Macedonia – polecane mieszkania i dlaczego warto organizować pobyty długoterminowe z Airbnb

Decydując się na konkretną formę wypoczynku, każdy z nas kieruje się innymi wartościami i to właśnie od nich zależy, czy wybierzemy hotel, kemping, schronisko, kapsuły czy jeszcze coś innego. Dla nas w przypadku ponad miesięcznego wyjazdu liczyła się przede wszystkim stosunkowa dobra jakość zakwaterowania w odniesieniu do ceny. Chcieliśmy, żeby czas spędzony w Macedonii kosztował nas mniej więcej tyle, ile wydalibyśmy w Polsce i pod względem mieszkania udało się to bez problemu. Zdecydowaliśmy się na Airbnb, dokładnie jak rok temu, i z tej usługi skorzystaliśmy aż trzy razy podczas pobytu. W czym przodowała nad innymi opcjami? Jakie korzyści przynosi pobyt długoterminowy organizowany w ten sposób? Ile to właściwie wyniosło? O tym i nie tylko będzie właśnie ten wpis. Zapraszam na:

INFORMACJE OGÓLNE

Pierwszy najem podczas wyjazdu przypadł na Warszawę, jako że nie mieszkamy w stolicy, a lot mieliśmy o 10.00 rano. Zdecydowaliśmy się na nocleg, żeby następnego dnia zjeść po ludzku śniadanie i bez pośpiechu przejść odprawę na lotnisku. Dodatkowym argumentem był brak sensownych połączeń kolejowych o wczesnorannych godzinach. Zarywalibyśmy noc, a na miejscu bylibyśmy albo za późno, albo o wiele za wcześnie. Do tego dochodziła obawa przed spóźnieniami PKP, które, jak wiemy, do rzadkich nie należą (zabawne, bo ten fragment piszę w pociągu opóźnionym o 80 minut). Jak się okazało – bardzo słusznie! Do stolicy dojeżdżaliśmy z przesiadką, bo ze względu na ograniczoną restrykcjami ilość miejsc w pociągu nie mogliśmy kupić biletu na inne połączenie. To była akurat nasza wina, bo w tygodniu poprzedzającym wyjazd działo się tyle, że nie mieliśmy chwili, żeby dokonać wcześniejszej rezerwacji. W każdym razie kupiliśmy takie bilety, żeby na pewno na tę przesiadkę zdążyć – mieliśmy ok. 40 minut czasu wolnego. W momencie jednak, kiedy weszliśmy na peron, ujrzeliśmy to:

Tego dnia większość pociągów jechała spóźniona – większość, ale nie nasz przesiadkowy, więc już przed rozpoczęciem podróży wiedzieliśmy, że na niego nie zdążymy. Zgłosiliśmy się do konduktora i na szczęście pociąg do Warszawy zaczekał na nas kilka minut, a biegliśmy do niego z tak wyładowaną torbą, że stanowiło to niemałe wyzwanie. Wspominam tę wyprawę jednak z dużą dozą radości. Natrafiliśmy w przedziale na dwójkę przesympatycznych ludzi – Andrzeja i Tatianę. Nie podróżowali razem, nas wszystkich dzieliła pewna różnica wieku, a mimo tego wywiązał się dialog i cała czwórka mówiła o… podróżach! Rozmowa kleiła się na tyle dobrze, że nie odczuliśmy, jak szybko upłynął czas. Mam nadzieję, że jeśli to czytacie, macie podobne zdanie. 😉

POKÓJ BLISKO LOTNISKA W WARSZAWIE – CENA, JAKOŚĆ

W końcu około godz. 23.00 dotarliśmy do mieszkania, które idealnie spełniało nasze oczekiwania. Miało wystarczyć na niecałe pół dnia, zapewniać miejsce do wygodnego odpoczynku i być czyste, no bo czego innego oczekiwać po miejscu, w którym pozostaje się tak krótko? Wynajem przez Airbnb sprawdził się lepiej niż np. Booking zwłaszcza pod względem cen. Poza sezonem za wybrane mieszkanie (w zasadzie bardziej pokój) zapłaciliśmy 69 zł za naszą dwójkę. Teraz cena wzrosła powyżej 100 zł, ale wtedy to była świetna okazja jak na stolicę. Pokoik malutki, ale mogły w nim spać aż trzy osoby – łóżka składały się do góry tak, że były zamykane w szafie; jedno dwuosobowe i jedna jedynka. Miejsca nie mieliśmy zbyt wiele, ale też w zasadzie po co? Dostaliśmy nawet filiżanki i herbatę do śniadania, co jak na tak tymczasowe miejsce do spania było naprawdę fajnym gestem ze strony właścicielki Agnieszki. Forma zakwaterowania też bardzo wygodna, bo każdy melduje się sam. W korytarzu na ścianie zawieszone jest kilka sejfów z kluczami, dostajemy kod i odbieramy swój. Dzięki temu pora naszego wejścia i wyjścia nie była dla nikogo utrapieniem. Z okien rozciąga się widok na miasto, widać też startujące samoloty. Śpi się przy szybie, więc po ciemku te wszystkie światła wyglądają nawet ładnie. W mieszkaniu jest ogólnodostępna kuchnia, ale nie korzystaliśmy z niej, także w kwestii wyposażenia i standardu się nie wypowiem. Informacje takie jak mapka, adres, kody itd. dostaliśmy już wcześniej.  Polecamy to miejsce właśnie na takie chwilowe przystanki przed lotem. Tutaj link dla zainteresowanych oraz zdjęcia zamieszczone przez hosta: https://www.airbnb.pl/rooms/24423472?source_impression_id=p3_1624288840_WXUf76jq9i1vkqFE

SKOPJE CZY OCHRYDA?

Drugi wynajem pochłonął więcej naszej energii i czasu. Mieliśmy dylemat, gdzie spędzić większość wyjazdu – w Skopje czy w Ochrydzie. Skopje zachęcało nas dobrym dojazdem właściwie w każdy kąt Macedonii. Ochryda z kolei leży nad samym jeziorem. Skopje jest gorętsze ze względu na wszechobecny beton, a my lubimy ciepło. W Ochrydzie występują wahania pogody, jest chłodniej, ale widoki ośnieżonych gór i ludzi wylegujących się na plażach wydawały się wspaniałe. Ostatecznie więc wybraliśmy Ochrydę i postawiliśmy na relaks po pracy, kiedy już nie będziemy mogli zwiedzać i oddamy wypożyczone auto. I wiecie, co Wam powiem? W Ochrydzie spędziliśmy ponad 4 tygodnie i autentycznie nie mogłam powstrzymać się od płaczu, wracając stamtąd. A ze Skopje…? Już troszkę na ten powrót czekaliśmy, bo betonowa dżungla to nie miejsce, gdzie wypoczywamy najlepiej. O samych miastach opowiem więcej w następnych postach, tu już jednak zaznaczę: gdy będziecie mieć podobny dylemat, bez zastanowienia obstawcie jezioro!

ZALETY KORZYSTANIA Z AIRBNB

Dlaczego nie podzieliliśmy wyjazdu na pół (2 tyg. Ochryda i 2 tyg. Skopje)? Właśnie dlatego, że wyjeżdżając na pobyt o długości przynajmniej 4 tygodni, na Airbnb przysługują nam duże zniżki, których na innych stronach się nie doszukałam. Sięgają nawet 20-50%, dzięki czemu możemy pozwolić sobie nie tylko na sam wyjazd, ale także na wyższy standard pobytu. W Ochrydzie oferta mieszkaniowa na Airbnb nie jest tak bogata i urozmaicona jak w stolicy, jednak jest w czym przebierać. W zależności od tego, co wolicie, można znaleźć coś nad samym jeziorem z dala od miasta, apartamenty przy deptaku itd. Oferty zaczynają się nawet od 1700 zł za mieszkanie na miesiąc. Dla nas, którzy przeżywają tragedie w związku z kosmicznymi cenami na rynku nieruchomości we Wrocławiu, to praktycznie niewyobrażalne. Z niższymi cenami wiązała się oczywiście niższa jakość – stare budownictwo, skromne umeblowanie, bardzo często także brak kuchni czy pralki, które dla nas były punktem obowiązkowym. Z racji nauki/pracy zdalnej zależało nam także na dobrym połączeniu internetowym. Wybraliśmy jedno z droższych mieszkań, bo urzekło nas wygodą i wystrojem. Za 34 dni pobytu zapłaciliśmy ok. 2300 zł i tym sposobem znaleźliśmy się w miejscu, które skradło nasze serca.

MIESZKANIE W OCHRYDZIE – GOSPODARZ

Naszym gospodarzem w Ochrydzie był Kristijan, który pracował kiedyś jako steward na pokładzie samolotu i generalnie wie, czego potrzeba podróżnym. To jego drugie mieszkanie, nad którym sprawuje opiekę i wydaje nam się, że to rodzinny biznes, bo udział w nim biorą zarówno dziewczyna, jak i mama mężczyzny. Jest naprawdę fajnym, nienarzucającym się hostem – z chęcią pomógł albo udzielił wskazówek, ale tylko w kwestiach, w których tego potrzebowaliśmy. Wskazał nam np. piaszczystą plażę lokalsów, gdzie prawie nie ma ludzi i pomógł z odnalezieniem mieszkania. Nie dotarliśmy do niego od razu, bo przez cały pobyt posługiwaliśmy się mapami offline i posiadaliśmy tylko przybliżony adres. Wyobraźcie sobie, że Kristijan przerwał pracę i wyszedł szukać nas na ulicę, byle nam pomóc. To było tak miłe, że zrobiło nam się aż głupio, naprawdę. Bardzo pomógł też w kwestii zameldowania na policji.

REJESTRACJA NA POLICJI – WYMÓG MACEDONII

Przybywając na terytorium Macedonii należy zarejestrować pobyt na najbliższym posterunku policji. Dostajemy krótki formularz, gdzie uzupełniamy swoje dane i odpowiadamy na pytania, czy już kiedyś byliśmy w Macedonii, w którym roku itd. Na takim dokumencie stawia się parafkę, która upoważnia nas do opuszczenia kraju. Jeśli tego nie zrobimy, a ktoś na granicy czy lotnisku poprosi nas o dowód zameldowania, to możemy mieć z tego względu różne problemy np. w postaci grzywny o wysokości ponad 2 tys. zł. Mówi się, że obowiązek meldunku spoczywa na hotelu albo gospodarzu, który przyjmuje Was w swoje progi. Kruczek jest jednak taki, że jeśli my tego nie dopilnujemy, toteż my ponosimy konsekwencje, więc warto się o to upominać. Niektórzy gospodarze zwłaszcza przy pobytach krótkoterminowych to olewają, bo „prawie nikt takich papierów nie sprawdza” i to prawda, ale sami zadajcie sobie pytanie, czy chcecie być w grupie tych „prawie”.

MIESZKANIE W OCHRYDZIE – OPIS, OPINIA

Mieszkanie w Ochrydzie (Stephanie Blue Apartment) jest urządzone naprawdę stylowo i ze smakiem – do tego stopnia, że właściwie moglibyśmy mieszkać w podobnym w Polsce. Całość jest utrzymana w kolorze białym i błękitnym, jest wiele obrazów, sztucznych roślin czy kolorystycznie dobranych elementów, ale nie odczuwa się wrażenia przepychu. Łazienka wydaje się jedną z ładniejszych, jakie udało nam się zaobserwować na zdjęciach z Airbnb – co prawda to wciąż kilka(naście) lat wstecz w porównaniu do Polski, ale jest czysto, jest też pralka i suszarka (choć na nasz przyjazd akurat się zepsuła). Nie stanowiło to dla nas dużego problemu, chociaż trzeba przyznać, że pranie na balkonie schnie dość opornie, bo prawie nigdy nie ma na nim słońca. Mimo wszystko uwielbialiśmy jeść na nim obiady i zapijać je lokalnym winem – o poranku to także ukochane miejsce Szymona na kawę.

Kuchnia jest wyposażona na tyle dobrze, że znajdziecie tam nawet korkociąg do wina, o czym gospodarze często zapominają. Brakuje jednak porządnych ostrych noży i jednej szafki na większe naczynia. Z braku laku trzyma się je pod zlewem. Pod zlewem? W takim razie gdzie jest śmietnik? A no na balkonie, co niby jest fajną opcją, bo nie uświadczymy nieprzyjemnego zapachu w domu, a jednak doskwiera to w momencie przyrządzania posiłków. Przez większość czasu mieliśmy więc dwa śmietniki, a oba tak malutkie, że zapełnialiśmy z 3-4 worki, zanim poszliśmy wyrzucić je do kontenera. Rozmiarem można przyrównać je do koszy, które my zazwyczaj mamy w łazienkach. Nie było to jednak specjalnie uporczywe. Przeszkadzały natomiast rozmiary kuchni, gdzie wymijaliśmy się z dużym trudem, a po otwarciu zmywarki nikt nie mógł się ruszyć. Tak, jest tam nawet zmywarka, piekarnik i płyta indukcyjna.

Na miejscu znajduje się światłowodowy internet (o losie, lepszy niż mieliśmy w Polsce przez ostatni rok) i klimatyzacja, której jednak nie włączyliśmy ani razu, bo cały budynek jest dość wychłodzony – aż odczuwało się ulgę, wchodząc do środka. Przysługuje nam także miejsce parkingowe (a nawet dwa) odgrodzone słupkami, które każdorazowo trzeba opuszczać. Z balkonu rozciąga się widok na zabudowania miasta, kawałek jeziora, góry oraz meczet, gdzie z minaretów kilka razy dziennie rozbrzmiewało nawoływanie do modlitwy. Dojście do deptaku zajmowało 5 minut, do jeziora kolejne tyle. Taki spacer odbywaliśmy raz, a nawet kilka razy dziennie, z początku odkrywając świetne miejsca, a później z radością do nich wracając. Lokalizacja jest genialna, mimo że ulica pod blokiem może nie zachwyca. Jest jednak coś, za co bardzo ją lubiłam – popołudniami i wieczorem zlatywały się na nią dzieciaki z wszystkich okolicznych bloków. Chłopaki grali w piłkę między autami, krzyczały, biły się, a dziewczyny zbierały się w grupki i rozmawiały. Od razu przypomniało mi się moje dzieciństwo. Tak mnie to cieszyło, że dzieci wychodzą na dwór i się bawią, bo u nas takich widoków mamy już coraz mniej. Na osiedlu znajduje się kilka małych sklepików, koło meczetu jest supermarket Tinex, a na deptaku kolejne dwa supermarkety, w tym sieciówka Ramstore (najlepiej zaopatrzona).

Jedyne, co tak naprawdę nie odpowiadało nam w mieszkaniu, to kwestie hydrauliczne. Prysznic, kiedy tylko przyjechaliśmy, już trochę przeciekał. Zgłosiliśmy to hostowi, ale wydaje mi się, że już wcześniej był tego świadomy, bo pod brodzikiem widniała wycięta dziura, jakby ktoś usiłował tam coś naprawiać. Nauczyliśmy się jednak myć tak, żeby wody nie wylewać prawie wcale i powiedzieliśmy, że wzywanie specjalisty nie ma sensu. Nie było to na tyle uciążliwe, żebyśmy chcieli poświęcać dzień wolnego na naprawę (ktoś z nas musiałby zostać w mieszkaniu). W ostatnim tygodniu wyjazdu prysznic jednak umarł i po każdej kąpieli mieliśmy w łazience bajoro, które ratował odpływ pośrodku łazienki (standardowe rozwiązanie chyba wszędzie w Macedonii). Wtedy już nie było tak super i trochę mieliśmy nerw, bo mniej więcej w tym samym czasie w kuchni nagle oberwał się syfon (co na szczęście byliśmy w stanie ogarnąć sami). Wyglądało to jednak tak, jakby zastosowano tymczasowe rozwiązania w celu zamaskowania niedoskonałości przed kimś, kto przyjedzie na max. miesiąc. Doszliśmy jednak do wniosku, że w związku z pandemią podwójna inwestycja Kristijana w nieruchomości mogła być dla niego obciążająca finansowo i stąd odwlekanie napraw czy samodzielne starania załagodzenia sprawy. Mimo całorocznego otwarcia Macedończycy mieli mniejsze obłożenie turystów niż co roku. Pobyt w tym miejscu mimo drobnych mankamentów jednak polecamy pod każdym względem – my się w Ochrydzie zakochaliśmy. Poniżej zdjęcia zamieszczone przez hosta oraz link do strony dla zainteresowanych:

MIESZKANIE W SKOPJE – GOSPODARZ

Pobyt w Skopje trwał nieco ponad cztery dni (wylatywaliśmy nad ranem) i kosztował niecałe 350 zł za nas dwoje. Gospodarzem był Risto, którego nie poznaliśmy jednak osobiście ze względu na samodzielne zameldowanie. Wszystkie informacje dotyczące kodu do skrytki na klucze, hasła do Wi-Fi itd. otrzymaliśmy odpowiednio wcześniej, host był bardzo komunikatywny i sam z siebie pisał, czy wyjazd jest aktualny lub o której będziemy na miejscu. Tutaj wynikło też drobne nieporozumienie, bo zjawiliśmy się w Veki’s Place ok. 2-3 godziny wcześniej, niż zapowiadaliśmy ze względu na zamknięcie wielu atrakcji, które tego dnia chcieliśmy odwiedzić. Okazało się, że mieszkanie nie było jeszcze posprzątane i pod naszą nieobecność, gdy wyszliśmy na miasto, Risto umył łazienkę i ogarnął temat. Szybko spostrzegliśmy cudzą obecność, gdy wróciliśmy, ale napisał nam wiadomość, że to tylko on i przeprasza, że tak to się ułożyło, bo spodziewał się nas później. Nie było to dla nas niczym oburzającym, a gospodarz zachował się profesjonalnie. Co prawda Risto jest właśnie tym typem człowieka, którego musicie popędzać z rejestracją na policji, ale pobyt u niego wspominamy całkiem dobrze.

MIESZKANIE W SKOPJE – OPIS, OPINIA

Mieszkanie jest niewielkie, właściwie taka mała kawalerka. Widać, że ma już swoje lata, bo w kuchni spotkamy się np. z farbą odchodzącą z sufitu, ale generalnie jest zadbane i czyste. Cechuje je całkiem ładny wygląd dzięki licznym dekoracjom – mieliśmy nawet identyczny obraz na ścianie jak w Ochrydzie! Internet działa bez zarzutu, jest pralka, ale brak zmywarki. Pewnie na dłuższe pobyty nie byłoby aż tak wygodnie, ale na kilkudniowe zwiedzanie stolicy lokum nadaje się w sam raz. Bez zbędnych ochów i achów, ale moglibyśmy je polecić. Znajduje się na poddaszu, więc jest w nim dość gorąco, ale klimatyzacja ratuje sytuację. Brakuje też troszkę sprzętów kuchennych, bo nie ma np. sitka do przelania makaronu, ale taka podstawa jest zapewniona. Mnie osobiście podobało się też, że produkty higieniczne i kuchenne nie są wyrzucane z mieszkania każdorazowo po gościach, dzięki czemu możemy korzystać z różnych żeli pod prysznic, kremów, przypraw, olejów czy herbaty, które sami też kupujemy zawsze, a nigdy do końca ich nie zużywamy. Jest to więc pewna oszczędność i brak marnotrawstwa.

Mieszkanie znajduje się na dość przeciętnej ulicy, ok. 10-15 min. pieszo do ścisłego centrum. Wokół jest szaro, ale takie właśnie było praktycznie całe Skopje. W pobliżu znajduje się kilka knajpek, okolica jest raczej cicha. Największą bolączką byli dla nas sąsiedzi – jeden z nich ćwiczył grę na pianinie w godzinach dopołudniowych, inny o 4:00 w nocy krzyczał tudzież prowadził bardzo głośne rozmowy telefoniczne lub przez jakiś komunikator podczas gry z kumplami. Raz, gdy wyszliśmy na korytarz, przywitał nas histeryczny płacz, ale tak straszny, że aż współczułam dziewczynie tego, co właśnie przeżywa. Jeśli jednak nie ma Was, podobnie jak nas, większość dnia w mieszkaniu, to da się na to przymknąć oko. Tutaj link dla zainteresowanych osób oraz zdjęcia zamieszczone przez hosta: https://www.airbnb.pl/rooms/28809189?source_impression_id=p3_1624386173_cSsfpHISE7UQOUa%2B

Z mojej strony to tyle – mam nadzieję, że podzieliłam się z Wami przydatnymi wskazówkami i być może zachęciłam Was do odwiedzenia hostów, którzy nas gościli. W razie jakichkolwiek pytań piszcie śmiało w komentarzu! 🙂

Jak wygląda organizowanie lotu w czasie pandemii, przesiadki na lotnisku i czy polecam linię Austrian?

Choć na wakacje każdy z nas czeka z niecierpliwością i utęsknieniem, to zawsze poprzedza je proces, który wielu podróżników męczy, innych nawet przeraża, a dla wszystkich bez wyjątków wiąże się ze stresem – planowanie. Czynności z nim związane zawsze wydają się mniejszym lub większym wyzwaniem, a już zwłaszcza, gdy decydujemy się na wyprawę w czasie pandemii, kiedy większość restrykcji nie została jeszcze zniesiona. Dziś opowiem o tym, jak przebiegała nasza organizacja miesięcznej podróży do Macedonii pod kątem wyboru lotów. Przedstawię koszty, udzielę paru wskazówek i pokażę Wam, że jeśli efektywnie zorganizujecie samodzielną podróż w takich czasach jak teraz, to poradzicie sobie już zawsze. Zapraszam na

WSTĘP I INFORMACJE OGÓLNE

Nasza wyprawa przypadła na okres 7 maj – 10 czerwca 2021 roku, jako że był to jedyny termin, kiedy mogliśmy pozwolić sobie na ponadmiesięczną przygodę. Wyboru destynacji w tamtym momencie nie było dużego, jeśli chcieliśmy zamknąć się w odpowiednim budżecie i zorganizować wszystko samodzielnie. Wahaliśmy się między Albanią i Macedonią, które niezmiennie pozostawały otwarte dla turystów, choć określenie „wahaliśmy się” jest chyba zbyt górnolotne. Albania jakoś nie za bardzo nas nie pociąga, Macedonia natomiast została przeze mnie sprawdzona podczas krótkich postojów na trasie do Grecji czy Czarnogóry, więc postawiliśmy na bezpieczeństwo i gwarancję dobrych wrażeń.

Pierwszym problemem, który stanął nam na drodze, był wybór transportu. Jeśli jesteście nastawieni na aktywne zwiedzanie, to ze swojego doświadczenia mogę polecić podróż na miejsce samochodem. Przemęczycie się tak naprawdę jeden dzień, nie poniesiecie dodatkowych kosztów wypożyczenia na miejscu i będziecie bardziej niezależni. „Ale samolotem i szybciej, i wygodniej” podacie jako argument. Czytajcie więc dalej, żeby zobaczyć, jak wygląda rzeczywistość.

Nie chcieliśmy podróżować autem z jednego względu – państwa co chwilę otwierały i zamykały granice, wprowadzały nowe zasady dotyczące tranzytu i gdybyśmy mieli sprawdzać restrykcje każdego kraju po kolei, to pewnie porzucilibyśmy pomysł wyjazdu. Nie widzieliśmy sensu w stresowaniu się podczas każdej kontroli i godziny jazdy, czy uda nam się dotrzeć, czy gdzieś zatrzymają nas na dłużej itd., więc zdecydowaliśmy się na lot. Teraz pewnie myślisz, że w ogóle nie kojarzysz lotów z Polski do Macedonii i to się zgadza. Dostępnych połączeń było tyle, że można je zliczyć na palcach jednej ręki, a znalezienie ich graniczyło z cudem. Przeszukiwałam różne strony i niezależnie, czy kryteriami wyszukiwania był lot bezpośredni czy nie, wyników nie znajdowało żadnych.

JAK WYSZUKAĆ NIEISTNIEJĄCE LOTY – SKYSCANNER

Na terenie Macedonii funkcjonują dwa lotniska – Skopje (w stolicy) oraz Ochryda, do której chcieliśmy dotrzeć. Zależało nam na bliskiej obecności jeziora, żeby po pracy móc odpocząć, poopalać się i codziennie mieć zajęcie, kiedy oddamy samochód do wypożyczalni. Skopje w takim wymiarze po miesiącu dość szybko by się nam przejadło, o czym przekonaliśmy się podczas zwiedzania, ale o tym opowiem przy okazji innego postu. W każdym razie lotnisko w Skopje funkcjonuje w pełnym wymiarze, bez żadnych ograniczeń. W Ochrydzie natomiast, jak na złość, ruch jest niewielki. Pierwsze połączenie, które znalazłam, było datowane na końcówkę maja. Zostało nam więc jedynie Skopje i dojazd na miejsce wypożyczonym autem, ale tak jak mówiłam, z lotami był problem. I tutaj z pomocą przyszedł nam Skyscanner, który w kryzysowych sytuacjach absolutnie polecam.

Skyscanner nie jest nadwyszukiwarką lotów, też nie od razu wyszukał dla nas coś odpowiedniego. Wystarczyło jednak pogrzebać przy jego parametrach i zdarzył się cud. Prócz szukania po konkretnej dacie posiada on opcję wybrania wylotu i przylotu według miesięcy. Po ustawieniu pożądanego zakresu ukazuje się tablica z dwoma miesiącami w formie kalendarza, gdzie pod każdym dniem pojawia się cena lotu. Co jednak, kiedy zamiast cen widać jedynie lupkę? Nie zrażamy się, bo to niczego nie oznacza. W tym momencie wybieramy dwie daty, już dokładnie te, które docelowo nas interesują – pierwszą, gdy chcemy wylecieć i drugą, gdy chcemy wrócić. Przykładowo na rysunku pod spodem zaznaczyłam daty 16 września i 16 października… i nagle magicznie pojawiają się dostępne loty, czasem nawet bezpośrednie.

Bywa i tak, że i teraz nie od razu zostaniemy przekierowani na stronę z dostępnymi lotami. Czasem pojawia się komunikat, że jeśli przesuniemy datę o dzień do przodu lub do tyłu, to możliwe będą połączenia bezpośrednie zamiast przesiadek. Może tak być również w przypadku, kiedy w zaznaczone przez nas dni rzeczywiście nie ma połączeń. Znowu – wybrałam daty 16 września i 1 października. 1 października dostępny jest lot wyłącznie z przesiadką, natomiast dzień później lub wcześniej możemy dotrzeć na miejsce bezpośrednio.

UWAGA! Pamiętajcie o włączeniu trybu incognito w wyszukiwarce podczas wyszukiwania lotów. Bez tego strony rozpoznają, na których połączeniach nam zależy i ceny wyświetlają się po pewnym czasie wyższe, ponieważ jesteśmy klasyfikowani jako klienci, którym bardziej zależy na destynacji niż nieprzekroczeniu pewnych wydatków.

LINIE LOTNICZE AUSTRIAN – POLITYKA I REALIZOWANE LOTY

W taki sposób znaleźliśmy jedne z niewielu połączeń do Skopje, ale w tamtym momencie nie było lotów bezpośrednich w dwie strony (jedynie lot powrotny mogliśmy odbyć bezpośrednio LOT-em, ale ceny były dość wysokie). Ostatecznie zdecydowaliśmy się na tańszą opcję, którą świadczyły Austrian Airlines. Nigdy nie lecieliśmy z tym przewoźnikiem ani też wiele o nim nie słyszeliśmy, ale jego przynależność do Lufthansy wzbudzała zaufanie. Jak sama nazwa wskazuje – to firma austriacka, która działalność opiera głównie na lotach transferowych (z przesiadką). Nie są to jednak loty, które większość z nas kojarzy z niekończącym się czekaniem. Przewoźnik posiada dobrze skomunikowany węzeł przesiadkowy w Wiedniu, dzięki któremu przesiadki zamykają się najczęściej w 50 min. – 1 h 10 min. Pewnie myślicie sobie, że to absurdalne, stresogenne i jak w ogóle zdążyć. Na forum jest mnóstwo dyskusji, czy można w międzyczasie iść do toalety i pytań, czy taki lot jest przystosowany do podróży z dziećmi. Powiem tak: zdążyliśmy na siku, a z nami leciała kobieta z dwójką dzieci – niemowlęciem i na oko czteroletnią dziewczynką. Da się, ale nie można się ociągać. Zresztą powiem szczerze – polityka firmy jest taka, a nie inna, więc na przesiadkowiczów się czeka, przesiadkowiczów się szuka i załoga samolotu komunikuje się z obsługą lotniska w sprawie listy pasażerów, którzy nie wykupili lotów bezpośrednich. My sami mieliśmy sytuację, gdzie minutę przed odlotem czekaliśmy na kogoś w autobusie na lotnisku. Minusem był brak przekazywanej informacji pod tym kątem, bo stresowaliśmy się strasznie, czemu kierowca jeszcze nie ruszył, a pierwsza partia pasażerów już od 10-20 minut tkwiła na pokładzie samolotu, który planowo właściwie już odlatywał. Gdybyśmy jednak z jakichś tragicznych powodów nie wylecieli, rzeczywiście dwa połączenia realizując z Austrianem, to firma bookuje nam za darmo kolejny lot albo przekazuje pieniężną rekompensatę.

AUSTRIAN – INFOLINIA

Świetnie sprawuje się też infolinia Austriana, do której pisaliśmy ze trzy razy o najmniejszą pierdołę. Odpisują praktycznie od razu (po angielsku lub niemiecku, jak wolicie) i udzielają naprawdę przydatnych informacji. Są konkretni i piszą więcej, niż chcesz się dowiedzieć. Dla nas najbardziej stresogenną kwestią były restrykcje covidowe dotyczące przesiadki. Polska wypuszczała nas bez problemu, Macedonia witała z otwartymi ramionami, ale przesiadkę mieliśmy właśnie w węźle w Wiedniu. Austria w tamtym okresie nie dość, że wymagała testów i rejestracji online, to nakładała na przylatujących kwarantannę. Przeczytaliśmy na stronie linii, że nie dotyczy to transferów na lotnisku, że pobyt poniżej określonego czasu zwalnia z obostrzeń, ale i tak upewnialiśmy się na infolinii, jak to wygląda. Żeby było zabawniej, trzy dni przed wylotem do Macedonii dostaliśmy maila od Austriana: „Hej, pamiętaj o zrobieniu testu i rejestracji na stronie rządowej!”. W tamtym momencie, mimo że oboje tyle wczytywaliśmy się w regulaminy i obostrzenia, na krótki moment odechciało nam się lecieć. Trochę to trwało, ale w formularzu rejestracyjnym dotarliśmy do informacji, do jakiej grupy podróżnych się zaliczamy i że właściwie ten mail nie jest skierowany do nas. Wiecie jednak, jak to jest – człowiek w takich chwilach ma w głowie najczarniejsze scenariusze.

AUSTRIAN – WYMAGANIA I UDOGODNIENIA NA POKŁADZIE

Na pokładzie Austriana każdy podróżujący jest zobowiązany do noszenia maseczki, jednak nie może być to byle jaka maseczka, a FFP2 bez otworu lub wentylatora. Jeśli nie kupicie jej wcześniej, to istnieje możliwość jej nabycia na lotnisku – na Chopina w Warszawie kosztowała 8 zł za sztukę, Austrian dysponuje samolotami różnych rozmiarów, ale ani razu nie trafił nam się taki, który miałby wielkość np. standardowego WizzAira. Ba, raz lecieliśmy niewielkim samolotem, który w dodatku po bokach miał śmigła i wtedy trochę obleciał mnie strach, mimo że lubię latać. Sama podróż przebiegała jednak każdorazowo bardzo sprawnie, obsługa jest uprzejma i, co najlepsze, po zakończeniu lotu otrzymuje się firmowe czekoladki „servus”, które chyba były zrobione z belgijskiej czekolady. Pycha!

AUSTRIAN – CENY BILETÓW I USŁUG

Jeśli chodzi o cenę biletów, to lot w dwie strony kosztował nas 505 zł od osoby (teraz są tańsze!). Lecąc na miesiąc, dokupiliśmy bagaż rejestrowany dla jednej osoby za 227 zł w dwie strony (standardowe 23 kg). Powiem Wam, że o ile bilety nie były aż tak drogie, o tyle każde dodatkowe usługi świadczone przez Austriana zwalały nas z nóg pod względem ceny. Logując się na konto na stronie przewoźnika, prócz ofert zapewniających zmianę daty biletu (elastyczny bilet) i tak dalej, mamy milion dodatkowych opcji do zakupu. Połowy nie rozumieliśmy nawet, na czym do końca polegają. Wybór miejsc siedzących jest obarczony takimi opłatami, że zamykają się w przedziale 50-100 zł. Dla naszej dwójki za lot w obie strony (czterema samolotami) zapłacilibyśmy ok. 800 zł, czyli więcej, niż za bilety i torbę razem wzięte! Szczerze Wam powiem, zupełnie to olejcie, bo na karcie pokładowej, którą otrzymywaliśmy po odprawie na lotnisku, zawsze wpisywano nam miejsca obok siebie. Zwłaszcza w drodze powrotnej mieliśmy ogromne szczęście, bo usadowiono nas od wschodu, a jako że wylot był ok. 4.00 nad ranem, to widoki towarzyszyły nam bajeczne!

Czy mimo pewnych zastrzeżeń wybrałabym ponownie tę linię? Gdyby nie przesiadki, nie stanowiłoby to dla mnie większej różnicy, naprawdę. Standard jest super, mnie też wiele nie potrzeba, więc polecam i nie mam jakichś większych uwag…

AUSTRIAN – ODPRAWA ONLINE

… POZA JEDNĄ! Odprawa online zawsze kojarzyła mi się z wygodnym rozwiązaniem, które zaoszczędza mnóstwo czasu. W przypadku Austriana jest zupełnie odwrotnie. Strona linii jest niekompatybilna i sypie błędami podczas całego procesu. Możecie siedzieć nawet godzinę lub dwie, aż system w końcu Was przepuści, wklepując w kółko te same dane. Pomijam już, że zostajemy poproszeni o numer biletu/rezerwacji, których mieliśmy na potwierdzeniu kilka i żaden nie wyglądał na właściwy. Lecąc do Macedonii, jeszcze się w to bawiliśmy, ale irytowaliśmy się co nie miara. Z powrotem uznaliśmy, że każdy sposób odprawy będzie łatwiejszy niż ten. Z tego co czytaliśmy, to powszechny problem od jakiegoś czasu, więc nie warto na niego marnować nerwów. Liczę jednak, że ten mankament zostanie wkrótce naprawiony.

PRZESIADKA – PROCEDURY NA LOTNISKU

Jeśli chodzi o sprawność przesiadek, to raz mieliśmy na nią równo godzinę, a raz dwie, bo przesunął się lot. Podczas całego procesu nie musimy martwić się o bagaż rejestrowany – zostaje wcześniej oklejony i jego transportem zajmuje się obsługa lotniska bez naszego udziału. Czeka nas natomiast sprawdzanie paszportów, kart pokładowych i ponowna kontrola bezpieczeństwa (skanowanie bagaży, przechodzenie przez bramki). Mnie jak zwykle nie ominęła także kontrola osobista, bo przecież na cztery kontrole w końcu któraś musiała pójść nie tak – każdy, kto regularnie czyta tego bloga, doskonale o tym wie. 😉 Ona zawsze wygląda odrobinę inaczej – tutaj kobieta sprawdzała mnie dość skrupulatnie, obmacując i ściskając nawet mój stanik, więc przez chwilę poczułam się naprawdę nieswojo, jakbym zaraz miała wystąpić we wstępie filmu pornograficznego. Zazwyczaj trochę tam dotkną czy poklepią, a tutaj mówię, sprawdzanie było dość dokładne.

Zależnie od tego, który przydzielono nam gate, wygląda to trochę inaczej w przypadku sprawdzania paszportów. Raz natrafiliśmy na standardowe kolejki z oznaczeniami dla Strefy Schengen, Non-Schengen i tak dalej. Mimo że czasem kusi, żeby podejść do złego okienka ze względu na mniejszą ilość ludzi, to raczej nie polecam. Dziewczyna przed nami spróbowała i zadawali jej dość dużo pytań na zasadzie „A do kogo pani jedzie, a po co, a na jak długo?”, więc to już zależy, czy chcecie udzielać wywiadu. Za drugim razem trafiliśmy na możliwość standardowej kontroli lub sprawdzenia tożsamości automatycznie, co mnie absolutnie przypadło do gustu. Polegało to na tym, że do specjalnej maszyny wsuwało się paszport otwartą stroną ze zdjęciem, one je zczytywała, a potem człowiek podchodził do kamerki, ściągał maseczkę i automat sam rozpoznawał, czy ty to rzeczywiście ty. Ekstra sprawa, bo cała procedura zajmowała kilkanaście sekund, a w kolejkach do zwykłej kontroli czekało w tym czasie kilkudziesięciu ludzi.

AUSTRIAN – TRANSPORT CZĘŚCI ODZWIERZĘCYCH

Dodatkową ciekawostką, którą mogę podszepnąć, jest to, że Austrian zezwala na przewóz w bagażu nadawanym części odzwierzęcych. Mówię tu konkretnie o porożu jelonka, które znaleźliśmy w jednym z parków narodowych. Każda linia lotnicza różnie się na to zapatruje – o ile nie jest to rzecz objęta zakazem wywozu z kraju (często dotyczy to np. fragmentów rafy koralowej lub muszli), to zazwyczaj nie ma z tym problemu, jeśli dany obiekt waży poniżej 2 kg. Pamiętajcie jednak, że fakt posiadania takich rzeczy należy zgłosić podczas nadawania bagażu – takie walizki okleja się dodatkowymi naklejkami. Dla nas może niewiele znaczą, ale dzięki temu nikt nie będzie przeszukiwać naszych toreb ani też niczego z nich nie wyrzuci.

W kwestii formalności i praktycznych informacji to by było na tyle. Wyjaśnię natomiast, dlaczego dla nas podróż samolotem okazała się wyjątkowo wyczerpująca zwłaszcza w drodze powrotnej, biorąc pod uwagę przecież nie tak duży dystans, który dzielił nas z punktu A do punktu B. Wylot ze Skopje mieliśmy o 4.00 w nocy, więc na nogach byliśmy od 1.40, jako że zawsze wolimy być mniej więcej 2 godziny przed czasem na lotnisku. Przylecieliśmy do Wiednia, gdzie czekała nas przesiadka, na którą czekaliśmy 2 godziny. Dolecieliśmy do Warszawy, a stamtąd chcieliśmy wsiąść w SKM, żeby dostać się na dworzec centralny, jednak ktoś z testowanych okazał się pozytywny i cały dworzec poddano dezynfekcji na czas nieokreślony. Znowu więc wzięliśmy taksówkę, potem przesiedliśmy się na pociąg, potem do auta i cała podróż zajęła nam jakieś 12 godzin. Gdyby to było jeszcze za dnia, to pewnie nie odczulibyśmy tego w tak dużym stopniu, ale po nieprzespanej nocy wyglądaliśmy na wyczerpanych tymi wakacjami. 😉

W kwestii naszej podróży samolotem to by było na tyle. W następnych wpisach opowiem Wam także o zakwaterowaniach oraz wypożyczalniach samochodowych w Macedonii, z których korzystaliśmy. Mam nadzieję, że powyższe informacje będą dla Was pomocne przy okazji lotu z Austrianem. A jeśli już lecieliście z tą linią, to dajcie znać w komentarzu o Waszych ogólnych odczuciach i wrażeniach z podróży!

Macedonia – 15 nietypowych faktów o kraju, zwyczajach i mieszkańcach, które pozwolą przygotować się do samodzielnej podróży

Wybierając się do jakiegokolwiek kraju, warto zapoznać się nie tylko z takimi informacjami jak ceny na miejscu, atrakcje, warunki wjazdu czy typy oferowanych noclegów, choć bez wątpienia są to pierwsze czynniki, które będą miały istotny wpływ na urlopowe decyzje. O tych podstawach i kosztach wspomnę przy okazji następnego wpisu, tutaj natomiast skupię się na czymś, co ma istotne znaczenie zwłaszcza, gdy podróżujemy poza granicę Unii Europejskiej. Mam wrażenie, że większość turystów boi się samodzielnie organizować tego typu wypraw i w tym celu wybierają biuro, jednak ja jestem zwolenniczką całkowitej swobody i wolności, jaką daje samodzielne podróżowanie. Dziś więc o tym, czy wyjście z bezpiecznego kokonu jest takie straszne, jak je malują – czyli przede wszystkim o kulturze Macedonii, pewnych nawykach i odmiennościach, z którymi na pewno spotkacie się na miejscu, wybierając ten kraj.

WSTĘP I INFORMACJE OGÓLNE

Zacznę od tego, jak miesięczny wyjazd do Macedonii zmienił moje postrzeganie poznawania innego kraju niż ojczysty. Odbywane przeze mnie podróże zamykały się w różnych ramach czasowych – od kilku dni do maksymalnie trzech tygodni. Im wyjazd był krótszy, tym większe było tempo zwiedzania, kosztowania dań i chwytania ulotnych momentów, które są tak różne od naszych codziennych doświadczeń, że człowiek chce się nimi nasycić aż do następnych wakacji. Wszędzie czuło się po prostu gościem. W Macedonii natomiast spędziliśmy 34 dni – na ponad 2 tygodnie wypożyczyliśmy samochód i objeżdżaliśmy kraj, natomiast resztę czasu poświęciliśmy na pracę/naukę do obrony w Ochrydzie/Skopje, ale też na bliskie wycieczki i poznawanie życia lokalsów od podszewki. To było dla mnie zupełnie inne doznanie niż do tej pory, o wiele głębsze, w czym dopomogła gadatliwość i otwartość Macedończyków. Nastawienie zmienia się nawet do miejsca, w którym się śpi – człowiek po 4-dniowym pobycie nie ma poczucia, że w dniu wyjazdu musi posprzątać każdy okruszek, wyprać ręczniki i tak dalej. Wiadomo, trzeba zostawić po sobie porządek, ale bez zbędnej paranoi. Po miesiącu spędzonym w jednym mieszkaniu sprzątaliśmy praktycznie wszystko, choć gospodarz sam się do tego zobowiązuje. No bo przecież „mieszkaliśmy tu, nie możemy zostawić syfu”. Jeśli spróbujecie takiego wyjazdu, sami dostrzeżecie różnicę. A jeśli próbowaliście, to dajcie znać, czy też tak macie. 😉

Do Macedonii wyjechaliśmy 7 maja, wróciliśmy 10 czerwca 2021 roku. Powód nie jest zbyt górnolotny – w tym okresie był to jeden z dwóch krajów dostępnych dla nas finansowo (poza Albanią), który nie wymagał testów, kwarantanny i innych covidowych procedur. Dla nas był to jedyny możliwy termin, kiedy możemy szarpnąć się na miesięczną przygodę w tym roku, więc długo nad tym nie rozmyślaliśmy. Czy obawialiśmy się, że nie wrócimy do domu albo nie dolecimy na miejsce? Oczywiście, że tak, mimo że wypisywaliśmy 10 razy na lotnisko, 20 razy do gospodarzy i 30 razy wszystko sprawdzaliśmy. Przyznam szczerze, że wyjazd jeszcze nigdy nie stresował mnie tak jak wtedy, a też czas około-wyjazdowy był dla nas z powodów rodzinnych bardzo trudny. Planowanie pochłaniało praktycznie każdą naszą chwilę, mimo że nie mieliśmy ich dużo. No i udało się! Mogę nawet śmiało powiedzieć, że był to jeden z lepszych wyjazdów.

Pewność siebie budowało też trochę to, że wcześniej już dwa razy odwiedziłam Macedonię – w 2016 i 2017 roku, ale jedynie w formie postoju 2-3 dni w dojeździe do Grecji czy Czarnogóry. Wiedzieliśmy więc, że możemy czuć się bezpiecznie, że kraj jest cywilizowany, miał też mało zakażeń (procentowo, bo to ogółem małe państwo), a mimo to w wielu aspektach naprawdę nas zaskoczył. Czy pozytywnie? To już ocenicie sami, kiedy przedstawię Wam kilka intrygujących faktów z życia w Macedonii.

1. KRAJ JEST BARDZO ZRÓŻNICOWANY

To świetna wiadomość dla miłośników starożytnej architektury, muzeów różnej maści, jezior, strumyków, dla amatorów i zawodowców górskich wędrówek, wielbicieli malowniczych wiosek i miast. Macedonia jest powierzchniowo ok. 12 razy mniejsza od Polski, a mimo tego gwarantuję Wam, że miesiąc spędzony na miejscu jest optymalny pod kątem niespiesznego zwiedzania. Czy wrócilibyśmy tam ponownie? Mimo że zobaczyliśmy już większość atrakcji, to za parę lat z chęcią zobaczylibyśmy, co się zmieniło, udalibyśmy się na więcej trekkingowych wycieczek po górach, no i trochę się powspinali.

2. SERDECZNOŚĆ, POMOC ORAZ PRZYCHYLNOŚĆ MACEDOŃCZYKÓW WOBEC POLAKÓW

Nastawienie lokalsów naprawdę nas urzekło. Da się to dostrzec w każdym mieście lub wiosce, do której się udacie – może poza Skopje (stolicą), bo tam tempo życia wydawało się szybsze i ludzie byli mocno zorientowani na turystów czy pracę, co nie znaczy, że ktoś zachował się wobec nas nie w porządku. Przez ponad miesiąc zaczepiano nas bardzo często, a najczęściej padającym pytaniem było bez wątpienia „Skąd jesteście?”. Kiedy już wypowiedzieliśmy hasło „Polska”, zazwyczaj rozmówca zarzucał nas kilkoma zdaniami czy wyrazami, które zna w naszym języku. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że w Macedonii też mają „podpis”, „cement” czy „gobelin”. Macedończycy, zwłaszcza z pokoleń wyżej od nas, uwielbiają opowiadać o swoim życiu, przedstawiać się, mówić o dzieciach czy pracy. Spotkaliśmy lokalnego przewodnika, kelnera, prezentera w muzeum, kilku robotników czy ludzi na pracy zdalnej, ale nie tylko.

Najprzyjemniejsze były momenty, gdy wszyscy rozpoznawaliśmy się już na plaży, machaliśmy do siebie i ucinaliśmy krótkie pogawędki po angielsku. W Macedonii w ogóle bardzo dużo ludzi operuje tym językiem komunikatywnie, niezależnie ile lat mają. Z takich aktów serdeczności pamiętam też mężczyznę, który chciał przewieźć nas łódką, a kiedy okazało się, że nie płynie w kierunku, który nas interesuje i „na nas nie zarobi”, to jeszcze podał nam namiary na autobus, żeby ułatwić nam sprawę. Ludzie są po prostu życzliwi, uśmiechają się, są turbo szczęśliwi, jeśli kupisz ich wypieki czy pochwalisz lokalną kuchnię – cokolwiek. Wydaje się cieszyć ich sam fakt niewymuszonej rozmowy i poznania Cię, a ty czujesz się miło, w jakiś sposób wyróżniony.

3. BRAK COVIDOWEJ OBSESJI

Przepraszam, ale chyba nie jestem w stanie nazwać tego ładniej. Szykując się do wyjazdu, szukaliśmy na stronie rządowej Macedonii informacji na temat obostrzeń. Dokopaliśmy się do nich z niemałym trudem – maseczki, godzina policyjna od 21:00, dania tylko na wynos. Wiele tego było, ale aktualizacje widniejące na oficjalnej stronie rządowej datowane były na maj zeszłego roku. Napisaliśmy więc do ambasady, gdzie możemy odnaleźć coś bardziej rzetelnego, na co łamanym polskim odpisano nam i podesłano właśnie ten przestarzały link. Chwilę przed naszym lotem przeniesiono godzinę policyjną na 23:00 i tak zostało do czerwca, co właściwie nie stanowiło dla nas żadnej przeszkody. Gdy dolecieliśmy jednak na miejsce… ludzie zapraszali nas do knajp i byli zaskoczeni, że pytamy, czy rzeczywiście możemy usiąść. Ochryda tętniła życiem, ludzie się spotykali, gromadzili, a nam po prostu opadła szczęka. Radia nie były ustawicznie bombardowane tylko jednym tematem, a ludzie wyglądali na psychicznie zdrowszych, autentycznie. To też było dla nas trochę przykre, wiecie – tak zobaczyć, że da się inaczej. Możemy się kłócić, że to mniejsze państwo, mniejsze ryzyko, że to głupio czy nie głupio, że zostali otwarci przez cały rok – nie po to jest ten blog. Gdy jednak wróciliśmy do Polski, od razu wypełnialiśmy deklaracje o chorobach, kontrola paszportów, testów, spisywanie danych, zamknięcie dworca i dezynfekcja, bo komuś test wyszedł dodatni. Tak naprawdę wtedy najbardziej odczuliśmy, jak my, Polacy, tym tematem strasznie żyjemy i jak to wpływa na naszą psychikę, nawet nieświadomie.

Tutaj przypomniała mi się też historia, jak mama pisała do mnie, że wysyłamy z Polski pomoc dla Macedończyków w formie maseczek, płynów dezynfekcyjnych itd. I wiecie, to super, bo finansowo dla kraju to pewnie ogromna ulga. Kształt tej wiadomości był jednak taki, jakbyśmy celowo pokazywali, jak źle ma się sytuacja w kraju, który pozostał na ten rok otwarty. Z perspektywy osób, które przebywały jednak wtedy na miejscu, mogę Was zapewnić, że nie wyglądało to wcale źle, ludzie nosili maseczki, płyny dezynfekcyjne stały na każdym stoliku w knajpie i bez presji społecznej też było dobrze. Nawet spotkaliśmy kilka dni później polskich żołnierzy, którzy zjawili się w Ochrydzie.

4. BRAK SCHRONISK CZY PROGRAMÓW STERYLIZACJI ZWIERZĄT

Nietrudno było nam dojść do tego wniosku, ale chcąc upewnić się w swoich podejrzeniach, poszperałam w internecie i poczytałam opinie turystów… Znalazłam bloga, gdzie zostało powiedziane, że w 2019 roku co prawda dalej nie ma schronisk, ale pieski są sterylizowane, wolne, dokarmiane i szczęśliwe, co zadziałało nam mnie, jakby ktoś zdzielił mnie w twarz, bo los tamtejszych zwierząt jest przejmujący. Przede wszystkim jest ich bardzo dużo, państwo ani żadne organizacje nie sprawują nad tym kontroli. Wiele zwierząt to nie kundle czy dachowce, widać po nich, że są krzyżówkami tak różnorodnymi, że ciężko byłoby rozpoznać rodziców. Nie przypominają jednak zadbanych pociech – większość z nich jest brudna, wychudzona. O ile w bardziej zaludnionych miastach może tego problemu nie ma, o tyle jadąc gdziekolwiek indziej, gdzie zwierzęta nie są regularnie dokarmiane przez knajpy i samych turystów, problem jest duży. Zwierzęta grzebią w śmietnikach, koty bardzo często ranią się, walcząc o terytorium. Nawet w Ochrydzie spotkaliśmy malucha, który miał cały grzbiet w strupach krwi i siedział przy nas, prosząc o jedzenie.

Kolejnym problemem jest to, że zwłaszcza psy mają mało instynktu samozachowawczego. Pomijając oczywisty fakt, że większość z nich jest duża i część osób może się ich bać, to bardzo często kręcą się przy drogach… i bez ostrzeżenia wbiegają na jezdnię. Sami niejeden raz mieliśmy sytuację, kiedy pies, który siedział na poboczu, zrywał się nagle i biegł w bok auta. Jedne mają szczęście, inne niekoniecznie, dlatego wiele z nich zostaje rozjechanych lub potrącanych. Proszę więc, nie spoglądajcie płytko na psiaka czy kota, który maślanymi oczami „wyłudza jedzenie od turystów”. Większość z nich jest naprawdę głodna, o czym świadczą wielkie porcje pochłoniętej ryby i mięsa przez jednego z kotów, któremu daliśmy jeść.

5. TRAGICZNY STYL JAZDY MACEDOŃCZYKÓW

Tak jak lubiliśmy z nimi rozmawiać, tak nie lubiliśmy ich obecności na drogach i aż nie chciało nam się wierzyć, że dokładnie ta sama osoba, która jeździ tak nieostrożnie i agresywnie, później jest w stosunku nas tak miła i uczynna. Przykłady zachowania, które udało nam się zaobserwować już w pierwszy dzień jazdy to np. cofanie na autostradzie. Na pasie do rozpędzenia się, gdzie jedzie się powiedzmy w okolicach 70 km/h, nagle pojawia się rozstawiony stragan z truskawkami, a na bramkach autostradowych do aut podchodzą dzieci, żeby sprzedać owoce. Nie żebrzą jednak, jak obawialiśmy się z początku, a po prostu pomagają ludziom rozstawionym właśnie na tym pasie do rozpędzania się. Miejscowi wyprzedzają wszędzie, nawet jeśli jedziemy drogą górską, z serpentynami, a widoczność jest bliska zeru. Nie włączają kierunkowskazów (jeśli się zdarzy, to prawie cud) i często zajeżdżają drogę. Zdarzyło nam się nawet, że po wrzuceniu przez nas kierunkowskazu z lewoskrętem, ktoś zaczął nas wyprzedzać i jeszcze nas wytrąbił 😉 W miastach na trzy czynne pasy ruchu czasami trzy są zablokowane, ponieważ kierowcy parkują, żeby kupić coś w sklepie i stoją na światłach awaryjnych. Policja? Stoi obok niewzruszona. Właściwie jedyne, za co rzeczywiście zatrzymuje, to przekroczenie prędkości.

Na drogach jest też sporo ciągników i niewiele znaków, dlatego często spotkamy się z problemem, kto ma pierwszeństwo (bo niby ten z prawej, ale w praktyce niekoniecznie). Większość skrzyżowań to ronda, no bo rzeczywiście są najprostsze i chyba to najlepsza możliwa opcja. Nie trzeba więc być świetnym kierowcą, natomiast trzeba mieć anielską cierpliwość, nerwy ze stali i oczy dookoła głowy. Drogi też nie są w najlepszym stanie, jest mnóstwo dziur, czasem jeden pas zupełnie zanika, jakby ktoś go ukradł. Na autostradzie można się rozpędzić, ale bez przesady i najlepiej robić to na lewym, gładszym pasie. Jest jednak także zabawna historia, która przydarzyła nam się na tym tle. Przejeżdżaliśmy przez środek budowy – nie między robotami drogowymi, tylko autentycznie przez plac budowlany, gdzie kierowali nas, jak mamy wymijać stosy kostek brukowych, które właśnie wykładano. Przy czym robotnik miał tak czerwoną twarz i oczy, jakby właśnie bił rekord życia w zatruwaniu wątroby. 😉

Czy potrafię wskazać jakiś miły aspekt macedońskich dróg? Na pewno z perspektywy pieszego, bowiem są oni przepuszczani przez każdy samochód, nikomu nie pozwala się czekać. Ludzie przechodzą przez ulicę w najróżniejszych miejscach, często na zasadzie „I tak mnie nie przejedziesz, więc stój”. Raz zdarzyło nam się, że mając zielone światło, przeczekaliśmy je całkowicie, bo piesi postanowili olać sygnalizację. W każdym razie zostaniesz przepuszczony zawsze i nie musisz nawet specjalnie się o to starać.

6. AUTOSTRADA PŁATNA MAŁO, ALE CZĘSTO

Za autostradę płacimy co 15-30 minut, zależy na jakich odcinkach. W każdym razie kosztuje ona przeważnie od 20-50 MKD (denarów macedońskich) czyli ok. 1,50-3,50 zł. Czasem zdarza się, że płacimy za odcinek i za 20 m z niego zjeżdżamy. Ogółem jednak nie jest drogo, może 15 zł za całą trasę Skopje-Ochryda. Tutaj jednak warto pamiętać, że mimo oznaczenia całej długości trasy jako A2, nawet niecała połowa to autostrada, a pozostała część to droga krajowa.

7. RÓŻNICE W SKLEPACH SPOŻYWCZYCH: PRODUKTY I OBSŁUGA

Najciekawszym rozwiązaniem jest mnóstwo jednorazowych produktów. Możemy np. kupić jedną kostkę rosołową za niecałą złotówkę, co jest super w przypadku, kiedy planujemy krótszy pobyt i nie mamy ochoty na siłę gotować jakichś potraw. Warzywa w jakimkolwiek miejscu są piękne. Wydaje nam się, że nie są poddawane opryskom i stosuje się wobec nich mało chemii, bo np. dojrzałe cebule szybko robiły się miękkie i zaczynały gnić. A wielkościowo były takie, jak nasze 3 razem wzięte! Mnóstwo warzyw sprzedaje się też z liśćmi, które właściwie chyba nie nadają się w większości wypadków do spożycia. Istnieje też ogromna różnica między tym, co sprzedaje się w sklepach, a co serwuje się w restauracjach. W knajpie królują np. cukinie, których nie znaleźliśmy w ani jednym sklepie. Musicie jednak koniecznie spróbować kabaczków i bakłażanów, są obłędne! Tu też poczujecie, jak naprawdę smakują pomidory. Nigdzie nie spotkaliśmy natomiast selera, a marchew czy por trzeba było kupować w pakiecie po kilka sztuk. O ile marchewkę szybko się zużywa, to po co komu tyle pora?

Wszystkie warzywa należy ważyć, ale waga jest tylko z nazwami napisanymi cyrylicą, dlatego za nas robili do ekspedienci. Nigdy się nie pogniewali, nie kazali nam też wyjść z kolejki – ot, zwykła obsługa. Wielokrotnie byli dla nas bardzo mili, chwilę też porozmawiali i nawet jakby cieszyli się pracą. Każde zakupy pakowali w darmowe torebki foliowe, milion torebek, nawet nie pytając o zgodę. Raz kupiliśmy tylko szampon i tak czy siak nam go spakowano. Z ekologią jest tutaj jeszcze pewien problem, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Widać to nawet po sposobie pakowania produktów, gdzie chleb jest zawinięty w dwa plastikowe opakowania.

8. BRAK MYJNI

Podczas zjechania całego kraju napotkaliśmy jedynie myjnie ręczne, zdarzyła się też jedna myjnia dla TIR-ów. Dla osobówek niestety nie ma takiej opcji, co nas najbardziej raziło przy oddawaniu samochodu do wypożyczalni. Nie mieliśmy nawet za bardzo warunków, żeby go umyć, a tymczasem mężczyzna, który przyjechał na odbiór, jakby w ogóle nie był tym niezrażony. Powiedział, że nie ma problemu, jedynie w jednym miejscu przetarł brud, żeby zobaczyć, czy to nie zarysowanie i tyle. Na koniec nawet położył dokumenty na tym brudnym aucie i zaczął składać podpisy.

9. PROBLEM ZE ŚMIECIAMI

Widać, że z roku na rok staje się on coraz mniejszy, natomiast w niewielkich miejscowościach, mimo ich uroku, wciąż możemy dostrzec mnóstwo śmieci w rzekach czy strumieniach. Centrum Skopje, Ochryda, a zwłaszcza Struga są czyściutkie, ale też mocniej nastawione na turystów niż pozostałe miejscowości. Zajmie więc jeszcze trochę czasu, by dotrzeć do świadomości Macedończyków pod tym względem. W końcu starają się o to wejście do Unii, są naprawdę fajnymi ludźmi i trzymam za nich kciuki, żeby te problematyczne kwestie uległy poprawie.

10. MNÓSTWO ZWIERZĄT – JADOWITE WĘŻE TEŻ!

Wiele blogów traktuje o tym, czy w Macedonii rzeczywiście natkniemy się np. na węże. Niektórzy paranoicznie się boją i piszą, że nawet nie chcą kąpać się w jeziorze, inni nagminnie szukają gadów i z rezygnacją przyjmują fakt, że ich nie ma. Nam udało się dostrzec węże około pięciu razy, ale też musiało to trochę potrwać. Prawda jest taka, że w miejscach turystycznych, gdzie kiedyś spotykano je często, jest teraz tylu ludzi, że węże się po prostu boją i wolą się schować. Trzy razy spotkaliśmy je podczas spaceru w Ochrydzie, czasem obserwowaliśmy je z pomostu, jak pływają pod wodą. Większość z nich jest niewielka, choć czasem dłuższe okazy wystawiały łepek z jeziora i wtedy były wyraźnie widoczne. Lecz znowu – niewielu ludzi się kąpało, bo woda była zimna. W sezonie letnim dostrzeżenie węży może być trudne. Jeden raz spotkaliśmy węża przy moście w centrum miasta, był naprawdę maleńki (zdjęcie niżej). Tylko jeden raz spotkaliśmy żmiję, których w Macedonii jest ponoć bardzo dużo. Na początku nie wiedzieliśmy nawet, że to żmija, bo trafiliśmy na czarną odmianę, bez wzorów na grzbiecie. Ona akurat była naprawdę duża, wygrzewała się na słońcu i uciekła do wody, gdy nas spostrzegła. Vipera Berus Black – wpiszcie sobie w Googla 😉 Zobaczyliśmy ją we wsi Kalishta, gdzie nie przyjeżdża prawie nikt. Obecnie buduje się tam jednak kurort, więc pewnie i węże uciekną. Raz też zobaczyliśmy wylinkę żmii podczas spaceru w narodowym parku Galiczica. Nie martwcie się jednak, to nie jest aspekt, którego warto się obawiać, choć do spotkania pierwszego węża ja również trzęsłam się jak galareta. To dlatego, że miejscowy nastraszył nas podczas wycieczki do Kanionu Matka, żebyśmy wyposażyli się w kije na żmije, które czasem wypełzają z zarośli. Wtedy rzeczywiście myślałam, że tym kijem wydłubię sobie oczy, ale kolejne razy są już coraz lepsze. Prócz węży w maju można spotkać tu mnóstwo bocianów. W niektórych wsiach ludzi zbudowali im na słupach specjalne obręcze, które ułatwiają budowę gniazd. Dzięki temu okupują prawie każdy słup i widać je wszędzie! Na terenie parków narodowych z kolei nad głowami lata mnóstwo drapieżników.

11. MACEDONIA TO TEREN AKTYWNY SEJSMICZNIE

Mnie na przykład wyleciało to z głowy, a swoje pierwsze i w zasadzie jedyne trzęsienie ziemi przeżyliśmy już piątego dnia pobytu. Było to po godz. 23.00, więc kładliśmy się do snu, bo następnego dnia wstawaliśmy wcześnie. Nagle oboje poczuliśmy wyraźne telepanie łóżkiem, zupełnie jakby ktoś ruszał oparciem tapczanu albo się wiercił. Szymon zaczął mnie pytać, czy to ja „tak robię”, a ja sądziłam, że to on mnie wkręca. Po krótkiej sprzeczce zapaliliśmy jednak światło, no i coś to udawanie trwało za długo. Wiecie, człowiek zmęczony, mieszka większość życia w Polsce, więc nawet nie pomyślał w pierwszej kolejności o ewentualnym trzęsieniu ziemi. Otworzyliśmy nawet łóżko, żeby zobaczyć, czy coś pod nim właśnie nie zdechło. Dopiero później poszukaliśmy informacji i Google wysłał nam alert, że w Albanii, ok. 110 km od nas wyczuwalne było trzęsienie ziemi o sile 4,9 w skali Richtera  i czy my też je czuliśmy. Ponoć czuli je nawet Włosi!

12. DZIWNE MANEKINY SKLEPOWE, KTÓRE ZMIENIAJĄ SIĘ CO KILKA DNI

Pamiętam, że w 2016/2017 roku dziwacznych manekinów było więcej, ale wciąż widać po nich pozostałości. Wystawy zmieniają się co krótki czas, nawet częściej niż raz w tygodniu i powiem Wam, że to super! Świetny chwyt marketingowy, bo nowości zawsze przykuwają uwagę, nawet jeśli to stare ubrania wyciągnięte z głębi sklepu. A jeśli jeden ciuch Ci się nie spodoba, to zapewne przyciągnie Cię kolejny. Moda w Macedonii niekiedy jest dość… kiczowata, ale to, co w niej uwielbiam, to mnóstwo kolorów!

13. POSZANOWANIE DLA RELIGII I RÓŻNORODNOŚCI WYZNAŃ

Prawie 60% społeczeństwa macedońskiego wyznaje prawosławie, bardzo duża część to także osoby opowiadające się za islamem. W miastach mamy więc cerkwie, a kilkadziesiąt metrów dalej meczety z minaretami, przez które kilka razy dziennie rozbrzmiewają nawoływania do modlitwy i nikomu to nie przeszkadza. Równocześnie widzimy kobiety w burkach i takie, które zupełnie nieskrępowanie odsłaniają ramiona, włosy czy kolana. Nie ma jakiejś ogólnej niechęci czy krzywych spojrzeń, z czym np. spotkałam się w Bośni i Hercegowinie. Może tamten incydent to przypadek, jednak tutaj taki WZAJEMNY szacunek bardzo mi się spodobał. Widać, że obie grupy wyznaniowe mają takie same prawa i obowiązki w społeczeństwie, są tez tak samo traktowane i to jest super.

14. STRASZNE TOALETY W MIEJSCACH PUBLICZNYCH

Nie wiem jak Wy, ale ja mam straszną fobię przed brudnymi, niezadbanymi toaletami. Straszliwie brzydzi mnie myśl, ilu ludzi było tu przede mną, kto mnie słyszy i tak dalej. Zapewne wynika to z faktu, że wiele podróżowałam za dzieciaka i nie umiałam wycelować z potrzebami w odpowiednim momencie, stąd postoje w różnych, czasem ohydnych budkach, na stacjach itd. W Macedonii wielokrotnie na ścianach toalet jest grzyb, miejsca są niesprzątane, latają owady, zapach też do przyjemnych nie należy… Najstraszniejszym doświadczeniem było zatrzymanie się na stacji benzynowej, gdzie zamówiliśmy kawę i zapytaliśmy o toaletę, a pracownik jak gdyby nigdy nic pokazał nam drzwi, nawet zbytnio się nie przejmując. Weszliśmy, a tam dziura w ziemi i typowy narciarz. Generalnie nie byłoby to złe, tak naprawdę to dużo bardziej higieniczne rozwiązanie, bo dotykamy mniejszej ilości powierzchni, ale miejsce było obrośnięte pajęczynami, nieruszane chyba od 20-30 lat, w wielu miejscach czarne od brudu… Uciekliśmy po kilku sekundach, ale potem żałowałam, że nie zrobiłam zdjęcia! Niedziwne, że wielu ludzi zatrzymywało się na poboczu, żeby nie korzystać z toalet na stacjach. Czasem nie mieściło nam się w głowie, że kelnerzy w restauracjach chodzą w koszulach, cali zadbani, a później idą na przerwie do takiej toalety i wychodzą piękni i pachnący. Sprawdzone łazienki są na Lukoilu – może nie turbo czyste i nowe, ale w granicach przyzwoitości. Inne stacje stanowczo odradzam. Standardem europejskim odznaczała się też toaleta w sieciówce Choco World – bardzo ładne,

15. OBSŁUGA NA STACJI BENZYNOWEJ

Pod tym względem w Macedonii jest tak, jak u nas było jeszcze parę czy paręnaście lat temu. Właściwie nigdy nie tankujemy auta samodzielnie, zawsze robi to obsługa, myje też szyby itd. My może nie czujemy takiej potrzeby, ale dzięki temu ludzie mają pracę i zajęcie, więc wystarczy podziękować i na pewno to ich ucieszy.

To najważniejsze fakty, które zaskoczyły nas podczas pobytu w Macedonii i postanowiłam, że się nimi podzielę. Czy coś Was zaskoczyło, stanowiło dla Was ciekawą odmianę lub zupełną nowość? Mając na względzie takie wskazówki, łatwiej będzie Wam wybrać się w podróż do tego kraju? A może byliście w Macedonii i sami macie jakieś spostrzeżenia, które mi umknęły? Śmiało, piszcie w komentarzu!

Malta cz.8 – Jak dostać się na Gozo, co zwiedzić oraz czemu warto sprawdzać informacje?

Informacje ogólne: Poniższy wpis zamyka naszą serię dotyczącą 9-ciu dni spędzonych na Malcie. Możesz czytać go oddzielnie, ale zapoznanie się z poprzednimi częściami na pewno wzbogaci Cię w wartościową wiedzę i pomoże przygotować się do samodzielnego wyjazdu. Dziś będę pisać wyłącznie o Gozo, czyli wyspie należącej do Malty – transporcie, zabytkach i wszelkich ciekawostkach popartych zdjęciami. Zapraszam na:

Gozo – Transport

Chcąc dostać się na Gozo z głównej części Malty, pierw musimy udać się do Cirkewwa Ferry Terminal, skąd odpływa prom. Na miejsce dojeżdża kilka linii autobusowych, no i oczywiście możemy pojechać też wypożyczonym samochodem, jeśli ktoś skorzystał z tej opcji. Niezależnie od powziętej decyzji, musimy uiścić tę samą opłatę, czyli 2,5 € łącznie w obie strony. Robimy to jednak dopiero opuszczając wyspę, dzięki czemu oszczędzamy nieco czasu i nie musimy dwa razy szukać kas. Całkiem dobrze pomyślane rozwiązanie, bo wiadomo, że każdy kiedyś przypłynie z powrotem – raczej mało będzie śmiałków, którzy udadzą się wpław na Maltę razem z meduzami i resztą wodnych stworzeń.

Prom odpływa bardzo często, średnio co pół godziny w dzień, w nocy co godzinę lub 45 minut. Na pokład najpierw wjeżdżają samochody i jest to o tyle wygodne, że nigdy nie trzeba manewrować tyłem, co zdarza się w przypadku niektórych portów, bo wyjazd znajduje się z obu stron promu. Dzięki temu nie musi on wykonywać tylu manewrów przy dobijaniu do brzegu i wszyscy są szczęśliwi. Ludzie wchodzą na samym końcu dokładnie tą samą drogą co pojazdy i przechodzą na pokład wyżej. Cały czas musimy mieć założoną maseczkę, przynajmniej na wejściu, bo później większość pasażerów siadała z dala od siebie i je zdejmowała. Rejs nie jest specjalnie długi, trwa około 20 minut. Za pierwszym razem jest fascynująco, bo zwiedzamy pokład, oglądamy widoki, ale każdy kolejny dość mocno się dłuży; zwłaszcza nocą, gdy zaczyna być chłodno od wiejącego wiatru, nie zdążyłeś doschnąć po kąpieli i poza światłami nie widać nic więcej.

W przypadku Gozo, przyznaję, własne auto jest na wagę złota. Oczywiście możemy sobie bez niego poradzić i absolutnie nie opłaca się wypożyczać go na jeden dzień, ale… komunikacja miejska pozostawia wiele do życzenia. Dobrze, że możemy wykorzystywać miejskie karty Tallinja Explore, o których pisałam TUTAJ, a nie dodatkowo płacić za bilety, ale to chyba jedyna zaleta. Linii autobusowych jest mało i czasami, zależnie od tego, gdzie się udamy, musimy czekać na transport przez dobrą godzinę. Nie ma też często połączeń bezpośrednich tam, gdzie chcemy się dostać, więc konieczne jest przejście przynajmniej pół godziny na pieszo lub decydowanie się na przesiadki, które zazwyczaj są zupełnie niezsynchronizowane. Wracając z północy Gozo do naszego apartamentu niemalże na samej północy Malty, zajmowało nam to około 2,5 godziny. Jazda autobusem – czekanie – przesiadka na drugi autobus – czekanie – płynięcie promem – czekanie – przesiadka na autobus – pójście do domu. Spokojnie traciliśmy ponad godzinę na nic nierobieniu, a mimo tego na Gozo pojawiliśmy się dwa razy. Wydaje mi się, że to taka optymalna ilość, żeby pozwiedzać i wykąpać się w nietrywialnym miejscu.

Gozo – Zwiedzanie

Wychodząc na ulicę, dostrzegamy pełno kościołów i kopuł na horyzoncie. Część z nich mieliśmy na swojej liście podróżniczej, więc sprawdziliśmy, jak się do nich dostać, natomiast resztę odwiedzaliśmy na zasadzie wsiadania w autobus i wysiadania z niego wtedy, gdy wydaje nam się, że zabytek jest najbliżej. Wysepka jest na tyle niewielka, że nie wychodzi to nawet najgorzej.

Pierwszy w kolejności był Ghajnsielem Parish Church, który okazał się najładniejszy ze wszystkich widzianych do tej pory, mimo trwających prac remontowych. Piękny, wysoki kościół otoczony palmami i rozciągającymi się wokół ogrodami.

Warto przejść się też po samej okolicy, bo Gozo to naprawdę zadbana i ozdobna wyspa (przynajmniej w większości miejsc). Wydawało nam się, że spora część dzielnic jest raczej bogatsza, na fasadach większości domów znajdowały się na przykład różnorodne rzeźby. Większość z nich była jednak dosyć szpetna i niespecjalnie realistyczna. Każdy balkonik miał mnóstwo dekoracji, zakręcane kolumny, a wszystko to uzupełniały rozkwitające rośliny. Bardzo ładny widok.

Na Gozo znajduje się również miasto Rabat (inaczej zwane Victorią), czyli miasto o dokładnie takiej samej nazwie jak to na głównej wyspie Malty. Wysiadając tam, jako pierwszy naszym oczom ukazuje się park i bardzo ciekawa rzeźba dziewczynki biegnącej za ptakami. Co niestety psuje scenerię, to mnóstwo śmieci – papierów, siatek, plastikowych kubków i butelek. Mimo tego ludzie zbierają się tu tłumnie całymi grupami i bez wątpienia jest to jedno z bardziej znanych miejsc na spotkania towarzyskie.

Na miejscu udaliśmy się na cytadelę (Cittadella), gdzie wstęp kosztuje 5 €. Panie w kasie są jednakże tak zagadane, że nie zdziwiłoby mnie, jakby dało się koło nich przejść za darmo, chociaż to nieładnie. 😉 Budowla została wstępnie wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a jej mury wstępnie pełniły funkcję obronną przed piratami napadającymi miasto, by zdobyć niewolników. W środku oprócz licznych kościołów i kaplic możemy zobaczyć również budynek sądów, starego więzienia czy muzeum archeologii lub folkloru. Wybór jest duży, a to, co urzeka najbardziej, to przede wszystkim spacer po murach i widok na panoramę miasta. Istotnym elementem do zobaczenia jest również Katedra Wniebowzięcia NMP, gdzie przed wejściem znajdują się dwa pomniki – Jana Pawła II oraz ojca Pio.

Obiektami, których z różnych względów nie odwiedziliśmy, a które Wam polecamy do wpisania na listy podróżnicze, są na pewno Salt Pans, czyli pola solne znajdujące się na północy wyspy. Możecie je znaleźć również w wielu miejscach na głównej Malcie, dlatego my odpuściliśmy, ale ponoć widoki są piękne, zwłaszcza o wschodzie i zachodzie słońca. Więcej o nich rozpisywałam się TUTAJ.

Drugą taką atrakcją jest Ninu’s Cave – nigdy nie potrafiliśmy wstrzelić się w godziny otwarcia i dobrze trafić na autobus. To dość ciekawa rozrywka, raczej nietypowa jak na Maltę. Możemy bowiem zobaczyć jaskinie, gdzie wszystkie formacje typu stalagmity, stalagnaty powstały z wapienia koralowego. Niektóre z nich są ponoć półprzezroczyste. Zwiedzamy tak naprawdę tylko jedną dużą komorę, sztucznie oświetloną, ale patrząc po zdjęciach, jest raczej warta zobaczenia. Dajcie znać, jeśli się Wam uda i podzielcie się opinią zwłaszcza w kwestii ceny – tej nie dałam rady znaleźć w internecie.

Trzecia atrakcja to stara przepompownia Imgarr ix-Xini Pumping Station – tam z kolei odstraszył nas upał i bardzo długie podejście. Atrakcja znajduje się na południu Gozo i możemy podjechać do niej autobusem, ale tylko kawałek. Przed nami 2 km zapewne niezbyt przyjemnej drogi w upale, a po naszych przygodach z Dwellingami nie mieliśmy ochotę na powtórkę z rozrywki. Tu również proszę o krótki komentarz z Waszej strony.

Fenomen Lazurowego Okna

Z czego ja najbardziej zapamiętałam Gozo? Przede wszystkim z Lazurowego Okna, czyli ogromnej, naturalnej formacji skalnej, przez którą mogliśmy oglądać morze. Stała się tłem dla takich produkcji filmowych jak Gra o Tron czy Hrabia Monte Christo. Nie wiem, czy wiecie, ale ta atrakcja widnieje na wszystkich plakatach reklamujących wyspę, jest wystrojem niejednej restauracji i niemalże jako pierwsza pojawia się na mapkach Google. Pojechaliśmy więc zobaczyć, o co tyle zachodu, nastawiliśmy nawet nawigację i nic. Idziemy, idziemy, a śladu nie widać. W końcu natrafiliśmy na foodtruck i pytamy mężczyznę, który ma za sobą plakat z Lazurowym Oknem, czy wie, w którym kierunku mamy iść. On za to patrzy na nas, pokazuje za swoje plecy i mówi: „To? A to runęło już ze trzy lata temu!”

I rzeczywiście, dopiero w tamtym momencie sprawdziliśmy informacje na ten temat. Generalnie nie wpadliśmy na to wcześniej, bo przecież ani nie trzeba na to biletów, ani obiekt się nie zamyka. Przyjęliśmy za pewnik, że skoro obiekt jest taki rozsławiony, to na pewno będzie istnieć! W tym wypadku zdziwiło mnie jednak, jak Maltańczycy potrafili rozkręcić turystykę i reklamę wokół czegoś, czego tak naprawdę nie ma, a z drugiej strony nie wykorzystują zasobów, które wystarczyłoby nieco odnowić i rozsławić, by stały się symbolem wyspy, o czym wspominałam już w przypadku TEGO wpisu o Selmun Palace. Naprawdę niewiarygodne.

Ciekawostką jest to, że powstały nawet plany odbudowy Lazurowego Okna przez rosyjskiego architekta Swetozara Andriejewa. Kiedy jednak zobaczyliśmy proponowane rozwiązanie na zdjęciu, aż się skrzywiliśmy. Zamiast ogromnego bloku skalnego, który się zawalił, miałaby powstać stalowa, duża konstrukcja, która nie pasuje niemalże do niczego. Byłaby czymś na wzór wieżowca z pięcioma piętrami i dużą powierzchnią dla sali konferencyjnych. Co prawda lokalsom pomysł się spodobał, ale na całe szczęście nie wszedł w życie (póki co).

Czy żałujemy tego, że pojechaliśmy? A skąd! Spacer był piękny – z widokiem na klify i ze wspinaczką po wapiennych skałach. Świetne miejsce na bouldering, zresztą Malta w ogóle obfituje w wiele lokalizacji, które mogłyby okazać się rajem dla wspinaczy. Chodziliśmy więc, obserwowaliśmy gromadzącą się na brzegu sól i chodzące kraby, w sumie szybko zapominając o niezbyt wielkim rozczarowaniu. Zresztą dzięki niemu natrafiliśmy na lokalizację, którą pokochałam najmocniej z całego pobytu, a mianowicie Inland Sea. Generalnie to po prostu zatoka, do której woda dostaje się wąskim, kamiennym korytarzem, dzięki czemu woda jest niesamowicie ciepła. Wszystko to otaczają wysokie skały, z których skaczą ludzie, tłumów nie ma prawie wcale, możemy spędzić pół dnia, obserwując żyjątka w skałach czy nawet wykupić rejs łódką. O pięknie tego miejsca rozpisywałam się przy okazji TEGO wpisu, koniecznie musisz zajrzeć!

Ceny na Gozo

Czy na Gozo rzeczywiście ceny są dużo niższe niż na Malcie? Jeśli chodzi o pizzę, to tak, ale nie zauważyliśmy tego w żadnej innej kwestii. Być może to zasługa pandemii i chęci zarobku, a być może te czasy już ogólnie przeminęły. My ze swojej strony na pewno nie polecamy noclegów na wyspie – opłaca się odwiedzić ją raz lub dwa, ale nie więcej, bo po prostu nie będziecie mieli co robić i każdy dzień zaczniecie od wyklinania na transport. Nie wyobrażam sobie czerpania przyjemności z przeprawy pomiędzy Gozo, a na przykład Vallettą. Wyspę można odwiedzić całkowicie za bezcen, udając się tylko na bezpłatne atrakcje i podziwiając architekturę czy znajdując piękne miejsca do kąpieli. Świetna opcja zwłaszcza już pod koniec wyjazdu – my ten zakątek wspominamy bardzo dobrze.

Z mojej strony to już wszystko na dziś. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do odwiedzenia Gozo i przekazałam kilka interesujących informacji. Tym akcentem równocześnie kończę serię maltańskich wpisów i liczę, że to, czego się z nich dowiedzieliście, zaowocuje wyjazdem w przyszłości i okaże się dla Was cennymi wskazówkami. Dołożyłam wszelkich starań, by jak najlepiej nakreślić dla Was obraz wyspy, a nawet wysp – czekam teraz na Wasze spostrzeżenia i relacje. Zapraszam do wysyłania zdjęć, komentarzy i odnalezieniu mnie zarówno na Instagramie, jak i fanpage’u na Facebooku. Do zobaczenia!

JuraPark Krasiejów – rozrywka dla dzieci czy też dorosłych? Przedstawiamy ceny i atrakcje!

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć naszej jednodniowej wycieczki do JuraParku w Krasiejowie, którą odbyliśmy wraz z Szymonem 3 października 2020 roku. Przedstawimy Wam, jakie atrakcje czekają nas na miejscu, rozwiejemy też wątpliwości na temat tego, czy jest to atrakcja tylko i wyłącznie dla dzieci – nie zabraknie oczywiście cenników i praktycznych informacji. Zapraszamy na:

Wyjazd doszedł do skutku właściwie przypadkowo, bo niespodziewanie zwolnił nam się weekend. Pogoda zapowiadała się fantastycznie jak na tę porę roku (ok. 25℃) i z tego względu postanowiliśmy skorzystać z atrakcji, które mamy niemalże pod samym nosem. Ja co prawda byłam już w Krasiejowie 4-5 razy, ale JuraPark dość mocno rozbudował się od czasów powstania – kilka lat temu pojawił się całkiem nowy, interaktywny budynek. Postanowiłam więc odświeżyć wspomnienia, zwłaszcza że dla Szymona mieszkającego w całkiem innych rejonach Polski ten obszar nie był znany i zapewne sam by się tam nigdy nie wybrał, bo jednak atrakcje tego typu wydają się mocno „dziecięce”. Obserwowanie reakcji osoby, która nigdy wcześniej nie odwiedziła Krasiejowa, popchnęło mnie do zamieszczenia tego wpisu jako wskazówki zwłaszcza dla tych osób, które zamieszkują bardziej wysunięte na północ tereny Polski.

Bilety

Decydując się na wyprawę do Krasiejowa, możemy kupić bilety drogą tradycyjną lub online, co gwarantuje nam dodatkowe rabaty. To działa jednak tylko teoretycznie, ponieważ klikając w link odsyłający, nie dzieje się zupełnie nic i koniec końców lądujemy w kasie biletowej. Do wyboru mamy trzy rodzaje wejść:

  1. Główny Jurapark obejmujący również muzeum paleontologiczne, park rozrywki, Tunel Czasu, oceanarium oraz kino 5D,
  2. Centrum Nauki i Ewolucji Człowieka,
  3. Bilet kompleksowy obejmujący pkt.1 i 2.

Generalnie wyznaję zasadę, że jeśli już się gdzieś jedzie, to trzeba wykorzystać oferowane możliwości w pełnym wymiarze, tak więc trzecia opcja kosztowała nas 78 zł oraz 55 zł z ulgą. Czy warto? Moim zdaniem tak, ale to zależy, czego się spodziewacie – jeśli podróżujecie z dziećmi, to odpuściłabym drugą opcję, w późniejszej części wpisu opowiem dlaczego. O całości parku dobrze wiedzieć, że w bardzo dużej mierze wykorzystuje technologię 3D i liczne projekcje, co akurat uważam jest świetnym sposobem na przedstawienie czegoś, czego nie możemy już zobaczyć na żywo w pełnej okazałości, zwłaszcza że w większości przypadków nie znamy tak naprawdę prawdziwej formy dinozaurów. Zazwyczaj odnajduje się ich kilka kości, na podstawie których przyrównuje się je do znanych już okazów i stara się dojść do tego, jaka mogła być postura stworzenia, jego tryb życia i środowisko bytowania (wodne, lądowe). Dzięki temu wystawa nie ogranicza się tylko do oglądania gotowych eksponatów i figur, ale też pobudza aktywność zwiedzającego.

Co znajdziemy w Juraparku?

Jeśli chodzi o główną część JuraParku, to zajmuje on powierzchnię 12 ha, gdzie została wytyczona piesza trasa. Kierunek zwiedzania wyznaczają namalowane farbą ślady dinozaurów, a nad głowami zwiedzających co jakiś czas rozciągają się łuki z kolejnymi epokami (np. wczesny trias, późna jura, kreda).

Eksponaty mają rzeczywiste rozmiary, chociaż czasem, zwłaszcza spoglądając na tablice informacyjne, można dostrzec pewne odstępstwa od reguły. Jak się jednak można domyślić, byliśmy jednymi z niewielu osób, które rzeczywiście wczytywały się w tekst – rodziny z dziećmi raczej obwieszczały na głos nazwę danego dinozaura, robiły zdjęcie i szły dalej. Szkoda, bo tablice są dość ciekawe, przynajmniej niektóre. Zazwyczaj zawierają sporo ciekawostek i rozważań, oprócz tego tłumaczą zastosowanie nietypowych części ciała stworzeń. Znajdują się na nich także rysunki przyrównujące wielkość człowieka do wielkości danego dinozaura, jego sposób pożywiania, kraj występowania, wzrost i waga, które czasem okazywały się zaskakujące. Z rozbawieniem dostrzegliśmy, że niektóre okazy wagowo były mniejsze od mojego ogromnego kota! Graliśmy też w grę, która polegała na tym, że zakładaliśmy, który dinozaur mógł przekształcić się w jakieś współczesne zwierzę i jakie.

Szymon, jako zagorzały fan Wędrówek z dinozaurami, które pamiętał z czasów dzieciństwa, największą frajdę miał chyba ze zgadywania nazw eksponatów. Furorę bez wątpienia zrobił Argentynozaur o ogromnych rozmiarach, którego znaleziony kręg szyjny miał wielkość człowieka. To też jedyna figura, do której możemy podejść, dotknąć i przytulić się do ogromnej łapy. W tym miejscu również zamontowano głośniki, przez które słychać co parę sekund ryk – dla dorosłych tandeta, młodsi nawet trochę się bali.

Pawilon paleontologiczny

Po drodze na trasie przechodzimy przez pawilon czy też muzeum paleontologiczne, które powstało dzięki inicjatywie Uniwersytetu Opolskiego. Do dziś odbywają się prace badawcze, zjeżdżają tu studenci z całego świata na okres dwóch tygodni (można ich zobaczyć w lipcu, sierpniu i wrześniu), podczas których całe życie zamyka się na poszukiwaniu szczątek dawnych istnień. W budynku możemy zobaczyć wykopane skamieliny i odnalezione fragmenty dinozaurów czy stworzeń, które żyły jeszcze przed nimi. Został tu odnaleziony gatunek Silesaurus Opolensis, który jest znany na całym świecie tylko z tego miejsca. Jako dziecko zupełnie tego nie zakodowałam, podejrzewam, że też niespecjalnie mnie to obchodziło i bardziej zwracałam uwagę na walory widokowe, ale to dość budujący, ważny dla nas fakt. Pawilon może i nie jest wielki, ale dość ciekawy, bo rzeczywiście można dostrzec znaleziska gołym okiem, ponadto chodzimy po szklanej platformie i znaczna część znalezisk znajduje się pod naszymi stopami.

Tunel Czasu

Do całości trasy jesteśmy przewożeni kolejką, która kursuje niemalże co chwilę. Oczywiście możemy przejść ten kawałek pieszo, ale omijamy wtedy część rozrywki. Nasz środek transportu nie jest bowiem taki jak wszystkie inne – siedzimy w nim bokiem tak, że obserwujemy tylko jedną stronę świata i nie bez powodu, bowiem wjeżdżamy w specjalnie zaprojektowany Tunel Czasu. Kolejka porusza się bardzo powoli, a my dostajemy okulary 3D, dzięki którym możemy oglądać projekcję filmową w zaciemnionym wnętrzu. Opowiada ona o dziejach powstania i przekształcania się świata na przestrzeni milionów lat, przybliża też historię pierwszych ziemskich stworzeń. Animacja jest bardzo współczesna, przystosowana do młodszych odbiorców, jednakże… nie, jeśli chodzi o przekaz. Na początku pada tyle fachowych informacji, że dzieci na pewno nie zrozumieją połowy słów, więc trochę pokrzykują, a trochę marudzą, że nudno. Nie wiadomo, kto stanowi w tym miejscu target, ale ostatecznie każdy znajdzie dla siebie jakąś miłą cząstkę, zwłaszcza że towarzyszą nam różne efekty specjalne – lasery, wybuchające wulkany i tak dalej, a wszystko to współgra z historią rozgrywającą się na ekranie.

Dodatkowe udogodnienia – park rozrywki, kino 5D, oceanarium

Jak z kolei kończy się wycieczka? Możemy wrócić dokładnie tą samą kolejką, a możemy też na pieszo poznawać resztę uroków tego terenu. Znajduje się tutaj dość duża strefa gastronomiczna nie tylko z obiadami, ale też słodkimi przekąskami i lodami. Część stoisk była jednak na stałe zamknięta zapewne ze względu na mniejszą ilość turystów, czas posezonowy i sytuację epidemiczną. W jednym z budynków odbywał się nawet festiwal czy też dzień dyni, można było wyrzeźbić własną pod okiem obsługi. Z braku czasu nie skorzystaliśmy, choć zawsze chciałam spróbować! Minusem parku jest jednak fakt jego szybkiego zamykania się – w tygodniu o godz. 16.00, w weekend o 17.00. Jeśli chcemy być szczegółowi i wszystkiemu poświęcić należytą ilość czasu, to wyrobimy się na styk.

Dzieci dość mocno czekają na plac zabaw i park rozrywki, do których trzeba przejść ze dwieście metrów już od głównego szlaku. Na miejscu znajdują się karuzele krzesełkowe (jedna duża dla dorosłych, niestety nieczynna, druga mała dla dzieci), niewielka kolejka z wagonikami i wahadło z łodzią. Oczywiście obskoczyliśmy wszystkie atrakcje, nie bacząc na wiek czy inne zahamowania, zwłaszcza że Szymon nigdy wcześniej nie był w wesołym miasteczku. Przed wahadłem zjedliśmy jednak gofra, żeby dotrzymać do obiadu, no i może nie był to najlepszy pomysł ze względu na lekkie mdłości, dzięki którym zapewniliśmy sobie dodatkowe doznania. Oczywiście usiedliśmy na samym końcu statku, by w kulminacyjnym momencie znaleźć się jak najwyżej i bawiliśmy się przednio. Mała rzecz, a tak cieszy, zwłaszcza że z góry mamy ładny widok na jezioro i łabędzie. 😀

Pomiędzy plażą a strefą gastronomiczną znajdują się też oceanarium i kino 5D. Poszliśmy na Meet the Dinos. Wielkiego wyboru zresztą nie mieliśmy, bo był to jedyny film (od pięciu lat). Możecie się więc domyślić, jaki reprezentował poziom – telepało jednak fotelami, wiał wiatr, więc w ogólnym rozrachunku nie było najgorzej. Czy mimo naszego braku zachwytu ekranizację mogę polecić dla dzieci? Może podsumuję to słowami kilkuletniej dziewczynki, która siedziała za nami podczas projekcji i skwitowała ją słowami: „I to miał być film? Jak taki film, to mogliśmy równie dobrze zostać na schodach!”. Strasznie nas to rozbawiło.

Jeśli chodzi o oceanarium, to na pewno można o nim powiedzieć, że jest… nietypowe, bo nie ma w nim żadnych zwierząt. Znowu wszystko odbywa się na zasadzie technologii 3D. Wchodzimy z okularami do długiego tunelu i stajemy przed ogromnymi ekranami wzorowanymi na akwaria. Filmiki mają po kilka minut i przedstawiają dawne zwierzęta morskie, które po prostu pływają, obnażają kły, zbliżają się do nas i tak dalej – jak to zazwyczaj ryby. Wielkościowo może nie były odwzorowane 1:1, ale efekt i tak był dość ciekawy. Polecam zebrać się na cierpliwość zwłaszcza przy okazji ostatniego stanowiska. Uruchamia się ono na czujnik ruchu, kiedy stajemy na specjalnej platformie. Już samo to wzbudza podejrzenia, jako że wszędzie indziej podłoga jest… no po prostu zwyczajna. Zostajemy więc uczestnikami ataku stworzenia morskiego, które powoli rozbija szybę… a cała ziemia zaczyna się trząść. Trochę przewidywalne, ale wciąż fajne przeżycie, które oznaczyłabym jako obowiązkowy punkt podróży.

Centrum Nauki i Ewolucji Człowieka

Jeśli zaś chodzi o drugą część biletu kompleksowego czyli Centrum Nauki i Ewolucji Człowieka, to wejścia odbywają się co godzinę o pełnej godzinie, ostatnie o 16.00, więc zdążyliśmy rzutem na taśmę. Jeśli przyjdziemy parę minut za wcześnie, możemy skorzystać z interaktywnej poczekalni – zrobić sobie zdjęcie, a także stanąć przed ekranem, na którym wybieramy człowieka w różnym stadium rozwoju (homo sapiens, homo erectus i tak dalej). Kamerka przetwarza obraz i zamienia nas w małpę, która porusza się tak samo jak my… no prawie. Uśmiałam się przy tym niesamowicie, bo ruchy komputera są tak nieudolne, że jeśli tylko nie trzymamy rąk odwiedzionych od reszty ciała, to całkowicie się gubi. Do tego stopnia, że moja małpka potrafiła włożyć sobie rękę w żołądek, a przy tańczeniu jak Egipcjanin krzyżowała ręce tak, że już dawno wylądowałabym ze złamaniami w szpitalu. Głupiutka rozrywka, ale dla zabicia czasu jak najbardziej polecam.

Żeby przejście przez budynek miało sens, dostajemy okulary 3D, słuchawki i audioguida działającego na czujniki (wszystkie sprzęty są dezynfekowane zaraz po oddaniu przez poprzednią grupę). Całe przejście rozpoczyna się od zamknięcia w kapsule czasu, która jest niczym innym jak kinem, w którym obserwujemy, jak cofamy się kilkadziesiąt milionów lat wstecz. Tutaj również ruszają się fotele, jednak trochę się zawiodłam, bo mój sprzęt przestał działać i słyszałam z całości nagrania tylko piąte przez dziesiąte z tego, co leciało w słuchawkach Szymona. Było bardzo ciemno, więc naciskanie na oślep przycisków audioguida nie pomogło, dopiero później naprawił się sam przy okazji przechodzenia ze stacji do stacji.

Po projekcji przechodzimy do następnego szeregu pomieszczeń. Część z nich to zwykłe wystawy z figurami, część to krótkie filmiki 3D. Żeby posłuchać historii z nimi związanych, należy stanąć w polu otoczonym laserem z oznaczeniem strefy. Wtedy czujnik automatycznie nas wynajduje i w słuchawkach włącza się odpowiednie nagranie. Trwają one zazwyczaj 2-3 minuty i oprócz tego, że lektor ma dziwne powiedzonka i wstawki, to przekazywane informacje są dość ciekawe – jak zmieniało się polowanie na przestrzeni lat, ceremonie pogrzebowe, sposób życia człowieka. Znowu: byliśmy jedynymi osobami, które słuchały od początku do końca, więc przy wyjściu zostaliśmy sami, a obsługa już troszkę nas poganiała, żeby puścić nam końcową projekcję w kapsule czasu. To akurat wydało mi się przykre, bo jednak zapłaciło się za coś, z czego prawie się nie skorzystało, a jak już się skorzystało, to uchodziłeś niemalże za dziwaka, który wszystko opóźnia.

Minusem tej atrakcji było to, że gdy stanowiska znajdowały się za blisko siebie, nagrania samoistnie się zmieniały, mimo stania w danej strefie. Potem zazwyczaj nie chciało się ich słuchać drugi raz, gdy zmieniły się na poprawne. Szymonowi zdarzyło się tak raz, mi chyba z cztery, bo jestem nadpobudliwa – zawsze obracam głowę, rozglądam się, patrzę na reakcje innych. Tkwienie w jednym miejscu nie wchodzi dla mnie w grę, ale przynajmniej miałam pretekst, by przytulić się do Szymona i słuchać nagrań z jego słuchawek.

Mając na uwadze to wszystko, rozumiem, że ciężko byłoby upilnować i zainteresować dzieci, jeśli sami dorośli nie mają wielkiego parcia, by zostać w tym miejscu. Stąd moja wcześniejsza uwaga, że być może warto zainwestować jedynie w JuraPark. Na końcu Centrum Nauki znajdują się wystawy poświęcone na przykład temu, jak zmieniały się naczynia, zabawki i figurki na przestrzeni lat. Możemy też obejrzeć mnóstwo czaszek zwierząt oraz ludzi oraz jakie zmiany zachodziły w nich zależnie od regionu, a także obejrzeć kilka ogromnych skamielin w pracowni, gdzie się je oczyszcza. Nam się podobało – może nie aż tak jak główna część zwiedzania, ale ani nie żałuję, że tam poszliśmy, ani nie uważam, że było nudno.

Ile czasu potrzeba na zwiedzanie?

Jeśli jesteśmy rodzicem z dziećmi, które bardzo chcą dotrzeć do placu zabaw i szybko się nudzą:

  • JuraPark ok. 2,5-3 godzin (już z jedzeniem),
  • Park Nauki i Ewolucji Człowieka ok. 20 minut, chociaż ja ogólnie odradzam.

Jeśli zaś rzeczywiście chcemy się czegoś dowiedzieć i za bardzo nam się nie spieszy, chcemy wykorzystać maksymalnie czas czy też wydane pieniądze:

  • JuraPark ok. 4-5 godzin (już z jedzeniem),
  • Park Nauki i Ewolucji Człowieka ok. 40-50 minut.

Myślę, że na dziś to wszystko. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do przyjazdu w swoje okolice i nieco unaoczniłam, jakie przeszkody możemy napotkać po drodze, zwłaszcza jeśli pod opieką mamy grupę szkrabów. Liczę też, że dzięki temu łatwiej będzie je przezwyciężyć i lepiej zaplanujecie podróż. Jeśli jesteście świadomi wszystkiego, o czym pisałam wyżej i dalej chcecie odwiedzić JuraPark w Krasiejowie, to naprawdę polecam!

Malta cz.7 – Zwiedzamy stolice: Vallettę oraz Mdinę

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-ciodniowej podróży na Maltę. Możesz czytać go oddzielnie, ale na pewno bardzo pomoże Ci zapoznanie się z poprzednimi częściami, by nie stracić żadnego kontekstu. Dziś opowiem parę słów o stolicy wyspy, jaką jest Valletta, a także byłej stolicy, czyli Mdinie – nie zabraknie też wielu zdjęć czy ciekawostek. Zapraszam na:

Kilka faktów o Valletcie

Jeśli planujecie podróż do Valletty, to zalecałabym zarezerwować sobie na nią cały dzień. Wystarczy wtedy czasu na zwiedzanie, zjedzenie jakiejś przekąski i kąpiel w morzu, która w godzinach południowych okazuje się niemalże zbawieniem. Co na pewno jest dużym plusem, to że nie musicie martwić się zbytnio o transport, niezależnie w której części wyspy macie zakwaterowanie. Autobusów, których końcowy przystanek mieści się właśnie w Valletcie, jest akurat najwięcej i kursują stosunkowo często. Zatrzymują się zaraz obok ogromnej fontanny Trytona usytuowanej na wprost wejścia do zabytkowej, starszej części miasta.

Zanim jednak przejdziemy do bodźców widokowych, na które natkniecie się zaraz po przejściu za wysoki mur, warto wspomnieć kilka słów o samym mieście. Nie jest to pierwsza stolica Malty – przed nią była jeszcze Mdina – ale za to najdalej wysunięta na południe Europy i najbardziej słoneczna. Liczy sobie 320 zabytków, dzięki którym w całości została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Mieszka tu również większość Maltańczyków, przez co Valettę nazywa się często Wielkim Miastem (3300 osób na km2, choć nie jest to tak zauważalne). To właśnie tutaj znajduje się szpital z jedną z największych sali w całej Europie, a także jeden z trzech najstarszych teatrów na świecie.

Valletta wizualnie

Na głównym placu naszym oczom ukazuje się natychmiast mnóstwo budynków: Muzeum Archeologiczne, Bank Centralny Malty, Centrum Sztuki, opera, muzea sztuki, kina i teatry. Co kilka metrów w ciasnych uliczkach zwieszają się jaskrawoczerwone gobeliny z wizerunkami świętych. Przed naszym przyjazdem dodatkowo odbył się na miejscu festiwal lata, Maltańczycy świętowali także 26-te zwycięstwo swojej drużyny piłki nożnej w ligowych rozrywkach. Z tego powodu wszędzie pojawiały się zielone girlandy, wielkie gwiazdy na fasadach kamienic czy flagi. To pogłębiło wrażenie przepychu, ale też stanowiło nietypowe dla nas urozmaicenie.

Co bardzo typowe dla stolicy, to że wszystko jest żółte. Głównym budulcem używanym na wyspie jest oczywiście piaskowiec, ale też na przykład wapień – w każdym razie gdziekolwiek byśmy się nie udali, wszystko wygląda dość jednolicie. To, co przeważnie wyróżnia budynki, to przede wszystkim kolorowe drzwi, wymyślne gałki czy klamki przy nich oraz zabudowane, różnobarwne balkoniki. Zazwyczaj wykonuje się je z drewna i stanowią niejako symbol wyspy – można znaleźć je wszędzie, chociaż w Valletcie spotkamy ich najwięcej. Akurat mnie straszliwie urzekły, wyglądają po prostu pięknie i sprawiają, że nasze oczy nigdy się nie nudzą. Prawdopodobnie zachwyt jest zasadny, ale patrząc na nie tylko i wyłącznie z zewnątrz. Kilkukrotnie udało nam się dojrzeć coś w środku przez uchylone okienka i przeważnie było to pranie, schodząca płatami farba ze ścian i jakieś stare pudła czy kartony.

Na wejściu zobaczymy też kilka wysokich, żółtych kolumn w stylu korynckim, które na moment przeniosą nas myślami do Grecji. Między nimi utworzono plac ze sceną, ale akurat podczas naszego pobytu było tam rozstawionych pełno rusztowań i nie zapowiadało się, by miały prędko zniknąć. Zaraz obok znajduje się nietypowa ściana pamiątkowa, która odrobinę wygląda jak postawione pionowo liczydło. Zamiast koralików dostrzeżemy kostki – możemy je obracać, a na każdej stronie widnieje naklejka bądź podpis odwiedzającego.

Przechadzając się przy głównej ulicy Republiki, napotkamy też wiele historycznych postaci – nie będzie to jednak odległa podróż w czasie, bo przeważnie dostrzega się jednak pomniki ministrów czy prezydentów, którzy swoje rządy sprawowali jeszcze całkiem do niedawna. Najstarszą figurą jest oczywiście Jean de la Vallette, założyciel miasta i wielki mistrz zakonu Joannitów. Część swego życia spędził w niewoli, mówiono też, że „bardzo sprawnie radził sobie z tymi, którzy sprzeciwiali się płaceniu wysokich podatków, które ustanowił”. Zapewne za życia nie znosił sprzeciwu i odznaczał się surowością, ale to właśnie dzięki temu obronił Maltę w czteromiesięcznym oblężeniu przez Turków w XVI wieku, a jego zakon rozpoznawano w całym chrześcijańskim świecie. Ponoć nie można mu odmówić miana wybitnego stratega i poligloty.

Jeśli mówimy już o wybitnych jednostkach, to podczas wizyty w Valletcie nie można przegapić Pałacu Wielkiego Mistrza, gdzie stacjonuje prezydent wyspy. Można obejrzeć go od środka w każdy dzień tygodnia, chyba że na miejscu odbywają się akurat obrady lub różnego rodzaju uroczystości.

Ulice miasta są stworzone na włoską modłę – ciasne, prostopadłe do siebie, mało otwartych przestrzeni. Między kamienicami rozwieszone są lampki i żyrandole oświetlające miejsca przeznaczone na restauracje czy kawiarnie, które często znajdują się na różnej wysokości nad poziomem morza. Ludzie siadają na przykład na poduszkach czy schodkach, a z racji tego, że wszystkie zabudowania biegną z góry do dołu, a nie są rozmieszczone płasko, miejsca te stają się bardzo ciekawym spotem na zdjęcia.

Ciekawostką wartą podkreślenia jest to, że ściany budynków na Malcie są naprawdę cienkie, co widzieliśmy podczas prac nad jedną z kamienic. Skutkuje to tym, że wewnątrz nich nie ma nawet miejsca na poprowadzenie rur od kanalizacji, dlatego większość z nich znajduje się na fasadzie tak, że wszyscy mogą je widzieć. Jest to jednak uciążliwe rozwiązanie zwłaszcza ze względu na hałas – przy otwartym oknie spływająca woda brzmi tak, jakby wlewała się prosto do twojego pokoju. Doświadczyliśmy tego w naszym apartamencie i choć da się do tego przywyknąć, to pierwsze noce są dość przerażające. Ma się wrażenie, że jakiś mały potoczek zalewa właśnie wszystkie twoje rzeczy.

W Valletcie znajduje się również pełno figur świętych czy kościołów, o czym wspominałam już przy okazji poprzednich wpisów. Tutaj jednak nie są one przeważnie wolnostojące, raczej stanowią część istniejących już zabudowań i można wejść do nich tylko od strony głównych drzwi. Zdarza się więc, że mieszkańcy kamienic dzielą jedną ścianę z budynkami sakralnymi i nikomu zdaje się to nie przeszkadzać.

Większość miasta dookoła otacza mur. Niekiedy widoki są dość zabawne, bo na przykład część schodów prowadzących na górę uległa już zniszczeniu i możemy zobaczyć je dopiero na wysokości np. trzech metrów, jakby prowadziły tylko i wyłącznie w ścianę.

Jedzenie w Valletcie

Rzadko spotkamy szerokie, wolne przestrzenie. Przeważnie, gdy już się taka znajdzie, zajmują ją restauracje, których właściciele ustawiają stoliki i parasolki na zewnątrz dość ciasno, by pomieścić jak najwięcej gości. Pewnie spodziewacie się, że ceny są zatrważające dokładnie tak jak w każdej stolicy, ale o dziwo nie ma tragedii. Gdzieniegdzie nie widać dużych różnic w porównaniu z resztą wyspy, czasem to kwestia 1-2 €. Co więcej – nam udało się trafić na popołudniową przekąskę właśnie tutaj znacznie taniej. Zjedliśmy timpanę za 2 €, o czym rozpisałam się szerzej w TYM wpisie. Generalnie opłaca się jeść koło godziny 17.00 w piekarniach (ok. godziny przed ich zamknięciem), gdzie stoją domowe posiłki, a sprzedawca odgrzewa je w mikrofalówce lub piekarniku. Wtedy często ceny spadają o połowę, bo każdy chce zejść z końcówek towaru i nie być zmuszonym do tego, by je wyrzucać. Okazje się trafiają, wystarczy tylko dobrze poszukać.

Plaża i zabytki obok

Jak już wspominałam, koło południa, gdy słońce uniemożliwia zwiedzanie, a my nie mamy ochoty na zaszycie się w kawiarni, warto udać się na jedyną, maleńką plażę w zasięgu wzroku, czyli Wuestenwinds Beach, o której szerzej pisałam TUTAJ. Kamienista jak większość na Malcie, ale mamy specjalne zejście z drabinką do morza, no i możemy pooglądać murale na ścianach.

Stamtąd mamy niedaleko do dzwonnicy znajdującej się w Dolnych Ogrodach Barakka, skąd rozciąga się doskonały widok na falochron. Zabytek stanowi upamiętnienie 7 tys. ofiar służb maltańskich podczas oblężenia, gdzie znaczącą rolę odgrywał la Vallette. Znajdziecie tutaj dodatkowo sześć tablic dotyczących wielu istotnych wydarzeń takich jak węgierska rewolucja czy praska wiosna.

Miasto roztacza wokół siebie bardzo przyjemną aurę, każda uliczka wydaje się na swój sposób piękna, mimo że większość z nich jest podobna. Łatwo się w nich zgubić, ale co jakiś czas natrafiamy na tabliczki informacyjne, które wskazują nam drogę do zabytków i nasze aktualne miejsce pobytu. W wyniku tego przechodzimy miasto w górę i w dół kilka razy, żeby wyłapać te co ciekawsze architektoniczne cuda.

Kilka faktów o Mdinie

Tutaj pewnie w wielu głowach rodzi się pytanie – czy jeśli widziałem już Vallettę, to opłaca mi się jechać do Mdiny, poprzedniej stolicy, czy też znowu będę oglądać to samo? Otóż tak, jak najbardziej, zwłaszcza że te dwa miasta zupełnie do siebie nie przystają. Valletta jest ogromna, przepełniona, głośna i niemalże oblężona przez zabytki. Mdina jest znacznie mniejsza, spokojniejsza i nie aż tak żółta – bardziej wąska, kamienna i cicha. Nie bez powodu nazywa się ją Silent City. Wpływają na to nie tylko mniejsze ilości turystów i knajp, ale także zakaz wjeżdżania na jej teren jakichkolwiek innych samochodów poza tymi, które należą do mieszkańców (no i oczywiście służb ratunkowych, dostawczaków i tego typu kołowców). Czy to sprawdza się w praktyce? Tak, chociaż ciągle słychać jakieś rozmowy albo dźwięki z oddali. My mieliśmy jeszcze pecha, bo przez pierwszą godzinę zwiedzania wdychaliśmy woń szambiarki, która akurat zajechała na miejsce.

Obecnie w tym mieście na stałe zameldowanych jest niespełna 300 osób – aż nie mieści się w głowie, że kiedyś uważano je za główny ośrodek życia. Powstało jeszcze za czasów średniowiecza i mieści się mniej więcej w środku wyspy, więc niestety nie mamy możliwości się wykąpać. To ponoć tutaj przebywał św. Paweł zaraz po tym, jak jego statek rozbił się w pobliżu wyspy. Wbrew bredniom, które powtarza część Polaków (spotkaliśmy takich po drodze), Mdina nie jest starą częścią miasta Rabat. To prawda, Rabat otacza Mdinę murami, ale to dwie oddzielne jednostki terytorialne, mimo że znajdują się bardzo blisko siebie i dochodzi się do nich z jednego przystanku autobusowego o nazwie Rabat. Większość Mdiny oraz jej zabytków musiała zostać odbudowana w XVII wieku po ogromnym trzęsieniu ziemi. Obecnie jedyna działająca na miejscu kawiarnia w dobie koronawirusa jest prowadzona przez Duńczyków, obsługa raczej mocno chłodna, znudzona tym, że w ogóle musi kogoś oglądać na oczy, a większość rzeczy przynosi do stolika dopiero wtedy, kiedy prosi się o każdą z osobna (kawa, lód do kawy, słomka, cukier).

Do Silent City wchodzimy przez główną, zabytkową bramę. Uliczki są jeszcze węższe niż w przypadku Valletty, ale wciąż dostrzegamy zabudowane balkoniki, kolorowe drzwi i gałki w kształcie delfinów czy innych stworzeń (swoją drogą to właśnie tam odkryliśmy ich cenę – ok. 60-120 € za jeden uchwyt!). Co jednak urzeka najbardziej, to roślinność. Nie ma jej straszliwie dużo, ale jeśli już pojawią się jakieś pnącza i kwiaty, to rozkwitają bardzo gęsto i pięknie, kontrastując z resztą zabudowy. Mówię tu zwłaszcza o bugenwillach w kolorach intensywnego różu lub fioletu – dosłownie każdy chciał mieć z nimi zdjęcie, nawet grupa obcych pięciu mężczyzn, którzy podróżowali razem i z którymi zamieniliśmy na miejscu parę zdań. Oni zrobili sesję nam, my im i trochę się pośmialiśmy.

Uliczek jest mnóstwo, łatwo się zgubić i stracić orientację, gdzie się już było, a gdzie niekoniecznie. Gdy wyjdziemy przed szereg zabudowań, na horyzoncie widać morze i możemy skorzystać z powiększającej lunety. Stoją ich dwa rodzaje i choć obie podpisano jako płatne, tak naprawdę z jednej możemy korzystać za darmo.

Z odpłatnych atrakcji możemy udać się do katakumb św. Pawła i św. Agaty, oba obiekty znajdują się w Rabacie i trzeba zapłacić za nie osobno po 5 €. My nie skorzystaliśmy, ale warto wspomnieć, że taka opcja istnieje właśnie tutaj. Tutaj jeszcze kilka ujęć z samego miasta, by przekonać Was, do dłuższego spaceru.

Na dziś to już tyle z mojej strony. Serdecznie zapraszam do udania się do obu maltańskich stolic i samodzielnego porównania. Być może wielu z Was to właśnie Mdina będzie bliższa, kto wie? Dajcie znać, które miasto wydaje Wam się ciekawsze. W następnym, już ostatnim wpisie, skupimy się na Gozo, czyli wyspie należącej do Malty. Opowiemy o miejscach wartych zobaczenia, a także pewnych innościach, które dało się dostrzec w tej części kraju. A w ramach czekania serdecznie zapraszam na mojego Instagrama czy fanpage’a na Facebooku, odnośniki po prawej stronie na górze! 😉

Szczeliniec – opis szlaków, fotorelacja oraz dlaczego nie podróżuje się nocą po górach?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy jednodniowego wyjazdu na Szczeliniec, który odbyliśmy razem z Szymonem 8 listopada 2020 roku. Nie byłby to wyczyn, gdybyśmy zajechali na najwyższy parking samochodem, dlatego zdecydowaliśmy się na trasę aż z Radkowa, maszerując ponad trzy godziny. O tym, czy warto iść naszym śladem, a także na co natkniecie się na miejscu, dowiecie się poniżej. Będzie też kilka ciekawostek dla wspinaczy, więc zostań do końca. 😉 Zapraszam na:

Dlaczego Szczeliniec?

Po ostatnim zdobyciu szczytu w Błędnych Skałach (albo jak my to nazywamy żartobliwie: po naszym ostatnim szczytowaniu w Błędnych Skałach), nabraliśmy ochoty na więcej wędrówek. Tak jak wspominałam przy okazji poprzedniego wpisu, obecnie mamy niewiele możliwości, które pozwalają spełniać się nam podróżniczo. Wyjeżdżając ostatnio, natknęliśmy się na przeszkodę w postaci ograniczonej działalności restauracji, tym razem odpadało też planowanie jakiegokolwiek noclegu z racji zamykania hoteli, pensjonatów czy agroturystyki. Nie zraziliśmy się tym jednak, choć [lekki spoiler] uwierzcie, przydałoby się miejsce do spania i to nie ze względu na zmęczenie – czytaj uważnie do końca. 😀 Wyjechaliśmy więc znowu na jeden dzień w już dobrze znane okolice. Jesień w tych rejonach skradła nasze serca, więc postanowiliśmy wrócić i wspiąć się jeszcze wyżej, bardziej wyzwaniowo. Błędne Skały znajdowały się na wysokości 853 m n.p.m., natomiast w przypadku Szczelińca Wielkiego jest to 919 m n.p.m. – stopniowanie trudności wydawało się więc właściwe.

Wybór szlaku i jego przebieg

Tym razem dojazd okazał się dużo przyjemniejszy i szybszy – nie tylko dlatego, że omijaliśmy drogę stu zakrętów (po prostu do niej nie dojeżdżaliśmy), ale też nie natknęliśmy się na objazdy i kierowanie ruchem jak ostatnio, co uczyniło naszą podróż znacznie, ale to znacznie krótszą. Wybraliśmy żółty szlak, który zaczynał się tuż obok parkingu przy Zalewie Radkowskim. Co nas zdziwiło, to zupełne pustki – bardzo długo na szlaku nie spotkaliśmy nikogo, a później doszliśmy do wniosku, że po prostu nikt nie miał aż tak szalonego pomysłu jak my na tę porę roku.

Zaraz poniżej znajduje się mapka, która unaocznia, jaką trasę przeszliśmy. Łącznie było to ponad piętnaście kilometrów (nie zapominajmy, że inaczej traktuje się je w górach, a inaczej maszerując po płaskiej powierzchni), a to tylko dlatego, że skróciliśmy pokonywany przez nas dystans. Na szczyt przeszliśmy więc ponad 9 km (to też zaraz wyjaśnię), do auta prawie 6 km. Pod spodem zamieszczam mapkę, która zobrazuje Wam przebytą przez nas drogę i o każdym odcinku postaram się podszepnąć parę słów.

Trasa na szczyt – 9 km od Zalewu Radkowskiego na Szczeliniec Wielki
Trasa ze szczytu – 6 km, podejście żółtym szlakiem, zejście niebieskim, żółtym, zielonym i znów niebieskim oraz żółtym – najkrótsza z możliwych dróg do auta

Podejście w Radkowie zaczyna się bardzo łagodnie, zwłaszcza że część drogi musimy przebyć wiejskimi uliczkami wśród koni, krów i niewielkich domków. Trzeba uważać, bo z początku idziemy wzdłuż lasu i w odpowiednim momencie należy wejść w jego głąb, w przeciwnym razie dojdzie się do asfaltowej drogi i niebieskiego szlaku, który uchodzi za najkrótszy i najbardziej stromy. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie popełnili gafy, bo poszliśmy za daleko, potem weszliśmy w złe rozwidlenie i musieliśmy zawracać. Czy nie dziwił nas brak oznaczeń? Dziwił bardzo, dlatego kręciliśmy się tak długo, dopóki nie natrafiliśmy na nie z powrotem. Oczywiście były widoczne jak bawół na środku pola, a my minęliśmy je, pochłonięci rozmową na głupie tematy. Mówię „głupie”, bo dzięki temu zapamiętałam dokładnie, gdzie należy skręcić – tuż przed tablicą obwieszczającą, że tu znajduje się Park Narodowy Gór Stołowych (teren monitorowany). I to właśnie w kontekście tego nawiasu stwarzaliśmy mnóstwo historii sprowadzających się do kamer ukrytych w drzewach i inwigilacji orwellowskiej. Tak, czasem jesteśmy dziwni, ale nieszkodliwi.

W końcu odnaleźliśmy właściwą drogę, napiliśmy się kawki z termosu i ruszyliśmy dalej wzdłuż spokojnie płynącego strumyka. Jesień może nie była już tak piękna jak dwa tygodnie temu, bo liście pospadały z drzew, ale to także miało swój urok. Wyściełały drogę jak gruby, kolorowy dywan i choć wyglądało to ładnie, czasami dość mocno utrudniało wędrówkę, bo ciężko wypatrzeć kamienie, korzenie czy inne przeszkody. Dało się jednak do tego przywyknąć, dzięki temu unikało się przynajmniej brodzenia w błocie, a największa bolączka pojawiła się dopiero przy schodzeniu, gdy ślizgaliśmy się i siadaliśmy na tyłkach co kilka metrów, bo nogi mieliśmy już jak z waty (choć to i tak nie najzabawniejsza część historii).

Podczas drogi co jakiś czas znajdujemy tabliczki informacyjne na temat formacji skalnych, do których zmierzamy (opisane jako „Ścieżka Skalnej Rzeźby”). Łącznie jest ich czternaście na wszystkich szlakach, ale nawet nie mając możliwości przeczytania ich wszystkich, mogę zagwarantować, że zbyt dużo na tym nie tracicie.

Idąc dalej, podejście robi się nieco bardziej strome, a my zmierzamy do źródła potoku i Wodospadów Pośny, po których dziś pozostał nikły ślad. Tuż przy nich da się dostrzec wyryte w kamieniach niemieckie napisy dedykowane twórcom tego miejsca – Emilowi Hoffmanowi, a także Albertowi Nitsche. Kiedyś naprawdę dało się tu dostrzec wodę, która wybija ze skał z dużą prędkością, dziś natomiast wygląda to znacznie bardziej ubogo:

Gdy miniecie tamto miejsce, zaczyna się dość długi i stromy odcinek trasy, ale pocieszająca wiadomość jest taka, że kiedy go przejdziecie, będziecie już niemalże w połowie trasy na szczyt. Najgorzej, że droga nieustannie wije się serpentynami, dlatego w linii prostej nie jest to długi odcinek, natomiast przejście go okazuje się czasochłonne i męczące. Każdy, kogo mijaliśmy, przystawał przynajmniej raz czy dwa, by odsapnąć i się napić, bo nogi należy wstawiać naprawdę wysoko, a na drodze znajduje się wiele przeszkód. To chyba najcięższy odcinek trasy, mimo że przed samym szczytem również czeka nas strome podejście. Ścieżka jest jednak gładsza i krótsza, a to czyni metę znacznie bardziej przystępną.

Widoki na tym najcięższym odcinku są jednak piękne, bo skały znajdują się tuż nad naszymi głowami. Można dostrzec drzewa, które wyrastają w taki sposób, że ich korzenie owijają się wokół głazów – momentami wygląda to, jakby miały za chwilę runąć. Miniemy też mnóstwo drzew pokrytych ogromnymi grzybami, niektóre z nich są naprawdę wielkie!

Kolejny odcinek znów robi się ładniejszy. Przechodzimy po kamiennych ścieżkach wzdłuż płotu i drewnianych konstrukcji, które do złudzenia przypominają plac zabaw (choć z pewnością nim nie były). Jeśli są tutaj osoby, które kiedykolwiek grały w The Forest, to zabudowania wyglądały identycznie jak te, które budowało się wokół bazy, by uchronić się przed zombie. Tam z kolei czeka nas kolejne ciekawe zjawisko – korzenie drzew są tak silne, że przebijają skały na wylot i wyglądają dość… niewłaściwie, no sami spójrzcie zwłaszcza na te najniżej. Jest też niesamowicie dużo mchu, wszystko w oczach staje się jasnozielone.

Później sceneria dość mocno się zmienia, bo wychodzimy na pole wśród leżących balotów siana, chodzimy po niesamowicie długiej trawie, gdzie co chwilę da się dostrzec jakieś grzyby (chociaż tylko trujące). Co najbardziej rzuca się w oczy… to gęsta mgła, przez którą nie widać prawie nic. Na ten widok od razu przypomniały mi się słowa Szymona, gdy rano wyjrzeliśmy przez okno i świeciło słońce: „Ale dzisiaj będzie widok z góry!”. I wiecie co? Mimo wszystko naprawdę był!

Ten fragment idzie się cały czas wzdłuż lasu, aż w końcu natrafiamy na schronisko, przy którym stoi paleta z dużym napisem: „Dotarłeś! Kim jesteś? Zwycięzcą. Zasłużyłeś na posiłek”. Można wejść do środka w maseczce, można zjeść – dokładnie tak samo jak na szczycie Szczelińca, co w dzisiejszych czasach jest na wagę złota i korzysta z tego 90% tłumu. Stamtąd idziemy dalej, drogowskazy pokazują jeszcze 50 minut marszu, ale udaje nam się uwinąć szybciej. Podchodzimy asfaltową drogą aż do właściwego wejścia na Szczeliniec, gdzie większość ludzi zostawia samochody. Po drodze mijamy pozostałości po strajkach kobiet – namalowane sprayem błyskawice, a także napisy, których może nie będę przytaczać, bo w końcu nie na polityce bazuje ten blog 😉 Zdziwiło nas jednak, że odnaleźliśmy je nawet tutaj.

Od parkingu rozciąga się końcowy, dość stromy odcinek, który przechodzi się na pewno przyjemniej niż poprzedni, zwłaszcza że co chwilę przystawaliśmy robić zdjęcia. Mgła była gęsta, ale przebijało się przez nią mnóstwo światła i wyglądało to bajecznie.

W końcu, będąc jeszcze w miarę daleko od szczytu, mleko się kończy, a my znów maszerujemy w słońcu. Przy samym wejściu na szczyt odnajdujemy tabliczkę informacyjną na temat wspinania w Górach Stołowych. Co nas zdziwiło, niedozwolona jest wspinaczka „na wędkę” czy używania magnezji, przy czym chodziło raczej o każdą magnezję, a nie tylko białą, która pozostawia ślady na skałach. Sezon trwa od 15 kwietnia do 3 listopada, a mimo tego zobaczyliśmy jednego śmiałka. Należy jednak pamiętać, że przed wspinaniem konieczne jest uiszczenie opłaty (50 zł za zezwolenie całoroczne i 20 zł za zezwolenie jednorazowe). Pod spodem wykaz wszystkich zasad:

Wejście na szczyt i zielony szlak im. Franciszka Pabla

Wchodząc na szczyt i widząc panoramę, zaparło nam dech w piersiach. Tak jak mówiłam – wyszliśmy ponad mgłę i chmury, więc widok przypominał ten, który dostrzegamy przez okno samolotu, wzbijając się. Trochę to nawet przypomina falujące morze, chociaż ile ludzi, tyle skojarzeń. Drzewa wychylają się z mgły, słońce oświetla skały i wygląda to niesamowicie. Nie można opędzić się od ludzi, jest ich mnóstwo, a większość z nich siedzi przy stołach i korzysta z ciepłego posiłku, który mogą kupić. Ciekawostką jest to, że na miejscu możemy zobaczyć tabliczki upamiętniające wejście na Szczeliniec znanych osób, a do nich należy Johann Wolfgang Goethe, autor znienawidzonych przez wielu „Cierpień młodego Wertera”. Na jednej ze skał dostrzegamy mnóstwo drobnych monet, najwyraźniej skarpa pełni funkcję studni życzeń i stała się czymś w rodzaju tradycji/przesądu.

Wokół Szczelińca Wielkiego rozciąga się trasa, która nieco przywodzi na myśl odwiedzone przez nas ostatnio Błędne Skały. Oznaczona jest jako zielony szlak i ten fragment nazywa się trasą turystyczną im. Franciszka Pabla. Człowiek ten jako pierwszy został mianowany oficjalnym przewodnikiem turystycznym w Sudetach, a co więcej stworzył trasę właśnie na Szczeliniec. Mówi się, że w latach swojej świetności potrafił wejść na szczyt 3-4 razy dziennie, co robi niemałe wrażenie, biorąc pod uwagę, że my ledwie zdążyliśmy wejść i zejść. Idąc tamtędy, mijamy kilkanaście formacji skalnych, z których największe wrażenie robi Piekiełko (długie, wąskie zejście),zaś najbardziej rozpoznawalny wydaje się Małpolud, od którego nie można odejść, jeśli nie strzeli mu się fotki, bo to trochę tak, jakby w ogóle nie weszło się na szczyt. Najmniej podobał nam się chyba Słoń, bo nie bardzo przypominał żywe stworzenie… przynajmniej z przodu, ponieważ z tyłu jakiś żartowniś doczepił mu drewniany ogon i wyglądało to całkiem nieźle, mimo że komicznie.

Część przejść jest bardzo niskich i ciasnych, właśnie w drodze z Piekiełka rozciągają się bardzo długie schodki, gdzie prawie nie dociera światło. Na szczęście po boku znajduje się łańcuch, którego możemy się przytrzymać, by nie upaść. Co chwilę mijamy przepiękne punkty widokowe, w dodatku możemy wejść na jeszcze wyższą konstrukcję na szczycie, która znajduje się tuż przy wejściu. Udało nam się nawet strzelić fotkę wspinaczowi, który zatopował na naszych oczach, a wszyscy zgromadzeni zaczęli bić mu brawo. To był naprawdę ładny moment.

Ile kosztuje atrakcja? Zazwyczaj w granicach 10 zł, a dlaczego mówię zazwyczaj? Nie wiem, czy wynikało to z pory roku czy dnia tygodnia (niedziela), jednak kasę zamknięto na trzy spusty, jedynie na drzwiach wisiała kłódka. Przejście do atrakcji nie zostało w żaden sposób zatarasowane, więc po chwili wątpliwości weszliśmy za darmo.

Kilka przemyśleń, gaf oraz śmiech przez łzy – czyli nasze obserwacje i opowieści

Po całej trasie przemieszczamy się na długich, drewnianych podestach, podobnie zresztą jak w Błędnych Skałach. Zwiedzający nie trzymają dystansu, więc trzeba pilnować tego samodzielnie, jeśli zależy Wam na tym, żeby chronić się jak tylko możliwe, by nie przywieźć ze sobą jakiejś nieprzyjemnej niespodzianki do domu. Nieprzestrzeganie zaleceń sanitarnych to jednak nie najgorsze, co ludzie są w stanie zrobić. Przez pewien czas na przykład szedł za nami chłopak, który palił papierosa, bo jak twierdził „Przecież jest na świeżym powietrzu”, tak więc szybko się od niego oddaliliśmy, a mimo tego korytarze skalne śmierdziały jeszcze długą chwilę nikotyną. Jeśli również walczycie z nałogiem – proszę, nie palcie w tym miejscu, bo to naprawdę reszcie turystów przeszkadza. Druga sytuacja to podróż za grupą kilku Czechów, którzy bardzo szybko wyprzedzili wszystkich ludzi. Źle jednak oszacowali odległość i czas, bo w końcu wszyscy ich dogonili, a oni urządzali akurat grupowe sikanie tuż obok ścieżki. Przypominam, że byliśmy na szczycie i dosłownie kilkaset metrów dalej znajdowało się schronisko z toaletami. Tym tylko fragmentem chcę uspokoić tych, którzy uważają, że sami sprowadzamy na nas i nasze państwo wstyd. Jak widać – nie tylko my i tak podzielone jest dosłownie każde społeczeństwo.

Zakończę jednak pozytywnym aspektem przynajmniej z perspektywy widza. Idąc przez jeden z korytarzy, minęliśmy tatę z córką, którzy szli pod prąd i rozglądali się po ziemi. Mniej więcej tak przedstawiał się ich dialog:
– No i co zrobiłaś z tymi rękawiczkami? Zgubiłaś je, wyrzuciłaś, czy co się z nimi stało?
– Nooo, nie wiem… Wzięłam rękawiczkę, zrobiłam nią tak – Tu nieokreślone ruchy rękami i machanie nad głową – a potem siuuuuu! I nie ma!
Na to tata wywrócił oczami i westchnął typowo jak na zmęczonego rodzica, a my po prostu nie mogliśmy powstrzymać się od śmiechu. Gdybyście tylko widzieli, jaki ta mała miała niewinny wyraz twarzy!

My też jednak popełniliśmy gafę i to znacznie większą niż zgubienie rękawiczki. Jak zapewne dostrzegliście ze zdjęć powyżej, słońce powoli zachodziło, a my zostaliśmy na szczycie, tracąc poczucie czasu. Idąc w dół, narzuciliśmy więc bardzo szybkie tempo, ale i to nie do końca wystarczyło. Drogowskazy wskazywały, że do zejścia u podnóża góry została nam 1 h 40 min. W porządku, bo myślałam, że od razu zaczniemy schodzić… tymczasem po wyjściu z drogi Franciszka Pabla czekał nas ponownie dość intensywny marsz po schodach do góry, by dojść na niebieski szlak i stamtąd udać się do auta. W tamtym momencie byliśmy już dość zmęczeni i w pierwszym odruchu stwierdziłam, że chyba zostanę tam, gdzie stałam. Wiedząc jednak, że marudzenie i zwlekanie tylko pogorszy sytuację, dzielnie parliśmy naprzód. Minęliśmy z kolei parę, gdzie dziewczyna narzekała, że bolą ją nogi, że już nie pójdzie i tak dalej. Chłopak próbował wytłumaczyć jej, że to jedyna droga, że muszą się tamtędy udać, ale niewiele to skutkowało. Zostali daleko za nami i mam nadzieję, że szli na bliższy parking, bo w przeciwnym razie musieli chyba nocować na szlaku, kładąc się na liściach.

Zejście niebieskim szlakiem było dość ostre, ale póki szliśmy w świetle dziennym, nie było na co narzekać. Problem zaczął się dopiero w momencie, gdy przeszliśmy na żółty odcinek, którym maszerowaliśmy już wcześniej. Nie sama stromizna stanowiła przeszkodę, a mnóstwo kamieni, stopni i liści… no i ciemno. Powoli zaczęło zmierzchać, więc odpaliliśmy latarki w telefonach (niech będzie błogosławiony ten, kto wymyślił tę funkcję). Generalnie zdaję sobie sprawę, jak głupie było z naszej strony, że nie zostawaliśmy sobie odpowiedniego zapasu, bo w końcu jesteśmy dorosłymi, odpowiedzialnymi ludźmi. Chyba pierwszy raz tak bardzo zatraciliśmy poczucie czasu i doznaliśmy zachwytu, jakiego nie czuliśmy dawno przy codziennej rutynie. Trzeba było jednak dojść do auta i udźwignąć ciężar konsekwencji. Mogę jednak zapewnić – nie polecam i nie róbcie tak jak my.

Pisząc ten post z perspektywy czasu i wiedząc, że nie stała nam się żadna krzywda, strasznie bawi mnie ta historia, mimo że nie powinna mieć miejsca. W tamtym jednak momencie nie było mi do śmiechu, zwłaszcza że zrobiło się ciemno, gdy wkroczyliśmy w najbardziej stromy odcinek żółtego szlaku. Szliśmy powoli, ale nie zmieniało to faktu, że ślizgaliśmy się na liściach i potykaliśmy tym częściej, im mniej dzieliło nas od zejścia. Mięśnie działały ze zmęczenia coraz słabiej, dlatego przytrzymywaliśmy się drzew i większych głazów, dbając przede wszystkim o to, by nie skręcić sobie kostek. Mimo tego, kiedy tylko Szymon słyszał za sobą charakterystyczny szelest towarzyszący ślizgowi, odwracał się i świecił w moją stronę latarką. Oślepiał mnie, ale przynajmniej odrobinę się uspokajał. Pod koniec robił tak średnio co parę sekund, przywodząc trochę na myśl grę „Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy”. Radości nie było końca, gdy dotarliśmy do asfaltowego odcinka drogi. Co prawda wydłużyliśmy trasę wędrówki po płaskim fragmencie (zamiast iść dalej żółtym szlakiem, zboczyliśmy na zielony i niebieski), ale tylko dlatego, że przebyliśmy ją szybciej, niż stałoby się to w przypadku schodzenia kolejnym ostrym zejściem koło Wodospadów Pośny.

Czy się baliśmy? Odrobinę, bo nigdy wcześniej nie znaleźliśmy się w podobnej sytuacji. Gderałam jednak pod nosem, że jeśli się połamiemy i nie będziemy w stanie iść dalej, to nie ma obaw – przecież „Park Narodowy Gór Stołowych – teren monitorowany”, więc na pewno nas znajdą. Szymon przejmował się najbardziej tym, co stanie się, gdy któreś z nas zrobi sobie krzywdę, ja natomiast ciągle zastanawiałam się, czy możemy spotkać jakieś zwierzęta. W sumie wiedziałam, że jeśli zapytam o to na głos, dostanę odpowiedź twierdzącą, dlatego wolałam przekonać sama siebie, że wcale nie wyskoczy na nas żaden dzik i nic takiego nie istnieje. Najwyraźniej się udało. Pytanie powróciło jednak jeszcze w samochodzie, na co Szymon od razu zareagował:
– No pewnie, że są tu zwierzęta. Pół biedy taka sarna, ale na przykład spłoszony dzik?
– Widzisz i właśnie dlatego się ciebie nie pytałam.
– Spokojnie, jestem pewien, że zwierzęta bały się podchodzić, bo wyczuwały twój gniew.
Nie powtarzajcie więc naszego błędu, bo nie każdy ma gniew o tak potężnym zasięgu i sile jak ja, by odpędzić wroga. 😉

Po całej trasie zostaliśmy ponownie skazani na jedzenie na wynos, a że nie mieliśmy ze sobą sztućców, wybór padł na pizzę. Zajechaliśmy pod restaurację podlegającą pod ośrodek Na Stoku Twierdzy. Telefonicznie kontaktowaliśmy się dwa razy pod kątem zamówienia, jako że pani z obsługi najwyraźniej ogarnia logistykę i noclegów, i kuchni, stąd o wiele rzeczy musi dopytywać i oddzwaniać. Posiłek był jednak znacznie lepszy niż ostatnio w Kłodzku. Może nie majstersztyk, ale na pewno smaczne i nie aż tak tłuste jedzonko na uzupełnienie kalorii. Gdybyście więc zastanawiali się nad jakimś miejscem na obiadokolację, możemy śmiało polecić.

Na dziś to tyle z naszej strony. Mam nadzieję, że wzbogaciliście się w przydatne informacje oraz przestrogi i pójdziecie naszym śladem tylko na szczyt Szczelińca, nie z powrotem 😉 Życzę Wam wszystkiego dobrego, a tymczasem zapraszam Was również na mojego fanpage’a oraz Instagrama, odnośniki po prawej stronie na górze.

Błędne Skały – który parking wybrać, ile zapłacimy za wstęp i jak długo zajmie nam wędrówka?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy jednodniowej wycieczki w Błędne Skały, którą odbyliśmy z Szymonem 24 października 2020 roku. Opiszemy więc, jak w dzisiejszych czasach wyglądają tam kwestie sanitarne, podamy ceny biletów i wskażemy kilka wskazówek apropos samego spędzania czasu czy parkowania. Zapraszam na:

Dlaczego wybór padł na to miejsce? W czasach pandemii natrafiamy na tak liczne ograniczenia w postaci zamykania atrakcji, różnego rodzaju placówek, ograniczania usług czy kwarantanny, że najbezpieczniejszą opcją wydawało się spędzenie weekendu na łonie natury. Postanowiliśmy oddalić się nieco od miejsca zamieszkania, skoro akurat mieliśmy więcej czasu, a pogoda zapowiadała się obiecująco. Gdyby nie pandemia, pewnie do naszego planu zwiedzania dołączyłaby Twierdza Kłodzko, ale chcieliśmy uniknąć tłumu i nie ryzykować przywleczeniem czegoś do domu ze względu na starsze osoby, z którymi mamy styczność. Jako że pojechaliśmy samochodem, podziwialiśmy budowlę jedynie z daleka, przez szybę.

Dojazd i parking

Dojazd do Gór Stołowych był tego dnia nie lada wyzwaniem, zwłaszcza że powstało wiele objazdów, a ruchem kierowała policja wraz z żandarmerią wojskową. Ostatni odcinek drogi już za Kłodzkiem pokonuje się serpentynami (nie bez powodu trasę tę nazywa się drogą stu zakrętów), najczęściej za kilkoma ciężarówkami, których nie sposób wyprzedzić, jako że jest to trasa wielu tranzytów. Warto więc mieć to na uwadze i jeśli mieszkacie daleko, zarezerwować na dojazd więcej czasu, by nie zwiedzać w pośpiechu, tylko nieco się zrelaksować.

Na miejscu natkniemy się na dwa parkingi – jeden na dole szlaku i jeden tuż obok punktu widokowego już przy Błędnych Skałach. My zdecydowaliśmy się na ten położony niżej o nazwie YMCA, darmowy. Za górny musimy zapłacić 20 zł, no i znacznie skracamy sobie czas wędrówki, a przecież ona była jednym z powodów, dla których wybraliśmy to miejsce. Udaliśmy się więc niebieskim szlakiem, który mniej więcej w połowie przechodzi w niebiesko-czerwony. Liczy około 3,5 km (na drogowskazie widnieje, że przejście ich zajmie Wam godzinę, ale nie sugerowałabym się tym, liczyłabym nawet dwie, jeśli chcecie cieszyć się spacerem). Podejście nie jest specjalnie wymagające przynajmniej do miejsca zetknięcia obu szlaków. Potem pojawia się więcej kamieni oraz korzeni, jest raczej wąsko i ślisko, zwłaszcza jesienią.

Warunki na szlaku jesienią

Mimo że nie padało już od kilku dni i świeciło słońce, gleba wśród gęstych drzew nie zdążyła przeschnąć. Trzeba było liczyć się z omijaniem kałuż czy naprawdę obfitego błota, dlatego dobrze zaopatrzyć się w porządne, nieprzemakalne buty i mieć przy sobie kogoś, kto przytrzyma Was, gdy się poślizgniecie (chociaż taką osobę w życiu warto mieć zawsze, nie tylko w górach!).

Mogę jednak śmiało przyznać, że ta pora roku mimo drobnych defektów jest idealna na wędrówki. Wszystko wokół przechodzi zielenią, żółcią i brązem, kolory wydają się tym intensywniejsze, im częściej pada na nie słońce. Wydaje mi się, że ten etap zwiedzenia podobał mi się nawet mocniej niż główna atrakcja, mimo że nie jestem miłośniczką chodzenia po górach. Chyba za często zmuszałam się do takich wyjazdów za dzieciaka z racji położenia geograficznego. Wśród –nastu lat edukacji pamiętam może dwie zielone szkoły czy pojedyncze wycieczki, które nie skończyły się marszem w górę przez większość dni, bo „Nie można dzieciakom zostawić za dużo czasu wolnego, żeby nie zrobiły nic głupiego, a tak to zmęczą się i pójdą spać”. Szymon z kolei takich udogodnień za często nie miał, więc wydawał się zachwycony. Zresztą oboje cieszyliśmy się czasem, który mogliśmy spędzić gdzie indziej niż w domu – na pewno znacie ten ból.

Najpiękniejszy widok to niezaprzeczalnie promienie słoneczne przebijające się między gałęziami i konarami drzew. Duża wilgoć sprawia, że w wielu miejscach możemy dostrzec pajęczyny rozciągające się wśród krzaków, które pokrywa mnóstwo maleńkich, mieniących się kropelek wody. Tuż przy głównej ścieżce zalegają też czasami wyrwane korzenie ogromnych drzew – jeden z nich był nawet wielkości człowieka. Kropelki wody ciekną strużkami po skałach, dodatkowo osiadają na igłach drzew i wygląda to naprawdę bajecznie. Warto zatrzymać się choć na moment i przyjrzeć się uważniej!

Czy podejście na wysokość ponad 850 m n.p.m uchodzi za trudne? Nie powiedziałabym. Większość trasy jest nachylona pod niewielkim kątem, idziemy wydeptaną, dobrze ubitą dróżką i ciało czuje to bardziej jak nieco cięższy marsz. Właściwie jest tylko jeden odcinek drogi, gdzieś w 2/3, który wymaga więcej wysiłku. Robi się znacznie bardziej stromo, trzeba stawiać wysoko nogi, by nie potknąć się o kamienie, ale w gruncie rzeczy przejście tego fragmentu nie zajmie Wam więcej niż 20 minut. Uwierzcie – jeśli ja dałam radę po tak długiej przerwie od wędrówek górskich, to Wy też dacie. Dobre miejsce na start dla jakiegokolwiek wysiłku, przynajmniej przypomnicie mięśniom, jak pracować po tych wszystkich domowych izolacjach i lenistwie. 🙂

Punkty widokowe

Będąc prawie u celu, docieramy do jednego z punktów widokowych w bardzo charakterystycznym miejscu przy ogromnym głazie i… słupach przysłaniających połowę krajobrazu. Myślę, że to zjawisko świetnie podsumuje dialog grupki osób, która zjawiła się tam jakiś czas po nas:
– No i po jakiego chuja postawili tu ten słup?!
– Żeby rozjebać ci zdjęcie.
Wierzcie lub nie, trafniej nie dało się tego wyrazić, choć może bardziej cenzuralnie już tak. 😉

W tym miejscu warto pamiętać o wyłączeniu danych komórkowych. Na terenie Parku Narodowego Gór Stołowych jest dość duży problem z zasięgiem przynajmniej jeśli chodzi o sieć T-Mobile (Plus poradził sobie tutaj znacznie lepiej). Raczej nie ma go wcale, a jeśli już, to łączymy się z czeską siecią, co wiąże się z opłatami po przekroczeniu limitu danych, który jest inny dla Polski i pozostałych krajów Unii Europejskiej. Warto więc mieć to na uwadze, by nie musieć martwić się o rachunki.

Przy samych Błędnych Skałach znajduje się kolejny, oficjalnie zaznaczony na mapach punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama.

Co nas zdziwiło, że ludzi było bardzo dużo, a większość z nich (szacowałabym, że nawet 98%) zupełnie nie dbała o dystans społeczny. Rozumiem – idąc szlakiem, gdy jesteś sam i mijasz kogoś tylko chwilami, mówiąc mu „Dzień dobry” czy „Cześć”, nie ma to większego znaczenia, ale przy samej atrakcji w tej kwestii nic się nie zmieniło, a zagęszczenie odwiedzających wydawało się spore, zwłaszcza że chodzi się głównie po wąskich, drewnianych kładkach. Z tego też względu często schodziliśmy na bok i przepuszczaliśmy ludzi przodem. Niemniej jednak szkoda, że nie czujemy potrzeby zachowania samodyscypliny w tej kwestii.

Cena i zwiedzanie

Co mnie się z kolei bardzo podobało, to wysokość opłat za wstęp do skalnego labiryntu – 12 zł dorośli, 6 zł młodzież oraz studenci (kupić je możemy zarówno w kasie, jak i internetowo po zeskanowaniu kodu QR z plakatów, które znajdują się na miejscu, unikając tym samym kolejek i kontaktu ze sprzedawcą w okienku). Cena jest symboliczna i niewygórowana, zważając na to, że tak naprawdę chodzimy i oglądamy skały, które ktoś nazwał według własnych skojarzeń.
„Labirynt” to jednak dość górnolotne określenie z tego względu, że nawet nie za bardzo mamy jak w nim zabłądzić. Brakuje jakiegokolwiek elementu poszukiwań – po prostu idziemy wyznaczoną ścieżką i mijamy podpisane na tablicach obiekty. Troszkę szkoda.

Tych wyjątkowych skał mamy dziewięć. Kolejno:

  • Skalne Siodło,
  • Stołowy Głaz,
  • Okręt,
  • Dwunożny Grzyb,
  • Kasa,
  • Kurza Stopka,
  • Długi Pasaż,
  • Przesmyk Liczyrzepy (Duch Gór, któremu składano w ofierze czarne koguty. Z początku utożsamiano go z diabłem, później przedstawiano jako starszego mężczyznę. Oczywiście postać fantastyczna, jednakże stała się obiektem wielu prac naukowych, a także legend sięgających czasów średniowiecza. Najbardziej związana z obszarem Karkonoszy),
  • Furtka.

Z naszej perspektywy najciekawszymi formacjami wydają się Kurza Stopka i Przemyk Liczyrzepy. Niektóre z kolei w ogóle nie przypominają tego, co ponoć miały – na przykład Kasa, więc trzeba użyć odrobiny wyobraźni. Tutaj jednak rada, by nie zabierać ze sobą wielu rzeczy, a już tym bardziej wypchanych plecaków. Część przejść jest naprawdę wąska i niska; na tyle, że dość mocno dziwi mnie brak uwag lub ostrzeżeń w momencie zakupu biletu. Mówię poważnie, pomyślałam o kilku znajomych, którzy mimo najszczerszych chęci nie byłyby w stanie przecisnąć się na drugą stronę wyjścia. Ja i Szymon jesteśmy mali i raczej szczupli, a musieliśmy czasami kombinować, ustawiać się bokiem itd. Może jednak tematu unika się, by nikogo nie urazić.

Drugi zaskakujący fakt, to że w Błędne Skały przyjeżdżają całe grupy znajomych po to… żeby siąść przy drewnianych stołach i wypić razem piwko. Pół biedy, kiedy są to ilości umożliwiające dalsze funkcjonowanie – widzieliśmy jednak człowieka, który spił się tak, że krzyczał jakieś głupoty, a znajomi nie zamierzali się do niego przyznawać. Ostatecznie wszedł na skały zaraz obok napisu „zakaz wchodzenia na skały”, a jedyne co nas pocieszyło, to że w razie upadku jego mięśnie były tak zwiotczałe, że pewnie wyszedłby z tego cało. Smutnego finału jednak nie obejrzeliśmy i ruszyliśmy dalej. 😉 Mężczyzna nie stanowił wyjątku, bo nawet w labiryncie ktoś rozsiadł się wygodnie z piwem. Chyba nie rozumiem tej mentalności, ale cieszy chociaż fakt, że mimo wszystko okolica jest bardzo czysta i nikt nie śmieci.

Żeby jednak nie wyszło na to, że z Błędnych Skał wynieśliśmy tylko jakieś złe wspomnienia, zachęcam do zerknięcia na kilka zdjęć, które oddają piękno tego miejsca. To właśnie te widoki sprawiły, że nakręcono tutaj ujęcia do filmu „Opowieści z Narnii – Książę Kaspian”, o czym nie mieliśmy wcześniej pojęcia.

Mimo że labirynt obchodzi się w niecałą godzinę lub pół, jeśli spaceruje się takim tempem jak większość zwiedzających, to na terenie samego parku spędziliśmy koło 4-5 godzin, co pozwoliło nam odświeżyć umysły i spędzić naprawdę przyjemny dzień. Warunkiem rzeczywiście musi być dobra pogoda i nieco więcej wolnego czasu, ale jak najbardziej polecamy tego typu wędrówki. Trzeba dbać o zdrowie psychiczne w tak ciężkich czasach, jakie nastały.

Pizzeria Me Gusta na uzupełnienie kalorii

Na koniec udaliśmy się pod pizzerię Me Gusta w Kłodzku, gdzie udało nam się zamówić pizzę na wynos (opcja stacjonarna nie była możliwa ze względu na obostrzenia rządu). Musieliśmy jednak dzwonić już z drogi, bo jak wspominałam, z zasięgiem mieliśmy niemałe problemy. Zjedliśmy na tylnych siedzeniach samochodu i cóż mogę rzec? Na pewno nie były to najlepsze warunki ani najlepsza pizza, jakiej kosztowaliśmy. Walory smakowe pozostawiały trochę do życzenia, z drugiej strony byliśmy tak głodni, że nie zamierzaliśmy narzekać. Uważajcie jednak, zamawiając pizzę z rukolą – bo choć ogólnie była smaczna, to liście wydawały się nie do końca dobrze umyte. Od czasu do czasu między zębami zgrzytnął piasek, wyciągnęłam z buzi nawet małą grudkę. Pizzeria ma jednak całkiem dobre oceny na Google, więc zakładam, że to nieszczęśliwy przypadek. Obsługa wyraźnie cieszyła się, że zobaczyła nasze twarze, a my z kolei byliśmy zadowoleni, że możemy wesprzeć jakoś branżę gastronomiczną jako naczelne łasuchy.

Na dziś to wszystko – życzymy Wam więc wszystkiego dobrego i mam nadzieję, że dowiedzieliście się dzięki nam czegoś nowego. Zachęcam do pozostawienia po sobie śladu i odwiedzenia mojego fanpage’a na Facebooku oraz konta na Instagramie – odnośniki po prawej stronie na górze!

Malta cz.6 – Jakie darmowe zabytki warto zobaczyć, a których lepiej unikać?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-ciodniowej podróży na Maltę. Możesz czytać go oddzielnie, ale zapoznanie się z poprzednimi wpisami na pewno wzbogaci Twoją wiedzę. Dziś dowiesz się o kilku bezpłatnych atrakcjach i wartościowych miejscach na wyspie, które na pewno urozmaicą Twój pobyt, jeśli już zdecydujesz się na ten kierunek. Nie zabraknie też rozczarowań, których dzięki nam będziecie w stanie uniknąć. Zapraszam na:

Wieża św. Agaty

Zaznaczę najpierw, że do tego miejsca warto udać się pod wieczór (ale tak, by było widno), kiedy słońce aż tak bardzo nie daje się we znaki. Podróżując komunikacją miejską, z przystanku musimy przejść jeszcze 600 m – nie jest to dużo, ale fakt faktem maszerujemy pod górę i temperatura daje się we znaki. Droga kręta, chodniczek wąski, ale w gruncie rzeczy sama przeprawa nie okazała się tak uciążliwa. W każdym razie widok jest warty zachodu. Obiekt można zwiedzać od środka, ale ta opcja raczej nie cieszy się dużą popularnością, bo główna atrakcja znajduje się tak naprawdę na zewnątrz. Dlaczego?

Wieża św. Agaty nazywana jest inaczej Czerwoną Wieżą i nie bez powodu, bo właśnie na taki kolor pomalowane są jej mury. I nie jest to wcale ceglany odcień, a raczej nasycony czy nawet wściekły, co czyni budowlę widoczną już z bardzo daleka. Obiekt powstał w celach obronnych, co nie stanowi zbyt wielkiego zaskoczenia, zważając na jego usytuowanie i grube mury. Mieścił w sobie zapasy amunicji i żywności tak duże, że wystarczyłyby na ok. 40 dni, a także odegrał istotną rolę w czasie II wojny światowej podczas panowania brytyjskiego. Dziś bardzo się wyróżnia, ale w czasach powstawania był jedną z wielu identycznych fortyfikacji, które stawiono w taki sposób, by zawsze któraś z nich znajdowała się w zasięgu wzroku. Większość z tego, co maluje się przed oczami, to efekt odbudowy i renowacji, w środku zachowały się jedynie elementy oryginalnej posadzki.

Wieża stanowi ciekawy widok – nie powiem, że powalający, ale drugiej takiej szybko nie znajdziecie, więc z racji tego warto ujrzeć ją na żywo. Ze szczytu jej schodów roztacza się piękny widok na okolicę – morze, klify, rozlewisko oraz całą dzielnicę Bugibby.

Parish Church of Melieha

W tytule zaznaczyłam „Melieha”, jednak warto wiedzieć, że na wyspie znajduje się przynajmniej 15 i więcej kościołów opatrzonych tą nazwą. Śmialiśmy się, że widząc 2-3 z nich, to jakby widziało się już wszystkie i nie jest to dalekie od prawdy. Wszystkie są zachowane w dokładnie tym samym stylu, a i ogólnym wyglądem niewiele od siebie odbiegają – kształt, budulec i sposób zdobienia pozostaje niezmieniony, mogą jedynie zmieniać się miejsca ich usytuowania czy rozmieszczenia figur świętych. Pozwolę sobie opisać tylko jeden kościół, zwłaszcza że znajduje się wokół niego kilka ciekawych elementów, o których warto napomnieć.

Kamień do utworzenia budynku pozyskano w całości z kamieniołomów znajdujących się na wyspie, natomiast dzwony przetransportowano z samego Mediolanu. W pracę byli zaangażowani przede wszystkim miejscowi chłopi, którym zależało na bliższej obecności jakiegokolwiek miejsca sakralnego. Zaraz obok jesteśmy w stanie dostrzec tabliczkę tuż nad jednym z wąskich przejść, informującą, że w czasie II wojny światowej znajdowały się tam schrony – niestety dziś nie sposób wejść do środka. Ściany przed wejściem zdobi parę murali – z wizerunkiem Matki Boskiej, ale także bardziej przyziemne, wykonane trójwymiarowo.

Zanim przekroczymy bramę, mijamy podświetlaną fontannę i restaurację. Zaraz potem widzimy małą scenę, a także plac z rozkwitającymi na drzewach kwiatami. To też bardzo dobre miejsce na zdjęcie pamiątkowe w wyciętych oknach, z widokiem na całe miasto. Widząc kościół po raz pierwszy, na pewno robi wrażenie, jest bardzo przemyślany i po prostu cieszy oko. Gwarantuję, że na każdy kolejny zwraca się uwagę już znacznie mniej. :p Co natomiast ciekawe, choć… dość tandetne – na tego typu budowlach znajduje się zawsze oświetlenie nocne w postaci żarówek. Nie są to jednak zwykłe żarówki rzucające żółte lub białe światło, by podświetlić fasady i uczynić z nich jedyne miejsca widoczne po zmroku na horyzoncie, co widać na przykładzie Gozo, gdy odpływamy z wyspy promem. Nie – w większości przypadków żarówki są różnokolorowe: czerwone, zielone, przez co mamy wrażenie, że oglądamy choinkę przystrojoną na święta.

Ancient Cave Dwelling

Jeśli jest coś, czego żałuję najbardziej z całego wyjazdu, to właśnie tej atrakcji. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie przy niej nie być, bo teraz stanowi w relacji mojej i Szymona swoisty mem. „Idziemy oglądać dłelingi” stało się w naszym języku czymś, co zastępuje takie zdania jak: „Ale to będzie chała” lub „No to zapowiada się świetna zabawa/…”. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że nasze mózgi dały się oszukać magii zdjęć.

Generalnie swego czasu, kiedy przeglądaliście fotki na Google Maps z tej lokalizacji, dało się odnieść wrażenie, że idziemy zobaczyć jakąś ogromną skałę z wydrążonymi tunelami. Ba, to było jedno z pierwszych miejsc, które ochoczo wpisałam na naszą listę podróżniczą, a Szymon dodatkowo wsparł tę decyzję swoim entuzjazmem. I co?

Wybraliśmy się tam w jeden z pierwszych dni, upał jak cholera. Nawigacja pokazuje, że do przejścia po opuszczeniu autobusu zostaje nam 160 m, więc kto by się tam przejmował, że grzeje słońce. Trasa krótka, to i po co brać wygodne buty, skoro można iść w klapkach (do dziś została mi dziura w stopie po tej wyprawie). I rzeczywiście – po 160 m dochodzimy do celu, czyli do głównej drogi, którą mamy iść i która liczy sobie, wydawałoby się, jeszcze chyba jakieś 2749 kilometrów przez kamienie i nierówności. Pocimy się jak prosiaki, ale docieramy do pierwszej części rozrywki, czyli uli, które powstały gdzieś w czasach średniowiecza. Widzimy rzeczywiście otwory w skale, wygląda to nawet ciekawie. I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że łaziliśmy chyba jeszcze z półtorej godziny, a pozostałości po pracy pszczół okazały się najciekawszą rzeczą na trasie.

Kilka metrów dalej znajduje się jaskinia – dawne miejsce pochówku. Jeszcze dalej dwie niezidentyfikowane dziury w ziemi, którym zrobiliśmy zdjęcie, bo nic nie stanowiło ciekawszego obiektu. Dalej chata farmera, która wygląda po prostu jak nie do końca wybudowany prostokąt. I tyle. Chodziliśmy zdziwieni, szukając tej ogromnej skały z wydrążeniami i wiecie co? Ktoś po prostu wykonał zdjęcie z zoomem tych uli z samego początku, a wyglądało to na nie wiadomo jaką atrakcję. Generalnie nie wspomnę, jaki bitch face malował się wtedy na mojej twarzy, ale wspominać to będziemy chyba do końca życia.

Jedyną ciekawostką, jaką mogę Wam sprzedać, jest to, że po drodze zobaczycie dużo roślin, których nigdy nie ujrzycie w Polsce. Niestety ich owoce dojrzewają dopiero na przełomie sierpnia/września, więc nie mogliśmy zerwać ich od tak. Mówię tutaj o opuncjach, czyli takich kolczastych kulkach wyrastających na kaktusach. Na zdjęciu są zielone, ale w chwili dojrzałości przybierają czerwono-różowy odcień. Jedliśmy je kiedyś przy okazji pobytu we Włoszech czy Hiszpanii, raz nawet podarował nam je ratownik na plaży, mówiąc, że jestem uroczym dzieckiem (bo wtedy miałam może jakieś osiem lat i jeszcze byłam urocza). Smak jest bardzo, ale to bardzo słodki – dość specyficzny, ale na przykład mój wujek się tym zajadał. Trzeba jednak uważać, żeby nie pokaleczyć sobie palców, bo nawet w dobrze obranych owocach zostają malutkie igiełki, które wbijają się w opuszki.

Na miejscu spotkaliśmy też najstarsze drzewo maltańskie (ponad 1000 lat), na którym kwitł chlebek świętojański. Wygląda to trochę jak duża, długa fasola. Wyjada się oczywiście środek, który nawet teraz, będąc jeszcze twardym, bardzo ładnie pachniał. Ten owoc również bardzo często można spotkać w Hiszpanii.

Tylko raz natomiast natrafiliśmy na figi oraz oliwki, będąc w Sliemie, czy winogrona w Mdinie. Oczywiście mówimy już o tych dojrzałych, a nie o samych winnicach, których na wyspie można dostrzec dość dużo jak na panujący tam nieurodzaj i spaloną trawę.

Selmun Palace

To również miejsce, które polecam raczej na wieczór. Od przystanku czeka nas podejście ok. 1 km pod górę – w pewnym momencie chodnik zanika, idziemy asfaltem bez żadnego cienia, na pełnym słońcu. Nachylenie co prawda nie jest ogromne, ale trzeba troszkę wysiłku włożyć. Czy chociaż warto? Generalnie tak, ale mam nieco mieszane uczucia wobec tego zabytku. Wydaje mi się, że został nieco skazany na zapomnienie i mało kto się nim interesuje – zachowaniem porządku zarówno na terenie obiektu, jak i jego otoczenia. Wejść do środka nie możemy, bo odgradza nas szlaban, ponadto w środku, już na placyku, wala się pełno jakichś papierów, szmat i tak dalej. Sama budowla odstaje nieco wyglądem od innych i chociaż w ramach urozmaicenia warto uwzględnić ją na liście podczas wyprawy, aczkolwiek mówię, brakuje rozmachu: porządku, jakiejś maleńkiej kawiarenki obok, jakiejkolwiek reklamy. Co prawda do roku 2011 funkcjonował obok hotel, gdzie odbywały się wesela, ale został zamknięty nie tyle ze względu na małe przychody, co na zupełnie inną politykę restrukturyzacyjną przyjętą przez rząd.

Pałac w okresie swojego „życia” miał wiele przeznaczeń, służył na przykład jako miejsce spotkań dla polujących na króliki. W czasie powstania przeciwko Francuzom wykorzystywano go jako szpital dla marynarzy, długo służył też za miejsce obserwacyjne. Do dziś jednak nie wiadomo, kiedy dokładnie obiekt powstał, ani kto go zaprojektował.

Rotunda w Moście

Jedna z bardziej wprawiających w zachwyt i odmiennych budowli na Malcie. Obiekt możemy zwiedzać zarówno od wewnątrz, jak i zewnątrz – jest pięknie wykończony i wciąż służy jako miejsce sakralne. Posiada trzecią największą kopułę w Europie, w dodatku pięknie zdobioną, jeśli spojrzymy na nią od środka. Co ciekawe, rotunda powstawała w miejscu, w którym istniał już kościół – nie zburzono go jednak, a obudowano wokół, dzięki czemu mieszkańcy mogli nieprzerwanie cieszyć się uczestnictwem we mszach i obrzędach. Z tym miejscem wiąże się także historia nazywana „Cudem bomby”, kiedy podczas II wojny światowej dwie z nich spadły na dach budynku. Jedna z nich odbiła się od niego, natomiast druga przebiła go i spadła pomiędzy kilkuset wiernych… nie wybuchając. Jej duplikat możemy dziś zobaczyć na tyłach kościoła ze specjalnie oznakowaną tabliczką.

Do środka możemy wejść praktycznie bez przeszkód, natomiast przed wejściem trzeba poddać się procesowi mierzenia temperatury.

Wioska rybacka Marsaxlokk

Powiem tak – jeśli chcecie udać się w to miejsce, to raczej na początku pobytu, nie na końcu. My odwróciliśmy tę kolejność i było to dla nas miejsce jak wiele innych, już nie wywołało praktycznie żadnego wrażenia. Port z kolorowymi łódkami – przeżytek, kolejny identyczny kościół – hura, autobus jeżdżący raz na godzinę – wspaniale. Tutaj też znajdziecie chyba najdroższą kawę mrożoną na całej wyspie. Jedyną ciekawostką są tak naprawdę targi „rybackie”, które odbywają się w tym miejscu. Głównie jednak poza rybami sprzedaje się na nich lokalne likiery, o których pisałam TUTAJ, miody, ciasteczka czy różnego rodzaju poszewki lub obrusy. Bardzo fajnie można w ten sposób dostrzec pewne różnice kulturowe, poczuć się bardziej swojsko w miejscu, w którym przebywamy, ale tak generalnie to tyle. W Marsaxlokk nie możemy też raczej liczyć na żadną kąpiel, chyba że zapłacimy komuś z łódką, żeby przepłynął z nami na plażę. Nam ta opcja nie za bardzo się podobała, ale decyzja należy oczywiście do Was.

Sliema i St. Julian

W tych miastach co prawda nie znajdziecie jednej charakterystycznej budowli, którą warto zobaczyć, natomiast warto udać się do nich ze względu na ich odmienność. Oba uchodzą za kurorty dla turystów, są już znacznie bardziej zamożne, przynajmniej na pierwszy rzut oka. To tutaj możecie przespać się w Mariocie lub zjeść najzwyklejszą Margharitę za 15 €. Zobaczycie też wieżowce i zaskakująco dużo piaszczystych plaż jak na jedno miejsce – oczywiście zatłoczonych. Nieco inaczej wygląda też samo wybrzeże, ale o tym rozpisywałam się przy okazji TEGO wpisu. Przespacerujecie się również bardzo ładnie zagospodarowanymi parkami i poczujecie zupełnie inny klimat. Dlaczego wpisałam te miasta razem? Bo właściwie gdyby nie tabliczka z informacją, że przekraczamy ich granicę (zupełnie na środku deptaka), to nie bylibyśmy tego świadomi.

Co nas urzekło, to dość innowacyjne podejście do schronisk dla zwierząt, głównie kotów. Zagospodarowano na nie jeden budynek, ale generalnie on nie gra dużej roli, jest bardziej do użytku człowieka, przechowywania rzeczy i tak dalej. Dla znajd tworzy się specjalne budki na dworze, w których mają miejsce snu i na bieżąco uzupełniane wodę oraz suchą karmę. Czy to rzeczywiście działa? Tak! Kociaki rzeczywiście śpią w chatkach, a kiedy się obudzą, bardzo chętnie przychodzą do turystów na pieszczoty. Są zadbane i prawdopodobnie mają zagwarantowaną niezbędną opiekę weterynaryjną. Dzięki takiemu rozwiązaniu unikamy zamykania ich w klatkach i pozwalamy na wolność, równocześnie mając je na oku. Naprawdę świetny pomysł, choć niestety musimy wziąć pod uwagę, że w kraju takim jak Polska, gdzie co chwilę pada, są burze lub śnieg, pewnie nie miałoby to racji bytu. Na Malcie w miesiącach letnich prawie nie widać deszczu czy chmur, więc koty czują się tam jak w raju.

Na dziś to już tyle – mam nadzieję, że któreś z miejsc przypadło Wam do gustu i trafi na Wasze podróżnicze listy. W następnym wpisie skupię się na podróży do stolicy i postaram się oddać dla Was klimat Valetty nie tylko za pomocą słów, ale też wielu zdjęć. A w czasie czekania zapraszam Was na mojego Instagrama i fanpage’a na Facebooku, odnośniki po prawej na górze! 😉

Malta cz.5 – Którą plażę wybrać, gdzie wykąpać się bezpłatnie i jak radzić sobie z oparzeniem meduzy?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-dniowej podróży na Maltę. Możesz zacząć czytać od tego miejsca, ale dla lepszego rozeznania zalecałabym zerknięcie także na poprzednie wpisy, jeśli interesuje Cię, jak tanio zorganizować podobny wyjazd, jakie atrakcje odwiedzić lub czego spodziewać się po wyspie. Dziś zapoznasz się z listą polecanych (bądź nie) plaż i miejsc do kąpieli, a także dowiesz się, jak radzić sobie w przypadku bliskiego poznania z meduzą. Zapraszam na:

Udając się na Maltę w okresie wakacyjnym, niemal niemożliwe jest aktywne zwiedzanie bez zażywania w międzyczasie kąpieli. W końcu nie będziemy wracać do mieszkania/hotelu za każdym razem pomiędzy godzinami 12-15, a i atrakcje w zamkniętych obiektach kiedyś się wyczerpują. Wspominałam już, że z racji tego najlepiej zawsze mieć na sobie strój kąpielowy oraz ręczniki w plecaku. Raczej nikomu nie uda się przeżyć pełnego dnia nad wodą bez żadnego cienia, nawet z nie wiadomo jak mocnym filtrem, ale warto wykorzystać parę godzin na to, by nakarmić skórę witaminą D i nieco się opalić. Chociażby po to, żeby znajomi po powrocie nie oskarżyli Was, że nigdzie tak naprawdę nie wylecieliście. 😉

My kąpaliśmy się w większości miast, które odwiedziliśmy i które mają dostęp do morza, ale nie wszystkie nas zachwyciły. Większość plaż jest kamienista, dlatego polecamy zakup butów do wody. Nie jest to duży wydatek, a oszczędza nam krzywienia się z bólu za każdym razem, kiedy wchodzimy do wody lub stajemy bosą stopą na rozgrzany kamień o temperaturze 50℃. Można na spokojnie zamówić je przez Internet za niecałe 30 zł, my jedną parę znaleźliśmy nawet za niespełna 20 zł. Jeśli nie jesteś przekonany do tego rozwiązania, bo słyszałeś, że buty potrafią się po jakimś czasie rozkleić (zwłaszcza z gorąca), to potwierdzam – masz rację. Taki los spotkał moją poprzednią parę, ale dopiero po kilku sezonach nieużywania, także tak czy siak jest to inwestycja długoterminowa i mocno polecam w tej kwestii nie januszować.

Na piaszczyste plaże natrafiliśmy właściwie dwa razy, może trzy, jeśli liczyć fakt, że nawieziono odrobinę piasku i wysypano go na skały, co działa mocno średnio i raczej nie zapewnia wygody. Trzeba też liczyć się z tym, że tylko tam spotkamy leżaki, parasolki i płatności, a także mnóstwo, ale to mnóstwo ludzi. Spędzając czas na kamienistych plażach, nie musimy martwić się o to, że w plecaku przechowujemy aparat, dwa portfele i telefony, bo oprócz nas jest może dziesięć innych osób i nawet będąc w wodzie, możemy mieć swoje rzeczy na oku, nic nam ich nie zasłania. Chociaż mówię, to bardziej dla naszego spokoju niż dlatego, że rzeczywiście jest taka potrzeba.

Zanim jeszcze przedstawię Wam listę odwiedzonych przez nas miejsc, zaznaczę, że nie korzystaliśmy z płatnych opcji. Mając do wyboru tyle darmowych plaż, wydawało nam się zupełnie absurdalne, by wydawać pieniądze po to, by wejść gdzieś do wody – nie będzie tu więc informacji o Blue Lagoon na Comino, gdzie samo dopłynięcie kosztuje 10 € od osoby, nie będzie też wzmianki o Blue Grotto, gdzie za wstęp płacimy 5 €. Ładne widoki i lazurowa woda to nie tylko domena tych miejsc, ale że są rozsławione, to wszyscy chcą w nich być – no, prawie. Mam jednak nadzieję, że nasze miejsca też przypadną do gustu Wam i Waszym portfelom.

Kąpiel w Bugibbie

Jeśli chodzi o miasto, w którym spaliśmy, czyli San Pawl il-Bahar, to nie będę owijać w bawełnę – tam kąpie się dosłownie wszędzie. Nieważne, czy napotkamy przeznaczoną do tego plażę, czy nie; wybrzeże jest długie, a skały na tyle niskie, że co chwilę dostrzegamy człowieka, który rozkłada ręcznik i wchodzi do wody. Omija się tylko i wyłącznie port, co nie jest dziwne nawet nie tyle ze względu na zanieczyszczenia, co bardzo małą ilość miejsca – łódek zazwyczaj jest tyle, że weekendami zastanawialiśmy się, jakim cudem dostają się one na otwarte morze, wymijając 50 innych na swojej drodze.

W wielu miejscach mamy barierki, które pomagają nam bezpiecznie zejść do wody, dodatkowo restauracje dość często udostępniają małe plaże przynależące do obiektu. Wtedy oczywiście musimy kupić coś na miejscu, ale w zamian bardzo często dostajemy dostęp do leżaków, więc jest to dosyć uczciwe. Dzieciaki skaczą ze skał dosłownie wszędzie – Ty zwiedzasz twierdzę, a one rozbiegają się obok Ciebie i lecą jakieś siedem metrów w dół.

Na miejscu możemy też zobaczyć sławetne Salt Pans, o których rozpisywałam się TUTAJ. Kąpanie w tym miejscu nie jest najwyższych lotów, ale plaże znajdują się blisko największych atrakcji wyspy takich jak Malta National Aquarium czy Malta Classic Car Collection.

Wioska Popeya

O tym miejscu rozpisywałam się już przy okazji TEGO WPISU. Oprócz samego zwiedzania wioski powstałej na potrzeby nakręcenia musicalu o Popeyu, mamy możliwość wykąpania się w zatoce, gdzie domki zostały zlokalizowane. Co prawda sam wstęp jest płatny (9 € w tygodniu, 18 € w weekend), ale zakładam, że nikt nie przyjeżdża tam tylko i wyłącznie po to, by się wykąpać, a raczej skorzystać ze wszystkich atrakcji. Jako dodatek polecam więc schłodzenie się tam, bo miejsce jest naprawdę urokliwe, a do dyspozycji mamy zarówno wodne tory przeszkód, jak i materace z baldachimami wliczone w cenę. Jeśli natomiast marzy Wam się całkowicie darmowa kąpiel, to niedaleko na horyzoncie znajduje się betonowe molo, do którego mamy możliwość podjechania autem (zaraz obok jest nawet parking). Tym sposobem kąpiemy się w dokładnie tej samej zatoce, w miejscu o nazwie Anchor Bay Divesite, no i podziwiamy wioskę Popeya tylko z daleka. Niestety ta opcja nie jest już tak wygodna, gdy dysponujemy tylko i wyłącznie komunikacją miejską. Z przystanku autobusowego czeka nas okrężna droga i około 600 m do przejścia, ale dla chcącego nic trudnego.

Kąpiel w stolicy

Udając się do Valetty w lipcu, nawet jeśli bardzo byście chcieli, to raczej niemożliwe wydaje się zwiedzanie bez chwili przerwy, po prostu się roztopicie albo zasłabniecie. Szkoda psuć sobie taką atrakcję, dlatego niemalże od razu na wejściu możecie ochlapać się w fontannie, a popołudniu znaleźć miejsce, w którym zażyjecie kąpieli. Wcale to jednak nie jest takie proste, bo miasto jest usytuowane dosyć wysoko i najpierw trzeba zlokalizować schody, które pozwoliłyby nam znaleźć się na wysokości wody. Jeśli staniemy przodem do morza, to zalecamy kierować się w lewą stronę zaraz obok ogromnej dzwonnicy, która widnieje na Google Maps pod nazwą „Siege Bell War Memorial”. Po przejściu kilku metrów odnajdziecie wąską, kamienistą plażę Wuestenwinds beach, która stanowi ratunek w upalny dzień. Jak dla mnie mimo swoich rozmiarów była naprawdę urokliwa – widok na małe, kolorowe zabudowania, murale na ścianach, latarnię morską, przepływające statki i kamienne zabudowania stolicy unoszące się nad głową. Natrafiliśmy nawet na kamienny podest ze schodkami oraz drabinkami, dzięki któremu mogliśmy bezpiecznie wejść do wody.

Plaże: Sliema i St. Julian

Jeśli zależy Wam na zmianie widoków, to podróż do Sliemy oraz przylegającego do niej miasta St. Julian to świetny pomysł. Tutaj nie uświadczymy kamiennych uliczek czy niezliczonej ilości kościołów, zabudowania przybierają zupełnie inny kształt. W tym miejscu powstają największe kurorty na wyspie, dzielnice są raczej bogate i oblegane przez turystów – zobaczymy droższe sklepy, możemy też spędzić noc w Mariocie. Nie polecam jedzenia w tym miejscu, bo ceny za najtańszą pizzę zaczynają się od 15 €, ale plaże… jak najbardziej. Podobnie jak w Bugibbie, miejsc do kąpieli jest od groma i trochę, chociaż nawet kamieniste plaże cechują się większym urokiem. Dlaczego? Chodzi tutaj głównie o małe baseniki wodne utworzone przy brzegu. Podejrzewam, że kiedyś spełniały jakąś konkretną funkcję, mogły np. służyć do cumowania łódek, ale dziś to tylko i wyłącznie gratka dla odwiedzających.

Woda co prawda nie nagrzewa się na tych zagrodzonych obszarach szybciej, ale za to pływa tam niesamowicie dużo rybek – może nie ogromnych, ale już nieco większych i kolorowych. Warto więc wziąć okularki czy maskę do pływania, by móc nacieszyć się ich widokiem. Plusem jest też to, że w tych miejscach od razu natrafiamy na głębię, no i możemy wchodzić na większe kamienie i skakać do wody w całkiem bezpieczny sposób. Pod powierzchnią  dostrzeżemy mnóstwo roślin oraz wąskich kanalików – nie jest to co prawda rafa koralowa, ale widoki i tak warte zobaczenia.

Istnieją też znacznie większe „baseny” odgrodzone od morza w ściślejszym centrum miasta i tam zdarzają się piaszczyste plaże. Trzeba jednak liczyć się z tym, że nawet o godzinie 19.00, gdy słońce nie grzeje tak mocno, jest przeważnie mnóstwo ludzi i dość ciasno, zwłaszcza że brzegu nie ma za wiele. Dość długo dosięga się jednak dna, więc woda nagrzewa się szybciej – coś za coś.

Golden Bay

Największa piaszczysta plaża, na której byliśmy. Najlepiej udać się na nią z własną parasolką, bo nie uświadczymy ani grama cienia, chyba że schowamy się w dostępnym zaraz obok barze. Miejsce piękne, jedyne takie, gdzie spotkaliśmy się z większymi falami, na których można skakać dosłownie cały dzień. Plaża jest pod ciągłym nadzorem ratowników i jedynym minusem wydaje się to, że trzeba szukać miejsca wolnego od glonów, które owijają się wokół nóg, a ich fragmenty wchodzą pod strój kąpielowy. Lewa strona plaży przynajmniej podczas naszej wizyty przedstawiała się pod tym względem znacznie lepiej niż prawa.

Na miejscu dostępne są również rozrywki wodne takie jak jazda na bananie, gumie (czyli takim okrągłym pontonie), skuterach i wielu innych, oczywiście odpłatnie. Tym razem nie skorzystaliśmy, ale byłam już na nich w Czarnogórze oraz Hiszpanii i polecam gorąco, świetna zabawa ze zrzucaniem do wody i wylatywaniem w powietrze na falach. Niestety ludzi w tym miejscu bardzo dużo, więc ciężko o rozłożenie ręcznika przy wodzie, ale dalej jak najbardziej. My ze swojej strony polecamy.

Gozo – Inland Sea

Na to miejsce trafiliśmy przypadkiem podczas naszej wyprawy na Lazurowe Okno (śmiech na sali, opiszę to wydarzenie w kolejnych wpisach). Niezmiernie się cieszę, że do tego doszło, bowiem dotarliśmy do jednego z piękniejszych miejsc kąpielowych, w jakich kiedykolwiek byłam, a plaż w swoim życiu zaliczyłam naprawdę wiele. Jeśli będziesz na Malcie, nie może Cię to ominąć. Przygotuj się jednak na dość daleką podróż – podejrzewam, że to właśnie odległość i średni dojazd odtrąca wielu ludzi, dzięki czemu na całej plaży przebywa może z 20-30 osób, jest pełno wolnego miejsca do siedzenia i pływania.

Inland Sea to właściwie zatoka, którą z każdej strony otaczają wysokie klify i malutkie, kolorowe domki, które wyglądają jak przerobione na restauracje garaże. Brzeg jest kamienisty, ale nie na takiej zasadzie jak wszędzie, że chodzimy po skałach, tylko po dużych kamieniach. Stojąc na nim, przed naszymi oczami pojawi się kilka rzeczy – kilka kolorowych łódek dryfujących na wodzie, wśród których możemy pływać, food-truck z mrożonymi napojami i lodami (płatność tylko gotówką), a także jaskinia długa na około 150 m, z widocznym wylotem na otwarte morze. Jak można się domyślić, to połączenie nie jest przypadkowe, bowiem możemy zapłacić za 15-minutowy rejs, przepłynąć na drugą stronę zatoki i wrócić za 4 € od osoby. Odradzam jednak bardzo mocno tę opcję – jest dobra tylko w przypadku, kiedy z jakichś względów nie możemy pływać, nie potrafimy pływać lub nie mamy wodoodpornej kamery, a strasznie musimy się pochwalić światu, co widzieliśmy. Ja co prawda należę do ostatniej grupy, ale widoku i tak raczej nie zapomnę, a opowiedzieć mogę zawsze.

Woda przybiera piękny, błękitny kolor i jest niesamowicie czysta – widać wszystko aż do samego dna. Przez cały dzień operuje tam pełne słońce – spokojnie, znajdziecie kawałek cienia, a dzięki temu oraz wąskiemu tunelowi do morza woda jest cieplejsza niż gdziekolwiek indziej. To jedyne takie miejsce, gdzie unikamy szoku, gdy po raz pierwszy się zanurzamy.

Skały są wyżłobione w taki sposób, że możemy wspinać się po nich i wejść na co bardziej płaskie miejsca, by skakać do wody. Nie wchodziliśmy na duże wysokości, bo jednak w całym bajorku jest płytko, ale miejscowym dzieciakom w ogóle to nie przeszkadzało, ba – nawet skakały na główkę, wywołując w nas trwogę. Jeśli jednak nie macie na to ochoty, to i tak nie odczujecie nudy. Wystarczy, że dotkniecie skał, a momentalnie dostrzeżecie, jak wszystko się na nich rusza – ze szczelin wychodzą kraby i to całkiem sporych rozmiarów, a obok nich biegają jakieś szare żyjątka podobne do krewetek. One akurat są dość obrzydliwe, ale fakt faktem boją się ludzi i natychmiast się rozbiegają.

I oczywiście… największa atrakcja, czyli płynięcie wpław przez jaskinię. Licząc od brzegu, łącznie w jedną stronę jest około 250-300 metrów, ale nie martwcie się, gdy tylko przepłyniemy całą długość bajorka, tuż przed tunelem znowu pojawia się płycizna. Na chwilkę, ale jeśli będziecie potrzebowali odpoczynku, to wiecie, że tam na Was czeka. Zawsze też można złapać się skał (w środku nie ma aż tylu żyjątek, one raczej wygrzewają się na słońcu), a czasem nawet trzeba. Należy pamiętać, że przez jaskinię przepływają wcześniej opisane łódki i musimy ustąpić im miejsca. Jest go na tyle dużo, że nie musimy przyklejać się do ściany, ale nie można tego zbagatelizować.

Generalnie nie byliśmy jedynymi osobami, które zdecydowały się płynąć wpław, ale na pewno należeliśmy do zdecydowanej mniejszości. Ja ze swojej strony namawiam – koniecznie spróbujcie; jeśli nie do końca, to chociaż kawałeczek. Uczucie jest niesamowite, zwłaszcza kiedy spogląda się do góry, jak skały coraz bardziej się zwężają. Są tak wysokie, a w panującym wewnątrz półmroku wszystko wydaje się niesamowicie piękne. Nawet nie potrafię do końca opisać uroku tamtej sceny – zostawiasz wszystko w tyle, czujesz coraz zimniejszy prąd pod stopami, a kiedy tylko słońce z drugiej strony jaskini zaczyna oświetlać wodę, przybiera ona dosłownie granatowy kolor. A kiedy wreszcie wypływasz na otwarte morze, roztacza się przed Tobą horyzont i piękne klify. Popłynęliśmy tak dwa razy, a odczucia są po prostu niezapomniane.

Spotkanie z morskimi stworzeniami

Jest jednak jeden szkopuł, aczkolwiek gwarantuję Wam, że dzięki niemu tym bardziej będziecie mieli co wspominać. Po pierwszym przepłynięciu przez jaskinię i wyjściu na brzeg, Szymon podszedł do mnie i zapytał, czy w wodzie istnieje coś, co może jakby… poparzyć? Nie chciał mówić wcześniej, żebym nie spanikowała, a ja po prostu zaczęłam się śmiać, że to pewnie meduza sprawiła mu prezent na urodziny. Generalnie obecność meduz nad morzem Śródziemnym to nie żadna nowość – mój brat został poparzony już przy okazji naszego pierwszego rodzinnego wyjazdu, ale nie zdarza się to na tyle często, by trzeba było mieć obawy. Przy Inland Sea jest jednak trochę inaczej.

Następnego dnia, zanim jeszcze wypłynęliśmy przez tunel, zobaczyłam na swoim przedramieniu czerwoną pręgę. Okazało się, że ja też spotkałam się z meduzą, chociaż tego nie poczułam. Szymon z kolei mówił, że lekko go to miejsce oparzenia piekło, ale bardziej jak pokrzywa, nic większego. Wypłynęliśmy natomiast drugi raz jaskinią… a ja przez cały czas miałam z tyłu głowy, że w moim przypadku nadejdzie druga tura. Płynęłam więc za Szymonem i postanowiłam, że dopłynę tylko do końca jaskini, nigdzie dalej. I wiecie co? W jednym momencie poczułam, jakby ktoś mnie zbiczował, a połowa mojej ręki zdrętwiała. Dopiero po ponad 20-stu latach odkryłam, co to znaczy być porządnie oparzonym przez meduzę i jedyne, o co prosiłam Szymona, to żeby na płyciźnie on pierwszy zobaczył moją rękę. Bałam się tego, że kawałek meduzy się do mnie przyczepił i trzeba będzie go zdjąć, bo czasami tak się zdarza. Na szczęście zostawiła mnie jednak w spokoju, natomiast na dłoni wykwitły mi wielkie, białe bąble. O dziwo zniknęły dosyć szybko, chociaż po tygodniu to miejsce zaczęło mnie swędzieć i pojawiła się wysypka. Teraz co prawda został mały ślad, ale zapewniam – od tego się nie umiera (no chyba że pływa się w tropikach, to już nie gwarantuję bezpieczeństwa).

Należy pamiętać, że oparzenia mogą być różne, bo istnieje wiele rodzajów meduz. Ponoć istnieje wiele tabliczek informacyjnych, gdzie widnieją ich zdjęcia, charakterystyka i sposób postępowania w przypadku oparzenia, ale my nie widzieliśmy ani jednej i trochę to jest chyba kit.

5 złotych rad w razie poparzenia przez meduzę

Wiecie już, że meduzę można spotkać i podejrzewam, że w miejscu zakończenia jaskini one po prostu żyją i mają do tego dogodne warunki. To nie znaczy jednak, że trzeba od razu rezygnować z planów, bo nie jest powiedziane, że będziecie mieć podobne szczęście jak my. Gdyby tak się jednak wydarzyło, oto kilka porad, co zrobić, gdy poparzenie się już jednak zdarzy:

  1. Przede wszystkim nie panikuj – na środku morza, bez gruntu pod stopami, ciężko coś sensownego zrobić, więc najpierw dopłyń tam, gdzie możesz stanąć i uprzedź osobę, z którą jesteś, że zaistniała taka, a nie inna ewentualność.
  2. Może się okazać, że masz alergię na jad meduzy (ale pewnie dowiesz się o tym dopiero w chwili oparzenia) – wtedy idź do ratownika, a jeśli go nie ma, zagadnij nawet tych, którzy mają domki dookoła zatoki; będą wiedzieć, co robić i w razie czego zadzwonią po pomoc. Prawdopodobnie żyją na wyspie całe swoje życie i mają już doświadczenie w podobnych sytuacjach.
  3. Nie drap, nie przebijaj bąbli i w ogóle jak najmniej się dotykaj – czasem, jak mówiłam, oparzenie ledwo czuć i lepiej zostawić je w spokoju.
  4. Jeśli meduza, a raczej jej fragment się do Ciebie przyczepi – nie zdejmuj jej palcami, ani się waż. Trzeba zrobić to przez jakąś tkaninę; koszulkę, ręcznik. Po usunięciu danej części należy ją zakopać tak, by nie oparzyła nikogo innego.
  5. Nie sikaj na ranę!!! – to mit, który miejscowi wymyślili, mając ubaw z paniki turystów. Nie daj więc robić z siebie pośmiewiska i oszczędź sobie traumatycznych przeżyć. 😉

Generalnie ja od siebie nie polewałabym tego żadną wodą, niczego bym na to nie stosowała. Daj temu czas, nie rób głupich rzeczy i zagoi się samo. Nie Ty pierwszy i nie ostatni, więc na pewno przeżyjesz – dopiero kilkanaście oparzeń naraz może być naprawdę szkodliwe lub śmiertelne dla człowieka. Pamiętaj też, że meduza nie do końca robi, to co robi, w celach obronnych. Nie musisz jej rozwścieczyć ani sprowokować. W wodzie, zwłaszcza gdy jest ciemniej, jest mała szansa, że ją dostrzeżesz i wystarczy po prostu, że źle machniesz ręką. Meduza to jedno z niewielu stworzeń, które żyje bez mózgu i jest prawie w całości wodą, więc musisz jej wybaczyć – ona będzie parzyć wszystko, bo za mądra nie jest. Ty za to możesz, więc uważaj na siebie i zachowaj spokój. 🙂

Na dziś to tyle z mojej strony. Mam nadzieję, że zainspirowałam Cię do odwiedzenia paru miejsc i pokazałam fajne alternatywy dla płatnych kąpieli. W następnych wpisach opowiem z kolei o bezpłatnych zabytkach wyspy, które możemy zobaczyć czy nawet wejść do środka – doradzę też, gdzie na pewno nie jechać i na czym zaoszczędzić czas. Tymczasem w ramach czekania zapraszam Cię na mojego Instagrama i fanpage’a, odnośniki po prawej na górze.