9-Rekonstrukcja, czyli jak stać się martwym elementem sztuki i przeżyć teatr, który spędza sen z powiek

Informacje ogólne: poniższy wpis będzie dotyczył sztuki teatralnej przygotowanej przez prywatny teatr Ad Spectators. Właściwie ciężko to nazwać typową sztuką, bo widz nie tyle co może brać udział w spektaklu, ale przenosi się do jego środka i jest do tego wręcz zmuszony. Zawitamy na około godzinę do Wrocławia, a dziś poznacie nową załogę, bo towarzyszyły mi trzy osoby: Natalka (ją kojarzycie już z Drezna) oraz dwóch jej znajomych ze studiów: Adrian i Grzesiu. Jeśli masz mocne nerwy, to zapraszam na 9-REKONSTRUKCJA:

Na ten spektakl natrafiliśmy całkiem przypadkowo. Co rusz przeglądam wydarzenia kulturalne, więc niespecjalnie zdziwiło mnie, że sponsorowany post na Facebooku od Ad Spectators zaliczył mnie jako swojego potencjalnego odbiorcę. Najpierw moją uwagę przykuła oczywiście grafika: ponure barwy, kobieta z poszarpanymi włosami, wygląd przywodzący na myśl psychiatryk, jej zakrwawione dłonie na zasnutej mgłą szybie. Nie zaszkodzi sprawdzić, co to jest, no nie?

O czym jest sztuka?

Sztuka miała opierać się na śledztwie. W piwnicy zamordowano brutalnie dziewięć osób, a ich zwłoki zostały ułożone w dziwny, charakterystyczny sposób. Ofiary nie były ze sobą powiązane, brak jakiegokolwiek motywu. Widz pozostaje biernym obserwatorem wydarzeń, a w spektaklu może brać udział tylko dziewięciu uczestników. Właśnie ten fragment najbardziej przykuł moją uwagę i będzie bardzo ważny w miarę późniejszych wydarzeń.

Zafascynowała mnie tak mała grupa odbiorców, sam pomysł na ucharakteryzowanie ich na zamordowanych. Zaczęłam przeglądać zdjęcia: ciasne pomieszczenie, raczej ciemne, ludzie usadzeni dookoła stołu z siateczką przypominającą prześcieradło na twarzach. Trochę przerażające, ale miałam nadzieję na ciekawe doświadczenie. W końcu przeżyłam halloweenowy dom strachów w Energylandii czy w Mirabilandii, po którym niektórzy dostawali histerii, a mi samej ręce chodziły tak, jakbym miała Parkinsona. Po prostu nie mogłoby mnie to ominąć.

ad spectators4.png

Zmontowaliśmy ekipę, ale po fakcie zaczęłam się nieco obawiać. 45 zł za taką atrakcję to niby niedużo, lecz natrafialiśmy na coraz więcej opinii, że spektakl krótki, niewarty pieniędzy, bardziej zabawny niż straszny. Co parę wpisów pojawiał się jednak przebłysk, że to bardzo interesujące doświadczenie i ciągle w to wierzyliśmy, choć żadne z nas nie liczyło na nie wiadomo jaką grozę. No, żadne prócz Natalii, która w kółko powtarzała, że idzie, ale mamy się spodziewać, że będzie krzyczeć. I tak okazała się jedną z odważniejszych, bo kilku znajomych odrzuciło pomysł, dając jasno do zrozumienia, że horrorów to oni nie lubią. Z początku wzruszałam ramionami i myślałam, że przesadzają. Kiedy jednak opowiedziałam im później, co działo się w środku, zdałam sobie sprawę, jakie to szczęście, że z nami nie poszli. Być może na tym etapie nasza przyjaźń by się skończyła.

Jak przebiega spotkanie?

Spotkaliśmy się mniej więcej czterdzieści minut przed spektaklem. Jak się okazało, team na ten dzień mieliśmy wymarzony; każdy już na wstępie mówił, że zaraz po sztuce zbiera się do domu – ja z powodu nauki, Natalia dostała grypy żołądkowej, a Grzesiu zapalenia spojówek. Przyszedł z jednym okiem zaklejonym plastrem i zaczęliśmy żartować, że ucharakteryzował się już do teatru. Humor dopisywał, snuliśmy mnóstwo teorii, jak to będzie wyglądało i zastanawialiśmy się, czy w razie czego będzie możliwość zamiany miejsc. Zresztą w ogóle coś nam nie grało w tym internetowym wybieraniu siedzeń, bo wyglądało w ten sposób i cały czas myśleliśmy, jak niby będziemy siedzieć wokół stołu, skoro nawet nie został uwzględniony na planie.

ad spectators.png

Pierwsze ziarno wątpliwości zasiał Adrian, który powiedział, że z tego co zauważył na zdjęciach, tylko sześć krzeseł jest ustawionych przy stole, a reszta gdzieś w rogach pomieszczenia. Oczywiście zaczęło się targowanie, kto w razie czego będzie siedzieć sam w tym ciemnym rogu i powiem Wam, jeśli mielibyście podobny problem, to zostanie on automatycznie rozwiązany. 😉

Element zagadki stanowiło też dla nas miejsce spotkania, czyli PUB Skrzypek na Dachu (okolice Arkad). Dość klimatyczne miejsce – ciemne, z drewnianymi wykończeniami i dziwnymi, metalowymi drzwiami oklejonymi plakatami spektaklu. Przynajmniej wiedzieliśmy, że dobrze trafiliśmy. Woleliśmy się jednak upewnić, czy nie powinniśmy przejść gdzieś dalej, więc zapytaliśmy barmanki, czy to na pewno tutaj. Generalnie wyglądała, jakby milion osób zadało jej już podobne pytanie, bo tylko przewróciła oczami i coś tam odburknęła, że mamy usiąść i poczekać. No dobra.

Była już 19.50, pięć minut po czasie. Powoli zaczęliśmy myśleć, że spektakl mija, a my przesiedzimy godzinę, czekając jak skończeni idioci. A jednak chwilę później zjawił się w lokalu mężczyzna. Nie był jakoś ucharakteryzowany, wyglądał normalnie, ale każdy wiedział, że to o niego chodzi. Zapytał, kto czeka na sztukę, skasował nasze bilety i rozdał nam specjalne opaski. Wiadomo, do czego służy opaska, ale tak na dobrą sprawę nie do końca wiedzieliśmy, co z nią zrobić. Mężczyzna zaprosił nas na zewnątrz, żeby przedstawić plan zabawy i zdziwiło nas to na tyle, że w sumie nawet nie wiedzieliśmy, czy się fatygować i ubierać kurtki, skoro to tylko przedstawienie regulaminu.

I nagle padają słowa: „A teraz zapraszam państwa do samochodu, w środku proszę przestawić swoje telefony na tryb samolotowy i zawiązać opaskę na oczach”. Nasza czwórka spojrzała na siebie z lekkim wytrzeszczem oczu, jakoś zupełnie nie przyszło nam do głowy, że sztuka nie odbędzie się wewnątrz baru. No i wiecie, niby ma się z tyłu głowy, że to tylko zabawa, ale jeśli posiadacie wybujałą wyobraźnię jak ja, to każde takie hasło, które słyszeliśmy później, budziło mój dyskomfort. Oczywiście nikt nie chciał pokazać, że jest gorszy, więc nasza grupa jeszcze dolewała oliwy do ognia.

„Ej, z tym trybem samolotowym to nikt nas nawet nie namierzy, jak coś się stanie”.

„Nawet mapki Google sobie nie sprawdzisz, żeby w razie czego wrócić do domu”.

„A co jeśli tak naprawdę nikt nie wychodzi z tego spektaklu żywy, a opinie w Internecie aktorzy wystawiają sobie sami?”

Śmieszki-hiszki, zajęliśmy miejsca, odebraliśmy sobie wzrok i jedziemy. Mimowolnie zaczęłam zapamiętywać: dwa razy skręt w lewo, potem w prawo, no może jakoś trafię z powrotem do domu. Później jednak dotarło do mnie, że jeździmy w kółko, a w każdym razie na pewno dłuższą drogą niż powinniśmy i dałam sobie spokój. Kiedy wszystko dobiegło końca, Grzesiek, który siedział obok mnie, przyznał, że miał ochotę złapać mnie za nogę i nastraszyć, ale zrezygnował z tego pomysłu, kiedy uświadomił sobie, że pewnie zaatakowałabym go łokciem; I wiecie co? Tak, pewnie bym to zrobiła.

Z głośników rozległo się nagranie, które nie tyle stanowiło wstęp do całej historii, ale wprowadzało w jej klimat. Cały czas zastanawiało mnie tylko, kto do jasnej choinki miał tak paskudny gust i jako drugą ścieżkę dźwiękową wgrał przedziwną techniawę. Grzesiek na przykład w ogóle nie zwrócił na to uwagi, ale Wam polecam, jeśli się kiedyś zdecydujecie. Ta sama melodia pojawi się jeszcze później i będzie tłem na tyle przerażającej sceny, że kiedy po sztuce usłyszeliśmy podobną nutę w pubie, aż zamilkliśmy i skuliliśmy się na krzesłach.

W końcu dojechaliśmy na miejsce, a we mnie pojawiła się nowa obawa: jak ja niby mam wyjść z tego samochodu w moich butach na obcasach, będąc zupełnie ślepa? Nie mam zbyt dużego zaufania do ludzi i nawet kiedy obsługa pomagała nam się nie zabić, odnosiłam wrażenie, że prędzej skręcę sobie kostkę, niż wejdę na salę… zwłaszcza że okazała się ulokowana na drugim piętrze. Utworzyliśmy więc pociąg, jedna ręka na ramię osoby z przodu, druga na poręcz, maszerujemy. Cały czas kogoś kopię, ktoś mnie depta, zabawa na sto dwa.

W końcu dochodzimy GDZIEŚ, bo jest jaśniej. Od tego momentu mamy zupełnie milczeć, poddawać się temu, co będą robić z nami aktorzy i nie ruszać się, bo w przeciwnym razie przedstawienie zostanie przerwane. Na co oczywiście mój mózg był już święcie przekonany, że nas zaryglują, posłusznie poddam się wiązaniu i krępowaniu, a potem zginę w męczarniach. A najgorsze w tym wszystkim było to, że nie mogłam zapytać Natalki, czy w tym momencie jest równie zestresowana jak ja.

W środku znowu zapadły egipskie ciemności, dało się dostrzec tylko bardzo intensywne, niebieskie światło. Jasność zmieniała się na tyle często, że czułam, jak moje oczy pod opaską łzawią i ciągle zastanawiałam się, czy kiedy ją zdejmę, będę wyglądać jak panda z moim rozmazanym makijażem. Powoli osoby z wagonika się rozłączały, obsługa usadawiała nas na swoich miejscach, każdego w innej pozycji – niektórzy musieli coś trzymać, inni się pochylać, a mnie przypadła zaszczytna rola trzymania jednej ręki na stole, a drugiej na dłoni osoby obok, mniej więcej tak:

Myślę sobie – w sumie fajnie, trochę zrobiło mi się lepiej, że w razie czego ścisnę mocniej dłoń Natalii i dodam sobie otuchy. Rozpoczęła się narracja, wstęp do śledztwa: spersonalizowane pod nas opisy ofiar, w których rolę się wcielaliśmy. Każdy z nas miał przydzielony konkretny numerek od 1-9 i byłam święcie przekonana, że jestem dwójką, skoro stałam druga w kolejce. Przekonać się o tym mogłam jednak dopiero, gdy zdjęliśmy opaski, moje oczy przyzwyczaiły się do rażącego światła i ogarnęłam, jak patrzeć przez prześcieradło na twarzy. Jakie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że jestem numerem trzecim, siedzę pośrodku stołu, a ręka Natalki to tak naprawdę ręka jakiegoś faceta. I szczerze, czuję wstyd, cholerny wstyd, bo potem nie robiło mi to już żadnej różnicy, czyja to dłoń. Współczułam temu gościowi, który siedział spokojnie, czasem zadrżał mu palec czy coś, podczas kiedy ja na każdy dźwięk reagowałam wzdrygnięciem się, które raczej przypominało wstrząs, i trzymałam go chyba trochę za mocno, jeszcze biorąc pod uwagę fakt, że w pokoju siedziała jego dziewczyna.

Moja opinia

Nie będę zdradzać nic więcej, co dotyczyło samej fabuły, natomiast odwołam się do kilku opinii i oczekiwań, które na miejscu zostały zweryfikowane. Na fanpage’u Ad Spectators przeczytałam zdanie pewnej użytkowniczki, że „Gdybym chciała posłuchać takich bluzgów, to poszłabym do sebiksów pod blokiem”. Generalnie… okej, to prawda. Przekleństwa i wulgaryzmy sypią się bardzo obficie już od pierwszych wypowiedzianych słów, z początku jest ich więcej niż samego dialogu, ale czy mnie to jakoś zdziwiło/zgorszyło? Chyba nie, wydało się nawet dość realistyczne.

Naczytałam się już trochę książek pisanych przez osoby mające styczność ze śledczymi. Poza tym wydaje mi się raczej oczywiste, że przedstawiciele takich zawodów jak policja/kierowcy/żołnierze nie będą ze sobą rozmawiać kulturalną polszczyzną na wysokim poziomie. Mogą, więc generalizuję, ale wiecie, co mam na myśli. Nie naginajmy wszystkiego, byle by wytknąć wadę, bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że ktoś, kto pisze podobną opinię, sam nie kurwi, kiedy uderzy dużym palcem w nogę łóżka. I nie kurwiłby, jakby widział dziewięć zmasakrowanych trupów.

Ja raczej uważam, że zarzutem mógłby być ten brak interakcji między aktorami i widzami, o którym wspominałam wcześniej, bo tak naprawdę bezpośredniego kontaktu było sporo. Mnie nie przeszkadzało to jakoś bardzo, raczej napędzało dodatkowy strach, ale skoro znaleźli się zagorzali przeciwnicy przekleństw, to i pewnie molestowania też by się w końcu pojawili. Wiadomo, w głównej mierze było to jakieś podnoszenie dłoni, ewentualnie dotykanie głowy, zawiązanie czegoś na szyi, ale pojawiały się też komediowe elementy, które niektórych mogłyby naprawdę oburzyć… Chyba tutaj nie muszę wspominać, kto z widzów brał w nich główny udział, prawda? Brawo, zgadłeś, jak zwykle ja. Piję w każdym razie do tego, że może inaczej sformułowałabym określenie: „Brak bezpośredniej interakcji czy udziału widza”, bo troszkę to jednak nieprawda.

Przedstawienie jest pełne bardzo głośnych, niespodziewanych i niepokojących dźwięków czy migania świateł. To wszystko wzbudza w człowieku poczucie zagrożenia, zwłaszcza jeśli wyobrazi sobie, że część osób naprawdę ginie w taki sposób. Nie macie pojęcia, gdzie są drzwi, obok Was siedzą obcy ludzie (każdy znajomy był w miarę możliwości rozdzielany), nie wiecie nawet, w jakiej części miasta się znajdujecie, a telefon został w samochodzie. Momentami czułam tak duży dyskomfort, że tylko czekałam, aż ktoś pojawi się obok i przytknie mi nóż do gardła albo zacznie dusić prześcieradłem. Tu jednak bardzo dużą rolę odgrywa Wasza empatia, wczucie się w postać i historię. Jeśli to nie Wasz klimat, to chyba rzeczywiście nie zrobi żadnego wrażenia. Na nas jednak wywarło ogromne.

Spektakl nie trwa dłużej niż pół godziny. Razem z dojazdem i wstępem mija godzina i szczerze mówiąc, osobiście nie chciałabym, żeby trwało to dłużej, bo pod koniec byłam już zmęczona psychicznie. Natalia mówiła to samo: niby teatr jest znany, ma renomę, są o nim opinie w Internecie, ale ty i tak siedzisz i tłumaczysz sobie, że przecież nikt nie może ci zrobić krzywdy. Prawda jest taka, że to doświadczenie uświadamia, jak bardzo w sytuacjach błędnego zaufania jesteś bezbronny, a równocześnie zdesperowany i świadomy swojego losu. To jest najstraszniejsze: twoja wyobraźnia i świadomość tego, co może ci się stać.

Sztuka ma kilka bardzo mocnych, dobrych momentów. Niektóre rzeczy bardziej odebrałam jako pewną przenośnię, aczkolwiek sam scenariusz i takie drobne smaczki są zaplanowane wręcz rewelacyjnie. Co też jest niesamowite – każdy ogląda tę samą wizualizację z różnych perspektyw zależnych od tego, gdzie został usadzony. Może się zdarzyć, że czegoś nie dostrzeżesz i tu świetnie sprawdza się wyjście grupą. Kiedy dzieliliśmy się wrażeniami po wyjściu, dopowiadaliśmy sobie rzeczy, których nie mogliśmy zobaczyć stamtąd, gdzie siedzieliśmy. Z tego wynikało też, że strach każdego z nas miał nieco inne podłoże.

Kiedy przyjechaliśmy z powrotem pod bar, zamiast iść do domu, zgodnie stwierdziliśmy, że chyba jednak trzeba się czegoś napić i jakoś odstresować. Wyszło jednak na to, że mimo ciągłego powtarzania: „Nie, nie rozmawiajmy już o tym”, wciąż wracaliśmy do spektaklu. Natalia była na tyle zdenerwowana, że pod koniec sztuki nie zakodowała już pewnych dość istotnych szczegółów dla całej historii. Zresztą mówiła, że aż bolały ją mięśnie, tak spięta siedziała i skupiała się, żeby tylko nie krzyknąć. Głosy są jednak zgodne, że kiedy tylko nieco zapomnimy, co czuliśmy, pójdziemy na inną sztukę tej grupy.

My jesteśmy ogromnie zadowoleni i bardzo polecamy, ale Twoje wrażenia będą bardzo mocno zależeć od samego nastawienia i musisz brać to pod uwagę. Ja ze świadomością tego, co było w środku, raczej nie odważyłabym się iść na ten spektakl drugi raz, a z kolei Grzesiu zniósł to na tyle dobrze, że patrzyliśmy na niego jak na ducha, kiedy stwierdził, że w sumie nie było tak strasznie.

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej albo zainteresowało Cię to wydarzenie, to koniecznie odwiedź moją facebookową stronę. Śmiało napisz, zadaj pytania i bądź na bieżąco, kiedy pojawi się kolejna recenzja z nowego spektaklu. A tutaj szybki odnośnik do samej strony Ad Spectators, zapraszam i jeszcze raz dziękujemy za niesamowite przeżycie oraz udostępnienie swojej grafiki.

Hej-ho, widzimy się w następnej podróży!

Drezno, czyli bożonarodzeniowy jarmark w świetle lampek i strugach deszczu

Informacje ogólne: Nasz wyjazd na jarmark w Dreźnie odbył się 14 grudnia 2019 roku. Transport zapewniło nam biuro podróży INDEX z siedzibą w Katowicach, a na miejsce, po licznych przetasowaniach, pojechaliśmy jako dziewięcioosobowa grupa. Trzy odwiedzone jarmarki (niestety tylko na tyle starczyło nam siły), 17-sto kilometrowy spacer w deszczu i mnóstwo śmiechu oraz pozytywnej energii to coś, co na długo zapisze się w naszej pamięci. Zaciekawiony? Przeżyj z nami te chwile jeszcze raz, zapraszam!

Skąd pomysł na wyjazd?

Decyzję o udziale w wyjeździe podjęliśmy bardzo spontanicznie. Wraz z początkiem października zobaczyłam ofertę za pośrednictwem strony Wakacyjnapapuga i już wiedziałam, że to będzie wyjazd, który w tym roku dosłownie muszę zaliczyć. Ceny jarmarków okazały się naprawdę atrakcyjne, bo zaczynały się nawet poniżej 100 zł, a kończyły gdzieś w granicach 300 zł. Najbardziej kuszące cenowo i pod względem widokowym były Berlin, Wiedeń i Drezno, padło jednak na to ostatnie. Dlaczego? Miałam okazję odwiedzić to miasto jedynie raz przy okazji koncertu Neila Younga w te wakacje, ale wtedy nie znaleźliśmy czasu na dłuższe oględziny. Pamiętam jednak, że zabytkowa część zrobiła na mnie ogromne wrażenie i możliwość powrotu w tamte strony naprawdę mnie ucieszyła.

Znam jednak umiejętności organizowania się ludzi, w końcu to nie pierwszy wyjazd, który proponowałam znajomym, więc stwierdziłam, że zamiast się rozdrabniać, pytać każdego z osobna i czekać na odpowiedź, napiszę od razu do wszystkich, którzy przyszli mi na myśl i skojarzyli mi się z ofertą. Byłam niemalże przekonana, że połowa osób, jeśli nie więcej, oznajmi, że średnio stoją czasowo lub finansowo albo po prostu nie mają ochoty jechać. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy okazało się, że udział potwierdzili… dosłownie wszyscy, więc zebrała się nas dziesięcio-, a później nawet jedenastoosobowa grupa.

Cena i problemy organizacyjne

Całość wyniosła 109 zł od osoby (w co zostało wliczone ubezpieczenie) + 10 euro opłaty dla pilota w autokarze. Niby istniało coś takiego jak ramowy plan wycieczki, jednak nie był on rozpisany godzinowo i okazał się raczej umowny. Część związana ze zwiedzaniem i tak ograniczała się do około pół godziny, później każdy otrzymywał czas wolny. Nieścisłości z rozkładem dnia i tak moim zdaniem stanowiły najmniejszy problem. Na głównej stronie organizatora możemy przeczytać, że wycieczka obejmuje dwa dni: 14/15 grudnia. Należy jednak wziąć poprawkę na to, że autokar zabiera ludzi zarówno z Przemyśla, jak i z Wrocławia, więc czas przejazdu jest zupełnie inny, stąd moim zdaniem bardzo duże dysproporcje, jeśli chodzi o ujednolicone informacje serwowane wszystkim uczestnikom. „Powrót w godzinach wczesnorannych” to moim zdaniem nie godzina 23.30 dnia poprzedniego, jak wyszło w naszym przypadku. Oczywiście już w trakcie podróży i wiedząc, o której mamy zbiórkę, policzyliśmy sobie, o której mniej więcej będziemy w domu, ale zanim wsiedliśmy do autokaru, nie wiedzieliśmy na dobrą sprawę nic. W naszym przypadku nie był to jakiś ogromny problem, mogliśmy zorganizować noclegi dla znajomych, ale nie każdy ma taką możliwość.

Moim zdaniem najlepiej sprawdziłby się oficjalny rozkład jazdy, choćby bardzo przybliżony. Jeśli nie, to wystarczyłoby poinformować pasażerów, bo my właściwie usłyszeliśmy tylko, na którą mniej więcej dostaniemy się do Gliwic. Jasne, nie był to dla nas jakiś wielki powód do narzekania, ale jednak zawsze wymaga się od biura pewnego profesjonalizmu. Skoro o tym mowa – w ostatnim tygodniu przed wycieczką okazało się, że dwie osoby z naszej grupy nie są w stanie pojechać, więc szybko znaleźliśmy za nie zastępstwo (miejsca i tak były już bezzwrotnie opłacone). Wymagało to jednak zmiany danych uczestników na umowie, którą podpisywałam z biurem, a proces ten, zamiast trwać przysłowiowe pięć minut, zajął trzy dni.

Ja wszystko rozumiem: że pracownik jest na tyle zajęty, że nie odbierze, może nawet nie oddzwoni w ciągu godziny. Zdarza się, nawet jeśli godziny otwarcia biura są podane jako 9.00-17.00. Sprawa była jednak nagląca, zwłaszcza jeśli brałam pod uwagę ponowne podpisanie i wysłanie umowy – miałam bardzo mało czasu na to, żeby poczta dotarła na czas do Katowic. Pamiętam, że zaczęłam dzwonić koło godziny 9.50, pierwszy raz ktoś podniósł słuchawkę o 12.40 i aż zapomniałam, co chcę powiedzieć, tak mnie zaszokował głos po drugiej stronie. Za ten czas zdołałam już jednak wysłać maila z zapytaniem na temat mojego problemu, a także wiadomość na Facebooku. Pani po drugiej stronie słuchawki okazała się dość opryskliwa, a po wysłuchaniu mnie stwierdziła oburzona, że trzeba zmienić dane uczestników na umowie. No eureka, czułam się, jakbym odkryła Amerykę, tym bardziej, że sama to zasugerowałam.

Wreszcie dowiedziałam się, co dokładnie mam zrobić, wysłałam wszystkie informacje mailem i nagle, koło godz. 17:00 dostaję maila w odpowiedzi na moją wiadomość sprzed rozmowy telefonicznej, żebym wysłała to, co już przecież wysłałam. No to zrobiłam to raz jeszcze, uprzejmie napisałam tylko, że dane wylądowały w skrzynce, no wiecie, tak mimochodem, no i co dostałam w odpowiedzi? Hurrr, durrrr: „W naszym biurze jest 30 pracowników, więc nie wiem, z kim się Pani kontaktowała.” No racja, zwracam honor. W takim wielkim korpo to rzeczywiście ciężko o przekazywanie sobie informacji.

Godzina 17.30, dzwoni telefon, tym razem kobieta z Facebooka, której zostawiłam do siebie kontakt. Zaczyna mówić, taka podniecona i energiczna, tłumaczy mi już wszystko to, czego dowiedziałam się dwa razy, więc grzecznie jej przerywam. Trochę była rozczarowana, że nie może pomóc, ale skorzystałam z jej uprzejmości i wypytałam o parę kwestii odnośnie wyjazdu, więc nic straconego. Ona jako jedyna okazała się bardzo sympatyczna i konkretna. Mimo że pozostawała w mniejszości, trochę załagodziła moją złość, bo jednak coraz częściej zauważam, że usługodawca z chęcią weźmie pieniądze, ale zapomina, że nie bierze ich za nic.

Ostatecznie stanęło na tym, że otrzymałam już zaktualizowaną umowę i po dziś dzień nie wiem, czy powinnam ją wydrukować i odesłać, czy też nie. Zrobiłam to, ale kosztowało mnie to niemało zachodu i po jakimś czasie otrzymałam jedynie odpowiedź od pani z Facebooka, że nie muszę robić tego już drugi raz. Pani z maila nie odpisała mi jednak do samego końca, ale wcale nie zdziwiłoby mnie, gdyby na ostatnią chwilę dała znać, że odesłanie nowej umowy jest niezbędne do odbycia wycieczki. Lepiej dmuchać na zimne.

Zbiórka i dojazd

Kończąc jednak marudzenie, przechodzimy do głównego gwoździa programu! Ostatecznie zebraliśmy się w dziewięć osób we Wrocławiu przy Aquaparku na ulicy M.Petrusewicza o godzinie 6:30. To była taka naprawdę miła chwila, bo części znajomych, którzy czekali na miejscu, nie widziałam już z pół roku, w dodatku miałam świadomość, że mimo różnych środowisk (praca, studia czy gimnazjum) każdy chciał pojechać i zabrać ze sobą dobry humor. Część naszej grupy dojechała z Katowic (nasza Krysia czekała na miejscu zbiórki już od 4:30!), Opola czy nawet Poznania, żebyśmy mogli spędzać czas w swoim gronie i to było naprawdę super, bo zazwyczaj takie duże wyjazdy bardzo ciężko ogarnąć terminowo, żeby wszystkim odpowiadały, o cenie już nie wspominając.

Miałam ten zaszczyt, że gościłam dwie noce parę z Opola i Poznania, więc oddałam do użytkowania swój pokój, sama śpiąc z jakże wyrozumiałą współlokatorką, która nie zdenerwowała się nawet wtedy, gdy o 5.30 zadzwonił budzik, a później przez kolejne 15 minut w pokoju świeciło się światło. Wracając jednak do meritum – jak można się domyślić, nie poszliśmy spać zbyt szybko mimo wczesnej godziny zbiórki. Siedzieliśmy jeszcze po północy, rozmawiając i grając w drugą część Memów (no wiecie, takie Karty Przeciwko Ludzkości, tylko z memami).

Co mnie najbardziej zdziwiło, to fakt, że kilka minut po 6.00 na basenie już dało się dostrzec pływaków. No podziwiam; my przejechaliśmy przystanek autobusem, żeby być szybciej, zbyt się nie przemęczać i uniknąć zimna, które przy zmęczeniu wydaje się jeszcze bardziej dotkliwe. Nie był to co prawda planowany zabieg, ale fajnie, że akurat coś zajechało na przystanek. Zapoznałam całą ekipę, wszyscy wdali się w rozmowę i zaczęła się integracja. Poszłam zgłosić naszą obecność pilotce, generalnie kobieta naprawdę była w stanie pójść na rękę z wieloma rzeczami i sprawiała wrażenie takiej „do ludzi”, mimo że nawet nie podała swojego imienia przez cały czas trwania wycieczki i nie miała żadnego znaku szczególnego w stylu parasolki lub chorągiewki, co przy Dreźnie wypełnionym turystami skutkowało tym, że częściej rozpoznawaliśmy współtowarzyszy podróży niż ją samą. Sympatii jej jednak odmówić nie mogę z wielu prywatnych względów.

Jechaliśmy piętrowym autokarem, więc oczywistym okazało się dla nas, że przydzielono nam miejsca na górze. Pierwszą godzinę każdy drzemał, dopiero przy okazji postoju po ósmej rozbudziliśmy się przy kawie i spacerując po stacji benzynowej. Zaczynaliśmy zarzucać się historiami, każdy miał coś do powiedzenia, co rusz wybuchaliśmy śmiechem i tak zostało już przez dalszą część podróży, kiedy wspominaliśmy nasze historie z przyszłości i wtajemniczaliśmy w co głupsze opowieści tych, którzy jeszcze ich nie znali. Aż współczuję pasażerom na siedzeniach obok, chociaż z drugiej strony może stanowiliśmy dla nich urozmaicenie tych trzech godzin. Pewnie byliśmy ciekawsi niż film, który leciał w tle, ale właściwie tak cicho, jakby go nie było.

Kilka uwag, które warto mieć z tyłu głowy

Na miejsce dojechaliśmy około godziny 9.30 i tylko wtedy udało nam się skorzystać z toalety, do której nie było zbyt dużych kolejek mimo obecności kilkunastu autokarów i wycieczek. Naprawdę – to, co działo się później, przekraczało ludzką wyobraźnię. Nie wiem, czy to standardowa procedura, jeśli chodzi o Drezno, ale nawet w bibliotece pobierano opłaty za siku, co nas lekko zszokowało. Niby rozumiem, że ciężko byłoby nie oprzeć się pokusie wzbogacenia na potrzebach fizjologicznych, ale z drugiej strony zawsze mnie to oburzało.

Zatrzymaliśmy się po stronie Starego Miasta, więc w pierwszej kolejności ruszyliśmy pod pałac Zwinger. Pogoda nie dopisywała niemalże przez cały dzień, po dwóch godzinach mieliśmy już przemoczone buty i skarpetki, tak intensywnie padało w niektórych momentach. My się jednak nie zniechęcaliśmy, mimo że nasza przewodniczka nie stanęła nawet pod żadnym daszkiem, tylko trzymała nas na środku odkrytego placu. Tak oto prezentowała się nasza wesoła ekipa:

Właściwie po raz pierwszy spotkałam się z sytuacją, w której zakup audioguidów był nieobowiązkowy, a jego nieposiadanie decydowało o tym, że podczas półgodzinnego zwiedzania z naszą pilotką czuliśmy się nieco wykluczeni. Byłam przekonana, że słuchawki zawierają dodatkowe nagrania, więcej historycznych faktów, urozmaicą chodzenie po muzeach. Tymczasem podczas oprowadzania okazało się, że są do nich podawane tak istotne informacje jak miejsce i godzina zbiórki. Rozumiem, że pilotka nie chciała nadwyrężać głosu, a tym bardziej krzyczeć do swojego mini-mikrofonu, ale jednak te podstawowe dla organizacji szczegóły powinna przekazać tak, żeby znali je nie tylko ci, którzy zapłacili więcej.

Później kobieta podprowadziła nas pod jeden z jarmarków, który znajdował się kawałek dalej po drugiej stronie mostu… tylko po to, by powiedzieć parę zdań i zawrócić tam, skąd przyszliśmy. To był chyba moment, który przelał czarę goryczy. Wiedzieliśmy, że za niedługo i tak wszyscy się rozejdą i nie widzieliśmy sensu, żeby poświęcać czas na bezmyślne chodzenie, które było stanowczo za szybkie na robienie zdjęć i czerpanie przyjemności ze zwiedzania. Słyszeć i tak nie słyszeliśmy, więc zadecydowaliśmy, że skoro znamy miejsce  i godzinę zbiórki, to odłączamy się wcześniej (oczywiście dostaliśmy na to przyzwolenie jeszcze w autokarze, nie puściliśmy się samopas i nie olaliśmy pracy tych, którzy przywieźli nas na miejsce).

Jarmark – Augustusmarkt

Jarmark, na którym zdecydowaliśmy się pozostać, czyli Augustusmarkt, otwierało wielkie koło młyńskie. Większość stoisk przedstawiała się w formie białych namiotów, a pośrodku całego rozgardiaszu stało drzewo ze zdjęcia poniżej, które wieczorem nabierało mocno niebieskiej barwy. Generalnie nie było to najpiękniejsze, co w życiu widzieliśmy i na pewno po zmroku przyjemniej było przyjść tam drugi raz. Wiecie, o samych towarach oferowanych na miejscu nie ma co się specjalnie rozpisywać; one chyba w każdym zakątku Europy wyglądają tak samo albo podobnie; grzańce, langosze, pierniki, owoce w czekoladzie, wełniane czapki, miody, lampki, frytki i tak dalej. My skusiliśmy się wieczorem jedynie na kurtosze-kołacze, ale jak możecie się domyślić, one też wszędzie smakują identycznie. Dlaczego więc warto pojechać na taki zagraniczny jarmark? No bo atmosfera jest jednak trochę inna, a i można połączyć to ze zwiedzaniem.

Kiedy obeszliśmy jarmark, pierwszą rzeczą, jaką część z nas zakupiła, była dodatkowa para skarpetek do przebrania. Każdy chciał się rozgrzać i to był odpowiedni moment, żeby wreszcie schować się w jakimś budynku. Zanim to się jednak stało, czekał nas niedługi obchód po zabytkowej części miasta: ogrody Bruhla, opera, katedra Świętej Trójcy, Plac Teatralny czy zamek.

Pałac Zwinger – ceny i zwiedzanie

Zrobiliśmy krótkie zebranie i podzieliliśmy się na grupki: część z nas zakupiła podstawowe bilety do Galerii Drezdeńskiej obejmującej wyłącznie oglądanie dzień sztuki, a reszta zdecydowała się na Ticket Zwinger (dorośli 11 euro, studenci 9), czyli pakiet z wejściami dodatkowo do Muzeum Porcelany i Mathematisch-Physikalischer Salon, który jednak w większości z nas wzbudzał lekką obawę co do swojej ciekawości. Czy słusznie, o tym dowiecie się zaraz.

Plac, który łączy ze sobą wszystkie te obiekty, jest zachowany w barokowym stylu i naprawdę robi wrażenie. Jedynym co kłóci się z zagospodarowaniem przestrzeni, jest ogromna, dmuchana kopuła postawiona idealnie w samym centrum. Jeśli są tu jacyś narciarze bądź snowboardziści, to pewnie też skojarzy się Wam to z miejscami na stoku, gdzie dostaniecie gorącą czekoladę czy herbatę, a to w tak zabytkowym miejscu naprawdę kłóci się z poczuciem estetyki. Z tego co jednak mówiła Ewa, konstrukcja musi stać tam całkiem od niedawna.

Przeszliśmy po tarasach widokowych i udaliśmy się do galerii. Należy pamiętać, że warto mieć ze sobą drobne, bo na miejscu płaci się zarówno za szatnię (1 euro, bezzwrotne), jak i za zamykane szafeczki (1 lub 2 euro działające na zasadzie żetonu, zwrotne). My dosyć spartaczyliśmy sprawę, bo odwiesiliśmy płaszcze, a potem odesłali nas z plecakami do szafek, które okazały się na tyle pojemne, że mogliśmy włożyć tam również kurtki.

Co jest jednak w porządku przy okazji zostawienia rzeczy w szatni – dostajemy specjalny kuponik o wartości 1 euro, który wystarczy pokazać w innych obiektach, żeby drugi raz nie płacić za tę samą usługę. Jeśli już więc sfrajerzyliście się tak jak my, to przynajmniej tylko raz. Osobiście jednak polecamy szafki, są znacznie lepszym, wygodniejszym rozwiązaniem, zwłaszcza że nie trzeba do nich stać w długich kolejkach i czekać na obsługę, po prostu zwracamy kluczyk i idziemy.

Mimo że jestem ogromnym miłośnikiem kultury, galeria zrobiła na mnie raczej… niewielkie wrażenie. Tak naprawdę składała się z jednej głównej hali i dwóch mniejszych po bokach. Ludzi tyle, że ciężko się poruszać, a poza tak znanymi dziełami jak „Śpiąca Wenus” czy „Madonna Sykstyńska”, dla mnie najciekawsza była seria obrazów przedstawiająca Drezno obecnie i w czasach powojennych. Nie spędziliśmy tam więcej niż pół godziny, co po długim procesie odkładania naszych rzeczy wydawało się ułamkiem sekundy.

Później udaliśmy się do Mathematisch-Physikalischer Salon, a wystawa okazała się najciekawszą ze wszystkich. Jest dość duża, rozmieszczona na dwóch piętrach, z czego im niżej, tym większe zadowolenie, tak bym to określiła. Nie wiedziałam za bardzo, co można umieścić w takim miejscu, od razu przyszły mi na myśl przyrządy z fizyki i kalkulatory, a że wielkim miłośnikiem nauk ścisłych nie jestem, nie spodziewałam się po sobie zachwytu. Starałam się jednak nie nastawiać pesymistycznie i bardzo słusznie; jasne, na miejscu znalazły się gabloty z urządzeniami nastawionymi np. na elektrostatykę i bardzo żałowałam, że nie były opisane, bo moja świadomość co do ich użytkowania była bliska zeru. Pojawiła się także część poświęcona astronomii, stare globusy, pięknie wykończone pozytywki i mnóstwo zegarków powstających na przestrzeni lat.

Tę część zwiedzaliśmy bardzo długo, dłużej nawet niż Muzeum Porcelany, mimo że było bardziej rozgałęzione i co chwilę odkrywaliśmy w nim jakiś mały pokoik po boku. Część osób oceniła to jednak jako tandetę, kiedy spoglądała na ręcznie wykańczane wazy, talerzyki i tak dalej, z których większość bardzo mocno nawiązywała do kultury japońskiej. Jak dla mnie to stanowiło  jednak fajną odmianę, wreszcie mnóstwo kolorów w ten szary dzień. Dużą rolę grały też detale, warto się im przyjrzeć, bo niektóre są dosyć zabawne albo po prostu urocze.

Po tym etapie dnia każdy z nas był w zupełnie innej części miasta, widział i robił coś odmiennego. Bardzo ciężko było nam się zgrać czasowo w danym miejscu, a jako osoba, którą wszyscy znali i która w jakimś stopniu odpowiadała za wyjazd, dostawałam milion telefonów od każdego z osobna, z zapytaniem co teraz. Naprawdę, w pewnym momencie dochodziło do takich skrajności, że nawet będąc w toalecie, słyszałam brzęczenie telefonu, a kiedy oddzwaniałam kilka minut później, słyszałam w odpowiedzi „No byliśmy PRZY toalecie, ale was nie było”. Także mimo mojej miłości do organizowania wyjazdów i własnych przyjaciół, czasami pluję sobie w brodę i jestem zmęczona tym, że mając wsparcie w kimś, kto wszystko ogarnia, pozostałe osoby wolą iść po najmniejszej linii oporu i zrzucać wszystko na barki organizującego. Wiadomo, czasami dochodzi przez to do spięć, w końcu ile ludzi, tyle charakterów, ale najważniejsze jest to, że każdy jednak starał się zachowywać wyrozumiałość – w końcu to oczywiste, że ktoś się zgubi, że się rozejdziemy i tak dalej, zwłaszcza biorąc pod uwagę natężenie tłoku w Dreźnie. No i nie mogłoby też zabraknąć pojednawczego głosu, który w trakcie dramy odezwie się nagle z zapytaniem: „Ej, a może skoczymy na grzańca?”.

Gdzie zjeść, nie czekając 2 godziny w kolejce?

W ten oto sposób wreszcie dotarliśmy do galerii handlowej Altmarkt Galerie, gdzie przez piętro z jedzeniem przewijał się wężyk przynajmniej z dwustu osób ustawionych do toalety (płatnej!). Nie wybrzydzaliśmy zbytnio w tym, co zamierzamy zjeść: zależało nam tylko, żeby nie stać w kolejce godzinę, nie zapłacić milionów monet i przede wszystkim znaleźć wolny stolik, bo jak to ujęła Ewa: „W ciągu całego dnia udało nam się usiąść tylko na kiblu” i była to absolutna prawda. Z tego co zdążyliśmy potem zauważyć dzięki aplikacji, przeszliśmy plus/minus 17 km.

Zajęliśmy miejsce w Fu Loi, knajpie z azjatyckim jedzeniem. Nie wyglądało ono specjalnie zachęcająco i smakowało może nie najwyborniej, ale chociaż było ciepłe i robione na świeżo. Porcje też takie, że dało się najeść, zwłaszcza jeśli chodzi o mój ryż z warzywami i mięsem; na talerzu znajdowała się naprawdę kopiata góra, która mimo mojego wilczego apetytu i dużego wysiłku nie została zjedzona w całości, a to już o czymś świadczy. Tylko kurczak dziwnie smakował, jakby ktoś świeżo wyjął go z wywaru – oczywiście jeśli zakładamy, że to rzeczywiście był kurczak.

Striezelmarkt – najstarszy niemiecki jarmark

Wyszliśmy na zewnątrz prosto na Striezelmarkt, czyli Jarmark Struclowy – najstarszy, najbardziej spopularyzowany i oblegany. Do tego stopnia, że po upływie godziny byliśmy już przesyceni ludźmi, światełkami, ozdobami, a nasza strefa komfortu została mocno zaburzona. Na miejscu zobaczymy ogromny szyld zwieńczający oficjalne wejście, piramidki bożonarodzeniowe, diabelski młyn czy specjalny łuk do robienia zdjęć (przy czym Igor z Krysią sprawdzili i potwierdzili, że nie da się tam robić zdjęć, kiedy połowę obiektywu przysłania czyjaś ręka, a ciebie ktoś równocześnie nokautuje łokciem w brzuch i głowę). Nie można jednak odmówić uroku temu miejscu, zwłaszcza jeśli spojrzy się na nie z pewnego dystansu: zaraz obok znajduje się duża, przeszklona biblioteka, z której można cyknąć całkiem ładne ujęcia i zaznać trochę ciszy.

Chyba nigdy nie przestanie mnie dziwić ogólne zamiłowanie do kiczu na jarmarkach – nawet nie chodzi o towar, a o samo przystrojenie budek. Tu jakiś plastikowy Mikołaj, który wyglądał jak wyciągnięty z szafy mojej babci dwadzieścia lat temu, tu figurki kucharczyków, które ruszały się jak zepsute zabawki w antykwariacie z „Toy Story 4”… z lekka przerażające. Jedyna rzecz, która dość mnie zaintrygowała, bo nie widziałam jej nigdzie wcześniej, to gigantyczny kalendarz adwentowy. Można było otworzyć drzwiczki z każdym numerem, ale chyba nie muszę ukrywać, jakiego doznałam rozczarowania, gdy okazało się, że w środku nie ma jedzenia, tylko stare figurki do oglądania…

Zbiórkę, żeby zebrać się do kupy, organizowaliśmy zawsze przy budce Curry am Schloss, gdzie Nata, Ola i Wiktor wyczaili najtańsze grzane wino na całym jarmarku (2 euro), które nie wymagało płacenia kaucji za kubek. To więc nie bajka dla tych, którzy chcą mieć pamiątkę, ale za to dla tych, którzy potrzebują nieco ciepła. Smaczne, dobrze doprawione, dość mocne, a i można wybrać, czy woli się czerwone, czy białe. Jeśli jednak nie mamy typowych jarmarcznych kubków, to co? A no styropianowe kubeczki z bałwankiem, które nam chyba nie robiły żadnej różnicy.

Ostatnie dwie godziny zrobiliśmy jeszcze nocny spacer po mieście, trafiliśmy na jarmark średniowieczny, wróciliśmy na Augustusmarkt nocą i na tarasy Bruhla, z których dostrzegliśmy kolejne oświetlone budki. Nikt z nas nie miał już jednak ani siły, ani ochoty schodzić na dół, więc ostatnie chwile w Dreźnie spędziliśmy na rozmowach ze śpiewem ulicznego artysty w tle. Czy pojechalibyśmy jeszcze raz? Pewnie tak, tylko może tym razem wybierzemy inne miasto. Co do biura, nie wydaje nam się specjalnie obligatoryjne, żeby jechać z Indeksem, ale prawdopodobnie wygra ten, kto zaoferuje najlepszą cenę. Może takie jednodniowe wyjazdy staną się naszą tradycją, kto wie? To na pewno bardzo miłe urozmaicenie krótkich grudniowych dni i okazja do tego, żeby spędzić wśród przyjaciół ostatnie chwile przed świąteczną gorączką. Można nacieszyć oczy, uskutecznić miejski trekking i nagromadzić trochę wspomnień za kwotę, która wydaje się dość przystępna w okresie wielu wydatków. Zainteresowanych za rok zapraszamy z nami! 😀

W tym miejscu chciałabym podziękować tym, którzy pojechali razem ze mną, za sprawną organizację i świetnie spędzony czas. Dodatkowe podziękowania dla Igora, który dbał o uwiecznienie tych chwil z jeszcze większym natężeniem niż ja – to dzięki niemu powstały wszystkie nasze grupowe zdjęcia i mimo że po 30-stym z kolei każdy był zmęczony, to cudownie móc je oglądać! ❤

Islandia cz.4 – czyli pierwsze cuda, rozczarowania, jak uniknąć mandatów i dotrzeć ledwie żywym na północ kraju

Informacje ogólne: To już czwarta część naszej relacji z Islandii, więc jeśli trafiłeś tu dopiero teraz, to nic nie szkodzi, zapraszam do czytania (może tylko tego wpisu, a może także poprzednich). Poniższy skupi się na wodospadach w zachodniej części wyspy, będzie też parę słów o płatnych tunelach i wstęp do rejsu z wielorybami. Zapraszam:

Wodospady Hraunfossar i Barnafoss

Pierwszym takim przyrodniczym cudem, który utkwił nam w pamięci po przyjeździe na Islandię, były dwa wodospady położone w bliskim sąsiedztwie (współrzędne geograficzne, jeśli chodzi o dobre parkowanie: 64°42’06.2″N 20°58’44.5″W). Oczywiście trzeba później przejść na piechotę 300-400 m, auto bardzo rzadko zostawia się przy samej atrakcji – czasami odległość wynosi nawet 1,5 km albo więcej (pod górę, niezliczoną ilością schodów itd.), żeby dotrzeć do tego, po co właściwie przyjechaliśmy. To naszym zdaniem przy okazji długiego podróżowania samochodem jest akurat jak najbardziej wskazane; odrobina ruchu, rozruszanie kości, no bo w końcu nie jechaliśmy na wakacje z zamiarem lenistwa.

Na miejscu możemy zobaczyć coś na wzór pieszej trasy wyznaczonej przez rozwieszone sznury. My się ich trzymaliśmy, ale co bardziej zapalczywi fotografowie (albo po prostu Azjaci) obierali własny szlak po skałach, tuż przy samej wodzie, czego raczej Wam nie polecam robić, jeśli w razie czego nie chcecie mieć nieprzyjemności. Szliśmy od takiej strony, że najpierw ujrzeliśmy Hraunfossar, a dopiero później Barnafoss. Ciężko nawet przyrównać do siebie te dwa wodospady, bo wyglądały zupełnie inaczej i robiły odmienne wrażenie, ale nawet z perspektywy czasu wydaje mi się, że Hraunfossar nie tylko podobał mi się bardziej, co nawet był moim ulubionym spośród wszystkich zobaczonych później. Powiedziałabym, że to taka seria mniejszych wodospadów rozciągająca się na bardzo dużą szerokość. Patrząc na to, ma się wrażenie, że w miejscach, w których popękała skała, płyną strumienie łez. 

Na szlaku co chwilę znajdują się platformy, gdzie można stanąć, wychylić się i zrobić co ładniejsze zdjęcia. Idąc dalej, dochodzimy do Barnafoss, który jest znacznie węższy. Woda z niego spływa do wąwozu z bardzo dużą prędkością, dlatego można zaobserwować nawet nie tyle, że się pieni, ale wydaje się wręcz biała, co kontrastuje z błękitną siostrą na zdjęciach powyżej. 

Po całym obchodzie na bardziej zmarzniętych i zmęczonych czeka bar/restauracja tuż przy samym wejściu na ścieżkę. W środku można zamówić kawę czy czekoladę, no i co ważne – skorzystać z toalety!

Wioska Reykholt

Chciałabym powiedzieć, że spędziliśmy tam nieco czasu, jednak już wtedy wyglądaliśmy z nim krucho, zwłaszcza że nadłożyliśmy drogi, udając się do Reykholtu, który uchodzi za jedno z ważniejszych kulturowych miejsc na Islandii. Urodził się tam Snorri Sturluson, jeden z istotniejszych pisarzy tego kraju, ale poza jego pomnikiem i urokliwym kościółkiem nic nas specjalnie nie urzekło. Z początku miałam wrażenie, że musimy podjechać dalej, żeby coś zobaczyć, ale szybko doszliśmy do wniosku, że dwie krzyżujące się ze sobą uliczki to wszystko, co mieliśmy ujrzeć. Do tej pory chce mi się śmiać, kiedy pomyślę o komentarzu Maćka, gdy ujrzeliśmy niewielki cmentarz ze zdjęcia poniżej: „O, spójrz. Tu pochowano wszystkich mieszkańców Reykholtu, którzy mieszkali w nim w ciągu ostatnich 1000 lat”.

Uczcie się na naszych błędach

Jak już wcześniej wspominałam, nie mieliśmy papierowej mapy, więc kiedy tylko wyjechaliśmy z tej miejscowości, nawigacja skierowała nas na “najszybszą” drogę, która co prawda miała ograniczenie prędkości do 80 km/h, ale my poruszaliśmy się tam 20-26 km/h w porywach. To było nasze pierwsze zetknięcie się ze żwirową drogą – zupełne pustkowie, prawie żadnego auta po drodze, a jak już się jakieś trafiło, to zjeżdżaliśmy na bok, bo mieliśmy wrażenie, że gdyby kierowca mógł, to za nasze ślimaczenie się po prostu zabiłby nas wzrokiem. Musicie jednak wierzyć na słowo, że chrzęst drobnych kamyczków uderzających w podwozie i odbijających się od boków auta był naprawdę przeszywający. Prawie tak jak głos faceta z wypożyczalni, który mówił “12 tys. euro za zniszczenia dokonane na samochodzie”. 

Straciliśmy na tamtej drodze jakieś 40 minut, po prostu ze strachu i stresu. Potem zresztą nie było dużo lepiej, więc zadzwoniłam na nasz przyszły nocleg z prośbą, by właściciel zostawił nam klucze do pokoju na recepcji. Taka sytuacja zdarzyła nam się trzy razy, ale nigdy nikt nam nie odmówił, mimo że wiązało się to z tym, że pracownicy nie zapiszą np. numeru naszej karty kredytowej. Tej nocy dostaliśmy nawet liścik ze wszystkimi informacjami dotyczącymi śniadania, pokoju i tak dalej, więc to był naprawdę przyjemny gest ze strony pracowników Eldá Guesthouse, mimo że ledwie umieliśmy to wszystko przeczytać, tak nam się oczy kleiły ze zmęczenia. 

Wspomnienie tej i następnej nocy nie jawią nam się jakoś specjalnie kolorowo. Spędziliśmy wiele godzin w aucie, ale wbrew pozorom też sporo chodziliśmy, więc brakowało nam chwili na odpoczynek. Psychicznie też ciążyła na nas coraz większa presja, jako że z samego rana musieliśmy z Myvatn wrócić do Husaviku (około 56 km) i zdążyć na godzinę 9:45, by wypłynąć w rejs z wielorybami. Im dalej, tym robiło się gorzej, także jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że zmierzchało. Za dnia można skupić uwagę na niezwykłych krajobrazach, wymieniać się opiniami, wypatrywać zwierząt. W nocy zobaczenie czegokolwiek graniczy niemalże z cudem. Oczywiście liczyliśmy, że dopisze nam szczęście i zobaczymy zorzę, ale niebo było bezchmurne jedynie raz w ciągu całego naszego wyjazdu, a i wtedy się nie udało. Jedynym urozmaiceniem okazały się tunele – większe, mniejsze, które to właśnie okazały się naszą największą gafą na tym wyjeździe.

Vadlaheidi Tunnel – płatny tunel w pobliżu Akureyri

Od samego początku, nawet będąc w wypożyczalni, każdy powtarzał nam, że na północy Islandii, w pobliżu Akureyri, znajduje się płatny tunel, przez który można przejechać i zaoszczędzić kilkudziesięciu kilometrów, albo ominąć go i udać się darmową drogą na około. Wiecie, było już po 22:00, więc zgodnie stwierdziliśmy, że możemy zapłacić, bo liczyła się dosłownie każda minuta. Tyle że tunele się skończyły, a my nie zapłaciliśmy nic. Nie, żebyśmy jakoś specjalnie rozpaczali z tego powodu, ale wydawało nam się to dziwne, że na miejscu nie natknęliśmy się na punkt poboru opłat, jakieś szlabany, budki czy cokolwiek innego. Uprzedzając Wasze pytania: nie pojechaliśmy przypadkowo objazdem, Vadlaheidi Tunnel jak najbardziej okazał się płatny, tyle że opłatę uiszcza się internetowo. Trzeba to zrobić w ciągu trzech godzin od przejechania tą trasą, w innym wypadku naliczana jest dodatkowa opłata za każdorazowy przejazd tą drogą.

Cóż, całe szczęście, że robiliśmy obwodnicę i tamtędy nie wracaliśmy, chociaż tym mogliśmy się pocieszać. Przyznaję jednak, że moment otrzymania niespodziewanego maila ze strony wypożyczalni w ostatni dzień naszej podróży był dla mnie jednym z bardziej emocjonujących podczas całego wyjazdu. Jestem pewna, że pobladłam jak ściana, podczas kiedy Maciek śpiewał właśnie kolejną piosenkę w cebula-carze. Jako że siedział ze kierownicą i stresował się już samym faktem zdania samochodu, postanowiłam nie odzywać się tak długo, aż obliczę w głowie wszystkie koszty, które miały nam się obnażyć. O dziwo nie okazało się tak tragicznie, jak z początku myślałam. Podstawowy koszt przejazdu przez Vadlaheidi Tunnel to około 50 zł, do tego mandat w wysokości 85 zł. Gdy podzieliło się to na dwa, aż można było odetchnąć z ulgą, jeśli przed oczami miało się już jakieś tysiąc złotych.

Jak to się właściwie stało, że tego nie dopilnowaliśmy? Naszym błędem było przyjęcie typowych zachodnioeuropejskich standardów dla Islandii. Nie doczytaliśmy o tym, bo wydawało nam się oczywiste, że płaci się na miejscu. Nie dawało nam to spokoju, więc trochę poszperaliśmy w internecie i okazało się… że tabliczka z informacją o opłatach rzeczywiście stoi przy tunelu, ale o 22.16 (dzięki mandatowi przynajmniej znam dokładną godzinę), było już tak ciemno, że nawet nie było jej widać. Naprawdę, ciemność na Islandii jest bardzo dojmująca, zwłaszcza jeśli przejeżdża się pomiędzy dwoma wzniesieniami – wokół jest dosłownie czarno, żadnych świateł, nie ma gwiazd i widać tylko to, co znajduje się kilka metrów przed maską auta.

Islandia a jazda nocą

Takie warunki wzbudzają dyskomfort, nawet jeśli zdajesz sobie sprawę, że Islandia to jeden z krajów o najmniejszym odsetku przestępczości. Jadąc nocą i napotykając samotny dom na środku odludzia, gdzie paliła się jakaś pojedyncza żarówka, mieliśmy wrażenie, że mieszka tam ktoś, kto zupełnie postradał zmysły. Pamiętam, jak zgodnie stwierdziliśmy wtedy, że żyjąc w taki sposób, spalibyśmy ze strzelbą pod poduszką i budzili się z przerażeniem na każde skrzypnięcie drzwi czy okiennic. To był też powód, dla którego nie zatrzymaliśmy się na poboczu i po prostu nie zdrzemnęliśmy na chwilę.

Maciek co rusz wyganiał mnie do spania, bo myślę, że widział, jak walczę ze snem, mimo że w tle głośno grała muzyka i staraliśmy się podtrzymać konwersację. Ciągle powtarzał, że to był długi dzień, że mam okres, że przecież brzuch mnie boli i mam iść spać. Trochę nasz brak siły był też spowodowany właśnie tym, że nie jedliśmy (ten i następny dzień opierał się na diecie: nażryj się na śniadanie do granic możliwości i wieczorem oszukaj głód chińską zupką zapitą gorącym kubkiem). Wiedziałam, że na kierowcę jeszcze bardziej usypiająco działa śpiący pasażer na siedzeniu obok, poza tym trzymało się mnie poczucie solidarności. Maciek jednak cały dzień prowadził, a znam jego charakter i wiedziałam, że nie przyzna, że nie da rady, więc zostawianie go bez nadzoru wydawało mi się skrajną nieodpowiedzialnością. Męczyliśmy się przynajmniej we dwoje.

Nie wiem, która droga przysparzała nam o tej porze więcej problemów. W dzień podróżowanie „1” stanowiło luksus, ale po ciemku stawało się strasznie monotonne. Prosta droga, nie ma zbyt wielu zakrętów, nie wymaga dużego skupienia. W asfalcie raczej nie pojawiają się dziury, znaki są niemalże niepotrzebne, obecność innych aut znikoma, nie widać dosłownie niczego, na czym można skupić uwagę. Pamiętam, że jadąc w stronę Paryża, na autostradzie panowała podobna stagnacja, jako że wokół oprócz pól niewiele dało się zobaczyć. Tam jednak na poboczach ustawiano na przemian kolorowe kule, trójkąty, kwadraty i tak dalej, żeby urozmaicić jazdę kierowcy. Na „1” nie było o tym mowy, oczy mimowolnie zamykały się z braku zajęcia.

Rozbudzenie przychodziło zawsze w przypadku dróg takich jak „99”, którą podróżowaliśmy następnego dnia w kierunku Höfn. To z pewnością jedno z moich gorszych wspomnień, jeśli chodzi o cały wyjazd. Rozbudziliśmy się niemal natychmiastowo, kiedy auto wjechało na żwirową powierzchnię pokrytą spękaniami, dołami i czymkolwiek tylko się dało. Nasza Kia niespecjalnie miała ochotę hamować przy spadkach i podjeżdżać pod wysokie wzniesienia, zza których nie dało się zobaczyć dosłownie niczego. Nawet nie byliśmy pewni, w którą stronę należy skręcić, gdy już ujrzymy dalszą część nawierzchni, ani czy ktoś nie nadjedzie z naprzeciwka. Dźwięk obijających się o auto kamyczków i kamieni spędzał sen z powiek, pojawiał się stres. Nawigacja pokazywała jeszcze kilkadziesiąt kilometrów drogą, której nie sposób ominąć, czas podróży ciągle się wydłużał, nocleg wydawał się jeszcze bardziej odległy, a my autentycznie zastanawialiśmy się, jakim cudem dojedziemy na miejsce. W takich momentach czuliśmy straszne zmęczenie psychiczne, a kiedy wyjeżdżaliśmy na prostą drogę, razem z ulgą przychodziło wyczerpanie fizyczne.

Myśląc o tym dniu, najbardziej żałuję, że zabrakło nam czasu na wodospad Godafoss. Generalnie zachodnia część Islandii pozostała dla nas w dużym stopniu nieodkryta. Pocieszające wydaje się jednak, że mamy tym więcej motywacji, żeby wrócić i spróbować jeszcze raz, tym razem z lepszym efektem. Do Akureyri dotarliśmy około godziny 23.00. Jedno z bardziej pokaźnych miast w kraju, które my zobaczyliśmy jedynie przejazdem, zaliczając stację benzynową jako cały postój. W porządku, wyglądało ładnie, kiedy obserwowaliśmy je z daleka jako jeden z niewielu punktów oświetlonych setkami świateł, jednak czuliśmy żal. Zostawiając je za sobą, usłyszałam tylko głos Maćka: „Nie no, Akureyri piękne jak ja pierdole” i zaczęłam się śmiać, choć tak naprawdę był to raczej śmiech przez łzy.

Z nas dwójki to on jest osobą, której w większym stopniu humor nie opuszcza nawet w złych sytuacjach. Rzucał żarty, nie awanturował się, nie miał pretensji. Ja byłam od tego, żeby podnieść go na duchu. Pamiętam, jak tego albo następnego dnia przegapiliśmy zjazd, a po samochodzie rozniosły się ciche i zrezygnowane kurwy. Wtedy to ja się spinałam, kładłam mu dłoń na ramieniu i mówiłam, że to nic – zawrócimy, będzie po problemie, no zdarza się, zwłaszcza kiedy musisz skręcić niespodziewanie po 50 km. Pamiętam, że usłyszałam wtedy, że jestem dobrym pasażerem; takim, który umie zadbać o picie i jedzenie (zwłaszcza w końcowych dniach), muzykę, dobrą atmosferę, który zdzieli po ramieniu, gdy przysypiasz, i nie drze ryja, gdy coś pójdzie nie tak. Kto mnie zna, ten wie, że z tym darciem ryja to może nie do końca prawda, ale w takich chwilach potrafię być naprawdę spokojna. Wiedziałam, że Maciek jest zmęczony, a ostatnim, czego chciałam, to żebyśmy skoczyli sobie do gardeł. Jechał już tyle czasu, że było mi go szkoda i przez cały wieczór powtarzałam, że jestem mu bardzo wdzięczna i świetnie sobie poradził. To nie przeszkodziło mi jednak popłakać się ze śmiechu przed snem, kiedy zobaczyłam, co zrobił.

Nocleg w Elda Guesthouse

Nocleg w Mýatn był rozbity na kilka sypialnianych domków. Chwilę zajęło nam, by po ciemku znaleźć recepcję i odebrać swoje klucze. Wokół panowała straszna cisza i było tak zimno… Temperatura spadła, zaczął lać deszcz, a my ze zmęczenia też już nie czuliśmy wszystkiego tak, jak powinniśmy. Miałam problem, żeby w ogóle poradzić sobie z otworzeniem zamka, ale w końcu się udało: ukazał się nam skromny pokoik z dwoma łóżkami.

Zdjęcie niestety z Bookinga, bo na nasze było za ciemno :c

Mimo że była północ, poszliśmy zagotować wodę na zupki, a z dwóch pokojów obok (nie równocześnie, ale po upływie jakiegoś czasu) wychylili się Azjaci. Ich zresztą widzieliśmy najczęściej podczas całej naszej podróży, ale każdy z nich miał zupełnie inne nastawienie, podobnie jak ci tam. Jeden wyszedł do nas w samym szlafroku albo ręczniku, dokładnie już nie pamiętam. W każdym razie wyglądał, jakby przed chwilą dobrze bawił się z dziewczyną i to wprawiło go w na tyle dobry nastrój, że przywitał się z nami i na chwilę zagadał. Drugi z kolei wyjrzał na nas oczami małymi jak główki szpilki, zaspany jak niedźwiedź po zimowym śnie i nie kwapił się żadnym „cześć, co słychać?”. Pomarudził tylko chwilę, że jesteśmy strasznie głośno, mimo że staraliśmy się nie oddychać, i wrócił do pokoju.

Po zjedzeniu naszej wieczornej dawki chemii, ułożyliśmy się do snu – mnie zajęło to krócej, już niemalże przysypiałam, kiedy Maciek zgasił światło i udał się w stronę łóżka, przy którym zalegała nasza torba. Przysięgam, patrząc na niego, byłam pewna, że się o nią potknął, bo wyciągnął rękę i runął jak długi na ziemię. Kiedy to zobaczyłam, najpierw poczułam dezorientację, a zaraz potem dostałam napadu śmiechu, gdy uświadomił mnie, co właśnie zrobił. Położył jedną dłoń na materacu i myślał, że dotarł na miejsce. Nie zrobił kroku w przód, nie starał się nawet usiąść, po prostu uwalił się całym swoim ciężarem na ziemię, myśląc, że jest w łóżku. Dalej chce mi się śmiać, kiedy przypomnę sobie huk, a potem jego zawodzenie. Wreszcie przydarzyło się coś, co zdołało mnie rozbudzić – szkoda tylko, że tak późno.

Rano przeszliśmy na śniadanie do odpowiedniego budynku, a kiedy tylko wyszliśmy na zewnątrz, zaniemówiliśmy. Rozejrzeliśmy się wokół i ledwie chciało nam się wierzyć, że to dokładnie to samo ciemne i ponure miejsce, do którego przyjechaliśmy poprzedniego dnia. Widoki były po prostu przepiękne: góry, woda, mnóstwo kolorów. Znów wstąpiła w nas pozytywna energia, zwłaszcza gdy ujrzeliśmy śniadanie. Prezentowało się dużo skromniej niż w stolicy, kuchnia była raczej ciasna i z trudem mieściło się tam naraz kilka osób, ale i tak najedliśmy się do granic możliwości: naleśniki, parówki, jajecznica, banany, kawa, czekolada, herbata, nałożyliśmy to wszystko i jeszcze dokładkę.

Gentle Giants – Rejs z wielorybami

Około 8.40 zawróciliśmy w kierunku Husaviku. Ubraliśmy się najcieplej, jak tylko mogliśmy, i ruszyliśmy na rejs z wielorybami. Na miejscu mieliśmy rozpoznać charakterystyczne niebieskie flagi i rzeczywiście nie było większego problemu ze znalezieniem ich. Odwiedzających zjechało się jednak naprawdę dużo i zajęcie bliskiego miejsca do parkowania graniczyło niemalże z cudem. Wysiadłam więc z auta, zostawiając tę kwestię Maćkowi, a sama poszłam zgłosić nasze przybycie Gentle Giants, czyli firmie, która odpowiadała za nasze wypłynięcie (jeśli interesują Was koszty takiej wyprawy, to wszystko podliczyłam w części 1). Zeszliśmy bliżej wody, a w nozdrza uderzył nas nieprzyjemny zapach zgniłych ryb. Odnaleźliśmy naszą łódkę i ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że jest jeszcze mniejsza, niż to sobie wyobrażaliśmy. Na pokładzie mieściło się około dwudziestu osób + przewodnik.

Pierwszą rzeczą, którą zrobiliśmy, to upodobniliśmy się do siebie. Oboje dostaliśmy specjalne kapoki, a także skafander zawierający w komplecie dodatkową pelerynę przeciwdeszczową. Dosyć mnie to dziwiło, raczej odniosłam wrażenie, że ma nas to ochronić przed zimnem niż przed wodą, mimo że tego dnia pogoda trafiła się naprawdę ładna. Nie zmieniało to faktu, że ocean okazał się mocno wzburzony, więc nasza łódka bujała się i na pokład, wbrew mojemu mylnemu wrażeniu, wlewało się mnóstwo wody. Fale rozbryzgiwały się co chwilę, opryskując wszystkich wokół i już po kilkunastu minutach czułam, że mam przemoczone rękawiczki, a buzia marznie mi od wiatru i wilgoci.

Poruszanie się w naszym nowym stroju wcale nie było takie łatwe. Dostałam najmniejszy rozmiar skafandra, ale już po założeniu spodni nogawki przykryły mi całe buty i generalnie deptałam po nich przez większość czasu. Cały ten ekwipunek okazał się dosyć ciężki i krępujący ruchy, ale to nie przeszkadzało nam we wdrapywaniu się na drewnianą ławeczkę pośrodku łódki. To był jeden z tych razów, kiedy niezwykle się cieszyłam, że obok nas siedzieli praktycznie sami Azjaci. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że każdy Polak zabiłby śmiechem nasze „wodoodporne pokrowce” na telefony. W rzeczywistości nie mieliśmy niczego takiego, jakoś wyleciało nam z głowy, by się w nie zaopatrzyć. Wpadliśmy jednak na błyskotliwy pomysł i stwierdziliśmy, że w tej roli świetnie sprawdzą się nasze samolotowe kosmetyczki. Brzmi to absurdalnie, a jednak zadziałało: nawet świetnie robiło się przez nie zdjęcia, sami zobaczcie.

Jak widzicie – potrzeba matką wynalazków. Może jednak nie róbcie tego co my z rozmysłem, bo do teraz zastanawiamy się, jak bardzo wyśmialiby nas rodacy, jakby zobaczyli dość duży napis KOSMETYCZKA MAŁA na naszych wodoodpornych pokrowcach. Śmiechom jednak nie było końca, zwłaszcza gdy ujrzałam, co Maciek ma wymalowane na piersi. Każdy pokrowiec oznaczano rozmiarem na jego zewnętrznej części, co prezentowało się dość komicznie, zwłaszcza w przypadku mężczyzn. Mój komentarz? „Chodź, Maciek, założymy ci Tindera, z taką reklamą żadna się nie oprze”.

Skafander – jest, kosmetyczka mała – jest, wszyscy – są: więc ruszamy. Jeśli jesteś ciekawy, jak wyglądał cały rejs, czy udało nam się cyknąć fotkę wielorybom i co miłego spotkało nas na łodzi, to wszystko pojawi się w kolejnej części podróży, więc nie przegap! A ja tymczasem zapraszam na mój fanpage, a także Instagrama; linki znajdziecie na górze po prawej. Bądź na bieżąco 😀

Islandia cz.3 – czyli najlepsze hot dogi na świecie, cuda Reykjaviku i zmora wiecznie przepełnionego pęcherza

Informacje ogólne: To już trzecia część naszej islandzkiej przygody, więc jeśli przegapiłeś którąś z poprzednich, to polecam je nadrobić. Nie będzie to absolutnie konieczne, bo w fabule się raczej nie zgubisz, ale myślę, że dzięki temu cała historia nabierze kolorytu. Poniższy opis będzie w głównej mierze dotyczyć zwiedzania Reykjaviku, także dziś gratka dla fanów dużej ilości zdjęć. Zapraszam:

Reykjavik – gdzie parkować i kupować?

Nasz hotel, Capital Inn, znajdował się około 4,5 km od ścisłego centrum stolicy, więc podjechaliśmy na miejsce samochodem, nie chcąc tracić czasu. Tak jak wspominałam, zanim się zakwaterowaliśmy, wynajęliśmy auto i tak dalej, było już po 20.00 czasu islandzkiego, ale nie zamierzaliśmy odpuścić ani chwili ze zwiedzania. Co dosyć nas zaskoczyło, problem z parkowaniem nie urósł do takiej rangi, jakiej się spodziewaliśmy. W nawigacji bardzo pomogła nam mapka, którą możecie znaleźć na oficjalnej stronie Guide to Iceland lub klikając TUTAJ. Przedstawiała ona strefy parkowania według przyjętych cenników, jednak będąc na miejscu, warto za każdym razem spojrzeć na znaki i upewnić się, kiedy oraz jakie opłaty dokładnie obowiązują, żeby później nie napytać sobie biedy. Dwa razy udało się ich w ogóle uniknąć i naszymi ulubionymi lokalizacjami okazały się mieszkalne uliczki w okolicy Hallgrimskirkja, a także mały, bezpłatny parking nieopodal stacji paliw Olis.

parkowanie.png

Opłaty za parking wydawały nam się bardzo wysokie (oczywiście już po przeliczeniu), bo za niecałą godzinę robienia zakupów (około 34 minut), zapłaciliśmy 16 zł. Wiadomo, jeśli nie ma żadnej innej opcji, to cena nie gra roli, jednak o ile nie zamierza się parkować w ulicach prostopadłych czy sąsiadujących z Laugevegur, o tyle nie ma problemu ze znalezieniem miejsca (to samo tyczyłoby się też większych aut, linie są namalowane naprawdę szeroko w porównaniu do polskich standardów). Tam nawet przedstawiciele tego mema odetchnęliby z ulgą:

Możecie się domyślić, że po około dziesięciu godzinach nie marzyliśmy o niczym więcej poza zjedzeniem czegoś. Niestety sklepy, które mieściły się w naszych wymaganiach cenowych, zamykano już o godzinie 18.00. Mam tu na myśli sieć „Bonus” z charakterystycznym wizerunkiem świnki, którego odwiedza tak wielu Polaków, że doczekał się on kas samoobsługowych w języku polskim. Zresztą pan, który pracował na miejscu i potwierdzał nasze zamówienie, również pochodził z naszego kraju. W ogóle znaczna część pracowników w hotelach czy restauracjach była naszymi rodakami, raz na południu trafiliśmy nawet na restaurację, w której główną pozycją w menu okazały się pierogi.

Bonus.png

Nasz koszyk z zakupami następnego dnia nie kosztował więcej niż 100 zł, a udało nam się za tę cenę rozsądnie rozplanować przynajmniej trzy najbliższe obiady. To, że nigdy nie zjedliśmy ich akurat w porze obiadu, to zupełnie drugorzędna kwestia, o której jeszcze wspomnę. Możemy jednak śmiało polecić tę sieć sklepów, zwłaszcza w Viku wywarł na nas bardzo pozytywne wrażenie, choć do samego końca nie mogliśmy przywyknąć do tego, że cena kurczaka jest znacznie, ale to znacznie wyższa niż ryb. Dość niecodzienny widok dla przeciętnego Polaka, mimo że wiedzieliśmy o tym nawet na długo przed przylotem na Islandię. Dla zainteresowanych zamieszczę TUTAJ przykładowe cenniki, które pomogą rozplanować posiłki i wydatki jeszcze przed wyruszeniem w podróż.

Pylsury – najlepsze hot dogi świata

Wieczorem jednak postawiliśmy na jedzenie w mieście i nawet mieliśmy już od dawna zaplanowany pierwszy cel. Odpuściliśmy kolację w restauracji (i tak było nas stać tylko na frytki, jako że zestaw dwóch burgerów kosztował 120 zł), natomiast udaliśmy się na sławetne pylsury, czyli islandzkie hot dogi. Budka Bajarins Beztu Pylsur, czyli Najlepsze Hot Dogi w Mieście, jakoś zupełnie rozminęła się z naszymi wyobrażeniami. Na wszystkich forach pisano o rzeszach turystów, które się przed nią zbierają, a tymczasem byliśmy tylko my i jakaś jedna czy dwie osoby. Mimo tego znalezienie jej nie okazało się specjalnie trudne, stała pośrodku pustego placu i wyróżniała się czerwonym kolorem. Może trafiliśmy na dobrą porę dnia, bo pogody specjalnie nie brałabym pod uwagę. Wiadomo, nie mogliśmy usiąść w cieple, dodatkowo kropiło, ale na Islandii każdy jest do tego przyzwyczajony.

IMG_20190911_203851718.jpg

Wokół tych fast foodów krąży legenda – są tak dobre, że na jednym nie poprzestał jeszcze nikt. Chcąc to sprawdzić, podeszliśmy do okienka, gdzie młody chłopak zapytał nas, czy chcemy „ze wszystkim”. Niespecjalnie wiedzieliśmy, co oznacza to „wszystko”, ale brzmiało dobrze, więc potaknęliśmy. Hot dogi, które dostaliśmy, przede wszystkim na zdjęciach wydawały nam się większe. Kiełbaska, która znajduje się w środku, składa się z trzech rodzajów mięsa (jagnięcina, wołowina i wieprzowina), a w białej, miękkiej bułce oprócz niej możemy znaleźć także surową i prażoną cebulę. Całość jest oblana trzema rodzajami sosów – ketchupem, majonezem i remoulade. Nie mieliśmy okazji spróbować go nigdy wcześniej i pierwszym, co zwróciło naszą uwagę, było to, że strasznie skleja buzię.  Składa się w głównej mierze z majonezu, musztardy, koperku i szczypiorku, ale to z pewnością jeden z lepszych dodatków, jakich przyszło mi kiedykolwiek kosztować. Połączenie tych smaków sprawiło, że rzeczywiście jestem skłonna uznać te hot dogi nie tylko za najlepsze w mieście, ale także w moim życiu. Oczywiście na jednym nie poprzestaliśmy i ta inwestycja całkiem nam się opłaciła, zwłaszcza że jedna porcja po przeliczeniu kosztuje około 17 zł. Już wtedy postanowiliśmy sobie, że tak samo jak powitaliśmy stolicę, tak samo pożegnamy ją ostatniego dnia.

Zwiedzanie stolicy

Później nastąpiła pora na zwiedzanie. Reykjavik mieliśmy okazję podziwiać zarówno po ciemku, jak i za dnia, a miasto to charakteryzuje się wtedy zupełnie inną aurą. Co mnie urzekło, to taka cudowna cisza i spokój. Doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś w stolicy, a równocześnie czujesz, jakbyś przechadzał się po małym, górskim miasteczku. Najpiękniejszym jego elementem są bez wątpienia kolorowe domki, które wyglądają odrobinę, jakby wybudowano je z drewna i przemalowano.

IMG_20190911_205206732.jpg
IMG_20190912_101602460.jpg
IMG_20190912_110304635_HDR.jpg

Każda knajpa i restauracja wiąże się w jakiś sposób z kulturą Islandii – połowami, wikingami, czy po prostu z określonym typem krajobrazu. W zasięgu wzroku można też dostrzec mnóstwo prostych, jakże uroczych ozdób: ściany przystrojone sztucznymi kwiatami, kamienie przemalowane na gigantyczne biedronki i wiele innych.

IMG_20190912_095709320.jpg
IMG_20190912_101649316_HDR.jpg

Niesamowite wrażenie wywierają też pomalowane chodniki i murale, choć niektóre z nich wydają się po prostu przerażające. Naszej uwadze nie uszło też, że Islandia jest krajem bardzo tolerancyjnym: w wielu miejscach wiszą kolorowe flagi, natrafiliśmy nawet na aleję, gdzie zamiast czarnego asfaltu widniała wymalowana tęcza. Kiedy tam jesteś, nawet przestaje cię to dziwić: wydaje ci się, że tutaj każdy ma swoje miejsce.

IMG_20190911_211505916.jpg
IMG_20190912_105836604_HDR.jpg

Islandia słynie ze swoich opowieści o elfach i trollach, dlatego wielokrotnie możemy zobaczyć ich postacie przed sklepikami, różnego rodzaju kartki, magnesy, kubki i inne gadżety. Możecie zobaczyć, kto z nas wypadł lepiej 😀

IMG_20190912_110158552.jpg
72447872_537272746844072_489459120206774272_n.jpg

Jednej rzeczy jednak zupełnie się nie spodziewaliśmy, a mianowicie tego, że tam sprzedawcy potrafią zrobić atrakcję dosłownie ze wszystkiego. Na jednym ze stanowisk z odzieżą leżał… kotek. Wiecie, z początku wydawało nam się, że to taka atrapa na miękkiej podusi, którą często można kupić i jeszcze zamruczy, kiedy ją uruchomimy. Okazało się jednak, że kotka była żywa i tak bardzo przyzwyczajona do klientów, że zupełnie przestała zwracać na nich uwagę. Kiedy tylko dotknęło się jej grzbietu, nawet się nie wzdrygała, po prostu spała dalej. Obok niej widniała nawet specjalna karteczka: „Tak, jestem prawdziwa! Mam na imię Ofelia. Jestem puchata i taaaaaka słodka. Jem suszone ryby i jestem kotem sąsiadów. I nie jestem na sprzedaż! :D”. Kotka miała nawet swojego własnego Instagrama.

Przeszliśmy się też wieczorem nadbrzeżem, gdzie doznałam lekkiego zdziwienia. Wobec tego obrazu, jaki opisałam Wam wcześniej, jakoś zupełnie nie pasowały mi wieżowce wyrastające na horyzoncie. W ogóle znalazło się kilka elementów, które nijak nie łączyły się z całokształtem miasta, jak na przykład szklane przejście między budynkami czy dziwne neony.

IMG_20190912_102214232_HDR.jpg

Z innowacyjnych rozwiązań natomiast zakochałam się w terenie wokół Harpy, czyli tamtejszej sali koncertowej. Świetnie przemyślany system wodny, idąc tamtędy, ma się wręcz wrażenie, że chodzi się po wodzie, jeśli stanie się pod odpowiednim kątem, zwłaszcza że tuż przed sobą widzi się ocean.

IMG_20190912_103645646_HDR.jpg

Jak możecie zauważyć na pierwszym zdjęciu, tradycją było, że każdy przechodzień układał swój własny stosik z kamieni, przechodząc tamtą drogą. Nasze może nie prezentowały się tak pięknie jak ten poniżej, ale chociaż pozostawiliśmy po sobie jakiś krótkotrwały znak.

IMG_20190912_103433640.jpg

Nie bylibyśmy też prawdziwymi turystami, gdybyśmy nie odwiedzili Sun Voyagera, czyli najbardziej charakterystycznego symbolu Reykjavika.

72789524_530665834174347_5311794030164574208_n.jpg

Za drugi z nich uchodzi Hallgrimskirkja, czyli kościół, który jest drugim pod względem wielkości budynkiem na Islandii. Pierwszy raz zobaczony nocą, aż przywodzi na myśl piosenkę Budki Suflera „Jest taki samotny dom”, nad ranem natomiast ukazał nam się na tle tęczy. Nie zdołaliśmy go jednak odwiedzić pierwszego dnia, bo zauważyliśmy karawanę, a na drzwiach kościoła widniał napis, że pogrzeb kończy się za 3-4 godziny. Nie poddaliśmy się jednak i ponowiliśmy próbę już w dzień naszego powrotu. I tu kolejne zdziwienie – jak na tak ogromną budowlę i wrażenie, jakie robi z zewnątrz… wewnątrz okazała się wręcz biedna. Z jednej strony nie doznaliśmy żadnego wow, a z drugiej… no chyba właśnie taką prostotą powinien odznaczać się kościół.

IMG_20190912_100440183.jpg
IMG_20190911_212348042.jpg
72385658_568063803999916_8619314388802732032_n.jpg

Jak wygląda islandzkie śniadanie?

Z Reykjaviku wyjechaliśmy dość późno, bo dopiero koło godziny 11-12 nad ranem. Zjedliśmy śniadanie w hotelu i niesamowicie podobała nam się atmosfera, jaka panowała w tym małym pokoiku ze szwedzkim stołem. Jeśli ktoś z Was zastanawiałby się kiedyś, jak wygląda islandzkie śniadanie, to niewiele odbiega ono od naszego polskiego: jajecznica, parówki (w tym również kiełbaski o dziwnym smaku, prawdopodobnie z rekiniego mięsa), tosty, owoce, warzywa, różnego rodzaju dżemy, miody i tak dalej. Jest jednak jedna rzecz, która absolutnie nas zachwyciła, a mianowicie gorąca czekolada Swiss Miss w charakterystycznych, dużych puszkach. Później okazało się, że jest dostępna w sieciówkach w całkiem przystępnych cenach, więc kupiliśmy od razu po trzy na głowę. Zrobiliśmy na tym interes życia, bo w Polsce, jeśli chcielibyśmy zamówić ją z oficjalnej strony, zapłacilibyśmy około 100 zł. Na miejscu (dokładnie w miejscowości Vik), trzy sztuki wyniosły nas około 90 zł. Niesamowicie słodka, gęsta i nawet z piankami marshmallow w środku!

Podróż Kią Picanto – oczekiwania vs rzeczywistość

Pierwszy dzień naszej jazdy to odcinek Reykjavik-Myvatn, czyli najbardziej wysiłkowa część podróży, jako że musieliśmy dostać się aż na północ kraju. Mieliśmy do pokonania około 430 km i nasz plan podróży przewidywał, że jadąc bez przerwy, zajmie nam to około sześciu godzin. Oczywiście po drodze zamierzaliśmy zatrzymywać się we wcześniej zaplanowanych miejscach, więc nastawiliśmy się, że koło godziny 22:00 (czyli po 10 godzinach) dotrzemy do miejsca, gdzie zarezerwowaliśmy nocleg. Możecie więc domyślić się, że nasza radość sięgnęła zenitu, kiedy okazało się, że sama trasa zajęła nam ponad dziewięć godzin. Kiedy ostatecznie położyliśmy się spać? Czytajcie dalej.

Pomijając fakt, że nasza Kia niespecjalnie nadawała się do komfortowej, bezstresowej jazdy po islandzkich drogach, popełniliśmy też kilka bardzo istotnych błędów. Oprócz tego, że wyjechaliśmy po prostu za późno, to mieliśmy taki kompleks „musimy zobaczyć wszystko”, skoro byliśmy na miejscu tylko tydzień. Skutkowało to tym, że zatrzymywaliśmy się dosłownie w każdej miejscowości z naszej listy, chociaż część z nich zupełnie nie robiła na nas wrażenia, a nadkładaliśmy dla nich drogi. Oczywiście każdy ma różne odczucia i preferencje, ale na naszym przykładzie postaram się pokazać Wam, że część rzeczy naprawdę warto sobie odpuścić, jeśli jest się tak bardzo ograniczonym czasowo. Z tego też względu my przez dwa czy trzy ostatnie dni odpuszczaliśmy sobie w ogóle odwiedzanie wsi czy małych miasteczek. Jasne, mają one swój urok, ale są jednak łudząco podobne i odrobinę wymarłe. Jeśli nie macie konkretnego celu, takiego jak zjedzenie sfermentowanego rekina, odwiedzenie jakiegoś muzeum i tak dalej, to znaczy, że najlepiej postawić wyłącznie na cuda natury, podobnie jak zrobiliśmy to my.

Pewnie wielu z Was myśli sobie teraz, że tyle godzin spędzonych w samochodzie musiało być strasznie nudne, ale nic bardziej mylnego. Krajobraz Islandii jest bardzo nostalgiczny, można by wręcz rzec, że w kółko obserwuje się to samo: ocean, skały, połacie ziemi porośnięte mchem. A jednak mimo tego natura cechuje się niezwykłą różnorodnością. Co chwilę ze skał wybija jakiś wodospad, na horyzoncie widać lodowiec, nagle przejeżdża się obok naturalnych rozlewisk, a kamienie zmieniają swoją barwę od szarych, przez zielonkawe i brunatno-czerwone.

72578595_1130871860451497_5599186720189841408_n.jpg
72597711_406971023319561_2870860117509668864_n.jpg
72636648_321467542047594_1685588081710727168_n.jpg
72694073_2436614789707522_8754446382196064256_n.jpg
72779203_2363185340600079_8705339796307836928_n.jpg

Na poboczach pasą się konie, krowy, kozy czy owce (które Maciek nazywał kulkami miłości, bo były tak małe, puchate i okrągłe). Z czasem naprawdę godziliśmy się z tym, że żadnego dnia nie dojedziemy na czas i staraliśmy się wyciągnąć z tych chwil tyle, ile tylko możliwe. Doszło do tego, że postawiliśmy sobie wyzwanie, by zrobić sobie selfie z każdym rodzajem napotkanego zwierzęcia. Prócz śnieżnej sowy, która niespodziewanie wzbiła się ponad maskę naszego samochodu, no i może gęsi, udało nam się naprawdę nieźle:

Toalety na Islandii

Czasem też po prostu zatrzymywaliśmy się przy jakichś punktach widokowych albo… no właśnie. ALBO, czyli jedna z bardziej krępujących kwestii na Islandii – toalety. W okolicach Reykjaviku było tak dużo stacji benzynowych, że przyjęliśmy je już niemalże za pewnik. Kiedy więc zatrzymaliśmy się po raz kolejny i Maciek zapytał, czy idziemy do łazienki, ja stwierdziłam, że nie, no po co, aż tak mi się nie chce, pójdę na kolejnym postoju. Co okazało się później? Że najbliższa publiczna toaleta na trasie pojawiła się za trzy godziny. Uwierzcie mi, ciężko sobie wyobrazić ulgę, jaką poczuliśmy, kiedy wreszcie do niej dotarliśmy, zwłaszcza że im gorzej się czuliśmy, tym więcej rzucaliśmy głupich żartów. Maciek śpiewał „Ty mała znów zarosłaś”, a ja ostatnie pół godziny jechałam dosłownie zgięta wpół, z rozpiętymi spodniami i modlitwą na ustach, by jakoś to przeżyć.

„Co za problem, przecież są krzaki”, pewnie pomyślicie sobie. Oprócz tego, że na Islandii drzew i krzewów jest tyle, co kot napłakał, to istnieje też drugi problem: wysokie mandaty za załatwianie swoich potrzeb fizjologicznych na dworze, gdzie wszystko jest uważane za cud natury. Dla nas to była po prostu największa zmora, a im jechaliśmy dalej, tym bardziej czułam, że nasze potrzeby stają się coraz bardziej podstawowe: „Chcę już tylko dojechać i zjeść gorący kubek”, „Chcę wyłącznie położyć się spać”, „Chcę tylko dojechać na miejsce i nie mieć poplamionych spodni”. Tak, dokładnie – podczas kiedy normalni ludzie mają jet-lag, ja miałam niespodziewany okres przez cały tydzień naszego wyjazdu, w dodatku w miejscu, gdzie toaleta stanowiła dobro luksusowe. Czy da się wytrzymać? Oczywiście, da się, tylko nie wszystko zawsze idzie zgodnie z planem, podobnie jak nasze sikanie.

Za którymś razem, kiedy Twój pęcherz po raz n-ty jest przepełniony do granic możliwości, po prostu ciężko już wytrzymać. Dotarliśmy do stacji samoobsługowej (swoją drogą genialne, po prostu przykładasz kartę, tankujesz i odjeżdżasz w dosłownie 3 minuty, niestety w Polsce się nie przyjęło), ale okazało się, że na miejscu nie ma toalet. Zaraz obok znajdował się jedynie budynek poczty, więc stwierdziłam, że zapytam, czy ktoś pozwoli nam skorzystać z toalety. Był już jednak wieczór, więc budynek okazał się zamknięty na cztery spusty. Słysząc to, Maciek obwieścił wszem i wobec, że nie wytrzyma, więc schował się za przyczepy, które stały nieopodal, i zrobił swoje.

– Spójrz na ten budynek obok – powiedział zaraz, kiedy wrócił do auta i przejechaliśmy jakieś dwadzieścia metrów.
– No, co z nim?
– Komisariat policji. Słuchaj, obok mnie jakieś dwa radiowozy przejechały. Ale nikt mnie nie zauważył – stwierdził z dumą.

W sumie trochę zazdroszczę facetom w tej kwestii, mają dużo łatwiej. Ja dalej zwijałam się na fotelu, cierpliwie czekając na jakąś cywilizowaną łazienkę. Kiedy jednak dwadzieścia minut później zobaczyłam grupkę drzew zbitych w jednym miejscu, kazałam Maćkowi stanąć. Jedynym, co mnie wtedy pocieszało, był fakt, że nie oblezą mnie żadne robaki, dla nich jest tam stanowczo za zimno. To było jednak naprawdę słabe uczucie, zwłaszcza jeśli przypomniało ci się, że ostatni raz podobna sytuacja miała miejsce może wtedy, kiedy miałeś cztery latka i poszedłeś na grzyby do lasu razem z rodzicami.

Później jednak szło nam to dużo lepiej: i szukanie toalet, i sama jazda, mimo że nasz pierwszy cel nie wywarł na nas żadnego wrażenia. Zatrzymując się w Borgarnes, nie dostrzegliśmy w nim nic poza zwykłym, bardzo skromnym i niespecjalnie wyróżniającym się miasteczkiem. Oprócz tego, że pochodziliśmy tam pięć minut i zatankowaliśmy samochód, to raczej ciężko byłoby wykrzesać z tego miejsca coś więcej. Naszym zdaniem warto sobie odpuścić, zwłaszcza że następny w kolejce jest wodospad Barnafoss, a to z kolei już zapiera dech w piersiach.

Na dziś to tyle, kolejną część zaczniemy z przytupem już właśnie o samym Barnafoss i okolicach, a tymczasem zapraszam Was do podzielenia się swoimi wrażeniami, a także do obserwowania funpage’a czy Instagrama!

Islandia cz. 2 – czyli wydostawanie się z lotniska, dlaczego warto zainwestować w lepsze auto i jak dobrym kierowcą trzeba być, żeby poradzić sobie z nietypowymi oznaczeniami na drodze?

Informacje ogólne: wpis jest kontynuacją pierwszej części. Ze względu na przyjemność czytania najlepiej byłoby, gdybyś zapoznał się z poprzedniczką, ale jeśli tego nie zrobisz, to myślę, że możesz potraktować je oddzielnie. Poniższa obejmie naszą wizytę w pierwszym islandzkim hotelu, unaoczni kilka ważnych faktów na temat wypożyczania samochodu, a także wesprze Was kilkoma informacjami na temat stanu dróg czy ich oznakowania. Do dzieła! Zapraszam:

Islandia – pierwsze wrażenia

Pierwszą rzeczą, która zwróciła naszą uwagę po opuszczeniu samolotu, było oczywiście… zimno. Teraz pewnie każdy pomyśli „No przecież polecieli na Islandię, nie na Malediwy, więc czego się spodziewali?”, jednak nie sęk w tym, ile pokazywały w tamtym czasie termometry. Nie było nawet mrozu, może jakieś 7-10°C, ale uwierzcie mi, odczuwało się to zupełnie inaczej niż w Polsce, chyba najbardziej ze względu na silny, porywisty wiatr (w kolejnych wpisach przekonacie się, że nie kłamię). Ja niemal natychmiast ubrałam czapkę, szalik i rękawiczki, podczas kiedy Maciek… stwierdził, że skoro zimę w Polsce przeżywa bez kurtki, to na Islandii też sprawdzi mu się sama bluza. Czy mu się udało? Odpowiedź poznacie na końcu.

Lotnisko w Keflaviku nie robiło nie wiadomo jakiego wrażenia (chociaż z sufitu zwisał wielki maskonur!), aczkolwiek mnie zaskoczyło, że jego standard niewiele odstawał, a może nawet prezentował się lepiej niż niejedno takie miejsce w Europie. Zresztą mimo uważnego researchu i oglądania miliona zdjęć, moje wyobrażenie na temat wielu miast/wsi, a zwłaszcza Reykjaviku, uległo dość dużemu przekłamaniu, co w następnym wpisie zaprezentuję Wam na przykładzie fotografii.

Bagaż odebraliśmy dość szybko, więc naszą pierwszą wielką misją było stawienie się po samochód. Idąc przez główną halę, zobaczyliśmy kilku reprezentantów, którzy czekali na podróżników z kartkami z zapisaną nazwą wypożyczalni i/lub imieniem oraz nazwiskiem danej osoby, zupełnie jak w filmach. My jednak nie należeliśmy do tej grupy szczęśliwców, więc udaliśmy się do wyjścia, a tam pojawił się problem. Nasze sieci komórkowe działały tak trzy po trzy – Maciek co chwilę tracił zasięg, a mój telefon zrozumiał, jak ma działać, gdzieś trzeciego dnia podróży, po kilku aktualizacjach. Do tego czasu musiałam wspierać się samym Wi-fi, a wiecie, jak to bywa: tu zahasłowane, tu w sumie powinno działać, ale się nie łączy, a jeszcze inne ma tak słaby zasięg, że odechciewa się czekać. Było mi jednak niesamowicie miło, kiedy odzyskałam kontakt ze światem i zobaczyłam mnóstwo wiadomości o treści „I jak tam na Islandii? Widziałam/em jak leciałaś!” i dołączony screen ze SkyRadaru.

Nie mieliśmy żadnej mapki pokazującej najważniejsze dla nas lokacje. Nie przewidzieliśmy także sytuacji, w której dostęp do Internetu będzie stanowić dla nas problem, skoro znajdowaliśmy się dwadzieścia parę kilometrów od stolicy. Na wszelki wypadek warto więc zaopatrzyć się zawsze w aplikację z mapkami offline (np. MAPS.ME). My akurat przez większość czasu używaliśmy nawigacji dołączonej do samochodu i z samą trasą nie było większych problemów (a może jednak? ;)), ale taka opcja będzie bardzo przydatna, kiedy szuka się noclegu, knajpy czy nawet toalety, bo tego nie pokaże nawet papierowy plan miasta.

Blue Car Rental – wypożyczenie samochodu

Z naszych dokumentów wynikało, że wypożyczalnia Blue Car Rental znajduje się w odległości 400 m od lotniska. Pytanie tylko – w którą stronę? Po kilku minutach ujrzeliśmy jednak specyficzne niebieskie litery szyldu i wiedzieliśmy, że znaleźliśmy nasz cel. Jak się natomiast okazało, wyjście na piechotę z parkingu nie było wcale takie proste. Niby dało się dostrzec jedno przejście, potem drugie, a potem chodnik jakby zanikał. W porządku, pewnie myślicie, że mogliśmy przejść po trawie, na skróty, trochę mniej elegancko. No otóż nie, bo jak się okazało, każdy zakręt był zagrodzony górą usypanych głazów, które przypominały nadmorskie molo. O przejściu górą raczej nie było mowy.

Szliśmy na okrętkę, mijając szlabany i ulice, a w uszach rozbrzmiewał nam przeciągły, upierdliwie głośny dźwięk klaksonu. Islandczycy za kierownicą są dość nerwowi i szczerze mówiąc, nie idzie im najlepiej. Nic jednak dziwnego, skoro prawie wszystkie zewnętrzne drogi w ich kraju są proste i opustoszałe, a największe natężenie ruchu notuje się w Reykjaviku, który wielkością i ogromem można przyrównać do Opola. Monotonia jazdy sprawia, że ludzie nocą zapominają o wyłączaniu świateł drogowych, często na dwupasmowym rondzie auto zjeżdża na prawy pas przed twoją maskę bez żadnego ostrzeżenia i wiele, wiele innych. Jeśli jednak wziąć pod uwagę, jak mało osób zamieszkuje Islandię (360 390), to generalnie jest bardzo bezpiecznie, a szanse na wypadki czy kolizje są raczej niskie.

Z panem, który obsługiwał nas w wypożyczalni, dogadaliśmy się w języku angielskim. Zresztą przez Islandczyków jest on niemal tak dobrze opanowany jak język ojczysty, niezależnie od wieku. Nieraz zdarzyło się, że na trasie zaczepiła nas babuleńka czy starsze małżeństwo, którzy bez problemu wdawali się z nami w konwersację. Tamtejsi mieszkańcy są nastawieni na obecność turystów, co nie dziwi, skoro rocznie przybywa ich grubo ponad dwa miliony. Nie umieliśmy jednak wyjść z podziwu dla ich innego podejścia; nie tylko zresztą do lingwistyki, ale także życia – większość z nich jest naprawdę optymistycznie nastawiona, cieszy się z każdego dnia i możliwości, jakie daje im kraj, choć dla nas brak nie wiadomo jakiej nowoczesności, parków rozrywki, dużej ilości klubów i tak dalej może wydawać się bolesny. Może, ale tak jak było z nami – wcale nie musi.

Na miejscu okazało się, że mężczyzna nawet nie chciał sprawdzać naszego międzynarodowego prawa jazdy, co głównie chyba zabolało Maćka, który od samego początku narzekał, że wydał pieniądze na coś, co wygląda jak dokument drukowany za czasów ZSRR na szarym papierze toaletowym i ten opis niewiele rozmijał się z rzeczywistością. Ciekawscy mogą wygooglować i ocenić, czy przesadzamy.

Dostaliśmy mapkę z zaznaczonymi stacjami benzynowymi Olis na całej Islandii, żeby łatwiej rozplanować trasę. To nie jedyny taki usługodawca, oprócz niego możemy spotkać choćby N1, ale tam przysługiwały nam zniżki na paliwo w ramach współpracy z Blue Car Rental. Oprócz tego otrzymaliśmy broszury o zasadach jazdy i specjalny formularz, na którym obsługa wypożyczalni zaznaczyła uszkodzenia dokonane na naszym aucie. Mieliśmy porównać je ze stanem faktycznym (polecam na wszelki wypadek zrobić zdjęcia), a później jeden egzemplarz zostawał na miejscu, a drugi, stanowiący odbitkę, dostawaliśmy my. Szczerze, obleciał nas strach, kiedy zobaczyliśmy, jak drobne odpryski lakieru są tam uwzględnione, bo uniknięcie ich przy takim stanie dróg wydawało nam się niemal nieuniknione. Na zawał zeszliśmy jednak jeszcze chwilę później, kiedy mężczyzna za ladą zapytał, czy chcemy dodatkowe ubezpieczenie, bo za duże/widoczne uszkodzenia auta grozi kara 12 tys. EURO, chociaż przecież walutą na miejscu jest korona islandzka (1 ISK = 0,031 PLN). Postanowiliśmy jednak zaufać moim rozmowom z Bereniką i na ubezpieczeniu przedniej szyby pozostaliśmy, jak się okazało, słusznie.

To nie zmieniało faktu, że z początku byliśmy dość mocno zestresowani, zwłaszcza że przy odbiorze kluczyków podaje się na wszelki wypadek numer karty płatniczej. To dość powszechnie stosowana metoda nie tylko w tym miejscu, ale także w każdym hotelu w ramach zabezpieczenia, gdybyśmy coś zepsuli i migali się od zapłaty. Zdradzę Wam, że w naszym przypadku te informacje również okazały się niezbędne, choć niczego nie uszkodziliśmy ani nie ukradliśmy. Tę zagadkę rozwiążę przy okazji ostatniej części naszej podróży, a Wy za ten czas możecie obstawiać, co też mogło pójść nie tak?

Spakowaliśmy więc swoje rzeczy i wsiedliśmy do naszej Kii Picanto. Tutaj napomknę raz jeszcze: jeśli chcecie na czymś przyoszczędzić, to nie oszczędzajcie na samochodzie. Wybierzcie coś droższego, prześpijcie się jedną noc czy dwie w aucie, wyjdziecie na plus i unikniecie naprawdę wielu obaw. W przeciwnym razie będziecie jechać dokładnie jak my i nawet jeśli nic się nie stanie, to po kilku miesiącach uraz do tego modelu pozostanie. To po prostu nie najlepszy kandydat na duże wzniesienia, spadki czy dziury na pół metra.

Kary, mandaty, ograniczenia…

kia.jpg

Na desce rozdzielczej można dostrzec kilka przydatnych informacji, m.in. numer telefonu do wypożyczalni, na kontrolę warunków pogodowych, numery dróg, którymi pod żadnym pozorem nie wolno się poruszać, jadąc tą limuzyną, oraz ograniczenia prędkości na poszczególnych rodzajach tras:

  • 50 km/h w terenie zabudowanym
  • 80 km/h w terenie niezabudowanym
  • 90 km/h na „autostradzie”, przy czym nie łudźcie się zobaczyć typowej autostrady. Zwykle uchodzą za nią bardzo długie, proste i asfaltowe odcinki dróg (tu dość mocno pomaga nawigacja, chociaż też nie należy wierzyć jej bezgranicznie, jeśli chodzi o mierzenie prędkości), ale nie ma mowy o żadnym podwójnym pasie, zjazdach i stacjach benzynowych ze sklepem na poboczu. A przynajmniej nie przyjmujcie tego za standard.

Zakazy i mandaty na Islandii jawiły nam się jako wielka burzowa chmura. Wydaliśmy na ten wyjazd wystarczająco dużo pieniędzy, a kary potrafią być dla przeciętnego Polaka tak horrendalne, że dosłownie widzieliśmy, jak wypłacamy się z długów do końca życia. Myślę, że w głównej mierze to stanowiło powód naszego ogromnego opóźnienia w pierwszy dzień (ale nie tylko). Za każdym razem stawaliśmy się jednak coraz bardziej odważni, w razie czego podpinaliśmy się pod inny samochód, który jechał szybciej, a później szybko zrozumieliśmy, że radary są porozstawiane dość obficie w samym Reykjaviku, a im dalej, tym zdarzają się rzadziej i to tylko przy wjeździe do dużych miast. Szansa na to, że w połowie niczego maszynka pstryknie Wam pamiątkowe zdjęcie, jest raczej jak 1:100000000, a skoro przy naszym szczęściu nie doznaliśmy tej przyjemności, to możecie czuć się bezpieczni.

Wracając jednak do naszej jazdy w kierunku stolicy – atmosfera rozluźniła się w momencie, kiedy, jak to Polak ma w zwyczaju, zobaczyliśmy, że inni mają gorzej. Wyprzedzali nas dosłownie wszyscy, ale staraliśmy się nic sobie z tego nie robić. Nagle odzywa się Maciek: „Ej, wiesz co? Zrobiło mi się lepiej. Nie tylko my jesteśmy takimi frajerami. Ci Polacy, którzy lecieli z nami samolotem, są w aucie za nami jeszcze gorzej usrani od nas”. Jak możecie się domyślić, potem było już tylko lepiej, aż w końcu doszliśmy do momentu takiego wyluzowania, że niektórzy robili zdziwione miny, kiedy widzieli nas przez szybę. Dlaczego? Otóż przygotowując się do wyprawy samochodowej, nie mogliśmy zapomnieć o muzyce.

Zaczęliśmy tworzyć playlistę już w momencie, gdy okazało się, że wyruszamy na wczasy (czyli przynajmniej siedem miesięcy wcześniej). Niby mieliśmy robić to razem, ale podróż zweryfikowała nasze pozycje i szybko wyklarowało się, kto przejmuje rolę kierowcy, a kto DJ-a i nawigatora. Nasz samochód nazwaliśmy pieszczotliwe Cebula-Carem, a ja zadbałam o to, by nie zabrakło polskich hitów z czasów naszego dzieciństwa czy obciachowych piosenek, jakich nie da się wyrzucić z głowy już nigdy, jeśli raz się je zapamiętało. Wydaje się to dość infantylne, ale niejednokrotnie to właśnie muzyka podtrzymywała nas na duchu w słabszych chwilach, pomagała się rozbudzić i jakoś dotrzeć do celu. Poza tym dobrze się bawiliśmy, a gardła na następny dzień nie bolały nas z zimna, przemoczenia czy od wiatru, ale właśnie przez śpiewanie: Hej, sokoły!, Żona moja czy Baby Shark. Na chwilowy spadek nastroju wystarczyło przełączenie utworu, a pełne radości O TAAAK! Maćka od razu zmieniało wszystko na lepsze.

Nocleg w Capital Inn

Pierwsze nasze zakwaterowanie przypadło na Capital Inn, określane jako dwugwiazdkowy hotel. Osobiście bardzo polecamy to miejsce, było w dużo lepszym standardzie, niż moglibyśmy przypuszczać. Na parterze znajduje się jadalnia, gdzie można wykupić ciepły posiłek typu zupa gulaszowa bądź rosół, ale to także miejsce, gdzie rano rozkłada się szwedzki stół. Dla tych, którzy chcą jednak gotować sami, jest opcja zejścia piętro niżej do dużej, ładnie wyposażonej kuchni, a to rozwiązanie dosyć nas zdziwiło jak na hotel oferujący posiłki. Nasz pokoik był malutki, ale bardzo czysty, pachnący i z własną łazienką, co przy okazji takich noclegów nie zdarza się na Islandii za często.

Pojawił się jednak jeden jedyny mankament, który rzucił nam się w oczy niemalże od razu. Dostaliśmy podwójne łóżko i wiecie, wcale nie z gatunku tych, które można rozłączyć, nie: jedna rama, jeden materac, ale chociaż pościel w dwóch kompletach. Nie graliśmy w marynarzyka i nie licytowaliśmy się, kto śpi na ziemi. W końcu płaciliśmy tyle samo, więc trzeba było zacisnąć zęby i tego nie komentować. Wystarczyła nam tylko jedna wymiana spojrzeń, żeby zawrzeć niepisany pakt: budujemy mur pośrodku, odwracamy się plecami i do rana udajemy, że nikogo obok nie ma.

capital inn.JPEG

Kolejna rzecz, która niesamowicie nas zdziwiła, wyszła na jaw dopiero po porannej kąpieli. Woda na Islandii jest jedną z najczystszych na świecie, dlatego pije się ją bezpośrednio z kranu – nie potrzebujecie jej przegotowywać czy filtrować. To też pewna oszczędność, bo jedynie w pierwszy dzień kupiliśmy najtańszą wodę w butelce o pojemności 1,75 l, żeby później tylko ją uzupełniać. W tak małej ilości nie jest to zbyt odczuwalne, ale przy okazji prysznica już bardzo: z racji tego, że Islandia jest pełna geotermalnych obszarów i nieaktywnych wulkanów czy pól lawowych, to myjąc się, możecie poczuć wyraźny zapach siarkowodoru. Z początku myślałam, że może nikt już dawno nie używał tej łazienki i że śmierdząca woda musi najpierw spłynąć, ale nie – tak po prostu pachnie zawsze. Na skórę na szczęście ten zapach się nie przenosi, a mimo tego pierwsze, o co spytałam Maćka, to właśnie o to, czy nie śmierdzę.

Jeśli interesowałyby Was namiary na hotel (ok. 200 zł za noc), to bez problemu znajdziecie go fizycznie, wpisując adres (Suðurhlíð 35d, Reykjavik) w nawigację czy mapy Google. Wspominam o tym dlatego, że o ile w stolicy nie ma żadnego problemu ze znalezieniem miejsc po ulicach, o tyle w głębi Islandii ta opcja może się po prostu nie udać, bo większość z nich nie jest nawet nazywana. W związku z tym, dostrzegając przy drodze pojedyncze skrzynki na listy, mimo że na horyzoncie widniało kilka domów, zastanawialiśmy się, czy listonosz wrzuca wszystko do jednej, a mieszkańcy rozdzielają pocztę między siebie, czy też działa to inaczej. Jakakolwiek jednak nie byłaby odpowiedź, to dobrym rozwiązaniem jest poruszanie się dzięki ustalaniu współrzędnych geograficznych (warto przygotować sobie taki spis wcześniej, by nie szukać i nie tracić czasu na podróż).

Dzięki temu rozwiązaniu dotarliśmy wszędzie, choć musieliśmy brać poprawkę na zachowania naszej nawigacji, która czasem wyznaczała cel na środku oceanu. To urządzenie na visus pamiętałoby moje wyjazdy zagraniczne za dzieciaka, obstawiałabym mniej więcej rok 2006. Wtedy czas dla tego urządzenia się zatrzymał, mapy raczej nie zostawały aktualizowane, dlatego kiedy znajdowaliśmy się już mniej więcej przy punkcie docelowym, to staraliśmy się podążać za znakami, innymi samochodami albo za tym, co ujrzymy na horyzoncie. W końcu zdarzyło się raz czy dwa, że nawigacja kazało nam jechać po mostach, które już dawno zdążyły się zapaść, a droga zarosnąć.

Nietypowe Znaki drogowe, które trzeba znać

Bardzo przydaje się też znajomość miejscowych oznaczeń. Na przykład widząc ten znak, wiecie, że zbliżacie się do jakiegoś wyjątkowego miejsca, dobra naturalnego, przy którym warto choćby na chwilę przystanąć. Zwykle można dostrzec jego miniaturkę przy nazwie miejscowości/góry/wodospadu itd. co dość urozmaica zwiedzanie. Internet nie powie Wam wszystkiego, Wy też nie będziecie w stanie wszystkiego zapisać i odwiedzić, dlatego kiedy dostrzeżecie taki symbol, fajnie na chwilę odstąpić od swojego planu podróży i zobaczyć, co to takiego. My jednak po kilku takich przystankach musieliśmy odpuścić, a raczej mocno się ograniczyć, bo wtedy już nigdy nie dotarlibyśmy na powrotny lot o czasie.

Spotkaliśmy się też ze znakami drogowymi, które zupełnie nie mają przełożenia na polskie (pozostał taki, którego nie rozszyfrowaliśmy aż do końca podróży). Jednym z nich jest okrągły, niebieski znak z zaokrągloną literką M pośrodku. Metro? Motory? McDonald’s? No nie za bardzo. Zobaczyć go możecie przede wszystkim w tunelach, ale także na wąskich odcinkach dróg. Oznacza się nim zatoczki, w których jesteście w stanie się schować, by auto z naprzeciwka mogło spokojnie Was minąć. Znak-zagadka wyglądał podobnie, tyle że w środku była jeszcze biała otoczka i liczby typu 30, 35, 40, 50. Nie miały się one nijak do ograniczeń prędkości na danej drodze, niejednokrotnie się wykluczały, więc wątpiliśmy, by była to prędkość zalecana czy jakiś nakaz. Jeśli ktoś z Was ma pomysł lub wie, co mogłoby to być, to koniecznie napiszcie w komentarzu, bo nie dawało nam to spokoju.

Przyzwyczajcie się też, że znaki drogowe na Islandii to raczej rzadkość – wydają się stać bardziej dla zasady niż dla ułatwienia ruchu. Bardzo często zdarza się tak, że jedziesz prosto 50 km – od czasu do czasu zdarzy się zjazd, jakieś rozwidlenie, ale jednak większą część czasu czujesz się tak, jakbyś podróżował islandzką route 66, i nagle, po dwudziestu kilometrach, ni stąd, ni zowąd pojawia się znak mówiący, że masz pierwszeństwo. W sumie trudno, żeby było inaczej i często śmialiśmy się, że widzimy oznaczenia tylko po to, by nie zapomnieć, że one w ogóle istnieją.

Następuje jednak moment, kiedy zbliżacie się do mostu takiego jak ten:

IMG_20190913_181908703.jpg

Większość z nich jest przewidziana na jedno auto i… przy nich raczej nigdy nie zobaczycie znaku, który pokazałby Wam, kto w tej sytuacji ma pierwszeństwo. Jak to ujął Maciek: „Jedzie ten, kto ma większe jaja”. To oczywiście tylko żart, bo pod tym względem na Islandii panuje jednak kultura. Ludzie przepuszczają się na zmianę, nie utrudniają jazdy, dziękują. Gdyby jednak nastąpiła jakaś anomalia i ludność tego kraju nagle by się powieliła, to mimo prostych dróg wszyscy by się na nich pozabijali, prędzej czy później.

Jest też grupa znaków, po których zobaczeniu nam od razu robiło się słabo i oczekiwaliśmy najgorszego. Jeśli kiedyś ujrzycie to:

znak.jpg

to spodziewajcie się dziur, zakrętów, zza których nic nie widać, żwiru obijającego się o auto, jazdy z górki i pod górkę przez najbliższą godzinę. Ach, no i nie radzę się zbytnio entuzjazmować, kiedy nagle traficie na asfalt – zwykle po 500 metrach szczęścia nadchodzi powtórka z rozrywki.

Mimo tego jesteśmy w stanie zapewnić, że nawet słabo doświadczeni kierowcy dadzą sobie radę z tymi wyzwaniami. Nie wymagają one nie wiadomo jakich umiejętności za kółkiem, przyrównałabym je raczej do testu na wytrzymałość psychiczną. Mimo tego dojechaliśmy do Reykjavika i w pierwszy dzień po 20 km, i w ostatni po ponad 1500 km.

Jak już wspominałam, w miarę wczesna godzina wieczorna umożliwiła nam zwiedzanie jeszcze w wieczór po naszym przylocie. O samej stolicy opowiem Wam przy okazji kolejnego wpisu, bo co za dużo, to niezdrowo, natomiast tutaj udokumentuję odpowiedź na pytanie: „Czy da się wytrzymać na Islandii bez kurtki?”. No owszem, da się, jednak miejcie na uwadze, że o ile ja chodziłam po mieście i z zachwytem powtarzałam, jak mi się podoba, o tyle Maciek nie odzywał się wcale, jedynie zagryzając szalik i czekając, kiedy będzie mieć okazję, żeby się rozgrzać. Chociaż kiedy patrzę na to zdjęcie, wcale nie prezentuję się lepiej w swojej prowizorycznej burce.

Burka.jpg

Dziękuję, że doczekaliście do końca. Zdaję sobie sprawę, że powyższa relacja miała charakter bardziej informacyjny niż rozrywkowy, ale następne zagwarantują już więcej zdjęć, atrakcji i zwiedzania, więc mam nadzieję, że tego nie przegapisz. Pamiętaj, żeby zaobserwować mojego facebookowego funpage’a oraz Instagrama, żeby ze wszystkim być na bieżąco. Odnośniki znajdują się po prawej stronie na górze, zapraszam i do zobaczenia!

Islandia cz.1 – czyli jak się tam dostać ze studenckim budżetem, zdobyć uwagę wszystkich na lotnisku i nie stracić wiary w marzenia?

Informacje ogólne: poniższy opis będzie dotyczyć tygodniowej wyprawy na Islandię, którą odbyliśmy 11-17 września wraz z Maćkiem – moim przyjacielem od dzieciństwa. Około 1500 przebytych kilometrów, zdobyta obwodnica prowadząca wokół całej wyspy, a także niesamowite widoki, wspomnienia czy bliskie spotkanie z Hedwigą. Podróż organizowaliśmy samodzielnie, a możliwość jej spełnienia zapewniła nam niezastąpiona Berenika z organizacji Guide to Iceland. Nie zabraknie opisu wielu lokalizacji, zdjęć, miliona naszych wpadek w trakcie realizacji planu, a także podsumowania kosztów, które udowodni Wam, że nawet student jest w stanie wyruszyć do krainy lodu i ognia. Warunek jest tylko jeden: musi bardzo, ale to bardzo chcieć!

Wpis podzielę z pewnością na kilka części, zważając na ilość wrażeń, jaką mamy Wam do przekazania. Oto pierwsza z nich:

Jak pokonaliśmy bariery i wyruszyliśmy

Każda podróż ma swój początek i koniec – no wiecie, nie ten fizyczny, kiedy wrzucacie ubrania do walizki, a potem przerzucacie je do pralki. Chodzi raczej o moment, kiedy w głowie pojawia się pomysł, a następne chwile, dni czy miesiące przybliżają Was do jego realizacji. Dla nas nastał on gdzieś pod koniec listopada, może na początku grudnia. Nie pamiętam dokładnie daty, zresztą nie ona jest najważniejsza, ale wciąż tkwi mi w głowie tamto spotkanie i słowa, które na nim padły. Jeśli macie znajomych na odległość, to sami wiecie, jak ważne są dni, kiedy wreszcie możecie się zobaczyć: macie pieniądze na Pendolino, oboje znajdujecie ten sam wolny weekend, a w dobie ciągłego pośpiechu to niemały sukces.

My ten czas staraliśmy się rozplanować najlepiej, jak mogliśmy, nasz grafik był przepełniony pomysłami. A jednak gdzieś pomiędzy ścianką wspinaczkową i kolejnym drinkiem znalazł się moment ciszy i dziwnej nostalgii, kiedy z ust Maćka padły słowa, mające wpływ na pewno na nasze następne pół roku, o ile nie na całe życie.
– Zawsze marzyła mi się podróż na Islandię, wiesz?
– Ej, no to dlaczego po prostu nie pojedziemy? – zapytałam, nagle zupełnie zapalając się na ten pomysł.
Skoro poznaliśmy się w trakcie wakacyjnych podróży, kiedy jeszcze wszystko planowali nasi rodzice, to czemu by tego nie powtórzyć, tylko we własnym wydaniu, w nowym kierunku? Już wtedy zaczęliśmy sprawdzać noclegi, podliczać ceny, ustalać loty i punkty, które koniecznie musimy zobaczyć. Zdawaliśmy sobie sprawę, że Islandia to drogi kierunek, ale optymizm przysłonił nam w tamtym momencie czarne scenariusze. Niestety nie na długo, bo mijał dzień, dwa, trzy, a my dodawaliśmy coraz wydatków. Oliwy do ognia dolali też moi rodzice, którzy podeszli do tematu z entuzjazmem, a zaraz później pogrążyli nas kosztowo.

Doszliśmy w końcu do momentu, w którym nasza nadzieja wyparowała zupełnie – stwierdziliśmy, że nie podołamy finansowo, że póki co ten wyjazd nie ma racji bytu, a my zamiast się bawić, będziemy tylko szacować, ile nas to wszystko wyniesie. Niby racjonalna decyzja, a jednak myśląc nad innym krajem, każdy z nich sprawiał wrażenie jałowego i nieciekawego, mimo że zwykle taki nie był. I wtedy właśnie natrafiliśmy na coś, co spadło nam jak gwiazdka z nieba. Odkryliśmy Guide to Iceland – platformę, która zrzesza ponad tysiąc islandzkich operatorów i specjalizuje się wyłącznie turystyką po Islandii. Dzięki niej zyskaliśmy dostęp do tańszych noclegów, zaufanej wypożyczalni samochodów i spersonalizowanego planu podróży, ale w jaki sposób, o tym w dalszej części wpisu.

Górna granica naszego budżetu kończyła się na czterech tysiącach złotych, co jak na studencką kieszeń wcale nie było mało. Policzyliśmy jednak, na jak dużo możemy sobie pozwolić, jeśli chodzi o nasze zarobki w pracy. Nie chcieliśmy przeznaczyć naszych wypłat tylko na wakacyjny wyjazd, mieliśmy nadzieję zachować coś na rok akademicki, więc te kilka tysięcy stanowiło maksymalne maksimum (które i tak wiązało się z tym, że w ciągu lipca i sierpnia łącznie moje dni wolne od pracy plasowały się w okolicy… tygodnia).

Nie muszę więc chyba wspominać, jaka ogarnęła nas radość, gdy po długim procesie decydowania, który wariant wyjazdu będzie dla nas najlepszy, okazało się, że podróż po przewalutowaniu i poniesionych prowizjach wyniesie nas około… 2502,6 zł. Oczywiście dochodziły do tego koszty paliwa, jedzenia i przelotu, co nie zmieniło faktu, że zmieściliśmy się idealnie w założonym budżecie, dokupując nawet dodatkowy rejs uwzględniający oglądanie wielorybów za ok. 323 zł.

Wsparcie Guide to Iceland

Lecimy – to już było dla nas oczywiste. Zanim jednak oficjalnie zarezerwowaliśmy swoją wycieczkę, minęło około miesiąca. Otrzymaliśmy kontakt do osobistej agentki podróży, wcześniej wymienionej Bereniki, która pochodzi z Polski, ale w 2013 roku przeniosła się do Reykjaviku i tam pozostała do dziś. Za każdym razem, kiedy ją wspominam, przychodzi mi do głowy tylko jeden epitet: anielska cierpliwość. Nie wiem, ile maili, a już tym bardziej informacji przekazałyśmy sobie do czasu naszego wylotu: to na temat terminów, to noclegów, prawa jazdy, ubezpieczeń, dosłownie wszystkiego. Stety bądź niestety byłam przygotowanym uczniem i pytałam o każdy najdrobniejszy szczegół, co Wam też polecam, gdybyście zdecydowali się na wyjazd z tą organizacją. Uwierzcie, kontakt z kimś, kto zna miejsca i przeszkody tego kraju od podszewki, jest po prostu bezcenny.

Możliwość „porozmawiania” z Bereniką Lenard doceniam tym bardziej, że napisała wraz z Piotrem Mikołajczakiem książkę o Islandii zatytułowaną „Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”, którą oczywiście bardzo szybko dopadłam. Dzięki temu zmieniło się nasze postrzeganie tamtejszej rzeczywistości, poznaliśmy nieco kultury, a w moim domu zaczęły rozbrzmiewać dźwięki rockowo-metalowego zespołu Sólstafir (koniecznie obejrzyjcie teledysk do jakiejkolwiek piosenki, mają niesamowity klimat).

Maciek raczej nie wtrącał się do naszych konwersacji, zresztą sam przyznał, że ufa mi na tyle, by zostawić to w moich rękach. Część rzeczy ustalaliśmy więc razem, ale resztę każde z nas załatwiało i organizowało na własną rękę. Dlaczego wspominam nawet o takiej błahostce? Bo podróże bardzo weryfikują każdą znajomość. Gdyby nie to, że znamy się jak łyse konie, poznaliśmy w dużym stopniu swoje charaktery, nawyki i sposób ogarniania pewnych sytuacji, wielokrotnie mogłoby dojść między nami do poważnych spięć. A uwierzcie, okazji do tego mimo całkiem dobrego planu nadarzyło się wiele.

Ustaliliśmy, że swoją podróż spłacimy w trzech ratach (nawet miesiące i dni mogliśmy określić tak, żeby było nam wygodnie). Do wyboru mieliśmy cztery standardy podróży (każdy stopień oferuje lepsze zakwaterowanie, lepszy samochód itd.):

  • Super Budget (wybrany przez nas, czyli schludnie, ale jak najtaniej + samochód bez napędu 4×4 pokroju Toyoty Aygo, co akurat okazało się naszą największą bolączką. Wyjątek stanowiły dwa noclegi w Reykjaviku, którymi zaczynaliśmy i kończyliśmy naszą podróż – tu wskoczyliśmy na próg Budget)
  • Budget
  • Comfort
  • Quality

Jeśli macie ochotę zobaczyć porównania między tymi ofertami wraz z planem wycieczki, którą można uznać za nasz pierwowzór i którą najbardziej się inspirowaliśmy, to można to zrobić TUTAJ. Zdjęcia są oczywiście poglądowe, czasem sypialnia wyglądała identycznie, czasem tylko podobnie, ale mniej więcej będziecie mieć ogląd sytuacji.

Niektórymi lokalizacjami byliśmy bardzo mile zaskoczeni, raczej nic nie wywarło na nas nieprzyjemnego czy odrażającego wrażenia. Wszędzie było czysto, obsługa bardzo pomocna, podróżnicy potrafiący się zachować i dbający o przyjazną, poprawną atmosferę. Tu nie mieliśmy większych wymagań, choć czwartej nocy liczyliśmy na zmianę hostelu na inny znaleziony przez nas. Niestety po kilku próbach i zmaganiach Bereniki z właścicielem okazało się to niemożliwe i w końcu odpuściliśmy, ale w ramach rekompensaty dostaliśmy darmowe ubezpieczenie przedniej szyby w samochodzie, za które sami chcieliśmy wcześniej dopłacić. To był akurat świetny gest ze strony naszej agentki, bo każda zaoszczędzona stówka była dla nas ważna.

Wypożyczenie auta na Islandii – wymogi

Dużo większe problemy przysporzyła nam sprawa samochodu. Pierwszym z nich okazał się nasz wiek, jako że na Islandii wypożyczalnie usługują ludziom, którzy ukończyli 21 lat. My zaś oboje w momencie rozpoczęcia naszej podróży mieliśmy po dwadzieścia, więc zaczął się wywiad apropo tego, jak długo mamy już prawo jazdy i tak dalej. Ostatecznie Berenika dała znać, że wyjaśniła całą sytuację i zostanie nam przyznane auto, ale musimy mieć dodatkowo wyrobione międzynarodowe prawo jazdy i przypisać pojazd na tę osobę, która będzie mieć już papier. Tutaj przyznaję, wyszła z nas trochę cebula, bo stwierdziliśmy, że taniej zrzucić się na jeden dokument, a Maciek i tak powtarzał w kółko, że chce prowadzić. Niby dobrze, ale nie do końca.

Drugą sprawę stanowiło ubezpieczenie. Długo zastanawialiśmy się, na jaki rodzaj postawić. Którego jednak poradnika nie doczytałam, wszyscy doradzali ubezpieczenie przedniej szyby. W końcu odważyłam się wyrazić swoje wątpliwości naszej agentce – no bo skoro mieliśmy dostać małe auto, dla którego istnieje zakaz jazdy po wewnętrznych drogach na Islandii (tzw. Interiorach), to czy w ogóle jest sens wydawać dodatkowe pieniądze? Przekonało mnie jednak, kiedy przyznała, że jej ostatnio kamień stłukł szybę. Zresztą… poznając tamtejsze drogi na żywo, brałabym każde ubezpieczenie na ślepo, a już zwłaszcza to.

Zrezygnowaliśmy ze wszelkich udogodnień typu wejście do Blue Lagoon, czyli Spa z geotermalnymi źródłami – trochę za drogo, zbyt komercyjnie, a niekoniecznie mieliśmy parcie na to, żeby być tam dla zasady. Jak się okazało, podjęliśmy słuszną decyzję, bo na naturalne kąpieliska i tak trafiliśmy, sami sobie urządzając niespodziankę.

Podsumowanie kosztów

Wykup lotu też wstrzymał nas na pewien czas. Bardzo ciężko było nam znaleźć sześciodniowe połączenie w dwie strony, którego cena nie przekraczałaby 700/800 zł. Nie jest to tragedia, ale postanowiliśmy czekać i w końcu trafiliśmy na ofertę linii Wizzair za 442 zł, który po uwzględnieniu opłat administracyjnych wyniósł nas 588 + ok. 80 zł już przy samej odprawie internetowej za wybór miejsca. Do tego mieliśmy wliczony bagaż rejestrowany 10 kg i dwa bagaże podręczne. Generalnie szału nie było, ale na naszą dwójkę tyle miejsca i ekwipunku zupełnie starczało, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę fakt, że na początku chcieliśmy spakować się wyłącznie w plecaki.

Nasze koszty (od osoby) przedstawiały się więc następująco:

  • Lot w obie strony Wrocław-Keflavik po doliczeniu wszystkich kosztów ok. 670 zł.
  • Wycieczka (noclegi, auto, ubezpieczenia, w tym od odwołania podróży) ok. 2502,6 zł.
  • Dodatkowa rezerwacja rejsu z wielorybami ok. 322 zł.

To daje nam łącznie 3 494,2 zł od osoby, z czego sam rejs stanowił prezent urodzinowy od moich rodziców, więc na podróż zostało nam fizycznie około 830-1000 zł. Przy dobrej organizacji była to kwota zupełnie wystarczająca na pokrycie wszystkich kosztów, zwłaszcza że mieliśmy w cenie dodatkowo trzy śniadania. Największym wydatkiem było oczywiście paliwo. Tutaj kosztów nie szacowaliśmy zbyt dokładnie, ale patrząc na wyciągi z karty, wynosiło około 550 zł od osoby. Na jedzeniu oszczędziliśmy za to bardzo, ale dlaczego, o tym jeszcze wspomnę i to pewnie nie raz.

My zaraz przed wylotem – czyli trochę śmiechu

Wylatywaliśmy z lotniska Wrocław-Strachowice o godzinie 15.50, a że oboje musieliśmy się jeszcze dostać do miasta, więc umówiliśmy się na spotkanie już wieczór wcześniej. Przepakowaliśmy się do jednej torby, zaczęliśmy ją ważyć i skoczyliśmy na spożywcze zakupy. Zbyt dużo produktów na nasze oko nie nadawało się do samolotu, zresztą ja w tej kwestii musiałam raczej zdać się na Maćka. To był mój pierwszy lot (nie liczę szybowca, tylko coś większego kalibru), wszędzie do tej pory dostawaliśmy się samochodem (nawet do Grecji), więc wszystko było dla mnie nowe i fascynujące: proces odprawy, instrukcje pokładowe, start i lądowanie.

Jeśli chodzi o ten prowiant, to i tak większość zapasów chcieliśmy kupić na miejscu. Z Polski przywieźliśmy kilka zupek chińskich i gorących kubków (woah, jedzenie życia, hura), ale przyznam z ręką na sercu: te chemiczne paskudztwa dosłownie uratowały nasze tyłki. Czasem nawet żałowaliśmy, że nie wzięliśmy ich więcej.

W dzień naszego wylotu ułożyliśmy się do spania dopiero o trzeciej nad ranem. W tym całym rozgardiaszu okazało się, że wieczorem wstąpiliśmy do naszych znajomych, którzy nie dość, że chcieli nas ugościć, przenocowali, zrobili śniadanie, to w dzień powrotu do Polski przyjechali odebrać nas z lotniska, żebyśmy nie musieli czekać na nocne połączenia. Jeszcze raz wielkie podziękowania dla Was.

Jako że zjedliśmy koło dwunastej, żadne z nas nie miało już ani ochoty, ani czasu na obiad. Pojechaliśmy prosto na lotnisko, ubrani jak na Syberię, a nasze nadzieje co tego, że w ten dzień będzie chłodno, wyparowały. Z tego co pamiętam, było około dwudziestu paru stopni, a ludzie w autobusie spoglądali na nas jak na anomalię.

Odprawa poszła bardzo sprawnie, w kolejkach czekało mało osób, wylecieliśmy koło trzech minut przed czasem. Wszystko to brzmi pięknie, ładnie, jednak trzeba brać poprawkę na to, że to MY braliśmy udział w tej wyprawie, więc coś na pewno musiało pójść nie tak. Nie wiem, czy kiedyś zastanawialiście się nad kupnem torby na bagaż podręczny za 15 zł z Allegro. Ja nie, ale dzięki Maćkowi utwierdziłam się w przekonaniu, że czasem bycie Januszem nie jest najlepszym sposobem na życie. Zaznaczę, że plecak ważył trochę ponad trzy kilo, a kiedy tylko mój przyjaciel przerzucił go przez plecy… stało się to:

Plecaczek.png

Karma mnie jednak nie ominęła, ale musiałam poczekać na swoją kolej chwilę dłużej. Nie wiem, czy też zawsze odczuwacie strach przed bramkami w sklepach, ale na lotnisku miałam podobnie. Ciągle odnosiłam wrażenie, że zabiorą mnie na osobistą i zaczną przeszukiwać (co zresztą spotkało mojego brata przy okazji pierwszego lotu, kiedy nasiliły się ataki terrorystyczne, gdy wzięto go za uchodźcę przez jego ciemną karnację, ciemne oczy i włosy) i wiecie co? Czasem nasze ponure myśli to prawie jak samospełniająca się przepowiednia.

Maciek przepuścił swoje rzeczy przez skaner, przeszedł przez wykrywacz metalu, wszystko spoko. Specjalnie puściłam go przodem, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że to nie zapiszczy. Uwaga, idę więc ja – a bramka piszczy jak zarzynane prosię. Podchodzi do mnie ochroniarz, każe stanąć w rozkroku, podnieść ręce do góry i przeciera mi ręce dziwnym nasączonym wacikiem. Nagle mówi: „Może już pani iść”, a moja mina musiała być w tamtej chwili przekomiczna, bo stałam bez ruchu i zastanawiałam się, czy już trafiłam do bazy najbardziej podejrzanych typów podróżujących liniami samolotowymi. Może nic dziwnego: w końcu nie ma nic bardziej niepozornego niż dziewczyna 1,60 m w bluzie w żelki i futrzastych, różowych traperach.

– O patrz, zrobili ci test na narkotyki – mówi Maciek
– I co teraz? – pytam cała w strachu.
– Pewnie mają cię zapisaną w jakiejś swojej bazie i jak się coś stanie, to będziesz pierwszą podejrzaną – nabija się, a mi oczy wychodzą z orbit. – Idziemy zobaczyć, co sprzedają w strefie bezcłowej?
– Nigdzie nie idę. – Siadam i wyciągam telefon.
– Co ty robisz?
– Będę siedzieć tu tak długo, aż nie upewnię się, co mi zrobili.
Czekał więc cierpliwie, aż wygoogluje, że tego dnia okazałam się niewiarygodnym zwycięzcą. Bramka piszczy co losową liczbę ludzi: 100, 200, może nawet 1000. Obok jest urządzenie, które dmucha powietrzem i sprawia, że w razie czego drobinki prochu strzelniczego albo narkotyków dostaną się na twoje dłonie, a potem mogą zostać zebrane specjalnym wacikiem.

Nasz lot miał trwać około cztery godziny, ale dzięki przesunięciu czasu o dwie godziny wstecz, byliśmy w Keflaviku już o 17:45. Wrażenia ze startu i lądowania… dosyć mnie zdziwiły. Wiem, jak wielu ludzi boi się tych momentów, więc miałam wyobrażenie, że odczucia są nie wiadomo jakie, a tyczem… wydawało mi się to raczej zupełnie zwykłe. Fakt faktem, na całe szczęście uniknęliśmy turbulencji i jedynym nieprzyjemnym momentem było około dziesięciominutowe przebijanie się przez chmury już nad samą Islandią. Ach, przepraszam, nie jedynym. Drugim, a raczej drugą osobą okazała się pani, która siedziała przed nami. Nie wiem, dlaczego miejsca przy stopach w naszym rzędzie było tak mało, z powrotem ta odległość była jakaś taka przyzwoita, ale o ile ja nie miałam z tym takiego problemu, o tyle Maciek ze swoimi długimi nogami nie mógł się tam zmieścić. W efekcie starał się nie ruszać przez cały lot, ale wiadomo, czasem trzeba się poprawić, zmienić pozycję… i kiedy tylko to zrobił, nasza Karyna zaczęła narzekać, że jest po operacji kręgosłupa, że w ogóle mamy wstrzymać powietrze, nie ruszać się i najlepiej umrzeć. Przekleństw na jej temat słuchałam jeszcze do samego wieczora.

W końcu jednak dolecieliśmy, rozpoczęło się nasze wielkie marzenie i przygoda. Jeśli polubiłeś nasz team, a szczegóły naszej historii wciąż Cię interesują, to serdecznie zapraszam do zaobserwowania mojego funpage’a oraz instagrama, żebyś mógł być na bieżąco, kiedy pojawi się nowy wpis, a w nim nasza pierwsza przejażdżka, wodospad, polowanie na dzikie zwierzęta, najlepsze hot dogi na świecie i niekończąca się podróż żwirowymi drogami. Odnośniki znajdziecie po prawej stronie, zapraszam!

Chyba na sam początek wypadałoby przedstawić osobę, która stoi za całą tą inicjatywą. Wołają na mnie Rasia, a pisaniem zajmuję się już grubo ponad osiem lat. Odnalazłam się w niwie opowiadań, ale wiadomo: człowiek się zmienia, życie się zmienia i mimo sukcesów literackich oraz grona wiernych kibiców, pewnego dnia usiadłam nad swoimi dłuższymi projektami, przeczytałam je… a potem doszłam do wniosku, że muszę zrobić przerwę, bo nie jestem w stanie na nie patrzeć.

Od tamtej pory trwam w decyzji, że póki co nadszedł dla mnie czas na zbieranie doświadczenia, cokolwiek to znaczy. Ułożyłam nawet listę celów, przysłowiowe „The Bucket List” (nadrób film, jeśli jeszcze go nie widziałeś), mimo że zawsze wydawało mi się to dość… bez sensu. Pozwoliło mi to jednak zebrać pomysły, a przede wszystkim dało dużo przyjemności, przywołało trochę wspomnień… Chyba właśnie dlatego nieco zmieniłam swoje nastawienie. No bo wyobraźcie sobie, że na starość chwytacie ten zapisany notesik w ręce, patrzycie na odhaczone punkty i myślicie sobie: „Rany, w sumie nieważne, ile razy życie pokopało mnie w tyłek, ale dla TYCH rzeczy było warto”.

Patrzę na te kilka miesięcy wstecz i myślę, jaki to był intensywny czas. Na tyle intensywny, że czasami jeszcze teraz zdarza mi się marzyć o dniu wolnym od obowiązków i planowania, kiedy mogłabym samotnie we własnym domu usiąść opatulona w koc, z „Wiedźminem”, którego wiecznie nie mam czasu czytać, oraz gorącą czekoladą. Zaczynało się niewinnie – od drobnych eventów, gdzie witałam coraz częściej. Potem nastał wir pracy, wchłonęłam mnóstwo historii, wyzionęłam mnóstwo siły i miałam styczność z wieloma osobami, które na zawsze zapisały mi się w pamięci. A potem w ramach nagrody nastąpiła najlepsza część, czyli samodzielne podróże.

Brzmi to tak, jakbym nigdy wcześniej nie miała okazji wyjechać poza granice naszego kraju, choć to przecież nieprawda – swoją pierwszą wyprawę odbyłam już w wieku dwóch lat, kiedy to żmudne kontrole graniczne przerywał dźwięk mojego grającego nocnika. Odkąd tylko pamiętam, moi rodzice zaczynali planowanie przyszłych wakacji, kiedy ledwie co skończył im się bieżący urlop. Wtedy wydawało mi się to zabawne, a teraz? Chyba jestem jeszcze gorsza od nich. Oczywiście; obecnie nasz sposób eksplorowania świata jest zupełnie odmienny, dlatego robimy to osobno, ale wciąż punktem zbornym pozostaje moment, gdy widzimy się po dłuższym czasie, siadamy na kanapie, rozlewamy wino do kieliszków i oglądamy zdjęcia, słuchając naszych historii. Jeśli więc spodoba Ci się to, co spotkasz na tej stronie, to wiedz, że w dużej mierze zawdzięczasz to właśnie tym dwóm osobom.

To właśnie rodzice zaszczepili we mnie bakcyla podróży i wciąż uważam, że to najpiękniejsze, co można zrobić dla swoich dzieci. Nie dlatego, żeby mieć sposobność do tego, by chwalić się znajomym. Takie wyprawy nauczyły mnie wielu rzeczy: cierpliwości, wytrzymałości, tolerancji wobec tego co obce, otwartości na ludzi. W bardzo dużym stopniu to właśnie na tych fundamentach ukształtował się mój charakter i dzięki takiemu sposobowi na życie poznałam osoby o podobnych priorytetach, z którymi ruszyłam w dalszą drogę. W ten właśnie sposób trafiliśmy na Islandię: i to właśnie od niej rozpocznie się nasza, moja i Wasza, przygoda tutaj. Mam jednak nadzieję, że zostaniecie na kolejną i kolejną, a kto wie, może któregoś dnia spotkamy się gdzieś na szlaku?