Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy dość spontanicznej wycieczki do Lwowa, którą odbyliśmy razem z moim kolegą z pracy 26-29 września 2019 roku. Miałam wielkie szczęście, jako że Igor pochodzi z Ukrainy, dorastał i wychowywał się w obranym przez nas mieście – lepszego przewodnika nie można sobie wyobrazić. W końcu nikt nie pokaże takich zakamarków, nie przedstawi tylu opowieści i nie zdradzi tylu tajemnic, co właśnie „lokalsi”. Opowiem Wam więc, jak wyglądało nasze przedostanie się za granicę (zarówno pociągiem, jak i na pieszo), czy różnice kulturowe są bardzo mocno dostrzegalne, jak korzystać z komunikacji miejskiej i jakie wspomnienia pozostawia po sobie jedna z bardziej rozpoznawalnych przekąsek: czebureki. Poniższy wpis ma charakter porządkujący, wprowadzający i informacyjny, byście lepiej mogli wczuć się w samo miejsce i jego mentalność. Jeśli chodzi o zdjęcia, to obiecuję, że w następnym wpisie zobaczycie ich mnóstwo, zapraszam na:
- Jak zaczęła się nasza podróż?
- Dojazd i koszty
- Przekroczenie granicy pociągiem
- Przyjazd na miejsce – pierwsze wrażenia
Jak zaczęła się nasza podróż?
Historię dotyczącą tego wyjazdu wspominam bardzo miło, a równocześnie cała otoczka, jaka się wokół niego rozegrała, dała mi wiele do myślenia na temat nastawienia ludzi do życia i własnych pragnień. Jeśli o mnie chodzi, to nigdy nie miałam specjalnych zapędów, żeby wyruszyć do Rosji, Białorusi czy Ukrainy. Obierałam przede wszystkim zachodnie kierunki, pewnie dlatego, że tak nauczyłam podróżować się z rodzicami, a destynacji nigdy nie brakuje z racji tego, ile ma nam do zaoferowania świat. Drugą kwestią było to, że każda nacja przywodzi nam na myśl pewne skojarzenia – czy to bardziej stereotypowe, czy z autopsji. Wydaje mi się, że każdy z nas zaliczył niejedno spotkanie z naszymi wschodnimi sąsiadami; w końcu bardzo często możemy spotkać ich na uczelniach, w sklepach, zwłaszcza w większych miastach.
Jaki był mój odbiór Ukraińców? Bardzo różny, każda osoba reprezentuje w odmienny sposób swój kraj. Wśród nich oczywiście znalazły się przypadki, kiedy miało się odczucie, że druga osoba spogląda na Ciebie zupełnie z góry, a jedyne co ją interesowało, to Twój Instagram. Zdarzało się też, że patrząc na kogoś, widziało się w nim zupełnego lekkoducha: studia i akademik opłacone przez rodziców, więc nie zaszkodzi uczyć się trzy razy pod rząd na pierwszym roku. Bywali też cwaniaczkowie, którzy liczyli, że prześlizgną się przez wszystkie stopnie edukacji, bazując na tym, że nie znają języka i nie ogarniają wielu rzeczy. Styczności z takimi osobami raczej się nie uniknie, ale chciałabym, żebyście po tym wpisie byli świadomi, że oni stanowią jakiś odsetek – czy większy, czy mniejszy, to już musicie ocenić sami, jednak ja na swojej drodze spotkałam wiele przesympatycznych osób, a jedną z nich okazał się właśnie Igor.
Jak się okazało, istnieje wiele bardzo hojnych i pomocnych Ukraińców, o czym przekonacie się dalej. Co też mnie urzekło, to ich optymizm i poczucie humoru. Są robotni, niesamowicie zapaleni do próbowania nowych rzeczy i wiecznie się uśmiechają lub wybuchają śmiechem. To, czego uświadczyłam dzięki znajomym Igora, to naprawdę wielka energia i otwartość wobec ludzi (nie tylko zresztą podczas tego wyjazdu). Czułam to nawet w momentach, kiedy rozmowa średnio się kleiła, bo nasz angielski bardzo mocno się ze sobą gryzł, a Igor robił nam za tłumacza. Warto więc przede wszystkim zmienić nastawienie i dać sobie szansę na poznanie tych niestereotypowych przypadków.
Jak wspomniałam we wstępie – Igora poznałam podczas wakacyjnej pracy w 2018 roku. On zapamiętał mnie z zupełnie innego momentu niż ja jego, ponadto nie rozmawialiśmy wtedy zbyt dużo, ale po roku, kiedy spotkaliśmy się znów na tym samym stanowisku, okazało się, że rozmowa całkiem nam się klei. Po jakimś czasie dość spontanicznie wyszedł z propozycją, żebyśmy pojechali do jego rodzinnego miasta, bo ma tam dom, w którym można przenocować, trochę zaoszczędzimy i będziemy mogli zabrać znajomych. Padło na wrzesień i mimo że terminy miałam już wszystkie zaklepane (dosłownie, w moim kalendarzu świeciły się same powiadomienia), to przełożyłam wszystko tak, żeby podróż mogła dojść do skutku. Okazało się, że byłam jedyną osobą, która to zrobiła.
Dość zaszokowało mnie, że większość znajomych odmówiła wyjazdu mimo wszystkiego, co podsunęliśmy im pod nos. Padły propozycje innego terminu, wymówki brakiem paszportu czy przeprowadzką na studia, więc po prostu sobie odpuściliśmy i stwierdziliśmy, że daliśmy wszystkim równe szanse. Wtedy dotarło do mnie jednak, że czasem ludzie nie chcą od Ciebie nie tylko wędki, ale też złowionej tą wędką ryby. Że nie wszyscy po prostu te ryby lubią, a priorytety każdego z nas, mimo przyjaźni, są czasami zupełnie inne. Dlatego wielu moich znajomych w ostatnim tygodniu września ponownie wyprowadzała się na studia, niemalże urządzając sobie drugi dom. Ja? Ledwie zdążyłam na początek roku akademickiego, a przez pierwszy tydzień miałam na stancji tylko to, co zmieściłam do walizki i wspominam to z wielkim uśmiechem.
To był jeden z niewielu samodzielnych wyjazdów, których nie byłam organizatorem. Zwykle to ja skrzykuję ludzi, podaję ceny, noclegi, godziny – po prostu tak wychodzi. Czasami męczy mnie myśl o tym, że znów wszystko spada na moją głowę. Co się jednak okazało; w przypadku, kiedy to Igor przejął pałeczkę, poczułam się nieco bezbronna i co chwilę dopytywałam, gdzie pójdziemy, co zrobimy i czy na pewno dotrzemy na miejsce. Taka zamiana ról wyszła mi na dobre, a równocześnie pozwoliła dość mocno docenić chwile podejmowanych świadomie decyzji.
DOJAZD I KOSZTY
Zdecydowaliśmy się na wyjazd wieczorny w taki sposób, żeby do Lwowa dotrzeć o poranku, mieć przed sobą cały dzień zwiedzania i równocześnie zaoszczędzić na noclegu. Oboje byliśmy przyzwyczajeni do spania w różnych warunkach, więc pociąg nie stanowił dla nas wielkiego wyzwania (prawie – czytaj dalej!). Jedynym minusem takiego rozwiązania jest fakt, że nie możemy kupić bezpośredniego biletu na Ukrainę, a już na pewno nie zrobimy tego online. W kasie rzeczywiście od razu sprzedadzą nam dwa korelujące ze sobą świstki papieru, z tym że jeden z nich obowiązuje do Przemyśla, a drugi do Lwowa. Drugim absurdem jest cena i tutaj nawet nie mam na myśli jej wysokości, a nierównomierne rozłożenie. Po uwzględnieniu zniżki studenckiej prezentowało się to następująco:
Trasa Opole -> Przemyśl (480 km) koszt 31 zł
Trasa Przemyśl -> Lwów (ok. 100 km) koszt 41 zł
Niby różnica nieduża, bo tylko 10 zł, jednak jeśli weźmiemy pod uwagę, że zagraniczny odcinek drogi jest niemalże pięciokrotnie krótszy, to niemalże obłęd. Chciałabym też powiedzieć, że jedziemy znacznie krócej, ale dlaczego nie możemy tego zrobić, o tym za chwilę.
W drodze powrotnej przetestowaliśmy inne rozwiązanie. Wsiedliśmy we Lwowie w autobus jadący do Medyki (60 UAH, czyli ok. 9,40 zł), przeszliśmy przejście graniczne pieszo, później dostaliśmy się taksówką na dworzec PKP (10 zł, alternatywę stanowił bus) i stamtąd pociągiem do Opola (znów 41 zł). Generalnie więc różnica w cenie nie jest zbyt duża (wersja z pociągiem 72 zł, wersja z autobusem 59,40 zł), jednakże komfort przemieszczania się pozostawiał wiele do życzenia zarówno w jednym, jak i drugim przypadku, o czym dowiecie się w dalszej części tego i następnych wpisów.
Jeśli chodzi o ogólne podsumowanie kosztów, to zamknęliśmy się w 450 zł za całość podróży. Są to koszty dość zawyżone, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę to, że jeśli chodzi o nocleg, to skorzystaliśmy z dobroci znajomych Igora. Przepracowaliśmy jednak cały sezon i chcieliśmy wypocząć, skorzystać z lokalnych uroków, stąd nasze wieczory w restauracjach i pieniądze wydane na kosztowanie lokalnych smakołyków. Inną sprawą jest to, że ceny na Ukrainie są dość niskie w porównaniu do naszych, stąd duża pokusa, żeby po prostu kupować więcej. Oczywiście jeśli komuś bardzo zależy na oszczędności, to polecam ten kierunek, bo na spokojnie można udać się dam, nie wydając milionów monet. Wystarczy dobra organizacja i można zobaczyć naprawdę dużo z wręcz groszowym budżetem (z czego my jako studenci korzystamy nagminnie).
Jeśli jednak chodzi o tę podróż, to wyjechaliśmy z Opola po godzinie 19.00. W sumie przegadaliśmy większość czasu, pokazywaliśmy sobie zdjęcia z naszych podróży i śmialiśmy się z wyczynów Igora. Tak jak już wcześniej wspomniałam – Igor zalicza się do typu gospodarza. W jego podróżnym plecaku zawsze znajdzie się miejsce na smakołyki, kawę czy inne napoje. Tym razem nie było inaczej i już po godzinie czułam się zasłodzona ogromnymi ciastkami z kremem, ale nie tylko nimi. Okazało się, że zabrał termos z gorącą czekoladą, którą po prostu uwielbiam. Na nasze nieszczęście okazało się jednak, że pojemnik jest odrobinę nieszczelny i kiedy tylko Igor go przechylił, czekolada zalała jego jasne spodnie w taki sposób, że nie mogłam wytrzymać ze śmiechu. Wiecie, zazwyczaj to ja robię coś niezdarnego w towarzystwie, więc taka odmiana była dla mnie nad wyraz miła. I dlatego też pewnie nie odczułam wstydu, kiedy pół pociągu spojrzało na strużkę czekolady płynącą środkiem wagonu. Dla ciekawskich, spodnie jakimś cudem udało się odratować, ale właśnie dlatego zawsze warto zabierać dwie pary. 😉
Do Przemyśla mieliśmy dojechać lekko po północy. Koło 23.00 pasażerów została zaledwie garstka, dlatego rozsiedliśmy się na chwilę drzemki. Do końca nie wiedzieliśmy, czy drugi bilet przysługuje nam z racji tego, że musimy się przesiąść do innych wagonów, czy też zostajemy na swoich miejscach. Finalnie okazało się, że przechodzimy po prostu do innych wagonów podpiętych do polskiego składu, które do tej pory jechały puste (całe wielkie dwa). Co stanowiło dla nas zaskoczenie, to podział wagonu na damski i męski. Igor jednak użył w kasie swojego daru negocjacji i wytłumaczył, że jadę pierwszy raz i jesteśmy tylko we dwójkę, więc czulibyśmy się lepiej, gdyby udało się mieć miejsca obok siebie. Kobiecina była na tyle miłosierna, że się nad nami zlitowała – zresztą jak się okazało, na miejscu nie uskuteczniano żadnych wielkich przetasowań, bo jechaliśmy tylko my i jakieś 4, max. 6 innych osób.
Każde z nas dostało swój „przedział” – okazało się, że przejazd tymi wagonami jest tak drogi, ponieważ nie uznaje się miejsc siedzących, a jedynie sypialniane. Brzmi to świetnie, zwłaszcza ze słuchu, a jak w praktyce? Nie wiem, czy oglądaliście może film „Pociąg” z 1959 roku, ale główni bohaterowie spali właśnie w takich przedziałach. No, więc teraz przypomnijcie sobie je i wyobraźcie coś gorszego standardu. W rogu mały stolik, przy ścianie rozciąga się dość twarda kanapa przykryta babcinym kocem. W sumie nawet nie wiesz, czy te rzeczy są jakoś czyszczone, więc dla bezpieczeństwa rozkładasz własny kocyk i zwijasz bluzę, żeby włożyć coś pod głowę. Możesz zasłonić grubą zasłonkę i powiesić na drewnianych kołkach kurtkę czy marynarkę. Na ziemi zostaje jeszcze trochę miejsca na bagaż, jest też możliwość zamknięcia się na klucz. Generalnie trochę klaustrofobiczne i zaniedbane miejsce, ale wystarczy odrobina dobrego nastawienia, bo w gruncie rzeczy nie jest to nic strasznego i jak o same warunki chodzi, to da się przeżyć.
Konduktorka obsługująca oba wagony nie mówi ani po polsku, ani po ukraińsku. Igor starał się z nią porozumieć po rosyjsku, ale rozumieli się tak trzy po trzy – no lepsze to niż nic. Kobieta zabrała nasze bilety, a później obudziła nas tylko po to, żeby je oddać. W sumie nikt nie informował o stacjach, odjazdach, o niczym i człowiek po wybudzeniu zupełnie nie miał orientacji, gdzie się znajduje. W całym jadącym pociągu jest sprawna tylko jedna toaleta, taka wiecie, bez wody, działającej spłuczki, mydła i taka zupełnie srebrna, jakby metalowa. Średnio czysto, ale po tylu godzinach jazdy raczej będziecie musieli się przełamać, mimo że dla mnie to stanowi duże wyzwanie. Często nawet moje koszmary opierają się na tym, że błądzę po brudnych, zdewastowanych toaletach publicznych, serio. W każdym razie – da się wytrzymać.
PRZEKROCZENIE GRANICY pociągiem
Jeśli chodzi o sam przejazd, to przechodzimy teraz do kwestii, która najmocniej zapadła mi w pamięć chyba z całego wyjazdu i uważam to za jedno z ciekawszych, choć może mniej przyjemnych rzeczy świadczących o odmienności kulturowej, technicznej i ogólnie mentalnościowej. Nie wiem, czy jesteście tego świadomi, ale rozstaw torów na Ukrainie jest nieco inny niż ten przyjęty jako standardowy w większości Europy Zachodniej. Różnica wynosi bodajże +0,9 cm w szerokości, natomiast sprawia to, że pociąg przyjeżdżający z Polski nie jest w stanie kontynuować trasy i należy wymienić koła na większe. Proces ten trwa niesamowicie długo, a jeszcze bardziej niesamowity jest hałas, który mu towarzyszy.
Jest na tyle głośno, że ciężko zmrużyć oko. Można to nazwać klekotaniem, tłuczeniem – w każdym razie ma się wrażenie, że ktoś używa młotka tuż przy ścianie, przy której ma się ułożoną głowę do snu. Wagony i okna nie są zbyt dźwiękoszczelne, dlatego razem z łomotem słyszymy głosy pracowników kolei, a jako że duża część pracujących przy wymianie kół to Polacy, co parę minut słychać naprawdę donośne KURWA!. Chwila takiego słuchania bawi, później człowiek staje się zmęczony, zwłaszcza że jest noc. Po trzech godzinach takiego stania po prostu usypia się już ze zmęczenia i budzi co chwilę, nie mając pojęcia, gdzie się jest.
Najdziwniejsze uczucie z tego wszystkiego, to nieustannie poruszanie się pociągu, podjeżdżanie 2-3 metry do przodu i przerwa. W pewnym momencie ma się złudne wrażenie, że tak naprawdę cały czas się poruszamy, więc kiedy obudziłam się o 4.30 i do przedziału przyszedł Igor, to zupełnie straciłam rozeznanie. Widok za oknem się zmienił, ale było na tyle ciemno, że nie miałam pojęcia, czy widzimy jakieś miasto, fabrykę czy zupełne nic. Uwierzcie mi, jeszcze nigdy w życiu nie ogarnął mnie taki szok jak w momencie, kiedy okazało się, że od północy wciąż stoimy na granicy i wystartowaliśmy dopiero chwilę przed godz. 5.00.
Dużym plusem pociągu jest bardzo szybka kontrola graniczna. Ważnym elementem jest posiadanie paszportu, na sam dowód nie da rady się przedostać. Polacy z kolei nie są zobowiązani do posiadania wizy wjazdowej, więc chociaż taki plus. Straż graniczna nie próbowała nawet przeszukiwać naszych bagaży i wszystko trwało może dwie minuty. Podczas przechodzenia granicy na pieszo nie maluje się to już tak różowo i nie ominie się kontroli zwłaszcza jeśli chodzi o alkohol i papierosy. Trwa to przynajmniej kilka godzin zwłaszcza w okresie natężonego ruchu turystycznego lub zakończenia wakacji, więc osobiście odradzam i w tym okresie zdecydowałabym się na opcję nr 1. Więcej o naszym felernym powrocie w następnych wpisach (można też skontaktować się ze mną mailowo w razie bardziej naglącej potrzeby).
Ostatecznie więc w ukraińskim pociągu spędzamy kolejne 6 godzin, z czego jedziemy dwie, może nawet niecałe. Niby można się zdrzemnąć, ale to rozwiązanie dla osób z twardym snem. Lepiej więc wybrać jednak opcję dzienną, chyba że komuś bardzo zależy na zaoszczędzeniu czasu i pieniędzy, tak jak to było z nami. Pamiętam jednak, że po tej podróży byłam tak zmęczona, że niemal zasnęłam przy jedzeniu – przeszło mi to jednak zaraz po zaznaniu jakiejkolwiek fizycznej aktywności, chociaż to w dużej mierze zależy od Waszego organizmu i przyzwyczajeń.
PRZYJAZD NA MIEJSCE – pierwsze wrażenia
Moje pierwsze wrażenia z Lwowa? Oczywiście nie spodziewałam się oszałamiających widoków i bogactwa, jednak podróż tam i pierwsze spojrzenie, zwłaszcza o 6.00 nad ranem, z walizką w ręce, wśród mgły i ledwie wstającego dnia, czując się trochę jak zbieg lub uchodźca, odniosłam raczej bardzo smutne. Okolice dworca były raczej podniszczone, beton pod stopami spękany, w dodatku trafiliśmy na dość chłodny poranek jak na tak gorące wakacje, więc dygotaliśmy nawet w kurtkach. Tak naprawdę dla mnie jako osoby, która miała szczęście urodzić się wtedy, kiedy się urodziła, dało to taki realny obraz PRL-u, czego nie doświadczyłam tak mocno nawet będąc w Czarnogórze i mając podobne chwile zwątpienia. Ale na takim pierwszym wrażeniu się nie skończyło, mimo że generalnie miasto miało swoje uroki i piękne, przytłaczające zakamarki. Bardziej tu chyba nawet chodziło o to, jak odbywa się we Lwowie taka zwykła codzienność i jak blado wypada ona w porównaniu z opinią, że to jedno z piękniejszych miast Ukrainy. Nie będziemy jednak skupiać się jednak tylko na tym, chwile zachwytu też Was nie ominą!
W następnym wpisie przybliżę Wam, co stanowiło dla mnie zaskoczenie – opiszę kilka sytuacji, których byliśmy świadkami, a także pokażę zdjęcia miejsc, które zapierały dech w piersiach. Mam nadzieję, że pomogłam Wam rozwiać niektóre mity, że znaleźliście tu dla siebie coś ciekawego i zechcecie towarzyszyć nam dalej w naszych wspomnieniach. A tymczasem zapraszam serdecznie na mojego Instagrama i fanpage’a, odnośniki znajdziecie po prawej stronie na górze!



















