Szczeliniec – opis szlaków, fotorelacja oraz dlaczego nie podróżuje się nocą po górach?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy jednodniowego wyjazdu na Szczeliniec, który odbyliśmy razem z Szymonem 8 listopada 2020 roku. Nie byłby to wyczyn, gdybyśmy zajechali na najwyższy parking samochodem, dlatego zdecydowaliśmy się na trasę aż z Radkowa, maszerując ponad trzy godziny. O tym, czy warto iść naszym śladem, a także na co natkniecie się na miejscu, dowiecie się poniżej. Będzie też kilka ciekawostek dla wspinaczy, więc zostań do końca. 😉 Zapraszam na:

Dlaczego Szczeliniec?

Po ostatnim zdobyciu szczytu w Błędnych Skałach (albo jak my to nazywamy żartobliwie: po naszym ostatnim szczytowaniu w Błędnych Skałach), nabraliśmy ochoty na więcej wędrówek. Tak jak wspominałam przy okazji poprzedniego wpisu, obecnie mamy niewiele możliwości, które pozwalają spełniać się nam podróżniczo. Wyjeżdżając ostatnio, natknęliśmy się na przeszkodę w postaci ograniczonej działalności restauracji, tym razem odpadało też planowanie jakiegokolwiek noclegu z racji zamykania hoteli, pensjonatów czy agroturystyki. Nie zraziliśmy się tym jednak, choć [lekki spoiler] uwierzcie, przydałoby się miejsce do spania i to nie ze względu na zmęczenie – czytaj uważnie do końca. 😀 Wyjechaliśmy więc znowu na jeden dzień w już dobrze znane okolice. Jesień w tych rejonach skradła nasze serca, więc postanowiliśmy wrócić i wspiąć się jeszcze wyżej, bardziej wyzwaniowo. Błędne Skały znajdowały się na wysokości 853 m n.p.m., natomiast w przypadku Szczelińca Wielkiego jest to 919 m n.p.m. – stopniowanie trudności wydawało się więc właściwe.

Wybór szlaku i jego przebieg

Tym razem dojazd okazał się dużo przyjemniejszy i szybszy – nie tylko dlatego, że omijaliśmy drogę stu zakrętów (po prostu do niej nie dojeżdżaliśmy), ale też nie natknęliśmy się na objazdy i kierowanie ruchem jak ostatnio, co uczyniło naszą podróż znacznie, ale to znacznie krótszą. Wybraliśmy żółty szlak, który zaczynał się tuż obok parkingu przy Zalewie Radkowskim. Co nas zdziwiło, to zupełne pustki – bardzo długo na szlaku nie spotkaliśmy nikogo, a później doszliśmy do wniosku, że po prostu nikt nie miał aż tak szalonego pomysłu jak my na tę porę roku.

Zaraz poniżej znajduje się mapka, która unaocznia, jaką trasę przeszliśmy. Łącznie było to ponad piętnaście kilometrów (nie zapominajmy, że inaczej traktuje się je w górach, a inaczej maszerując po płaskiej powierzchni), a to tylko dlatego, że skróciliśmy pokonywany przez nas dystans. Na szczyt przeszliśmy więc ponad 9 km (to też zaraz wyjaśnię), do auta prawie 6 km. Pod spodem zamieszczam mapkę, która zobrazuje Wam przebytą przez nas drogę i o każdym odcinku postaram się podszepnąć parę słów.

Trasa na szczyt – 9 km od Zalewu Radkowskiego na Szczeliniec Wielki
Trasa ze szczytu – 6 km, podejście żółtym szlakiem, zejście niebieskim, żółtym, zielonym i znów niebieskim oraz żółtym – najkrótsza z możliwych dróg do auta

Podejście w Radkowie zaczyna się bardzo łagodnie, zwłaszcza że część drogi musimy przebyć wiejskimi uliczkami wśród koni, krów i niewielkich domków. Trzeba uważać, bo z początku idziemy wzdłuż lasu i w odpowiednim momencie należy wejść w jego głąb, w przeciwnym razie dojdzie się do asfaltowej drogi i niebieskiego szlaku, który uchodzi za najkrótszy i najbardziej stromy. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie popełnili gafy, bo poszliśmy za daleko, potem weszliśmy w złe rozwidlenie i musieliśmy zawracać. Czy nie dziwił nas brak oznaczeń? Dziwił bardzo, dlatego kręciliśmy się tak długo, dopóki nie natrafiliśmy na nie z powrotem. Oczywiście były widoczne jak bawół na środku pola, a my minęliśmy je, pochłonięci rozmową na głupie tematy. Mówię „głupie”, bo dzięki temu zapamiętałam dokładnie, gdzie należy skręcić – tuż przed tablicą obwieszczającą, że tu znajduje się Park Narodowy Gór Stołowych (teren monitorowany). I to właśnie w kontekście tego nawiasu stwarzaliśmy mnóstwo historii sprowadzających się do kamer ukrytych w drzewach i inwigilacji orwellowskiej. Tak, czasem jesteśmy dziwni, ale nieszkodliwi.

W końcu odnaleźliśmy właściwą drogę, napiliśmy się kawki z termosu i ruszyliśmy dalej wzdłuż spokojnie płynącego strumyka. Jesień może nie była już tak piękna jak dwa tygodnie temu, bo liście pospadały z drzew, ale to także miało swój urok. Wyściełały drogę jak gruby, kolorowy dywan i choć wyglądało to ładnie, czasami dość mocno utrudniało wędrówkę, bo ciężko wypatrzeć kamienie, korzenie czy inne przeszkody. Dało się jednak do tego przywyknąć, dzięki temu unikało się przynajmniej brodzenia w błocie, a największa bolączka pojawiła się dopiero przy schodzeniu, gdy ślizgaliśmy się i siadaliśmy na tyłkach co kilka metrów, bo nogi mieliśmy już jak z waty (choć to i tak nie najzabawniejsza część historii).

Podczas drogi co jakiś czas znajdujemy tabliczki informacyjne na temat formacji skalnych, do których zmierzamy (opisane jako „Ścieżka Skalnej Rzeźby”). Łącznie jest ich czternaście na wszystkich szlakach, ale nawet nie mając możliwości przeczytania ich wszystkich, mogę zagwarantować, że zbyt dużo na tym nie tracicie.

Idąc dalej, podejście robi się nieco bardziej strome, a my zmierzamy do źródła potoku i Wodospadów Pośny, po których dziś pozostał nikły ślad. Tuż przy nich da się dostrzec wyryte w kamieniach niemieckie napisy dedykowane twórcom tego miejsca – Emilowi Hoffmanowi, a także Albertowi Nitsche. Kiedyś naprawdę dało się tu dostrzec wodę, która wybija ze skał z dużą prędkością, dziś natomiast wygląda to znacznie bardziej ubogo:

Gdy miniecie tamto miejsce, zaczyna się dość długi i stromy odcinek trasy, ale pocieszająca wiadomość jest taka, że kiedy go przejdziecie, będziecie już niemalże w połowie trasy na szczyt. Najgorzej, że droga nieustannie wije się serpentynami, dlatego w linii prostej nie jest to długi odcinek, natomiast przejście go okazuje się czasochłonne i męczące. Każdy, kogo mijaliśmy, przystawał przynajmniej raz czy dwa, by odsapnąć i się napić, bo nogi należy wstawiać naprawdę wysoko, a na drodze znajduje się wiele przeszkód. To chyba najcięższy odcinek trasy, mimo że przed samym szczytem również czeka nas strome podejście. Ścieżka jest jednak gładsza i krótsza, a to czyni metę znacznie bardziej przystępną.

Widoki na tym najcięższym odcinku są jednak piękne, bo skały znajdują się tuż nad naszymi głowami. Można dostrzec drzewa, które wyrastają w taki sposób, że ich korzenie owijają się wokół głazów – momentami wygląda to, jakby miały za chwilę runąć. Miniemy też mnóstwo drzew pokrytych ogromnymi grzybami, niektóre z nich są naprawdę wielkie!

Kolejny odcinek znów robi się ładniejszy. Przechodzimy po kamiennych ścieżkach wzdłuż płotu i drewnianych konstrukcji, które do złudzenia przypominają plac zabaw (choć z pewnością nim nie były). Jeśli są tutaj osoby, które kiedykolwiek grały w The Forest, to zabudowania wyglądały identycznie jak te, które budowało się wokół bazy, by uchronić się przed zombie. Tam z kolei czeka nas kolejne ciekawe zjawisko – korzenie drzew są tak silne, że przebijają skały na wylot i wyglądają dość… niewłaściwie, no sami spójrzcie zwłaszcza na te najniżej. Jest też niesamowicie dużo mchu, wszystko w oczach staje się jasnozielone.

Później sceneria dość mocno się zmienia, bo wychodzimy na pole wśród leżących balotów siana, chodzimy po niesamowicie długiej trawie, gdzie co chwilę da się dostrzec jakieś grzyby (chociaż tylko trujące). Co najbardziej rzuca się w oczy… to gęsta mgła, przez którą nie widać prawie nic. Na ten widok od razu przypomniały mi się słowa Szymona, gdy rano wyjrzeliśmy przez okno i świeciło słońce: „Ale dzisiaj będzie widok z góry!”. I wiecie co? Mimo wszystko naprawdę był!

Ten fragment idzie się cały czas wzdłuż lasu, aż w końcu natrafiamy na schronisko, przy którym stoi paleta z dużym napisem: „Dotarłeś! Kim jesteś? Zwycięzcą. Zasłużyłeś na posiłek”. Można wejść do środka w maseczce, można zjeść – dokładnie tak samo jak na szczycie Szczelińca, co w dzisiejszych czasach jest na wagę złota i korzysta z tego 90% tłumu. Stamtąd idziemy dalej, drogowskazy pokazują jeszcze 50 minut marszu, ale udaje nam się uwinąć szybciej. Podchodzimy asfaltową drogą aż do właściwego wejścia na Szczeliniec, gdzie większość ludzi zostawia samochody. Po drodze mijamy pozostałości po strajkach kobiet – namalowane sprayem błyskawice, a także napisy, których może nie będę przytaczać, bo w końcu nie na polityce bazuje ten blog 😉 Zdziwiło nas jednak, że odnaleźliśmy je nawet tutaj.

Od parkingu rozciąga się końcowy, dość stromy odcinek, który przechodzi się na pewno przyjemniej niż poprzedni, zwłaszcza że co chwilę przystawaliśmy robić zdjęcia. Mgła była gęsta, ale przebijało się przez nią mnóstwo światła i wyglądało to bajecznie.

W końcu, będąc jeszcze w miarę daleko od szczytu, mleko się kończy, a my znów maszerujemy w słońcu. Przy samym wejściu na szczyt odnajdujemy tabliczkę informacyjną na temat wspinania w Górach Stołowych. Co nas zdziwiło, niedozwolona jest wspinaczka „na wędkę” czy używania magnezji, przy czym chodziło raczej o każdą magnezję, a nie tylko białą, która pozostawia ślady na skałach. Sezon trwa od 15 kwietnia do 3 listopada, a mimo tego zobaczyliśmy jednego śmiałka. Należy jednak pamiętać, że przed wspinaniem konieczne jest uiszczenie opłaty (50 zł za zezwolenie całoroczne i 20 zł za zezwolenie jednorazowe). Pod spodem wykaz wszystkich zasad:

Wejście na szczyt i zielony szlak im. Franciszka Pabla

Wchodząc na szczyt i widząc panoramę, zaparło nam dech w piersiach. Tak jak mówiłam – wyszliśmy ponad mgłę i chmury, więc widok przypominał ten, który dostrzegamy przez okno samolotu, wzbijając się. Trochę to nawet przypomina falujące morze, chociaż ile ludzi, tyle skojarzeń. Drzewa wychylają się z mgły, słońce oświetla skały i wygląda to niesamowicie. Nie można opędzić się od ludzi, jest ich mnóstwo, a większość z nich siedzi przy stołach i korzysta z ciepłego posiłku, który mogą kupić. Ciekawostką jest to, że na miejscu możemy zobaczyć tabliczki upamiętniające wejście na Szczeliniec znanych osób, a do nich należy Johann Wolfgang Goethe, autor znienawidzonych przez wielu „Cierpień młodego Wertera”. Na jednej ze skał dostrzegamy mnóstwo drobnych monet, najwyraźniej skarpa pełni funkcję studni życzeń i stała się czymś w rodzaju tradycji/przesądu.

Wokół Szczelińca Wielkiego rozciąga się trasa, która nieco przywodzi na myśl odwiedzone przez nas ostatnio Błędne Skały. Oznaczona jest jako zielony szlak i ten fragment nazywa się trasą turystyczną im. Franciszka Pabla. Człowiek ten jako pierwszy został mianowany oficjalnym przewodnikiem turystycznym w Sudetach, a co więcej stworzył trasę właśnie na Szczeliniec. Mówi się, że w latach swojej świetności potrafił wejść na szczyt 3-4 razy dziennie, co robi niemałe wrażenie, biorąc pod uwagę, że my ledwie zdążyliśmy wejść i zejść. Idąc tamtędy, mijamy kilkanaście formacji skalnych, z których największe wrażenie robi Piekiełko (długie, wąskie zejście),zaś najbardziej rozpoznawalny wydaje się Małpolud, od którego nie można odejść, jeśli nie strzeli mu się fotki, bo to trochę tak, jakby w ogóle nie weszło się na szczyt. Najmniej podobał nam się chyba Słoń, bo nie bardzo przypominał żywe stworzenie… przynajmniej z przodu, ponieważ z tyłu jakiś żartowniś doczepił mu drewniany ogon i wyglądało to całkiem nieźle, mimo że komicznie.

Część przejść jest bardzo niskich i ciasnych, właśnie w drodze z Piekiełka rozciągają się bardzo długie schodki, gdzie prawie nie dociera światło. Na szczęście po boku znajduje się łańcuch, którego możemy się przytrzymać, by nie upaść. Co chwilę mijamy przepiękne punkty widokowe, w dodatku możemy wejść na jeszcze wyższą konstrukcję na szczycie, która znajduje się tuż przy wejściu. Udało nam się nawet strzelić fotkę wspinaczowi, który zatopował na naszych oczach, a wszyscy zgromadzeni zaczęli bić mu brawo. To był naprawdę ładny moment.

Ile kosztuje atrakcja? Zazwyczaj w granicach 10 zł, a dlaczego mówię zazwyczaj? Nie wiem, czy wynikało to z pory roku czy dnia tygodnia (niedziela), jednak kasę zamknięto na trzy spusty, jedynie na drzwiach wisiała kłódka. Przejście do atrakcji nie zostało w żaden sposób zatarasowane, więc po chwili wątpliwości weszliśmy za darmo.

Kilka przemyśleń, gaf oraz śmiech przez łzy – czyli nasze obserwacje i opowieści

Po całej trasie przemieszczamy się na długich, drewnianych podestach, podobnie zresztą jak w Błędnych Skałach. Zwiedzający nie trzymają dystansu, więc trzeba pilnować tego samodzielnie, jeśli zależy Wam na tym, żeby chronić się jak tylko możliwe, by nie przywieźć ze sobą jakiejś nieprzyjemnej niespodzianki do domu. Nieprzestrzeganie zaleceń sanitarnych to jednak nie najgorsze, co ludzie są w stanie zrobić. Przez pewien czas na przykład szedł za nami chłopak, który palił papierosa, bo jak twierdził „Przecież jest na świeżym powietrzu”, tak więc szybko się od niego oddaliliśmy, a mimo tego korytarze skalne śmierdziały jeszcze długą chwilę nikotyną. Jeśli również walczycie z nałogiem – proszę, nie palcie w tym miejscu, bo to naprawdę reszcie turystów przeszkadza. Druga sytuacja to podróż za grupą kilku Czechów, którzy bardzo szybko wyprzedzili wszystkich ludzi. Źle jednak oszacowali odległość i czas, bo w końcu wszyscy ich dogonili, a oni urządzali akurat grupowe sikanie tuż obok ścieżki. Przypominam, że byliśmy na szczycie i dosłownie kilkaset metrów dalej znajdowało się schronisko z toaletami. Tym tylko fragmentem chcę uspokoić tych, którzy uważają, że sami sprowadzamy na nas i nasze państwo wstyd. Jak widać – nie tylko my i tak podzielone jest dosłownie każde społeczeństwo.

Zakończę jednak pozytywnym aspektem przynajmniej z perspektywy widza. Idąc przez jeden z korytarzy, minęliśmy tatę z córką, którzy szli pod prąd i rozglądali się po ziemi. Mniej więcej tak przedstawiał się ich dialog:
– No i co zrobiłaś z tymi rękawiczkami? Zgubiłaś je, wyrzuciłaś, czy co się z nimi stało?
– Nooo, nie wiem… Wzięłam rękawiczkę, zrobiłam nią tak – Tu nieokreślone ruchy rękami i machanie nad głową – a potem siuuuuu! I nie ma!
Na to tata wywrócił oczami i westchnął typowo jak na zmęczonego rodzica, a my po prostu nie mogliśmy powstrzymać się od śmiechu. Gdybyście tylko widzieli, jaki ta mała miała niewinny wyraz twarzy!

My też jednak popełniliśmy gafę i to znacznie większą niż zgubienie rękawiczki. Jak zapewne dostrzegliście ze zdjęć powyżej, słońce powoli zachodziło, a my zostaliśmy na szczycie, tracąc poczucie czasu. Idąc w dół, narzuciliśmy więc bardzo szybkie tempo, ale i to nie do końca wystarczyło. Drogowskazy wskazywały, że do zejścia u podnóża góry została nam 1 h 40 min. W porządku, bo myślałam, że od razu zaczniemy schodzić… tymczasem po wyjściu z drogi Franciszka Pabla czekał nas ponownie dość intensywny marsz po schodach do góry, by dojść na niebieski szlak i stamtąd udać się do auta. W tamtym momencie byliśmy już dość zmęczeni i w pierwszym odruchu stwierdziłam, że chyba zostanę tam, gdzie stałam. Wiedząc jednak, że marudzenie i zwlekanie tylko pogorszy sytuację, dzielnie parliśmy naprzód. Minęliśmy z kolei parę, gdzie dziewczyna narzekała, że bolą ją nogi, że już nie pójdzie i tak dalej. Chłopak próbował wytłumaczyć jej, że to jedyna droga, że muszą się tamtędy udać, ale niewiele to skutkowało. Zostali daleko za nami i mam nadzieję, że szli na bliższy parking, bo w przeciwnym razie musieli chyba nocować na szlaku, kładąc się na liściach.

Zejście niebieskim szlakiem było dość ostre, ale póki szliśmy w świetle dziennym, nie było na co narzekać. Problem zaczął się dopiero w momencie, gdy przeszliśmy na żółty odcinek, którym maszerowaliśmy już wcześniej. Nie sama stromizna stanowiła przeszkodę, a mnóstwo kamieni, stopni i liści… no i ciemno. Powoli zaczęło zmierzchać, więc odpaliliśmy latarki w telefonach (niech będzie błogosławiony ten, kto wymyślił tę funkcję). Generalnie zdaję sobie sprawę, jak głupie było z naszej strony, że nie zostawaliśmy sobie odpowiedniego zapasu, bo w końcu jesteśmy dorosłymi, odpowiedzialnymi ludźmi. Chyba pierwszy raz tak bardzo zatraciliśmy poczucie czasu i doznaliśmy zachwytu, jakiego nie czuliśmy dawno przy codziennej rutynie. Trzeba było jednak dojść do auta i udźwignąć ciężar konsekwencji. Mogę jednak zapewnić – nie polecam i nie róbcie tak jak my.

Pisząc ten post z perspektywy czasu i wiedząc, że nie stała nam się żadna krzywda, strasznie bawi mnie ta historia, mimo że nie powinna mieć miejsca. W tamtym jednak momencie nie było mi do śmiechu, zwłaszcza że zrobiło się ciemno, gdy wkroczyliśmy w najbardziej stromy odcinek żółtego szlaku. Szliśmy powoli, ale nie zmieniało to faktu, że ślizgaliśmy się na liściach i potykaliśmy tym częściej, im mniej dzieliło nas od zejścia. Mięśnie działały ze zmęczenia coraz słabiej, dlatego przytrzymywaliśmy się drzew i większych głazów, dbając przede wszystkim o to, by nie skręcić sobie kostek. Mimo tego, kiedy tylko Szymon słyszał za sobą charakterystyczny szelest towarzyszący ślizgowi, odwracał się i świecił w moją stronę latarką. Oślepiał mnie, ale przynajmniej odrobinę się uspokajał. Pod koniec robił tak średnio co parę sekund, przywodząc trochę na myśl grę „Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy”. Radości nie było końca, gdy dotarliśmy do asfaltowego odcinka drogi. Co prawda wydłużyliśmy trasę wędrówki po płaskim fragmencie (zamiast iść dalej żółtym szlakiem, zboczyliśmy na zielony i niebieski), ale tylko dlatego, że przebyliśmy ją szybciej, niż stałoby się to w przypadku schodzenia kolejnym ostrym zejściem koło Wodospadów Pośny.

Czy się baliśmy? Odrobinę, bo nigdy wcześniej nie znaleźliśmy się w podobnej sytuacji. Gderałam jednak pod nosem, że jeśli się połamiemy i nie będziemy w stanie iść dalej, to nie ma obaw – przecież „Park Narodowy Gór Stołowych – teren monitorowany”, więc na pewno nas znajdą. Szymon przejmował się najbardziej tym, co stanie się, gdy któreś z nas zrobi sobie krzywdę, ja natomiast ciągle zastanawiałam się, czy możemy spotkać jakieś zwierzęta. W sumie wiedziałam, że jeśli zapytam o to na głos, dostanę odpowiedź twierdzącą, dlatego wolałam przekonać sama siebie, że wcale nie wyskoczy na nas żaden dzik i nic takiego nie istnieje. Najwyraźniej się udało. Pytanie powróciło jednak jeszcze w samochodzie, na co Szymon od razu zareagował:
– No pewnie, że są tu zwierzęta. Pół biedy taka sarna, ale na przykład spłoszony dzik?
– Widzisz i właśnie dlatego się ciebie nie pytałam.
– Spokojnie, jestem pewien, że zwierzęta bały się podchodzić, bo wyczuwały twój gniew.
Nie powtarzajcie więc naszego błędu, bo nie każdy ma gniew o tak potężnym zasięgu i sile jak ja, by odpędzić wroga. 😉

Po całej trasie zostaliśmy ponownie skazani na jedzenie na wynos, a że nie mieliśmy ze sobą sztućców, wybór padł na pizzę. Zajechaliśmy pod restaurację podlegającą pod ośrodek Na Stoku Twierdzy. Telefonicznie kontaktowaliśmy się dwa razy pod kątem zamówienia, jako że pani z obsługi najwyraźniej ogarnia logistykę i noclegów, i kuchni, stąd o wiele rzeczy musi dopytywać i oddzwaniać. Posiłek był jednak znacznie lepszy niż ostatnio w Kłodzku. Może nie majstersztyk, ale na pewno smaczne i nie aż tak tłuste jedzonko na uzupełnienie kalorii. Gdybyście więc zastanawiali się nad jakimś miejscem na obiadokolację, możemy śmiało polecić.

Na dziś to tyle z naszej strony. Mam nadzieję, że wzbogaciliście się w przydatne informacje oraz przestrogi i pójdziecie naszym śladem tylko na szczyt Szczelińca, nie z powrotem 😉 Życzę Wam wszystkiego dobrego, a tymczasem zapraszam Was również na mojego fanpage’a oraz Instagrama, odnośniki po prawej stronie na górze.

Błędne Skały – który parking wybrać, ile zapłacimy za wstęp i jak długo zajmie nam wędrówka?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy jednodniowej wycieczki w Błędne Skały, którą odbyliśmy z Szymonem 24 października 2020 roku. Opiszemy więc, jak w dzisiejszych czasach wyglądają tam kwestie sanitarne, podamy ceny biletów i wskażemy kilka wskazówek apropos samego spędzania czasu czy parkowania. Zapraszam na:

Dlaczego wybór padł na to miejsce? W czasach pandemii natrafiamy na tak liczne ograniczenia w postaci zamykania atrakcji, różnego rodzaju placówek, ograniczania usług czy kwarantanny, że najbezpieczniejszą opcją wydawało się spędzenie weekendu na łonie natury. Postanowiliśmy oddalić się nieco od miejsca zamieszkania, skoro akurat mieliśmy więcej czasu, a pogoda zapowiadała się obiecująco. Gdyby nie pandemia, pewnie do naszego planu zwiedzania dołączyłaby Twierdza Kłodzko, ale chcieliśmy uniknąć tłumu i nie ryzykować przywleczeniem czegoś do domu ze względu na starsze osoby, z którymi mamy styczność. Jako że pojechaliśmy samochodem, podziwialiśmy budowlę jedynie z daleka, przez szybę.

Dojazd i parking

Dojazd do Gór Stołowych był tego dnia nie lada wyzwaniem, zwłaszcza że powstało wiele objazdów, a ruchem kierowała policja wraz z żandarmerią wojskową. Ostatni odcinek drogi już za Kłodzkiem pokonuje się serpentynami (nie bez powodu trasę tę nazywa się drogą stu zakrętów), najczęściej za kilkoma ciężarówkami, których nie sposób wyprzedzić, jako że jest to trasa wielu tranzytów. Warto więc mieć to na uwadze i jeśli mieszkacie daleko, zarezerwować na dojazd więcej czasu, by nie zwiedzać w pośpiechu, tylko nieco się zrelaksować.

Na miejscu natkniemy się na dwa parkingi – jeden na dole szlaku i jeden tuż obok punktu widokowego już przy Błędnych Skałach. My zdecydowaliśmy się na ten położony niżej o nazwie YMCA, darmowy. Za górny musimy zapłacić 20 zł, no i znacznie skracamy sobie czas wędrówki, a przecież ona była jednym z powodów, dla których wybraliśmy to miejsce. Udaliśmy się więc niebieskim szlakiem, który mniej więcej w połowie przechodzi w niebiesko-czerwony. Liczy około 3,5 km (na drogowskazie widnieje, że przejście ich zajmie Wam godzinę, ale nie sugerowałabym się tym, liczyłabym nawet dwie, jeśli chcecie cieszyć się spacerem). Podejście nie jest specjalnie wymagające przynajmniej do miejsca zetknięcia obu szlaków. Potem pojawia się więcej kamieni oraz korzeni, jest raczej wąsko i ślisko, zwłaszcza jesienią.

Warunki na szlaku jesienią

Mimo że nie padało już od kilku dni i świeciło słońce, gleba wśród gęstych drzew nie zdążyła przeschnąć. Trzeba było liczyć się z omijaniem kałuż czy naprawdę obfitego błota, dlatego dobrze zaopatrzyć się w porządne, nieprzemakalne buty i mieć przy sobie kogoś, kto przytrzyma Was, gdy się poślizgniecie (chociaż taką osobę w życiu warto mieć zawsze, nie tylko w górach!).

Mogę jednak śmiało przyznać, że ta pora roku mimo drobnych defektów jest idealna na wędrówki. Wszystko wokół przechodzi zielenią, żółcią i brązem, kolory wydają się tym intensywniejsze, im częściej pada na nie słońce. Wydaje mi się, że ten etap zwiedzenia podobał mi się nawet mocniej niż główna atrakcja, mimo że nie jestem miłośniczką chodzenia po górach. Chyba za często zmuszałam się do takich wyjazdów za dzieciaka z racji położenia geograficznego. Wśród –nastu lat edukacji pamiętam może dwie zielone szkoły czy pojedyncze wycieczki, które nie skończyły się marszem w górę przez większość dni, bo „Nie można dzieciakom zostawić za dużo czasu wolnego, żeby nie zrobiły nic głupiego, a tak to zmęczą się i pójdą spać”. Szymon z kolei takich udogodnień za często nie miał, więc wydawał się zachwycony. Zresztą oboje cieszyliśmy się czasem, który mogliśmy spędzić gdzie indziej niż w domu – na pewno znacie ten ból.

Najpiękniejszy widok to niezaprzeczalnie promienie słoneczne przebijające się między gałęziami i konarami drzew. Duża wilgoć sprawia, że w wielu miejscach możemy dostrzec pajęczyny rozciągające się wśród krzaków, które pokrywa mnóstwo maleńkich, mieniących się kropelek wody. Tuż przy głównej ścieżce zalegają też czasami wyrwane korzenie ogromnych drzew – jeden z nich był nawet wielkości człowieka. Kropelki wody ciekną strużkami po skałach, dodatkowo osiadają na igłach drzew i wygląda to naprawdę bajecznie. Warto zatrzymać się choć na moment i przyjrzeć się uważniej!

Czy podejście na wysokość ponad 850 m n.p.m uchodzi za trudne? Nie powiedziałabym. Większość trasy jest nachylona pod niewielkim kątem, idziemy wydeptaną, dobrze ubitą dróżką i ciało czuje to bardziej jak nieco cięższy marsz. Właściwie jest tylko jeden odcinek drogi, gdzieś w 2/3, który wymaga więcej wysiłku. Robi się znacznie bardziej stromo, trzeba stawiać wysoko nogi, by nie potknąć się o kamienie, ale w gruncie rzeczy przejście tego fragmentu nie zajmie Wam więcej niż 20 minut. Uwierzcie – jeśli ja dałam radę po tak długiej przerwie od wędrówek górskich, to Wy też dacie. Dobre miejsce na start dla jakiegokolwiek wysiłku, przynajmniej przypomnicie mięśniom, jak pracować po tych wszystkich domowych izolacjach i lenistwie. 🙂

Punkty widokowe

Będąc prawie u celu, docieramy do jednego z punktów widokowych w bardzo charakterystycznym miejscu przy ogromnym głazie i… słupach przysłaniających połowę krajobrazu. Myślę, że to zjawisko świetnie podsumuje dialog grupki osób, która zjawiła się tam jakiś czas po nas:
– No i po jakiego chuja postawili tu ten słup?!
– Żeby rozjebać ci zdjęcie.
Wierzcie lub nie, trafniej nie dało się tego wyrazić, choć może bardziej cenzuralnie już tak. 😉

W tym miejscu warto pamiętać o wyłączeniu danych komórkowych. Na terenie Parku Narodowego Gór Stołowych jest dość duży problem z zasięgiem przynajmniej jeśli chodzi o sieć T-Mobile (Plus poradził sobie tutaj znacznie lepiej). Raczej nie ma go wcale, a jeśli już, to łączymy się z czeską siecią, co wiąże się z opłatami po przekroczeniu limitu danych, który jest inny dla Polski i pozostałych krajów Unii Europejskiej. Warto więc mieć to na uwadze, by nie musieć martwić się o rachunki.

Przy samych Błędnych Skałach znajduje się kolejny, oficjalnie zaznaczony na mapach punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama.

Co nas zdziwiło, że ludzi było bardzo dużo, a większość z nich (szacowałabym, że nawet 98%) zupełnie nie dbała o dystans społeczny. Rozumiem – idąc szlakiem, gdy jesteś sam i mijasz kogoś tylko chwilami, mówiąc mu „Dzień dobry” czy „Cześć”, nie ma to większego znaczenia, ale przy samej atrakcji w tej kwestii nic się nie zmieniło, a zagęszczenie odwiedzających wydawało się spore, zwłaszcza że chodzi się głównie po wąskich, drewnianych kładkach. Z tego też względu często schodziliśmy na bok i przepuszczaliśmy ludzi przodem. Niemniej jednak szkoda, że nie czujemy potrzeby zachowania samodyscypliny w tej kwestii.

Cena i zwiedzanie

Co mnie się z kolei bardzo podobało, to wysokość opłat za wstęp do skalnego labiryntu – 12 zł dorośli, 6 zł młodzież oraz studenci (kupić je możemy zarówno w kasie, jak i internetowo po zeskanowaniu kodu QR z plakatów, które znajdują się na miejscu, unikając tym samym kolejek i kontaktu ze sprzedawcą w okienku). Cena jest symboliczna i niewygórowana, zważając na to, że tak naprawdę chodzimy i oglądamy skały, które ktoś nazwał według własnych skojarzeń.
„Labirynt” to jednak dość górnolotne określenie z tego względu, że nawet nie za bardzo mamy jak w nim zabłądzić. Brakuje jakiegokolwiek elementu poszukiwań – po prostu idziemy wyznaczoną ścieżką i mijamy podpisane na tablicach obiekty. Troszkę szkoda.

Tych wyjątkowych skał mamy dziewięć. Kolejno:

  • Skalne Siodło,
  • Stołowy Głaz,
  • Okręt,
  • Dwunożny Grzyb,
  • Kasa,
  • Kurza Stopka,
  • Długi Pasaż,
  • Przesmyk Liczyrzepy (Duch Gór, któremu składano w ofierze czarne koguty. Z początku utożsamiano go z diabłem, później przedstawiano jako starszego mężczyznę. Oczywiście postać fantastyczna, jednakże stała się obiektem wielu prac naukowych, a także legend sięgających czasów średniowiecza. Najbardziej związana z obszarem Karkonoszy),
  • Furtka.

Z naszej perspektywy najciekawszymi formacjami wydają się Kurza Stopka i Przemyk Liczyrzepy. Niektóre z kolei w ogóle nie przypominają tego, co ponoć miały – na przykład Kasa, więc trzeba użyć odrobiny wyobraźni. Tutaj jednak rada, by nie zabierać ze sobą wielu rzeczy, a już tym bardziej wypchanych plecaków. Część przejść jest naprawdę wąska i niska; na tyle, że dość mocno dziwi mnie brak uwag lub ostrzeżeń w momencie zakupu biletu. Mówię poważnie, pomyślałam o kilku znajomych, którzy mimo najszczerszych chęci nie byłyby w stanie przecisnąć się na drugą stronę wyjścia. Ja i Szymon jesteśmy mali i raczej szczupli, a musieliśmy czasami kombinować, ustawiać się bokiem itd. Może jednak tematu unika się, by nikogo nie urazić.

Drugi zaskakujący fakt, to że w Błędne Skały przyjeżdżają całe grupy znajomych po to… żeby siąść przy drewnianych stołach i wypić razem piwko. Pół biedy, kiedy są to ilości umożliwiające dalsze funkcjonowanie – widzieliśmy jednak człowieka, który spił się tak, że krzyczał jakieś głupoty, a znajomi nie zamierzali się do niego przyznawać. Ostatecznie wszedł na skały zaraz obok napisu „zakaz wchodzenia na skały”, a jedyne co nas pocieszyło, to że w razie upadku jego mięśnie były tak zwiotczałe, że pewnie wyszedłby z tego cało. Smutnego finału jednak nie obejrzeliśmy i ruszyliśmy dalej. 😉 Mężczyzna nie stanowił wyjątku, bo nawet w labiryncie ktoś rozsiadł się wygodnie z piwem. Chyba nie rozumiem tej mentalności, ale cieszy chociaż fakt, że mimo wszystko okolica jest bardzo czysta i nikt nie śmieci.

Żeby jednak nie wyszło na to, że z Błędnych Skał wynieśliśmy tylko jakieś złe wspomnienia, zachęcam do zerknięcia na kilka zdjęć, które oddają piękno tego miejsca. To właśnie te widoki sprawiły, że nakręcono tutaj ujęcia do filmu „Opowieści z Narnii – Książę Kaspian”, o czym nie mieliśmy wcześniej pojęcia.

Mimo że labirynt obchodzi się w niecałą godzinę lub pół, jeśli spaceruje się takim tempem jak większość zwiedzających, to na terenie samego parku spędziliśmy koło 4-5 godzin, co pozwoliło nam odświeżyć umysły i spędzić naprawdę przyjemny dzień. Warunkiem rzeczywiście musi być dobra pogoda i nieco więcej wolnego czasu, ale jak najbardziej polecamy tego typu wędrówki. Trzeba dbać o zdrowie psychiczne w tak ciężkich czasach, jakie nastały.

Pizzeria Me Gusta na uzupełnienie kalorii

Na koniec udaliśmy się pod pizzerię Me Gusta w Kłodzku, gdzie udało nam się zamówić pizzę na wynos (opcja stacjonarna nie była możliwa ze względu na obostrzenia rządu). Musieliśmy jednak dzwonić już z drogi, bo jak wspominałam, z zasięgiem mieliśmy niemałe problemy. Zjedliśmy na tylnych siedzeniach samochodu i cóż mogę rzec? Na pewno nie były to najlepsze warunki ani najlepsza pizza, jakiej kosztowaliśmy. Walory smakowe pozostawiały trochę do życzenia, z drugiej strony byliśmy tak głodni, że nie zamierzaliśmy narzekać. Uważajcie jednak, zamawiając pizzę z rukolą – bo choć ogólnie była smaczna, to liście wydawały się nie do końca dobrze umyte. Od czasu do czasu między zębami zgrzytnął piasek, wyciągnęłam z buzi nawet małą grudkę. Pizzeria ma jednak całkiem dobre oceny na Google, więc zakładam, że to nieszczęśliwy przypadek. Obsługa wyraźnie cieszyła się, że zobaczyła nasze twarze, a my z kolei byliśmy zadowoleni, że możemy wesprzeć jakoś branżę gastronomiczną jako naczelne łasuchy.

Na dziś to wszystko – życzymy Wam więc wszystkiego dobrego i mam nadzieję, że dowiedzieliście się dzięki nam czegoś nowego. Zachęcam do pozostawienia po sobie śladu i odwiedzenia mojego fanpage’a na Facebooku oraz konta na Instagramie – odnośniki po prawej stronie na górze!