemożliwy do zdobycia w maju, da się obejrzeć z daleka, stosunkowo niewielki)

Najpiękniejsze dojście do wodospadu:

  1. Duf (ok. 1 km przejścia w kanionie, czysto, w połowie drogi miejsce na postój z ławeczkami)
  2. Bezimienny wodospad w drodze do wodospadu Sin (niecałe 3 km, bardzo malownicza droga, nieco wysiłkowa, ale przyjemna)
  3. Sin (do w/w miejsca fajna, później trudny moment ze względu na kamienne osuwisko bez zabezpieczeń)
  4. Smolare (ok. 1 km i 300-500 m, bardzo turystycznie, mnóstwo schodów)
  5. Koleshino (ok. 200-300 m, nieprzyjemny zapach, dużo śmieci, rury wystające z ziemi)

Ode mnie to tyle – zapraszam do dzielenia się przemyśleniami i własnymi opiniami. Który wodospad sprawia dla Was najlepsze wrażenie? A może widzieliście już część z nich? Koniecznie dajcie znać!

Macedonia – kwestie związane z wynajmem auta, koszty, opinia o wypożyczalniach Sixt i Alfa Rent

Wybierając się na wczasy za granicę czymkolwiek innym niż samochodem, zwłaszcza podczas długiego wypoczynku pojawia się w naszej głowie pytanie, jaki transport wybrać, żeby jak najefektywniej zwiedzić interesujące nas miejsca. Wynajęte auto? Autobus? Pociąg? A może skuter lub rowery? W przypadku Macedonii nasz wybór padł na pierwszą opcję. Funkcjonuje tu co prawda komunikacja międzymiastowa, ale jest dość sporadyczna, nieregularna i żmudna przy górskich warunkach drogowych panujących w większości kraju. W obrębie miast ludzie poruszają się albo swoimi środkami transportu, albo taksówkami. Z autobusami zetknęliśmy się jedynie w Skopje – wszystkie wzorowano na piętrowych double-deckerach z Londynu. W Ochrydzie z kolei zdziwił nas brak jakichkolwiek przystanków mimo sporej wielkości miasta.

W tym wpisie opowiem Wam, czy jesteśmy zadowoleni z wypożyczalni, na które się zdecydowaliśmy, jak wygląda zdawanie samochodu w Macedonii, jakie koszty wliczają się w wynajem auta oraz jak zaoszczędzić na transporcie ze Skopje na lotnisko i odwrotnie. W celu szybkiej nawigacji zapraszam na:

WYNAJEM AUTA NA LOTNISKU – ALFA RENT

Podczas miesięcznego pobytu wynajmowaliśmy auta dwa razy, od dwóch różnych wypożyczalni. Pierwszy raz na 17 dni w maju, drugi raz tylko na jeden dzień w czerwcu w celu zmiany miejsca pobytu na takie, z którego łatwiej dostać się na lotnisko. Podczas poszukiwań najlepiej sprawdziła się wyszukiwarka Discover Cars, czyli taka typowa porównywarka firm. Kierowaliśmy się jak najniższą ceną, która jednak zawierałaby ubezpieczenie na wypadek uszkodzenia lub kradzieży. Nie zależało nam na wysokiej jakości, automatycznej skrzyni biegów ani konkretnym modelu, dlatego nasza przygoda w Macedonii rozpoczęła się ze wściekle czerwoną Skodą Fabią. Wynajęliśmy ją z wypożyczalni Alfa Rent z odbiorem na lotnisku. Stanowisko bardzo łatwo odnaleźć – od wejścia w lewo aż do samego końca, gdzie znajdują się budki wielu wypożyczalni. Obsłużyła nas przesympatyczna, uśmiechnięta dziewczyna, która czuła się zobowiązana do poinformowania nas nawet o kwestiach niezwiązanych z autem – np. o której zaczyna się godzina policyjna. Bardzo dobrze mówiła po angielsku.

ALFA RENT – INFORMACJE OGÓLNE O WYNAJMIE

Auto nie wyglądało powalająco, co do tego nie ma dwóch zdań – w niektórych miejscach przerysowane, dziury i większe usterki zaklejone taśmą. Nie budziło jednak także grozy, kiedy się na nie spoglądało. Wszystkie usterki oglądaliśmy razem z pracowniczką, sporządziliśmy dwie wersje protokołu, pozwoliła nam także na zrobienie zdjęć, mimo że nie uważała tego za konieczne. My jednak wolimy się w ten sposób ubezpieczać. W końcu gdyby cokolwiek się wydarzyło, to w naszym interesie leży udowodnienie, że kto inny wywołał daną szkodę, więc zawsze polecam to rozwiązanie. Płatności dokonujemy na miejscu – gotówką lub kartą. Warto mieć na uwadze, że nie możemy zrobić tego wcześniej za pośrednictwem internetu. Szkoda, zwłaszcza że później walutą płatności nie był denar macedoński (MKD), tylko euro, bo kurs jest dla Macedończyków korzystniejszy i w ten sposób mogą nieco więcej zarobić. Ile nas to wyniosło? Zaskakująco mało, choć jest pewien kruczek.

ALFA RENT – CENA WYPOŻYCZENIA AUTA

Za 17 dni wypożyczenia auta zapłaciliśmy ok. 895 zł (już po przeliczeniu – warto sprawdzić przy kasie, czy suma pokrywa się z wydrukiem potwierdzenia od Discover Cars). Dodatkowo nasza karta zostaje obciążona kaucją w wysokości 500 EUR. Wychodzi więc na to, że dzień użytkowania auta wynosi ok. 50 zł, a nawet nie! 30 EUR z zapłaconej kwoty to dodatkowa opłata za zwrot auta w innym miejscu niż je wypożyczaliśmy, więc niekoniecznie musicie ją ponosić. Dla nas to była bardzo wygodna opcja, bo wynajęliśmy samochód w Skopje, a oddaliśmy w Ochrydzie, gdzie mieszkaliśmy przez większość czasu. Nasz pobyt trwał miesiąc, z czego urlop przypadał właśnie na dni wypożyczenia auta. Później zwróciliśmy je, pracowaliśmy zdalnie, a popołudnia spędzaliśmy nad jeziorem Ochrydzkim. W temacie wynajmu ogromnym plusem jest także to, że nie dopłacamy za ilość przejechanych kilometrów – jedynym wymogiem zwrotu jest uzupełnienie baku do pełna, a resztą nikt nie zaprząta sobie głowy. Całe szczęście, bo w innym wypadku musielibyśmy być milionerami, jako że zjeździliśmy po kraju ponad 3 tys. km. 😉 Warto też zwrócić uwagę, że wiele wypożyczalni nalicza dodatkowe koszty od kierowców, którzy nie ukończyli 30 roku życia, ale w tym wypadku cena pozostała niezmieniona.

DOJAZD SKOPJE-LOTNISKO

Jeśli myślicie o wynajęciu auta jedynie na przejazd z lotniska do Skopje (niecałe 30 km), bo wyjdzie taniej niż taksówka, to stanowczo odradzam. Najwyraźniej na ten pomysł wpadało dużo podróżnych, bo cena za zrealizowanie takiego połączenia wydaje się absurdalna – nawet ponad 500/600 zł za dobę! Wliczamy w nią nie tylko te 30 EUR, o których mówiłam wyżej, ale także opłatę lotniskową oraz podatek państwowy, więc siłą rzeczy tych kosztów nawarstwia się więcej mimo krótszego czasu wypożyczenia. Jeśli zależy Wam na pokonaniu tego odcinka, najlepiej zdecydować się na autobus, ale on kursuje bardzo rzadko (3-5 razy na dobę zależnie od dnia tygodnia). TUTAJ link do strony po angielsku z aktualnymi rozkładami oraz cennikami. Obecnie koszt przejazdu wynosi 180 MKD, czyli 13,41 zł, a więc w ciągu ostatnich 7-miu lat nastąpił wzrost o 3 zł.  To jednak wciąż świetna okazja, o ile godzinowo pasuje Wam lot lub jesteście w stanie trochę poczekać.

BRAK TERENOWEGO AUTA A KOMFORT PODRÓŻY PO MACEDONII

Wracając jednak do kwestii Skody – pewnie myślicie sobie, że no dobra, była tania, średnia jakościowo, więc pewnie strasznie się nią umęczyliśmy. Wspominałam, że Macedonia jest dość trudna, jeśli chodzi o warunki drogowe pod kątem zarówno stanu dróg, jak i stylu jazdy kierowców, o czym możecie poczytać TUTAJ. Powiem jednak tak; jestem osobą, która islandzką obwodnicę pokonała maleńką Kią Picanto z braku kasy, więc jeśli się chce, to wszystko się da. Pewnie, terenowe auto z lepszym przyspieszeniem znacznie lepiej sprawdziłoby się na stromych podjazdach czy serpentynach. Skoda czasem wyła, czasem gasła, ale generalnie dała sobie radę ze wszystkim. Wiadomo też, że w przypadku wielu atrakcji położonych dość wysoko dojeżdżaliśmy do parkingu, a resztę drogi pokonywaliśmy pieszo, ale to już kwestia, na ile wygodny jest każdy z nas i czego oczekujemy. W każdym razie mogę zapewnić, że wybierając auto tego typu, nie musicie sobie niczego odmawiać, niczego też nie tracicie.

ALFA RENT – ODDANIE SAMOCHODU

Jeśli chodzi o zdanie auta, umówiliśmy się z pracownikami wypożyczalni na jednej ze stacji benzynowych. Trochę się stresowaliśmy, zwłaszcza że pamiętałam oględziny Kii na Islandii, które były strasznie szczegółowe i dokładne. Tutaj czuliśmy jeszcze dodatkowy dyskomfort z racji tego, że nie mieliśmy dostępu do żadnych myjni automatycznych, a pod blokiem nie było warunków, żeby auto wymyć ręcznie. Z braku laku oddaliśmy je brudne, licząc się z dodatkową opłatą – uwierzcie mi, było na nim naprawdę dużo pyłu i błota, bo niejednokrotnie wjeżdżaliśmy na nie do końca utwardzone drogi.

Wita nas więc mężczyzna w białej koszuli, cały elegancki, spogląda na auto… i nic. Zero reakcji. Przeprosiliśmy za ogólny stan samochodu, ale facet tylko machnął ręką i stwierdził, że nic nie szkodzi. W jednym miejscu przetarł gołą ręką brud z drzwiczek, bo myślał, że to zarysowanie i zatwierdził, że wszystko jest w porządku. Co lepsze, na sam koniec położył na tym brudzie wszystkie dokumenty i jak gdyby nigdy nic zaczął je podpisywać. Ze strony wypożyczalni nie ma więc naprawdę żadnych problemów, a nasze wrażenia są jak najlepsze.

WYNAJEM AUTA – SIXT

Drugie auto, Opla Corsę, wynajmowaliśmy tylko na jeden dzień za pośrednictwem Sixt, żeby dojechać ze Skopje do Ochrydy i tam je zostawić. Kryteria wyboru pozostały niezmienne, chociaż tutaj za najniższą cenę dostaliśmy całkiem nowe auto bez żadnych zarysowań ani uszkodzeń. Podstawowe ubezpieczenie pokrywało koszty na wypadek kolizji czy kradzieży, w cenę wliczono także opłatę za zwrócenie samochodu w innym mieście – za całość zapłaciliśmy 22,68 EUR, czyli niecałe 104 zł. Fajne było też to, że mimo ustalonej daty odbioru auto dostaliśmy dzień wcześniej, bo tak bardziej odpowiadało pracownikowi wypożyczalni. Nie doliczono za to żadnych dodatkowych kosztów, no bo w sumie była to przysługa. Na odbiór umówiliśmy się tak samo na stacji benzynowej, ale tutaj mieliśmy już problem, żeby się porozumieć. Mężczyzna mówił po angielsku bardzo słabo, tylko jakieś najpotrzebniejsze wyrazy, więc lepiej wychodziła nam rozmowa po polsku, bo przynajmniej część słów okazała się tożsama z językiem macedońskim. Na tak krótki okres wynajmu nie nałożono na nas kaucji, co było dość dziwnym przypadkiem i w sumie nie wiem, czy wynikało z niedopatrzenia, czy dużej dozy zaufania do turystów.

Autko prowadziło się wdzięcznie, z oddaniem go nie mieliśmy większych problemów, mimo że na miejscu zjawiliśmy się 3 godziny przed planowanym czasem. Wypożyczalnia ma podpisaną umowę z hotelem, który stanowi punkt zdania, więc oddaliśmy kluczyki i dokumenty na recepcji, nikogo specjalnie nie angażując. Dziewczyna w zasadzie nawet nie sprawdziła stanu auta, po prostu spytała, gdzie je zostawiliśmy i tyle. Akurat w tym wypadku żałuję, że tak się stało, bo my zupełnie się zagapiliśmy. Przy wypożyczeniu auta funkcjonuje zasada „pełny bak przy odbiorze, pełny przy oddaniu”, a my mieliśmy taki zakręcony dzień z przeprowadzką, dojazdem itd., że zupełnie o tym zapomnieliśmy! Na szczęście wypożyczalnia skontaktowała się z nami później przez WhatsAppa (serio, wszystkie formalne sprawy załatwiano z nami w ten sposób, nieważne czy chodziło o mieszkanie, auto czy coś innego) i spytała, czy chcemy auto dotankować, czy mogą zdjąć pieniądze z karty, której numer wcześniej podaliśmy. Fajnie, że dali wybór i nie wydawali się specjalnie źli – chyba widzieli, że naprawdę było nam głupio i mieli świadomość, że każdemu może się zdarzyć. Z konta zdjęli tyle, ile zeszłoby na uzupełnienie baku, nie było potrącania dodatkowych środków z racji kary czy czegoś podobnego. Nie da się ukryć, że to nasza wina i liczyliśmy się z jakimiś konsekwencjami, no ale jednak fajnie, jeśli strony mogą się dogadać i rozwiązać problem po dżentelmeńsku. Może mężczyzna założył z góry, że go nie zrozumieliśmy podczas przekazywania kluczyków na stacji. Mimo trudnej językowo komunikacji tym bardziej możemy polecić. Łatwo oceniać pozytywnie, jeśli nic się po drodze nie wykrzaczy, a jak się już wykrzaczy, no to super, jak sprawa zostanie rozwiązana pomyślnie.

TANIA TAKSÓWKA NA LOTNISKO W SKOPJE

Na koniec chciałabym sprzedać Wam wskazówkę, jak najlepiej podróżować w relacji Skopje-lotnisko. Wspominałam już, że autobus jest bardzo czasochłonną opcją, samochód niezwykle drogą i tak naprawdę zostaje do wyboru tylko taksówka, za którą zapłacimy ok. 100 zł w jedną stronę. Jeśli podróżujecie grupą, to cena nie jest taka zła – gorzej, jeśli jesteście parą jak my. Udało nam się jednak znaleźć takiego kierowcę, który za kurs zgarnął ok. 60 zł, więc różnica w cenie była dość znacząca. TUTAJ link z namiarami na Taxi Service Skopje Airport, tel. +389 70 361 287. Nie ma problemu z porozumieniem się po angielsku, rozmowa przebiega płynnie, a podstawienie auta jest punktualne. Jazda bezpieczna, bezproblemowa, a kierowca, na którego trafiliśmy, gadatliwy nawet jak na 2.00 w nocy. Co ważne, transport odbywa się mimo godziny policyjnej, która obowiązywała od 23.00-06.00 rano, gdy byliśmy na miejscu. Jeśli ktoś by Was zatrzymał, bo zdarzają się takie sytuacje, należy pokazać kartę pokładową, bilet, rezerwację lub cokolwiek, co potwierdza, że macie wylot i musicie się przemieścić. Na nas nikt nie zwrócił uwagi, także nie ma większego stresu.

Z mojej strony to tyle – gdybyście mieli jakieś pytania, to śmiało piszcie w komentarzach. Jeśli korzystaliście z usług innych wypożyczalni albo macie jakieś odmienne doświadczenia od naszych, to tym bardziej zachęcam do podzielenia się opinią!

Macedonia – polecane mieszkania i dlaczego warto organizować pobyty długoterminowe z Airbnb

Decydując się na konkretną formę wypoczynku, każdy z nas kieruje się innymi wartościami i to właśnie od nich zależy, czy wybierzemy hotel, kemping, schronisko, kapsuły czy jeszcze coś innego. Dla nas w przypadku ponad miesięcznego wyjazdu liczyła się przede wszystkim stosunkowa dobra jakość zakwaterowania w odniesieniu do ceny. Chcieliśmy, żeby czas spędzony w Macedonii kosztował nas mniej więcej tyle, ile wydalibyśmy w Polsce i pod względem mieszkania udało się to bez problemu. Zdecydowaliśmy się na Airbnb, dokładnie jak rok temu, i z tej usługi skorzystaliśmy aż trzy razy podczas pobytu. W czym przodowała nad innymi opcjami? Jakie korzyści przynosi pobyt długoterminowy organizowany w ten sposób? Ile to właściwie wyniosło? O tym i nie tylko będzie właśnie ten wpis. Zapraszam na:

INFORMACJE OGÓLNE

Pierwszy najem podczas wyjazdu przypadł na Warszawę, jako że nie mieszkamy w stolicy, a lot mieliśmy o 10.00 rano. Zdecydowaliśmy się na nocleg, żeby następnego dnia zjeść po ludzku śniadanie i bez pośpiechu przejść odprawę na lotnisku. Dodatkowym argumentem był brak sensownych połączeń kolejowych o wczesnorannych godzinach. Zarywalibyśmy noc, a na miejscu bylibyśmy albo za późno, albo o wiele za wcześnie. Do tego dochodziła obawa przed spóźnieniami PKP, które, jak wiemy, do rzadkich nie należą (zabawne, bo ten fragment piszę w pociągu opóźnionym o 80 minut). Jak się okazało – bardzo słusznie! Do stolicy dojeżdżaliśmy z przesiadką, bo ze względu na ograniczoną restrykcjami ilość miejsc w pociągu nie mogliśmy kupić biletu na inne połączenie. To była akurat nasza wina, bo w tygodniu poprzedzającym wyjazd działo się tyle, że nie mieliśmy chwili, żeby dokonać wcześniejszej rezerwacji. W każdym razie kupiliśmy takie bilety, żeby na pewno na tę przesiadkę zdążyć – mieliśmy ok. 40 minut czasu wolnego. W momencie jednak, kiedy weszliśmy na peron, ujrzeliśmy to:

Tego dnia większość pociągów jechała spóźniona – większość, ale nie nasz przesiadkowy, więc już przed rozpoczęciem podróży wiedzieliśmy, że na niego nie zdążymy. Zgłosiliśmy się do konduktora i na szczęście pociąg do Warszawy zaczekał na nas kilka minut, a biegliśmy do niego z tak wyładowaną torbą, że stanowiło to niemałe wyzwanie. Wspominam tę wyprawę jednak z dużą dozą radości. Natrafiliśmy w przedziale na dwójkę przesympatycznych ludzi – Andrzeja i Tatianę. Nie podróżowali razem, nas wszystkich dzieliła pewna różnica wieku, a mimo tego wywiązał się dialog i cała czwórka mówiła o… podróżach! Rozmowa kleiła się na tyle dobrze, że nie odczuliśmy, jak szybko upłynął czas. Mam nadzieję, że jeśli to czytacie, macie podobne zdanie. 😉

POKÓJ BLISKO LOTNISKA W WARSZAWIE – CENA, JAKOŚĆ

W końcu około godz. 23.00 dotarliśmy do mieszkania, które idealnie spełniało nasze oczekiwania. Miało wystarczyć na niecałe pół dnia, zapewniać miejsce do wygodnego odpoczynku i być czyste, no bo czego innego oczekiwać po miejscu, w którym pozostaje się tak krótko? Wynajem przez Airbnb sprawdził się lepiej niż np. Booking zwłaszcza pod względem cen. Poza sezonem za wybrane mieszkanie (w zasadzie bardziej pokój) zapłaciliśmy 69 zł za naszą dwójkę. Teraz cena wzrosła powyżej 100 zł, ale wtedy to była świetna okazja jak na stolicę. Pokoik malutki, ale mogły w nim spać aż trzy osoby – łóżka składały się do góry tak, że były zamykane w szafie; jedno dwuosobowe i jedna jedynka. Miejsca nie mieliśmy zbyt wiele, ale też w zasadzie po co? Dostaliśmy nawet filiżanki i herbatę do śniadania, co jak na tak tymczasowe miejsce do spania było naprawdę fajnym gestem ze strony właścicielki Agnieszki. Forma zakwaterowania też bardzo wygodna, bo każdy melduje się sam. W korytarzu na ścianie zawieszone jest kilka sejfów z kluczami, dostajemy kod i odbieramy swój. Dzięki temu pora naszego wejścia i wyjścia nie była dla nikogo utrapieniem. Z okien rozciąga się widok na miasto, widać też startujące samoloty. Śpi się przy szybie, więc po ciemku te wszystkie światła wyglądają nawet ładnie. W mieszkaniu jest ogólnodostępna kuchnia, ale nie korzystaliśmy z niej, także w kwestii wyposażenia i standardu się nie wypowiem. Informacje takie jak mapka, adres, kody itd. dostaliśmy już wcześniej.  Polecamy to miejsce właśnie na takie chwilowe przystanki przed lotem. Tutaj link dla zainteresowanych oraz zdjęcia zamieszczone przez hosta: https://www.airbnb.pl/rooms/24423472?source_impression_id=p3_1624288840_WXUf76jq9i1vkqFE

SKOPJE CZY OCHRYDA?

Drugi wynajem pochłonął więcej naszej energii i czasu. Mieliśmy dylemat, gdzie spędzić większość wyjazdu – w Skopje czy w Ochrydzie. Skopje zachęcało nas dobrym dojazdem właściwie w każdy kąt Macedonii. Ochryda z kolei leży nad samym jeziorem. Skopje jest gorętsze ze względu na wszechobecny beton, a my lubimy ciepło. W Ochrydzie występują wahania pogody, jest chłodniej, ale widoki ośnieżonych gór i ludzi wylegujących się na plażach wydawały się wspaniałe. Ostatecznie więc wybraliśmy Ochrydę i postawiliśmy na relaks po pracy, kiedy już nie będziemy mogli zwiedzać i oddamy wypożyczone auto. I wiecie, co Wam powiem? W Ochrydzie spędziliśmy ponad 4 tygodnie i autentycznie nie mogłam powstrzymać się od płaczu, wracając stamtąd. A ze Skopje…? Już troszkę na ten powrót czekaliśmy, bo betonowa dżungla to nie miejsce, gdzie wypoczywamy najlepiej. O samych miastach opowiem więcej w następnych postach, tu już jednak zaznaczę: gdy będziecie mieć podobny dylemat, bez zastanowienia obstawcie jezioro!

ZALETY KORZYSTANIA Z AIRBNB

Dlaczego nie podzieliliśmy wyjazdu na pół (2 tyg. Ochryda i 2 tyg. Skopje)? Właśnie dlatego, że wyjeżdżając na pobyt o długości przynajmniej 4 tygodni, na Airbnb przysługują nam duże zniżki, których na innych stronach się nie doszukałam. Sięgają nawet 20-50%, dzięki czemu możemy pozwolić sobie nie tylko na sam wyjazd, ale także na wyższy standard pobytu. W Ochrydzie oferta mieszkaniowa na Airbnb nie jest tak bogata i urozmaicona jak w stolicy, jednak jest w czym przebierać. W zależności od tego, co wolicie, można znaleźć coś nad samym jeziorem z dala od miasta, apartamenty przy deptaku itd. Oferty zaczynają się nawet od 1700 zł za mieszkanie na miesiąc. Dla nas, którzy przeżywają tragedie w związku z kosmicznymi cenami na rynku nieruchomości we Wrocławiu, to praktycznie niewyobrażalne. Z niższymi cenami wiązała się oczywiście niższa jakość – stare budownictwo, skromne umeblowanie, bardzo często także brak kuchni czy pralki, które dla nas były punktem obowiązkowym. Z racji nauki/pracy zdalnej zależało nam także na dobrym połączeniu internetowym. Wybraliśmy jedno z droższych mieszkań, bo urzekło nas wygodą i wystrojem. Za 34 dni pobytu zapłaciliśmy ok. 2300 zł i tym sposobem znaleźliśmy się w miejscu, które skradło nasze serca.

MIESZKANIE W OCHRYDZIE – GOSPODARZ

Naszym gospodarzem w Ochrydzie był Kristijan, który pracował kiedyś jako steward na pokładzie samolotu i generalnie wie, czego potrzeba podróżnym. To jego drugie mieszkanie, nad którym sprawuje opiekę i wydaje nam się, że to rodzinny biznes, bo udział w nim biorą zarówno dziewczyna, jak i mama mężczyzny. Jest naprawdę fajnym, nienarzucającym się hostem – z chęcią pomógł albo udzielił wskazówek, ale tylko w kwestiach, w których tego potrzebowaliśmy. Wskazał nam np. piaszczystą plażę lokalsów, gdzie prawie nie ma ludzi i pomógł z odnalezieniem mieszkania. Nie dotarliśmy do niego od razu, bo przez cały pobyt posługiwaliśmy się mapami offline i posiadaliśmy tylko przybliżony adres. Wyobraźcie sobie, że Kristijan przerwał pracę i wyszedł szukać nas na ulicę, byle nam pomóc. To było tak miłe, że zrobiło nam się aż głupio, naprawdę. Bardzo pomógł też w kwestii zameldowania na policji.

REJESTRACJA NA POLICJI – WYMÓG MACEDONII

Przybywając na terytorium Macedonii należy zarejestrować pobyt na najbliższym posterunku policji. Dostajemy krótki formularz, gdzie uzupełniamy swoje dane i odpowiadamy na pytania, czy już kiedyś byliśmy w Macedonii, w którym roku itd. Na takim dokumencie stawia się parafkę, która upoważnia nas do opuszczenia kraju. Jeśli tego nie zrobimy, a ktoś na granicy czy lotnisku poprosi nas o dowód zameldowania, to możemy mieć z tego względu różne problemy np. w postaci grzywny o wysokości ponad 2 tys. zł. Mówi się, że obowiązek meldunku spoczywa na hotelu albo gospodarzu, który przyjmuje Was w swoje progi. Kruczek jest jednak taki, że jeśli my tego nie dopilnujemy, toteż my ponosimy konsekwencje, więc warto się o to upominać. Niektórzy gospodarze zwłaszcza przy pobytach krótkoterminowych to olewają, bo „prawie nikt takich papierów nie sprawdza” i to prawda, ale sami zadajcie sobie pytanie, czy chcecie być w grupie tych „prawie”.

MIESZKANIE W OCHRYDZIE – OPIS, OPINIA

Mieszkanie w Ochrydzie (Stephanie Blue Apartment) jest urządzone naprawdę stylowo i ze smakiem – do tego stopnia, że właściwie moglibyśmy mieszkać w podobnym w Polsce. Całość jest utrzymana w kolorze białym i błękitnym, jest wiele obrazów, sztucznych roślin czy kolorystycznie dobranych elementów, ale nie odczuwa się wrażenia przepychu. Łazienka wydaje się jedną z ładniejszych, jakie udało nam się zaobserwować na zdjęciach z Airbnb – co prawda to wciąż kilka(naście) lat wstecz w porównaniu do Polski, ale jest czysto, jest też pralka i suszarka (choć na nasz przyjazd akurat się zepsuła). Nie stanowiło to dla nas dużego problemu, chociaż trzeba przyznać, że pranie na balkonie schnie dość opornie, bo prawie nigdy nie ma na nim słońca. Mimo wszystko uwielbialiśmy jeść na nim obiady i zapijać je lokalnym winem – o poranku to także ukochane miejsce Szymona na kawę.

Kuchnia jest wyposażona na tyle dobrze, że znajdziecie tam nawet korkociąg do wina, o czym gospodarze często zapominają. Brakuje jednak porządnych ostrych noży i jednej szafki na większe naczynia. Z braku laku trzyma się je pod zlewem. Pod zlewem? W takim razie gdzie jest śmietnik? A no na balkonie, co niby jest fajną opcją, bo nie uświadczymy nieprzyjemnego zapachu w domu, a jednak doskwiera to w momencie przyrządzania posiłków. Przez większość czasu mieliśmy więc dwa śmietniki, a oba tak malutkie, że zapełnialiśmy z 3-4 worki, zanim poszliśmy wyrzucić je do kontenera. Rozmiarem można przyrównać je do koszy, które my zazwyczaj mamy w łazienkach. Nie było to jednak specjalnie uporczywe. Przeszkadzały natomiast rozmiary kuchni, gdzie wymijaliśmy się z dużym trudem, a po otwarciu zmywarki nikt nie mógł się ruszyć. Tak, jest tam nawet zmywarka, piekarnik i płyta indukcyjna.

Na miejscu znajduje się światłowodowy internet (o losie, lepszy niż mieliśmy w Polsce przez ostatni rok) i klimatyzacja, której jednak nie włączyliśmy ani razu, bo cały budynek jest dość wychłodzony – aż odczuwało się ulgę, wchodząc do środka. Przysługuje nam także miejsce parkingowe (a nawet dwa) odgrodzone słupkami, które każdorazowo trzeba opuszczać. Z balkonu rozciąga się widok na zabudowania miasta, kawałek jeziora, góry oraz meczet, gdzie z minaretów kilka razy dziennie rozbrzmiewało nawoływanie do modlitwy. Dojście do deptaku zajmowało 5 minut, do jeziora kolejne tyle. Taki spacer odbywaliśmy raz, a nawet kilka razy dziennie, z początku odkrywając świetne miejsca, a później z radością do nich wracając. Lokalizacja jest genialna, mimo że ulica pod blokiem może nie zachwyca. Jest jednak coś, za co bardzo ją lubiłam – popołudniami i wieczorem zlatywały się na nią dzieciaki z wszystkich okolicznych bloków. Chłopaki grali w piłkę między autami, krzyczały, biły się, a dziewczyny zbierały się w grupki i rozmawiały. Od razu przypomniało mi się moje dzieciństwo. Tak mnie to cieszyło, że dzieci wychodzą na dwór i się bawią, bo u nas takich widoków mamy już coraz mniej. Na osiedlu znajduje się kilka małych sklepików, koło meczetu jest supermarket Tinex, a na deptaku kolejne dwa supermarkety, w tym sieciówka Ramstore (najlepiej zaopatrzona).

Jedyne, co tak naprawdę nie odpowiadało nam w mieszkaniu, to kwestie hydrauliczne. Prysznic, kiedy tylko przyjechaliśmy, już trochę przeciekał. Zgłosiliśmy to hostowi, ale wydaje mi się, że już wcześniej był tego świadomy, bo pod brodzikiem widniała wycięta dziura, jakby ktoś usiłował tam coś naprawiać. Nauczyliśmy się jednak myć tak, żeby wody nie wylewać prawie wcale i powiedzieliśmy, że wzywanie specjalisty nie ma sensu. Nie było to na tyle uciążliwe, żebyśmy chcieli poświęcać dzień wolnego na naprawę (ktoś z nas musiałby zostać w mieszkaniu). W ostatnim tygodniu wyjazdu prysznic jednak umarł i po każdej kąpieli mieliśmy w łazience bajoro, które ratował odpływ pośrodku łazienki (standardowe rozwiązanie chyba wszędzie w Macedonii). Wtedy już nie było tak super i trochę mieliśmy nerw, bo mniej więcej w tym samym czasie w kuchni nagle oberwał się syfon (co na szczęście byliśmy w stanie ogarnąć sami). Wyglądało to jednak tak, jakby zastosowano tymczasowe rozwiązania w celu zamaskowania niedoskonałości przed kimś, kto przyjedzie na max. miesiąc. Doszliśmy jednak do wniosku, że w związku z pandemią podwójna inwestycja Kristijana w nieruchomości mogła być dla niego obciążająca finansowo i stąd odwlekanie napraw czy samodzielne starania załagodzenia sprawy. Mimo całorocznego otwarcia Macedończycy mieli mniejsze obłożenie turystów niż co roku. Pobyt w tym miejscu mimo drobnych mankamentów jednak polecamy pod każdym względem – my się w Ochrydzie zakochaliśmy. Poniżej zdjęcia zamieszczone przez hosta oraz link do strony dla zainteresowanych:

MIESZKANIE W SKOPJE – GOSPODARZ

Pobyt w Skopje trwał nieco ponad cztery dni (wylatywaliśmy nad ranem) i kosztował niecałe 350 zł za nas dwoje. Gospodarzem był Risto, którego nie poznaliśmy jednak osobiście ze względu na samodzielne zameldowanie. Wszystkie informacje dotyczące kodu do skrytki na klucze, hasła do Wi-Fi itd. otrzymaliśmy odpowiednio wcześniej, host był bardzo komunikatywny i sam z siebie pisał, czy wyjazd jest aktualny lub o której będziemy na miejscu. Tutaj wynikło też drobne nieporozumienie, bo zjawiliśmy się w Veki’s Place ok. 2-3 godziny wcześniej, niż zapowiadaliśmy ze względu na zamknięcie wielu atrakcji, które tego dnia chcieliśmy odwiedzić. Okazało się, że mieszkanie nie było jeszcze posprzątane i pod naszą nieobecność, gdy wyszliśmy na miasto, Risto umył łazienkę i ogarnął temat. Szybko spostrzegliśmy cudzą obecność, gdy wróciliśmy, ale napisał nam wiadomość, że to tylko on i przeprasza, że tak to się ułożyło, bo spodziewał się nas później. Nie było to dla nas niczym oburzającym, a gospodarz zachował się profesjonalnie. Co prawda Risto jest właśnie tym typem człowieka, którego musicie popędzać z rejestracją na policji, ale pobyt u niego wspominamy całkiem dobrze.

MIESZKANIE W SKOPJE – OPIS, OPINIA

Mieszkanie jest niewielkie, właściwie taka mała kawalerka. Widać, że ma już swoje lata, bo w kuchni spotkamy się np. z farbą odchodzącą z sufitu, ale generalnie jest zadbane i czyste. Cechuje je całkiem ładny wygląd dzięki licznym dekoracjom – mieliśmy nawet identyczny obraz na ścianie jak w Ochrydzie! Internet działa bez zarzutu, jest pralka, ale brak zmywarki. Pewnie na dłuższe pobyty nie byłoby aż tak wygodnie, ale na kilkudniowe zwiedzanie stolicy lokum nadaje się w sam raz. Bez zbędnych ochów i achów, ale moglibyśmy je polecić. Znajduje się na poddaszu, więc jest w nim dość gorąco, ale klimatyzacja ratuje sytuację. Brakuje też troszkę sprzętów kuchennych, bo nie ma np. sitka do przelania makaronu, ale taka podstawa jest zapewniona. Mnie osobiście podobało się też, że produkty higieniczne i kuchenne nie są wyrzucane z mieszkania każdorazowo po gościach, dzięki czemu możemy korzystać z różnych żeli pod prysznic, kremów, przypraw, olejów czy herbaty, które sami też kupujemy zawsze, a nigdy do końca ich nie zużywamy. Jest to więc pewna oszczędność i brak marnotrawstwa.

Mieszkanie znajduje się na dość przeciętnej ulicy, ok. 10-15 min. pieszo do ścisłego centrum. Wokół jest szaro, ale takie właśnie było praktycznie całe Skopje. W pobliżu znajduje się kilka knajpek, okolica jest raczej cicha. Największą bolączką byli dla nas sąsiedzi – jeden z nich ćwiczył grę na pianinie w godzinach dopołudniowych, inny o 4:00 w nocy krzyczał tudzież prowadził bardzo głośne rozmowy telefoniczne lub przez jakiś komunikator podczas gry z kumplami. Raz, gdy wyszliśmy na korytarz, przywitał nas histeryczny płacz, ale tak straszny, że aż współczułam dziewczynie tego, co właśnie przeżywa. Jeśli jednak nie ma Was, podobnie jak nas, większość dnia w mieszkaniu, to da się na to przymknąć oko. Tutaj link dla zainteresowanych osób oraz zdjęcia zamieszczone przez hosta: https://www.airbnb.pl/rooms/28809189?source_impression_id=p3_1624386173_cSsfpHISE7UQOUa%2B

Z mojej strony to tyle – mam nadzieję, że podzieliłam się z Wami przydatnymi wskazówkami i być może zachęciłam Was do odwiedzenia hostów, którzy nas gościli. W razie jakichkolwiek pytań piszcie śmiało w komentarzu! 🙂

Jak wygląda organizowanie lotu w czasie pandemii, przesiadki na lotnisku i czy polecam linię Austrian?

Choć na wakacje każdy z nas czeka z niecierpliwością i utęsknieniem, to zawsze poprzedza je proces, który wielu podróżników męczy, innych nawet przeraża, a dla wszystkich bez wyjątków wiąże się ze stresem – planowanie. Czynności z nim związane zawsze wydają się mniejszym lub większym wyzwaniem, a już zwłaszcza, gdy decydujemy się na wyprawę w czasie pandemii, kiedy większość restrykcji nie została jeszcze zniesiona. Dziś opowiem o tym, jak przebiegała nasza organizacja miesięcznej podróży do Macedonii pod kątem wyboru lotów. Przedstawię koszty, udzielę paru wskazówek i pokażę Wam, że jeśli efektywnie zorganizujecie samodzielną podróż w takich czasach jak teraz, to poradzicie sobie już zawsze. Zapraszam na

WSTĘP I INFORMACJE OGÓLNE

Nasza wyprawa przypadła na okres 7 maj – 10 czerwca 2021 roku, jako że był to jedyny termin, kiedy mogliśmy pozwolić sobie na ponadmiesięczną przygodę. Wyboru destynacji w tamtym momencie nie było dużego, jeśli chcieliśmy zamknąć się w odpowiednim budżecie i zorganizować wszystko samodzielnie. Wahaliśmy się między Albanią i Macedonią, które niezmiennie pozostawały otwarte dla turystów, choć określenie „wahaliśmy się” jest chyba zbyt górnolotne. Albania jakoś nie za bardzo nas nie pociąga, Macedonia natomiast została przeze mnie sprawdzona podczas krótkich postojów na trasie do Grecji czy Czarnogóry, więc postawiliśmy na bezpieczeństwo i gwarancję dobrych wrażeń.

Pierwszym problemem, który stanął nam na drodze, był wybór transportu. Jeśli jesteście nastawieni na aktywne zwiedzanie, to ze swojego doświadczenia mogę polecić podróż na miejsce samochodem. Przemęczycie się tak naprawdę jeden dzień, nie poniesiecie dodatkowych kosztów wypożyczenia na miejscu i będziecie bardziej niezależni. „Ale samolotem i szybciej, i wygodniej” podacie jako argument. Czytajcie więc dalej, żeby zobaczyć, jak wygląda rzeczywistość.

Nie chcieliśmy podróżować autem z jednego względu – państwa co chwilę otwierały i zamykały granice, wprowadzały nowe zasady dotyczące tranzytu i gdybyśmy mieli sprawdzać restrykcje każdego kraju po kolei, to pewnie porzucilibyśmy pomysł wyjazdu. Nie widzieliśmy sensu w stresowaniu się podczas każdej kontroli i godziny jazdy, czy uda nam się dotrzeć, czy gdzieś zatrzymają nas na dłużej itd., więc zdecydowaliśmy się na lot. Teraz pewnie myślisz, że w ogóle nie kojarzysz lotów z Polski do Macedonii i to się zgadza. Dostępnych połączeń było tyle, że można je zliczyć na palcach jednej ręki, a znalezienie ich graniczyło z cudem. Przeszukiwałam różne strony i niezależnie, czy kryteriami wyszukiwania był lot bezpośredni czy nie, wyników nie znajdowało żadnych.

JAK WYSZUKAĆ NIEISTNIEJĄCE LOTY – SKYSCANNER

Na terenie Macedonii funkcjonują dwa lotniska – Skopje (w stolicy) oraz Ochryda, do której chcieliśmy dotrzeć. Zależało nam na bliskiej obecności jeziora, żeby po pracy móc odpocząć, poopalać się i codziennie mieć zajęcie, kiedy oddamy samochód do wypożyczalni. Skopje w takim wymiarze po miesiącu dość szybko by się nam przejadło, o czym przekonaliśmy się podczas zwiedzania, ale o tym opowiem przy okazji innego postu. W każdym razie lotnisko w Skopje funkcjonuje w pełnym wymiarze, bez żadnych ograniczeń. W Ochrydzie natomiast, jak na złość, ruch jest niewielki. Pierwsze połączenie, które znalazłam, było datowane na końcówkę maja. Zostało nam więc jedynie Skopje i dojazd na miejsce wypożyczonym autem, ale tak jak mówiłam, z lotami był problem. I tutaj z pomocą przyszedł nam Skyscanner, który w kryzysowych sytuacjach absolutnie polecam.

Skyscanner nie jest nadwyszukiwarką lotów, też nie od razu wyszukał dla nas coś odpowiedniego. Wystarczyło jednak pogrzebać przy jego parametrach i zdarzył się cud. Prócz szukania po konkretnej dacie posiada on opcję wybrania wylotu i przylotu według miesięcy. Po ustawieniu pożądanego zakresu ukazuje się tablica z dwoma miesiącami w formie kalendarza, gdzie pod każdym dniem pojawia się cena lotu. Co jednak, kiedy zamiast cen widać jedynie lupkę? Nie zrażamy się, bo to niczego nie oznacza. W tym momencie wybieramy dwie daty, już dokładnie te, które docelowo nas interesują – pierwszą, gdy chcemy wylecieć i drugą, gdy chcemy wrócić. Przykładowo na rysunku pod spodem zaznaczyłam daty 16 września i 16 października… i nagle magicznie pojawiają się dostępne loty, czasem nawet bezpośrednie.

Bywa i tak, że i teraz nie od razu zostaniemy przekierowani na stronę z dostępnymi lotami. Czasem pojawia się komunikat, że jeśli przesuniemy datę o dzień do przodu lub do tyłu, to możliwe będą połączenia bezpośrednie zamiast przesiadek. Może tak być również w przypadku, kiedy w zaznaczone przez nas dni rzeczywiście nie ma połączeń. Znowu – wybrałam daty 16 września i 1 października. 1 października dostępny jest lot wyłącznie z przesiadką, natomiast dzień później lub wcześniej możemy dotrzeć na miejsce bezpośrednio.

UWAGA! Pamiętajcie o włączeniu trybu incognito w wyszukiwarce podczas wyszukiwania lotów. Bez tego strony rozpoznają, na których połączeniach nam zależy i ceny wyświetlają się po pewnym czasie wyższe, ponieważ jesteśmy klasyfikowani jako klienci, którym bardziej zależy na destynacji niż nieprzekroczeniu pewnych wydatków.

LINIE LOTNICZE AUSTRIAN – POLITYKA I REALIZOWANE LOTY

W taki sposób znaleźliśmy jedne z niewielu połączeń do Skopje, ale w tamtym momencie nie było lotów bezpośrednich w dwie strony (jedynie lot powrotny mogliśmy odbyć bezpośrednio LOT-em, ale ceny były dość wysokie). Ostatecznie zdecydowaliśmy się na tańszą opcję, którą świadczyły Austrian Airlines. Nigdy nie lecieliśmy z tym przewoźnikiem ani też wiele o nim nie słyszeliśmy, ale jego przynależność do Lufthansy wzbudzała zaufanie. Jak sama nazwa wskazuje – to firma austriacka, która działalność opiera głównie na lotach transferowych (z przesiadką). Nie są to jednak loty, które większość z nas kojarzy z niekończącym się czekaniem. Przewoźnik posiada dobrze skomunikowany węzeł przesiadkowy w Wiedniu, dzięki któremu przesiadki zamykają się najczęściej w 50 min. – 1 h 10 min. Pewnie myślicie sobie, że to absurdalne, stresogenne i jak w ogóle zdążyć. Na forum jest mnóstwo dyskusji, czy można w międzyczasie iść do toalety i pytań, czy taki lot jest przystosowany do podróży z dziećmi. Powiem tak: zdążyliśmy na siku, a z nami leciała kobieta z dwójką dzieci – niemowlęciem i na oko czteroletnią dziewczynką. Da się, ale nie można się ociągać. Zresztą powiem szczerze – polityka firmy jest taka, a nie inna, więc na przesiadkowiczów się czeka, przesiadkowiczów się szuka i załoga samolotu komunikuje się z obsługą lotniska w sprawie listy pasażerów, którzy nie wykupili lotów bezpośrednich. My sami mieliśmy sytuację, gdzie minutę przed odlotem czekaliśmy na kogoś w autobusie na lotnisku. Minusem był brak przekazywanej informacji pod tym kątem, bo stresowaliśmy się strasznie, czemu kierowca jeszcze nie ruszył, a pierwsza partia pasażerów już od 10-20 minut tkwiła na pokładzie samolotu, który planowo właściwie już odlatywał. Gdybyśmy jednak z jakichś tragicznych powodów nie wylecieli, rzeczywiście dwa połączenia realizując z Austrianem, to firma bookuje nam za darmo kolejny lot albo przekazuje pieniężną rekompensatę.

AUSTRIAN – INFOLINIA

Świetnie sprawuje się też infolinia Austriana, do której pisaliśmy ze trzy razy o najmniejszą pierdołę. Odpisują praktycznie od razu (po angielsku lub niemiecku, jak wolicie) i udzielają naprawdę przydatnych informacji. Są konkretni i piszą więcej, niż chcesz się dowiedzieć. Dla nas najbardziej stresogenną kwestią były restrykcje covidowe dotyczące przesiadki. Polska wypuszczała nas bez problemu, Macedonia witała z otwartymi ramionami, ale przesiadkę mieliśmy właśnie w węźle w Wiedniu. Austria w tamtym okresie nie dość, że wymagała testów i rejestracji online, to nakładała na przylatujących kwarantannę. Przeczytaliśmy na stronie linii, że nie dotyczy to transferów na lotnisku, że pobyt poniżej określonego czasu zwalnia z obostrzeń, ale i tak upewnialiśmy się na infolinii, jak to wygląda. Żeby było zabawniej, trzy dni przed wylotem do Macedonii dostaliśmy maila od Austriana: „Hej, pamiętaj o zrobieniu testu i rejestracji na stronie rządowej!”. W tamtym momencie, mimo że oboje tyle wczytywaliśmy się w regulaminy i obostrzenia, na krótki moment odechciało nam się lecieć. Trochę to trwało, ale w formularzu rejestracyjnym dotarliśmy do informacji, do jakiej grupy podróżnych się zaliczamy i że właściwie ten mail nie jest skierowany do nas. Wiecie jednak, jak to jest – człowiek w takich chwilach ma w głowie najczarniejsze scenariusze.

AUSTRIAN – WYMAGANIA I UDOGODNIENIA NA POKŁADZIE

Na pokładzie Austriana każdy podróżujący jest zobowiązany do noszenia maseczki, jednak nie może być to byle jaka maseczka, a FFP2 bez otworu lub wentylatora. Jeśli nie kupicie jej wcześniej, to istnieje możliwość jej nabycia na lotnisku – na Chopina w Warszawie kosztowała 8 zł za sztukę, Austrian dysponuje samolotami różnych rozmiarów, ale ani razu nie trafił nam się taki, który miałby wielkość np. standardowego WizzAira. Ba, raz lecieliśmy niewielkim samolotem, który w dodatku po bokach miał śmigła i wtedy trochę obleciał mnie strach, mimo że lubię latać. Sama podróż przebiegała jednak każdorazowo bardzo sprawnie, obsługa jest uprzejma i, co najlepsze, po zakończeniu lotu otrzymuje się firmowe czekoladki „servus”, które chyba były zrobione z belgijskiej czekolady. Pycha!

AUSTRIAN – CENY BILETÓW I USŁUG

Jeśli chodzi o cenę biletów, to lot w dwie strony kosztował nas 505 zł od osoby (teraz są tańsze!). Lecąc na miesiąc, dokupiliśmy bagaż rejestrowany dla jednej osoby za 227 zł w dwie strony (standardowe 23 kg). Powiem Wam, że o ile bilety nie były aż tak drogie, o tyle każde dodatkowe usługi świadczone przez Austriana zwalały nas z nóg pod względem ceny. Logując się na konto na stronie przewoźnika, prócz ofert zapewniających zmianę daty biletu (elastyczny bilet) i tak dalej, mamy milion dodatkowych opcji do zakupu. Połowy nie rozumieliśmy nawet, na czym do końca polegają. Wybór miejsc siedzących jest obarczony takimi opłatami, że zamykają się w przedziale 50-100 zł. Dla naszej dwójki za lot w obie strony (czterema samolotami) zapłacilibyśmy ok. 800 zł, czyli więcej, niż za bilety i torbę razem wzięte! Szczerze Wam powiem, zupełnie to olejcie, bo na karcie pokładowej, którą otrzymywaliśmy po odprawie na lotnisku, zawsze wpisywano nam miejsca obok siebie. Zwłaszcza w drodze powrotnej mieliśmy ogromne szczęście, bo usadowiono nas od wschodu, a jako że wylot był ok. 4.00 nad ranem, to widoki towarzyszyły nam bajeczne!

Czy mimo pewnych zastrzeżeń wybrałabym ponownie tę linię? Gdyby nie przesiadki, nie stanowiłoby to dla mnie większej różnicy, naprawdę. Standard jest super, mnie też wiele nie potrzeba, więc polecam i nie mam jakichś większych uwag…

AUSTRIAN – ODPRAWA ONLINE

… POZA JEDNĄ! Odprawa online zawsze kojarzyła mi się z wygodnym rozwiązaniem, które zaoszczędza mnóstwo czasu. W przypadku Austriana jest zupełnie odwrotnie. Strona linii jest niekompatybilna i sypie błędami podczas całego procesu. Możecie siedzieć nawet godzinę lub dwie, aż system w końcu Was przepuści, wklepując w kółko te same dane. Pomijam już, że zostajemy poproszeni o numer biletu/rezerwacji, których mieliśmy na potwierdzeniu kilka i żaden nie wyglądał na właściwy. Lecąc do Macedonii, jeszcze się w to bawiliśmy, ale irytowaliśmy się co nie miara. Z powrotem uznaliśmy, że każdy sposób odprawy będzie łatwiejszy niż ten. Z tego co czytaliśmy, to powszechny problem od jakiegoś czasu, więc nie warto na niego marnować nerwów. Liczę jednak, że ten mankament zostanie wkrótce naprawiony.

PRZESIADKA – PROCEDURY NA LOTNISKU

Jeśli chodzi o sprawność przesiadek, to raz mieliśmy na nią równo godzinę, a raz dwie, bo przesunął się lot. Podczas całego procesu nie musimy martwić się o bagaż rejestrowany – zostaje wcześniej oklejony i jego transportem zajmuje się obsługa lotniska bez naszego udziału. Czeka nas natomiast sprawdzanie paszportów, kart pokładowych i ponowna kontrola bezpieczeństwa (skanowanie bagaży, przechodzenie przez bramki). Mnie jak zwykle nie ominęła także kontrola osobista, bo przecież na cztery kontrole w końcu któraś musiała pójść nie tak – każdy, kto regularnie czyta tego bloga, doskonale o tym wie. 😉 Ona zawsze wygląda odrobinę inaczej – tutaj kobieta sprawdzała mnie dość skrupulatnie, obmacując i ściskając nawet mój stanik, więc przez chwilę poczułam się naprawdę nieswojo, jakbym zaraz miała wystąpić we wstępie filmu pornograficznego. Zazwyczaj trochę tam dotkną czy poklepią, a tutaj mówię, sprawdzanie było dość dokładne.

Zależnie od tego, który przydzielono nam gate, wygląda to trochę inaczej w przypadku sprawdzania paszportów. Raz natrafiliśmy na standardowe kolejki z oznaczeniami dla Strefy Schengen, Non-Schengen i tak dalej. Mimo że czasem kusi, żeby podejść do złego okienka ze względu na mniejszą ilość ludzi, to raczej nie polecam. Dziewczyna przed nami spróbowała i zadawali jej dość dużo pytań na zasadzie „A do kogo pani jedzie, a po co, a na jak długo?”, więc to już zależy, czy chcecie udzielać wywiadu. Za drugim razem trafiliśmy na możliwość standardowej kontroli lub sprawdzenia tożsamości automatycznie, co mnie absolutnie przypadło do gustu. Polegało to na tym, że do specjalnej maszyny wsuwało się paszport otwartą stroną ze zdjęciem, one je zczytywała, a potem człowiek podchodził do kamerki, ściągał maseczkę i automat sam rozpoznawał, czy ty to rzeczywiście ty. Ekstra sprawa, bo cała procedura zajmowała kilkanaście sekund, a w kolejkach do zwykłej kontroli czekało w tym czasie kilkudziesięciu ludzi.

AUSTRIAN – TRANSPORT CZĘŚCI ODZWIERZĘCYCH

Dodatkową ciekawostką, którą mogę podszepnąć, jest to, że Austrian zezwala na przewóz w bagażu nadawanym części odzwierzęcych. Mówię tu konkretnie o porożu jelonka, które znaleźliśmy w jednym z parków narodowych. Każda linia lotnicza różnie się na to zapatruje – o ile nie jest to rzecz objęta zakazem wywozu z kraju (często dotyczy to np. fragmentów rafy koralowej lub muszli), to zazwyczaj nie ma z tym problemu, jeśli dany obiekt waży poniżej 2 kg. Pamiętajcie jednak, że fakt posiadania takich rzeczy należy zgłosić podczas nadawania bagażu – takie walizki okleja się dodatkowymi naklejkami. Dla nas może niewiele znaczą, ale dzięki temu nikt nie będzie przeszukiwać naszych toreb ani też niczego z nich nie wyrzuci.

W kwestii formalności i praktycznych informacji to by było na tyle. Wyjaśnię natomiast, dlaczego dla nas podróż samolotem okazała się wyjątkowo wyczerpująca zwłaszcza w drodze powrotnej, biorąc pod uwagę przecież nie tak duży dystans, który dzielił nas z punktu A do punktu B. Wylot ze Skopje mieliśmy o 4.00 w nocy, więc na nogach byliśmy od 1.40, jako że zawsze wolimy być mniej więcej 2 godziny przed czasem na lotnisku. Przylecieliśmy do Wiednia, gdzie czekała nas przesiadka, na którą czekaliśmy 2 godziny. Dolecieliśmy do Warszawy, a stamtąd chcieliśmy wsiąść w SKM, żeby dostać się na dworzec centralny, jednak ktoś z testowanych okazał się pozytywny i cały dworzec poddano dezynfekcji na czas nieokreślony. Znowu więc wzięliśmy taksówkę, potem przesiedliśmy się na pociąg, potem do auta i cała podróż zajęła nam jakieś 12 godzin. Gdyby to było jeszcze za dnia, to pewnie nie odczulibyśmy tego w tak dużym stopniu, ale po nieprzespanej nocy wyglądaliśmy na wyczerpanych tymi wakacjami. 😉

W kwestii naszej podróży samolotem to by było na tyle. W następnych wpisach opowiem Wam także o zakwaterowaniach oraz wypożyczalniach samochodowych w Macedonii, z których korzystaliśmy. Mam nadzieję, że powyższe informacje będą dla Was pomocne przy okazji lotu z Austrianem. A jeśli już lecieliście z tą linią, to dajcie znać w komentarzu o Waszych ogólnych odczuciach i wrażeniach z podróży!

Macedonia – 15 nietypowych faktów o kraju, zwyczajach i mieszkańcach, które pozwolą przygotować się do samodzielnej podróży

Wybierając się do jakiegokolwiek kraju, warto zapoznać się nie tylko z takimi informacjami jak ceny na miejscu, atrakcje, warunki wjazdu czy typy oferowanych noclegów, choć bez wątpienia są to pierwsze czynniki, które będą miały istotny wpływ na urlopowe decyzje. O tych podstawach i kosztach wspomnę przy okazji następnego wpisu, tutaj natomiast skupię się na czymś, co ma istotne znaczenie zwłaszcza, gdy podróżujemy poza granicę Unii Europejskiej. Mam wrażenie, że większość turystów boi się samodzielnie organizować tego typu wypraw i w tym celu wybierają biuro, jednak ja jestem zwolenniczką całkowitej swobody i wolności, jaką daje samodzielne podróżowanie. Dziś więc o tym, czy wyjście z bezpiecznego kokonu jest takie straszne, jak je malują – czyli przede wszystkim o kulturze Macedonii, pewnych nawykach i odmiennościach, z którymi na pewno spotkacie się na miejscu, wybierając ten kraj.

WSTĘP I INFORMACJE OGÓLNE

Zacznę od tego, jak miesięczny wyjazd do Macedonii zmienił moje postrzeganie poznawania innego kraju niż ojczysty. Odbywane przeze mnie podróże zamykały się w różnych ramach czasowych – od kilku dni do maksymalnie trzech tygodni. Im wyjazd był krótszy, tym większe było tempo zwiedzania, kosztowania dań i chwytania ulotnych momentów, które są tak różne od naszych codziennych doświadczeń, że człowiek chce się nimi nasycić aż do następnych wakacji. Wszędzie czuło się po prostu gościem. W Macedonii natomiast spędziliśmy 34 dni – na ponad 2 tygodnie wypożyczyliśmy samochód i objeżdżaliśmy kraj, natomiast resztę czasu poświęciliśmy na pracę/naukę do obrony w Ochrydzie/Skopje, ale też na bliskie wycieczki i poznawanie życia lokalsów od podszewki. To było dla mnie zupełnie inne doznanie niż do tej pory, o wiele głębsze, w czym dopomogła gadatliwość i otwartość Macedończyków. Nastawienie zmienia się nawet do miejsca, w którym się śpi – człowiek po 4-dniowym pobycie nie ma poczucia, że w dniu wyjazdu musi posprzątać każdy okruszek, wyprać ręczniki i tak dalej. Wiadomo, trzeba zostawić po sobie porządek, ale bez zbędnej paranoi. Po miesiącu spędzonym w jednym mieszkaniu sprzątaliśmy praktycznie wszystko, choć gospodarz sam się do tego zobowiązuje. No bo przecież „mieszkaliśmy tu, nie możemy zostawić syfu”. Jeśli spróbujecie takiego wyjazdu, sami dostrzeżecie różnicę. A jeśli próbowaliście, to dajcie znać, czy też tak macie. 😉

Do Macedonii wyjechaliśmy 7 maja, wróciliśmy 10 czerwca 2021 roku. Powód nie jest zbyt górnolotny – w tym okresie był to jeden z dwóch krajów dostępnych dla nas finansowo (poza Albanią), który nie wymagał testów, kwarantanny i innych covidowych procedur. Dla nas był to jedyny możliwy termin, kiedy możemy szarpnąć się na miesięczną przygodę w tym roku, więc długo nad tym nie rozmyślaliśmy. Czy obawialiśmy się, że nie wrócimy do domu albo nie dolecimy na miejsce? Oczywiście, że tak, mimo że wypisywaliśmy 10 razy na lotnisko, 20 razy do gospodarzy i 30 razy wszystko sprawdzaliśmy. Przyznam szczerze, że wyjazd jeszcze nigdy nie stresował mnie tak jak wtedy, a też czas około-wyjazdowy był dla nas z powodów rodzinnych bardzo trudny. Planowanie pochłaniało praktycznie każdą naszą chwilę, mimo że nie mieliśmy ich dużo. No i udało się! Mogę nawet śmiało powiedzieć, że był to jeden z lepszych wyjazdów.

Pewność siebie budowało też trochę to, że wcześniej już dwa razy odwiedziłam Macedonię – w 2016 i 2017 roku, ale jedynie w formie postoju 2-3 dni w dojeździe do Grecji czy Czarnogóry. Wiedzieliśmy więc, że możemy czuć się bezpiecznie, że kraj jest cywilizowany, miał też mało zakażeń (procentowo, bo to ogółem małe państwo), a mimo to w wielu aspektach naprawdę nas zaskoczył. Czy pozytywnie? To już ocenicie sami, kiedy przedstawię Wam kilka intrygujących faktów z życia w Macedonii.

1. KRAJ JEST BARDZO ZRÓŻNICOWANY

To świetna wiadomość dla miłośników starożytnej architektury, muzeów różnej maści, jezior, strumyków, dla amatorów i zawodowców górskich wędrówek, wielbicieli malowniczych wiosek i miast. Macedonia jest powierzchniowo ok. 12 razy mniejsza od Polski, a mimo tego gwarantuję Wam, że miesiąc spędzony na miejscu jest optymalny pod kątem niespiesznego zwiedzania. Czy wrócilibyśmy tam ponownie? Mimo że zobaczyliśmy już większość atrakcji, to za parę lat z chęcią zobaczylibyśmy, co się zmieniło, udalibyśmy się na więcej trekkingowych wycieczek po górach, no i trochę się powspinali.

2. SERDECZNOŚĆ, POMOC ORAZ PRZYCHYLNOŚĆ MACEDOŃCZYKÓW WOBEC POLAKÓW

Nastawienie lokalsów naprawdę nas urzekło. Da się to dostrzec w każdym mieście lub wiosce, do której się udacie – może poza Skopje (stolicą), bo tam tempo życia wydawało się szybsze i ludzie byli mocno zorientowani na turystów czy pracę, co nie znaczy, że ktoś zachował się wobec nas nie w porządku. Przez ponad miesiąc zaczepiano nas bardzo często, a najczęściej padającym pytaniem było bez wątpienia „Skąd jesteście?”. Kiedy już wypowiedzieliśmy hasło „Polska”, zazwyczaj rozmówca zarzucał nas kilkoma zdaniami czy wyrazami, które zna w naszym języku. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że w Macedonii też mają „podpis”, „cement” czy „gobelin”. Macedończycy, zwłaszcza z pokoleń wyżej od nas, uwielbiają opowiadać o swoim życiu, przedstawiać się, mówić o dzieciach czy pracy. Spotkaliśmy lokalnego przewodnika, kelnera, prezentera w muzeum, kilku robotników czy ludzi na pracy zdalnej, ale nie tylko.

Najprzyjemniejsze były momenty, gdy wszyscy rozpoznawaliśmy się już na plaży, machaliśmy do siebie i ucinaliśmy krótkie pogawędki po angielsku. W Macedonii w ogóle bardzo dużo ludzi operuje tym językiem komunikatywnie, niezależnie ile lat mają. Z takich aktów serdeczności pamiętam też mężczyznę, który chciał przewieźć nas łódką, a kiedy okazało się, że nie płynie w kierunku, który nas interesuje i „na nas nie zarobi”, to jeszcze podał nam namiary na autobus, żeby ułatwić nam sprawę. Ludzie są po prostu życzliwi, uśmiechają się, są turbo szczęśliwi, jeśli kupisz ich wypieki czy pochwalisz lokalną kuchnię – cokolwiek. Wydaje się cieszyć ich sam fakt niewymuszonej rozmowy i poznania Cię, a ty czujesz się miło, w jakiś sposób wyróżniony.

3. BRAK COVIDOWEJ OBSESJI

Przepraszam, ale chyba nie jestem w stanie nazwać tego ładniej. Szykując się do wyjazdu, szukaliśmy na stronie rządowej Macedonii informacji na temat obostrzeń. Dokopaliśmy się do nich z niemałym trudem – maseczki, godzina policyjna od 21:00, dania tylko na wynos. Wiele tego było, ale aktualizacje widniejące na oficjalnej stronie rządowej datowane były na maj zeszłego roku. Napisaliśmy więc do ambasady, gdzie możemy odnaleźć coś bardziej rzetelnego, na co łamanym polskim odpisano nam i podesłano właśnie ten przestarzały link. Chwilę przed naszym lotem przeniesiono godzinę policyjną na 23:00 i tak zostało do czerwca, co właściwie nie stanowiło dla nas żadnej przeszkody. Gdy dolecieliśmy jednak na miejsce… ludzie zapraszali nas do knajp i byli zaskoczeni, że pytamy, czy rzeczywiście możemy usiąść. Ochryda tętniła życiem, ludzie się spotykali, gromadzili, a nam po prostu opadła szczęka. Radia nie były ustawicznie bombardowane tylko jednym tematem, a ludzie wyglądali na psychicznie zdrowszych, autentycznie. To też było dla nas trochę przykre, wiecie – tak zobaczyć, że da się inaczej. Możemy się kłócić, że to mniejsze państwo, mniejsze ryzyko, że to głupio czy nie głupio, że zostali otwarci przez cały rok – nie po to jest ten blog. Gdy jednak wróciliśmy do Polski, od razu wypełnialiśmy deklaracje o chorobach, kontrola paszportów, testów, spisywanie danych, zamknięcie dworca i dezynfekcja, bo komuś test wyszedł dodatni. Tak naprawdę wtedy najbardziej odczuliśmy, jak my, Polacy, tym tematem strasznie żyjemy i jak to wpływa na naszą psychikę, nawet nieświadomie.

Tutaj przypomniała mi się też historia, jak mama pisała do mnie, że wysyłamy z Polski pomoc dla Macedończyków w formie maseczek, płynów dezynfekcyjnych itd. I wiecie, to super, bo finansowo dla kraju to pewnie ogromna ulga. Kształt tej wiadomości był jednak taki, jakbyśmy celowo pokazywali, jak źle ma się sytuacja w kraju, który pozostał na ten rok otwarty. Z perspektywy osób, które przebywały jednak wtedy na miejscu, mogę Was zapewnić, że nie wyglądało to wcale źle, ludzie nosili maseczki, płyny dezynfekcyjne stały na każdym stoliku w knajpie i bez presji społecznej też było dobrze. Nawet spotkaliśmy kilka dni później polskich żołnierzy, którzy zjawili się w Ochrydzie.

4. BRAK SCHRONISK CZY PROGRAMÓW STERYLIZACJI ZWIERZĄT

Nietrudno było nam dojść do tego wniosku, ale chcąc upewnić się w swoich podejrzeniach, poszperałam w internecie i poczytałam opinie turystów… Znalazłam bloga, gdzie zostało powiedziane, że w 2019 roku co prawda dalej nie ma schronisk, ale pieski są sterylizowane, wolne, dokarmiane i szczęśliwe, co zadziałało nam mnie, jakby ktoś zdzielił mnie w twarz, bo los tamtejszych zwierząt jest przejmujący. Przede wszystkim jest ich bardzo dużo, państwo ani żadne organizacje nie sprawują nad tym kontroli. Wiele zwierząt to nie kundle czy dachowce, widać po nich, że są krzyżówkami tak różnorodnymi, że ciężko byłoby rozpoznać rodziców. Nie przypominają jednak zadbanych pociech – większość z nich jest brudna, wychudzona. O ile w bardziej zaludnionych miastach może tego problemu nie ma, o tyle jadąc gdziekolwiek indziej, gdzie zwierzęta nie są regularnie dokarmiane przez knajpy i samych turystów, problem jest duży. Zwierzęta grzebią w śmietnikach, koty bardzo często ranią się, walcząc o terytorium. Nawet w Ochrydzie spotkaliśmy malucha, który miał cały grzbiet w strupach krwi i siedział przy nas, prosząc o jedzenie.

Kolejnym problemem jest to, że zwłaszcza psy mają mało instynktu samozachowawczego. Pomijając oczywisty fakt, że większość z nich jest duża i część osób może się ich bać, to bardzo często kręcą się przy drogach… i bez ostrzeżenia wbiegają na jezdnię. Sami niejeden raz mieliśmy sytuację, kiedy pies, który siedział na poboczu, zrywał się nagle i biegł w bok auta. Jedne mają szczęście, inne niekoniecznie, dlatego wiele z nich zostaje rozjechanych lub potrącanych. Proszę więc, nie spoglądajcie płytko na psiaka czy kota, który maślanymi oczami „wyłudza jedzenie od turystów”. Większość z nich jest naprawdę głodna, o czym świadczą wielkie porcje pochłoniętej ryby i mięsa przez jednego z kotów, któremu daliśmy jeść.

5. TRAGICZNY STYL JAZDY MACEDOŃCZYKÓW

Tak jak lubiliśmy z nimi rozmawiać, tak nie lubiliśmy ich obecności na drogach i aż nie chciało nam się wierzyć, że dokładnie ta sama osoba, która jeździ tak nieostrożnie i agresywnie, później jest w stosunku nas tak miła i uczynna. Przykłady zachowania, które udało nam się zaobserwować już w pierwszy dzień jazdy to np. cofanie na autostradzie. Na pasie do rozpędzenia się, gdzie jedzie się powiedzmy w okolicach 70 km/h, nagle pojawia się rozstawiony stragan z truskawkami, a na bramkach autostradowych do aut podchodzą dzieci, żeby sprzedać owoce. Nie żebrzą jednak, jak obawialiśmy się z początku, a po prostu pomagają ludziom rozstawionym właśnie na tym pasie do rozpędzania się. Miejscowi wyprzedzają wszędzie, nawet jeśli jedziemy drogą górską, z serpentynami, a widoczność jest bliska zeru. Nie włączają kierunkowskazów (jeśli się zdarzy, to prawie cud) i często zajeżdżają drogę. Zdarzyło nam się nawet, że po wrzuceniu przez nas kierunkowskazu z lewoskrętem, ktoś zaczął nas wyprzedzać i jeszcze nas wytrąbił 😉 W miastach na trzy czynne pasy ruchu czasami trzy są zablokowane, ponieważ kierowcy parkują, żeby kupić coś w sklepie i stoją na światłach awaryjnych. Policja? Stoi obok niewzruszona. Właściwie jedyne, za co rzeczywiście zatrzymuje, to przekroczenie prędkości.

Na drogach jest też sporo ciągników i niewiele znaków, dlatego często spotkamy się z problemem, kto ma pierwszeństwo (bo niby ten z prawej, ale w praktyce niekoniecznie). Większość skrzyżowań to ronda, no bo rzeczywiście są najprostsze i chyba to najlepsza możliwa opcja. Nie trzeba więc być świetnym kierowcą, natomiast trzeba mieć anielską cierpliwość, nerwy ze stali i oczy dookoła głowy. Drogi też nie są w najlepszym stanie, jest mnóstwo dziur, czasem jeden pas zupełnie zanika, jakby ktoś go ukradł. Na autostradzie można się rozpędzić, ale bez przesady i najlepiej robić to na lewym, gładszym pasie. Jest jednak także zabawna historia, która przydarzyła nam się na tym tle. Przejeżdżaliśmy przez środek budowy – nie między robotami drogowymi, tylko autentycznie przez plac budowlany, gdzie kierowali nas, jak mamy wymijać stosy kostek brukowych, które właśnie wykładano. Przy czym robotnik miał tak czerwoną twarz i oczy, jakby właśnie bił rekord życia w zatruwaniu wątroby. 😉

Czy potrafię wskazać jakiś miły aspekt macedońskich dróg? Na pewno z perspektywy pieszego, bowiem są oni przepuszczani przez każdy samochód, nikomu nie pozwala się czekać. Ludzie przechodzą przez ulicę w najróżniejszych miejscach, często na zasadzie „I tak mnie nie przejedziesz, więc stój”. Raz zdarzyło nam się, że mając zielone światło, przeczekaliśmy je całkowicie, bo piesi postanowili olać sygnalizację. W każdym razie zostaniesz przepuszczony zawsze i nie musisz nawet specjalnie się o to starać.

6. AUTOSTRADA PŁATNA MAŁO, ALE CZĘSTO

Za autostradę płacimy co 15-30 minut, zależy na jakich odcinkach. W każdym razie kosztuje ona przeważnie od 20-50 MKD (denarów macedońskich) czyli ok. 1,50-3,50 zł. Czasem zdarza się, że płacimy za odcinek i za 20 m z niego zjeżdżamy. Ogółem jednak nie jest drogo, może 15 zł za całą trasę Skopje-Ochryda. Tutaj jednak warto pamiętać, że mimo oznaczenia całej długości trasy jako A2, nawet niecała połowa to autostrada, a pozostała część to droga krajowa.

7. RÓŻNICE W SKLEPACH SPOŻYWCZYCH: PRODUKTY I OBSŁUGA

Najciekawszym rozwiązaniem jest mnóstwo jednorazowych produktów. Możemy np. kupić jedną kostkę rosołową za niecałą złotówkę, co jest super w przypadku, kiedy planujemy krótszy pobyt i nie mamy ochoty na siłę gotować jakichś potraw. Warzywa w jakimkolwiek miejscu są piękne. Wydaje nam się, że nie są poddawane opryskom i stosuje się wobec nich mało chemii, bo np. dojrzałe cebule szybko robiły się miękkie i zaczynały gnić. A wielkościowo były takie, jak nasze 3 razem wzięte! Mnóstwo warzyw sprzedaje się też z liśćmi, które właściwie chyba nie nadają się w większości wypadków do spożycia. Istnieje też ogromna różnica między tym, co sprzedaje się w sklepach, a co serwuje się w restauracjach. W knajpie królują np. cukinie, których nie znaleźliśmy w ani jednym sklepie. Musicie jednak koniecznie spróbować kabaczków i bakłażanów, są obłędne! Tu też poczujecie, jak naprawdę smakują pomidory. Nigdzie nie spotkaliśmy natomiast selera, a marchew czy por trzeba było kupować w pakiecie po kilka sztuk. O ile marchewkę szybko się zużywa, to po co komu tyle pora?

Wszystkie warzywa należy ważyć, ale waga jest tylko z nazwami napisanymi cyrylicą, dlatego za nas robili do ekspedienci. Nigdy się nie pogniewali, nie kazali nam też wyjść z kolejki – ot, zwykła obsługa. Wielokrotnie byli dla nas bardzo mili, chwilę też porozmawiali i nawet jakby cieszyli się pracą. Każde zakupy pakowali w darmowe torebki foliowe, milion torebek, nawet nie pytając o zgodę. Raz kupiliśmy tylko szampon i tak czy siak nam go spakowano. Z ekologią jest tutaj jeszcze pewien problem, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Widać to nawet po sposobie pakowania produktów, gdzie chleb jest zawinięty w dwa plastikowe opakowania.

8. BRAK MYJNI

Podczas zjechania całego kraju napotkaliśmy jedynie myjnie ręczne, zdarzyła się też jedna myjnia dla TIR-ów. Dla osobówek niestety nie ma takiej opcji, co nas najbardziej raziło przy oddawaniu samochodu do wypożyczalni. Nie mieliśmy nawet za bardzo warunków, żeby go umyć, a tymczasem mężczyzna, który przyjechał na odbiór, jakby w ogóle nie był tym niezrażony. Powiedział, że nie ma problemu, jedynie w jednym miejscu przetarł brud, żeby zobaczyć, czy to nie zarysowanie i tyle. Na koniec nawet położył dokumenty na tym brudnym aucie i zaczął składać podpisy.

9. PROBLEM ZE ŚMIECIAMI

Widać, że z roku na rok staje się on coraz mniejszy, natomiast w niewielkich miejscowościach, mimo ich uroku, wciąż możemy dostrzec mnóstwo śmieci w rzekach czy strumieniach. Centrum Skopje, Ochryda, a zwłaszcza Struga są czyściutkie, ale też mocniej nastawione na turystów niż pozostałe miejscowości. Zajmie więc jeszcze trochę czasu, by dotrzeć do świadomości Macedończyków pod tym względem. W końcu starają się o to wejście do Unii, są naprawdę fajnymi ludźmi i trzymam za nich kciuki, żeby te problematyczne kwestie uległy poprawie.

10. MNÓSTWO ZWIERZĄT – JADOWITE WĘŻE TEŻ!

Wiele blogów traktuje o tym, czy w Macedonii rzeczywiście natkniemy się np. na węże. Niektórzy paranoicznie się boją i piszą, że nawet nie chcą kąpać się w jeziorze, inni nagminnie szukają gadów i z rezygnacją przyjmują fakt, że ich nie ma. Nam udało się dostrzec węże około pięciu razy, ale też musiało to trochę potrwać. Prawda jest taka, że w miejscach turystycznych, gdzie kiedyś spotykano je często, jest teraz tylu ludzi, że węże się po prostu boją i wolą się schować. Trzy razy spotkaliśmy je podczas spaceru w Ochrydzie, czasem obserwowaliśmy je z pomostu, jak pływają pod wodą. Większość z nich jest niewielka, choć czasem dłuższe okazy wystawiały łepek z jeziora i wtedy były wyraźnie widoczne. Lecz znowu – niewielu ludzi się kąpało, bo woda była zimna. W sezonie letnim dostrzeżenie węży może być trudne. Jeden raz spotkaliśmy węża przy moście w centrum miasta, był naprawdę maleńki (zdjęcie niżej). Tylko jeden raz spotkaliśmy żmiję, których w Macedonii jest ponoć bardzo dużo. Na początku nie wiedzieliśmy nawet, że to żmija, bo trafiliśmy na czarną odmianę, bez wzorów na grzbiecie. Ona akurat była naprawdę duża, wygrzewała się na słońcu i uciekła do wody, gdy nas spostrzegła. Vipera Berus Black – wpiszcie sobie w Googla 😉 Zobaczyliśmy ją we wsi Kalishta, gdzie nie przyjeżdża prawie nikt. Obecnie buduje się tam jednak kurort, więc pewnie i węże uciekną. Raz też zobaczyliśmy wylinkę żmii podczas spaceru w narodowym parku Galiczica. Nie martwcie się jednak, to nie jest aspekt, którego warto się obawiać, choć do spotkania pierwszego węża ja również trzęsłam się jak galareta. To dlatego, że miejscowy nastraszył nas podczas wycieczki do Kanionu Matka, żebyśmy wyposażyli się w kije na żmije, które czasem wypełzają z zarośli. Wtedy rzeczywiście myślałam, że tym kijem wydłubię sobie oczy, ale kolejne razy są już coraz lepsze. Prócz węży w maju można spotkać tu mnóstwo bocianów. W niektórych wsiach ludzi zbudowali im na słupach specjalne obręcze, które ułatwiają budowę gniazd. Dzięki temu okupują prawie każdy słup i widać je wszędzie! Na terenie parków narodowych z kolei nad głowami lata mnóstwo drapieżników.

11. MACEDONIA TO TEREN AKTYWNY SEJSMICZNIE

Mnie na przykład wyleciało to z głowy, a swoje pierwsze i w zasadzie jedyne trzęsienie ziemi przeżyliśmy już piątego dnia pobytu. Było to po godz. 23.00, więc kładliśmy się do snu, bo następnego dnia wstawaliśmy wcześnie. Nagle oboje poczuliśmy wyraźne telepanie łóżkiem, zupełnie jakby ktoś ruszał oparciem tapczanu albo się wiercił. Szymon zaczął mnie pytać, czy to ja „tak robię”, a ja sądziłam, że to on mnie wkręca. Po krótkiej sprzeczce zapaliliśmy jednak światło, no i coś to udawanie trwało za długo. Wiecie, człowiek zmęczony, mieszka większość życia w Polsce, więc nawet nie pomyślał w pierwszej kolejności o ewentualnym trzęsieniu ziemi. Otworzyliśmy nawet łóżko, żeby zobaczyć, czy coś pod nim właśnie nie zdechło. Dopiero później poszukaliśmy informacji i Google wysłał nam alert, że w Albanii, ok. 110 km od nas wyczuwalne było trzęsienie ziemi o sile 4,9 w skali Richtera  i czy my też je czuliśmy. Ponoć czuli je nawet Włosi!

12. DZIWNE MANEKINY SKLEPOWE, KTÓRE ZMIENIAJĄ SIĘ CO KILKA DNI

Pamiętam, że w 2016/2017 roku dziwacznych manekinów było więcej, ale wciąż widać po nich pozostałości. Wystawy zmieniają się co krótki czas, nawet częściej niż raz w tygodniu i powiem Wam, że to super! Świetny chwyt marketingowy, bo nowości zawsze przykuwają uwagę, nawet jeśli to stare ubrania wyciągnięte z głębi sklepu. A jeśli jeden ciuch Ci się nie spodoba, to zapewne przyciągnie Cię kolejny. Moda w Macedonii niekiedy jest dość… kiczowata, ale to, co w niej uwielbiam, to mnóstwo kolorów!

13. POSZANOWANIE DLA RELIGII I RÓŻNORODNOŚCI WYZNAŃ

Prawie 60% społeczeństwa macedońskiego wyznaje prawosławie, bardzo duża część to także osoby opowiadające się za islamem. W miastach mamy więc cerkwie, a kilkadziesiąt metrów dalej meczety z minaretami, przez które kilka razy dziennie rozbrzmiewają nawoływania do modlitwy i nikomu to nie przeszkadza. Równocześnie widzimy kobiety w burkach i takie, które zupełnie nieskrępowanie odsłaniają ramiona, włosy czy kolana. Nie ma jakiejś ogólnej niechęci czy krzywych spojrzeń, z czym np. spotkałam się w Bośni i Hercegowinie. Może tamten incydent to przypadek, jednak tutaj taki WZAJEMNY szacunek bardzo mi się spodobał. Widać, że obie grupy wyznaniowe mają takie same prawa i obowiązki w społeczeństwie, są tez tak samo traktowane i to jest super.

14. STRASZNE TOALETY W MIEJSCACH PUBLICZNYCH

Nie wiem jak Wy, ale ja mam straszną fobię przed brudnymi, niezadbanymi toaletami. Straszliwie brzydzi mnie myśl, ilu ludzi było tu przede mną, kto mnie słyszy i tak dalej. Zapewne wynika to z faktu, że wiele podróżowałam za dzieciaka i nie umiałam wycelować z potrzebami w odpowiednim momencie, stąd postoje w różnych, czasem ohydnych budkach, na stacjach itd. W Macedonii wielokrotnie na ścianach toalet jest grzyb, miejsca są niesprzątane, latają owady, zapach też do przyjemnych nie należy… Najstraszniejszym doświadczeniem było zatrzymanie się na stacji benzynowej, gdzie zamówiliśmy kawę i zapytaliśmy o toaletę, a pracownik jak gdyby nigdy nic pokazał nam drzwi, nawet zbytnio się nie przejmując. Weszliśmy, a tam dziura w ziemi i typowy narciarz. Generalnie nie byłoby to złe, tak naprawdę to dużo bardziej higieniczne rozwiązanie, bo dotykamy mniejszej ilości powierzchni, ale miejsce było obrośnięte pajęczynami, nieruszane chyba od 20-30 lat, w wielu miejscach czarne od brudu… Uciekliśmy po kilku sekundach, ale potem żałowałam, że nie zrobiłam zdjęcia! Niedziwne, że wielu ludzi zatrzymywało się na poboczu, żeby nie korzystać z toalet na stacjach. Czasem nie mieściło nam się w głowie, że kelnerzy w restauracjach chodzą w koszulach, cali zadbani, a później idą na przerwie do takiej toalety i wychodzą piękni i pachnący. Sprawdzone łazienki są na Lukoilu – może nie turbo czyste i nowe, ale w granicach przyzwoitości. Inne stacje stanowczo odradzam. Standardem europejskim odznaczała się też toaleta w sieciówce Choco World – bardzo ładne,

15. OBSŁUGA NA STACJI BENZYNOWEJ

Pod tym względem w Macedonii jest tak, jak u nas było jeszcze parę czy paręnaście lat temu. Właściwie nigdy nie tankujemy auta samodzielnie, zawsze robi to obsługa, myje też szyby itd. My może nie czujemy takiej potrzeby, ale dzięki temu ludzie mają pracę i zajęcie, więc wystarczy podziękować i na pewno to ich ucieszy.

To najważniejsze fakty, które zaskoczyły nas podczas pobytu w Macedonii i postanowiłam, że się nimi podzielę. Czy coś Was zaskoczyło, stanowiło dla Was ciekawą odmianę lub zupełną nowość? Mając na względzie takie wskazówki, łatwiej będzie Wam wybrać się w podróż do tego kraju? A może byliście w Macedonii i sami macie jakieś spostrzeżenia, które mi umknęły? Śmiało, piszcie w komentarzu!

Malta cz.8 – Jak dostać się na Gozo, co zwiedzić oraz czemu warto sprawdzać informacje?

Informacje ogólne: Poniższy wpis zamyka naszą serię dotyczącą 9-ciu dni spędzonych na Malcie. Możesz czytać go oddzielnie, ale zapoznanie się z poprzednimi częściami na pewno wzbogaci Cię w wartościową wiedzę i pomoże przygotować się do samodzielnego wyjazdu. Dziś będę pisać wyłącznie o Gozo, czyli wyspie należącej do Malty – transporcie, zabytkach i wszelkich ciekawostkach popartych zdjęciami. Zapraszam na:

Gozo – Transport

Chcąc dostać się na Gozo z głównej części Malty, pierw musimy udać się do Cirkewwa Ferry Terminal, skąd odpływa prom. Na miejsce dojeżdża kilka linii autobusowych, no i oczywiście możemy pojechać też wypożyczonym samochodem, jeśli ktoś skorzystał z tej opcji. Niezależnie od powziętej decyzji, musimy uiścić tę samą opłatę, czyli 2,5 € łącznie w obie strony. Robimy to jednak dopiero opuszczając wyspę, dzięki czemu oszczędzamy nieco czasu i nie musimy dwa razy szukać kas. Całkiem dobrze pomyślane rozwiązanie, bo wiadomo, że każdy kiedyś przypłynie z powrotem – raczej mało będzie śmiałków, którzy udadzą się wpław na Maltę razem z meduzami i resztą wodnych stworzeń.

Prom odpływa bardzo często, średnio co pół godziny w dzień, w nocy co godzinę lub 45 minut. Na pokład najpierw wjeżdżają samochody i jest to o tyle wygodne, że nigdy nie trzeba manewrować tyłem, co zdarza się w przypadku niektórych portów, bo wyjazd znajduje się z obu stron promu. Dzięki temu nie musi on wykonywać tylu manewrów przy dobijaniu do brzegu i wszyscy są szczęśliwi. Ludzie wchodzą na samym końcu dokładnie tą samą drogą co pojazdy i przechodzą na pokład wyżej. Cały czas musimy mieć założoną maseczkę, przynajmniej na wejściu, bo później większość pasażerów siadała z dala od siebie i je zdejmowała. Rejs nie jest specjalnie długi, trwa około 20 minut. Za pierwszym razem jest fascynująco, bo zwiedzamy pokład, oglądamy widoki, ale każdy kolejny dość mocno się dłuży; zwłaszcza nocą, gdy zaczyna być chłodno od wiejącego wiatru, nie zdążyłeś doschnąć po kąpieli i poza światłami nie widać nic więcej.

W przypadku Gozo, przyznaję, własne auto jest na wagę złota. Oczywiście możemy sobie bez niego poradzić i absolutnie nie opłaca się wypożyczać go na jeden dzień, ale… komunikacja miejska pozostawia wiele do życzenia. Dobrze, że możemy wykorzystywać miejskie karty Tallinja Explore, o których pisałam TUTAJ, a nie dodatkowo płacić za bilety, ale to chyba jedyna zaleta. Linii autobusowych jest mało i czasami, zależnie od tego, gdzie się udamy, musimy czekać na transport przez dobrą godzinę. Nie ma też często połączeń bezpośrednich tam, gdzie chcemy się dostać, więc konieczne jest przejście przynajmniej pół godziny na pieszo lub decydowanie się na przesiadki, które zazwyczaj są zupełnie niezsynchronizowane. Wracając z północy Gozo do naszego apartamentu niemalże na samej północy Malty, zajmowało nam to około 2,5 godziny. Jazda autobusem – czekanie – przesiadka na drugi autobus – czekanie – płynięcie promem – czekanie – przesiadka na autobus – pójście do domu. Spokojnie traciliśmy ponad godzinę na nic nierobieniu, a mimo tego na Gozo pojawiliśmy się dwa razy. Wydaje mi się, że to taka optymalna ilość, żeby pozwiedzać i wykąpać się w nietrywialnym miejscu.

Gozo – Zwiedzanie

Wychodząc na ulicę, dostrzegamy pełno kościołów i kopuł na horyzoncie. Część z nich mieliśmy na swojej liście podróżniczej, więc sprawdziliśmy, jak się do nich dostać, natomiast resztę odwiedzaliśmy na zasadzie wsiadania w autobus i wysiadania z niego wtedy, gdy wydaje nam się, że zabytek jest najbliżej. Wysepka jest na tyle niewielka, że nie wychodzi to nawet najgorzej.

Pierwszy w kolejności był Ghajnsielem Parish Church, który okazał się najładniejszy ze wszystkich widzianych do tej pory, mimo trwających prac remontowych. Piękny, wysoki kościół otoczony palmami i rozciągającymi się wokół ogrodami.

Warto przejść się też po samej okolicy, bo Gozo to naprawdę zadbana i ozdobna wyspa (przynajmniej w większości miejsc). Wydawało nam się, że spora część dzielnic jest raczej bogatsza, na fasadach większości domów znajdowały się na przykład różnorodne rzeźby. Większość z nich była jednak dosyć szpetna i niespecjalnie realistyczna. Każdy balkonik miał mnóstwo dekoracji, zakręcane kolumny, a wszystko to uzupełniały rozkwitające rośliny. Bardzo ładny widok.

Na Gozo znajduje się również miasto Rabat (inaczej zwane Victorią), czyli miasto o dokładnie takiej samej nazwie jak to na głównej wyspie Malty. Wysiadając tam, jako pierwszy naszym oczom ukazuje się park i bardzo ciekawa rzeźba dziewczynki biegnącej za ptakami. Co niestety psuje scenerię, to mnóstwo śmieci – papierów, siatek, plastikowych kubków i butelek. Mimo tego ludzie zbierają się tu tłumnie całymi grupami i bez wątpienia jest to jedno z bardziej znanych miejsc na spotkania towarzyskie.

Na miejscu udaliśmy się na cytadelę (Cittadella), gdzie wstęp kosztuje 5 €. Panie w kasie są jednakże tak zagadane, że nie zdziwiłoby mnie, jakby dało się koło nich przejść za darmo, chociaż to nieładnie. 😉 Budowla została wstępnie wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a jej mury wstępnie pełniły funkcję obronną przed piratami napadającymi miasto, by zdobyć niewolników. W środku oprócz licznych kościołów i kaplic możemy zobaczyć również budynek sądów, starego więzienia czy muzeum archeologii lub folkloru. Wybór jest duży, a to, co urzeka najbardziej, to przede wszystkim spacer po murach i widok na panoramę miasta. Istotnym elementem do zobaczenia jest również Katedra Wniebowzięcia NMP, gdzie przed wejściem znajdują się dwa pomniki – Jana Pawła II oraz ojca Pio.

Obiektami, których z różnych względów nie odwiedziliśmy, a które Wam polecamy do wpisania na listy podróżnicze, są na pewno Salt Pans, czyli pola solne znajdujące się na północy wyspy. Możecie je znaleźć również w wielu miejscach na głównej Malcie, dlatego my odpuściliśmy, ale ponoć widoki są piękne, zwłaszcza o wschodzie i zachodzie słońca. Więcej o nich rozpisywałam się TUTAJ.

Drugą taką atrakcją jest Ninu’s Cave – nigdy nie potrafiliśmy wstrzelić się w godziny otwarcia i dobrze trafić na autobus. To dość ciekawa rozrywka, raczej nietypowa jak na Maltę. Możemy bowiem zobaczyć jaskinie, gdzie wszystkie formacje typu stalagmity, stalagnaty powstały z wapienia koralowego. Niektóre z nich są ponoć półprzezroczyste. Zwiedzamy tak naprawdę tylko jedną dużą komorę, sztucznie oświetloną, ale patrząc po zdjęciach, jest raczej warta zobaczenia. Dajcie znać, jeśli się Wam uda i podzielcie się opinią zwłaszcza w kwestii ceny – tej nie dałam rady znaleźć w internecie.

Trzecia atrakcja to stara przepompownia Imgarr ix-Xini Pumping Station – tam z kolei odstraszył nas upał i bardzo długie podejście. Atrakcja znajduje się na południu Gozo i możemy podjechać do niej autobusem, ale tylko kawałek. Przed nami 2 km zapewne niezbyt przyjemnej drogi w upale, a po naszych przygodach z Dwellingami nie mieliśmy ochotę na powtórkę z rozrywki. Tu również proszę o krótki komentarz z Waszej strony.

Fenomen Lazurowego Okna

Z czego ja najbardziej zapamiętałam Gozo? Przede wszystkim z Lazurowego Okna, czyli ogromnej, naturalnej formacji skalnej, przez którą mogliśmy oglądać morze. Stała się tłem dla takich produkcji filmowych jak Gra o Tron czy Hrabia Monte Christo. Nie wiem, czy wiecie, ale ta atrakcja widnieje na wszystkich plakatach reklamujących wyspę, jest wystrojem niejednej restauracji i niemalże jako pierwsza pojawia się na mapkach Google. Pojechaliśmy więc zobaczyć, o co tyle zachodu, nastawiliśmy nawet nawigację i nic. Idziemy, idziemy, a śladu nie widać. W końcu natrafiliśmy na foodtruck i pytamy mężczyznę, który ma za sobą plakat z Lazurowym Oknem, czy wie, w którym kierunku mamy iść. On za to patrzy na nas, pokazuje za swoje plecy i mówi: „To? A to runęło już ze trzy lata temu!”

I rzeczywiście, dopiero w tamtym momencie sprawdziliśmy informacje na ten temat. Generalnie nie wpadliśmy na to wcześniej, bo przecież ani nie trzeba na to biletów, ani obiekt się nie zamyka. Przyjęliśmy za pewnik, że skoro obiekt jest taki rozsławiony, to na pewno będzie istnieć! W tym wypadku zdziwiło mnie jednak, jak Maltańczycy potrafili rozkręcić turystykę i reklamę wokół czegoś, czego tak naprawdę nie ma, a z drugiej strony nie wykorzystują zasobów, które wystarczyłoby nieco odnowić i rozsławić, by stały się symbolem wyspy, o czym wspominałam już w przypadku TEGO wpisu o Selmun Palace. Naprawdę niewiarygodne.

Ciekawostką jest to, że powstały nawet plany odbudowy Lazurowego Okna przez rosyjskiego architekta Swetozara Andriejewa. Kiedy jednak zobaczyliśmy proponowane rozwiązanie na zdjęciu, aż się skrzywiliśmy. Zamiast ogromnego bloku skalnego, który się zawalił, miałaby powstać stalowa, duża konstrukcja, która nie pasuje niemalże do niczego. Byłaby czymś na wzór wieżowca z pięcioma piętrami i dużą powierzchnią dla sali konferencyjnych. Co prawda lokalsom pomysł się spodobał, ale na całe szczęście nie wszedł w życie (póki co).

Czy żałujemy tego, że pojechaliśmy? A skąd! Spacer był piękny – z widokiem na klify i ze wspinaczką po wapiennych skałach. Świetne miejsce na bouldering, zresztą Malta w ogóle obfituje w wiele lokalizacji, które mogłyby okazać się rajem dla wspinaczy. Chodziliśmy więc, obserwowaliśmy gromadzącą się na brzegu sól i chodzące kraby, w sumie szybko zapominając o niezbyt wielkim rozczarowaniu. Zresztą dzięki niemu natrafiliśmy na lokalizację, którą pokochałam najmocniej z całego pobytu, a mianowicie Inland Sea. Generalnie to po prostu zatoka, do której woda dostaje się wąskim, kamiennym korytarzem, dzięki czemu woda jest niesamowicie ciepła. Wszystko to otaczają wysokie skały, z których skaczą ludzie, tłumów nie ma prawie wcale, możemy spędzić pół dnia, obserwując żyjątka w skałach czy nawet wykupić rejs łódką. O pięknie tego miejsca rozpisywałam się przy okazji TEGO wpisu, koniecznie musisz zajrzeć!

Ceny na Gozo

Czy na Gozo rzeczywiście ceny są dużo niższe niż na Malcie? Jeśli chodzi o pizzę, to tak, ale nie zauważyliśmy tego w żadnej innej kwestii. Być może to zasługa pandemii i chęci zarobku, a być może te czasy już ogólnie przeminęły. My ze swojej strony na pewno nie polecamy noclegów na wyspie – opłaca się odwiedzić ją raz lub dwa, ale nie więcej, bo po prostu nie będziecie mieli co robić i każdy dzień zaczniecie od wyklinania na transport. Nie wyobrażam sobie czerpania przyjemności z przeprawy pomiędzy Gozo, a na przykład Vallettą. Wyspę można odwiedzić całkowicie za bezcen, udając się tylko na bezpłatne atrakcje i podziwiając architekturę czy znajdując piękne miejsca do kąpieli. Świetna opcja zwłaszcza już pod koniec wyjazdu – my ten zakątek wspominamy bardzo dobrze.

Z mojej strony to już wszystko na dziś. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do odwiedzenia Gozo i przekazałam kilka interesujących informacji. Tym akcentem równocześnie kończę serię maltańskich wpisów i liczę, że to, czego się z nich dowiedzieliście, zaowocuje wyjazdem w przyszłości i okaże się dla Was cennymi wskazówkami. Dołożyłam wszelkich starań, by jak najlepiej nakreślić dla Was obraz wyspy, a nawet wysp – czekam teraz na Wasze spostrzeżenia i relacje. Zapraszam do wysyłania zdjęć, komentarzy i odnalezieniu mnie zarówno na Instagramie, jak i fanpage’u na Facebooku. Do zobaczenia!

JuraPark Krasiejów – rozrywka dla dzieci czy też dorosłych? Przedstawiamy ceny i atrakcje!

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć naszej jednodniowej wycieczki do JuraParku w Krasiejowie, którą odbyliśmy wraz z Szymonem 3 października 2020 roku. Przedstawimy Wam, jakie atrakcje czekają nas na miejscu, rozwiejemy też wątpliwości na temat tego, czy jest to atrakcja tylko i wyłącznie dla dzieci – nie zabraknie oczywiście cenników i praktycznych informacji. Zapraszamy na:

Wyjazd doszedł do skutku właściwie przypadkowo, bo niespodziewanie zwolnił nam się weekend. Pogoda zapowiadała się fantastycznie jak na tę porę roku (ok. 25℃) i z tego względu postanowiliśmy skorzystać z atrakcji, które mamy niemalże pod samym nosem. Ja co prawda byłam już w Krasiejowie 4-5 razy, ale JuraPark dość mocno rozbudował się od czasów powstania – kilka lat temu pojawił się całkiem nowy, interaktywny budynek. Postanowiłam więc odświeżyć wspomnienia, zwłaszcza że dla Szymona mieszkającego w całkiem innych rejonach Polski ten obszar nie był znany i zapewne sam by się tam nigdy nie wybrał, bo jednak atrakcje tego typu wydają się mocno „dziecięce”. Obserwowanie reakcji osoby, która nigdy wcześniej nie odwiedziła Krasiejowa, popchnęło mnie do zamieszczenia tego wpisu jako wskazówki zwłaszcza dla tych osób, które zamieszkują bardziej wysunięte na północ tereny Polski.

Bilety

Decydując się na wyprawę do Krasiejowa, możemy kupić bilety drogą tradycyjną lub online, co gwarantuje nam dodatkowe rabaty. To działa jednak tylko teoretycznie, ponieważ klikając w link odsyłający, nie dzieje się zupełnie nic i koniec końców lądujemy w kasie biletowej. Do wyboru mamy trzy rodzaje wejść:

  1. Główny Jurapark obejmujący również muzeum paleontologiczne, park rozrywki, Tunel Czasu, oceanarium oraz kino 5D,
  2. Centrum Nauki i Ewolucji Człowieka,
  3. Bilet kompleksowy obejmujący pkt.1 i 2.

Generalnie wyznaję zasadę, że jeśli już się gdzieś jedzie, to trzeba wykorzystać oferowane możliwości w pełnym wymiarze, tak więc trzecia opcja kosztowała nas 78 zł oraz 55 zł z ulgą. Czy warto? Moim zdaniem tak, ale to zależy, czego się spodziewacie – jeśli podróżujecie z dziećmi, to odpuściłabym drugą opcję, w późniejszej części wpisu opowiem dlaczego. O całości parku dobrze wiedzieć, że w bardzo dużej mierze wykorzystuje technologię 3D i liczne projekcje, co akurat uważam jest świetnym sposobem na przedstawienie czegoś, czego nie możemy już zobaczyć na żywo w pełnej okazałości, zwłaszcza że w większości przypadków nie znamy tak naprawdę prawdziwej formy dinozaurów. Zazwyczaj odnajduje się ich kilka kości, na podstawie których przyrównuje się je do znanych już okazów i stara się dojść do tego, jaka mogła być postura stworzenia, jego tryb życia i środowisko bytowania (wodne, lądowe). Dzięki temu wystawa nie ogranicza się tylko do oglądania gotowych eksponatów i figur, ale też pobudza aktywność zwiedzającego.

Co znajdziemy w Juraparku?

Jeśli chodzi o główną część JuraParku, to zajmuje on powierzchnię 12 ha, gdzie została wytyczona piesza trasa. Kierunek zwiedzania wyznaczają namalowane farbą ślady dinozaurów, a nad głowami zwiedzających co jakiś czas rozciągają się łuki z kolejnymi epokami (np. wczesny trias, późna jura, kreda).

Eksponaty mają rzeczywiste rozmiary, chociaż czasem, zwłaszcza spoglądając na tablice informacyjne, można dostrzec pewne odstępstwa od reguły. Jak się jednak można domyślić, byliśmy jednymi z niewielu osób, które rzeczywiście wczytywały się w tekst – rodziny z dziećmi raczej obwieszczały na głos nazwę danego dinozaura, robiły zdjęcie i szły dalej. Szkoda, bo tablice są dość ciekawe, przynajmniej niektóre. Zazwyczaj zawierają sporo ciekawostek i rozważań, oprócz tego tłumaczą zastosowanie nietypowych części ciała stworzeń. Znajdują się na nich także rysunki przyrównujące wielkość człowieka do wielkości danego dinozaura, jego sposób pożywiania, kraj występowania, wzrost i waga, które czasem okazywały się zaskakujące. Z rozbawieniem dostrzegliśmy, że niektóre okazy wagowo były mniejsze od mojego ogromnego kota! Graliśmy też w grę, która polegała na tym, że zakładaliśmy, który dinozaur mógł przekształcić się w jakieś współczesne zwierzę i jakie.

Szymon, jako zagorzały fan Wędrówek z dinozaurami, które pamiętał z czasów dzieciństwa, największą frajdę miał chyba ze zgadywania nazw eksponatów. Furorę bez wątpienia zrobił Argentynozaur o ogromnych rozmiarach, którego znaleziony kręg szyjny miał wielkość człowieka. To też jedyna figura, do której możemy podejść, dotknąć i przytulić się do ogromnej łapy. W tym miejscu również zamontowano głośniki, przez które słychać co parę sekund ryk – dla dorosłych tandeta, młodsi nawet trochę się bali.

Pawilon paleontologiczny

Po drodze na trasie przechodzimy przez pawilon czy też muzeum paleontologiczne, które powstało dzięki inicjatywie Uniwersytetu Opolskiego. Do dziś odbywają się prace badawcze, zjeżdżają tu studenci z całego świata na okres dwóch tygodni (można ich zobaczyć w lipcu, sierpniu i wrześniu), podczas których całe życie zamyka się na poszukiwaniu szczątek dawnych istnień. W budynku możemy zobaczyć wykopane skamieliny i odnalezione fragmenty dinozaurów czy stworzeń, które żyły jeszcze przed nimi. Został tu odnaleziony gatunek Silesaurus Opolensis, który jest znany na całym świecie tylko z tego miejsca. Jako dziecko zupełnie tego nie zakodowałam, podejrzewam, że też niespecjalnie mnie to obchodziło i bardziej zwracałam uwagę na walory widokowe, ale to dość budujący, ważny dla nas fakt. Pawilon może i nie jest wielki, ale dość ciekawy, bo rzeczywiście można dostrzec znaleziska gołym okiem, ponadto chodzimy po szklanej platformie i znaczna część znalezisk znajduje się pod naszymi stopami.

Tunel Czasu

Do całości trasy jesteśmy przewożeni kolejką, która kursuje niemalże co chwilę. Oczywiście możemy przejść ten kawałek pieszo, ale omijamy wtedy część rozrywki. Nasz środek transportu nie jest bowiem taki jak wszystkie inne – siedzimy w nim bokiem tak, że obserwujemy tylko jedną stronę świata i nie bez powodu, bowiem wjeżdżamy w specjalnie zaprojektowany Tunel Czasu. Kolejka porusza się bardzo powoli, a my dostajemy okulary 3D, dzięki którym możemy oglądać projekcję filmową w zaciemnionym wnętrzu. Opowiada ona o dziejach powstania i przekształcania się świata na przestrzeni milionów lat, przybliża też historię pierwszych ziemskich stworzeń. Animacja jest bardzo współczesna, przystosowana do młodszych odbiorców, jednakże… nie, jeśli chodzi o przekaz. Na początku pada tyle fachowych informacji, że dzieci na pewno nie zrozumieją połowy słów, więc trochę pokrzykują, a trochę marudzą, że nudno. Nie wiadomo, kto stanowi w tym miejscu target, ale ostatecznie każdy znajdzie dla siebie jakąś miłą cząstkę, zwłaszcza że towarzyszą nam różne efekty specjalne – lasery, wybuchające wulkany i tak dalej, a wszystko to współgra z historią rozgrywającą się na ekranie.

Dodatkowe udogodnienia – park rozrywki, kino 5D, oceanarium

Jak z kolei kończy się wycieczka? Możemy wrócić dokładnie tą samą kolejką, a możemy też na pieszo poznawać resztę uroków tego terenu. Znajduje się tutaj dość duża strefa gastronomiczna nie tylko z obiadami, ale też słodkimi przekąskami i lodami. Część stoisk była jednak na stałe zamknięta zapewne ze względu na mniejszą ilość turystów, czas posezonowy i sytuację epidemiczną. W jednym z budynków odbywał się nawet festiwal czy też dzień dyni, można było wyrzeźbić własną pod okiem obsługi. Z braku czasu nie skorzystaliśmy, choć zawsze chciałam spróbować! Minusem parku jest jednak fakt jego szybkiego zamykania się – w tygodniu o godz. 16.00, w weekend o 17.00. Jeśli chcemy być szczegółowi i wszystkiemu poświęcić należytą ilość czasu, to wyrobimy się na styk.

Dzieci dość mocno czekają na plac zabaw i park rozrywki, do których trzeba przejść ze dwieście metrów już od głównego szlaku. Na miejscu znajdują się karuzele krzesełkowe (jedna duża dla dorosłych, niestety nieczynna, druga mała dla dzieci), niewielka kolejka z wagonikami i wahadło z łodzią. Oczywiście obskoczyliśmy wszystkie atrakcje, nie bacząc na wiek czy inne zahamowania, zwłaszcza że Szymon nigdy wcześniej nie był w wesołym miasteczku. Przed wahadłem zjedliśmy jednak gofra, żeby dotrzymać do obiadu, no i może nie był to najlepszy pomysł ze względu na lekkie mdłości, dzięki którym zapewniliśmy sobie dodatkowe doznania. Oczywiście usiedliśmy na samym końcu statku, by w kulminacyjnym momencie znaleźć się jak najwyżej i bawiliśmy się przednio. Mała rzecz, a tak cieszy, zwłaszcza że z góry mamy ładny widok na jezioro i łabędzie. 😀

Pomiędzy plażą a strefą gastronomiczną znajdują się też oceanarium i kino 5D. Poszliśmy na Meet the Dinos. Wielkiego wyboru zresztą nie mieliśmy, bo był to jedyny film (od pięciu lat). Możecie się więc domyślić, jaki reprezentował poziom – telepało jednak fotelami, wiał wiatr, więc w ogólnym rozrachunku nie było najgorzej. Czy mimo naszego braku zachwytu ekranizację mogę polecić dla dzieci? Może podsumuję to słowami kilkuletniej dziewczynki, która siedziała za nami podczas projekcji i skwitowała ją słowami: „I to miał być film? Jak taki film, to mogliśmy równie dobrze zostać na schodach!”. Strasznie nas to rozbawiło.

Jeśli chodzi o oceanarium, to na pewno można o nim powiedzieć, że jest… nietypowe, bo nie ma w nim żadnych zwierząt. Znowu wszystko odbywa się na zasadzie technologii 3D. Wchodzimy z okularami do długiego tunelu i stajemy przed ogromnymi ekranami wzorowanymi na akwaria. Filmiki mają po kilka minut i przedstawiają dawne zwierzęta morskie, które po prostu pływają, obnażają kły, zbliżają się do nas i tak dalej – jak to zazwyczaj ryby. Wielkościowo może nie były odwzorowane 1:1, ale efekt i tak był dość ciekawy. Polecam zebrać się na cierpliwość zwłaszcza przy okazji ostatniego stanowiska. Uruchamia się ono na czujnik ruchu, kiedy stajemy na specjalnej platformie. Już samo to wzbudza podejrzenia, jako że wszędzie indziej podłoga jest… no po prostu zwyczajna. Zostajemy więc uczestnikami ataku stworzenia morskiego, które powoli rozbija szybę… a cała ziemia zaczyna się trząść. Trochę przewidywalne, ale wciąż fajne przeżycie, które oznaczyłabym jako obowiązkowy punkt podróży.

Centrum Nauki i Ewolucji Człowieka

Jeśli zaś chodzi o drugą część biletu kompleksowego czyli Centrum Nauki i Ewolucji Człowieka, to wejścia odbywają się co godzinę o pełnej godzinie, ostatnie o 16.00, więc zdążyliśmy rzutem na taśmę. Jeśli przyjdziemy parę minut za wcześnie, możemy skorzystać z interaktywnej poczekalni – zrobić sobie zdjęcie, a także stanąć przed ekranem, na którym wybieramy człowieka w różnym stadium rozwoju (homo sapiens, homo erectus i tak dalej). Kamerka przetwarza obraz i zamienia nas w małpę, która porusza się tak samo jak my… no prawie. Uśmiałam się przy tym niesamowicie, bo ruchy komputera są tak nieudolne, że jeśli tylko nie trzymamy rąk odwiedzionych od reszty ciała, to całkowicie się gubi. Do tego stopnia, że moja małpka potrafiła włożyć sobie rękę w żołądek, a przy tańczeniu jak Egipcjanin krzyżowała ręce tak, że już dawno wylądowałabym ze złamaniami w szpitalu. Głupiutka rozrywka, ale dla zabicia czasu jak najbardziej polecam.

Żeby przejście przez budynek miało sens, dostajemy okulary 3D, słuchawki i audioguida działającego na czujniki (wszystkie sprzęty są dezynfekowane zaraz po oddaniu przez poprzednią grupę). Całe przejście rozpoczyna się od zamknięcia w kapsule czasu, która jest niczym innym jak kinem, w którym obserwujemy, jak cofamy się kilkadziesiąt milionów lat wstecz. Tutaj również ruszają się fotele, jednak trochę się zawiodłam, bo mój sprzęt przestał działać i słyszałam z całości nagrania tylko piąte przez dziesiąte z tego, co leciało w słuchawkach Szymona. Było bardzo ciemno, więc naciskanie na oślep przycisków audioguida nie pomogło, dopiero później naprawił się sam przy okazji przechodzenia ze stacji do stacji.

Po projekcji przechodzimy do następnego szeregu pomieszczeń. Część z nich to zwykłe wystawy z figurami, część to krótkie filmiki 3D. Żeby posłuchać historii z nimi związanych, należy stanąć w polu otoczonym laserem z oznaczeniem strefy. Wtedy czujnik automatycznie nas wynajduje i w słuchawkach włącza się odpowiednie nagranie. Trwają one zazwyczaj 2-3 minuty i oprócz tego, że lektor ma dziwne powiedzonka i wstawki, to przekazywane informacje są dość ciekawe – jak zmieniało się polowanie na przestrzeni lat, ceremonie pogrzebowe, sposób życia człowieka. Znowu: byliśmy jedynymi osobami, które słuchały od początku do końca, więc przy wyjściu zostaliśmy sami, a obsługa już troszkę nas poganiała, żeby puścić nam końcową projekcję w kapsule czasu. To akurat wydało mi się przykre, bo jednak zapłaciło się za coś, z czego prawie się nie skorzystało, a jak już się skorzystało, to uchodziłeś niemalże za dziwaka, który wszystko opóźnia.

Minusem tej atrakcji było to, że gdy stanowiska znajdowały się za blisko siebie, nagrania samoistnie się zmieniały, mimo stania w danej strefie. Potem zazwyczaj nie chciało się ich słuchać drugi raz, gdy zmieniły się na poprawne. Szymonowi zdarzyło się tak raz, mi chyba z cztery, bo jestem nadpobudliwa – zawsze obracam głowę, rozglądam się, patrzę na reakcje innych. Tkwienie w jednym miejscu nie wchodzi dla mnie w grę, ale przynajmniej miałam pretekst, by przytulić się do Szymona i słuchać nagrań z jego słuchawek.

Mając na uwadze to wszystko, rozumiem, że ciężko byłoby upilnować i zainteresować dzieci, jeśli sami dorośli nie mają wielkiego parcia, by zostać w tym miejscu. Stąd moja wcześniejsza uwaga, że być może warto zainwestować jedynie w JuraPark. Na końcu Centrum Nauki znajdują się wystawy poświęcone na przykład temu, jak zmieniały się naczynia, zabawki i figurki na przestrzeni lat. Możemy też obejrzeć mnóstwo czaszek zwierząt oraz ludzi oraz jakie zmiany zachodziły w nich zależnie od regionu, a także obejrzeć kilka ogromnych skamielin w pracowni, gdzie się je oczyszcza. Nam się podobało – może nie aż tak jak główna część zwiedzania, ale ani nie żałuję, że tam poszliśmy, ani nie uważam, że było nudno.

Ile czasu potrzeba na zwiedzanie?

Jeśli jesteśmy rodzicem z dziećmi, które bardzo chcą dotrzeć do placu zabaw i szybko się nudzą:

  • JuraPark ok. 2,5-3 godzin (już z jedzeniem),
  • Park Nauki i Ewolucji Człowieka ok. 20 minut, chociaż ja ogólnie odradzam.

Jeśli zaś rzeczywiście chcemy się czegoś dowiedzieć i za bardzo nam się nie spieszy, chcemy wykorzystać maksymalnie czas czy też wydane pieniądze:

  • JuraPark ok. 4-5 godzin (już z jedzeniem),
  • Park Nauki i Ewolucji Człowieka ok. 40-50 minut.

Myślę, że na dziś to wszystko. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do przyjazdu w swoje okolice i nieco unaoczniłam, jakie przeszkody możemy napotkać po drodze, zwłaszcza jeśli pod opieką mamy grupę szkrabów. Liczę też, że dzięki temu łatwiej będzie je przezwyciężyć i lepiej zaplanujecie podróż. Jeśli jesteście świadomi wszystkiego, o czym pisałam wyżej i dalej chcecie odwiedzić JuraPark w Krasiejowie, to naprawdę polecam!

Malta cz.7 – Zwiedzamy stolice: Vallettę oraz Mdinę

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-ciodniowej podróży na Maltę. Możesz czytać go oddzielnie, ale na pewno bardzo pomoże Ci zapoznanie się z poprzednimi częściami, by nie stracić żadnego kontekstu. Dziś opowiem parę słów o stolicy wyspy, jaką jest Valletta, a także byłej stolicy, czyli Mdinie – nie zabraknie też wielu zdjęć czy ciekawostek. Zapraszam na:

Kilka faktów o Valletcie

Jeśli planujecie podróż do Valletty, to zalecałabym zarezerwować sobie na nią cały dzień. Wystarczy wtedy czasu na zwiedzanie, zjedzenie jakiejś przekąski i kąpiel w morzu, która w godzinach południowych okazuje się niemalże zbawieniem. Co na pewno jest dużym plusem, to że nie musicie martwić się zbytnio o transport, niezależnie w której części wyspy macie zakwaterowanie. Autobusów, których końcowy przystanek mieści się właśnie w Valletcie, jest akurat najwięcej i kursują stosunkowo często. Zatrzymują się zaraz obok ogromnej fontanny Trytona usytuowanej na wprost wejścia do zabytkowej, starszej części miasta.

Zanim jednak przejdziemy do bodźców widokowych, na które natkniecie się zaraz po przejściu za wysoki mur, warto wspomnieć kilka słów o samym mieście. Nie jest to pierwsza stolica Malty – przed nią była jeszcze Mdina – ale za to najdalej wysunięta na południe Europy i najbardziej słoneczna. Liczy sobie 320 zabytków, dzięki którym w całości została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Mieszka tu również większość Maltańczyków, przez co Valettę nazywa się często Wielkim Miastem (3300 osób na km2, choć nie jest to tak zauważalne). To właśnie tutaj znajduje się szpital z jedną z największych sali w całej Europie, a także jeden z trzech najstarszych teatrów na świecie.

Valletta wizualnie

Na głównym placu naszym oczom ukazuje się natychmiast mnóstwo budynków: Muzeum Archeologiczne, Bank Centralny Malty, Centrum Sztuki, opera, muzea sztuki, kina i teatry. Co kilka metrów w ciasnych uliczkach zwieszają się jaskrawoczerwone gobeliny z wizerunkami świętych. Przed naszym przyjazdem dodatkowo odbył się na miejscu festiwal lata, Maltańczycy świętowali także 26-te zwycięstwo swojej drużyny piłki nożnej w ligowych rozrywkach. Z tego powodu wszędzie pojawiały się zielone girlandy, wielkie gwiazdy na fasadach kamienic czy flagi. To pogłębiło wrażenie przepychu, ale też stanowiło nietypowe dla nas urozmaicenie.

Co bardzo typowe dla stolicy, to że wszystko jest żółte. Głównym budulcem używanym na wyspie jest oczywiście piaskowiec, ale też na przykład wapień – w każdym razie gdziekolwiek byśmy się nie udali, wszystko wygląda dość jednolicie. To, co przeważnie wyróżnia budynki, to przede wszystkim kolorowe drzwi, wymyślne gałki czy klamki przy nich oraz zabudowane, różnobarwne balkoniki. Zazwyczaj wykonuje się je z drewna i stanowią niejako symbol wyspy – można znaleźć je wszędzie, chociaż w Valletcie spotkamy ich najwięcej. Akurat mnie straszliwie urzekły, wyglądają po prostu pięknie i sprawiają, że nasze oczy nigdy się nie nudzą. Prawdopodobnie zachwyt jest zasadny, ale patrząc na nie tylko i wyłącznie z zewnątrz. Kilkukrotnie udało nam się dojrzeć coś w środku przez uchylone okienka i przeważnie było to pranie, schodząca płatami farba ze ścian i jakieś stare pudła czy kartony.

Na wejściu zobaczymy też kilka wysokich, żółtych kolumn w stylu korynckim, które na moment przeniosą nas myślami do Grecji. Między nimi utworzono plac ze sceną, ale akurat podczas naszego pobytu było tam rozstawionych pełno rusztowań i nie zapowiadało się, by miały prędko zniknąć. Zaraz obok znajduje się nietypowa ściana pamiątkowa, która odrobinę wygląda jak postawione pionowo liczydło. Zamiast koralików dostrzeżemy kostki – możemy je obracać, a na każdej stronie widnieje naklejka bądź podpis odwiedzającego.

Przechadzając się przy głównej ulicy Republiki, napotkamy też wiele historycznych postaci – nie będzie to jednak odległa podróż w czasie, bo przeważnie dostrzega się jednak pomniki ministrów czy prezydentów, którzy swoje rządy sprawowali jeszcze całkiem do niedawna. Najstarszą figurą jest oczywiście Jean de la Vallette, założyciel miasta i wielki mistrz zakonu Joannitów. Część swego życia spędził w niewoli, mówiono też, że „bardzo sprawnie radził sobie z tymi, którzy sprzeciwiali się płaceniu wysokich podatków, które ustanowił”. Zapewne za życia nie znosił sprzeciwu i odznaczał się surowością, ale to właśnie dzięki temu obronił Maltę w czteromiesięcznym oblężeniu przez Turków w XVI wieku, a jego zakon rozpoznawano w całym chrześcijańskim świecie. Ponoć nie można mu odmówić miana wybitnego stratega i poligloty.

Jeśli mówimy już o wybitnych jednostkach, to podczas wizyty w Valletcie nie można przegapić Pałacu Wielkiego Mistrza, gdzie stacjonuje prezydent wyspy. Można obejrzeć go od środka w każdy dzień tygodnia, chyba że na miejscu odbywają się akurat obrady lub różnego rodzaju uroczystości.

Ulice miasta są stworzone na włoską modłę – ciasne, prostopadłe do siebie, mało otwartych przestrzeni. Między kamienicami rozwieszone są lampki i żyrandole oświetlające miejsca przeznaczone na restauracje czy kawiarnie, które często znajdują się na różnej wysokości nad poziomem morza. Ludzie siadają na przykład na poduszkach czy schodkach, a z racji tego, że wszystkie zabudowania biegną z góry do dołu, a nie są rozmieszczone płasko, miejsca te stają się bardzo ciekawym spotem na zdjęcia.

Ciekawostką wartą podkreślenia jest to, że ściany budynków na Malcie są naprawdę cienkie, co widzieliśmy podczas prac nad jedną z kamienic. Skutkuje to tym, że wewnątrz nich nie ma nawet miejsca na poprowadzenie rur od kanalizacji, dlatego większość z nich znajduje się na fasadzie tak, że wszyscy mogą je widzieć. Jest to jednak uciążliwe rozwiązanie zwłaszcza ze względu na hałas – przy otwartym oknie spływająca woda brzmi tak, jakby wlewała się prosto do twojego pokoju. Doświadczyliśmy tego w naszym apartamencie i choć da się do tego przywyknąć, to pierwsze noce są dość przerażające. Ma się wrażenie, że jakiś mały potoczek zalewa właśnie wszystkie twoje rzeczy.

W Valletcie znajduje się również pełno figur świętych czy kościołów, o czym wspominałam już przy okazji poprzednich wpisów. Tutaj jednak nie są one przeważnie wolnostojące, raczej stanowią część istniejących już zabudowań i można wejść do nich tylko od strony głównych drzwi. Zdarza się więc, że mieszkańcy kamienic dzielą jedną ścianę z budynkami sakralnymi i nikomu zdaje się to nie przeszkadzać.

Większość miasta dookoła otacza mur. Niekiedy widoki są dość zabawne, bo na przykład część schodów prowadzących na górę uległa już zniszczeniu i możemy zobaczyć je dopiero na wysokości np. trzech metrów, jakby prowadziły tylko i wyłącznie w ścianę.

Jedzenie w Valletcie

Rzadko spotkamy szerokie, wolne przestrzenie. Przeważnie, gdy już się taka znajdzie, zajmują ją restauracje, których właściciele ustawiają stoliki i parasolki na zewnątrz dość ciasno, by pomieścić jak najwięcej gości. Pewnie spodziewacie się, że ceny są zatrważające dokładnie tak jak w każdej stolicy, ale o dziwo nie ma tragedii. Gdzieniegdzie nie widać dużych różnic w porównaniu z resztą wyspy, czasem to kwestia 1-2 €. Co więcej – nam udało się trafić na popołudniową przekąskę właśnie tutaj znacznie taniej. Zjedliśmy timpanę za 2 €, o czym rozpisałam się szerzej w TYM wpisie. Generalnie opłaca się jeść koło godziny 17.00 w piekarniach (ok. godziny przed ich zamknięciem), gdzie stoją domowe posiłki, a sprzedawca odgrzewa je w mikrofalówce lub piekarniku. Wtedy często ceny spadają o połowę, bo każdy chce zejść z końcówek towaru i nie być zmuszonym do tego, by je wyrzucać. Okazje się trafiają, wystarczy tylko dobrze poszukać.

Plaża i zabytki obok

Jak już wspominałam, koło południa, gdy słońce uniemożliwia zwiedzanie, a my nie mamy ochoty na zaszycie się w kawiarni, warto udać się na jedyną, maleńką plażę w zasięgu wzroku, czyli Wuestenwinds Beach, o której szerzej pisałam TUTAJ. Kamienista jak większość na Malcie, ale mamy specjalne zejście z drabinką do morza, no i możemy pooglądać murale na ścianach.

Stamtąd mamy niedaleko do dzwonnicy znajdującej się w Dolnych Ogrodach Barakka, skąd rozciąga się doskonały widok na falochron. Zabytek stanowi upamiętnienie 7 tys. ofiar służb maltańskich podczas oblężenia, gdzie znaczącą rolę odgrywał la Vallette. Znajdziecie tutaj dodatkowo sześć tablic dotyczących wielu istotnych wydarzeń takich jak węgierska rewolucja czy praska wiosna.

Miasto roztacza wokół siebie bardzo przyjemną aurę, każda uliczka wydaje się na swój sposób piękna, mimo że większość z nich jest podobna. Łatwo się w nich zgubić, ale co jakiś czas natrafiamy na tabliczki informacyjne, które wskazują nam drogę do zabytków i nasze aktualne miejsce pobytu. W wyniku tego przechodzimy miasto w górę i w dół kilka razy, żeby wyłapać te co ciekawsze architektoniczne cuda.

Kilka faktów o Mdinie

Tutaj pewnie w wielu głowach rodzi się pytanie – czy jeśli widziałem już Vallettę, to opłaca mi się jechać do Mdiny, poprzedniej stolicy, czy też znowu będę oglądać to samo? Otóż tak, jak najbardziej, zwłaszcza że te dwa miasta zupełnie do siebie nie przystają. Valletta jest ogromna, przepełniona, głośna i niemalże oblężona przez zabytki. Mdina jest znacznie mniejsza, spokojniejsza i nie aż tak żółta – bardziej wąska, kamienna i cicha. Nie bez powodu nazywa się ją Silent City. Wpływają na to nie tylko mniejsze ilości turystów i knajp, ale także zakaz wjeżdżania na jej teren jakichkolwiek innych samochodów poza tymi, które należą do mieszkańców (no i oczywiście służb ratunkowych, dostawczaków i tego typu kołowców). Czy to sprawdza się w praktyce? Tak, chociaż ciągle słychać jakieś rozmowy albo dźwięki z oddali. My mieliśmy jeszcze pecha, bo przez pierwszą godzinę zwiedzania wdychaliśmy woń szambiarki, która akurat zajechała na miejsce.

Obecnie w tym mieście na stałe zameldowanych jest niespełna 300 osób – aż nie mieści się w głowie, że kiedyś uważano je za główny ośrodek życia. Powstało jeszcze za czasów średniowiecza i mieści się mniej więcej w środku wyspy, więc niestety nie mamy możliwości się wykąpać. To ponoć tutaj przebywał św. Paweł zaraz po tym, jak jego statek rozbił się w pobliżu wyspy. Wbrew bredniom, które powtarza część Polaków (spotkaliśmy takich po drodze), Mdina nie jest starą częścią miasta Rabat. To prawda, Rabat otacza Mdinę murami, ale to dwie oddzielne jednostki terytorialne, mimo że znajdują się bardzo blisko siebie i dochodzi się do nich z jednego przystanku autobusowego o nazwie Rabat. Większość Mdiny oraz jej zabytków musiała zostać odbudowana w XVII wieku po ogromnym trzęsieniu ziemi. Obecnie jedyna działająca na miejscu kawiarnia w dobie koronawirusa jest prowadzona przez Duńczyków, obsługa raczej mocno chłodna, znudzona tym, że w ogóle musi kogoś oglądać na oczy, a większość rzeczy przynosi do stolika dopiero wtedy, kiedy prosi się o każdą z osobna (kawa, lód do kawy, słomka, cukier).

Do Silent City wchodzimy przez główną, zabytkową bramę. Uliczki są jeszcze węższe niż w przypadku Valletty, ale wciąż dostrzegamy zabudowane balkoniki, kolorowe drzwi i gałki w kształcie delfinów czy innych stworzeń (swoją drogą to właśnie tam odkryliśmy ich cenę – ok. 60-120 € za jeden uchwyt!). Co jednak urzeka najbardziej, to roślinność. Nie ma jej straszliwie dużo, ale jeśli już pojawią się jakieś pnącza i kwiaty, to rozkwitają bardzo gęsto i pięknie, kontrastując z resztą zabudowy. Mówię tu zwłaszcza o bugenwillach w kolorach intensywnego różu lub fioletu – dosłownie każdy chciał mieć z nimi zdjęcie, nawet grupa obcych pięciu mężczyzn, którzy podróżowali razem i z którymi zamieniliśmy na miejscu parę zdań. Oni zrobili sesję nam, my im i trochę się pośmialiśmy.

Uliczek jest mnóstwo, łatwo się zgubić i stracić orientację, gdzie się już było, a gdzie niekoniecznie. Gdy wyjdziemy przed szereg zabudowań, na horyzoncie widać morze i możemy skorzystać z powiększającej lunety. Stoją ich dwa rodzaje i choć obie podpisano jako płatne, tak naprawdę z jednej możemy korzystać za darmo.

Z odpłatnych atrakcji możemy udać się do katakumb św. Pawła i św. Agaty, oba obiekty znajdują się w Rabacie i trzeba zapłacić za nie osobno po 5 €. My nie skorzystaliśmy, ale warto wspomnieć, że taka opcja istnieje właśnie tutaj. Tutaj jeszcze kilka ujęć z samego miasta, by przekonać Was, do dłuższego spaceru.

Na dziś to już tyle z mojej strony. Serdecznie zapraszam do udania się do obu maltańskich stolic i samodzielnego porównania. Być może wielu z Was to właśnie Mdina będzie bliższa, kto wie? Dajcie znać, które miasto wydaje Wam się ciekawsze. W następnym, już ostatnim wpisie, skupimy się na Gozo, czyli wyspie należącej do Malty. Opowiemy o miejscach wartych zobaczenia, a także pewnych innościach, które dało się dostrzec w tej części kraju. A w ramach czekania serdecznie zapraszam na mojego Instagrama czy fanpage’a na Facebooku, odnośniki po prawej stronie na górze! 😉

Szczeliniec – opis szlaków, fotorelacja oraz dlaczego nie podróżuje się nocą po górach?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy jednodniowego wyjazdu na Szczeliniec, który odbyliśmy razem z Szymonem 8 listopada 2020 roku. Nie byłby to wyczyn, gdybyśmy zajechali na najwyższy parking samochodem, dlatego zdecydowaliśmy się na trasę aż z Radkowa, maszerując ponad trzy godziny. O tym, czy warto iść naszym śladem, a także na co natkniecie się na miejscu, dowiecie się poniżej. Będzie też kilka ciekawostek dla wspinaczy, więc zostań do końca. 😉 Zapraszam na:

Dlaczego Szczeliniec?

Po ostatnim zdobyciu szczytu w Błędnych Skałach (albo jak my to nazywamy żartobliwie: po naszym ostatnim szczytowaniu w Błędnych Skałach), nabraliśmy ochoty na więcej wędrówek. Tak jak wspominałam przy okazji poprzedniego wpisu, obecnie mamy niewiele możliwości, które pozwalają spełniać się nam podróżniczo. Wyjeżdżając ostatnio, natknęliśmy się na przeszkodę w postaci ograniczonej działalności restauracji, tym razem odpadało też planowanie jakiegokolwiek noclegu z racji zamykania hoteli, pensjonatów czy agroturystyki. Nie zraziliśmy się tym jednak, choć [lekki spoiler] uwierzcie, przydałoby się miejsce do spania i to nie ze względu na zmęczenie – czytaj uważnie do końca. 😀 Wyjechaliśmy więc znowu na jeden dzień w już dobrze znane okolice. Jesień w tych rejonach skradła nasze serca, więc postanowiliśmy wrócić i wspiąć się jeszcze wyżej, bardziej wyzwaniowo. Błędne Skały znajdowały się na wysokości 853 m n.p.m., natomiast w przypadku Szczelińca Wielkiego jest to 919 m n.p.m. – stopniowanie trudności wydawało się więc właściwe.

Wybór szlaku i jego przebieg

Tym razem dojazd okazał się dużo przyjemniejszy i szybszy – nie tylko dlatego, że omijaliśmy drogę stu zakrętów (po prostu do niej nie dojeżdżaliśmy), ale też nie natknęliśmy się na objazdy i kierowanie ruchem jak ostatnio, co uczyniło naszą podróż znacznie, ale to znacznie krótszą. Wybraliśmy żółty szlak, który zaczynał się tuż obok parkingu przy Zalewie Radkowskim. Co nas zdziwiło, to zupełne pustki – bardzo długo na szlaku nie spotkaliśmy nikogo, a później doszliśmy do wniosku, że po prostu nikt nie miał aż tak szalonego pomysłu jak my na tę porę roku.

Zaraz poniżej znajduje się mapka, która unaocznia, jaką trasę przeszliśmy. Łącznie było to ponad piętnaście kilometrów (nie zapominajmy, że inaczej traktuje się je w górach, a inaczej maszerując po płaskiej powierzchni), a to tylko dlatego, że skróciliśmy pokonywany przez nas dystans. Na szczyt przeszliśmy więc ponad 9 km (to też zaraz wyjaśnię), do auta prawie 6 km. Pod spodem zamieszczam mapkę, która zobrazuje Wam przebytą przez nas drogę i o każdym odcinku postaram się podszepnąć parę słów.

Trasa na szczyt – 9 km od Zalewu Radkowskiego na Szczeliniec Wielki
Trasa ze szczytu – 6 km, podejście żółtym szlakiem, zejście niebieskim, żółtym, zielonym i znów niebieskim oraz żółtym – najkrótsza z możliwych dróg do auta

Podejście w Radkowie zaczyna się bardzo łagodnie, zwłaszcza że część drogi musimy przebyć wiejskimi uliczkami wśród koni, krów i niewielkich domków. Trzeba uważać, bo z początku idziemy wzdłuż lasu i w odpowiednim momencie należy wejść w jego głąb, w przeciwnym razie dojdzie się do asfaltowej drogi i niebieskiego szlaku, który uchodzi za najkrótszy i najbardziej stromy. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie popełnili gafy, bo poszliśmy za daleko, potem weszliśmy w złe rozwidlenie i musieliśmy zawracać. Czy nie dziwił nas brak oznaczeń? Dziwił bardzo, dlatego kręciliśmy się tak długo, dopóki nie natrafiliśmy na nie z powrotem. Oczywiście były widoczne jak bawół na środku pola, a my minęliśmy je, pochłonięci rozmową na głupie tematy. Mówię „głupie”, bo dzięki temu zapamiętałam dokładnie, gdzie należy skręcić – tuż przed tablicą obwieszczającą, że tu znajduje się Park Narodowy Gór Stołowych (teren monitorowany). I to właśnie w kontekście tego nawiasu stwarzaliśmy mnóstwo historii sprowadzających się do kamer ukrytych w drzewach i inwigilacji orwellowskiej. Tak, czasem jesteśmy dziwni, ale nieszkodliwi.

W końcu odnaleźliśmy właściwą drogę, napiliśmy się kawki z termosu i ruszyliśmy dalej wzdłuż spokojnie płynącego strumyka. Jesień może nie była już tak piękna jak dwa tygodnie temu, bo liście pospadały z drzew, ale to także miało swój urok. Wyściełały drogę jak gruby, kolorowy dywan i choć wyglądało to ładnie, czasami dość mocno utrudniało wędrówkę, bo ciężko wypatrzeć kamienie, korzenie czy inne przeszkody. Dało się jednak do tego przywyknąć, dzięki temu unikało się przynajmniej brodzenia w błocie, a największa bolączka pojawiła się dopiero przy schodzeniu, gdy ślizgaliśmy się i siadaliśmy na tyłkach co kilka metrów, bo nogi mieliśmy już jak z waty (choć to i tak nie najzabawniejsza część historii).

Podczas drogi co jakiś czas znajdujemy tabliczki informacyjne na temat formacji skalnych, do których zmierzamy (opisane jako „Ścieżka Skalnej Rzeźby”). Łącznie jest ich czternaście na wszystkich szlakach, ale nawet nie mając możliwości przeczytania ich wszystkich, mogę zagwarantować, że zbyt dużo na tym nie tracicie.

Idąc dalej, podejście robi się nieco bardziej strome, a my zmierzamy do źródła potoku i Wodospadów Pośny, po których dziś pozostał nikły ślad. Tuż przy nich da się dostrzec wyryte w kamieniach niemieckie napisy dedykowane twórcom tego miejsca – Emilowi Hoffmanowi, a także Albertowi Nitsche. Kiedyś naprawdę dało się tu dostrzec wodę, która wybija ze skał z dużą prędkością, dziś natomiast wygląda to znacznie bardziej ubogo:

Gdy miniecie tamto miejsce, zaczyna się dość długi i stromy odcinek trasy, ale pocieszająca wiadomość jest taka, że kiedy go przejdziecie, będziecie już niemalże w połowie trasy na szczyt. Najgorzej, że droga nieustannie wije się serpentynami, dlatego w linii prostej nie jest to długi odcinek, natomiast przejście go okazuje się czasochłonne i męczące. Każdy, kogo mijaliśmy, przystawał przynajmniej raz czy dwa, by odsapnąć i się napić, bo nogi należy wstawiać naprawdę wysoko, a na drodze znajduje się wiele przeszkód. To chyba najcięższy odcinek trasy, mimo że przed samym szczytem również czeka nas strome podejście. Ścieżka jest jednak gładsza i krótsza, a to czyni metę znacznie bardziej przystępną.

Widoki na tym najcięższym odcinku są jednak piękne, bo skały znajdują się tuż nad naszymi głowami. Można dostrzec drzewa, które wyrastają w taki sposób, że ich korzenie owijają się wokół głazów – momentami wygląda to, jakby miały za chwilę runąć. Miniemy też mnóstwo drzew pokrytych ogromnymi grzybami, niektóre z nich są naprawdę wielkie!

Kolejny odcinek znów robi się ładniejszy. Przechodzimy po kamiennych ścieżkach wzdłuż płotu i drewnianych konstrukcji, które do złudzenia przypominają plac zabaw (choć z pewnością nim nie były). Jeśli są tutaj osoby, które kiedykolwiek grały w The Forest, to zabudowania wyglądały identycznie jak te, które budowało się wokół bazy, by uchronić się przed zombie. Tam z kolei czeka nas kolejne ciekawe zjawisko – korzenie drzew są tak silne, że przebijają skały na wylot i wyglądają dość… niewłaściwie, no sami spójrzcie zwłaszcza na te najniżej. Jest też niesamowicie dużo mchu, wszystko w oczach staje się jasnozielone.

Później sceneria dość mocno się zmienia, bo wychodzimy na pole wśród leżących balotów siana, chodzimy po niesamowicie długiej trawie, gdzie co chwilę da się dostrzec jakieś grzyby (chociaż tylko trujące). Co najbardziej rzuca się w oczy… to gęsta mgła, przez którą nie widać prawie nic. Na ten widok od razu przypomniały mi się słowa Szymona, gdy rano wyjrzeliśmy przez okno i świeciło słońce: „Ale dzisiaj będzie widok z góry!”. I wiecie co? Mimo wszystko naprawdę był!

Ten fragment idzie się cały czas wzdłuż lasu, aż w końcu natrafiamy na schronisko, przy którym stoi paleta z dużym napisem: „Dotarłeś! Kim jesteś? Zwycięzcą. Zasłużyłeś na posiłek”. Można wejść do środka w maseczce, można zjeść – dokładnie tak samo jak na szczycie Szczelińca, co w dzisiejszych czasach jest na wagę złota i korzysta z tego 90% tłumu. Stamtąd idziemy dalej, drogowskazy pokazują jeszcze 50 minut marszu, ale udaje nam się uwinąć szybciej. Podchodzimy asfaltową drogą aż do właściwego wejścia na Szczeliniec, gdzie większość ludzi zostawia samochody. Po drodze mijamy pozostałości po strajkach kobiet – namalowane sprayem błyskawice, a także napisy, których może nie będę przytaczać, bo w końcu nie na polityce bazuje ten blog 😉 Zdziwiło nas jednak, że odnaleźliśmy je nawet tutaj.

Od parkingu rozciąga się końcowy, dość stromy odcinek, który przechodzi się na pewno przyjemniej niż poprzedni, zwłaszcza że co chwilę przystawaliśmy robić zdjęcia. Mgła była gęsta, ale przebijało się przez nią mnóstwo światła i wyglądało to bajecznie.

W końcu, będąc jeszcze w miarę daleko od szczytu, mleko się kończy, a my znów maszerujemy w słońcu. Przy samym wejściu na szczyt odnajdujemy tabliczkę informacyjną na temat wspinania w Górach Stołowych. Co nas zdziwiło, niedozwolona jest wspinaczka „na wędkę” czy używania magnezji, przy czym chodziło raczej o każdą magnezję, a nie tylko białą, która pozostawia ślady na skałach. Sezon trwa od 15 kwietnia do 3 listopada, a mimo tego zobaczyliśmy jednego śmiałka. Należy jednak pamiętać, że przed wspinaniem konieczne jest uiszczenie opłaty (50 zł za zezwolenie całoroczne i 20 zł za zezwolenie jednorazowe). Pod spodem wykaz wszystkich zasad:

Wejście na szczyt i zielony szlak im. Franciszka Pabla

Wchodząc na szczyt i widząc panoramę, zaparło nam dech w piersiach. Tak jak mówiłam – wyszliśmy ponad mgłę i chmury, więc widok przypominał ten, który dostrzegamy przez okno samolotu, wzbijając się. Trochę to nawet przypomina falujące morze, chociaż ile ludzi, tyle skojarzeń. Drzewa wychylają się z mgły, słońce oświetla skały i wygląda to niesamowicie. Nie można opędzić się od ludzi, jest ich mnóstwo, a większość z nich siedzi przy stołach i korzysta z ciepłego posiłku, który mogą kupić. Ciekawostką jest to, że na miejscu możemy zobaczyć tabliczki upamiętniające wejście na Szczeliniec znanych osób, a do nich należy Johann Wolfgang Goethe, autor znienawidzonych przez wielu „Cierpień młodego Wertera”. Na jednej ze skał dostrzegamy mnóstwo drobnych monet, najwyraźniej skarpa pełni funkcję studni życzeń i stała się czymś w rodzaju tradycji/przesądu.

Wokół Szczelińca Wielkiego rozciąga się trasa, która nieco przywodzi na myśl odwiedzone przez nas ostatnio Błędne Skały. Oznaczona jest jako zielony szlak i ten fragment nazywa się trasą turystyczną im. Franciszka Pabla. Człowiek ten jako pierwszy został mianowany oficjalnym przewodnikiem turystycznym w Sudetach, a co więcej stworzył trasę właśnie na Szczeliniec. Mówi się, że w latach swojej świetności potrafił wejść na szczyt 3-4 razy dziennie, co robi niemałe wrażenie, biorąc pod uwagę, że my ledwie zdążyliśmy wejść i zejść. Idąc tamtędy, mijamy kilkanaście formacji skalnych, z których największe wrażenie robi Piekiełko (długie, wąskie zejście),zaś najbardziej rozpoznawalny wydaje się Małpolud, od którego nie można odejść, jeśli nie strzeli mu się fotki, bo to trochę tak, jakby w ogóle nie weszło się na szczyt. Najmniej podobał nam się chyba Słoń, bo nie bardzo przypominał żywe stworzenie… przynajmniej z przodu, ponieważ z tyłu jakiś żartowniś doczepił mu drewniany ogon i wyglądało to całkiem nieźle, mimo że komicznie.

Część przejść jest bardzo niskich i ciasnych, właśnie w drodze z Piekiełka rozciągają się bardzo długie schodki, gdzie prawie nie dociera światło. Na szczęście po boku znajduje się łańcuch, którego możemy się przytrzymać, by nie upaść. Co chwilę mijamy przepiękne punkty widokowe, w dodatku możemy wejść na jeszcze wyższą konstrukcję na szczycie, która znajduje się tuż przy wejściu. Udało nam się nawet strzelić fotkę wspinaczowi, który zatopował na naszych oczach, a wszyscy zgromadzeni zaczęli bić mu brawo. To był naprawdę ładny moment.

Ile kosztuje atrakcja? Zazwyczaj w granicach 10 zł, a dlaczego mówię zazwyczaj? Nie wiem, czy wynikało to z pory roku czy dnia tygodnia (niedziela), jednak kasę zamknięto na trzy spusty, jedynie na drzwiach wisiała kłódka. Przejście do atrakcji nie zostało w żaden sposób zatarasowane, więc po chwili wątpliwości weszliśmy za darmo.

Kilka przemyśleń, gaf oraz śmiech przez łzy – czyli nasze obserwacje i opowieści

Po całej trasie przemieszczamy się na długich, drewnianych podestach, podobnie zresztą jak w Błędnych Skałach. Zwiedzający nie trzymają dystansu, więc trzeba pilnować tego samodzielnie, jeśli zależy Wam na tym, żeby chronić się jak tylko możliwe, by nie przywieźć ze sobą jakiejś nieprzyjemnej niespodzianki do domu. Nieprzestrzeganie zaleceń sanitarnych to jednak nie najgorsze, co ludzie są w stanie zrobić. Przez pewien czas na przykład szedł za nami chłopak, który palił papierosa, bo jak twierdził „Przecież jest na świeżym powietrzu”, tak więc szybko się od niego oddaliliśmy, a mimo tego korytarze skalne śmierdziały jeszcze długą chwilę nikotyną. Jeśli również walczycie z nałogiem – proszę, nie palcie w tym miejscu, bo to naprawdę reszcie turystów przeszkadza. Druga sytuacja to podróż za grupą kilku Czechów, którzy bardzo szybko wyprzedzili wszystkich ludzi. Źle jednak oszacowali odległość i czas, bo w końcu wszyscy ich dogonili, a oni urządzali akurat grupowe sikanie tuż obok ścieżki. Przypominam, że byliśmy na szczycie i dosłownie kilkaset metrów dalej znajdowało się schronisko z toaletami. Tym tylko fragmentem chcę uspokoić tych, którzy uważają, że sami sprowadzamy na nas i nasze państwo wstyd. Jak widać – nie tylko my i tak podzielone jest dosłownie każde społeczeństwo.

Zakończę jednak pozytywnym aspektem przynajmniej z perspektywy widza. Idąc przez jeden z korytarzy, minęliśmy tatę z córką, którzy szli pod prąd i rozglądali się po ziemi. Mniej więcej tak przedstawiał się ich dialog:
– No i co zrobiłaś z tymi rękawiczkami? Zgubiłaś je, wyrzuciłaś, czy co się z nimi stało?
– Nooo, nie wiem… Wzięłam rękawiczkę, zrobiłam nią tak – Tu nieokreślone ruchy rękami i machanie nad głową – a potem siuuuuu! I nie ma!
Na to tata wywrócił oczami i westchnął typowo jak na zmęczonego rodzica, a my po prostu nie mogliśmy powstrzymać się od śmiechu. Gdybyście tylko widzieli, jaki ta mała miała niewinny wyraz twarzy!

My też jednak popełniliśmy gafę i to znacznie większą niż zgubienie rękawiczki. Jak zapewne dostrzegliście ze zdjęć powyżej, słońce powoli zachodziło, a my zostaliśmy na szczycie, tracąc poczucie czasu. Idąc w dół, narzuciliśmy więc bardzo szybkie tempo, ale i to nie do końca wystarczyło. Drogowskazy wskazywały, że do zejścia u podnóża góry została nam 1 h 40 min. W porządku, bo myślałam, że od razu zaczniemy schodzić… tymczasem po wyjściu z drogi Franciszka Pabla czekał nas ponownie dość intensywny marsz po schodach do góry, by dojść na niebieski szlak i stamtąd udać się do auta. W tamtym momencie byliśmy już dość zmęczeni i w pierwszym odruchu stwierdziłam, że chyba zostanę tam, gdzie stałam. Wiedząc jednak, że marudzenie i zwlekanie tylko pogorszy sytuację, dzielnie parliśmy naprzód. Minęliśmy z kolei parę, gdzie dziewczyna narzekała, że bolą ją nogi, że już nie pójdzie i tak dalej. Chłopak próbował wytłumaczyć jej, że to jedyna droga, że muszą się tamtędy udać, ale niewiele to skutkowało. Zostali daleko za nami i mam nadzieję, że szli na bliższy parking, bo w przeciwnym razie musieli chyba nocować na szlaku, kładąc się na liściach.

Zejście niebieskim szlakiem było dość ostre, ale póki szliśmy w świetle dziennym, nie było na co narzekać. Problem zaczął się dopiero w momencie, gdy przeszliśmy na żółty odcinek, którym maszerowaliśmy już wcześniej. Nie sama stromizna stanowiła przeszkodę, a mnóstwo kamieni, stopni i liści… no i ciemno. Powoli zaczęło zmierzchać, więc odpaliliśmy latarki w telefonach (niech będzie błogosławiony ten, kto wymyślił tę funkcję). Generalnie zdaję sobie sprawę, jak głupie było z naszej strony, że nie zostawaliśmy sobie odpowiedniego zapasu, bo w końcu jesteśmy dorosłymi, odpowiedzialnymi ludźmi. Chyba pierwszy raz tak bardzo zatraciliśmy poczucie czasu i doznaliśmy zachwytu, jakiego nie czuliśmy dawno przy codziennej rutynie. Trzeba było jednak dojść do auta i udźwignąć ciężar konsekwencji. Mogę jednak zapewnić – nie polecam i nie róbcie tak jak my.

Pisząc ten post z perspektywy czasu i wiedząc, że nie stała nam się żadna krzywda, strasznie bawi mnie ta historia, mimo że nie powinna mieć miejsca. W tamtym jednak momencie nie było mi do śmiechu, zwłaszcza że zrobiło się ciemno, gdy wkroczyliśmy w najbardziej stromy odcinek żółtego szlaku. Szliśmy powoli, ale nie zmieniało to faktu, że ślizgaliśmy się na liściach i potykaliśmy tym częściej, im mniej dzieliło nas od zejścia. Mięśnie działały ze zmęczenia coraz słabiej, dlatego przytrzymywaliśmy się drzew i większych głazów, dbając przede wszystkim o to, by nie skręcić sobie kostek. Mimo tego, kiedy tylko Szymon słyszał za sobą charakterystyczny szelest towarzyszący ślizgowi, odwracał się i świecił w moją stronę latarką. Oślepiał mnie, ale przynajmniej odrobinę się uspokajał. Pod koniec robił tak średnio co parę sekund, przywodząc trochę na myśl grę „Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy”. Radości nie było końca, gdy dotarliśmy do asfaltowego odcinka drogi. Co prawda wydłużyliśmy trasę wędrówki po płaskim fragmencie (zamiast iść dalej żółtym szlakiem, zboczyliśmy na zielony i niebieski), ale tylko dlatego, że przebyliśmy ją szybciej, niż stałoby się to w przypadku schodzenia kolejnym ostrym zejściem koło Wodospadów Pośny.

Czy się baliśmy? Odrobinę, bo nigdy wcześniej nie znaleźliśmy się w podobnej sytuacji. Gderałam jednak pod nosem, że jeśli się połamiemy i nie będziemy w stanie iść dalej, to nie ma obaw – przecież „Park Narodowy Gór Stołowych – teren monitorowany”, więc na pewno nas znajdą. Szymon przejmował się najbardziej tym, co stanie się, gdy któreś z nas zrobi sobie krzywdę, ja natomiast ciągle zastanawiałam się, czy możemy spotkać jakieś zwierzęta. W sumie wiedziałam, że jeśli zapytam o to na głos, dostanę odpowiedź twierdzącą, dlatego wolałam przekonać sama siebie, że wcale nie wyskoczy na nas żaden dzik i nic takiego nie istnieje. Najwyraźniej się udało. Pytanie powróciło jednak jeszcze w samochodzie, na co Szymon od razu zareagował:
– No pewnie, że są tu zwierzęta. Pół biedy taka sarna, ale na przykład spłoszony dzik?
– Widzisz i właśnie dlatego się ciebie nie pytałam.
– Spokojnie, jestem pewien, że zwierzęta bały się podchodzić, bo wyczuwały twój gniew.
Nie powtarzajcie więc naszego błędu, bo nie każdy ma gniew o tak potężnym zasięgu i sile jak ja, by odpędzić wroga. 😉

Po całej trasie zostaliśmy ponownie skazani na jedzenie na wynos, a że nie mieliśmy ze sobą sztućców, wybór padł na pizzę. Zajechaliśmy pod restaurację podlegającą pod ośrodek Na Stoku Twierdzy. Telefonicznie kontaktowaliśmy się dwa razy pod kątem zamówienia, jako że pani z obsługi najwyraźniej ogarnia logistykę i noclegów, i kuchni, stąd o wiele rzeczy musi dopytywać i oddzwaniać. Posiłek był jednak znacznie lepszy niż ostatnio w Kłodzku. Może nie majstersztyk, ale na pewno smaczne i nie aż tak tłuste jedzonko na uzupełnienie kalorii. Gdybyście więc zastanawiali się nad jakimś miejscem na obiadokolację, możemy śmiało polecić.

Na dziś to tyle z naszej strony. Mam nadzieję, że wzbogaciliście się w przydatne informacje oraz przestrogi i pójdziecie naszym śladem tylko na szczyt Szczelińca, nie z powrotem 😉 Życzę Wam wszystkiego dobrego, a tymczasem zapraszam Was również na mojego fanpage’a oraz Instagrama, odnośniki po prawej stronie na górze.

Błędne Skały – który parking wybrać, ile zapłacimy za wstęp i jak długo zajmie nam wędrówka?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy jednodniowej wycieczki w Błędne Skały, którą odbyliśmy z Szymonem 24 października 2020 roku. Opiszemy więc, jak w dzisiejszych czasach wyglądają tam kwestie sanitarne, podamy ceny biletów i wskażemy kilka wskazówek apropos samego spędzania czasu czy parkowania. Zapraszam na:

Dlaczego wybór padł na to miejsce? W czasach pandemii natrafiamy na tak liczne ograniczenia w postaci zamykania atrakcji, różnego rodzaju placówek, ograniczania usług czy kwarantanny, że najbezpieczniejszą opcją wydawało się spędzenie weekendu na łonie natury. Postanowiliśmy oddalić się nieco od miejsca zamieszkania, skoro akurat mieliśmy więcej czasu, a pogoda zapowiadała się obiecująco. Gdyby nie pandemia, pewnie do naszego planu zwiedzania dołączyłaby Twierdza Kłodzko, ale chcieliśmy uniknąć tłumu i nie ryzykować przywleczeniem czegoś do domu ze względu na starsze osoby, z którymi mamy styczność. Jako że pojechaliśmy samochodem, podziwialiśmy budowlę jedynie z daleka, przez szybę.

Dojazd i parking

Dojazd do Gór Stołowych był tego dnia nie lada wyzwaniem, zwłaszcza że powstało wiele objazdów, a ruchem kierowała policja wraz z żandarmerią wojskową. Ostatni odcinek drogi już za Kłodzkiem pokonuje się serpentynami (nie bez powodu trasę tę nazywa się drogą stu zakrętów), najczęściej za kilkoma ciężarówkami, których nie sposób wyprzedzić, jako że jest to trasa wielu tranzytów. Warto więc mieć to na uwadze i jeśli mieszkacie daleko, zarezerwować na dojazd więcej czasu, by nie zwiedzać w pośpiechu, tylko nieco się zrelaksować.

Na miejscu natkniemy się na dwa parkingi – jeden na dole szlaku i jeden tuż obok punktu widokowego już przy Błędnych Skałach. My zdecydowaliśmy się na ten położony niżej o nazwie YMCA, darmowy. Za górny musimy zapłacić 20 zł, no i znacznie skracamy sobie czas wędrówki, a przecież ona była jednym z powodów, dla których wybraliśmy to miejsce. Udaliśmy się więc niebieskim szlakiem, który mniej więcej w połowie przechodzi w niebiesko-czerwony. Liczy około 3,5 km (na drogowskazie widnieje, że przejście ich zajmie Wam godzinę, ale nie sugerowałabym się tym, liczyłabym nawet dwie, jeśli chcecie cieszyć się spacerem). Podejście nie jest specjalnie wymagające przynajmniej do miejsca zetknięcia obu szlaków. Potem pojawia się więcej kamieni oraz korzeni, jest raczej wąsko i ślisko, zwłaszcza jesienią.

Warunki na szlaku jesienią

Mimo że nie padało już od kilku dni i świeciło słońce, gleba wśród gęstych drzew nie zdążyła przeschnąć. Trzeba było liczyć się z omijaniem kałuż czy naprawdę obfitego błota, dlatego dobrze zaopatrzyć się w porządne, nieprzemakalne buty i mieć przy sobie kogoś, kto przytrzyma Was, gdy się poślizgniecie (chociaż taką osobę w życiu warto mieć zawsze, nie tylko w górach!).

Mogę jednak śmiało przyznać, że ta pora roku mimo drobnych defektów jest idealna na wędrówki. Wszystko wokół przechodzi zielenią, żółcią i brązem, kolory wydają się tym intensywniejsze, im częściej pada na nie słońce. Wydaje mi się, że ten etap zwiedzenia podobał mi się nawet mocniej niż główna atrakcja, mimo że nie jestem miłośniczką chodzenia po górach. Chyba za często zmuszałam się do takich wyjazdów za dzieciaka z racji położenia geograficznego. Wśród –nastu lat edukacji pamiętam może dwie zielone szkoły czy pojedyncze wycieczki, które nie skończyły się marszem w górę przez większość dni, bo „Nie można dzieciakom zostawić za dużo czasu wolnego, żeby nie zrobiły nic głupiego, a tak to zmęczą się i pójdą spać”. Szymon z kolei takich udogodnień za często nie miał, więc wydawał się zachwycony. Zresztą oboje cieszyliśmy się czasem, który mogliśmy spędzić gdzie indziej niż w domu – na pewno znacie ten ból.

Najpiękniejszy widok to niezaprzeczalnie promienie słoneczne przebijające się między gałęziami i konarami drzew. Duża wilgoć sprawia, że w wielu miejscach możemy dostrzec pajęczyny rozciągające się wśród krzaków, które pokrywa mnóstwo maleńkich, mieniących się kropelek wody. Tuż przy głównej ścieżce zalegają też czasami wyrwane korzenie ogromnych drzew – jeden z nich był nawet wielkości człowieka. Kropelki wody ciekną strużkami po skałach, dodatkowo osiadają na igłach drzew i wygląda to naprawdę bajecznie. Warto zatrzymać się choć na moment i przyjrzeć się uważniej!

Czy podejście na wysokość ponad 850 m n.p.m uchodzi za trudne? Nie powiedziałabym. Większość trasy jest nachylona pod niewielkim kątem, idziemy wydeptaną, dobrze ubitą dróżką i ciało czuje to bardziej jak nieco cięższy marsz. Właściwie jest tylko jeden odcinek drogi, gdzieś w 2/3, który wymaga więcej wysiłku. Robi się znacznie bardziej stromo, trzeba stawiać wysoko nogi, by nie potknąć się o kamienie, ale w gruncie rzeczy przejście tego fragmentu nie zajmie Wam więcej niż 20 minut. Uwierzcie – jeśli ja dałam radę po tak długiej przerwie od wędrówek górskich, to Wy też dacie. Dobre miejsce na start dla jakiegokolwiek wysiłku, przynajmniej przypomnicie mięśniom, jak pracować po tych wszystkich domowych izolacjach i lenistwie. 🙂

Punkty widokowe

Będąc prawie u celu, docieramy do jednego z punktów widokowych w bardzo charakterystycznym miejscu przy ogromnym głazie i… słupach przysłaniających połowę krajobrazu. Myślę, że to zjawisko świetnie podsumuje dialog grupki osób, która zjawiła się tam jakiś czas po nas:
– No i po jakiego chuja postawili tu ten słup?!
– Żeby rozjebać ci zdjęcie.
Wierzcie lub nie, trafniej nie dało się tego wyrazić, choć może bardziej cenzuralnie już tak. 😉

W tym miejscu warto pamiętać o wyłączeniu danych komórkowych. Na terenie Parku Narodowego Gór Stołowych jest dość duży problem z zasięgiem przynajmniej jeśli chodzi o sieć T-Mobile (Plus poradził sobie tutaj znacznie lepiej). Raczej nie ma go wcale, a jeśli już, to łączymy się z czeską siecią, co wiąże się z opłatami po przekroczeniu limitu danych, który jest inny dla Polski i pozostałych krajów Unii Europejskiej. Warto więc mieć to na uwadze, by nie musieć martwić się o rachunki.

Przy samych Błędnych Skałach znajduje się kolejny, oficjalnie zaznaczony na mapach punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama.

Co nas zdziwiło, że ludzi było bardzo dużo, a większość z nich (szacowałabym, że nawet 98%) zupełnie nie dbała o dystans społeczny. Rozumiem – idąc szlakiem, gdy jesteś sam i mijasz kogoś tylko chwilami, mówiąc mu „Dzień dobry” czy „Cześć”, nie ma to większego znaczenia, ale przy samej atrakcji w tej kwestii nic się nie zmieniło, a zagęszczenie odwiedzających wydawało się spore, zwłaszcza że chodzi się głównie po wąskich, drewnianych kładkach. Z tego też względu często schodziliśmy na bok i przepuszczaliśmy ludzi przodem. Niemniej jednak szkoda, że nie czujemy potrzeby zachowania samodyscypliny w tej kwestii.

Cena i zwiedzanie

Co mnie się z kolei bardzo podobało, to wysokość opłat za wstęp do skalnego labiryntu – 12 zł dorośli, 6 zł młodzież oraz studenci (kupić je możemy zarówno w kasie, jak i internetowo po zeskanowaniu kodu QR z plakatów, które znajdują się na miejscu, unikając tym samym kolejek i kontaktu ze sprzedawcą w okienku). Cena jest symboliczna i niewygórowana, zważając na to, że tak naprawdę chodzimy i oglądamy skały, które ktoś nazwał według własnych skojarzeń.
„Labirynt” to jednak dość górnolotne określenie z tego względu, że nawet nie za bardzo mamy jak w nim zabłądzić. Brakuje jakiegokolwiek elementu poszukiwań – po prostu idziemy wyznaczoną ścieżką i mijamy podpisane na tablicach obiekty. Troszkę szkoda.

Tych wyjątkowych skał mamy dziewięć. Kolejno:

  • Skalne Siodło,
  • Stołowy Głaz,
  • Okręt,
  • Dwunożny Grzyb,
  • Kasa,
  • Kurza Stopka,
  • Długi Pasaż,
  • Przesmyk Liczyrzepy (Duch Gór, któremu składano w ofierze czarne koguty. Z początku utożsamiano go z diabłem, później przedstawiano jako starszego mężczyznę. Oczywiście postać fantastyczna, jednakże stała się obiektem wielu prac naukowych, a także legend sięgających czasów średniowiecza. Najbardziej związana z obszarem Karkonoszy),
  • Furtka.

Z naszej perspektywy najciekawszymi formacjami wydają się Kurza Stopka i Przemyk Liczyrzepy. Niektóre z kolei w ogóle nie przypominają tego, co ponoć miały – na przykład Kasa, więc trzeba użyć odrobiny wyobraźni. Tutaj jednak rada, by nie zabierać ze sobą wielu rzeczy, a już tym bardziej wypchanych plecaków. Część przejść jest naprawdę wąska i niska; na tyle, że dość mocno dziwi mnie brak uwag lub ostrzeżeń w momencie zakupu biletu. Mówię poważnie, pomyślałam o kilku znajomych, którzy mimo najszczerszych chęci nie byłyby w stanie przecisnąć się na drugą stronę wyjścia. Ja i Szymon jesteśmy mali i raczej szczupli, a musieliśmy czasami kombinować, ustawiać się bokiem itd. Może jednak tematu unika się, by nikogo nie urazić.

Drugi zaskakujący fakt, to że w Błędne Skały przyjeżdżają całe grupy znajomych po to… żeby siąść przy drewnianych stołach i wypić razem piwko. Pół biedy, kiedy są to ilości umożliwiające dalsze funkcjonowanie – widzieliśmy jednak człowieka, który spił się tak, że krzyczał jakieś głupoty, a znajomi nie zamierzali się do niego przyznawać. Ostatecznie wszedł na skały zaraz obok napisu „zakaz wchodzenia na skały”, a jedyne co nas pocieszyło, to że w razie upadku jego mięśnie były tak zwiotczałe, że pewnie wyszedłby z tego cało. Smutnego finału jednak nie obejrzeliśmy i ruszyliśmy dalej. 😉 Mężczyzna nie stanowił wyjątku, bo nawet w labiryncie ktoś rozsiadł się wygodnie z piwem. Chyba nie rozumiem tej mentalności, ale cieszy chociaż fakt, że mimo wszystko okolica jest bardzo czysta i nikt nie śmieci.

Żeby jednak nie wyszło na to, że z Błędnych Skał wynieśliśmy tylko jakieś złe wspomnienia, zachęcam do zerknięcia na kilka zdjęć, które oddają piękno tego miejsca. To właśnie te widoki sprawiły, że nakręcono tutaj ujęcia do filmu „Opowieści z Narnii – Książę Kaspian”, o czym nie mieliśmy wcześniej pojęcia.

Mimo że labirynt obchodzi się w niecałą godzinę lub pół, jeśli spaceruje się takim tempem jak większość zwiedzających, to na terenie samego parku spędziliśmy koło 4-5 godzin, co pozwoliło nam odświeżyć umysły i spędzić naprawdę przyjemny dzień. Warunkiem rzeczywiście musi być dobra pogoda i nieco więcej wolnego czasu, ale jak najbardziej polecamy tego typu wędrówki. Trzeba dbać o zdrowie psychiczne w tak ciężkich czasach, jakie nastały.

Pizzeria Me Gusta na uzupełnienie kalorii

Na koniec udaliśmy się pod pizzerię Me Gusta w Kłodzku, gdzie udało nam się zamówić pizzę na wynos (opcja stacjonarna nie była możliwa ze względu na obostrzenia rządu). Musieliśmy jednak dzwonić już z drogi, bo jak wspominałam, z zasięgiem mieliśmy niemałe problemy. Zjedliśmy na tylnych siedzeniach samochodu i cóż mogę rzec? Na pewno nie były to najlepsze warunki ani najlepsza pizza, jakiej kosztowaliśmy. Walory smakowe pozostawiały trochę do życzenia, z drugiej strony byliśmy tak głodni, że nie zamierzaliśmy narzekać. Uważajcie jednak, zamawiając pizzę z rukolą – bo choć ogólnie była smaczna, to liście wydawały się nie do końca dobrze umyte. Od czasu do czasu między zębami zgrzytnął piasek, wyciągnęłam z buzi nawet małą grudkę. Pizzeria ma jednak całkiem dobre oceny na Google, więc zakładam, że to nieszczęśliwy przypadek. Obsługa wyraźnie cieszyła się, że zobaczyła nasze twarze, a my z kolei byliśmy zadowoleni, że możemy wesprzeć jakoś branżę gastronomiczną jako naczelne łasuchy.

Na dziś to wszystko – życzymy Wam więc wszystkiego dobrego i mam nadzieję, że dowiedzieliście się dzięki nam czegoś nowego. Zachęcam do pozostawienia po sobie śladu i odwiedzenia mojego fanpage’a na Facebooku oraz konta na Instagramie – odnośniki po prawej stronie na górze!

Malta cz.6 – Jakie darmowe zabytki warto zobaczyć, a których lepiej unikać?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-ciodniowej podróży na Maltę. Możesz czytać go oddzielnie, ale zapoznanie się z poprzednimi wpisami na pewno wzbogaci Twoją wiedzę. Dziś dowiesz się o kilku bezpłatnych atrakcjach i wartościowych miejscach na wyspie, które na pewno urozmaicą Twój pobyt, jeśli już zdecydujesz się na ten kierunek. Nie zabraknie też rozczarowań, których dzięki nam będziecie w stanie uniknąć. Zapraszam na:

Wieża św. Agaty

Zaznaczę najpierw, że do tego miejsca warto udać się pod wieczór (ale tak, by było widno), kiedy słońce aż tak bardzo nie daje się we znaki. Podróżując komunikacją miejską, z przystanku musimy przejść jeszcze 600 m – nie jest to dużo, ale fakt faktem maszerujemy pod górę i temperatura daje się we znaki. Droga kręta, chodniczek wąski, ale w gruncie rzeczy sama przeprawa nie okazała się tak uciążliwa. W każdym razie widok jest warty zachodu. Obiekt można zwiedzać od środka, ale ta opcja raczej nie cieszy się dużą popularnością, bo główna atrakcja znajduje się tak naprawdę na zewnątrz. Dlaczego?

Wieża św. Agaty nazywana jest inaczej Czerwoną Wieżą i nie bez powodu, bo właśnie na taki kolor pomalowane są jej mury. I nie jest to wcale ceglany odcień, a raczej nasycony czy nawet wściekły, co czyni budowlę widoczną już z bardzo daleka. Obiekt powstał w celach obronnych, co nie stanowi zbyt wielkiego zaskoczenia, zważając na jego usytuowanie i grube mury. Mieścił w sobie zapasy amunicji i żywności tak duże, że wystarczyłyby na ok. 40 dni, a także odegrał istotną rolę w czasie II wojny światowej podczas panowania brytyjskiego. Dziś bardzo się wyróżnia, ale w czasach powstawania był jedną z wielu identycznych fortyfikacji, które stawiono w taki sposób, by zawsze któraś z nich znajdowała się w zasięgu wzroku. Większość z tego, co maluje się przed oczami, to efekt odbudowy i renowacji, w środku zachowały się jedynie elementy oryginalnej posadzki.

Wieża stanowi ciekawy widok – nie powiem, że powalający, ale drugiej takiej szybko nie znajdziecie, więc z racji tego warto ujrzeć ją na żywo. Ze szczytu jej schodów roztacza się piękny widok na okolicę – morze, klify, rozlewisko oraz całą dzielnicę Bugibby.

Parish Church of Melieha

W tytule zaznaczyłam „Melieha”, jednak warto wiedzieć, że na wyspie znajduje się przynajmniej 15 i więcej kościołów opatrzonych tą nazwą. Śmialiśmy się, że widząc 2-3 z nich, to jakby widziało się już wszystkie i nie jest to dalekie od prawdy. Wszystkie są zachowane w dokładnie tym samym stylu, a i ogólnym wyglądem niewiele od siebie odbiegają – kształt, budulec i sposób zdobienia pozostaje niezmieniony, mogą jedynie zmieniać się miejsca ich usytuowania czy rozmieszczenia figur świętych. Pozwolę sobie opisać tylko jeden kościół, zwłaszcza że znajduje się wokół niego kilka ciekawych elementów, o których warto napomnieć.

Kamień do utworzenia budynku pozyskano w całości z kamieniołomów znajdujących się na wyspie, natomiast dzwony przetransportowano z samego Mediolanu. W pracę byli zaangażowani przede wszystkim miejscowi chłopi, którym zależało na bliższej obecności jakiegokolwiek miejsca sakralnego. Zaraz obok jesteśmy w stanie dostrzec tabliczkę tuż nad jednym z wąskich przejść, informującą, że w czasie II wojny światowej znajdowały się tam schrony – niestety dziś nie sposób wejść do środka. Ściany przed wejściem zdobi parę murali – z wizerunkiem Matki Boskiej, ale także bardziej przyziemne, wykonane trójwymiarowo.

Zanim przekroczymy bramę, mijamy podświetlaną fontannę i restaurację. Zaraz potem widzimy małą scenę, a także plac z rozkwitającymi na drzewach kwiatami. To też bardzo dobre miejsce na zdjęcie pamiątkowe w wyciętych oknach, z widokiem na całe miasto. Widząc kościół po raz pierwszy, na pewno robi wrażenie, jest bardzo przemyślany i po prostu cieszy oko. Gwarantuję, że na każdy kolejny zwraca się uwagę już znacznie mniej. :p Co natomiast ciekawe, choć… dość tandetne – na tego typu budowlach znajduje się zawsze oświetlenie nocne w postaci żarówek. Nie są to jednak zwykłe żarówki rzucające żółte lub białe światło, by podświetlić fasady i uczynić z nich jedyne miejsca widoczne po zmroku na horyzoncie, co widać na przykładzie Gozo, gdy odpływamy z wyspy promem. Nie – w większości przypadków żarówki są różnokolorowe: czerwone, zielone, przez co mamy wrażenie, że oglądamy choinkę przystrojoną na święta.

Ancient Cave Dwelling

Jeśli jest coś, czego żałuję najbardziej z całego wyjazdu, to właśnie tej atrakcji. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie przy niej nie być, bo teraz stanowi w relacji mojej i Szymona swoisty mem. „Idziemy oglądać dłelingi” stało się w naszym języku czymś, co zastępuje takie zdania jak: „Ale to będzie chała” lub „No to zapowiada się świetna zabawa/…”. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że nasze mózgi dały się oszukać magii zdjęć.

Generalnie swego czasu, kiedy przeglądaliście fotki na Google Maps z tej lokalizacji, dało się odnieść wrażenie, że idziemy zobaczyć jakąś ogromną skałę z wydrążonymi tunelami. Ba, to było jedno z pierwszych miejsc, które ochoczo wpisałam na naszą listę podróżniczą, a Szymon dodatkowo wsparł tę decyzję swoim entuzjazmem. I co?

Wybraliśmy się tam w jeden z pierwszych dni, upał jak cholera. Nawigacja pokazuje, że do przejścia po opuszczeniu autobusu zostaje nam 160 m, więc kto by się tam przejmował, że grzeje słońce. Trasa krótka, to i po co brać wygodne buty, skoro można iść w klapkach (do dziś została mi dziura w stopie po tej wyprawie). I rzeczywiście – po 160 m dochodzimy do celu, czyli do głównej drogi, którą mamy iść i która liczy sobie, wydawałoby się, jeszcze chyba jakieś 2749 kilometrów przez kamienie i nierówności. Pocimy się jak prosiaki, ale docieramy do pierwszej części rozrywki, czyli uli, które powstały gdzieś w czasach średniowiecza. Widzimy rzeczywiście otwory w skale, wygląda to nawet ciekawie. I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że łaziliśmy chyba jeszcze z półtorej godziny, a pozostałości po pracy pszczół okazały się najciekawszą rzeczą na trasie.

Kilka metrów dalej znajduje się jaskinia – dawne miejsce pochówku. Jeszcze dalej dwie niezidentyfikowane dziury w ziemi, którym zrobiliśmy zdjęcie, bo nic nie stanowiło ciekawszego obiektu. Dalej chata farmera, która wygląda po prostu jak nie do końca wybudowany prostokąt. I tyle. Chodziliśmy zdziwieni, szukając tej ogromnej skały z wydrążeniami i wiecie co? Ktoś po prostu wykonał zdjęcie z zoomem tych uli z samego początku, a wyglądało to na nie wiadomo jaką atrakcję. Generalnie nie wspomnę, jaki bitch face malował się wtedy na mojej twarzy, ale wspominać to będziemy chyba do końca życia.

Jedyną ciekawostką, jaką mogę Wam sprzedać, jest to, że po drodze zobaczycie dużo roślin, których nigdy nie ujrzycie w Polsce. Niestety ich owoce dojrzewają dopiero na przełomie sierpnia/września, więc nie mogliśmy zerwać ich od tak. Mówię tutaj o opuncjach, czyli takich kolczastych kulkach wyrastających na kaktusach. Na zdjęciu są zielone, ale w chwili dojrzałości przybierają czerwono-różowy odcień. Jedliśmy je kiedyś przy okazji pobytu we Włoszech czy Hiszpanii, raz nawet podarował nam je ratownik na plaży, mówiąc, że jestem uroczym dzieckiem (bo wtedy miałam może jakieś osiem lat i jeszcze byłam urocza). Smak jest bardzo, ale to bardzo słodki – dość specyficzny, ale na przykład mój wujek się tym zajadał. Trzeba jednak uważać, żeby nie pokaleczyć sobie palców, bo nawet w dobrze obranych owocach zostają malutkie igiełki, które wbijają się w opuszki.

Na miejscu spotkaliśmy też najstarsze drzewo maltańskie (ponad 1000 lat), na którym kwitł chlebek świętojański. Wygląda to trochę jak duża, długa fasola. Wyjada się oczywiście środek, który nawet teraz, będąc jeszcze twardym, bardzo ładnie pachniał. Ten owoc również bardzo często można spotkać w Hiszpanii.

Tylko raz natomiast natrafiliśmy na figi oraz oliwki, będąc w Sliemie, czy winogrona w Mdinie. Oczywiście mówimy już o tych dojrzałych, a nie o samych winnicach, których na wyspie można dostrzec dość dużo jak na panujący tam nieurodzaj i spaloną trawę.

Selmun Palace

To również miejsce, które polecam raczej na wieczór. Od przystanku czeka nas podejście ok. 1 km pod górę – w pewnym momencie chodnik zanika, idziemy asfaltem bez żadnego cienia, na pełnym słońcu. Nachylenie co prawda nie jest ogromne, ale trzeba troszkę wysiłku włożyć. Czy chociaż warto? Generalnie tak, ale mam nieco mieszane uczucia wobec tego zabytku. Wydaje mi się, że został nieco skazany na zapomnienie i mało kto się nim interesuje – zachowaniem porządku zarówno na terenie obiektu, jak i jego otoczenia. Wejść do środka nie możemy, bo odgradza nas szlaban, ponadto w środku, już na placyku, wala się pełno jakichś papierów, szmat i tak dalej. Sama budowla odstaje nieco wyglądem od innych i chociaż w ramach urozmaicenia warto uwzględnić ją na liście podczas wyprawy, aczkolwiek mówię, brakuje rozmachu: porządku, jakiejś maleńkiej kawiarenki obok, jakiejkolwiek reklamy. Co prawda do roku 2011 funkcjonował obok hotel, gdzie odbywały się wesela, ale został zamknięty nie tyle ze względu na małe przychody, co na zupełnie inną politykę restrukturyzacyjną przyjętą przez rząd.

Pałac w okresie swojego „życia” miał wiele przeznaczeń, służył na przykład jako miejsce spotkań dla polujących na króliki. W czasie powstania przeciwko Francuzom wykorzystywano go jako szpital dla marynarzy, długo służył też za miejsce obserwacyjne. Do dziś jednak nie wiadomo, kiedy dokładnie obiekt powstał, ani kto go zaprojektował.

Rotunda w Moście

Jedna z bardziej wprawiających w zachwyt i odmiennych budowli na Malcie. Obiekt możemy zwiedzać zarówno od wewnątrz, jak i zewnątrz – jest pięknie wykończony i wciąż służy jako miejsce sakralne. Posiada trzecią największą kopułę w Europie, w dodatku pięknie zdobioną, jeśli spojrzymy na nią od środka. Co ciekawe, rotunda powstawała w miejscu, w którym istniał już kościół – nie zburzono go jednak, a obudowano wokół, dzięki czemu mieszkańcy mogli nieprzerwanie cieszyć się uczestnictwem we mszach i obrzędach. Z tym miejscem wiąże się także historia nazywana „Cudem bomby”, kiedy podczas II wojny światowej dwie z nich spadły na dach budynku. Jedna z nich odbiła się od niego, natomiast druga przebiła go i spadła pomiędzy kilkuset wiernych… nie wybuchając. Jej duplikat możemy dziś zobaczyć na tyłach kościoła ze specjalnie oznakowaną tabliczką.

Do środka możemy wejść praktycznie bez przeszkód, natomiast przed wejściem trzeba poddać się procesowi mierzenia temperatury.

Wioska rybacka Marsaxlokk

Powiem tak – jeśli chcecie udać się w to miejsce, to raczej na początku pobytu, nie na końcu. My odwróciliśmy tę kolejność i było to dla nas miejsce jak wiele innych, już nie wywołało praktycznie żadnego wrażenia. Port z kolorowymi łódkami – przeżytek, kolejny identyczny kościół – hura, autobus jeżdżący raz na godzinę – wspaniale. Tutaj też znajdziecie chyba najdroższą kawę mrożoną na całej wyspie. Jedyną ciekawostką są tak naprawdę targi „rybackie”, które odbywają się w tym miejscu. Głównie jednak poza rybami sprzedaje się na nich lokalne likiery, o których pisałam TUTAJ, miody, ciasteczka czy różnego rodzaju poszewki lub obrusy. Bardzo fajnie można w ten sposób dostrzec pewne różnice kulturowe, poczuć się bardziej swojsko w miejscu, w którym przebywamy, ale tak generalnie to tyle. W Marsaxlokk nie możemy też raczej liczyć na żadną kąpiel, chyba że zapłacimy komuś z łódką, żeby przepłynął z nami na plażę. Nam ta opcja nie za bardzo się podobała, ale decyzja należy oczywiście do Was.

Sliema i St. Julian

W tych miastach co prawda nie znajdziecie jednej charakterystycznej budowli, którą warto zobaczyć, natomiast warto udać się do nich ze względu na ich odmienność. Oba uchodzą za kurorty dla turystów, są już znacznie bardziej zamożne, przynajmniej na pierwszy rzut oka. To tutaj możecie przespać się w Mariocie lub zjeść najzwyklejszą Margharitę za 15 €. Zobaczycie też wieżowce i zaskakująco dużo piaszczystych plaż jak na jedno miejsce – oczywiście zatłoczonych. Nieco inaczej wygląda też samo wybrzeże, ale o tym rozpisywałam się przy okazji TEGO wpisu. Przespacerujecie się również bardzo ładnie zagospodarowanymi parkami i poczujecie zupełnie inny klimat. Dlaczego wpisałam te miasta razem? Bo właściwie gdyby nie tabliczka z informacją, że przekraczamy ich granicę (zupełnie na środku deptaka), to nie bylibyśmy tego świadomi.

Co nas urzekło, to dość innowacyjne podejście do schronisk dla zwierząt, głównie kotów. Zagospodarowano na nie jeden budynek, ale generalnie on nie gra dużej roli, jest bardziej do użytku człowieka, przechowywania rzeczy i tak dalej. Dla znajd tworzy się specjalne budki na dworze, w których mają miejsce snu i na bieżąco uzupełniane wodę oraz suchą karmę. Czy to rzeczywiście działa? Tak! Kociaki rzeczywiście śpią w chatkach, a kiedy się obudzą, bardzo chętnie przychodzą do turystów na pieszczoty. Są zadbane i prawdopodobnie mają zagwarantowaną niezbędną opiekę weterynaryjną. Dzięki takiemu rozwiązaniu unikamy zamykania ich w klatkach i pozwalamy na wolność, równocześnie mając je na oku. Naprawdę świetny pomysł, choć niestety musimy wziąć pod uwagę, że w kraju takim jak Polska, gdzie co chwilę pada, są burze lub śnieg, pewnie nie miałoby to racji bytu. Na Malcie w miesiącach letnich prawie nie widać deszczu czy chmur, więc koty czują się tam jak w raju.

Na dziś to już tyle – mam nadzieję, że któreś z miejsc przypadło Wam do gustu i trafi na Wasze podróżnicze listy. W następnym wpisie skupię się na podróży do stolicy i postaram się oddać dla Was klimat Valetty nie tylko za pomocą słów, ale też wielu zdjęć. A w czasie czekania zapraszam Was na mojego Instagrama i fanpage’a na Facebooku, odnośniki po prawej na górze! 😉

Malta cz.5 – Którą plażę wybrać, gdzie wykąpać się bezpłatnie i jak radzić sobie z oparzeniem meduzy?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-dniowej podróży na Maltę. Możesz zacząć czytać od tego miejsca, ale dla lepszego rozeznania zalecałabym zerknięcie także na poprzednie wpisy, jeśli interesuje Cię, jak tanio zorganizować podobny wyjazd, jakie atrakcje odwiedzić lub czego spodziewać się po wyspie. Dziś zapoznasz się z listą polecanych (bądź nie) plaż i miejsc do kąpieli, a także dowiesz się, jak radzić sobie w przypadku bliskiego poznania z meduzą. Zapraszam na:

Udając się na Maltę w okresie wakacyjnym, niemal niemożliwe jest aktywne zwiedzanie bez zażywania w międzyczasie kąpieli. W końcu nie będziemy wracać do mieszkania/hotelu za każdym razem pomiędzy godzinami 12-15, a i atrakcje w zamkniętych obiektach kiedyś się wyczerpują. Wspominałam już, że z racji tego najlepiej zawsze mieć na sobie strój kąpielowy oraz ręczniki w plecaku. Raczej nikomu nie uda się przeżyć pełnego dnia nad wodą bez żadnego cienia, nawet z nie wiadomo jak mocnym filtrem, ale warto wykorzystać parę godzin na to, by nakarmić skórę witaminą D i nieco się opalić. Chociażby po to, żeby znajomi po powrocie nie oskarżyli Was, że nigdzie tak naprawdę nie wylecieliście. 😉

My kąpaliśmy się w większości miast, które odwiedziliśmy i które mają dostęp do morza, ale nie wszystkie nas zachwyciły. Większość plaż jest kamienista, dlatego polecamy zakup butów do wody. Nie jest to duży wydatek, a oszczędza nam krzywienia się z bólu za każdym razem, kiedy wchodzimy do wody lub stajemy bosą stopą na rozgrzany kamień o temperaturze 50℃. Można na spokojnie zamówić je przez Internet za niecałe 30 zł, my jedną parę znaleźliśmy nawet za niespełna 20 zł. Jeśli nie jesteś przekonany do tego rozwiązania, bo słyszałeś, że buty potrafią się po jakimś czasie rozkleić (zwłaszcza z gorąca), to potwierdzam – masz rację. Taki los spotkał moją poprzednią parę, ale dopiero po kilku sezonach nieużywania, także tak czy siak jest to inwestycja długoterminowa i mocno polecam w tej kwestii nie januszować.

Na piaszczyste plaże natrafiliśmy właściwie dwa razy, może trzy, jeśli liczyć fakt, że nawieziono odrobinę piasku i wysypano go na skały, co działa mocno średnio i raczej nie zapewnia wygody. Trzeba też liczyć się z tym, że tylko tam spotkamy leżaki, parasolki i płatności, a także mnóstwo, ale to mnóstwo ludzi. Spędzając czas na kamienistych plażach, nie musimy martwić się o to, że w plecaku przechowujemy aparat, dwa portfele i telefony, bo oprócz nas jest może dziesięć innych osób i nawet będąc w wodzie, możemy mieć swoje rzeczy na oku, nic nam ich nie zasłania. Chociaż mówię, to bardziej dla naszego spokoju niż dlatego, że rzeczywiście jest taka potrzeba.

Zanim jeszcze przedstawię Wam listę odwiedzonych przez nas miejsc, zaznaczę, że nie korzystaliśmy z płatnych opcji. Mając do wyboru tyle darmowych plaż, wydawało nam się zupełnie absurdalne, by wydawać pieniądze po to, by wejść gdzieś do wody – nie będzie tu więc informacji o Blue Lagoon na Comino, gdzie samo dopłynięcie kosztuje 10 € od osoby, nie będzie też wzmianki o Blue Grotto, gdzie za wstęp płacimy 5 €. Ładne widoki i lazurowa woda to nie tylko domena tych miejsc, ale że są rozsławione, to wszyscy chcą w nich być – no, prawie. Mam jednak nadzieję, że nasze miejsca też przypadną do gustu Wam i Waszym portfelom.

Kąpiel w Bugibbie

Jeśli chodzi o miasto, w którym spaliśmy, czyli San Pawl il-Bahar, to nie będę owijać w bawełnę – tam kąpie się dosłownie wszędzie. Nieważne, czy napotkamy przeznaczoną do tego plażę, czy nie; wybrzeże jest długie, a skały na tyle niskie, że co chwilę dostrzegamy człowieka, który rozkłada ręcznik i wchodzi do wody. Omija się tylko i wyłącznie port, co nie jest dziwne nawet nie tyle ze względu na zanieczyszczenia, co bardzo małą ilość miejsca – łódek zazwyczaj jest tyle, że weekendami zastanawialiśmy się, jakim cudem dostają się one na otwarte morze, wymijając 50 innych na swojej drodze.

W wielu miejscach mamy barierki, które pomagają nam bezpiecznie zejść do wody, dodatkowo restauracje dość często udostępniają małe plaże przynależące do obiektu. Wtedy oczywiście musimy kupić coś na miejscu, ale w zamian bardzo często dostajemy dostęp do leżaków, więc jest to dosyć uczciwe. Dzieciaki skaczą ze skał dosłownie wszędzie – Ty zwiedzasz twierdzę, a one rozbiegają się obok Ciebie i lecą jakieś siedem metrów w dół.

Na miejscu możemy też zobaczyć sławetne Salt Pans, o których rozpisywałam się TUTAJ. Kąpanie w tym miejscu nie jest najwyższych lotów, ale plaże znajdują się blisko największych atrakcji wyspy takich jak Malta National Aquarium czy Malta Classic Car Collection.

Wioska Popeya

O tym miejscu rozpisywałam się już przy okazji TEGO WPISU. Oprócz samego zwiedzania wioski powstałej na potrzeby nakręcenia musicalu o Popeyu, mamy możliwość wykąpania się w zatoce, gdzie domki zostały zlokalizowane. Co prawda sam wstęp jest płatny (9 € w tygodniu, 18 € w weekend), ale zakładam, że nikt nie przyjeżdża tam tylko i wyłącznie po to, by się wykąpać, a raczej skorzystać ze wszystkich atrakcji. Jako dodatek polecam więc schłodzenie się tam, bo miejsce jest naprawdę urokliwe, a do dyspozycji mamy zarówno wodne tory przeszkód, jak i materace z baldachimami wliczone w cenę. Jeśli natomiast marzy Wam się całkowicie darmowa kąpiel, to niedaleko na horyzoncie znajduje się betonowe molo, do którego mamy możliwość podjechania autem (zaraz obok jest nawet parking). Tym sposobem kąpiemy się w dokładnie tej samej zatoce, w miejscu o nazwie Anchor Bay Divesite, no i podziwiamy wioskę Popeya tylko z daleka. Niestety ta opcja nie jest już tak wygodna, gdy dysponujemy tylko i wyłącznie komunikacją miejską. Z przystanku autobusowego czeka nas okrężna droga i około 600 m do przejścia, ale dla chcącego nic trudnego.

Kąpiel w stolicy

Udając się do Valetty w lipcu, nawet jeśli bardzo byście chcieli, to raczej niemożliwe wydaje się zwiedzanie bez chwili przerwy, po prostu się roztopicie albo zasłabniecie. Szkoda psuć sobie taką atrakcję, dlatego niemalże od razu na wejściu możecie ochlapać się w fontannie, a popołudniu znaleźć miejsce, w którym zażyjecie kąpieli. Wcale to jednak nie jest takie proste, bo miasto jest usytuowane dosyć wysoko i najpierw trzeba zlokalizować schody, które pozwoliłyby nam znaleźć się na wysokości wody. Jeśli staniemy przodem do morza, to zalecamy kierować się w lewą stronę zaraz obok ogromnej dzwonnicy, która widnieje na Google Maps pod nazwą „Siege Bell War Memorial”. Po przejściu kilku metrów odnajdziecie wąską, kamienistą plażę Wuestenwinds beach, która stanowi ratunek w upalny dzień. Jak dla mnie mimo swoich rozmiarów była naprawdę urokliwa – widok na małe, kolorowe zabudowania, murale na ścianach, latarnię morską, przepływające statki i kamienne zabudowania stolicy unoszące się nad głową. Natrafiliśmy nawet na kamienny podest ze schodkami oraz drabinkami, dzięki któremu mogliśmy bezpiecznie wejść do wody.

Plaże: Sliema i St. Julian

Jeśli zależy Wam na zmianie widoków, to podróż do Sliemy oraz przylegającego do niej miasta St. Julian to świetny pomysł. Tutaj nie uświadczymy kamiennych uliczek czy niezliczonej ilości kościołów, zabudowania przybierają zupełnie inny kształt. W tym miejscu powstają największe kurorty na wyspie, dzielnice są raczej bogate i oblegane przez turystów – zobaczymy droższe sklepy, możemy też spędzić noc w Mariocie. Nie polecam jedzenia w tym miejscu, bo ceny za najtańszą pizzę zaczynają się od 15 €, ale plaże… jak najbardziej. Podobnie jak w Bugibbie, miejsc do kąpieli jest od groma i trochę, chociaż nawet kamieniste plaże cechują się większym urokiem. Dlaczego? Chodzi tutaj głównie o małe baseniki wodne utworzone przy brzegu. Podejrzewam, że kiedyś spełniały jakąś konkretną funkcję, mogły np. służyć do cumowania łódek, ale dziś to tylko i wyłącznie gratka dla odwiedzających.

Woda co prawda nie nagrzewa się na tych zagrodzonych obszarach szybciej, ale za to pływa tam niesamowicie dużo rybek – może nie ogromnych, ale już nieco większych i kolorowych. Warto więc wziąć okularki czy maskę do pływania, by móc nacieszyć się ich widokiem. Plusem jest też to, że w tych miejscach od razu natrafiamy na głębię, no i możemy wchodzić na większe kamienie i skakać do wody w całkiem bezpieczny sposób. Pod powierzchnią  dostrzeżemy mnóstwo roślin oraz wąskich kanalików – nie jest to co prawda rafa koralowa, ale widoki i tak warte zobaczenia.

Istnieją też znacznie większe „baseny” odgrodzone od morza w ściślejszym centrum miasta i tam zdarzają się piaszczyste plaże. Trzeba jednak liczyć się z tym, że nawet o godzinie 19.00, gdy słońce nie grzeje tak mocno, jest przeważnie mnóstwo ludzi i dość ciasno, zwłaszcza że brzegu nie ma za wiele. Dość długo dosięga się jednak dna, więc woda nagrzewa się szybciej – coś za coś.

Golden Bay

Największa piaszczysta plaża, na której byliśmy. Najlepiej udać się na nią z własną parasolką, bo nie uświadczymy ani grama cienia, chyba że schowamy się w dostępnym zaraz obok barze. Miejsce piękne, jedyne takie, gdzie spotkaliśmy się z większymi falami, na których można skakać dosłownie cały dzień. Plaża jest pod ciągłym nadzorem ratowników i jedynym minusem wydaje się to, że trzeba szukać miejsca wolnego od glonów, które owijają się wokół nóg, a ich fragmenty wchodzą pod strój kąpielowy. Lewa strona plaży przynajmniej podczas naszej wizyty przedstawiała się pod tym względem znacznie lepiej niż prawa.

Na miejscu dostępne są również rozrywki wodne takie jak jazda na bananie, gumie (czyli takim okrągłym pontonie), skuterach i wielu innych, oczywiście odpłatnie. Tym razem nie skorzystaliśmy, ale byłam już na nich w Czarnogórze oraz Hiszpanii i polecam gorąco, świetna zabawa ze zrzucaniem do wody i wylatywaniem w powietrze na falach. Niestety ludzi w tym miejscu bardzo dużo, więc ciężko o rozłożenie ręcznika przy wodzie, ale dalej jak najbardziej. My ze swojej strony polecamy.

Gozo – Inland Sea

Na to miejsce trafiliśmy przypadkiem podczas naszej wyprawy na Lazurowe Okno (śmiech na sali, opiszę to wydarzenie w kolejnych wpisach). Niezmiernie się cieszę, że do tego doszło, bowiem dotarliśmy do jednego z piękniejszych miejsc kąpielowych, w jakich kiedykolwiek byłam, a plaż w swoim życiu zaliczyłam naprawdę wiele. Jeśli będziesz na Malcie, nie może Cię to ominąć. Przygotuj się jednak na dość daleką podróż – podejrzewam, że to właśnie odległość i średni dojazd odtrąca wielu ludzi, dzięki czemu na całej plaży przebywa może z 20-30 osób, jest pełno wolnego miejsca do siedzenia i pływania.

Inland Sea to właściwie zatoka, którą z każdej strony otaczają wysokie klify i malutkie, kolorowe domki, które wyglądają jak przerobione na restauracje garaże. Brzeg jest kamienisty, ale nie na takiej zasadzie jak wszędzie, że chodzimy po skałach, tylko po dużych kamieniach. Stojąc na nim, przed naszymi oczami pojawi się kilka rzeczy – kilka kolorowych łódek dryfujących na wodzie, wśród których możemy pływać, food-truck z mrożonymi napojami i lodami (płatność tylko gotówką), a także jaskinia długa na około 150 m, z widocznym wylotem na otwarte morze. Jak można się domyślić, to połączenie nie jest przypadkowe, bowiem możemy zapłacić za 15-minutowy rejs, przepłynąć na drugą stronę zatoki i wrócić za 4 € od osoby. Odradzam jednak bardzo mocno tę opcję – jest dobra tylko w przypadku, kiedy z jakichś względów nie możemy pływać, nie potrafimy pływać lub nie mamy wodoodpornej kamery, a strasznie musimy się pochwalić światu, co widzieliśmy. Ja co prawda należę do ostatniej grupy, ale widoku i tak raczej nie zapomnę, a opowiedzieć mogę zawsze.

Woda przybiera piękny, błękitny kolor i jest niesamowicie czysta – widać wszystko aż do samego dna. Przez cały dzień operuje tam pełne słońce – spokojnie, znajdziecie kawałek cienia, a dzięki temu oraz wąskiemu tunelowi do morza woda jest cieplejsza niż gdziekolwiek indziej. To jedyne takie miejsce, gdzie unikamy szoku, gdy po raz pierwszy się zanurzamy.

Skały są wyżłobione w taki sposób, że możemy wspinać się po nich i wejść na co bardziej płaskie miejsca, by skakać do wody. Nie wchodziliśmy na duże wysokości, bo jednak w całym bajorku jest płytko, ale miejscowym dzieciakom w ogóle to nie przeszkadzało, ba – nawet skakały na główkę, wywołując w nas trwogę. Jeśli jednak nie macie na to ochoty, to i tak nie odczujecie nudy. Wystarczy, że dotkniecie skał, a momentalnie dostrzeżecie, jak wszystko się na nich rusza – ze szczelin wychodzą kraby i to całkiem sporych rozmiarów, a obok nich biegają jakieś szare żyjątka podobne do krewetek. One akurat są dość obrzydliwe, ale fakt faktem boją się ludzi i natychmiast się rozbiegają.

I oczywiście… największa atrakcja, czyli płynięcie wpław przez jaskinię. Licząc od brzegu, łącznie w jedną stronę jest około 250-300 metrów, ale nie martwcie się, gdy tylko przepłyniemy całą długość bajorka, tuż przed tunelem znowu pojawia się płycizna. Na chwilkę, ale jeśli będziecie potrzebowali odpoczynku, to wiecie, że tam na Was czeka. Zawsze też można złapać się skał (w środku nie ma aż tylu żyjątek, one raczej wygrzewają się na słońcu), a czasem nawet trzeba. Należy pamiętać, że przez jaskinię przepływają wcześniej opisane łódki i musimy ustąpić im miejsca. Jest go na tyle dużo, że nie musimy przyklejać się do ściany, ale nie można tego zbagatelizować.

Generalnie nie byliśmy jedynymi osobami, które zdecydowały się płynąć wpław, ale na pewno należeliśmy do zdecydowanej mniejszości. Ja ze swojej strony namawiam – koniecznie spróbujcie; jeśli nie do końca, to chociaż kawałeczek. Uczucie jest niesamowite, zwłaszcza kiedy spogląda się do góry, jak skały coraz bardziej się zwężają. Są tak wysokie, a w panującym wewnątrz półmroku wszystko wydaje się niesamowicie piękne. Nawet nie potrafię do końca opisać uroku tamtej sceny – zostawiasz wszystko w tyle, czujesz coraz zimniejszy prąd pod stopami, a kiedy tylko słońce z drugiej strony jaskini zaczyna oświetlać wodę, przybiera ona dosłownie granatowy kolor. A kiedy wreszcie wypływasz na otwarte morze, roztacza się przed Tobą horyzont i piękne klify. Popłynęliśmy tak dwa razy, a odczucia są po prostu niezapomniane.

Spotkanie z morskimi stworzeniami

Jest jednak jeden szkopuł, aczkolwiek gwarantuję Wam, że dzięki niemu tym bardziej będziecie mieli co wspominać. Po pierwszym przepłynięciu przez jaskinię i wyjściu na brzeg, Szymon podszedł do mnie i zapytał, czy w wodzie istnieje coś, co może jakby… poparzyć? Nie chciał mówić wcześniej, żebym nie spanikowała, a ja po prostu zaczęłam się śmiać, że to pewnie meduza sprawiła mu prezent na urodziny. Generalnie obecność meduz nad morzem Śródziemnym to nie żadna nowość – mój brat został poparzony już przy okazji naszego pierwszego rodzinnego wyjazdu, ale nie zdarza się to na tyle często, by trzeba było mieć obawy. Przy Inland Sea jest jednak trochę inaczej.

Następnego dnia, zanim jeszcze wypłynęliśmy przez tunel, zobaczyłam na swoim przedramieniu czerwoną pręgę. Okazało się, że ja też spotkałam się z meduzą, chociaż tego nie poczułam. Szymon z kolei mówił, że lekko go to miejsce oparzenia piekło, ale bardziej jak pokrzywa, nic większego. Wypłynęliśmy natomiast drugi raz jaskinią… a ja przez cały czas miałam z tyłu głowy, że w moim przypadku nadejdzie druga tura. Płynęłam więc za Szymonem i postanowiłam, że dopłynę tylko do końca jaskini, nigdzie dalej. I wiecie co? W jednym momencie poczułam, jakby ktoś mnie zbiczował, a połowa mojej ręki zdrętwiała. Dopiero po ponad 20-stu latach odkryłam, co to znaczy być porządnie oparzonym przez meduzę i jedyne, o co prosiłam Szymona, to żeby na płyciźnie on pierwszy zobaczył moją rękę. Bałam się tego, że kawałek meduzy się do mnie przyczepił i trzeba będzie go zdjąć, bo czasami tak się zdarza. Na szczęście zostawiła mnie jednak w spokoju, natomiast na dłoni wykwitły mi wielkie, białe bąble. O dziwo zniknęły dosyć szybko, chociaż po tygodniu to miejsce zaczęło mnie swędzieć i pojawiła się wysypka. Teraz co prawda został mały ślad, ale zapewniam – od tego się nie umiera (no chyba że pływa się w tropikach, to już nie gwarantuję bezpieczeństwa).

Należy pamiętać, że oparzenia mogą być różne, bo istnieje wiele rodzajów meduz. Ponoć istnieje wiele tabliczek informacyjnych, gdzie widnieją ich zdjęcia, charakterystyka i sposób postępowania w przypadku oparzenia, ale my nie widzieliśmy ani jednej i trochę to jest chyba kit.

5 złotych rad w razie poparzenia przez meduzę

Wiecie już, że meduzę można spotkać i podejrzewam, że w miejscu zakończenia jaskini one po prostu żyją i mają do tego dogodne warunki. To nie znaczy jednak, że trzeba od razu rezygnować z planów, bo nie jest powiedziane, że będziecie mieć podobne szczęście jak my. Gdyby tak się jednak wydarzyło, oto kilka porad, co zrobić, gdy poparzenie się już jednak zdarzy:

  1. Przede wszystkim nie panikuj – na środku morza, bez gruntu pod stopami, ciężko coś sensownego zrobić, więc najpierw dopłyń tam, gdzie możesz stanąć i uprzedź osobę, z którą jesteś, że zaistniała taka, a nie inna ewentualność.
  2. Może się okazać, że masz alergię na jad meduzy (ale pewnie dowiesz się o tym dopiero w chwili oparzenia) – wtedy idź do ratownika, a jeśli go nie ma, zagadnij nawet tych, którzy mają domki dookoła zatoki; będą wiedzieć, co robić i w razie czego zadzwonią po pomoc. Prawdopodobnie żyją na wyspie całe swoje życie i mają już doświadczenie w podobnych sytuacjach.
  3. Nie drap, nie przebijaj bąbli i w ogóle jak najmniej się dotykaj – czasem, jak mówiłam, oparzenie ledwo czuć i lepiej zostawić je w spokoju.
  4. Jeśli meduza, a raczej jej fragment się do Ciebie przyczepi – nie zdejmuj jej palcami, ani się waż. Trzeba zrobić to przez jakąś tkaninę; koszulkę, ręcznik. Po usunięciu danej części należy ją zakopać tak, by nie oparzyła nikogo innego.
  5. Nie sikaj na ranę!!! – to mit, który miejscowi wymyślili, mając ubaw z paniki turystów. Nie daj więc robić z siebie pośmiewiska i oszczędź sobie traumatycznych przeżyć. 😉

Generalnie ja od siebie nie polewałabym tego żadną wodą, niczego bym na to nie stosowała. Daj temu czas, nie rób głupich rzeczy i zagoi się samo. Nie Ty pierwszy i nie ostatni, więc na pewno przeżyjesz – dopiero kilkanaście oparzeń naraz może być naprawdę szkodliwe lub śmiertelne dla człowieka. Pamiętaj też, że meduza nie do końca robi, to co robi, w celach obronnych. Nie musisz jej rozwścieczyć ani sprowokować. W wodzie, zwłaszcza gdy jest ciemniej, jest mała szansa, że ją dostrzeżesz i wystarczy po prostu, że źle machniesz ręką. Meduza to jedno z niewielu stworzeń, które żyje bez mózgu i jest prawie w całości wodą, więc musisz jej wybaczyć – ona będzie parzyć wszystko, bo za mądra nie jest. Ty za to możesz, więc uważaj na siebie i zachowaj spokój. 🙂

Na dziś to tyle z mojej strony. Mam nadzieję, że zainspirowałam Cię do odwiedzenia paru miejsc i pokazałam fajne alternatywy dla płatnych kąpieli. W następnych wpisach opowiem z kolei o bezpłatnych zabytkach wyspy, które możemy zobaczyć czy nawet wejść do środka – doradzę też, gdzie na pewno nie jechać i na czym zaoszczędzić czas. Tymczasem w ramach czekania zapraszam Cię na mojego Instagrama i fanpage’a, odnośniki po prawej na górze.

Malta cz.4 – Jacy są mieszkańcy wyspy, co zobaczymy w fabryce czekolady i jak działają pola solne?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-dniowej podróży na Maltę. Możesz czytać go oddzielnie lub cofnąć się do pozostałych, jednak żadna opcja nie jest lepsza albo gorsza, jeśli chodzi o odbiór. Pod spodem przeczytasz głównie o naszych pierwszych wrażeniach z pobytu na miejscu, a także polecimy (bądź nie) kilka atrakcji w dzielnicy Bugibba i okolicach. Dowiecie się, jak wygląda praca w fabryce czekolady, a także przeniesiecie się z nami do lat 70’/80’, odwiedzając museum Malta Classic Car Collection. Kolejność następująca:

Przyznam szczerze, że przylatując na wyspę, miałam wyobrażenie, że jednak zachowało się na niej wiele orientalnych elementów, ale raczej nie za bardzo – mocno przesiąkła wpływami włoskimi, niezależnie czy mówimy o architekturze, czy o kuchni. Nowością, z którą do tej pory się nie spotkałam, a która strasznie przypadła mi do gustu, było nazywanie domów. Nie ulic, a właśnie wszystkich domków i kamienic. Część z nich odnosiła się typowo do świętych, inne zaś stanowiły pokaz wyobraźni i kreatywności mieszkańców. Świetna opcja, dzięki której dzielnica nabiera życia i indywidualności. Każde „imię” budynku zapisuje się na ozdobnych tablicach i wygląda to mniej więcej w ten sposób:

Dlaczego wcześniej wspomniałam o świętych? Rozpisywałam się o tym przy okazji wpisu na temat narodowego akwarium maltańskiego (O TUTAJ) – kult świętych jest na Malcie bardzo wyraźnie zauważalny. Posążki znajdują się na rogu ulic, domów, czasami nawet w zbiornikach wodnych. Kierowcy ciężarówek wywieszają w przedniej szybie szale z napisem: „Remember, God loves you” i nie jest to dla nikogo zaskoczeniem. Warto jednak wiedzieć, że razem z wiarą równie mocno ceni się symbole, takie jak na przykład oko Ozyrysa, które umieszcza się na łodziach, by bezpiecznie powrócić do przystani.

Salt Pans

Jeśli mówimy o łodziach, to powinny pojawić się też i ciekawostki o wodzie. Na Malcie niejednokrotnie spotkaliśmy się z rozwiązaniem, które nazywa się Salt Pans, czyli specjalne żłobienia utworzone tuż przy linii brzegowej. Największe z nich zobaczymy na północy Gozo, jednak nie trzeba płynąć aż tam, by przekonać się, jak to wygląda i czy w ogóle działa – mniejsze skupiska znajdziemy przy wielu plażach nawet w samej Bugibbie. My zobaczyliśmy je od razu pierwszy raz, kiedy poszliśmy nad morze, a nawet tego nie planowaliśmy.

Nazwa tego zjawiska nie jest przypadkowa, bowiem ulokowane na ziemi szachownice służyły właśnie do wydobywania soli w naturalny sposób przez człowieka. Tradycja sięga ponad 300 lat i ponoć często przechodziła z pokolenia na pokolenie. Polegało to na tym, że w momencie przypływu lub bardziej burzowej pogody fale wlewały się na brzeg i zalewały przygotowane wcześniej żłobienia. Gdy wszystko wysychało, w miejscach zagłębień pojawiała się sól, którą należało wyzbierać. Do teraz możemy ujrzeć wiele takich lokacji, gdzie proces ten odbywa się samoistnie na przykład na niższych skałach.

Kilka słów o mieszkańcach

Skoro tak mówimy o wyspie, to nie można pominąć w tym miejscu opisu jej mieszkańców – w końcu to ludzie tworzą atmosferę, legendy i miasta. Wspominałam już wcześniej, że na Maltę przybywa wiele osób z zagranicy w celu podjęcia tam pracy. Wszyscy są jednakowo mili, nieważne jakiej narodowości, no i przede wszystkim bardzo komunikatywni. To nic dziwnego, że ludzie sami z siebie zaczepiają cię na ulicy, by zamienić z Tobą parę słów – skąd jesteś, na ile zostajesz, jak podoba ci się kraj. Bardzo często zdarzało się, że po przedstawieniu się jako Polacy, nasi rozmówcy chwalili się ubogim słownikiem takim jak: Dzień dobry, cześć, dziękuję. Kilku nawet wspominało, że ma znajomych w Polsce i odnosili się do nas bardzo przychylnie.

Właściwie tylko raz mieliśmy dziwną sytuację – nie tyle nieprzyjemną, co po prostu dziwną. Dochodziliśmy już pod mieszkanie, kiedy zaczepił nas jakiś człowiek obwieszony biżuterią, raczej ciemniejszej karnacji, ubrany w nie najtańsze ciuchy. Konwersację prowadził głównie z Szymonem, mnie jakby pomijał – opowiadał, że pochodzi z Kenii (co już trochę mi jakby nie grało), że prowadzi sklep spożywczy i czy nie mamy może What’s upa, czy Szymon nie wyskoczy z nim na kawę. Chyba dopiero po tym mój partner spanikował i pociągnął mnie do domu, a mnie niby odrobinę chciało się śmiać, a jednak w głównej mierze byłam po prostu zaszokowana. No żeby martwić się na wakacjach we dwoje, że jakiś mężczyzna z Kenii zabierze ci faceta, kiedy stoisz metr obok, to tego jeszcze nie było. Także drogie panie, swoich chłopców trzeba pilnować. Oczywiście sytuacja z przymrużeniem oka. 😛 Fakt faktem, nie spotkacie się na miejscu z naciągactwem, ludzie są sympatyczni, bo po prostu tacy są i potrzebują otworzyć do kogoś buzię.

Od miejscowych zawsze możemy liczyć też na pomoc i to w najróżniejszych sytuacjach. My w jeden z ostatnich dni potrzebowaliśmy znaleźć biuro, w którym wydają karty miejskie, a że byliśmy akurat w obcej dzielnicy i Google nie pomagał, to postanowiliśmy pytać. Weszliśmy do pierwszego lepszego sklepu, akurat z odzieżą, i w pierwszym odruchu czekaliśmy, kiedy pracowniczka się zdenerwuje. No wiecie, nie chcieliśmy nic kupić, w dodatku pytaliśmy o rzecz, która w ogóle mogła jej nie interesować i jestem pewna, że w Polsce w 90% miejsc już dawno odesłaliby nas do drzwi z hasłem: „Nie wiem, sprzedaję ubrania, proszę zorientować się gdzie indziej, bo ja się tym nie zajmuję”. Tam natomiast kobieta z chęcią nam pomogła, ba! Okazało się, że później jechała z nami autobusem, jeszcze podeszła pogadać i ponarzekać, że niektórzy kierowcy z racji COVID-a nie zatrzymują się, gdy za dużo osób stoi we wnętrzu pojazdu, ale za to następny zabiera ich dwa razy więcej niż powinien i właśnie to się nam przydarzyło.

W sklepach na kasie sprzedawcy rzucają do ciebie żarcikami, na straganach z jedzeniem dają przekąsić ci ciastko za darmo i nie oczekują, że kupisz ich więcej. W weekend zobaczycie w knajpach kluby seniorów, którzy dają pokazy tańca na żywo – nie para czy dwie, a około 30-stu osób wiedzących, że zasługują w życiu na coś więcej mimo 70 lat na karku. Przechodnie dosłownie zatrzymywali się w pół kroku i nagle zbierała się cała grupa gapiów, by obserwować te występy. Super sprawa – w dodatku tak drobna rzecz, a daje emerytom poczucie, że są ważni, młodzi i stoją w świetle reflektorów. Tak właśnie powinno być.

Plusy i minusy wyspy

Istnieją jednak także minusy wyspy – nie są co prawda na tyle duże, by ją przekreślać, ale co bardziej wrażliwym na pewno mogą dać się we znaki. Przede wszystkim kwestia sprzątania po swoich psach. Pamiętam w Polsce taki okres, kiedy nikt o to za bardzo nie dbał i za dzieciaka często wracało się z podwórka z uwalanymi, śmierdzącymi butami. Problem jednak znacznie utracił na wadze i niestety Malta do tego etapu jeszcze nie dotarła. Chyba nie muszę wspominać, że nie jest to zbyt estetyczne, a tym bardziej pięknie pachnące w temperaturze 30℃. Rzadko kto zwraca na to uwagę, a dowodem tego jest nasza piesza wycieczka na Selmun Palace, gdzie szliśmy około 1,2 km ni to chodnikiem, ni po prostu asfaltem. Wiecie, trochę gorąco, człowiek potrzebuje skierować myśli na inny tor, więc zaczęłam liczyć psie kupy, które musieliśmy wymijać, by w nie przypadkiem nie wdepnąć. 12 kup, a więc przynajmniej jedna na 100 m. Yummy.

Dostrzegalny problem jest też w zakresie gospodarki odpadami. Na Malcie są specjalnie wyznaczone dni, kiedy wyrzuca się jakie śmieci, przy czym w połowę z nich można nie zwracać uwagi na segregację i raczej wielu ludzi z tego korzysta. Nietypowy jest raczej widok kontenerów na śmieci, natknęliśmy się na nie może raz lub dwa. Zawiązane worki po prostu wystawia się danego dnia lub jeden wcześniej przed dom, a one stoją wzdłuż ulicy przez kilka, kilkanaście godzin na słońcu. Nie chodzi już nawet o sam zapach, a o to, co z tych śmieci potrafi wieczorami wyjść. Przynajmniej z pięć razy widzieliśmy karalucha i to nie malutkiego, ale zdarzały się też i szczury. One akurat buszowały na plaży zaraz przy restauracjach – podejrzewam, że ktoś po prostu wyrzucał tam resztki. Nie zmienia to faktu, że urządziliśmy sobie romantyczny wieczór z winem przy morzu i o ile jeszcze nie odstraszyły nas szczury biegające kilkanaście metrów dalej, o tyle przenieśliśmy się od razu, gdy zaczęły włazić w szczeliny w skałach niedaleko nas.

Żebyście jednak nie odebrali tego zbyt opacznie – to nie wygląda tak, że Malta tonie w śmieciach, bo ludzie naprawdę je zbierają i robią to, czego się od nich wymaga (chociaż parki mogłyby być mniej zaśmiecone). W letnie miesiące to jednak odrobinę za mało i tyle. Ogólnie jest raczej czysto, nie odczuwa się dyskomfortu, idąc ulicami, nie czuć też wszędzie nieprzyjemnych zapachów i tak dalej, jednak zdarza się i warto mieć to z tyłu głowy. Oczywiście, są miejsca pokroju typowych melin, gdzie walają się butelki – co ciekawe, nie po wódce, a po ogromnych baniakach wina – ale nie zdarza się to nagminnie. Umówmy się, że każde państwo czymś takim się pewnie skala i to nie raz.

Istnieje jednak wiele urokliwych miejsc jak ogródki pośrodku kamiennej zabudowy, gdzie możemy zobaczyć kwitnące opuncje, ozdobne balkony, rzeźby no i przede wszystkim to, co ja lubię najbardziej, czyli kolorowe drzwi z fikuśnymi uchwytami czy klamkami. Zazwyczaj mają piękne, nasycone barwy – niebieskie, pomarańczowe, żółte, zielone, czerwone. Spotkaliśmy się nawet z tym, że palmy ubierano w kubraczki wydziergane na szydełku. Zabawne, ale całkiem urocze. Na miejscu można spotkać też takie ciekawostki jak wegański choco-kebab, gdzie możemy zaobserwować ogromny kawał czekolady na rożnie zamiast mięsa. Nie jest to co prawda element wystroju, ale na pewno przykuwa wzrok.

Malta Chocolate Factory

A jeśli już mówimy o czekoladzie, to trzeba wspomnieć o miejscu, które warto odwiedzić w dzielnicy, jaką wzięliśmy pod lupę, a mianowicie o fabryce czekolady (Malta Chocolate Factory). Na pewno odbiega ono od Waszych początkowych wyobrażeń, bo wchodząc do środka, tak naprawdę znajdujemy się w sklepie z różnymi miejscowymi wyrobami cukierniczymi. Możemy kupić kubki z grawerami i specjalnym uchwytem na łyżeczkę, różnorodne ciastka, czekoladowe buciki, torebki czy nugat. Czeka nas też kosztowanie czekoladowych pastylek – gorzkich, białych, mlecznych o bardzo intensywnych smakach, których używa się do roztopienia we wrzątku czy gorącym mleku. Trzeba przyznać, że wyroby są naprawdę smakowite i nie aż tak drogie, jak mogłoby się wydawać. Ciekawostka? Jeden z Maltańczyków opowiadał nam, że w wielu sklepach można spotkać właśnie polskie czekolady i że są na wyspie bardzo cenione, wielu osobom przypadły do gustu.

Dziewczyny, które obsługują sklep, są bardzo sympatyczne. Wiele rozmawiają, ale nie czuć od nich nachalności ani presji, że musimy coś kupić, jeśli już przekroczyliśmy próg. Dominuje bardziej nastawienie „Fajnie, że jesteś i równie fajnie, jeśli zechcesz coś u nas kupić, ale nie ma presji”. Zresztą tak jest raczej na większości wyspy – raz wyszliśmy z restauracji z powodu horrendalnych cen, no i wiadomo, to zawsze taka niezręczna chwila, ale kelnerka sama zaczęła nas usprawiedliwiać, że nie zawsze trzeba mieć ochotę na makaron i że to zrozumiałe. Zupełnie inna mentalność.

Wracając jednak do tematu – czemu mówimy o fabryce czekolady, skoro to tylko sklep? A no dlatego, że w środku znajduje się też coś takiego, co nazywa się „czekoladowym oknem”. To po prostu duży kawałek przeszklonej ściany, za którą możemy w poniedziałki, środy i (chyba, tego dokładnie nie pamiętam) piątki oglądać, jak przetapia się czekoladę i tworzy ciastka czy inne wyroby. Co jednak nas odrobinę krępowało, to fakt, że nie patrzymy przez lustro weneckie, a więc kobieta po drugiej stronie stała kilka centymetrów od nas, bo akurat tak usytuowany był blat roboczy, i też się nam przyglądała. Pewnie przyzwyczaiła się do takich warunków pracy, ale nam trochę głupio było stać i przyglądać się non-stop jej dłoniom, mimo że sam proces wydawał się dość pochłaniający, zwłaszcza że tworzyła właśnie nową linię czekoladek, przyozdabiała je, nakładała poszczególne elementy i tak dalej. Polecamy wejść do środka i zobaczyć to samemu, zwłaszcza że wstęp jest darmowy.

Malta Classic Car Collection

Drugą taką atrakcją, tylko z kolei płatną, jest Malta Classic Car Collection, czyli muzeum, które w swoim wnętrzu mieści ponad 100 eksponatów. Warto wiedzieć, że informacje na oficjalnej stronie nie są jeszcze zaktualizowane – do niedawna cena za wejście wynosiła 5 euro z racji sytuacji z koronawirusem (tak, na miejscu cały czas nosimy maseczki), natomiast teraz wzrosła znowu do 10 euro, o czym dowiadujemy się w kasie. Warto więc wiedzieć wcześniej, by lepiej rozplanować swój pobyt. My na początku byliśmy wobec tej opcji dość sceptycznie nastawieni, ale mogę śmiało przyznać, że wystawa jest warta tych pieniędzy. Nie chodzi nawet o to, jakie modele samochodów z lat 70’-90’ będziemy w stanie zobaczyć, ale o samą atmosferę. W tle leci nieustannie klimatyczna muzyka z tych lat, a wystrój uzupełniają kolekcje starych aparatów, gramofonów czy nawet gier takich jak jednoręki bandyta czy pinball (inaczej zwany flipperem). Oprócz aut oglądamy też skutery, motory czy nawet motorówki, a podczas wędrówki towarzyszą nam znane osobistości, które danym środkiem transportu się poruszały – odkryjecie na przykład, czym jeździł Elvis Presley, zobaczycie Blues Brothers oraz przeczytacie o szalonej podróży starym Trabantem.

Wnętrze lokalu, który znajduje się tak naprawdę w piwnicy, jest wykorzystane do granic możliwości. W pustych miejscach, gdzie nie starczyłoby już przestrzeni dla eksponatów, stworzono imitację stacji benzynowych, dawnych witryn sklepowych, wysypisk czy nawet przedstawiono codzienną modę kobiet i wzory ich strojów. Ściany pokrywają plakaty Coca-coli, tablice rejestracyjne z różnych stanów Ameryki i wiele innych. My nawet po obejrzeniu całości błądziliśmy jeszcze przez dobrych kilka chwil, tańcząc do znanych rytmów z czasów, kiedy nie było nas jeszcze na świecie. Świetne miejsce i to nie tylko dla tych, którzy znają się na samochodach, interesują się ich historią i modelami. My jesteśmy w tej kwestii kompletnymi amatorami, a jednak wystawa pozwoliła nam przenieść się wiele lat wstecz. A jeśli znacie temat? Jeszcze lepiej! Pokazaliśmy te zdjęcia moim rodzicom, tata absolutnie się zachwycił i komentował każde auto, podczas gdy mama tylko kręciła głową i powtarzała: „Jakbyśmy my tam pojechali, to chyba nigdy bym go stamtąd nie wyciągnęła”.

No i na dziś to już wszystko. Mam nadzieję, że dzięki temu wpisowi poczułeś nieco mocniej klimat Malty i dowiedziałeś się, czego oczekiwać na miejscu. Wyspa stanowi naprawdę przyjazne środowisko dla turystów i warto otworzyć się nieco na Maltańczyków, dać im siebie poznać czy wymienić z nimi kilka słów. W kolejnych wpisach przedstawię Wam, czy na Gozo sprawa ma się podobnie i polecę kilka najlepszych miejsc do zażycia niezapomnianych kąpieli. Zapraszam! A w czasie oczekiwania możesz zerknąć na mojego Instagrama czy fanpage’a na Facebooku, odnośniki po prawej na górze. 🙂

Lwów cz.4 – Ile kosztuje wstęp na Cmentarz Łyczakowski, jak długo przekracza się granicę z Polską na pieszo oraz gdzie zjeść najlepsze żeberka?

Informacje ogólne: Poniższy wpis jest kontynuacją opowieści z kilkudniowej podróży do Lwowa. Możesz zacząć czytać od tego miejsca, ale dla uzupełnienia wiedzy zalecałabym zapoznanie się z poprzednimi tekstami. W tym napomknę kilka słów o wyjątkowej restauracji, opowiem Wam o tym, jak przekraczaliśmy granicę na pieszo oraz poświęcę parę zdań na temat Cmentarza Łyczakowskiego oraz Orląt Lwowskich. Zapraszam:

Restauracja Rebernia

W poprzednim wpisie napomknęłam o wiecznie obleganej restauracji, do której ostatecznie nie udało nam się wejść. Idąc w to miejsce, koniecznie musimy pamiętać o rezerwacji, a dlaczego warto? Prócz samych walorów smakowych czeka nas na pewno uciecha dla oka. Mowa tutaj o Ribs Restaurant at Arsenal (Rebernia), gdzie przede wszystkim uraczymy się żeberkami w różnej postaci. Możemy obserwować je, jak smażą się na ogromnym ruszcie, a ponadto samo wnętrze lokalu ma przyjemny, lekko rubaszny klimat. Krążą pogłoski, że obsługa nakłada na klientów specjalne fartuszki tudzież śliniaki z zabawnymi wzorami (np. narysowanymi koślawo piersiami), także to również przestroga dla tych, których to może nie bawić. Cena jak najbardziej przystępna, a zjeść można smacznie i syto.

Park Stryjski

Ostatniego dnia naszej podróży głównie spacerowaliśmy po parkach, m.in. Parku Stryjskim, który uchodzi za jeden z większych we Lwowie. Ciekawostką jest to, że w czasie I wojny światowej dokładnie na tych terenach rozbił się samolot jednego z austriackich lotników, jednakże po tamtym wydarzeniu nie pozostał nawet ślad. Miejsce zostało jednak w pewien sposób naznaczone śmiercią, bo niedługo potem zaczęto chować tam ukraińskich strzelców. Obecnie ich ciała są przeniesione na oficjalny cmentarz, a w parku utworzono pierwszy ukraiński skatepark.

Pogoda co prawda nieco nie dopisała, bo nieustannie siąpił deszcz, ale udało nam się obejść większość pomników, pooglądać fontanny czy przede wszystkim zwierzęta – łabędzie kąpiące się w stawie czy wiewiórki, które ochoczo podchodziły do turystów i pozowały do zdjęć. To była dla nas rozgrzewka przed głównym gwoździem programu, jakim był Cmentarz Łyczakowski.

Cmentarz Łyczakowski

Pierwszym, co na pewno zwróciło moją uwagę zaraz po przekroczeniu głównej bramy, był ogrom całego obszaru. Jeśli by się uprzeć, to można by w tym miejscu spędzić pół dnia, o ile nie więcej. Pytanie tylko, czy mamy na to nastrój. Po opłaceniu biletu wstępu kosztującego ok. 30 UAH czyli 4,2 zł, otrzymujemy mapkę cmentarza, gdzie czerwonymi punktami zaznaczono nagrobki co ważniejszych osobistości. Pochowano tutaj m.in. Marię Konopnicką, Gabrielę Zapolską czy bardzo często upamiętnianego we Lwowie Iwana Franko. Cmentarz jest jednym z najstarszych w Europie, starszy nawet od Powązek o kilka lat. Funkcjonował już od XVI w., tyle że wtedy spełniał inną funkcję – w ten sposób oddzielano bowiem zmarłych na dżumę od reszty miasta. Obecnie znajduje się tu ponad 300 tys. mogił, z których wiele reprezentuje niesamowite umiejętności rzeźbiarskie. Spacerując alejami, spotkamy mnóstwo ogromnych posągów, zdobień czy grobowców, które wyglądają jak osobne budynki i zajmują bardzo dużo miejsca. Po wojnie wiele z nich, które pozostawały bez opieki rodzin, celowo dewastowano. Obecnie cały teren objęty jest ochroną i uzyskał status muzeum, dzięki czemu znajduje się pod ciągłym nadzorem, a nowe pochówki mogą tam być dokonywane wyłącznie za zgodą dyrekcji.

Przy tej okazji Igor opowiadał mi również, dlaczego sam sposób chowania zmarłych jest inny na Ukrainie niż w Polsce, co sama zdążyłam zauważyć. Otóż ze względu na żyzne gleby osobę w trumnie najpierw jedynie przysypuje się ziemią i urządza taką prowizoryczną mogiłę. Przykrywa się to kwiatami, wieńcami i umieszcza specjalną plakietkę, aż upłynie kilka tygodni. W tym czasie ziemia zapada się, trzeba ją uzupełnić i dopiero w tym miejscu umieścić płytę nagrobną – już tę uroczystą, oficjalną. Jeśli nie poczekamy, ona po prostu pęknie i wykrzywi się, czego obraz kilkukrotnie ujrzeliśmy na cmentarzu. Bardzo ciekawe spostrzeżenie, na pewno ciężej byłoby mi się tego dowiedzieć z jakiegokolwiek innego źródła, zwłaszcza że raczej nikt w sieci nie opisuje zwyczajów pogrzebowych na Ukrainie.

Cmentarz Orląt Lwowskich

Odrębną częścią cmentarza jest Cmentarz Orląt Lwowskich (Obrońców Lwowa). Nazwa pochodzi od ok. 3 tys. ofiar, które stanowiła młodzież oraz inteligencja przynależąca do ugrupowania Orląt Lwowskich. Polacy nazywali go często miejscem świętym i nie ulega wątpliwości, że dla każdego z nas, zwłaszcza dla starszych pokoleń, jest to miejsce niesamowicie ważne i konieczne do zobaczenia. Wszyscy polegli zostali odznaczeniu Krzyżem Niepodległości jako uznanie zasług w walce o Niepodległość Polski. Każdą mogiłę zdobi flaga polska, prócz imion, nazwisk i dat widnieje także stopień wojskowy, zazwyczaj także różaniec, wstążki czy inne już bardziej osobiste przedmioty.

Na placu znajduje się kaplica, do której udają się wszystkie wycieczki. W środku widnieje wiele plakatów i zdjęć upamiętniających obronę Lwowa w latach 1918-1919, a także księga pamiątkowa gości, gdzie chętni zapisują od siebie kilka słów. Zazwyczaj są to podziękowania i wyrazy wdzięczności, również modlitwy, ale zdarzył się wpis lub dwa bardzo intymny, od rodziny walczącego. Na miejscu panuje naprawdę wyjątkowa atmosfera dumy i podniosłości.

W tej części znajdują się również katakumby, ale i pomniki poświęcone zarówno Amerykanom, jak i Francuzom w podzięce za ich wsparcie. Amerykanie walczyli po stronie Polaków, ubierając się w ich mundury oraz uczestnicząc w obronie lotniczej. Było ich siedemnastu, natomiast do ojczyzny wróciło czternastu. Z tego też właśnie względu pomnik przybiera właśnie taką, a nie inną formę – lotnika ze skrzydłami anioła. Jeśli chodzi o Francuzów, to pochowano ich już siedemnastu, jednakże na prośbę rodzin ich ciała przetransportowano do ojczyzny. Na miejscu pozostał jedynie jeden z szeregowców. Pod tarczą pomnika złożono jednak ziemię przywiezioną z kilku Francuskich miast.

Zupełnie po drugiej stronie placu możemy dostrzec Pomnik Chwały. Po jego obu stronach wyrzeźbiono lwy, z których każdy strzeże części napisu „Zawsze wierny Tobie Polsko”. Między nimi zaś widzimy zdanie po łacinie: „Polegli, abyśmy żyli wolni”. Na obu filarach pomnika wyryto nazwy miejscowości biorących udział w obronie Lwowa oraz Małopolski Wschodniej. Zaraz przed nim znajduje się zbiorowa mogiła „Nieznanych”, która ma upamiętnić odwagę wszystkich tych, którzy nie doczekali końca obrony Lwowa. Dziś wiemy, że najmłodszy uczestnik miał jedynie dziewięć lat, ale nie brakowało też dzieci 12-14.

Warto mieć jednak na względzie, że to, co oglądamy na Cmentarzu Orląt Lwowskich dziś, nie zawsze miało tę samą formę. Po II wojnie światowej, po wdrożeniu Lwowa do ZSRR większość grobów została splądrowana i zdewastowana najpierw pracą ludzkich rąk, później przy pomocy czołgów. W 1989 roku rozpoczęto wstępne porządki na zniszczonym terenie.

Pięknie o istocie tego miejsca napisał Kornel Makuszyński, pozwolę przytoczyć sobie jego cytat: „Na te groby powinni z daleka przychodzić ludzie małej wiary, aby się napełnić wiarą niezłomną, ludzie małego ducha, aby się nadyszeć bohaterstwa. A że tu leżą uczniowie w mundurkach, przeto ten cmentarz jest jak szkółka, w której dzieci jasnowłose, błękitnookie nauczają siwych ludzi o tym, że ze śmierci ofiernej najbujniejsze wyrasta życie”.

Powrót do Polski – przez granicę na pieszo

Niedługo potem wracaliśmy do Polski, a Igor od samego początku wyjazdu powtarzał, że przekraczanie granicy na pieszo to najszybszy sposób oraz oszczędność czasu. Do Lwowa jechaliśmy pociągiem (o czym pisałam TUTAJ) i metoda ta z pewnością nie była spełnieniem marzeń. Z perspektywy czasu wybrałabym ją jednak bez wahania, bo ze wspomnieniami tamtego powrotu to chyba umrę w jednej trumnie. Co właściwie poszło nie tak? Rany, wszystko.

Pewnie sęk tkwił w tym, że trafiliśmy na weekend przed rozpoczęciem roku akademickiego. Dojechaliśmy autobusem z Lwowa do przejścia granicznego w Medyce (60 UAH, czyli ok. 9,40 zł) i natrafiliśmy na ogromną, ale to naprawdę ogromną kolejkę do kontroli. Rozgałęziała się ona na osoby, które mają obywatelstwo Unii Europejskiej oraz te, które go nie mają. Tym sposobem musieliśmy stanąć z Igorem w zupełnie innych kolejkach i o ile na początku się widzieliśmy, o tyle później zupełnie straciliśmy się z oczu. Moja kolejka szła znacznie szybciej, mimo tego czekałam godzinę, by sprawdzili mi bagaże i paszport. Rozrywkę w tym czasie stanowiła jedynie grupa podchmielonych mężczyzn za barierką, którzy śpiewali, a raczej zawodzili przynajmniej przez pół godziny. Czekałam więc po stronie polskiej już od godz. 16.00. Pierwszy pociąg mieliśmy po 17.00, następny koło 19.00, a później ostatni sensowny ok. 21.30. I wiecie co? Ledwie na niego zdążyłam, w dodatku bez Igora.

Na czym polegał główny problem? Na braku zasięgu po stronie Igora, przez co nie mogliśmy się ze sobą skomunikować. Kojarzyłam mniej więcej ludzi, którzy stali przed moim kumplem, ale to tyle. Czekałam na niego cztery godziny, po czym jego koleżanka napisała do mnie na Messangerze, żebym złapała pociąg sama, bo jego pewnie nie puszczą szybko. Sytuacja wydawała się dla mnie tym bardziej przerażająca, że Igor opowiadał mi o Ukraińcach, którzy po ukończeniu 21-go roku życia i bez statusu studenta są wcielani do wojska. On co prawda papiery miał, ale wiecie, jak to jest w takich chwilach, człowieka dopadają same najgorsze domysły.

Co robiłam przez tyle czasu? Nie za wiele, zwłaszcza kiedy się ściemniło. Zaczepiało mnie paru facetów, którzy pijaniutcy opowiadali o tym, że szukają żony dla kolegi albo pytali, czy mam ogień. Wcale nie przeszkadzało im, że mówię po Polsku i ledwo się dogadujemy. Pocieszał mnie jedynie fakt, że ze mną stała starsza kobieta i zdawała się „mieć na mnie oko”, ale w końcu i ona zniknęła. Co w tym wszystkim było najgorsze? Po fakcie dowiedzieliśmy się, że oboje z Igorem mogliśmy przejść przez polską kontrolę, gdybym zaznaczyła, że jesteśmy razem. Niestety przed przejściem wszyscy mówili odwrotnie…

Wiecie, ciążyło mi też gdzieś z tyłu głowy to, że zostawię Igora samego. Jest facetem, przecież sobie poradzi, ale po całej jego gościnie i hojności wydawało mi się straszliwym chamstwem wyjechać bez niego. Dopiero wiadomość od jego koleżanki jakoś mnie uspokoiła, chociaż nie miałam pojęcia, jak udało im się skontaktować. Przeczytałam ją jednak już dopiero w drodze na autobus.

Najlepsze było to, że właściwie nie wiedziałam, gdzie dokładnie powinnam się dostać. To znaczy wiedziałam, znałam nawet sposób, ale nie miałam pojęcia, w którą stronę iść i czego szukać. Poczekałam więc, aż jacyś Polacy przekroczą bramki, a oni wskazali mi drogę. Nawet trafiłam do miejsca odjazdu autobusu do Przemyśla, jednak po dojściu do wskazanego punktu nie było żadnego znaku ani nawet kogo zapytać, czy transport już jechał, czy nie (język angielski mogłam sobie odpuścić). To, co utkwiło mi w głowie najbardziej, to masa Ukraińców z alkoholem pod pachą, którzy byli chyba jeszcze bardziej zagubieni niż ja.

Za kilka sekund zaczepił mnie taksówkarz, który usłyszał mój polski. Nie miał jednak nikogo chętnego na przejażdżkę poza mną, więc wpierw udałam się do jakiejś budki czy mini-sklepiku (już teraz nie pamiętam, co to dokładnie było) i zapytałam, kiedy przyjedzie autobus. Człowiek za ladą spojrzał na mnie i mówi, że w sumie jeździ co godzinę, ale nie wiadomo, czy to nie był ostatni kurs na dziś. Wiecie, byłam pierdyliard kilometrów od domu, ciemno, prawie nikt nie mówi po Polsku, zaczepiali mnie faceci, zaczęłam bać się jak cholera i tylko determinacja powstrzymywała mój płacz.

I nagle słyszę: „Hej, na pewno Pani nie chce jechać? Mam trzy inne osoby, za 10 zł zawiozę Panią na dworzec w Przemyślu!”. Taksówkarz dosłownie uratował mi tyłek, więc podczas jazdy na szybko kupiłam bilet do domu. Na stację docelową dojechałam o 2-3 w nocy, coś koło tego, bo pamiętam, że był środek nocy. Całe szczęście środek weekendu (dosłownie, bo z soboty na niedzielę) i na miejscu zjawili się moi rodzice, żeby zabrać mnie do domu. I wiecie, to było piękne uczucie, że po tym wszystkim zerwali się z łóżka, by przyjechać, mimo że jestem dorosła i mogliby powiedzieć, że mam radzić sobie sama. Oni są tak naprawdę tym, dla czego warto wracać do domu i opowiadać o swoich podróżach. Życzę Wam, żebyście też mieli koło siebie takie osoby, na których zawsze możecie polegać – jak np. również mój kolega, który wiedział o całej sytuacji i zaszedł na stację specjalnie po to, by upewnić się, że nie dzieje mi się krzywda.

Igor przeszedł przez granicę zaraz po tym, jak odjechał pociąg. Długo czekał (łącznie z 6 godzin) – na tyle, że do domu dotarł 9-10 nad ranem, ale na całe szczęście do niego dotarł, bo wszyscy się martwiliśmy. Dzięki niemu wzbogaciłam się w dwie nowe rzeczy – świadomość, że już nigdy nie chcę przekraczać granicy na pieszo, a także wspomnienia, które choć godne pożałowania, za każdym razem przywołują uśmiech na twarzy.

Tym tragicznym, acz zabawnym aspektem zakończymy nasze lwowskie opowieści. Jeszcze raz bardzo dziękuję za możliwość wyjazdu i niesamowitą gościnę. Mam nadzieję, że wpisy się Wam podobały i znaleźliście w nich wartościowe informacje, które ułatwią Waszą podróż w przyszłości. Zainteresowanych zapraszam również na mojego Instagrama oraz fanpage’a na Facebooku. 😉

Malta – Jakich potraw skosztować, które omijać i co uchodzi za narodowe danie wyspy?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć maltańskiej kuchni, bo chyba mało kto na co dzień rzeczywiście interesował się, jak jada się w tak maleńkim państwie. Czy bliskie towarzystwo Włoch odegrało swoją rolę w tradycjach kulinarnych wyspy? Czy wieloletnie wpływy różnorodnych kultur pozostawiły swoje piętno? A może ciekawi Was, co uchodzi za narodowy przysmak maltański? Jeśli odpowiedź na którekolwiek z zadanych wyżej pytań brzmiała „tak”, to ten wpis jest właśnie dla Ciebie. Zwłaszcza jeśli lubisz jeść i oglądać zdjęcia jedzenia – to Cię na pewno nie ominie. Tutaj znajdziesz:

Zacznijmy może od tego, że szukając w Internecie informacji dotyczących maltańskiej sztuki kulinarnej, natkniemy się na mnóstwo potraw, które dają nam poczucie, że gdy tylko wejdziemy do pierwszej lepszej restauracji, zostaniemy zasypani nowymi smakami i doznaniami. Niestety muszę Was rozczarować i nieco obalić ten mit. Maltańscy kucharze bardzo mocno bazują na sprawdzonych, długowiecznych przepisach, głównie włoskich. Możemy wymyślać, że wpływy brytyjskie zapewniły tam dostępność takich dań jak na przykład ryba z frytkami, ale bądźmy szczerzy – z tym spotkamy się już praktycznie wszędzie w Europie, niezależnie od tego, czy stopa Brytyjczyka dotknęła danego terytorium, czy nie. Na Malcie spotkaliśmy się może dwa razy z restauracjami reprezentującymi tylko i wyłącznie maltańską kuchnię, ale zazwyczaj są one absurdalnie drogie, w granicach 14 euro za samą zupę rybną, która też wielkim odkryciem nie jest. Przyjęłam więc sobie za zadanie przede wszystkim przedstawić Wam mniej więcej nasz jadłospis i knajpy, które odwiedziliśmy, żebyście wiedzieli, gdzie zjecie dobrze, dużo i tanio. A może i trafią się przysmaki, o których istnieniu jednak nie wiedzieliście.

Ciekawe produkty spożywcze

Zacznę od jednej z pierwszych rzeczy, które zapewne odwiedzicie, będąc na wyspie, a mianowicie od sklepu spożywczego i tego, co od razu rzuca się w oczy. W zachodniej części Europy zawsze kusiły mnie słodycze, bo choć podobne do naszych, to często seundefinedrwuje się je w zupełnie innych formach i przeważnie w bardzo dużych opakowaniach po ileś(naście) sztuk. W marketach może tak tego nie widać, ale na Malcie istnieją stragany z lokalnymi słodyczami, gdzie odbywa się darmowa degustacja. Głównie są to ciastka, także łasuchy na pewno znajdą swoje miejsce (zwłaszcza wioska rybacka Marsaxlokk nie rozczaruje pod tym względem, najlepiej wybrać się tamnalokalne targi). W przypadku spożywczaków zaskoczyły mnie z kolei ciągoty do eksperymentowania z popcornem: słony, z masłem, Z CUKREM, karmelowy, czekoladowy, barwiony na kolory tęczy. Pod tym względem jestem fanką tradycyjnego smaku, wersja na słodko mnie nie przekonuje, ale na wyspie jest to dość mocno spopularyzowane.

Patriotyczna ciekawostka – wiele produktów mięsnych czy w kategorii nabiału jest opieczętowanych nalepką ZOTT, a na opakowaniach możemy dostrzec napisy typu: „Kabanosy polskie”. Trzeba jednak przyznać, że mimo znajomości produktów oraz marki, np. tak dobrej i ogromnej mozzarelli jeszcze nie jadłam. Była lekko słonawa i większa od dłoni. Standardowo też wybór oliwek robi wrażenie – nie mówię już nawet o nadziewanych, ale o zwykłych, zielonych; ogromnych, sprowadzanych z Grecji. Chyba żadne później nie smakują lepiej, zwłaszcza kiedy wróci się do Polski.

Restauracje – przegląd wyspy

Kiedy wejdziemy jednak do knajpy, i to naprawdę byle jakiej knajpy, na wielkie menu, które mieści się na kartce formatu A3, może trzy pozycje drobnym drukiem to tradycyjne maltańskie dania. Cała reszta to kuchnia włoska, może odrobinę zmodyfikowana. Nie tyczy się to tylko i wyłącznie dzielnicy Bugibba, gdzie mieszkaliśmy. Wczytywaliśmy się w menu na całej wyspie (w tym na Gozo) i naprawdę nie dostrzegaliśmy wielu zmian poza samą ceną, która w bogatszych miastach kurortowych takich jak Sliema czy St.Julian potrafiły urastać do rzędu 15 € za pizzę Margharitę. My żywiliśmy się głównie w San Pawl il-Bahar przede wszystkim dlatego, że większość stolików sytuowano kilka metrów od morza, widoki piękne, lekka bryza chłodziła po całym dniu wysiłku, no i codziennie mieliśmy z czego wybierać.

Zacznę od dwóch restauracji, które naszym zdaniem stały na najwyższym poziomie, jeśli chodzi o obsługę i jakość serwowanych dań, a są to Bognor oraz sąsiadująca z nią George’s Bugibba – Casual Dining.

Największe porcje i najtańsze wino

Bognor w Bugibbie – tu zjedliśmy w dzień naszego przylotu, a było wtedy już naprawdę późno, po 22.00. Właściwie za niedługo zamykali, ale nikomu jakby nie przeszkadzała nasza obecność, mimo że byliśmy prawie jedynymi już klientami. Usiedliśmy przy stoliku z widokiem na morze, a kelner to obsługiwał nas z uśmiechem, to w międzyczasie jadł swoją kolację. Atmosfera była po prostu przecudowna i dlatego też wyjaśnię pewną nieścisłość.

Restauracja zbiera różne opinie – od dobrych, po koszmarne. Te drugie dotyczą głównie owoców morza, za którymi my nie przepadamy, więc nie wypowiemy się w tej kwestii, natomiast zdążyliśmy zaobserwować kilka rzeczy. Nigdzie, ale to nigdzie nie dostaniecie tak ogromnych porcji jedzenia jak tam; jednym makaronem można wykarmić trzyosobową rodzinę i mimo że siedzieliśmy nad talerzem ze dwie godziny, nie wcisnęliśmy wszystkiego do końca. Druga sprawa – w środku tygodnia, nawet w sezonie, ruch wszędzie był taki dosyć przeciętny, natomiast piątek/sobota knajpy stawały się tak przepełnione, że trzeba było ustawiać się w kolejkę i czekać. Widzieliśmy w tym czasie, jak trójka kelnerów i salowy obskakują ze dwadzieścia stolików, dosłownie biegając od jednego do drugiego. Wiem, że od przedstawicieli takich zawodów wymaga się ciągłej uprzejmości i uśmiechu na twarzy, ale po kilku podobnych godzinach nie dziwiłam się, że wszyscy mają dość i są zmęczeni. Oczywiście to pewnie wina zbyt małej ilości personelu i błędów w zarządzaniu kadrą, ale ja absolutnie nie skreślałabym Bognor z tego powodu.

To właśnie tam znajdziecie najtańsze ceny za butelkę wina (porównywaliśmy później dokładnie te same w innych lokalach i nigdzie nie znaleźliśmy nic zbliżonego, mimo że produkt był dokładnie ten sam). Rozsmakowaliśmy się w białym Green Lable, które jest lokalnym wytworem. Cena sklepowa 3,5 €, w Bognor 5 €, więc nie jest to duża różnica. Lekkie, orzeźwiające, mnie bardzo kojarzyło się z greckim house wine. Idealne na upały i nie uderza tak mocno do głowy. Przy okazji jego picia po raz pierwszy spotkaliśmy się z takim, a nie innym patentem na chłodzenie butelki. Nie wkłada się jej do wiadra z lodem, a do specjalnego pokrowca/termosu, który zatrzymuje chłód. Wygląda to dość elegancko i działa bez zarzutu:

Tak jak wspominałam, porcje jedzenia są ogromne, aczkolwiek w przypadku makaronu polecamy wziąć spaghetti zamiast penne (jesteśmy pytani o wybór), bo jest go po prostu więcej. Risotto przyrządzone świetnie – dużo kurczaka, pieczarek, jest nawet opcja dosypania samodzielnie dodatkowego sera do każdego dania tego typu. Dalej bawi mnie, że będąc zapytanymi, czy chcemy skorzystać z tej opcji, wymieniliśmy z Szymonem jedno krótkie, porozumiewawcze spojrzenie i z całą pewnością w głosie odrzekliśmy: „YEEEES”. W tym miejscu jedliśmy chyba ze trzy razy, skusiłam się nawet na wegetariański makaron z racji faktu, że był podawany z ratatouille, suszonymi pomidorami i oliwkami. Naprawdę polecam, świetne miejsce na romantyczny wieczór, zwłaszcza kiedy opadnie ogólna wrzawa. Nas zapamiętano po pierwszej nocy i później kelner zawsze był bardzo przychylny i nam nadskakiwał. Swój rachunek możemy zamknąć w 18-25 € na dwie osoby.

Najlepsze ravioli na wyspie

W George’s Bugibba – Casual Dining z kolei mieliśmy już niemalże zaprzyjaźnionego kelnera pochodzącego z Macedonii. Zawsze doradzał nam najlepsze potrawy i wdawał się w rozmowę, która niewiele miała wspólnego z jedzeniem. Ostatniego dnia nawet zaprosił nas na piwo po pracy, ale okazało się, że nie dostał zmiany i w ogóle go nie było. Widać po nim jednak, że czerpie dużo radości z tego, co robi – niektórych gości zabawiał, a na niektórych tylko kręcił głową, kiedy byli wyjątkowo trudni. Tak czy inaczej, zawsze czuliśmy się tam mile widziani i przede wszystkim dobrze najedzeni. Lepszego ravioli nie znajdziecie nigdzie na całej wyspie. Porcja jest mała (6 pierożków) lub duża (12 pierożków) i występuje w dwóch wersjach: ricotta, sos pomidorowy, bazylia, parmezan lub ricotta, sos pieczarkowy z kawałkami pieczarek, czosnek i parmezan. Absolutnie nie mam pojęcia, jak wydobywali taki smak z dań, ale gwarantuję Wam, zwłaszcza w przypadku sosu pomidorowego, że nigdy wcześniej nie próbowaliście czegoś tak mocno smakującego pomidorem. Najlepsze danie na Malcie.

Tutaj też próbowaliśmy makaronów, a nawet skusiliśmy się na pikantnego kurczaka ze szczyptą chilli na ryżu. Co ciekawe, mimo ryżu dostaliśmy też frytki, a mięso wcale nie było ostre. Doprawione jednak świetnie, chrupkie na zewnątrz, a w środku bardzo delikatne i miękkie. W tym miejscu spotkamy się też ze składaną pizzą, która wygląda jak ogromny pieróg. Skosztowaliśmy nawet lokalnego piwa Cisk, którego reklamy na parasolkach czy szybach widać na każdym kroku – Szymon wersji tradycyjnej, ja smakowej (cytrynowej). Szału nie było, w sumie nie różniło się to wiele od Radlera, chociaż mój partner i tak orzekł, że lepsze to niż np. Tyskie. W tym miejscu również swój rachunek spokojnie zamkniemy do 16-21 € na dwie osoby.

Gdzie zjeść pizzę wyglądającą jak sałatka jarzynowa?

Nieco dalej, już w bardziej turystycznej i rozrywkowej części miasta, ale również z widokiem na brzeg morza, znajduje się knajpa o nazwie Bad Bull, gdzie jadłam najdziwniejsze wydanie bardzo znanej pizzy w całym swoim życiu. Łatwo to miejsce przeoczyć, bo niemalże pochłania je Pizza Hut obok. Nie jest najtańsze, ale pizzę i makarony możemy zakupić w przystępnych cenach, a akurat na ten wieczór to było wszystko, czego szukaliśmy. Obsługa w sumie niezauważalna, chociaż ponoć jest jeden kelner, który bardzo zagaduje. Pizza smaczna, wyładowana dodatkami, ale też dość tłusta i nie ma co tego ukrywać. Salami bardzo dobra, natomiast Quattro Stagioni… zabawne. Wiecie, „cztery pory roku” to zazwyczaj jedna pizza przyrządzona na cztery różne sposoby, po dwa kawałki na spróbowanie każdego z nich. Tu natomiast te cztery smaki były ułożone… paskami, a w dodatku zawierały takie śmieszności jak groszek czy jajko na twardo, przez co niektóre kawałki pizzy wyglądały jak sałatka jarzynowa. Jak to smakowało? Nie tak źle, jak od razu widzicie to w swojej wyobraźni, ale dość nijako, jako że brakowało jakiegoś mocnego, przebijającego się smaku. Tradycyjna część smakowała lepiej – polecam jednak spróbować, ciekawe doświadczenie dla podniebienia. Za całość możemy zamknąć się do 20 € (jak już pewnie zauważyliście, taki mniej więcej mieliśmy pułap).

Restauracja Bar-bara – pizza nie, drinki tak!

Skoro o pizzy mowa, to przechodzimy w tym momencie do bubli, które spotkały nas na wyspie i które my odradzamy. Zacznijmy od baru Bar-bara, gdzie ceny co prawda są niższe niż u konkurencji, ale ma się to dość mocno do jakości, przynajmniej jeśli odnosimy się do jedzenia. Do kelnera nie będę mieć zarzutów, bo z tego co zauważyliśmy, to były chyba jego pierwsze dni pracy, a wszyscy dobrze wiemy, jak to jest, kiedy człowiek się gdzieś wdraża i ciąży na nim duża presja. W kwestii jedzenia – skosztowaliśmy pizzy z karczochami, szynką i jajkiem, a dla mnie dużym zaskoczeniem było już samo to, że jajko nie zostało rozbełtane, tylko znowu właśnie podane na twardo. Najwyraźniej tak na Malcie już po prostu jest. Ciasto cienkie, ale takie dość nijakie, nie sprawiało wrażenia, jakby świeżo wyjęto je z pieca. I owszem, było smacznie, ale wiecie, to nie to, czego oczekuje się za wydane pieniądze, choć za dwie osoby możecie zapłacić tylko 15 euro. Z tego co jednak widzieliśmy, mimo wysokich cen, bardzo atrakcyjne w tym miejscu okazały się drinki (duży wybór, ładnie przygotowane), więc może lepiej celować w tym kierunku, jeśli chodzi o bar.

Gdzie NIE jeść?

Poniższy przykład to jednak jeszcze nic, bo dzień później poszliśmy do sąsiada Bar-bary. Za żadne skarby świata nie przypomnę sobie teraz jego nazwy, na mapkach Google także nie istnieje, ale to restauracja, która jest dosłownie po sąsiedzku, po lewej stronie. Powiem tak – obsługa pozostawiała wiele do życzenia, poczynając od niewymytych stolikach, a kończąc na zupełnej obojętności wobec klienta. Na Malcie wiele osób, które nas obsługują, nie od razu przyniosą menu, bo najwyraźniej często odwiedzają ich miejscowi z góry wiedzący, co chcą zamówić. W takiej sytuacji jednak kelner pyta, czy chcemy coś do picia, do jedzenia, czy może jednak przynieść menu. W przypadku tej knajpy kobieta po prostu spytała, co chcemy. Poprosiliśmy o kartę dań, w sumie ani be, ani me, ale w porządku. Okazało się, że duża część składników się skończyła, więc musieliśmy zrezygnować z wybranych w pierwszej kolejności posiłków.

Ostatecznie pokusiliśmy się na tortellini oraz narodową potrawę Malty – królika, z tym że dodanego do spaghetti. Pierwsza opcja zjadliwa, chociaż niewiele odstająca od sklepowych pierożków, w dodatku dość mocno słona, druga natomiast… straszliwie nas rozczarowała. Naszym problemem przede wszystkim było to, że nie do końca wiedzieliśmy, jak powinien smakować dobrze przyrządzony królik. Kiedy byłam dzieckiem, moja babcia co prawda je podawała, ale w formie pasztetu, więc raczej ciężko to przyrównać. Jestem natomiast świadoma jednego – podczas jedzenia raczej nie powinno się notorycznie wyciągać z ust kawałków chrząstek czy kosteczek. Nie powiem, że było ich więcej niż mięsa, ale raczej nie należało to do najprzyjemniejszych odczuć świata. W każdym razie doświadczenie było na tyle złe, że nie chcieliśmy drugi raz próbować, czy smakuje tak zawsze, czy wybraliśmy zły lokal. Chociaż tyle dobrze, że w tej knajpie również zamykamy się w niecałych 20 €. Generalnie bardzo nie polecamy. Dlaczego więc nie wyszliśmy już na początku? Życie nauczyło mnie, że nie zawsze najpiękniejsze miejsca oferują najlepsze smaki i na odwrót, ale nie zawsze musi się to sprawdzać.

Smakowe ciekawostki

Co do królika – to danie dostaniemy wszędzie, nie tylko jako dodatek. Możemy na przykład za 20-30 euro zamówić go na tacy w całości. Jeśli macie lepsze doświadczenia niż my, koniecznie podzielcie się opinią, może Wy przekonacie nas na drugą próbę.

Warto tutaj również wspomnieć o czymś w rodzaju przekąski, co możemy dostać w wielu piekarniach. Timpana, czyli włoskie danie – to tak naprawdę zwykłe penne bolognese mocno zlepione sosem i zapieczone w cieście francuskim, dzięki czemu wyglądem nieco przypomina lasagne i jest bardziej sycące. Smaku wiele to nie zmienia, można łatwo przyrządzić danie w domu, ale z drugiej strony nie wiem, czy sama byłabym skłonna do tego, żeby dokładać sobie roboty. Polecam jednak jako ciekawostkę, zwłaszcza by udowodnić Wam, że nie każda stolica państwa musi być droga. Dlaczego? Danie to nabyliśmy w Valettcie za 2 euro (normalną, dużą porcję) – standardowo kosztuje 4, natomiast po godz. 17.00, na chwilę przed zamknięciem, w takich miejscach obniża się ceny o połowę. Idealnie.

Kilka razy spotkaliśmy się też z czymś, co nazywa się bragioli (również włoskie danie), ale z racji ceny (12-15 euro za porcję) odpuściliśmy sobie tę przyjemność. Spróbujcie więc na własnym tripie i dajcie nam znać – to tak naprawdę rolady z marchewką, cebulą i oliwkami (choć częściej nie). Brzmi dość znajomo 🙂

Najsmaczniejsze lody

Było już mnóstwo o ciepłych daniach i przekąskach, trzeba jednak wspomnieć też parę słów o czymś, co może nas schłodzić, a mianowicie o lodach. Z najlepszymi z nich spotkaliśmy się w Sotto Zero. Wybraliśmy tę lodziarnię przede wszystkim dlatego, że któregoś wieczora dostrzegliśmy ogromną kolejkę ciągnącą się do tego miejsca przez pół ulicy i zdecydowaliśmy, że musimy zobaczyć, o co ten cały zachód. W godzinach przedpołudniowych jest zupełnie pusto i często z tego korzystaliśmy. Wybór lodów jest ogromny, różnorodność smaków wręcz powala – są tradycyjne, owocowe, kwaśne, bardzo słodkie. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: jogurt, melon, M&M’s, Amaretto; co dusza zapragnie. Gałka kosztuje 2,5 euro, każda kolejna dodatkowe euro. Gwarantuję Wam jednak, że po jednej będziecie mieć równocześnie serdecznie dość i pragnąć więcej.

W tym miejscu je się głównie z kubeczków (można poprosić o wafelek, choć jest droższy) i jedną gałkę liczy się w ten sposób, że najpierw uzupełnia się kubeczek, a później na szczyt kładzie się ogromną hałdę lodów, która roztapia się szybciej, niż jesteś w stanie ją jeść. Arbuz naprawdę smakuje jak arbuz, w M&M’sach znajdziemy kawałki M&M’sów. Zakochałam się też absolutnie w czymś, co nazywa się kremem z pistacji. Wiecie, nie zwykła, jasna pistacja, a coś, co jest dosłownie ciemnozielone. Nie wiem, czy to jakoś specjalnie zmielony orzech, czy inna magia, natomiast był tak słodki jak mleczna czekolada, po prostu obłęd. MUSISZ TAM BYĆ – a wiesz czemu? Bo na miejscu jest darmowe kosztowanie. Nie umiesz zdecydować się na smak? Możesz poprosić o spróbowanie dziesięciu z nich i dopiero później podjąć decyzję. Czy to nie jest piękne?

Chłodzone napoje

Jeśli natomiast skupiamy się na chłodzonych napojach, to w każdym miejscu, w każdej kawiarni uświadczymy mrożonej kawy – często z syropem, natomiast rzadko z lodami smakowymi. Przeważnie to po prostu mocna kawa z kostkami lodu, ale akurat my za nią przepadamy i Grecja pod tym względem nauczyła mnie kultury picia.

Bardzo polecam jeszcze Slushy/Slush, który w innych krajach nazywa się Granitą, u nas z kolei zwykłym sorbetem lodowym. Sęk jednak w tym, że na Gozo, w okolicach Lazurowego Okna, możemy natknąć się na ten przysmak z dodatkiem alkoholu – np. Red Bulla połączonego z wódką lub samej limoncelli. Nie jest to mocne, a smakowało nam ogromnie, zwłaszcza sączone przez słomkę nad brzegiem morza.

W wielu miejscach możemy też natrafić na lokalne likiery sprzedawane np. w trzypakach za 9 euro. Jest to na tyle wygodne, że nie musimy kupować jednej, drogiej butelki, a właśnie zapoznać się z kilkoma smakami takimi jak chlebek świętojański, figa czy opuncja. Nie jest to jednak napój dla każdego – przede wszystkim dlatego, że musimy pogodzić się z jego mocną słodyczą. Wypicie większej ilości raczej szybko potrafiłoby zmulić – mnie figa smakowała najbardziej, natomiast Szymon otwarcie przyznał, że chyba nie jest w stanie tego pić. Jeśli jednak nie dla Was samych, to warto kupić taki zestaw na prezent – nie ma z nim problemu na lotnisku, w dodatku sami możemy dobrać smaki do zapakowania. My swój nabyliśmy akurat w Mdinie.

Jedzenie na Gozo

Z Gozoniestety nie mamy tylu kulinarnych przeżyć, ale troszkę się porozglądaliśmy i chcę obalić mit o tym, że ceny są w tym miejscu znacznie niższe niż na całej Malcie. Nawet jeśli kiedyś tak było, to w dobie kryzysu każdy ratuje się, jak może i teraz wielkiej różnicy nie widać. Zbyt wielu sprawdzonych knajp nie mamy, natomiast Szymon zakochał się jednej, prowadzonej przez rodowitych Włochów w samym Rabacie (miejscowości, a nie w zniżkach :D). Lokal nazywał się Pasta Republic i przygotowuje się w nim domowy makaron. Właściwie wybiera się tylko porcję małą lub king size, ewentualnie jakiś pakiecik z winem i nawet duże porcje kosztują koło 8 euro. Cena jest jedna dla każdego rodzaju sosów, które nie są wymyślne, dość zwyczajne, ale rzeczywiście bardzo smaczne po przyrządzeniu. Z pewnością jeden z lepszych makaronów, dużo grubszy niż w przeciętnych restauracjach, no i porcja rzeczywiście taka, że napełnicie głodne po całym dniu brzuchy. Co akurat fajne, mamy możliwość zapłacenia zarówno przed jedzeniem, jak i po. Trzeba mieć jednak na względzie, że sam lokal dalej jest zamknięty dla turystów ze względu na koronawirusa, a na zewnątrz znajdują się jedynie dwa stoliki do swobodnego siedzenia.

To chyba tyle, mam nadzieję, że nakreśliłam Wam mniej więcej, czego możecie spodziewać się po przylocie na Maltę, gdzie warto lub nie warto zjeść, a także w jakie smakołyki celować. Jestem świadoma, że wielkiej różnorodności czy też zaskoczenia tutaj nie uświadczyliście, ale mam nadzieję, że odwiedzicie któreś z polecanych przez nas miejsc i podzielicie się swoimi wrażeniami – mam nadzieję; równie pozytywnymi.

Malta cz.3 – Jakie płatne atrakcje warto odwiedzić na wyspie, ile kosztują i co dzięki nim zobaczymy?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-ciodniowej wyprawy na Maltę. Jest kontynuacją wcześniejszych wątków, ale jeśli chcesz, możesz zacząć czytać od tego miejsca i nie powinno zaburzyć to Twojego odbioru. Dziś opowiem Wam o kilku płatnych atrakcjach w zamkniętych przestrzeniach na wyspie i doradzę, które z nich najlepiej sobie odpuścić, a które wpisać na swoją listę must-have. Zapraszam! Oto, co Cię tu czeka:

Co warto zaznaczyć w ramach wstępu to fakt, że zanim wybierzemy się w dane miejsce, konieczne jest sprawdzenie aktualnych cenników i dodatkowych informacji. Na Malcie bardzo często spotkamy się z tym, że podchodząc do kasy, nie mamy tablicy z przedstawionymi kosztami dla różnych grup wiekowych czy dni tygodnia – zwykle pracownicy danej atrakcji przekazują nam tę wiedzę samodzielnie i, jak można się domyślić, raczej nie stawiają sobie za priorytet, by wybrać dla nas jak najdogodniejszą opcję. Taki research jest ważny zwłaszcza w czasach pandemii, bo zaraz po lockdownie ceny za wejścia spadły w wielu miejscach bardzo dostrzegalnie, a potem wróciły do normy, czego nie aktualizuje się ani na banerach reklamowych, ani na stronach internetowych – druga więc zasada: zawsze warto pytać i nie bać się, że wyjdziemy na Janusza.

Wioska Popeya – cena, atrakcje, opinia

Mówię o tym przede wszystkim dlatego, że my sami, nawet mając wprawę w wyjazdach, daliśmy pod tym względem plamę i to w jeden z pierwszych dni. Udaliśmy się do wioski Popeya (wiecie, tego marynarza jedzącego szpinak), bo od początku to była dla nas jedna z bardziej atrakcyjnych lokacji. Pamiętam jeszcze, jak siedząc w domu, przeglądaliśmy zdjęcia Malty i podziwialiśmy te kolorowe, malutkie czy krzywe domki – im dłużej to robiliśmy, tym bardziej stawaliśmy się napaleni na wyjazd.

Miejsce wydawało się tym bardziej przyciągające, że w zamyśle nie powstało po to, by przyciągać turystów. Pewnie na początku nikt się nawet nie spodziewał, że takie okaże jego końcowe przeznaczenie. Jaki więc był główny cel jego powstania? Przede wszystkim służyło za plan filmowy do musicalu, gdzie główną rolę zagrał Robin Williams. Nie zdziwię się, jeśli większość z Was nie miała z nim styczności i żyła samą kreskówką – to podobnie jak my. Po obejściu wioski naszła nas jednak ochota na poznanie drugiej opcji, mimo że w naszych głowach tkwiło poczucie, jak bardzo naiwne i głupiutkie to prawdopodobnie będzie. Przyjemnie jednak oglądać jakiś film i mówić: „Patrz, ten domek widzieliśmy!”

Budowa wioski zajęła siedem miesięcy i jest to wynik dość imponujący, nawet jeśli brać pod uwagę, że powierzchnia tego miejsca nie jest zbyt duża. Sceneria wygląda jednak naprawdę bajkowo – oprócz kolorów urzeka celowe niedbalstwo, polegające na tym, że wiele elementów jest niesymetrycznych, dachy domów są krzywe i właściwie wszystko wydaje się lekko pokraczne. Większość budynków została poddana renowacji, ale my na przykład ujrzeliśmy jeden z ostatnich, który jeszcze nie doczekał się odnowy. Zabezpieczono go rusztowaniami, da się dostrzec wyblakłą farbę, niemalże zburzony środek i spróchniałe deski, które ledwie się trzymają. Bardzo ciekawy kontrast dla niemal idealnej całości.

Cena

Bilety wstępu w okresie letnim są uzależnione od dni tygodnia, kiedy odwiedzamy obiekt. W weekend za osobę dorosłą zapłacimy 18 euro, natomiast w tygodniu o połowę taniej. Niestety dowiedzieliśmy się o tym za późno, ponieważ już w momencie, gdy wychodziliśmy z ośrodka. Troszkę więc chodziło to za nami do końca wyjazdu, bo jednak warto byłoby te dodatkowe pieniądze mieć, aczkolwiek samego wstępu i odwiedzin absolutnie nie żałujemy. Zabawiliśmy tam około trzech godzin; wydawałoby się, że to wręcz niemożliwe, a jednak czeka nas sporo atrakcji. W cenie biletu otrzymujemy darmową pocztówkę i popcorn, które później możemy odebrać na trasie.

Dostępne obiekty

Wbrew pozorom nie podziwiamy obiektów tylko z zewnątrz – bardzo często istnieje możliwość wejścia do środka domku. Część z nich została przerobiona na kino, restaurację, toalety czy sklepy z pamiątkami, ale do niektórych zaglądamy, by obejrzeć zdjęcia z planu filmowego, zbiory figurek i pluszaków, a także rekwizyty, które zostały użyte podczas nagrywania musicalu.

Istnieje też specjalna strefa z grami, gdzie możemy uzupełniać drewniane układanki, grać w warcaby, kółko i krzyżyk i tym podobne. Znajdują się tam jednak także nieco bardziej skomplikowane obiekty, które umożliwiają nam rywalizację – na przykład tor przeszkód, gdzie musimy przejść trasę pomiędzy gęsto zawieszonymi nitkami z dzwoneczkami. Celem jest niewywołanie dźwięku żadnego z nich, ale mimo naszych małych rozmiarów okazało się to dosyć trudne. Jeszcze ciekawszą opcją jest toilet game, gdzie pod ścianą ustawiono wystylizowane kibelki i narysowano na nich celownik, do którego musimy rzucać prawdopodobnie papierem toaletowym, by zamknąć klapę. Rozgrywki na żywo nie udało nam się jednak zobaczyć. L Poleciłabym Wam również mini-golf, który znajduje się na miejscu, bo sama jestem wielką fanką i wspominam grę z sentymentem, jednak widać, że nikt już dawno o tę strefę nie zadbał. Tory są dość zdewastowane, krzywe, przeszkody przewrócone – a szkoda, bo miejsce kiedyś musiało wyglądać naprawdę ładnie. Rozegraliśmy dwa dołki na słońcu i poddaliśmy się, bo więcej tam było wściekania się niż zabawy.

Iluzje optyczne i zabiegi filmowe

Poddaliśmy się też iluzjom optycznym dzięki domkowi z krzywą podłogą. Tego zabiegu ponoć bardzo często używano w filmie, by zniekształcić perspektywę widza. Polegało to na tym, że domek był idealną bryłą, natomiast kafelki w środku układano w taki sposób, by jedna osoba stała dużo wyżej niż druga. Na ujęciach więc wyglądało to w ten sposób, że obie postacie stoją na równej powierzchni, natomiast jedna ma sufit tuż nad głową, podczas kiedy drugiej brakuje do niego jeszcze grubo ponad metr. Chcieliśmy przedstawić Wam to na zdjęciu, niestety brakowało nam trzeciej osoby do strzelenia fotki, plus w środku było na tyle ciasno, że i tak nie dałoby rady jej zrobić. Musicie więc sami pojechać na miejsce i dowiedzieć się, co mam na myśli.

Oprócz rozrywki, którą zapewniamy sobie sami, możliwe jest obejrzenie inscenizacji odgrywanych przez pracowników wioski. Występują nie tylko na scenie, ale też zaczepiają przypadkowych przechodniów; z jednej strony to gratka dla dzieciaków, z drugiej my jako dorośli czuliśmy się dosyć nieswojo w tego typu interakcji, bo właściwie tylko stoimy i patrzymy, jak postacie przerzucają się zdaniami na twój temat. Jeśli chcemy być takim biernym widzem, to najlepiej udać się do kina, gdzie pokazana została historia powstania musicalu i wioski w języku maltańskim lub angielskim.

Kąpiel w zatoce

Duża zaleta – na miejscu możemy się również wykąpać w zatoce, mamy darmowy dostęp do materacy z baldachimami oraz dmuchanych atrakcji w wodzie. Trzeba więc przyznać, że może i cena za wejście jest wysoka, zwłaszcza w weekend, ale zyskujemy dużo możliwości (za które zwykle dodatkowo się płaci, jeśli na przykład kąpiemy się w jakiejś zwyklej zatoce). Co zabawne, kawałek dalej od brzegu znajduje się jakby betonowe molo, które nie należy już do wioski. Można pod nie podjechać samochodem, więc jeśli ktoś uparłby się na płynięcie wpław, to mógłby dostać się do atrakcji całkowicie za darmo, chociaż to nieładnie 😉

Ostatecznie polecamy, pod spodem podrzucam jeszcze kilka zdjęć na zachętę:

Malta National Aquarium – cena, obiekty i ciekawostki

Drugie płatne miejsce, które jest mocno rozsławione na Malcie, to Narodowe Akwarium (Malta National Aquarium). Jeśli posiadacie miejską kartę autobusową Tallinja Explore, o której pisałam TUTAJ, otrzymujecie z góry 3 euro zniżki od osoby na tę atrakcję. W czasach koronawirusa to nie obowiązuje, z racji tego, że bilety generalnie są znacznie tańsze. Wcześniej kosztowały 13,90 euro, obecnie 12,90, natomiast my weszliśmy jeszcze za 8/9 euro (dokładnie nie pamiętam, ale w tych granicach). Bardzo miła niespodzianka, mimo że na miejscu wciąż musimy przejść kilka procedur takich jak mierzenie temperatury czy nieustanne noszenie maseczki. Jedynym wyjątkiem jest pamiątkowe zdjęcie, gdzie możemy się odsłonić, chociaż to opcja płatna 3 euro i my z niej zrezygnowaliśmy. Jeśli chodzi o dodatkowe atrakcje, to na miejscu znajduje się też bistro i zewnętrzny plac zabaw dla dzieci.

Strefy akwarium

Co możemy zobaczyć wewnątrz akwarium? Całość jest podzielona na pięć, a tak naprawdę sześć stref. Przyznam jednak szczerze, że przechodząc z jednej do drugiej, nie odczuwało się zbyt dużej różnicy. Chodzi nie tyle o zmieniający się wystrój, co o typ zwierząt, które spotkamy za szkłem. Zwykle odzwierciedlają one faunę danej części Malty.

  1. Zachodnia linia brzegowa Malty (gdzie zobaczymy rekiny, które po jakimś czasie z powrotem wypuszcza się do morza; spotkało to już ponad 300 egzemplarzy i zostawia mocno pozytywne odczucia z racji tego, że zwierzęta nie są „więzione” w akwarium całe życie).
  2. Port Valetty
  3. Tropikalny ocean (dotyczy głównie oceanu Indo-Pacyfiku)
  4. Czasy romańskie (w tym miejscu odtwarza się wraki starożytnych statków, znajduje się tu również replika kotwicy św. Pawła)
  5. Gozo i Comino (czyli wyspy należące do Malty)
  6. Gady i płazy

Malta – wierzenia i kult świętych

Ciekawostka na temat punktu czwartego – wspominałam już, że mieszkaliśmy w Zatoce św. Pawła, tutaj mowa o replice kotwicy z jego statku, ale to nie wszystko. Wewnątrz akwariów można znaleźć nawet posąg przedstawiający jego podobiznę, podobnie jak podobizny innych świętych. Tego aspektu na Malcie akurat nie da się przeoczyć, kult świętych jest tam dostrzegalny na każdym kroku. Co chwilę natykamy się na kościoły, na rogu każdej ulicy czy nawet domu znajdują się posążki i figury postaci. Jest ich tak dużo, że w pewnym momencie zastanawialiśmy się, czy mieszkańcy wiedzą w ogóle, który pomnik uosabia którą osobistość. Podczas pobytu widzieliśmy przynajmniej cztery przedstawiające Jana Pawła II i być może jest to powód, dla którego maltańczycy odnoszą się bardzo przychylnie do Polaków. W wielu miejscach spotkamy też ojca Pio, odnalazł się nawet memoriał ku pamięci Maksymiliana Kolbe.

To Was pewnie zdziwi, ale mimo takiego podkreślania, mieszkańcy wyspy bazują też na kilku przesądach, które nijak mają się do chrześcijaństwa. Bardzo często chodząc po sklepach z pamiątkami czy odwiedzając porty, natkniecie się na charakterystyczny symbol, który widnieje nawet na kartach miejskich, a mianowicie na oko Ozyrysa. Do dziś uważa się, że umieszczając je na łódkach czy statkach, człowiek zabezpiecza się przed złymi warunkami na morzu i gwarantuje sobie bezpieczny powrót do domu. A nawet jeśli tak nie jest, to znak pojawia się wszędzie i nie ma osoby, która by go nie skojarzyła.

Dostępne obiekty i atrakcje

Podsumowując jednak całokształt zwiedzania – zajmie Wam ono koło dwóch godzin i jest warte swojej ceny. Napotkacie bardzo wiele gatunków ryb, których pewnie nigdy dotąd nie widzieliście (na przykład rybę w brokacie). Szkoda tylko, że na miejscu nie ma tabliczek informacyjnych na temat danych gatunków. Wiem, że ludzie i tak niewiele by zapamiętali, ale czasem warto nauczyć się nowych nazw czy choćby zaspokoić ciekawość. Znajdziemy za to bardzo dużo wystaw poświęconych problemowi śmiecenia – na przykład, że kiedy śmiecimy, pojawiają się szczury, a te z kolei zjadają jaja mew, dlatego powinniśmy się tego wystrzegać.

Sam wystrój jest jednak mocno dopracowany, a obiekt zadbany – widzieliśmy, jak obsługa na bieżąco czyści terraria. Pamiętam, że akurat szukałam w jednym z nich żab czy innego żyjątka, w każdym razie ciężko było mi je znaleźć. Patrzę po bokach, na dole, u góry… i kiedy uniosłam wzrok, zobaczyłam twarz jakiegoś mężczyzny. Jak ja się wystraszyłam! A okazało się, że pracownik akwarium po prostu uniósł klapę i wrzucił do środka jedzenie. Widać było, że ma ze mnie niezły ubaw, ale zaraz potem i ja, i Szymon wybuchliśmy śmiechem.

W tej samej strefie możemy podziwiać też kameleona, legwany czy węże, ale mnie najbardziej utkwiło w głowie maleńkie stworzonko, które nie mam pojęcia, czym było. Trochę jak nierozwinięta do końca żaba, troszkę jak chodzący glutek, ale zainteresowanie ludźmi przejawiał ogromne. Siedział dokładnie po drugiej stronie akwarium, a kiedy dotknęliśmy palcem szyby, z prędkością światła przybiegł/podpełzł(?) do nas i patrzył wyłupiastymi oczkami. Może nie jest najpiękniejszy, ale spójrzcie na niego:

Na miejscu spotkamy również szklany tunel – jeśli byliście w zoo we Wrocławiu, to wiecie, o czym mowa. Nie był może najbardziej okazały, z jakim się spotkałam, ale widoki i tak wspaniałe. Bardzo fajnie wyglądało to zwłaszcza na filmikach, bo rekiny podpływały bardzo blisko i idealnie trafiały w kadr. Wszystkie stworzenia są dosłownie na wyciągnięcie ręki, a my możemy poczuć się przez chwilę tak, jakbyśmy byli pod wodą razem z nimi. Super uczucie, polecam się wybrać.

Parki wodne Malty

Trzecie miejsce, a może raczej miejsca, o których chciałabym wspomnieć, to Splash & Fun Water Park oraz Bugibba Water Park. Jeśli samo morze to dla Was za mało, przeszkadzają Wam w większości kamieniste plaże i brak przestrzeni dla dzieci, to wybór tej opcji wydaje się zrozumiały. Niestety wiele miejsc do kąpieli na Malcie ma to do siebie, że bardzo szybko z płycizny przechodzimy na głębię, gdzie nie dotykamy stopami dna, a wiadomo, z maluchami to zawsze odrobina strachu i non-stop trzeba mieć je na oku. My tą kwestią jeszcze nie musimy się przejmować i z tego względu odpuściliśmy sobie tę przyjemność, ale widzieliśmy oba parki z zewnątrz i pozwolę sobie na naskrobanie krótkiej opinii o każdym z nich.

Bugibba Water Park

Jeśli już gdzieś bym się udała, to raczej do Splash, przede wszystkim dlatego, że Bugibba jest dosyć mała, właśnie zaprojektowana mocno pod szkraby. Kilka psikawek, jakichś małych zjeżdżalni, no ale przynajmniej mamy gwarancję bezpieczeństwa i wiemy, że dziecko zajmie się sobą lub rówieśnikami. Na pewno dużą zaletą parku jest to, że nie uiszczamy żadnej opłaty za wstęp. W dodatku znajduje się bardzo blisko linii brzegowej, dlatego można połączyć to z nurkowaniem i kąpielą w morzu tak, by zarówno dzieciaki, jak i rodzice mieli jakąś nagrodę.

Splash & Fun Water Park

Splash z kolei ma atrakcje zaprojektowane bardziej pod dorosłych, zjeżdżalnie są wyższe i poziom trudności wzrasta. Na miejscu mamy możliwość wykąpania się w kilku basenach– relaksacyjnym, rwącej rzece czy zbiorniku ze sztucznymi falami. Chętni mogą też pójść na trampoliny. Dla dzieci przewidziano park dinozaurów czy uczestnictwo w animacjach, utworzono też specjalny park rozrywki z karuzelami oraz autkami. Jak można się domyślić, z racji wielkości i bogatej oferty tutaj już musimy płacić za wstęp. Całodniowy bilet kosztuje 22 euro, natomiast półdniowy (po godzinie 15.00) 15 euro, co jednak stanowi spory wydatek. Trzeba więc zastanowić się, czy mimo dostępu do morza zależy nam na rozrywce w postaci zjeżdżalni i podwyższonej adrenaliny, czy jednak stawiamy tylko i wyłącznie na ochłodę, a zaoszczędzone pieniądze na planujemy przeznaczyć na coś innego.

Mediterraneo Marine Park

Zaraz obok Spash & Fun Water Park znajduje się Mediterraneo Marine Park, który my zostawiliśmy sobie na ostatni dzień pobytu, nim wyjechaliśmy na lotnisko. Wylot mieliśmy dopiero wieczorem, więc stwierdziliśmy, że to będzie świetna opcja, żeby przez cały dzień nie targać ze sobą bagaży podczas zwiedzania i by nie spiec się jeszcze bardziej na plaży. Pomyśleliśmy, że usiądziemy przy zwierzętach i będziemy czekać na występy oraz porę karmienia. Na miejscu nie ma zbyt dużo okazów, więc to oszczędzało nam ciągłych wędrówek z jednego końca parku na drugi – znajdziemy tam jedynie lwy morskie, papugi, delfiny, gady oraz żółwie.

Cena

Bilety wstępu są absurdalnie drogie, dlatego też woleliśmy odłożyć ten wyjazd jak najpóźniej i rozeznać się, ile zostanie nam pieniędzy. To wszystko dlatego, że nie tylko możemy oglądać zwierzęta, ale też dokonywać z nimi interakcji i w ten sposób wydać nawet 150 € za pakiety. Czy byliśmy aż tak szaleni? No niespecjalnie. Dlatego zdecydowaliśmy się na kupno samego wejścia za 16 euro od osoby… prawie.

(Nie)atrakcje

Każdy taki morski park, w którym byłam do tej pory, działał dokładnie na takiej zasadzie, jak przedstawiłam Wam to powyżej. Troszkę można przyrównać to do zoo, gdzie podziwiamy zwierzęta, a w specjalnie wyznaczonych godzinach oglądamy pokazy treserskie czy karmienie. Mediterraneo Marine Park jest pod tym względem wyjątkiem i Szymon jeszcze kilka razy tego samego dnia powtarzał mi, że miałam nosa i nie zgadzałam się na kupno biletów online. Dlaczego? Gdy tylko podeszliśmy do kasy, pani pokazała nam specjalną mapkę obiektu i zaznaczyła godziny, kiedy są następne pokazy zwierząt. Jest sesja poranna i popołudniowa, w której wszystkie pokazy się powtarzają. My trafiliśmy akurat na lukę, którą uzupełniały lwy morskie – jak się okazało, to wcale nie oglądanie ich, a możliwość zrobienia sobie z nimi zdjęcia, za co trzeba dopłacić, bo bilet nie pokrywa wszystkich kosztów. Podziękowaliśmy i stwierdziliśmy, że zaczekamy na inne zwierzęta, na co pani mówi, że musimy czekać na zewnątrz, bo zwierzęta ogląda się tylko i wyłącznie na pokazach o wyznaczonych godzinach, a tak ogólnie to nie można. Nie wiem, czy zamykają trybuny, czy zwierzęta, ale ta opcja wydała nam się zupełnie abstrakcyjna. Co prawda można wychodzić i wchodzić do parku danego dnia na ten sam bilet, no ale halo. Stanęło na tym, że możemy coś obejrzeć najszybciej za dwie godziny, potem znowu musimy czekać i tak w kółko. Ostatecznie podziękowaliśmy, bo jakoś nie widziało nam się na siłę kupować biletów tylko dlatego, że tak założyliśmy wcześniej. Generalnie nie polecamy, pierwszy raz spotkaliśmy się z podobnymi zasadami i raczej nie pozostawiło to w nas pozytywnych wrażeń.

I tą przestrogą kończymy nasz dzisiejszy wpis. W następnym skupimy się na atrakcjach w samej dzielnicy Bugibby (zarówno płatnych, jak i nie) – już może nie tak drogich i rozsławionych, ale wciąż wartych wspomnienia. Mam nadzieję, że dzięki nam zdobyłeś kilka pożytecznych informacji i zajrzysz do następnej części wpisu. A w czasie czekania możesz zerknąć na mojego fanpage’a na Facebooku lub Instagrama. Odnośniki na górze po prawej, zapraszam! 🙂

Malta cz.2 – Jakie dokumenty trzeba uzupełnić na lotnisku, co różni oba kraje i jak radzić sobie z upałem?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-dniowej wyprawy na Maltę we dwoje. Jest kontynuacją poprzedniego, ogólnoinformacyjnego, ale też nic nie stoi na przeszkodzie, żeby czytać od tego miejsca. Tutaj poruszymy kwestię tego, jak zmieniła się sytuacja na lotniskach pod kątem pandemii, a także nakreślimy parę pierwszych skojarzeń czy wspomnień tuż po przybyciu na wyspę. Nie zabraknie również sprawdzonych sposobów na nieustające upały, zapraszam!

Jako że wylot mieliśmy koło godziny 15.00 z Poznania, a na odprawie chcieliśmy zjawić się po 13.00, nasza podróż zaczęła się już z samego rana. Śmialiśmy się nawet, że krócej lecimy na maltańską wyspę niż dojeżdżamy nad maltańskie jezioro (tak, w Poznaniu jest jezioro, które nazywa się Malta). Zanim dotarliśmy do Opola, przesiedliśmy się na pociąg, zjedliśmy przy Poznaniu Głównym i zatrzymaliśmy się w autobusie nr 159 na lotnisku, minęło pięć godzin. Lot na Maltę trwał tylko 2,5 h, więc pestka. Jak jednak wyglądała cała wcześniejsza procedura?

Jakie zmiany pandemia wniosła na lotniskach?

Zarówno w pociągu, na lotnisku, jak i w samolocie trzeba mieć nieustannie założoną maseczkę. Wyjątkiem są jedynie punkty gastronomiczne, w których na czas jedzenia można z tego obowiązku zrezygnować. Czy w praktyce wszyscy się do tego stosują? Nie mają wyboru, chociaż większą dyscyplinę dostrzegliśmy podczas lotu. W innych przypadkach ludzie raczej odchylają maseczki, kiedy tylko mogą, no chyba że konduktor zwróci im uwagę albo sami mają na tyle przyzwoitości, by w porę się schować. Trochę to już niestety pic na wodę, zwłaszcza że co chwilę je zakładamy, zdejmujemy i wszyscy używają tej samej maseczki przez miesiąc, ale powiedzmy, że osiągamy efekt placebo i czujemy się względnie bezpieczni. W samolocie stewardowie i stewardessy kontrolują to znacznie częściej i raczej rzeczywiście wszyscy siedzą zamaskowani.

Podczas odprawy zmienia się niewiele, poza faktem, że mocno zaleca się teraz odprawy online. Ja jestem akurat ich zwolenniczką niezależnie od sytuacji epidemicznej, bo po prostu zaoszczędzają mnóstwo czasu. Wystarczy najwcześniej na dwa tygodnie przed odlotem zalogować się na konto, z którego kupowaliśmy bilety lotnicze (lub wpisać unikalny numer rezerwacji w przypadku braku konta), od razu uzupełniamy wszystkie informacje z naszych dokumentów, wybieramy miejsce do siedzenia i ewentualnie dokupujemy jakieś dodatkowe pakiety. Zwłaszcza w przypadku bagażu podręcznego ta opcja sprawdza się znakomicie, bo nie potrzebujemy w ogóle podchodzić do stanowiska odpraw, co zaoszczędza jakieś 40 minut naszego czasu. Jak zwykle jednak polecam zjawić się na lotnisku wcześniej, a nie na styk, bo po co się denerwować?

W Polsce, jeszcze zanim zacznie się gorączka kontroli, przechodzimy przez pierwszą bramkę i jesteśmy poddawani mierzeniu temperatury. Proces jest dość zabawny, bo nie przebiega tak jak wszędzie indziej, tj. poprzez nakierowanie elektronicznego termometru na czoło. Bramka ma specjalnie wbudowany termometr, który sprawdza nas poprzez… wewnętrzną część ręki tuż przy nadgarstku. Być może jest to jakiś sposób, by zminimalizować prawdopodobieństwo wystąpienia gorączki lub sprzęt zaprogramowano tak, by nieco zaniżał wyniki, bo dosłownie każdy, kto poddawał się pomiarowi, odbiegał od normy mimo upału. Mnie pokazało 36,0℃, Szymonowi 35,5℃, a mężczyźnie przed nami jeszcze mniej. Może to przypadek, podejrzewam jednak, że mimo wszystko każdy stara się uniknąć zamieszania i mieć jak najmniejsze prawdopodobieństwo zatrzymania zakażonego. Oczywiście mogę się mylić, to tylko luźno rzucone przemyślenia.

Przechodzenie przez bramki wykrywające metal nie zmieniło się ani trochę, poza faktem, że pudełka, do których wkładamy bagaże podręczne i elektroniczne urządzenia, są teraz każdorazowo dezynfekowane, przez co często są po prostu mokre, kiedy coś do nich wkładamy. Troszkę głupio, zważając na fakt, że to najczęściej telefony, aparaty i laptopy, no ale wilgoci raczej nie ma na tyle, by sprzęt uległ uszkodzeniu. W Polsce przy okazji tego procesu cały czas przestrzega się odległości między pasażerami i wszystko przebiega raczej w dużym pośpiechu, na Malcie odczuwałam mniejszą presję w tej kwestii. Tutaj też muszę się pochwalić – kto pamięta nasze islandzkie wpisy, ten wie, że nigdy nie przeszłam niezauważona przez bramkę wykrywającą metal, przeszukiwali mi też bagaż podręczny i zrobili test na obecność substancji wybuchowych. Po tamtych zajściach po raz pierwszy stresowałam się kontrolą – zupełnie bezpodstawnie, dokładnie tak jak przy każdej bramce sklepowej. I wiecie co? Udało mi się przejść bez zatrzymania i to dwukrotnie! 😀

Jeśli chodzi o samolot, to pozostało zaledwie kilka miejsc wolnych. Ruch na lotnisku co prawda wydawał się mniejszy niż zwykle, ale nie aż tak, żeby robiło to przytłaczające wrażenie. Co za tym idzie – na Malcie wśród turystów spotykało się w 95% Polaków. Czasem dało się zobaczyć jakiegoś Brytyjczyka lub w trakcie rozmów ktoś przyznawał, że jest z Włoch lub Macedonii, ale przeważnie jednak byli to Polacy. Nie ma natomiast co ukrywać, że ciężko odróżnić rodowitego Maltańczyka od przyjezdnych, którzy osiedlają się tam na stałe lub w celach sezonowej pracy. Wszyscy są jednak mili i pomocni, a ja coraz częściej przychylam się ku teorii, że narody, które większość roku mają ciepło oraz słońce, są po prostu szczęśliwsze.

Dokumenty wypełniane na lotnisku

W przypadku podróży samolotowych należy zwrócić uwagę na wymogi, które stawia przed nami każde państwo. Przykłady wielu z nich podałam przy okazji pierwszego wpisu – Malta pod tym względem jest dość ulgowa. Ja informacje czerpałam głównie ze strony gov.pl i tutaj warto zwrócić uwagę na jedną istotną rzecz, której z tej czy podlinkowanych stron nie wyczytamy. Generalnie jest tak, że po przylocie musimy uzupełnić dwa dokumenty, z tym że oficjalny przekaz podaje, iż uzupełniamy je już na lotnisku. No… tak, to prawda, tylko wydaje mi się, że zupełnie odrębne wyobrażenie miał ktoś, kto zamieszczał informacje na stronie i zupełnie inne ma przeciętny czytelnik. Na lotnisku nie oznacza, że wysiadamy z samolotu i udajemy się po odbiór bagażu, przy okazji wypełniając jakiś druk. Zostajemy na swoich miejscach i nie możemy opuścić swojego siedzenia tak długo, aż nie uzupełnimy dokumentów. Przyznaję, nie przewidzieliśmy takiej opcji i nawet nie mieliśmy ze sobą długopisu – nie rozdawano ich także na pokładzie, więc wyszliśmy jako jedni z ostatnich, czekając, aż ktoś życzliwy się z nami podzieli.

Jakie to właściwie były dokumenty? Po uzupełnieniu pierwszego z nich mogliśmy udać się na halę i uzupełnić drugi (tam już były długopisy). Pierwszy, czyli the Public Health Travel Declaration Form, obowiązuje tylko na Malcie, w Polsce nie musieliśmy go już uzupełniać. To taka ogólna ankieta z danymi osobowymi, podpisami i pytaniami o wyjazdy w ciągu 14 ostatnich dni. Drugi dokument, the Passenger Locator Form, jest znacznie dłuższy, w dodatku uzupełniamy go po krateczkach – nasze dane, dane członka rodziny do kontaktu, dane osób, z którymi podróżujemy, adres zamieszkania w Polsce, na Malcie, numer lotu, siedzenia – dosłownie wszystko, co może pomóc nas zidentyfikować w przypadku, gdyby okazało się, że któryś z pasażerów naszego samolotu był zakażony. W takim przypadku po uzyskaniu wiadomości e-mail bądź telefonu jesteśmy zobowiązani przejść kwarantannę i z naszych wakacji nici. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca.

Co na plus w przypadku Malty – jeśli podróżujemy grupą/parą, wystarczy uzupełnienie jednego dokumentu i zamieszczenie imienia oraz nazwiska partnera. Obsługa lotniska zezwala też na zostawienie kilku pustych pól, które i tak pewnie nie mają zbyt dużego znaczenia. Po przylocie do Polski uzupełniamy wszystko, w dodatku w tylu sztukach, ile jest osób. Pocieszający jest fakt, że możliwe jest wcześniejsze wydrukowanie dokumentów i uzupełnienie ich, a po wylądowaniu po prostu zostawia się je u stewardessy – nie trzeba czekać na kopię, którą ona rozdaje.

Po przylocie na Maltę nie mierzy się temperatury, przy wylocie również się z tym nie spotkaliśmy, co nie znaczy, że nigdy nas to nie spotka. Nie ma jednak czemu się dziwić – sytuacja epidemiczna jest już zjawiskiem niemalże wymarłym na Malcie (czasem 1, czasem 3 przypadki na tydzień), więc i ostrożność nie jest już tak przesadna. Oczywiście maseczki nosimy w każdym środku transportu i zamkniętym pomieszczeniu, ale raczej przymyka się oczy na zsuwanie maseczki z nosa podczas upału.

Kontrole autobusowe

Tutaj nasuwa mi się sytuacja, kiedy na pokład autobusu wszedł kontroler. Nie był to kanar, tam taka posada chyba w ogóle nie istnieje ze względu na to, że wchodzimy do środka zawsze przednim wejściem i odbijamy bilet u kierowcy. Czytnik wydaje dwa rodzaje piknięć – jedno potwierdzające, jeśli bilet ma jeszcze termin ważności, drugie negatywne, jeśli bilet się wyczerpał. Albo więc kupimy nowy, albo nie wsiądziemy – troszkę to działa jak nasze PKS-y. Oczywiście kierowca jest oddzielony ścianą z pleksi, ale i tak zdziwiło nas, że w Polsce ten aspekt rozwiązano w zupełnie inny sposób. No, w każdym razie kontroler wsiadł na pokład w momencie, kiedy ledwie kto miał na twarzy maseczkę. Szedł przez środek autokaru, wskazywał ludzi i powtarzał: „Mask, mask, mask”. Szczerze mówiąc, mentalnie przyszykowałam się już na grad mandatów, podczas kiedy… mężczyzna usiadł na przedzie, spojrzał na wszystkich ostatni raz i wysiadł na najbliższym przystanku bez słowa. Nie mieściło nam się to w głowach – w Polsce na pewno nie przeszłoby to bez echa.

Różnice w procedurach – Polska vs Malta

Kontrole na bramkach na lotnisku w przypadku Malty też są raczej lżejsze, ale procedury postępowania nieco różnią się od tych w Polsce. Przykład? Laptop w Polsce musi przejść przez skan otwarty, na Malcie wręcz przeciwnie. Płyny w Polsce muszą być opakowane w przezroczyste pojemniki (jak wszędzie zresztą), a ich pojemność jest skrupulatnie sprawdzana, natomiast na Malcie porozmawialiśmy z obsługą, że przewozimy dwa razy po trzy maleńkie buteleczki lokalnych likierów na prezent, że są ładnie zapakowane i czy możemy ich nie wyciągać z opakowania, no i nie było z tym żadnego problemu, mimo że nie zakupiliśmy tego towaru w strefie bezcłowej, wiadomo. Myślę jednak, że nie raz mieli już podobną sytuację i z jednej strony może nie do końca dobrze, że przymyka się na to oko, z drugiej i tak rzeczy przeszły przez skan i fajnie, że nie traktuje się każdego turysty jako potencjalnego przestępcy.

Pierwsze spojrzenie na Maltę

Myślę, że temat kontroli i lotniska mamy zamknięty – jakie w takim razie były nasze pierwsze wrażenia w chwili zobaczenia wyspy z góry? Szczerze? Dość… nijakie, przede wszystkim dlatego, że wszystko wydaje się żółte i jałowe. Lato na Malcie jest bardzo upalne i pozbawione deszczu; średnia opadów w lipcu wynosi 0 dni, w czerwcu, sierpniu i wrześniu 1. Rzeczywiście, dopiero w połowie pobytu zobaczyliśmy pierwszą chmurę nad głowami. Bardzo często widać je gdzieś dookoła, na horyzoncie, ale jakby wyspa ich do siebie nie dopuszczała. Roślin, które przetrwały taki klimat, jest naprawdę niewiele – przeważnie dojrzałość ich owoców przypada na przełom sierpnia/września, więc też na tym nie skorzystaliśmy.

Większość wyspy pokrywa kamień, który dodatkowo akumuluje ciepło i zabiera miejsce na zieleń, jednak mieszkańcy Malty radzą sobie z tym problemem coraz lepiej, hodując pnącza w donicach. Bardzo często obrastają one budynki i są niesamowicie kwieciste – widok nieraz zapiera dech w piersiach. Najlepszym jednak potwierdzeniem na to, że ciężko o bujną roślinność, jest wypalona i nijaka trawa, co od razu wpływa na posturę spotykanych czasem koni. Możecie zapomnieć o widoku umięśnionych, jurnych ogierów, który często zastajemy w Polsce. Zwierzęta są wręcz wychudzone i po prostu wyglądają mizernie, przynajmniej przez te letnie miesiące.

Jak radzić sobie z upałem?

Skoro upał jest tak dojmujący, to jak poradzić sobie ze zwiedzaniem w takich warunkach? Cóż, jest wiele gorętszych krajów, gdzie przecież życie nie stoi w miejscu. Wystarczy znaleźć odpowiedni patent i my zamierzamy się z Wami kilkoma podzielić.

  1. Klimatyzacja bądź wiatrak to rzecz święta – niekoniecznie dwa na raz, ale warto celować w zakwaterowanie z którymkolwiek z nich, bo bywały noce, że przepływ powietrza mimo otwartego okna był po prostu zerowy.
  2. Słomiany kapelusz – przyznam, że temat głowy właściwie zawsze olewam, ale mając ciemną karnację i ciemne włosy, czasem jest to strasznym utrapieniem. Plus podczas plażowania spaliłam sobie przedziałek, bo niestety moja głowa jest jedyną częścią ciała nieodporną na słońce.
  3. Podróżując, zawsze miejcie na sobie strój do kąpieli, a w plecaku ręcznik plażowy – nie damy rady przez tyle dni chować się w zamkniętych pomieszczeniach od godziny 12-15, zwłaszcza jeśli planujemy dłuższą podróż. Malta jest o tyle cudowna, że prawie każde miejsce warte zobaczenia jest usytuowane nad morzem lub blisko niego. Żaden problem – chwila zwiedzania, później czas na kąpiel i ochłodę, a potem znowu można zwiedzać. W przeciwnym wypadku człowiekowi może zrobić się po prostu słabo.
  4. Przerwa na mrożoną kawę bądź Slushy (czyli tzw. granitę, coś na wzór sorbetu lodowego) – dostępne praktycznie wszędzie, przeważnie też niedrogie (max. 4 euro w najgorszych wypadkach), chłodzi i daje człowiekowi poczucie nagrody po długim chodzeniu.
  5. Filtry do opalania i balsam na schodzącą skórę – koniecznie! Aż do samego końca powrotu do Polski. My spaliliśmy się właśnie ostatniego dnia pobytu, siedząc w wodzie kilka godzin bez żadnego cienia. Mnie zeszło to za parę godzin (nawet bez smarowania), ale Szymon z jasną karnacją jeszcze przez cztery kolejne dni wyglądał jak raczek. Moją słabą stroną jest natomiast twarz – filtr 50 dla dzieci i tak nie wystarczał. Najlepiej więc zabrać ze sobą przynajmniej dwa – słabszy i mocniejszy (np. u nas była to 50 i 30), by opalać się stopniowo i bezpiecznie.
  6. Ostatnia porada, ale chyba najważniejsza i najbardziej sprawdzalna, która nam przynosiła ulgę za każdym razem – zamrożona woda. Nie mrożona, a po prostu zamrożona. Każdego dnia trzymaliśmy w domu dwie dwulitrowe butelki picia (koszt jednej ok. 0,7 euro). Jedna chłodziła się w lodówce do bieżącego użytkowania w godzinach rannych i wieczornych, gdy temperatura nie dawała się tak we znaki, natomiast druga leżała całą noc w zamrażarce, upita tylko parę łyków, by możliwe było później jej otworzenie. Rano zastawaliśmy bryłę lodu i chowaliśmy ją do plecaka, wcześniej szczelnie owijając w ręcznik plażowy jak zrolowany naleśnik. Dzięki temu, nawet chodząc w pełnym słońcu, woda roztapiała się dość powoli i miała ciągle w granicach 0℃. Skutkowało to tym, że na dnie zawsze znajdowało się kilka łyków do podziałki na dwoje, a te kilka łyków wciąż chłodziło się od wielkiego lodu pośrodku. Takie dwa litry idealnie starczają na cały dzień od rana do wieczora i są zimne aż do ostatniej chwili.

Na dziś to wszystko, mam nadzieję, że sprzedałam Wam jakieś patenty, których nie znaliście do tej pory i uspokoiłam zszargane nerwy tych, którzy martwili się o rygorystyczne kontrole i zawiłą papierologię na lotnisku. Wiadomo, że ograniczenia i wymogi utrudniają podróż, ale na pewno nie czynią jej niemożliwą. Jeśli zainteresował Cię powyższy materiał, to zachęcam do czekania na kolejny – tym razem o przysmakach i przekąskach, jakie możemy spotkać na wyspie! A żebyś nie doświadczył nudy – odwiedź mojego Instagrama i fanpage’a na Facebooku, tam zamieszczam na bieżąco relacje ze swoich poczynań podróżniczych; odnośniki po prawej u góry. 🙂

Malta cz.1 – Jak wylecieć ze studenckim budżetem, który środek transportu wybrać na wyspie i jakie zmiany uczynił COVID?

Informacje ogólne: Poniższy wpis rozpoczyna naszą relację z 9-dniowej podróży na Maltę zaraz po otwarciu granic dla Polski (10-19 lipca 2020). Wylecieliśmy razem z Szymonem, którego co prawda nie poznaliście z imienia, ale to właśnie z nim wyruszałam w każdą ostatnią podróż po Polsce i zapewne będzie się też pojawiać we wszystkich następnych. Podczas pobytu udało nam się zobaczyć właściwie wszystko, co zaplanowaliśmy, a nawet więcej. Spędziliśmy czas niesamowicie aktywnie po to, żeby przedstawić Wam jak najbardziej szczegółowy obraz wyspy. W tym wpisie kilka słów na temat samej Malty, dodatkowo przekażę Wam, jak koronawirus wpłynął na wiele aspektów podróżniczych, a także pojawią się sprawdzone sposoby na poruszanie się na wyspie. Nie obędzie się również bez kosztorysu. Cena może Was zaszokować, zapraszam! 😉

Jak nasz wylot doszedł do skutku?

Jestem jedną z tych osób, w których jakakolwiek wzmianka o koronawirusie wzbudza niemałą agresję. Zapewne znacie ten scenariusz; macie plany na cały rok, jeśli jesteś studentem, to załatwiasz sobie pracę na wakacje, przybywa Ci jednej wiosny i siłą rzeczy powinieneś się rozwijać… a tymczasem stoisz w miejscu, o ile się nie cofasz. Na każde pytanie o przyszłość odpowiadasz tylko i wyłącznie „nie wiem”, bo teraz żyje się bardziej z dnia na dzień, ma się więcej zmartwień i tak dalej. Sama zrobiłam kurs na pilota wycieczek w lutym, który miał być moim kolejnym krokiem w turystykę – chyba nie muszę wspominać, jak beznadziejne mam wyczucie czasu, prawda? Rozumiemy się.

W przypadku tego wyjazdu niestety o aspekcie pandemicznym wypada mi wspomnieć, ale może właśnie po to, by podnieść Was na duchu i pokazać, że stać nas jeszcze na przyjemności i wynagrodzenie sobie czasu kwarantanny, nawet mając mniejszy budżet – po prostu trzeba zrobić to bardziej spontanicznie, choć rozważnie. My właściwie aż do czerwca byliśmy święcie przekonani, że te wakacje spędzimy w domu, zwłaszcza obserwując statystyki zachorowań z naszego kraju i widząc, jak pesymistycznie zapatrują się na nas chociażby sąsiedzi. To miał być jednak nasz pierwszy wspólny wyjazd za granicę, taki dłuższy i odpoczynkowy, więc gdy tylko nadarzyła się okazja, po prostu ją złapaliśmy.

Kiedy potwierdzono informację o tym, że 1 lipca otwiera się na nas wiele krajów, od razu zaczęliśmy planować, z tym że dopiero na wrzesień – bo taniej, mniej ludzi, znośniejsza pogoda. I tutaj pojawiło się standardowo to magiczne „nie wiem”, bo przecież mówi się wiele o drugiej fali zachorowań i nawet jeśli nas by to mało obchodziło, to inne państwa mogą zamknąć się na nas powtórnie. Tak oto wybraliśmy termin najszybszy, jak tylko się dało, by mieć gwarancję, że wylecimy (o powrót martwiliśmy się już troszkę mniej) i wzięliśmy pod uwagę kilka państw: właśnie Maltę, Cypr, Grecję oraz Rumunię. Dlaczego odrzuciliśmy pozostałe opcje (w momencie wyboru był początek czerwca)?

Cypr – przede wszystkim dlatego, że konieczne było pokazanie na miejscu testu z negatywnym wynikiem na COVID, co oczywiście należy samemu sfinansować. Ponadto należy zająć się tym 48 godzin przed odlotem i musimy się stresować tym, czy te wyniki zdążymy dostać. Wymóg zniesiono, ale tak jak wspominałam; zależało nam na tym, by choć raz coś było pewne.
Rumunia – świetne ceny lotów i kosztów życia, tylko niestety na teren kraju nie wpuszczano turystów ze względu na stan alarmowy, który miał kończyć się dopiero w połowie czerwca i mógł zostać przedłużony. Również problem już zażegnany.
Grecja – tutaj mocno się wahaliśmy, bo akurat problemem były tylko wyrywkowe kontrole. Nie chodzi nawet o pomiar temperatur, ale o wykonanie testu na koronawirusa. Czekając na wyniki, trzeba spędzić dobę w hotelu tak, jakby było się na kwarantannie. Co do tego słyszeliśmy akurat różne opinie; część znajomych leciała i ponoć z niczym takim się nie spotkała, natomiast z relacji osób, które mieszkają tam dłużej, wynika, że różne przypadki mają miejsce. To pewnie też zależy od tego, czy mówimy o „głównej Grecji”, czy o wyspach. Malta jednak wydała nam się bardziej pewna, bo sprawdzania nie oferowała żadnego, a przypadek zakażenia pojawiał się tam może jeden bądź dwa na tydzień.

Kosztorys – Lot

Ceny lotów w tym okresie plasowały się na naprawdę niskim poziomie – wiele krajów w granicach do 300 zł w obie strony za jedną osobę, co nie jest tragedią (zwłaszcza jeśli chodzi o Cypr, gdzie bilety potrafiły być strasznie drogie). Malta wypadała pod tym względem nieco gorzej, dlatego wzięliśmy się na sposób i zaczęliśmy szukać inaczej. Okazało się, że planując wylot z jednego miasta w Polsce, a przylatując z powrotem do innego, koszty okazują się niższe – ponadto nie jesteśmy ograniczeni narzuceniami wyszukiwarek lotu, które zazwyczaj pokazują możliwość powrotu co drugi dzień bądź równo po tygodniu. Wiecie, chodzi mi o to, że nie mamy pełnej dowolności, bo część dni jest po prostu nieaktywna.

Ostatecznie więc skusiliśmy się na taką opcję:
Poznań-Malta koszt 116 zł od osoby + 19 zł za wybór miejsca w samolocie
Malta-Wrocław koszt (tutaj uwaga, w drodze powrotnej przyjmujemy walutę kraju wylotowego, czyli Malty, jaką jest euro): 42,99 euro na osobę + 4 euro za wybór miejsca
Łącznie za dwie osoby kosztowało nas to więc około 620 zł, czyli 310 zł za osobę na lot w dwie strony.

Tutaj mały kruczek, jako że podróżowaliśmy linią Ryanair. W ofercie na stronie widnieje informacja o tym, że istnieją dwa bagaże podręczne, które możemy wnieść na pokład. Standardowy o rozmiarach 40x20x25 cm oraz większy 55x40x20 cm. Okazuje się, że informacje są bardzo mylne, zależnie od tego, jakich dokładnie fraz użyjemy w wyszukiwarce Google. Jest wiele przedawnionych informacji czy blogów, które mocno mylą w tej kwestii. Dzisiaj, tj. 22 lipca, pojawia się już tabelka, która pokazuje, że duży bagaż podręczny nie jest w cenie. Ta zmiana została wprowadzona stosunkowo niedawno, więc jeśli leciałeś tą linią parę lat temu, warto się z tym zapoznać, żeby uniknąć nieprzyjemnej niespodzianki. Na pokład możemy zabrać jedynie mniejszą torbę czy plecak, chyba że dokupimy duży bagaż podręczny (cena ponad 100 zł). Możemy też wykupić pierwszeństwo wejścia na pokład, co kosztuje nas już tylko 48 zł (z Malty 14 euro) i uprawnia do dodatkowego bagażu. Wystarczy, że opcję dokupimy do jednego biletu i problem zażegnany. Skusiliśmy się na to, zwłaszcza że zależało nam na zabraniu sprzętu do nurkowania, więc dodatkowy koszt wynosił ok. 110 zł.

Kosztorys – Zakwaterowanie

Teraz rzecz najbardziej pieniądzo-chłonna, a więc zakwaterowanie. Jeśli zależy Ci na taniej opcji, to nie rzucałabym się na hotele, które za 9 dni kosztowały w granicach 2 tys. zł na dwie osoby. To nie tragedia, ale rzadko da się znaleźć tańsze opcje w sezonie – chyba że bardzo zależy Ci na wygodzie czy dodatkowym basenie i to nie gra dużej roli. Kwestia tego, co stawiasz sobie za priorytet. Jeśli natomiast masz „studencki budżet” i nie przeszkadza Ci obcowanie z nieznajomymi, to idealną opcją jest wynajęcie mieszkania przez Airbnb. Ceny są śmiesznie tanie (właściciele sporo je obniżali), a wybór spory. My znaleźliśmy pokój razem z prywatną łazienką w San Pawl il-Bahar u Mileny (zaraz przedstawię na mapce, czemu opcja okazała się genialna). Koszt za osiem nocy na naszą dwójkę wyniósł 820,77 zł (91,20 zł za noc) + 142,53 opłaty serwisowej. W niecałe 10 minut dochodziliśmy do głównego deptaku nad morzem z restauracjami i sklepami, pod samym mieszkaniem znajdował się Eurosaver z najważniejszymi produktami spożywczymi czynny nawet w niedzielę do godziny 23.00.

Właścicielka mieszkania bez pytań wysyła wszelkie niezbędne informacje oraz dokładne zdjęcia lokalizacji czy kodów do kłódki, żeby zabrać klucze do mieszkania. Miejsce jest czyściutkie i spore, bo oprócz naszego zawsze były zajęte jeszcze dwa pokoje. Rotacja okazała się na tyle duża, że po kilku dniach zastanawiałam się już, kto tak naprawdę z nami mieszka. Jednak bez obaw – pokój zamykany na klucz, więc nie ma się o co martwić. Jedyne, co warto mieć na względzie, to fakt, że w cenie nie ma klimatyzacji, a używanie jej za dzień wynosi 4 euro. Niby niedużo, ale to kolejny wydatek, więc my radziliśmy sobie z samym wiatrakiem w pokoju. Warto też zaopatrzyć się w Raida na komary, bo choć nie ma ich tyle co w Polsce, to są bardzo łakome i jeden potrafi wkuwać się milion razy, nie dając spać. Standardowo koło 3-5 w nocy budziliśmy się, bo wszystko nas swędziało. Albo po to, żeby zrobić kurs do lodówki i napić się zimnej wody. Albo dlatego, że zaraz obok naszego okna biegła rura od kanalizacji i gdy tylko ktoś mył ręce, brał prysznic albo (co było najgorsze), spuszczał wodę w toalecie, to dźwięk był taki, jakby wodospad wlewał się do pokoju. Pierwsze dni wzbudzało to w niedobudzonym człowieku trwogę 😀

Tutaj kilka zdjęć z oficjalnego ogłoszenia (profil na Airbnb), może ktoś będzie zainteresowany wybraniem sprawdzonej opcji, my serdecznie polecamy:

Lokalizacja – gdzie najlepiej spać?

Dlaczego mówiłam, że lokalizacja naszego mieszkania była idealna? Przede wszystkim warto wiedzieć, że Malta sama w sobie jest naprawdę mała – ma zaledwie 26 km2 więcej niż cały Wrocław! Potwierdzamy więc – jeśli nie macie zbyt dużo urlopu do wykorzystania, to tydzień aktywnego zwiedzania na wyspie naprawdę wystarczy; zarówno na atrakcje, zabytki, jak i plażowanie. Malta to nie tylko jedna wyspa, a trzy (cztery, jeśli chcemy być bardziej drobiazgowi). Idąc od największej, są to Malta, Gozo, Comino oraz przylegające do niego Cominotto. Transport pomiędzy poszczególnymi częściami został uwzględniony w komunikacji miejskiej – bilet na autobus wszędzie obowiązuje ten sam, a dodatkowo w części morskiej przewozi nas prom. Prawie idealnie, ale to „prawie” wyjaśnię za moment. Mając na względzie wszystkie te informacje, na chłopski rozum najlepiej byłoby ogarnąć nocleg w środkowej części Malty, może nieco bardziej na północ. Albo jeszcze lepiej! Kilka noclegów na Malcie, a kilka na Gozo. Generalnie odradzam i już tłumaczę czemu.

Na powyższej mapce fioletowa kropka to Luqa, gdzie znajduje się lotnisko, natomiast granatowa to mniej więcej nasza lokalizacja w Zatoce św. Pawła w dzielnicy Bugibba. Dojazd z jednego punktu do drugiego to około godzina. Wydawałoby się, że praktycznie tyle samo zajmie nam dotarcie do najdalszego zakątka Gozo, może troszkę więcej, biorąc pod uwagę, że płyniemy jeszcze promem. Jak jest w rzeczywistości? Byliśmy prawie na najdalej wysuniętym na północ skrawku Gozo dwa razy (raz wypoczynkowo, raz zwiedzając wyspę) i do mieszkania wracaliśmy… 2,5 godziny. Sęk w tym, że środki transportu nie są ze sobą zsynchronizowane. Większość z nich ucieka Ci sprzed nosa przy przesiadce i czekasz dodatkowo 20-30 minut, a czeka Cię to… 3 razy. Wyobraźcie więc sobie, co by się stało, gdyby mieszkać na południu Malty. To już chyba lepiej spać na plaży 😀 Jeśli decydowalibyście się jednak na nocleg na Gozo, doradzałabym może dwie noce, maksymalnie trzy. Więcej nie ma sensu, bo głównie zwiedza się jednak Maltę i po prostu się zamęczycie.

Transport – wypożyczenie auta

Tak jak wspominałam – możemy wynająć auto, ale trzeba godzić się wtedy na dwie nieprzyjemne rzeczy. Pierwsza to oczywiście cena (wysoka cena za samochód i mało komfortowe warunki jazdy lub bardzo wysoka cena i wygodna jazda), natomiast druga to warunki panujące na drodze. Na Malcie obowiązuje ruch lewostronny i niby mówi się, że szybko da się do tego przyzwyczaić. Pewnie za kierownicą rzeczywiście tak jest, jednak ja jako pieszy aż do ostatniego dnia w chwilach zagapienia myślałam, że autobus podjedzie z drugiej strony. Na Malcie też niewiele osób przejmuje się zarysowaniami, wgnieceniami czy jakimiś odpryskami. Parkuje się praktycznie wszędzie, bardzo mało spotkamy miejsc, gdzie widnieją zakazy i groźby odholowania. Ludzie stają dosłownie na każdej uliczce, parkowanie równoległe jest na Malcie królową, a na regularny parking natknęliśmy się może dwa razy. Wielu kierowców ma wprawę, dwa razy rusza kierownicą i stoi, natomiast inni (zwłaszcza dostawczaki), wykręcają na milion razy, a później i tak odjeżdżają szukać innego miejsca. Ulice są bardzo ciasne, niejednokrotnie autobusy wymijają się dosłownie na styk. Byliśmy świadkami, jak na zakręcie brakowało dosłownie pół centymetra, jeśli nie mniej, do baaardzo długiego zarysowania całej szyby. Kierowcy jeżdżą dość szybko nawet na serpentynach, ale fakt faktem nie denerwują się i nie używają klaksonu zbyt często… przeważnie w ramach pomocy. Raz widzieliśmy, jak auto próbowało zaparkować i zagradzało przejazd kierowcy autobusu. Nie było nikogo na siedzeniu pasażera, widoczność ograniczona, więc gdy tylko auto dojeżdżało tyłem do przeszkody, z autobusu rozlegało się „piii-biiip!” w ramach ostrzeżenia. Strasznie nam się to podobało.

Transport – komunikacja miejska

Jeśli mimo przeciwności losu wciąż jesteś nastawiony na poruszanie się po Malcie wypożyczonym samochodem, to super, gratuluję też odwagi. Ci, którzy pozostają miłośnikami transportu miejskiego, muszą się jednak przygotować na to, że nie zawsze jest różowo i nie ma tu rozwiązania idealnego. Rzecz najważniejsza – autobusy bardzo lubią się spóźniać. Może nie tak, że wypadają z kursu, ale zwykle 5-25 minut trzeba odczekać, zależnie od pory dnia. Zazwyczaj to ten niższy pułap, ale punktualność jest raczej rzadko spotykana. Druga kwestia – maltańscy kierowcy w 80% nie znają pojęcia energooszczędnej jazdy. W skrócie; lubią uderzać po gazie i hamulcu z dużą zawziętością, nawet stojąc w korku, tak że czasami pasażer czuje się jak worek ziemniaków. A jak ziemniak ma chorobę lokomocyjną (czytaj: ja), to z większości kursów, które trwają zazwyczaj 20 min–1 godz. wysiada z mdłościami. Minusem jest też to, że sieci autobusowe nie są poprowadzone wszędzie – do niektórych atrakcji trzeba przejść nawet pół godziny w upale i to bardzo męczy, zwłaszcza jeśli idziemy pod górę.

Mówię jednak, że jedna opcja wychodzi drożej, druga taniej, ale jakie są realne różnice w cenach? Za wynajem auta pokroju Kii Pikanto musimy liczyć przynajmniej 260 zł (przejechaliśmy nim dookoła Islandię, więc Malta nie powinna być wyzwaniem – relacja z tego wydarzenia dostępna TUTAJ) + paliwo. Trzeba więc pogodzić się przynajmniej z wydatkiem rzędu 500 zł, dodatkowo na stronach wypożyczalni często widnieje informacja o możliwych dodatkowych opłatach dla osób poniżej 30-tego roku życia. Jeśli zaś chodzi o komunikację miejską, to mamy do wyboru kilka opcji

  1. Kupujemy każdorazowo bilet u kierowcy (2 euro w dzień, 3 w nocy, jeśli chodzi o lato – totalnie nieopłacalne dla bardzo mobilnych osób)
  2. Kupujemy bilety w automatach lub biurach Tallinja Explore (lista dostępnych ośrodków znajduje się TUTAJ, dwa z nich są na lotnisku, więc warto załatwić temat od razu, ale UWAGA! Agenda Bookshop ze względu na koronawirusa jest zamknięta. Karty możemy jednak dostać nawet w zwykłych sklepach i raczej nie ma z tym problemu). Rodzaje kart:
  3. Tallinja Card Explore (21 euro) – karta uprawniająca do nielimitowanych podróży na terenie całej Malty (wraz z Gozo) przez 7 dni. Trzeba kupić ją indywidualnie dla każdego uczestnika podróży i po każdym wejściu do autobusu odbić u kierowcy. Dzięki niej mamy również parę euro zniżki w narodowym akwarium maltańskim, ale w dobie koronawirusa nie obowiązuje, bo wejście do atrakcji i bez tego jest znacznie tańsze.
  4. Tallinja Card Explore Plus (39 euro) – dokładnie to samo, co opcja wyżej, tyle że mamy w to wliczone jeszcze podróże specjalną linią oznaczoną TD, dwa wejścia na pokład promu w Valettcie oraz całodzienne zwiedzanie autobusem hop-off hop-on, który w krótkim czasie objeżdża najważniejsze atrakcje wyspy (no wiecie, to ten autobus, gdzie możecie podróżować na dachu, ale szczerze dziwię się ludziom, jak wytrzymują wtedy to palące słońce).
  5. 12 Single Day Journeys (15 euro) – 12 jednorazowych biletów do wykorzystania dla nieograniczonej liczby osób. Dla nas to było świetne rozwiązanie już pod koniec wyjazdu, kiedy nielimitowane podróże się skończyły, a nie opłacało się kupować pojedynczych biletów. Karta działa od momentu pierwszego odbicia aż do wykorzystania lub do roku. UWAGA! Jeśli podróżują np. dwie osoby, kartę trzeba odbić dwukrotnie. Warto mieć na względzie, że ta opcja bardzo słabo sprawdza się na przesiadkach + każdy bilet jest ważny 2 godziny.

My skusiliśmy się na zwykłe Tallinja Explore na pierwsze siedem dni (działa dokładnie siedem dób od pierwszego odbicia), a na ostatnie dwa dni 12 Single Day Journeys na dwie osoby. Łącznie wyniosło nas to 57 euro, czyli ok. 255 zł. Troszkę jednak na tej opcji oszczędzamy, zwłaszcza przy tak niekorzystnym kursie euro, jaki teraz mamy (ok. 4,5 lub 4,4 zł = 1 euro, wahania są dość duże). Z samym kupnem nie ma żadnego problemu, na Malcie praktycznie wszyscy mówią po angielsku, bo razem z maltańskim jest to język urzędowy.

Transport – Prom

Kwestia promu jest dużo prostsza – z tego, który kursuje między Valettą a Sliemą w ogóle nie korzystaliśmy, po prostu nie ma takiej potrzeby z nielimitowaną kartą autobusową. Prom na Gozo z kolei kosztuje 2,50 euro od osoby (nie zaś 1,50 euro jak do tej pory) w obie strony. Co ciekawe, nie płacimy w drodze na Gozo raz i z powrotem drugi raz, a po prostu wypływając już z Gozo, uiszczamy opłatę w kasie. Nasze dwie podróże wyniosły więc 10 euro, czyli tyle, ile potrzeba za jedno przepłynięcie na Comino od osoby. Tam akurat kursują tylko statki wycieczkowe bądź motorówki i nas mocno odrzuciło płacenie 100 zł za to, żeby wykąpać się w lazurowej wodzie na Blue Lagoon (w ogóle ta nazwa jest dość felerna, na Islandii też ją ominęliśmy), skoro prawie wszędzie indziej można kąpać się za darmo. Pod względem zwiedzania nie mamy też aż tak wielu atrakcji (podobne wieże zobaczycie wszędzie, natomiast opuszczony szpital ponoć wielkiego wrażenia nie robi), więc raczej odradzam.

Aplikacje ułatwiające poruszanie się

Podsumowując, nasze koszty za zakwaterowanie, lot i wszelki transport po wyspie wyniosły 1948,30 zł (974,15 zł za 9 dni od osoby). Zaskoczeni? A jednak! Wystarczy tylko dobra organizacja i research. A skoro o researchu mowa – z jakich aplikacji korzystać, poruszając się po wyspie? Google Maps w zupełności wystarczy i sprawdza się bardzo dobrze. Można jednak wejść na oficjalną stronę przewoźnika, gdzie udostępnia się aktualne rozkłady jazdy. Istnieje też coś takiego jak TallinjaApp, która ma pokazywać rzeczywisty czas przyjazdu autobusów, natomiast ocenę w sklepie Play ma 2/5. Nam nawet nie chciała się pobrać mimo licznych prób, a więc tak, 2/5 za dobry zamysł.

Na dziś to tyle, mam nadzieję, że zaspokoiłam Wasz głód wiedzy. W następnym wpisie natomiast będzie więcej o samych procedurach na lotnisku. Co się zmieniło, na co warto zwrócić uwagę i jakie były nasze pierwsze wrażenia po przylocie. A w ramach czekania zapraszam na mojego Instagrama oraz fanpage’a na Facebooku, tam zamieszczam na bieżąco relacje ze swoich podróży i wszystkie aktualności! 🙂

Lwów cz.3 – Na jaki punkt widokowy się wybrać, gdzie skosztować lokalnych przysmaków i które miejsca warto odwiedzić?

Informacje ogólne: Poniższy wpis jest kontynuacją poprzednich – możesz czytać go oddzielnie, jednak dla pełnego oglądu sytuacji zalecałabym zapoznanie się z tym, co Cię ominęło. W tym natomiast czeka Cię dawka informacji o Operze Lwowskiej, pomniku Adama Mickiewicza, ukraińskich specjałach typu kwas czy czebureki, ale także dowiesz się, z jakiego punktu widokowego najlepiej podziwiać miasto czy czego spodziewać się po karaoke u naszych sąsiadów. Zapraszam na:

Opera Lwowska – zewnątrz i wewnątrz

Po zobaczeniu Galicyjskiego Banku Krajowego udaliśmy się 300 metrów w kierunku Opery Lwowskiej. Przed nią znajduje się ogromny skwer, gdzie możemy dostrzec wielu dorożkarzy z pięknie zdobionymi karetami. Na tę przyjemność akurat się nie skusiliśmy, ale mężczyźni nie mieli nic przeciwko temu, żeby podejść i zrobić kilka zdjęć. Ten dzień nadawał się do tego tym bardziej, że kiedy tylko ujrzeliśmy to miejsce, dostrzegliśmy parę młodą podczas sesji. Dzięki nim i my mieliśmy pamiątkę.

Sam budynek opery robi naprawdę duże wrażenie – zarówno na zewnątrz, jak i w środku. Tego dnia zobaczyliśmy go tylko od zewnątrz, jako że wnętrze było zamknięte, ale już następnego wieczora mieliśmy więcej szczęścia. Nie pokażę Wam zdjęć, bo właśnie odbywały się próby; można było usiąść, popatrzeć i posłuchać, ale nie utrwalać. Co prawda my i tak ustrzeliliśmy parę fotek, bo weszliśmy na lożę akurat od strony drzwi, na których nie było żadnych zakazów i ogłoszeń (dopiero pani ochroniarz nas uświadomiła), ale z racji szacunku musicie uwierzyć mi tylko na słowo, że widok jest warty zobaczenia. Mnie mocno przywiódł na myśl sceny z serialu „Lalka”, gdy na początku Wokulski przyglądał się Izabeli Łęckiej w tłumie. Obostrzenia dotyczą na szczęście tylko głównej sceny, resztę z chęcią Wam zaprezentuję.

Na sam początek warto by jednak zaznaczyć, że biletów nie sprzedaje się tylko na operę, ale też na zwykłe przedstawienia teatralne oraz balet. Budynek liczy sobie już ponad 120 lat, jest w stanie pomieścić 1200 osób i bije z niego niesamowite bogactwo ozdób, obrazów czy rzeźb. Trzy figury, które znajdują się na szczycie opery, przedstawiają kolejno (i nieprzypadkowo): Poezję i Muzykę, Sławę i Fortunę, Komedię i Tragedię – czyli wszystko to, co charakteryzuje sztukę oraz jest w stanie najlepiej opisać rozrywkę czekającą nas w środku. Niżej możemy też dostrzec Muzy – Tanię, Melpomenę, Erato oraz Polihymnię. To wszystko czyni Operę Lwowską jednym z bardziej rozpoznawalnych punktów miasta.

Nie byłabym jednak sobą, nie zamieszczając tutaj zabawnego akcentu, który rzucił mi się tam w oczy. To był chyba jeden z niewielu przypadków, kiedy nieznajomość ukraińskiego pisma nie wydała mi się kulą u nogi.

Ratusz – główny punkt widokowy

Następnym punktem naszej podróży była wieża ratusza, skąd rozciąga się widok na całe miasto. Budynek powstał mniej więcej w tym samym czasie co opera, ale w przeciwieństwie do niej nie robi kolosalnego wrażenia. W trakcie jego stawiania runęła wieża, miażdżąc resztę zabudowań i zabijając 8 osób – dlatego też proces ten rozciągnął się na więcej lat, niż początkowo planowano. Kto ponosi za to odpowiedzialność? Ponoć fachowcy, którzy co prawda ocenili, że stan techniczny wieży był zły, ale w najbliższym czasie nie miało to przynieść żadnych negatywnych skutków. Niestety nikt nie jest nieomylny. To jednak nie koniec pechowej historii, jako że w 1848 roku ratusz całkowicie spłonął w wyniku pożaru spowodowanego bombardowaniem.

Dziś budowla może nie podbija serc, ale gwarantuję Wam, że nie wolno odpuścić sobie wejścia na jej szczyt. Na miejscu znajduje się winda, ale przeważnie każdy wchodzi na górę pieszo – trzeba się trochę namęczyć, bo pięter jest kilka, a schody dość długie, ale gwarantuję Wam, że panorama będzie tego warta.

Kopiec Unii Lubelskiej – punkt widokowy

Jeśli jednak ratusz nie wyda Wam się kuszącą opcją, to odwiedziliśmy też inne miejsce, z którego możecie podziwiać miasto. Należy mieć jednak na uwadze, że zwłaszcza w porze wieczornej roi się tam od ludzi – zwłaszcza studentów, którzy otwierają piwko, puszczają muzykę z głośników, rozmawiają, śmieją się i raczej niewiele ich poza tym interesuje. Mowa tutaj o Kopcu Unii Lubelskiej, który mieści się na Wysokim Zamku. W rzeczywistości wcale nie jest to żadna fortyfikacja, a po prostu zwykłe wzgórze, mimo że nazwa jest myląca. Sam kopiec został sztucznie usypany po zawarciu Unii Lubelskiej w XVI wieku, posypywano go nawet ziemią z grobów Adama Mickiewicza czy Juliusza Słowackiego. Ciekawe, co powiedzieliby na to autorzy, gdyby jeszcze żyli… bo jak wiemy, miłością do siebie nie pałali, a nawet wręcz przeciwnie 😉

Narodowy napój Ukrainy – kwas

Warto też zaznaczyć, że wejście na szczyt nie jest dużo mniej wysiłkowe niż w przypadku ratusza, za to po drodze czeka nas kilka niespodzianek. Przede wszystkim stoiska z piciem, gdzie możemy napić się czegoś, co brzmi bardzo dziwnie, a mianowicie… kwasu chlebowego. Wyglądem nie różni się on niczym od Coca Coli czy Pepsi. Mimo różnorodnych butelek i tego, że przecież napój fermentuje, klasyfikuje się go jako bezalkoholowy (choć ponoć zawiera śladowe ilości alkoholu). Co ciekawe, teraz ten przysmak dość mocno kojarzy się właśnie z Ukrainą i Wschodem, zwłaszcza że uchodzi za narodowy napój, natomiast nie jest on żadnym odkryciem czy nowością – znano go już w średniowiecznej Europie. Jak to właściwie smakuje? Niektórych zachwyca, dla mnie było raczej średnie/neutralne. Trochę słodkie, jakby rozwodnione, ma strasznie dziwny, właśnie kwaskowaty zapach, ale ponoć bardzo dobrze gasi pragnienie, czego po sobie nie zauważyłam (nie bardziej, niż po innym rodzaju picia typu woda czy sok). Może jednak moja niechęć wynika odrobinę z tego, że nie przepadam za surowymi drożdżami, zwłaszcza za tym zapachem, który dla jednych jest przepiękny, a dla innych wręcz odstręczający. W każdym razie warto skosztować, może trafi akurat do Waszego gustu.

Oprócz jedzenia oferuje się też malowanie karykatur czy portretów. Nie jest to aż tak drogie jak zazwyczaj w Polsce, ale też niespecjalnie zachęca do kupna, zwłaszcza kiedy trafia się na nie ostatniego dnia podróży. Portreciści są mili, ale jednocześnie dość mocno nachalni – trzeba jednak przyznać, że ich twórczość była raczej na dobrym poziomie, a już na pewno takim, który satysfakcjonuje kogoś, kogo największym osiągnięciem malarskim są patyczaki (czytaj: mnie).

Pomnik Nikifora Krynickiego

Warto też udać się pod Katedrę Dominikańską na lwowskiej starówce – pewnie będziecie mijać to miejsce niejeden raz. Będąc tam, poszukajcie pomnika Nikifora Krynickiego znajdującego się w pobliżu. Dlaczego? Nie dlatego, że podobizna jest idealna, bo z tym bym się mocno sprzeczała, jednak jest to miejsce, w którym mogą spełnić się Wasze marzenia. Postać przedstawiono w pozycji siedzącej z uniesionym w górę palcem. Legenda głosi, że potarcie go zagwarantuje realizację naszych pragnień (część osób mówi też o potarciu nosa i pewnie to też jest prawda, zważając na to, jak rzeźba jest wytarta w tych dwóch miejscach).  Na bazie czego powstała ta tradycja? W sumie nie wiadomo, ale na pewno warto wiedzieć, że Nikifor był polskim artystą, a dokładnie malarzem działającym w nurcie prymitywizmu. Uśmiech postaci nie do końca oddaje jej żywot – mężczyzna większość życia był biedny, w dodatku często zamykał się w swoim świecie i bełkotał, więc dużo ludzi uważało go za pomyleńca. Doceniono go dopiero niedługo przed śmiercią, jak to często bywa. Stworzył ponad 40 tysięcy dzieł, naprawdę imponująca liczba. Najwięcej z nich możemy obecnie podziwiać w Nowym Sączu.

Pomnik Adama Mickiewicza

Jeszcze jednym z wielu pomników, którego nam, Polakom, nie wolno ominąć, jest kolumna Adama Mickiewicza znajdująca się 600 metrów dalej, niedaleko ratusza. Powstała ponad wiek temu, ma ponad 20 metrów wysokości i podczas swojego istnienia nie doznała żadnych uszkodzeń, co nie zdarza się specjalnie często. W tym miejscu słychać właściwie głosy tylko i wyłącznie Polaków – nie dziwne, to w końcu jedna z niewielu postaci, których nie trzeba przedstawiać. Dla jednych genialny wieszcz, dla innych słabszy rywal Słowackiego, a także zmora wszystkich uczniaków, zwłaszcza licealistów głowiących się nad Panem Tadeuszem. I nas nie mogło ominąć zdjęcie.

Wieczór na starówce

Wieczory przeważnie spędzaliśmy na mieście lub w knajpie. W pierwszy z nich przechadzaliśmy się po starówce, która po zmierzchu nabiera jeszcze więcej uroku. Na ulicę wylegają wtedy artyści, przeważnie muzycy. Nie są to profesjonaliści, a po prostu hobbyści, którzy chcą nieco dorobić. „Nieco” jest jednak pojęciem dość względnym, bo grupa, której my słuchaliśmy, na brak pieniędzy narzekać nie mogła. Widać było, że wybierali instrumenty z wyższej półki, w dodatku o dość nietypowym brzmieniu i niekoniecznie znane, jeśli chodzi o muzykę uliczną. Grali jednak niesamowicie i co chwilę ktoś dorzucał im nieco grosza do kapelusza. Wokół stało na pewno pięćdziesiąt osób, może więcej. Słysząc nasze rozmowy z Igorem, odnaleźli nas jacyś inni Polacy, którzy wypytywali, jak długo tu już jesteśmy, jak nam się podoba i tak dalej. Niby sympatycznie, ale trochę jednak sprawiali wrażenie podejrzanych lub po prostu podchmielonych, więc dyskretnie usunęliśmy się z tłumu. Bardzo mocno zmotywował nas wtedy komentarz o tym, że Igor znalazł sobie ładną dziewczynę (czytaj: mnie, choć przecież nie powinno chodzić o mnie). Złapaliśmy lekki cringe i poszliśmy dalej na drinki.

Khinkalnya – gruzińskie przysmaki

Zatrzymaliśmy się też w knajpie z gruzińskim jedzeniem (sieciówce o nazwie Khinkalnya). Trochę dziwnie, że będąc na Ukrainie, poszliśmy akurat tam, ale skusiło nas menu, a na lokalne przysmaki miał przyjść jeszcze czas (Igor mi to obiecał). Pamiętam, że dość mocno żałowaliśmy naszego wyboru, zwłaszcza jeśli chodzi o zupę. Rany boskie, myślałam, że najgorszą płynną potrawą świata są flaki, ale muszę zwrócić im honor. Zamówiliśmy chihirtmę, czyli zupę z mięsem, ziołami i jajkiem, podobną do rosołu – no wiecie, rosół to baza wszystkich innych zup i raczej trudno go zepsuć. Ba, ta zupa może nawet nie była spaprana pracą ludzkich rąk, a po prostu dla nas okazała się nie do zjedzenia i zostawiliśmy chyba połowę. Sama woda nawet nam smakowała, ale na talerzu oprócz tego dostawało się ogromne kawały mięsa, chyba wołowego, jeśli dobrze pamiętam. Już z zewnątrz było widać ogromne ilości tłuszczu, żyłek i wszystkich innych niesmaczności, których człowiek nie chce oglądać. Próbowaliśmy to kroić łyżką, nie dało rady. Gryźć? Też średnio. Trochę udało się przełknąć, ale generalnie smak dość odrzucający, a konsystencja ohydna. Na pocieszenie naszym drugim daniem okazało się coś bardzo podobnego do pizzy, ale znacznie bardziej tłustego, a mianowicie Khachapuri. Całkiem niezłe, ale bez wielkiego szału.

Później natomiast minęliśmy bardzo ciekawy bar, trochę żałuję, że do niego nie weszliśmy. Wyglądał jak laboratorium alchemika – nawet piło się z fiolek (dużo z nich było podpalanych), a drinki miały kolory tęczy. Jeśli jednak o to chodzi, to wszędzie, gdzie byliśmy, robiono je dość mocne i smaczne, więc chociaż o to nie trzeba się martwić.

Ukraińskie karaoke

W inny wieczór z kolei udaliśmy się na ukraińskie karaoke razem ze znajomymi Igora. W takich miejscach często możemy zapalić sziszę, jeśli ktoś lubi – ja akurat niekoniecznie, nie jestem za bardzo zwolenniczką, ale inni mieli z tego niezłą radochę. W tym miejscu udało mi się wychwycić też kilka różnic kulturowych. Raczej nie śpiewałam, nawet nie ze względu na nieznajomość piosenek, a niemożność przeczytania tekstu. Czy nie mogłam wybrać czegoś po angielsku? No właśnie, tam za bardzo nie było takiej tradycji (mimo że piosenki widniały na liście, to po prostu nikt ich nie brał i prawdopodobnie wywołałoby to niemałe zdziwienie). Kiedy myślę o polskim karaoke, przychodzą mi na myśl np. hity Krawczyka, ale też wielu zagranicznych wykonawców, takich jak chociażby Britney Spears. Na Ukrainie śpiewa się raczej w ojczystym języku. Ludzie są zazwyczaj mocno wstawieni, podobnie zresztą jak u nas, no i o dziwo chętniej śpiewają, a może raczej wyją, panowie. Dość ciekawe to było doświadczenie, mimo że czułam się odrobinę skrępowana – jestem raczej tym typem człowieka, który śpiewa tylko i wyłącznie wtedy, kiedy kogoś mocno zna; na tyle, że ten ktoś dalej będzie cię lubić, nawet kiedy zrobisz z siebie debila.

Czebureki – lokalny przysmak

W jeszcze inny wieczór zatrzymaliśmy się w restauracji na obrzeżach miasta, w której pracuje wcześniej wspominana Marianna. To właśnie tam po raz pierwszy skosztowałam potrawy, o której non-stop wspominał mi Igor i przynajmniej dla mnie stała się takim symbolem ukraińskiej kuchni. O czym właściwie mówię? O czeburekach. To danie przyrządza się też bardzo często w Turcji i Mongolii. Jak wygląda? Kształtem przypomina pierogi, tylko znacznie większe. Przyrządza się je z pszennego ciasta i smaży w oleju, dlatego są raczej dość chrupiące. Ich wnętrze wypełnia przeważnie mięso mielone, choć zdarza się też wypełnienie z innego rodzaju mięsa, ryżu, kapusty lub innych. Górę z kolei polewa się sosem, często ostrym, chociaż w moim przypadku był zimny, pomidorowy, z kawałkami warzyw i mocno doprawiony bazylią. Z tego wszystkiego to właśnie on chyba smakował mi najbardziej, ale to pewnie dlatego, że przygotowano go na włoską modłę, a ja za włoską kuchnią wręcz przepadam. Co do głównego dania… było całkiem smaczne. Może nie tak wyśmienite, jak je sobie wyobrażałam, bardziej w granicach 7/10, ale wciąż warte polecenia.

Dlaczego jednak mówię o tym z taką rezerwą? Przede wszystkim dlatego, że to potrawa dla osób z zahartowanymi żołądkami, które lubią ciężką kuchnię. Sama jestem fanką bigosu, grzybów czy kapusty, które bardzo często występują w polskim menu i są ciężkostrawne, ale na pewno nie aż tak. Pamiętam, że w nocy po zjedzeniu czebureków straszliwie skręcało mnie w żołądku. To nie było wrażenie, jakby zjadło się coś nieświeżego albo zepsutego, nie. Po prostu było mi strasznie ciężko, a po podniesieniu się z łóżka myślałam, że za chwilę zwymiotuję. Do rana to uczucie przechodzi, ale nie jest ono na pewno czymś pożądanym podczas takiego wyjazdu. Akurat jeśli ktoś miałby ogólnie wątpliwości wobec przygód żołądkowych, zmiany otoczenia, innej wody i tak dalej, to akurat na Ukrainie prezentuje się to podobnie jak w Polsce, bo nie odczułam żadnych dolegliwości (a uwierzcie, jestem dobrym wyznacznikiem).

Po więcej konkretów zapraszam do następnej (już ostatniej) części naszych lwowskich opowieści! Wspomnę parę słów o najlepszej knajpie w mieście, a także o Cmentarzu Łyczakowskim, Orląt Lwowskich i ogólnych tradycjach związanych z pogrzebami na Ukrainie. Może nie kończymy optymistycznym akcentem, ale jestem przekonana, że to miejsce dla nas, jako Polaków, powinno mieć szczególne znaczenie. Jeśli jednak jesteś niecierpliwy i w międzyczasie chcesz poczytać o innych nowinkach czy pooglądać zdjęcia, to zapraszam na mojego fanpage’a lub Instagrama, odnośniki po prawej stronie na górze, zapraszam!

P.S. Dziękuję, Igor, jeszcze raz za zdjęcia, podróż i wspólnie spędzony czas!

Lwów cz.2 – Gdzie kupić ukraińską kartę SIM, jaki transport wybrać i co zwiedzić?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć naszego pierwszego dnia pobytu we Lwowie. Będzie parę słów na temat codziennej rzeczywistości miasta, nieco o ludziach oraz ich nastawieniu, a także o cenach czy jedzeniu. Znajdziecie tu także porady odnośnie zaopatrzenia się w ukraińską kartę SIM, a także poznacie zwiedzaną przez nas trasę. Nie zabraknie zdjęć czy opisów kluczowych atrakcji takich jak kościół św. Elżbiety, katedra św. Jura lub Lwowski Uniwersytet Narodowy. Wyłożę też parę najważniejszych zasad w kontekście korzystania z komunikacji miejskiej. Zapraszam na:

Jak już wspominałam – na miejsce przyjechaliśmy w granicach szóstej nad ranem, więc udaliśmy się do centrum w celu znalezienia baru, w którym moglibyśmy zjeść śniadanie. Większość z nich nie ma angielskiego menu (mówimy tutaj o miejscach, które nie znajdują się na starówce) i od samego początku czułam niemały dyskomfort ze względu na to, że prawie wszystko musiał mi czytać Igor, jako że ukraiński bazuje na odmianie cyrylicy. Z czasem nauczyłam się, który znaczek oznacza jaką literę; oczywiście nie znałam wszystkich, ale to już umożliwiło mi domyślanie się wielu słów, które wymawiane na głos, przywodziły od razu konkretne skojarzenia do ich polskich odpowiedników. Na początku jednak nie jest łatwo, we Lwowie tylko w niektórych częściach miasta angielski stoi na komunikatywnym poziomie, co sam po sobie przyznał nawet Igor. W tym wypadku szczęściarzami mogą nazwać się pokolenia, które zdawały rosyjski – my zaś możemy poczuć się tak jak one, gdy ruszają na zachód Europy bez znajomości angielskiego. Na szczęście pozostają jeszcze migi i nauka podstawowych zwrotów typu „Dzień dobry!”, „Proszę” czy „Dziękuję”, które czasami potrafią zdziałać cuda.

SMAKI UKRAINY – CZEGO WARTO SKOSZTOWAĆ?

Na Ukrainie serwuje się hot dogi, ale często w nieco innym wydaniu, niż znamy je w Polsce (chociaż takie też istnieją). Parówkę podaje się w placku na tortillę, a do środka dodaje się zwykłą oraz kiszoną kapustę z marchewką. To wszystko doprawia się przeważnie nieco ostrym sosem i jest całkiem smaczne, aczkolwiek chyba wolę tradycyjną formę. Z czymś podobnym można spotkać się czasami w Niemczech na stacjach benzynowych i wydaje się trochę lepsze, ale też odpowiednio droższe.

Niskie ceny to z pewnością atut Lwowa. Mimo że miasto uchodzi za jedno z bardziej turystycznych w kraju, to i tak jest znacznie taniej niż w Polsce, zwłaszcza w supermarketach, gdzie większość produktów kupujemy za złotówkę czy dwie. To świetny sposób na skosztowanie lokalnych smakołyków, głównie słodyczy i alkoholu. Pamiętam, że za jakieś pięćdziesiąt złotych obkupiłam się tak, że ledwo ciągnęłam za sobą walizkę – wiadomo, tu coś trzeba przywieźć do domu, tu znajomym ze studiów, a w dodatku zbliżał się dzień chłopaka, więc ukraińskie piwa stanowiły wspaniały prezent (chociaż ponoć są dość słabe pod względem procentowym).

Sklepy spożywcze otworzyły się nad ranem najszybciej, więc poszliśmy oglądać produkty z czystej rozrywki – ja na przykład naprawdę to lubię. Nie tylko dlatego, że jestem strasznym głodomorem, ale istnieje ogromna różnica między np. marketem w Polsce, we Włoszech czy na Ukrainie i to pod wieloma względami; wystroju, asortymentu, obsługi. To też taki zalążek, jeśli chodzi o poznawanie tradycyjnych smaków danego kraju. Lwów zapamiętałam najbardziej z mnóstwa różnorodnych drinków za bezcen – w wąskich buteleczkach z długą szyjką, w malutkich puszeczkach, w standardowych puszkach z pięknym, kolorowym designem (kupiłam np. alkohole na bazie papai czy kaktusa, ale nie były zbyt porywające).

Jeśli natomiast chodzi o słodycze, to niesamowite są krążki z marcepanowo-migdałowego ciasta, które połączone są ze sobą czymś w rodzaju lukru. Kiedy się je przeżuwa, skleja się cała buzia, a smak jest powalający. Nie mogę sobie niestety przypomnieć ich nazwy (niestety minął już rok, musicie mi wybaczyć), szukałam ich również w Internecie, ale sam opis powinien wystarczyć do znalezienia ich. Dla fanów słonych smaków polecam za to grenki – zwykłe grzanki, troszkę jak znane nam bakerollsy, jednak bardziej wypieczone i obtoczone w różnych przyprawach. W Polsce można dostać je w sklepach z zagranicznymi smakołykami (ja swoje otrzymałam w paczce niespodziance ze Scrummy.pl), natomiast różnica w cenie jest ogromna. W Polsce trzeba wydać 10 zł lub więcej za otrzymanie paczuszki, natomiast na Ukrainie ten produkt otrzymamy za ok. 3 zł. To była ta chwila, kiedy myślałam, że popłaczę się ze szczęścia, gdy kupiłam dwie paczki.

GDZIE I ZA ILE KUPIĆ UKRAIŃSKĄ KARTĘ SIM?

Gdy skończyliśmy zakupy i zjedliśmy batonika (Igor szybko zrozumiał, że mój optymizm jest wprost proporcjonalny do spożytych kalorii), udaliśmy się w poszukiwaniu najbliższego punktu, gdzie można kupić ukraińską kartę SIM, by cieszyć się później darmowymi rozmowami i przede wszystkim Internetem (bez tego kontakt ze światem jest średnio możliwy, bo koszty połączeń są absurdalne, ok. 5 zł za minutę rozmowy). Nie jest to najtańsza rzecz na świecie, w dodatku wyczerpuje się dość szybko, zwłaszcza jeśli korzystają z niej dwie osoby (na początku udostępnialiśmy sieć hotspotem, natomiast ta opcja po jakimś czasie się blokuje i zostaje tylko przekładanie karty z telefonu na telefon). Zaznaczę przy tym, że na pewno nie używaliśmy danych w takim stopniu jak w Polsce, raczej obchodziliśmy się z nimi dość oszczędnie, ale i to nie pomogło, więc doładowywaliśmy konto, wysyłając SMS-y na wskazany numer telefonu (znajomość ukraińskiego dość mocno się tu przydaje). Z tego co się jednak orientuję, jeśli nie macie przyjaciela ze wschodu, to warto zaopatrzyć się w taką kartę jeszcze w Polsce, kupując ją przez Internet, np. za pośrednictwem Allegro. Koszty są różne, ale przeważnie wahają się od 30-80 zł, w zależności od preferencji. Jeżeli natomiast bariera językowa Wam nie przeszkadza, to produkt można nabyć na Ukrainie dosłownie w każdym punkcie, który ma cokolwiek wspólnego z telefonami, a także na osobnych straganach, które są ku temu specjalnie przeznaczone.

Niedługo później, kiedy ten temat mieliśmy już z głowy, spotkaliśmy się z koleżanką Igora, Marianną, która pomogła nam po znajomości załatwić mieszkanie na kilka dni we Lwowie. Dziewczyna uśmiechała się niemalże cały czas, mimo że zawracaliśmy jej głowę w dzień roboczy o tak wczesnej godzinie, a Igor musiał być naszym tłumaczem. Co więcej – kupiła dla nas dwie siaty jedzenia i podarowała kilka słoików zakonserwowanych czy zakiszonych przez siebie produktów (paprykę, fasolkę szparagową, bakłażany – dosłownie wszystko). Nie wiedzieliśmy nawet, jak mamy się jej odwdzięczyć, zwłaszcza że za mieszkanie też upierała się zapłacić. To było bardzo miłe z jej strony, że potrafiła rzucić wszystko na te parę dni, by nam pomóc. Później często wychodziliśmy razem na obiad czy karaoke, a Marianna na ten czas potrafiła pogodzić życie rodzinne, zawodowe i czas dla nas. Codzienność we Lwowie biegnie w nieco innym tempie i absolutnie zazdroszczę spokoju ducha młodym ludziom, którzy potrafią zakręcić się dosłownie przy każdej pracy i być zadowoleni z tego, co mają.

Nie ukrywam, że dzięki pomocy dziewczyny zaoszczędziliśmy trochę pieniędzy, bo akurat noclegi na Ukrainie do najtańszych nie należą. Dostaliśmy dwa pokoje, a z kuchni korzystaliśmy głównie w przypadku śniadań, kiedy wyjadaliśmy wszystkie produkty kupione przez Mariannę, jedząc ogromne porcje makaronu z dodatkami.

TRANSPORT PO MIEŚCIE I KUPNO BILETÓW

Zanim jednak powiem, co zwiedziliśmy, pozwolę sobie zaprezentować, jak wyglądało nasze poruszanie się po mieście. Oprócz tego, że przeszliśmy miliony kilometrów na nogach, głównie wsiadaliśmy w autobusy, rzadziej w tramwaje. Warto jednak zdać sobie sprawę, że nie są one takich standardów jak np. w Poznaniu, Wrocławiu, a już tym bardziej w Warszawie. Na pewno widujecie w tych miastach jeszcze te stare tramwaje ze schodkami, bez klimatyzacji, dość chybotliwe i głośne. We Lwowie to raczej standard i to całkiem dobry. Z autobusami jest podobnie, chociaż na Ukrainie są one dużo krótsze, coś pomiędzy autobusem a busem. I tutaj dwie dość istotne informacje – na wielu liniach nie istnieje coś takiego jak rozkład jazdy. Często na przystanku widnieje numer albo kod do zeskanowania, dzięki któremu niejako dajemy kierowcy znać, że ma zatrzymać się na danym przystanku i że potrzebne jest uruchomienie kursu. Dość dziwne, niezbyt wygodne i straszne nowoczesne rozwiązanie. Rzadko jednak się z tego korzysta, bo środki transportu kursują non-stop i często załapuje się już na coś, co załatwił ktoś inny, a tak przynajmniej Igorowi ten wynalazek wytłumaczyła jedna z pasażerek.

Sprawa numer dwa – nie kupimy biletu w autobusie, a przynajmniej nie w sposób elektroniczny, tylko i wyłącznie tradycyjnie. Trzeba mieć odliczoną kwotę, a jeśli nie… to nikt specjalnie się tym nie przejmuje. Przejazd dzienny kosztuje 8 UAH (1 hrywna = 0,15 złotego, czyli ok. 1,20 zł), natomiast nocny 14 UAH (ok. 2,1 zl). Igor opowiadał mi jednak, że możemy dać kierowcy niewyliczoną sumę. Kiedy będzie mieć resztę… to po prostu zawoła kwotę i poda ją najbliższemu pasażerowi, żeby przekazał pieniądze do tyłu. No i te pieniądze tak sobie wędrują w wężyku i wędrują, aż w końcu trafiają do Ciebie, tyle że jest ich o połowę mniej, bo resztę zabrali pasażerowie w ramach haraczu i nikogo to specjalnie nie dziwi ani nie oburza. Trzeba więc przygotować się na każdą ewentualność – albo pieniężnie, albo mentalnie.

Nie zdziwcie się też, kiedy zaraz obok kierowcy zobaczycie materac z kocem idealnie wpasowany we wnętrze autobusu. Najwyraźniej odpoczynek w pracy lub pomiędzy kursami nie jest wcale niczym dziwnym, a brak prywatności w dużym stopniu nikomu nie przeszkadza.

Z okna autobusu możemy podziwiać niespotykane dla nas, Polaków, zjawiska, zwłaszcza kiedy stoimy na czerwonym świetle. Najbardziej utkwiła mi w głowie transakcja sprzedaży kota na mieście. Mężczyzna trzymał go na rękach, kobieta przekazała mu pieniądze, a on bez żadnej klatki czy torby podróżnej wcisnął jej zwierzę pod pachę. Być może to nie jest tradycyjny obraz, jaki możemy spotkać na drodze, fakt faktem zjawisko wydało mi się tak niespotykane, że pozwoliłam sobie na opisanie go tutaj. W podróży warto być przygotowanym na wszystko 😉

KOŚCIÓŁ ŚW. ELŻBIETY

Jednym z pierwszych miejsc, które ukazały się naszym oczom, był kościół św. Elżbiety. Lwów pęka w szwach, jeśli chodzi o takie punkty sakralne, natomiast ten stanowi jeden z moich ulubionych. Znajduje się niedaleko dworca autobusowego, w Śródmieściu, i uchodzi za jeden z głównych punktów orientacyjnych. Wybudowano go około 1000 lat temu i uznawano za największą świątynię w mieście, a także za jeden ze wspanialszych zabytków dawnej Rzeczpospolitej. W czasie wojny budowla poniosła wiele strat w wyniku bombardowania, a po 1945 roku służyła jako magazyn pożywienia. Mimo tego to właśnie zewnętrzna fasada utrzymała się w dobrym stanie, natomiast środek kościoła celowo zdewastowano i, jak to często bywa w takich przypadkach, karma szybko powróciła. Z obiektu swego czasu wynoszono wszystkie krzyże, a żołnierz, który chciał pozbyć się jednego z nich, został przezeń przygnieciony i zginął. Późniejszy remont kościoła rozpoczęli Polacy, a z pierwowzoru możemy podziwiać dziś tylko ambonę.

KATEDRA ŚW. JURA

Zaraz później poszliśmy do katedry św. Jura, oddalonej o 800 metrów. Piękne miejsce na zdjęcia, duża powierzchnia do przechadzek zarówno po zabudowanej części, jak i przylegających ogrodach. Po drodze, gdziekolwiek tylko się uda, widnieje mnóstwo pomników – część jest poświęcona bohaterom narodowym lub artystom, natomiast gdziekolwiek by nie spojrzeć, historia polska zaciera się z ukraińską. Już dla mnie było to mocno dostrzegalne, natomiast sądzę, że starsze pokolenia widziałyby to jeszcze intensywniej.

Jeśli chodzi o budowlę, to jest ona starsza od poprzedniczki o dwieście lat i uznaje się ją za najdoskonalsze dzieło późnego baroku. Przepych widać na każdym kroku, cala fasada pokryta jest licznymi zdobieniami i katedra wygląda, jakby od zawsze stała w nienaruszonym stanie. Miejsce, które na pewno warto zobaczyć, zwłaszcza że zostało wpisane na światową listę UNESCO. Pod spodem prezentujemy Wam kilka zdjęć, z których część wykonał Igor, za co bardzo dziękuję.

PARK KOŚCIUSZKI I UNIWERSYTET LWOWSKI

Stamtąd przeszliśmy około kilometra przez park Kościuszki (zadziwiające, ile we Lwowie jest terenów zielonych i w jak dobrym stanie są one utrzymane), gdzie przyszło nam obserwować takie zjawiska jak zabetonowane od środka drzewa, a także  huby porośnięte pajęczynami bądź wielkie kokony pająków przypominające huby, kto jak woli. Pamiętam, że szłam tamtędy, a wszystko wydawało się nowe, dziwne, ale też fascynujące. Zaskoczenie sięgnęło jednak zenitu, kiedy doszliśmy do Lwowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Iwana Franki. No bo wiecie, jesteśmy w tym wieku, że zarówno Igor, jak i ja, jeszcze studiujemy. W innych miastach, ale standard kampusu jest zawsze mniej więcej taki sam. Czasem zdarzy się nowocześniejszy wydział, ale w większości przypadków – nic specjalnego. Być może jeśli chodzi o Lwów, jest podobnie, natomiast to, co zobaczyłam, wprawiło mnie w osłupienie. Z zewnątrz uczelnia nie wygląda jak nie wiadomo co, nawet jeśli jest jednym z najlepszych uniwersytetów Ukrainy, ale w środku…

Generalnie do wnętrza uniwersytetu nie ma wstępu wolnego, zawsze trzeba się legitymować. Mieliśmy jednak szczęście, bo wewnątrz trwała akurat jakaś uroczystość, która być może wiązała się z rekrutacją na studia, dniami adaptacyjnymi bądź obroną prac (na to wskazywałby w każdym razie okres, w którym zwiedzaliśmy) i przemiał ludzi był dość duży, dlatego bez problemu obeszliśmy cały budynek. Przywodził mi na myśl Hogwart, tyle że biały, zamiast ciemny i ponury, a do tego bez ruchomych schodów i świeczek lewitujących w powietrzu. Nie chcę powiedzieć, że to sama przyjemność uczyć się w salach takich jak te, jednak na pewno większa niż zwykle, zwłaszcza w rzeczywistości wirtualnych wykładów prowadzonych przez Teams. Musicie przyznać, że wrażenie robi niezłe, mimo że widok za oknem niespecjalnie powala.

NAJSTARSZY BANK LWOWA

Ostatnie zdjęciem, które dziś tutaj zobaczycie, zostało zrobione Galicyjskiemu Bankowi Krajowemu czy też inaczej Galicyjskiej Kasie Oszczędnościowej, która uchodzi za najstarszy bank w mieście. Znajduje się nieco ponad kilometr od uniwersytetu, zaraz obok kawiarni „Kraków” i „Praga”. Kiedyś swoją filię miał np. w Krakowie czy w Białej, a następnie w Warszawie po uzyskaniu przez Polskę zupełnej niepodległości po wojnie. Wtedy też zmienił nazwę na Polski Bank Krajowy, który został wchłonięty przez Bank Gospodarstwa Krajowego. Do dziś możemy jednak obserwować budynek, od którego wszystko się zaczęło.

To już wszystko z mojej strony. W następnym wpisie zaprezentuję Wam Operę Lwowską, opowiem nieco o wieczorach na starówce, pokażę z góry całe miasto, a także po raz kolejny odwiedzę jeden z ważniejszych pomników dla Polaków, przedstawiający naszego wieszcza narodowego, Adama Mickiewicza. W kolejnych wpisach również relacja z odwiedzenia Cmentarza Łyczakowskiego i przede wszystkim Orląt Lwowskich. Serdecznie zapraszam, a jeśli niecierpliwisz się równie mocno jak ja, to zapraszam za ten czas do obserwowania mojej aktywności na Instagramie i fanpage’u na Facebooku – odnośniki znajdziecie po prawej u góry.

Zamek Książ – ile kosztują bilety, co możemy zobaczyć i w jaką wiedzę się wzbogacić?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć jednodniowej wycieczki do Wałbrzycha na Zamek Książ, którą odbyliśmy 7 czerwca. Będziecie mieli okazję dowiedzieć się, co skrywa podziemna trasa przebiegającej pod fortyfikacjami, a także zajrzeć razem z nami do ogrodów i niektórych pomieszczeń. Czeka nas trochę zdjęć, podsumowanie kosztów i mnóstwo historii – zapraszam na:

Ceny na Zamku Książ

Jako że Wałbrzych znajduje się niedaleko miejscowości, w której mieszkamy, podróż odbyliśmy samochodem. Warto pamiętać, że bilety na zwiedzanie najlepiej wykupić parę dni wcześniej przez Internet, by mieć gwarancję miejsca. Do wyboru są dwie opcje – bilet uprawniający do wejścia na zamek i przejścia podziemi, a także All Day Ticket, który dodatkowo gwarantuje zwiedzenie mauzoleum oraz zobaczenie „Stada Ogierów”, gdzie mamy możliwość przejażdżki konnej. Akurat nam niespecjalnie na tym zależało, zwłaszcza że ceny biletów i bez tego prezentowały się już pokaźnie, jeśli liczyć za dwie osoby, dlatego też zostaliśmy przy podstawie za 59 zł od osoby dorosłej (49 zł ulga, obejmuje również studentów).

Parking i zwiedzanie podziemi

Wizytę rozpoczyna się właśnie wejściem do podziemi razem z przewodnikiem. Grupa liczy 25 osób i dlatego zalecam wcześniejszą rezerwację – do wyboru mamy sześć wejść co godzinę, od 10.00-15.00. Na tydzień przed naszą wycieczką na godzinę 11.00 było zapisanych jedynie 6 osób, natomiast grupa zapełniła się aż po górny limit przez te parę dni. Warto więc mieć to na względzie i nie ociągać się z zakupem do wieczora przed, bo nasze weekendowe plany mogą się wtedy nie udać.

Jeśli chodzi o samo dotarcie do wskazanego miejsca, to nie ma opcji dojechania tam samochodem. Auto trzeba zostawić na jednym z dwóch głównych parkingów oddalonych od atrakcji niecały kilometr (Parking Główny – ok. 900 m od atrakcji i Parking Stada Ogierów – ok. 700 m, na tym się zatrzymaliśmy). To jednak nie dojście na piechotę zabiera najwięcej czasu, a… udanie się do bankomatu, kiedy okazuje się, że parking jest płatny, a na miejscu nie ma terminala, więc zostaje tylko gotówka, co zwłaszcza w dobie koronawirusa, kiedy krzyczy się o konieczności wykonywania transakcji zbliżeniowo, trochę nas zdziwiło. Co prawda żeby wypłacić pieniądze, nie trzeba iść bardzo daleko, bo tylko na dziedziniec zamku, jednak trzeba liczyć się z tym, że należy wtedy przebyć trasę trzykrotnie i jeśli przyjechało się jedynie 20 minut przed czasem, to można nie zdążyć. Nam udało się porozumieć z kobietą, która siedziała przy budce, że uregulujemy płatność po całym dniu przy okazji wyjazdu – nie było z tym większych problemów, należało tylko wskazać auto, którym przyjechaliśmy. Żeby sobie jednak tego oszczędzić, polecamy mieć przy sobie przynajmniej te 10-20 zł na parking. My płaciliśmy 10, ale nie wiem z kolei, jak ceny miały się na tym większym, głównym parkingu z utwardzoną powierzchnią.

Dużym plusem jest to, że nie musimy mieć wydrukowanego biletu, wystarczy tylko otworzyć go w wersji elektronicznej na telefonie i oddać do kontroli. Na miejscu czeka na nas przewodnik, zwiedzanie podziemi trwa około 45 minut – pamiętajcie jednak, że wymogiem jest założenie maseczki, co zaznaczono już na wstępie. Warto też przywdziać na siebie jakąś bluzę lub coś cieplejszego, jako że schodzimy kilkadziesiąt metrów pod ziemię i temperatura wynosi około piętnastu stopni.

Zwiedzane przez nas podziemia to w rzeczywistości bunkier składający się z wielu długich korytarzy, który zaczął powstawać pod zamkiem w czasie II wojny światowej. Budowę zlecił sam Hitler, natomiast odpowiedzialni za nią byli więźniowie obozów koncentracyjnych (głównie Gross-Rosen), których losy bardzo mocno podkreślano podczas całego przejścia. To akurat bardzo mi się podobało – nie można ukryć, że podziemia uchodzą za „atrakcję turystyczną”, reklamuje się je, jako odkrywanie jakiejś tajemnicy, a równocześnie pracownicy bardzo zadbali o dobry smak przekazywanej wiedzy. Miejsce jest obiektem domysłów wielu historyków, powstaje na jego temat wiele teorii spiskowych – że było to miejsce eksperymentów i tworzenia broni masowej zagłady, że nielegalnie wyprowadzano tymi drogami pieniądze z Rzeszy, że miała tutaj powstać podziemna kolej lub schronienie dla oprawców. Jak było w rzeczywistości – tego nie wiemy, natomiast mamy świadomość, ilu ludzi zginęło z wycieńczenia podczas prac, ilu z nich zostało przygniecionych podczas pogłębiania tuneli. Ich tragiczny los i rola, jaką odegrali, będąc niewinnymi ludźmi, nie została pominięta, pod koniec zwiedzania możemy spojrzeć na filmik z nazwiskami ofiar, zostajemy nawet poproszeni o chwilę ciszy. Bardzo ładny gest, ponadto jesteśmy w stanie dostrzec, że to wszystko zostało stworzone, by uczcić pamięć zmarłych, nie zaś jako maszynka do tworzenia pieniędzy sama w sobie.

Podziemia są udostępnione dla odwiedzających dopiero od 2018 roku, nałożono też na nie pewne ograniczenia co do wieku zwiedzających. Pomyślano jednak także o młodszych uczestnikach zwiedzania, tworząc animowane filmiki z rysunkowymi postaciami, które przybliżają historię tego miejsca – jak powstawało, zmieniało się oraz dlaczego usunięto jedyną windę, która łączyła korytarze z zamkiem. Takich wizualizacji na trasie znajdziemy kilka, właściwie co chwilę przez kilka minut mówi przewodnik, a później odtwarzany jest film utworzony specjalnie na potrzeby Zamku Książ, z którym zsynchronizowano również oświetlenie na trasie. Nie bójcie się, że będzie to historyczny bełkot, same daty i poczucie, że siedzi się na lekcji, która wcale Was nie interesuje. Zgodnie stwierdziliśmy, że ktoś wykazał się umiejętnościami i wszedł w skórę zwiedzających, by stworzyć coś, co jest naprawdę godne polecenia. Mnie na przykład podziemia i sposób ich prezentacji podobały się znacznie bardziej niż oficjalne zwiedzanie zamku i akurat tę atrakcję gorąco polecam.

Ogrody zamkowe i okolice atrakcji

Warto też wspomnieć o samym miejscu, które położone jest w bajecznej okolicy – nieco na wysokości, wśród dzikich lasów, a kiedy odejdzie się dalej, słychać płynącą gdzieś rzeczkę, jednak nie udało nam się jej zlokalizować.

Co jest zabawne, to fakt, że kiedy wychodzimy ze zwiedzania podziemi, obok nas znajduje się wyjście poza teren ośrodka, więc tak naprawdę musimy wrócić na sam początek trasy turystycznej przez zamkowe ogrody. Chyba byliśmy jednymi z niewielu osób, które tak robią, bo nawet ochroniarz czuł się w obowiązku poinformować nas, że do wyjścia w drugą stronę. Udało się to jednak nie najgorzej, bo tym sposobem uniknęliśmy tłumów i mogliśmy spokojnie cyknąć parę fotek!

Ogrody nie są ogromne, na pewno nie tak duże jak te przylegające do Zamku w Mosznej, ale to nie jedyne, co je różni (jeśli chcecie mieć lepsze porównanie, to zapraszam tutaj). Naszym zdaniem ich stan utrzymania i samo zagospodarowanie terenów zielonych reprezentowało się znacznie lepiej w przypadku zamku Książ. Co prawda fontanny wciąż były nieczynne, ale wszystkie krzaczki przystrzyżono, co zwłaszcza od góry wyglądało cudownie. Zróżnicowane kwiaty, ozdobne murki oraz schodki na niektórych ujęciach wyglądają jak wyjęte z włoskiej uliczki – niesamowicie przyjemny klimat. To też gratka dla fanów kotów, których naliczyliśmy tam przynajmniej z siedem; wylegują się na kamieniach nagrzanych słońcem i chętnie podchodzą do tych, którzy chcą je głaskać.

Zwiedzanie zamku i kilka faktów

Zwiedzanie zamku odbywa się z audioguidem, chociaż nie ma obowiązku jego odebrania. My ze względu na obecną sytuację, ale też ogólnie w kwestii higienicznej, tę przyjemność sobie odpuściliśmy i przeszliśmy wyznaczoną trasą. Wszędzie wewnątrz rozmieszczone są numerki, za którymi należy podążać, więc raczej nie da się zgubić ani niczego pominąć. Część korytarzy jest pusta, niektóre przerobiono na zamknięte pomieszczenia dla pracowników zamku, ale generalnie nie ma takiego poczucia nieładu czy zaniedbania jak w niektórych salach w Mosznej. Na najniższym piętrze znajduje się nawet galeria sztuki z dziełami współczesnych artystów do kupienia. Nazwiska często się powtarzają, a ceny są dość powalające, czasem po kilka tysięcy. Nie jestem zbyt dużym znawcą sztuki, jeśli mówimy o malarstwie, ale z jednej strony rozumiem trud artystów włożony w pracę, koszty materiałów i chęć zarobków, a jednak to nieco przykre, że jeden taki obraz sprzedaje się rok lub dłużej i nie znajduje zbyt wielu entuzjastów.

Żeby jednak nie było, że rzucamy tylko subiektywnymi faktami – parę słów na temat historii. Warto wiedzieć, że zamek składa się on z części oryginalnej, stanowiącej około 40% zabudowy, natomiast reszta to zwykła dobudówka, nawet nie rekonstrukcja. Próbowaliśmy rozgryźć, która to która, bo patrząc na budynek z zewnątrz, ciężko dostrzec proporcje, czego jest więcej. Dwa style dosłownie aż się gryzą – lekko różowa ściana w zestawieniu z chłodną, kamienną, trochę jakby na kształt średniowiecza. Ta druga podobała nam się znacznie bardziej i… ku naszemu zdumieniu, to właśnie ona okazała się tą „sztuczną”. Dowiedzieliśmy się tego z galerii zdjęć, którą możemy podziwiać na samym końcu zwiedzania. O ile sam zamek niespecjalnie do mnie przemówił, nawet jeśli zobaczyłam umeblowane pokoje na zdjęciach i to, co z nich zostało, to ta wystawa na koniec już jak najbardziej, szczególnie z tego względu, że fotografie pozyskano od wnuczki rodziny, która mieszkała w Książu jako ostatnia. Kobieta jest dzisiaj już w podeszłym wieku, na ścianie wisi jej zdjęcie wraz z podziękowaniami za użyczone materiały.

Sama wystawa prezentuje się wręcz sielankowo. Zdjęcia przedstawiają rodzinę z trójką dzieci, ale także ich relacje ze służbą, zwierzęta i podejście do natury czy różnych świąt bądź tradycji. To dość ciekawe źródło prezentujące codzienne życie ludzi około 100 lat temu – nam na przykład bardzo podobały się ujęcia kominiarza chodzącego po dachu, który wydawał się po prostu dobrze bawić, a nie wykonywać swoje obowiązki, sami spójrzcie. Zaraz obok możecie też dostrzec zdjęcie maluchów chowających się w wielkim garnku na zupę, co sprawia, że człowiek momentalnie się uśmiecha. To też dowód na to, jak niesamowicie ulotne jest szczęście – nigdy nie wiemy, co czeka nas za rok czy kilka lat, zresztą w dobie koronawirusa chyba każdy przeżył podobnie to nieprzyjemne zderzenie z problemem, którego wyeliminowanie nie zależy od nas jako jednostki, a jednak bardzo mocno rzutuje na codzienność i różnej maści decyzje.

Zamek Książ to jeden z trzech największych zamków w Polsce i pochodzi jeszcze z XIII wieku. Swego czasu gościły w nim takie osobistości jak np. Zygmunt Krasiński czy Winston Churchill. Z racji długoletniego istnienia zamek wielokrotnie przechodził z rąk do rąk, był plądrowany i niszczony. Najdłużej zachował się w rękach kilku pokoleń rodziny Hochbergów, którzy unowocześniali go, przebudowywali i zmieniali w rozmaitych stylach łącznie z ogrodami. Ich schyłek nadszedł dopiero w XX wieku z racji kryzysu i dużych problemów finansowych. Wtedy to z bólem serca sprzedali zamek za dużą sumę pieniędzy, która pozwoliła im choć w małym stopniu stanąć na nogi. Komu go sprzedali? Właśnie III Rzeszy, nie mając pojęcia, co miało stać się z tym miejscem później. Ta wizja wydała mi się dość przerażająca – przez tyle lat żyjesz w jednym miejscu, przechowujesz cały dorobek rodzinny i historię, czynniki zewnętrzne zmuszają cię do podjęcia takich, a nie innych kroków, a miejsce, które kiedyś kochałeś, staje się obserwatorem śmierci i zbrodni na niewinnych ludziach. Straszne. Niewielkim osłodzeniem wydaje się nawet fakt, że zamek został uznany za jeden z „7 cudów Polski” na 100-lecie Niepodległości Polski.

W kontekście tej budowli istnieją jednak nie tylko historie straszne, ale też dość absurdalne. Mam tutaj na myśli pożar, który wybuchł w 2014 roku w trakcie zwyczajnego grudniowego dnia nastawionego na zwiedzanie i turystów. Wtedy też trwały prace renowacyjne zwłaszcza w obrębie dachu zamku i to właśnie ekipa wynajęta do naprawy przyczyniła się do nieszczęśliwego wypadku. Pracownicy sami przyznali się do błędu (czekał ich później proces sądowy), który wynikał z nieumiejętnego posługiwania się palnikiem gazowym… w efekcie czego najpierw trzeba było naprawić szkody wyrządzone przez ogień, a dopiero później dokonać zaplanowanej renowacji. Życie bywa naprawdę prześmiewcze.

Wracając jednak do teraźniejszości, na sam koniec wycieczki przeszliśmy się pod Stado Ogierów, ale nawet zobaczenie koni okazało się płatne, jako że wszystkie zostały w stajniach. Obejrzeliśmy z zewnątrz mauzoleum i weszliśmy na punkt widokowy, który znajduje się zaraz za nim. Stamtąd można udać się na wycieczkę wąskimi ścieżkami tuż przy skałach, żeby podziwiać widoki, ale do tego akurat przydałoby się już dobre obuwie.

Smaczne jedzonko po dniu zwiedzania

Zwiedzanie i spacery zajęły nam około sześciu godzin, po których udaliśmy się do restauracji po drugiej stronie Wałbrzycha (przy zamku również są pojedyncze bary czy knajpy, ale ceny są tam raczej zawrotne). O ile całe miasto raczej nie zachęca swoim widokiem, o tyle okolice ratusza są już całkiem ładnie odnowione, przyjemne dla oka, więc właśnie tam udaliśmy się na obiad. Zjedliśmy w Pasażu, naprawdę dobre, domowe jedzonko z pysznym plackiem węgierskim i dobrze przyrządzonym makaronem. Menu jest niezwykle bogate, oprócz tego zaznaczono w nim pozycje, które są specjalnością knajpy i możemy potwierdzić, żeby brać je bez obaw – cena adekwatna do jakości.

Z informacji ode mnie to już byłoby na tyle. Jeśli jesteś z Wałbrzycha i chciałbyś polecić coś jeszcze, co koniecznie trzeba odwiedzić, to daj znać w komentarzu – może nawet zechcesz nas oprowadzić? 🙂 Koniecznie dajcie też znać, czy dowiedzieliście się czegoś nowego i czy kiedyś widzieliście zamek na żywo. Czy podobał Wam się bardziej niż ten w Mosznej? Czekam na Wasze opinie, a tymczasem zapraszam do odwiedzenia mojego fanpage’a oraz Instagrama, odnośniki znajdziecie po prawej stronie na górze!

Rogów opolski i Moszna – starcie zamków: dlaczego warto jechać, za ile oraz co warto zobaczyć po drodze?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć jednodniowej wycieczki w celu zobaczenia dwóch zamków: w Rogowie Opolskim oraz Mosznej, a także Fabryki Robotów. Tradycyjnie wybrała się nas dwójka, choć inna niż zwykle, a wyjazd miał charakter raczej romantyczny, nacechowany chęcią ucieczki od świata, w którym od dawna nie mówi się o niczym poza koronawirusem. W dobie pandemii to świetne miejsca, w których nacieszycie oczy, a równocześnie nie wydacie zbyt dużej kwoty pieniędzy i świetnie spędzicie czas. Wspomnę parę słów o „ekstremalnym zwiedzaniu”, a także o tym, jak turyści godzą się ze znoszeniem obostrzeń i czy czuliśmy się podczas całego dnia bezpiecznie. Zapraszam na:

W podróż wybraliśmy się w niedzielę 31 maja. Planowaliśmy ją już wcześniej, tyle że w nieco okrojonej wersji. Podejrzewaliśmy, że nasze zwiedzanie zakończy się na parku i terenach zielonych wokół fortyfikacji w Mosznej, jednak dosłownie trzy dni przed wyjazdem okazało się, że na nowo praktykowane jest tam coś, co nazywa się „zwiedzaniem ekstremalnym”, które oprócz zwykłej trasy turystycznej wewnątrz zamku gwarantuje też dostęp do większej ilości pomieszczeń i dużą dawkę chodzenia. Zwykle grupy składały się z 12-stu osób, teraz tę liczbę ograniczono do 6-ciu. Załapaliśmy się więc dopiero na wcześniej wspomniany przeze mnie weekend na godz. 17.00. Obecnie istnieją tylko dwa terminy dziennie – właśnie ten i kolejny o 18.30 (tylko w piątki, soboty i niedziele).

Wiedzieliśmy jednak, że zwiedzanie ma trwać jedynie półtora godziny, więc nawet chodząc kolejne tyle po parku i ogrodach, brakowało nam wypełnienia czasu tak, żeby wyrwać się z domu na pełny dzień. Postanowiliśmy więc wstąpić po drodze do Rogowa Opolskiego, bo po krótkich poszukiwaniach okazało się, że też można odnaleźć tam zamek – nie tak okazały jak w Mosznej, jednak wzbudził naszą ciekawość. Nie mieliśmy jednak zbyt dużego szczęścia, bo przez cały weekend zapowiadano opady i z tego też względu sporządziliśmy plan awaryjny, czyli pobyt gdzieś, gdzie można się ogrzać i posiedzieć w zamkniętym pomieszczeniu. Okazało się, że taki obiekt znajdował się tuż obok naszego celu w Mosznej – Fabryka Robotów, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. Czytając o tym miejscu, od razu przyszła mi na myśl Galeria Figur Stalowych w Krakowie, którą odwiedziliśmy wraz z przyjaciółmi już parę ładnych lat temu i zrobiła na nas bardzo pozytywne wrażenie.

ZAMEK W ROGOWIE OPOLSKIM

Tym razem nie podam Wam żadnych innowacyjnych i ciekawych sposobów na dojazd, bo my od tych atrakcji mieszkamy niedaleko (a mimo tego nigdy nie widzieliśmy ich na żywo), więc wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy. Co mnie zaskoczyło, jeśli chodzi o zamek w Rogowie – wiedziałam, że to niezbyt rozsławiona atrakcja, ale nie spodziewałam się, że aż do tego stopnia, że nie przewidziano dla niej parkingu. Przejeżdża się przez mostek, staje właściwie tuż przy ścianie budynku, zaraz obok ogródka. Oprócz nas przyjechały może dwa auta i tyle też osób spotkaliśmy na swojej drodze – generalnie pustki, czyli zupełnie inny obraz, niż możemy dostrzec w Mosznej. Miało to jednak urok, zwłaszcza kiedy spacerowało się po przyległym parku.

Sam zamek wprawił nas w lekkie osłupienie przede wszystkim dlatego, że na wszystkich zdjęciach był żółty i wydawał się dość duży. Niedawno ktoś jednak musiał go przemalować, bo w końcu doszliśmy do wniosku, że ten trochę większym dom z ozdobnymi balustradami i może jedną dekoracją to rzeczywiście miejsce, do którego przyjechaliśmy. O samej budowli nie wiemy zbyt wiele poza tym, że pochodzi z czasów renesansu. W 1932 r. służyła jako obóz szkoleniowy dla Hitlerjugend, ostatecznie w 1945 r. przekształcając się w przedszkole, a następnie magazyn zboża. Dwa lata później usunięto z kaplicy na tym terenie trumny poprzednich właścicieli zamku o nazwisku Haugwitz i pochowano je na nowo w zupełnie bezimienny sposób. Po latach okazało się, że miejsce spoczynku zostało wyasfaltowane i przykryte przez śmietniki. Odnaleziono je jednak, dokonano ekshumacji i ciała ponownie przewieziono na teren pałacu.

Oprócz samej atrakcji możemy przejść się niewielkim parkiem, gdzie widnieje altana i kilka imponujących drzew uznanych za pomniki przyrody. Co ciekawe, zaraz za zamkowym murem rozciąga się zupełna dzicz – las, bujne chaszcze i trawy, wśród których można dostrzec sarny, a przynajmniej my mieliśmy takie szczęście. Tak oto prezentowała się całość:

FABRYKA ROBOTÓW

Zaraz potem udaliśmy się w stronę Mosznej i Fabryki Robotów. Baliśmy się, że ze względu na ograniczenia i określoną ilość osób, które mogą przebywać w środku, przyjdzie nam czekać dość długo na zewnątrz, a jednak zupełnie niesłusznie. Zresztą nawet gdybyśmy nie weszli od razu, to zwiedzanie zajmuje dosłownie 10-15 minut. Czy mimo tak krótkiego czasu polecamy wejście do środka? Raczej tak, zwłaszcza że cena nie jest zbyt wygórowana – 15 zł za osobę dorosłą, jeszcze mniej w przypadku studentów czy dzieci.

Jak ma się to do jakości? Nie najgorzej, chociaż jeśli miałabym do wyboru Fabrykę a Galerię Figur Stalowych w Krakowie, to z pewnością wybrałabym drugą opcję. Eksponatów uświadczycie znacznie więcej, poza tym odwołują się również do bajek, nie tylko filmów sci-fi. Można ich dotykać, a w przypadku pojazdów wchodzić do środka czy nawet ruszać niektórymi elementami. Jeśli ktoś z Was byłby zainteresowany większą ilością informacji, to bardzo chętnie odpowiem na pytania mailowo bądź w wiadomości prywatnej na Facebooku.

Wracając jednak do atrakcji w Mosznej – na miejscu możemy zobaczyć filmik, na którym pokazano, jak powstaje jeden z większych modeli robotów. Bardzo dużo figur bazuje na Star Wars lub Transformers, więc jeśli jesteście fanami, to na pewno się tam odnajdziecie. Raczej mało eksponatów wychodziło poza schemat – parę Minionków czy Wall-e, który akurat niesamowicie przypadł mi do gustu. Podobało mi się też, że przy każdej postaci widniała tabliczka z opisem, ile czasu zajęło jej wykonanie. Niektóre z nich powstawały nawet parę lat, ponad 300 godzin, a ogrom pracy w nie włożony wywołuje duży podziw. Parę robotów wydaje dźwięki i rusza się, choć nie są to na pewno spektakularne wygibasy. Czy polecamy? Żeby jechać do Mosznej tylko po to, by specjalnie zobaczyć muzeum, to niespecjalnie, ale jako dodatkowa atrakcja dołączona do zamku jest świetna i uzupełnia czas, jeśli został Wam go nadmiar. Zresztą może się okazać, że jeśli jesteś freakiem na punkcie robotów, to będziesz cykać sobie zdjęcia z każdym pojedynczym eksponatem, jak to robiła para przed nami (choć dziewczyna wydawała się już mocno zmęczona i zakłopotana). Pod spodem kilka zdjęć na zachętę:

ZAMEK W MOSZNEJ – ZWIEDZANIE

Jeśli zdecydujecie się na zwiedzanie w takiej kolejności jak my, to polecam zostawić auto przy muzeum, bo dzieli je od zamku zaledwie 200 metrów. My z początku chcieliśmy podjechać, ale akurat były Zielone Świątki i z tego też względu w okolicach kościoła odbywały się różne uroczystości, z racji których największy parking w okolicy przemieniono w strefę płatną, gdzie panował ogromny ścisk. Pewnie w inne dni jest lepiej, ale jako że nie możemy tego potwierdzić, to zawsze warto znać taki dodatkowy punkt na mapie.

Przed oficjalnym zwiedzaniem zamku została nam ponad godzina, więc poszliśmy przejść się ogrodami wokół. Wszystko to jest oczywiście obarczone dodatkową opłatą, tak więc za zwiedzanie ekstremalne zapłaciliśmy 38 zł od osoby dorosłej (32 zł z ulgą), a dodatkowo kolejne 10 zł (8zł) za wejście do palmiarni i wszystkiego, co znajduje się na zewnątrz. Wiosna mocno sprzyja takim przechadzkom, bo wokół gęsto rosną rododendrony i azalie w różnych kolorach, co chwilę da się dostrzec jakieś fioletowe, bordowe czy żółte kule. Jest jedna główna ścieżka i dwie boczne, od których odchodzi wiele odnóg. My przeszliśmy się dwiema z nich, chcieliśmy nieco odciąć się od ludzi, którzy co chwilę przystawali i robili sobie zdjęcia. Trafiliśmy nawet na ścieżkę, która kiedyś musiała uchodzić za „sportową” – co kilka metrów znajdowały się drążki, kółka czy ławeczki oraz tablice z poleceniami, co przy nich zrobić (np. 10 podciągnięć, 20 przeskoków). Chyba jednak nie cieszyło się to zbyt dużą popularnością, bo wszystko wygryzła korozja, a niektóre urządzenia stały się ledwo dostrzegalne spod chaszczy i zarośli. Dodatkowo w połowie musieliśmy zawrócić, bo na drogę zwaliło się pokaźne drzewo.

To i jeszcze kilka czynników dało nam do myślenia, że na urok tego miejsca wpływa przede wszystkim pora roku, w mniejszym stopniu natomiast praca ludzka. Wiadomo, bilety wstępu na pewno nie dostarczały zbyt dużych funduszy ze względu na niską kwotę, ale osób odwiedzających zamek jest mnóstwo, więc powinno się to w miarę kalkulować. Mieliśmy jednak nieodparte wrażenie, że gdy tylko kwiaty zrzucą płatki, nie będzie już zbyt wielu rzeczy, którymi nacieszylibyśmy oczy. Chyba że sarnami, które są zamknięte na wygrodzonym poletku nieopodal zamku – jeśli dobrze ich poszukacie, to może nawet będziecie w stanie dotknąć ich przez płot, są bardzo przyjaźnie nastawione do ludzi. Ach, no i nie zapominajmy o pomnikach przyrody – ogromnych dębach, których konar jest tak gruby, że mogłoby go równocześnie objąć 5-6 ludzi, czego dowód znajdziecie poniżej.

Co do wrażeń z samego zamku – cóż, z zewnątrz rzeczywiście wygląda bajkowo i nie dziwne, że wzbudza zainteresowanie nawet za granicą. W chwili dodawania relacji z pobytu na Instagrama, kilka osób pisało do mnie i mówiło, że nie miało pojęcia o istnieniu takiej budowli w Polsce. Cóż, trzeba przyznać, że na pierwszy rzut oka niczego jej nie brakuje – a co, jeśli wejdziemy do środka?

Palmiarnia nie robiła na nas zbyt dużego wrażenia – no ładna, ale w środku tłumy i zaduch, nic specjalnego. Kawiarnia w zamku nie aż tak droga jak mogłoby się wydawać – przepyszna gorąca czekolada topiona na miejscu i smaczne desery, więc na pewno się nie rozczarujecie. Obsługa co chwilę dezynfekuje stoliki i rzeczywiście przestrzega ograniczeń ilościowych wobec klientów, barykadując wejście.

Zbiórka i odbiór biletów na zwiedzanie ekstremalne odbywa się przy wewnętrznej recepcji. Obowiązuje nakaz noszenia maseczek! Na przewodnika czekaliśmy my i jeszcze dwa małżeństwa w średnim wieku. Oprowadzał nas Adam P. i o ile o samej historii zamku opowiedział, o tyle jego zakres wiedzy i sposób wygłaszania przemyśleń pozostawiał odrobinę do życzenia (zwłaszcza w oczach jednego z mężczyzn, który komentował to, gdy tylko miał okazję). Często wydawało mi się, że ilekroć padało jakiekolwiek pytanie, przewodnikowi ciężko było na nie odpowiedzieć. Niestety będąc po kursie pilockim, wyłapywałam dużo błędów, które popełniał, no ale zapewnił odpowiednią atmosferę w grupie, był bardzo wyluzowany i, co akurat uznaję za ogromny plus, miał fajne podejście co do samego zwiedzenia. Pomijając, że zaraz kiedy zniknął z oczu innych ludzi, pozwolił na zdjęcie maseczek, to pozwalał nam także wchodzić w takie miejsca, które podczas epidemii są raczej niedostępne dla turystów. W opisie zwiedzania dodatkowo możemy zaobserwować notę, że za zwiedzanie wież należy się dodatkowa opłata, my natomiast na jedną z nich (myśliwską) otrzymaliśmy dostęp. Koniec końców byliśmy bardzo zadowoleni z takiego obrotu sprawy mimo różnych uwag.

Trasa nie jest długa i mimo że nazywa się ją „ekstremalną” to niewiele z tej nazwy spotkamy na swojej drodze. Dużo jest jakichś takich tandetnych ozdób zrobionych typowo pod dzieciaki, dodatkowo zdziwił mnie fakt, że wnętrze zamku poza kilkoma salami nie prezentuje się kwitnąco. Nie mówię tu już nawet o obszarach, gdzie panuje po prostu pustka, ale także o tych znajdujących się na drodze turysty. Widać, że bardzo duża część przedmiotów to jakieś pudła i graty zostawione przez pracowników – niby nic, ale jednak troszkę kole to w oczy. Przyszykujcie się też na bardzo specyficzny zapach stęchlizny i kapusty, którego raczej nie sposób pozbyć się z tak dużego obiektu wyłącznie poprzez otwieranie okien.

No ale żeby nie wyszło, że tylko tu sobie gderamy – wycieczka ogólnie nam się podobała. Zobaczyliśmy najbardziej luksusowy apartament z wręcz powalającą wanną w takich rozmiarach, że można by się w niej kąpać na stojąco, dwie piwnice (dawną kuchnię i miejsce pochówku, które jednak okazało się zbyt wilgotne – do tego stopnia, że podczas deszczu turyści muszą stać na specjalnej platformie), mnóstwo korytarzy, salę myśliwską, krużganki i wiele innych. Mnie jednak bezsprzecznie najbardziej podobał się widok rozciągający się z najwyżej wieży, spójrzcie sami.

Przy okazji dowiedziałam się też, dlaczego zamek nazywa się zamkiem 365 pomieszczeń i 99 wież, których przecież nie ma już na pierwszy rzut oka. Otóż te „wieże” to wszystkie elementy, które wystają ponad powierzchnię dachu – spójrzcie, jak łatwo można nagonić klientów i stworzyć smaczek, który tak naprawdę wcale nie istnieje. Magia turystyki 😉

ZAMEK W MOSZNEJ – FAKTY I CIEKAWOSTKI

Żeby jednak nie było, że zarzucam Was samymi wrażeniami – kilka sprawdzonych informacji o samym zamku. Wszystkiego Wam nie opowiem, bo wtedy zwiedzanie nie ma większego sensu (a przecież możecie trafić do pana Adama), ale co ciekawsze fakty może zechcecie przyswoić. Warto wiedzieć, że korytarze, którymi będziecie się przechadzać, to pozostałości po kiedyś istniejącym w zamku ośrodku psychiatrycznym i lazarecie (II wś). W zamku do dziś oprócz różnych festiwali  czy świąt na zewnątrz (np. święto kwitnącej azalii) odbywa się wiele występów teatralnych, a także koncertów w kaplicy (która notabene kiedyś została przerobiona na stajnię, do której konie schodziły po schodkach). Ostateczny kształt zamku możemy obserwować od czasu, kiedy część budynku spłonęła. Gdy teraz się tak zastanawiam, to chyba nie znam zamku, którego dzisiejsza forma wyklarowała się inaczej niż przez pożar czy wojnę (ten akurat tej tragedii uniknął). Wiele przylegających do niego miejsc powstawało w różnych okresach, stąd różne style architektoniczne wielu z nich. No i na koniec fakt dla fanów kina – to właśnie tutaj nakręcano sceny do Testu Pilota Pirxa.

Ostatecznie na pewno polecamy wejście do środka zamku, nie tylko obserwowanie jego murów z zewnątrz. Nie obiecuję, że wszystkie widoki będą godne zobaczenia, jednak warto unaocznić sobie, jak cienka w tym wypadku jest granica między bogactwem a pustką po minionych latach świetności. Mamy jednak czym się pochwalić i na pewno, jeśli tylko szukacie atrakcji na weekend, to nie będziecie zawiedzeni – budowla zapewnia oku estetyczne pocieszenie.

Z mojej strony to byłoby już na tyle – dajcie znać, czy te tereny są Wam znane, czy też jeszcze nigdy nie mieliście sposobności ich zobaczyć. Mam nadzieję, że Was zachęciłam i przedstawiłam kilka faktów, o których do tej pory nie mieliście pojęcia. A w razie gdyby jeszcze było Wam mało, to zachęcam do odwiedzania mojego fanpage’a na Facebooku oraz Instagrama – odnośniki po prawej na górze! Trzymajcie się ciepło.

Lwów cz.1 – Jaki środek transportu wybrać, jak wyglądają procedury na granicy i jak zaoszczędzić na kosztach?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy dość spontanicznej wycieczki do Lwowa, którą odbyliśmy razem z moim kolegą z pracy 26-29 września 2019 roku. Miałam wielkie szczęście, jako że Igor pochodzi z Ukrainy, dorastał i wychowywał się w obranym przez nas mieście – lepszego przewodnika nie można sobie wyobrazić. W końcu nikt nie pokaże takich zakamarków, nie przedstawi tylu opowieści i nie zdradzi tylu tajemnic, co właśnie „lokalsi”. Opowiem Wam więc, jak wyglądało nasze przedostanie się za granicę (zarówno pociągiem, jak i na pieszo), czy różnice kulturowe są bardzo mocno dostrzegalne, jak korzystać z komunikacji miejskiej i jakie wspomnienia pozostawia po sobie jedna z bardziej rozpoznawalnych przekąsek: czebureki. Poniższy wpis ma charakter porządkujący, wprowadzający i informacyjny, byście lepiej mogli wczuć się w samo miejsce i jego mentalność. Jeśli chodzi o zdjęcia, to obiecuję, że w następnym wpisie zobaczycie ich mnóstwo, zapraszam na:

Jak zaczęła się nasza podróż?

Historię dotyczącą tego wyjazdu wspominam bardzo miło, a równocześnie cała otoczka, jaka się wokół niego rozegrała, dała mi wiele do myślenia na temat nastawienia ludzi do życia i własnych pragnień. Jeśli o mnie chodzi, to nigdy nie miałam specjalnych zapędów, żeby wyruszyć do Rosji, Białorusi czy Ukrainy. Obierałam przede wszystkim zachodnie kierunki, pewnie dlatego, że tak nauczyłam podróżować się z rodzicami, a destynacji nigdy nie brakuje z racji tego, ile ma nam do zaoferowania świat. Drugą kwestią było to, że każda nacja przywodzi nam na myśl pewne skojarzenia – czy to bardziej stereotypowe, czy z autopsji. Wydaje mi się, że każdy z nas zaliczył niejedno spotkanie z naszymi wschodnimi sąsiadami; w końcu bardzo często możemy spotkać ich na uczelniach, w sklepach, zwłaszcza w większych miastach.

Jaki był mój odbiór Ukraińców? Bardzo różny, każda osoba reprezentuje w odmienny sposób swój kraj. Wśród nich oczywiście znalazły się przypadki, kiedy miało się odczucie, że druga osoba spogląda na Ciebie zupełnie z góry, a jedyne co ją interesowało, to Twój Instagram. Zdarzało się też, że patrząc na kogoś, widziało się w nim zupełnego lekkoducha: studia i akademik opłacone przez rodziców, więc nie zaszkodzi uczyć się trzy razy pod rząd na pierwszym roku. Bywali też cwaniaczkowie, którzy liczyli, że prześlizgną się przez wszystkie stopnie edukacji, bazując na tym, że nie znają języka i nie ogarniają wielu rzeczy. Styczności z takimi osobami raczej się nie uniknie, ale chciałabym, żebyście po tym wpisie byli świadomi, że oni stanowią jakiś odsetek – czy większy, czy mniejszy, to już musicie ocenić sami, jednak ja na swojej drodze spotkałam wiele przesympatycznych osób, a jedną z nich okazał się właśnie Igor.

Jak się okazało, istnieje wiele bardzo hojnych i pomocnych Ukraińców, o czym przekonacie się dalej. Co też mnie urzekło, to ich optymizm i poczucie humoru. Są robotni, niesamowicie zapaleni do próbowania nowych rzeczy i wiecznie się uśmiechają lub wybuchają śmiechem. To, czego uświadczyłam dzięki znajomym Igora, to naprawdę wielka energia i otwartość wobec ludzi (nie tylko zresztą podczas tego wyjazdu). Czułam to nawet w momentach, kiedy rozmowa średnio się kleiła, bo nasz angielski bardzo mocno się ze sobą gryzł, a Igor robił nam za tłumacza. Warto więc przede wszystkim zmienić nastawienie i dać sobie szansę na poznanie tych niestereotypowych przypadków.

Jak wspomniałam we wstępie – Igora poznałam podczas wakacyjnej pracy w 2018 roku. On zapamiętał mnie z zupełnie innego momentu niż ja jego, ponadto nie rozmawialiśmy wtedy zbyt dużo, ale po roku, kiedy spotkaliśmy się znów na tym samym stanowisku, okazało się, że rozmowa całkiem nam się klei. Po jakimś czasie dość spontanicznie wyszedł z propozycją, żebyśmy pojechali do jego rodzinnego miasta, bo ma tam dom, w którym można przenocować, trochę zaoszczędzimy i będziemy mogli zabrać znajomych. Padło na wrzesień i mimo że terminy miałam już wszystkie zaklepane (dosłownie, w moim kalendarzu świeciły się same powiadomienia), to przełożyłam wszystko tak, żeby podróż mogła dojść do skutku. Okazało się, że byłam jedyną osobą, która to zrobiła.

Dość zaszokowało mnie, że większość znajomych odmówiła wyjazdu mimo wszystkiego, co podsunęliśmy im pod nos. Padły propozycje innego terminu, wymówki brakiem paszportu czy przeprowadzką na studia, więc po prostu sobie odpuściliśmy i stwierdziliśmy, że daliśmy wszystkim równe szanse. Wtedy dotarło do mnie jednak, że czasem ludzie nie chcą od Ciebie nie tylko wędki, ale też złowionej tą wędką ryby. Że nie wszyscy po prostu te ryby lubią, a priorytety każdego z nas, mimo przyjaźni, są czasami zupełnie inne. Dlatego wielu moich znajomych w ostatnim tygodniu września ponownie wyprowadzała się na studia, niemalże urządzając sobie drugi dom. Ja? Ledwie zdążyłam na początek roku akademickiego, a przez pierwszy tydzień miałam na stancji tylko to, co zmieściłam do walizki i wspominam to z wielkim uśmiechem.

To był jeden z niewielu samodzielnych wyjazdów, których nie byłam organizatorem. Zwykle to ja skrzykuję ludzi, podaję ceny, noclegi, godziny – po prostu tak wychodzi. Czasami męczy mnie myśl o tym, że znów wszystko spada na moją głowę. Co się jednak okazało; w przypadku, kiedy to Igor przejął pałeczkę, poczułam się nieco bezbronna i co chwilę dopytywałam, gdzie pójdziemy, co zrobimy i czy na pewno dotrzemy na miejsce. Taka zamiana ról wyszła mi na dobre, a równocześnie pozwoliła dość mocno docenić chwile podejmowanych świadomie decyzji.

DOJAZD I KOSZTY

Zdecydowaliśmy się na wyjazd wieczorny w taki sposób, żeby do Lwowa dotrzeć o poranku, mieć przed sobą cały dzień zwiedzania i równocześnie zaoszczędzić na noclegu. Oboje byliśmy przyzwyczajeni do spania w różnych warunkach, więc pociąg nie stanowił dla nas wielkiego wyzwania (prawie – czytaj dalej!). Jedynym minusem takiego rozwiązania jest fakt, że nie możemy kupić bezpośredniego biletu na Ukrainę, a już na pewno nie zrobimy tego online. W kasie rzeczywiście od razu sprzedadzą nam dwa korelujące ze sobą świstki papieru, z tym że jeden z nich obowiązuje do Przemyśla, a drugi do Lwowa. Drugim absurdem jest cena i tutaj nawet nie mam na myśli jej wysokości, a nierównomierne rozłożenie. Po uwzględnieniu zniżki studenckiej prezentowało się to następująco:

Trasa Opole -> Przemyśl (480 km) koszt 31 zł
Trasa Przemyśl -> Lwów (ok. 100 km) koszt 41 zł

Niby różnica nieduża, bo tylko 10 zł, jednak jeśli weźmiemy pod uwagę, że zagraniczny odcinek drogi jest niemalże pięciokrotnie krótszy, to niemalże obłęd. Chciałabym też powiedzieć, że jedziemy znacznie krócej, ale dlaczego nie możemy tego zrobić, o tym za chwilę.

W drodze powrotnej przetestowaliśmy inne rozwiązanie. Wsiedliśmy we Lwowie w autobus jadący do Medyki (60 UAH, czyli ok. 9,40 zł), przeszliśmy przejście graniczne pieszo, później dostaliśmy się taksówką na dworzec PKP (10 zł, alternatywę stanowił bus) i stamtąd pociągiem do Opola (znów 41 zł). Generalnie więc różnica w cenie nie jest zbyt duża (wersja z pociągiem 72 zł, wersja z autobusem 59,40 zł), jednakże komfort przemieszczania się pozostawiał wiele do życzenia zarówno w jednym, jak i drugim przypadku, o czym dowiecie się w dalszej części tego i następnych wpisów.

Jeśli chodzi o ogólne podsumowanie kosztów, to zamknęliśmy się w 450 zł za całość podróży. Są to koszty dość zawyżone, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę to, że jeśli chodzi o nocleg, to skorzystaliśmy z dobroci znajomych Igora. Przepracowaliśmy jednak cały sezon i chcieliśmy wypocząć, skorzystać z lokalnych uroków, stąd nasze wieczory w restauracjach i pieniądze wydane na kosztowanie lokalnych smakołyków. Inną sprawą jest to, że ceny na Ukrainie są dość niskie w porównaniu do naszych, stąd duża pokusa, żeby po prostu kupować więcej. Oczywiście jeśli komuś bardzo zależy na oszczędności, to polecam ten kierunek, bo na spokojnie można udać się dam, nie wydając milionów monet. Wystarczy dobra organizacja i można zobaczyć naprawdę dużo z wręcz groszowym budżetem (z czego my jako studenci korzystamy nagminnie).

Jeśli jednak chodzi o tę podróż, to wyjechaliśmy z Opola po godzinie 19.00. W sumie przegadaliśmy większość czasu, pokazywaliśmy sobie zdjęcia z naszych podróży i śmialiśmy się z wyczynów Igora. Tak jak już wcześniej wspomniałam – Igor zalicza się do typu gospodarza. W jego podróżnym plecaku zawsze znajdzie się miejsce na smakołyki, kawę czy inne napoje. Tym razem nie było inaczej i już po godzinie czułam się zasłodzona ogromnymi ciastkami z kremem, ale nie tylko nimi. Okazało się, że zabrał termos z gorącą czekoladą, którą po prostu uwielbiam. Na nasze nieszczęście okazało się jednak, że pojemnik jest odrobinę nieszczelny i kiedy tylko Igor go przechylił, czekolada zalała jego jasne spodnie w taki sposób, że nie mogłam wytrzymać ze śmiechu. Wiecie, zazwyczaj to ja robię coś niezdarnego w towarzystwie, więc taka odmiana była dla mnie nad wyraz miła. I dlatego też pewnie nie odczułam wstydu, kiedy pół pociągu spojrzało na strużkę czekolady płynącą środkiem wagonu. Dla ciekawskich, spodnie jakimś cudem udało się odratować, ale właśnie dlatego zawsze warto zabierać dwie pary. 😉

Do Przemyśla mieliśmy dojechać lekko po północy. Koło 23.00 pasażerów została zaledwie garstka, dlatego rozsiedliśmy się na chwilę drzemki. Do końca nie wiedzieliśmy, czy drugi bilet przysługuje nam z racji tego, że musimy się przesiąść do innych wagonów, czy też zostajemy na swoich miejscach. Finalnie okazało się, że przechodzimy po prostu do innych wagonów podpiętych do polskiego składu, które do tej pory jechały puste (całe wielkie dwa). Co stanowiło dla nas zaskoczenie, to podział wagonu na damski i męski. Igor jednak użył w kasie swojego daru negocjacji i wytłumaczył, że jadę pierwszy raz i jesteśmy tylko we dwójkę, więc czulibyśmy się lepiej, gdyby udało się mieć miejsca obok siebie. Kobiecina była na tyle miłosierna, że się nad nami zlitowała – zresztą jak się okazało, na miejscu nie uskuteczniano żadnych wielkich przetasowań, bo jechaliśmy tylko my i jakieś 4, max. 6 innych osób.

Każde z nas dostało swój „przedział” – okazało się, że przejazd tymi wagonami jest tak drogi, ponieważ nie uznaje się miejsc siedzących, a jedynie sypialniane. Brzmi to świetnie, zwłaszcza ze słuchu, a jak w praktyce? Nie wiem, czy oglądaliście może film „Pociąg” z 1959 roku, ale główni bohaterowie spali właśnie w takich przedziałach. No, więc teraz przypomnijcie sobie je i wyobraźcie coś gorszego standardu. W rogu mały stolik, przy ścianie rozciąga się dość twarda kanapa przykryta babcinym kocem. W sumie nawet nie wiesz, czy te rzeczy są jakoś czyszczone, więc dla bezpieczeństwa rozkładasz własny kocyk i zwijasz bluzę, żeby włożyć coś pod głowę. Możesz zasłonić grubą zasłonkę i powiesić na drewnianych kołkach kurtkę czy marynarkę. Na ziemi zostaje jeszcze trochę miejsca na bagaż, jest też możliwość zamknięcia się na klucz. Generalnie trochę klaustrofobiczne i zaniedbane miejsce, ale wystarczy odrobina dobrego nastawienia, bo w gruncie rzeczy nie jest to nic strasznego i jak o same warunki chodzi, to da się przeżyć.

Konduktorka obsługująca oba wagony nie mówi ani po polsku, ani po ukraińsku. Igor starał się z nią porozumieć po rosyjsku, ale rozumieli się tak trzy po trzy – no lepsze to niż nic. Kobieta zabrała nasze bilety, a później obudziła nas tylko po to, żeby je oddać. W sumie nikt nie informował o stacjach, odjazdach, o niczym i człowiek po wybudzeniu zupełnie nie miał orientacji, gdzie się znajduje. W całym jadącym pociągu jest sprawna tylko jedna toaleta, taka wiecie, bez wody, działającej spłuczki, mydła i taka zupełnie srebrna, jakby metalowa. Średnio czysto, ale po tylu godzinach jazdy raczej będziecie musieli się przełamać, mimo że dla mnie to stanowi duże wyzwanie. Często nawet moje koszmary opierają się na tym, że błądzę po brudnych, zdewastowanych toaletach publicznych, serio. W każdym razie – da się wytrzymać.

PRZEKROCZENIE GRANICY pociągiem

Jeśli chodzi o sam przejazd, to przechodzimy teraz do kwestii, która najmocniej zapadła mi w pamięć chyba z całego wyjazdu i uważam to za jedno z ciekawszych, choć może mniej przyjemnych rzeczy świadczących o odmienności kulturowej, technicznej i ogólnie mentalnościowej. Nie wiem, czy jesteście tego świadomi, ale rozstaw torów na Ukrainie jest nieco inny niż ten przyjęty jako standardowy w większości Europy Zachodniej. Różnica wynosi bodajże +0,9 cm w szerokości, natomiast sprawia to, że pociąg przyjeżdżający z Polski nie jest w stanie kontynuować trasy i należy wymienić koła na większe. Proces ten trwa niesamowicie długo, a jeszcze bardziej niesamowity jest hałas, który mu towarzyszy.

Jest na tyle głośno, że ciężko zmrużyć oko. Można to nazwać klekotaniem, tłuczeniem – w każdym razie ma się wrażenie, że ktoś używa młotka tuż przy ścianie, przy której ma się ułożoną głowę do snu. Wagony i okna nie są zbyt dźwiękoszczelne, dlatego razem z łomotem słyszymy głosy pracowników kolei, a jako że duża część pracujących przy wymianie kół to Polacy, co parę minut słychać naprawdę donośne KURWA!. Chwila takiego słuchania bawi, później człowiek staje się zmęczony, zwłaszcza że jest noc. Po trzech godzinach takiego stania po prostu usypia się już ze zmęczenia i budzi co chwilę, nie mając pojęcia, gdzie się jest.

Najdziwniejsze uczucie z tego wszystkiego, to nieustannie poruszanie się pociągu, podjeżdżanie 2-3 metry do przodu i przerwa. W pewnym momencie ma się złudne wrażenie, że tak naprawdę cały czas się poruszamy, więc kiedy obudziłam się o 4.30 i do przedziału przyszedł Igor, to zupełnie straciłam rozeznanie. Widok za oknem się zmienił, ale było na tyle ciemno, że nie miałam pojęcia, czy widzimy jakieś miasto, fabrykę czy zupełne nic. Uwierzcie mi, jeszcze nigdy w życiu nie ogarnął mnie taki szok jak w momencie, kiedy okazało się, że od północy wciąż stoimy na granicy i wystartowaliśmy dopiero chwilę przed godz. 5.00.

Dużym plusem pociągu jest bardzo szybka kontrola graniczna. Ważnym elementem jest posiadanie paszportu, na sam dowód nie da rady się przedostać. Polacy z kolei nie są zobowiązani do posiadania wizy wjazdowej, więc chociaż taki plus. Straż graniczna nie próbowała nawet przeszukiwać naszych bagaży i wszystko trwało może dwie minuty. Podczas przechodzenia granicy na pieszo nie maluje się to już tak różowo i nie ominie się kontroli zwłaszcza jeśli chodzi o alkohol i papierosy. Trwa to przynajmniej kilka godzin zwłaszcza w okresie natężonego ruchu turystycznego lub zakończenia wakacji, więc osobiście odradzam i w tym okresie zdecydowałabym się na opcję nr 1. Więcej o naszym felernym powrocie w następnych wpisach (można też skontaktować się ze mną mailowo w razie bardziej naglącej potrzeby).

Ostatecznie więc w ukraińskim pociągu spędzamy kolejne 6 godzin, z czego jedziemy dwie, może nawet niecałe. Niby można się zdrzemnąć, ale to rozwiązanie dla osób z twardym snem. Lepiej więc wybrać jednak opcję dzienną, chyba że komuś bardzo zależy na zaoszczędzeniu czasu i pieniędzy, tak jak to było z nami. Pamiętam jednak, że po tej podróży byłam tak zmęczona, że niemal zasnęłam przy jedzeniu – przeszło mi to jednak zaraz po zaznaniu jakiejkolwiek fizycznej aktywności, chociaż to w dużej mierze zależy od Waszego organizmu i przyzwyczajeń.

PRZYJAZD NA MIEJSCE – pierwsze wrażenia

Moje pierwsze wrażenia z Lwowa? Oczywiście nie spodziewałam się oszałamiających widoków i bogactwa, jednak podróż tam i pierwsze spojrzenie, zwłaszcza o 6.00 nad ranem, z walizką w ręce, wśród mgły i ledwie wstającego dnia, czując się trochę jak zbieg lub uchodźca, odniosłam raczej bardzo smutne. Okolice dworca były raczej podniszczone, beton pod stopami spękany, w dodatku trafiliśmy na dość chłodny poranek jak na tak gorące wakacje, więc dygotaliśmy nawet w kurtkach. Tak naprawdę dla mnie jako osoby, która miała szczęście urodzić się wtedy, kiedy się urodziła, dało to taki realny obraz PRL-u, czego nie doświadczyłam tak mocno nawet będąc w Czarnogórze i mając podobne chwile zwątpienia. Ale na takim pierwszym wrażeniu się nie skończyło, mimo że generalnie miasto miało swoje uroki i piękne, przytłaczające zakamarki. Bardziej tu chyba nawet chodziło o to, jak odbywa się we Lwowie taka zwykła codzienność i jak blado wypada ona w porównaniu z opinią, że to jedno z piękniejszych miast Ukrainy. Nie będziemy jednak skupiać się jednak tylko na tym, chwile zachwytu też Was nie ominą!

W następnym wpisie przybliżę Wam, co stanowiło dla mnie zaskoczenie – opiszę kilka sytuacji, których byliśmy świadkami, a także pokażę zdjęcia miejsc, które zapierały dech w piersiach. Mam nadzieję, że pomogłam Wam rozwiać niektóre mity, że znaleźliście tu dla siebie coś ciekawego i zechcecie towarzyszyć nam dalej w naszych wspomnieniach. A tymczasem zapraszam serdecznie na mojego Instagrama i fanpage’a, odnośniki znajdziecie po prawej stronie na górze!

Magdeburg – czyli odwiedziny po latach, maszkary miasta i obalanie kłamstw internetu

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć dość spontanicznej wycieczki do Magdeburga, a dokładniej miejscowości Haldensleben, którą odbyłam 6-10 lutego 2020 roku. Z założenia nie był to wyjazd typowo zwiedzaniowy, jechałam odwiedzić przyjaciółkę z dawnych lat, Karolinę (nazywaną pieszczotliwie Malinką) i jej chłopaka Damiana, którzy jakiś czas temu wyjechali do Niemiec. Jak się jednak okazało, wystarczyło nam czasu na przechadzkę zarówno po Magdeburgu, jak i po Hundisburgu. Interesują Cię zabytki sprzed ponad 800-set lat? Chcesz poznać nowe, smaczne piwko? A może kręcą Cię dziwne, abstrakcyjne rzeźby? To wszystko i jeszcze więcej znajdziesz w tej krótkiej relacji, zapraszam na:

Jak zrealizowałam plany wyjazdowe?

Cała ta historia rozpoczęła się w grudniu podczas przerwy świątecznej. Karolina akurat przyjechała do Polski i zaproponowała spotkanie, co było dla mnie niemałym zaskoczeniem, zważając na to, że nie widziałyśmy się jakieś dobre 2-3 lata. Znamy się jednak od siódmego roku życia i niezależnie od tego, ile upłynęłoby czasu, między nami jakby nic się nie zmieniało; brak jakiejś niezręcznej ciszy, dziwnych spojrzeń czy oceniania. Opowiadamy o wszystkim, rzucamy żarty, które wciąż bawią nas obie i raczej nie odczuwamy skrępowania. I nagle Karolina wzdycha, że byłoby fajnie, gdybym kiedyś do niej przyjechała, bo rzadko ktoś znajomy ich odwiedza. Mnie jednak dwa razy powtarzać nie trzeba, a wręcz dziwi mnie, że znając moje poczynania, nie chciało jej się wierzyć w mój przyjazd.

Dojazd, ceny i dworzec autobusowy w Berlinie (ZOB)

Zaczekałam tylko mniej więcej do połowy sesji, żeby wiedzieć, jak uwinę się z egzaminami, a później po prostu założyłam, że nie mogę nie zdać żadnego egzaminu i kupiłam bilety na Flixbusa, jako że okazał się najtańszym środkiem transportu. Przy wyjeździe z Wrocławia o godzinie 15:30 zapłaciłam około 110 zł, natomiast wyjazdy nocne, ok. 3.00 kosztowały jakieś 10 zł mniej. Trzeba się jednak liczyć z tym, że wydamy te 200 zł z kawałkiem w obie strony, co i tak nie jest złą ceną.

Autobus do Magdeburga spóźnił się pół godziny, co akurat dla mnie stanowiło całkiem duże pocieszenie. Nieco obawiałam się przesiadki w Berlinie; nie ze względu na to, że trzeba zmieniać autokar, po prostu pamiętałam z wakacyjnej pracy, jak ten główny dworzec autobusowy (ZOB) wygląda. Z tego co się orientuję, był remontowany jeszcze dwa lata temu (jeśli nie więcej) i do teraz ten proces się przeciąga. Raczej nie da się tam zgubić mimo ponad 30 stanowisk odjazdowych, tyle że nie wygląda zbytnio zachęcająco, a przyszło mi tam spędzić dwie godziny zarówno do Niemiec, jak i z powrotem.

Na miejscu są budki z ciepłym jedzeniem (pizzą itd.), oprócz tego mały sklepik wewnątrz poczekalni w rodzaju tych, które możemy zaobserwować na dworcach PKP. Na ścianie znajdują się dość duże tablice z odjazdami, przyjazdami i osobna dla połączeń miejskich z odliczaniem minut. Mamy też parę automatów z ciepłymi napojami oraz batonikami, jednak bardzo dużo oczekujących zadowala się puszką czy butelką piwa. W końcu dochodzi do tego, że część z nich rzeczywiście wygląda na podchmieloną, ktoś rozlewa alkohol na podłogę, a jeszcze inni po prostu wyglądają na niezbyt przyjazne osobniki.

Oczywiście to tylko kilka osób, ale te najbardziej zwracają uwagę, zwłaszcza jeśli jest się kobietą i podróżuje się samodzielnie. Wtedy każdy, kto za blisko się przesiada, zaczyna znikąd krzyczeć albo przybiera nieprzyjemny ton, wydaje się groźny, mimo że oprócz Ciebie czekają jeszcze dziesiątki innych osób i wydają się raczej nieszkodliwe. Nie zapominajmy też, że było stosunkowo późno, a w każdym razie już ciemno, bo do Berlina dotarłam o 19.40, a odjechałam 21.40. Chciałoby się poczytać książkę, pograć w coś na telefonie i jakoś zabić tę nudę, ale z początku woli się nie spuszczać wzroku z torby.

Warto też zauważyć, że miejsc do siedzenia nie ma zbyt wiele, poza tym ludzie często wrzucają swoje toboły na krzesło obok siebie, więc części osób, w tym mnie, pozostaje zajęcie parapetu. I wiecie co? Mogę nazwać się szczęściarą, bo na całej szerokości ściany rozciągają się kaloryfery i w tym miejscu jest po prostu ciepło. Czasem nawet trzeba wstać i się poprawić, bo uda i tyłek zaczynają piec z gorąca. Na całym dworcu jest raczej chłodno, więc to miejsce wydaje się dosyć strategiczne. W drodze powrotnej czułam już, jakbym wróciła do dobrze znanego miejsca, więc ułożyłam się wygodnie z książką i tylko dyskretnie odsunęłam się z metr czy dwa, kiedy obok położył się dziwnie wyglądający facet i zaczął chrapać.

Sama podróż tak naprawdę nie trwa długo. Z Wrocławia do Berlina niecałe 4 godziny, z Berlina do Magdeburga niecałe 2. Najbardziej uciążliwe jest właśnie to czekanie, kiedy tak naprawdę za ten czas można by dotrzeć już na miejsce. Wielu osobom może też przeszkadzać fakt, że po przesiadce jedziemy z niemieckimi kierowcami, więc wszystkie informacje przekazywane są właśnie w tym języku. Nie jest to jednak zbyt duży problem, o ile znacie chociaż podstawy. Jeśli nie, to myślę, że po samych nazwach stacji też da się rozeznać. Ja na przykład byłam zaskoczona, bo moja znajomość niemieckiego jest na naprawdę niskim poziomie (mimo dziewięciu lat nauki, po prostu nie pałam sympatią, jeśli chodzi o jego brzmienie), a mimo tego potrafiłam porozumieć się w prostych kwestiach i załapać większość poleceń typu; gdzie włożyć bagaż, dokąd się jedzie, gdzie udajemy się teraz. Tak czy siak cieszyłam się, że Magdeburg to pierwszy przystanek po przesiadce, bo a nuż z moim szczęściem wysiadłabym źle. Tu przynajmniej nie mogłam się pomylić, zwłaszcza że znajomi czekali na mnie już przy samym wyjściu.

Warto wspomnieć, że na autostradzie pomiędzy Haldensleben a Magdeburgiem jest wielkie zamiłowanie do fotoradarów, które ponoć pojawiają się tam na krótko i w różnych miejscach. Nas na przykład jeden z nich zaskoczył i dzięki temu już w pierwszy dzień zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie… Mówię o tym z tego względu, że ograniczenia prędkości w pewnych odcinkach drogi zmieniają się bardzo szybko, schodząc nawet do 80 km/h, więc raczej nikt nie dostaje tam niskich mandatów. Czemu mówię nikt? Bo w ciągu paru dni mnóstwo znajomych czy współpracowników Karoliny i Damiana, którzy jeżdżą tamtą drogą, spotkało się z podobną nieprzyjemnością.

Zamek w Hundisburgu

Nasz tryb zwiedzania z pewnością nie był taki, jak z początku sobie wyobrażałam, przede wszystkim dlatego, że kładliśmy się w godzinach wczesnorannych typu 4.00 lub nawet 6.00 i światła dziennego nie pozostawało nam zbyt wiele. Magdeburg odwiedziliśmy na dłużej dopiero ostatniego dnia, natomiast wcześniej udałyśmy się z Karoliną do Hundisburga, gdzie znajduje się zamek pochodzący z XII w., pierwotnie należący do arcybiskupa Ludolpha von Magdeburga. Po II wojnie światowej został przejęty przez żołnierzy radzieckich i kiedy w listopadzie 1945 roku wybuchł pożar, znaczna część budynków spłonęła. Większość z nich jednak odbudowano i dziś możemy obserwować zamek wraz z przylegającymi do niego ogrodami w takiej właśnie formie:

Latem czy wiosną te obszary na pewno wywołują silniejsze wrażenia, ale wystarczy odrobinę uruchomić wyobraźnię, by zobrazować sobie, jak wygląda zieleń na tych terenach w pełni rozkwitu. Niezależnie jednak od pory roku możemy skorzystać z restauracji, która znajduje się wewnątrz samego zamku albo dostrzec ludzi wypuszczających drony i fotografujących wszystko z góry. My obeszłyśmy ogrody wzdłuż i wszerz, doszłyśmy także do bramy z herbem i odkryłyśmy… kubek, który Karolina nalegała, bym wrzuciła na Podróżniki, a więc oto i on:

Jeśli macie pomysły na jego zastosowanie, to podzielcie się nimi w komentarzu!

Przeszłyśmy też do parku, który znajduje się obok. Co ciekawe, przyroda zupełnie się rozregulowała i czując tak wysoką jak na luty temperaturę, postanowiła, że zacznie pokazywać swoje wdzięki. Z tego też względu nasze zwiedzanie przemieniło się w poszukiwanie kwiatów, bo o ile z początku znalazłyśmy jeden czy dwa, o tyle później natrafiłyśmy na ich całe skupiska. Ani ja ani Karolina nie jesteśmy dobre, jeśli chodzi o botanikę, jednak w XXI w. przyszła nam z pomocą dość fajna aplikacja o nazwie PlantSnap, która po zdjęciach albo obrazie z kamery jest w stanie zidentyfikować daną roślinę. Całkiem fajna sprawa, jeśli chce się troszkę poduczyć albo poddać sprawdzeniu w przypadku miłośników przyrody. Tak na przykład odkryłyśmy, że kwiat ze zdjęcia pod spodem to Rannik Zimowy (żółty), no a przebiśniegi i krokusy są już raczej znane. Jedynym minusem tej apki jest to, że możecie wykonać jedynie 10 zdjęć dziennie, chyba że wykupicie wersję premium.

Jako że wchodziłyśmy w każde możliwe miejsce, które wyglądało na warte odkrycia, odnalazłyśmy też coś, czego niekoniecznie się spodziewałyśmy, a mianowicie dwa odosobnione nagrobki. Nieco przerażający widok, zwłaszcza że miejsce jest zupełnie niepozorne; niska górka otoczona kwadratem z niskich krzewów, a pośrodku nich to:

Starałam się znaleźć jakiekolwiek informacje na temat tych kobiet i sprawdzić, czy mają ze sobą coś wspólnego, jednak jedyny wątpliwy trop prowadził mnie do nazwiska Eichborn, czyli byłego porucznika Wermahtu. To pozostanie więc dla nas nierozwiązaną tajemnicą.

Ruiny kościoła Nordhusen

Prosto stamtąd podążyłyśmy za drogowskazami do ruin Nordhusen znajdujących się nieopodal. Zaczęłyśmy mieć jednak nieco wątpliwości, kiedy wjechałyśmy na drogę bez wątpienia przeznaczoną dla jednego auta, która bardziej przypominała ścieżkę dla pieszych bądź rowerów. Według nawigacji zostało nam jednak 200 m do celu, więc stwierdziłyśmy, że zamiast cofać i iść w jedną oraz drugą stronę, nie wiedząc, czy na końcu rzeczywiście są jakieś ruiny (raczej nic na to nie wskazywało), to po prostu podjedziemy do końca i w razie czego wyjedziemy na wstecznym. Gdybyście mieli takie wątpliwości jak my; to jednak była droga dla samochodów, na końcu znajduje się nawet parking. Co prawda nie jest nawet utwardzony i wygląda, jakby auto miało się tam zaraz zapaść, ale jest.

Udałyśmy się więc wyasfaltowaną dróżką prowadzącą pod samą atrakcję, na chwilę jeszcze zbaczając z trasy. Po prawej znajdowało się dość ładne jeziorko, nawet spotkałyśmy tam mężczyznę łowiącego ryby. Ani ja, ani Karolina nigdy nie wędkowałyśmy, jednak miałyśmy wrażenie, że zarzucanie wędką i zwijanie żyłki pięć razy na minutę nie jest zbyt dobrym pomysłem. Poza tym nawet dla nas, jako osób, które w życiu tam nie zawitały, wydawało się, że w wodzie nie ma żadnych ryb i nic nie wskazywało, żeby było inaczej. Ten fakt oraz przyjście drugiego faceta kilka minut później sprawił, że wolałyśmy jednak nie przechodzić obok nich i poszłyśmy drogą dookoła, zwłaszcza że oboje co chwilę rzucali dziwne spojrzenia w naszym kierunku.

Samo jezioro było jednak bardzo ładne, poza tym to dość dobre miejsce do robienia zdjęć.

Do głównej atrakcji, jak się okazało, nie było wcale daleko. Po drodze spotkaliśmy wracającą akurat stamtąd parę, dosyć roześmianą i wesołą, dlatego obstawiałyśmy, jaka była ich prawdziwa reakcja:

  1. Ale było super, takie fajne ruiny!
  2. Hahahaha tyle szliśmy, żeby zobaczyć dwa kamienie, hahaha BEKA.

W komentarzach na dole możecie napisać, co Wy byście obstawili, a później swoją własną opinię na temat tego, czy było warto, czy też nie, kiedy już spojrzycie na zdjęcie na dole. My generalnie nie byłyśmy zbyt rozczarowane. Ba, po islandzkich Borgarvirkach (kto nie wie, o co chodzi, ten może się dowiedzieć tutaj) ucieszyło mnie, że zachowała się cała wschodnia ściana budowli i rzeczywiście coś można sobie zwizualizować. Ponadto w środku umieszczono dwa plakaty pokazujące mapki i schematy uwzględniające kościół, który odnalazłyśmy i który przetrwał w tym miejscu od 1200 roku.

Budowla miała 17 m wysokości – grube mury, małe otwory okienne i powybijane cegły chyba z zamysłem wentylacji (bez wątpienia styl romański). Nie umiałyśmy jednak uwierzyć w to, jak maleńki musiał być ten kościółek. Patrząc na jego zarys na mapce, musiał się kończyć tuż przy spadzie do jeziora, a te wymiary można by przyrównać do zwykłego rodzinnego domku, tylko dużo wyższego. Naszym zdaniem całkiem opłacało się przyjechać, żeby to zobaczyć, a raczej nie jest to zbyt rozsławiona atrakcja.

Smaczne, kobiece piwko z Niemiec

Jak to dwie kobiety, które spotykają się po długiej rozłące, poszłyśmy na zakupy, bo śmianie się z ohydnych ubrań zawsze mocno nas do siebie zbliżało. Jeśli chodzi o odzież, rozbieżności między Niemcami a Polską zbyt dużych nie ma. Ja natomiast bardzo lubię przechadzać się po sklepach spożywczych, gdzie warzywa są tak ładne i świeże, a wybór słodyczy i alkoholi cieszy oczy. Nie jestem smakoszem piwa, ale od siebie mogę polecić produkowane w Niemczech Veltins V+ Energy, którego w Polsce nigdy nie widziałam (chociaż ponoć można kupić je w Lidlu). To coś w rodzaju Radlera/Sommersby, w podobnej butelce, 4,8% alkoholu, przy czym 1/5 składu stanowi napój smakowy, w tym wypadku energetyk. Dość mocno słodkie, ale też nie takie mdłe, bardzo przyjemne na jakąś imprezę jako alternatywa do tego, co znamy. Może i babskie, ale smaczne 😀 Znajdziecie je w takiej oto niebieskiej butelce:

Wizyta w Magdeburgu

Ostatniego dnia mojego pobytu wreszcie zajęliśmy się eksploracją Magdeburga. Miasto ma ponad 1200 lat, dlatego możemy spotkać tam wiele zabytków pokroju kościołów. Zatrzymaliśmy się na parkingu nieopodal klasztoru Najświętszej Maryi Panny, gdzie obecnie znajduje się muzeum sztuki i udaliśmy się w kierunku rynku. Po drodze, dokądkolwiek by się nie poszło, cały czas natyka się na rzeźby różnej maści. Większość z nich odbiega jednak od realizmu, jest zupełnie abstrakcyjna i nieproporcjonalna. Momentami aż do tego stopnia, że staje się to zabawne, czego przykładem może być na przykład ten zając.

W samym centrum znajduje się jedna z najstarszych budowli Magdeburga, katedra świętego Maurycego i świętej Katarzyny. Dostrzec można, że zaprojektowano ją w duchu gotyku, jednak dodano elementy charakterystyczne dla sztuki lokalnej. Dla mnie wyjątkowo ciekawe okazały się zwieńczenia wieżyczek, spójrzcie.

Co ciekawe, przed katedrą znajduje się ogromny plac, na którym wciąż widniały świąteczne dekoracje (mimo że był luty). Złote, wielkie konie, bombki i tak dalej, które zajmowały sporo przestrzeni. Gdyby nie one, w tym miejscu musiałoby być strasznie pusto, a przynajmniej mnie się tak teraz wydaje, kiedy o tym pomyślę.

Najbardziej jednak wyczekiwaną przeze mnie atrakcją była Zielona Cytadela (która w rzeczywistości jest różowa). Obecnie funkcjonuje jako blok mieszkalny, co również było dla mnie nie lada zaskoczeniem. Podejrzewałam, że w takim budynku jak ten znajdzie się jakieś muzeum czy inna kulturalna ostoja (co prawda wystawiane są tu obrazy twórcy, ale nie to jest głównym przeznaczeniem), natomiast można tam dostrzec zamiast tego suszące się pranie, a kiedy wejdzie się schodami na górę, pośrodku całego skweru znajduje się plac zabaw dla dzieci. Myśląc o tym, aż współczuję mieszkańcom i nie dziwię się, czemu większość z nich nie odsłania nawet okien. Pewnie przywykli już do tego, że ich prywatność jest wiecznie naruszana przez turystów robiących zdjęcia.

Co to właściwie za budowla? Dla jednych maszkara, dla innych całkiem ładny twór stworzony przez Friedensreicha Hundertwassera. To może być dla wielu osób zaskoczeniem, zwłaszcza jeśli posiłkują się tylko pierwszą informacją, którą zobaczą zaraz po wpisaniu w Google „atrakcje Magdeburga”. Otóż przy zdjęciu cytadeli pod spodem da się dostrzec napis „Antoni Gaudi” przy czym miał on z tym tyle wspólnego, co nic. Sama na początku dałam się na to złapać, mimo że cały czas zastanawiało mnie, co architekta hiszpańskiego sprowadziłoby akurat do Magdeburga. Obalamy więc mity: Zielonej Cytadeli Gaudi nie widział na oczy.

Blok ma bardzo nietypowy kształt, zaraz obok niego znajduje się owalna wieża. Dużo przeszklonych powierzchni, czerwone pionowe pasy co metr czy dwa. Dużo kulistych elementów, ale moją uwagę najbardziej przykuły różnokolorowe kolumny, które w niektórych miejscach wyglądały, jakby ktoś ułożył je z ogromnych koralików. O ile całość sprawiała dla mnie ciekawe, choć raczej nieestetyczne wrażenie, o tyle filary zupełnie mnie urzekły. Oceńcie sami.

Zoo w Magdeburgu

Udaliśmy się też do zoo w Magdeburgu, ale nieco się rozczarowaliśmy. Prawdopodobnie w okresie letnim wyglądałoby to wszystko lepiej, ale w dzień, kiedy było szaro i wietrznie, wydawało się, że zwierzęta po prostu marzną (surykatki stały na pod lampką zbite w kłębek i dygotały). Z początku Karolina śmiała się jeszcze przed wejściem, czy tam będą w ogóle jakieś zwierzęta, a po obejściu całości stwierdziliśmy, że jej pytanie nie było bezzasadne. Większość wybiegów zewnętrznych stała pusta, bez możliwości wejścia i zobaczenia zwierząt wewnątrz. Później śmialiśmy się już tylko, że oglądamy roślinki i kupy, a widok żywej istoty wywoływał w nas euforię.

Na miejscu jest kilka ciekawych zwierząt, np. pingwiny, jednak całość nie robi powalającego wrażenia. Zoo nie jest zbyt duże, wybiegi zresztą podobnie, a cena zbyt wygórowana zwłaszcza jak na okres zimowy. Zapłaciliśmy 13 euro plus osobno parking, z czego powinniśmy chociaż o połowę mniej, biorąc pod uwagę to, co zobaczyliśmy. Naszym zdaniem tę atrakcję lepiej sobie podarować i zająć się czymś bardziej pożytecznym.

Około 18.00 czekał mnie powrót do domu i na szczęście pomimo dużych wiatrów i ulewy, na jaką wtedy natrafiłam, już o 2.00 nad ranem dotarłam bezpiecznie do domu. Myślę więc, że jeśli ktoś miałby te parę dni wolnego i zastanawiał się, jak spożytkować swój czas, to Magdeburg jest dość dobrym miejscem na krótki wypad. A Wy odwiedziliście może kiedyś to miasto czy do tej pory nie mieliście pojęcia o jego istnieniu? Napiszcie! Zapraszam również do poczytania o innych ciekawych atrakcjach i podróżach, a także do odwiedzenia mojego fanpage’a i Instagrama, odnośniki po prawej na górze!

Węgierska kuchnia – papryka, gulasze i przekąski w alternatywie dla kebaba

Z czym kojarzy się węgierska kuchnia? Przede wszystkim z gulaszami w kociołkach, zupami w chlebie i dużą ilością wina oraz papryki – czy to w postaci warzywa, czy sproszkowanej przyprawy. Zazwyczaj dużo ostrości, mięsa i dość ciężkostrawnie, choć nie jest to regułą. Dziś skupimy się na kilku ciekawych punktach gastronomicznych, a także potrawach czy przekąskach, jakich trzeba spróbować lub wręcz przeciwnie, będąc już na miejscu. Zapraszam na:

Langosz – gdzie najlepiej zjeść?

Na sam początek warto wspomnieć, że niepowtarzalną okazją do skosztowania tradycyjnych dań w samym Budapeszcie jest bożonarodzeniowy jarmark znajdujący się na Vörösmarty tér. Prócz pojedynczych budek ze słodyczami czy kurtosz-kołaczami znajdziemy kilka połączonych ze sobą punktów gastronomicznych. Pośrodku znajduje się dość duży placyk, który stanowi powierzchnię roboczą dla „kucharzy”, a wokół niego rozciągają się blaty i gorąca płyta z gulaszami, golonkami, mięsami, kiełbasami, zasmażanymi warzywami i wszystkim, o czym można tylko marzyć. Człowiek żałuje, że ma tylko jeden żołądek. Możliwość zjedzenia czegoś w tym miejscu mamy od końca listopada do końca grudnia. Na co my się skusiliśmy? Na coś bardzo tradycyjnego, a mianowicie na langosza.

Tę potrawę można spotkać także na naszych polskich jarmarkach, ale jednak dość różnią się one smakiem. Jeśli ktoś nigdy wcześniej się z nią nie zetknął, to można przyrównać ją do ogromnego, napęczniałego placka z pogrubionymi bokami w taki sposób, żeby do środka można było napakować mięso, jogurt czy sos: dzięki temu dodatki nie wypadają czy nie wyciekają. W przeciwieństwie do zwykłych placków ziemniaczanych, tutaj oprócz ziemniaków używa się również mąki pszennej, drożdży i mleka (oraz takich dodatków jak cukier czy sól, ale to już według własnego uznania). Najpopularniejszym zestawieniem „farszu” jest chyba jogurt z serem żółtym startym na tarce w grube wióry (na to się właśnie zdecydowaliśmy), ale także cukier, szynka albo masło czosnkowe. W zasadzie kombinacji jest dużo i jako że placek jest neutralny w smaku, można eksperymentować z wypełnieniem.

Nasza rada? Z pewnością zamówilibyśmy jeden placek na dwie osoby, bo są po prostu ogromne – wielkości głowy. Wiadomo, fajnie się najeść, ale jeszcze lepiej popróbować wielu rzeczy po kawałku, na co nam po prostu nie starczyło siły. Mój przyjaciel dokończył przekąskę z wielkim trudem, ja już samą końcówkę zostawiłam, przy czym obojgu było nam tak niedobrze, że nie wiedzieliśmy, jak dotrzemy do domu. Czy langosze są tego warte? Szczerze mówiąc… trochę się rozczarowaliśmy. Wielkiej eksplozji smaków nie doznaliśmy, w połowie placek robi się wręcz mdły i nieustannie ma się wrażenie, że je się spód bardzo tłustego pączka, który za długo taplał się w głębokim oleju. Do tej potrawy trzeba mieć trochę zahartowany żołądek – my na przykład nie jemy specjalnie tłusto i przez resztę nocy ciężko nam było przeżyć. Żeby się wypowiadać, trzeba jednak spróbować, więc tak czy siak zachęcam, tylko nieco rozsądniej niż my.

Restauracja Sir Lancelot – jedzenie i rozrywka

Moim ulubionym punktem gastronomicznym z pewnością stała się restauracja Sir Lancelot. To miejsce, do którego bez przerwy ciągną się ogromne kolejki, nawet jeśli macie rezerwację. Bez niej nie liczyłabym nawet na wejście, niezależnie od tego, czy to weekend, czy jakikolwiek inny dzień tygodnia. Nie trzeba dzwonić, na oficjalnej stronie znajduje się formularz, który należy wypełnić w języku angielskim (lub węgierskim, jeśli ktoś ma zadatki na poliglotę). Można zadawać pytania i dostosować termin – obsługa jest naprawdę rzetelna, żadnego maila nie pomija i stara się załagodzić wszelkie niedogodności. Po uzupełnieniu takiego wniosku dostajemy potwierdzenie, a na miejscu podchodzimy już tylko do kontuaru, podajemy swoje dane i otrzymujemy przydzielone nam wcześniej miejsce. Jest przy tym sporo zamieszania, bo ludzi w kolejce czeka dosłownie milion, ale idzie to dość szybko. Współczułam jednak dziewczynie, która przyjmowała gości – nawet po jej sposobie mówienia dało się poznać, że jest tragicznie zmęczona, jakby pracowała 12 godzin.

Dlaczego to miejsce zrobiło taką furorę? Knajpa rozciąga się na dwóch piętrach – parter, antresola i piwnica. Całość urządzona jest w średniowiecznym stylu – grube, zimne mury, podłużne drewniane ławy i stoły, kolorowe witraże zamiast okien, mnóstwo elementów wystroju w stylu broni, zbroi, kielichów, flag, żyrandoli, świec. Wszystko wspaniale ze sobą współgra, bo to nie tylko zasługa dekoracji, ale też obsługi w specjalnie skompletowanych strojach. Panie mają długie spódnice i białe bluzki z szerokim dekoltem odsłaniające brzuchy, panowie z kolei zwiewne koszule, buty przed kolano i luźne spodnie. Równocześnie jest na co popatrzeć, ale też nic nie wykracza poza granice dobrego smaku. Stroje nie są wyzywające, a widoki nie obrzydzają nam jedzenia – mamy klimat, a nie przesadę.

Kolejny element to występy, które odbywają się od godziny 20.00-23.00 w weekendy co 20 minut. Niesamowita rozrywka, w której możemy uczestniczyć bez presji czasu dzięki temu, że każdy stolik rezerwowany jest na ponad dwie godziny i zapewniam Was, że tyle właśnie każdy z gości spędza czasu w tym miejscu. Wcale nie dlatego, że czas oczekiwania na dania jest tak długi, a właśnie ze względu na dobrą zabawę. Widząc takie tłumy, sama bałam się, ile przyjdzie nam czekać na coś do zjedzenia, ale restauracja zatrudnia tylu pracowników, że dosłownie się tego nie odczuwa i to oczekiwanie jest dokładnie takie, jak w innej knajpie przeciętnych rozmiarów, za co ogromny plus.

Na czym polegają występy? Raz jest to pokaz ognia, innym razem taniec brzucha czy wystąpienie siłacza, który wyszukuje w tłumie drobną kobietkę i podnosi ją nad głowę. Jest też połykacz ognia i pokazy stricte komiczne, bywają też interakcje, w których zamyka się kogoś w dybach i trzeba go „wykupić”. Możliwości jest od groma i trochę, a każde takie kilkuminutowe przedstawienie angażuje klientów. Jedni są bardziej nieśmiali, inni wręcz rwą się do wyjścia na środek (zwłaszcza ci, którzy już troszkę wypili), ale każdy dobrze się bawi. Panuje naprawdę biesiadna atmosfera, nawet stawia się bardziej na jedzenie rękami i swobodę, a każdy dostaje ogromny śliniak w postaci chusty do zawiązania. Ja na przykład stwierdziłam, że zaczekam z nim aż do podania posiłku, ale podszedł do mnie kelner i bez pytania sam mi go zawiązał, chyba martwiąc się, że bez tego mniej się zintegruję.

Najważniejsza jednak sprawa: menu, jedzenie i finanse. Jak jakość ma się w stosunku do ceny, czy to się w ogóle opłaca i czy poza atmosferą będziemy w stanie najeść się i być zadowoleni? Odpowiedź brzmi – jak najbardziej tak. Miejsce nie jest tanie i nie ma co tego ukrywać. Zwłaszcza jeśli spojrzymy na zestawy dań, z których każdy z nich ma jakąś fikuśną nazwę w stylu Niebieski Rycerz itd. Otrzymujemy od razu przystawkę, zupę, kilka rodzajów drugiego dania i deser. Taki interes kosztuje grubo ponad 100 zł, czasami nawet podchodzi pod 200 i mimo ogromnej pokusy, wreszcie go sobie odpuściliśmy. Byliśmy tak rozemocjonowani, że chcieliśmy kupić jak najwięcej i jak najwięcej skosztować. Moja rada? Zamówcie zupę i drugie danie, wyjdzie dużo taniej (zamkniecie się do stówy razem z piciem), a i tak gwarantuję Wam, że tego nie przejecie (dobra, 98% z Was nie da rady i mówię to ja, ogromny żarłok). Porcje są po prostu gigantyczne.

Zupy przynoszone są w bochenku chleba – często w taki sposób, że w jednej połówce znajdziemy potrawę, w drugiej ser lub grzanki do dodania. Co tu wiele mówić – są pyszne. Ja zamówiłam cebulową, kto inny żurek i wszystko było wyśmienite. Jesteście ciekawi drugiego dania? Przynosi się je na ogromnych, srebrnych tacach. Chcecie zamówić kurczaka? Śmiało, dostaniecie go w całości. Do tego sos w wielkiej sosjerce, cała taca ziemniaków i warzyw. Szaszłyki? Cztery ogromne patyki wypełnione mięsem. Pękniecie, obiecuję.

Jeśli chodzi o napoje, to piwa podawane są w wielkich kuflach, natomiast wina przynosi się w dzbanku i rozlewa do małych, glinianych naczynek z nazwą restauracji. Zdaję sobie sprawę, że część osób podróżuje bardzo niskobudżetowo i taki koszt za jeden obiad/kolację wydaje się przerażający, ale nie płacimy jedynie za posiłek, a za wspomnienia, które pozostają naprawdę niesamowite. Idźcie i zamówcie nawet jedną tacę na dwie osoby – nie będziecie żałować. Kiedy zobaczycie, jak kelner dźwiga ogromną deskę z górą mięsa nad swoją głową, to stwierdzicie, że było warto: nie wiadomo tylko, czy dla kelnera, czy dla mięsa bardziej.

Kolbice – alternatywa dla kebaba

Była restauracja, to teraz może znowu przekąska, a mianowicie kolbice. Jeśli macie już dość kebabów w bułce, to idealny moment, żeby zaznać odmiany. Ta przekąska przyciągnęła naszą uwagę już w momencie, kiedy przechodziliśmy obok niej po raz pierwszy. Znajdowała się w jednej z wielu rozstawionych budek i food-trucków pomiędzy Placem Bohaterów a zamkiem Vajdahunyad. Czym właściwie są kolbice? To wycięta w stożek bułka bez dna, do której wkłada się sałatę, cebulę (zwykłą do środka oraz prażoną na górę) i pomidorki, ale większość wypełnienia stanowią i tak różnego rodzaju kiełbaski: zwykłe, ostre, curry lub chilli. Na to wszystko wylewa się jeszcze wybrany sos.

Przekąskę tę można zjeść w kilku wersjach, a jej koszt waha się w okolicach 2000 HUF (ok. 26 zł). Troszkę dużo, w tej cenie można by mieć w końcu zestaw obiadowy, ale wbrew pozorom dało się tym najeść. Jak ogólne walory smakowe? Generalnie szału nie było: smaczne, ale bez przesady. Mimo że jestem ogromną fanką mięsa, brakowało mi większej ilości warzyw –miałam wrażenie, że czuję tylko i wyłącznie kiełbaski, które do najwybitniejszych nie należały. Zależy jeszcze które, natomiast większość z nich przesiąkła ostrym aromatem i miała dość dziwną, twardawą konsystencję. Najbardziej jednak wytrącającą z równowagi rzeczą była powłoczka na mięsie – wiecie, trochę tak, jakbyście nie zdjęli folii z parówki. Zastanawialiśmy się, czy tak powinno być, czy może to trzeba najpierw obrać. Z drugiej strony trochę głupio – dostajesz skomponowaną kolbicę do ręki i pierwsze co, to będziesz wygrzebywać z sosu kiełbaski i je obierać. Najwyraźniej tak to właśnie powinno smakować i wyglądać. Maciek śmiał się, że dzięki „ubranku” kiełbaska ma lepszy poślizg i szybciej leci do żołądka z głośnym „weeee”. Co do bułki, to przyrównałabym ją do naszej kajzerki. Ogólnie oceniłabym przekąskę na takie 6,5/10. Zjadliwe, nawet nie najgorsze, poza tym dość ciekawe doświadczenie no i naprawdę można się najeść, bo mięsa jest spora ilość. Podawane też dość schludnie, więc jeśli są tu jacyś mięsożercy, to może warto by się skusić.

Grzane wino

W tym samym miejscu (pomiędzy Placem Bohaterów a zamkiem Vajdahunyad w foodtruckach) mogę też polecić jedno z najlepszych grzanych win, jakie piliśmy w Budapeszcie – duże, mocne, idealne na rozgrzanie i temperaturę poniżej zera. Kosztowało zaledwie 600 HUF (ok. 7,80 zł), czyli właściwie tyle co nic. Co prawda nie było podawane zbyt ładnie, to w końcu napój na wynos, więc do styropianowego kubka musiało się ograniczyć, ale fakt faktem, sprzedający nie oszczędzali i lali do pełna (300 ml). Gdziekolwiek później się nie udaliśmy, nie znaleźliśmy już lepszej oferty – wszędzie drożej za mniej. Nie mówię już o różnicy 200 HUF, bo za tyle zdołaliśmy się napić na Placu Macieja przy Domu Houdniniego, ale na przykład o cenie 1200/1400 HUF po wejściu na Górę Gellerta. Jeśli chodzi o grzańca za 800 HUF, to sprzedawał go naprawdę cudowny człowiek; zagadywał, śmiał się, z każdym porozmawiał. Nie dało się jednak ukryć, że mimo strasznie wysokiej temperatury samego napoju, to nie alkohol rozgrzewał, a sam fakt trzymania ciepłego kubka. Kiedy tylko napój się skończył, znowu marzliśmy, a sam smak też zbyt dużego wrażenia nie robił (raczej rozwodniony i bardziej jak cierpki sok wiśniowy).

Mnie smakował też grzaniec w podobnej cenie na ulicy Váci Utca w knajpie Európa Café. Pierwszy raz spotkałam się tam ze zwyczajem, że do wina podaje się też palemkę, taką jaką możemy spotkać przy drinkach czy może koktajlach. W sumie wydało mi się to całkiem urocze, a samo miejsce jest całkiem niezłym punktem na romantyczny wieczór. Obsługa naprawdę uchyla niebios, każdy podchodzi do ciebie z uśmiechem i radością, że może cię obsłużyć. Większość miejsc siedzących znajduje się na zewnątrz, dlatego odrobinę lepiej byłoby pewnie zarezerwować stolik, gdyby było cieplej. Z drugiej jednak strony jest ogrzewanie w postaci filarów ogniowych, a na każdym krześle pozostawiono kocyk do nakrycia. Menu zachowano w dużym stopniu kawiarniowe, sprzedawali nawet gorącą czekoladę (jestem wielkim smakoszem, więc doceniam, kiedy ktoś ma w ofercie akurat ten napój, bo nawet w okresie zimowym nie jest to taką oczywistością). Nie zabraknie deserów, ale też potraw mięsnych w różnych wydaniach: panierowanych, z makaronem czy zwykłych gulaszy. Ja skusiłam się na zupę gulaszową i nie byłam zbyt rozczarowana. Kelner co prawda ostrzegał, że potrawa będzie ostra, ale albo przesadzał, albo mam dość dużą tolerancję, bo nie za bardzo to poczułam. Jedyne co, to danie mogłoby być trochę gęstsze (więcej mięsa, papryki i ziemniaków), ale przyprawiono je naprawdę dobrze. Polecam więc, pod spodem zdjęcia jedzonka i lokalu.

Restauracja Vigado

Warto wspomnieć jeszcze o restauracji Vigado w Budzie. Kiedyś to miejsce wyglądało ponoć z zewnątrz dosyć obskurnie, natomiast jakość jedzenia wynagradzała wszystko. Teraz z kolei z zewnątrz jest całkiem nieźle, najwidoczniej po drodze trafił się jakiś remont, ale odbiło się to negatywnie na samej obsłudze czy potrawach. To miejsce słynęło z pysznej zupy w chlebie i to był główny motyw, który zachęcił nas do odwiedzenia go. Zapytaliśmy jeszcze na wejściu, czy na pewno ją dostaniemy, kelnerka pokiwała głową i zniknęła. Chyba jednak się nie zrozumieliśmy, bo po pewnym czasie wróciła, a zupy, które postawiła przed nami, znajdowały się w garnuszkach (dość małych w dodatku). Zaraz potem na stół położyła stolik z pieczywem, a my z Maćkiem spojrzeliśmy na siebie ze smutkiem i rozczarowaniem. Ten, kto czytał o naszych budapeszteńskich przygodach, ten wie, jak bardzo tego dnia czekaliśmy na tę zupę. Drugie danie natomiast uratowało honor, przynajmniej w moim przypadku. Ja zamówiłam makaron z sosem śmietanowym i dodatkami, natomiast Maciek gulasz. Nasze porcje różniły się wielkością dość dostrzegalnie, a sposób przygotowania mięsa pozostawiał wiele do życzenia. Penne z kolei naprawdę było pyszne, więc jeśli chcecie kiedyś zajrzeć do Vigado, to raczej pod kątem kuchni włoskiej, nie węgierskiej (no i może nie na zupę). Generalnie to nie było dla nas miejsce, w którym mogliśmy się najeść do syta, a już na pewno nie mężczyzna, nawet po dwóch daniach. Mimo dość przeciętnej i dopuszczalnej ceny, polecałabym przeznaczyć te pieniądze na coś innego.

Ciekawe widokowo restauracje

Istnieją jeszcze dwa miejsca w Budapeszcie, w których nie wiem co prawda, czy dobrze zjemy, ale przede wszystkim nacieszymy nasze oczy i zapełnimy wspomnienia. Nam niestety nie udało się trafić do ani jednego z nich (albo ze względu na odległość, albo na kolejki), ale Wam je polecę i może będziecie mieć więcej szczęścia. Pierwsze z nich to Vagon Restaurant znajdująca się dokładnie przy ostatnim przystanku metra na skraju Budy. Hitem tego miejsca jest to, że jak sama nazwa wskazuje, po prostu urządzono lokal w pociągu, a my siedzimy przy stoliczkach w wąskim wagonie urządzonym w dość starodawny sposób. Na pewno nie ominęłabym tego przy okazji swojej drugiej wizyty w stolicy, mając nieco więcej czasu.

Drugi punkt gastronomiczny to For Sale Pub. Swoim wyglądem przypomina nieco stajnię, gdy dostaniemy się już do środka – wszędzie porozrzucane siano, mnóstwo papierów i gazet przypiętych do sufitu, drewniane meble i iście kowbojski nastrój. Trzeba jednak liczyć się z tym, że przyjdzie nam tam czekać w długiej kolejce, jeśli wcześniej nie dokonamy rezerwacji. Na miejscu oczywiście piwo i alkohole, ale mimo że jest to pub, hojnie oferowane są też duże dania mięsne, często z grilla.

Mam nadzieję, że ten wpis pomógł Wam odnaleźć idealne miejsce na zjedzenie czegoś w Budapeszcie. Propozycji jest dość dużo – starałam się, żeby było różnorodnie. Dajcie znać, co Was najbardziej zachęciło i polećcie coś od siebie, jeśli Budapeszt macie za sobą. Tymczasem zapraszam na mojego Instagrama i Fanpage’a, odnośniki po prawej stronie na górze!

Budapeszt cz.4 czyli kultura żydowska, muzeum nuklearne i sylwestrowe zwyczaje

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie zawierać informacje o Hospital in the rock, czyli muzeum działającym w dawnym bunkrze za czasów II wojny światowej. Parę słów o tym miejscu podszepnęłam już w poprzedniej części budapeszteńskich opowieści, więc serdecznie zapraszam, jeśli chcesz dowiedzieć się więcej. Później przejdziemy do strony peszteńskiej i atrakcji, które się tam znajdują, a także unaocznimy, jak wyglądają przygotowania do nowego roku w stolicy Węgier. Zapraszam na:

Zwiedzanie nuklearnego bunkra – Hospital in the rock

Nasza grupa, która weszła do bunkra, składała się z około 30 osób. Pierwszym etapem podróży jest obejrzenie krótkiego filmiku w osobnej sali, w którym przedstawione zostają ogólne zasady panujące na miejscu (w tym zakaz spożywania jedzenia i robienia zdjęć) oraz ogólny zarys historii, jak ono w ogóle powstało i funkcjonowało. Wbrew pozorom bunkier jest naprawdę duży i szybko przychodzi nam się o tym przekonać podczas zwiedzania. Co prawda korytarze są bardzo wąskie i raczej należy chodzić gęsiego, by wyminąć się z innymi ludźmi, ale też bardzo długie. Sprawiają nieco klaustrofobiczne wrażenie, zwłaszcza że po drodze często poustawiane są jeszcze szafki czy różnorodne urządzenia prądotwórcze (eksponaty lub wciąż działające). Sufit jest miejscami dość nisko, wszędzie biegną rury i człowiek czuje w sobie taką nutę niepokoju.

Duża część pomieszczeń jest ulokowana w taki sposób, że znajdują się one zarówno po prawej, jak i po lewej stronie, ale zwiedzanie zorganizowano tak, żeby najpierw obejść i omówić jedną z nich, a potem drugą. Nasza przewodniczka opowiadała dosyć wyczerpująco, podawała też dużo ciekawostek i nieustannie chciała, żebyśmy zadawali pytania. Nikt jednak się nie odzywał, wydaje mi się, że jej opowieści w zupełności wystarczały, by oddać tragizm tego miejsca. Zdarzały się jednak i przyjemne historie: kobieta pokazała nam kąt pomieszczenia, w którym przyszła na świat mała dziewczynka. Nie dość, że dziecko przeżyło wojnę, to po jej zakończeniu, będąc już starszą kobietą, wróciło obejrzeć miejsce, gdzie się narodziło i na ścianie wisi nawet jej portret.

Każde pomieszczenie jest inne, a jednak wiele z nich bardzo do siebie przystaje – to chyba nie jest wielkie zaskoczenie, jeśli wyobrazimy sobie szpital wojenny. Większość pomieszczeń wypełniają łóżka z chorymi (woskowymi figurami, których jednak mimika i ekspresja nie pozostawia nic do życzenia). Zwłaszcza jedno z nich sprawia przerażające wrażenie, gdzie kilku rannych śpi pod jednym kocem, na jednym materacu. Ludzi ponoć było tak dużo, że powoli brakowało tlenu do oddychania (nie zapominajmy w końcu, że bunkier znajdował się pod ziemią i doprowadzenie tlenu było do niego znacznie utrudnione – nie sposób przecież otworzyć okna czy włączyć klimatyzacji).

Inne sale przedstawiały proces operacji – i tych zwykłych wykonywanych przez chirurga ogromnymi nożycami, i tych polegających na amputacji kończyn. Te były wyjątkowo wstrząsające, jako że żołnierzy nie usypiano: figury „zrywały się” z miejsca, podczas kiedy ich nogi odpiłowywano, asekurując się przy tym żeliwnym wiadrem zapełnionym krwią i bandażami w podobnym stanie. Właśnie – ujrzymy bardzo bogatą kolekcję leków i narzędzi używanych w tamtym okresie do przywracania ludziom jako takiej sprawności bądź uśmierzania ich bólu (częściej jednak to drugie). Patrząc na ich jakość czy ogólną higienę tego miejsca, człowiek myśli sobie, czy nie łatwiej byłoby już po prostu wykitować, niż parę dni przedłużać te męczarnie. Należy zaznaczyć, że jasne, część takich strasznych obrazów malowała się ze względu na zacofanie i niewiedzę ludzi, większość jednak stanowiła wzorowy przykład na to, jak straszliwy niedostatek i brak jakichkolwiek środków pomocniczych cierpieli ranni.

Wspominałam już wcześniej, że wolałabym uszanować prośbę muzeum i nie wstawiać na bloga żadnych zdjęć, jednak jeśli tylko zajrzycie w grafikę Google, dostaniecie chociaż namiastkę tego, co udało nam się zobaczyć. Być może warto zerknąć, bo pewnie większość z Was ma przeświadczenie, że „to tylko figury, co w tym może być strasznego”. A jednak miejsce jest przygotowane w tak przemyślany sposób, że przez 30-40 minut zwiedzania każdy milczy jak zaklęty.

Oprócz ogólnej nędzy i rozpaczy możemy zobaczyć też maski przeciwgazowe i całe skompletowane kombinezony. W jednym z pomieszczeń są też modele pojazdów i kadłubów z tamtego okresu. Część wystawy poświęcona jest również zrzuceniu bomby atomowej na Hiroszimę i ukazaniu, jak negatywne skutki promieniowania szybko rozprzestrzeniały się po całym świecie. Zwiedzający ma okazję obejrzeć mapy kontynentów i miast, gdzie pokazany jest zasięg tego zdarzenia i jego natężenie. Dodatkowo ustawione są też specjalne stanowiska z okularami, przez które można spojrzeć i zobaczyć zdjęcia osób dotkniętych promieniowaniem w różnym stadium. Generalnie straszne.

Ostatnie pomieszczenia składają się z rysunków wykonanych w większości przez dzieci a propos tych właśnie wydarzeń. Dodatkowo przy suficie poskładane są kolorowe łabędzie z origami, mające być symbolem wolności i pokoju. Jak więc widzicie, tych bodźców na miejscu czeka na zwiedzającego bardzo dużo, dlatego żałuję, że czas zwiedzania został w tak dużym stopniu ukrócony. Brakuje odrobinę miejsca na refleksję i spokojne obejrzenie wystaw, zwłaszcza jeśli zamyka się daną grupę, tak jak to było w naszym przypadku. Może poza okresami wzmożonego ruchu turystycznego jest inaczej, dlatego jeśli ktoś z Was miał okazję znaleźć się tam, tylko w innym miesiącu, to koniecznie dajcie znać, jak to wygląda.

Restauracja Vigado – Uważaj, do której trafisz!

Po zwiedzaniu poszliśmy na grzane wino i jeszcze przez jakiś czas byliśmy raczej w takim cichym, żeby nie powiedzieć ponurym nastroju. Bunkier ogromnie nam się podobał, ale wypadało zrobić coś na poprawę humoru. Zdecydowaliśmy się więc na to, co oboje lubimy najbardziej: jedzenie. Według naszej listy blisko nas znajdowała się restauracja Vigado, również bardzo polecana przez moich rodziców. Wiedzieliśmy, że można dostać tam najlepsze zupy w chlebie, dlatego z chęcią ruszyliśmy na miejsce. Podałam Maćkowi nazwę i ruszyliśmy za trasą wytyczoną przez Google. Coś mi się to jednak wydawało dziwne, bo nawigacja kazała nam wsiąść w autobus, który jechał na drugą stronę mostu, do peszteńskiej części miasta. Jak byk miałam zapisane, że Vigado jest w Budzie, ale stwierdziłam, że okej, może się pomyliłam.

No więc pojechaliśmy – w busie tłok, na moście korek i tak zleciało nam ponad 40 minut, po których poczuliśmy, że naprawdę jesteśmy głodni. Skręcało nas w żołądkach, więc w miarę zmniejszania się odległości, niecierpliwiliśmy się coraz bardziej. Szukamy jednak i szukamy – powinniśmy przecież być już na miejscu. Rodzice mówili, że knajpka jest mała, raczej obdarta i z zewnątrz nie wygląda zachęcająco. Tymczasem obok nas budynek z białymi filarami, w środku żyrandol, czerwony dywan i zupełnie czysto. Może zrobili remont? Próbowaliśmy się pocieszać, ale gdzieś z tyłu głowy dotarło do nas, że to chyba jednak nie to miejsce.

Jaki był finał? Okazało się, że Vigado są dwa – przy czym jedno to po prostu Vigado, a drugie to jakaś strasznie długa i dziwna nazwa, na którą nakierował nas Maciek. Stwierdził, że to pewnie to, nawet nie pytając mnie o zdanie, i tak właśnie koło godziny 18.00 przymieraliśmy głodem, cały czas mając wizję tej zupy w chlebie, przez którą zamiast znaleźć sobie inną knajpę, ruszyliśmy z powrotem do Budy. Brawo my. Vigado finalnie znaleźliśmy, ale zupy w chlebie już na miejscu nie praktykują (teraz podają ją w garnuszku). Nosz jasna… (więcej o restauracji w osobnym kulinarnym wpisie).

Nasze wpadki – Twój uśmiech

To był jedyny wieczór, kiedy chcieliśmy nieco szybciej wrócić do hotelu i choć raz po całym dniu łażenia skorzystać z jacuzzi. Co prawda dojazd zajął tyle, że zostało nam jakieś 40 minut do zamknięcia, ale stwierdziliśmy, że warto nawet dla parunastu minut szybko się przebrać i wskoczyć do wody. Zawinęliśmy się więc w szlafroki i ruszyliśmy na wyższe piętro hotelu, o którym pisałam już troszkę tutaj. No więc odkładamy wszystkie rzeczy na wieszaczki, wchodzimy do małego pomieszczenia. Na miejscu sauna, zaraz obok ogromna wanna z bąbelkami. Było nam jeszcze zimno po spacerach, więc z wielką radością zdjęliśmy klapki i nacisnęliśmy przycisk, by uruchomić jacuzzi… po to, żeby odkryć, że on wcale nie przynosi zamierzonych efektów.

Ponaciskaliśmy parę razy, zanurzyliśmy dłoń w wodzie – no zimna, po prostu zimna. Coś się musiało zepsuć. Zostało nam jeszcze trochę czasu, więc zeszłam na dół do recepcji, żeby zapytać, czy coś robimy niewłaściwie, czy coś się może popsuło. Tam nie zastałam jednak tego Azjaty, który zawsze tak ochoczo i rzetelnie pomagał, a innego faceta, raczej młodszego i wyglądającego na początkującego. Porozmawiałam z nim chwilkę, na co on odpowiedział, że już ktoś dzisiaj zgłaszał ten problem i że wannę trzeba uruchomić, ale nie wie jak. Zapewnił jednak, że JUTRO, kiedy zjawi się szef, poruszy tę kwestię. Fantastycznie.

Kto jednak śledzi wpisy z naszą dwójką, ten wie, że wieczór nie mógł skończyć się na rozczarowaniu i smucie z powodu zepsutego jacuzzi. Co zrobiliśmy? Udawaliśmy więc, że wszystko jest jak należy i weszliśmy do tej zimnej wody, trzepiąc nogami i rękami tak, żeby powstało złudzenie bąbelków. W pomieszczeniu była kamera (swoją drogą trochę słabe miejsce na podgląd, w sensie… ciekawe, czego recepcjonista się już tam naoglądał) i zastanawialiśmy się, jaki zonk ma teraz ten, kto na nas patrzy. Wiecie, my po prostu cały dzień czekaliśmy na ten gorący masaż i próbowaliśmy to sobie zrekompensować. Następnego dnia był już sylwester i wiedzieliśmy, że się nie wykąpiemy, bo na 99% będziemy na mieście. Wydurnialiśmy się więc jeszcze chwilę, a potem zdecydowałam się wyjść.

Zapytałam Maćka, gdzie dał nasz klucz do pokoju, po czym odpowiedział, że znajdę go na wieszaku. Podnoszę jednak jedną rzecz, odchylam inny ciuch i nic. Gdzieś zabrzęczał brelok, więc uniosłam wszystkie rzeczy, a jego wciąż nie ma. Spojrzałam ze zdziwieniem, na co Maciek wybuchnął śmiechem, też niezbyt ogarniając, co się stało z tym kluczem. I nagle machnęłam ręką, a on wypadł nie wiadomo skąd na ziemię. Usłyszałam tylko okrzyk pełen zachwytu: „Kurwa, Houdini!”

Sylwestrowe zwyczaje Węgrów

Następny dzień, 31 grudnia. Nie można ukryć, że ze zwiedzaniem spartaczyliśmy nieco sprawę. Otóż większość sklepów, muzeów i kulturowych miejsc była już zamknięta, część działała do godziny max. 15.00. Ze względu na konieczność porannej nauki zaplanowaliśmy czas tak, żeby wyjechać z hotelu, wyskoczyć na późny obiad, a później zwiedzać tak długo, żeby doczekać sylwestra na Wzgórzu Zamkowym. No i ogólnie ten plan był niewypałem, czego tym bardziej szkoda ze względu na ostatni dzień naszego wyjazdu. Nie wszystko jednak stracone – warto było zobaczyć miasto tylko i wyłącznie ze względu na sylwestrowe zwyczaje Węgrów. Jeszcze nigdy w Nowy Rok nie widziałam takiego zatrzęsienia stoisk z perukami czy czapeczkami z gumką (takimi jak na urodziny) do sprzedaży, ile zobaczyliśmy w Budapeszcie. Wiadomo, u nas też kupuje się świecące rogi czy afro, ale to, co jawiło się naszym oczom w stolicy, uchodziło za jeszcze większą tandetę. Nikogo oczywiście to nie zrażało, ludzie bardzo chętnie kupowali komplety dla całej rodziny i wszystkich znajomych.

Zwiedzanie Pestu

Zrobiliśmy rundę po żydowskich ulicach, które słyną z ruin pubs. To takie knajpy, które z zewnątrz wyglądają jak rozpadające się domy czy kamienice, natomiast w środku mają bardzo ciekawe aranżacje – siedzi się np. na kanapach z poprzecinanych na pół samochodów i tak dalej. My niestety nie załapaliśmy się, żeby wejść do środka, ale to akurat taki element kulturowy, który warto zobaczyć. Część odwiedzających uważa go za niesamowicie atrakcyjny, podczas kiedy niektórzy nie widzą nic bardziej odtrącającego i obrzydliwego w samym sercu stolicy. Trzeba jednak nastawić się na nieco inny rodzaj przeżyć, o czym alarmuje nas już wcześniejsze przejście dzielnicy żydowskiej: ścisk, knajpa przy knajpie, specyficzne witryny sklepowe (zwłaszcza na Király).

Kręciliśmy się tam przede wszystkim po to, żeby odnaleźć Wielką Synagogę. Najważniejszym dla mnie elementem, który trzeba tam zobaczyć, jest rzeźba drzewa, rzeźby płaczącej pośrodku placu. Jej liście zostały stworzone z metalowych płytek, a każda z nich ma wygrawerowane imiona i nazwiska osób, które padły ofiarami Holocaustu podczas II wojny światowej. Szeroko na ten temat rozpisuje się autorka książki „Niewidzialny most” i to właśnie dzięki jej lekturze wiedziałam, że warto zobaczyć to miejsce. Udało mi się jednak tylko z daleka, chyba ledwie umykając wzrokowi ochroniarza (na szczęście Maciek mnie zasłaniał). Dlaczego? Nie chodziło o to, że minął czas zwiedzania. Złożyły się na to dwa czynniki: ogromna, a raczej OGROOOMNAAA kolejka i… cena.

Wielka synagoga – ceny

Kiedy moi rodzice pierwszy raz zawitali w synagodze, zapłacili w granicach 3000 HUF (koło 40 zł), nie więcej. Teraz cena wynosiła już 6500 HUF (około 85 zł). Nie wiem, czy tylko tymczasowo ze względu na wzmożony ruch turystyczny, czy już na stałe. Dla nas jednak ten wydatek w ostatni dzień okazał się dość duży. Nie na tyle, żeby nie było nas stać, ale chcieliśmy jeszcze zajrzeć do Muzeum Terroru, zjeść porządny obiad i kupić coś na noc sylwestrową. Taka cena za ujrzenie wnętrza synagogi, czy nawet rzeźby, o którą głównie mi chodziło, wydawała się strasznie wysoka i w końcu po dłuższym zastanowieniu i walce z samymi sobą – odpuściliśmy.

Dlaczego ludzie tak chętnie odwiedzają to miejsce? Część pewnie traktuje je jako pamiątkę historyczną, inni po prostu chcą ją odhaczyć, no bo przecież to atrakcja turystyczna. Fakt pozostaje jednak faktem: to jedna z trzech największych synagog na świecie. Mój wujek zwykł mawiać jednak, że skoro tak dbamy o znajomość przeszłości i samoświadomość, to takie punkty do zwiedzania powinny być ogólnodostępne, bez żadnych opłat. Chyba wspominał o tym głównie ze względu na młodych ludzi, dla których wydanie prawie 100 zł od tak nie jest zbyt przyjemną decyzją, a którzy przecież powinni poznać jak najwięcej takich strzępków historii, skoro sami nie byli jej naocznymi świadkami. Trochę go rozumiem. Na razie jednak muszę pocieszyć się fotką, którą udało mi się na wpół legalnie ustrzelić.

Później udaliśmy się pod Operę. Wystarczy znaleźć przystanek metra o tej nazwie (znajduje się na żółtej, zabytkowej linii nr 1) i wyjść po schodach, a budynek znajdzie się tuż przed naszymi oczami. Co zabawne, podczas naszych przechadzek po mieście widzieliśmy go wielokrotnie i ani razu nie zwróciliśmy na niego uwagi. Czemu? Niespodzianka! Cała fasada pokryta była jakimś materiałem, a z przodu stało mnóstwo rusztowań. Remont, jak fajnie! Dzięki niemu mogliśmy podziwiać AŻ górny gzyms budynku i tym się musieliśmy zadowolić. Sukcesów ciąg dalszy.

Następne w kolejce było Muzeum Terroru i tutaj akurat my popełniliśmy błąd, bo nie sprawdziliśmy godzin otwarcia 31 grudnia. Akurat za pół godziny zamykali, więc nawet nie było sensu wchodzić do środka. Później: Hala Targowa, na którą liczyliśmy chyba najmocniej ze względu na to, że przecież takiego obiektu nie można zamknąć, niby w jaki sposób? A jednak: można. Stwierdziliśmy więc, że tylko poszukamy jakiegoś miejsca na obiad i udamy się na Wzgórza Zamkowe – było jednak bardzo wcześnie i zdawaliśmy sobie sprawę, że zwiedzimy, a później wrócimy do hotelu, bo siedzenie 5-6 godzin na zimnie nie będzie miało sensu.

Naprzeciwko Hali Targowej znajdowała się jedna z knajp, którą bardzo chciałam odwiedzić – For sale pub. Środek jest urządzony w bardzo nietypowy sposób – przy suficie wisi mnóstwo luźno zwieszonych gazet, na podłodze siano, wszędzie ciężkie, drewniane meble. Kolejka była jednak tak ogromna, że z bólem serca odpuściliśmy (zwłaszcza że padało) i poszliśmy do folklorystycznej, rzekomo tradycyjnej węgierskiej restauracji. Nie dość, że wyszło drogo, to jeszcze niesmacznie: przegryw x5.

Wzgórza zamkowe

Ostatnią deską ratunku okazały się właśnie Wzgórza Zamkowe, których nie można zamknąć, nie trzeba za nie płacić ani ich jeść. Zatrzymaliśmy się przy Zamku Królewskim, inaczej nazywanym Zamkiem Buda, w którym znajduje się Muzeum Historii Budapesztu, a także Węgierska Galeria Narodowa. Na miejsce możemy dostać się specjalną zabytkową kolejką, która kursuje średnio co 10 minut aż do godziny 22.00. Ceny biletów w jedną stronę wynoszą 1200 HUF (czyli ok. 15,60 zł). My jednak przeszliśmy się na pieszo. Widoki z samej góry, zwłaszcza w grudniu, są bardzo ładne – widać całą panoramę. W dodatku wszędzie migoczą lampki, a sam zamek jest podświetlony.

Jak spędziliśmy noc sylwestrową?

W drodze powrotnej kupiliśmy za resztę pieniędzy alkohol i węgierskie słodycze. Mieliśmy bardzo ambitny plan pojechania o 23.00 z powrotem na miasto, ale ostatnie dni tak dały nam się we znaki, że padliśmy do łóżka i nie chciało nam się już podnieść. Ubraliśmy się w piżamy, odpaliliśmy film, jedliśmy i piliśmy. Już mieliśmy kłaść się spać, Maciek nawet zdążył wymyć głowę, ale jako że nasi znajomi cały czas wypisywali, gdzie to się nie bawią, złapaliśmy moralniaka i stwierdziliśmy, że idziemy oglądać fajerwerki. Okazało się, że całe szczęście nie wyjechaliśmy na Wzgórza Zamkowe, bo nie mielibyśmy stamtąd powrotu do domu. Metro kursowało standardowo, natomiast dalsza nitka autobusu, który dowoził nas do hotelu, już nie. Musielibyśmy iść z dobre półtorej godziny, jeśli nie więcej, na piechotę.

Jaki więc był nasz plan? Nie zdjęliśmy nawet piżam, po prostu zarzuciliśmy na nie coś ciepłego. Maćkowi na mokrą głowę nałożyliśmy moją ciepłą czapkę i ruszyliśmy na pętlę. Umówiliśmy się, że wsiadamy w pierwszy lepszy autobus, który się zjawi i wysiadamy pięć minut przed północą w losowym miejscu, żeby oglądać fajerwerki. Kiedy jednak zobaczyliśmy, że wyjeżdżamy na zupełne peryferia, opuściliśmy pojazd szybciej i udaliśmy się na najbliższy most biegnący ponad torami kolejowymi, gdzie w zasadzie było bardzo bezpiecznie. Widzieliśmy z daleka Wzgórze Zamkowe, ludzie z okolicznych bloków też puszczali fajerwerki, więc widoków nam nie zabrakło, a śmiechu już tym bardziej. W sumie wyszło całkiem nieźle, chociaż pamiętajcie, że Węgrzy bawią się dosyć krótko: max. o 1.00 na mieście jest już raczej cicho.

Pamiętam, że wtedy obiecaliśmy sobie, że ten rok będzie dla nas po prostu dobry. Najwyraźniej 2020 miał jednak inne plany wobec całego świata, ale mimo tego nie załamujemy się i czekamy na dobre dni, na kolejną dawkę podróży. Z samego rana następnego dnia wróciliśmy do domu i na tym nasza opowieść by się kończyła. Nie martwcie się jednak, w zanadrzu mam jeszcze opowieści z Lwowa i Magdeburga, więc na jakiś czas nie zabraknie czegoś do poczytania. Trzymajcie się ciepło, a ja w międzyczasie zapraszam na swojego fanpage’a oraz Instagrama!

Budapeszt cz.3 – czyli muzea, błądzenie w labiryncie i trochę magii w domu iluzjonisty

Informacje ogólne: To już trzecia część naszej budapeszteńskiej przygody – jeśli nie czytałeś poprzednich, to serdecznie zapraszam, a jeśli nie masz ochoty do nich wracać, to najlepiej, jeśli przejdziesz od razu do czwartego akapitu. W poniższym wpisie jeszcze parę słów o kościele Macieja, a także strefa bardziej rozrywkowa. Tym razem nie skupimy się aż tak bardzo na zabytkach, a na nietypowych muzeach: Dom Houdiniego, Hospital in the rock czy Labirynt. Zawitamy też na Wzgórze Gellerta wznoszące się nad całym Budapesztem – zapraszam:

Kościół Macieja

Po obejrzeniu baszty rybackiej poszliśmy przyjrzeć się z bliska kościołowi Macieja. Budowla ta przeżyła w swojej historii naprawdę wiele – pierwotnie służyła niemieckim mieszczanom jako miejsce modlitw, później przerobiono ją na meczet, ostatecznie w dużym stopniu została strawiona przez pożar (dwukrotnie), a podczas wojny Niemcy używali jej jako kuchni polowej, Armia Czerwona zaś jako stajni. To, co zobaczycie na zdjęciach, to prawie w całości rekonstrukcja oryginału, jednak kilka elementów uległo zachowaniu (np. południowa wieża). Bardzo długo rozważano jednak, czy kościoła w ogóle nie wyburzyć, ale na szczęście tak się nie stało i dziś uchodzi on za jeden z najważniejszych w kraju.

Plac odwiedziliśmy zarówno w dzień, jak i w nocy – niezależnie od pory dnia robił niesamowite wrażenie. Jedyne co nas odrobinę bawiło, to specjalna tablica przy kościele, która odliczała czas do następnego Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego, już 52-go z kolei. Dla sprostowania – samo wydarzenie nie wydawało nam się śmieszne, ale raczej sposób jego rozreklamowania. To tak jak ja mam na blogu po prawej stronie ustawione odliczanie do kolejnych wyjazdów (które niestety chyba szybko nie nadejdą…), tylko że tam pokazywały się nawet sekundy pod wielkim neonem z napisem SPOTKAJ SIĘ Z JEZUSEM. Wyglądało to trochę tak, jakby akurat do Budapesztu we wrześniu o wyliczonej porze miał zstąpić Jezus, a reszta świata może tylko pozazdrościć, spójrzcie:

Po całym dniu maszerowania udaliśmy się w końcu na zasłużoną kolację do rycerskiej restauracji Sir Lancelot, do której rezerwację zrobiliśmy jeszcze na długo przed naszym przyjazdem za pośrednictwem oficjalnej strony. Bez tego nie macie nawet co się łudzić, że wejdziecie do środka. Oprócz smacznego jedzenia możecie spodziewać się również atrakcji średnio co dwadzieścia minut podczas posiłku, ale jakich i o co w tym w ogóle chodzi – dowiecie się z wpisu ściśle kulinarnego, który pojawi się po zakończeniu serii w osobnej zakładce. Stamtąd w każdym razie wyszliśmy dopiero po północy. Siedzielibyśmy dłużej, gdyby nie okazało się, że za parę minut mamy szansę złapać ostatni sensowny transport do hotelu. Następny był dopiero za ponad godzinę, a aż tyle nikomu z nas nie uśmiechało się czekać.

Góra Gellerta

Następny dzień zaczęliśmy od Góry Gellerta po budeńskiej stronie. Było dość zimno, dlatego planowaliśmy na zmianę odwiedzać atrakcje na świeżym powietrzu i w jakimś pomieszczeniu, jednak w praktyce nie udało nam się to najlepiej, ale o tym troszkę później. Sam obiekt został umieszczony na liście światowego dziedzictwa UNESCO i wznosi się na ponad 230 metrów. W przeszłości to miejsce cieszyło się raczej złą sławą – mówiono, że odbywały się tam sabaty czarownic. Kiedy porzucono te wierzenia, samą okolicę uznano za dość niebezpieczną ze względu na dużą przestępczość i ta łatka przylgnęła aż do XIX w.

Na samym szczycie znajduje się Pomnik Wolności – kobieta wznosząca ku górze liść. Byłam święcie przekonana, że to liść laurowy, w końcu kojarzy się ze zwycięstwem. Jak się jednak okazało, to liść palmowy, który w pierwotnej wersji miał być śmigłami helikoptera i upamiętniać śmierć słynnego pilota. O samym wzgórzu mówi się dość żartobliwie, że uosabia ono Maroko i kraje skandynawskie – to dlatego, że jedno zbocze jest nieustannie naświetlone przez promienie słoneczne, drugie zaś zupełnie przeciwnie, co wpływa nawet na zróżnicowanie flory w tym miejscu.

Jak nasze wrażenia z marszu? Dość męcząco, zwłaszcza kiedy jest tak zimno. Nie wiadomo, czy się rozbierać, bo człowiek poci się pod tymi wszystkimi warstwami ubrań, czy jednak to odpuścić i nie ryzykować przeziębieniem. Zdecydowaliśmy się więc krótką przerwę, gdy ujrzeliśmy nadgryzioną czasem ławeczkę. Wiązała się z tym pewna zabawna historia, która jednak dość dobrze świadczyła o innych turystach. Otóż kiedy tam usiedliśmy, okazało się, że ktoś przed nami zostawił klucz (zupełnie zwykły, wyglądał jak do furtki czy mieszkania). Nie ruszyliśmy go i wstaliśmy, a dosłownie chwilę po nas pojawiła się tam inna para. Odeszliśmy parę kroków, a ona natychmiast zaczęła wołać, czy niczego nie zostawiliśmy, że to może nasz klucz i że to ważne. To miłe, wydaje mi się jednak, że u nas nie każdy czułby potrzebę, żeby kogoś z takiego powodu zatrzymać.

Marsz na górę zajął nam koło godziny, ale też z tego względu, że zatrzymywaliśmy się w charakterystycznych punktach, żeby zrobić zdjęcia, zwłaszcza że panorama stamtąd jest widoczna lepiej niż z jakiegokolwiek innego miejsca w Budapeszcie. Tutaj namiastka tego, co udało nam się zobaczyć:

Na szczycie oczywiście czekają nas też budki z jedzeniem i grzańcem (wyjątkowo drogim, bo jedynym w okolicy). Jeśli pójdzie się kawałek dalej, można dostrzec rozstawione stragany, tzw. mydło i powidło. Najbardziej z tego wszystkiego podobały nam się ogromne czapki z głowami zwierząt. Maciek chciał nawet sprezentować sobie jedną z nich (byłaby do kompletu z islandzkim szaliczkiem za 90 zł), ale okazało się, że kosztowała 60 zł i o dziwo zdrowy rozsądek wziął górę. Musicie jednak przyznać, że są przezabawne.

Labirynt Draculi

Stwierdziliśmy, że świetnym pomysłem będzie urządzenie sobie spaceru z Góry Gellerta aż do Labiryntu Draculi, czyli naszej następnej atrakcji, mieliśmy niecałe 3 km, więc stwierdziliśmy, że przejdziemy się na piechotę. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę, że Google Maps zejście ze wzgórza liczy jako drogę prostą, więc w rzeczywistości szliśmy, szliśmy, szliśmy i końca nie było widać. I już nawet nie zimno doskwierało nam najbardziej, a przepełniony pęcherz. Kiedy więc tylko dotarliśmy na miejsce, rozejrzeliśmy się za toaletą. Okazało się, że jest zaraz za barierkami, które przekraczało się po opłaceniu biletu, więc cali szczęśliwi podeszliśmy do kasy… by dowiedzieć się, że płatność można uiścić tylko gotówką.

To nie tak, że nie wypłaciliśmy papierowych pieniędzy. Nastąpił jednak kolejny dzień, gdzie w ani jednym miejscu nie odmówiono nam płacenia kartą i z obawy, że nie zdążymy potem wydać tych pieniędzy z bankomatu, posługiwaliśmy się nimi w pierwszej kolejności. No i błąd, bo zarówno w Labirynthusie, jak i w Domu Houdiniego nie posiadali terminala. Na szczęście bankomat znajdował się nieco dalej na placu – na nieszczęście pobierał taką prowizję, że pochłaniał dodatkowo ¼ tego, co chcieliśmy wypłacić. Później już się wycwaniliśmy i chodziliśmy tylko do bankomatów bodajże z OTP, które nie pobierają prowizji za pierwsze transakcje.

Do labiryntu schodziło się ponad 10 m pod ziemię, nie ma tam więc zasięgu. Miejsce to służyło kiedyś za więzienie, według legend było to także tymczasowe miejsce pobytu Vlada Draculi. Dziś zobaczymy tam jednak wystawę, która przenosi nas w czasie i pokazuje najważniejsze postacie historyczne w historii Węgier. Prócz samych posągów z kamienia znajdziemy liczne manekiny poubierane w wyszukane stroje. Każdy z nich imituje jakąś scenę – na przykład sygnowanie umów państwowych czy bal. Temu wszystkiemu towarzyszy odpowiednia muzyka (np. operowa) i wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że postacie za każdym razem umieszczano za kratami tak, by turyści nie narobili szkód. Z jednej strony odrobinę ubolewam, z drugiej widząc zachowanie niektórych z nich, wcale mnie to nie dziwi.

Atrakcję stanowiła też toaleta sama w sobie: malutka, stara, z krzywą podłogą i ledwo działającą spłuczką. Najgorzej jednak zabolał mnie fakt, że po tak długim czasie na zimnie miałam ochotę włożyć dłonie pod gorącą wodę w umywalce, a tymczasem widniał tam tylko i wyłącznie niebieski kurek. Strumień był tak lodowaty, jakby rzeczywiście swoje źródło miał kilkadziesiąt metrów pod ziemią.

Za bilet wstępu zapłaciliśmy 2500 HUF (ok. 32,5 zł) i był to najdroższy bilet na jakąkolwiek atrakcję, w jakiej tego dnia wzięliśmy udział. To wydaje się troszkę paradoksalne, bo jednak tam podobało nam się najmniej z wielu względów, które postaram się tutaj unaocznić. Samo przejście labiryntu nie stanowi raczej żadnego wyzwania nawet dla dzieciaków. My to miejsce odnaleźliśmy przez moich rodziców, którzy udali się do labiryntu razem ze znajomymi i w sumie dobrze się tam bawili.

Obiekt jest dość duży i momentami ciemny, dlatego jedną z głównych atrakcji jest przemieszczenie się z jednego pomieszczenia do drugiego, próbując zrobić to po omacku. Generalnie wiesz, że nie stanie ci się krzywda, a przynajmniej jest przy tym sporo śmiechu – chociaż powinnam użyć słowa „byłoby”, gdyby nie fakt, że połowa ludzi jedyny element fun’u zabija, włączając latarki w telefonach. Odnalezienie drogi nie stanowi wtedy żadnego wyzwania (a w końcu to labirynt…), dlatego staraliśmy się puszczać takie grupy przodem i kontynuować podróż samotnie. W końcu przyszło ich jednak za dużo i kilka osób zachowujących się jak my, musiało w końcu dać za wygraną, przez co sam obchód trwał krócej, niżby mógł.

Zdaję sobie sprawę, że pracownicy obiektu nie mają zbyt dużego wpływu na odwiedzających, przynajmniej w tej kwestii, ale jednak mnie ten fakt dość mocno bolał, mimo że staraliśmy się bawić na każdym kroku – wchodziliśmy w małe wnęki, do pomieszczeń, które wymagały od nas nieustannego schylania się i w sumie tam spędzaliśmy czas lepiej niż w tych zwykłych, oświetlonych z posągami. Wszystko tak naprawdę zależy od Waszego nastawienia, ale wydając pieniądze, ciągle mieliśmy z tyłu głowy, że główną rozrywkę zapewniliśmy sobie jednak my, a nie organizatorzy.

Hospital in the rock – zmiany

Atrakcją numer dwa tego dnia, a nawet numer jeden, miał być Hospital in the rock, czyli bunkier ukryty w skale, gdzie od 1939 roku funkcjonował szpital wojenny. W ciągu kilku lat obiekt ten zyskał sporą popularność i ze względu na natężony ruch turystyczny wprowadzono specjalne godziny zwiedzania podzielone ze względu na język, jakim władał przewodnik. Grupy wpuszczano jednak do środka regularnie co pół godziny i robiono obchód we wcześniej ustalony sposób tak, by nikt wzajemnie sobie nie przeszkadzał. To również miejsce sprawdzone wcześniej przez moich rodziców i znów zaskoczenie: nie minęło wiele czasu, od kiedy sami poszli na zwiedzanie, a zmian dokonało się sporo. Czy na lepsze? Nie powiedziałabym.

Czas zwiedzania był kiedyś dłuższy, tempo spokojniejsze. Teraz jednak nieustannie czuć presję i pośpiech. Grupy są dość duże, miejsca raczej mało i czasami, kiedy zamykaliśmy ogon, nie widzieliśmy, o czym mówi przewodniczka (anglojęzyczna). Gdy w końcu docieraliśmy do pomieszczenia, oglądaliśmy wszystkie obiekty, a reszta wycieczki szła dalej, więc naprawdę nie mieliśmy chwili, by oddać się przemyśleniom i przyjrzeć szczegółom. Co jeszcze: u nas w domu jest taka tradycja, że wracając z jakiejś podróży, dzielimy się zdjęciami – pokazujemy, opowiadamy, przeżywamy na nowo. I doskonale pamiętam, że moi rodzice zdjęcia z tego  nietypowego muzeum przywieźli. My natomiast już nie mogliśmy, bo obowiązywał ogólny zakaz fotografowania, nie tylko z lampą. Wątpię, by była to troska o nasze skupienie na historii, żeby nic innego nas nie rozpraszało. W każdym razie mogłabym te zdjęcia wygrzebać, ale skoro właściciele nie życzą sobie teraz ich rozpowszechniania, to uszanuję te zasadę i odeślę Was po prostu do tego, co da się znaleźć na oficjalnej stronie obiektu.

Dom Houdiniego

W każdym razie, ze względu na nową organizację, musieliśmy przyjść na miejsce, zapłacić za bilety i zarezerwować miejsca na konkretną godzinę. Wyszło na to, że najpierw udaliśmy się jeszcze do Domu Houdiniego (The House of Houdini), ale z perspektywy czasu uważam, że całkiem dobrze się stało. Wątpię, bym po ujrzeniu bunkra od środka miała jeszcze ochotę na czary i zabawę. Atmosfera później była jednak dosyć ciężkawa, zresztą pewnie się domyślacie. To trochę tak, jakbyście obejrzeli film wojenny, a później ktoś kazał Wam się śpiewać karaoke.

Magiczne muzeum znajdowało się na placu obok kościoła Macieja. Wykupiliśmy bilety, chwilę zaczekaliśmy i zjawiliśmy się przed wejściem, gdzie ustawiono różne skrzynie i eksponaty, do których odwiedzający mogli wejść i zrobić sobie zdjęcia. Czekaliśmy na wszystkich, którzy na tę godzinę wykupili wejście, a za ten czas zjawił się przy nas jakiś chudy mężczyzna zagadujący zwłaszcza tę młodszą część turystów. Okazało się, że przedstawienie zaczęło się już na zewnątrz – oczywiście drobne sztuczki z kwiatkami czy kartami, ale już czuliśmy odpowiednią atmosferę, a dzieciaki miały wymalowane uśmiechy od ucha do ucha.

Podejrzewam, że każdy czytelnik wie, kim był Houdini – jeśli jednak nie, to o nic się nie martwcie, spieszę z wyjaśnieniem. Otóż uchodził za jednego z wybitniejszych iluzjonistów, dodatkowo po śmierci matki za cel przyjął sobie demaskowanie kłamstw mających miejsce podczas seansów spirytystycznych. Zaczął nawet na ten temat (zresztą nie tylko) wydawać publikacje. Jego specjalnością było uwalnianie się z kajdan: wewnątrz budynku zobaczymy zresztą kilka ich rodzajów oraz pierwsze oryginalne, z których udało się Houdiniemu samodzielnie rozkuć. Jakie miał na to sposoby? Czego używał podczas swoich sztuczek? Jak wyglądało jego życie prywatne? Tego i nie tylko dowiecie się, odwiedzając jego dom, po którym oprowadzają naprawdę dobrze przeszkoleni przewodnicy.

Samo wnętrze nie jest zbyt duże, większość czasu pochłania osnuta wokół niego historia i podziwianie rekwizytów, które nam teraz mogą się wydawać już odrobinę kuriozalne. Później natomiast przychodzi czas na magiczny pokaz (część grup zobaczy go najpierw, bo te dwie rzeczy odbywają się równocześnie) prowadzony przez dwóch magików, którzy rzucają żartami i starają się podtrzymać kontakt z publicznością. Moi rodzice podejrzewali, co stoi za znaczną częścią sukcesu tych sztuczek, jednak poszli do Domu Houdiniego w inny dzień i kiedy podzielili się z nami swoimi spostrzeżeniami, okazało się, że w przypadku naszego występu nie miałyby one zastosowania. Dzięki temu przynajmniej wiemy, że pokazy są różne, a nie każdego dnia to samo, za co też ogromny plus.

Rozmiarowo było to znacznie mniejsze niż Labirynt, a jednak zajęło praktycznie tyle samo czasu i nam podobało się znacznie bardziej. Obecnie cena oscyluje w okolicach 8 euro na oficjalnej stronie, jednakże my na miejscu kupiliśmy bilety w okolicach 20-paru złotych, bodajże 2000 HUF, ale nie chcę Was wprowadzić w błąd, więc informuję o aktualnym cenniku. W każdym razie miejsce jest warte swoich pieniędzy i gorąco polecam.

Nie chcę rozdzielać poszczególnych wydarzeń na dwie części, z tego też względu o Hospital in the Rock opowiem już przy okazji następnego wpisu, żeby nie przytłaczać Was nadmiarem informacji. Mam nadzieję, że z chęcią zerkniecie, bo projekt jest niezwykle istotny i bardzo mocno zapada w pamięć, unaoczniając tragizm II wojny światowej. Nie martwcie się jednak, mam już przygotowaną historię na osłodę humoru, by nie pozostawić Was w złej aurze na resztę dnia.

Z mojej strony w takim razie to by było na tyle. Oby te wpisy umiliły Wam nieco codzienność. Trzymajcie się zdrowo i do zobaczenia przy okazji następnego wpisu. Zapraszam także do odwiedzenia mojego fanpage’a i Instagrama, odnośniki po prawej stronie na górze.

Budapeszt cz.2 – czyli syberyjski cyrk, kraksa na hulajnodze i nocny spacer z widokiem na Dunaj

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć drugiego dnia naszego pobytu w Budapeszcie. Jeśli jeszcze nie przeczytałeś pierwszej części, to serdecznie zapraszam o tutaj, a jeśli interesuje Cię tylko to co tu i teraz, to też nic nie szkodzi i możesz zacząć od tego momentu. Tym razem udamy się na Plac Bohaterów, zobaczymy pokazy artystów z Jakucji i lodowisko tuż przy zamku, ruszymy pod parlament stanowiący jedną z najbardziej rozpoznawalnych ikon miasta i obejrzymy basztę rybacką, która z rybami nie ma wiele wspólnego. Zapraszam:

Niedługo po śniadaniu udaliśmy się na zwiedzanie. Codziennie jednak musieliśmy poświęcać mniej lub więcej przedpołudniowego czasu na to, by uczyć się do egzaminów, które niestety mimo sylwestra i innych przyjemności zbliżały się wielkimi krokami. Sesja nie kocha i żałuję tych godzin w książkach, których nie przeznaczyliśmy na eksplorację miasta, choć Budapeszt tak czy siak obeszliśmy bardzo intensywnie.

Plac Bohaterów

Tego dnia rozpoczęliśmy od Placu Bohaterów, więc na miejsce dotarliśmy niebieską linią metra do Deák Ferenc tér, a później przesiedliśmy się na żółtą i jechaliśmy aż do Hősök tere, czyli węgierskiego odpowiednika naszej atrakcji. Wysiadaliśmy prawie na końcu trasy, a gdy wyszliśmy z podziemi, naszym oczom niemal od razu ukazały się monumentalne budowle. Zaraz obok placu znajduje się Pałac Sztuki, a po przeciwległej stronie Muzeum Sztuk Pięknych, do którego niestety nie udało nam się wejść. Na pewno jednak zostawię sobie tę atrakcję na przyszły raz, jako że w środku możemy podziwiać obrazy Leonarda da Vinci czy Rembrandta albo rzeźby Thordvaldsena, który np. przyczynił się do przyozdobienia Starego Miasta w Warszawie – pomnik Kopernika jest właśnie jego autorstwa.

Plac nosi swoją nazwę od kolumny usytuowanej w jego centrum (Hősök emlékkövét). Utworzono ją po I wojnie światowej jako hołd dla poległych. To miejsce dla Węgrów ma znaczenie szczególne jeśli chodzi o nastroje polityczne; odbywały się tu liczne demonstracje, kiedyś pośrodku stał pomnik Stalina, później Lenina, a za taką oznakę wyciszenia można uznać symboliczny pogrzeb powstańców z czasów rewolucji węgierskiej 1956 roku. Zabudowa placu została utworzona na pamiątkę 1000-lecia państwa węgierskiego. Oprócz kolumny możemy też dostrzec dwie kolumnady, z których każda przedstawia postacie istotne dla tamtejszej historii.

Zamek Vajdahunyad

To na pewno jedno z ładniej zaaranżowanych i dostojnych miejsc w Budapeszcie, jednak nie wiadomo ile czasu tam nie spędzicie, zwłaszcza w zimie. My prosto stamtąd pomaszerowaliśmy na zamek Vajdahunyad znajdujący się w niewielkiej odległości. Największa atrakcja w tym okresie, która rzuca się w oczy, to bez wątpienia ogromne lodowisko rozciągające się z przodu murów. Mimo swoich rozmiarów, dzięki ładnej pogodzie i muzyce w tle, było praktycznie całe zapełnione, a wokół niego gromadziło się mnóstwo gapiów.

Sama budowla na czas zimowy przystrojona jest maleńkimi lampkami, a jej nazwa pochodzi od zamku rumuńskiego. Pomysł na wzniesienie wziął się z tego, że kiedyś w tym samym miejscu stała wystawa, podczas której twórcy prezentowali konstrukcje z nietrwałych materiałów. Mieszkańcom miasta spodobały się one na tyle, że postawiono je znowu, tym razem na większą skalę i ze sprawdzonego kruszcu. Dzięki temu dziś możemy obserwować kompleks budynków takich jak te, gdzie każdy z nich stanowi przykład innego stylu architektonicznego:

Na środku placu znajduje się pomnik Anonymusa dzierżącego złote pióro. Uznaje się go za węgierskiego kronikarza, ale jedyne, co o nim wiadomo, to że jego imię bądź nazwisko zaczynało się od litery „P”, bo tak się właśnie podpisywał. Miejscowa legenda głosi, że jeśli dotknie się tego pióra i pomyśli życzenie, to się spełni, aczkolwiek wersji tej opowieści jest bardzo dużo. Inna z nich stanowi, że po dotknięciu pióra będzie się miało znacznie więcej weny. Jeszcze inni wierzą (i to o dziwo bardzo często są panowie), że jeśli usiądzie się na kolanach posągu, to pozytywnie zda się maturę albo podwoi się swoją emeryturę. Cóż, niby nie zaszkodzi spróbować wszystkiego…

Wokół zamku znajdowało się też bardzo dużo budek i foodtrucków z ciepłymi przekąskami i grzanym winem, więc kiedy tylko obeszliśmy zamek dookoła, podążyliśmy za swoim węchem. Pech chciał, że gdy doszliśmy do końca ogrodzenia, okazało się, że dalej nie ma przejścia i trzeba wrócić. Z nami szła jednak jeszcze jedna równie rozczarowana para, która znalazła lepsze wyjście z sytuacji. W jednym miejscu płot po prostu się otwierał – troszkę jakbyście odchylali drzwi, tylko bardzo opornie, bo słup haczył o ziemię. Zapewniało to jednak pewną stabilność, więc jeśli tylko złapało się ruchomej części i przełożyło stopę na drugą stronę na murek, można było przejść bezpiecznie.

Pech chciał, że szłam trzecia i kiedy nadeszła moja kolej, coś się obluzowało, a ja omal nie runęłam w tył do wody. Zdążyłam tylko krzyknąć, oczy dziesiątek gapiów przed zamkiem skierowały się w moją stronę, a ja zawinęłam się na ogrodzeniu prawie tak, jakbym dawała pierwszy występ w strip-clubie na rurze, nie mając nawet pojęcia, że tego dnia mam tam wystąpić i że w ogóle tam pracuję. Maciek jednak po tylu latach znajomości zdawał sobie sprawę, że ze mną może wydarzyć się dosłownie wszystko, dlatego w porę przytrzymał ogrodzenie i jakoś przywrócił mnie do pionu. On oczywiście przeszedł normalnie, ja zrobiłam z siebie widowisko i poprawiłam wszystkim humor, a potem udaliśmy, że nic się nie stało, idąc dalej. Tak – ze mną nie ma nudy, ale do wstydu trzeba się przyzwyczaić.

To co dla mnie stanowi nieoderwalny element Budapesztu zimą, to właśnie stanowiska stojące na wolnym powietrzu, gdzie dostrzeżemy wielkie skrzynki czy misy z grzanym winem i pomarańczami ułożonymi po bokach. Tutaj bardzo dobra informacja dla miłośników tego typu trunków: żeby wytrzymać długie spacery na zimnie, przynajmniej jeden taki garnuszek trzeba było wypić. Nie wszędzie smakowały wyśmienicie, miały odpowiednią cenę czy tzw. „kopa”, ale o tym również wspomnę już przy okazji osobnego wpisu o węgierskiej kuchni i przysmakach. Pamiętam jednak, że to właśnie tam wypiliśmy wino ze zwykłej budki, które było tak mocne, że szybko uderzało do głowy.

Budki często oznaczano flagami; węgierską, niemiecką, włoską i takiego też typu przekąski serwowano w każdej z nich, a przynajmniej się starano. Gdzieniegdzie pojawiały się bardzo ciekawe rozwiązania funkcjonalno-architektoniczne takie jak na przykład ten piec:

Naszą uwagę najbardziej zwróciło jednak coś, co nazywało się kolbice. Troszkę można by to przyrównać do kebaba w bułce, troszkę do tortilli, ale nie znalazłabym polskiego odpowiednika tego przysmaku. W kulinarnym wpisie będzie można zobaczyć, co to też takiego było… 😀

Pokazy grupy cyrkowej z Jakucji

Cały dzień podporządkowaliśmy właściwie jednemu wydarzeniu, a mianowicie pokazom grupy cyrkowej z Jakucji (północna Syberia). Wystąpienie zatytułowane Snow Dream odbywało się w Fővárosi Nagycirkusz znajdującym się nieopodal Placu Bohaterów i Łaźni Szényiego. Bilety kosztowały nas ok. 4500 HUF od osoby, czyli około 58,5 zł biorąc pod uwagę, jakiej rangi było to wydarzenie, spożytkowaliśmy te pieniądze najlepiej, jak mogliśmy.

Wiecie, to nie był taki cyrk, jaki kojarzyłam ze swoich dziecięcych wyobrażeń czy opowieści albo różnych filmów. Nie tresowało się tam tygrysów czy słoni, a jedynymi zwierzętami, jakie zobaczymy na scenie, są psy – zadbane, wyczesane, merdające ogonami i dokarmiane po każdej sztuczce. Dało się zauważyć, że występ sprawia im radość, że w ogóle nie czują na sobie presji, a po prostu traktują wszystko wokół jako ogromną salę zabaw. Pokazały się dosłownie na dziesięć minut, nie więcej. Pozostałe sztuczki należały tylko i wyłącznie do ludzi, a patrząc na wysiłkowość niektórych z nich, to o artystów w tym wypadku martwiłabym się znacznie mocniej.

Zanim jednak weszliśmy na trybuny, mogliśmy odwiedzić wcześniej przygotowany namiot, w którym prezentowano zdjęcia i opisy obecnego życia w Jakucji. Aż ciężko wyobrazić sobie, jak pośród takiego wielkiego mrozu i ciężkich warunków bytowych uchowały się takie dusze, które ruszyły w świat, by czarować uśmiech na twarzach widzów, ale na całe szczęście tak się właśnie stało. Jeśli ktoś z Was w ogóle nie kojarzy, z czym to się je, to pod spodem zamieszczam kilka obrazów z grafiki Google, byście lepiej pojęli mój tok myślenia.

Nie wiem, czy kiedykolwiek byliście w jakimś cyrku i przede wszystkim w jakim. Ja na przykład nie i w mojej wyobraźni prócz zwierząt i przerażających klaunów wiele więcej nie było. W rzeczywistości zgadzały się trzy rzeczy: namiot w czerwono-białe pasy i arena otoczona rzędami wąskich ławeczek, ubiór personelu w czarne fraki z cekinowym wykończeniem i przede wszystkim: popcorn! Wiecie, żółtawy popcorn z masłem w tych opakowaniach jak na amerykańskich filmach. Reszta jednak przerosła moje najśmielsze oczekiwania, mimo że klaunów też musiałam zdzierżyć. Nie okazali się jednak tak straszni, jak ich diabeł malował.

Cały spektakl opierał się na opowiadaniu historii (niestety nie w języku angielskim, więc zrozumieliśmy ją tylko jak dzieci – na zasadzie kojarzenia obrazków, a i tak nam się podobało). Była królowa śniegu, były różne plemiona i wrogie siły, a w tle przewinęła się nawet piosenka z Krainy Lodu. Zawsze po scence rodzajowej następował występ, po występie przerwa serwowana przez klaunów w formie różnych wygłupów i interakcji z widownią, no i tak w kółko, tylko czasem w zmienionej kolejności. Grupy klaunów też były dwie – jedna europejska, miejscowa, a druga z Jakucji. Dało się zresztą dostrzec, że poza głównymi gwiazdami program jest uzupełniany też „stałym” repertuarem węgierskich wykonawców. Urody się jednak nie oszuka, a przynajmniej nie w tym wypadku.

Poszliśmy razem z moimi rodzicami i mieliśmy miejsce akurat w pierwszym rzędzie. Z jednej strony super, z drugiej serce podchodziło mi do gardła, kiedy jeden z klaunów szukał swojej ofiary (panicznie się ich boję, ale chociaż ci mieli tylko umalowane twarze, a resztę stroju bardziej człowieczą). Czasem zastanawialiśmy się, czy goście na widowni są podstawieni czy nie, bo wczuwali się tak bardzo, że jeden mężczyzna prawie chciał ściągać ubrania na środku sceny, wywołując wesołość u wszystkich pań wokół. Chyba jednak po prostu mocno się wczuł.

Jeśli chodzi o część komiczną – moja mama na przykład nie jest fanką rozrywki, która opiera się na tym, że ktoś przywalił komuś ciastkiem w twarz albo oblał go wodą. W tym wypadku jednak humor stał na wyższym poziomie, a przynajmniej starał się do tego dążyć. Każdemu z nas właściwie podobało się co innego, a to tylko dowodzi, że tego typu eventy są rozrywką dla całej rodziny.

Niektóre występy zapierały dech w piersiach. Nie zabrakło żonglerki czy akrobacji na szarfach podwieszonych na suficie, ale też takich pokazów, które dosłownie przerażały. Najstraszniejsze były chwile, kiedy na scenie pojawiał się człowiek-kark. Nie dość, że potrafił postawić sobie na czole wielką, metalową tyczkę i chodzić z nią tak, by utrzymywała się w pionie, to na sam koniec na tej tyczce stanęła na rękach kobieta, którą również dźwigał bez żadnej asekuracji i użycia rąk. Żeby tego było mało, przechodził z nią później na wysokości! Sztuczka trwała dość długo, a każdy następny przemarsz odbierał nam siły do patrzenia, dosłownie czuliśmy się zmęczeni. Sami spójrzcie, jak to wyglądało.

Akrobacje były naprawdę różnorodne, a całe show trwało grubo ponad dwie godziny. Pod koniec czuliśmy, że wciąż jest nam za mało. Jeśli kiedyś będziecie mieć okazję na ujrzenie tej grupy na scenie bądź czegoś, co będzie podobne, to kupujcie bilety bez wahania. Ja z pewnością skusiłabym się jeszcze raz, świetna atrakcja, a już dzieci to na pewno piszczałyby z radości. Oko cieszą jednak nie tylko wyczyny akrobatów czy tańce, ale także bardzo często zmieniające się kostiumy, z których część naprawdę kojarzy się z klimatem Jakucji. Pod spodem zamieszczam jeszcze kilka zdjęć i mam nadzieję, że kiedyś będziecie mogli obejrzeć to, co na nich widnieje, na żywo!

Kiedy wyszliśmy z cyrku, było już zupełnie ciemno i znacznie zimniej niż wcześniej. Wybiła jednak dopiero godzina popołudniowa, więc zadecydowaliśmy, że udamy się pod parlament i pochodzimy po całym placu. Niestety nie udało nam się wejść do środka, więc to kolejny element, który pozostanie mi do zaliczenia przy okazji następnej wizyty. Od miejsca docelowego dzieliło nas jednak 4,5 km, więc Maciek wpadł na pomysł, żebyśmy tę trasę pokonali hulajnogami elektrycznymi. Nie przewidział jednak, że ktoś może być tak oporny względem tych urządzeń, jak okazałam się ja. No bo widzicie, ostatni raz na hulajnodze jechałam jako małe dziecko i moja przygoda skończyła się w momencie, kiedy zdarłam sobie całe kolano, a koleżanka przyniosła mnie na plecach do domu. W tym wypadku finał byłby pewnie podobny, tylko lepiej się asekurowałam. Tak więc przez sześć najbliższych minut każdy przechodzień mógł obserwować festiwal żenady i moje nieudolne próby jakiejkolwiek jazdy. Jeśli myślicie sobie – co jest w tym trudnego? Odpowiedź brzmi: ja też nie wiem, a jednak coś najwyraźniej było. Nie wiem, może z zimna ciężko było mi wyczuć przycisk pod palcami, bo ja albo nie jechałam w ogóle, albo startowałam jak rakieta, nie mogąc utrzymać równowagi. Tak. Chcąc uniknąć mojej śmierci, pojechaliśmy tramwajem. Sorki jeszcze raz, Maciek.

Parlament w Peszcie

Parlament znajduje się w Peszcie i nie wiem, czy jest jeszcze jakiś inny symbol, który tak bardzo kojarzyłby mi się ze stolicą czy Węgrami. Czasem mam wrażenie, że gdybyś nie strzelił fotki parlamentu, to zupełnie jakby Cię tam nie było. Na mnie ten budynek robi jednak ogromne wrażenie i razem z kościołem św. Macieja stanowią dla mnie przykład najpiękniejszej architektury miasta. Uwierzcie mi, zwłaszcza nocną porą w okresie świąt, gdy cały plac jest przystrojony lampkami, choinki się świecą i nawet niektóre tramwaje jeżdżą obwieszone ozdobami, to miejsce jest po prostu przepiękne.

Patrząc na to, aż ciężko uwierzyć, że zanim ta budowla powstała, w tym miejscu nie było niczego prócz błota, a i okolica cieszyła się reputacją bardzo niebezpiecznej. Teraz z kolei widzimy władowane w nią pół miliona kamieni szlachetnych i 40 kg złota – nie do wiary, prawda? W jej wnętrzu znajduje się najważniejsza relikwia dla narodu węgierskiego, a mianowicie korona św. Stefana. Kim był święty Stefan? Ano pierwszym koronowanym królem, który zjednoczył państwo węgierskie.

Pod budynkiem znajdują się liczne barykady i ogrodzenia, a jeśli ktoś tylko usiłował je przekroczyć, do akcji natychmiast wkraczali strażnicy. Całość wygląda w ten oto sposób.

Kolejna rzecz, którą koniecznie musimy nadrobić, a która po ciemku byłaby już raczej niedostrzegalna, to buty. Niestety nie mieliśmy sposobności wrócić tam ponownie w następne dni, zupełnie nie było nam to po drodze. O czym dokładnie mówię? Nad brzegiem Dunaju, niedaleko Parlamentu, został postawiony pomnik na pamiątkę osób, które zginęły podczas holokaustu i zostały rozstrzelane nad rzeką. Różnego rodzaju obuwie, nieoznakowane i zostawione bez właścicieli, którzy zniknęli. Mimo że kilku rzeczy nie udało nam się zrealizować, tej żałuję chyba najmocniej, mimo że jej skala jest przecież malutka. Was odsyłam jednak koniecznie, jeśli tylko będziecie mieć okazję.

Żeby trochę się ocieplić, weszliśmy do knajpy, by napić się gorącej czekolady (niestety zupełnie wyleciała mi z głowy jej nazwa). Pamiętam, że była niedziela, bo znalezienie jakiegokolwiek otwartego miejsca graniczyło wtedy z cudem. W dodatku po całym dniu, mimo zimna, strasznie chciało nam się pić i jedyne, na co trafiliśmy, to jakiś mały pub. Dostrzegłam jednak przez okno, że mają lodówkę z napojami bezalkoholowymi do kupienia, ale Maciek stwierdził, że to głupio wejść do takiego miejsca, żeby kupić wodę. Powiedział, że on nie idzie, bo się wstydzi, więc ja jak zawsze, jako ta osoba bez wstydu, bez obaw weszłam do środka i kupiłam, co trzeba. I tak myślę, że nikogo nie obchodziła moja obecność, a że innej opcji nie mieliśmy, to co tu się dużo zastanawiać?

Baszta Rybacka na placu Macieja

Kiedy trochę się rozgrzaliśmy, pojechaliśmy autobusem nr 16 w stronę kościoła św. Macieja. Musieliśmy przejść kawałek pod górę, żeby dotrzeć na plac, ale było warto i to jeszcze jak! Ja zwiedzanie zaczęłam od baszty rybackiej i w sumie gorąco polecam w okresie zimowym zaliczyć ją wieczorem koło godziny 20.00, tak jak myśmy zrobili. Na miejscu były wtedy pojedyncze osoby – świetna okazja do robienia zdjęć i napawania się widokami bez poczucia, że co chwilę ktoś wchodzi w kadr, szturcha cię i się przepycha, bo w godzinach szczytu niestety tak to wygląda. Za dnia, kiedy tamtędy przechodziliśmy, ujrzeliśmy tylu ludzi, że ledwo się tam wszyscy mieścili.

Dlaczego w ogóle baszta rybacka, skoro poza Dunajem nie ma tam właściwie żadnej wody? Kiedyś mury tej budowli były uznawane za część zamkową, a swoją nazwę zawdzięczają rybakowi, który bronił ich w okresie średniowiecza. W nocy nie można odmówić temu miejscu aury tajemniczości – chodząc tam, zupełnie jakbyśmy przenosili się w jakieś inne realia i czas.

W okolicy placu znajduje się mnóstwo perełek, o których opowiem Wam w przyszłych wpisach. Nie mówię już o samym kościele św. Macieja, ale także o domu Houdiniego czy nuklearnym bunkrze. Śledźcie więc koniecznie mojego fanpage’a oraz Instagrama, by być na bieżąco oraz wiedzieć, kiedy pojawiają się wpisy i niczego nie przegapić. Odnośniki znajdziecie na górze po prawej stronie, zapraszam!

Islandia cz.7 – czyli relaks w geotermalnych źródłach, pierwsze zetknięcie z komercjalizacją i wybuchające gejzery

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć piątego dnia naszej podróży po islandzkiej obwodnicy. Tutaj skupimy się głównie na południowej części kraju. Jeśli jeszcze nie wiesz, co działo się do tej pory, to gorąco zachęcam do nadrobienia, no chyba że nie masz ochoty, wtedy możesz zacząć czytać od tego momentu i też będzie dobrze. Tym razem nie zabraknie wodospadów: Skógafoss, Seljalandsfoss czy Gullfoss. Zejdziemy także w dół krateru Kerið, zobaczymy wybuchające gejzery i zrelaksujemy się w naturalnych geotermalnych źródłach Secret Lagoon. Koniecznie zostań z nami do końca! Zapraszam:

Piąty dzień naszej wyprawy zapowiadał się niesamowicie intensywnie, jednak pogoda nie rozpieszczała nas już od samego początku. Kiedy tylko wsiadaliśmy do samochodu, rozpogadzało się i słońce wychodziło zza chmur, natomiast po wyjściu na zewnątrz lał deszcz, o ile nie grad. Przeczekanie tego raczej nie przynosiło zamierzonych efektów, więc pogodziliśmy się z faktem, że wreszcie zaznaliśmy tej zmiennej islandzkiej pogody i staraliśmy się nie zwracać na nią uwagi, choć czasami było ciężko.

Wodospad Skógafoss

Pierwsze miejsce, które odwiedziliśmy, to wodospad Skógafoss mierzący 60 m wysokości i stanowiący jeden z większych na Islandii. Ponoć w cieplejsze i słoneczne dni widać tam mnóstwo tęcz ze względu na mgiełkę wodną, która roztacza się wokół, jednak tego nie jesteśmy w stanie Wam potwierdzić. Fakt faktem to jedno z tych miejsc, które łatwo pomylić z krajobrazem Nowej Zelandii, jednak żeby to dostrzec, trzeba się troszkę nachodzić. Parking co prawda jest bardzo blisko samej atrakcji, natomiast jeśli zamierzamy wejść na jej szczyt, musimy pokonać dość długie schody, na których niektórzy turyści urządzali sobie nawet po kilka przerw. Obiektywnie rzecz biorąc, podejście nie jest ultra ciężkie, ale zadyszki dostać można. Czy warto się tak męczyć? Oj, warto, bo widok z góry jest piękny.

Kerið – płatny krater

Następnym naszym punktem przystankowym był krater Kerið oddalony o około 110 km. Co może Was zaskoczyć, to uiszczenie opłaty za wejście. Niestety te praktyki na południu kraju są znacznie częstsze niż gdziekolwiek indziej ze względu na natężenie turystów i o ile pierwszy raz może aż tak nie kuje to w oczy, o tyle każdy następny jest coraz bardziej dotkliwy. Tutaj zostawisz 10 zł, tutaj 15, tam 20 i w końcu zbiera się dość wysoka suma, kiedy zaczyna się to wszystko podliczać. Mnie to na przykład dość mocno irytuje zwłaszcza w kwestii przyrody. Gdybyśmy mieli za każde naturalne miejsce płacić nawet te przysłowiowe 5 zł, to zważając na to, ile mija się ich po drodze, można dostać białej gorączki. W przypadku krateru opłata wynosi 400 ISK, czyli około 12,40 zł. Mówię – nie jest to dużo (zwłaszcza na islandzkie standardy), chociaż zależy, jak na to spojrzeć. W każdym razie zapłaciliśmy i weszliśmy.

Kerið ma ponad 6 tysięcy lat, a jego dno wciąż jest wypełnione wodą, tworząc sporych rozmiarów jezioro, nad którego brzegiem stoi pojedyncza ławeczka. Uwagę zwraca też ziemia po której stąpamy – w niektórych miejscach przyjmuje iście czerwoną barwę, co pięknie zestawia się z błękitem wody i zielenią wokół. Nie od razu zeszliśmy w dół, najpierw zrobiliśmy rundkę dookoła, zwłaszcza że akurat pojawiło się słońce. Oczywiście kiedy tylko zaczęliśmy schodzić po schodkach, najpierw się rozpadało, a potem sypnęło gradem. Plusem było to, że wszyscy, którzy znajdowali się w dole, natychmiast uciekli do samochodów. My się jednak nie wycofaliśmy, tylko poszliśmy po to, na co czekaliśmy. Staliśmy chwilę, obserwując, jak wiatr marszczy taflę wody i mimo zimna oraz tego, jak byliśmy przemoknięci, to był całkiem ładny widok.

Skoro już wtajemniczyłam Was w płatne atrakcje, to po drodze do krateru zatrzymaliśmy się przy wodospadzie Seljalandsfoss, który uchodzi za jeden z bardziej rozpoznawalnych, zwłaszcza że w jego głębi znajduje się grota, a za nią, jeśli przeszlibyśmy się w kaloszach, znajduje się drugi, tyle że ukryty, o którym dowiedziałam się tak naprawdę z instagramowych relacji innych podróżników. Stamtąd natomiast bardzo szybko uciekliśmy ze względu na deszcz, a także to, jak bardzo zawalony i nieprzejezdny okazał się parking. Oczywiście na miejscu pobierano za niego opłatę (700 ISK = 21,70 zł), a jako że ujrzeliśmy atrakcję już z daleka i dopiero co nasyciliśmy się innym wodospadem, daliśmy sobie spokój. Może innym razem.

Geysir, Litli Geysir i Strokkur

Trzecią naszą atrakcją tego dnia był Geysir, czyli gejzer, który wybucha co kilkadziesiąt lat. Obok niego natomiast znajduje się jeszcze kilka mniejszych, na przykład Litli Geysir czy Strokkur, który to z kolei swoją erupcję ma średnio co kilka minut. Obszar ten urzeka także ze względu na fumarole, czyli szczeliny w ziemi, przez które nieustannie wydostaje się para. Już z daleka jest bardzo dobrze dostrzegalna, zwłaszcza w tak ponure i chłodne dni. Na sam widok robi Wam się cieplej, kiedy tylko zdacie sobie sprawę, ile stopni ma woda, która przepływa małymi źródełkami tuż obok.

Nie wiem, czy wiecie, ale na terenach takich jak te, islandzkie mieszkanki bardzo często zakopywały i dalej zakopują bochenki chleba w jakimś naczyniu i pozostawiają je na kilka godzin. W ten oto sposób powstaje chleb wulkaniczny o specyficznym smaku, który najczęściej jada się po prostu z samym masłem. Jeśli bylibyście zainteresowani takim specyfikiem, to można go także wykonać w domu; przepisów w internecie jest naprawdę mnóstwo, a jedyne, czego Wam potrzeba, to tak naprawdę dużo czasu (średnio około siedmiu godzin).

Naszą uwagę niemalże od razu przykuła tablica przy samym wejściu. Można by ją uznać za regulamin, chociaż większość wypisanych punktów stanowiła raczej zalecenia i ostrzeżenia dla turystów, z których jednak ludzie niewiele sobie robili, tak przynajmniej potem zaobserwowaliśmy. Najbardziej podobał nam się ogólny wydźwięk – źródła są bardzo gorące, woda wrze, więc wchodzisz tu na własną odpowiedzialność, bo może stać ci się krzywda, możesz się oparzyć itd. Zaraz potem dużymi literami widnieje informacja: Nie podchodź blisko gejzerów dla zachowania swojego zdrowia i życia, NAJBLIŻSZY SZPITAL ZNAJDUJE SIĘ 112 KM STĄD. My to właściwie zrozumieliśmy jednoznacznie – jak jesteś debilem, to i tak nie zdążymy cię uratować, no sorry, naturalna selekcja.

Podejrzewam jednak, że połowa osób albo omija ten znak bez czytania, albo nie jest w stanie przeczytać go po angielsku, bo mimo tego, że ten czynny gejzer był zagrodzony linkami, ludzie stawali najbliżej, jak tylko mogli. My odsunęliśmy się dalej, do bezpiecznej odległości, no bo biorąc na logikę – jeśli w górę wystrzeli wrzątek na około 20-40 m, to ja będę zaraz obok, to nawet sama mgiełka, która pozostanie w powietrzu, po prostu mnie oparzy. Myślenie jest jednak dość skomplikowanym procesem, no i niestety nie zawsze każdemu wychodzi. Na szczęście wielu ludzi ma więcej szczęścia niż rozumu, więc krytycznych przypadków akurat nie dostrzegliśmy.

Jeśli chodzi o samą erupcję, to przeżyliśmy niemały szok i to raczej nie pozytywny. Od kiedy tylko pamiętam, w każdym filmie czy bajce wizja wybuchającego gejzeru jawiła się jako wielka, zbita i bardzo wysoka kolumna wody, która wystrzeliwuje z niesamowitą siłą. Jak to wygląda naprawdę? Mniej więcej tak, że zastanawialiśmy się, czy to na pewno było to, czy jednak nie. Jasne, woda unosi się na 20-40 m, ale raczej powoli i rozbryzguje się w mgiełce na boki. Stojąc odrobinę dalej, to wrażenie prędkości i siły zjawiska jest zupełnie zatarte. Zupełnie jakby to nie woda, a dym rozchodził się na wolnym powietrzu. Pamiętam, że akurat mega się cieszyliśmy, bo dosłownie lało, trochę się już trzęśliśmy i gejzer eksplodował dosłownie w 2-3 minuty. Kiedy wszystko się skończyło, Maciek zapytał mnie tylko, dość mocno rozczarowany: „To już? Wyglądało jak pierd, a nie jak wybuch”. I szczerze miał w tym troszkę racji.

Jeśli chodzi o Geysir, robi naprawdę potężne wrażenie – średnica jego krateru jest ogromna i aż ciężko zrobić zdjęcie ze względu na ilość wydobywającej się pary. Warto nawet przejść się po prostu dookoła i poszukać kilku mniejszych otworów w ziemi, z których każdy ma inny kolor, głębokość i inaczej bulgocze. Przyznaję jednak, że nie zabawiliśmy tam na pewno tak długo, jak mogliśmy, bo byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Zupełnie jakbyśmy przed chwilą wyszli spod prysznica, czego może zdjęcia nie oddadzą z taką dokładnością, ale pewne zobrazowanie na pewno będzie.

Wodospad Gullfoss

Ostatnim naszym punktem programu na ten dzień został wodospad Gullfoss. Na szczęście udało mi się namówić Maćka, byśmy podeszli jak najbliższej, aż do samych barierek. Założył się ze mną co prawda, że zacznie lać, kiedy tylko będziemy w połowie drogi, no i miał rację, ale dzielnie towarzyszył mi w wyprawie. Pamiętam, że oprócz deszczu strasznie zmoczyła nas mgiełka, która unosiła się od wodospadu, zwłaszcza że dość mocno wiało, więc cała ta woda uderzała w turystów. Szczerze mówiąc, nawet mi to odpowiadało – w końcu i tak byliśmy zupełnie mokrzy, bo Geysir znajduje się w odległości jakichś 10 km od tej atrakcji. Nie chciałabym wyschnąć z myślą, że zaraz wszystko będę musiała ponownie wykręcać.

Nie da się ukryć, że widok byłby znacznie bardziej bajeczny przy promieniach słońca, ale podróże to nie zawsze koncert życzeń, czasem trzeba się dostosować i cieszyć z tego, co jest. Ludzie stali więc i nagrywali, robili zdjęcia i śmiali się, dygocząc na przemian. Fakt faktem, wodospad jest ogromny i z pewnością warto go zobaczyć nawet w strugach deszczu. Tak prezentował się on i my na samym powrocie:

Secret Lagoon – źródła geotermalne

Temperatura spadła do 3℃, deszcz lał nieustannie i pogoda wydawała się średnia na robienie czegokolwiek. Nie uśmiechało nam się za bardzo zwiedzanie parku narodowego, więc wpadliśmy na zupełnie inny pomysł. Dosłownie marzyliśmy, żeby się rozgrzać, a że troszkę z nas wcześniej były cebularze, to okazało się, że wystarczy nam pieniędzy na jeszcze jedną atrakcję, jaką były źródła geotermalne w Secret Lagoon. Nie mam niestety porównania do Blue Lagoon, najbardziej rozsławionej atrakcji Reykjaviku, ale wydaje mi się, że jeśli szukacie czegoś mniej skomercjalizowanego i zatłoczonego, to dobrym pomysłem będzie rozważenie opcji, którą wybraliśmy również i my. Dla porównania: cena Blue Lagoon wynosi 8100 ISK, czyli około 251,10 zł (lub 6100, gdy dokonamy rezerwacji online), natomiast cena Secret Lagoon to zaledwie 2800 ISK, czyli około 86,80 zł. Różnica jest dość duża, przy czym doznania, nie biorąc pod uwagę czynników zewnętrznych, będą raczej bardzo do siebie zbliżone.

Parę słów o samym wnętrzu obiektu – prawie na 100% traficie na polską obsługę. Kiedy my zawitaliśmy na miejscu, chyba wszyscy bez wyjątku, którzy tam pracowali, okazali się naszymi rodakami. Na początku przechodzi się przez pomieszczenie typu szatnia z szafkami różnej maści i suszarkami. Później przejście rozgałęzia się na szatnię damską i męską, przy czym zasada jest taka, że będąc w środku, nie uświadczy się raczej żadnej przebieralni. Jest jedna toaleta, a na jej drzwiach widnieje napis, że nie służy ona do zmieniania ciuchów.

Wniosek z tego jest prosty – powinno się raczej załatwiać te sprawy na środku pomieszczenia, ze wszystkimi, tak jak nas Bóg stworzył. Mnie to generalnie troszkę ruszyło, jestem w ogóle anty-rozbieraniowa w miejscach publicznych, czy to basen, sauna czy cokolwiek innego. Ja nie chcę za bardzo oglądać innych, więc wychodzę z podobnego założenia. Ulżyło mi, że nie jestem w swoich odczuciach osamotniona, bo obok przebierały się dziewczyny w moim wieku i też co chwilę zerkały tylko na ten kibelek.

Na swoją obronę przypomnę, że miałam okres, więc z tej toalety skorzystać musiałam i tak. A skoro już tam weszłam, to odwaliłam wszystkie czynności po kolei i raczej nie ja jedna. Druga rzecz, która dla mnie nie była do przebrnięcia, to rozebranie się pod wspólnym prysznicem (nie koedukacyjnym, ale wiecie, takim, że każdy stoi w rządku, ramię w ramię). Zaczekałam więc, by wszyscy wyszli z pomieszczenia, a dopiero później się opłukałam.

Podejrzewam, że panowie takich dylematów nie mają, co mogłam stwierdzić już po Maćku. Jemu to w sumie było obojętne, czy ma ściągnąć te bokserki, czy nie. Myślicie, że przeszkadzał mu tamten prysznic? A gdzie tam. Mówi się przecież, że tam nikt na Ciebie nie patrzy, pełna kultura i te sprawy. I wiecie, co Wam powiem? Guzik prawda. Po wyjściu z szatni, kiedy już zanurzyliśmy się źródłach, Maciek uśmiecha się nagle i mówi, czy widzę tamtego mężczyznę. Odpowiadam, że tak. I zaraz potem wbrew własnej woli usłyszałam całą historię na temat tego, jakie facet ma małe przyrodzenie. NIE RÓB CIE TAK NIG DY.

Niestety prawda jest taka, że niektórych obrazów nie jesteśmy w stanie wyrzucić z głowy. I nawet nie chodzi mi tu o fakt, kto się rozbiera w tej szatni, ile ma lat ani jak wygląda, ale o jakieś takie ogólnie pojęte skrępowanie. Można zdjąć majtki i owinąć się ręcznikiem, ale można też zrobić to, co około 70-letnia pani na wyjściu. Ona rozebrała się do naga, a figurę miała iście rubensowską i nie dość, że z powrotem się nie ubrała, to jeszcze wzięła naraz dwie suszarki do włosów i bardzo energicznie zaczęła się nimi suszyć, falując nawet bardziej niż woda w źródłach, która właśnie zaczyna wrzeć. NIE RÓB CIE TAK NIG DY.

Jeśli chodzi o samo Secret Lagoon, warto wiedzieć, że to najstarszy geotermalny basen w historii całego kraju. Kiedy wyjdziemy z szatni, przed nami pojawi się największy z nich, w którym można się wykąpać, ale obok, zarówno z lewej, jak i z prawej strony, widnieją także dwa mniejsze, dużo gorętsze. To właśnie z nich odprowadzane są specjalne rury do głównego kąpieliska, dzięki czemu osiąga ono temperaturę w okolicach 40℃ i więcej, zależnie od tego, jak blisko źródła podpłyniemy. Znalazł się Azjata, który pływał niemalże przy wylocie, natomiast my urządzaliśmy sobie zawody, kto dotrze dalej bez zawracania. Zostawało nam jednak dobrych kilka metrów od brzegu, bo skoki temperatury wydawały się naprawdę duże i w niektórych miejscu skóra dosłownie piekła, niemalże bolała.

Dookoła kąpieliska poprowadzony jest drewniany mostek. W cieplejsze dni można wyjść na zewnątrz i przejść się nim, obserwując wrzące źródła dookoła. No chyba że jest się nami, wtedy wychodzi się nawet w temperaturze bliskiej zera. Dosłownie truchtaliśmy, zatrzymując się w miejscach, gdzie owiewały nas opary gorąca. Widokowo prezentowało się to naprawdę ładnie, miejsce ma niezwykłą aurę – nie chcę powiedzieć, że starości, ale jednak podniszczone zabudowania na środku robią swoje. Zdjęcia niestety nie mam, ale znalazłam jedno bardzo dobrze oddające klimat na stronie GetYourGuide:

Pod koniec biegu natrafiliśmy na maleńki gejzer, który coraz mocniej bulgotał. Wokół niego zebrało się pełno ludzi z aparatami i kamerami, ubrani od stóp do głów w ciepłe kurtki i polary. W pewnym momencie zupełnie przestali patrzeć na wrzącą wodę – niemalże wszystkie spojrzenia skierowały się na nas ubranych w same stroje kąpielowe, mokrych i przeskakujących z nogi na nogę, bo stopy zamieniły mam się w kawałki lodu. Widziałam rozbawienie na twarzach turystów, zwłaszcza że pełna entuzjazmu wołałam, że nie ruszę się stąd, dopóki gejzer nie wybuchnie, a Maciek cierpliwie to znosił. Nie chcę powiedzieć, że wrażenie było lepsze niż przy Strokkurze, ale być może fakt, że w ogóle nie spodziewałam się zobaczyć w tym miejscu podobnych rzeczy, sprawił, że obłędnie mi się podobało.

Nocleg w Reykjaviku

Ponowne zanurzenie się w wodzie i różnica temperatur wywarła na nas koszmarne wrażenie, ale szybko się przyzwyczailiśmy. To było naprawdę piękne i odprężające uczucie – wygrzewać się, dryfować i tylko czuć, jak zimny deszcz skapuje na głowę albo inne wyciągnięte części ciała. Po tak intensywnej podróży po prostu nie chciało nam się stamtąd ruszać; tym bardziej, że płaci się jedynie za wejście, a nie za godziny pobytu. Można by więc siedzieć aż do samego zamknięcia, ale niestety nie skorzystaliśmy. Co nam się jednak bardzo podobało, to że każdy miał możliwość skorzystania z „makaronów”, czyli tych specjalnych pianek, które często widuje się na basenach pływackich. Układało się na nich, leżało na plecach, czy jak kto wolał, a wrażenie było po prostu obłędne. Naprawdę miło wspominam tamten odcinek trasy, zupełnie niespodziewana przyjemność.

Potem udaliśmy się już prosto do hotelu w Reykjaviku, w którym spaliśmy również pierwszego dnia. Jeśli jesteście ciekawi szczegółów, to wszystko opisałam w tej części. Pokój dostaliśmy inny i o dziwo zauważalna była duża różnica. Tym razem oprócz podwójnego łóżka pojawiła się też antresola, a kiedy weszło się na schody, dało się dostrzec drugi materac, tylko jednoosobowy. Problem polegał jedynie na tym, że na górze nie było żadnego okna czy umeblowania, nie licząc małej lampki. Wyglądało to nieco przerażająco i każde z nas bało się tam spać – poza tym nie chcieliśmy się licytować, kto będzie w tym czasie na dużym, wygodnym łóżku, więc wróciliśmy do ułożenia z dnia pierwszego.

Druga różnica – oprócz śmierdzącej wody w łazience wyczuwalny był zapach ryby, ale do samego wyjazdu nie mieliśmy pojęcia, skąd on się bierze. Nie był on za ładny, a dodatkowo potęgowała go praca wentylatora, który brzmiał jak turbina odrzutowca i takie też miał natężenie. Wygoda spania ponownie okazała się jednak na tyle duża, że i tak nie zwracaliśmy na to wszystko zbytniej uwagi – poza tym czekało nas pyszne śniadanko i pożegnalne pylsury!

Chciałabym powiedzieć, że z ostatniego dnia naszego pobytu skorzystaliśmy, jak tylko się dało, skoro mieliśmy zaplanowaną jeszcze wycieczkę w parę miejsc. Przede wszystkim mowa tu o Gunnuhver, czyli o błotnych basenach, do których niestety nie mogliśmy dojechać. Nie chodzi już nawet o ograniczenia czasowe, ale o fakt, że drogę do atrakcji całkowicie rozkopano. Jechaliśmy za znakami, za naszą nawigacją, ale nic z tego. Nie byłoby nawet możliwości, żeby jakoś to ominąć, bo wszędzie, gdzie mieliśmy się udać, prowadziła ta sama trasa. Po asfalcie nie pozostał nawet ślad, przed nami widniała tylko masa błota i koparki.

Trochę nas ten fakt rozczarował, bo prócz przejścia się jeszcze raz po całym Reykjaviku, nie zaliczyliśmy niczego więcej. Stresowało nas też oddanie samochodu, dlatego uporaliśmy się z tym dość szybko (pomyślnie!) i resztę czasu siedzieliśmy na lotnisku. Złapaliśmy jeszcze dodatkowe pół godziny opóźnienia, które na szczęście nadrobiliśmy podczas lotu. Dla fanów naszego syf-jedzenia mamy jednak ostatnią gratkę – szkoda nam było zostawić zapasów, których nie zużyliśmy podczas podróży i z tego też właśnie powodu obżarliśmy się bazyliowym pesto z krakersami. W sumie okazało się to tak mdłe, że nawet odechciało nam się porządnego obiadu. Aż dziwi mnie, że po tym całym tygodniu nie mieliśmy żadnych przygód żołądkowych – Islandia to pierwszy kraj, gdzie mi się to nie przydarzyło (nie licząc może Czech czy państw sąsiadujących, choć np. o Ukrainie już tego powiedzieć nie mogę).

Lot w tę stronę upłynął raczej spokojnie, około 00.30 wylądowaliśmy na miejscu, skąd odebrali nas znajomi Maćka. Niezależnie jednak od naszego powrotu, przez następne dni dosłownie chciało mi się płakać, kiedy przypomniałam sobie naszą wyprawę. Bardzo brakowało mi tego spokoju, humoru  i przygód, które nam się natrafiały. Bywały momenty, kiedy pisałam do Maćka, że śniła mi się zorza polarna na Islandii, a on odpisywał, że miał dzisiaj dokładnie taki sam sen. Jest jeszcze mnóstwo miejsc, które czekają, by zostać przez nas odkryte, więc wrócimy tam bez wątpienia, może nawet nie tylko raz.

Mam nadzieję, że opis naszych przeżyć pomógł Wam nastawić się nieco psychicznie na tego typu wyprawę, a zawarte tutaj treści umożliwiły Ci choć w małym stopniu przygotowanie do własnej podróży. Jeśli nawet znalazłeś tutaj jedną pożyteczną rzecz, jestem bardzo szczęśliwa. Jeśli nie zamierzasz lecieć, ale czytałeś to dla przyjemności i zostałeś do końca, to jestem szczęśliwa może nawet jeszcze bardziej.

Nie martwcie się, że ta seria dobiega końca. Kilka dni później, po moim powrocie, wyruszyliśmy razem z inną osobą do Lwowa, więc też będzie o czym opowiadać. Wpisy pojawią się już niedługo, więc śledźcie uważnie mojego fanpage’a i Instagrama, żeby tego nie przegapić!

Budapeszt cz.1 – czyli garść przydatnych informacji, podróż zabytkowym metrem i obżarstwo

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć naszego wyjazdu do Budapesztu, który odbyliśmy 28.12.19-01.01.2020 czteroosobową grupą: ja, Maciek, którego znacie już z Islandii, a także moi rodzice. Co prawda na miejscu raczej się rozdzielaliśmy, ale widywaliśmy się na śniadaniach, przy poszczególnych atrakcjach czy gdzieś na mieście. Ułożyliśmy plan podróży i codziennie maszerowaliśmy kilkanaście kilometrów, zwiedzając miasto wzdłuż i wszerz. Nie udało nam się jednak zobaczyć wszystkiego, co tylko dowodzi, że Budapeszt to nie miasto na jednodniową wycieczkę. Razem z nami bardzo intensywnie zapoznacie się z Budą, mniej intensywnie z Pesztem, a pomiędzy nimi znajdzie się jeszcze miejsce na kilka opowieści czy nawet profesjonalne występy cyrkowe. Zapraszam:

Podróż, transport, nocleg

Jeśli chodzi o tę podróż, to planowałam ją od bardzo, bardzo dawna, a jednak nigdy nie była mi po drodze. Wreszcie jednak, po trzech czy czterech latach mi się udało, a jak to bywa w przypadku nierealnych albo pechowych wyjazdów, nie mógł mi towarzyszyć chyba nikt poza Maćkiem, który pozmieniał wszystkie swoje plany tylko po to, by wyruszyć w drogę. Pokazałam mu co prawda rozpiskę miejsc, które musimy odwiedzić, ale on wyszedł z założenia, że skoro wcześniej to wszystko posprawdzałam, to zdaje się na mnie i wie, że będzie dobrze. Tutaj jednak bardzo pomogli moi rodzice, którzy odwiedzili Budapeszt kilka razy wcześniej i podzielili się kilkoma wskazówkami i radami. Dzięki temu zaoszczędziliśmy dużo czasu i logistycznie wyszliśmy na tym dużo lepiej.

Na miejsce udaliśmy się samochodem, jako że nie mamy zbyt daleko. Droga zajęła nam koło pięciu godzin i w sumie uniknęliśmy korków czy innych czynników, które mogłyby ją wydłużyć. No, prawie. Nocowaliśmy w hotelu Sunshine znajdującym się na ulicy Bethlen Gábor na obrzeżach Budapesztu. Nastawiliśmy nawigację, jedziemy. Do celu pozostały nam zaledwie 2 km, ale po żadnym hotelu nie widać śladu. W ogóle jakbyśmy wyjechali poza miasto i okolica nijak miała się do tego, co pamiętaliśmy chociażby ze zdjęć na Booking.com. W końcu wyszukaliśmy z Maćkiem nasz hotel, a kiedy go namierzyliśmy, okazało się… że znajduje się zupełnie po przeciwnej stronie Budapesztu. Jak to się stało? Otóż ulic z tą samą nazwą w okolicy jest przynajmniej kilka, a mój tata doszedł do wniosku, że wybór pierwszej z brzegu, którą podsunęła mu samochodowa nawigacja, będzie najlepszy.

Tak oto czekała nas wycieczka krajoznawcza przez całe miasto. Śmialiśmy się nawet, że właściwie to już nie musimy zwiedzać, skoro wszystko obejrzeliśmy z auta. W końcu jednak dotarliśmy na miejsce przed pomarańczowy, skromnie wyglądający hotelik, a kolejnym wyzwaniem okazał się parking hotelowy. Linie są wymalowane dosyć wąsko, w dodatku z przodu są ustawione słupki, pomiędzy które trzeba wjechać i których raczej nie sposób wyjąć czy wykręcić. Jeśli ktoś ma szersze auto, to wykona ten manewr dosłownie na styk. Na szczęście kilka miejsc stało pustych, co dawało więcej możliwości poruszania się. Wyglądało jednak na to, że czasami, kiedy wszystkie miejsca są zapełnione, właściciele niektórych aut mieliby spory problem, żeby wyjechać.

Na recepcji czekał na nas sympatyczny mężczyzna o azjatyckiej urodzie. Wytłumaczył, gdzie znajdują się nasze pokoje, o której serwowane są śniadania w formie szwedzkiego stołu i gdzie można skorzystać z hotelowego jacuzzi. Gdy mieliśmy jakiekolwiek pytania, zawsze udzielał nam odpowiedzi: a propos dojazdu gdzieś, jakiejś knajpy i tak dalej. Nasze pokoje mieściły się na pierwszym piętrze i były całkiem przestronne. Pochwały wymaga też fakt, że znajdował się w nich darmowy, chłodzony mini-barek, gdzie można było znaleźć różne przekąski, które w miarę ubywania zostawały uzupełniane każdego dnia. To samo tyczy się kawy i herbaty, które zawsze leżały przygotowane na tacce.

Ile kosztowała nas taka przyjemność? Niedużo, a zwłaszcza z racji tego, że rodzice zaklepali dwa pokoje prawie rok wcześniej. Wiedzieli, że pojadą i pomyśleli, że może ja albo mój brat będziemy również chcieli skorzystać. Rezerwowali jeszcze zanim podniesiono ceny na sylwestra. Za pokój zapłaciliśmy więc około 500 zł (a więc 250 zł od osoby i to już za cztery noce razem ze śniadaniami!), podczas kiedy ceny tej usługi wzrosły później do 2 tys. zł. Dlatego właśnie gorąco zachęcam do planowania wszystkiego z wyprzedzeniem, można naprawdę dużo zaoszczędzić. Tutaj kilka przykładowych zdjęć z Booking.com.

Jeśli chodzi o śniadania, to nie można im zarzucić w sumie niczego poza niezbyt różnorodnymi ciastami. Zawsze było kilka ciepłych dań, dodatkowo cała gama warzyw do komponowania sałatek, ekspres do przyrządzania kawy różnego rodzaju, dużo pieczywa czy płatków śniadaniowych. Właściwie zawsze braliśmy dokładki i nie dało się wyjść stamtąd głodnym. A wierzcie mi, przy tak długich wędrówkach i szybko zachodzącym słońcu najedzenie się do syta to podstawa.

Pierwszego dnia udaliśmy się na obiad do restauracji znajdującej się na rogu naszej ulicy, czyli Vendéglő a Bújdosó Székelyhez. Potem razem z Maćkiem pojechaliśmy do miasta. Póki co z hotelu jest nieco utrudniony dostęp do centrum ze względu na przebudowę metra (jego ostatni odcinek, czyli 5 przystanków, nie jest dostępny). W niczym to jednak nie przeszkadza, bowiem wprowadzona została zastępcza linia autobusowa o nazwie M3, która pokonuje tę samą trasę, tylko naziemnie. Nie odczuwaliśmy więc z tego powodu żadnego dyskomfortu, choć musieliśmy zawsze liczyć się z około półgodzinnym przejazdem.

Metro budapesztańskie

W Budapeszcie znajdują się cztery główne linie metra: niebieska (czyli właśnie M3), czerwona, zielona i zabytkowa żółta M1, gdzie możemy przejechać się pierwszą powstałą w tym mieście nitką. Stanowi ona drugą najstarszą na całym świecie, a pierwszą w Europie kontynentalnej i początkowo część jej stacji znajdowała się również nad ziemią. W 2002 roku została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a przez mieszkańców pieszczotliwie nazywa się ją „małym metrem”. Na tej nitce znajdują się takie strategiczne miejsca jak Opera, Széchenyi fürdő (jedne z najbardziej rozpoznawalnych łaźni) oraz Deák Ferenc tér. Ten punkt powinien dobrze utkwić w głowie każdego podróżnika, bowiem to właśnie tu spotykają się wszystkie linie metra. Można by to nazwać głównym punktem przesiadkowym i jeśli kiedykolwiek byście się zgubili, pojedźcie właśnie tam, bo stamtąd łatwo trafić już dosłownie wszędzie.

Nie jest jednak powiedziane, że dane będzie Wam się zgubić. Tak naprawdę budapeszteńskie metro jest bardzo intuicyjne i wystarczy dzień czy dwa, by z łatwością się nim przemieszczać. Jeśli nie chcecie korzystać z żadnych aplikacji nawigacyjnych (tutaj Google Maps wystarcza w zupełności), to istnieje też wiele wersji mapek, które można dostać często w knajpach lub hotelach i w których na przykład moi rodzice bardzo się lubowali. Można znaleźć ich kilka wersji, więc to też gratka dla zbieraczy.

Jak nasze wrażenia z podróży po mieście? Mimo że M1 stanowiło dla nas obowiązkowy punkt rozrywki, w rzeczywistości komfort podróży nie jest zbyt duży. Nie chodzi już nawet o małą ilość siedzeń i wąskie przejścia, ale przede wszystkim o hałas. Wagony nie są zbyt dobrze wyciszone, ale największy szkopuł stanowi syrena oznajmiająca przybycie na daną stację. Dźwięk jest tak długi i przeszywający, że aż nieprzyjemny, zwłaszcza że za pierwszym razem staliśmy akurat u jego źródła i nie za bardzo mieliśmy się gdzie przesunąć. No ale atrakcja zaliczona. Warto też zwrócić uwagę na sam wygląd stacji przy M1. Każda jest utrzymana w takim samym stylu – białe kafelki z czerwonymi napisami.

Sławna ulica Budapesztu – Váci utca

W pierwszy dzień ja i Maciek rozdzieliliśmy się na dłuższy czas, jako że on pojechał spotkać się ze swoim kolegą z Węgier, a ja zatrzymałam się na najbardziej rozpoznawalnej ulicy Budapesztu, czyli Váci utca. Można by rzec, że jest typowo turystyczna – sklepy i kawiarnie dosłownie na każdym rogu, gdzie można spotkać wielu naganiaczy. Miejsce to znajduje się po stronie peszteńskiej i zanim jeszcze przedstawię, co ciekawego mi się tam przydarzyło, wyjaśnię niewtajemniczonym, o co właściwie z tymi stronami chodzi. Przecież to Budapeszt, więc o jakiej ja znowu Budzie i Peszcie mówię? To tak jakby Wrocław miał stronę Wroc i Ław. A jednak Węgrzy potrafią!

Do roku 1849 Buda i Peszt były osobnymi miastami, z czego to pierwsze uznawano za stolicę Węgier. Później miejscowości zostały połączone pierwszym stałym mostem i zaczęto traktować je jak jeden twór. Obecnie tych mostów jest aż dziesięć, a najbardziej znanymi z nich są Most Łańcuchowy, Most Wolności czy Most Małgorzaty. Przemieszczenie się z jednej strony na drugą zajmuje jednak nieco czasu, dlatego my zwiedzaliśmy tak, by obiekty znajdowały się bliżej siebie (stąd na naszej rozpisce w nawiasach widniało Buda/Peszt).

Moja wpadka – Wasz uśmiech

Tak jak wspominałam, zaczęłam od Váci utca, ale powiedzmy, że chodzenie po sklepach z pamiątkami to niespecjalnie moja działka. Bardziej podobał mi się sam klimat, zwłaszcza że wszystko było jeszcze przyozdobione świątecznymi dekoracjami, migotało, błyskało się i miało tyle kolorów! Uwielbiam właśnie ten okres, bo wtedy nawet najbrzydsze miasto wydaje się żywsze i da się z niego wyłuskać coś ładnego. Robiłam więc zdjęcia, rozglądałam się, no i nagle podszedł do mnie jakiś człowiek wyglądający na Azjatę i pokazuje mi, że mam wyciągnąć rękę. Przyznam, że trochę nie ufam obcym ludziom, którzy usilnie chcą wdawać się ze mną w interakcję, ale facet nawet nie czekał na moją reakcję, tylko położył mi na wnętrzu dłoni jakąś sól.

What the fuck, myślę sobie, bo to coś wyglądało trochę jak kokaina, a jednak było mokre, jakbyście przyłożyli sobie niewyciśniętą gąbkę do skóry. No nic, gość mówi, że wszystko OK i że teraz mogę zmyć to w umywalce w sklepie (mówił oczywiście po angielsku, bo z węgierskiego rozumiem tyle, co nic, bardzo dziwny język). Myślę sobie – sklep oficjalny, co prawda nie ma innych ludzi, ale może mnie facet nie zgwałci. Umyłam ręce, ale nawet nie pod bieżącą wodą, tylko sprzedawca wziął specjalny spryskiwacz i coś tam kazał robić z tymi dłońmi. Wierzcie mi, myślałam już tylko o tym, czy po całej tej akcji każe mi za to wszystko zapłacić, czy nie. Dał mi ręcznik, ręce suche, ja do wyjścia, a ten z jakimś nowym balsamikiem i smaruje. W międzyczasie cały czas pyta – skąd jestem, jak mam na imię, na ile zostaję, co studiuję. No wiecie, taki small talk, żeby nie było dziwnie w 100%, tylko w 90.

Nagle pyta, który mój palec jest ulubiony. Jakoś tak odruchowo pokazałam środkowy, nawet niespecjalnie się nad tym zastanowiłam. Mężczyzna śmieje się i mówi, że nie wyglądam na taką, co go często używa. Na odpowiedź, że nie zawsze jestem taka miła, dziwi się niemiłosiernie. Potem znowu zagaduje, czy jestem gotowa na szok i wyciąga jakiś pilniczek. Odpowiadam nieprzekonana, że jasne i już wyobrażam sobie moją udawaną reakcję na to, co się stanie. Dziwię się jednak, bo gość poleruje płytkę paznokcia, a kiedy się ode mnie odsuwa, mój palec… dosłownie lśni. Nie wiem, czy w tym był jeszcze jakiś nabłyszczacz (bo jednak narzędzie wydawało się trochę wilgotne), ale ten paznokieć świecił mi się jeszcze do końca wyjazdu. Potem tylko chodziłam i wszystkim pokazywałam: „Hej, patrz, świeci mi się palec” po czym pokazywałam fucka z szerokim uśmiechem.

Oczywiście na żaden z produktów się nie skusiłam, na szczęście nie musiałam za nie płacić, ale sprzedawca usilnie przekonywał mnie, że 40 euro po zniżce to super oferta. No średnio, ale starał się. Niestety za żadne skarby świata nie pamiętam nazwy tego sklepu, niespecjalnie też chciałam wrócić i ją sprawdzać, ale myślę, że jeśli chcecie mieć wypolerowanego palca, to ten facet znajdzie Was sam, tylko odrobinę cierpliwości.

Oprócz niego udało mi się wyłapać sklep z rzekomo islandzkimi pamiątkami i specjalnie zrobiłam zdjęcie, żeby pokazać Maćkowi. Dla Was też mam ich oczywiście kilka, jeśli chodzi o ten spacer.

Jarmark na Vörösmarty tér

Zaczęło się robić strasznie zimno, więc czekając na Maćka, usiadłam w kawiarni EuropaCafe. Kiedy już się spotkaliśmy, stwierdził, że ma dla mnie niespodziankę i że mi się spodoba. Nie sądziliśmy jednak, że po drodze natrafimy na coś, co spodoba nam się jeszcze bardziej, a mianowicie na jarmark i to jeden z ładniejszych, jakie było mi dane zobaczyć do tej pory. Odbywał się na Vörösmarty tér, gdzie każda drewniana budka była przyozdobiona jeszcze białymi elementami imitującymi śnieg i sople. Wiadomo – nie zabrakło tandeciarstwa typu sztuczne ozdoby kwiatowe czy figurki, ale w samym centrum tego wszystkiego stała ogromna buda z jedzeniem. To co tam zobaczyliśmy, po prostu zaparło nam dech w piersiach i mimo że przed chwilą zjadłam, od razu zrobiłam się głodna. Na miejscu było dosłownie wszystko: kiełbasy, langosze, kapusta, dania podobne do gołąbków i tyle przysmaków, że widząc je, chce Wam się płakać, dlaczego macie tak mały żołądek. Gdybyśmy mogli, skosztowalibyśmy każdego dania, ale i bez tego śmialiśmy się, że Budapesztem odreagowujemy brak jedzenia na Islandii, bo nie jedliśmy trzech posiłków, tylko przynajmniej z sześć: śniadanie, drugie śniadanie, przed-obiad, obiad, po-obiad, deser, obiadokolacja, kolacja i tak dalej. Jedliśmy na potęgę i nie wiem, jak wystarczyło nam na to wszystko pieniędzy ani jakim cudem z tymi nabytymi kilogramami udało nam się tyle przejść. Fakt faktem, na większość potraw nie sposób narzekać.

Diabelski młyn – Budapest Eye

Na samym placu odbywały się też występy i wspólne śpiewanie. Rozstawiono dużą scenę, więc ludzie bawili się razem i spędzali rodzinnie czas. W końcu jednak wydostaliśmy się z tłumu i objęć tych niesamowitych zapachów i udaliśmy się… na diabelski młyn, a raczej Budapest Eye (bardzo oryginalna nazwa…). Czekając w kolejce, nie mogłam przestać zachwycać się latarniami, które umieszczono wokół. W środku każdej latarni tkwił mały Mikołaj albo bałwanek, a w kloszu co chwilę wystrzeliwał śnieg (tzn. pewnie styropian, ale wyglądał jak śnieg). Wręcz nie mogłam się powstrzymać, żeby tego nie nagrać! Ta atrakcja kosztowała nas 3000 HUF od osoby (1 forint = 0,013 złotego), czyli około 39 zł. Trochę drogo, zważając na fakt, że po drodze nie stanie się raczej nic zaskakującego.

Panorama widoczna z góry rzeczywiście ładna, my akurat podziwialiśmy ją już po zmroku, jak zresztą większość Budapesztu ze względu na to, że odwiedzaliśmy go akurat w jedne z najkrótszych dni w roku. Ja jednak miałam szczęście jechać z Maciejem, który ma lęk wysokości i kiedy nasz wagonik zatrzymał się na samej górze, miałam wrażenie, że pęknę ze śmiechu, zwłaszcza kiedy zobaczyłam wzrok pary siedzącej naprzeciwko nas. Oczywiście nie byłabym sobą, nie dolewając oliwy do ognia, więc wskazałam na jedną ze śrubek i powiedziałam: „Ej, patrz, jakby trochę nie do końca dokręcona”. Mina Maćka bezcenna.

Udało nam się jednak przeżyć i odwiedzić jeszcze kilka charakterystycznych sklepików, np. Hungarian Shopping Market, czyli typowe mydło i powidło. W środku możecie znaleźć mnóstwo pamiątek typu magnesy, kubki, długopisy, kubraczki, plecaki, wszystko. Wzrok przykuwają też przepiękne czekolady.

Po całym dniu wróciliśmy w nocy do pokoju hotelowego zupełnie zmordowani, padnięci i obżarci. Wstawaliśmy najpóźniej o 8.00 każdego dnia, więc siłą rzeczy w każdy kolejny czuliśmy się coraz bardziej wypruci, zważając na wysiłek, jaki sobie fundowaliśmy. Było jednak warto i mam nadzieję, że parę informacji, które udało mi się zawrzeć dla Was w tym wpisie, okazało się przydatnych czy interesujących. Jeśli tak, to wkrótce pojawią się kolejne części naszej węgierskiej wędrówki, więc serdecznie zapraszam do pozostania z nami. W następnym wpisie pojawi się cyrk prosto z Jakucji, lodowisko z widokiem na zamek, kilka budapeszteńskich wierzeń, no i oczywiście… nasze zawstydzające akcje. A w byciu na bieżąco na pewno pomoże obserwowanie fanpage’a oraz Instagrama. Odnośniki w prawym górnym rogu, daj się zapamiętać!

Islandia cz.6 – czyli diamenty wyrzucone na czarną plażę, siedzenie na zawalonym moście i lot na wietrze

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy czwartego dnia odbywanej przez nas podróży na Islandię. Ruszamy z Höfn do Viku, a więc na samo południe kraju. Ta część wyspy jest bardzo atrakcyjna dla turystów i na nas wywarła największe wrażenie; przede wszystkim ze względu na lodowce i krajobrazy, które dla są zupełnie obce w polskiej rzeczywistości. Jeśli chcecie dowiedzieć się, co widzieliśmy wcześniej i jak w ogóle znaleźliśmy się w tym miejscu, to dobrym pomysłem będzie nadrobienie poprzednich części naszych przygód. Jeśli jednak tego nie zrobicie, możecie czytać równie dobrze od tego miejsca i zostać na dłużej. A więc zaczynajmy! Zapraszam:

Po noclegu w zbiorowej sali mieszczącej się w Hi Hostel, nieco obawialiśmy się, jak będzie wyglądać dostęp do łazienek ze względu na poranną toaletę. Nasze wyczerpanie i późna pora wstawania przyczyniły się jednak do tego, że kolejki zupełnie ominęliśmy, a oba pomieszczenia okazały się czyściutkie, wysprzątane i raczej ciężko im cokolwiek zarzucić. Z podobnym „tłumem” zetknęliśmy się w kuchni – tutaj akurat nie mieliśmy możliwości wykupu śniadania, jako że są one serwowane od połowy maja do połowy września, ale nie stanowiło to dla nas większego problemu. Wreszcie mogliśmy wykorzystać składniki, które kupiliśmy w drugi dzień pobytu z myślą o obiedzie, dlatego też na śniadanie zjedliśmy makaron ze wszystkim, co mogliśmy wrzucić na patelnię z naszego bagażnika. Do tego oczywiście: gorąca czekolada, jako że napoje były akurat do ogólnego użytku.

Trzeba jednak przyznać, że takiego wyposażenia nie spotkałam jeszcze nigdzie; szafa na całą ścianę, od podłogi do sufitu wypełniona garnkami. Inna wisząca szafka wypakowana przyprawami (część z nich wyglądała tak obco i miała tak dziwne nazwy, że zaczęliśmy w żartach wymyślać, co się po nich człowiekowi dzieje). Mnóstwo kubków, sztućców, kilka zmywarek, palników i tak dalej, co sprawia, że gdyby nie ograniczony metraż pomieszczenia, posiłek mogłoby przygotowywać chyba trzydzieści osób naraz, co na mnie zrobiło bardzo pozytywne wrażenie. Dla przejezdnych zostających na noc czy dwie to naprawdę raj, jeśli chodzi o kuchenne udogodnienia, bo nie brakuje tam niczego; czegokolwiek byście sobie nie wymyślili, to na pewno tam będzie.

Diamentowa Plaża obok lodowca Vatnajökul

Po śniadaniu udaliśmy się do samochodu. Pierwszym naszym celem była Diamentowa Plaża, czyli plaża pokryta czarnym, wulkanicznym piaskiem, gdzie na brzeg wyrzucane są bryły lodowe z pobliskiego lodowca Vatnajökull. Większość z nich jest wyrzeźbiona przez wodę i rzeczywiście wygląda jak ogromne diamenty. Widok ten robi niesamowite wrażenie; lód przybiera różne formy, kształty czy rozmiary i choć w większości pokryty jest czarnymi smugami, to da się jednak znaleźć nieskazitelnie czyste okazy wystające ponad powierzchnię wody czy dopiero wyrzucone na brzeg.

Mimo że plaża jest długa i minęliśmy kilka parkingów, nie da się ukryć, że to jedno z popularniejszych miejsc na Islandii. Ludzi jest dość dużo – każdy spaceruje nad brzegiem wody, wszyscy robią zdjęcia, część osób kładzie się na lodowych bryłach. Każdy jednak zachowuje tyle kultury, że po czasie się odsuwa lub czeka na swoją kolej, więc w gruncie rzeczy wciąż możecie strzelić fotki, na których wydaje się, że prócz Was nie ma tam właściwie nikogo. Nie byłabym jednak sobą, gdybym podczas całej tej sesji nie zrobiła niczego głupiego. Do teraz nie wiem, czy Maciek, robiąc mi zdjęcie, sam przegapił ten szczegół, czy też umyślnie mnie nie uprzedził, w każdym razie pozując, po jakimś czasie zalała mnie nadchodząca fala. Zaczęłam uciekać z krzykiem i śmiechem na ustach, rozbawiając wszystkich wokół, ale dzięki temu przynajmniej odkryłam, że moje różowe trapery z futerkiem jak najbardziej spełniają swoją rolę. Mimo chwilowego podtopienia nie przemokły ani trochę, a ta wiedza przydała mi się jeszcze później tego samego dnia.

Zaparkowaliśmy w bardzo strategicznym miejscu, zaraz za mostem. Właściwie wygląda to w ten sposób, że zjeżdża się na parking, zaraz obok jest Diamentowa Plaża, a kiedy tylko przejdziemy na drugą stronę ulicy, możemy dostrzec lodowiec Vatnajökull i powstałe za jego sprawą jezioro Jökulsárlón. Na pewno się nie zgubicie, jako że górę śniegu widać już z bardzo daleka. Jeśli ktoś byłby zainteresowany dokładną lokalizacją, to my korzystaliśmy z tych współrzędnych: 64°02’39.7″N 16°10’39.4″W. Co prawda nasza nawigacja wskazywała, że to punkt pośrodku oceanu, jednakże w miarę zbliżania się do niego, zobaczycie spot, o którym pisałam.

Jeśli chodzi o przejście z plaży do lodowca, to nie ma wytyczonej żadnej oficjalnej drogi. Wszyscy wdrapywali się na muldę z kamieni, przechodzili przez ulicę, a następnie w dół.

Jezioro Jökulsárlón z widokiem na lodowiec

Piękne w tym dniu było to, że każdy następny widok, który roztaczał się przed naszymi oczami, wprawiał nas w coraz większy zachwyt. Czerń wulkanicznego piasku zastąpił błękit czystej wody jeziora Jökulsárlón. Tutaj odłamy lodu wystawały w dość dużym stopniu ponad powierzchnię wody, ale bardziej przypominały bryły śniegu niż oszlifowane diamenty. Pomiędzy tym wszystkim dało się dostrzec pływającą amfibię – taka przyjemność kosztuje około 5900 ISK, czyli nieco ponad 180 zł. Nie jest to dużo, aczkolwiek z naszym budżetem odpuściliśmy i obserwowaliśmy z brzegu. Myślę jednak, że przy okazji drugiej wyprawy skupiłabym się właśnie na tego typu atrakcjach, i np. na zwiedzeniu jaskini lodowej. Macie gwarancję, że zawsze zobaczycie to, czego chcecie i nie sposób się zawieść. My, siedząc w pewnej odległości, byliśmy urzeczeni, a co dopiero móc poczuć, że wszystko widnieje na wyciągnięcie dłoni! Z tego co wiem, rejs nie trwa długo, bo nieco ponad pół godziny, ale mogę śmiało stwierdzić, że to wspomnienie warte tych pieniędzy.

Kolejna miła niespodzianka, która spotkała nas na miejscu: zobaczyliśmy rodzinkę dzikich fok! Nie mogliśmy oderwać od nich wzroku – co innego widzieć takie stworzenia w zoo, a co innego obserwować ich zachowanie w naturalnym środowisku. Zeszliśmy niżej, aż do samej tafli wody, i usiedliśmy na głazach przy brzegu. Dobre pół godziny, jeśli nie więcej, po prostu spoglądaliśmy, jak zwierzęta podpływają zaraz obok nas, jakby zaciekawione turystami, a później odpływają i cieszą się swoim towarzystwem. To zabawne, bo wcześniej specjalnie zajeżdżaliśmy do miejscowości, gdzie można spotkać je pływające przy brzegu, a jednak ani razu nam się nie udało. W tym wypadku nawet jakoś specjalnie o nich nie pomyśleliśmy, a one się zjawiły.

Tego dnia mieliśmy wiele momentów, które wyglądały jak ten; po prostu siedzieliśmy w ciszy i patrzyliśmy, a minuty mijały. Trafiła nam się piękna pogoda, świeciło słońce, było około piętnastu stopni, więc zostaliśmy w pewnym momencie w samych bluzach. Nawet jeśli mielibyśmy dojechać do następnego noclegu o 4.00 nad ranem, nie oddałabym tamtych chwil i uczucia, jakie wtedy nam towarzyszyło. Zupełna cisza, prawie nikogo nie słychać, wyłącznie pluskanie wody. Dopiero w takim miejscu możemy uzmysłowić sobie, jak na co dzień jesteśmy atakowani różnymi dźwiękami i bodźcami. Tam przyszła chwila relaksu – bez stresu, bez pośpiechu, człowiek czuje się taki malutki w porównaniu z otaczającą go naturą. Może to jest powód, dla którego tak wielu Polaków wraca na Islandię i zostaje na dłużej mimo jej surowego i brutalnego klimatu, którego jako turyści aż tak nie zauważamy.

Jeśli chodzi o sam lodowiec, to najlepiej pojechać jeszcze kawałek dalej tak, żeby móc zaparkować auto i podejść na piechotę aż pod samą atrakcję. Zjazdów jest dużo, więc gdybyśmy chcieli zobaczyć Vatnajökull z perspektywy każdego z nich, to prawdopodobnie zabrakłoby nam dnia. My na jednym poprzestaliśmy, bo podobnie jak wcześniej; spędziliśmy tam mnóstwo czasu. Do przejścia był kawałek, pewnie coś około kilometra. Trasę po części wyznaczają słupki ze sznurami, później one zanikają i każdy chodzi wydeptanymi już ścieżkami. Tutaj po raz pierwszy możemy zaobserwować, że wysoka temperatura ma wpływ na kształtowanie krajobrazu; ziemia jest pokryta mchem, który jak gąbka chłonie wodę z topniejącego lodowca. Jest bardzo dużo kałuż i strumyczków większych bądź mniejszych, dlatego dobre, nieprzemakające buty to podstawa.

Maciek na przykład w pewnym momencie musiał przerwać już wędrówkę, mnie udało się podejść bliżej samego lodowca. Zniknęłam na około pół godziny, a na samym końcu wysłałam zdjęcie, gdzie dotarłam. Co ciekawe, mój przyjaciel przyznał potem, że odkąd tylko dostał tę fotkę i wiedział, że się zbliżam, to prawie od samego początku słyszał moje kroki, tak niosło się echo.

Jak z kolei moje wrażenia po dojściu do celu, czyli do końca urywającej się dróżki? Z jednej strony przeszła mnie ekscytacja, czułam się jak ostatni człowiek na ziemi; wielki otwarty teren, ogrom lodu i żywej duszy dokoła. Z drugiej… z bliska widać na pewno więcej błota, woda jest raczej brunatna i właściwie tylko to, co znajduje się powyżej, można uznać za cudo, zresztą sami oceńcie.

Podczas tej pieszej wycieczki spotykaliśmy turystów, a każdy z nich zagadywał nas na minutę czy dwie. Trafiliśmy nawet na starsze małżeństwo, gdzieś tak po pięćdziesiątce, które chciało, byśmy wzajemnie porobili sobie zdjęcia. Zwłaszcza kobieta pozostawiła w mojej głowie bardzo ciepłe wspomnienie, bo zachowywała się zupełnie tak, jakby między nami nie było żadnej przepaści ze względu na wiek, ba! W pewnym momencie zaczęła piszczeć prawie jak mała dziewczynka, pokazywała na moje buty i w kółko powtarzała: „Aaaa, so cute!”. Kiedy wreszcie sesja dobiegła końca, para odmaszerowała, trzymając się za ręce. Patrząc na nich, zgodnie stwierdziliśmy z Maćkiem, że fajnie byłoby zobaczyć taki obraz w swoim przypadku za kilkadziesiąt lat; śmiać się, podróżować, mieć kogoś przy sobie i po prostu cieszyć się życiem. A pod spodem zdjęcie, które jest chyba moim jednym z ulubionych na tym wyjeździe.

Po jakimś czasie dotarliśmy do zawalonego mostu, który w naszej nawigacji widniał jako wciąż przejezdny. Strona, po której staliśmy, zdążyła już dawno zarosnąć, natomiast naprzeciwko wciąż dało się dostrzec wylany asfalt. Usiedliśmy więc na przęsłach i obserwowaliśmy bryły lodu płynące w dole, a także wolno przesuwające się chmury. Do teraz pamiętam, jakie to było magiczne uczucie. Ach, no i znalazłam prześliczny kamyczek na wpół obrośnięty mchem, spójrzcie.

Jedyne, czego żałowaliśmy w tym dniu, to tego, że nie zobaczyliśmy reniferów, które często wychodzą na drogę w tej części kraju. Nie można mieć jednak wszystkiego, ale życzę Wam, by spotkało Was więcej szczęścia w tej kwestii!

Nocleg w Puffin Hostel Vik

Na ten dzień nie przewidywaliśmy zbyt wielu atrakcji, dlatego też udaliśmy się prosto do Viku, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. To był z pewnością najbardziej wątpliwy punkt naszej wyprawy. Puffin Hostel Vik jest określany jako dwugwiazdkowy hotel i mimo że wydawał się schludny, nie sprawiał zabójczego wrażenia. Moja mama dosłownie wychodziła ze skóry, kiedy poczytała opinie o obiekcie i dotarła do opinii gości, którzy zgłaszali obecność szczurów w pokojach. Nie udało nam się zamienić go jednak na nic innego, więc po prostu staraliśmy się nie nastawiać źle, mimo że ośrodek rzeczywiście wyglądał na podniszczony, zwłaszcza z zewnątrz. Mogę jednak uspokoić – szczurów (już) nie było, no chyba że tej nocy nie miały ochoty się aktywować albo odwiedziły kogo innego. Mimo wszystko cieszyłam się, że i tym razem dostaliśmy piętrowe łóżko i wylądowałam na górze, tak na wszelki wypadek.

Pokój może nie był najpiękniejszy, ale też z drugiej strony nie wiem, czego więcej byśmy potrzebowali. Wszystko drewniane, górne łóżko może trochę się uginało, podłoga trochę krzywa, no ale przynajmniej spaliśmy sami, a materace okazały się całkiem wygodne. Na miejscu znajdowały się wieszaczki, jakaś półeczka i w sumie nie przeszkadzało nam, że pomieszczenie miało jakieś 2×3 metry. Z lokalizacją też trafiliśmy dobrze, bo toaleta znajdowała się obok naszego pokoju; też nie za duża, ale schludna, mimo że korzystało z niej całe piętro, o ile mnie pamięć nie myli.

Skoro nie zapisało się to w mojej pamięci tak dokładnie, to w każdym razie znaczy, że nie było tak źle. Oprócz tego do dyspozycji mieliśmy wspólną, niewielką kuchnię i ogromną jadalnię czy też pokój integracyjny, zależy jak na to spojrzeć. Co ważne, bo o tym nie wspomniałam wcześniej; najczęściej w tego typu ośrodkach picie napoi alkoholowych jest zakazane. Pewnie wynika to z faktu, że są one na tyle małe, że nawet jeden wstawiony człowiek mógłby dość mocno zakłócać spokój innych. To tylko domysły, w każdym razie nam niespecjalnie przeszkadzały takie ograniczenia, warto być jednak świadomym, że takowe mogą zaistnieć i wcześniej troszkę poczytać o miejscu, do którego się udaje. Ponownie nie mam akurat swoich zdjęć, dlatego zamieszczam grafikę z Booking.com.

Na miejscu znajduje się supermarket Kronan, bardzo ładnie zaopatrzony i dość tani. To właśnie tam udało nam się kupić trzy puszki islandzkiej czekolady w cenie, jaką zapłacilibyśmy za jedną z nich, dokonując zamówienia w Polsce. Zdobyliśmy też kilka typowych dla kraju słodyczy, głównie batoników z masłem orzechowym albo bogatych w proteiny. Co ciekawe, nawet te drugie smakowały zaskakująco dobrze.

Zaraz obok stoi drugi budynek, czyli Icewear, gdzie można kupić przeróżną odzież. Ja z tej opcji nie skorzystałam, natomiast Maciek jeszcze wieczorem wyszedł na „spacer” i wrócił z szalikiem za 90 zł, dopiero później przeliczając, że to „najdroższy szaliczkuś w jego życiu”. Z mojej strony można było spotkać się wyłącznie ze śmiechem.

Z tamtego dnia pamiętam też bardzo porywisty wiatr. Takiego nie odczuliśmy chyba nigdy wcześniej, człowiek dosłownie miał problem, żeby ustać na nogach. Kiedy szło się razem z nim, trzeba było biec, a próbując działać mu na przekór, prawie stało się w miejscu. Tutaj przyszła pora na mój popis – szliśmy przez parking, więc chcąc zejść z drogi, musieliśmy przekroczyć bardzo wysoki krawężnik. Maciek przeskoczył przez niego bez problemu, ja natomiast odbiłam się od asfaltu i… zdmuchnął mnie wiatr, tak po prostu. Poleciałam jakiś metr czy dwa dalej, lądując na środku ulicy na plecach. Na szczęście miałam na sobie mnóstwo warstw ubrań, które zamortyzowały upadek i dzięki temu nic mi się nie stało. Nic, chyba że liczymy naburmuszoną minę do końca dnia, kiedy Maciek znowu zaśmiewał się do łez. Islandia sprawia, że powiedzenie „Jedz więcej, bo cię wiatr zdmuchnie”, staje się prawdziwe. Szkoda tylko, że ja akurat jem jak za dwóch.

Reynisfjara – śmiertelna plaża

Odłożyliśmy zakupy i przeszliśmy się po miejscowości, odnajdując niewielkie termalne źródła. Zamykali je jednak dość wcześnie, więc po dłuższej chwili wahania odpuściliśmy i jak się okazało – całkiem słusznie, bo następnego dnia natrafiliśmy na coś znacznie lepszego. Na zakończenie dnia zostawiliśmy sobie jeszcze jeden punkt do zobaczenia, a mianowicie Reynisfjarę, czyli jedną z popularniejszych plaż na całej Islandii.

Jej powierzchnię pokrywają czarne kamienie, a w wodzie możemy dostrzec wysokie na ponad 60 metrów bazaltowe kolumny. To właśnie tutaj klify są wyrzeźbione w charakterystyczny sposób, który upodabnia je do schodków o długich stopniach. Należy jednak pamiętać, żeby nie podchodzić zbyt blisko brzegu, bo fale są naprawdę duże i niepozorne. Woda wlewająca się na brzeg ma ogromną siłę i potrafi zalać kilkanaście, o ile nie kilkadziesiąt metrów plaży. Tutaj nawet nie bycie mokrym jest największym problemem, a fakt, że prądy są tak silne, że nieuważnych turystów są w stanie wciągnąć i zabrać ze sobą.

Z początku nie za bardzo chciało nam się w to wierzyć, jednak wystarczyła chwila obserwacji, by zrozumieć, że to nie tylko miejscowe legendy. Część fal rzeczywiście zaraz się cofała, jednak niektóre płynęły i płynęły, a końca nie sposób było dostrzec. Pamiętam, że staliśmy gdzieś w połowie plaży i o ile przez dziesięć minut nie działo się nic, o tyle w kolejnej musieliśmy uciekać, żeby nie zmoknąć. Trzeba więc bardzo uważać i pod żadnym pozorem nie zostawiać dzieci i zwierząt bez należytej opieki, bo skutki mogą być opłakane. No i uważajcie na wiatr!

Na dziś z mojej strony to już wszystko. Jeśli macie ochotę przeczytać, jak trafiliśmy na geotermalne kąpielisko, weszliśmy do środka krateru podczas gradu, obserwowaliśmy wybuchające gejzery i odnaleźliśmy wodospady jak z ujęć kręconych w Nowej Zelandii, to serdecznie zapraszam na kolejne części naszej islandzkiej przygody. Obserwujcie na bieżąco, a w międzyczasie zapraszam też na mojego fanpage’a i Instagrama, gdzie wrzucam relacje z podróży i materiały tylko dla wybrańców! 😉 Linki na górze po prawej, klikaj śmiało. 😀

Islandia cz.5 – czyli filmowe krajobrazy w zestawieniu z fetorem zgniłego jajka

Informacje ogólne: Poprzedni wpis stanowił wprowadzenie do tego, czym zaczniemy dzisiaj, a mianowicie do rejsu z wielorybami. Jeśli go przegapiłeś, to najlepiej będzie, gdy nadrobisz choćby dwa lub trzy ostatnie akapity dla całego oglądu sytuacji. Lenie mogą tego nie robić i świat się nie zawali, ale pewnie byłoby lepiej dla Was, a miło dla mnie, więc zapraszam serdecznie. Poniższy opis oferuje dodatkowo wirtualne odwiedzenie geotermalnych, wulkanicznych terenów o niezapomnianym zapachu (Blue Lake, Hverir), a także ujrzenie jednego z mocarniejszych wodospadów na Islandii. Spragnieni ciekawostek? Nie zawiedziecie się! Zapraszam:

Rejs z wielorybami, husavik

Podczas rejsu mającego swój początek w Husaviku, na łódce oprócz uczestników wycieczki znajdowała się także przewodniczka uzbrojona w specjalne plakaty i mapki, za pomocą których obrazowała nam, czego dokładnie szukać nad powierzchnią wody. Opowiadała o różnych gatunkach wielorybów (jeden z nich nazywał się Milky Way!); o znakach szczególnych, sposobie odżywiania czy trybie życia. Informowała też na bieżąco, w którą stronę należy spojrzeć, gdzie się właśnie udajemy i w jakim miejscu ostatnio dostrzeżono ssaki, na które „polowaliśmy”. Na wodzie nie ma zbyt wielu punktów, nad którymi mogłaby się rozwodzić, zdarzały się jednak nietypowe skały obsadzone przez chmary ptaków czy inne wyróżniające się elementy, o których natychmiast spieszyła nam mówić, oczywiście w języku angielskim.

Na pokładzie znajdowała się nas około dwudziestka, co okazało się dość dużym tłumem, zwłaszcza jeśli padła komenda, że należy się rozejrzeć. Co nas niesamowicie zaszokowało, to sposób komunikacji między łodziami, które wypływały z przystani o tej samej godzinie. Wiecie, one nie należały do jednej firmy, każdy tak naprawdę działał w swoim interesie i mógłby zupełnie nie zważać na inne grupy, a jednak tak się nie stało. Załogi przesyłały sobie znaki dymne i sygnały dźwiękowe, dodatkowo porozumiewały się za pomocą krótkofalówek i tak naprawdę cztery czy pięć łódek płynęło w tym samym kierunku, do jednego miejsca. To wydało się zupełnie nietypowe dla naszej polskiej mentalności – no bo kogo tak naprawdę obchodzi, czy inni turyści, którzy zapłacili innemu usługodawcy, zobaczą to, co chcieli? W końcu to nie my będziemy musieli oferować kolejny bezpłatny wstęp albo zwrot pieniędzy. Najwyraźniej jednak da się inaczej.

Rejs trwał około trzech godzin i wielu osobom mogłoby się wydawać, że musiało być strasznie monotonnie. W końcu zamawiając podobną imprezę na rzece albo jeziorze, już po pół godzinie jesteśmy znudzeni widokami i samym rodzajem atrakcji, w sumie nie dzieje się nic nowego. W poprzednich wpisach wspominałam już, że krajobraz Islandii jest na tyle ciekawy, że nie sposób mieć dosyć; tutaj dodatkowo dochodził element wyczekiwania i dość silne bujanie, które co chwilę albo zmuszało do krycia się przed nadchodzącą falą, albo dawało poczucie, jak gdyby wsiadło się na niezbyt ekstremalny rollercoaster. Tak prezentowało się to z naszej perspektywy:

I już spieszę z odpowiedzią na pytanie: a gdzie wieloryby? No właśnie, ponoć okazało się, że jesteśmy pierwszą grupą, która po raz pierwszy od kilku miesięcy ich nie zobaczyła. Czy to prawda, czy blef wciskany na pocieszenie, tego już się raczej nie dowiemy, ale w ramach rekompensaty otrzymaliśmy bon na ponowny, darmowy rejs z dożywotnią datą ważności. Pewnie teraz pomyślicie „No super, no i na co wam to?”, jednak w naszym wypadku to dodatkowa atrakcja jeśli chodzi o zaplanowany przylot na Islandię po raz kolejny w roku 2021.

Czy byliśmy rozczarowani? Myślę, że Maciek bardziej niż ja. Mnie choć raz udało się zobaczyć wieloryby w ogromnym oceanarium we francuskiej miejscowości Antibes (chodzi tu konkretnie o Marinelandię, jedno z piękniejszych miejsc, jakie dotąd widziałam, zwłaszcza dla dziecka, którym wtedy byłam), zupełnie udomowione, wytresowane, dające pokazy ludziom. Wiadomo, nijak ma się to do ujrzenia ich na wolności, ale dzięki temu nie czułam aż takiego żalu. Moglibyśmy powiedzieć w tym miejscu, że droga powrotna mijała nam w smutnym milczeniu, ale nic z tego, ponieważ… otrzymaliśmy islandzkie pączki i TĘ gorącą czekoladę. Uwierzcie, zjedzenie i wypicie czegoś ciepłego w tamtej chwili stanowiło dla nas mały cud, od razu pojawiły się nam na twarzach uśmiechy i zaczęliśmy żartować, że mogliśmy zapłacić za samo wyżywienie.

Na sam koniec udało nam się wymienić kilka zdań z przewodniczką, która naprawdę wyglądała na zmartwioną i przepraszała nas, jakby to, że wieloryby się nie pokazały, to jej wina. Przesympatyczna, młoda kobieta. Moglibyście wypytać ją o wszystko, a ona była na tyle komunikatywna, że na pewno zarzucałaby Was jeszcze dodatkowymi opowieściami.

Po rejsie wróciliśmy jeszcze na chwilę nad jezioro Myvatn. W sumie przy takich peanach, jakie słyszeliśmy na jego temat (że najbardziej rozpoznawalne, niesamowite, tyle rodzajów ptactwa, roślinności, ledwo dech można nabrać z zachwytu), my byliśmy… nawet nie tyle co rozczarowani, raczej skołowani. No rzeczywiście widok ładny, jezioro duże, ale nawet jadąc wzdłuż jego brzegu nie zobaczyliśmy niczego, co specjalnie kazałoby się nam zatrzymać. A tego dnia zatrzymaliśmy się z ciekawości jeszcze dwa razy, trafiając na jeden z ciekawszych, moim zdaniem, terenów na Islandii.

Blue Lake – jezioro geotermalne

Pierwsze po drodze było Blue Lake – nie za duże jezioro geotermalne, które już z daleka parowało i rzeczywiście miało błękitną barwę. Na brzegu postawiono tabliczkę, by nie zbliżać się zbyt blisko wody ani oparów, ponieważ mają powyżej 100℃. Być może rzucając okiem na całe oczko wodne nie odnosiłoby się takiego wrażenia, dopóki nie spojrzałoby się na rusztowanie odgradzające miejsce, z którego gorący strumień wybijał pod wysokim ciśnieniem z wnętrza ziemi. Nie wiem nawet, do czego to przyrównać – to trochę tak, jakby jacuzzy działało z potrojoną mocą i strzelało wodą jak oszalałe, sami spójrzcie.

Hverir – geotermalne pola lawowe

Oczywiście wszędzie był wyczuwalny zapach siarki, jednak nie tak bardzo jak w miejscu, które mnie absolutnie oczarowało, a Maćka odrzuciło. Dosłownie chwilę później zatrzymaliśmy się przy Hverir, czyli geotermalnych polach lawowych. Przyznaję, zapach zgniłych jaj towarzyszył nam z większą intensywnością może tylko w chwili, kiedy jednego razu zamówiliśmy w Polsce paczkę ze słodyczami i dostaliśmy wafelki z durianem. Zarówno smakołyki, jak i nasz nieplanowany postój był moją inicjatywą. Maciek wymiotował w obu tych sytuacjach, więc szczerze go podziwiam, że mimo tego i faktu, że do tej pory wypomina mi, jak poczęstowałam go spleśniałymi pomidorami (niespecjalnie!), wciąż mnie toleruje i się razem trzymamy.

Czy ten islandzki fetor był aż tak dojmujący? Naprawdę ciężko nazwać go przyjemnym czy delikatnym, ale jeśli nie macie tak wyczulonego zmysłu węchu jak mój kompan, to nie powinna zdarzyć się Wam żadna przykra przygoda. Do teraz bawi mnie jednak, że nie wracałam przez dobre pół godziny albo dłużej ze swojego obchodu i fotografowania, a na sam koniec zapytałam Maćka, czy ma ochotę obejrzeć zdjęcia z naszego wyjazdu. Na początku niemal zabił mnie wzrokiem, ale po czasie nawet chętnie przystał na propozycję. On przez cały czas siedział w aucie, nie licząc chwili, kiedy zobaczył kilka parujących kamieni i stwierdził, że to jego koniec.

Kanion Asbyrgi

Gdy stamtąd wyjechaliśmy, trzymaliśmy się z powrotem naszego planu, a więc Asbyrgi, czyli kanionu w Parku Narodowym Vatnajokull, który ma ponad 5 km długości. Ta wielkość sprawia, że widać go już na długo przed dojechaniem do celu, ale jeśli mam być szczera, to nawet nie ma chwili, by spojrzeć na niego w zachwycie, chyba że auto rozkraczy się Wam pośrodku dziur, błota i czegoś, co miało udawać choćby zarys drogi. Dostając się na „861” albo „862” (zależy, z której strony przyjedziecie), nie musicie sprawdzać mapy czy nawigacji, żeby wiedzieć, że jesteście w dobrym miejscu. Coś, co miało sprawiać wrażenie powierzchni, po której można przejechać i się nie zabić, było szerokie jak czteropasmówka. Nie zmienia to jednak faktu, że aż sprawdzałam, czy to na pewno droga dozwolona dla naszego auta. Żałuję, że nie mam zdjęcia tamtej nawierzchni, ale wtedy brak dokumentacji to chyba ostatnia rzecz, o którą się martwiliśmy. Postaram się jednak zadziałać na Waszą wyobraźnię.

A więc mamy te cztery pasy (niczym nierozdzielone, bo tak naprawdę to tylko błoto i ziemia). Po stronie, po której jedziemy, są dziury na pół metra, na 40 cm i 30 cm. Szerokie tak, że nie myślisz, jak je wyminąć, tylko w którą najlepiej wjechać, żeby nie stanąć pośrodku niczego. Niektóre z nich są przysypane żwirem, no i niby fajnie, ale ten jednak rozbryzguje się na wszystkie strony świata, kiedy tylko się na niego najedzie. Przed Waszymi oczami są tylko chmury pyłu, nie ma żadnych znaków. Widzicie nagle pagórek i w sumie nie wiecie, czy to dalsza część drogi, czy po prostu nasyp, który zrobiły dźwigi stojące pośrodku. Błoto i ziemia są tak zastygłe, że widzicie tylko szerokie muldy. Co chwilę mija Was jakaś ciężarówka, która wyrzuca w powietrze cały ten syf, którym zaraz jest oblepiona Wasza mała Kia. Poruszacie się zygzakiem, żeby jakoś dać radę dotrzeć do końca tego toru przeszkód i zastanawiacie się, czy właściciele aut 4×4 z naprzeciwka bardziej Wam współczują, czy myślą, że jesteście zdrowo puknięci w mózg. I tak jedziecie sobie raz, potem drugi, kiedy okazuje się, że musicie wrócić. A potem trzeci, gdy GPS stwierdza, że się zaktualizował i inna droga nie istnieje. Chyba nic nie podsumuje tego lepiej niż słowa Maćka: „Jeśli jeszcze raz tędy pojedziemy, to będę płakać”.

Cytadela, mówili, będzie fajnie, mówili…

Czy było chociaż warto? Szczerze… odpuściłabym. Nasz trud i komfort jazdy raczej nie był wart zobaczenia tego kanionu z bliska. Oczywiście robił wrażenie, ale nie wywoływał aż takiego efektu WOW. Nie była to taka tragedia jak ruiny cytadeli w Borgarvirkach, które okazały się po prostu kamieniami jak wszystkie inne na Islandii i po których mój zachwyt wyglądał mniej więcej tak jak zdjęcie po boku, ale mogliśmy o ten moment szybciej dojechać na nocleg (tego dnia akurat byłoby warto). Co mnie jednak rozbawiło w przypadku Asbyrgi, to grupa Azjatów, która pytała nas, czy na szczyt kanionu też można wejść. Rozumiecie – lita skała, schodów ani ich śladu; dobra zajawka dla wspinaczy, ale nie dla osób +50, których największym wysiłkiem ostatnimi czasy było strzelanie zdjęć.

Wodospad Dettifoss

Później udaliśmy się w kierunku wodospadu Dettifoss, który uchodzi za jeden z bardziej energotwórczych w Europie. Jego szerokość, ogrom i prędkość przelewającej się wody jest naprawdę zatrważająca. Stojąc kilka metrów od niego, zastanawialiśmy się, czy gdyby wsadzić pod niego rękę, to od razu by nam ją urwało, czy tylko połamało. Pod tym względem wrażenie jest naprawdę kolosalne, ale jeśli chodzi o samą estetykę, to na pewno nie jest to najpiękniejsze takie widowisko na wyspie. Czemu? Woda oprócz tego, że jest spieniona, to po prostu przybiera brunatną barwę. Co ciekawe, część z Was może kojarzyć ten cud natury z filmu „Prometeusz”, bo wodospad doczekał się w nim kilku ujęć.

Co stanowiło dla nas zagadkę – dopiero jakieś 100 metrów od celu usłyszeliśmy szum wody. Idąc z parkingu przez skalne schody i dróżkę, mieliśmy wrażenie, że trafiliśmy źle, choć przecież widzieliśmy sąsiadujący z Dettifossem wodospad Jokulsargljufur. Wiedzieliśmy, że to właściwe miejsce, a jednak do końca ciężko było nam w to uwierzyć.

Wodospad Hengifoss

Było już popołudnie, ale zdecydowaliśmy się na odwiedzenie jeszcze jednego wodospadu, który był nam akurat po drodze, czyli Hengifoss (teoretycznie, bo okazało się, że i tak musieliśmy zbaczać z trasy, by dostać się do miasta Egilsstadir na jakąkolwiek stację benzynową, której nie widzieliśmy od dobrych kilkudziesięciu kilometrów). Kiedy dojechaliśmy więc na miejsce, powoli już zmierzchało, a żeby ujrzeć źródło, trzeba było wspinać się pokaźny kawałek po drewnianych platformach. Mniej więcej w połowie wiedzieliśmy, że wchodząc na ostatni stopień, nie zobaczymy nic oprócz ciemności. Ja jednak szłam tyle, ile się dało, podczas kiedy Maciek biegał za owcami pasącymi się obok i przeżywał, że żadna z nich nie chciała się przytulić, tylko od razu uciekały. Finalnie znaleźliśmy się więc mniej więcej w ¾ drogi, a nasze zdjęcie pamiątkowe prezentuje się tak, no bo chyba żadnego oświetlenia się nie spodziewaliście (zdjęcie z fleszem też co prawda istnieje, tyle że dużo niekorzystniejsze od tego, więc zostanie Wam oszczędzone).

Droga do Höfn

Później nastąpiły jedne z naszych najgorszych wspomnień, czyli jazda do hostelu w Höfn, o którym wspominałam w poprzednim wpisie i tutaj już do tych czarnych zakamarków pamięci sięgać nie będę. Wiedząc, jak beznadziejny mamy czas, już nam było wszystko obojętne, więc poświęciliśmy trochę czasu, żeby zatrzymać się w porze obiadowej na stacji benzynowej N1 i coś przekąsić. Pod tym względem Olis wypada dość słabo, bo poza gotowymi produktami na półkach nie oferuje żadnych ciepłych posiłków (choć czasem trafi się kawa). Nauczyliśmy się więc, że jeśli jeść, to na N1, zwłaszcza że ceny jak na Islandię nie były aż tak zatrważające, no i mieliśmy gwarancję tego, że ten obiad na pewno dostaniemy. Jechanie do miast wydawało się dość ryzykowne, bo o ile nie jest to miejscowość wielkości Akureyri czy Egilsstadir, to gwarancja posiłku naprawdę nie jawiła się optymistycznie.

Przeważnie jedliśmy tosty albo burgery – niezbyt to zdrowe, ale na pewno lepsze niż zupki z proszku. Przeważnie taka przyjemność kosztowała nas w granicach 40 zł, ale przynajmniej nie skąpiono nam, jeśli chodzi o porcje. Często dostawaliśmy jakieś frytki-niespodziankę, których nie było w spisie, a same posiłki były dość obficie wypełnione mięsem i sosami, więc dało się na tym wyżyć i to całkiem nieźle. Tego dnia zatrzymaliśmy się też na kolację (choć nie sądziliśmy, że to będzie nasza kolacja i ostatni posiłek, bo na następny po prostu nie zdążymy przed spaniem), czyli gorącą czekoladę i pizzę na kawałki, z którą wpakowaliśmy się do samochodu. Przy okazji kupiliśmy Pepsi w puszce, którą tylko wymienialiśmy na nowe egzemplarze. Ten napój był naszym nieodłącznym towarzyszem podróży w uchwytach przy siedzeniach aż do samego wylotu.

Do Hi Hostel w Höfn dojechaliśmy w rekordowym czasie, po 1:00 w nocy, umordowani jak chyba jeszcze nigdy. Na miejscu nawigacja straciła orientację w terenie, więc przed kolejnymi straconymi minutami na szukaniu noclegu uratowało nas moje 2% baterii w telefonie. Ten fakt też uważam za strasznego pecha, bo mimo że zaopatrzyliśmy się w przejściówkę do samochodu, by naładować komórki, to z samym stykiem coś było nie tak – ładował dosłownie sekundę i odpuszczał. Tego dnia zresztą w ogóle mieliśmy niewiele szczęścia; po takiej trasie czekał nas też najsłabszy nocleg. Jedyne, co nas pocieszało, to dwie pary kluczy, które czekały na gości w recepcji. Jedne nasze, drugie niewiadomego pochodzenia, a więc jednak istnieli więksi frajerzy od nas, którzy spóźnili się jeszcze gorzej niż my.

Nocleg w Hi Hostel, Höfn

Już wcześniej tego dnia zastanawialiśmy się, czy mimo adnotacji „Bed in the dorm” na naszej rezerwacji, dostaniemy osobny pokój tylko dla naszej dwójki, skoro recepcjonista odłożył dla nas klucze. Nie będę Was trzymać w niepewności: odpowiedź brzmi nie. Ile więc łóżek mieściło się w tych czterech ścianach? Pięć, w dodatku piętrowych. Na szczęście spała nas tam tylko szóstka, jednak czy można to nazwać szczęściem? Przekonacie się za chwilę.

Nasz pokój znajdował się pod parterem. Staraliśmy się wejść do środka najciszej, jak potrafiliśmy, jednak kobietę leżącą obok drzwi natychmiast oślepiło światło z korytarza. I weź tu znajdź wolne łóżko, próbując nie świecić telefonem ani latarką. Nawet nie miałam sposobności, żeby kłócić się z Maćkiem o to, kto zostanie wygnany na górne piętro (oczywiście padło na mnie, zawsze ci mali muszą spać przy suficie), po prostu odłożyliśmy rzeczy i poszliśmy do łazienki, żeby przebrać się w piżamy. Nie musicie jednak żałować tych, których obudziliśmy – odpłacili się nam pięknym za nadobne. Zanim jednak w ogóle usnęliśmy, miałam wrażenie, że ten dzień daje mi jeszcze jedną sposobność do tego, by sklasyfikować go jako „Idealny do tego, żeby opowiadać ludziom i rozbawić ich do łez, ale równie idealny do tego, żeby w chwili, kiedy wszystko się działo, strzelić sobie w łeb”.

W całym ośrodku chrapał jeden jedyny człowiek, no i zgadnijcie, w czyim znalazł się pokoju. Przy czym umówmy się, natężenia chrapania są różne, niektóre można nawet znieść, gdy dochodzą z drugiego końca pokoju, ale nie to. Ten człowiek chrapał tak, że nie zdziwiłoby mnie, jeśli słyszeli go jeszcze dwa piętra wyżej. Gdyby nie to, że ledwo żyliśmy, pewnie czekałaby nas bezsenna noc. A tak to budziliśmy się tylko co dwie godziny od piątej nad ranem, więc wynik całkiem niezły.

Równo o 5.00 zadzwonił budzik. No spoko, rozumiem, ktoś wcześnie wyjeżdża. Tylko że ten budzik należał do typu człowieka, który uruchamia milion drzemek i po którejś z kolei myślałam, że wstanę i sama wyciągnę go z łóżka. O 7.00 zadzwonił następny, tym razem jakiejś kobietki, która podeszła do sąsiedniego łóżka i zaczęła po angielsku dziękować prawdopodobnie nowej znajomej, żegnać się z nią i w ogóle. W sumie to było całkiem urocze, więc jakoś mnie nie zeźliło, ale zgodnie stwierdziliśmy z Maćkiem, że tego dnia śpimy dalej, bo po ostatnich przeżyciach ledwie byliśmy w stanie uchylić powieki.

W ten oto sposób obudziliśmy się o 9.30 w pustym pokoju. I wiecie, co jest ironią? Nie spieszyliśmy się, wstaliśmy późno, a kolejny odcinek drogi pokonaliśmy tak szybko, jak jeszcze nigdy. Co z kolei jest zabawne? Że po paru godzinach jazdy samochodem minęliśmy człowieka, który zwiedzał Islandię na rowerze. Na rowerze, kiedy my nawet z autem mieliśmy problem! Wiecie, kim był ten człowiek? Tym samym facetem, który rano nie potrafił wyłączyć budzika. I szczerze, po zobaczeniu go, zaczęłam rozumieć, czemu nic nie było w stanie go obudzić.

Na dziś to tyle, ale jeśli masz ochotę poczytać o lodowcach i bryłach lodu wyrzucanych na czarną plażę, to koniecznie czekaj na pojawienie się kolejnej części! A w międzyczasie, żeby Ci się nie nudziło, obserwuj moje posty na Facebooku i Instagramie, linki po prawej stronie na górze 😀

9-Rekonstrukcja, czyli jak stać się martwym elementem sztuki i przeżyć teatr, który spędza sen z powiek

Informacje ogólne: poniższy wpis będzie dotyczył sztuki teatralnej przygotowanej przez prywatny teatr Ad Spectators. Właściwie ciężko to nazwać typową sztuką, bo widz nie tyle co może brać udział w spektaklu, ale przenosi się do jego środka i jest do tego wręcz zmuszony. Zawitamy na około godzinę do Wrocławia, a dziś poznacie nową załogę, bo towarzyszyły mi trzy osoby: Natalka (ją kojarzycie już z Drezna) oraz dwóch jej znajomych ze studiów: Adrian i Grzesiu. Jeśli masz mocne nerwy, to zapraszam na 9-REKONSTRUKCJA:

Na ten spektakl natrafiliśmy całkiem przypadkowo. Co rusz przeglądam wydarzenia kulturalne, więc niespecjalnie zdziwiło mnie, że sponsorowany post na Facebooku od Ad Spectators zaliczył mnie jako swojego potencjalnego odbiorcę. Najpierw moją uwagę przykuła oczywiście grafika: ponure barwy, kobieta z poszarpanymi włosami, wygląd przywodzący na myśl psychiatryk, jej zakrwawione dłonie na zasnutej mgłą szybie. Nie zaszkodzi sprawdzić, co to jest, no nie?

O czym jest sztuka?

Sztuka miała opierać się na śledztwie. W piwnicy zamordowano brutalnie dziewięć osób, a ich zwłoki zostały ułożone w dziwny, charakterystyczny sposób. Ofiary nie były ze sobą powiązane, brak jakiegokolwiek motywu. Widz pozostaje biernym obserwatorem wydarzeń, a w spektaklu może brać udział tylko dziewięciu uczestników. Właśnie ten fragment najbardziej przykuł moją uwagę i będzie bardzo ważny w miarę późniejszych wydarzeń.

Zafascynowała mnie tak mała grupa odbiorców, sam pomysł na ucharakteryzowanie ich na zamordowanych. Zaczęłam przeglądać zdjęcia: ciasne pomieszczenie, raczej ciemne, ludzie usadzeni dookoła stołu z siateczką przypominającą prześcieradło na twarzach. Trochę przerażające, ale miałam nadzieję na ciekawe doświadczenie. W końcu przeżyłam halloweenowy dom strachów w Energylandii czy w Mirabilandii, po którym niektórzy dostawali histerii, a mi samej ręce chodziły tak, jakbym miała Parkinsona. Po prostu nie mogłoby mnie to ominąć.

ad spectators4.png

Zmontowaliśmy ekipę, ale po fakcie zaczęłam się nieco obawiać. 45 zł za taką atrakcję to niby niedużo, lecz natrafialiśmy na coraz więcej opinii, że spektakl krótki, niewarty pieniędzy, bardziej zabawny niż straszny. Co parę wpisów pojawiał się jednak przebłysk, że to bardzo interesujące doświadczenie i ciągle w to wierzyliśmy, choć żadne z nas nie liczyło na nie wiadomo jaką grozę. No, żadne prócz Natalii, która w kółko powtarzała, że idzie, ale mamy się spodziewać, że będzie krzyczeć. I tak okazała się jedną z odważniejszych, bo kilku znajomych odrzuciło pomysł, dając jasno do zrozumienia, że horrorów to oni nie lubią. Z początku wzruszałam ramionami i myślałam, że przesadzają. Kiedy jednak opowiedziałam im później, co działo się w środku, zdałam sobie sprawę, jakie to szczęście, że z nami nie poszli. Być może na tym etapie nasza przyjaźń by się skończyła.

Jak przebiega spotkanie?

Spotkaliśmy się mniej więcej czterdzieści minut przed spektaklem. Jak się okazało, team na ten dzień mieliśmy wymarzony; każdy już na wstępie mówił, że zaraz po sztuce zbiera się do domu – ja z powodu nauki, Natalia dostała grypy żołądkowej, a Grzesiu zapalenia spojówek. Przyszedł z jednym okiem zaklejonym plastrem i zaczęliśmy żartować, że ucharakteryzował się już do teatru. Humor dopisywał, snuliśmy mnóstwo teorii, jak to będzie wyglądało i zastanawialiśmy się, czy w razie czego będzie możliwość zamiany miejsc. Zresztą w ogóle coś nam nie grało w tym internetowym wybieraniu siedzeń, bo wyglądało w ten sposób i cały czas myśleliśmy, jak niby będziemy siedzieć wokół stołu, skoro nawet nie został uwzględniony na planie.

ad spectators.png

Pierwsze ziarno wątpliwości zasiał Adrian, który powiedział, że z tego co zauważył na zdjęciach, tylko sześć krzeseł jest ustawionych przy stole, a reszta gdzieś w rogach pomieszczenia. Oczywiście zaczęło się targowanie, kto w razie czego będzie siedzieć sam w tym ciemnym rogu i powiem Wam, jeśli mielibyście podobny problem, to zostanie on automatycznie rozwiązany. 😉

Element zagadki stanowiło też dla nas miejsce spotkania, czyli PUB Skrzypek na Dachu (okolice Arkad). Dość klimatyczne miejsce – ciemne, z drewnianymi wykończeniami i dziwnymi, metalowymi drzwiami oklejonymi plakatami spektaklu. Przynajmniej wiedzieliśmy, że dobrze trafiliśmy. Woleliśmy się jednak upewnić, czy nie powinniśmy przejść gdzieś dalej, więc zapytaliśmy barmanki, czy to na pewno tutaj. Generalnie wyglądała, jakby milion osób zadało jej już podobne pytanie, bo tylko przewróciła oczami i coś tam odburknęła, że mamy usiąść i poczekać. No dobra.

Była już 19.50, pięć minut po czasie. Powoli zaczęliśmy myśleć, że spektakl mija, a my przesiedzimy godzinę, czekając jak skończeni idioci. A jednak chwilę później zjawił się w lokalu mężczyzna. Nie był jakoś ucharakteryzowany, wyglądał normalnie, ale każdy wiedział, że to o niego chodzi. Zapytał, kto czeka na sztukę, skasował nasze bilety i rozdał nam specjalne opaski. Wiadomo, do czego służy opaska, ale tak na dobrą sprawę nie do końca wiedzieliśmy, co z nią zrobić. Mężczyzna zaprosił nas na zewnątrz, żeby przedstawić plan zabawy i zdziwiło nas to na tyle, że w sumie nawet nie wiedzieliśmy, czy się fatygować i ubierać kurtki, skoro to tylko przedstawienie regulaminu.

I nagle padają słowa: „A teraz zapraszam państwa do samochodu, w środku proszę przestawić swoje telefony na tryb samolotowy i zawiązać opaskę na oczach”. Nasza czwórka spojrzała na siebie z lekkim wytrzeszczem oczu, jakoś zupełnie nie przyszło nam do głowy, że sztuka nie odbędzie się wewnątrz baru. No i wiecie, niby ma się z tyłu głowy, że to tylko zabawa, ale jeśli posiadacie wybujałą wyobraźnię jak ja, to każde takie hasło, które słyszeliśmy później, budziło mój dyskomfort. Oczywiście nikt nie chciał pokazać, że jest gorszy, więc nasza grupa jeszcze dolewała oliwy do ognia.

„Ej, z tym trybem samolotowym to nikt nas nawet nie namierzy, jak coś się stanie”.

„Nawet mapki Google sobie nie sprawdzisz, żeby w razie czego wrócić do domu”.

„A co jeśli tak naprawdę nikt nie wychodzi z tego spektaklu żywy, a opinie w Internecie aktorzy wystawiają sobie sami?”

Śmieszki-hiszki, zajęliśmy miejsca, odebraliśmy sobie wzrok i jedziemy. Mimowolnie zaczęłam zapamiętywać: dwa razy skręt w lewo, potem w prawo, no może jakoś trafię z powrotem do domu. Później jednak dotarło do mnie, że jeździmy w kółko, a w każdym razie na pewno dłuższą drogą niż powinniśmy i dałam sobie spokój. Kiedy wszystko dobiegło końca, Grzesiek, który siedział obok mnie, przyznał, że miał ochotę złapać mnie za nogę i nastraszyć, ale zrezygnował z tego pomysłu, kiedy uświadomił sobie, że pewnie zaatakowałabym go łokciem; I wiecie co? Tak, pewnie bym to zrobiła.

Z głośników rozległo się nagranie, które nie tyle stanowiło wstęp do całej historii, ale wprowadzało w jej klimat. Cały czas zastanawiało mnie tylko, kto do jasnej choinki miał tak paskudny gust i jako drugą ścieżkę dźwiękową wgrał przedziwną techniawę. Grzesiek na przykład w ogóle nie zwrócił na to uwagi, ale Wam polecam, jeśli się kiedyś zdecydujecie. Ta sama melodia pojawi się jeszcze później i będzie tłem na tyle przerażającej sceny, że kiedy po sztuce usłyszeliśmy podobną nutę w pubie, aż zamilkliśmy i skuliliśmy się na krzesłach.

W końcu dojechaliśmy na miejsce, a we mnie pojawiła się nowa obawa: jak ja niby mam wyjść z tego samochodu w moich butach na obcasach, będąc zupełnie ślepa? Nie mam zbyt dużego zaufania do ludzi i nawet kiedy obsługa pomagała nam się nie zabić, odnosiłam wrażenie, że prędzej skręcę sobie kostkę, niż wejdę na salę… zwłaszcza że okazała się ulokowana na drugim piętrze. Utworzyliśmy więc pociąg, jedna ręka na ramię osoby z przodu, druga na poręcz, maszerujemy. Cały czas kogoś kopię, ktoś mnie depta, zabawa na sto dwa.

W końcu dochodzimy GDZIEŚ, bo jest jaśniej. Od tego momentu mamy zupełnie milczeć, poddawać się temu, co będą robić z nami aktorzy i nie ruszać się, bo w przeciwnym razie przedstawienie zostanie przerwane. Na co oczywiście mój mózg był już święcie przekonany, że nas zaryglują, posłusznie poddam się wiązaniu i krępowaniu, a potem zginę w męczarniach. A najgorsze w tym wszystkim było to, że nie mogłam zapytać Natalki, czy w tym momencie jest równie zestresowana jak ja.

W środku znowu zapadły egipskie ciemności, dało się dostrzec tylko bardzo intensywne, niebieskie światło. Jasność zmieniała się na tyle często, że czułam, jak moje oczy pod opaską łzawią i ciągle zastanawiałam się, czy kiedy ją zdejmę, będę wyglądać jak panda z moim rozmazanym makijażem. Powoli osoby z wagonika się rozłączały, obsługa usadawiała nas na swoich miejscach, każdego w innej pozycji – niektórzy musieli coś trzymać, inni się pochylać, a mnie przypadła zaszczytna rola trzymania jednej ręki na stole, a drugiej na dłoni osoby obok, mniej więcej tak:

Myślę sobie – w sumie fajnie, trochę zrobiło mi się lepiej, że w razie czego ścisnę mocniej dłoń Natalii i dodam sobie otuchy. Rozpoczęła się narracja, wstęp do śledztwa: spersonalizowane pod nas opisy ofiar, w których rolę się wcielaliśmy. Każdy z nas miał przydzielony konkretny numerek od 1-9 i byłam święcie przekonana, że jestem dwójką, skoro stałam druga w kolejce. Przekonać się o tym mogłam jednak dopiero, gdy zdjęliśmy opaski, moje oczy przyzwyczaiły się do rażącego światła i ogarnęłam, jak patrzeć przez prześcieradło na twarzy. Jakie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że jestem numerem trzecim, siedzę pośrodku stołu, a ręka Natalki to tak naprawdę ręka jakiegoś faceta. I szczerze, czuję wstyd, cholerny wstyd, bo potem nie robiło mi to już żadnej różnicy, czyja to dłoń. Współczułam temu gościowi, który siedział spokojnie, czasem zadrżał mu palec czy coś, podczas kiedy ja na każdy dźwięk reagowałam wzdrygnięciem się, które raczej przypominało wstrząs, i trzymałam go chyba trochę za mocno, jeszcze biorąc pod uwagę fakt, że w pokoju siedziała jego dziewczyna.

Moja opinia

Nie będę zdradzać nic więcej, co dotyczyło samej fabuły, natomiast odwołam się do kilku opinii i oczekiwań, które na miejscu zostały zweryfikowane. Na fanpage’u Ad Spectators przeczytałam zdanie pewnej użytkowniczki, że „Gdybym chciała posłuchać takich bluzgów, to poszłabym do sebiksów pod blokiem”. Generalnie… okej, to prawda. Przekleństwa i wulgaryzmy sypią się bardzo obficie już od pierwszych wypowiedzianych słów, z początku jest ich więcej niż samego dialogu, ale czy mnie to jakoś zdziwiło/zgorszyło? Chyba nie, wydało się nawet dość realistyczne.

Naczytałam się już trochę książek pisanych przez osoby mające styczność ze śledczymi. Poza tym wydaje mi się raczej oczywiste, że przedstawiciele takich zawodów jak policja/kierowcy/żołnierze nie będą ze sobą rozmawiać kulturalną polszczyzną na wysokim poziomie. Mogą, więc generalizuję, ale wiecie, co mam na myśli. Nie naginajmy wszystkiego, byle by wytknąć wadę, bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że ktoś, kto pisze podobną opinię, sam nie kurwi, kiedy uderzy dużym palcem w nogę łóżka. I nie kurwiłby, jakby widział dziewięć zmasakrowanych trupów.

Ja raczej uważam, że zarzutem mógłby być ten brak interakcji między aktorami i widzami, o którym wspominałam wcześniej, bo tak naprawdę bezpośredniego kontaktu było sporo. Mnie nie przeszkadzało to jakoś bardzo, raczej napędzało dodatkowy strach, ale skoro znaleźli się zagorzali przeciwnicy przekleństw, to i pewnie molestowania też by się w końcu pojawili. Wiadomo, w głównej mierze było to jakieś podnoszenie dłoni, ewentualnie dotykanie głowy, zawiązanie czegoś na szyi, ale pojawiały się też komediowe elementy, które niektórych mogłyby naprawdę oburzyć… Chyba tutaj nie muszę wspominać, kto z widzów brał w nich główny udział, prawda? Brawo, zgadłeś, jak zwykle ja. Piję w każdym razie do tego, że może inaczej sformułowałabym określenie: „Brak bezpośredniej interakcji czy udziału widza”, bo troszkę to jednak nieprawda.

Przedstawienie jest pełne bardzo głośnych, niespodziewanych i niepokojących dźwięków czy migania świateł. To wszystko wzbudza w człowieku poczucie zagrożenia, zwłaszcza jeśli wyobrazi sobie, że część osób naprawdę ginie w taki sposób. Nie macie pojęcia, gdzie są drzwi, obok Was siedzą obcy ludzie (każdy znajomy był w miarę możliwości rozdzielany), nie wiecie nawet, w jakiej części miasta się znajdujecie, a telefon został w samochodzie. Momentami czułam tak duży dyskomfort, że tylko czekałam, aż ktoś pojawi się obok i przytknie mi nóż do gardła albo zacznie dusić prześcieradłem. Tu jednak bardzo dużą rolę odgrywa Wasza empatia, wczucie się w postać i historię. Jeśli to nie Wasz klimat, to chyba rzeczywiście nie zrobi żadnego wrażenia. Na nas jednak wywarło ogromne.

Spektakl nie trwa dłużej niż pół godziny. Razem z dojazdem i wstępem mija godzina i szczerze mówiąc, osobiście nie chciałabym, żeby trwało to dłużej, bo pod koniec byłam już zmęczona psychicznie. Natalia mówiła to samo: niby teatr jest znany, ma renomę, są o nim opinie w Internecie, ale ty i tak siedzisz i tłumaczysz sobie, że przecież nikt nie może ci zrobić krzywdy. Prawda jest taka, że to doświadczenie uświadamia, jak bardzo w sytuacjach błędnego zaufania jesteś bezbronny, a równocześnie zdesperowany i świadomy swojego losu. To jest najstraszniejsze: twoja wyobraźnia i świadomość tego, co może ci się stać.

Sztuka ma kilka bardzo mocnych, dobrych momentów. Niektóre rzeczy bardziej odebrałam jako pewną przenośnię, aczkolwiek sam scenariusz i takie drobne smaczki są zaplanowane wręcz rewelacyjnie. Co też jest niesamowite – każdy ogląda tę samą wizualizację z różnych perspektyw zależnych od tego, gdzie został usadzony. Może się zdarzyć, że czegoś nie dostrzeżesz i tu świetnie sprawdza się wyjście grupą. Kiedy dzieliliśmy się wrażeniami po wyjściu, dopowiadaliśmy sobie rzeczy, których nie mogliśmy zobaczyć stamtąd, gdzie siedzieliśmy. Z tego wynikało też, że strach każdego z nas miał nieco inne podłoże.

Kiedy przyjechaliśmy z powrotem pod bar, zamiast iść do domu, zgodnie stwierdziliśmy, że chyba jednak trzeba się czegoś napić i jakoś odstresować. Wyszło jednak na to, że mimo ciągłego powtarzania: „Nie, nie rozmawiajmy już o tym”, wciąż wracaliśmy do spektaklu. Natalia była na tyle zdenerwowana, że pod koniec sztuki nie zakodowała już pewnych dość istotnych szczegółów dla całej historii. Zresztą mówiła, że aż bolały ją mięśnie, tak spięta siedziała i skupiała się, żeby tylko nie krzyknąć. Głosy są jednak zgodne, że kiedy tylko nieco zapomnimy, co czuliśmy, pójdziemy na inną sztukę tej grupy.

My jesteśmy ogromnie zadowoleni i bardzo polecamy, ale Twoje wrażenia będą bardzo mocno zależeć od samego nastawienia i musisz brać to pod uwagę. Ja ze świadomością tego, co było w środku, raczej nie odważyłabym się iść na ten spektakl drugi raz, a z kolei Grzesiu zniósł to na tyle dobrze, że patrzyliśmy na niego jak na ducha, kiedy stwierdził, że w sumie nie było tak strasznie.

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej albo zainteresowało Cię to wydarzenie, to koniecznie odwiedź moją facebookową stronę. Śmiało napisz, zadaj pytania i bądź na bieżąco, kiedy pojawi się kolejna recenzja z nowego spektaklu. A tutaj szybki odnośnik do samej strony Ad Spectators, zapraszam i jeszcze raz dziękujemy za niesamowite przeżycie oraz udostępnienie swojej grafiki.

Hej-ho, widzimy się w następnej podróży!

Drezno, czyli bożonarodzeniowy jarmark w świetle lampek i strugach deszczu

Informacje ogólne: Nasz wyjazd na jarmark w Dreźnie odbył się 14 grudnia 2019 roku. Transport zapewniło nam biuro podróży INDEX z siedzibą w Katowicach, a na miejsce, po licznych przetasowaniach, pojechaliśmy jako dziewięcioosobowa grupa. Trzy odwiedzone jarmarki (niestety tylko na tyle starczyło nam siły), 17-sto kilometrowy spacer w deszczu i mnóstwo śmiechu oraz pozytywnej energii to coś, co na długo zapisze się w naszej pamięci. Zaciekawiony? Przeżyj z nami te chwile jeszcze raz, zapraszam!

Skąd pomysł na wyjazd?

Decyzję o udziale w wyjeździe podjęliśmy bardzo spontanicznie. Wraz z początkiem października zobaczyłam ofertę za pośrednictwem strony Wakacyjnapapuga i już wiedziałam, że to będzie wyjazd, który w tym roku dosłownie muszę zaliczyć. Ceny jarmarków okazały się naprawdę atrakcyjne, bo zaczynały się nawet poniżej 100 zł, a kończyły gdzieś w granicach 300 zł. Najbardziej kuszące cenowo i pod względem widokowym były Berlin, Wiedeń i Drezno, padło jednak na to ostatnie. Dlaczego? Miałam okazję odwiedzić to miasto jedynie raz przy okazji koncertu Neila Younga w te wakacje, ale wtedy nie znaleźliśmy czasu na dłuższe oględziny. Pamiętam jednak, że zabytkowa część zrobiła na mnie ogromne wrażenie i możliwość powrotu w tamte strony naprawdę mnie ucieszyła.

Znam jednak umiejętności organizowania się ludzi, w końcu to nie pierwszy wyjazd, który proponowałam znajomym, więc stwierdziłam, że zamiast się rozdrabniać, pytać każdego z osobna i czekać na odpowiedź, napiszę od razu do wszystkich, którzy przyszli mi na myśl i skojarzyli mi się z ofertą. Byłam niemalże przekonana, że połowa osób, jeśli nie więcej, oznajmi, że średnio stoją czasowo lub finansowo albo po prostu nie mają ochoty jechać. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy okazało się, że udział potwierdzili… dosłownie wszyscy, więc zebrała się nas dziesięcio-, a później nawet jedenastoosobowa grupa.

Cena i problemy organizacyjne

Całość wyniosła 109 zł od osoby (w co zostało wliczone ubezpieczenie) + 10 euro opłaty dla pilota w autokarze. Niby istniało coś takiego jak ramowy plan wycieczki, jednak nie był on rozpisany godzinowo i okazał się raczej umowny. Część związana ze zwiedzaniem i tak ograniczała się do około pół godziny, później każdy otrzymywał czas wolny. Nieścisłości z rozkładem dnia i tak moim zdaniem stanowiły najmniejszy problem. Na głównej stronie organizatora możemy przeczytać, że wycieczka obejmuje dwa dni: 14/15 grudnia. Należy jednak wziąć poprawkę na to, że autokar zabiera ludzi zarówno z Przemyśla, jak i z Wrocławia, więc czas przejazdu jest zupełnie inny, stąd moim zdaniem bardzo duże dysproporcje, jeśli chodzi o ujednolicone informacje serwowane wszystkim uczestnikom. „Powrót w godzinach wczesnorannych” to moim zdaniem nie godzina 23.30 dnia poprzedniego, jak wyszło w naszym przypadku. Oczywiście już w trakcie podróży i wiedząc, o której mamy zbiórkę, policzyliśmy sobie, o której mniej więcej będziemy w domu, ale zanim wsiedliśmy do autokaru, nie wiedzieliśmy na dobrą sprawę nic. W naszym przypadku nie był to jakiś ogromny problem, mogliśmy zorganizować noclegi dla znajomych, ale nie każdy ma taką możliwość.

Moim zdaniem najlepiej sprawdziłby się oficjalny rozkład jazdy, choćby bardzo przybliżony. Jeśli nie, to wystarczyłoby poinformować pasażerów, bo my właściwie usłyszeliśmy tylko, na którą mniej więcej dostaniemy się do Gliwic. Jasne, nie był to dla nas jakiś wielki powód do narzekania, ale jednak zawsze wymaga się od biura pewnego profesjonalizmu. Skoro o tym mowa – w ostatnim tygodniu przed wycieczką okazało się, że dwie osoby z naszej grupy nie są w stanie pojechać, więc szybko znaleźliśmy za nie zastępstwo (miejsca i tak były już bezzwrotnie opłacone). Wymagało to jednak zmiany danych uczestników na umowie, którą podpisywałam z biurem, a proces ten, zamiast trwać przysłowiowe pięć minut, zajął trzy dni.

Ja wszystko rozumiem: że pracownik jest na tyle zajęty, że nie odbierze, może nawet nie oddzwoni w ciągu godziny. Zdarza się, nawet jeśli godziny otwarcia biura są podane jako 9.00-17.00. Sprawa była jednak nagląca, zwłaszcza jeśli brałam pod uwagę ponowne podpisanie i wysłanie umowy – miałam bardzo mało czasu na to, żeby poczta dotarła na czas do Katowic. Pamiętam, że zaczęłam dzwonić koło godziny 9.50, pierwszy raz ktoś podniósł słuchawkę o 12.40 i aż zapomniałam, co chcę powiedzieć, tak mnie zaszokował głos po drugiej stronie. Za ten czas zdołałam już jednak wysłać maila z zapytaniem na temat mojego problemu, a także wiadomość na Facebooku. Pani po drugiej stronie słuchawki okazała się dość opryskliwa, a po wysłuchaniu mnie stwierdziła oburzona, że trzeba zmienić dane uczestników na umowie. No eureka, czułam się, jakbym odkryła Amerykę, tym bardziej, że sama to zasugerowałam.

Wreszcie dowiedziałam się, co dokładnie mam zrobić, wysłałam wszystkie informacje mailem i nagle, koło godz. 17:00 dostaję maila w odpowiedzi na moją wiadomość sprzed rozmowy telefonicznej, żebym wysłała to, co już przecież wysłałam. No to zrobiłam to raz jeszcze, uprzejmie napisałam tylko, że dane wylądowały w skrzynce, no wiecie, tak mimochodem, no i co dostałam w odpowiedzi? Hurrr, durrrr: „W naszym biurze jest 30 pracowników, więc nie wiem, z kim się Pani kontaktowała.” No racja, zwracam honor. W takim wielkim korpo to rzeczywiście ciężko o przekazywanie sobie informacji.

Godzina 17.30, dzwoni telefon, tym razem kobieta z Facebooka, której zostawiłam do siebie kontakt. Zaczyna mówić, taka podniecona i energiczna, tłumaczy mi już wszystko to, czego dowiedziałam się dwa razy, więc grzecznie jej przerywam. Trochę była rozczarowana, że nie może pomóc, ale skorzystałam z jej uprzejmości i wypytałam o parę kwestii odnośnie wyjazdu, więc nic straconego. Ona jako jedyna okazała się bardzo sympatyczna i konkretna. Mimo że pozostawała w mniejszości, trochę załagodziła moją złość, bo jednak coraz częściej zauważam, że usługodawca z chęcią weźmie pieniądze, ale zapomina, że nie bierze ich za nic.

Ostatecznie stanęło na tym, że otrzymałam już zaktualizowaną umowę i po dziś dzień nie wiem, czy powinnam ją wydrukować i odesłać, czy też nie. Zrobiłam to, ale kosztowało mnie to niemało zachodu i po jakimś czasie otrzymałam jedynie odpowiedź od pani z Facebooka, że nie muszę robić tego już drugi raz. Pani z maila nie odpisała mi jednak do samego końca, ale wcale nie zdziwiłoby mnie, gdyby na ostatnią chwilę dała znać, że odesłanie nowej umowy jest niezbędne do odbycia wycieczki. Lepiej dmuchać na zimne.

Zbiórka i dojazd

Kończąc jednak marudzenie, przechodzimy do głównego gwoździa programu! Ostatecznie zebraliśmy się w dziewięć osób we Wrocławiu przy Aquaparku na ulicy M.Petrusewicza o godzinie 6:30. To była taka naprawdę miła chwila, bo części znajomych, którzy czekali na miejscu, nie widziałam już z pół roku, w dodatku miałam świadomość, że mimo różnych środowisk (praca, studia czy gimnazjum) każdy chciał pojechać i zabrać ze sobą dobry humor. Część naszej grupy dojechała z Katowic (nasza Krysia czekała na miejscu zbiórki już od 4:30!), Opola czy nawet Poznania, żebyśmy mogli spędzać czas w swoim gronie i to było naprawdę super, bo zazwyczaj takie duże wyjazdy bardzo ciężko ogarnąć terminowo, żeby wszystkim odpowiadały, o cenie już nie wspominając.

Miałam ten zaszczyt, że gościłam dwie noce parę z Opola i Poznania, więc oddałam do użytkowania swój pokój, sama śpiąc z jakże wyrozumiałą współlokatorką, która nie zdenerwowała się nawet wtedy, gdy o 5.30 zadzwonił budzik, a później przez kolejne 15 minut w pokoju świeciło się światło. Wracając jednak do meritum – jak można się domyślić, nie poszliśmy spać zbyt szybko mimo wczesnej godziny zbiórki. Siedzieliśmy jeszcze po północy, rozmawiając i grając w drugą część Memów (no wiecie, takie Karty Przeciwko Ludzkości, tylko z memami).

Co mnie najbardziej zdziwiło, to fakt, że kilka minut po 6.00 na basenie już dało się dostrzec pływaków. No podziwiam; my przejechaliśmy przystanek autobusem, żeby być szybciej, zbyt się nie przemęczać i uniknąć zimna, które przy zmęczeniu wydaje się jeszcze bardziej dotkliwe. Nie był to co prawda planowany zabieg, ale fajnie, że akurat coś zajechało na przystanek. Zapoznałam całą ekipę, wszyscy wdali się w rozmowę i zaczęła się integracja. Poszłam zgłosić naszą obecność pilotce, generalnie kobieta naprawdę była w stanie pójść na rękę z wieloma rzeczami i sprawiała wrażenie takiej „do ludzi”, mimo że nawet nie podała swojego imienia przez cały czas trwania wycieczki i nie miała żadnego znaku szczególnego w stylu parasolki lub chorągiewki, co przy Dreźnie wypełnionym turystami skutkowało tym, że częściej rozpoznawaliśmy współtowarzyszy podróży niż ją samą. Sympatii jej jednak odmówić nie mogę z wielu prywatnych względów.

Jechaliśmy piętrowym autokarem, więc oczywistym okazało się dla nas, że przydzielono nam miejsca na górze. Pierwszą godzinę każdy drzemał, dopiero przy okazji postoju po ósmej rozbudziliśmy się przy kawie i spacerując po stacji benzynowej. Zaczynaliśmy zarzucać się historiami, każdy miał coś do powiedzenia, co rusz wybuchaliśmy śmiechem i tak zostało już przez dalszą część podróży, kiedy wspominaliśmy nasze historie z przyszłości i wtajemniczaliśmy w co głupsze opowieści tych, którzy jeszcze ich nie znali. Aż współczuję pasażerom na siedzeniach obok, chociaż z drugiej strony może stanowiliśmy dla nich urozmaicenie tych trzech godzin. Pewnie byliśmy ciekawsi niż film, który leciał w tle, ale właściwie tak cicho, jakby go nie było.

Kilka uwag, które warto mieć z tyłu głowy

Na miejsce dojechaliśmy około godziny 9.30 i tylko wtedy udało nam się skorzystać z toalety, do której nie było zbyt dużych kolejek mimo obecności kilkunastu autokarów i wycieczek. Naprawdę – to, co działo się później, przekraczało ludzką wyobraźnię. Nie wiem, czy to standardowa procedura, jeśli chodzi o Drezno, ale nawet w bibliotece pobierano opłaty za siku, co nas lekko zszokowało. Niby rozumiem, że ciężko byłoby nie oprzeć się pokusie wzbogacenia na potrzebach fizjologicznych, ale z drugiej strony zawsze mnie to oburzało.

Zatrzymaliśmy się po stronie Starego Miasta, więc w pierwszej kolejności ruszyliśmy pod pałac Zwinger. Pogoda nie dopisywała niemalże przez cały dzień, po dwóch godzinach mieliśmy już przemoczone buty i skarpetki, tak intensywnie padało w niektórych momentach. My się jednak nie zniechęcaliśmy, mimo że nasza przewodniczka nie stanęła nawet pod żadnym daszkiem, tylko trzymała nas na środku odkrytego placu. Tak oto prezentowała się nasza wesoła ekipa:

Właściwie po raz pierwszy spotkałam się z sytuacją, w której zakup audioguidów był nieobowiązkowy, a jego nieposiadanie decydowało o tym, że podczas półgodzinnego zwiedzania z naszą pilotką czuliśmy się nieco wykluczeni. Byłam przekonana, że słuchawki zawierają dodatkowe nagrania, więcej historycznych faktów, urozmaicą chodzenie po muzeach. Tymczasem podczas oprowadzania okazało się, że są do nich podawane tak istotne informacje jak miejsce i godzina zbiórki. Rozumiem, że pilotka nie chciała nadwyrężać głosu, a tym bardziej krzyczeć do swojego mini-mikrofonu, ale jednak te podstawowe dla organizacji szczegóły powinna przekazać tak, żeby znali je nie tylko ci, którzy zapłacili więcej.

Później kobieta podprowadziła nas pod jeden z jarmarków, który znajdował się kawałek dalej po drugiej stronie mostu… tylko po to, by powiedzieć parę zdań i zawrócić tam, skąd przyszliśmy. To był chyba moment, który przelał czarę goryczy. Wiedzieliśmy, że za niedługo i tak wszyscy się rozejdą i nie widzieliśmy sensu, żeby poświęcać czas na bezmyślne chodzenie, które było stanowczo za szybkie na robienie zdjęć i czerpanie przyjemności ze zwiedzania. Słyszeć i tak nie słyszeliśmy, więc zadecydowaliśmy, że skoro znamy miejsce  i godzinę zbiórki, to odłączamy się wcześniej (oczywiście dostaliśmy na to przyzwolenie jeszcze w autokarze, nie puściliśmy się samopas i nie olaliśmy pracy tych, którzy przywieźli nas na miejsce).

Jarmark – Augustusmarkt

Jarmark, na którym zdecydowaliśmy się pozostać, czyli Augustusmarkt, otwierało wielkie koło młyńskie. Większość stoisk przedstawiała się w formie białych namiotów, a pośrodku całego rozgardiaszu stało drzewo ze zdjęcia poniżej, które wieczorem nabierało mocno niebieskiej barwy. Generalnie nie było to najpiękniejsze, co w życiu widzieliśmy i na pewno po zmroku przyjemniej było przyjść tam drugi raz. Wiecie, o samych towarach oferowanych na miejscu nie ma co się specjalnie rozpisywać; one chyba w każdym zakątku Europy wyglądają tak samo albo podobnie; grzańce, langosze, pierniki, owoce w czekoladzie, wełniane czapki, miody, lampki, frytki i tak dalej. My skusiliśmy się wieczorem jedynie na kurtosze-kołacze, ale jak możecie się domyślić, one też wszędzie smakują identycznie. Dlaczego więc warto pojechać na taki zagraniczny jarmark? No bo atmosfera jest jednak trochę inna, a i można połączyć to ze zwiedzaniem.

Kiedy obeszliśmy jarmark, pierwszą rzeczą, jaką część z nas zakupiła, była dodatkowa para skarpetek do przebrania. Każdy chciał się rozgrzać i to był odpowiedni moment, żeby wreszcie schować się w jakimś budynku. Zanim to się jednak stało, czekał nas niedługi obchód po zabytkowej części miasta: ogrody Bruhla, opera, katedra Świętej Trójcy, Plac Teatralny czy zamek.

Pałac Zwinger – ceny i zwiedzanie

Zrobiliśmy krótkie zebranie i podzieliliśmy się na grupki: część z nas zakupiła podstawowe bilety do Galerii Drezdeńskiej obejmującej wyłącznie oglądanie dzień sztuki, a reszta zdecydowała się na Ticket Zwinger (dorośli 11 euro, studenci 9), czyli pakiet z wejściami dodatkowo do Muzeum Porcelany i Mathematisch-Physikalischer Salon, który jednak w większości z nas wzbudzał lekką obawę co do swojej ciekawości. Czy słusznie, o tym dowiecie się zaraz.

Plac, który łączy ze sobą wszystkie te obiekty, jest zachowany w barokowym stylu i naprawdę robi wrażenie. Jedynym co kłóci się z zagospodarowaniem przestrzeni, jest ogromna, dmuchana kopuła postawiona idealnie w samym centrum. Jeśli są tu jacyś narciarze bądź snowboardziści, to pewnie też skojarzy się Wam to z miejscami na stoku, gdzie dostaniecie gorącą czekoladę czy herbatę, a to w tak zabytkowym miejscu naprawdę kłóci się z poczuciem estetyki. Z tego co jednak mówiła Ewa, konstrukcja musi stać tam całkiem od niedawna.

Przeszliśmy po tarasach widokowych i udaliśmy się do galerii. Należy pamiętać, że warto mieć ze sobą drobne, bo na miejscu płaci się zarówno za szatnię (1 euro, bezzwrotne), jak i za zamykane szafeczki (1 lub 2 euro działające na zasadzie żetonu, zwrotne). My dosyć spartaczyliśmy sprawę, bo odwiesiliśmy płaszcze, a potem odesłali nas z plecakami do szafek, które okazały się na tyle pojemne, że mogliśmy włożyć tam również kurtki.

Co jest jednak w porządku przy okazji zostawienia rzeczy w szatni – dostajemy specjalny kuponik o wartości 1 euro, który wystarczy pokazać w innych obiektach, żeby drugi raz nie płacić za tę samą usługę. Jeśli już więc sfrajerzyliście się tak jak my, to przynajmniej tylko raz. Osobiście jednak polecamy szafki, są znacznie lepszym, wygodniejszym rozwiązaniem, zwłaszcza że nie trzeba do nich stać w długich kolejkach i czekać na obsługę, po prostu zwracamy kluczyk i idziemy.

Mimo że jestem ogromnym miłośnikiem kultury, galeria zrobiła na mnie raczej… niewielkie wrażenie. Tak naprawdę składała się z jednej głównej hali i dwóch mniejszych po bokach. Ludzi tyle, że ciężko się poruszać, a poza tak znanymi dziełami jak „Śpiąca Wenus” czy „Madonna Sykstyńska”, dla mnie najciekawsza była seria obrazów przedstawiająca Drezno obecnie i w czasach powojennych. Nie spędziliśmy tam więcej niż pół godziny, co po długim procesie odkładania naszych rzeczy wydawało się ułamkiem sekundy.

Później udaliśmy się do Mathematisch-Physikalischer Salon, a wystawa okazała się najciekawszą ze wszystkich. Jest dość duża, rozmieszczona na dwóch piętrach, z czego im niżej, tym większe zadowolenie, tak bym to określiła. Nie wiedziałam za bardzo, co można umieścić w takim miejscu, od razu przyszły mi na myśl przyrządy z fizyki i kalkulatory, a że wielkim miłośnikiem nauk ścisłych nie jestem, nie spodziewałam się po sobie zachwytu. Starałam się jednak nie nastawiać pesymistycznie i bardzo słusznie; jasne, na miejscu znalazły się gabloty z urządzeniami nastawionymi np. na elektrostatykę i bardzo żałowałam, że nie były opisane, bo moja świadomość co do ich użytkowania była bliska zeru. Pojawiła się także część poświęcona astronomii, stare globusy, pięknie wykończone pozytywki i mnóstwo zegarków powstających na przestrzeni lat.

Tę część zwiedzaliśmy bardzo długo, dłużej nawet niż Muzeum Porcelany, mimo że było bardziej rozgałęzione i co chwilę odkrywaliśmy w nim jakiś mały pokoik po boku. Część osób oceniła to jednak jako tandetę, kiedy spoglądała na ręcznie wykańczane wazy, talerzyki i tak dalej, z których większość bardzo mocno nawiązywała do kultury japońskiej. Jak dla mnie to stanowiło  jednak fajną odmianę, wreszcie mnóstwo kolorów w ten szary dzień. Dużą rolę grały też detale, warto się im przyjrzeć, bo niektóre są dosyć zabawne albo po prostu urocze.

Po tym etapie dnia każdy z nas był w zupełnie innej części miasta, widział i robił coś odmiennego. Bardzo ciężko było nam się zgrać czasowo w danym miejscu, a jako osoba, którą wszyscy znali i która w jakimś stopniu odpowiadała za wyjazd, dostawałam milion telefonów od każdego z osobna, z zapytaniem co teraz. Naprawdę, w pewnym momencie dochodziło do takich skrajności, że nawet będąc w toalecie, słyszałam brzęczenie telefonu, a kiedy oddzwaniałam kilka minut później, słyszałam w odpowiedzi „No byliśmy PRZY toalecie, ale was nie było”. Także mimo mojej miłości do organizowania wyjazdów i własnych przyjaciół, czasami pluję sobie w brodę i jestem zmęczona tym, że mając wsparcie w kimś, kto wszystko ogarnia, pozostałe osoby wolą iść po najmniejszej linii oporu i zrzucać wszystko na barki organizującego. Wiadomo, czasami dochodzi przez to do spięć, w końcu ile ludzi, tyle charakterów, ale najważniejsze jest to, że każdy jednak starał się zachowywać wyrozumiałość – w końcu to oczywiste, że ktoś się zgubi, że się rozejdziemy i tak dalej, zwłaszcza biorąc pod uwagę natężenie tłoku w Dreźnie. No i nie mogłoby też zabraknąć pojednawczego głosu, który w trakcie dramy odezwie się nagle z zapytaniem: „Ej, a może skoczymy na grzańca?”.

Gdzie zjeść, nie czekając 2 godziny w kolejce?

W ten oto sposób wreszcie dotarliśmy do galerii handlowej Altmarkt Galerie, gdzie przez piętro z jedzeniem przewijał się wężyk przynajmniej z dwustu osób ustawionych do toalety (płatnej!). Nie wybrzydzaliśmy zbytnio w tym, co zamierzamy zjeść: zależało nam tylko, żeby nie stać w kolejce godzinę, nie zapłacić milionów monet i przede wszystkim znaleźć wolny stolik, bo jak to ujęła Ewa: „W ciągu całego dnia udało nam się usiąść tylko na kiblu” i była to absolutna prawda. Z tego co zdążyliśmy potem zauważyć dzięki aplikacji, przeszliśmy plus/minus 17 km.

Zajęliśmy miejsce w Fu Loi, knajpie z azjatyckim jedzeniem. Nie wyglądało ono specjalnie zachęcająco i smakowało może nie najwyborniej, ale chociaż było ciepłe i robione na świeżo. Porcje też takie, że dało się najeść, zwłaszcza jeśli chodzi o mój ryż z warzywami i mięsem; na talerzu znajdowała się naprawdę kopiata góra, która mimo mojego wilczego apetytu i dużego wysiłku nie została zjedzona w całości, a to już o czymś świadczy. Tylko kurczak dziwnie smakował, jakby ktoś świeżo wyjął go z wywaru – oczywiście jeśli zakładamy, że to rzeczywiście był kurczak.

Striezelmarkt – najstarszy niemiecki jarmark

Wyszliśmy na zewnątrz prosto na Striezelmarkt, czyli Jarmark Struclowy – najstarszy, najbardziej spopularyzowany i oblegany. Do tego stopnia, że po upływie godziny byliśmy już przesyceni ludźmi, światełkami, ozdobami, a nasza strefa komfortu została mocno zaburzona. Na miejscu zobaczymy ogromny szyld zwieńczający oficjalne wejście, piramidki bożonarodzeniowe, diabelski młyn czy specjalny łuk do robienia zdjęć (przy czym Igor z Krysią sprawdzili i potwierdzili, że nie da się tam robić zdjęć, kiedy połowę obiektywu przysłania czyjaś ręka, a ciebie ktoś równocześnie nokautuje łokciem w brzuch i głowę). Nie można jednak odmówić uroku temu miejscu, zwłaszcza jeśli spojrzy się na nie z pewnego dystansu: zaraz obok znajduje się duża, przeszklona biblioteka, z której można cyknąć całkiem ładne ujęcia i zaznać trochę ciszy.

Chyba nigdy nie przestanie mnie dziwić ogólne zamiłowanie do kiczu na jarmarkach – nawet nie chodzi o towar, a o samo przystrojenie budek. Tu jakiś plastikowy Mikołaj, który wyglądał jak wyciągnięty z szafy mojej babci dwadzieścia lat temu, tu figurki kucharczyków, które ruszały się jak zepsute zabawki w antykwariacie z „Toy Story 4”… z lekka przerażające. Jedyna rzecz, która dość mnie zaintrygowała, bo nie widziałam jej nigdzie wcześniej, to gigantyczny kalendarz adwentowy. Można było otworzyć drzwiczki z każdym numerem, ale chyba nie muszę ukrywać, jakiego doznałam rozczarowania, gdy okazało się, że w środku nie ma jedzenia, tylko stare figurki do oglądania…

Zbiórkę, żeby zebrać się do kupy, organizowaliśmy zawsze przy budce Curry am Schloss, gdzie Nata, Ola i Wiktor wyczaili najtańsze grzane wino na całym jarmarku (2 euro), które nie wymagało płacenia kaucji za kubek. To więc nie bajka dla tych, którzy chcą mieć pamiątkę, ale za to dla tych, którzy potrzebują nieco ciepła. Smaczne, dobrze doprawione, dość mocne, a i można wybrać, czy woli się czerwone, czy białe. Jeśli jednak nie mamy typowych jarmarcznych kubków, to co? A no styropianowe kubeczki z bałwankiem, które nam chyba nie robiły żadnej różnicy.

Ostatnie dwie godziny zrobiliśmy jeszcze nocny spacer po mieście, trafiliśmy na jarmark średniowieczny, wróciliśmy na Augustusmarkt nocą i na tarasy Bruhla, z których dostrzegliśmy kolejne oświetlone budki. Nikt z nas nie miał już jednak ani siły, ani ochoty schodzić na dół, więc ostatnie chwile w Dreźnie spędziliśmy na rozmowach ze śpiewem ulicznego artysty w tle. Czy pojechalibyśmy jeszcze raz? Pewnie tak, tylko może tym razem wybierzemy inne miasto. Co do biura, nie wydaje nam się specjalnie obligatoryjne, żeby jechać z Indeksem, ale prawdopodobnie wygra ten, kto zaoferuje najlepszą cenę. Może takie jednodniowe wyjazdy staną się naszą tradycją, kto wie? To na pewno bardzo miłe urozmaicenie krótkich grudniowych dni i okazja do tego, żeby spędzić wśród przyjaciół ostatnie chwile przed świąteczną gorączką. Można nacieszyć oczy, uskutecznić miejski trekking i nagromadzić trochę wspomnień za kwotę, która wydaje się dość przystępna w okresie wielu wydatków. Zainteresowanych za rok zapraszamy z nami! 😀

W tym miejscu chciałabym podziękować tym, którzy pojechali razem ze mną, za sprawną organizację i świetnie spędzony czas. Dodatkowe podziękowania dla Igora, który dbał o uwiecznienie tych chwil z jeszcze większym natężeniem niż ja – to dzięki niemu powstały wszystkie nasze grupowe zdjęcia i mimo że po 30-stym z kolei każdy był zmęczony, to cudownie móc je oglądać! ❤

Islandia cz.4 – czyli pierwsze cuda, rozczarowania, jak uniknąć mandatów i dotrzeć ledwie żywym na północ kraju

Informacje ogólne: To już czwarta część naszej relacji z Islandii, więc jeśli trafiłeś tu dopiero teraz, to nic nie szkodzi, zapraszam do czytania (może tylko tego wpisu, a może także poprzednich). Poniższy skupi się na wodospadach w zachodniej części wyspy, będzie też parę słów o płatnych tunelach i wstęp do rejsu z wielorybami. Zapraszam:

Wodospady Hraunfossar i Barnafoss

Pierwszym takim przyrodniczym cudem, który utkwił nam w pamięci po przyjeździe na Islandię, były dwa wodospady położone w bliskim sąsiedztwie (współrzędne geograficzne, jeśli chodzi o dobre parkowanie: 64°42’06.2″N 20°58’44.5″W). Oczywiście trzeba później przejść na piechotę 300-400 m, auto bardzo rzadko zostawia się przy samej atrakcji – czasami odległość wynosi nawet 1,5 km albo więcej (pod górę, niezliczoną ilością schodów itd.), żeby dotrzeć do tego, po co właściwie przyjechaliśmy. To naszym zdaniem przy okazji długiego podróżowania samochodem jest akurat jak najbardziej wskazane; odrobina ruchu, rozruszanie kości, no bo w końcu nie jechaliśmy na wakacje z zamiarem lenistwa.

Na miejscu możemy zobaczyć coś na wzór pieszej trasy wyznaczonej przez rozwieszone sznury. My się ich trzymaliśmy, ale co bardziej zapalczywi fotografowie (albo po prostu Azjaci) obierali własny szlak po skałach, tuż przy samej wodzie, czego raczej Wam nie polecam robić, jeśli w razie czego nie chcecie mieć nieprzyjemności. Szliśmy od takiej strony, że najpierw ujrzeliśmy Hraunfossar, a dopiero później Barnafoss. Ciężko nawet przyrównać do siebie te dwa wodospady, bo wyglądały zupełnie inaczej i robiły odmienne wrażenie, ale nawet z perspektywy czasu wydaje mi się, że Hraunfossar nie tylko podobał mi się bardziej, co nawet był moim ulubionym spośród wszystkich zobaczonych później. Powiedziałabym, że to taka seria mniejszych wodospadów rozciągająca się na bardzo dużą szerokość. Patrząc na to, ma się wrażenie, że w miejscach, w których popękała skała, płyną strumienie łez. 

Na szlaku co chwilę znajdują się platformy, gdzie można stanąć, wychylić się i zrobić co ładniejsze zdjęcia. Idąc dalej, dochodzimy do Barnafoss, który jest znacznie węższy. Woda z niego spływa do wąwozu z bardzo dużą prędkością, dlatego można zaobserwować nawet nie tyle, że się pieni, ale wydaje się wręcz biała, co kontrastuje z błękitną siostrą na zdjęciach powyżej. 

Po całym obchodzie na bardziej zmarzniętych i zmęczonych czeka bar/restauracja tuż przy samym wejściu na ścieżkę. W środku można zamówić kawę czy czekoladę, no i co ważne – skorzystać z toalety!

Wioska Reykholt

Chciałabym powiedzieć, że spędziliśmy tam nieco czasu, jednak już wtedy wyglądaliśmy z nim krucho, zwłaszcza że nadłożyliśmy drogi, udając się do Reykholtu, który uchodzi za jedno z ważniejszych kulturowych miejsc na Islandii. Urodził się tam Snorri Sturluson, jeden z istotniejszych pisarzy tego kraju, ale poza jego pomnikiem i urokliwym kościółkiem nic nas specjalnie nie urzekło. Z początku miałam wrażenie, że musimy podjechać dalej, żeby coś zobaczyć, ale szybko doszliśmy do wniosku, że dwie krzyżujące się ze sobą uliczki to wszystko, co mieliśmy ujrzeć. Do tej pory chce mi się śmiać, kiedy pomyślę o komentarzu Maćka, gdy ujrzeliśmy niewielki cmentarz ze zdjęcia poniżej: „O, spójrz. Tu pochowano wszystkich mieszkańców Reykholtu, którzy mieszkali w nim w ciągu ostatnich 1000 lat”.

Uczcie się na naszych błędach

Jak już wcześniej wspominałam, nie mieliśmy papierowej mapy, więc kiedy tylko wyjechaliśmy z tej miejscowości, nawigacja skierowała nas na “najszybszą” drogę, która co prawda miała ograniczenie prędkości do 80 km/h, ale my poruszaliśmy się tam 20-26 km/h w porywach. To było nasze pierwsze zetknięcie się ze żwirową drogą – zupełne pustkowie, prawie żadnego auta po drodze, a jak już się jakieś trafiło, to zjeżdżaliśmy na bok, bo mieliśmy wrażenie, że gdyby kierowca mógł, to za nasze ślimaczenie się po prostu zabiłby nas wzrokiem. Musicie jednak wierzyć na słowo, że chrzęst drobnych kamyczków uderzających w podwozie i odbijających się od boków auta był naprawdę przeszywający. Prawie tak jak głos faceta z wypożyczalni, który mówił “12 tys. euro za zniszczenia dokonane na samochodzie”. 

Straciliśmy na tamtej drodze jakieś 40 minut, po prostu ze strachu i stresu. Potem zresztą nie było dużo lepiej, więc zadzwoniłam na nasz przyszły nocleg z prośbą, by właściciel zostawił nam klucze do pokoju na recepcji. Taka sytuacja zdarzyła nam się trzy razy, ale nigdy nikt nam nie odmówił, mimo że wiązało się to z tym, że pracownicy nie zapiszą np. numeru naszej karty kredytowej. Tej nocy dostaliśmy nawet liścik ze wszystkimi informacjami dotyczącymi śniadania, pokoju i tak dalej, więc to był naprawdę przyjemny gest ze strony pracowników Eldá Guesthouse, mimo że ledwie umieliśmy to wszystko przeczytać, tak nam się oczy kleiły ze zmęczenia. 

Wspomnienie tej i następnej nocy nie jawią nam się jakoś specjalnie kolorowo. Spędziliśmy wiele godzin w aucie, ale wbrew pozorom też sporo chodziliśmy, więc brakowało nam chwili na odpoczynek. Psychicznie też ciążyła na nas coraz większa presja, jako że z samego rana musieliśmy z Myvatn wrócić do Husaviku (około 56 km) i zdążyć na godzinę 9:45, by wypłynąć w rejs z wielorybami. Im dalej, tym robiło się gorzej, także jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że zmierzchało. Za dnia można skupić uwagę na niezwykłych krajobrazach, wymieniać się opiniami, wypatrywać zwierząt. W nocy zobaczenie czegokolwiek graniczy niemalże z cudem. Oczywiście liczyliśmy, że dopisze nam szczęście i zobaczymy zorzę, ale niebo było bezchmurne jedynie raz w ciągu całego naszego wyjazdu, a i wtedy się nie udało. Jedynym urozmaiceniem okazały się tunele – większe, mniejsze, które to właśnie okazały się naszą największą gafą na tym wyjeździe.

Vadlaheidi Tunnel – płatny tunel w pobliżu Akureyri

Od samego początku, nawet będąc w wypożyczalni, każdy powtarzał nam, że na północy Islandii, w pobliżu Akureyri, znajduje się płatny tunel, przez który można przejechać i zaoszczędzić kilkudziesięciu kilometrów, albo ominąć go i udać się darmową drogą na około. Wiecie, było już po 22:00, więc zgodnie stwierdziliśmy, że możemy zapłacić, bo liczyła się dosłownie każda minuta. Tyle że tunele się skończyły, a my nie zapłaciliśmy nic. Nie, żebyśmy jakoś specjalnie rozpaczali z tego powodu, ale wydawało nam się to dziwne, że na miejscu nie natknęliśmy się na punkt poboru opłat, jakieś szlabany, budki czy cokolwiek innego. Uprzedzając Wasze pytania: nie pojechaliśmy przypadkowo objazdem, Vadlaheidi Tunnel jak najbardziej okazał się płatny, tyle że opłatę uiszcza się internetowo. Trzeba to zrobić w ciągu trzech godzin od przejechania tą trasą, w innym wypadku naliczana jest dodatkowa opłata za każdorazowy przejazd tą drogą.

Cóż, całe szczęście, że robiliśmy obwodnicę i tamtędy nie wracaliśmy, chociaż tym mogliśmy się pocieszać. Przyznaję jednak, że moment otrzymania niespodziewanego maila ze strony wypożyczalni w ostatni dzień naszej podróży był dla mnie jednym z bardziej emocjonujących podczas całego wyjazdu. Jestem pewna, że pobladłam jak ściana, podczas kiedy Maciek śpiewał właśnie kolejną piosenkę w cebula-carze. Jako że siedział ze kierownicą i stresował się już samym faktem zdania samochodu, postanowiłam nie odzywać się tak długo, aż obliczę w głowie wszystkie koszty, które miały nam się obnażyć. O dziwo nie okazało się tak tragicznie, jak z początku myślałam. Podstawowy koszt przejazdu przez Vadlaheidi Tunnel to około 50 zł, do tego mandat w wysokości 85 zł. Gdy podzieliło się to na dwa, aż można było odetchnąć z ulgą, jeśli przed oczami miało się już jakieś tysiąc złotych.

Jak to się właściwie stało, że tego nie dopilnowaliśmy? Naszym błędem było przyjęcie typowych zachodnioeuropejskich standardów dla Islandii. Nie doczytaliśmy o tym, bo wydawało nam się oczywiste, że płaci się na miejscu. Nie dawało nam to spokoju, więc trochę poszperaliśmy w internecie i okazało się… że tabliczka z informacją o opłatach rzeczywiście stoi przy tunelu, ale o 22.16 (dzięki mandatowi przynajmniej znam dokładną godzinę), było już tak ciemno, że nawet nie było jej widać. Naprawdę, ciemność na Islandii jest bardzo dojmująca, zwłaszcza jeśli przejeżdża się pomiędzy dwoma wzniesieniami – wokół jest dosłownie czarno, żadnych świateł, nie ma gwiazd i widać tylko to, co znajduje się kilka metrów przed maską auta.

Islandia a jazda nocą

Takie warunki wzbudzają dyskomfort, nawet jeśli zdajesz sobie sprawę, że Islandia to jeden z krajów o najmniejszym odsetku przestępczości. Jadąc nocą i napotykając samotny dom na środku odludzia, gdzie paliła się jakaś pojedyncza żarówka, mieliśmy wrażenie, że mieszka tam ktoś, kto zupełnie postradał zmysły. Pamiętam, jak zgodnie stwierdziliśmy wtedy, że żyjąc w taki sposób, spalibyśmy ze strzelbą pod poduszką i budzili się z przerażeniem na każde skrzypnięcie drzwi czy okiennic. To był też powód, dla którego nie zatrzymaliśmy się na poboczu i po prostu nie zdrzemnęliśmy na chwilę.

Maciek co rusz wyganiał mnie do spania, bo myślę, że widział, jak walczę ze snem, mimo że w tle głośno grała muzyka i staraliśmy się podtrzymać konwersację. Ciągle powtarzał, że to był długi dzień, że mam okres, że przecież brzuch mnie boli i mam iść spać. Trochę nasz brak siły był też spowodowany właśnie tym, że nie jedliśmy (ten i następny dzień opierał się na diecie: nażryj się na śniadanie do granic możliwości i wieczorem oszukaj głód chińską zupką zapitą gorącym kubkiem). Wiedziałam, że na kierowcę jeszcze bardziej usypiająco działa śpiący pasażer na siedzeniu obok, poza tym trzymało się mnie poczucie solidarności. Maciek jednak cały dzień prowadził, a znam jego charakter i wiedziałam, że nie przyzna, że nie da rady, więc zostawianie go bez nadzoru wydawało mi się skrajną nieodpowiedzialnością. Męczyliśmy się przynajmniej we dwoje.

Nie wiem, która droga przysparzała nam o tej porze więcej problemów. W dzień podróżowanie „1” stanowiło luksus, ale po ciemku stawało się strasznie monotonne. Prosta droga, nie ma zbyt wielu zakrętów, nie wymaga dużego skupienia. W asfalcie raczej nie pojawiają się dziury, znaki są niemalże niepotrzebne, obecność innych aut znikoma, nie widać dosłownie niczego, na czym można skupić uwagę. Pamiętam, że jadąc w stronę Paryża, na autostradzie panowała podobna stagnacja, jako że wokół oprócz pól niewiele dało się zobaczyć. Tam jednak na poboczach ustawiano na przemian kolorowe kule, trójkąty, kwadraty i tak dalej, żeby urozmaicić jazdę kierowcy. Na „1” nie było o tym mowy, oczy mimowolnie zamykały się z braku zajęcia.

Rozbudzenie przychodziło zawsze w przypadku dróg takich jak „99”, którą podróżowaliśmy następnego dnia w kierunku Höfn. To z pewnością jedno z moich gorszych wspomnień, jeśli chodzi o cały wyjazd. Rozbudziliśmy się niemal natychmiastowo, kiedy auto wjechało na żwirową powierzchnię pokrytą spękaniami, dołami i czymkolwiek tylko się dało. Nasza Kia niespecjalnie miała ochotę hamować przy spadkach i podjeżdżać pod wysokie wzniesienia, zza których nie dało się zobaczyć dosłownie niczego. Nawet nie byliśmy pewni, w którą stronę należy skręcić, gdy już ujrzymy dalszą część nawierzchni, ani czy ktoś nie nadjedzie z naprzeciwka. Dźwięk obijających się o auto kamyczków i kamieni spędzał sen z powiek, pojawiał się stres. Nawigacja pokazywała jeszcze kilkadziesiąt kilometrów drogą, której nie sposób ominąć, czas podróży ciągle się wydłużał, nocleg wydawał się jeszcze bardziej odległy, a my autentycznie zastanawialiśmy się, jakim cudem dojedziemy na miejsce. W takich momentach czuliśmy straszne zmęczenie psychiczne, a kiedy wyjeżdżaliśmy na prostą drogę, razem z ulgą przychodziło wyczerpanie fizyczne.

Myśląc o tym dniu, najbardziej żałuję, że zabrakło nam czasu na wodospad Godafoss. Generalnie zachodnia część Islandii pozostała dla nas w dużym stopniu nieodkryta. Pocieszające wydaje się jednak, że mamy tym więcej motywacji, żeby wrócić i spróbować jeszcze raz, tym razem z lepszym efektem. Do Akureyri dotarliśmy około godziny 23.00. Jedno z bardziej pokaźnych miast w kraju, które my zobaczyliśmy jedynie przejazdem, zaliczając stację benzynową jako cały postój. W porządku, wyglądało ładnie, kiedy obserwowaliśmy je z daleka jako jeden z niewielu punktów oświetlonych setkami świateł, jednak czuliśmy żal. Zostawiając je za sobą, usłyszałam tylko głos Maćka: „Nie no, Akureyri piękne jak ja pierdole” i zaczęłam się śmiać, choć tak naprawdę był to raczej śmiech przez łzy.

Z nas dwójki to on jest osobą, której w większym stopniu humor nie opuszcza nawet w złych sytuacjach. Rzucał żarty, nie awanturował się, nie miał pretensji. Ja byłam od tego, żeby podnieść go na duchu. Pamiętam, jak tego albo następnego dnia przegapiliśmy zjazd, a po samochodzie rozniosły się ciche i zrezygnowane kurwy. Wtedy to ja się spinałam, kładłam mu dłoń na ramieniu i mówiłam, że to nic – zawrócimy, będzie po problemie, no zdarza się, zwłaszcza kiedy musisz skręcić niespodziewanie po 50 km. Pamiętam, że usłyszałam wtedy, że jestem dobrym pasażerem; takim, który umie zadbać o picie i jedzenie (zwłaszcza w końcowych dniach), muzykę, dobrą atmosferę, który zdzieli po ramieniu, gdy przysypiasz, i nie drze ryja, gdy coś pójdzie nie tak. Kto mnie zna, ten wie, że z tym darciem ryja to może nie do końca prawda, ale w takich chwilach potrafię być naprawdę spokojna. Wiedziałam, że Maciek jest zmęczony, a ostatnim, czego chciałam, to żebyśmy skoczyli sobie do gardeł. Jechał już tyle czasu, że było mi go szkoda i przez cały wieczór powtarzałam, że jestem mu bardzo wdzięczna i świetnie sobie poradził. To nie przeszkodziło mi jednak popłakać się ze śmiechu przed snem, kiedy zobaczyłam, co zrobił.

Nocleg w Elda Guesthouse

Nocleg w Mýatn był rozbity na kilka sypialnianych domków. Chwilę zajęło nam, by po ciemku znaleźć recepcję i odebrać swoje klucze. Wokół panowała straszna cisza i było tak zimno… Temperatura spadła, zaczął lać deszcz, a my ze zmęczenia też już nie czuliśmy wszystkiego tak, jak powinniśmy. Miałam problem, żeby w ogóle poradzić sobie z otworzeniem zamka, ale w końcu się udało: ukazał się nam skromny pokoik z dwoma łóżkami.

Zdjęcie niestety z Bookinga, bo na nasze było za ciemno :c

Mimo że była północ, poszliśmy zagotować wodę na zupki, a z dwóch pokojów obok (nie równocześnie, ale po upływie jakiegoś czasu) wychylili się Azjaci. Ich zresztą widzieliśmy najczęściej podczas całej naszej podróży, ale każdy z nich miał zupełnie inne nastawienie, podobnie jak ci tam. Jeden wyszedł do nas w samym szlafroku albo ręczniku, dokładnie już nie pamiętam. W każdym razie wyglądał, jakby przed chwilą dobrze bawił się z dziewczyną i to wprawiło go w na tyle dobry nastrój, że przywitał się z nami i na chwilę zagadał. Drugi z kolei wyjrzał na nas oczami małymi jak główki szpilki, zaspany jak niedźwiedź po zimowym śnie i nie kwapił się żadnym „cześć, co słychać?”. Pomarudził tylko chwilę, że jesteśmy strasznie głośno, mimo że staraliśmy się nie oddychać, i wrócił do pokoju.

Po zjedzeniu naszej wieczornej dawki chemii, ułożyliśmy się do snu – mnie zajęło to krócej, już niemalże przysypiałam, kiedy Maciek zgasił światło i udał się w stronę łóżka, przy którym zalegała nasza torba. Przysięgam, patrząc na niego, byłam pewna, że się o nią potknął, bo wyciągnął rękę i runął jak długi na ziemię. Kiedy to zobaczyłam, najpierw poczułam dezorientację, a zaraz potem dostałam napadu śmiechu, gdy uświadomił mnie, co właśnie zrobił. Położył jedną dłoń na materacu i myślał, że dotarł na miejsce. Nie zrobił kroku w przód, nie starał się nawet usiąść, po prostu uwalił się całym swoim ciężarem na ziemię, myśląc, że jest w łóżku. Dalej chce mi się śmiać, kiedy przypomnę sobie huk, a potem jego zawodzenie. Wreszcie przydarzyło się coś, co zdołało mnie rozbudzić – szkoda tylko, że tak późno.

Rano przeszliśmy na śniadanie do odpowiedniego budynku, a kiedy tylko wyszliśmy na zewnątrz, zaniemówiliśmy. Rozejrzeliśmy się wokół i ledwie chciało nam się wierzyć, że to dokładnie to samo ciemne i ponure miejsce, do którego przyjechaliśmy poprzedniego dnia. Widoki były po prostu przepiękne: góry, woda, mnóstwo kolorów. Znów wstąpiła w nas pozytywna energia, zwłaszcza gdy ujrzeliśmy śniadanie. Prezentowało się dużo skromniej niż w stolicy, kuchnia była raczej ciasna i z trudem mieściło się tam naraz kilka osób, ale i tak najedliśmy się do granic możliwości: naleśniki, parówki, jajecznica, banany, kawa, czekolada, herbata, nałożyliśmy to wszystko i jeszcze dokładkę.

Gentle Giants – Rejs z wielorybami

Około 8.40 zawróciliśmy w kierunku Husaviku. Ubraliśmy się najcieplej, jak tylko mogliśmy, i ruszyliśmy na rejs z wielorybami. Na miejscu mieliśmy rozpoznać charakterystyczne niebieskie flagi i rzeczywiście nie było większego problemu ze znalezieniem ich. Odwiedzających zjechało się jednak naprawdę dużo i zajęcie bliskiego miejsca do parkowania graniczyło niemalże z cudem. Wysiadłam więc z auta, zostawiając tę kwestię Maćkowi, a sama poszłam zgłosić nasze przybycie Gentle Giants, czyli firmie, która odpowiadała za nasze wypłynięcie (jeśli interesują Was koszty takiej wyprawy, to wszystko podliczyłam w części 1). Zeszliśmy bliżej wody, a w nozdrza uderzył nas nieprzyjemny zapach zgniłych ryb. Odnaleźliśmy naszą łódkę i ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że jest jeszcze mniejsza, niż to sobie wyobrażaliśmy. Na pokładzie mieściło się około dwudziestu osób + przewodnik.

Pierwszą rzeczą, którą zrobiliśmy, to upodobniliśmy się do siebie. Oboje dostaliśmy specjalne kapoki, a także skafander zawierający w komplecie dodatkową pelerynę przeciwdeszczową. Dosyć mnie to dziwiło, raczej odniosłam wrażenie, że ma nas to ochronić przed zimnem niż przed wodą, mimo że tego dnia pogoda trafiła się naprawdę ładna. Nie zmieniało to faktu, że ocean okazał się mocno wzburzony, więc nasza łódka bujała się i na pokład, wbrew mojemu mylnemu wrażeniu, wlewało się mnóstwo wody. Fale rozbryzgiwały się co chwilę, opryskując wszystkich wokół i już po kilkunastu minutach czułam, że mam przemoczone rękawiczki, a buzia marznie mi od wiatru i wilgoci.

Poruszanie się w naszym nowym stroju wcale nie było takie łatwe. Dostałam najmniejszy rozmiar skafandra, ale już po założeniu spodni nogawki przykryły mi całe buty i generalnie deptałam po nich przez większość czasu. Cały ten ekwipunek okazał się dosyć ciężki i krępujący ruchy, ale to nie przeszkadzało nam we wdrapywaniu się na drewnianą ławeczkę pośrodku łódki. To był jeden z tych razów, kiedy niezwykle się cieszyłam, że obok nas siedzieli praktycznie sami Azjaci. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że każdy Polak zabiłby śmiechem nasze „wodoodporne pokrowce” na telefony. W rzeczywistości nie mieliśmy niczego takiego, jakoś wyleciało nam z głowy, by się w nie zaopatrzyć. Wpadliśmy jednak na błyskotliwy pomysł i stwierdziliśmy, że w tej roli świetnie sprawdzą się nasze samolotowe kosmetyczki. Brzmi to absurdalnie, a jednak zadziałało: nawet świetnie robiło się przez nie zdjęcia, sami zobaczcie.

Jak widzicie – potrzeba matką wynalazków. Może jednak nie róbcie tego co my z rozmysłem, bo do teraz zastanawiamy się, jak bardzo wyśmialiby nas rodacy, jakby zobaczyli dość duży napis KOSMETYCZKA MAŁA na naszych wodoodpornych pokrowcach. Śmiechom jednak nie było końca, zwłaszcza gdy ujrzałam, co Maciek ma wymalowane na piersi. Każdy pokrowiec oznaczano rozmiarem na jego zewnętrznej części, co prezentowało się dość komicznie, zwłaszcza w przypadku mężczyzn. Mój komentarz? „Chodź, Maciek, założymy ci Tindera, z taką reklamą żadna się nie oprze”.

Skafander – jest, kosmetyczka mała – jest, wszyscy – są: więc ruszamy. Jeśli jesteś ciekawy, jak wyglądał cały rejs, czy udało nam się cyknąć fotkę wielorybom i co miłego spotkało nas na łodzi, to wszystko pojawi się w kolejnej części podróży, więc nie przegap! A ja tymczasem zapraszam na mój fanpage, a także Instagrama; linki znajdziecie na górze po prawej. Bądź na bieżąco 😀