Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć drugiego dnia naszego pobytu w Budapeszcie. Jeśli jeszcze nie przeczytałeś pierwszej części, to serdecznie zapraszam o tutaj, a jeśli interesuje Cię tylko to co tu i teraz, to też nic nie szkodzi i możesz zacząć od tego momentu. Tym razem udamy się na Plac Bohaterów, zobaczymy pokazy artystów z Jakucji i lodowisko tuż przy zamku, ruszymy pod parlament stanowiący jedną z najbardziej rozpoznawalnych ikon miasta i obejrzymy basztę rybacką, która z rybami nie ma wiele wspólnego. Zapraszam:
- Plac Bohaterów
- Zamek Vajdahunyad
- Pokazy grupy cyrkowej z Jakucji
- Parlament w Peszcie
- Baszta Rybacka na placu Macieja
Niedługo po śniadaniu udaliśmy się na zwiedzanie. Codziennie jednak musieliśmy poświęcać mniej lub więcej przedpołudniowego czasu na to, by uczyć się do egzaminów, które niestety mimo sylwestra i innych przyjemności zbliżały się wielkimi krokami. Sesja nie kocha i żałuję tych godzin w książkach, których nie przeznaczyliśmy na eksplorację miasta, choć Budapeszt tak czy siak obeszliśmy bardzo intensywnie.
Plac Bohaterów
Tego dnia rozpoczęliśmy od Placu Bohaterów, więc na miejsce dotarliśmy niebieską linią metra do Deák Ferenc tér, a później przesiedliśmy się na żółtą i jechaliśmy aż do Hősök tere, czyli węgierskiego odpowiednika naszej atrakcji. Wysiadaliśmy prawie na końcu trasy, a gdy wyszliśmy z podziemi, naszym oczom niemal od razu ukazały się monumentalne budowle. Zaraz obok placu znajduje się Pałac Sztuki, a po przeciwległej stronie Muzeum Sztuk Pięknych, do którego niestety nie udało nam się wejść. Na pewno jednak zostawię sobie tę atrakcję na przyszły raz, jako że w środku możemy podziwiać obrazy Leonarda da Vinci czy Rembrandta albo rzeźby Thordvaldsena, który np. przyczynił się do przyozdobienia Starego Miasta w Warszawie – pomnik Kopernika jest właśnie jego autorstwa.

Plac nosi swoją nazwę od kolumny usytuowanej w jego centrum (Hősök emlékkövét). Utworzono ją po I wojnie światowej jako hołd dla poległych. To miejsce dla Węgrów ma znaczenie szczególne jeśli chodzi o nastroje polityczne; odbywały się tu liczne demonstracje, kiedyś pośrodku stał pomnik Stalina, później Lenina, a za taką oznakę wyciszenia można uznać symboliczny pogrzeb powstańców z czasów rewolucji węgierskiej 1956 roku. Zabudowa placu została utworzona na pamiątkę 1000-lecia państwa węgierskiego. Oprócz kolumny możemy też dostrzec dwie kolumnady, z których każda przedstawia postacie istotne dla tamtejszej historii.
Zamek Vajdahunyad
To na pewno jedno z ładniej zaaranżowanych i dostojnych miejsc w Budapeszcie, jednak nie wiadomo ile czasu tam nie spędzicie, zwłaszcza w zimie. My prosto stamtąd pomaszerowaliśmy na zamek Vajdahunyad znajdujący się w niewielkiej odległości. Największa atrakcja w tym okresie, która rzuca się w oczy, to bez wątpienia ogromne lodowisko rozciągające się z przodu murów. Mimo swoich rozmiarów, dzięki ładnej pogodzie i muzyce w tle, było praktycznie całe zapełnione, a wokół niego gromadziło się mnóstwo gapiów.
Sama budowla na czas zimowy przystrojona jest maleńkimi lampkami, a jej nazwa pochodzi od zamku rumuńskiego. Pomysł na wzniesienie wziął się z tego, że kiedyś w tym samym miejscu stała wystawa, podczas której twórcy prezentowali konstrukcje z nietrwałych materiałów. Mieszkańcom miasta spodobały się one na tyle, że postawiono je znowu, tym razem na większą skalę i ze sprawdzonego kruszcu. Dzięki temu dziś możemy obserwować kompleks budynków takich jak te, gdzie każdy z nich stanowi przykład innego stylu architektonicznego:
Na środku placu znajduje się pomnik Anonymusa dzierżącego złote pióro. Uznaje się go za węgierskiego kronikarza, ale jedyne, co o nim wiadomo, to że jego imię bądź nazwisko zaczynało się od litery „P”, bo tak się właśnie podpisywał. Miejscowa legenda głosi, że jeśli dotknie się tego pióra i pomyśli życzenie, to się spełni, aczkolwiek wersji tej opowieści jest bardzo dużo. Inna z nich stanowi, że po dotknięciu pióra będzie się miało znacznie więcej weny. Jeszcze inni wierzą (i to o dziwo bardzo często są panowie), że jeśli usiądzie się na kolanach posągu, to pozytywnie zda się maturę albo podwoi się swoją emeryturę. Cóż, niby nie zaszkodzi spróbować wszystkiego…

Wokół zamku znajdowało się też bardzo dużo budek i foodtrucków z ciepłymi przekąskami i grzanym winem, więc kiedy tylko obeszliśmy zamek dookoła, podążyliśmy za swoim węchem. Pech chciał, że gdy doszliśmy do końca ogrodzenia, okazało się, że dalej nie ma przejścia i trzeba wrócić. Z nami szła jednak jeszcze jedna równie rozczarowana para, która znalazła lepsze wyjście z sytuacji. W jednym miejscu płot po prostu się otwierał – troszkę jakbyście odchylali drzwi, tylko bardzo opornie, bo słup haczył o ziemię. Zapewniało to jednak pewną stabilność, więc jeśli tylko złapało się ruchomej części i przełożyło stopę na drugą stronę na murek, można było przejść bezpiecznie.
Pech chciał, że szłam trzecia i kiedy nadeszła moja kolej, coś się obluzowało, a ja omal nie runęłam w tył do wody. Zdążyłam tylko krzyknąć, oczy dziesiątek gapiów przed zamkiem skierowały się w moją stronę, a ja zawinęłam się na ogrodzeniu prawie tak, jakbym dawała pierwszy występ w strip-clubie na rurze, nie mając nawet pojęcia, że tego dnia mam tam wystąpić i że w ogóle tam pracuję. Maciek jednak po tylu latach znajomości zdawał sobie sprawę, że ze mną może wydarzyć się dosłownie wszystko, dlatego w porę przytrzymał ogrodzenie i jakoś przywrócił mnie do pionu. On oczywiście przeszedł normalnie, ja zrobiłam z siebie widowisko i poprawiłam wszystkim humor, a potem udaliśmy, że nic się nie stało, idąc dalej. Tak – ze mną nie ma nudy, ale do wstydu trzeba się przyzwyczaić.
To co dla mnie stanowi nieoderwalny element Budapesztu zimą, to właśnie stanowiska stojące na wolnym powietrzu, gdzie dostrzeżemy wielkie skrzynki czy misy z grzanym winem i pomarańczami ułożonymi po bokach. Tutaj bardzo dobra informacja dla miłośników tego typu trunków: żeby wytrzymać długie spacery na zimnie, przynajmniej jeden taki garnuszek trzeba było wypić. Nie wszędzie smakowały wyśmienicie, miały odpowiednią cenę czy tzw. „kopa”, ale o tym również wspomnę już przy okazji osobnego wpisu o węgierskiej kuchni i przysmakach. Pamiętam jednak, że to właśnie tam wypiliśmy wino ze zwykłej budki, które było tak mocne, że szybko uderzało do głowy.
Budki często oznaczano flagami; węgierską, niemiecką, włoską i takiego też typu przekąski serwowano w każdej z nich, a przynajmniej się starano. Gdzieniegdzie pojawiały się bardzo ciekawe rozwiązania funkcjonalno-architektoniczne takie jak na przykład ten piec:

Naszą uwagę najbardziej zwróciło jednak coś, co nazywało się kolbice. Troszkę można by to przyrównać do kebaba w bułce, troszkę do tortilli, ale nie znalazłabym polskiego odpowiednika tego przysmaku. W kulinarnym wpisie będzie można zobaczyć, co to też takiego było… 😀
Pokazy grupy cyrkowej z Jakucji
Cały dzień podporządkowaliśmy właściwie jednemu wydarzeniu, a mianowicie pokazom grupy cyrkowej z Jakucji (północna Syberia). Wystąpienie zatytułowane Snow Dream odbywało się w Fővárosi Nagycirkusz znajdującym się nieopodal Placu Bohaterów i Łaźni Szényiego. Bilety kosztowały nas ok. 4500 HUF od osoby, czyli około 58,5 zł biorąc pod uwagę, jakiej rangi było to wydarzenie, spożytkowaliśmy te pieniądze najlepiej, jak mogliśmy.
Wiecie, to nie był taki cyrk, jaki kojarzyłam ze swoich dziecięcych wyobrażeń czy opowieści albo różnych filmów. Nie tresowało się tam tygrysów czy słoni, a jedynymi zwierzętami, jakie zobaczymy na scenie, są psy – zadbane, wyczesane, merdające ogonami i dokarmiane po każdej sztuczce. Dało się zauważyć, że występ sprawia im radość, że w ogóle nie czują na sobie presji, a po prostu traktują wszystko wokół jako ogromną salę zabaw. Pokazały się dosłownie na dziesięć minut, nie więcej. Pozostałe sztuczki należały tylko i wyłącznie do ludzi, a patrząc na wysiłkowość niektórych z nich, to o artystów w tym wypadku martwiłabym się znacznie mocniej.
Zanim jednak weszliśmy na trybuny, mogliśmy odwiedzić wcześniej przygotowany namiot, w którym prezentowano zdjęcia i opisy obecnego życia w Jakucji. Aż ciężko wyobrazić sobie, jak pośród takiego wielkiego mrozu i ciężkich warunków bytowych uchowały się takie dusze, które ruszyły w świat, by czarować uśmiech na twarzach widzów, ale na całe szczęście tak się właśnie stało. Jeśli ktoś z Was w ogóle nie kojarzy, z czym to się je, to pod spodem zamieszczam kilka obrazów z grafiki Google, byście lepiej pojęli mój tok myślenia.
Nie wiem, czy kiedykolwiek byliście w jakimś cyrku i przede wszystkim w jakim. Ja na przykład nie i w mojej wyobraźni prócz zwierząt i przerażających klaunów wiele więcej nie było. W rzeczywistości zgadzały się trzy rzeczy: namiot w czerwono-białe pasy i arena otoczona rzędami wąskich ławeczek, ubiór personelu w czarne fraki z cekinowym wykończeniem i przede wszystkim: popcorn! Wiecie, żółtawy popcorn z masłem w tych opakowaniach jak na amerykańskich filmach. Reszta jednak przerosła moje najśmielsze oczekiwania, mimo że klaunów też musiałam zdzierżyć. Nie okazali się jednak tak straszni, jak ich diabeł malował.
Cały spektakl opierał się na opowiadaniu historii (niestety nie w języku angielskim, więc zrozumieliśmy ją tylko jak dzieci – na zasadzie kojarzenia obrazków, a i tak nam się podobało). Była królowa śniegu, były różne plemiona i wrogie siły, a w tle przewinęła się nawet piosenka z Krainy Lodu. Zawsze po scence rodzajowej następował występ, po występie przerwa serwowana przez klaunów w formie różnych wygłupów i interakcji z widownią, no i tak w kółko, tylko czasem w zmienionej kolejności. Grupy klaunów też były dwie – jedna europejska, miejscowa, a druga z Jakucji. Dało się zresztą dostrzec, że poza głównymi gwiazdami program jest uzupełniany też „stałym” repertuarem węgierskich wykonawców. Urody się jednak nie oszuka, a przynajmniej nie w tym wypadku.
Poszliśmy razem z moimi rodzicami i mieliśmy miejsce akurat w pierwszym rzędzie. Z jednej strony super, z drugiej serce podchodziło mi do gardła, kiedy jeden z klaunów szukał swojej ofiary (panicznie się ich boję, ale chociaż ci mieli tylko umalowane twarze, a resztę stroju bardziej człowieczą). Czasem zastanawialiśmy się, czy goście na widowni są podstawieni czy nie, bo wczuwali się tak bardzo, że jeden mężczyzna prawie chciał ściągać ubrania na środku sceny, wywołując wesołość u wszystkich pań wokół. Chyba jednak po prostu mocno się wczuł.
Jeśli chodzi o część komiczną – moja mama na przykład nie jest fanką rozrywki, która opiera się na tym, że ktoś przywalił komuś ciastkiem w twarz albo oblał go wodą. W tym wypadku jednak humor stał na wyższym poziomie, a przynajmniej starał się do tego dążyć. Każdemu z nas właściwie podobało się co innego, a to tylko dowodzi, że tego typu eventy są rozrywką dla całej rodziny.
Niektóre występy zapierały dech w piersiach. Nie zabrakło żonglerki czy akrobacji na szarfach podwieszonych na suficie, ale też takich pokazów, które dosłownie przerażały. Najstraszniejsze były chwile, kiedy na scenie pojawiał się człowiek-kark. Nie dość, że potrafił postawić sobie na czole wielką, metalową tyczkę i chodzić z nią tak, by utrzymywała się w pionie, to na sam koniec na tej tyczce stanęła na rękach kobieta, którą również dźwigał bez żadnej asekuracji i użycia rąk. Żeby tego było mało, przechodził z nią później na wysokości! Sztuczka trwała dość długo, a każdy następny przemarsz odbierał nam siły do patrzenia, dosłownie czuliśmy się zmęczeni. Sami spójrzcie, jak to wyglądało.
Akrobacje były naprawdę różnorodne, a całe show trwało grubo ponad dwie godziny. Pod koniec czuliśmy, że wciąż jest nam za mało. Jeśli kiedyś będziecie mieć okazję na ujrzenie tej grupy na scenie bądź czegoś, co będzie podobne, to kupujcie bilety bez wahania. Ja z pewnością skusiłabym się jeszcze raz, świetna atrakcja, a już dzieci to na pewno piszczałyby z radości. Oko cieszą jednak nie tylko wyczyny akrobatów czy tańce, ale także bardzo często zmieniające się kostiumy, z których część naprawdę kojarzy się z klimatem Jakucji. Pod spodem zamieszczam jeszcze kilka zdjęć i mam nadzieję, że kiedyś będziecie mogli obejrzeć to, co na nich widnieje, na żywo!
Kiedy wyszliśmy z cyrku, było już zupełnie ciemno i znacznie zimniej niż wcześniej. Wybiła jednak dopiero godzina popołudniowa, więc zadecydowaliśmy, że udamy się pod parlament i pochodzimy po całym placu. Niestety nie udało nam się wejść do środka, więc to kolejny element, który pozostanie mi do zaliczenia przy okazji następnej wizyty. Od miejsca docelowego dzieliło nas jednak 4,5 km, więc Maciek wpadł na pomysł, żebyśmy tę trasę pokonali hulajnogami elektrycznymi. Nie przewidział jednak, że ktoś może być tak oporny względem tych urządzeń, jak okazałam się ja. No bo widzicie, ostatni raz na hulajnodze jechałam jako małe dziecko i moja przygoda skończyła się w momencie, kiedy zdarłam sobie całe kolano, a koleżanka przyniosła mnie na plecach do domu. W tym wypadku finał byłby pewnie podobny, tylko lepiej się asekurowałam. Tak więc przez sześć najbliższych minut każdy przechodzień mógł obserwować festiwal żenady i moje nieudolne próby jakiejkolwiek jazdy. Jeśli myślicie sobie – co jest w tym trudnego? Odpowiedź brzmi: ja też nie wiem, a jednak coś najwyraźniej było. Nie wiem, może z zimna ciężko było mi wyczuć przycisk pod palcami, bo ja albo nie jechałam w ogóle, albo startowałam jak rakieta, nie mogąc utrzymać równowagi. Tak. Chcąc uniknąć mojej śmierci, pojechaliśmy tramwajem. Sorki jeszcze raz, Maciek.
Parlament w Peszcie
Parlament znajduje się w Peszcie i nie wiem, czy jest jeszcze jakiś inny symbol, który tak bardzo kojarzyłby mi się ze stolicą czy Węgrami. Czasem mam wrażenie, że gdybyś nie strzelił fotki parlamentu, to zupełnie jakby Cię tam nie było. Na mnie ten budynek robi jednak ogromne wrażenie i razem z kościołem św. Macieja stanowią dla mnie przykład najpiękniejszej architektury miasta. Uwierzcie mi, zwłaszcza nocną porą w okresie świąt, gdy cały plac jest przystrojony lampkami, choinki się świecą i nawet niektóre tramwaje jeżdżą obwieszone ozdobami, to miejsce jest po prostu przepiękne.
Patrząc na to, aż ciężko uwierzyć, że zanim ta budowla powstała, w tym miejscu nie było niczego prócz błota, a i okolica cieszyła się reputacją bardzo niebezpiecznej. Teraz z kolei widzimy władowane w nią pół miliona kamieni szlachetnych i 40 kg złota – nie do wiary, prawda? W jej wnętrzu znajduje się najważniejsza relikwia dla narodu węgierskiego, a mianowicie korona św. Stefana. Kim był święty Stefan? Ano pierwszym koronowanym królem, który zjednoczył państwo węgierskie.
Pod budynkiem znajdują się liczne barykady i ogrodzenia, a jeśli ktoś tylko usiłował je przekroczyć, do akcji natychmiast wkraczali strażnicy. Całość wygląda w ten oto sposób.
Kolejna rzecz, którą koniecznie musimy nadrobić, a która po ciemku byłaby już raczej niedostrzegalna, to buty. Niestety nie mieliśmy sposobności wrócić tam ponownie w następne dni, zupełnie nie było nam to po drodze. O czym dokładnie mówię? Nad brzegiem Dunaju, niedaleko Parlamentu, został postawiony pomnik na pamiątkę osób, które zginęły podczas holokaustu i zostały rozstrzelane nad rzeką. Różnego rodzaju obuwie, nieoznakowane i zostawione bez właścicieli, którzy zniknęli. Mimo że kilku rzeczy nie udało nam się zrealizować, tej żałuję chyba najmocniej, mimo że jej skala jest przecież malutka. Was odsyłam jednak koniecznie, jeśli tylko będziecie mieć okazję.
Żeby trochę się ocieplić, weszliśmy do knajpy, by napić się gorącej czekolady (niestety zupełnie wyleciała mi z głowy jej nazwa). Pamiętam, że była niedziela, bo znalezienie jakiegokolwiek otwartego miejsca graniczyło wtedy z cudem. W dodatku po całym dniu, mimo zimna, strasznie chciało nam się pić i jedyne, na co trafiliśmy, to jakiś mały pub. Dostrzegłam jednak przez okno, że mają lodówkę z napojami bezalkoholowymi do kupienia, ale Maciek stwierdził, że to głupio wejść do takiego miejsca, żeby kupić wodę. Powiedział, że on nie idzie, bo się wstydzi, więc ja jak zawsze, jako ta osoba bez wstydu, bez obaw weszłam do środka i kupiłam, co trzeba. I tak myślę, że nikogo nie obchodziła moja obecność, a że innej opcji nie mieliśmy, to co tu się dużo zastanawiać?
Baszta Rybacka na placu Macieja
Kiedy trochę się rozgrzaliśmy, pojechaliśmy autobusem nr 16 w stronę kościoła św. Macieja. Musieliśmy przejść kawałek pod górę, żeby dotrzeć na plac, ale było warto i to jeszcze jak! Ja zwiedzanie zaczęłam od baszty rybackiej i w sumie gorąco polecam w okresie zimowym zaliczyć ją wieczorem koło godziny 20.00, tak jak myśmy zrobili. Na miejscu były wtedy pojedyncze osoby – świetna okazja do robienia zdjęć i napawania się widokami bez poczucia, że co chwilę ktoś wchodzi w kadr, szturcha cię i się przepycha, bo w godzinach szczytu niestety tak to wygląda. Za dnia, kiedy tamtędy przechodziliśmy, ujrzeliśmy tylu ludzi, że ledwo się tam wszyscy mieścili.
Dlaczego w ogóle baszta rybacka, skoro poza Dunajem nie ma tam właściwie żadnej wody? Kiedyś mury tej budowli były uznawane za część zamkową, a swoją nazwę zawdzięczają rybakowi, który bronił ich w okresie średniowiecza. W nocy nie można odmówić temu miejscu aury tajemniczości – chodząc tam, zupełnie jakbyśmy przenosili się w jakieś inne realia i czas.
W okolicy placu znajduje się mnóstwo perełek, o których opowiem Wam w przyszłych wpisach. Nie mówię już o samym kościele św. Macieja, ale także o domu Houdiniego czy nuklearnym bunkrze. Śledźcie więc koniecznie mojego fanpage’a oraz Instagrama, by być na bieżąco oraz wiedzieć, kiedy pojawiają się wpisy i niczego nie przegapić. Odnośniki znajdziecie na górze po prawej stronie, zapraszam!









































































