Islandia cz.5 – czyli filmowe krajobrazy w zestawieniu z fetorem zgniłego jajka

Informacje ogólne: Poprzedni wpis stanowił wprowadzenie do tego, czym zaczniemy dzisiaj, a mianowicie do rejsu z wielorybami. Jeśli go przegapiłeś, to najlepiej będzie, gdy nadrobisz choćby dwa lub trzy ostatnie akapity dla całego oglądu sytuacji. Lenie mogą tego nie robić i świat się nie zawali, ale pewnie byłoby lepiej dla Was, a miło dla mnie, więc zapraszam serdecznie. Poniższy opis oferuje dodatkowo wirtualne odwiedzenie geotermalnych, wulkanicznych terenów o niezapomnianym zapachu (Blue Lake, Hverir), a także ujrzenie jednego z mocarniejszych wodospadów na Islandii. Spragnieni ciekawostek? Nie zawiedziecie się! Zapraszam:

Rejs z wielorybami, husavik

Podczas rejsu mającego swój początek w Husaviku, na łódce oprócz uczestników wycieczki znajdowała się także przewodniczka uzbrojona w specjalne plakaty i mapki, za pomocą których obrazowała nam, czego dokładnie szukać nad powierzchnią wody. Opowiadała o różnych gatunkach wielorybów (jeden z nich nazywał się Milky Way!); o znakach szczególnych, sposobie odżywiania czy trybie życia. Informowała też na bieżąco, w którą stronę należy spojrzeć, gdzie się właśnie udajemy i w jakim miejscu ostatnio dostrzeżono ssaki, na które „polowaliśmy”. Na wodzie nie ma zbyt wielu punktów, nad którymi mogłaby się rozwodzić, zdarzały się jednak nietypowe skały obsadzone przez chmary ptaków czy inne wyróżniające się elementy, o których natychmiast spieszyła nam mówić, oczywiście w języku angielskim.

Na pokładzie znajdowała się nas około dwudziestka, co okazało się dość dużym tłumem, zwłaszcza jeśli padła komenda, że należy się rozejrzeć. Co nas niesamowicie zaszokowało, to sposób komunikacji między łodziami, które wypływały z przystani o tej samej godzinie. Wiecie, one nie należały do jednej firmy, każdy tak naprawdę działał w swoim interesie i mógłby zupełnie nie zważać na inne grupy, a jednak tak się nie stało. Załogi przesyłały sobie znaki dymne i sygnały dźwiękowe, dodatkowo porozumiewały się za pomocą krótkofalówek i tak naprawdę cztery czy pięć łódek płynęło w tym samym kierunku, do jednego miejsca. To wydało się zupełnie nietypowe dla naszej polskiej mentalności – no bo kogo tak naprawdę obchodzi, czy inni turyści, którzy zapłacili innemu usługodawcy, zobaczą to, co chcieli? W końcu to nie my będziemy musieli oferować kolejny bezpłatny wstęp albo zwrot pieniędzy. Najwyraźniej jednak da się inaczej.

Rejs trwał około trzech godzin i wielu osobom mogłoby się wydawać, że musiało być strasznie monotonnie. W końcu zamawiając podobną imprezę na rzece albo jeziorze, już po pół godzinie jesteśmy znudzeni widokami i samym rodzajem atrakcji, w sumie nie dzieje się nic nowego. W poprzednich wpisach wspominałam już, że krajobraz Islandii jest na tyle ciekawy, że nie sposób mieć dosyć; tutaj dodatkowo dochodził element wyczekiwania i dość silne bujanie, które co chwilę albo zmuszało do krycia się przed nadchodzącą falą, albo dawało poczucie, jak gdyby wsiadło się na niezbyt ekstremalny rollercoaster. Tak prezentowało się to z naszej perspektywy:

I już spieszę z odpowiedzią na pytanie: a gdzie wieloryby? No właśnie, ponoć okazało się, że jesteśmy pierwszą grupą, która po raz pierwszy od kilku miesięcy ich nie zobaczyła. Czy to prawda, czy blef wciskany na pocieszenie, tego już się raczej nie dowiemy, ale w ramach rekompensaty otrzymaliśmy bon na ponowny, darmowy rejs z dożywotnią datą ważności. Pewnie teraz pomyślicie „No super, no i na co wam to?”, jednak w naszym wypadku to dodatkowa atrakcja jeśli chodzi o zaplanowany przylot na Islandię po raz kolejny w roku 2021.

Czy byliśmy rozczarowani? Myślę, że Maciek bardziej niż ja. Mnie choć raz udało się zobaczyć wieloryby w ogromnym oceanarium we francuskiej miejscowości Antibes (chodzi tu konkretnie o Marinelandię, jedno z piękniejszych miejsc, jakie dotąd widziałam, zwłaszcza dla dziecka, którym wtedy byłam), zupełnie udomowione, wytresowane, dające pokazy ludziom. Wiadomo, nijak ma się to do ujrzenia ich na wolności, ale dzięki temu nie czułam aż takiego żalu. Moglibyśmy powiedzieć w tym miejscu, że droga powrotna mijała nam w smutnym milczeniu, ale nic z tego, ponieważ… otrzymaliśmy islandzkie pączki i TĘ gorącą czekoladę. Uwierzcie, zjedzenie i wypicie czegoś ciepłego w tamtej chwili stanowiło dla nas mały cud, od razu pojawiły się nam na twarzach uśmiechy i zaczęliśmy żartować, że mogliśmy zapłacić za samo wyżywienie.

Na sam koniec udało nam się wymienić kilka zdań z przewodniczką, która naprawdę wyglądała na zmartwioną i przepraszała nas, jakby to, że wieloryby się nie pokazały, to jej wina. Przesympatyczna, młoda kobieta. Moglibyście wypytać ją o wszystko, a ona była na tyle komunikatywna, że na pewno zarzucałaby Was jeszcze dodatkowymi opowieściami.

Po rejsie wróciliśmy jeszcze na chwilę nad jezioro Myvatn. W sumie przy takich peanach, jakie słyszeliśmy na jego temat (że najbardziej rozpoznawalne, niesamowite, tyle rodzajów ptactwa, roślinności, ledwo dech można nabrać z zachwytu), my byliśmy… nawet nie tyle co rozczarowani, raczej skołowani. No rzeczywiście widok ładny, jezioro duże, ale nawet jadąc wzdłuż jego brzegu nie zobaczyliśmy niczego, co specjalnie kazałoby się nam zatrzymać. A tego dnia zatrzymaliśmy się z ciekawości jeszcze dwa razy, trafiając na jeden z ciekawszych, moim zdaniem, terenów na Islandii.

Blue Lake – jezioro geotermalne

Pierwsze po drodze było Blue Lake – nie za duże jezioro geotermalne, które już z daleka parowało i rzeczywiście miało błękitną barwę. Na brzegu postawiono tabliczkę, by nie zbliżać się zbyt blisko wody ani oparów, ponieważ mają powyżej 100℃. Być może rzucając okiem na całe oczko wodne nie odnosiłoby się takiego wrażenia, dopóki nie spojrzałoby się na rusztowanie odgradzające miejsce, z którego gorący strumień wybijał pod wysokim ciśnieniem z wnętrza ziemi. Nie wiem nawet, do czego to przyrównać – to trochę tak, jakby jacuzzy działało z potrojoną mocą i strzelało wodą jak oszalałe, sami spójrzcie.

Hverir – geotermalne pola lawowe

Oczywiście wszędzie był wyczuwalny zapach siarki, jednak nie tak bardzo jak w miejscu, które mnie absolutnie oczarowało, a Maćka odrzuciło. Dosłownie chwilę później zatrzymaliśmy się przy Hverir, czyli geotermalnych polach lawowych. Przyznaję, zapach zgniłych jaj towarzyszył nam z większą intensywnością może tylko w chwili, kiedy jednego razu zamówiliśmy w Polsce paczkę ze słodyczami i dostaliśmy wafelki z durianem. Zarówno smakołyki, jak i nasz nieplanowany postój był moją inicjatywą. Maciek wymiotował w obu tych sytuacjach, więc szczerze go podziwiam, że mimo tego i faktu, że do tej pory wypomina mi, jak poczęstowałam go spleśniałymi pomidorami (niespecjalnie!), wciąż mnie toleruje i się razem trzymamy.

Czy ten islandzki fetor był aż tak dojmujący? Naprawdę ciężko nazwać go przyjemnym czy delikatnym, ale jeśli nie macie tak wyczulonego zmysłu węchu jak mój kompan, to nie powinna zdarzyć się Wam żadna przykra przygoda. Do teraz bawi mnie jednak, że nie wracałam przez dobre pół godziny albo dłużej ze swojego obchodu i fotografowania, a na sam koniec zapytałam Maćka, czy ma ochotę obejrzeć zdjęcia z naszego wyjazdu. Na początku niemal zabił mnie wzrokiem, ale po czasie nawet chętnie przystał na propozycję. On przez cały czas siedział w aucie, nie licząc chwili, kiedy zobaczył kilka parujących kamieni i stwierdził, że to jego koniec.

Kanion Asbyrgi

Gdy stamtąd wyjechaliśmy, trzymaliśmy się z powrotem naszego planu, a więc Asbyrgi, czyli kanionu w Parku Narodowym Vatnajokull, który ma ponad 5 km długości. Ta wielkość sprawia, że widać go już na długo przed dojechaniem do celu, ale jeśli mam być szczera, to nawet nie ma chwili, by spojrzeć na niego w zachwycie, chyba że auto rozkraczy się Wam pośrodku dziur, błota i czegoś, co miało udawać choćby zarys drogi. Dostając się na „861” albo „862” (zależy, z której strony przyjedziecie), nie musicie sprawdzać mapy czy nawigacji, żeby wiedzieć, że jesteście w dobrym miejscu. Coś, co miało sprawiać wrażenie powierzchni, po której można przejechać i się nie zabić, było szerokie jak czteropasmówka. Nie zmienia to jednak faktu, że aż sprawdzałam, czy to na pewno droga dozwolona dla naszego auta. Żałuję, że nie mam zdjęcia tamtej nawierzchni, ale wtedy brak dokumentacji to chyba ostatnia rzecz, o którą się martwiliśmy. Postaram się jednak zadziałać na Waszą wyobraźnię.

A więc mamy te cztery pasy (niczym nierozdzielone, bo tak naprawdę to tylko błoto i ziemia). Po stronie, po której jedziemy, są dziury na pół metra, na 40 cm i 30 cm. Szerokie tak, że nie myślisz, jak je wyminąć, tylko w którą najlepiej wjechać, żeby nie stanąć pośrodku niczego. Niektóre z nich są przysypane żwirem, no i niby fajnie, ale ten jednak rozbryzguje się na wszystkie strony świata, kiedy tylko się na niego najedzie. Przed Waszymi oczami są tylko chmury pyłu, nie ma żadnych znaków. Widzicie nagle pagórek i w sumie nie wiecie, czy to dalsza część drogi, czy po prostu nasyp, który zrobiły dźwigi stojące pośrodku. Błoto i ziemia są tak zastygłe, że widzicie tylko szerokie muldy. Co chwilę mija Was jakaś ciężarówka, która wyrzuca w powietrze cały ten syf, którym zaraz jest oblepiona Wasza mała Kia. Poruszacie się zygzakiem, żeby jakoś dać radę dotrzeć do końca tego toru przeszkód i zastanawiacie się, czy właściciele aut 4×4 z naprzeciwka bardziej Wam współczują, czy myślą, że jesteście zdrowo puknięci w mózg. I tak jedziecie sobie raz, potem drugi, kiedy okazuje się, że musicie wrócić. A potem trzeci, gdy GPS stwierdza, że się zaktualizował i inna droga nie istnieje. Chyba nic nie podsumuje tego lepiej niż słowa Maćka: „Jeśli jeszcze raz tędy pojedziemy, to będę płakać”.

Cytadela, mówili, będzie fajnie, mówili…

Czy było chociaż warto? Szczerze… odpuściłabym. Nasz trud i komfort jazdy raczej nie był wart zobaczenia tego kanionu z bliska. Oczywiście robił wrażenie, ale nie wywoływał aż takiego efektu WOW. Nie była to taka tragedia jak ruiny cytadeli w Borgarvirkach, które okazały się po prostu kamieniami jak wszystkie inne na Islandii i po których mój zachwyt wyglądał mniej więcej tak jak zdjęcie po boku, ale mogliśmy o ten moment szybciej dojechać na nocleg (tego dnia akurat byłoby warto). Co mnie jednak rozbawiło w przypadku Asbyrgi, to grupa Azjatów, która pytała nas, czy na szczyt kanionu też można wejść. Rozumiecie – lita skała, schodów ani ich śladu; dobra zajawka dla wspinaczy, ale nie dla osób +50, których największym wysiłkiem ostatnimi czasy było strzelanie zdjęć.

Wodospad Dettifoss

Później udaliśmy się w kierunku wodospadu Dettifoss, który uchodzi za jeden z bardziej energotwórczych w Europie. Jego szerokość, ogrom i prędkość przelewającej się wody jest naprawdę zatrważająca. Stojąc kilka metrów od niego, zastanawialiśmy się, czy gdyby wsadzić pod niego rękę, to od razu by nam ją urwało, czy tylko połamało. Pod tym względem wrażenie jest naprawdę kolosalne, ale jeśli chodzi o samą estetykę, to na pewno nie jest to najpiękniejsze takie widowisko na wyspie. Czemu? Woda oprócz tego, że jest spieniona, to po prostu przybiera brunatną barwę. Co ciekawe, część z Was może kojarzyć ten cud natury z filmu „Prometeusz”, bo wodospad doczekał się w nim kilku ujęć.

Co stanowiło dla nas zagadkę – dopiero jakieś 100 metrów od celu usłyszeliśmy szum wody. Idąc z parkingu przez skalne schody i dróżkę, mieliśmy wrażenie, że trafiliśmy źle, choć przecież widzieliśmy sąsiadujący z Dettifossem wodospad Jokulsargljufur. Wiedzieliśmy, że to właściwe miejsce, a jednak do końca ciężko było nam w to uwierzyć.

Wodospad Hengifoss

Było już popołudnie, ale zdecydowaliśmy się na odwiedzenie jeszcze jednego wodospadu, który był nam akurat po drodze, czyli Hengifoss (teoretycznie, bo okazało się, że i tak musieliśmy zbaczać z trasy, by dostać się do miasta Egilsstadir na jakąkolwiek stację benzynową, której nie widzieliśmy od dobrych kilkudziesięciu kilometrów). Kiedy dojechaliśmy więc na miejsce, powoli już zmierzchało, a żeby ujrzeć źródło, trzeba było wspinać się pokaźny kawałek po drewnianych platformach. Mniej więcej w połowie wiedzieliśmy, że wchodząc na ostatni stopień, nie zobaczymy nic oprócz ciemności. Ja jednak szłam tyle, ile się dało, podczas kiedy Maciek biegał za owcami pasącymi się obok i przeżywał, że żadna z nich nie chciała się przytulić, tylko od razu uciekały. Finalnie znaleźliśmy się więc mniej więcej w ¾ drogi, a nasze zdjęcie pamiątkowe prezentuje się tak, no bo chyba żadnego oświetlenia się nie spodziewaliście (zdjęcie z fleszem też co prawda istnieje, tyle że dużo niekorzystniejsze od tego, więc zostanie Wam oszczędzone).

Droga do Höfn

Później nastąpiły jedne z naszych najgorszych wspomnień, czyli jazda do hostelu w Höfn, o którym wspominałam w poprzednim wpisie i tutaj już do tych czarnych zakamarków pamięci sięgać nie będę. Wiedząc, jak beznadziejny mamy czas, już nam było wszystko obojętne, więc poświęciliśmy trochę czasu, żeby zatrzymać się w porze obiadowej na stacji benzynowej N1 i coś przekąsić. Pod tym względem Olis wypada dość słabo, bo poza gotowymi produktami na półkach nie oferuje żadnych ciepłych posiłków (choć czasem trafi się kawa). Nauczyliśmy się więc, że jeśli jeść, to na N1, zwłaszcza że ceny jak na Islandię nie były aż tak zatrważające, no i mieliśmy gwarancję tego, że ten obiad na pewno dostaniemy. Jechanie do miast wydawało się dość ryzykowne, bo o ile nie jest to miejscowość wielkości Akureyri czy Egilsstadir, to gwarancja posiłku naprawdę nie jawiła się optymistycznie.

Przeważnie jedliśmy tosty albo burgery – niezbyt to zdrowe, ale na pewno lepsze niż zupki z proszku. Przeważnie taka przyjemność kosztowała nas w granicach 40 zł, ale przynajmniej nie skąpiono nam, jeśli chodzi o porcje. Często dostawaliśmy jakieś frytki-niespodziankę, których nie było w spisie, a same posiłki były dość obficie wypełnione mięsem i sosami, więc dało się na tym wyżyć i to całkiem nieźle. Tego dnia zatrzymaliśmy się też na kolację (choć nie sądziliśmy, że to będzie nasza kolacja i ostatni posiłek, bo na następny po prostu nie zdążymy przed spaniem), czyli gorącą czekoladę i pizzę na kawałki, z którą wpakowaliśmy się do samochodu. Przy okazji kupiliśmy Pepsi w puszce, którą tylko wymienialiśmy na nowe egzemplarze. Ten napój był naszym nieodłącznym towarzyszem podróży w uchwytach przy siedzeniach aż do samego wylotu.

Do Hi Hostel w Höfn dojechaliśmy w rekordowym czasie, po 1:00 w nocy, umordowani jak chyba jeszcze nigdy. Na miejscu nawigacja straciła orientację w terenie, więc przed kolejnymi straconymi minutami na szukaniu noclegu uratowało nas moje 2% baterii w telefonie. Ten fakt też uważam za strasznego pecha, bo mimo że zaopatrzyliśmy się w przejściówkę do samochodu, by naładować komórki, to z samym stykiem coś było nie tak – ładował dosłownie sekundę i odpuszczał. Tego dnia zresztą w ogóle mieliśmy niewiele szczęścia; po takiej trasie czekał nas też najsłabszy nocleg. Jedyne, co nas pocieszało, to dwie pary kluczy, które czekały na gości w recepcji. Jedne nasze, drugie niewiadomego pochodzenia, a więc jednak istnieli więksi frajerzy od nas, którzy spóźnili się jeszcze gorzej niż my.

Nocleg w Hi Hostel, Höfn

Już wcześniej tego dnia zastanawialiśmy się, czy mimo adnotacji „Bed in the dorm” na naszej rezerwacji, dostaniemy osobny pokój tylko dla naszej dwójki, skoro recepcjonista odłożył dla nas klucze. Nie będę Was trzymać w niepewności: odpowiedź brzmi nie. Ile więc łóżek mieściło się w tych czterech ścianach? Pięć, w dodatku piętrowych. Na szczęście spała nas tam tylko szóstka, jednak czy można to nazwać szczęściem? Przekonacie się za chwilę.

Nasz pokój znajdował się pod parterem. Staraliśmy się wejść do środka najciszej, jak potrafiliśmy, jednak kobietę leżącą obok drzwi natychmiast oślepiło światło z korytarza. I weź tu znajdź wolne łóżko, próbując nie świecić telefonem ani latarką. Nawet nie miałam sposobności, żeby kłócić się z Maćkiem o to, kto zostanie wygnany na górne piętro (oczywiście padło na mnie, zawsze ci mali muszą spać przy suficie), po prostu odłożyliśmy rzeczy i poszliśmy do łazienki, żeby przebrać się w piżamy. Nie musicie jednak żałować tych, których obudziliśmy – odpłacili się nam pięknym za nadobne. Zanim jednak w ogóle usnęliśmy, miałam wrażenie, że ten dzień daje mi jeszcze jedną sposobność do tego, by sklasyfikować go jako „Idealny do tego, żeby opowiadać ludziom i rozbawić ich do łez, ale równie idealny do tego, żeby w chwili, kiedy wszystko się działo, strzelić sobie w łeb”.

W całym ośrodku chrapał jeden jedyny człowiek, no i zgadnijcie, w czyim znalazł się pokoju. Przy czym umówmy się, natężenia chrapania są różne, niektóre można nawet znieść, gdy dochodzą z drugiego końca pokoju, ale nie to. Ten człowiek chrapał tak, że nie zdziwiłoby mnie, jeśli słyszeli go jeszcze dwa piętra wyżej. Gdyby nie to, że ledwo żyliśmy, pewnie czekałaby nas bezsenna noc. A tak to budziliśmy się tylko co dwie godziny od piątej nad ranem, więc wynik całkiem niezły.

Równo o 5.00 zadzwonił budzik. No spoko, rozumiem, ktoś wcześnie wyjeżdża. Tylko że ten budzik należał do typu człowieka, który uruchamia milion drzemek i po którejś z kolei myślałam, że wstanę i sama wyciągnę go z łóżka. O 7.00 zadzwonił następny, tym razem jakiejś kobietki, która podeszła do sąsiedniego łóżka i zaczęła po angielsku dziękować prawdopodobnie nowej znajomej, żegnać się z nią i w ogóle. W sumie to było całkiem urocze, więc jakoś mnie nie zeźliło, ale zgodnie stwierdziliśmy z Maćkiem, że tego dnia śpimy dalej, bo po ostatnich przeżyciach ledwie byliśmy w stanie uchylić powieki.

W ten oto sposób obudziliśmy się o 9.30 w pustym pokoju. I wiecie, co jest ironią? Nie spieszyliśmy się, wstaliśmy późno, a kolejny odcinek drogi pokonaliśmy tak szybko, jak jeszcze nigdy. Co z kolei jest zabawne? Że po paru godzinach jazdy samochodem minęliśmy człowieka, który zwiedzał Islandię na rowerze. Na rowerze, kiedy my nawet z autem mieliśmy problem! Wiecie, kim był ten człowiek? Tym samym facetem, który rano nie potrafił wyłączyć budzika. I szczerze, po zobaczeniu go, zaczęłam rozumieć, czemu nic nie było w stanie go obudzić.

Na dziś to tyle, ale jeśli masz ochotę poczytać o lodowcach i bryłach lodu wyrzucanych na czarną plażę, to koniecznie czekaj na pojawienie się kolejnej części! A w międzyczasie, żeby Ci się nie nudziło, obserwuj moje posty na Facebooku i Instagramie, linki po prawej stronie na górze 😀

9-Rekonstrukcja, czyli jak stać się martwym elementem sztuki i przeżyć teatr, który spędza sen z powiek

Informacje ogólne: poniższy wpis będzie dotyczył sztuki teatralnej przygotowanej przez prywatny teatr Ad Spectators. Właściwie ciężko to nazwać typową sztuką, bo widz nie tyle co może brać udział w spektaklu, ale przenosi się do jego środka i jest do tego wręcz zmuszony. Zawitamy na około godzinę do Wrocławia, a dziś poznacie nową załogę, bo towarzyszyły mi trzy osoby: Natalka (ją kojarzycie już z Drezna) oraz dwóch jej znajomych ze studiów: Adrian i Grzesiu. Jeśli masz mocne nerwy, to zapraszam na 9-REKONSTRUKCJA:

Na ten spektakl natrafiliśmy całkiem przypadkowo. Co rusz przeglądam wydarzenia kulturalne, więc niespecjalnie zdziwiło mnie, że sponsorowany post na Facebooku od Ad Spectators zaliczył mnie jako swojego potencjalnego odbiorcę. Najpierw moją uwagę przykuła oczywiście grafika: ponure barwy, kobieta z poszarpanymi włosami, wygląd przywodzący na myśl psychiatryk, jej zakrwawione dłonie na zasnutej mgłą szybie. Nie zaszkodzi sprawdzić, co to jest, no nie?

O czym jest sztuka?

Sztuka miała opierać się na śledztwie. W piwnicy zamordowano brutalnie dziewięć osób, a ich zwłoki zostały ułożone w dziwny, charakterystyczny sposób. Ofiary nie były ze sobą powiązane, brak jakiegokolwiek motywu. Widz pozostaje biernym obserwatorem wydarzeń, a w spektaklu może brać udział tylko dziewięciu uczestników. Właśnie ten fragment najbardziej przykuł moją uwagę i będzie bardzo ważny w miarę późniejszych wydarzeń.

Zafascynowała mnie tak mała grupa odbiorców, sam pomysł na ucharakteryzowanie ich na zamordowanych. Zaczęłam przeglądać zdjęcia: ciasne pomieszczenie, raczej ciemne, ludzie usadzeni dookoła stołu z siateczką przypominającą prześcieradło na twarzach. Trochę przerażające, ale miałam nadzieję na ciekawe doświadczenie. W końcu przeżyłam halloweenowy dom strachów w Energylandii czy w Mirabilandii, po którym niektórzy dostawali histerii, a mi samej ręce chodziły tak, jakbym miała Parkinsona. Po prostu nie mogłoby mnie to ominąć.

ad spectators4.png

Zmontowaliśmy ekipę, ale po fakcie zaczęłam się nieco obawiać. 45 zł za taką atrakcję to niby niedużo, lecz natrafialiśmy na coraz więcej opinii, że spektakl krótki, niewarty pieniędzy, bardziej zabawny niż straszny. Co parę wpisów pojawiał się jednak przebłysk, że to bardzo interesujące doświadczenie i ciągle w to wierzyliśmy, choć żadne z nas nie liczyło na nie wiadomo jaką grozę. No, żadne prócz Natalii, która w kółko powtarzała, że idzie, ale mamy się spodziewać, że będzie krzyczeć. I tak okazała się jedną z odważniejszych, bo kilku znajomych odrzuciło pomysł, dając jasno do zrozumienia, że horrorów to oni nie lubią. Z początku wzruszałam ramionami i myślałam, że przesadzają. Kiedy jednak opowiedziałam im później, co działo się w środku, zdałam sobie sprawę, jakie to szczęście, że z nami nie poszli. Być może na tym etapie nasza przyjaźń by się skończyła.

Jak przebiega spotkanie?

Spotkaliśmy się mniej więcej czterdzieści minut przed spektaklem. Jak się okazało, team na ten dzień mieliśmy wymarzony; każdy już na wstępie mówił, że zaraz po sztuce zbiera się do domu – ja z powodu nauki, Natalia dostała grypy żołądkowej, a Grzesiu zapalenia spojówek. Przyszedł z jednym okiem zaklejonym plastrem i zaczęliśmy żartować, że ucharakteryzował się już do teatru. Humor dopisywał, snuliśmy mnóstwo teorii, jak to będzie wyglądało i zastanawialiśmy się, czy w razie czego będzie możliwość zamiany miejsc. Zresztą w ogóle coś nam nie grało w tym internetowym wybieraniu siedzeń, bo wyglądało w ten sposób i cały czas myśleliśmy, jak niby będziemy siedzieć wokół stołu, skoro nawet nie został uwzględniony na planie.

ad spectators.png

Pierwsze ziarno wątpliwości zasiał Adrian, który powiedział, że z tego co zauważył na zdjęciach, tylko sześć krzeseł jest ustawionych przy stole, a reszta gdzieś w rogach pomieszczenia. Oczywiście zaczęło się targowanie, kto w razie czego będzie siedzieć sam w tym ciemnym rogu i powiem Wam, jeśli mielibyście podobny problem, to zostanie on automatycznie rozwiązany. 😉

Element zagadki stanowiło też dla nas miejsce spotkania, czyli PUB Skrzypek na Dachu (okolice Arkad). Dość klimatyczne miejsce – ciemne, z drewnianymi wykończeniami i dziwnymi, metalowymi drzwiami oklejonymi plakatami spektaklu. Przynajmniej wiedzieliśmy, że dobrze trafiliśmy. Woleliśmy się jednak upewnić, czy nie powinniśmy przejść gdzieś dalej, więc zapytaliśmy barmanki, czy to na pewno tutaj. Generalnie wyglądała, jakby milion osób zadało jej już podobne pytanie, bo tylko przewróciła oczami i coś tam odburknęła, że mamy usiąść i poczekać. No dobra.

Była już 19.50, pięć minut po czasie. Powoli zaczęliśmy myśleć, że spektakl mija, a my przesiedzimy godzinę, czekając jak skończeni idioci. A jednak chwilę później zjawił się w lokalu mężczyzna. Nie był jakoś ucharakteryzowany, wyglądał normalnie, ale każdy wiedział, że to o niego chodzi. Zapytał, kto czeka na sztukę, skasował nasze bilety i rozdał nam specjalne opaski. Wiadomo, do czego służy opaska, ale tak na dobrą sprawę nie do końca wiedzieliśmy, co z nią zrobić. Mężczyzna zaprosił nas na zewnątrz, żeby przedstawić plan zabawy i zdziwiło nas to na tyle, że w sumie nawet nie wiedzieliśmy, czy się fatygować i ubierać kurtki, skoro to tylko przedstawienie regulaminu.

I nagle padają słowa: „A teraz zapraszam państwa do samochodu, w środku proszę przestawić swoje telefony na tryb samolotowy i zawiązać opaskę na oczach”. Nasza czwórka spojrzała na siebie z lekkim wytrzeszczem oczu, jakoś zupełnie nie przyszło nam do głowy, że sztuka nie odbędzie się wewnątrz baru. No i wiecie, niby ma się z tyłu głowy, że to tylko zabawa, ale jeśli posiadacie wybujałą wyobraźnię jak ja, to każde takie hasło, które słyszeliśmy później, budziło mój dyskomfort. Oczywiście nikt nie chciał pokazać, że jest gorszy, więc nasza grupa jeszcze dolewała oliwy do ognia.

„Ej, z tym trybem samolotowym to nikt nas nawet nie namierzy, jak coś się stanie”.

„Nawet mapki Google sobie nie sprawdzisz, żeby w razie czego wrócić do domu”.

„A co jeśli tak naprawdę nikt nie wychodzi z tego spektaklu żywy, a opinie w Internecie aktorzy wystawiają sobie sami?”

Śmieszki-hiszki, zajęliśmy miejsca, odebraliśmy sobie wzrok i jedziemy. Mimowolnie zaczęłam zapamiętywać: dwa razy skręt w lewo, potem w prawo, no może jakoś trafię z powrotem do domu. Później jednak dotarło do mnie, że jeździmy w kółko, a w każdym razie na pewno dłuższą drogą niż powinniśmy i dałam sobie spokój. Kiedy wszystko dobiegło końca, Grzesiek, który siedział obok mnie, przyznał, że miał ochotę złapać mnie za nogę i nastraszyć, ale zrezygnował z tego pomysłu, kiedy uświadomił sobie, że pewnie zaatakowałabym go łokciem; I wiecie co? Tak, pewnie bym to zrobiła.

Z głośników rozległo się nagranie, które nie tyle stanowiło wstęp do całej historii, ale wprowadzało w jej klimat. Cały czas zastanawiało mnie tylko, kto do jasnej choinki miał tak paskudny gust i jako drugą ścieżkę dźwiękową wgrał przedziwną techniawę. Grzesiek na przykład w ogóle nie zwrócił na to uwagi, ale Wam polecam, jeśli się kiedyś zdecydujecie. Ta sama melodia pojawi się jeszcze później i będzie tłem na tyle przerażającej sceny, że kiedy po sztuce usłyszeliśmy podobną nutę w pubie, aż zamilkliśmy i skuliliśmy się na krzesłach.

W końcu dojechaliśmy na miejsce, a we mnie pojawiła się nowa obawa: jak ja niby mam wyjść z tego samochodu w moich butach na obcasach, będąc zupełnie ślepa? Nie mam zbyt dużego zaufania do ludzi i nawet kiedy obsługa pomagała nam się nie zabić, odnosiłam wrażenie, że prędzej skręcę sobie kostkę, niż wejdę na salę… zwłaszcza że okazała się ulokowana na drugim piętrze. Utworzyliśmy więc pociąg, jedna ręka na ramię osoby z przodu, druga na poręcz, maszerujemy. Cały czas kogoś kopię, ktoś mnie depta, zabawa na sto dwa.

W końcu dochodzimy GDZIEŚ, bo jest jaśniej. Od tego momentu mamy zupełnie milczeć, poddawać się temu, co będą robić z nami aktorzy i nie ruszać się, bo w przeciwnym razie przedstawienie zostanie przerwane. Na co oczywiście mój mózg był już święcie przekonany, że nas zaryglują, posłusznie poddam się wiązaniu i krępowaniu, a potem zginę w męczarniach. A najgorsze w tym wszystkim było to, że nie mogłam zapytać Natalki, czy w tym momencie jest równie zestresowana jak ja.

W środku znowu zapadły egipskie ciemności, dało się dostrzec tylko bardzo intensywne, niebieskie światło. Jasność zmieniała się na tyle często, że czułam, jak moje oczy pod opaską łzawią i ciągle zastanawiałam się, czy kiedy ją zdejmę, będę wyglądać jak panda z moim rozmazanym makijażem. Powoli osoby z wagonika się rozłączały, obsługa usadawiała nas na swoich miejscach, każdego w innej pozycji – niektórzy musieli coś trzymać, inni się pochylać, a mnie przypadła zaszczytna rola trzymania jednej ręki na stole, a drugiej na dłoni osoby obok, mniej więcej tak:

Myślę sobie – w sumie fajnie, trochę zrobiło mi się lepiej, że w razie czego ścisnę mocniej dłoń Natalii i dodam sobie otuchy. Rozpoczęła się narracja, wstęp do śledztwa: spersonalizowane pod nas opisy ofiar, w których rolę się wcielaliśmy. Każdy z nas miał przydzielony konkretny numerek od 1-9 i byłam święcie przekonana, że jestem dwójką, skoro stałam druga w kolejce. Przekonać się o tym mogłam jednak dopiero, gdy zdjęliśmy opaski, moje oczy przyzwyczaiły się do rażącego światła i ogarnęłam, jak patrzeć przez prześcieradło na twarzy. Jakie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że jestem numerem trzecim, siedzę pośrodku stołu, a ręka Natalki to tak naprawdę ręka jakiegoś faceta. I szczerze, czuję wstyd, cholerny wstyd, bo potem nie robiło mi to już żadnej różnicy, czyja to dłoń. Współczułam temu gościowi, który siedział spokojnie, czasem zadrżał mu palec czy coś, podczas kiedy ja na każdy dźwięk reagowałam wzdrygnięciem się, które raczej przypominało wstrząs, i trzymałam go chyba trochę za mocno, jeszcze biorąc pod uwagę fakt, że w pokoju siedziała jego dziewczyna.

Moja opinia

Nie będę zdradzać nic więcej, co dotyczyło samej fabuły, natomiast odwołam się do kilku opinii i oczekiwań, które na miejscu zostały zweryfikowane. Na fanpage’u Ad Spectators przeczytałam zdanie pewnej użytkowniczki, że „Gdybym chciała posłuchać takich bluzgów, to poszłabym do sebiksów pod blokiem”. Generalnie… okej, to prawda. Przekleństwa i wulgaryzmy sypią się bardzo obficie już od pierwszych wypowiedzianych słów, z początku jest ich więcej niż samego dialogu, ale czy mnie to jakoś zdziwiło/zgorszyło? Chyba nie, wydało się nawet dość realistyczne.

Naczytałam się już trochę książek pisanych przez osoby mające styczność ze śledczymi. Poza tym wydaje mi się raczej oczywiste, że przedstawiciele takich zawodów jak policja/kierowcy/żołnierze nie będą ze sobą rozmawiać kulturalną polszczyzną na wysokim poziomie. Mogą, więc generalizuję, ale wiecie, co mam na myśli. Nie naginajmy wszystkiego, byle by wytknąć wadę, bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że ktoś, kto pisze podobną opinię, sam nie kurwi, kiedy uderzy dużym palcem w nogę łóżka. I nie kurwiłby, jakby widział dziewięć zmasakrowanych trupów.

Ja raczej uważam, że zarzutem mógłby być ten brak interakcji między aktorami i widzami, o którym wspominałam wcześniej, bo tak naprawdę bezpośredniego kontaktu było sporo. Mnie nie przeszkadzało to jakoś bardzo, raczej napędzało dodatkowy strach, ale skoro znaleźli się zagorzali przeciwnicy przekleństw, to i pewnie molestowania też by się w końcu pojawili. Wiadomo, w głównej mierze było to jakieś podnoszenie dłoni, ewentualnie dotykanie głowy, zawiązanie czegoś na szyi, ale pojawiały się też komediowe elementy, które niektórych mogłyby naprawdę oburzyć… Chyba tutaj nie muszę wspominać, kto z widzów brał w nich główny udział, prawda? Brawo, zgadłeś, jak zwykle ja. Piję w każdym razie do tego, że może inaczej sformułowałabym określenie: „Brak bezpośredniej interakcji czy udziału widza”, bo troszkę to jednak nieprawda.

Przedstawienie jest pełne bardzo głośnych, niespodziewanych i niepokojących dźwięków czy migania świateł. To wszystko wzbudza w człowieku poczucie zagrożenia, zwłaszcza jeśli wyobrazi sobie, że część osób naprawdę ginie w taki sposób. Nie macie pojęcia, gdzie są drzwi, obok Was siedzą obcy ludzie (każdy znajomy był w miarę możliwości rozdzielany), nie wiecie nawet, w jakiej części miasta się znajdujecie, a telefon został w samochodzie. Momentami czułam tak duży dyskomfort, że tylko czekałam, aż ktoś pojawi się obok i przytknie mi nóż do gardła albo zacznie dusić prześcieradłem. Tu jednak bardzo dużą rolę odgrywa Wasza empatia, wczucie się w postać i historię. Jeśli to nie Wasz klimat, to chyba rzeczywiście nie zrobi żadnego wrażenia. Na nas jednak wywarło ogromne.

Spektakl nie trwa dłużej niż pół godziny. Razem z dojazdem i wstępem mija godzina i szczerze mówiąc, osobiście nie chciałabym, żeby trwało to dłużej, bo pod koniec byłam już zmęczona psychicznie. Natalia mówiła to samo: niby teatr jest znany, ma renomę, są o nim opinie w Internecie, ale ty i tak siedzisz i tłumaczysz sobie, że przecież nikt nie może ci zrobić krzywdy. Prawda jest taka, że to doświadczenie uświadamia, jak bardzo w sytuacjach błędnego zaufania jesteś bezbronny, a równocześnie zdesperowany i świadomy swojego losu. To jest najstraszniejsze: twoja wyobraźnia i świadomość tego, co może ci się stać.

Sztuka ma kilka bardzo mocnych, dobrych momentów. Niektóre rzeczy bardziej odebrałam jako pewną przenośnię, aczkolwiek sam scenariusz i takie drobne smaczki są zaplanowane wręcz rewelacyjnie. Co też jest niesamowite – każdy ogląda tę samą wizualizację z różnych perspektyw zależnych od tego, gdzie został usadzony. Może się zdarzyć, że czegoś nie dostrzeżesz i tu świetnie sprawdza się wyjście grupą. Kiedy dzieliliśmy się wrażeniami po wyjściu, dopowiadaliśmy sobie rzeczy, których nie mogliśmy zobaczyć stamtąd, gdzie siedzieliśmy. Z tego wynikało też, że strach każdego z nas miał nieco inne podłoże.

Kiedy przyjechaliśmy z powrotem pod bar, zamiast iść do domu, zgodnie stwierdziliśmy, że chyba jednak trzeba się czegoś napić i jakoś odstresować. Wyszło jednak na to, że mimo ciągłego powtarzania: „Nie, nie rozmawiajmy już o tym”, wciąż wracaliśmy do spektaklu. Natalia była na tyle zdenerwowana, że pod koniec sztuki nie zakodowała już pewnych dość istotnych szczegółów dla całej historii. Zresztą mówiła, że aż bolały ją mięśnie, tak spięta siedziała i skupiała się, żeby tylko nie krzyknąć. Głosy są jednak zgodne, że kiedy tylko nieco zapomnimy, co czuliśmy, pójdziemy na inną sztukę tej grupy.

My jesteśmy ogromnie zadowoleni i bardzo polecamy, ale Twoje wrażenia będą bardzo mocno zależeć od samego nastawienia i musisz brać to pod uwagę. Ja ze świadomością tego, co było w środku, raczej nie odważyłabym się iść na ten spektakl drugi raz, a z kolei Grzesiu zniósł to na tyle dobrze, że patrzyliśmy na niego jak na ducha, kiedy stwierdził, że w sumie nie było tak strasznie.

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej albo zainteresowało Cię to wydarzenie, to koniecznie odwiedź moją facebookową stronę. Śmiało napisz, zadaj pytania i bądź na bieżąco, kiedy pojawi się kolejna recenzja z nowego spektaklu. A tutaj szybki odnośnik do samej strony Ad Spectators, zapraszam i jeszcze raz dziękujemy za niesamowite przeżycie oraz udostępnienie swojej grafiki.

Hej-ho, widzimy się w następnej podróży!