Zamek Książ – ile kosztują bilety, co możemy zobaczyć i w jaką wiedzę się wzbogacić?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć jednodniowej wycieczki do Wałbrzycha na Zamek Książ, którą odbyliśmy 7 czerwca. Będziecie mieli okazję dowiedzieć się, co skrywa podziemna trasa przebiegającej pod fortyfikacjami, a także zajrzeć razem z nami do ogrodów i niektórych pomieszczeń. Czeka nas trochę zdjęć, podsumowanie kosztów i mnóstwo historii – zapraszam na:

Ceny na Zamku Książ

Jako że Wałbrzych znajduje się niedaleko miejscowości, w której mieszkamy, podróż odbyliśmy samochodem. Warto pamiętać, że bilety na zwiedzanie najlepiej wykupić parę dni wcześniej przez Internet, by mieć gwarancję miejsca. Do wyboru są dwie opcje – bilet uprawniający do wejścia na zamek i przejścia podziemi, a także All Day Ticket, który dodatkowo gwarantuje zwiedzenie mauzoleum oraz zobaczenie „Stada Ogierów”, gdzie mamy możliwość przejażdżki konnej. Akurat nam niespecjalnie na tym zależało, zwłaszcza że ceny biletów i bez tego prezentowały się już pokaźnie, jeśli liczyć za dwie osoby, dlatego też zostaliśmy przy podstawie za 59 zł od osoby dorosłej (49 zł ulga, obejmuje również studentów).

Parking i zwiedzanie podziemi

Wizytę rozpoczyna się właśnie wejściem do podziemi razem z przewodnikiem. Grupa liczy 25 osób i dlatego zalecam wcześniejszą rezerwację – do wyboru mamy sześć wejść co godzinę, od 10.00-15.00. Na tydzień przed naszą wycieczką na godzinę 11.00 było zapisanych jedynie 6 osób, natomiast grupa zapełniła się aż po górny limit przez te parę dni. Warto więc mieć to na względzie i nie ociągać się z zakupem do wieczora przed, bo nasze weekendowe plany mogą się wtedy nie udać.

Jeśli chodzi o samo dotarcie do wskazanego miejsca, to nie ma opcji dojechania tam samochodem. Auto trzeba zostawić na jednym z dwóch głównych parkingów oddalonych od atrakcji niecały kilometr (Parking Główny – ok. 900 m od atrakcji i Parking Stada Ogierów – ok. 700 m, na tym się zatrzymaliśmy). To jednak nie dojście na piechotę zabiera najwięcej czasu, a… udanie się do bankomatu, kiedy okazuje się, że parking jest płatny, a na miejscu nie ma terminala, więc zostaje tylko gotówka, co zwłaszcza w dobie koronawirusa, kiedy krzyczy się o konieczności wykonywania transakcji zbliżeniowo, trochę nas zdziwiło. Co prawda żeby wypłacić pieniądze, nie trzeba iść bardzo daleko, bo tylko na dziedziniec zamku, jednak trzeba liczyć się z tym, że należy wtedy przebyć trasę trzykrotnie i jeśli przyjechało się jedynie 20 minut przed czasem, to można nie zdążyć. Nam udało się porozumieć z kobietą, która siedziała przy budce, że uregulujemy płatność po całym dniu przy okazji wyjazdu – nie było z tym większych problemów, należało tylko wskazać auto, którym przyjechaliśmy. Żeby sobie jednak tego oszczędzić, polecamy mieć przy sobie przynajmniej te 10-20 zł na parking. My płaciliśmy 10, ale nie wiem z kolei, jak ceny miały się na tym większym, głównym parkingu z utwardzoną powierzchnią.

Dużym plusem jest to, że nie musimy mieć wydrukowanego biletu, wystarczy tylko otworzyć go w wersji elektronicznej na telefonie i oddać do kontroli. Na miejscu czeka na nas przewodnik, zwiedzanie podziemi trwa około 45 minut – pamiętajcie jednak, że wymogiem jest założenie maseczki, co zaznaczono już na wstępie. Warto też przywdziać na siebie jakąś bluzę lub coś cieplejszego, jako że schodzimy kilkadziesiąt metrów pod ziemię i temperatura wynosi około piętnastu stopni.

Zwiedzane przez nas podziemia to w rzeczywistości bunkier składający się z wielu długich korytarzy, który zaczął powstawać pod zamkiem w czasie II wojny światowej. Budowę zlecił sam Hitler, natomiast odpowiedzialni za nią byli więźniowie obozów koncentracyjnych (głównie Gross-Rosen), których losy bardzo mocno podkreślano podczas całego przejścia. To akurat bardzo mi się podobało – nie można ukryć, że podziemia uchodzą za „atrakcję turystyczną”, reklamuje się je, jako odkrywanie jakiejś tajemnicy, a równocześnie pracownicy bardzo zadbali o dobry smak przekazywanej wiedzy. Miejsce jest obiektem domysłów wielu historyków, powstaje na jego temat wiele teorii spiskowych – że było to miejsce eksperymentów i tworzenia broni masowej zagłady, że nielegalnie wyprowadzano tymi drogami pieniądze z Rzeszy, że miała tutaj powstać podziemna kolej lub schronienie dla oprawców. Jak było w rzeczywistości – tego nie wiemy, natomiast mamy świadomość, ilu ludzi zginęło z wycieńczenia podczas prac, ilu z nich zostało przygniecionych podczas pogłębiania tuneli. Ich tragiczny los i rola, jaką odegrali, będąc niewinnymi ludźmi, nie została pominięta, pod koniec zwiedzania możemy spojrzeć na filmik z nazwiskami ofiar, zostajemy nawet poproszeni o chwilę ciszy. Bardzo ładny gest, ponadto jesteśmy w stanie dostrzec, że to wszystko zostało stworzone, by uczcić pamięć zmarłych, nie zaś jako maszynka do tworzenia pieniędzy sama w sobie.

Podziemia są udostępnione dla odwiedzających dopiero od 2018 roku, nałożono też na nie pewne ograniczenia co do wieku zwiedzających. Pomyślano jednak także o młodszych uczestnikach zwiedzania, tworząc animowane filmiki z rysunkowymi postaciami, które przybliżają historię tego miejsca – jak powstawało, zmieniało się oraz dlaczego usunięto jedyną windę, która łączyła korytarze z zamkiem. Takich wizualizacji na trasie znajdziemy kilka, właściwie co chwilę przez kilka minut mówi przewodnik, a później odtwarzany jest film utworzony specjalnie na potrzeby Zamku Książ, z którym zsynchronizowano również oświetlenie na trasie. Nie bójcie się, że będzie to historyczny bełkot, same daty i poczucie, że siedzi się na lekcji, która wcale Was nie interesuje. Zgodnie stwierdziliśmy, że ktoś wykazał się umiejętnościami i wszedł w skórę zwiedzających, by stworzyć coś, co jest naprawdę godne polecenia. Mnie na przykład podziemia i sposób ich prezentacji podobały się znacznie bardziej niż oficjalne zwiedzanie zamku i akurat tę atrakcję gorąco polecam.

Ogrody zamkowe i okolice atrakcji

Warto też wspomnieć o samym miejscu, które położone jest w bajecznej okolicy – nieco na wysokości, wśród dzikich lasów, a kiedy odejdzie się dalej, słychać płynącą gdzieś rzeczkę, jednak nie udało nam się jej zlokalizować.

Co jest zabawne, to fakt, że kiedy wychodzimy ze zwiedzania podziemi, obok nas znajduje się wyjście poza teren ośrodka, więc tak naprawdę musimy wrócić na sam początek trasy turystycznej przez zamkowe ogrody. Chyba byliśmy jednymi z niewielu osób, które tak robią, bo nawet ochroniarz czuł się w obowiązku poinformować nas, że do wyjścia w drugą stronę. Udało się to jednak nie najgorzej, bo tym sposobem uniknęliśmy tłumów i mogliśmy spokojnie cyknąć parę fotek!

Ogrody nie są ogromne, na pewno nie tak duże jak te przylegające do Zamku w Mosznej, ale to nie jedyne, co je różni (jeśli chcecie mieć lepsze porównanie, to zapraszam tutaj). Naszym zdaniem ich stan utrzymania i samo zagospodarowanie terenów zielonych reprezentowało się znacznie lepiej w przypadku zamku Książ. Co prawda fontanny wciąż były nieczynne, ale wszystkie krzaczki przystrzyżono, co zwłaszcza od góry wyglądało cudownie. Zróżnicowane kwiaty, ozdobne murki oraz schodki na niektórych ujęciach wyglądają jak wyjęte z włoskiej uliczki – niesamowicie przyjemny klimat. To też gratka dla fanów kotów, których naliczyliśmy tam przynajmniej z siedem; wylegują się na kamieniach nagrzanych słońcem i chętnie podchodzą do tych, którzy chcą je głaskać.

Zwiedzanie zamku i kilka faktów

Zwiedzanie zamku odbywa się z audioguidem, chociaż nie ma obowiązku jego odebrania. My ze względu na obecną sytuację, ale też ogólnie w kwestii higienicznej, tę przyjemność sobie odpuściliśmy i przeszliśmy wyznaczoną trasą. Wszędzie wewnątrz rozmieszczone są numerki, za którymi należy podążać, więc raczej nie da się zgubić ani niczego pominąć. Część korytarzy jest pusta, niektóre przerobiono na zamknięte pomieszczenia dla pracowników zamku, ale generalnie nie ma takiego poczucia nieładu czy zaniedbania jak w niektórych salach w Mosznej. Na najniższym piętrze znajduje się nawet galeria sztuki z dziełami współczesnych artystów do kupienia. Nazwiska często się powtarzają, a ceny są dość powalające, czasem po kilka tysięcy. Nie jestem zbyt dużym znawcą sztuki, jeśli mówimy o malarstwie, ale z jednej strony rozumiem trud artystów włożony w pracę, koszty materiałów i chęć zarobków, a jednak to nieco przykre, że jeden taki obraz sprzedaje się rok lub dłużej i nie znajduje zbyt wielu entuzjastów.

Żeby jednak nie było, że rzucamy tylko subiektywnymi faktami – parę słów na temat historii. Warto wiedzieć, że zamek składa się on z części oryginalnej, stanowiącej około 40% zabudowy, natomiast reszta to zwykła dobudówka, nawet nie rekonstrukcja. Próbowaliśmy rozgryźć, która to która, bo patrząc na budynek z zewnątrz, ciężko dostrzec proporcje, czego jest więcej. Dwa style dosłownie aż się gryzą – lekko różowa ściana w zestawieniu z chłodną, kamienną, trochę jakby na kształt średniowiecza. Ta druga podobała nam się znacznie bardziej i… ku naszemu zdumieniu, to właśnie ona okazała się tą „sztuczną”. Dowiedzieliśmy się tego z galerii zdjęć, którą możemy podziwiać na samym końcu zwiedzania. O ile sam zamek niespecjalnie do mnie przemówił, nawet jeśli zobaczyłam umeblowane pokoje na zdjęciach i to, co z nich zostało, to ta wystawa na koniec już jak najbardziej, szczególnie z tego względu, że fotografie pozyskano od wnuczki rodziny, która mieszkała w Książu jako ostatnia. Kobieta jest dzisiaj już w podeszłym wieku, na ścianie wisi jej zdjęcie wraz z podziękowaniami za użyczone materiały.

Sama wystawa prezentuje się wręcz sielankowo. Zdjęcia przedstawiają rodzinę z trójką dzieci, ale także ich relacje ze służbą, zwierzęta i podejście do natury czy różnych świąt bądź tradycji. To dość ciekawe źródło prezentujące codzienne życie ludzi około 100 lat temu – nam na przykład bardzo podobały się ujęcia kominiarza chodzącego po dachu, który wydawał się po prostu dobrze bawić, a nie wykonywać swoje obowiązki, sami spójrzcie. Zaraz obok możecie też dostrzec zdjęcie maluchów chowających się w wielkim garnku na zupę, co sprawia, że człowiek momentalnie się uśmiecha. To też dowód na to, jak niesamowicie ulotne jest szczęście – nigdy nie wiemy, co czeka nas za rok czy kilka lat, zresztą w dobie koronawirusa chyba każdy przeżył podobnie to nieprzyjemne zderzenie z problemem, którego wyeliminowanie nie zależy od nas jako jednostki, a jednak bardzo mocno rzutuje na codzienność i różnej maści decyzje.

Zamek Książ to jeden z trzech największych zamków w Polsce i pochodzi jeszcze z XIII wieku. Swego czasu gościły w nim takie osobistości jak np. Zygmunt Krasiński czy Winston Churchill. Z racji długoletniego istnienia zamek wielokrotnie przechodził z rąk do rąk, był plądrowany i niszczony. Najdłużej zachował się w rękach kilku pokoleń rodziny Hochbergów, którzy unowocześniali go, przebudowywali i zmieniali w rozmaitych stylach łącznie z ogrodami. Ich schyłek nadszedł dopiero w XX wieku z racji kryzysu i dużych problemów finansowych. Wtedy to z bólem serca sprzedali zamek za dużą sumę pieniędzy, która pozwoliła im choć w małym stopniu stanąć na nogi. Komu go sprzedali? Właśnie III Rzeszy, nie mając pojęcia, co miało stać się z tym miejscem później. Ta wizja wydała mi się dość przerażająca – przez tyle lat żyjesz w jednym miejscu, przechowujesz cały dorobek rodzinny i historię, czynniki zewnętrzne zmuszają cię do podjęcia takich, a nie innych kroków, a miejsce, które kiedyś kochałeś, staje się obserwatorem śmierci i zbrodni na niewinnych ludziach. Straszne. Niewielkim osłodzeniem wydaje się nawet fakt, że zamek został uznany za jeden z „7 cudów Polski” na 100-lecie Niepodległości Polski.

W kontekście tej budowli istnieją jednak nie tylko historie straszne, ale też dość absurdalne. Mam tutaj na myśli pożar, który wybuchł w 2014 roku w trakcie zwyczajnego grudniowego dnia nastawionego na zwiedzanie i turystów. Wtedy też trwały prace renowacyjne zwłaszcza w obrębie dachu zamku i to właśnie ekipa wynajęta do naprawy przyczyniła się do nieszczęśliwego wypadku. Pracownicy sami przyznali się do błędu (czekał ich później proces sądowy), który wynikał z nieumiejętnego posługiwania się palnikiem gazowym… w efekcie czego najpierw trzeba było naprawić szkody wyrządzone przez ogień, a dopiero później dokonać zaplanowanej renowacji. Życie bywa naprawdę prześmiewcze.

Wracając jednak do teraźniejszości, na sam koniec wycieczki przeszliśmy się pod Stado Ogierów, ale nawet zobaczenie koni okazało się płatne, jako że wszystkie zostały w stajniach. Obejrzeliśmy z zewnątrz mauzoleum i weszliśmy na punkt widokowy, który znajduje się zaraz za nim. Stamtąd można udać się na wycieczkę wąskimi ścieżkami tuż przy skałach, żeby podziwiać widoki, ale do tego akurat przydałoby się już dobre obuwie.

Smaczne jedzonko po dniu zwiedzania

Zwiedzanie i spacery zajęły nam około sześciu godzin, po których udaliśmy się do restauracji po drugiej stronie Wałbrzycha (przy zamku również są pojedyncze bary czy knajpy, ale ceny są tam raczej zawrotne). O ile całe miasto raczej nie zachęca swoim widokiem, o tyle okolice ratusza są już całkiem ładnie odnowione, przyjemne dla oka, więc właśnie tam udaliśmy się na obiad. Zjedliśmy w Pasażu, naprawdę dobre, domowe jedzonko z pysznym plackiem węgierskim i dobrze przyrządzonym makaronem. Menu jest niezwykle bogate, oprócz tego zaznaczono w nim pozycje, które są specjalnością knajpy i możemy potwierdzić, żeby brać je bez obaw – cena adekwatna do jakości.

Z informacji ode mnie to już byłoby na tyle. Jeśli jesteś z Wałbrzycha i chciałbyś polecić coś jeszcze, co koniecznie trzeba odwiedzić, to daj znać w komentarzu – może nawet zechcesz nas oprowadzić? 🙂 Koniecznie dajcie też znać, czy dowiedzieliście się czegoś nowego i czy kiedyś widzieliście zamek na żywo. Czy podobał Wam się bardziej niż ten w Mosznej? Czekam na Wasze opinie, a tymczasem zapraszam do odwiedzenia mojego fanpage’a oraz Instagrama, odnośniki znajdziecie po prawej stronie na górze!

Rogów opolski i Moszna – starcie zamków: dlaczego warto jechać, za ile oraz co warto zobaczyć po drodze?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć jednodniowej wycieczki w celu zobaczenia dwóch zamków: w Rogowie Opolskim oraz Mosznej, a także Fabryki Robotów. Tradycyjnie wybrała się nas dwójka, choć inna niż zwykle, a wyjazd miał charakter raczej romantyczny, nacechowany chęcią ucieczki od świata, w którym od dawna nie mówi się o niczym poza koronawirusem. W dobie pandemii to świetne miejsca, w których nacieszycie oczy, a równocześnie nie wydacie zbyt dużej kwoty pieniędzy i świetnie spędzicie czas. Wspomnę parę słów o „ekstremalnym zwiedzaniu”, a także o tym, jak turyści godzą się ze znoszeniem obostrzeń i czy czuliśmy się podczas całego dnia bezpiecznie. Zapraszam na:

W podróż wybraliśmy się w niedzielę 31 maja. Planowaliśmy ją już wcześniej, tyle że w nieco okrojonej wersji. Podejrzewaliśmy, że nasze zwiedzanie zakończy się na parku i terenach zielonych wokół fortyfikacji w Mosznej, jednak dosłownie trzy dni przed wyjazdem okazało się, że na nowo praktykowane jest tam coś, co nazywa się „zwiedzaniem ekstremalnym”, które oprócz zwykłej trasy turystycznej wewnątrz zamku gwarantuje też dostęp do większej ilości pomieszczeń i dużą dawkę chodzenia. Zwykle grupy składały się z 12-stu osób, teraz tę liczbę ograniczono do 6-ciu. Załapaliśmy się więc dopiero na wcześniej wspomniany przeze mnie weekend na godz. 17.00. Obecnie istnieją tylko dwa terminy dziennie – właśnie ten i kolejny o 18.30 (tylko w piątki, soboty i niedziele).

Wiedzieliśmy jednak, że zwiedzanie ma trwać jedynie półtora godziny, więc nawet chodząc kolejne tyle po parku i ogrodach, brakowało nam wypełnienia czasu tak, żeby wyrwać się z domu na pełny dzień. Postanowiliśmy więc wstąpić po drodze do Rogowa Opolskiego, bo po krótkich poszukiwaniach okazało się, że też można odnaleźć tam zamek – nie tak okazały jak w Mosznej, jednak wzbudził naszą ciekawość. Nie mieliśmy jednak zbyt dużego szczęścia, bo przez cały weekend zapowiadano opady i z tego też względu sporządziliśmy plan awaryjny, czyli pobyt gdzieś, gdzie można się ogrzać i posiedzieć w zamkniętym pomieszczeniu. Okazało się, że taki obiekt znajdował się tuż obok naszego celu w Mosznej – Fabryka Robotów, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. Czytając o tym miejscu, od razu przyszła mi na myśl Galeria Figur Stalowych w Krakowie, którą odwiedziliśmy wraz z przyjaciółmi już parę ładnych lat temu i zrobiła na nas bardzo pozytywne wrażenie.

ZAMEK W ROGOWIE OPOLSKIM

Tym razem nie podam Wam żadnych innowacyjnych i ciekawych sposobów na dojazd, bo my od tych atrakcji mieszkamy niedaleko (a mimo tego nigdy nie widzieliśmy ich na żywo), więc wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy. Co mnie zaskoczyło, jeśli chodzi o zamek w Rogowie – wiedziałam, że to niezbyt rozsławiona atrakcja, ale nie spodziewałam się, że aż do tego stopnia, że nie przewidziano dla niej parkingu. Przejeżdża się przez mostek, staje właściwie tuż przy ścianie budynku, zaraz obok ogródka. Oprócz nas przyjechały może dwa auta i tyle też osób spotkaliśmy na swojej drodze – generalnie pustki, czyli zupełnie inny obraz, niż możemy dostrzec w Mosznej. Miało to jednak urok, zwłaszcza kiedy spacerowało się po przyległym parku.

Sam zamek wprawił nas w lekkie osłupienie przede wszystkim dlatego, że na wszystkich zdjęciach był żółty i wydawał się dość duży. Niedawno ktoś jednak musiał go przemalować, bo w końcu doszliśmy do wniosku, że ten trochę większym dom z ozdobnymi balustradami i może jedną dekoracją to rzeczywiście miejsce, do którego przyjechaliśmy. O samej budowli nie wiemy zbyt wiele poza tym, że pochodzi z czasów renesansu. W 1932 r. służyła jako obóz szkoleniowy dla Hitlerjugend, ostatecznie w 1945 r. przekształcając się w przedszkole, a następnie magazyn zboża. Dwa lata później usunięto z kaplicy na tym terenie trumny poprzednich właścicieli zamku o nazwisku Haugwitz i pochowano je na nowo w zupełnie bezimienny sposób. Po latach okazało się, że miejsce spoczynku zostało wyasfaltowane i przykryte przez śmietniki. Odnaleziono je jednak, dokonano ekshumacji i ciała ponownie przewieziono na teren pałacu.

Oprócz samej atrakcji możemy przejść się niewielkim parkiem, gdzie widnieje altana i kilka imponujących drzew uznanych za pomniki przyrody. Co ciekawe, zaraz za zamkowym murem rozciąga się zupełna dzicz – las, bujne chaszcze i trawy, wśród których można dostrzec sarny, a przynajmniej my mieliśmy takie szczęście. Tak oto prezentowała się całość:

FABRYKA ROBOTÓW

Zaraz potem udaliśmy się w stronę Mosznej i Fabryki Robotów. Baliśmy się, że ze względu na ograniczenia i określoną ilość osób, które mogą przebywać w środku, przyjdzie nam czekać dość długo na zewnątrz, a jednak zupełnie niesłusznie. Zresztą nawet gdybyśmy nie weszli od razu, to zwiedzanie zajmuje dosłownie 10-15 minut. Czy mimo tak krótkiego czasu polecamy wejście do środka? Raczej tak, zwłaszcza że cena nie jest zbyt wygórowana – 15 zł za osobę dorosłą, jeszcze mniej w przypadku studentów czy dzieci.

Jak ma się to do jakości? Nie najgorzej, chociaż jeśli miałabym do wyboru Fabrykę a Galerię Figur Stalowych w Krakowie, to z pewnością wybrałabym drugą opcję. Eksponatów uświadczycie znacznie więcej, poza tym odwołują się również do bajek, nie tylko filmów sci-fi. Można ich dotykać, a w przypadku pojazdów wchodzić do środka czy nawet ruszać niektórymi elementami. Jeśli ktoś z Was byłby zainteresowany większą ilością informacji, to bardzo chętnie odpowiem na pytania mailowo bądź w wiadomości prywatnej na Facebooku.

Wracając jednak do atrakcji w Mosznej – na miejscu możemy zobaczyć filmik, na którym pokazano, jak powstaje jeden z większych modeli robotów. Bardzo dużo figur bazuje na Star Wars lub Transformers, więc jeśli jesteście fanami, to na pewno się tam odnajdziecie. Raczej mało eksponatów wychodziło poza schemat – parę Minionków czy Wall-e, który akurat niesamowicie przypadł mi do gustu. Podobało mi się też, że przy każdej postaci widniała tabliczka z opisem, ile czasu zajęło jej wykonanie. Niektóre z nich powstawały nawet parę lat, ponad 300 godzin, a ogrom pracy w nie włożony wywołuje duży podziw. Parę robotów wydaje dźwięki i rusza się, choć nie są to na pewno spektakularne wygibasy. Czy polecamy? Żeby jechać do Mosznej tylko po to, by specjalnie zobaczyć muzeum, to niespecjalnie, ale jako dodatkowa atrakcja dołączona do zamku jest świetna i uzupełnia czas, jeśli został Wam go nadmiar. Zresztą może się okazać, że jeśli jesteś freakiem na punkcie robotów, to będziesz cykać sobie zdjęcia z każdym pojedynczym eksponatem, jak to robiła para przed nami (choć dziewczyna wydawała się już mocno zmęczona i zakłopotana). Pod spodem kilka zdjęć na zachętę:

ZAMEK W MOSZNEJ – ZWIEDZANIE

Jeśli zdecydujecie się na zwiedzanie w takiej kolejności jak my, to polecam zostawić auto przy muzeum, bo dzieli je od zamku zaledwie 200 metrów. My z początku chcieliśmy podjechać, ale akurat były Zielone Świątki i z tego też względu w okolicach kościoła odbywały się różne uroczystości, z racji których największy parking w okolicy przemieniono w strefę płatną, gdzie panował ogromny ścisk. Pewnie w inne dni jest lepiej, ale jako że nie możemy tego potwierdzić, to zawsze warto znać taki dodatkowy punkt na mapie.

Przed oficjalnym zwiedzaniem zamku została nam ponad godzina, więc poszliśmy przejść się ogrodami wokół. Wszystko to jest oczywiście obarczone dodatkową opłatą, tak więc za zwiedzanie ekstremalne zapłaciliśmy 38 zł od osoby dorosłej (32 zł z ulgą), a dodatkowo kolejne 10 zł (8zł) za wejście do palmiarni i wszystkiego, co znajduje się na zewnątrz. Wiosna mocno sprzyja takim przechadzkom, bo wokół gęsto rosną rododendrony i azalie w różnych kolorach, co chwilę da się dostrzec jakieś fioletowe, bordowe czy żółte kule. Jest jedna główna ścieżka i dwie boczne, od których odchodzi wiele odnóg. My przeszliśmy się dwiema z nich, chcieliśmy nieco odciąć się od ludzi, którzy co chwilę przystawali i robili sobie zdjęcia. Trafiliśmy nawet na ścieżkę, która kiedyś musiała uchodzić za „sportową” – co kilka metrów znajdowały się drążki, kółka czy ławeczki oraz tablice z poleceniami, co przy nich zrobić (np. 10 podciągnięć, 20 przeskoków). Chyba jednak nie cieszyło się to zbyt dużą popularnością, bo wszystko wygryzła korozja, a niektóre urządzenia stały się ledwo dostrzegalne spod chaszczy i zarośli. Dodatkowo w połowie musieliśmy zawrócić, bo na drogę zwaliło się pokaźne drzewo.

To i jeszcze kilka czynników dało nam do myślenia, że na urok tego miejsca wpływa przede wszystkim pora roku, w mniejszym stopniu natomiast praca ludzka. Wiadomo, bilety wstępu na pewno nie dostarczały zbyt dużych funduszy ze względu na niską kwotę, ale osób odwiedzających zamek jest mnóstwo, więc powinno się to w miarę kalkulować. Mieliśmy jednak nieodparte wrażenie, że gdy tylko kwiaty zrzucą płatki, nie będzie już zbyt wielu rzeczy, którymi nacieszylibyśmy oczy. Chyba że sarnami, które są zamknięte na wygrodzonym poletku nieopodal zamku – jeśli dobrze ich poszukacie, to może nawet będziecie w stanie dotknąć ich przez płot, są bardzo przyjaźnie nastawione do ludzi. Ach, no i nie zapominajmy o pomnikach przyrody – ogromnych dębach, których konar jest tak gruby, że mogłoby go równocześnie objąć 5-6 ludzi, czego dowód znajdziecie poniżej.

Co do wrażeń z samego zamku – cóż, z zewnątrz rzeczywiście wygląda bajkowo i nie dziwne, że wzbudza zainteresowanie nawet za granicą. W chwili dodawania relacji z pobytu na Instagrama, kilka osób pisało do mnie i mówiło, że nie miało pojęcia o istnieniu takiej budowli w Polsce. Cóż, trzeba przyznać, że na pierwszy rzut oka niczego jej nie brakuje – a co, jeśli wejdziemy do środka?

Palmiarnia nie robiła na nas zbyt dużego wrażenia – no ładna, ale w środku tłumy i zaduch, nic specjalnego. Kawiarnia w zamku nie aż tak droga jak mogłoby się wydawać – przepyszna gorąca czekolada topiona na miejscu i smaczne desery, więc na pewno się nie rozczarujecie. Obsługa co chwilę dezynfekuje stoliki i rzeczywiście przestrzega ograniczeń ilościowych wobec klientów, barykadując wejście.

Zbiórka i odbiór biletów na zwiedzanie ekstremalne odbywa się przy wewnętrznej recepcji. Obowiązuje nakaz noszenia maseczek! Na przewodnika czekaliśmy my i jeszcze dwa małżeństwa w średnim wieku. Oprowadzał nas Adam P. i o ile o samej historii zamku opowiedział, o tyle jego zakres wiedzy i sposób wygłaszania przemyśleń pozostawiał odrobinę do życzenia (zwłaszcza w oczach jednego z mężczyzn, który komentował to, gdy tylko miał okazję). Często wydawało mi się, że ilekroć padało jakiekolwiek pytanie, przewodnikowi ciężko było na nie odpowiedzieć. Niestety będąc po kursie pilockim, wyłapywałam dużo błędów, które popełniał, no ale zapewnił odpowiednią atmosferę w grupie, był bardzo wyluzowany i, co akurat uznaję za ogromny plus, miał fajne podejście co do samego zwiedzenia. Pomijając, że zaraz kiedy zniknął z oczu innych ludzi, pozwolił na zdjęcie maseczek, to pozwalał nam także wchodzić w takie miejsca, które podczas epidemii są raczej niedostępne dla turystów. W opisie zwiedzania dodatkowo możemy zaobserwować notę, że za zwiedzanie wież należy się dodatkowa opłata, my natomiast na jedną z nich (myśliwską) otrzymaliśmy dostęp. Koniec końców byliśmy bardzo zadowoleni z takiego obrotu sprawy mimo różnych uwag.

Trasa nie jest długa i mimo że nazywa się ją „ekstremalną” to niewiele z tej nazwy spotkamy na swojej drodze. Dużo jest jakichś takich tandetnych ozdób zrobionych typowo pod dzieciaki, dodatkowo zdziwił mnie fakt, że wnętrze zamku poza kilkoma salami nie prezentuje się kwitnąco. Nie mówię tu już nawet o obszarach, gdzie panuje po prostu pustka, ale także o tych znajdujących się na drodze turysty. Widać, że bardzo duża część przedmiotów to jakieś pudła i graty zostawione przez pracowników – niby nic, ale jednak troszkę kole to w oczy. Przyszykujcie się też na bardzo specyficzny zapach stęchlizny i kapusty, którego raczej nie sposób pozbyć się z tak dużego obiektu wyłącznie poprzez otwieranie okien.

No ale żeby nie wyszło, że tylko tu sobie gderamy – wycieczka ogólnie nam się podobała. Zobaczyliśmy najbardziej luksusowy apartament z wręcz powalającą wanną w takich rozmiarach, że można by się w niej kąpać na stojąco, dwie piwnice (dawną kuchnię i miejsce pochówku, które jednak okazało się zbyt wilgotne – do tego stopnia, że podczas deszczu turyści muszą stać na specjalnej platformie), mnóstwo korytarzy, salę myśliwską, krużganki i wiele innych. Mnie jednak bezsprzecznie najbardziej podobał się widok rozciągający się z najwyżej wieży, spójrzcie sami.

Przy okazji dowiedziałam się też, dlaczego zamek nazywa się zamkiem 365 pomieszczeń i 99 wież, których przecież nie ma już na pierwszy rzut oka. Otóż te „wieże” to wszystkie elementy, które wystają ponad powierzchnię dachu – spójrzcie, jak łatwo można nagonić klientów i stworzyć smaczek, który tak naprawdę wcale nie istnieje. Magia turystyki 😉

ZAMEK W MOSZNEJ – FAKTY I CIEKAWOSTKI

Żeby jednak nie było, że zarzucam Was samymi wrażeniami – kilka sprawdzonych informacji o samym zamku. Wszystkiego Wam nie opowiem, bo wtedy zwiedzanie nie ma większego sensu (a przecież możecie trafić do pana Adama), ale co ciekawsze fakty może zechcecie przyswoić. Warto wiedzieć, że korytarze, którymi będziecie się przechadzać, to pozostałości po kiedyś istniejącym w zamku ośrodku psychiatrycznym i lazarecie (II wś). W zamku do dziś oprócz różnych festiwali  czy świąt na zewnątrz (np. święto kwitnącej azalii) odbywa się wiele występów teatralnych, a także koncertów w kaplicy (która notabene kiedyś została przerobiona na stajnię, do której konie schodziły po schodkach). Ostateczny kształt zamku możemy obserwować od czasu, kiedy część budynku spłonęła. Gdy teraz się tak zastanawiam, to chyba nie znam zamku, którego dzisiejsza forma wyklarowała się inaczej niż przez pożar czy wojnę (ten akurat tej tragedii uniknął). Wiele przylegających do niego miejsc powstawało w różnych okresach, stąd różne style architektoniczne wielu z nich. No i na koniec fakt dla fanów kina – to właśnie tutaj nakręcano sceny do Testu Pilota Pirxa.

Ostatecznie na pewno polecamy wejście do środka zamku, nie tylko obserwowanie jego murów z zewnątrz. Nie obiecuję, że wszystkie widoki będą godne zobaczenia, jednak warto unaocznić sobie, jak cienka w tym wypadku jest granica między bogactwem a pustką po minionych latach świetności. Mamy jednak czym się pochwalić i na pewno, jeśli tylko szukacie atrakcji na weekend, to nie będziecie zawiedzeni – budowla zapewnia oku estetyczne pocieszenie.

Z mojej strony to byłoby już na tyle – dajcie znać, czy te tereny są Wam znane, czy też jeszcze nigdy nie mieliście sposobności ich zobaczyć. Mam nadzieję, że Was zachęciłam i przedstawiłam kilka faktów, o których do tej pory nie mieliście pojęcia. A w razie gdyby jeszcze było Wam mało, to zachęcam do odwiedzania mojego fanpage’a na Facebooku oraz Instagrama – odnośniki po prawej na górze! Trzymajcie się ciepło.