Malta cz.2 – Jakie dokumenty trzeba uzupełnić na lotnisku, co różni oba kraje i jak radzić sobie z upałem?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-dniowej wyprawy na Maltę we dwoje. Jest kontynuacją poprzedniego, ogólnoinformacyjnego, ale też nic nie stoi na przeszkodzie, żeby czytać od tego miejsca. Tutaj poruszymy kwestię tego, jak zmieniła się sytuacja na lotniskach pod kątem pandemii, a także nakreślimy parę pierwszych skojarzeń czy wspomnień tuż po przybyciu na wyspę. Nie zabraknie również sprawdzonych sposobów na nieustające upały, zapraszam!

Jako że wylot mieliśmy koło godziny 15.00 z Poznania, a na odprawie chcieliśmy zjawić się po 13.00, nasza podróż zaczęła się już z samego rana. Śmialiśmy się nawet, że krócej lecimy na maltańską wyspę niż dojeżdżamy nad maltańskie jezioro (tak, w Poznaniu jest jezioro, które nazywa się Malta). Zanim dotarliśmy do Opola, przesiedliśmy się na pociąg, zjedliśmy przy Poznaniu Głównym i zatrzymaliśmy się w autobusie nr 159 na lotnisku, minęło pięć godzin. Lot na Maltę trwał tylko 2,5 h, więc pestka. Jak jednak wyglądała cała wcześniejsza procedura?

Jakie zmiany pandemia wniosła na lotniskach?

Zarówno w pociągu, na lotnisku, jak i w samolocie trzeba mieć nieustannie założoną maseczkę. Wyjątkiem są jedynie punkty gastronomiczne, w których na czas jedzenia można z tego obowiązku zrezygnować. Czy w praktyce wszyscy się do tego stosują? Nie mają wyboru, chociaż większą dyscyplinę dostrzegliśmy podczas lotu. W innych przypadkach ludzie raczej odchylają maseczki, kiedy tylko mogą, no chyba że konduktor zwróci im uwagę albo sami mają na tyle przyzwoitości, by w porę się schować. Trochę to już niestety pic na wodę, zwłaszcza że co chwilę je zakładamy, zdejmujemy i wszyscy używają tej samej maseczki przez miesiąc, ale powiedzmy, że osiągamy efekt placebo i czujemy się względnie bezpieczni. W samolocie stewardowie i stewardessy kontrolują to znacznie częściej i raczej rzeczywiście wszyscy siedzą zamaskowani.

Podczas odprawy zmienia się niewiele, poza faktem, że mocno zaleca się teraz odprawy online. Ja jestem akurat ich zwolenniczką niezależnie od sytuacji epidemicznej, bo po prostu zaoszczędzają mnóstwo czasu. Wystarczy najwcześniej na dwa tygodnie przed odlotem zalogować się na konto, z którego kupowaliśmy bilety lotnicze (lub wpisać unikalny numer rezerwacji w przypadku braku konta), od razu uzupełniamy wszystkie informacje z naszych dokumentów, wybieramy miejsce do siedzenia i ewentualnie dokupujemy jakieś dodatkowe pakiety. Zwłaszcza w przypadku bagażu podręcznego ta opcja sprawdza się znakomicie, bo nie potrzebujemy w ogóle podchodzić do stanowiska odpraw, co zaoszczędza jakieś 40 minut naszego czasu. Jak zwykle jednak polecam zjawić się na lotnisku wcześniej, a nie na styk, bo po co się denerwować?

W Polsce, jeszcze zanim zacznie się gorączka kontroli, przechodzimy przez pierwszą bramkę i jesteśmy poddawani mierzeniu temperatury. Proces jest dość zabawny, bo nie przebiega tak jak wszędzie indziej, tj. poprzez nakierowanie elektronicznego termometru na czoło. Bramka ma specjalnie wbudowany termometr, który sprawdza nas poprzez… wewnętrzną część ręki tuż przy nadgarstku. Być może jest to jakiś sposób, by zminimalizować prawdopodobieństwo wystąpienia gorączki lub sprzęt zaprogramowano tak, by nieco zaniżał wyniki, bo dosłownie każdy, kto poddawał się pomiarowi, odbiegał od normy mimo upału. Mnie pokazało 36,0℃, Szymonowi 35,5℃, a mężczyźnie przed nami jeszcze mniej. Może to przypadek, podejrzewam jednak, że mimo wszystko każdy stara się uniknąć zamieszania i mieć jak najmniejsze prawdopodobieństwo zatrzymania zakażonego. Oczywiście mogę się mylić, to tylko luźno rzucone przemyślenia.

Przechodzenie przez bramki wykrywające metal nie zmieniło się ani trochę, poza faktem, że pudełka, do których wkładamy bagaże podręczne i elektroniczne urządzenia, są teraz każdorazowo dezynfekowane, przez co często są po prostu mokre, kiedy coś do nich wkładamy. Troszkę głupio, zważając na fakt, że to najczęściej telefony, aparaty i laptopy, no ale wilgoci raczej nie ma na tyle, by sprzęt uległ uszkodzeniu. W Polsce przy okazji tego procesu cały czas przestrzega się odległości między pasażerami i wszystko przebiega raczej w dużym pośpiechu, na Malcie odczuwałam mniejszą presję w tej kwestii. Tutaj też muszę się pochwalić – kto pamięta nasze islandzkie wpisy, ten wie, że nigdy nie przeszłam niezauważona przez bramkę wykrywającą metal, przeszukiwali mi też bagaż podręczny i zrobili test na obecność substancji wybuchowych. Po tamtych zajściach po raz pierwszy stresowałam się kontrolą – zupełnie bezpodstawnie, dokładnie tak jak przy każdej bramce sklepowej. I wiecie co? Udało mi się przejść bez zatrzymania i to dwukrotnie! 😀

Jeśli chodzi o samolot, to pozostało zaledwie kilka miejsc wolnych. Ruch na lotnisku co prawda wydawał się mniejszy niż zwykle, ale nie aż tak, żeby robiło to przytłaczające wrażenie. Co za tym idzie – na Malcie wśród turystów spotykało się w 95% Polaków. Czasem dało się zobaczyć jakiegoś Brytyjczyka lub w trakcie rozmów ktoś przyznawał, że jest z Włoch lub Macedonii, ale przeważnie jednak byli to Polacy. Nie ma natomiast co ukrywać, że ciężko odróżnić rodowitego Maltańczyka od przyjezdnych, którzy osiedlają się tam na stałe lub w celach sezonowej pracy. Wszyscy są jednak mili i pomocni, a ja coraz częściej przychylam się ku teorii, że narody, które większość roku mają ciepło oraz słońce, są po prostu szczęśliwsze.

Dokumenty wypełniane na lotnisku

W przypadku podróży samolotowych należy zwrócić uwagę na wymogi, które stawia przed nami każde państwo. Przykłady wielu z nich podałam przy okazji pierwszego wpisu – Malta pod tym względem jest dość ulgowa. Ja informacje czerpałam głównie ze strony gov.pl i tutaj warto zwrócić uwagę na jedną istotną rzecz, której z tej czy podlinkowanych stron nie wyczytamy. Generalnie jest tak, że po przylocie musimy uzupełnić dwa dokumenty, z tym że oficjalny przekaz podaje, iż uzupełniamy je już na lotnisku. No… tak, to prawda, tylko wydaje mi się, że zupełnie odrębne wyobrażenie miał ktoś, kto zamieszczał informacje na stronie i zupełnie inne ma przeciętny czytelnik. Na lotnisku nie oznacza, że wysiadamy z samolotu i udajemy się po odbiór bagażu, przy okazji wypełniając jakiś druk. Zostajemy na swoich miejscach i nie możemy opuścić swojego siedzenia tak długo, aż nie uzupełnimy dokumentów. Przyznaję, nie przewidzieliśmy takiej opcji i nawet nie mieliśmy ze sobą długopisu – nie rozdawano ich także na pokładzie, więc wyszliśmy jako jedni z ostatnich, czekając, aż ktoś życzliwy się z nami podzieli.

Jakie to właściwie były dokumenty? Po uzupełnieniu pierwszego z nich mogliśmy udać się na halę i uzupełnić drugi (tam już były długopisy). Pierwszy, czyli the Public Health Travel Declaration Form, obowiązuje tylko na Malcie, w Polsce nie musieliśmy go już uzupełniać. To taka ogólna ankieta z danymi osobowymi, podpisami i pytaniami o wyjazdy w ciągu 14 ostatnich dni. Drugi dokument, the Passenger Locator Form, jest znacznie dłuższy, w dodatku uzupełniamy go po krateczkach – nasze dane, dane członka rodziny do kontaktu, dane osób, z którymi podróżujemy, adres zamieszkania w Polsce, na Malcie, numer lotu, siedzenia – dosłownie wszystko, co może pomóc nas zidentyfikować w przypadku, gdyby okazało się, że któryś z pasażerów naszego samolotu był zakażony. W takim przypadku po uzyskaniu wiadomości e-mail bądź telefonu jesteśmy zobowiązani przejść kwarantannę i z naszych wakacji nici. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca.

Co na plus w przypadku Malty – jeśli podróżujemy grupą/parą, wystarczy uzupełnienie jednego dokumentu i zamieszczenie imienia oraz nazwiska partnera. Obsługa lotniska zezwala też na zostawienie kilku pustych pól, które i tak pewnie nie mają zbyt dużego znaczenia. Po przylocie do Polski uzupełniamy wszystko, w dodatku w tylu sztukach, ile jest osób. Pocieszający jest fakt, że możliwe jest wcześniejsze wydrukowanie dokumentów i uzupełnienie ich, a po wylądowaniu po prostu zostawia się je u stewardessy – nie trzeba czekać na kopię, którą ona rozdaje.

Po przylocie na Maltę nie mierzy się temperatury, przy wylocie również się z tym nie spotkaliśmy, co nie znaczy, że nigdy nas to nie spotka. Nie ma jednak czemu się dziwić – sytuacja epidemiczna jest już zjawiskiem niemalże wymarłym na Malcie (czasem 1, czasem 3 przypadki na tydzień), więc i ostrożność nie jest już tak przesadna. Oczywiście maseczki nosimy w każdym środku transportu i zamkniętym pomieszczeniu, ale raczej przymyka się oczy na zsuwanie maseczki z nosa podczas upału.

Kontrole autobusowe

Tutaj nasuwa mi się sytuacja, kiedy na pokład autobusu wszedł kontroler. Nie był to kanar, tam taka posada chyba w ogóle nie istnieje ze względu na to, że wchodzimy do środka zawsze przednim wejściem i odbijamy bilet u kierowcy. Czytnik wydaje dwa rodzaje piknięć – jedno potwierdzające, jeśli bilet ma jeszcze termin ważności, drugie negatywne, jeśli bilet się wyczerpał. Albo więc kupimy nowy, albo nie wsiądziemy – troszkę to działa jak nasze PKS-y. Oczywiście kierowca jest oddzielony ścianą z pleksi, ale i tak zdziwiło nas, że w Polsce ten aspekt rozwiązano w zupełnie inny sposób. No, w każdym razie kontroler wsiadł na pokład w momencie, kiedy ledwie kto miał na twarzy maseczkę. Szedł przez środek autokaru, wskazywał ludzi i powtarzał: „Mask, mask, mask”. Szczerze mówiąc, mentalnie przyszykowałam się już na grad mandatów, podczas kiedy… mężczyzna usiadł na przedzie, spojrzał na wszystkich ostatni raz i wysiadł na najbliższym przystanku bez słowa. Nie mieściło nam się to w głowach – w Polsce na pewno nie przeszłoby to bez echa.

Różnice w procedurach – Polska vs Malta

Kontrole na bramkach na lotnisku w przypadku Malty też są raczej lżejsze, ale procedury postępowania nieco różnią się od tych w Polsce. Przykład? Laptop w Polsce musi przejść przez skan otwarty, na Malcie wręcz przeciwnie. Płyny w Polsce muszą być opakowane w przezroczyste pojemniki (jak wszędzie zresztą), a ich pojemność jest skrupulatnie sprawdzana, natomiast na Malcie porozmawialiśmy z obsługą, że przewozimy dwa razy po trzy maleńkie buteleczki lokalnych likierów na prezent, że są ładnie zapakowane i czy możemy ich nie wyciągać z opakowania, no i nie było z tym żadnego problemu, mimo że nie zakupiliśmy tego towaru w strefie bezcłowej, wiadomo. Myślę jednak, że nie raz mieli już podobną sytuację i z jednej strony może nie do końca dobrze, że przymyka się na to oko, z drugiej i tak rzeczy przeszły przez skan i fajnie, że nie traktuje się każdego turysty jako potencjalnego przestępcy.

Pierwsze spojrzenie na Maltę

Myślę, że temat kontroli i lotniska mamy zamknięty – jakie w takim razie były nasze pierwsze wrażenia w chwili zobaczenia wyspy z góry? Szczerze? Dość… nijakie, przede wszystkim dlatego, że wszystko wydaje się żółte i jałowe. Lato na Malcie jest bardzo upalne i pozbawione deszczu; średnia opadów w lipcu wynosi 0 dni, w czerwcu, sierpniu i wrześniu 1. Rzeczywiście, dopiero w połowie pobytu zobaczyliśmy pierwszą chmurę nad głowami. Bardzo często widać je gdzieś dookoła, na horyzoncie, ale jakby wyspa ich do siebie nie dopuszczała. Roślin, które przetrwały taki klimat, jest naprawdę niewiele – przeważnie dojrzałość ich owoców przypada na przełom sierpnia/września, więc też na tym nie skorzystaliśmy.

Większość wyspy pokrywa kamień, który dodatkowo akumuluje ciepło i zabiera miejsce na zieleń, jednak mieszkańcy Malty radzą sobie z tym problemem coraz lepiej, hodując pnącza w donicach. Bardzo często obrastają one budynki i są niesamowicie kwieciste – widok nieraz zapiera dech w piersiach. Najlepszym jednak potwierdzeniem na to, że ciężko o bujną roślinność, jest wypalona i nijaka trawa, co od razu wpływa na posturę spotykanych czasem koni. Możecie zapomnieć o widoku umięśnionych, jurnych ogierów, który często zastajemy w Polsce. Zwierzęta są wręcz wychudzone i po prostu wyglądają mizernie, przynajmniej przez te letnie miesiące.

Jak radzić sobie z upałem?

Skoro upał jest tak dojmujący, to jak poradzić sobie ze zwiedzaniem w takich warunkach? Cóż, jest wiele gorętszych krajów, gdzie przecież życie nie stoi w miejscu. Wystarczy znaleźć odpowiedni patent i my zamierzamy się z Wami kilkoma podzielić.

  1. Klimatyzacja bądź wiatrak to rzecz święta – niekoniecznie dwa na raz, ale warto celować w zakwaterowanie z którymkolwiek z nich, bo bywały noce, że przepływ powietrza mimo otwartego okna był po prostu zerowy.
  2. Słomiany kapelusz – przyznam, że temat głowy właściwie zawsze olewam, ale mając ciemną karnację i ciemne włosy, czasem jest to strasznym utrapieniem. Plus podczas plażowania spaliłam sobie przedziałek, bo niestety moja głowa jest jedyną częścią ciała nieodporną na słońce.
  3. Podróżując, zawsze miejcie na sobie strój do kąpieli, a w plecaku ręcznik plażowy – nie damy rady przez tyle dni chować się w zamkniętych pomieszczeniach od godziny 12-15, zwłaszcza jeśli planujemy dłuższą podróż. Malta jest o tyle cudowna, że prawie każde miejsce warte zobaczenia jest usytuowane nad morzem lub blisko niego. Żaden problem – chwila zwiedzania, później czas na kąpiel i ochłodę, a potem znowu można zwiedzać. W przeciwnym wypadku człowiekowi może zrobić się po prostu słabo.
  4. Przerwa na mrożoną kawę bądź Slushy (czyli tzw. granitę, coś na wzór sorbetu lodowego) – dostępne praktycznie wszędzie, przeważnie też niedrogie (max. 4 euro w najgorszych wypadkach), chłodzi i daje człowiekowi poczucie nagrody po długim chodzeniu.
  5. Filtry do opalania i balsam na schodzącą skórę – koniecznie! Aż do samego końca powrotu do Polski. My spaliliśmy się właśnie ostatniego dnia pobytu, siedząc w wodzie kilka godzin bez żadnego cienia. Mnie zeszło to za parę godzin (nawet bez smarowania), ale Szymon z jasną karnacją jeszcze przez cztery kolejne dni wyglądał jak raczek. Moją słabą stroną jest natomiast twarz – filtr 50 dla dzieci i tak nie wystarczał. Najlepiej więc zabrać ze sobą przynajmniej dwa – słabszy i mocniejszy (np. u nas była to 50 i 30), by opalać się stopniowo i bezpiecznie.
  6. Ostatnia porada, ale chyba najważniejsza i najbardziej sprawdzalna, która nam przynosiła ulgę za każdym razem – zamrożona woda. Nie mrożona, a po prostu zamrożona. Każdego dnia trzymaliśmy w domu dwie dwulitrowe butelki picia (koszt jednej ok. 0,7 euro). Jedna chłodziła się w lodówce do bieżącego użytkowania w godzinach rannych i wieczornych, gdy temperatura nie dawała się tak we znaki, natomiast druga leżała całą noc w zamrażarce, upita tylko parę łyków, by możliwe było później jej otworzenie. Rano zastawaliśmy bryłę lodu i chowaliśmy ją do plecaka, wcześniej szczelnie owijając w ręcznik plażowy jak zrolowany naleśnik. Dzięki temu, nawet chodząc w pełnym słońcu, woda roztapiała się dość powoli i miała ciągle w granicach 0℃. Skutkowało to tym, że na dnie zawsze znajdowało się kilka łyków do podziałki na dwoje, a te kilka łyków wciąż chłodziło się od wielkiego lodu pośrodku. Takie dwa litry idealnie starczają na cały dzień od rana do wieczora i są zimne aż do ostatniej chwili.

Na dziś to wszystko, mam nadzieję, że sprzedałam Wam jakieś patenty, których nie znaliście do tej pory i uspokoiłam zszargane nerwy tych, którzy martwili się o rygorystyczne kontrole i zawiłą papierologię na lotnisku. Wiadomo, że ograniczenia i wymogi utrudniają podróż, ale na pewno nie czynią jej niemożliwą. Jeśli zainteresował Cię powyższy materiał, to zachęcam do czekania na kolejny – tym razem o przysmakach i przekąskach, jakie możemy spotkać na wyspie! A żebyś nie doświadczył nudy – odwiedź mojego Instagrama i fanpage’a na Facebooku, tam zamieszczam na bieżąco relacje ze swoich poczynań podróżniczych; odnośniki po prawej u góry. 🙂

Malta cz.1 – Jak wylecieć ze studenckim budżetem, który środek transportu wybrać na wyspie i jakie zmiany uczynił COVID?

Informacje ogólne: Poniższy wpis rozpoczyna naszą relację z 9-dniowej podróży na Maltę zaraz po otwarciu granic dla Polski (10-19 lipca 2020). Wylecieliśmy razem z Szymonem, którego co prawda nie poznaliście z imienia, ale to właśnie z nim wyruszałam w każdą ostatnią podróż po Polsce i zapewne będzie się też pojawiać we wszystkich następnych. Podczas pobytu udało nam się zobaczyć właściwie wszystko, co zaplanowaliśmy, a nawet więcej. Spędziliśmy czas niesamowicie aktywnie po to, żeby przedstawić Wam jak najbardziej szczegółowy obraz wyspy. W tym wpisie kilka słów na temat samej Malty, dodatkowo przekażę Wam, jak koronawirus wpłynął na wiele aspektów podróżniczych, a także pojawią się sprawdzone sposoby na poruszanie się na wyspie. Nie obędzie się również bez kosztorysu. Cena może Was zaszokować, zapraszam! 😉

Jak nasz wylot doszedł do skutku?

Jestem jedną z tych osób, w których jakakolwiek wzmianka o koronawirusie wzbudza niemałą agresję. Zapewne znacie ten scenariusz; macie plany na cały rok, jeśli jesteś studentem, to załatwiasz sobie pracę na wakacje, przybywa Ci jednej wiosny i siłą rzeczy powinieneś się rozwijać… a tymczasem stoisz w miejscu, o ile się nie cofasz. Na każde pytanie o przyszłość odpowiadasz tylko i wyłącznie „nie wiem”, bo teraz żyje się bardziej z dnia na dzień, ma się więcej zmartwień i tak dalej. Sama zrobiłam kurs na pilota wycieczek w lutym, który miał być moim kolejnym krokiem w turystykę – chyba nie muszę wspominać, jak beznadziejne mam wyczucie czasu, prawda? Rozumiemy się.

W przypadku tego wyjazdu niestety o aspekcie pandemicznym wypada mi wspomnieć, ale może właśnie po to, by podnieść Was na duchu i pokazać, że stać nas jeszcze na przyjemności i wynagrodzenie sobie czasu kwarantanny, nawet mając mniejszy budżet – po prostu trzeba zrobić to bardziej spontanicznie, choć rozważnie. My właściwie aż do czerwca byliśmy święcie przekonani, że te wakacje spędzimy w domu, zwłaszcza obserwując statystyki zachorowań z naszego kraju i widząc, jak pesymistycznie zapatrują się na nas chociażby sąsiedzi. To miał być jednak nasz pierwszy wspólny wyjazd za granicę, taki dłuższy i odpoczynkowy, więc gdy tylko nadarzyła się okazja, po prostu ją złapaliśmy.

Kiedy potwierdzono informację o tym, że 1 lipca otwiera się na nas wiele krajów, od razu zaczęliśmy planować, z tym że dopiero na wrzesień – bo taniej, mniej ludzi, znośniejsza pogoda. I tutaj pojawiło się standardowo to magiczne „nie wiem”, bo przecież mówi się wiele o drugiej fali zachorowań i nawet jeśli nas by to mało obchodziło, to inne państwa mogą zamknąć się na nas powtórnie. Tak oto wybraliśmy termin najszybszy, jak tylko się dało, by mieć gwarancję, że wylecimy (o powrót martwiliśmy się już troszkę mniej) i wzięliśmy pod uwagę kilka państw: właśnie Maltę, Cypr, Grecję oraz Rumunię. Dlaczego odrzuciliśmy pozostałe opcje (w momencie wyboru był początek czerwca)?

Cypr – przede wszystkim dlatego, że konieczne było pokazanie na miejscu testu z negatywnym wynikiem na COVID, co oczywiście należy samemu sfinansować. Ponadto należy zająć się tym 48 godzin przed odlotem i musimy się stresować tym, czy te wyniki zdążymy dostać. Wymóg zniesiono, ale tak jak wspominałam; zależało nam na tym, by choć raz coś było pewne.
Rumunia – świetne ceny lotów i kosztów życia, tylko niestety na teren kraju nie wpuszczano turystów ze względu na stan alarmowy, który miał kończyć się dopiero w połowie czerwca i mógł zostać przedłużony. Również problem już zażegnany.
Grecja – tutaj mocno się wahaliśmy, bo akurat problemem były tylko wyrywkowe kontrole. Nie chodzi nawet o pomiar temperatur, ale o wykonanie testu na koronawirusa. Czekając na wyniki, trzeba spędzić dobę w hotelu tak, jakby było się na kwarantannie. Co do tego słyszeliśmy akurat różne opinie; część znajomych leciała i ponoć z niczym takim się nie spotkała, natomiast z relacji osób, które mieszkają tam dłużej, wynika, że różne przypadki mają miejsce. To pewnie też zależy od tego, czy mówimy o „głównej Grecji”, czy o wyspach. Malta jednak wydała nam się bardziej pewna, bo sprawdzania nie oferowała żadnego, a przypadek zakażenia pojawiał się tam może jeden bądź dwa na tydzień.

Kosztorys – Lot

Ceny lotów w tym okresie plasowały się na naprawdę niskim poziomie – wiele krajów w granicach do 300 zł w obie strony za jedną osobę, co nie jest tragedią (zwłaszcza jeśli chodzi o Cypr, gdzie bilety potrafiły być strasznie drogie). Malta wypadała pod tym względem nieco gorzej, dlatego wzięliśmy się na sposób i zaczęliśmy szukać inaczej. Okazało się, że planując wylot z jednego miasta w Polsce, a przylatując z powrotem do innego, koszty okazują się niższe – ponadto nie jesteśmy ograniczeni narzuceniami wyszukiwarek lotu, które zazwyczaj pokazują możliwość powrotu co drugi dzień bądź równo po tygodniu. Wiecie, chodzi mi o to, że nie mamy pełnej dowolności, bo część dni jest po prostu nieaktywna.

Ostatecznie więc skusiliśmy się na taką opcję:
Poznań-Malta koszt 116 zł od osoby + 19 zł za wybór miejsca w samolocie
Malta-Wrocław koszt (tutaj uwaga, w drodze powrotnej przyjmujemy walutę kraju wylotowego, czyli Malty, jaką jest euro): 42,99 euro na osobę + 4 euro za wybór miejsca
Łącznie za dwie osoby kosztowało nas to więc około 620 zł, czyli 310 zł za osobę na lot w dwie strony.

Tutaj mały kruczek, jako że podróżowaliśmy linią Ryanair. W ofercie na stronie widnieje informacja o tym, że istnieją dwa bagaże podręczne, które możemy wnieść na pokład. Standardowy o rozmiarach 40x20x25 cm oraz większy 55x40x20 cm. Okazuje się, że informacje są bardzo mylne, zależnie od tego, jakich dokładnie fraz użyjemy w wyszukiwarce Google. Jest wiele przedawnionych informacji czy blogów, które mocno mylą w tej kwestii. Dzisiaj, tj. 22 lipca, pojawia się już tabelka, która pokazuje, że duży bagaż podręczny nie jest w cenie. Ta zmiana została wprowadzona stosunkowo niedawno, więc jeśli leciałeś tą linią parę lat temu, warto się z tym zapoznać, żeby uniknąć nieprzyjemnej niespodzianki. Na pokład możemy zabrać jedynie mniejszą torbę czy plecak, chyba że dokupimy duży bagaż podręczny (cena ponad 100 zł). Możemy też wykupić pierwszeństwo wejścia na pokład, co kosztuje nas już tylko 48 zł (z Malty 14 euro) i uprawnia do dodatkowego bagażu. Wystarczy, że opcję dokupimy do jednego biletu i problem zażegnany. Skusiliśmy się na to, zwłaszcza że zależało nam na zabraniu sprzętu do nurkowania, więc dodatkowy koszt wynosił ok. 110 zł.

Kosztorys – Zakwaterowanie

Teraz rzecz najbardziej pieniądzo-chłonna, a więc zakwaterowanie. Jeśli zależy Ci na taniej opcji, to nie rzucałabym się na hotele, które za 9 dni kosztowały w granicach 2 tys. zł na dwie osoby. To nie tragedia, ale rzadko da się znaleźć tańsze opcje w sezonie – chyba że bardzo zależy Ci na wygodzie czy dodatkowym basenie i to nie gra dużej roli. Kwestia tego, co stawiasz sobie za priorytet. Jeśli natomiast masz „studencki budżet” i nie przeszkadza Ci obcowanie z nieznajomymi, to idealną opcją jest wynajęcie mieszkania przez Airbnb. Ceny są śmiesznie tanie (właściciele sporo je obniżali), a wybór spory. My znaleźliśmy pokój razem z prywatną łazienką w San Pawl il-Bahar u Mileny (zaraz przedstawię na mapce, czemu opcja okazała się genialna). Koszt za osiem nocy na naszą dwójkę wyniósł 820,77 zł (91,20 zł za noc) + 142,53 opłaty serwisowej. W niecałe 10 minut dochodziliśmy do głównego deptaku nad morzem z restauracjami i sklepami, pod samym mieszkaniem znajdował się Eurosaver z najważniejszymi produktami spożywczymi czynny nawet w niedzielę do godziny 23.00.

Właścicielka mieszkania bez pytań wysyła wszelkie niezbędne informacje oraz dokładne zdjęcia lokalizacji czy kodów do kłódki, żeby zabrać klucze do mieszkania. Miejsce jest czyściutkie i spore, bo oprócz naszego zawsze były zajęte jeszcze dwa pokoje. Rotacja okazała się na tyle duża, że po kilku dniach zastanawiałam się już, kto tak naprawdę z nami mieszka. Jednak bez obaw – pokój zamykany na klucz, więc nie ma się o co martwić. Jedyne, co warto mieć na względzie, to fakt, że w cenie nie ma klimatyzacji, a używanie jej za dzień wynosi 4 euro. Niby niedużo, ale to kolejny wydatek, więc my radziliśmy sobie z samym wiatrakiem w pokoju. Warto też zaopatrzyć się w Raida na komary, bo choć nie ma ich tyle co w Polsce, to są bardzo łakome i jeden potrafi wkuwać się milion razy, nie dając spać. Standardowo koło 3-5 w nocy budziliśmy się, bo wszystko nas swędziało. Albo po to, żeby zrobić kurs do lodówki i napić się zimnej wody. Albo dlatego, że zaraz obok naszego okna biegła rura od kanalizacji i gdy tylko ktoś mył ręce, brał prysznic albo (co było najgorsze), spuszczał wodę w toalecie, to dźwięk był taki, jakby wodospad wlewał się do pokoju. Pierwsze dni wzbudzało to w niedobudzonym człowieku trwogę 😀

Tutaj kilka zdjęć z oficjalnego ogłoszenia (profil na Airbnb), może ktoś będzie zainteresowany wybraniem sprawdzonej opcji, my serdecznie polecamy:

Lokalizacja – gdzie najlepiej spać?

Dlaczego mówiłam, że lokalizacja naszego mieszkania była idealna? Przede wszystkim warto wiedzieć, że Malta sama w sobie jest naprawdę mała – ma zaledwie 26 km2 więcej niż cały Wrocław! Potwierdzamy więc – jeśli nie macie zbyt dużo urlopu do wykorzystania, to tydzień aktywnego zwiedzania na wyspie naprawdę wystarczy; zarówno na atrakcje, zabytki, jak i plażowanie. Malta to nie tylko jedna wyspa, a trzy (cztery, jeśli chcemy być bardziej drobiazgowi). Idąc od największej, są to Malta, Gozo, Comino oraz przylegające do niego Cominotto. Transport pomiędzy poszczególnymi częściami został uwzględniony w komunikacji miejskiej – bilet na autobus wszędzie obowiązuje ten sam, a dodatkowo w części morskiej przewozi nas prom. Prawie idealnie, ale to „prawie” wyjaśnię za moment. Mając na względzie wszystkie te informacje, na chłopski rozum najlepiej byłoby ogarnąć nocleg w środkowej części Malty, może nieco bardziej na północ. Albo jeszcze lepiej! Kilka noclegów na Malcie, a kilka na Gozo. Generalnie odradzam i już tłumaczę czemu.

Na powyższej mapce fioletowa kropka to Luqa, gdzie znajduje się lotnisko, natomiast granatowa to mniej więcej nasza lokalizacja w Zatoce św. Pawła w dzielnicy Bugibba. Dojazd z jednego punktu do drugiego to około godzina. Wydawałoby się, że praktycznie tyle samo zajmie nam dotarcie do najdalszego zakątka Gozo, może troszkę więcej, biorąc pod uwagę, że płyniemy jeszcze promem. Jak jest w rzeczywistości? Byliśmy prawie na najdalej wysuniętym na północ skrawku Gozo dwa razy (raz wypoczynkowo, raz zwiedzając wyspę) i do mieszkania wracaliśmy… 2,5 godziny. Sęk w tym, że środki transportu nie są ze sobą zsynchronizowane. Większość z nich ucieka Ci sprzed nosa przy przesiadce i czekasz dodatkowo 20-30 minut, a czeka Cię to… 3 razy. Wyobraźcie więc sobie, co by się stało, gdyby mieszkać na południu Malty. To już chyba lepiej spać na plaży 😀 Jeśli decydowalibyście się jednak na nocleg na Gozo, doradzałabym może dwie noce, maksymalnie trzy. Więcej nie ma sensu, bo głównie zwiedza się jednak Maltę i po prostu się zamęczycie.

Transport – wypożyczenie auta

Tak jak wspominałam – możemy wynająć auto, ale trzeba godzić się wtedy na dwie nieprzyjemne rzeczy. Pierwsza to oczywiście cena (wysoka cena za samochód i mało komfortowe warunki jazdy lub bardzo wysoka cena i wygodna jazda), natomiast druga to warunki panujące na drodze. Na Malcie obowiązuje ruch lewostronny i niby mówi się, że szybko da się do tego przyzwyczaić. Pewnie za kierownicą rzeczywiście tak jest, jednak ja jako pieszy aż do ostatniego dnia w chwilach zagapienia myślałam, że autobus podjedzie z drugiej strony. Na Malcie też niewiele osób przejmuje się zarysowaniami, wgnieceniami czy jakimiś odpryskami. Parkuje się praktycznie wszędzie, bardzo mało spotkamy miejsc, gdzie widnieją zakazy i groźby odholowania. Ludzie stają dosłownie na każdej uliczce, parkowanie równoległe jest na Malcie królową, a na regularny parking natknęliśmy się może dwa razy. Wielu kierowców ma wprawę, dwa razy rusza kierownicą i stoi, natomiast inni (zwłaszcza dostawczaki), wykręcają na milion razy, a później i tak odjeżdżają szukać innego miejsca. Ulice są bardzo ciasne, niejednokrotnie autobusy wymijają się dosłownie na styk. Byliśmy świadkami, jak na zakręcie brakowało dosłownie pół centymetra, jeśli nie mniej, do baaardzo długiego zarysowania całej szyby. Kierowcy jeżdżą dość szybko nawet na serpentynach, ale fakt faktem nie denerwują się i nie używają klaksonu zbyt często… przeważnie w ramach pomocy. Raz widzieliśmy, jak auto próbowało zaparkować i zagradzało przejazd kierowcy autobusu. Nie było nikogo na siedzeniu pasażera, widoczność ograniczona, więc gdy tylko auto dojeżdżało tyłem do przeszkody, z autobusu rozlegało się „piii-biiip!” w ramach ostrzeżenia. Strasznie nam się to podobało.

Transport – komunikacja miejska

Jeśli mimo przeciwności losu wciąż jesteś nastawiony na poruszanie się po Malcie wypożyczonym samochodem, to super, gratuluję też odwagi. Ci, którzy pozostają miłośnikami transportu miejskiego, muszą się jednak przygotować na to, że nie zawsze jest różowo i nie ma tu rozwiązania idealnego. Rzecz najważniejsza – autobusy bardzo lubią się spóźniać. Może nie tak, że wypadają z kursu, ale zwykle 5-25 minut trzeba odczekać, zależnie od pory dnia. Zazwyczaj to ten niższy pułap, ale punktualność jest raczej rzadko spotykana. Druga kwestia – maltańscy kierowcy w 80% nie znają pojęcia energooszczędnej jazdy. W skrócie; lubią uderzać po gazie i hamulcu z dużą zawziętością, nawet stojąc w korku, tak że czasami pasażer czuje się jak worek ziemniaków. A jak ziemniak ma chorobę lokomocyjną (czytaj: ja), to z większości kursów, które trwają zazwyczaj 20 min–1 godz. wysiada z mdłościami. Minusem jest też to, że sieci autobusowe nie są poprowadzone wszędzie – do niektórych atrakcji trzeba przejść nawet pół godziny w upale i to bardzo męczy, zwłaszcza jeśli idziemy pod górę.

Mówię jednak, że jedna opcja wychodzi drożej, druga taniej, ale jakie są realne różnice w cenach? Za wynajem auta pokroju Kii Pikanto musimy liczyć przynajmniej 260 zł (przejechaliśmy nim dookoła Islandię, więc Malta nie powinna być wyzwaniem – relacja z tego wydarzenia dostępna TUTAJ) + paliwo. Trzeba więc pogodzić się przynajmniej z wydatkiem rzędu 500 zł, dodatkowo na stronach wypożyczalni często widnieje informacja o możliwych dodatkowych opłatach dla osób poniżej 30-tego roku życia. Jeśli zaś chodzi o komunikację miejską, to mamy do wyboru kilka opcji

  1. Kupujemy każdorazowo bilet u kierowcy (2 euro w dzień, 3 w nocy, jeśli chodzi o lato – totalnie nieopłacalne dla bardzo mobilnych osób)
  2. Kupujemy bilety w automatach lub biurach Tallinja Explore (lista dostępnych ośrodków znajduje się TUTAJ, dwa z nich są na lotnisku, więc warto załatwić temat od razu, ale UWAGA! Agenda Bookshop ze względu na koronawirusa jest zamknięta. Karty możemy jednak dostać nawet w zwykłych sklepach i raczej nie ma z tym problemu). Rodzaje kart:
  3. Tallinja Card Explore (21 euro) – karta uprawniająca do nielimitowanych podróży na terenie całej Malty (wraz z Gozo) przez 7 dni. Trzeba kupić ją indywidualnie dla każdego uczestnika podróży i po każdym wejściu do autobusu odbić u kierowcy. Dzięki niej mamy również parę euro zniżki w narodowym akwarium maltańskim, ale w dobie koronawirusa nie obowiązuje, bo wejście do atrakcji i bez tego jest znacznie tańsze.
  4. Tallinja Card Explore Plus (39 euro) – dokładnie to samo, co opcja wyżej, tyle że mamy w to wliczone jeszcze podróże specjalną linią oznaczoną TD, dwa wejścia na pokład promu w Valettcie oraz całodzienne zwiedzanie autobusem hop-off hop-on, który w krótkim czasie objeżdża najważniejsze atrakcje wyspy (no wiecie, to ten autobus, gdzie możecie podróżować na dachu, ale szczerze dziwię się ludziom, jak wytrzymują wtedy to palące słońce).
  5. 12 Single Day Journeys (15 euro) – 12 jednorazowych biletów do wykorzystania dla nieograniczonej liczby osób. Dla nas to było świetne rozwiązanie już pod koniec wyjazdu, kiedy nielimitowane podróże się skończyły, a nie opłacało się kupować pojedynczych biletów. Karta działa od momentu pierwszego odbicia aż do wykorzystania lub do roku. UWAGA! Jeśli podróżują np. dwie osoby, kartę trzeba odbić dwukrotnie. Warto mieć na względzie, że ta opcja bardzo słabo sprawdza się na przesiadkach + każdy bilet jest ważny 2 godziny.

My skusiliśmy się na zwykłe Tallinja Explore na pierwsze siedem dni (działa dokładnie siedem dób od pierwszego odbicia), a na ostatnie dwa dni 12 Single Day Journeys na dwie osoby. Łącznie wyniosło nas to 57 euro, czyli ok. 255 zł. Troszkę jednak na tej opcji oszczędzamy, zwłaszcza przy tak niekorzystnym kursie euro, jaki teraz mamy (ok. 4,5 lub 4,4 zł = 1 euro, wahania są dość duże). Z samym kupnem nie ma żadnego problemu, na Malcie praktycznie wszyscy mówią po angielsku, bo razem z maltańskim jest to język urzędowy.

Transport – Prom

Kwestia promu jest dużo prostsza – z tego, który kursuje między Valettą a Sliemą w ogóle nie korzystaliśmy, po prostu nie ma takiej potrzeby z nielimitowaną kartą autobusową. Prom na Gozo z kolei kosztuje 2,50 euro od osoby (nie zaś 1,50 euro jak do tej pory) w obie strony. Co ciekawe, nie płacimy w drodze na Gozo raz i z powrotem drugi raz, a po prostu wypływając już z Gozo, uiszczamy opłatę w kasie. Nasze dwie podróże wyniosły więc 10 euro, czyli tyle, ile potrzeba za jedno przepłynięcie na Comino od osoby. Tam akurat kursują tylko statki wycieczkowe bądź motorówki i nas mocno odrzuciło płacenie 100 zł za to, żeby wykąpać się w lazurowej wodzie na Blue Lagoon (w ogóle ta nazwa jest dość felerna, na Islandii też ją ominęliśmy), skoro prawie wszędzie indziej można kąpać się za darmo. Pod względem zwiedzania nie mamy też aż tak wielu atrakcji (podobne wieże zobaczycie wszędzie, natomiast opuszczony szpital ponoć wielkiego wrażenia nie robi), więc raczej odradzam.

Aplikacje ułatwiające poruszanie się

Podsumowując, nasze koszty za zakwaterowanie, lot i wszelki transport po wyspie wyniosły 1948,30 zł (974,15 zł za 9 dni od osoby). Zaskoczeni? A jednak! Wystarczy tylko dobra organizacja i research. A skoro o researchu mowa – z jakich aplikacji korzystać, poruszając się po wyspie? Google Maps w zupełności wystarczy i sprawdza się bardzo dobrze. Można jednak wejść na oficjalną stronę przewoźnika, gdzie udostępnia się aktualne rozkłady jazdy. Istnieje też coś takiego jak TallinjaApp, która ma pokazywać rzeczywisty czas przyjazdu autobusów, natomiast ocenę w sklepie Play ma 2/5. Nam nawet nie chciała się pobrać mimo licznych prób, a więc tak, 2/5 za dobry zamysł.

Na dziś to tyle, mam nadzieję, że zaspokoiłam Wasz głód wiedzy. W następnym wpisie natomiast będzie więcej o samych procedurach na lotnisku. Co się zmieniło, na co warto zwrócić uwagę i jakie były nasze pierwsze wrażenia po przylocie. A w ramach czekania zapraszam na mojego Instagrama oraz fanpage’a na Facebooku, tam zamieszczam na bieżąco relacje ze swoich podróży i wszystkie aktualności! 🙂

Lwów cz.3 – Na jaki punkt widokowy się wybrać, gdzie skosztować lokalnych przysmaków i które miejsca warto odwiedzić?

Informacje ogólne: Poniższy wpis jest kontynuacją poprzednich – możesz czytać go oddzielnie, jednak dla pełnego oglądu sytuacji zalecałabym zapoznanie się z tym, co Cię ominęło. W tym natomiast czeka Cię dawka informacji o Operze Lwowskiej, pomniku Adama Mickiewicza, ukraińskich specjałach typu kwas czy czebureki, ale także dowiesz się, z jakiego punktu widokowego najlepiej podziwiać miasto czy czego spodziewać się po karaoke u naszych sąsiadów. Zapraszam na:

Opera Lwowska – zewnątrz i wewnątrz

Po zobaczeniu Galicyjskiego Banku Krajowego udaliśmy się 300 metrów w kierunku Opery Lwowskiej. Przed nią znajduje się ogromny skwer, gdzie możemy dostrzec wielu dorożkarzy z pięknie zdobionymi karetami. Na tę przyjemność akurat się nie skusiliśmy, ale mężczyźni nie mieli nic przeciwko temu, żeby podejść i zrobić kilka zdjęć. Ten dzień nadawał się do tego tym bardziej, że kiedy tylko ujrzeliśmy to miejsce, dostrzegliśmy parę młodą podczas sesji. Dzięki nim i my mieliśmy pamiątkę.

Sam budynek opery robi naprawdę duże wrażenie – zarówno na zewnątrz, jak i w środku. Tego dnia zobaczyliśmy go tylko od zewnątrz, jako że wnętrze było zamknięte, ale już następnego wieczora mieliśmy więcej szczęścia. Nie pokażę Wam zdjęć, bo właśnie odbywały się próby; można było usiąść, popatrzeć i posłuchać, ale nie utrwalać. Co prawda my i tak ustrzeliliśmy parę fotek, bo weszliśmy na lożę akurat od strony drzwi, na których nie było żadnych zakazów i ogłoszeń (dopiero pani ochroniarz nas uświadomiła), ale z racji szacunku musicie uwierzyć mi tylko na słowo, że widok jest warty zobaczenia. Mnie mocno przywiódł na myśl sceny z serialu „Lalka”, gdy na początku Wokulski przyglądał się Izabeli Łęckiej w tłumie. Obostrzenia dotyczą na szczęście tylko głównej sceny, resztę z chęcią Wam zaprezentuję.

Na sam początek warto by jednak zaznaczyć, że biletów nie sprzedaje się tylko na operę, ale też na zwykłe przedstawienia teatralne oraz balet. Budynek liczy sobie już ponad 120 lat, jest w stanie pomieścić 1200 osób i bije z niego niesamowite bogactwo ozdób, obrazów czy rzeźb. Trzy figury, które znajdują się na szczycie opery, przedstawiają kolejno (i nieprzypadkowo): Poezję i Muzykę, Sławę i Fortunę, Komedię i Tragedię – czyli wszystko to, co charakteryzuje sztukę oraz jest w stanie najlepiej opisać rozrywkę czekającą nas w środku. Niżej możemy też dostrzec Muzy – Tanię, Melpomenę, Erato oraz Polihymnię. To wszystko czyni Operę Lwowską jednym z bardziej rozpoznawalnych punktów miasta.

Nie byłabym jednak sobą, nie zamieszczając tutaj zabawnego akcentu, który rzucił mi się tam w oczy. To był chyba jeden z niewielu przypadków, kiedy nieznajomość ukraińskiego pisma nie wydała mi się kulą u nogi.

Ratusz – główny punkt widokowy

Następnym punktem naszej podróży była wieża ratusza, skąd rozciąga się widok na całe miasto. Budynek powstał mniej więcej w tym samym czasie co opera, ale w przeciwieństwie do niej nie robi kolosalnego wrażenia. W trakcie jego stawiania runęła wieża, miażdżąc resztę zabudowań i zabijając 8 osób – dlatego też proces ten rozciągnął się na więcej lat, niż początkowo planowano. Kto ponosi za to odpowiedzialność? Ponoć fachowcy, którzy co prawda ocenili, że stan techniczny wieży był zły, ale w najbliższym czasie nie miało to przynieść żadnych negatywnych skutków. Niestety nikt nie jest nieomylny. To jednak nie koniec pechowej historii, jako że w 1848 roku ratusz całkowicie spłonął w wyniku pożaru spowodowanego bombardowaniem.

Dziś budowla może nie podbija serc, ale gwarantuję Wam, że nie wolno odpuścić sobie wejścia na jej szczyt. Na miejscu znajduje się winda, ale przeważnie każdy wchodzi na górę pieszo – trzeba się trochę namęczyć, bo pięter jest kilka, a schody dość długie, ale gwarantuję Wam, że panorama będzie tego warta.

Kopiec Unii Lubelskiej – punkt widokowy

Jeśli jednak ratusz nie wyda Wam się kuszącą opcją, to odwiedziliśmy też inne miejsce, z którego możecie podziwiać miasto. Należy mieć jednak na uwadze, że zwłaszcza w porze wieczornej roi się tam od ludzi – zwłaszcza studentów, którzy otwierają piwko, puszczają muzykę z głośników, rozmawiają, śmieją się i raczej niewiele ich poza tym interesuje. Mowa tutaj o Kopcu Unii Lubelskiej, który mieści się na Wysokim Zamku. W rzeczywistości wcale nie jest to żadna fortyfikacja, a po prostu zwykłe wzgórze, mimo że nazwa jest myląca. Sam kopiec został sztucznie usypany po zawarciu Unii Lubelskiej w XVI wieku, posypywano go nawet ziemią z grobów Adama Mickiewicza czy Juliusza Słowackiego. Ciekawe, co powiedzieliby na to autorzy, gdyby jeszcze żyli… bo jak wiemy, miłością do siebie nie pałali, a nawet wręcz przeciwnie 😉

Narodowy napój Ukrainy – kwas

Warto też zaznaczyć, że wejście na szczyt nie jest dużo mniej wysiłkowe niż w przypadku ratusza, za to po drodze czeka nas kilka niespodzianek. Przede wszystkim stoiska z piciem, gdzie możemy napić się czegoś, co brzmi bardzo dziwnie, a mianowicie… kwasu chlebowego. Wyglądem nie różni się on niczym od Coca Coli czy Pepsi. Mimo różnorodnych butelek i tego, że przecież napój fermentuje, klasyfikuje się go jako bezalkoholowy (choć ponoć zawiera śladowe ilości alkoholu). Co ciekawe, teraz ten przysmak dość mocno kojarzy się właśnie z Ukrainą i Wschodem, zwłaszcza że uchodzi za narodowy napój, natomiast nie jest on żadnym odkryciem czy nowością – znano go już w średniowiecznej Europie. Jak to właściwie smakuje? Niektórych zachwyca, dla mnie było raczej średnie/neutralne. Trochę słodkie, jakby rozwodnione, ma strasznie dziwny, właśnie kwaskowaty zapach, ale ponoć bardzo dobrze gasi pragnienie, czego po sobie nie zauważyłam (nie bardziej, niż po innym rodzaju picia typu woda czy sok). Może jednak moja niechęć wynika odrobinę z tego, że nie przepadam za surowymi drożdżami, zwłaszcza za tym zapachem, który dla jednych jest przepiękny, a dla innych wręcz odstręczający. W każdym razie warto skosztować, może trafi akurat do Waszego gustu.

Oprócz jedzenia oferuje się też malowanie karykatur czy portretów. Nie jest to aż tak drogie jak zazwyczaj w Polsce, ale też niespecjalnie zachęca do kupna, zwłaszcza kiedy trafia się na nie ostatniego dnia podróży. Portreciści są mili, ale jednocześnie dość mocno nachalni – trzeba jednak przyznać, że ich twórczość była raczej na dobrym poziomie, a już na pewno takim, który satysfakcjonuje kogoś, kogo największym osiągnięciem malarskim są patyczaki (czytaj: mnie).

Pomnik Nikifora Krynickiego

Warto też udać się pod Katedrę Dominikańską na lwowskiej starówce – pewnie będziecie mijać to miejsce niejeden raz. Będąc tam, poszukajcie pomnika Nikifora Krynickiego znajdującego się w pobliżu. Dlaczego? Nie dlatego, że podobizna jest idealna, bo z tym bym się mocno sprzeczała, jednak jest to miejsce, w którym mogą spełnić się Wasze marzenia. Postać przedstawiono w pozycji siedzącej z uniesionym w górę palcem. Legenda głosi, że potarcie go zagwarantuje realizację naszych pragnień (część osób mówi też o potarciu nosa i pewnie to też jest prawda, zważając na to, jak rzeźba jest wytarta w tych dwóch miejscach).  Na bazie czego powstała ta tradycja? W sumie nie wiadomo, ale na pewno warto wiedzieć, że Nikifor był polskim artystą, a dokładnie malarzem działającym w nurcie prymitywizmu. Uśmiech postaci nie do końca oddaje jej żywot – mężczyzna większość życia był biedny, w dodatku często zamykał się w swoim świecie i bełkotał, więc dużo ludzi uważało go za pomyleńca. Doceniono go dopiero niedługo przed śmiercią, jak to często bywa. Stworzył ponad 40 tysięcy dzieł, naprawdę imponująca liczba. Najwięcej z nich możemy obecnie podziwiać w Nowym Sączu.

Pomnik Adama Mickiewicza

Jeszcze jednym z wielu pomników, którego nam, Polakom, nie wolno ominąć, jest kolumna Adama Mickiewicza znajdująca się 600 metrów dalej, niedaleko ratusza. Powstała ponad wiek temu, ma ponad 20 metrów wysokości i podczas swojego istnienia nie doznała żadnych uszkodzeń, co nie zdarza się specjalnie często. W tym miejscu słychać właściwie głosy tylko i wyłącznie Polaków – nie dziwne, to w końcu jedna z niewielu postaci, których nie trzeba przedstawiać. Dla jednych genialny wieszcz, dla innych słabszy rywal Słowackiego, a także zmora wszystkich uczniaków, zwłaszcza licealistów głowiących się nad Panem Tadeuszem. I nas nie mogło ominąć zdjęcie.

Wieczór na starówce

Wieczory przeważnie spędzaliśmy na mieście lub w knajpie. W pierwszy z nich przechadzaliśmy się po starówce, która po zmierzchu nabiera jeszcze więcej uroku. Na ulicę wylegają wtedy artyści, przeważnie muzycy. Nie są to profesjonaliści, a po prostu hobbyści, którzy chcą nieco dorobić. „Nieco” jest jednak pojęciem dość względnym, bo grupa, której my słuchaliśmy, na brak pieniędzy narzekać nie mogła. Widać było, że wybierali instrumenty z wyższej półki, w dodatku o dość nietypowym brzmieniu i niekoniecznie znane, jeśli chodzi o muzykę uliczną. Grali jednak niesamowicie i co chwilę ktoś dorzucał im nieco grosza do kapelusza. Wokół stało na pewno pięćdziesiąt osób, może więcej. Słysząc nasze rozmowy z Igorem, odnaleźli nas jacyś inni Polacy, którzy wypytywali, jak długo tu już jesteśmy, jak nam się podoba i tak dalej. Niby sympatycznie, ale trochę jednak sprawiali wrażenie podejrzanych lub po prostu podchmielonych, więc dyskretnie usunęliśmy się z tłumu. Bardzo mocno zmotywował nas wtedy komentarz o tym, że Igor znalazł sobie ładną dziewczynę (czytaj: mnie, choć przecież nie powinno chodzić o mnie). Złapaliśmy lekki cringe i poszliśmy dalej na drinki.

Khinkalnya – gruzińskie przysmaki

Zatrzymaliśmy się też w knajpie z gruzińskim jedzeniem (sieciówce o nazwie Khinkalnya). Trochę dziwnie, że będąc na Ukrainie, poszliśmy akurat tam, ale skusiło nas menu, a na lokalne przysmaki miał przyjść jeszcze czas (Igor mi to obiecał). Pamiętam, że dość mocno żałowaliśmy naszego wyboru, zwłaszcza jeśli chodzi o zupę. Rany boskie, myślałam, że najgorszą płynną potrawą świata są flaki, ale muszę zwrócić im honor. Zamówiliśmy chihirtmę, czyli zupę z mięsem, ziołami i jajkiem, podobną do rosołu – no wiecie, rosół to baza wszystkich innych zup i raczej trudno go zepsuć. Ba, ta zupa może nawet nie była spaprana pracą ludzkich rąk, a po prostu dla nas okazała się nie do zjedzenia i zostawiliśmy chyba połowę. Sama woda nawet nam smakowała, ale na talerzu oprócz tego dostawało się ogromne kawały mięsa, chyba wołowego, jeśli dobrze pamiętam. Już z zewnątrz było widać ogromne ilości tłuszczu, żyłek i wszystkich innych niesmaczności, których człowiek nie chce oglądać. Próbowaliśmy to kroić łyżką, nie dało rady. Gryźć? Też średnio. Trochę udało się przełknąć, ale generalnie smak dość odrzucający, a konsystencja ohydna. Na pocieszenie naszym drugim daniem okazało się coś bardzo podobnego do pizzy, ale znacznie bardziej tłustego, a mianowicie Khachapuri. Całkiem niezłe, ale bez wielkiego szału.

Później natomiast minęliśmy bardzo ciekawy bar, trochę żałuję, że do niego nie weszliśmy. Wyglądał jak laboratorium alchemika – nawet piło się z fiolek (dużo z nich było podpalanych), a drinki miały kolory tęczy. Jeśli jednak o to chodzi, to wszędzie, gdzie byliśmy, robiono je dość mocne i smaczne, więc chociaż o to nie trzeba się martwić.

Ukraińskie karaoke

W inny wieczór z kolei udaliśmy się na ukraińskie karaoke razem ze znajomymi Igora. W takich miejscach często możemy zapalić sziszę, jeśli ktoś lubi – ja akurat niekoniecznie, nie jestem za bardzo zwolenniczką, ale inni mieli z tego niezłą radochę. W tym miejscu udało mi się wychwycić też kilka różnic kulturowych. Raczej nie śpiewałam, nawet nie ze względu na nieznajomość piosenek, a niemożność przeczytania tekstu. Czy nie mogłam wybrać czegoś po angielsku? No właśnie, tam za bardzo nie było takiej tradycji (mimo że piosenki widniały na liście, to po prostu nikt ich nie brał i prawdopodobnie wywołałoby to niemałe zdziwienie). Kiedy myślę o polskim karaoke, przychodzą mi na myśl np. hity Krawczyka, ale też wielu zagranicznych wykonawców, takich jak chociażby Britney Spears. Na Ukrainie śpiewa się raczej w ojczystym języku. Ludzie są zazwyczaj mocno wstawieni, podobnie zresztą jak u nas, no i o dziwo chętniej śpiewają, a może raczej wyją, panowie. Dość ciekawe to było doświadczenie, mimo że czułam się odrobinę skrępowana – jestem raczej tym typem człowieka, który śpiewa tylko i wyłącznie wtedy, kiedy kogoś mocno zna; na tyle, że ten ktoś dalej będzie cię lubić, nawet kiedy zrobisz z siebie debila.

Czebureki – lokalny przysmak

W jeszcze inny wieczór zatrzymaliśmy się w restauracji na obrzeżach miasta, w której pracuje wcześniej wspominana Marianna. To właśnie tam po raz pierwszy skosztowałam potrawy, o której non-stop wspominał mi Igor i przynajmniej dla mnie stała się takim symbolem ukraińskiej kuchni. O czym właściwie mówię? O czeburekach. To danie przyrządza się też bardzo często w Turcji i Mongolii. Jak wygląda? Kształtem przypomina pierogi, tylko znacznie większe. Przyrządza się je z pszennego ciasta i smaży w oleju, dlatego są raczej dość chrupiące. Ich wnętrze wypełnia przeważnie mięso mielone, choć zdarza się też wypełnienie z innego rodzaju mięsa, ryżu, kapusty lub innych. Górę z kolei polewa się sosem, często ostrym, chociaż w moim przypadku był zimny, pomidorowy, z kawałkami warzyw i mocno doprawiony bazylią. Z tego wszystkiego to właśnie on chyba smakował mi najbardziej, ale to pewnie dlatego, że przygotowano go na włoską modłę, a ja za włoską kuchnią wręcz przepadam. Co do głównego dania… było całkiem smaczne. Może nie tak wyśmienite, jak je sobie wyobrażałam, bardziej w granicach 7/10, ale wciąż warte polecenia.

Dlaczego jednak mówię o tym z taką rezerwą? Przede wszystkim dlatego, że to potrawa dla osób z zahartowanymi żołądkami, które lubią ciężką kuchnię. Sama jestem fanką bigosu, grzybów czy kapusty, które bardzo często występują w polskim menu i są ciężkostrawne, ale na pewno nie aż tak. Pamiętam, że w nocy po zjedzeniu czebureków straszliwie skręcało mnie w żołądku. To nie było wrażenie, jakby zjadło się coś nieświeżego albo zepsutego, nie. Po prostu było mi strasznie ciężko, a po podniesieniu się z łóżka myślałam, że za chwilę zwymiotuję. Do rana to uczucie przechodzi, ale nie jest ono na pewno czymś pożądanym podczas takiego wyjazdu. Akurat jeśli ktoś miałby ogólnie wątpliwości wobec przygód żołądkowych, zmiany otoczenia, innej wody i tak dalej, to akurat na Ukrainie prezentuje się to podobnie jak w Polsce, bo nie odczułam żadnych dolegliwości (a uwierzcie, jestem dobrym wyznacznikiem).

Po więcej konkretów zapraszam do następnej (już ostatniej) części naszych lwowskich opowieści! Wspomnę parę słów o najlepszej knajpie w mieście, a także o Cmentarzu Łyczakowskim, Orląt Lwowskich i ogólnych tradycjach związanych z pogrzebami na Ukrainie. Może nie kończymy optymistycznym akcentem, ale jestem przekonana, że to miejsce dla nas, jako Polaków, powinno mieć szczególne znaczenie. Jeśli jednak jesteś niecierpliwy i w międzyczasie chcesz poczytać o innych nowinkach czy pooglądać zdjęcia, to zapraszam na mojego fanpage’a lub Instagrama, odnośniki po prawej stronie na górze, zapraszam!

P.S. Dziękuję, Igor, jeszcze raz za zdjęcia, podróż i wspólnie spędzony czas!

Lwów cz.2 – Gdzie kupić ukraińską kartę SIM, jaki transport wybrać i co zwiedzić?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć naszego pierwszego dnia pobytu we Lwowie. Będzie parę słów na temat codziennej rzeczywistości miasta, nieco o ludziach oraz ich nastawieniu, a także o cenach czy jedzeniu. Znajdziecie tu także porady odnośnie zaopatrzenia się w ukraińską kartę SIM, a także poznacie zwiedzaną przez nas trasę. Nie zabraknie zdjęć czy opisów kluczowych atrakcji takich jak kościół św. Elżbiety, katedra św. Jura lub Lwowski Uniwersytet Narodowy. Wyłożę też parę najważniejszych zasad w kontekście korzystania z komunikacji miejskiej. Zapraszam na:

Jak już wspominałam – na miejsce przyjechaliśmy w granicach szóstej nad ranem, więc udaliśmy się do centrum w celu znalezienia baru, w którym moglibyśmy zjeść śniadanie. Większość z nich nie ma angielskiego menu (mówimy tutaj o miejscach, które nie znajdują się na starówce) i od samego początku czułam niemały dyskomfort ze względu na to, że prawie wszystko musiał mi czytać Igor, jako że ukraiński bazuje na odmianie cyrylicy. Z czasem nauczyłam się, który znaczek oznacza jaką literę; oczywiście nie znałam wszystkich, ale to już umożliwiło mi domyślanie się wielu słów, które wymawiane na głos, przywodziły od razu konkretne skojarzenia do ich polskich odpowiedników. Na początku jednak nie jest łatwo, we Lwowie tylko w niektórych częściach miasta angielski stoi na komunikatywnym poziomie, co sam po sobie przyznał nawet Igor. W tym wypadku szczęściarzami mogą nazwać się pokolenia, które zdawały rosyjski – my zaś możemy poczuć się tak jak one, gdy ruszają na zachód Europy bez znajomości angielskiego. Na szczęście pozostają jeszcze migi i nauka podstawowych zwrotów typu „Dzień dobry!”, „Proszę” czy „Dziękuję”, które czasami potrafią zdziałać cuda.

SMAKI UKRAINY – CZEGO WARTO SKOSZTOWAĆ?

Na Ukrainie serwuje się hot dogi, ale często w nieco innym wydaniu, niż znamy je w Polsce (chociaż takie też istnieją). Parówkę podaje się w placku na tortillę, a do środka dodaje się zwykłą oraz kiszoną kapustę z marchewką. To wszystko doprawia się przeważnie nieco ostrym sosem i jest całkiem smaczne, aczkolwiek chyba wolę tradycyjną formę. Z czymś podobnym można spotkać się czasami w Niemczech na stacjach benzynowych i wydaje się trochę lepsze, ale też odpowiednio droższe.

Niskie ceny to z pewnością atut Lwowa. Mimo że miasto uchodzi za jedno z bardziej turystycznych w kraju, to i tak jest znacznie taniej niż w Polsce, zwłaszcza w supermarketach, gdzie większość produktów kupujemy za złotówkę czy dwie. To świetny sposób na skosztowanie lokalnych smakołyków, głównie słodyczy i alkoholu. Pamiętam, że za jakieś pięćdziesiąt złotych obkupiłam się tak, że ledwo ciągnęłam za sobą walizkę – wiadomo, tu coś trzeba przywieźć do domu, tu znajomym ze studiów, a w dodatku zbliżał się dzień chłopaka, więc ukraińskie piwa stanowiły wspaniały prezent (chociaż ponoć są dość słabe pod względem procentowym).

Sklepy spożywcze otworzyły się nad ranem najszybciej, więc poszliśmy oglądać produkty z czystej rozrywki – ja na przykład naprawdę to lubię. Nie tylko dlatego, że jestem strasznym głodomorem, ale istnieje ogromna różnica między np. marketem w Polsce, we Włoszech czy na Ukrainie i to pod wieloma względami; wystroju, asortymentu, obsługi. To też taki zalążek, jeśli chodzi o poznawanie tradycyjnych smaków danego kraju. Lwów zapamiętałam najbardziej z mnóstwa różnorodnych drinków za bezcen – w wąskich buteleczkach z długą szyjką, w malutkich puszeczkach, w standardowych puszkach z pięknym, kolorowym designem (kupiłam np. alkohole na bazie papai czy kaktusa, ale nie były zbyt porywające).

Jeśli natomiast chodzi o słodycze, to niesamowite są krążki z marcepanowo-migdałowego ciasta, które połączone są ze sobą czymś w rodzaju lukru. Kiedy się je przeżuwa, skleja się cała buzia, a smak jest powalający. Nie mogę sobie niestety przypomnieć ich nazwy (niestety minął już rok, musicie mi wybaczyć), szukałam ich również w Internecie, ale sam opis powinien wystarczyć do znalezienia ich. Dla fanów słonych smaków polecam za to grenki – zwykłe grzanki, troszkę jak znane nam bakerollsy, jednak bardziej wypieczone i obtoczone w różnych przyprawach. W Polsce można dostać je w sklepach z zagranicznymi smakołykami (ja swoje otrzymałam w paczce niespodziance ze Scrummy.pl), natomiast różnica w cenie jest ogromna. W Polsce trzeba wydać 10 zł lub więcej za otrzymanie paczuszki, natomiast na Ukrainie ten produkt otrzymamy za ok. 3 zł. To była ta chwila, kiedy myślałam, że popłaczę się ze szczęścia, gdy kupiłam dwie paczki.

GDZIE I ZA ILE KUPIĆ UKRAIŃSKĄ KARTĘ SIM?

Gdy skończyliśmy zakupy i zjedliśmy batonika (Igor szybko zrozumiał, że mój optymizm jest wprost proporcjonalny do spożytych kalorii), udaliśmy się w poszukiwaniu najbliższego punktu, gdzie można kupić ukraińską kartę SIM, by cieszyć się później darmowymi rozmowami i przede wszystkim Internetem (bez tego kontakt ze światem jest średnio możliwy, bo koszty połączeń są absurdalne, ok. 5 zł za minutę rozmowy). Nie jest to najtańsza rzecz na świecie, w dodatku wyczerpuje się dość szybko, zwłaszcza jeśli korzystają z niej dwie osoby (na początku udostępnialiśmy sieć hotspotem, natomiast ta opcja po jakimś czasie się blokuje i zostaje tylko przekładanie karty z telefonu na telefon). Zaznaczę przy tym, że na pewno nie używaliśmy danych w takim stopniu jak w Polsce, raczej obchodziliśmy się z nimi dość oszczędnie, ale i to nie pomogło, więc doładowywaliśmy konto, wysyłając SMS-y na wskazany numer telefonu (znajomość ukraińskiego dość mocno się tu przydaje). Z tego co się jednak orientuję, jeśli nie macie przyjaciela ze wschodu, to warto zaopatrzyć się w taką kartę jeszcze w Polsce, kupując ją przez Internet, np. za pośrednictwem Allegro. Koszty są różne, ale przeważnie wahają się od 30-80 zł, w zależności od preferencji. Jeżeli natomiast bariera językowa Wam nie przeszkadza, to produkt można nabyć na Ukrainie dosłownie w każdym punkcie, który ma cokolwiek wspólnego z telefonami, a także na osobnych straganach, które są ku temu specjalnie przeznaczone.

Niedługo później, kiedy ten temat mieliśmy już z głowy, spotkaliśmy się z koleżanką Igora, Marianną, która pomogła nam po znajomości załatwić mieszkanie na kilka dni we Lwowie. Dziewczyna uśmiechała się niemalże cały czas, mimo że zawracaliśmy jej głowę w dzień roboczy o tak wczesnej godzinie, a Igor musiał być naszym tłumaczem. Co więcej – kupiła dla nas dwie siaty jedzenia i podarowała kilka słoików zakonserwowanych czy zakiszonych przez siebie produktów (paprykę, fasolkę szparagową, bakłażany – dosłownie wszystko). Nie wiedzieliśmy nawet, jak mamy się jej odwdzięczyć, zwłaszcza że za mieszkanie też upierała się zapłacić. To było bardzo miłe z jej strony, że potrafiła rzucić wszystko na te parę dni, by nam pomóc. Później często wychodziliśmy razem na obiad czy karaoke, a Marianna na ten czas potrafiła pogodzić życie rodzinne, zawodowe i czas dla nas. Codzienność we Lwowie biegnie w nieco innym tempie i absolutnie zazdroszczę spokoju ducha młodym ludziom, którzy potrafią zakręcić się dosłownie przy każdej pracy i być zadowoleni z tego, co mają.

Nie ukrywam, że dzięki pomocy dziewczyny zaoszczędziliśmy trochę pieniędzy, bo akurat noclegi na Ukrainie do najtańszych nie należą. Dostaliśmy dwa pokoje, a z kuchni korzystaliśmy głównie w przypadku śniadań, kiedy wyjadaliśmy wszystkie produkty kupione przez Mariannę, jedząc ogromne porcje makaronu z dodatkami.

TRANSPORT PO MIEŚCIE I KUPNO BILETÓW

Zanim jednak powiem, co zwiedziliśmy, pozwolę sobie zaprezentować, jak wyglądało nasze poruszanie się po mieście. Oprócz tego, że przeszliśmy miliony kilometrów na nogach, głównie wsiadaliśmy w autobusy, rzadziej w tramwaje. Warto jednak zdać sobie sprawę, że nie są one takich standardów jak np. w Poznaniu, Wrocławiu, a już tym bardziej w Warszawie. Na pewno widujecie w tych miastach jeszcze te stare tramwaje ze schodkami, bez klimatyzacji, dość chybotliwe i głośne. We Lwowie to raczej standard i to całkiem dobry. Z autobusami jest podobnie, chociaż na Ukrainie są one dużo krótsze, coś pomiędzy autobusem a busem. I tutaj dwie dość istotne informacje – na wielu liniach nie istnieje coś takiego jak rozkład jazdy. Często na przystanku widnieje numer albo kod do zeskanowania, dzięki któremu niejako dajemy kierowcy znać, że ma zatrzymać się na danym przystanku i że potrzebne jest uruchomienie kursu. Dość dziwne, niezbyt wygodne i straszne nowoczesne rozwiązanie. Rzadko jednak się z tego korzysta, bo środki transportu kursują non-stop i często załapuje się już na coś, co załatwił ktoś inny, a tak przynajmniej Igorowi ten wynalazek wytłumaczyła jedna z pasażerek.

Sprawa numer dwa – nie kupimy biletu w autobusie, a przynajmniej nie w sposób elektroniczny, tylko i wyłącznie tradycyjnie. Trzeba mieć odliczoną kwotę, a jeśli nie… to nikt specjalnie się tym nie przejmuje. Przejazd dzienny kosztuje 8 UAH (1 hrywna = 0,15 złotego, czyli ok. 1,20 zł), natomiast nocny 14 UAH (ok. 2,1 zl). Igor opowiadał mi jednak, że możemy dać kierowcy niewyliczoną sumę. Kiedy będzie mieć resztę… to po prostu zawoła kwotę i poda ją najbliższemu pasażerowi, żeby przekazał pieniądze do tyłu. No i te pieniądze tak sobie wędrują w wężyku i wędrują, aż w końcu trafiają do Ciebie, tyle że jest ich o połowę mniej, bo resztę zabrali pasażerowie w ramach haraczu i nikogo to specjalnie nie dziwi ani nie oburza. Trzeba więc przygotować się na każdą ewentualność – albo pieniężnie, albo mentalnie.

Nie zdziwcie się też, kiedy zaraz obok kierowcy zobaczycie materac z kocem idealnie wpasowany we wnętrze autobusu. Najwyraźniej odpoczynek w pracy lub pomiędzy kursami nie jest wcale niczym dziwnym, a brak prywatności w dużym stopniu nikomu nie przeszkadza.

Z okna autobusu możemy podziwiać niespotykane dla nas, Polaków, zjawiska, zwłaszcza kiedy stoimy na czerwonym świetle. Najbardziej utkwiła mi w głowie transakcja sprzedaży kota na mieście. Mężczyzna trzymał go na rękach, kobieta przekazała mu pieniądze, a on bez żadnej klatki czy torby podróżnej wcisnął jej zwierzę pod pachę. Być może to nie jest tradycyjny obraz, jaki możemy spotkać na drodze, fakt faktem zjawisko wydało mi się tak niespotykane, że pozwoliłam sobie na opisanie go tutaj. W podróży warto być przygotowanym na wszystko 😉

KOŚCIÓŁ ŚW. ELŻBIETY

Jednym z pierwszych miejsc, które ukazały się naszym oczom, był kościół św. Elżbiety. Lwów pęka w szwach, jeśli chodzi o takie punkty sakralne, natomiast ten stanowi jeden z moich ulubionych. Znajduje się niedaleko dworca autobusowego, w Śródmieściu, i uchodzi za jeden z głównych punktów orientacyjnych. Wybudowano go około 1000 lat temu i uznawano za największą świątynię w mieście, a także za jeden ze wspanialszych zabytków dawnej Rzeczpospolitej. W czasie wojny budowla poniosła wiele strat w wyniku bombardowania, a po 1945 roku służyła jako magazyn pożywienia. Mimo tego to właśnie zewnętrzna fasada utrzymała się w dobrym stanie, natomiast środek kościoła celowo zdewastowano i, jak to często bywa w takich przypadkach, karma szybko powróciła. Z obiektu swego czasu wynoszono wszystkie krzyże, a żołnierz, który chciał pozbyć się jednego z nich, został przezeń przygnieciony i zginął. Późniejszy remont kościoła rozpoczęli Polacy, a z pierwowzoru możemy podziwiać dziś tylko ambonę.

KATEDRA ŚW. JURA

Zaraz później poszliśmy do katedry św. Jura, oddalonej o 800 metrów. Piękne miejsce na zdjęcia, duża powierzchnia do przechadzek zarówno po zabudowanej części, jak i przylegających ogrodach. Po drodze, gdziekolwiek tylko się uda, widnieje mnóstwo pomników – część jest poświęcona bohaterom narodowym lub artystom, natomiast gdziekolwiek by nie spojrzeć, historia polska zaciera się z ukraińską. Już dla mnie było to mocno dostrzegalne, natomiast sądzę, że starsze pokolenia widziałyby to jeszcze intensywniej.

Jeśli chodzi o budowlę, to jest ona starsza od poprzedniczki o dwieście lat i uznaje się ją za najdoskonalsze dzieło późnego baroku. Przepych widać na każdym kroku, cala fasada pokryta jest licznymi zdobieniami i katedra wygląda, jakby od zawsze stała w nienaruszonym stanie. Miejsce, które na pewno warto zobaczyć, zwłaszcza że zostało wpisane na światową listę UNESCO. Pod spodem prezentujemy Wam kilka zdjęć, z których część wykonał Igor, za co bardzo dziękuję.

PARK KOŚCIUSZKI I UNIWERSYTET LWOWSKI

Stamtąd przeszliśmy około kilometra przez park Kościuszki (zadziwiające, ile we Lwowie jest terenów zielonych i w jak dobrym stanie są one utrzymane), gdzie przyszło nam obserwować takie zjawiska jak zabetonowane od środka drzewa, a także  huby porośnięte pajęczynami bądź wielkie kokony pająków przypominające huby, kto jak woli. Pamiętam, że szłam tamtędy, a wszystko wydawało się nowe, dziwne, ale też fascynujące. Zaskoczenie sięgnęło jednak zenitu, kiedy doszliśmy do Lwowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Iwana Franki. No bo wiecie, jesteśmy w tym wieku, że zarówno Igor, jak i ja, jeszcze studiujemy. W innych miastach, ale standard kampusu jest zawsze mniej więcej taki sam. Czasem zdarzy się nowocześniejszy wydział, ale w większości przypadków – nic specjalnego. Być może jeśli chodzi o Lwów, jest podobnie, natomiast to, co zobaczyłam, wprawiło mnie w osłupienie. Z zewnątrz uczelnia nie wygląda jak nie wiadomo co, nawet jeśli jest jednym z najlepszych uniwersytetów Ukrainy, ale w środku…

Generalnie do wnętrza uniwersytetu nie ma wstępu wolnego, zawsze trzeba się legitymować. Mieliśmy jednak szczęście, bo wewnątrz trwała akurat jakaś uroczystość, która być może wiązała się z rekrutacją na studia, dniami adaptacyjnymi bądź obroną prac (na to wskazywałby w każdym razie okres, w którym zwiedzaliśmy) i przemiał ludzi był dość duży, dlatego bez problemu obeszliśmy cały budynek. Przywodził mi na myśl Hogwart, tyle że biały, zamiast ciemny i ponury, a do tego bez ruchomych schodów i świeczek lewitujących w powietrzu. Nie chcę powiedzieć, że to sama przyjemność uczyć się w salach takich jak te, jednak na pewno większa niż zwykle, zwłaszcza w rzeczywistości wirtualnych wykładów prowadzonych przez Teams. Musicie przyznać, że wrażenie robi niezłe, mimo że widok za oknem niespecjalnie powala.

NAJSTARSZY BANK LWOWA

Ostatnie zdjęciem, które dziś tutaj zobaczycie, zostało zrobione Galicyjskiemu Bankowi Krajowemu czy też inaczej Galicyjskiej Kasie Oszczędnościowej, która uchodzi za najstarszy bank w mieście. Znajduje się nieco ponad kilometr od uniwersytetu, zaraz obok kawiarni „Kraków” i „Praga”. Kiedyś swoją filię miał np. w Krakowie czy w Białej, a następnie w Warszawie po uzyskaniu przez Polskę zupełnej niepodległości po wojnie. Wtedy też zmienił nazwę na Polski Bank Krajowy, który został wchłonięty przez Bank Gospodarstwa Krajowego. Do dziś możemy jednak obserwować budynek, od którego wszystko się zaczęło.

To już wszystko z mojej strony. W następnym wpisie zaprezentuję Wam Operę Lwowską, opowiem nieco o wieczorach na starówce, pokażę z góry całe miasto, a także po raz kolejny odwiedzę jeden z ważniejszych pomników dla Polaków, przedstawiający naszego wieszcza narodowego, Adama Mickiewicza. W kolejnych wpisach również relacja z odwiedzenia Cmentarza Łyczakowskiego i przede wszystkim Orląt Lwowskich. Serdecznie zapraszam, a jeśli niecierpliwisz się równie mocno jak ja, to zapraszam za ten czas do obserwowania mojej aktywności na Instagramie i fanpage’u na Facebooku – odnośniki znajdziecie po prawej u góry.