Drezno, czyli bożonarodzeniowy jarmark w świetle lampek i strugach deszczu

Informacje ogólne: Nasz wyjazd na jarmark w Dreźnie odbył się 14 grudnia 2019 roku. Transport zapewniło nam biuro podróży INDEX z siedzibą w Katowicach, a na miejsce, po licznych przetasowaniach, pojechaliśmy jako dziewięcioosobowa grupa. Trzy odwiedzone jarmarki (niestety tylko na tyle starczyło nam siły), 17-sto kilometrowy spacer w deszczu i mnóstwo śmiechu oraz pozytywnej energii to coś, co na długo zapisze się w naszej pamięci. Zaciekawiony? Przeżyj z nami te chwile jeszcze raz, zapraszam!

Skąd pomysł na wyjazd?

Decyzję o udziale w wyjeździe podjęliśmy bardzo spontanicznie. Wraz z początkiem października zobaczyłam ofertę za pośrednictwem strony Wakacyjnapapuga i już wiedziałam, że to będzie wyjazd, który w tym roku dosłownie muszę zaliczyć. Ceny jarmarków okazały się naprawdę atrakcyjne, bo zaczynały się nawet poniżej 100 zł, a kończyły gdzieś w granicach 300 zł. Najbardziej kuszące cenowo i pod względem widokowym były Berlin, Wiedeń i Drezno, padło jednak na to ostatnie. Dlaczego? Miałam okazję odwiedzić to miasto jedynie raz przy okazji koncertu Neila Younga w te wakacje, ale wtedy nie znaleźliśmy czasu na dłuższe oględziny. Pamiętam jednak, że zabytkowa część zrobiła na mnie ogromne wrażenie i możliwość powrotu w tamte strony naprawdę mnie ucieszyła.

Znam jednak umiejętności organizowania się ludzi, w końcu to nie pierwszy wyjazd, który proponowałam znajomym, więc stwierdziłam, że zamiast się rozdrabniać, pytać każdego z osobna i czekać na odpowiedź, napiszę od razu do wszystkich, którzy przyszli mi na myśl i skojarzyli mi się z ofertą. Byłam niemalże przekonana, że połowa osób, jeśli nie więcej, oznajmi, że średnio stoją czasowo lub finansowo albo po prostu nie mają ochoty jechać. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy okazało się, że udział potwierdzili… dosłownie wszyscy, więc zebrała się nas dziesięcio-, a później nawet jedenastoosobowa grupa.

Cena i problemy organizacyjne

Całość wyniosła 109 zł od osoby (w co zostało wliczone ubezpieczenie) + 10 euro opłaty dla pilota w autokarze. Niby istniało coś takiego jak ramowy plan wycieczki, jednak nie był on rozpisany godzinowo i okazał się raczej umowny. Część związana ze zwiedzaniem i tak ograniczała się do około pół godziny, później każdy otrzymywał czas wolny. Nieścisłości z rozkładem dnia i tak moim zdaniem stanowiły najmniejszy problem. Na głównej stronie organizatora możemy przeczytać, że wycieczka obejmuje dwa dni: 14/15 grudnia. Należy jednak wziąć poprawkę na to, że autokar zabiera ludzi zarówno z Przemyśla, jak i z Wrocławia, więc czas przejazdu jest zupełnie inny, stąd moim zdaniem bardzo duże dysproporcje, jeśli chodzi o ujednolicone informacje serwowane wszystkim uczestnikom. „Powrót w godzinach wczesnorannych” to moim zdaniem nie godzina 23.30 dnia poprzedniego, jak wyszło w naszym przypadku. Oczywiście już w trakcie podróży i wiedząc, o której mamy zbiórkę, policzyliśmy sobie, o której mniej więcej będziemy w domu, ale zanim wsiedliśmy do autokaru, nie wiedzieliśmy na dobrą sprawę nic. W naszym przypadku nie był to jakiś ogromny problem, mogliśmy zorganizować noclegi dla znajomych, ale nie każdy ma taką możliwość.

Moim zdaniem najlepiej sprawdziłby się oficjalny rozkład jazdy, choćby bardzo przybliżony. Jeśli nie, to wystarczyłoby poinformować pasażerów, bo my właściwie usłyszeliśmy tylko, na którą mniej więcej dostaniemy się do Gliwic. Jasne, nie był to dla nas jakiś wielki powód do narzekania, ale jednak zawsze wymaga się od biura pewnego profesjonalizmu. Skoro o tym mowa – w ostatnim tygodniu przed wycieczką okazało się, że dwie osoby z naszej grupy nie są w stanie pojechać, więc szybko znaleźliśmy za nie zastępstwo (miejsca i tak były już bezzwrotnie opłacone). Wymagało to jednak zmiany danych uczestników na umowie, którą podpisywałam z biurem, a proces ten, zamiast trwać przysłowiowe pięć minut, zajął trzy dni.

Ja wszystko rozumiem: że pracownik jest na tyle zajęty, że nie odbierze, może nawet nie oddzwoni w ciągu godziny. Zdarza się, nawet jeśli godziny otwarcia biura są podane jako 9.00-17.00. Sprawa była jednak nagląca, zwłaszcza jeśli brałam pod uwagę ponowne podpisanie i wysłanie umowy – miałam bardzo mało czasu na to, żeby poczta dotarła na czas do Katowic. Pamiętam, że zaczęłam dzwonić koło godziny 9.50, pierwszy raz ktoś podniósł słuchawkę o 12.40 i aż zapomniałam, co chcę powiedzieć, tak mnie zaszokował głos po drugiej stronie. Za ten czas zdołałam już jednak wysłać maila z zapytaniem na temat mojego problemu, a także wiadomość na Facebooku. Pani po drugiej stronie słuchawki okazała się dość opryskliwa, a po wysłuchaniu mnie stwierdziła oburzona, że trzeba zmienić dane uczestników na umowie. No eureka, czułam się, jakbym odkryła Amerykę, tym bardziej, że sama to zasugerowałam.

Wreszcie dowiedziałam się, co dokładnie mam zrobić, wysłałam wszystkie informacje mailem i nagle, koło godz. 17:00 dostaję maila w odpowiedzi na moją wiadomość sprzed rozmowy telefonicznej, żebym wysłała to, co już przecież wysłałam. No to zrobiłam to raz jeszcze, uprzejmie napisałam tylko, że dane wylądowały w skrzynce, no wiecie, tak mimochodem, no i co dostałam w odpowiedzi? Hurrr, durrrr: „W naszym biurze jest 30 pracowników, więc nie wiem, z kim się Pani kontaktowała.” No racja, zwracam honor. W takim wielkim korpo to rzeczywiście ciężko o przekazywanie sobie informacji.

Godzina 17.30, dzwoni telefon, tym razem kobieta z Facebooka, której zostawiłam do siebie kontakt. Zaczyna mówić, taka podniecona i energiczna, tłumaczy mi już wszystko to, czego dowiedziałam się dwa razy, więc grzecznie jej przerywam. Trochę była rozczarowana, że nie może pomóc, ale skorzystałam z jej uprzejmości i wypytałam o parę kwestii odnośnie wyjazdu, więc nic straconego. Ona jako jedyna okazała się bardzo sympatyczna i konkretna. Mimo że pozostawała w mniejszości, trochę załagodziła moją złość, bo jednak coraz częściej zauważam, że usługodawca z chęcią weźmie pieniądze, ale zapomina, że nie bierze ich za nic.

Ostatecznie stanęło na tym, że otrzymałam już zaktualizowaną umowę i po dziś dzień nie wiem, czy powinnam ją wydrukować i odesłać, czy też nie. Zrobiłam to, ale kosztowało mnie to niemało zachodu i po jakimś czasie otrzymałam jedynie odpowiedź od pani z Facebooka, że nie muszę robić tego już drugi raz. Pani z maila nie odpisała mi jednak do samego końca, ale wcale nie zdziwiłoby mnie, gdyby na ostatnią chwilę dała znać, że odesłanie nowej umowy jest niezbędne do odbycia wycieczki. Lepiej dmuchać na zimne.

Zbiórka i dojazd

Kończąc jednak marudzenie, przechodzimy do głównego gwoździa programu! Ostatecznie zebraliśmy się w dziewięć osób we Wrocławiu przy Aquaparku na ulicy M.Petrusewicza o godzinie 6:30. To była taka naprawdę miła chwila, bo części znajomych, którzy czekali na miejscu, nie widziałam już z pół roku, w dodatku miałam świadomość, że mimo różnych środowisk (praca, studia czy gimnazjum) każdy chciał pojechać i zabrać ze sobą dobry humor. Część naszej grupy dojechała z Katowic (nasza Krysia czekała na miejscu zbiórki już od 4:30!), Opola czy nawet Poznania, żebyśmy mogli spędzać czas w swoim gronie i to było naprawdę super, bo zazwyczaj takie duże wyjazdy bardzo ciężko ogarnąć terminowo, żeby wszystkim odpowiadały, o cenie już nie wspominając.

Miałam ten zaszczyt, że gościłam dwie noce parę z Opola i Poznania, więc oddałam do użytkowania swój pokój, sama śpiąc z jakże wyrozumiałą współlokatorką, która nie zdenerwowała się nawet wtedy, gdy o 5.30 zadzwonił budzik, a później przez kolejne 15 minut w pokoju świeciło się światło. Wracając jednak do meritum – jak można się domyślić, nie poszliśmy spać zbyt szybko mimo wczesnej godziny zbiórki. Siedzieliśmy jeszcze po północy, rozmawiając i grając w drugą część Memów (no wiecie, takie Karty Przeciwko Ludzkości, tylko z memami).

Co mnie najbardziej zdziwiło, to fakt, że kilka minut po 6.00 na basenie już dało się dostrzec pływaków. No podziwiam; my przejechaliśmy przystanek autobusem, żeby być szybciej, zbyt się nie przemęczać i uniknąć zimna, które przy zmęczeniu wydaje się jeszcze bardziej dotkliwe. Nie był to co prawda planowany zabieg, ale fajnie, że akurat coś zajechało na przystanek. Zapoznałam całą ekipę, wszyscy wdali się w rozmowę i zaczęła się integracja. Poszłam zgłosić naszą obecność pilotce, generalnie kobieta naprawdę była w stanie pójść na rękę z wieloma rzeczami i sprawiała wrażenie takiej „do ludzi”, mimo że nawet nie podała swojego imienia przez cały czas trwania wycieczki i nie miała żadnego znaku szczególnego w stylu parasolki lub chorągiewki, co przy Dreźnie wypełnionym turystami skutkowało tym, że częściej rozpoznawaliśmy współtowarzyszy podróży niż ją samą. Sympatii jej jednak odmówić nie mogę z wielu prywatnych względów.

Jechaliśmy piętrowym autokarem, więc oczywistym okazało się dla nas, że przydzielono nam miejsca na górze. Pierwszą godzinę każdy drzemał, dopiero przy okazji postoju po ósmej rozbudziliśmy się przy kawie i spacerując po stacji benzynowej. Zaczynaliśmy zarzucać się historiami, każdy miał coś do powiedzenia, co rusz wybuchaliśmy śmiechem i tak zostało już przez dalszą część podróży, kiedy wspominaliśmy nasze historie z przyszłości i wtajemniczaliśmy w co głupsze opowieści tych, którzy jeszcze ich nie znali. Aż współczuję pasażerom na siedzeniach obok, chociaż z drugiej strony może stanowiliśmy dla nich urozmaicenie tych trzech godzin. Pewnie byliśmy ciekawsi niż film, który leciał w tle, ale właściwie tak cicho, jakby go nie było.

Kilka uwag, które warto mieć z tyłu głowy

Na miejsce dojechaliśmy około godziny 9.30 i tylko wtedy udało nam się skorzystać z toalety, do której nie było zbyt dużych kolejek mimo obecności kilkunastu autokarów i wycieczek. Naprawdę – to, co działo się później, przekraczało ludzką wyobraźnię. Nie wiem, czy to standardowa procedura, jeśli chodzi o Drezno, ale nawet w bibliotece pobierano opłaty za siku, co nas lekko zszokowało. Niby rozumiem, że ciężko byłoby nie oprzeć się pokusie wzbogacenia na potrzebach fizjologicznych, ale z drugiej strony zawsze mnie to oburzało.

Zatrzymaliśmy się po stronie Starego Miasta, więc w pierwszej kolejności ruszyliśmy pod pałac Zwinger. Pogoda nie dopisywała niemalże przez cały dzień, po dwóch godzinach mieliśmy już przemoczone buty i skarpetki, tak intensywnie padało w niektórych momentach. My się jednak nie zniechęcaliśmy, mimo że nasza przewodniczka nie stanęła nawet pod żadnym daszkiem, tylko trzymała nas na środku odkrytego placu. Tak oto prezentowała się nasza wesoła ekipa:

Właściwie po raz pierwszy spotkałam się z sytuacją, w której zakup audioguidów był nieobowiązkowy, a jego nieposiadanie decydowało o tym, że podczas półgodzinnego zwiedzania z naszą pilotką czuliśmy się nieco wykluczeni. Byłam przekonana, że słuchawki zawierają dodatkowe nagrania, więcej historycznych faktów, urozmaicą chodzenie po muzeach. Tymczasem podczas oprowadzania okazało się, że są do nich podawane tak istotne informacje jak miejsce i godzina zbiórki. Rozumiem, że pilotka nie chciała nadwyrężać głosu, a tym bardziej krzyczeć do swojego mini-mikrofonu, ale jednak te podstawowe dla organizacji szczegóły powinna przekazać tak, żeby znali je nie tylko ci, którzy zapłacili więcej.

Później kobieta podprowadziła nas pod jeden z jarmarków, który znajdował się kawałek dalej po drugiej stronie mostu… tylko po to, by powiedzieć parę zdań i zawrócić tam, skąd przyszliśmy. To był chyba moment, który przelał czarę goryczy. Wiedzieliśmy, że za niedługo i tak wszyscy się rozejdą i nie widzieliśmy sensu, żeby poświęcać czas na bezmyślne chodzenie, które było stanowczo za szybkie na robienie zdjęć i czerpanie przyjemności ze zwiedzania. Słyszeć i tak nie słyszeliśmy, więc zadecydowaliśmy, że skoro znamy miejsce  i godzinę zbiórki, to odłączamy się wcześniej (oczywiście dostaliśmy na to przyzwolenie jeszcze w autokarze, nie puściliśmy się samopas i nie olaliśmy pracy tych, którzy przywieźli nas na miejsce).

Jarmark – Augustusmarkt

Jarmark, na którym zdecydowaliśmy się pozostać, czyli Augustusmarkt, otwierało wielkie koło młyńskie. Większość stoisk przedstawiała się w formie białych namiotów, a pośrodku całego rozgardiaszu stało drzewo ze zdjęcia poniżej, które wieczorem nabierało mocno niebieskiej barwy. Generalnie nie było to najpiękniejsze, co w życiu widzieliśmy i na pewno po zmroku przyjemniej było przyjść tam drugi raz. Wiecie, o samych towarach oferowanych na miejscu nie ma co się specjalnie rozpisywać; one chyba w każdym zakątku Europy wyglądają tak samo albo podobnie; grzańce, langosze, pierniki, owoce w czekoladzie, wełniane czapki, miody, lampki, frytki i tak dalej. My skusiliśmy się wieczorem jedynie na kurtosze-kołacze, ale jak możecie się domyślić, one też wszędzie smakują identycznie. Dlaczego więc warto pojechać na taki zagraniczny jarmark? No bo atmosfera jest jednak trochę inna, a i można połączyć to ze zwiedzaniem.

Kiedy obeszliśmy jarmark, pierwszą rzeczą, jaką część z nas zakupiła, była dodatkowa para skarpetek do przebrania. Każdy chciał się rozgrzać i to był odpowiedni moment, żeby wreszcie schować się w jakimś budynku. Zanim to się jednak stało, czekał nas niedługi obchód po zabytkowej części miasta: ogrody Bruhla, opera, katedra Świętej Trójcy, Plac Teatralny czy zamek.

Pałac Zwinger – ceny i zwiedzanie

Zrobiliśmy krótkie zebranie i podzieliliśmy się na grupki: część z nas zakupiła podstawowe bilety do Galerii Drezdeńskiej obejmującej wyłącznie oglądanie dzień sztuki, a reszta zdecydowała się na Ticket Zwinger (dorośli 11 euro, studenci 9), czyli pakiet z wejściami dodatkowo do Muzeum Porcelany i Mathematisch-Physikalischer Salon, który jednak w większości z nas wzbudzał lekką obawę co do swojej ciekawości. Czy słusznie, o tym dowiecie się zaraz.

Plac, który łączy ze sobą wszystkie te obiekty, jest zachowany w barokowym stylu i naprawdę robi wrażenie. Jedynym co kłóci się z zagospodarowaniem przestrzeni, jest ogromna, dmuchana kopuła postawiona idealnie w samym centrum. Jeśli są tu jacyś narciarze bądź snowboardziści, to pewnie też skojarzy się Wam to z miejscami na stoku, gdzie dostaniecie gorącą czekoladę czy herbatę, a to w tak zabytkowym miejscu naprawdę kłóci się z poczuciem estetyki. Z tego co jednak mówiła Ewa, konstrukcja musi stać tam całkiem od niedawna.

Przeszliśmy po tarasach widokowych i udaliśmy się do galerii. Należy pamiętać, że warto mieć ze sobą drobne, bo na miejscu płaci się zarówno za szatnię (1 euro, bezzwrotne), jak i za zamykane szafeczki (1 lub 2 euro działające na zasadzie żetonu, zwrotne). My dosyć spartaczyliśmy sprawę, bo odwiesiliśmy płaszcze, a potem odesłali nas z plecakami do szafek, które okazały się na tyle pojemne, że mogliśmy włożyć tam również kurtki.

Co jest jednak w porządku przy okazji zostawienia rzeczy w szatni – dostajemy specjalny kuponik o wartości 1 euro, który wystarczy pokazać w innych obiektach, żeby drugi raz nie płacić za tę samą usługę. Jeśli już więc sfrajerzyliście się tak jak my, to przynajmniej tylko raz. Osobiście jednak polecamy szafki, są znacznie lepszym, wygodniejszym rozwiązaniem, zwłaszcza że nie trzeba do nich stać w długich kolejkach i czekać na obsługę, po prostu zwracamy kluczyk i idziemy.

Mimo że jestem ogromnym miłośnikiem kultury, galeria zrobiła na mnie raczej… niewielkie wrażenie. Tak naprawdę składała się z jednej głównej hali i dwóch mniejszych po bokach. Ludzi tyle, że ciężko się poruszać, a poza tak znanymi dziełami jak „Śpiąca Wenus” czy „Madonna Sykstyńska”, dla mnie najciekawsza była seria obrazów przedstawiająca Drezno obecnie i w czasach powojennych. Nie spędziliśmy tam więcej niż pół godziny, co po długim procesie odkładania naszych rzeczy wydawało się ułamkiem sekundy.

Później udaliśmy się do Mathematisch-Physikalischer Salon, a wystawa okazała się najciekawszą ze wszystkich. Jest dość duża, rozmieszczona na dwóch piętrach, z czego im niżej, tym większe zadowolenie, tak bym to określiła. Nie wiedziałam za bardzo, co można umieścić w takim miejscu, od razu przyszły mi na myśl przyrządy z fizyki i kalkulatory, a że wielkim miłośnikiem nauk ścisłych nie jestem, nie spodziewałam się po sobie zachwytu. Starałam się jednak nie nastawiać pesymistycznie i bardzo słusznie; jasne, na miejscu znalazły się gabloty z urządzeniami nastawionymi np. na elektrostatykę i bardzo żałowałam, że nie były opisane, bo moja świadomość co do ich użytkowania była bliska zeru. Pojawiła się także część poświęcona astronomii, stare globusy, pięknie wykończone pozytywki i mnóstwo zegarków powstających na przestrzeni lat.

Tę część zwiedzaliśmy bardzo długo, dłużej nawet niż Muzeum Porcelany, mimo że było bardziej rozgałęzione i co chwilę odkrywaliśmy w nim jakiś mały pokoik po boku. Część osób oceniła to jednak jako tandetę, kiedy spoglądała na ręcznie wykańczane wazy, talerzyki i tak dalej, z których większość bardzo mocno nawiązywała do kultury japońskiej. Jak dla mnie to stanowiło  jednak fajną odmianę, wreszcie mnóstwo kolorów w ten szary dzień. Dużą rolę grały też detale, warto się im przyjrzeć, bo niektóre są dosyć zabawne albo po prostu urocze.

Po tym etapie dnia każdy z nas był w zupełnie innej części miasta, widział i robił coś odmiennego. Bardzo ciężko było nam się zgrać czasowo w danym miejscu, a jako osoba, którą wszyscy znali i która w jakimś stopniu odpowiadała za wyjazd, dostawałam milion telefonów od każdego z osobna, z zapytaniem co teraz. Naprawdę, w pewnym momencie dochodziło do takich skrajności, że nawet będąc w toalecie, słyszałam brzęczenie telefonu, a kiedy oddzwaniałam kilka minut później, słyszałam w odpowiedzi „No byliśmy PRZY toalecie, ale was nie było”. Także mimo mojej miłości do organizowania wyjazdów i własnych przyjaciół, czasami pluję sobie w brodę i jestem zmęczona tym, że mając wsparcie w kimś, kto wszystko ogarnia, pozostałe osoby wolą iść po najmniejszej linii oporu i zrzucać wszystko na barki organizującego. Wiadomo, czasami dochodzi przez to do spięć, w końcu ile ludzi, tyle charakterów, ale najważniejsze jest to, że każdy jednak starał się zachowywać wyrozumiałość – w końcu to oczywiste, że ktoś się zgubi, że się rozejdziemy i tak dalej, zwłaszcza biorąc pod uwagę natężenie tłoku w Dreźnie. No i nie mogłoby też zabraknąć pojednawczego głosu, który w trakcie dramy odezwie się nagle z zapytaniem: „Ej, a może skoczymy na grzańca?”.

Gdzie zjeść, nie czekając 2 godziny w kolejce?

W ten oto sposób wreszcie dotarliśmy do galerii handlowej Altmarkt Galerie, gdzie przez piętro z jedzeniem przewijał się wężyk przynajmniej z dwustu osób ustawionych do toalety (płatnej!). Nie wybrzydzaliśmy zbytnio w tym, co zamierzamy zjeść: zależało nam tylko, żeby nie stać w kolejce godzinę, nie zapłacić milionów monet i przede wszystkim znaleźć wolny stolik, bo jak to ujęła Ewa: „W ciągu całego dnia udało nam się usiąść tylko na kiblu” i była to absolutna prawda. Z tego co zdążyliśmy potem zauważyć dzięki aplikacji, przeszliśmy plus/minus 17 km.

Zajęliśmy miejsce w Fu Loi, knajpie z azjatyckim jedzeniem. Nie wyglądało ono specjalnie zachęcająco i smakowało może nie najwyborniej, ale chociaż było ciepłe i robione na świeżo. Porcje też takie, że dało się najeść, zwłaszcza jeśli chodzi o mój ryż z warzywami i mięsem; na talerzu znajdowała się naprawdę kopiata góra, która mimo mojego wilczego apetytu i dużego wysiłku nie została zjedzona w całości, a to już o czymś świadczy. Tylko kurczak dziwnie smakował, jakby ktoś świeżo wyjął go z wywaru – oczywiście jeśli zakładamy, że to rzeczywiście był kurczak.

Striezelmarkt – najstarszy niemiecki jarmark

Wyszliśmy na zewnątrz prosto na Striezelmarkt, czyli Jarmark Struclowy – najstarszy, najbardziej spopularyzowany i oblegany. Do tego stopnia, że po upływie godziny byliśmy już przesyceni ludźmi, światełkami, ozdobami, a nasza strefa komfortu została mocno zaburzona. Na miejscu zobaczymy ogromny szyld zwieńczający oficjalne wejście, piramidki bożonarodzeniowe, diabelski młyn czy specjalny łuk do robienia zdjęć (przy czym Igor z Krysią sprawdzili i potwierdzili, że nie da się tam robić zdjęć, kiedy połowę obiektywu przysłania czyjaś ręka, a ciebie ktoś równocześnie nokautuje łokciem w brzuch i głowę). Nie można jednak odmówić uroku temu miejscu, zwłaszcza jeśli spojrzy się na nie z pewnego dystansu: zaraz obok znajduje się duża, przeszklona biblioteka, z której można cyknąć całkiem ładne ujęcia i zaznać trochę ciszy.

Chyba nigdy nie przestanie mnie dziwić ogólne zamiłowanie do kiczu na jarmarkach – nawet nie chodzi o towar, a o samo przystrojenie budek. Tu jakiś plastikowy Mikołaj, który wyglądał jak wyciągnięty z szafy mojej babci dwadzieścia lat temu, tu figurki kucharczyków, które ruszały się jak zepsute zabawki w antykwariacie z „Toy Story 4”… z lekka przerażające. Jedyna rzecz, która dość mnie zaintrygowała, bo nie widziałam jej nigdzie wcześniej, to gigantyczny kalendarz adwentowy. Można było otworzyć drzwiczki z każdym numerem, ale chyba nie muszę ukrywać, jakiego doznałam rozczarowania, gdy okazało się, że w środku nie ma jedzenia, tylko stare figurki do oglądania…

Zbiórkę, żeby zebrać się do kupy, organizowaliśmy zawsze przy budce Curry am Schloss, gdzie Nata, Ola i Wiktor wyczaili najtańsze grzane wino na całym jarmarku (2 euro), które nie wymagało płacenia kaucji za kubek. To więc nie bajka dla tych, którzy chcą mieć pamiątkę, ale za to dla tych, którzy potrzebują nieco ciepła. Smaczne, dobrze doprawione, dość mocne, a i można wybrać, czy woli się czerwone, czy białe. Jeśli jednak nie mamy typowych jarmarcznych kubków, to co? A no styropianowe kubeczki z bałwankiem, które nam chyba nie robiły żadnej różnicy.

Ostatnie dwie godziny zrobiliśmy jeszcze nocny spacer po mieście, trafiliśmy na jarmark średniowieczny, wróciliśmy na Augustusmarkt nocą i na tarasy Bruhla, z których dostrzegliśmy kolejne oświetlone budki. Nikt z nas nie miał już jednak ani siły, ani ochoty schodzić na dół, więc ostatnie chwile w Dreźnie spędziliśmy na rozmowach ze śpiewem ulicznego artysty w tle. Czy pojechalibyśmy jeszcze raz? Pewnie tak, tylko może tym razem wybierzemy inne miasto. Co do biura, nie wydaje nam się specjalnie obligatoryjne, żeby jechać z Indeksem, ale prawdopodobnie wygra ten, kto zaoferuje najlepszą cenę. Może takie jednodniowe wyjazdy staną się naszą tradycją, kto wie? To na pewno bardzo miłe urozmaicenie krótkich grudniowych dni i okazja do tego, żeby spędzić wśród przyjaciół ostatnie chwile przed świąteczną gorączką. Można nacieszyć oczy, uskutecznić miejski trekking i nagromadzić trochę wspomnień za kwotę, która wydaje się dość przystępna w okresie wielu wydatków. Zainteresowanych za rok zapraszamy z nami! 😀

W tym miejscu chciałabym podziękować tym, którzy pojechali razem ze mną, za sprawną organizację i świetnie spędzony czas. Dodatkowe podziękowania dla Igora, który dbał o uwiecznienie tych chwil z jeszcze większym natężeniem niż ja – to dzięki niemu powstały wszystkie nasze grupowe zdjęcia i mimo że po 30-stym z kolei każdy był zmęczony, to cudownie móc je oglądać! ❤

Islandia cz.4 – czyli pierwsze cuda, rozczarowania, jak uniknąć mandatów i dotrzeć ledwie żywym na północ kraju

Informacje ogólne: To już czwarta część naszej relacji z Islandii, więc jeśli trafiłeś tu dopiero teraz, to nic nie szkodzi, zapraszam do czytania (może tylko tego wpisu, a może także poprzednich). Poniższy skupi się na wodospadach w zachodniej części wyspy, będzie też parę słów o płatnych tunelach i wstęp do rejsu z wielorybami. Zapraszam:

Wodospady Hraunfossar i Barnafoss

Pierwszym takim przyrodniczym cudem, który utkwił nam w pamięci po przyjeździe na Islandię, były dwa wodospady położone w bliskim sąsiedztwie (współrzędne geograficzne, jeśli chodzi o dobre parkowanie: 64°42’06.2″N 20°58’44.5″W). Oczywiście trzeba później przejść na piechotę 300-400 m, auto bardzo rzadko zostawia się przy samej atrakcji – czasami odległość wynosi nawet 1,5 km albo więcej (pod górę, niezliczoną ilością schodów itd.), żeby dotrzeć do tego, po co właściwie przyjechaliśmy. To naszym zdaniem przy okazji długiego podróżowania samochodem jest akurat jak najbardziej wskazane; odrobina ruchu, rozruszanie kości, no bo w końcu nie jechaliśmy na wakacje z zamiarem lenistwa.

Na miejscu możemy zobaczyć coś na wzór pieszej trasy wyznaczonej przez rozwieszone sznury. My się ich trzymaliśmy, ale co bardziej zapalczywi fotografowie (albo po prostu Azjaci) obierali własny szlak po skałach, tuż przy samej wodzie, czego raczej Wam nie polecam robić, jeśli w razie czego nie chcecie mieć nieprzyjemności. Szliśmy od takiej strony, że najpierw ujrzeliśmy Hraunfossar, a dopiero później Barnafoss. Ciężko nawet przyrównać do siebie te dwa wodospady, bo wyglądały zupełnie inaczej i robiły odmienne wrażenie, ale nawet z perspektywy czasu wydaje mi się, że Hraunfossar nie tylko podobał mi się bardziej, co nawet był moim ulubionym spośród wszystkich zobaczonych później. Powiedziałabym, że to taka seria mniejszych wodospadów rozciągająca się na bardzo dużą szerokość. Patrząc na to, ma się wrażenie, że w miejscach, w których popękała skała, płyną strumienie łez. 

Na szlaku co chwilę znajdują się platformy, gdzie można stanąć, wychylić się i zrobić co ładniejsze zdjęcia. Idąc dalej, dochodzimy do Barnafoss, który jest znacznie węższy. Woda z niego spływa do wąwozu z bardzo dużą prędkością, dlatego można zaobserwować nawet nie tyle, że się pieni, ale wydaje się wręcz biała, co kontrastuje z błękitną siostrą na zdjęciach powyżej. 

Po całym obchodzie na bardziej zmarzniętych i zmęczonych czeka bar/restauracja tuż przy samym wejściu na ścieżkę. W środku można zamówić kawę czy czekoladę, no i co ważne – skorzystać z toalety!

Wioska Reykholt

Chciałabym powiedzieć, że spędziliśmy tam nieco czasu, jednak już wtedy wyglądaliśmy z nim krucho, zwłaszcza że nadłożyliśmy drogi, udając się do Reykholtu, który uchodzi za jedno z ważniejszych kulturowych miejsc na Islandii. Urodził się tam Snorri Sturluson, jeden z istotniejszych pisarzy tego kraju, ale poza jego pomnikiem i urokliwym kościółkiem nic nas specjalnie nie urzekło. Z początku miałam wrażenie, że musimy podjechać dalej, żeby coś zobaczyć, ale szybko doszliśmy do wniosku, że dwie krzyżujące się ze sobą uliczki to wszystko, co mieliśmy ujrzeć. Do tej pory chce mi się śmiać, kiedy pomyślę o komentarzu Maćka, gdy ujrzeliśmy niewielki cmentarz ze zdjęcia poniżej: „O, spójrz. Tu pochowano wszystkich mieszkańców Reykholtu, którzy mieszkali w nim w ciągu ostatnich 1000 lat”.

Uczcie się na naszych błędach

Jak już wcześniej wspominałam, nie mieliśmy papierowej mapy, więc kiedy tylko wyjechaliśmy z tej miejscowości, nawigacja skierowała nas na “najszybszą” drogę, która co prawda miała ograniczenie prędkości do 80 km/h, ale my poruszaliśmy się tam 20-26 km/h w porywach. To było nasze pierwsze zetknięcie się ze żwirową drogą – zupełne pustkowie, prawie żadnego auta po drodze, a jak już się jakieś trafiło, to zjeżdżaliśmy na bok, bo mieliśmy wrażenie, że gdyby kierowca mógł, to za nasze ślimaczenie się po prostu zabiłby nas wzrokiem. Musicie jednak wierzyć na słowo, że chrzęst drobnych kamyczków uderzających w podwozie i odbijających się od boków auta był naprawdę przeszywający. Prawie tak jak głos faceta z wypożyczalni, który mówił “12 tys. euro za zniszczenia dokonane na samochodzie”. 

Straciliśmy na tamtej drodze jakieś 40 minut, po prostu ze strachu i stresu. Potem zresztą nie było dużo lepiej, więc zadzwoniłam na nasz przyszły nocleg z prośbą, by właściciel zostawił nam klucze do pokoju na recepcji. Taka sytuacja zdarzyła nam się trzy razy, ale nigdy nikt nam nie odmówił, mimo że wiązało się to z tym, że pracownicy nie zapiszą np. numeru naszej karty kredytowej. Tej nocy dostaliśmy nawet liścik ze wszystkimi informacjami dotyczącymi śniadania, pokoju i tak dalej, więc to był naprawdę przyjemny gest ze strony pracowników Eldá Guesthouse, mimo że ledwie umieliśmy to wszystko przeczytać, tak nam się oczy kleiły ze zmęczenia. 

Wspomnienie tej i następnej nocy nie jawią nam się jakoś specjalnie kolorowo. Spędziliśmy wiele godzin w aucie, ale wbrew pozorom też sporo chodziliśmy, więc brakowało nam chwili na odpoczynek. Psychicznie też ciążyła na nas coraz większa presja, jako że z samego rana musieliśmy z Myvatn wrócić do Husaviku (około 56 km) i zdążyć na godzinę 9:45, by wypłynąć w rejs z wielorybami. Im dalej, tym robiło się gorzej, także jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że zmierzchało. Za dnia można skupić uwagę na niezwykłych krajobrazach, wymieniać się opiniami, wypatrywać zwierząt. W nocy zobaczenie czegokolwiek graniczy niemalże z cudem. Oczywiście liczyliśmy, że dopisze nam szczęście i zobaczymy zorzę, ale niebo było bezchmurne jedynie raz w ciągu całego naszego wyjazdu, a i wtedy się nie udało. Jedynym urozmaiceniem okazały się tunele – większe, mniejsze, które to właśnie okazały się naszą największą gafą na tym wyjeździe.

Vadlaheidi Tunnel – płatny tunel w pobliżu Akureyri

Od samego początku, nawet będąc w wypożyczalni, każdy powtarzał nam, że na północy Islandii, w pobliżu Akureyri, znajduje się płatny tunel, przez który można przejechać i zaoszczędzić kilkudziesięciu kilometrów, albo ominąć go i udać się darmową drogą na około. Wiecie, było już po 22:00, więc zgodnie stwierdziliśmy, że możemy zapłacić, bo liczyła się dosłownie każda minuta. Tyle że tunele się skończyły, a my nie zapłaciliśmy nic. Nie, żebyśmy jakoś specjalnie rozpaczali z tego powodu, ale wydawało nam się to dziwne, że na miejscu nie natknęliśmy się na punkt poboru opłat, jakieś szlabany, budki czy cokolwiek innego. Uprzedzając Wasze pytania: nie pojechaliśmy przypadkowo objazdem, Vadlaheidi Tunnel jak najbardziej okazał się płatny, tyle że opłatę uiszcza się internetowo. Trzeba to zrobić w ciągu trzech godzin od przejechania tą trasą, w innym wypadku naliczana jest dodatkowa opłata za każdorazowy przejazd tą drogą.

Cóż, całe szczęście, że robiliśmy obwodnicę i tamtędy nie wracaliśmy, chociaż tym mogliśmy się pocieszać. Przyznaję jednak, że moment otrzymania niespodziewanego maila ze strony wypożyczalni w ostatni dzień naszej podróży był dla mnie jednym z bardziej emocjonujących podczas całego wyjazdu. Jestem pewna, że pobladłam jak ściana, podczas kiedy Maciek śpiewał właśnie kolejną piosenkę w cebula-carze. Jako że siedział ze kierownicą i stresował się już samym faktem zdania samochodu, postanowiłam nie odzywać się tak długo, aż obliczę w głowie wszystkie koszty, które miały nam się obnażyć. O dziwo nie okazało się tak tragicznie, jak z początku myślałam. Podstawowy koszt przejazdu przez Vadlaheidi Tunnel to około 50 zł, do tego mandat w wysokości 85 zł. Gdy podzieliło się to na dwa, aż można było odetchnąć z ulgą, jeśli przed oczami miało się już jakieś tysiąc złotych.

Jak to się właściwie stało, że tego nie dopilnowaliśmy? Naszym błędem było przyjęcie typowych zachodnioeuropejskich standardów dla Islandii. Nie doczytaliśmy o tym, bo wydawało nam się oczywiste, że płaci się na miejscu. Nie dawało nam to spokoju, więc trochę poszperaliśmy w internecie i okazało się… że tabliczka z informacją o opłatach rzeczywiście stoi przy tunelu, ale o 22.16 (dzięki mandatowi przynajmniej znam dokładną godzinę), było już tak ciemno, że nawet nie było jej widać. Naprawdę, ciemność na Islandii jest bardzo dojmująca, zwłaszcza jeśli przejeżdża się pomiędzy dwoma wzniesieniami – wokół jest dosłownie czarno, żadnych świateł, nie ma gwiazd i widać tylko to, co znajduje się kilka metrów przed maską auta.

Islandia a jazda nocą

Takie warunki wzbudzają dyskomfort, nawet jeśli zdajesz sobie sprawę, że Islandia to jeden z krajów o najmniejszym odsetku przestępczości. Jadąc nocą i napotykając samotny dom na środku odludzia, gdzie paliła się jakaś pojedyncza żarówka, mieliśmy wrażenie, że mieszka tam ktoś, kto zupełnie postradał zmysły. Pamiętam, jak zgodnie stwierdziliśmy wtedy, że żyjąc w taki sposób, spalibyśmy ze strzelbą pod poduszką i budzili się z przerażeniem na każde skrzypnięcie drzwi czy okiennic. To był też powód, dla którego nie zatrzymaliśmy się na poboczu i po prostu nie zdrzemnęliśmy na chwilę.

Maciek co rusz wyganiał mnie do spania, bo myślę, że widział, jak walczę ze snem, mimo że w tle głośno grała muzyka i staraliśmy się podtrzymać konwersację. Ciągle powtarzał, że to był długi dzień, że mam okres, że przecież brzuch mnie boli i mam iść spać. Trochę nasz brak siły był też spowodowany właśnie tym, że nie jedliśmy (ten i następny dzień opierał się na diecie: nażryj się na śniadanie do granic możliwości i wieczorem oszukaj głód chińską zupką zapitą gorącym kubkiem). Wiedziałam, że na kierowcę jeszcze bardziej usypiająco działa śpiący pasażer na siedzeniu obok, poza tym trzymało się mnie poczucie solidarności. Maciek jednak cały dzień prowadził, a znam jego charakter i wiedziałam, że nie przyzna, że nie da rady, więc zostawianie go bez nadzoru wydawało mi się skrajną nieodpowiedzialnością. Męczyliśmy się przynajmniej we dwoje.

Nie wiem, która droga przysparzała nam o tej porze więcej problemów. W dzień podróżowanie „1” stanowiło luksus, ale po ciemku stawało się strasznie monotonne. Prosta droga, nie ma zbyt wielu zakrętów, nie wymaga dużego skupienia. W asfalcie raczej nie pojawiają się dziury, znaki są niemalże niepotrzebne, obecność innych aut znikoma, nie widać dosłownie niczego, na czym można skupić uwagę. Pamiętam, że jadąc w stronę Paryża, na autostradzie panowała podobna stagnacja, jako że wokół oprócz pól niewiele dało się zobaczyć. Tam jednak na poboczach ustawiano na przemian kolorowe kule, trójkąty, kwadraty i tak dalej, żeby urozmaicić jazdę kierowcy. Na „1” nie było o tym mowy, oczy mimowolnie zamykały się z braku zajęcia.

Rozbudzenie przychodziło zawsze w przypadku dróg takich jak „99”, którą podróżowaliśmy następnego dnia w kierunku Höfn. To z pewnością jedno z moich gorszych wspomnień, jeśli chodzi o cały wyjazd. Rozbudziliśmy się niemal natychmiastowo, kiedy auto wjechało na żwirową powierzchnię pokrytą spękaniami, dołami i czymkolwiek tylko się dało. Nasza Kia niespecjalnie miała ochotę hamować przy spadkach i podjeżdżać pod wysokie wzniesienia, zza których nie dało się zobaczyć dosłownie niczego. Nawet nie byliśmy pewni, w którą stronę należy skręcić, gdy już ujrzymy dalszą część nawierzchni, ani czy ktoś nie nadjedzie z naprzeciwka. Dźwięk obijających się o auto kamyczków i kamieni spędzał sen z powiek, pojawiał się stres. Nawigacja pokazywała jeszcze kilkadziesiąt kilometrów drogą, której nie sposób ominąć, czas podróży ciągle się wydłużał, nocleg wydawał się jeszcze bardziej odległy, a my autentycznie zastanawialiśmy się, jakim cudem dojedziemy na miejsce. W takich momentach czuliśmy straszne zmęczenie psychiczne, a kiedy wyjeżdżaliśmy na prostą drogę, razem z ulgą przychodziło wyczerpanie fizyczne.

Myśląc o tym dniu, najbardziej żałuję, że zabrakło nam czasu na wodospad Godafoss. Generalnie zachodnia część Islandii pozostała dla nas w dużym stopniu nieodkryta. Pocieszające wydaje się jednak, że mamy tym więcej motywacji, żeby wrócić i spróbować jeszcze raz, tym razem z lepszym efektem. Do Akureyri dotarliśmy około godziny 23.00. Jedno z bardziej pokaźnych miast w kraju, które my zobaczyliśmy jedynie przejazdem, zaliczając stację benzynową jako cały postój. W porządku, wyglądało ładnie, kiedy obserwowaliśmy je z daleka jako jeden z niewielu punktów oświetlonych setkami świateł, jednak czuliśmy żal. Zostawiając je za sobą, usłyszałam tylko głos Maćka: „Nie no, Akureyri piękne jak ja pierdole” i zaczęłam się śmiać, choć tak naprawdę był to raczej śmiech przez łzy.

Z nas dwójki to on jest osobą, której w większym stopniu humor nie opuszcza nawet w złych sytuacjach. Rzucał żarty, nie awanturował się, nie miał pretensji. Ja byłam od tego, żeby podnieść go na duchu. Pamiętam, jak tego albo następnego dnia przegapiliśmy zjazd, a po samochodzie rozniosły się ciche i zrezygnowane kurwy. Wtedy to ja się spinałam, kładłam mu dłoń na ramieniu i mówiłam, że to nic – zawrócimy, będzie po problemie, no zdarza się, zwłaszcza kiedy musisz skręcić niespodziewanie po 50 km. Pamiętam, że usłyszałam wtedy, że jestem dobrym pasażerem; takim, który umie zadbać o picie i jedzenie (zwłaszcza w końcowych dniach), muzykę, dobrą atmosferę, który zdzieli po ramieniu, gdy przysypiasz, i nie drze ryja, gdy coś pójdzie nie tak. Kto mnie zna, ten wie, że z tym darciem ryja to może nie do końca prawda, ale w takich chwilach potrafię być naprawdę spokojna. Wiedziałam, że Maciek jest zmęczony, a ostatnim, czego chciałam, to żebyśmy skoczyli sobie do gardeł. Jechał już tyle czasu, że było mi go szkoda i przez cały wieczór powtarzałam, że jestem mu bardzo wdzięczna i świetnie sobie poradził. To nie przeszkodziło mi jednak popłakać się ze śmiechu przed snem, kiedy zobaczyłam, co zrobił.

Nocleg w Elda Guesthouse

Nocleg w Mýatn był rozbity na kilka sypialnianych domków. Chwilę zajęło nam, by po ciemku znaleźć recepcję i odebrać swoje klucze. Wokół panowała straszna cisza i było tak zimno… Temperatura spadła, zaczął lać deszcz, a my ze zmęczenia też już nie czuliśmy wszystkiego tak, jak powinniśmy. Miałam problem, żeby w ogóle poradzić sobie z otworzeniem zamka, ale w końcu się udało: ukazał się nam skromny pokoik z dwoma łóżkami.

Zdjęcie niestety z Bookinga, bo na nasze było za ciemno :c

Mimo że była północ, poszliśmy zagotować wodę na zupki, a z dwóch pokojów obok (nie równocześnie, ale po upływie jakiegoś czasu) wychylili się Azjaci. Ich zresztą widzieliśmy najczęściej podczas całej naszej podróży, ale każdy z nich miał zupełnie inne nastawienie, podobnie jak ci tam. Jeden wyszedł do nas w samym szlafroku albo ręczniku, dokładnie już nie pamiętam. W każdym razie wyglądał, jakby przed chwilą dobrze bawił się z dziewczyną i to wprawiło go w na tyle dobry nastrój, że przywitał się z nami i na chwilę zagadał. Drugi z kolei wyjrzał na nas oczami małymi jak główki szpilki, zaspany jak niedźwiedź po zimowym śnie i nie kwapił się żadnym „cześć, co słychać?”. Pomarudził tylko chwilę, że jesteśmy strasznie głośno, mimo że staraliśmy się nie oddychać, i wrócił do pokoju.

Po zjedzeniu naszej wieczornej dawki chemii, ułożyliśmy się do snu – mnie zajęło to krócej, już niemalże przysypiałam, kiedy Maciek zgasił światło i udał się w stronę łóżka, przy którym zalegała nasza torba. Przysięgam, patrząc na niego, byłam pewna, że się o nią potknął, bo wyciągnął rękę i runął jak długi na ziemię. Kiedy to zobaczyłam, najpierw poczułam dezorientację, a zaraz potem dostałam napadu śmiechu, gdy uświadomił mnie, co właśnie zrobił. Położył jedną dłoń na materacu i myślał, że dotarł na miejsce. Nie zrobił kroku w przód, nie starał się nawet usiąść, po prostu uwalił się całym swoim ciężarem na ziemię, myśląc, że jest w łóżku. Dalej chce mi się śmiać, kiedy przypomnę sobie huk, a potem jego zawodzenie. Wreszcie przydarzyło się coś, co zdołało mnie rozbudzić – szkoda tylko, że tak późno.

Rano przeszliśmy na śniadanie do odpowiedniego budynku, a kiedy tylko wyszliśmy na zewnątrz, zaniemówiliśmy. Rozejrzeliśmy się wokół i ledwie chciało nam się wierzyć, że to dokładnie to samo ciemne i ponure miejsce, do którego przyjechaliśmy poprzedniego dnia. Widoki były po prostu przepiękne: góry, woda, mnóstwo kolorów. Znów wstąpiła w nas pozytywna energia, zwłaszcza gdy ujrzeliśmy śniadanie. Prezentowało się dużo skromniej niż w stolicy, kuchnia była raczej ciasna i z trudem mieściło się tam naraz kilka osób, ale i tak najedliśmy się do granic możliwości: naleśniki, parówki, jajecznica, banany, kawa, czekolada, herbata, nałożyliśmy to wszystko i jeszcze dokładkę.

Gentle Giants – Rejs z wielorybami

Około 8.40 zawróciliśmy w kierunku Husaviku. Ubraliśmy się najcieplej, jak tylko mogliśmy, i ruszyliśmy na rejs z wielorybami. Na miejscu mieliśmy rozpoznać charakterystyczne niebieskie flagi i rzeczywiście nie było większego problemu ze znalezieniem ich. Odwiedzających zjechało się jednak naprawdę dużo i zajęcie bliskiego miejsca do parkowania graniczyło niemalże z cudem. Wysiadłam więc z auta, zostawiając tę kwestię Maćkowi, a sama poszłam zgłosić nasze przybycie Gentle Giants, czyli firmie, która odpowiadała za nasze wypłynięcie (jeśli interesują Was koszty takiej wyprawy, to wszystko podliczyłam w części 1). Zeszliśmy bliżej wody, a w nozdrza uderzył nas nieprzyjemny zapach zgniłych ryb. Odnaleźliśmy naszą łódkę i ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że jest jeszcze mniejsza, niż to sobie wyobrażaliśmy. Na pokładzie mieściło się około dwudziestu osób + przewodnik.

Pierwszą rzeczą, którą zrobiliśmy, to upodobniliśmy się do siebie. Oboje dostaliśmy specjalne kapoki, a także skafander zawierający w komplecie dodatkową pelerynę przeciwdeszczową. Dosyć mnie to dziwiło, raczej odniosłam wrażenie, że ma nas to ochronić przed zimnem niż przed wodą, mimo że tego dnia pogoda trafiła się naprawdę ładna. Nie zmieniało to faktu, że ocean okazał się mocno wzburzony, więc nasza łódka bujała się i na pokład, wbrew mojemu mylnemu wrażeniu, wlewało się mnóstwo wody. Fale rozbryzgiwały się co chwilę, opryskując wszystkich wokół i już po kilkunastu minutach czułam, że mam przemoczone rękawiczki, a buzia marznie mi od wiatru i wilgoci.

Poruszanie się w naszym nowym stroju wcale nie było takie łatwe. Dostałam najmniejszy rozmiar skafandra, ale już po założeniu spodni nogawki przykryły mi całe buty i generalnie deptałam po nich przez większość czasu. Cały ten ekwipunek okazał się dosyć ciężki i krępujący ruchy, ale to nie przeszkadzało nam we wdrapywaniu się na drewnianą ławeczkę pośrodku łódki. To był jeden z tych razów, kiedy niezwykle się cieszyłam, że obok nas siedzieli praktycznie sami Azjaci. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że każdy Polak zabiłby śmiechem nasze „wodoodporne pokrowce” na telefony. W rzeczywistości nie mieliśmy niczego takiego, jakoś wyleciało nam z głowy, by się w nie zaopatrzyć. Wpadliśmy jednak na błyskotliwy pomysł i stwierdziliśmy, że w tej roli świetnie sprawdzą się nasze samolotowe kosmetyczki. Brzmi to absurdalnie, a jednak zadziałało: nawet świetnie robiło się przez nie zdjęcia, sami zobaczcie.

Jak widzicie – potrzeba matką wynalazków. Może jednak nie róbcie tego co my z rozmysłem, bo do teraz zastanawiamy się, jak bardzo wyśmialiby nas rodacy, jakby zobaczyli dość duży napis KOSMETYCZKA MAŁA na naszych wodoodpornych pokrowcach. Śmiechom jednak nie było końca, zwłaszcza gdy ujrzałam, co Maciek ma wymalowane na piersi. Każdy pokrowiec oznaczano rozmiarem na jego zewnętrznej części, co prezentowało się dość komicznie, zwłaszcza w przypadku mężczyzn. Mój komentarz? „Chodź, Maciek, założymy ci Tindera, z taką reklamą żadna się nie oprze”.

Skafander – jest, kosmetyczka mała – jest, wszyscy – są: więc ruszamy. Jeśli jesteś ciekawy, jak wyglądał cały rejs, czy udało nam się cyknąć fotkę wielorybom i co miłego spotkało nas na łodzi, to wszystko pojawi się w kolejnej części podróży, więc nie przegap! A ja tymczasem zapraszam na mój fanpage, a także Instagrama; linki znajdziecie na górze po prawej. Bądź na bieżąco 😀

Islandia cz.3 – czyli najlepsze hot dogi na świecie, cuda Reykjaviku i zmora wiecznie przepełnionego pęcherza

Informacje ogólne: To już trzecia część naszej islandzkiej przygody, więc jeśli przegapiłeś którąś z poprzednich, to polecam je nadrobić. Nie będzie to absolutnie konieczne, bo w fabule się raczej nie zgubisz, ale myślę, że dzięki temu cała historia nabierze kolorytu. Poniższy opis będzie w głównej mierze dotyczyć zwiedzania Reykjaviku, także dziś gratka dla fanów dużej ilości zdjęć. Zapraszam:

Reykjavik – gdzie parkować i kupować?

Nasz hotel, Capital Inn, znajdował się około 4,5 km od ścisłego centrum stolicy, więc podjechaliśmy na miejsce samochodem, nie chcąc tracić czasu. Tak jak wspominałam, zanim się zakwaterowaliśmy, wynajęliśmy auto i tak dalej, było już po 20.00 czasu islandzkiego, ale nie zamierzaliśmy odpuścić ani chwili ze zwiedzania. Co dosyć nas zaskoczyło, problem z parkowaniem nie urósł do takiej rangi, jakiej się spodziewaliśmy. W nawigacji bardzo pomogła nam mapka, którą możecie znaleźć na oficjalnej stronie Guide to Iceland lub klikając TUTAJ. Przedstawiała ona strefy parkowania według przyjętych cenników, jednak będąc na miejscu, warto za każdym razem spojrzeć na znaki i upewnić się, kiedy oraz jakie opłaty dokładnie obowiązują, żeby później nie napytać sobie biedy. Dwa razy udało się ich w ogóle uniknąć i naszymi ulubionymi lokalizacjami okazały się mieszkalne uliczki w okolicy Hallgrimskirkja, a także mały, bezpłatny parking nieopodal stacji paliw Olis.

parkowanie.png

Opłaty za parking wydawały nam się bardzo wysokie (oczywiście już po przeliczeniu), bo za niecałą godzinę robienia zakupów (około 34 minut), zapłaciliśmy 16 zł. Wiadomo, jeśli nie ma żadnej innej opcji, to cena nie gra roli, jednak o ile nie zamierza się parkować w ulicach prostopadłych czy sąsiadujących z Laugevegur, o tyle nie ma problemu ze znalezieniem miejsca (to samo tyczyłoby się też większych aut, linie są namalowane naprawdę szeroko w porównaniu do polskich standardów). Tam nawet przedstawiciele tego mema odetchnęliby z ulgą:

Możecie się domyślić, że po około dziesięciu godzinach nie marzyliśmy o niczym więcej poza zjedzeniem czegoś. Niestety sklepy, które mieściły się w naszych wymaganiach cenowych, zamykano już o godzinie 18.00. Mam tu na myśli sieć „Bonus” z charakterystycznym wizerunkiem świnki, którego odwiedza tak wielu Polaków, że doczekał się on kas samoobsługowych w języku polskim. Zresztą pan, który pracował na miejscu i potwierdzał nasze zamówienie, również pochodził z naszego kraju. W ogóle znaczna część pracowników w hotelach czy restauracjach była naszymi rodakami, raz na południu trafiliśmy nawet na restaurację, w której główną pozycją w menu okazały się pierogi.

Bonus.png

Nasz koszyk z zakupami następnego dnia nie kosztował więcej niż 100 zł, a udało nam się za tę cenę rozsądnie rozplanować przynajmniej trzy najbliższe obiady. To, że nigdy nie zjedliśmy ich akurat w porze obiadu, to zupełnie drugorzędna kwestia, o której jeszcze wspomnę. Możemy jednak śmiało polecić tę sieć sklepów, zwłaszcza w Viku wywarł na nas bardzo pozytywne wrażenie, choć do samego końca nie mogliśmy przywyknąć do tego, że cena kurczaka jest znacznie, ale to znacznie wyższa niż ryb. Dość niecodzienny widok dla przeciętnego Polaka, mimo że wiedzieliśmy o tym nawet na długo przed przylotem na Islandię. Dla zainteresowanych zamieszczę TUTAJ przykładowe cenniki, które pomogą rozplanować posiłki i wydatki jeszcze przed wyruszeniem w podróż.

Pylsury – najlepsze hot dogi świata

Wieczorem jednak postawiliśmy na jedzenie w mieście i nawet mieliśmy już od dawna zaplanowany pierwszy cel. Odpuściliśmy kolację w restauracji (i tak było nas stać tylko na frytki, jako że zestaw dwóch burgerów kosztował 120 zł), natomiast udaliśmy się na sławetne pylsury, czyli islandzkie hot dogi. Budka Bajarins Beztu Pylsur, czyli Najlepsze Hot Dogi w Mieście, jakoś zupełnie rozminęła się z naszymi wyobrażeniami. Na wszystkich forach pisano o rzeszach turystów, które się przed nią zbierają, a tymczasem byliśmy tylko my i jakaś jedna czy dwie osoby. Mimo tego znalezienie jej nie okazało się specjalnie trudne, stała pośrodku pustego placu i wyróżniała się czerwonym kolorem. Może trafiliśmy na dobrą porę dnia, bo pogody specjalnie nie brałabym pod uwagę. Wiadomo, nie mogliśmy usiąść w cieple, dodatkowo kropiło, ale na Islandii każdy jest do tego przyzwyczajony.

IMG_20190911_203851718.jpg

Wokół tych fast foodów krąży legenda – są tak dobre, że na jednym nie poprzestał jeszcze nikt. Chcąc to sprawdzić, podeszliśmy do okienka, gdzie młody chłopak zapytał nas, czy chcemy „ze wszystkim”. Niespecjalnie wiedzieliśmy, co oznacza to „wszystko”, ale brzmiało dobrze, więc potaknęliśmy. Hot dogi, które dostaliśmy, przede wszystkim na zdjęciach wydawały nam się większe. Kiełbaska, która znajduje się w środku, składa się z trzech rodzajów mięsa (jagnięcina, wołowina i wieprzowina), a w białej, miękkiej bułce oprócz niej możemy znaleźć także surową i prażoną cebulę. Całość jest oblana trzema rodzajami sosów – ketchupem, majonezem i remoulade. Nie mieliśmy okazji spróbować go nigdy wcześniej i pierwszym, co zwróciło naszą uwagę, było to, że strasznie skleja buzię.  Składa się w głównej mierze z majonezu, musztardy, koperku i szczypiorku, ale to z pewnością jeden z lepszych dodatków, jakich przyszło mi kiedykolwiek kosztować. Połączenie tych smaków sprawiło, że rzeczywiście jestem skłonna uznać te hot dogi nie tylko za najlepsze w mieście, ale także w moim życiu. Oczywiście na jednym nie poprzestaliśmy i ta inwestycja całkiem nam się opłaciła, zwłaszcza że jedna porcja po przeliczeniu kosztuje około 17 zł. Już wtedy postanowiliśmy sobie, że tak samo jak powitaliśmy stolicę, tak samo pożegnamy ją ostatniego dnia.

Zwiedzanie stolicy

Później nastąpiła pora na zwiedzanie. Reykjavik mieliśmy okazję podziwiać zarówno po ciemku, jak i za dnia, a miasto to charakteryzuje się wtedy zupełnie inną aurą. Co mnie urzekło, to taka cudowna cisza i spokój. Doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś w stolicy, a równocześnie czujesz, jakbyś przechadzał się po małym, górskim miasteczku. Najpiękniejszym jego elementem są bez wątpienia kolorowe domki, które wyglądają odrobinę, jakby wybudowano je z drewna i przemalowano.

IMG_20190911_205206732.jpg
IMG_20190912_101602460.jpg
IMG_20190912_110304635_HDR.jpg

Każda knajpa i restauracja wiąże się w jakiś sposób z kulturą Islandii – połowami, wikingami, czy po prostu z określonym typem krajobrazu. W zasięgu wzroku można też dostrzec mnóstwo prostych, jakże uroczych ozdób: ściany przystrojone sztucznymi kwiatami, kamienie przemalowane na gigantyczne biedronki i wiele innych.

IMG_20190912_095709320.jpg
IMG_20190912_101649316_HDR.jpg

Niesamowite wrażenie wywierają też pomalowane chodniki i murale, choć niektóre z nich wydają się po prostu przerażające. Naszej uwadze nie uszło też, że Islandia jest krajem bardzo tolerancyjnym: w wielu miejscach wiszą kolorowe flagi, natrafiliśmy nawet na aleję, gdzie zamiast czarnego asfaltu widniała wymalowana tęcza. Kiedy tam jesteś, nawet przestaje cię to dziwić: wydaje ci się, że tutaj każdy ma swoje miejsce.

IMG_20190911_211505916.jpg
IMG_20190912_105836604_HDR.jpg

Islandia słynie ze swoich opowieści o elfach i trollach, dlatego wielokrotnie możemy zobaczyć ich postacie przed sklepikami, różnego rodzaju kartki, magnesy, kubki i inne gadżety. Możecie zobaczyć, kto z nas wypadł lepiej 😀

IMG_20190912_110158552.jpg
72447872_537272746844072_489459120206774272_n.jpg

Jednej rzeczy jednak zupełnie się nie spodziewaliśmy, a mianowicie tego, że tam sprzedawcy potrafią zrobić atrakcję dosłownie ze wszystkiego. Na jednym ze stanowisk z odzieżą leżał… kotek. Wiecie, z początku wydawało nam się, że to taka atrapa na miękkiej podusi, którą często można kupić i jeszcze zamruczy, kiedy ją uruchomimy. Okazało się jednak, że kotka była żywa i tak bardzo przyzwyczajona do klientów, że zupełnie przestała zwracać na nich uwagę. Kiedy tylko dotknęło się jej grzbietu, nawet się nie wzdrygała, po prostu spała dalej. Obok niej widniała nawet specjalna karteczka: „Tak, jestem prawdziwa! Mam na imię Ofelia. Jestem puchata i taaaaaka słodka. Jem suszone ryby i jestem kotem sąsiadów. I nie jestem na sprzedaż! :D”. Kotka miała nawet swojego własnego Instagrama.

Przeszliśmy się też wieczorem nadbrzeżem, gdzie doznałam lekkiego zdziwienia. Wobec tego obrazu, jaki opisałam Wam wcześniej, jakoś zupełnie nie pasowały mi wieżowce wyrastające na horyzoncie. W ogóle znalazło się kilka elementów, które nijak nie łączyły się z całokształtem miasta, jak na przykład szklane przejście między budynkami czy dziwne neony.

IMG_20190912_102214232_HDR.jpg

Z innowacyjnych rozwiązań natomiast zakochałam się w terenie wokół Harpy, czyli tamtejszej sali koncertowej. Świetnie przemyślany system wodny, idąc tamtędy, ma się wręcz wrażenie, że chodzi się po wodzie, jeśli stanie się pod odpowiednim kątem, zwłaszcza że tuż przed sobą widzi się ocean.

IMG_20190912_103645646_HDR.jpg

Jak możecie zauważyć na pierwszym zdjęciu, tradycją było, że każdy przechodzień układał swój własny stosik z kamieni, przechodząc tamtą drogą. Nasze może nie prezentowały się tak pięknie jak ten poniżej, ale chociaż pozostawiliśmy po sobie jakiś krótkotrwały znak.

IMG_20190912_103433640.jpg

Nie bylibyśmy też prawdziwymi turystami, gdybyśmy nie odwiedzili Sun Voyagera, czyli najbardziej charakterystycznego symbolu Reykjavika.

72789524_530665834174347_5311794030164574208_n.jpg

Za drugi z nich uchodzi Hallgrimskirkja, czyli kościół, który jest drugim pod względem wielkości budynkiem na Islandii. Pierwszy raz zobaczony nocą, aż przywodzi na myśl piosenkę Budki Suflera „Jest taki samotny dom”, nad ranem natomiast ukazał nam się na tle tęczy. Nie zdołaliśmy go jednak odwiedzić pierwszego dnia, bo zauważyliśmy karawanę, a na drzwiach kościoła widniał napis, że pogrzeb kończy się za 3-4 godziny. Nie poddaliśmy się jednak i ponowiliśmy próbę już w dzień naszego powrotu. I tu kolejne zdziwienie – jak na tak ogromną budowlę i wrażenie, jakie robi z zewnątrz… wewnątrz okazała się wręcz biedna. Z jednej strony nie doznaliśmy żadnego wow, a z drugiej… no chyba właśnie taką prostotą powinien odznaczać się kościół.

IMG_20190912_100440183.jpg
IMG_20190911_212348042.jpg
72385658_568063803999916_8619314388802732032_n.jpg

Jak wygląda islandzkie śniadanie?

Z Reykjaviku wyjechaliśmy dość późno, bo dopiero koło godziny 11-12 nad ranem. Zjedliśmy śniadanie w hotelu i niesamowicie podobała nam się atmosfera, jaka panowała w tym małym pokoiku ze szwedzkim stołem. Jeśli ktoś z Was zastanawiałby się kiedyś, jak wygląda islandzkie śniadanie, to niewiele odbiega ono od naszego polskiego: jajecznica, parówki (w tym również kiełbaski o dziwnym smaku, prawdopodobnie z rekiniego mięsa), tosty, owoce, warzywa, różnego rodzaju dżemy, miody i tak dalej. Jest jednak jedna rzecz, która absolutnie nas zachwyciła, a mianowicie gorąca czekolada Swiss Miss w charakterystycznych, dużych puszkach. Później okazało się, że jest dostępna w sieciówkach w całkiem przystępnych cenach, więc kupiliśmy od razu po trzy na głowę. Zrobiliśmy na tym interes życia, bo w Polsce, jeśli chcielibyśmy zamówić ją z oficjalnej strony, zapłacilibyśmy około 100 zł. Na miejscu (dokładnie w miejscowości Vik), trzy sztuki wyniosły nas około 90 zł. Niesamowicie słodka, gęsta i nawet z piankami marshmallow w środku!

Podróż Kią Picanto – oczekiwania vs rzeczywistość

Pierwszy dzień naszej jazdy to odcinek Reykjavik-Myvatn, czyli najbardziej wysiłkowa część podróży, jako że musieliśmy dostać się aż na północ kraju. Mieliśmy do pokonania około 430 km i nasz plan podróży przewidywał, że jadąc bez przerwy, zajmie nam to około sześciu godzin. Oczywiście po drodze zamierzaliśmy zatrzymywać się we wcześniej zaplanowanych miejscach, więc nastawiliśmy się, że koło godziny 22:00 (czyli po 10 godzinach) dotrzemy do miejsca, gdzie zarezerwowaliśmy nocleg. Możecie więc domyślić się, że nasza radość sięgnęła zenitu, kiedy okazało się, że sama trasa zajęła nam ponad dziewięć godzin. Kiedy ostatecznie położyliśmy się spać? Czytajcie dalej.

Pomijając fakt, że nasza Kia niespecjalnie nadawała się do komfortowej, bezstresowej jazdy po islandzkich drogach, popełniliśmy też kilka bardzo istotnych błędów. Oprócz tego, że wyjechaliśmy po prostu za późno, to mieliśmy taki kompleks „musimy zobaczyć wszystko”, skoro byliśmy na miejscu tylko tydzień. Skutkowało to tym, że zatrzymywaliśmy się dosłownie w każdej miejscowości z naszej listy, chociaż część z nich zupełnie nie robiła na nas wrażenia, a nadkładaliśmy dla nich drogi. Oczywiście każdy ma różne odczucia i preferencje, ale na naszym przykładzie postaram się pokazać Wam, że część rzeczy naprawdę warto sobie odpuścić, jeśli jest się tak bardzo ograniczonym czasowo. Z tego też względu my przez dwa czy trzy ostatnie dni odpuszczaliśmy sobie w ogóle odwiedzanie wsi czy małych miasteczek. Jasne, mają one swój urok, ale są jednak łudząco podobne i odrobinę wymarłe. Jeśli nie macie konkretnego celu, takiego jak zjedzenie sfermentowanego rekina, odwiedzenie jakiegoś muzeum i tak dalej, to znaczy, że najlepiej postawić wyłącznie na cuda natury, podobnie jak zrobiliśmy to my.

Pewnie wielu z Was myśli sobie teraz, że tyle godzin spędzonych w samochodzie musiało być strasznie nudne, ale nic bardziej mylnego. Krajobraz Islandii jest bardzo nostalgiczny, można by wręcz rzec, że w kółko obserwuje się to samo: ocean, skały, połacie ziemi porośnięte mchem. A jednak mimo tego natura cechuje się niezwykłą różnorodnością. Co chwilę ze skał wybija jakiś wodospad, na horyzoncie widać lodowiec, nagle przejeżdża się obok naturalnych rozlewisk, a kamienie zmieniają swoją barwę od szarych, przez zielonkawe i brunatno-czerwone.

72578595_1130871860451497_5599186720189841408_n.jpg
72597711_406971023319561_2870860117509668864_n.jpg
72636648_321467542047594_1685588081710727168_n.jpg
72694073_2436614789707522_8754446382196064256_n.jpg
72779203_2363185340600079_8705339796307836928_n.jpg

Na poboczach pasą się konie, krowy, kozy czy owce (które Maciek nazywał kulkami miłości, bo były tak małe, puchate i okrągłe). Z czasem naprawdę godziliśmy się z tym, że żadnego dnia nie dojedziemy na czas i staraliśmy się wyciągnąć z tych chwil tyle, ile tylko możliwe. Doszło do tego, że postawiliśmy sobie wyzwanie, by zrobić sobie selfie z każdym rodzajem napotkanego zwierzęcia. Prócz śnieżnej sowy, która niespodziewanie wzbiła się ponad maskę naszego samochodu, no i może gęsi, udało nam się naprawdę nieźle:

Toalety na Islandii

Czasem też po prostu zatrzymywaliśmy się przy jakichś punktach widokowych albo… no właśnie. ALBO, czyli jedna z bardziej krępujących kwestii na Islandii – toalety. W okolicach Reykjaviku było tak dużo stacji benzynowych, że przyjęliśmy je już niemalże za pewnik. Kiedy więc zatrzymaliśmy się po raz kolejny i Maciek zapytał, czy idziemy do łazienki, ja stwierdziłam, że nie, no po co, aż tak mi się nie chce, pójdę na kolejnym postoju. Co okazało się później? Że najbliższa publiczna toaleta na trasie pojawiła się za trzy godziny. Uwierzcie mi, ciężko sobie wyobrazić ulgę, jaką poczuliśmy, kiedy wreszcie do niej dotarliśmy, zwłaszcza że im gorzej się czuliśmy, tym więcej rzucaliśmy głupich żartów. Maciek śpiewał „Ty mała znów zarosłaś”, a ja ostatnie pół godziny jechałam dosłownie zgięta wpół, z rozpiętymi spodniami i modlitwą na ustach, by jakoś to przeżyć.

„Co za problem, przecież są krzaki”, pewnie pomyślicie sobie. Oprócz tego, że na Islandii drzew i krzewów jest tyle, co kot napłakał, to istnieje też drugi problem: wysokie mandaty za załatwianie swoich potrzeb fizjologicznych na dworze, gdzie wszystko jest uważane za cud natury. Dla nas to była po prostu największa zmora, a im jechaliśmy dalej, tym bardziej czułam, że nasze potrzeby stają się coraz bardziej podstawowe: „Chcę już tylko dojechać i zjeść gorący kubek”, „Chcę wyłącznie położyć się spać”, „Chcę tylko dojechać na miejsce i nie mieć poplamionych spodni”. Tak, dokładnie – podczas kiedy normalni ludzie mają jet-lag, ja miałam niespodziewany okres przez cały tydzień naszego wyjazdu, w dodatku w miejscu, gdzie toaleta stanowiła dobro luksusowe. Czy da się wytrzymać? Oczywiście, da się, tylko nie wszystko zawsze idzie zgodnie z planem, podobnie jak nasze sikanie.

Za którymś razem, kiedy Twój pęcherz po raz n-ty jest przepełniony do granic możliwości, po prostu ciężko już wytrzymać. Dotarliśmy do stacji samoobsługowej (swoją drogą genialne, po prostu przykładasz kartę, tankujesz i odjeżdżasz w dosłownie 3 minuty, niestety w Polsce się nie przyjęło), ale okazało się, że na miejscu nie ma toalet. Zaraz obok znajdował się jedynie budynek poczty, więc stwierdziłam, że zapytam, czy ktoś pozwoli nam skorzystać z toalety. Był już jednak wieczór, więc budynek okazał się zamknięty na cztery spusty. Słysząc to, Maciek obwieścił wszem i wobec, że nie wytrzyma, więc schował się za przyczepy, które stały nieopodal, i zrobił swoje.

– Spójrz na ten budynek obok – powiedział zaraz, kiedy wrócił do auta i przejechaliśmy jakieś dwadzieścia metrów.
– No, co z nim?
– Komisariat policji. Słuchaj, obok mnie jakieś dwa radiowozy przejechały. Ale nikt mnie nie zauważył – stwierdził z dumą.

W sumie trochę zazdroszczę facetom w tej kwestii, mają dużo łatwiej. Ja dalej zwijałam się na fotelu, cierpliwie czekając na jakąś cywilizowaną łazienkę. Kiedy jednak dwadzieścia minut później zobaczyłam grupkę drzew zbitych w jednym miejscu, kazałam Maćkowi stanąć. Jedynym, co mnie wtedy pocieszało, był fakt, że nie oblezą mnie żadne robaki, dla nich jest tam stanowczo za zimno. To było jednak naprawdę słabe uczucie, zwłaszcza jeśli przypomniało ci się, że ostatni raz podobna sytuacja miała miejsce może wtedy, kiedy miałeś cztery latka i poszedłeś na grzyby do lasu razem z rodzicami.

Później jednak szło nam to dużo lepiej: i szukanie toalet, i sama jazda, mimo że nasz pierwszy cel nie wywarł na nas żadnego wrażenia. Zatrzymując się w Borgarnes, nie dostrzegliśmy w nim nic poza zwykłym, bardzo skromnym i niespecjalnie wyróżniającym się miasteczkiem. Oprócz tego, że pochodziliśmy tam pięć minut i zatankowaliśmy samochód, to raczej ciężko byłoby wykrzesać z tego miejsca coś więcej. Naszym zdaniem warto sobie odpuścić, zwłaszcza że następny w kolejce jest wodospad Barnafoss, a to z kolei już zapiera dech w piersiach.

Na dziś to tyle, kolejną część zaczniemy z przytupem już właśnie o samym Barnafoss i okolicach, a tymczasem zapraszam Was do podzielenia się swoimi wrażeniami, a także do obserwowania funpage’a czy Instagrama!