Węgierska kuchnia – papryka, gulasze i przekąski w alternatywie dla kebaba

Z czym kojarzy się węgierska kuchnia? Przede wszystkim z gulaszami w kociołkach, zupami w chlebie i dużą ilością wina oraz papryki – czy to w postaci warzywa, czy sproszkowanej przyprawy. Zazwyczaj dużo ostrości, mięsa i dość ciężkostrawnie, choć nie jest to regułą. Dziś skupimy się na kilku ciekawych punktach gastronomicznych, a także potrawach czy przekąskach, jakich trzeba spróbować lub wręcz przeciwnie, będąc już na miejscu. Zapraszam na:

Langosz – gdzie najlepiej zjeść?

Na sam początek warto wspomnieć, że niepowtarzalną okazją do skosztowania tradycyjnych dań w samym Budapeszcie jest bożonarodzeniowy jarmark znajdujący się na Vörösmarty tér. Prócz pojedynczych budek ze słodyczami czy kurtosz-kołaczami znajdziemy kilka połączonych ze sobą punktów gastronomicznych. Pośrodku znajduje się dość duży placyk, który stanowi powierzchnię roboczą dla „kucharzy”, a wokół niego rozciągają się blaty i gorąca płyta z gulaszami, golonkami, mięsami, kiełbasami, zasmażanymi warzywami i wszystkim, o czym można tylko marzyć. Człowiek żałuje, że ma tylko jeden żołądek. Możliwość zjedzenia czegoś w tym miejscu mamy od końca listopada do końca grudnia. Na co my się skusiliśmy? Na coś bardzo tradycyjnego, a mianowicie na langosza.

Tę potrawę można spotkać także na naszych polskich jarmarkach, ale jednak dość różnią się one smakiem. Jeśli ktoś nigdy wcześniej się z nią nie zetknął, to można przyrównać ją do ogromnego, napęczniałego placka z pogrubionymi bokami w taki sposób, żeby do środka można było napakować mięso, jogurt czy sos: dzięki temu dodatki nie wypadają czy nie wyciekają. W przeciwieństwie do zwykłych placków ziemniaczanych, tutaj oprócz ziemniaków używa się również mąki pszennej, drożdży i mleka (oraz takich dodatków jak cukier czy sól, ale to już według własnego uznania). Najpopularniejszym zestawieniem „farszu” jest chyba jogurt z serem żółtym startym na tarce w grube wióry (na to się właśnie zdecydowaliśmy), ale także cukier, szynka albo masło czosnkowe. W zasadzie kombinacji jest dużo i jako że placek jest neutralny w smaku, można eksperymentować z wypełnieniem.

Nasza rada? Z pewnością zamówilibyśmy jeden placek na dwie osoby, bo są po prostu ogromne – wielkości głowy. Wiadomo, fajnie się najeść, ale jeszcze lepiej popróbować wielu rzeczy po kawałku, na co nam po prostu nie starczyło siły. Mój przyjaciel dokończył przekąskę z wielkim trudem, ja już samą końcówkę zostawiłam, przy czym obojgu było nam tak niedobrze, że nie wiedzieliśmy, jak dotrzemy do domu. Czy langosze są tego warte? Szczerze mówiąc… trochę się rozczarowaliśmy. Wielkiej eksplozji smaków nie doznaliśmy, w połowie placek robi się wręcz mdły i nieustannie ma się wrażenie, że je się spód bardzo tłustego pączka, który za długo taplał się w głębokim oleju. Do tej potrawy trzeba mieć trochę zahartowany żołądek – my na przykład nie jemy specjalnie tłusto i przez resztę nocy ciężko nam było przeżyć. Żeby się wypowiadać, trzeba jednak spróbować, więc tak czy siak zachęcam, tylko nieco rozsądniej niż my.

Restauracja Sir Lancelot – jedzenie i rozrywka

Moim ulubionym punktem gastronomicznym z pewnością stała się restauracja Sir Lancelot. To miejsce, do którego bez przerwy ciągną się ogromne kolejki, nawet jeśli macie rezerwację. Bez niej nie liczyłabym nawet na wejście, niezależnie od tego, czy to weekend, czy jakikolwiek inny dzień tygodnia. Nie trzeba dzwonić, na oficjalnej stronie znajduje się formularz, który należy wypełnić w języku angielskim (lub węgierskim, jeśli ktoś ma zadatki na poliglotę). Można zadawać pytania i dostosować termin – obsługa jest naprawdę rzetelna, żadnego maila nie pomija i stara się załagodzić wszelkie niedogodności. Po uzupełnieniu takiego wniosku dostajemy potwierdzenie, a na miejscu podchodzimy już tylko do kontuaru, podajemy swoje dane i otrzymujemy przydzielone nam wcześniej miejsce. Jest przy tym sporo zamieszania, bo ludzi w kolejce czeka dosłownie milion, ale idzie to dość szybko. Współczułam jednak dziewczynie, która przyjmowała gości – nawet po jej sposobie mówienia dało się poznać, że jest tragicznie zmęczona, jakby pracowała 12 godzin.

Dlaczego to miejsce zrobiło taką furorę? Knajpa rozciąga się na dwóch piętrach – parter, antresola i piwnica. Całość urządzona jest w średniowiecznym stylu – grube, zimne mury, podłużne drewniane ławy i stoły, kolorowe witraże zamiast okien, mnóstwo elementów wystroju w stylu broni, zbroi, kielichów, flag, żyrandoli, świec. Wszystko wspaniale ze sobą współgra, bo to nie tylko zasługa dekoracji, ale też obsługi w specjalnie skompletowanych strojach. Panie mają długie spódnice i białe bluzki z szerokim dekoltem odsłaniające brzuchy, panowie z kolei zwiewne koszule, buty przed kolano i luźne spodnie. Równocześnie jest na co popatrzeć, ale też nic nie wykracza poza granice dobrego smaku. Stroje nie są wyzywające, a widoki nie obrzydzają nam jedzenia – mamy klimat, a nie przesadę.

Kolejny element to występy, które odbywają się od godziny 20.00-23.00 w weekendy co 20 minut. Niesamowita rozrywka, w której możemy uczestniczyć bez presji czasu dzięki temu, że każdy stolik rezerwowany jest na ponad dwie godziny i zapewniam Was, że tyle właśnie każdy z gości spędza czasu w tym miejscu. Wcale nie dlatego, że czas oczekiwania na dania jest tak długi, a właśnie ze względu na dobrą zabawę. Widząc takie tłumy, sama bałam się, ile przyjdzie nam czekać na coś do zjedzenia, ale restauracja zatrudnia tylu pracowników, że dosłownie się tego nie odczuwa i to oczekiwanie jest dokładnie takie, jak w innej knajpie przeciętnych rozmiarów, za co ogromny plus.

Na czym polegają występy? Raz jest to pokaz ognia, innym razem taniec brzucha czy wystąpienie siłacza, który wyszukuje w tłumie drobną kobietkę i podnosi ją nad głowę. Jest też połykacz ognia i pokazy stricte komiczne, bywają też interakcje, w których zamyka się kogoś w dybach i trzeba go „wykupić”. Możliwości jest od groma i trochę, a każde takie kilkuminutowe przedstawienie angażuje klientów. Jedni są bardziej nieśmiali, inni wręcz rwą się do wyjścia na środek (zwłaszcza ci, którzy już troszkę wypili), ale każdy dobrze się bawi. Panuje naprawdę biesiadna atmosfera, nawet stawia się bardziej na jedzenie rękami i swobodę, a każdy dostaje ogromny śliniak w postaci chusty do zawiązania. Ja na przykład stwierdziłam, że zaczekam z nim aż do podania posiłku, ale podszedł do mnie kelner i bez pytania sam mi go zawiązał, chyba martwiąc się, że bez tego mniej się zintegruję.

Najważniejsza jednak sprawa: menu, jedzenie i finanse. Jak jakość ma się w stosunku do ceny, czy to się w ogóle opłaca i czy poza atmosferą będziemy w stanie najeść się i być zadowoleni? Odpowiedź brzmi – jak najbardziej tak. Miejsce nie jest tanie i nie ma co tego ukrywać. Zwłaszcza jeśli spojrzymy na zestawy dań, z których każdy z nich ma jakąś fikuśną nazwę w stylu Niebieski Rycerz itd. Otrzymujemy od razu przystawkę, zupę, kilka rodzajów drugiego dania i deser. Taki interes kosztuje grubo ponad 100 zł, czasami nawet podchodzi pod 200 i mimo ogromnej pokusy, wreszcie go sobie odpuściliśmy. Byliśmy tak rozemocjonowani, że chcieliśmy kupić jak najwięcej i jak najwięcej skosztować. Moja rada? Zamówcie zupę i drugie danie, wyjdzie dużo taniej (zamkniecie się do stówy razem z piciem), a i tak gwarantuję Wam, że tego nie przejecie (dobra, 98% z Was nie da rady i mówię to ja, ogromny żarłok). Porcje są po prostu gigantyczne.

Zupy przynoszone są w bochenku chleba – często w taki sposób, że w jednej połówce znajdziemy potrawę, w drugiej ser lub grzanki do dodania. Co tu wiele mówić – są pyszne. Ja zamówiłam cebulową, kto inny żurek i wszystko było wyśmienite. Jesteście ciekawi drugiego dania? Przynosi się je na ogromnych, srebrnych tacach. Chcecie zamówić kurczaka? Śmiało, dostaniecie go w całości. Do tego sos w wielkiej sosjerce, cała taca ziemniaków i warzyw. Szaszłyki? Cztery ogromne patyki wypełnione mięsem. Pękniecie, obiecuję.

Jeśli chodzi o napoje, to piwa podawane są w wielkich kuflach, natomiast wina przynosi się w dzbanku i rozlewa do małych, glinianych naczynek z nazwą restauracji. Zdaję sobie sprawę, że część osób podróżuje bardzo niskobudżetowo i taki koszt za jeden obiad/kolację wydaje się przerażający, ale nie płacimy jedynie za posiłek, a za wspomnienia, które pozostają naprawdę niesamowite. Idźcie i zamówcie nawet jedną tacę na dwie osoby – nie będziecie żałować. Kiedy zobaczycie, jak kelner dźwiga ogromną deskę z górą mięsa nad swoją głową, to stwierdzicie, że było warto: nie wiadomo tylko, czy dla kelnera, czy dla mięsa bardziej.

Kolbice – alternatywa dla kebaba

Była restauracja, to teraz może znowu przekąska, a mianowicie kolbice. Jeśli macie już dość kebabów w bułce, to idealny moment, żeby zaznać odmiany. Ta przekąska przyciągnęła naszą uwagę już w momencie, kiedy przechodziliśmy obok niej po raz pierwszy. Znajdowała się w jednej z wielu rozstawionych budek i food-trucków pomiędzy Placem Bohaterów a zamkiem Vajdahunyad. Czym właściwie są kolbice? To wycięta w stożek bułka bez dna, do której wkłada się sałatę, cebulę (zwykłą do środka oraz prażoną na górę) i pomidorki, ale większość wypełnienia stanowią i tak różnego rodzaju kiełbaski: zwykłe, ostre, curry lub chilli. Na to wszystko wylewa się jeszcze wybrany sos.

Przekąskę tę można zjeść w kilku wersjach, a jej koszt waha się w okolicach 2000 HUF (ok. 26 zł). Troszkę dużo, w tej cenie można by mieć w końcu zestaw obiadowy, ale wbrew pozorom dało się tym najeść. Jak ogólne walory smakowe? Generalnie szału nie było: smaczne, ale bez przesady. Mimo że jestem ogromną fanką mięsa, brakowało mi większej ilości warzyw –miałam wrażenie, że czuję tylko i wyłącznie kiełbaski, które do najwybitniejszych nie należały. Zależy jeszcze które, natomiast większość z nich przesiąkła ostrym aromatem i miała dość dziwną, twardawą konsystencję. Najbardziej jednak wytrącającą z równowagi rzeczą była powłoczka na mięsie – wiecie, trochę tak, jakbyście nie zdjęli folii z parówki. Zastanawialiśmy się, czy tak powinno być, czy może to trzeba najpierw obrać. Z drugiej strony trochę głupio – dostajesz skomponowaną kolbicę do ręki i pierwsze co, to będziesz wygrzebywać z sosu kiełbaski i je obierać. Najwyraźniej tak to właśnie powinno smakować i wyglądać. Maciek śmiał się, że dzięki „ubranku” kiełbaska ma lepszy poślizg i szybciej leci do żołądka z głośnym „weeee”. Co do bułki, to przyrównałabym ją do naszej kajzerki. Ogólnie oceniłabym przekąskę na takie 6,5/10. Zjadliwe, nawet nie najgorsze, poza tym dość ciekawe doświadczenie no i naprawdę można się najeść, bo mięsa jest spora ilość. Podawane też dość schludnie, więc jeśli są tu jacyś mięsożercy, to może warto by się skusić.

Grzane wino

W tym samym miejscu (pomiędzy Placem Bohaterów a zamkiem Vajdahunyad w foodtruckach) mogę też polecić jedno z najlepszych grzanych win, jakie piliśmy w Budapeszcie – duże, mocne, idealne na rozgrzanie i temperaturę poniżej zera. Kosztowało zaledwie 600 HUF (ok. 7,80 zł), czyli właściwie tyle co nic. Co prawda nie było podawane zbyt ładnie, to w końcu napój na wynos, więc do styropianowego kubka musiało się ograniczyć, ale fakt faktem, sprzedający nie oszczędzali i lali do pełna (300 ml). Gdziekolwiek później się nie udaliśmy, nie znaleźliśmy już lepszej oferty – wszędzie drożej za mniej. Nie mówię już o różnicy 200 HUF, bo za tyle zdołaliśmy się napić na Placu Macieja przy Domu Houdniniego, ale na przykład o cenie 1200/1400 HUF po wejściu na Górę Gellerta. Jeśli chodzi o grzańca za 800 HUF, to sprzedawał go naprawdę cudowny człowiek; zagadywał, śmiał się, z każdym porozmawiał. Nie dało się jednak ukryć, że mimo strasznie wysokiej temperatury samego napoju, to nie alkohol rozgrzewał, a sam fakt trzymania ciepłego kubka. Kiedy tylko napój się skończył, znowu marzliśmy, a sam smak też zbyt dużego wrażenia nie robił (raczej rozwodniony i bardziej jak cierpki sok wiśniowy).

Mnie smakował też grzaniec w podobnej cenie na ulicy Váci Utca w knajpie Európa Café. Pierwszy raz spotkałam się tam ze zwyczajem, że do wina podaje się też palemkę, taką jaką możemy spotkać przy drinkach czy może koktajlach. W sumie wydało mi się to całkiem urocze, a samo miejsce jest całkiem niezłym punktem na romantyczny wieczór. Obsługa naprawdę uchyla niebios, każdy podchodzi do ciebie z uśmiechem i radością, że może cię obsłużyć. Większość miejsc siedzących znajduje się na zewnątrz, dlatego odrobinę lepiej byłoby pewnie zarezerwować stolik, gdyby było cieplej. Z drugiej jednak strony jest ogrzewanie w postaci filarów ogniowych, a na każdym krześle pozostawiono kocyk do nakrycia. Menu zachowano w dużym stopniu kawiarniowe, sprzedawali nawet gorącą czekoladę (jestem wielkim smakoszem, więc doceniam, kiedy ktoś ma w ofercie akurat ten napój, bo nawet w okresie zimowym nie jest to taką oczywistością). Nie zabraknie deserów, ale też potraw mięsnych w różnych wydaniach: panierowanych, z makaronem czy zwykłych gulaszy. Ja skusiłam się na zupę gulaszową i nie byłam zbyt rozczarowana. Kelner co prawda ostrzegał, że potrawa będzie ostra, ale albo przesadzał, albo mam dość dużą tolerancję, bo nie za bardzo to poczułam. Jedyne co, to danie mogłoby być trochę gęstsze (więcej mięsa, papryki i ziemniaków), ale przyprawiono je naprawdę dobrze. Polecam więc, pod spodem zdjęcia jedzonka i lokalu.

Restauracja Vigado

Warto wspomnieć jeszcze o restauracji Vigado w Budzie. Kiedyś to miejsce wyglądało ponoć z zewnątrz dosyć obskurnie, natomiast jakość jedzenia wynagradzała wszystko. Teraz z kolei z zewnątrz jest całkiem nieźle, najwidoczniej po drodze trafił się jakiś remont, ale odbiło się to negatywnie na samej obsłudze czy potrawach. To miejsce słynęło z pysznej zupy w chlebie i to był główny motyw, który zachęcił nas do odwiedzenia go. Zapytaliśmy jeszcze na wejściu, czy na pewno ją dostaniemy, kelnerka pokiwała głową i zniknęła. Chyba jednak się nie zrozumieliśmy, bo po pewnym czasie wróciła, a zupy, które postawiła przed nami, znajdowały się w garnuszkach (dość małych w dodatku). Zaraz potem na stół położyła stolik z pieczywem, a my z Maćkiem spojrzeliśmy na siebie ze smutkiem i rozczarowaniem. Ten, kto czytał o naszych budapeszteńskich przygodach, ten wie, jak bardzo tego dnia czekaliśmy na tę zupę. Drugie danie natomiast uratowało honor, przynajmniej w moim przypadku. Ja zamówiłam makaron z sosem śmietanowym i dodatkami, natomiast Maciek gulasz. Nasze porcje różniły się wielkością dość dostrzegalnie, a sposób przygotowania mięsa pozostawiał wiele do życzenia. Penne z kolei naprawdę było pyszne, więc jeśli chcecie kiedyś zajrzeć do Vigado, to raczej pod kątem kuchni włoskiej, nie węgierskiej (no i może nie na zupę). Generalnie to nie było dla nas miejsce, w którym mogliśmy się najeść do syta, a już na pewno nie mężczyzna, nawet po dwóch daniach. Mimo dość przeciętnej i dopuszczalnej ceny, polecałabym przeznaczyć te pieniądze na coś innego.

Ciekawe widokowo restauracje

Istnieją jeszcze dwa miejsca w Budapeszcie, w których nie wiem co prawda, czy dobrze zjemy, ale przede wszystkim nacieszymy nasze oczy i zapełnimy wspomnienia. Nam niestety nie udało się trafić do ani jednego z nich (albo ze względu na odległość, albo na kolejki), ale Wam je polecę i może będziecie mieć więcej szczęścia. Pierwsze z nich to Vagon Restaurant znajdująca się dokładnie przy ostatnim przystanku metra na skraju Budy. Hitem tego miejsca jest to, że jak sama nazwa wskazuje, po prostu urządzono lokal w pociągu, a my siedzimy przy stoliczkach w wąskim wagonie urządzonym w dość starodawny sposób. Na pewno nie ominęłabym tego przy okazji swojej drugiej wizyty w stolicy, mając nieco więcej czasu.

Drugi punkt gastronomiczny to For Sale Pub. Swoim wyglądem przypomina nieco stajnię, gdy dostaniemy się już do środka – wszędzie porozrzucane siano, mnóstwo papierów i gazet przypiętych do sufitu, drewniane meble i iście kowbojski nastrój. Trzeba jednak liczyć się z tym, że przyjdzie nam tam czekać w długiej kolejce, jeśli wcześniej nie dokonamy rezerwacji. Na miejscu oczywiście piwo i alkohole, ale mimo że jest to pub, hojnie oferowane są też duże dania mięsne, często z grilla.

Mam nadzieję, że ten wpis pomógł Wam odnaleźć idealne miejsce na zjedzenie czegoś w Budapeszcie. Propozycji jest dość dużo – starałam się, żeby było różnorodnie. Dajcie znać, co Was najbardziej zachęciło i polećcie coś od siebie, jeśli Budapeszt macie za sobą. Tymczasem zapraszam na mojego Instagrama i Fanpage’a, odnośniki po prawej stronie na górze!

Budapeszt cz.4 czyli kultura żydowska, muzeum nuklearne i sylwestrowe zwyczaje

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie zawierać informacje o Hospital in the rock, czyli muzeum działającym w dawnym bunkrze za czasów II wojny światowej. Parę słów o tym miejscu podszepnęłam już w poprzedniej części budapeszteńskich opowieści, więc serdecznie zapraszam, jeśli chcesz dowiedzieć się więcej. Później przejdziemy do strony peszteńskiej i atrakcji, które się tam znajdują, a także unaocznimy, jak wyglądają przygotowania do nowego roku w stolicy Węgier. Zapraszam na:

Zwiedzanie nuklearnego bunkra – Hospital in the rock

Nasza grupa, która weszła do bunkra, składała się z około 30 osób. Pierwszym etapem podróży jest obejrzenie krótkiego filmiku w osobnej sali, w którym przedstawione zostają ogólne zasady panujące na miejscu (w tym zakaz spożywania jedzenia i robienia zdjęć) oraz ogólny zarys historii, jak ono w ogóle powstało i funkcjonowało. Wbrew pozorom bunkier jest naprawdę duży i szybko przychodzi nam się o tym przekonać podczas zwiedzania. Co prawda korytarze są bardzo wąskie i raczej należy chodzić gęsiego, by wyminąć się z innymi ludźmi, ale też bardzo długie. Sprawiają nieco klaustrofobiczne wrażenie, zwłaszcza że po drodze często poustawiane są jeszcze szafki czy różnorodne urządzenia prądotwórcze (eksponaty lub wciąż działające). Sufit jest miejscami dość nisko, wszędzie biegną rury i człowiek czuje w sobie taką nutę niepokoju.

Duża część pomieszczeń jest ulokowana w taki sposób, że znajdują się one zarówno po prawej, jak i po lewej stronie, ale zwiedzanie zorganizowano tak, żeby najpierw obejść i omówić jedną z nich, a potem drugą. Nasza przewodniczka opowiadała dosyć wyczerpująco, podawała też dużo ciekawostek i nieustannie chciała, żebyśmy zadawali pytania. Nikt jednak się nie odzywał, wydaje mi się, że jej opowieści w zupełności wystarczały, by oddać tragizm tego miejsca. Zdarzały się jednak i przyjemne historie: kobieta pokazała nam kąt pomieszczenia, w którym przyszła na świat mała dziewczynka. Nie dość, że dziecko przeżyło wojnę, to po jej zakończeniu, będąc już starszą kobietą, wróciło obejrzeć miejsce, gdzie się narodziło i na ścianie wisi nawet jej portret.

Każde pomieszczenie jest inne, a jednak wiele z nich bardzo do siebie przystaje – to chyba nie jest wielkie zaskoczenie, jeśli wyobrazimy sobie szpital wojenny. Większość pomieszczeń wypełniają łóżka z chorymi (woskowymi figurami, których jednak mimika i ekspresja nie pozostawia nic do życzenia). Zwłaszcza jedno z nich sprawia przerażające wrażenie, gdzie kilku rannych śpi pod jednym kocem, na jednym materacu. Ludzi ponoć było tak dużo, że powoli brakowało tlenu do oddychania (nie zapominajmy w końcu, że bunkier znajdował się pod ziemią i doprowadzenie tlenu było do niego znacznie utrudnione – nie sposób przecież otworzyć okna czy włączyć klimatyzacji).

Inne sale przedstawiały proces operacji – i tych zwykłych wykonywanych przez chirurga ogromnymi nożycami, i tych polegających na amputacji kończyn. Te były wyjątkowo wstrząsające, jako że żołnierzy nie usypiano: figury „zrywały się” z miejsca, podczas kiedy ich nogi odpiłowywano, asekurując się przy tym żeliwnym wiadrem zapełnionym krwią i bandażami w podobnym stanie. Właśnie – ujrzymy bardzo bogatą kolekcję leków i narzędzi używanych w tamtym okresie do przywracania ludziom jako takiej sprawności bądź uśmierzania ich bólu (częściej jednak to drugie). Patrząc na ich jakość czy ogólną higienę tego miejsca, człowiek myśli sobie, czy nie łatwiej byłoby już po prostu wykitować, niż parę dni przedłużać te męczarnie. Należy zaznaczyć, że jasne, część takich strasznych obrazów malowała się ze względu na zacofanie i niewiedzę ludzi, większość jednak stanowiła wzorowy przykład na to, jak straszliwy niedostatek i brak jakichkolwiek środków pomocniczych cierpieli ranni.

Wspominałam już wcześniej, że wolałabym uszanować prośbę muzeum i nie wstawiać na bloga żadnych zdjęć, jednak jeśli tylko zajrzycie w grafikę Google, dostaniecie chociaż namiastkę tego, co udało nam się zobaczyć. Być może warto zerknąć, bo pewnie większość z Was ma przeświadczenie, że „to tylko figury, co w tym może być strasznego”. A jednak miejsce jest przygotowane w tak przemyślany sposób, że przez 30-40 minut zwiedzania każdy milczy jak zaklęty.

Oprócz ogólnej nędzy i rozpaczy możemy zobaczyć też maski przeciwgazowe i całe skompletowane kombinezony. W jednym z pomieszczeń są też modele pojazdów i kadłubów z tamtego okresu. Część wystawy poświęcona jest również zrzuceniu bomby atomowej na Hiroszimę i ukazaniu, jak negatywne skutki promieniowania szybko rozprzestrzeniały się po całym świecie. Zwiedzający ma okazję obejrzeć mapy kontynentów i miast, gdzie pokazany jest zasięg tego zdarzenia i jego natężenie. Dodatkowo ustawione są też specjalne stanowiska z okularami, przez które można spojrzeć i zobaczyć zdjęcia osób dotkniętych promieniowaniem w różnym stadium. Generalnie straszne.

Ostatnie pomieszczenia składają się z rysunków wykonanych w większości przez dzieci a propos tych właśnie wydarzeń. Dodatkowo przy suficie poskładane są kolorowe łabędzie z origami, mające być symbolem wolności i pokoju. Jak więc widzicie, tych bodźców na miejscu czeka na zwiedzającego bardzo dużo, dlatego żałuję, że czas zwiedzania został w tak dużym stopniu ukrócony. Brakuje odrobinę miejsca na refleksję i spokojne obejrzenie wystaw, zwłaszcza jeśli zamyka się daną grupę, tak jak to było w naszym przypadku. Może poza okresami wzmożonego ruchu turystycznego jest inaczej, dlatego jeśli ktoś z Was miał okazję znaleźć się tam, tylko w innym miesiącu, to koniecznie dajcie znać, jak to wygląda.

Restauracja Vigado – Uważaj, do której trafisz!

Po zwiedzaniu poszliśmy na grzane wino i jeszcze przez jakiś czas byliśmy raczej w takim cichym, żeby nie powiedzieć ponurym nastroju. Bunkier ogromnie nam się podobał, ale wypadało zrobić coś na poprawę humoru. Zdecydowaliśmy się więc na to, co oboje lubimy najbardziej: jedzenie. Według naszej listy blisko nas znajdowała się restauracja Vigado, również bardzo polecana przez moich rodziców. Wiedzieliśmy, że można dostać tam najlepsze zupy w chlebie, dlatego z chęcią ruszyliśmy na miejsce. Podałam Maćkowi nazwę i ruszyliśmy za trasą wytyczoną przez Google. Coś mi się to jednak wydawało dziwne, bo nawigacja kazała nam wsiąść w autobus, który jechał na drugą stronę mostu, do peszteńskiej części miasta. Jak byk miałam zapisane, że Vigado jest w Budzie, ale stwierdziłam, że okej, może się pomyliłam.

No więc pojechaliśmy – w busie tłok, na moście korek i tak zleciało nam ponad 40 minut, po których poczuliśmy, że naprawdę jesteśmy głodni. Skręcało nas w żołądkach, więc w miarę zmniejszania się odległości, niecierpliwiliśmy się coraz bardziej. Szukamy jednak i szukamy – powinniśmy przecież być już na miejscu. Rodzice mówili, że knajpka jest mała, raczej obdarta i z zewnątrz nie wygląda zachęcająco. Tymczasem obok nas budynek z białymi filarami, w środku żyrandol, czerwony dywan i zupełnie czysto. Może zrobili remont? Próbowaliśmy się pocieszać, ale gdzieś z tyłu głowy dotarło do nas, że to chyba jednak nie to miejsce.

Jaki był finał? Okazało się, że Vigado są dwa – przy czym jedno to po prostu Vigado, a drugie to jakaś strasznie długa i dziwna nazwa, na którą nakierował nas Maciek. Stwierdził, że to pewnie to, nawet nie pytając mnie o zdanie, i tak właśnie koło godziny 18.00 przymieraliśmy głodem, cały czas mając wizję tej zupy w chlebie, przez którą zamiast znaleźć sobie inną knajpę, ruszyliśmy z powrotem do Budy. Brawo my. Vigado finalnie znaleźliśmy, ale zupy w chlebie już na miejscu nie praktykują (teraz podają ją w garnuszku). Nosz jasna… (więcej o restauracji w osobnym kulinarnym wpisie).

Nasze wpadki – Twój uśmiech

To był jedyny wieczór, kiedy chcieliśmy nieco szybciej wrócić do hotelu i choć raz po całym dniu łażenia skorzystać z jacuzzi. Co prawda dojazd zajął tyle, że zostało nam jakieś 40 minut do zamknięcia, ale stwierdziliśmy, że warto nawet dla parunastu minut szybko się przebrać i wskoczyć do wody. Zawinęliśmy się więc w szlafroki i ruszyliśmy na wyższe piętro hotelu, o którym pisałam już troszkę tutaj. No więc odkładamy wszystkie rzeczy na wieszaczki, wchodzimy do małego pomieszczenia. Na miejscu sauna, zaraz obok ogromna wanna z bąbelkami. Było nam jeszcze zimno po spacerach, więc z wielką radością zdjęliśmy klapki i nacisnęliśmy przycisk, by uruchomić jacuzzi… po to, żeby odkryć, że on wcale nie przynosi zamierzonych efektów.

Ponaciskaliśmy parę razy, zanurzyliśmy dłoń w wodzie – no zimna, po prostu zimna. Coś się musiało zepsuć. Zostało nam jeszcze trochę czasu, więc zeszłam na dół do recepcji, żeby zapytać, czy coś robimy niewłaściwie, czy coś się może popsuło. Tam nie zastałam jednak tego Azjaty, który zawsze tak ochoczo i rzetelnie pomagał, a innego faceta, raczej młodszego i wyglądającego na początkującego. Porozmawiałam z nim chwilkę, na co on odpowiedział, że już ktoś dzisiaj zgłaszał ten problem i że wannę trzeba uruchomić, ale nie wie jak. Zapewnił jednak, że JUTRO, kiedy zjawi się szef, poruszy tę kwestię. Fantastycznie.

Kto jednak śledzi wpisy z naszą dwójką, ten wie, że wieczór nie mógł skończyć się na rozczarowaniu i smucie z powodu zepsutego jacuzzi. Co zrobiliśmy? Udawaliśmy więc, że wszystko jest jak należy i weszliśmy do tej zimnej wody, trzepiąc nogami i rękami tak, żeby powstało złudzenie bąbelków. W pomieszczeniu była kamera (swoją drogą trochę słabe miejsce na podgląd, w sensie… ciekawe, czego recepcjonista się już tam naoglądał) i zastanawialiśmy się, jaki zonk ma teraz ten, kto na nas patrzy. Wiecie, my po prostu cały dzień czekaliśmy na ten gorący masaż i próbowaliśmy to sobie zrekompensować. Następnego dnia był już sylwester i wiedzieliśmy, że się nie wykąpiemy, bo na 99% będziemy na mieście. Wydurnialiśmy się więc jeszcze chwilę, a potem zdecydowałam się wyjść.

Zapytałam Maćka, gdzie dał nasz klucz do pokoju, po czym odpowiedział, że znajdę go na wieszaku. Podnoszę jednak jedną rzecz, odchylam inny ciuch i nic. Gdzieś zabrzęczał brelok, więc uniosłam wszystkie rzeczy, a jego wciąż nie ma. Spojrzałam ze zdziwieniem, na co Maciek wybuchnął śmiechem, też niezbyt ogarniając, co się stało z tym kluczem. I nagle machnęłam ręką, a on wypadł nie wiadomo skąd na ziemię. Usłyszałam tylko okrzyk pełen zachwytu: „Kurwa, Houdini!”

Sylwestrowe zwyczaje Węgrów

Następny dzień, 31 grudnia. Nie można ukryć, że ze zwiedzaniem spartaczyliśmy nieco sprawę. Otóż większość sklepów, muzeów i kulturowych miejsc była już zamknięta, część działała do godziny max. 15.00. Ze względu na konieczność porannej nauki zaplanowaliśmy czas tak, żeby wyjechać z hotelu, wyskoczyć na późny obiad, a później zwiedzać tak długo, żeby doczekać sylwestra na Wzgórzu Zamkowym. No i ogólnie ten plan był niewypałem, czego tym bardziej szkoda ze względu na ostatni dzień naszego wyjazdu. Nie wszystko jednak stracone – warto było zobaczyć miasto tylko i wyłącznie ze względu na sylwestrowe zwyczaje Węgrów. Jeszcze nigdy w Nowy Rok nie widziałam takiego zatrzęsienia stoisk z perukami czy czapeczkami z gumką (takimi jak na urodziny) do sprzedaży, ile zobaczyliśmy w Budapeszcie. Wiadomo, u nas też kupuje się świecące rogi czy afro, ale to, co jawiło się naszym oczom w stolicy, uchodziło za jeszcze większą tandetę. Nikogo oczywiście to nie zrażało, ludzie bardzo chętnie kupowali komplety dla całej rodziny i wszystkich znajomych.

Zwiedzanie Pestu

Zrobiliśmy rundę po żydowskich ulicach, które słyną z ruin pubs. To takie knajpy, które z zewnątrz wyglądają jak rozpadające się domy czy kamienice, natomiast w środku mają bardzo ciekawe aranżacje – siedzi się np. na kanapach z poprzecinanych na pół samochodów i tak dalej. My niestety nie załapaliśmy się, żeby wejść do środka, ale to akurat taki element kulturowy, który warto zobaczyć. Część odwiedzających uważa go za niesamowicie atrakcyjny, podczas kiedy niektórzy nie widzą nic bardziej odtrącającego i obrzydliwego w samym sercu stolicy. Trzeba jednak nastawić się na nieco inny rodzaj przeżyć, o czym alarmuje nas już wcześniejsze przejście dzielnicy żydowskiej: ścisk, knajpa przy knajpie, specyficzne witryny sklepowe (zwłaszcza na Király).

Kręciliśmy się tam przede wszystkim po to, żeby odnaleźć Wielką Synagogę. Najważniejszym dla mnie elementem, który trzeba tam zobaczyć, jest rzeźba drzewa, rzeźby płaczącej pośrodku placu. Jej liście zostały stworzone z metalowych płytek, a każda z nich ma wygrawerowane imiona i nazwiska osób, które padły ofiarami Holocaustu podczas II wojny światowej. Szeroko na ten temat rozpisuje się autorka książki „Niewidzialny most” i to właśnie dzięki jej lekturze wiedziałam, że warto zobaczyć to miejsce. Udało mi się jednak tylko z daleka, chyba ledwie umykając wzrokowi ochroniarza (na szczęście Maciek mnie zasłaniał). Dlaczego? Nie chodziło o to, że minął czas zwiedzania. Złożyły się na to dwa czynniki: ogromna, a raczej OGROOOMNAAA kolejka i… cena.

Wielka synagoga – ceny

Kiedy moi rodzice pierwszy raz zawitali w synagodze, zapłacili w granicach 3000 HUF (koło 40 zł), nie więcej. Teraz cena wynosiła już 6500 HUF (około 85 zł). Nie wiem, czy tylko tymczasowo ze względu na wzmożony ruch turystyczny, czy już na stałe. Dla nas jednak ten wydatek w ostatni dzień okazał się dość duży. Nie na tyle, żeby nie było nas stać, ale chcieliśmy jeszcze zajrzeć do Muzeum Terroru, zjeść porządny obiad i kupić coś na noc sylwestrową. Taka cena za ujrzenie wnętrza synagogi, czy nawet rzeźby, o którą głównie mi chodziło, wydawała się strasznie wysoka i w końcu po dłuższym zastanowieniu i walce z samymi sobą – odpuściliśmy.

Dlaczego ludzie tak chętnie odwiedzają to miejsce? Część pewnie traktuje je jako pamiątkę historyczną, inni po prostu chcą ją odhaczyć, no bo przecież to atrakcja turystyczna. Fakt pozostaje jednak faktem: to jedna z trzech największych synagog na świecie. Mój wujek zwykł mawiać jednak, że skoro tak dbamy o znajomość przeszłości i samoświadomość, to takie punkty do zwiedzania powinny być ogólnodostępne, bez żadnych opłat. Chyba wspominał o tym głównie ze względu na młodych ludzi, dla których wydanie prawie 100 zł od tak nie jest zbyt przyjemną decyzją, a którzy przecież powinni poznać jak najwięcej takich strzępków historii, skoro sami nie byli jej naocznymi świadkami. Trochę go rozumiem. Na razie jednak muszę pocieszyć się fotką, którą udało mi się na wpół legalnie ustrzelić.

Później udaliśmy się pod Operę. Wystarczy znaleźć przystanek metra o tej nazwie (znajduje się na żółtej, zabytkowej linii nr 1) i wyjść po schodach, a budynek znajdzie się tuż przed naszymi oczami. Co zabawne, podczas naszych przechadzek po mieście widzieliśmy go wielokrotnie i ani razu nie zwróciliśmy na niego uwagi. Czemu? Niespodzianka! Cała fasada pokryta była jakimś materiałem, a z przodu stało mnóstwo rusztowań. Remont, jak fajnie! Dzięki niemu mogliśmy podziwiać AŻ górny gzyms budynku i tym się musieliśmy zadowolić. Sukcesów ciąg dalszy.

Następne w kolejce było Muzeum Terroru i tutaj akurat my popełniliśmy błąd, bo nie sprawdziliśmy godzin otwarcia 31 grudnia. Akurat za pół godziny zamykali, więc nawet nie było sensu wchodzić do środka. Później: Hala Targowa, na którą liczyliśmy chyba najmocniej ze względu na to, że przecież takiego obiektu nie można zamknąć, niby w jaki sposób? A jednak: można. Stwierdziliśmy więc, że tylko poszukamy jakiegoś miejsca na obiad i udamy się na Wzgórza Zamkowe – było jednak bardzo wcześnie i zdawaliśmy sobie sprawę, że zwiedzimy, a później wrócimy do hotelu, bo siedzenie 5-6 godzin na zimnie nie będzie miało sensu.

Naprzeciwko Hali Targowej znajdowała się jedna z knajp, którą bardzo chciałam odwiedzić – For sale pub. Środek jest urządzony w bardzo nietypowy sposób – przy suficie wisi mnóstwo luźno zwieszonych gazet, na podłodze siano, wszędzie ciężkie, drewniane meble. Kolejka była jednak tak ogromna, że z bólem serca odpuściliśmy (zwłaszcza że padało) i poszliśmy do folklorystycznej, rzekomo tradycyjnej węgierskiej restauracji. Nie dość, że wyszło drogo, to jeszcze niesmacznie: przegryw x5.

Wzgórza zamkowe

Ostatnią deską ratunku okazały się właśnie Wzgórza Zamkowe, których nie można zamknąć, nie trzeba za nie płacić ani ich jeść. Zatrzymaliśmy się przy Zamku Królewskim, inaczej nazywanym Zamkiem Buda, w którym znajduje się Muzeum Historii Budapesztu, a także Węgierska Galeria Narodowa. Na miejsce możemy dostać się specjalną zabytkową kolejką, która kursuje średnio co 10 minut aż do godziny 22.00. Ceny biletów w jedną stronę wynoszą 1200 HUF (czyli ok. 15,60 zł). My jednak przeszliśmy się na pieszo. Widoki z samej góry, zwłaszcza w grudniu, są bardzo ładne – widać całą panoramę. W dodatku wszędzie migoczą lampki, a sam zamek jest podświetlony.

Jak spędziliśmy noc sylwestrową?

W drodze powrotnej kupiliśmy za resztę pieniędzy alkohol i węgierskie słodycze. Mieliśmy bardzo ambitny plan pojechania o 23.00 z powrotem na miasto, ale ostatnie dni tak dały nam się we znaki, że padliśmy do łóżka i nie chciało nam się już podnieść. Ubraliśmy się w piżamy, odpaliliśmy film, jedliśmy i piliśmy. Już mieliśmy kłaść się spać, Maciek nawet zdążył wymyć głowę, ale jako że nasi znajomi cały czas wypisywali, gdzie to się nie bawią, złapaliśmy moralniaka i stwierdziliśmy, że idziemy oglądać fajerwerki. Okazało się, że całe szczęście nie wyjechaliśmy na Wzgórza Zamkowe, bo nie mielibyśmy stamtąd powrotu do domu. Metro kursowało standardowo, natomiast dalsza nitka autobusu, który dowoził nas do hotelu, już nie. Musielibyśmy iść z dobre półtorej godziny, jeśli nie więcej, na piechotę.

Jaki więc był nasz plan? Nie zdjęliśmy nawet piżam, po prostu zarzuciliśmy na nie coś ciepłego. Maćkowi na mokrą głowę nałożyliśmy moją ciepłą czapkę i ruszyliśmy na pętlę. Umówiliśmy się, że wsiadamy w pierwszy lepszy autobus, który się zjawi i wysiadamy pięć minut przed północą w losowym miejscu, żeby oglądać fajerwerki. Kiedy jednak zobaczyliśmy, że wyjeżdżamy na zupełne peryferia, opuściliśmy pojazd szybciej i udaliśmy się na najbliższy most biegnący ponad torami kolejowymi, gdzie w zasadzie było bardzo bezpiecznie. Widzieliśmy z daleka Wzgórze Zamkowe, ludzie z okolicznych bloków też puszczali fajerwerki, więc widoków nam nie zabrakło, a śmiechu już tym bardziej. W sumie wyszło całkiem nieźle, chociaż pamiętajcie, że Węgrzy bawią się dosyć krótko: max. o 1.00 na mieście jest już raczej cicho.

Pamiętam, że wtedy obiecaliśmy sobie, że ten rok będzie dla nas po prostu dobry. Najwyraźniej 2020 miał jednak inne plany wobec całego świata, ale mimo tego nie załamujemy się i czekamy na dobre dni, na kolejną dawkę podróży. Z samego rana następnego dnia wróciliśmy do domu i na tym nasza opowieść by się kończyła. Nie martwcie się jednak, w zanadrzu mam jeszcze opowieści z Lwowa i Magdeburga, więc na jakiś czas nie zabraknie czegoś do poczytania. Trzymajcie się ciepło, a ja w międzyczasie zapraszam na swojego fanpage’a oraz Instagrama!

Budapeszt cz.3 – czyli muzea, błądzenie w labiryncie i trochę magii w domu iluzjonisty

Informacje ogólne: To już trzecia część naszej budapeszteńskiej przygody – jeśli nie czytałeś poprzednich, to serdecznie zapraszam, a jeśli nie masz ochoty do nich wracać, to najlepiej, jeśli przejdziesz od razu do czwartego akapitu. W poniższym wpisie jeszcze parę słów o kościele Macieja, a także strefa bardziej rozrywkowa. Tym razem nie skupimy się aż tak bardzo na zabytkach, a na nietypowych muzeach: Dom Houdiniego, Hospital in the rock czy Labirynt. Zawitamy też na Wzgórze Gellerta wznoszące się nad całym Budapesztem – zapraszam:

Kościół Macieja

Po obejrzeniu baszty rybackiej poszliśmy przyjrzeć się z bliska kościołowi Macieja. Budowla ta przeżyła w swojej historii naprawdę wiele – pierwotnie służyła niemieckim mieszczanom jako miejsce modlitw, później przerobiono ją na meczet, ostatecznie w dużym stopniu została strawiona przez pożar (dwukrotnie), a podczas wojny Niemcy używali jej jako kuchni polowej, Armia Czerwona zaś jako stajni. To, co zobaczycie na zdjęciach, to prawie w całości rekonstrukcja oryginału, jednak kilka elementów uległo zachowaniu (np. południowa wieża). Bardzo długo rozważano jednak, czy kościoła w ogóle nie wyburzyć, ale na szczęście tak się nie stało i dziś uchodzi on za jeden z najważniejszych w kraju.

Plac odwiedziliśmy zarówno w dzień, jak i w nocy – niezależnie od pory dnia robił niesamowite wrażenie. Jedyne co nas odrobinę bawiło, to specjalna tablica przy kościele, która odliczała czas do następnego Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego, już 52-go z kolei. Dla sprostowania – samo wydarzenie nie wydawało nam się śmieszne, ale raczej sposób jego rozreklamowania. To tak jak ja mam na blogu po prawej stronie ustawione odliczanie do kolejnych wyjazdów (które niestety chyba szybko nie nadejdą…), tylko że tam pokazywały się nawet sekundy pod wielkim neonem z napisem SPOTKAJ SIĘ Z JEZUSEM. Wyglądało to trochę tak, jakby akurat do Budapesztu we wrześniu o wyliczonej porze miał zstąpić Jezus, a reszta świata może tylko pozazdrościć, spójrzcie:

Po całym dniu maszerowania udaliśmy się w końcu na zasłużoną kolację do rycerskiej restauracji Sir Lancelot, do której rezerwację zrobiliśmy jeszcze na długo przed naszym przyjazdem za pośrednictwem oficjalnej strony. Bez tego nie macie nawet co się łudzić, że wejdziecie do środka. Oprócz smacznego jedzenia możecie spodziewać się również atrakcji średnio co dwadzieścia minut podczas posiłku, ale jakich i o co w tym w ogóle chodzi – dowiecie się z wpisu ściśle kulinarnego, który pojawi się po zakończeniu serii w osobnej zakładce. Stamtąd w każdym razie wyszliśmy dopiero po północy. Siedzielibyśmy dłużej, gdyby nie okazało się, że za parę minut mamy szansę złapać ostatni sensowny transport do hotelu. Następny był dopiero za ponad godzinę, a aż tyle nikomu z nas nie uśmiechało się czekać.

Góra Gellerta

Następny dzień zaczęliśmy od Góry Gellerta po budeńskiej stronie. Było dość zimno, dlatego planowaliśmy na zmianę odwiedzać atrakcje na świeżym powietrzu i w jakimś pomieszczeniu, jednak w praktyce nie udało nam się to najlepiej, ale o tym troszkę później. Sam obiekt został umieszczony na liście światowego dziedzictwa UNESCO i wznosi się na ponad 230 metrów. W przeszłości to miejsce cieszyło się raczej złą sławą – mówiono, że odbywały się tam sabaty czarownic. Kiedy porzucono te wierzenia, samą okolicę uznano za dość niebezpieczną ze względu na dużą przestępczość i ta łatka przylgnęła aż do XIX w.

Na samym szczycie znajduje się Pomnik Wolności – kobieta wznosząca ku górze liść. Byłam święcie przekonana, że to liść laurowy, w końcu kojarzy się ze zwycięstwem. Jak się jednak okazało, to liść palmowy, który w pierwotnej wersji miał być śmigłami helikoptera i upamiętniać śmierć słynnego pilota. O samym wzgórzu mówi się dość żartobliwie, że uosabia ono Maroko i kraje skandynawskie – to dlatego, że jedno zbocze jest nieustannie naświetlone przez promienie słoneczne, drugie zaś zupełnie przeciwnie, co wpływa nawet na zróżnicowanie flory w tym miejscu.

Jak nasze wrażenia z marszu? Dość męcząco, zwłaszcza kiedy jest tak zimno. Nie wiadomo, czy się rozbierać, bo człowiek poci się pod tymi wszystkimi warstwami ubrań, czy jednak to odpuścić i nie ryzykować przeziębieniem. Zdecydowaliśmy się więc krótką przerwę, gdy ujrzeliśmy nadgryzioną czasem ławeczkę. Wiązała się z tym pewna zabawna historia, która jednak dość dobrze świadczyła o innych turystach. Otóż kiedy tam usiedliśmy, okazało się, że ktoś przed nami zostawił klucz (zupełnie zwykły, wyglądał jak do furtki czy mieszkania). Nie ruszyliśmy go i wstaliśmy, a dosłownie chwilę po nas pojawiła się tam inna para. Odeszliśmy parę kroków, a ona natychmiast zaczęła wołać, czy niczego nie zostawiliśmy, że to może nasz klucz i że to ważne. To miłe, wydaje mi się jednak, że u nas nie każdy czułby potrzebę, żeby kogoś z takiego powodu zatrzymać.

Marsz na górę zajął nam koło godziny, ale też z tego względu, że zatrzymywaliśmy się w charakterystycznych punktach, żeby zrobić zdjęcia, zwłaszcza że panorama stamtąd jest widoczna lepiej niż z jakiegokolwiek innego miejsca w Budapeszcie. Tutaj namiastka tego, co udało nam się zobaczyć:

Na szczycie oczywiście czekają nas też budki z jedzeniem i grzańcem (wyjątkowo drogim, bo jedynym w okolicy). Jeśli pójdzie się kawałek dalej, można dostrzec rozstawione stragany, tzw. mydło i powidło. Najbardziej z tego wszystkiego podobały nam się ogromne czapki z głowami zwierząt. Maciek chciał nawet sprezentować sobie jedną z nich (byłaby do kompletu z islandzkim szaliczkiem za 90 zł), ale okazało się, że kosztowała 60 zł i o dziwo zdrowy rozsądek wziął górę. Musicie jednak przyznać, że są przezabawne.

Labirynt Draculi

Stwierdziliśmy, że świetnym pomysłem będzie urządzenie sobie spaceru z Góry Gellerta aż do Labiryntu Draculi, czyli naszej następnej atrakcji, mieliśmy niecałe 3 km, więc stwierdziliśmy, że przejdziemy się na piechotę. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę, że Google Maps zejście ze wzgórza liczy jako drogę prostą, więc w rzeczywistości szliśmy, szliśmy, szliśmy i końca nie było widać. I już nawet nie zimno doskwierało nam najbardziej, a przepełniony pęcherz. Kiedy więc tylko dotarliśmy na miejsce, rozejrzeliśmy się za toaletą. Okazało się, że jest zaraz za barierkami, które przekraczało się po opłaceniu biletu, więc cali szczęśliwi podeszliśmy do kasy… by dowiedzieć się, że płatność można uiścić tylko gotówką.

To nie tak, że nie wypłaciliśmy papierowych pieniędzy. Nastąpił jednak kolejny dzień, gdzie w ani jednym miejscu nie odmówiono nam płacenia kartą i z obawy, że nie zdążymy potem wydać tych pieniędzy z bankomatu, posługiwaliśmy się nimi w pierwszej kolejności. No i błąd, bo zarówno w Labirynthusie, jak i w Domu Houdiniego nie posiadali terminala. Na szczęście bankomat znajdował się nieco dalej na placu – na nieszczęście pobierał taką prowizję, że pochłaniał dodatkowo ¼ tego, co chcieliśmy wypłacić. Później już się wycwaniliśmy i chodziliśmy tylko do bankomatów bodajże z OTP, które nie pobierają prowizji za pierwsze transakcje.

Do labiryntu schodziło się ponad 10 m pod ziemię, nie ma tam więc zasięgu. Miejsce to służyło kiedyś za więzienie, według legend było to także tymczasowe miejsce pobytu Vlada Draculi. Dziś zobaczymy tam jednak wystawę, która przenosi nas w czasie i pokazuje najważniejsze postacie historyczne w historii Węgier. Prócz samych posągów z kamienia znajdziemy liczne manekiny poubierane w wyszukane stroje. Każdy z nich imituje jakąś scenę – na przykład sygnowanie umów państwowych czy bal. Temu wszystkiemu towarzyszy odpowiednia muzyka (np. operowa) i wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że postacie za każdym razem umieszczano za kratami tak, by turyści nie narobili szkód. Z jednej strony odrobinę ubolewam, z drugiej widząc zachowanie niektórych z nich, wcale mnie to nie dziwi.

Atrakcję stanowiła też toaleta sama w sobie: malutka, stara, z krzywą podłogą i ledwo działającą spłuczką. Najgorzej jednak zabolał mnie fakt, że po tak długim czasie na zimnie miałam ochotę włożyć dłonie pod gorącą wodę w umywalce, a tymczasem widniał tam tylko i wyłącznie niebieski kurek. Strumień był tak lodowaty, jakby rzeczywiście swoje źródło miał kilkadziesiąt metrów pod ziemią.

Za bilet wstępu zapłaciliśmy 2500 HUF (ok. 32,5 zł) i był to najdroższy bilet na jakąkolwiek atrakcję, w jakiej tego dnia wzięliśmy udział. To wydaje się troszkę paradoksalne, bo jednak tam podobało nam się najmniej z wielu względów, które postaram się tutaj unaocznić. Samo przejście labiryntu nie stanowi raczej żadnego wyzwania nawet dla dzieciaków. My to miejsce odnaleźliśmy przez moich rodziców, którzy udali się do labiryntu razem ze znajomymi i w sumie dobrze się tam bawili.

Obiekt jest dość duży i momentami ciemny, dlatego jedną z głównych atrakcji jest przemieszczenie się z jednego pomieszczenia do drugiego, próbując zrobić to po omacku. Generalnie wiesz, że nie stanie ci się krzywda, a przynajmniej jest przy tym sporo śmiechu – chociaż powinnam użyć słowa „byłoby”, gdyby nie fakt, że połowa ludzi jedyny element fun’u zabija, włączając latarki w telefonach. Odnalezienie drogi nie stanowi wtedy żadnego wyzwania (a w końcu to labirynt…), dlatego staraliśmy się puszczać takie grupy przodem i kontynuować podróż samotnie. W końcu przyszło ich jednak za dużo i kilka osób zachowujących się jak my, musiało w końcu dać za wygraną, przez co sam obchód trwał krócej, niżby mógł.

Zdaję sobie sprawę, że pracownicy obiektu nie mają zbyt dużego wpływu na odwiedzających, przynajmniej w tej kwestii, ale jednak mnie ten fakt dość mocno bolał, mimo że staraliśmy się bawić na każdym kroku – wchodziliśmy w małe wnęki, do pomieszczeń, które wymagały od nas nieustannego schylania się i w sumie tam spędzaliśmy czas lepiej niż w tych zwykłych, oświetlonych z posągami. Wszystko tak naprawdę zależy od Waszego nastawienia, ale wydając pieniądze, ciągle mieliśmy z tyłu głowy, że główną rozrywkę zapewniliśmy sobie jednak my, a nie organizatorzy.

Hospital in the rock – zmiany

Atrakcją numer dwa tego dnia, a nawet numer jeden, miał być Hospital in the rock, czyli bunkier ukryty w skale, gdzie od 1939 roku funkcjonował szpital wojenny. W ciągu kilku lat obiekt ten zyskał sporą popularność i ze względu na natężony ruch turystyczny wprowadzono specjalne godziny zwiedzania podzielone ze względu na język, jakim władał przewodnik. Grupy wpuszczano jednak do środka regularnie co pół godziny i robiono obchód we wcześniej ustalony sposób tak, by nikt wzajemnie sobie nie przeszkadzał. To również miejsce sprawdzone wcześniej przez moich rodziców i znów zaskoczenie: nie minęło wiele czasu, od kiedy sami poszli na zwiedzanie, a zmian dokonało się sporo. Czy na lepsze? Nie powiedziałabym.

Czas zwiedzania był kiedyś dłuższy, tempo spokojniejsze. Teraz jednak nieustannie czuć presję i pośpiech. Grupy są dość duże, miejsca raczej mało i czasami, kiedy zamykaliśmy ogon, nie widzieliśmy, o czym mówi przewodniczka (anglojęzyczna). Gdy w końcu docieraliśmy do pomieszczenia, oglądaliśmy wszystkie obiekty, a reszta wycieczki szła dalej, więc naprawdę nie mieliśmy chwili, by oddać się przemyśleniom i przyjrzeć szczegółom. Co jeszcze: u nas w domu jest taka tradycja, że wracając z jakiejś podróży, dzielimy się zdjęciami – pokazujemy, opowiadamy, przeżywamy na nowo. I doskonale pamiętam, że moi rodzice zdjęcia z tego  nietypowego muzeum przywieźli. My natomiast już nie mogliśmy, bo obowiązywał ogólny zakaz fotografowania, nie tylko z lampą. Wątpię, by była to troska o nasze skupienie na historii, żeby nic innego nas nie rozpraszało. W każdym razie mogłabym te zdjęcia wygrzebać, ale skoro właściciele nie życzą sobie teraz ich rozpowszechniania, to uszanuję te zasadę i odeślę Was po prostu do tego, co da się znaleźć na oficjalnej stronie obiektu.

Dom Houdiniego

W każdym razie, ze względu na nową organizację, musieliśmy przyjść na miejsce, zapłacić za bilety i zarezerwować miejsca na konkretną godzinę. Wyszło na to, że najpierw udaliśmy się jeszcze do Domu Houdiniego (The House of Houdini), ale z perspektywy czasu uważam, że całkiem dobrze się stało. Wątpię, bym po ujrzeniu bunkra od środka miała jeszcze ochotę na czary i zabawę. Atmosfera później była jednak dosyć ciężkawa, zresztą pewnie się domyślacie. To trochę tak, jakbyście obejrzeli film wojenny, a później ktoś kazał Wam się śpiewać karaoke.

Magiczne muzeum znajdowało się na placu obok kościoła Macieja. Wykupiliśmy bilety, chwilę zaczekaliśmy i zjawiliśmy się przed wejściem, gdzie ustawiono różne skrzynie i eksponaty, do których odwiedzający mogli wejść i zrobić sobie zdjęcia. Czekaliśmy na wszystkich, którzy na tę godzinę wykupili wejście, a za ten czas zjawił się przy nas jakiś chudy mężczyzna zagadujący zwłaszcza tę młodszą część turystów. Okazało się, że przedstawienie zaczęło się już na zewnątrz – oczywiście drobne sztuczki z kwiatkami czy kartami, ale już czuliśmy odpowiednią atmosferę, a dzieciaki miały wymalowane uśmiechy od ucha do ucha.

Podejrzewam, że każdy czytelnik wie, kim był Houdini – jeśli jednak nie, to o nic się nie martwcie, spieszę z wyjaśnieniem. Otóż uchodził za jednego z wybitniejszych iluzjonistów, dodatkowo po śmierci matki za cel przyjął sobie demaskowanie kłamstw mających miejsce podczas seansów spirytystycznych. Zaczął nawet na ten temat (zresztą nie tylko) wydawać publikacje. Jego specjalnością było uwalnianie się z kajdan: wewnątrz budynku zobaczymy zresztą kilka ich rodzajów oraz pierwsze oryginalne, z których udało się Houdiniemu samodzielnie rozkuć. Jakie miał na to sposoby? Czego używał podczas swoich sztuczek? Jak wyglądało jego życie prywatne? Tego i nie tylko dowiecie się, odwiedzając jego dom, po którym oprowadzają naprawdę dobrze przeszkoleni przewodnicy.

Samo wnętrze nie jest zbyt duże, większość czasu pochłania osnuta wokół niego historia i podziwianie rekwizytów, które nam teraz mogą się wydawać już odrobinę kuriozalne. Później natomiast przychodzi czas na magiczny pokaz (część grup zobaczy go najpierw, bo te dwie rzeczy odbywają się równocześnie) prowadzony przez dwóch magików, którzy rzucają żartami i starają się podtrzymać kontakt z publicznością. Moi rodzice podejrzewali, co stoi za znaczną częścią sukcesu tych sztuczek, jednak poszli do Domu Houdiniego w inny dzień i kiedy podzielili się z nami swoimi spostrzeżeniami, okazało się, że w przypadku naszego występu nie miałyby one zastosowania. Dzięki temu przynajmniej wiemy, że pokazy są różne, a nie każdego dnia to samo, za co też ogromny plus.

Rozmiarowo było to znacznie mniejsze niż Labirynt, a jednak zajęło praktycznie tyle samo czasu i nam podobało się znacznie bardziej. Obecnie cena oscyluje w okolicach 8 euro na oficjalnej stronie, jednakże my na miejscu kupiliśmy bilety w okolicach 20-paru złotych, bodajże 2000 HUF, ale nie chcę Was wprowadzić w błąd, więc informuję o aktualnym cenniku. W każdym razie miejsce jest warte swoich pieniędzy i gorąco polecam.

Nie chcę rozdzielać poszczególnych wydarzeń na dwie części, z tego też względu o Hospital in the Rock opowiem już przy okazji następnego wpisu, żeby nie przytłaczać Was nadmiarem informacji. Mam nadzieję, że z chęcią zerkniecie, bo projekt jest niezwykle istotny i bardzo mocno zapada w pamięć, unaoczniając tragizm II wojny światowej. Nie martwcie się jednak, mam już przygotowaną historię na osłodę humoru, by nie pozostawić Was w złej aurze na resztę dnia.

Z mojej strony w takim razie to by było na tyle. Oby te wpisy umiliły Wam nieco codzienność. Trzymajcie się zdrowo i do zobaczenia przy okazji następnego wpisu. Zapraszam także do odwiedzenia mojego fanpage’a i Instagrama, odnośniki po prawej stronie na górze.