Informacje ogólne: wpis jest kontynuacją pierwszej części. Ze względu na przyjemność czytania najlepiej byłoby, gdybyś zapoznał się z poprzedniczką, ale jeśli tego nie zrobisz, to myślę, że możesz potraktować je oddzielnie. Poniższa obejmie naszą wizytę w pierwszym islandzkim hotelu, unaoczni kilka ważnych faktów na temat wypożyczania samochodu, a także wesprze Was kilkoma informacjami na temat stanu dróg czy ich oznakowania. Do dzieła! Zapraszam:
- Islandia – pierwsze wrażenia
- Blue Car Rental – wypożyczenie samochodu
- Kary, mandaty, ograniczenia…
- Nocleg w Capital Inn
- Nietypowe znaki drogowe, które trzeba znać
Islandia – pierwsze wrażenia
Pierwszą rzeczą, która zwróciła naszą uwagę po opuszczeniu samolotu, było oczywiście… zimno. Teraz pewnie każdy pomyśli „No przecież polecieli na Islandię, nie na Malediwy, więc czego się spodziewali?”, jednak nie sęk w tym, ile pokazywały w tamtym czasie termometry. Nie było nawet mrozu, może jakieś 7-10°C, ale uwierzcie mi, odczuwało się to zupełnie inaczej niż w Polsce, chyba najbardziej ze względu na silny, porywisty wiatr (w kolejnych wpisach przekonacie się, że nie kłamię). Ja niemal natychmiast ubrałam czapkę, szalik i rękawiczki, podczas kiedy Maciek… stwierdził, że skoro zimę w Polsce przeżywa bez kurtki, to na Islandii też sprawdzi mu się sama bluza. Czy mu się udało? Odpowiedź poznacie na końcu.
Lotnisko w Keflaviku nie robiło nie wiadomo jakiego wrażenia (chociaż z sufitu zwisał wielki maskonur!), aczkolwiek mnie zaskoczyło, że jego standard niewiele odstawał, a może nawet prezentował się lepiej niż niejedno takie miejsce w Europie. Zresztą mimo uważnego researchu i oglądania miliona zdjęć, moje wyobrażenie na temat wielu miast/wsi, a zwłaszcza Reykjaviku, uległo dość dużemu przekłamaniu, co w następnym wpisie zaprezentuję Wam na przykładzie fotografii.
Bagaż odebraliśmy dość szybko, więc naszą pierwszą wielką misją było stawienie się po samochód. Idąc przez główną halę, zobaczyliśmy kilku reprezentantów, którzy czekali na podróżników z kartkami z zapisaną nazwą wypożyczalni i/lub imieniem oraz nazwiskiem danej osoby, zupełnie jak w filmach. My jednak nie należeliśmy do tej grupy szczęśliwców, więc udaliśmy się do wyjścia, a tam pojawił się problem. Nasze sieci komórkowe działały tak trzy po trzy – Maciek co chwilę tracił zasięg, a mój telefon zrozumiał, jak ma działać, gdzieś trzeciego dnia podróży, po kilku aktualizacjach. Do tego czasu musiałam wspierać się samym Wi-fi, a wiecie, jak to bywa: tu zahasłowane, tu w sumie powinno działać, ale się nie łączy, a jeszcze inne ma tak słaby zasięg, że odechciewa się czekać. Było mi jednak niesamowicie miło, kiedy odzyskałam kontakt ze światem i zobaczyłam mnóstwo wiadomości o treści „I jak tam na Islandii? Widziałam/em jak leciałaś!” i dołączony screen ze SkyRadaru.
Nie mieliśmy żadnej mapki pokazującej najważniejsze dla nas lokacje. Nie przewidzieliśmy także sytuacji, w której dostęp do Internetu będzie stanowić dla nas problem, skoro znajdowaliśmy się dwadzieścia parę kilometrów od stolicy. Na wszelki wypadek warto więc zaopatrzyć się zawsze w aplikację z mapkami offline (np. MAPS.ME). My akurat przez większość czasu używaliśmy nawigacji dołączonej do samochodu i z samą trasą nie było większych problemów (a może jednak? ;)), ale taka opcja będzie bardzo przydatna, kiedy szuka się noclegu, knajpy czy nawet toalety, bo tego nie pokaże nawet papierowy plan miasta.
Blue Car Rental – wypożyczenie samochodu
Z naszych dokumentów wynikało, że wypożyczalnia Blue Car Rental znajduje się w odległości 400 m od lotniska. Pytanie tylko – w którą stronę? Po kilku minutach ujrzeliśmy jednak specyficzne niebieskie litery szyldu i wiedzieliśmy, że znaleźliśmy nasz cel. Jak się natomiast okazało, wyjście na piechotę z parkingu nie było wcale takie proste. Niby dało się dostrzec jedno przejście, potem drugie, a potem chodnik jakby zanikał. W porządku, pewnie myślicie, że mogliśmy przejść po trawie, na skróty, trochę mniej elegancko. No otóż nie, bo jak się okazało, każdy zakręt był zagrodzony górą usypanych głazów, które przypominały nadmorskie molo. O przejściu górą raczej nie było mowy.
Szliśmy na okrętkę, mijając szlabany i ulice, a w uszach rozbrzmiewał nam przeciągły, upierdliwie głośny dźwięk klaksonu. Islandczycy za kierownicą są dość nerwowi i szczerze mówiąc, nie idzie im najlepiej. Nic jednak dziwnego, skoro prawie wszystkie zewnętrzne drogi w ich kraju są proste i opustoszałe, a największe natężenie ruchu notuje się w Reykjaviku, który wielkością i ogromem można przyrównać do Opola. Monotonia jazdy sprawia, że ludzie nocą zapominają o wyłączaniu świateł drogowych, często na dwupasmowym rondzie auto zjeżdża na prawy pas przed twoją maskę bez żadnego ostrzeżenia i wiele, wiele innych. Jeśli jednak wziąć pod uwagę, jak mało osób zamieszkuje Islandię (360 390), to generalnie jest bardzo bezpiecznie, a szanse na wypadki czy kolizje są raczej niskie.
Z panem, który obsługiwał nas w wypożyczalni, dogadaliśmy się w języku angielskim. Zresztą przez Islandczyków jest on niemal tak dobrze opanowany jak język ojczysty, niezależnie od wieku. Nieraz zdarzyło się, że na trasie zaczepiła nas babuleńka czy starsze małżeństwo, którzy bez problemu wdawali się z nami w konwersację. Tamtejsi mieszkańcy są nastawieni na obecność turystów, co nie dziwi, skoro rocznie przybywa ich grubo ponad dwa miliony. Nie umieliśmy jednak wyjść z podziwu dla ich innego podejścia; nie tylko zresztą do lingwistyki, ale także życia – większość z nich jest naprawdę optymistycznie nastawiona, cieszy się z każdego dnia i możliwości, jakie daje im kraj, choć dla nas brak nie wiadomo jakiej nowoczesności, parków rozrywki, dużej ilości klubów i tak dalej może wydawać się bolesny. Może, ale tak jak było z nami – wcale nie musi.
Na miejscu okazało się, że mężczyzna nawet nie chciał sprawdzać naszego międzynarodowego prawa jazdy, co głównie chyba zabolało Maćka, który od samego początku narzekał, że wydał pieniądze na coś, co wygląda jak dokument drukowany za czasów ZSRR na szarym papierze toaletowym i ten opis niewiele rozmijał się z rzeczywistością. Ciekawscy mogą wygooglować i ocenić, czy przesadzamy.
Dostaliśmy mapkę z zaznaczonymi stacjami benzynowymi Olis na całej Islandii, żeby łatwiej rozplanować trasę. To nie jedyny taki usługodawca, oprócz niego możemy spotkać choćby N1, ale tam przysługiwały nam zniżki na paliwo w ramach współpracy z Blue Car Rental. Oprócz tego otrzymaliśmy broszury o zasadach jazdy i specjalny formularz, na którym obsługa wypożyczalni zaznaczyła uszkodzenia dokonane na naszym aucie. Mieliśmy porównać je ze stanem faktycznym (polecam na wszelki wypadek zrobić zdjęcia), a później jeden egzemplarz zostawał na miejscu, a drugi, stanowiący odbitkę, dostawaliśmy my. Szczerze, obleciał nas strach, kiedy zobaczyliśmy, jak drobne odpryski lakieru są tam uwzględnione, bo uniknięcie ich przy takim stanie dróg wydawało nam się niemal nieuniknione. Na zawał zeszliśmy jednak jeszcze chwilę później, kiedy mężczyzna za ladą zapytał, czy chcemy dodatkowe ubezpieczenie, bo za duże/widoczne uszkodzenia auta grozi kara 12 tys. EURO, chociaż przecież walutą na miejscu jest korona islandzka (1 ISK = 0,031 PLN). Postanowiliśmy jednak zaufać moim rozmowom z Bereniką i na ubezpieczeniu przedniej szyby pozostaliśmy, jak się okazało, słusznie.
To nie zmieniało faktu, że z początku byliśmy dość mocno zestresowani, zwłaszcza że przy odbiorze kluczyków podaje się na wszelki wypadek numer karty płatniczej. To dość powszechnie stosowana metoda nie tylko w tym miejscu, ale także w każdym hotelu w ramach zabezpieczenia, gdybyśmy coś zepsuli i migali się od zapłaty. Zdradzę Wam, że w naszym przypadku te informacje również okazały się niezbędne, choć niczego nie uszkodziliśmy ani nie ukradliśmy. Tę zagadkę rozwiążę przy okazji ostatniej części naszej podróży, a Wy za ten czas możecie obstawiać, co też mogło pójść nie tak?
Spakowaliśmy więc swoje rzeczy i wsiedliśmy do naszej Kii Picanto. Tutaj napomknę raz jeszcze: jeśli chcecie na czymś przyoszczędzić, to nie oszczędzajcie na samochodzie. Wybierzcie coś droższego, prześpijcie się jedną noc czy dwie w aucie, wyjdziecie na plus i unikniecie naprawdę wielu obaw. W przeciwnym razie będziecie jechać dokładnie jak my i nawet jeśli nic się nie stanie, to po kilku miesiącach uraz do tego modelu pozostanie. To po prostu nie najlepszy kandydat na duże wzniesienia, spadki czy dziury na pół metra.
Kary, mandaty, ograniczenia…

Na desce rozdzielczej można dostrzec kilka przydatnych informacji, m.in. numer telefonu do wypożyczalni, na kontrolę warunków pogodowych, numery dróg, którymi pod żadnym pozorem nie wolno się poruszać, jadąc tą limuzyną, oraz ograniczenia prędkości na poszczególnych rodzajach tras:
- 50 km/h w terenie zabudowanym
- 80 km/h w terenie niezabudowanym
- 90 km/h na „autostradzie”, przy czym nie łudźcie się zobaczyć typowej autostrady. Zwykle uchodzą za nią bardzo długie, proste i asfaltowe odcinki dróg (tu dość mocno pomaga nawigacja, chociaż też nie należy wierzyć jej bezgranicznie, jeśli chodzi o mierzenie prędkości), ale nie ma mowy o żadnym podwójnym pasie, zjazdach i stacjach benzynowych ze sklepem na poboczu. A przynajmniej nie przyjmujcie tego za standard.
Zakazy i mandaty na Islandii jawiły nam się jako wielka burzowa chmura. Wydaliśmy na ten wyjazd wystarczająco dużo pieniędzy, a kary potrafią być dla przeciętnego Polaka tak horrendalne, że dosłownie widzieliśmy, jak wypłacamy się z długów do końca życia. Myślę, że w głównej mierze to stanowiło powód naszego ogromnego opóźnienia w pierwszy dzień (ale nie tylko). Za każdym razem stawaliśmy się jednak coraz bardziej odważni, w razie czego podpinaliśmy się pod inny samochód, który jechał szybciej, a później szybko zrozumieliśmy, że radary są porozstawiane dość obficie w samym Reykjaviku, a im dalej, tym zdarzają się rzadziej i to tylko przy wjeździe do dużych miast. Szansa na to, że w połowie niczego maszynka pstryknie Wam pamiątkowe zdjęcie, jest raczej jak 1:100000000, a skoro przy naszym szczęściu nie doznaliśmy tej przyjemności, to możecie czuć się bezpieczni.
Wracając jednak do naszej jazdy w kierunku stolicy – atmosfera rozluźniła się w momencie, kiedy, jak to Polak ma w zwyczaju, zobaczyliśmy, że inni mają gorzej. Wyprzedzali nas dosłownie wszyscy, ale staraliśmy się nic sobie z tego nie robić. Nagle odzywa się Maciek: „Ej, wiesz co? Zrobiło mi się lepiej. Nie tylko my jesteśmy takimi frajerami. Ci Polacy, którzy lecieli z nami samolotem, są w aucie za nami jeszcze gorzej usrani od nas”. Jak możecie się domyślić, potem było już tylko lepiej, aż w końcu doszliśmy do momentu takiego wyluzowania, że niektórzy robili zdziwione miny, kiedy widzieli nas przez szybę. Dlaczego? Otóż przygotowując się do wyprawy samochodowej, nie mogliśmy zapomnieć o muzyce.
Zaczęliśmy tworzyć playlistę już w momencie, gdy okazało się, że wyruszamy na wczasy (czyli przynajmniej siedem miesięcy wcześniej). Niby mieliśmy robić to razem, ale podróż zweryfikowała nasze pozycje i szybko wyklarowało się, kto przejmuje rolę kierowcy, a kto DJ-a i nawigatora. Nasz samochód nazwaliśmy pieszczotliwe Cebula-Carem, a ja zadbałam o to, by nie zabrakło polskich hitów z czasów naszego dzieciństwa czy obciachowych piosenek, jakich nie da się wyrzucić z głowy już nigdy, jeśli raz się je zapamiętało. Wydaje się to dość infantylne, ale niejednokrotnie to właśnie muzyka podtrzymywała nas na duchu w słabszych chwilach, pomagała się rozbudzić i jakoś dotrzeć do celu. Poza tym dobrze się bawiliśmy, a gardła na następny dzień nie bolały nas z zimna, przemoczenia czy od wiatru, ale właśnie przez śpiewanie: Hej, sokoły!, Żona moja czy Baby Shark. Na chwilowy spadek nastroju wystarczyło przełączenie utworu, a pełne radości O TAAAK! Maćka od razu zmieniało wszystko na lepsze.
Nocleg w Capital Inn
Pierwsze nasze zakwaterowanie przypadło na Capital Inn, określane jako dwugwiazdkowy hotel. Osobiście bardzo polecamy to miejsce, było w dużo lepszym standardzie, niż moglibyśmy przypuszczać. Na parterze znajduje się jadalnia, gdzie można wykupić ciepły posiłek typu zupa gulaszowa bądź rosół, ale to także miejsce, gdzie rano rozkłada się szwedzki stół. Dla tych, którzy chcą jednak gotować sami, jest opcja zejścia piętro niżej do dużej, ładnie wyposażonej kuchni, a to rozwiązanie dosyć nas zdziwiło jak na hotel oferujący posiłki. Nasz pokoik był malutki, ale bardzo czysty, pachnący i z własną łazienką, co przy okazji takich noclegów nie zdarza się na Islandii za często.
Pojawił się jednak jeden jedyny mankament, który rzucił nam się w oczy niemalże od razu. Dostaliśmy podwójne łóżko i wiecie, wcale nie z gatunku tych, które można rozłączyć, nie: jedna rama, jeden materac, ale chociaż pościel w dwóch kompletach. Nie graliśmy w marynarzyka i nie licytowaliśmy się, kto śpi na ziemi. W końcu płaciliśmy tyle samo, więc trzeba było zacisnąć zęby i tego nie komentować. Wystarczyła nam tylko jedna wymiana spojrzeń, żeby zawrzeć niepisany pakt: budujemy mur pośrodku, odwracamy się plecami i do rana udajemy, że nikogo obok nie ma.

Kolejna rzecz, która niesamowicie nas zdziwiła, wyszła na jaw dopiero po porannej kąpieli. Woda na Islandii jest jedną z najczystszych na świecie, dlatego pije się ją bezpośrednio z kranu – nie potrzebujecie jej przegotowywać czy filtrować. To też pewna oszczędność, bo jedynie w pierwszy dzień kupiliśmy najtańszą wodę w butelce o pojemności 1,75 l, żeby później tylko ją uzupełniać. W tak małej ilości nie jest to zbyt odczuwalne, ale przy okazji prysznica już bardzo: z racji tego, że Islandia jest pełna geotermalnych obszarów i nieaktywnych wulkanów czy pól lawowych, to myjąc się, możecie poczuć wyraźny zapach siarkowodoru. Z początku myślałam, że może nikt już dawno nie używał tej łazienki i że śmierdząca woda musi najpierw spłynąć, ale nie – tak po prostu pachnie zawsze. Na skórę na szczęście ten zapach się nie przenosi, a mimo tego pierwsze, o co spytałam Maćka, to właśnie o to, czy nie śmierdzę.
Jeśli interesowałyby Was namiary na hotel (ok. 200 zł za noc), to bez problemu znajdziecie go fizycznie, wpisując adres (Suðurhlíð 35d, Reykjavik) w nawigację czy mapy Google. Wspominam o tym dlatego, że o ile w stolicy nie ma żadnego problemu ze znalezieniem miejsc po ulicach, o tyle w głębi Islandii ta opcja może się po prostu nie udać, bo większość z nich nie jest nawet nazywana. W związku z tym, dostrzegając przy drodze pojedyncze skrzynki na listy, mimo że na horyzoncie widniało kilka domów, zastanawialiśmy się, czy listonosz wrzuca wszystko do jednej, a mieszkańcy rozdzielają pocztę między siebie, czy też działa to inaczej. Jakakolwiek jednak nie byłaby odpowiedź, to dobrym rozwiązaniem jest poruszanie się dzięki ustalaniu współrzędnych geograficznych (warto przygotować sobie taki spis wcześniej, by nie szukać i nie tracić czasu na podróż).
Dzięki temu rozwiązaniu dotarliśmy wszędzie, choć musieliśmy brać poprawkę na zachowania naszej nawigacji, która czasem wyznaczała cel na środku oceanu. To urządzenie na visus pamiętałoby moje wyjazdy zagraniczne za dzieciaka, obstawiałabym mniej więcej rok 2006. Wtedy czas dla tego urządzenia się zatrzymał, mapy raczej nie zostawały aktualizowane, dlatego kiedy znajdowaliśmy się już mniej więcej przy punkcie docelowym, to staraliśmy się podążać za znakami, innymi samochodami albo za tym, co ujrzymy na horyzoncie. W końcu zdarzyło się raz czy dwa, że nawigacja kazało nam jechać po mostach, które już dawno zdążyły się zapaść, a droga zarosnąć.
Nietypowe Znaki drogowe, które trzeba znać

Bardzo przydaje się też znajomość miejscowych oznaczeń. Na przykład widząc ten znak, wiecie, że zbliżacie się do jakiegoś wyjątkowego miejsca, dobra naturalnego, przy którym warto choćby na chwilę przystanąć. Zwykle można dostrzec jego miniaturkę przy nazwie miejscowości/góry/wodospadu itd. co dość urozmaica zwiedzanie. Internet nie powie Wam wszystkiego, Wy też nie będziecie w stanie wszystkiego zapisać i odwiedzić, dlatego kiedy dostrzeżecie taki symbol, fajnie na chwilę odstąpić od swojego planu podróży i zobaczyć, co to takiego. My jednak po kilku takich przystankach musieliśmy odpuścić, a raczej mocno się ograniczyć, bo wtedy już nigdy nie dotarlibyśmy na powrotny lot o czasie.
Spotkaliśmy się też ze znakami drogowymi, które zupełnie nie mają przełożenia na polskie (pozostał taki, którego nie rozszyfrowaliśmy aż do końca podróży). Jednym z nich jest okrągły, niebieski znak z zaokrągloną literką M pośrodku. Metro? Motory? McDonald’s? No nie za bardzo. Zobaczyć go możecie przede wszystkim w tunelach, ale także na wąskich odcinkach dróg. Oznacza się nim zatoczki, w których jesteście w stanie się schować, by auto z naprzeciwka mogło spokojnie Was minąć. Znak-zagadka wyglądał podobnie, tyle że w środku była jeszcze biała otoczka i liczby typu 30, 35, 40, 50. Nie miały się one nijak do ograniczeń prędkości na danej drodze, niejednokrotnie się wykluczały, więc wątpiliśmy, by była to prędkość zalecana czy jakiś nakaz. Jeśli ktoś z Was ma pomysł lub wie, co mogłoby to być, to koniecznie napiszcie w komentarzu, bo nie dawało nam to spokoju.
Przyzwyczajcie się też, że znaki drogowe na Islandii to raczej rzadkość – wydają się stać bardziej dla zasady niż dla ułatwienia ruchu. Bardzo często zdarza się tak, że jedziesz prosto 50 km – od czasu do czasu zdarzy się zjazd, jakieś rozwidlenie, ale jednak większą część czasu czujesz się tak, jakbyś podróżował islandzką route 66, i nagle, po dwudziestu kilometrach, ni stąd, ni zowąd pojawia się znak mówiący, że masz pierwszeństwo. W sumie trudno, żeby było inaczej i często śmialiśmy się, że widzimy oznaczenia tylko po to, by nie zapomnieć, że one w ogóle istnieją.
Następuje jednak moment, kiedy zbliżacie się do mostu takiego jak ten:

Większość z nich jest przewidziana na jedno auto i… przy nich raczej nigdy nie zobaczycie znaku, który pokazałby Wam, kto w tej sytuacji ma pierwszeństwo. Jak to ujął Maciek: „Jedzie ten, kto ma większe jaja”. To oczywiście tylko żart, bo pod tym względem na Islandii panuje jednak kultura. Ludzie przepuszczają się na zmianę, nie utrudniają jazdy, dziękują. Gdyby jednak nastąpiła jakaś anomalia i ludność tego kraju nagle by się powieliła, to mimo prostych dróg wszyscy by się na nich pozabijali, prędzej czy później.
Jest też grupa znaków, po których zobaczeniu nam od razu robiło się słabo i oczekiwaliśmy najgorszego. Jeśli kiedyś ujrzycie to:

to spodziewajcie się dziur, zakrętów, zza których nic nie widać, żwiru obijającego się o auto, jazdy z górki i pod górkę przez najbliższą godzinę. Ach, no i nie radzę się zbytnio entuzjazmować, kiedy nagle traficie na asfalt – zwykle po 500 metrach szczęścia nadchodzi powtórka z rozrywki.
Mimo tego jesteśmy w stanie zapewnić, że nawet słabo doświadczeni kierowcy dadzą sobie radę z tymi wyzwaniami. Nie wymagają one nie wiadomo jakich umiejętności za kółkiem, przyrównałabym je raczej do testu na wytrzymałość psychiczną. Mimo tego dojechaliśmy do Reykjavika i w pierwszy dzień po 20 km, i w ostatni po ponad 1500 km.
Jak już wspominałam, w miarę wczesna godzina wieczorna umożliwiła nam zwiedzanie jeszcze w wieczór po naszym przylocie. O samej stolicy opowiem Wam przy okazji kolejnego wpisu, bo co za dużo, to niezdrowo, natomiast tutaj udokumentuję odpowiedź na pytanie: „Czy da się wytrzymać na Islandii bez kurtki?”. No owszem, da się, jednak miejcie na uwadze, że o ile ja chodziłam po mieście i z zachwytem powtarzałam, jak mi się podoba, o tyle Maciek nie odzywał się wcale, jedynie zagryzając szalik i czekając, kiedy będzie mieć okazję, żeby się rozgrzać. Chociaż kiedy patrzę na to zdjęcie, wcale nie prezentuję się lepiej w swojej prowizorycznej burce.

Dziękuję, że doczekaliście do końca. Zdaję sobie sprawę, że powyższa relacja miała charakter bardziej informacyjny niż rozrywkowy, ale następne zagwarantują już więcej zdjęć, atrakcji i zwiedzania, więc mam nadzieję, że tego nie przegapisz. Pamiętaj, żeby zaobserwować mojego facebookowego funpage’a oraz Instagrama, żeby ze wszystkim być na bieżąco. Odnośniki znajdują się po prawej stronie na górze, zapraszam i do zobaczenia!
