Informacje ogólne: Poprzedni wpis stanowił wprowadzenie do tego, czym zaczniemy dzisiaj, a mianowicie do rejsu z wielorybami. Jeśli go przegapiłeś, to najlepiej będzie, gdy nadrobisz choćby dwa lub trzy ostatnie akapity dla całego oglądu sytuacji. Lenie mogą tego nie robić i świat się nie zawali, ale pewnie byłoby lepiej dla Was, a miło dla mnie, więc zapraszam serdecznie. Poniższy opis oferuje dodatkowo wirtualne odwiedzenie geotermalnych, wulkanicznych terenów o niezapomnianym zapachu (Blue Lake, Hverir), a także ujrzenie jednego z mocarniejszych wodospadów na Islandii. Spragnieni ciekawostek? Nie zawiedziecie się! Zapraszam:
- Rejs z wielorybami, Husavik
- Blue Lake – jezioro geotermalne
- Hverir – geotermalne pola lawowe
- Kanion Asbyrgi
- Wodospad Dettifoss
- Wodospad Hengifoss
- Droga do Höfn
- Nocleg w Hi Hostel, Höfn
Rejs z wielorybami, husavik
Podczas rejsu mającego swój początek w Husaviku, na łódce oprócz uczestników wycieczki znajdowała się także przewodniczka uzbrojona w specjalne plakaty i mapki, za pomocą których obrazowała nam, czego dokładnie szukać nad powierzchnią wody. Opowiadała o różnych gatunkach wielorybów (jeden z nich nazywał się Milky Way!); o znakach szczególnych, sposobie odżywiania czy trybie życia. Informowała też na bieżąco, w którą stronę należy spojrzeć, gdzie się właśnie udajemy i w jakim miejscu ostatnio dostrzeżono ssaki, na które „polowaliśmy”. Na wodzie nie ma zbyt wielu punktów, nad którymi mogłaby się rozwodzić, zdarzały się jednak nietypowe skały obsadzone przez chmary ptaków czy inne wyróżniające się elementy, o których natychmiast spieszyła nam mówić, oczywiście w języku angielskim.
Na pokładzie znajdowała się nas około dwudziestka, co okazało się dość dużym tłumem, zwłaszcza jeśli padła komenda, że należy się rozejrzeć. Co nas niesamowicie zaszokowało, to sposób komunikacji między łodziami, które wypływały z przystani o tej samej godzinie. Wiecie, one nie należały do jednej firmy, każdy tak naprawdę działał w swoim interesie i mógłby zupełnie nie zważać na inne grupy, a jednak tak się nie stało. Załogi przesyłały sobie znaki dymne i sygnały dźwiękowe, dodatkowo porozumiewały się za pomocą krótkofalówek i tak naprawdę cztery czy pięć łódek płynęło w tym samym kierunku, do jednego miejsca. To wydało się zupełnie nietypowe dla naszej polskiej mentalności – no bo kogo tak naprawdę obchodzi, czy inni turyści, którzy zapłacili innemu usługodawcy, zobaczą to, co chcieli? W końcu to nie my będziemy musieli oferować kolejny bezpłatny wstęp albo zwrot pieniędzy. Najwyraźniej jednak da się inaczej.
Rejs trwał około trzech godzin i wielu osobom mogłoby się wydawać, że musiało być strasznie monotonnie. W końcu zamawiając podobną imprezę na rzece albo jeziorze, już po pół godzinie jesteśmy znudzeni widokami i samym rodzajem atrakcji, w sumie nie dzieje się nic nowego. W poprzednich wpisach wspominałam już, że krajobraz Islandii jest na tyle ciekawy, że nie sposób mieć dosyć; tutaj dodatkowo dochodził element wyczekiwania i dość silne bujanie, które co chwilę albo zmuszało do krycia się przed nadchodzącą falą, albo dawało poczucie, jak gdyby wsiadło się na niezbyt ekstremalny rollercoaster. Tak prezentowało się to z naszej perspektywy:
I już spieszę z odpowiedzią na pytanie: a gdzie wieloryby? No właśnie, ponoć okazało się, że jesteśmy pierwszą grupą, która po raz pierwszy od kilku miesięcy ich nie zobaczyła. Czy to prawda, czy blef wciskany na pocieszenie, tego już się raczej nie dowiemy, ale w ramach rekompensaty otrzymaliśmy bon na ponowny, darmowy rejs z dożywotnią datą ważności. Pewnie teraz pomyślicie „No super, no i na co wam to?”, jednak w naszym wypadku to dodatkowa atrakcja jeśli chodzi o zaplanowany przylot na Islandię po raz kolejny w roku 2021.
Czy byliśmy rozczarowani? Myślę, że Maciek bardziej niż ja. Mnie choć raz udało się zobaczyć wieloryby w ogromnym oceanarium we francuskiej miejscowości Antibes (chodzi tu konkretnie o Marinelandię, jedno z piękniejszych miejsc, jakie dotąd widziałam, zwłaszcza dla dziecka, którym wtedy byłam), zupełnie udomowione, wytresowane, dające pokazy ludziom. Wiadomo, nijak ma się to do ujrzenia ich na wolności, ale dzięki temu nie czułam aż takiego żalu. Moglibyśmy powiedzieć w tym miejscu, że droga powrotna mijała nam w smutnym milczeniu, ale nic z tego, ponieważ… otrzymaliśmy islandzkie pączki i TĘ gorącą czekoladę. Uwierzcie, zjedzenie i wypicie czegoś ciepłego w tamtej chwili stanowiło dla nas mały cud, od razu pojawiły się nam na twarzach uśmiechy i zaczęliśmy żartować, że mogliśmy zapłacić za samo wyżywienie.
Na sam koniec udało nam się wymienić kilka zdań z przewodniczką, która naprawdę wyglądała na zmartwioną i przepraszała nas, jakby to, że wieloryby się nie pokazały, to jej wina. Przesympatyczna, młoda kobieta. Moglibyście wypytać ją o wszystko, a ona była na tyle komunikatywna, że na pewno zarzucałaby Was jeszcze dodatkowymi opowieściami.
Po rejsie wróciliśmy jeszcze na chwilę nad jezioro Myvatn. W sumie przy takich peanach, jakie słyszeliśmy na jego temat (że najbardziej rozpoznawalne, niesamowite, tyle rodzajów ptactwa, roślinności, ledwo dech można nabrać z zachwytu), my byliśmy… nawet nie tyle co rozczarowani, raczej skołowani. No rzeczywiście widok ładny, jezioro duże, ale nawet jadąc wzdłuż jego brzegu nie zobaczyliśmy niczego, co specjalnie kazałoby się nam zatrzymać. A tego dnia zatrzymaliśmy się z ciekawości jeszcze dwa razy, trafiając na jeden z ciekawszych, moim zdaniem, terenów na Islandii.
Blue Lake – jezioro geotermalne
Pierwsze po drodze było Blue Lake – nie za duże jezioro geotermalne, które już z daleka parowało i rzeczywiście miało błękitną barwę. Na brzegu postawiono tabliczkę, by nie zbliżać się zbyt blisko wody ani oparów, ponieważ mają powyżej 100℃. Być może rzucając okiem na całe oczko wodne nie odnosiłoby się takiego wrażenia, dopóki nie spojrzałoby się na rusztowanie odgradzające miejsce, z którego gorący strumień wybijał pod wysokim ciśnieniem z wnętrza ziemi. Nie wiem nawet, do czego to przyrównać – to trochę tak, jakby jacuzzy działało z potrojoną mocą i strzelało wodą jak oszalałe, sami spójrzcie.
Hverir – geotermalne pola lawowe
Oczywiście wszędzie był wyczuwalny zapach siarki, jednak nie tak bardzo jak w miejscu, które mnie absolutnie oczarowało, a Maćka odrzuciło. Dosłownie chwilę później zatrzymaliśmy się przy Hverir, czyli geotermalnych polach lawowych. Przyznaję, zapach zgniłych jaj towarzyszył nam z większą intensywnością może tylko w chwili, kiedy jednego razu zamówiliśmy w Polsce paczkę ze słodyczami i dostaliśmy wafelki z durianem. Zarówno smakołyki, jak i nasz nieplanowany postój był moją inicjatywą. Maciek wymiotował w obu tych sytuacjach, więc szczerze go podziwiam, że mimo tego i faktu, że do tej pory wypomina mi, jak poczęstowałam go spleśniałymi pomidorami (niespecjalnie!), wciąż mnie toleruje i się razem trzymamy.
Czy ten islandzki fetor był aż tak dojmujący? Naprawdę ciężko nazwać go przyjemnym czy delikatnym, ale jeśli nie macie tak wyczulonego zmysłu węchu jak mój kompan, to nie powinna zdarzyć się Wam żadna przykra przygoda. Do teraz bawi mnie jednak, że nie wracałam przez dobre pół godziny albo dłużej ze swojego obchodu i fotografowania, a na sam koniec zapytałam Maćka, czy ma ochotę obejrzeć zdjęcia z naszego wyjazdu. Na początku niemal zabił mnie wzrokiem, ale po czasie nawet chętnie przystał na propozycję. On przez cały czas siedział w aucie, nie licząc chwili, kiedy zobaczył kilka parujących kamieni i stwierdził, że to jego koniec.
Kanion Asbyrgi
Gdy stamtąd wyjechaliśmy, trzymaliśmy się z powrotem naszego planu, a więc Asbyrgi, czyli kanionu w Parku Narodowym Vatnajokull, który ma ponad 5 km długości. Ta wielkość sprawia, że widać go już na długo przed dojechaniem do celu, ale jeśli mam być szczera, to nawet nie ma chwili, by spojrzeć na niego w zachwycie, chyba że auto rozkraczy się Wam pośrodku dziur, błota i czegoś, co miało udawać choćby zarys drogi. Dostając się na „861” albo „862” (zależy, z której strony przyjedziecie), nie musicie sprawdzać mapy czy nawigacji, żeby wiedzieć, że jesteście w dobrym miejscu. Coś, co miało sprawiać wrażenie powierzchni, po której można przejechać i się nie zabić, było szerokie jak czteropasmówka. Nie zmienia to jednak faktu, że aż sprawdzałam, czy to na pewno droga dozwolona dla naszego auta. Żałuję, że nie mam zdjęcia tamtej nawierzchni, ale wtedy brak dokumentacji to chyba ostatnia rzecz, o którą się martwiliśmy. Postaram się jednak zadziałać na Waszą wyobraźnię.
A więc mamy te cztery pasy (niczym nierozdzielone, bo tak naprawdę to tylko błoto i ziemia). Po stronie, po której jedziemy, są dziury na pół metra, na 40 cm i 30 cm. Szerokie tak, że nie myślisz, jak je wyminąć, tylko w którą najlepiej wjechać, żeby nie stanąć pośrodku niczego. Niektóre z nich są przysypane żwirem, no i niby fajnie, ale ten jednak rozbryzguje się na wszystkie strony świata, kiedy tylko się na niego najedzie. Przed Waszymi oczami są tylko chmury pyłu, nie ma żadnych znaków. Widzicie nagle pagórek i w sumie nie wiecie, czy to dalsza część drogi, czy po prostu nasyp, który zrobiły dźwigi stojące pośrodku. Błoto i ziemia są tak zastygłe, że widzicie tylko szerokie muldy. Co chwilę mija Was jakaś ciężarówka, która wyrzuca w powietrze cały ten syf, którym zaraz jest oblepiona Wasza mała Kia. Poruszacie się zygzakiem, żeby jakoś dać radę dotrzeć do końca tego toru przeszkód i zastanawiacie się, czy właściciele aut 4×4 z naprzeciwka bardziej Wam współczują, czy myślą, że jesteście zdrowo puknięci w mózg. I tak jedziecie sobie raz, potem drugi, kiedy okazuje się, że musicie wrócić. A potem trzeci, gdy GPS stwierdza, że się zaktualizował i inna droga nie istnieje. Chyba nic nie podsumuje tego lepiej niż słowa Maćka: „Jeśli jeszcze raz tędy pojedziemy, to będę płakać”.

Czy było chociaż warto? Szczerze… odpuściłabym. Nasz trud i komfort jazdy raczej nie był wart zobaczenia tego kanionu z bliska. Oczywiście robił wrażenie, ale nie wywoływał aż takiego efektu WOW. Nie była to taka tragedia jak ruiny cytadeli w Borgarvirkach, które okazały się po prostu kamieniami jak wszystkie inne na Islandii i po których mój zachwyt wyglądał mniej więcej tak jak zdjęcie po boku, ale mogliśmy o ten moment szybciej dojechać na nocleg (tego dnia akurat byłoby warto). Co mnie jednak rozbawiło w przypadku Asbyrgi, to grupa Azjatów, która pytała nas, czy na szczyt kanionu też można wejść. Rozumiecie – lita skała, schodów ani ich śladu; dobra zajawka dla wspinaczy, ale nie dla osób +50, których największym wysiłkiem ostatnimi czasy było strzelanie zdjęć.
Wodospad Dettifoss
Później udaliśmy się w kierunku wodospadu Dettifoss, który uchodzi za jeden z bardziej energotwórczych w Europie. Jego szerokość, ogrom i prędkość przelewającej się wody jest naprawdę zatrważająca. Stojąc kilka metrów od niego, zastanawialiśmy się, czy gdyby wsadzić pod niego rękę, to od razu by nam ją urwało, czy tylko połamało. Pod tym względem wrażenie jest naprawdę kolosalne, ale jeśli chodzi o samą estetykę, to na pewno nie jest to najpiękniejsze takie widowisko na wyspie. Czemu? Woda oprócz tego, że jest spieniona, to po prostu przybiera brunatną barwę. Co ciekawe, część z Was może kojarzyć ten cud natury z filmu „Prometeusz”, bo wodospad doczekał się w nim kilku ujęć.
Co stanowiło dla nas zagadkę – dopiero jakieś 100 metrów od celu usłyszeliśmy szum wody. Idąc z parkingu przez skalne schody i dróżkę, mieliśmy wrażenie, że trafiliśmy źle, choć przecież widzieliśmy sąsiadujący z Dettifossem wodospad Jokulsargljufur. Wiedzieliśmy, że to właściwe miejsce, a jednak do końca ciężko było nam w to uwierzyć.
Wodospad Hengifoss
Było już popołudnie, ale zdecydowaliśmy się na odwiedzenie jeszcze jednego wodospadu, który był nam akurat po drodze, czyli Hengifoss (teoretycznie, bo okazało się, że i tak musieliśmy zbaczać z trasy, by dostać się do miasta Egilsstadir na jakąkolwiek stację benzynową, której nie widzieliśmy od dobrych kilkudziesięciu kilometrów). Kiedy dojechaliśmy więc na miejsce, powoli już zmierzchało, a żeby ujrzeć źródło, trzeba było wspinać się pokaźny kawałek po drewnianych platformach. Mniej więcej w połowie wiedzieliśmy, że wchodząc na ostatni stopień, nie zobaczymy nic oprócz ciemności. Ja jednak szłam tyle, ile się dało, podczas kiedy Maciek biegał za owcami pasącymi się obok i przeżywał, że żadna z nich nie chciała się przytulić, tylko od razu uciekały. Finalnie znaleźliśmy się więc mniej więcej w ¾ drogi, a nasze zdjęcie pamiątkowe prezentuje się tak, no bo chyba żadnego oświetlenia się nie spodziewaliście (zdjęcie z fleszem też co prawda istnieje, tyle że dużo niekorzystniejsze od tego, więc zostanie Wam oszczędzone).

Droga do Höfn
Później nastąpiły jedne z naszych najgorszych wspomnień, czyli jazda do hostelu w Höfn, o którym wspominałam w poprzednim wpisie i tutaj już do tych czarnych zakamarków pamięci sięgać nie będę. Wiedząc, jak beznadziejny mamy czas, już nam było wszystko obojętne, więc poświęciliśmy trochę czasu, żeby zatrzymać się w porze obiadowej na stacji benzynowej N1 i coś przekąsić. Pod tym względem Olis wypada dość słabo, bo poza gotowymi produktami na półkach nie oferuje żadnych ciepłych posiłków (choć czasem trafi się kawa). Nauczyliśmy się więc, że jeśli jeść, to na N1, zwłaszcza że ceny jak na Islandię nie były aż tak zatrważające, no i mieliśmy gwarancję tego, że ten obiad na pewno dostaniemy. Jechanie do miast wydawało się dość ryzykowne, bo o ile nie jest to miejscowość wielkości Akureyri czy Egilsstadir, to gwarancja posiłku naprawdę nie jawiła się optymistycznie.
Przeważnie jedliśmy tosty albo burgery – niezbyt to zdrowe, ale na pewno lepsze niż zupki z proszku. Przeważnie taka przyjemność kosztowała nas w granicach 40 zł, ale przynajmniej nie skąpiono nam, jeśli chodzi o porcje. Często dostawaliśmy jakieś frytki-niespodziankę, których nie było w spisie, a same posiłki były dość obficie wypełnione mięsem i sosami, więc dało się na tym wyżyć i to całkiem nieźle. Tego dnia zatrzymaliśmy się też na kolację (choć nie sądziliśmy, że to będzie nasza kolacja i ostatni posiłek, bo na następny po prostu nie zdążymy przed spaniem), czyli gorącą czekoladę i pizzę na kawałki, z którą wpakowaliśmy się do samochodu. Przy okazji kupiliśmy Pepsi w puszce, którą tylko wymienialiśmy na nowe egzemplarze. Ten napój był naszym nieodłącznym towarzyszem podróży w uchwytach przy siedzeniach aż do samego wylotu.
Do Hi Hostel w Höfn dojechaliśmy w rekordowym czasie, po 1:00 w nocy, umordowani jak chyba jeszcze nigdy. Na miejscu nawigacja straciła orientację w terenie, więc przed kolejnymi straconymi minutami na szukaniu noclegu uratowało nas moje 2% baterii w telefonie. Ten fakt też uważam za strasznego pecha, bo mimo że zaopatrzyliśmy się w przejściówkę do samochodu, by naładować komórki, to z samym stykiem coś było nie tak – ładował dosłownie sekundę i odpuszczał. Tego dnia zresztą w ogóle mieliśmy niewiele szczęścia; po takiej trasie czekał nas też najsłabszy nocleg. Jedyne, co nas pocieszało, to dwie pary kluczy, które czekały na gości w recepcji. Jedne nasze, drugie niewiadomego pochodzenia, a więc jednak istnieli więksi frajerzy od nas, którzy spóźnili się jeszcze gorzej niż my.
Nocleg w Hi Hostel, Höfn
Już wcześniej tego dnia zastanawialiśmy się, czy mimo adnotacji „Bed in the dorm” na naszej rezerwacji, dostaniemy osobny pokój tylko dla naszej dwójki, skoro recepcjonista odłożył dla nas klucze. Nie będę Was trzymać w niepewności: odpowiedź brzmi nie. Ile więc łóżek mieściło się w tych czterech ścianach? Pięć, w dodatku piętrowych. Na szczęście spała nas tam tylko szóstka, jednak czy można to nazwać szczęściem? Przekonacie się za chwilę.
Nasz pokój znajdował się pod parterem. Staraliśmy się wejść do środka najciszej, jak potrafiliśmy, jednak kobietę leżącą obok drzwi natychmiast oślepiło światło z korytarza. I weź tu znajdź wolne łóżko, próbując nie świecić telefonem ani latarką. Nawet nie miałam sposobności, żeby kłócić się z Maćkiem o to, kto zostanie wygnany na górne piętro (oczywiście padło na mnie, zawsze ci mali muszą spać przy suficie), po prostu odłożyliśmy rzeczy i poszliśmy do łazienki, żeby przebrać się w piżamy. Nie musicie jednak żałować tych, których obudziliśmy – odpłacili się nam pięknym za nadobne. Zanim jednak w ogóle usnęliśmy, miałam wrażenie, że ten dzień daje mi jeszcze jedną sposobność do tego, by sklasyfikować go jako „Idealny do tego, żeby opowiadać ludziom i rozbawić ich do łez, ale równie idealny do tego, żeby w chwili, kiedy wszystko się działo, strzelić sobie w łeb”.
W całym ośrodku chrapał jeden jedyny człowiek, no i zgadnijcie, w czyim znalazł się pokoju. Przy czym umówmy się, natężenia chrapania są różne, niektóre można nawet znieść, gdy dochodzą z drugiego końca pokoju, ale nie to. Ten człowiek chrapał tak, że nie zdziwiłoby mnie, jeśli słyszeli go jeszcze dwa piętra wyżej. Gdyby nie to, że ledwo żyliśmy, pewnie czekałaby nas bezsenna noc. A tak to budziliśmy się tylko co dwie godziny od piątej nad ranem, więc wynik całkiem niezły.
Równo o 5.00 zadzwonił budzik. No spoko, rozumiem, ktoś wcześnie wyjeżdża. Tylko że ten budzik należał do typu człowieka, który uruchamia milion drzemek i po którejś z kolei myślałam, że wstanę i sama wyciągnę go z łóżka. O 7.00 zadzwonił następny, tym razem jakiejś kobietki, która podeszła do sąsiedniego łóżka i zaczęła po angielsku dziękować prawdopodobnie nowej znajomej, żegnać się z nią i w ogóle. W sumie to było całkiem urocze, więc jakoś mnie nie zeźliło, ale zgodnie stwierdziliśmy z Maćkiem, że tego dnia śpimy dalej, bo po ostatnich przeżyciach ledwie byliśmy w stanie uchylić powieki.
W ten oto sposób obudziliśmy się o 9.30 w pustym pokoju. I wiecie, co jest ironią? Nie spieszyliśmy się, wstaliśmy późno, a kolejny odcinek drogi pokonaliśmy tak szybko, jak jeszcze nigdy. Co z kolei jest zabawne? Że po paru godzinach jazdy samochodem minęliśmy człowieka, który zwiedzał Islandię na rowerze. Na rowerze, kiedy my nawet z autem mieliśmy problem! Wiecie, kim był ten człowiek? Tym samym facetem, który rano nie potrafił wyłączyć budzika. I szczerze, po zobaczeniu go, zaczęłam rozumieć, czemu nic nie było w stanie go obudzić.
Na dziś to tyle, ale jeśli masz ochotę poczytać o lodowcach i bryłach lodu wyrzucanych na czarną plażę, to koniecznie czekaj na pojawienie się kolejnej części! A w międzyczasie, żeby Ci się nie nudziło, obserwuj moje posty na Facebooku i Instagramie, linki po prawej stronie na górze 😀


























