Malta cz.7 – Zwiedzamy stolice: Vallettę oraz Mdinę

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-ciodniowej podróży na Maltę. Możesz czytać go oddzielnie, ale na pewno bardzo pomoże Ci zapoznanie się z poprzednimi częściami, by nie stracić żadnego kontekstu. Dziś opowiem parę słów o stolicy wyspy, jaką jest Valletta, a także byłej stolicy, czyli Mdinie – nie zabraknie też wielu zdjęć czy ciekawostek. Zapraszam na:

Kilka faktów o Valletcie

Jeśli planujecie podróż do Valletty, to zalecałabym zarezerwować sobie na nią cały dzień. Wystarczy wtedy czasu na zwiedzanie, zjedzenie jakiejś przekąski i kąpiel w morzu, która w godzinach południowych okazuje się niemalże zbawieniem. Co na pewno jest dużym plusem, to że nie musicie martwić się zbytnio o transport, niezależnie w której części wyspy macie zakwaterowanie. Autobusów, których końcowy przystanek mieści się właśnie w Valletcie, jest akurat najwięcej i kursują stosunkowo często. Zatrzymują się zaraz obok ogromnej fontanny Trytona usytuowanej na wprost wejścia do zabytkowej, starszej części miasta.

Zanim jednak przejdziemy do bodźców widokowych, na które natkniecie się zaraz po przejściu za wysoki mur, warto wspomnieć kilka słów o samym mieście. Nie jest to pierwsza stolica Malty – przed nią była jeszcze Mdina – ale za to najdalej wysunięta na południe Europy i najbardziej słoneczna. Liczy sobie 320 zabytków, dzięki którym w całości została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Mieszka tu również większość Maltańczyków, przez co Valettę nazywa się często Wielkim Miastem (3300 osób na km2, choć nie jest to tak zauważalne). To właśnie tutaj znajduje się szpital z jedną z największych sali w całej Europie, a także jeden z trzech najstarszych teatrów na świecie.

Valletta wizualnie

Na głównym placu naszym oczom ukazuje się natychmiast mnóstwo budynków: Muzeum Archeologiczne, Bank Centralny Malty, Centrum Sztuki, opera, muzea sztuki, kina i teatry. Co kilka metrów w ciasnych uliczkach zwieszają się jaskrawoczerwone gobeliny z wizerunkami świętych. Przed naszym przyjazdem dodatkowo odbył się na miejscu festiwal lata, Maltańczycy świętowali także 26-te zwycięstwo swojej drużyny piłki nożnej w ligowych rozrywkach. Z tego powodu wszędzie pojawiały się zielone girlandy, wielkie gwiazdy na fasadach kamienic czy flagi. To pogłębiło wrażenie przepychu, ale też stanowiło nietypowe dla nas urozmaicenie.

Co bardzo typowe dla stolicy, to że wszystko jest żółte. Głównym budulcem używanym na wyspie jest oczywiście piaskowiec, ale też na przykład wapień – w każdym razie gdziekolwiek byśmy się nie udali, wszystko wygląda dość jednolicie. To, co przeważnie wyróżnia budynki, to przede wszystkim kolorowe drzwi, wymyślne gałki czy klamki przy nich oraz zabudowane, różnobarwne balkoniki. Zazwyczaj wykonuje się je z drewna i stanowią niejako symbol wyspy – można znaleźć je wszędzie, chociaż w Valletcie spotkamy ich najwięcej. Akurat mnie straszliwie urzekły, wyglądają po prostu pięknie i sprawiają, że nasze oczy nigdy się nie nudzą. Prawdopodobnie zachwyt jest zasadny, ale patrząc na nie tylko i wyłącznie z zewnątrz. Kilkukrotnie udało nam się dojrzeć coś w środku przez uchylone okienka i przeważnie było to pranie, schodząca płatami farba ze ścian i jakieś stare pudła czy kartony.

Na wejściu zobaczymy też kilka wysokich, żółtych kolumn w stylu korynckim, które na moment przeniosą nas myślami do Grecji. Między nimi utworzono plac ze sceną, ale akurat podczas naszego pobytu było tam rozstawionych pełno rusztowań i nie zapowiadało się, by miały prędko zniknąć. Zaraz obok znajduje się nietypowa ściana pamiątkowa, która odrobinę wygląda jak postawione pionowo liczydło. Zamiast koralików dostrzeżemy kostki – możemy je obracać, a na każdej stronie widnieje naklejka bądź podpis odwiedzającego.

Przechadzając się przy głównej ulicy Republiki, napotkamy też wiele historycznych postaci – nie będzie to jednak odległa podróż w czasie, bo przeważnie dostrzega się jednak pomniki ministrów czy prezydentów, którzy swoje rządy sprawowali jeszcze całkiem do niedawna. Najstarszą figurą jest oczywiście Jean de la Vallette, założyciel miasta i wielki mistrz zakonu Joannitów. Część swego życia spędził w niewoli, mówiono też, że „bardzo sprawnie radził sobie z tymi, którzy sprzeciwiali się płaceniu wysokich podatków, które ustanowił”. Zapewne za życia nie znosił sprzeciwu i odznaczał się surowością, ale to właśnie dzięki temu obronił Maltę w czteromiesięcznym oblężeniu przez Turków w XVI wieku, a jego zakon rozpoznawano w całym chrześcijańskim świecie. Ponoć nie można mu odmówić miana wybitnego stratega i poligloty.

Jeśli mówimy już o wybitnych jednostkach, to podczas wizyty w Valletcie nie można przegapić Pałacu Wielkiego Mistrza, gdzie stacjonuje prezydent wyspy. Można obejrzeć go od środka w każdy dzień tygodnia, chyba że na miejscu odbywają się akurat obrady lub różnego rodzaju uroczystości.

Ulice miasta są stworzone na włoską modłę – ciasne, prostopadłe do siebie, mało otwartych przestrzeni. Między kamienicami rozwieszone są lampki i żyrandole oświetlające miejsca przeznaczone na restauracje czy kawiarnie, które często znajdują się na różnej wysokości nad poziomem morza. Ludzie siadają na przykład na poduszkach czy schodkach, a z racji tego, że wszystkie zabudowania biegną z góry do dołu, a nie są rozmieszczone płasko, miejsca te stają się bardzo ciekawym spotem na zdjęcia.

Ciekawostką wartą podkreślenia jest to, że ściany budynków na Malcie są naprawdę cienkie, co widzieliśmy podczas prac nad jedną z kamienic. Skutkuje to tym, że wewnątrz nich nie ma nawet miejsca na poprowadzenie rur od kanalizacji, dlatego większość z nich znajduje się na fasadzie tak, że wszyscy mogą je widzieć. Jest to jednak uciążliwe rozwiązanie zwłaszcza ze względu na hałas – przy otwartym oknie spływająca woda brzmi tak, jakby wlewała się prosto do twojego pokoju. Doświadczyliśmy tego w naszym apartamencie i choć da się do tego przywyknąć, to pierwsze noce są dość przerażające. Ma się wrażenie, że jakiś mały potoczek zalewa właśnie wszystkie twoje rzeczy.

W Valletcie znajduje się również pełno figur świętych czy kościołów, o czym wspominałam już przy okazji poprzednich wpisów. Tutaj jednak nie są one przeważnie wolnostojące, raczej stanowią część istniejących już zabudowań i można wejść do nich tylko od strony głównych drzwi. Zdarza się więc, że mieszkańcy kamienic dzielą jedną ścianę z budynkami sakralnymi i nikomu zdaje się to nie przeszkadzać.

Większość miasta dookoła otacza mur. Niekiedy widoki są dość zabawne, bo na przykład część schodów prowadzących na górę uległa już zniszczeniu i możemy zobaczyć je dopiero na wysokości np. trzech metrów, jakby prowadziły tylko i wyłącznie w ścianę.

Jedzenie w Valletcie

Rzadko spotkamy szerokie, wolne przestrzenie. Przeważnie, gdy już się taka znajdzie, zajmują ją restauracje, których właściciele ustawiają stoliki i parasolki na zewnątrz dość ciasno, by pomieścić jak najwięcej gości. Pewnie spodziewacie się, że ceny są zatrważające dokładnie tak jak w każdej stolicy, ale o dziwo nie ma tragedii. Gdzieniegdzie nie widać dużych różnic w porównaniu z resztą wyspy, czasem to kwestia 1-2 €. Co więcej – nam udało się trafić na popołudniową przekąskę właśnie tutaj znacznie taniej. Zjedliśmy timpanę za 2 €, o czym rozpisałam się szerzej w TYM wpisie. Generalnie opłaca się jeść koło godziny 17.00 w piekarniach (ok. godziny przed ich zamknięciem), gdzie stoją domowe posiłki, a sprzedawca odgrzewa je w mikrofalówce lub piekarniku. Wtedy często ceny spadają o połowę, bo każdy chce zejść z końcówek towaru i nie być zmuszonym do tego, by je wyrzucać. Okazje się trafiają, wystarczy tylko dobrze poszukać.

Plaża i zabytki obok

Jak już wspominałam, koło południa, gdy słońce uniemożliwia zwiedzanie, a my nie mamy ochoty na zaszycie się w kawiarni, warto udać się na jedyną, maleńką plażę w zasięgu wzroku, czyli Wuestenwinds Beach, o której szerzej pisałam TUTAJ. Kamienista jak większość na Malcie, ale mamy specjalne zejście z drabinką do morza, no i możemy pooglądać murale na ścianach.

Stamtąd mamy niedaleko do dzwonnicy znajdującej się w Dolnych Ogrodach Barakka, skąd rozciąga się doskonały widok na falochron. Zabytek stanowi upamiętnienie 7 tys. ofiar służb maltańskich podczas oblężenia, gdzie znaczącą rolę odgrywał la Vallette. Znajdziecie tutaj dodatkowo sześć tablic dotyczących wielu istotnych wydarzeń takich jak węgierska rewolucja czy praska wiosna.

Miasto roztacza wokół siebie bardzo przyjemną aurę, każda uliczka wydaje się na swój sposób piękna, mimo że większość z nich jest podobna. Łatwo się w nich zgubić, ale co jakiś czas natrafiamy na tabliczki informacyjne, które wskazują nam drogę do zabytków i nasze aktualne miejsce pobytu. W wyniku tego przechodzimy miasto w górę i w dół kilka razy, żeby wyłapać te co ciekawsze architektoniczne cuda.

Kilka faktów o Mdinie

Tutaj pewnie w wielu głowach rodzi się pytanie – czy jeśli widziałem już Vallettę, to opłaca mi się jechać do Mdiny, poprzedniej stolicy, czy też znowu będę oglądać to samo? Otóż tak, jak najbardziej, zwłaszcza że te dwa miasta zupełnie do siebie nie przystają. Valletta jest ogromna, przepełniona, głośna i niemalże oblężona przez zabytki. Mdina jest znacznie mniejsza, spokojniejsza i nie aż tak żółta – bardziej wąska, kamienna i cicha. Nie bez powodu nazywa się ją Silent City. Wpływają na to nie tylko mniejsze ilości turystów i knajp, ale także zakaz wjeżdżania na jej teren jakichkolwiek innych samochodów poza tymi, które należą do mieszkańców (no i oczywiście służb ratunkowych, dostawczaków i tego typu kołowców). Czy to sprawdza się w praktyce? Tak, chociaż ciągle słychać jakieś rozmowy albo dźwięki z oddali. My mieliśmy jeszcze pecha, bo przez pierwszą godzinę zwiedzania wdychaliśmy woń szambiarki, która akurat zajechała na miejsce.

Obecnie w tym mieście na stałe zameldowanych jest niespełna 300 osób – aż nie mieści się w głowie, że kiedyś uważano je za główny ośrodek życia. Powstało jeszcze za czasów średniowiecza i mieści się mniej więcej w środku wyspy, więc niestety nie mamy możliwości się wykąpać. To ponoć tutaj przebywał św. Paweł zaraz po tym, jak jego statek rozbił się w pobliżu wyspy. Wbrew bredniom, które powtarza część Polaków (spotkaliśmy takich po drodze), Mdina nie jest starą częścią miasta Rabat. To prawda, Rabat otacza Mdinę murami, ale to dwie oddzielne jednostki terytorialne, mimo że znajdują się bardzo blisko siebie i dochodzi się do nich z jednego przystanku autobusowego o nazwie Rabat. Większość Mdiny oraz jej zabytków musiała zostać odbudowana w XVII wieku po ogromnym trzęsieniu ziemi. Obecnie jedyna działająca na miejscu kawiarnia w dobie koronawirusa jest prowadzona przez Duńczyków, obsługa raczej mocno chłodna, znudzona tym, że w ogóle musi kogoś oglądać na oczy, a większość rzeczy przynosi do stolika dopiero wtedy, kiedy prosi się o każdą z osobna (kawa, lód do kawy, słomka, cukier).

Do Silent City wchodzimy przez główną, zabytkową bramę. Uliczki są jeszcze węższe niż w przypadku Valletty, ale wciąż dostrzegamy zabudowane balkoniki, kolorowe drzwi i gałki w kształcie delfinów czy innych stworzeń (swoją drogą to właśnie tam odkryliśmy ich cenę – ok. 60-120 € za jeden uchwyt!). Co jednak urzeka najbardziej, to roślinność. Nie ma jej straszliwie dużo, ale jeśli już pojawią się jakieś pnącza i kwiaty, to rozkwitają bardzo gęsto i pięknie, kontrastując z resztą zabudowy. Mówię tu zwłaszcza o bugenwillach w kolorach intensywnego różu lub fioletu – dosłownie każdy chciał mieć z nimi zdjęcie, nawet grupa obcych pięciu mężczyzn, którzy podróżowali razem i z którymi zamieniliśmy na miejscu parę zdań. Oni zrobili sesję nam, my im i trochę się pośmialiśmy.

Uliczek jest mnóstwo, łatwo się zgubić i stracić orientację, gdzie się już było, a gdzie niekoniecznie. Gdy wyjdziemy przed szereg zabudowań, na horyzoncie widać morze i możemy skorzystać z powiększającej lunety. Stoją ich dwa rodzaje i choć obie podpisano jako płatne, tak naprawdę z jednej możemy korzystać za darmo.

Z odpłatnych atrakcji możemy udać się do katakumb św. Pawła i św. Agaty, oba obiekty znajdują się w Rabacie i trzeba zapłacić za nie osobno po 5 €. My nie skorzystaliśmy, ale warto wspomnieć, że taka opcja istnieje właśnie tutaj. Tutaj jeszcze kilka ujęć z samego miasta, by przekonać Was, do dłuższego spaceru.

Na dziś to już tyle z mojej strony. Serdecznie zapraszam do udania się do obu maltańskich stolic i samodzielnego porównania. Być może wielu z Was to właśnie Mdina będzie bliższa, kto wie? Dajcie znać, które miasto wydaje Wam się ciekawsze. W następnym, już ostatnim wpisie, skupimy się na Gozo, czyli wyspie należącej do Malty. Opowiemy o miejscach wartych zobaczenia, a także pewnych innościach, które dało się dostrzec w tej części kraju. A w ramach czekania serdecznie zapraszam na mojego Instagrama czy fanpage’a na Facebooku, odnośniki po prawej stronie na górze! 😉