Macedońskie atrakcje na szczytach gór – czyli o klasztorach i obserwatorium astronomicznym Kokino

Jeśli lubicie górską wspinaczkę i zwiedzenie, to ten wpis jest właśnie dla Was, bowiem łączy w sobie obie te przyjemności. Dziś kilka słów o atrakcjach umiejscowionych na szczytach lub znacznych wysokościach względem miasta. Do większości z nich nie jesteśmy w stanie dojechać autem, ale na pewno możemy znacząco skrócić czas wędrówki dzięki samochodowi, jeśli nie czujemy się na siłach lub nie dysponujemy odpowiednią ilością czasu wolnego. Dla każdego znajdzie się coś odpowiedniego – drugi Szczeliniec, klasztor z gadającą papugą czy obserwatorium astronomiczne. Zapraszam na:

KLASZTOR TRESKAVEC

Klasztor znajduje się nieopodal miejscowości Prilep położonej na południe od centralnej części Macedonii. Wzniesiono go na górze Zlatowraw na wysokości ponad 1400 m n.p.m., a sama nazwa Treskavec oznacza miejsce, w które często uderzają pioruny. Nieco ponad 10 lat temu klasztor ucierpiał w wyniku pożaru, więc na jego ścianach czy suficie możemy podziwiać stosunkowo niewiele malowideł w raczej średnim stanie – wiele z nich po prostu się ukruszyło. Budowla ma pomarańczową barwę, a także bardzo charakterystyczny kształt i zdobienia dla obiektów sakralnych w Macedonii.

Obecnie możemy podziwiać jedynie pewną jej część, bo resztę zasłania rusztowanie. Dziedziniec, który skrywają mury, dość mocno przywodzi na myśl plac budowy, bo panuje ogólny nieporządek, gdzieniegdzie widać porozrzucane cegły czy stosy piasku lub kamieni. Obchodząc klasztor dookoła, znaleźliśmy również porzucony, żeliwny krzyż. Ciekawym elementem, na który warto zwrócić uwagę, jest wyłaniająca się spomiędzy zabudowań skała, która do złudzenia przypomina naszego małpoluda ze Szczelińca – polska wersja po lewej, macedońska po prawej. Prawda, że niesamowicie podobne? Nawet rzekłabym nieśmiało, że goryl Macedończyków jest bardziej kształtny – choć może to po prostu inny gatunek. 😉

Co ciekawe, mury wchodzące w skład klasztoru wyglądają zupełnie inaczej z zewnątrz niż wewnątrz. Remont powoli przekształca środkową część zabudowań w nowoczesny obiekt z gładzonymi, błyszczącymi belkami drewna, sporymi szybami i tak dalej. Nam połączenie tych dwóch stylów niespecjalnie się podobało, miejsce straciło przez to urok. Obecnie nie odprawia się tam nabożeństw, za to widzieliśmy kilka rodzin, które przyjechały tu w ramach pikniku.

Tym, co tak naprawdę urzeka, jest lokalizacja klasztoru – rozciągają się z niego cudowne widoki na górskie serpentyny, skały, panoramę miasta Prilep oraz wszechobecną zieleń zamieszkałą przez różne rodzaje motyli oraz jaszczurek. Można dotrzeć tu na piechotę lub zostawić auto na prowizorycznym, żwirowym parkingu (bezpłatnym) w odległości 200/300 metrów od bramy wejściowej. Jeśli jednak sądzicie, że będzie to łatwiejsze rozwiązanie od trekkingu, to Was zaskoczę. My, z wypożyczoną Skodą Fabią, mieliśmy spore problemy z dotarciem na szczyt ze względu na wąską drogę, na której mieściło się jedno auto. Na szczęście nikt nie jechał z naprzeciwka, bo zakręty były tak ostre, że nie sposób dostrzec pojazdu nadjeżdżającego z drugiej strony. Jazda w takich warunkach zajmuje koło 20 minut. Jeśli już nam się uda, możemy przed odwiedzeniem klasztoru skierować się w stronę wjazdu na parking i iść w jego kierunku, aż dotrzemy do altanki i huśtawki, która niestety już nie była sprawna. Jak na to, że szczyt nie znajduje się specjalnie wysoko, to widoki z niego rozciągały się naprawdę bajeczne.

PLATFORMA OBSERWACYJNA KOKINO

Kokino znajduje się w północno-wschodniej Macedonii na szczycie góry Tatikew Kamen na wysokości ponad 1000 m n.p.m. Uznaje się je za pozostałości megalityczne (z ok. 1800 lat p.n.e.) – nieobrobione kamienie, które bez żadnej zaprawy tworzą miejsce o znaczeniu kulturowym, religijnym lub astronomicznym. Od 2005 roku NASA oficjalnie uznało je za starożytne obserwatorium astronomiczne, istnieje też możliwość wpisania go na listę światowego dziedzictwa UNESCO (na razie propozycja jest zgłoszona, ale niezatwierdzona). W sumie jestem ciekawa, czy ten moment w ogóle nastąpi i kiedy; byłoby to o tyle korzystne, że miejsce z pewnością zostałoby lepiej oznakowane. Póki co widnieją tam tablice informacyjne głównie w języku francuskim, jako że Kokino jest częścią jakiegoś kulturowo-naukowego projektu z Francji. Niestety nie udało mi się odnaleźć dokładnych informacji na ten temat, dodatkowo żadne z nas nie mówi po francusku. Tablice w języku angielskim są zazwyczaj podniszczone i pojawiają się rzadko, dlatego wzrost popularności atrakcji mógłby wymusić lepsze zorganizowanie punktów informacyjnych. O historii obserwatorium i użyteczności czterech platform musieliśmy czytać ze źródeł internetowych już po fakcie, natomiast symboliki i rytuałów jest tyle, że dobrze by było, jakby istniała opcja zapoznania się z nimi już na etapie zwiedzania. Dzięki temu człowiek lepiej zobrazuje sobie istotę obserwatorium.

Platformy obserwacyjne nie odznaczają się niczym wyjątkowym – gdyby nie tabliczki, pewnie łatwo by je ominąć. To takie miejsca, gdzie w skałach wydrążono szczeliny, przez które obserwowano ruchy księżyca i słońca np. podczas przesilenia letniego/zimowego, a także nacięcia, które wskazywały dni rozpoczęcia świąt. To tu odkryto też, że księżyc co 19 lat pojawia się na niebie w tym samym miejscu i w tej samej fazie. W Kokino odprawiano również rytuały pojednania władcy z bogiem słońca. Wyznaczono takie miejsce i taki dzień, kiedy osoba na kamiennym tronie była oświetlana promieniem słońca, co miało być symboliką odnowienia panowania. Niestety tylko jeden z otworów jest opisany – trudno znaleźć resztę z nich bez odpowiedniego nakierowania i to było właśnie to, czego nam brakowało.

Nam najbardziej podobała się sama wędrówka na szczyt i nietypowe formacje skalne. Do wyboru mamy dwa szlaki – jeden bardzo prosty, drugi uznany za trudny. Jeśli jednak jesteście w stanie wejść na Śnieżkę czy Szczeliniec, to będzie dla Was więcej niż bułka z masłem. Łatwa droga naprawdę nie ma dużego nachylenia, widzieliśmy starsze osoby, które ją wybrały i radziły sobie na niej super. Na górze mamy drewnianą ławeczkę, na której można odpocząć. Szlaki nie są świetnie oznaczone, idziemy raczej „na czuja”, ale też ciężko o to, żeby się zgubić. Gdzieniegdzie da się dostrzec sznury, za które nie powinno się przechodzić, ale prawda jest taka, że każdy wędrował tak, jak mu się podoba i gdzie tylko mu się podoba. Widokowo miejsce jest przepiękne.

MONASTER ŚW. JOVANA BIGORSKIEGO

Znajduje się w zachodniej Macedonii na terenie Parku Narodowego Mawrowo, co już może być dla Was podpowiedzią, jakich krajobrazów możemy się spodziewać. W drodze do klasztoru miniemy małą kapliczkę, studzienkę oraz dość sporą restaurację. Droga jest kręta, podobnie jak w przypadku Treskavca, z tym że wyłożona asfaltem i prowadzi pod niemalże samą atrakcję. Klasztor był odbudowywany dwa razy przed uzyskaniem ostatecznego kształtu – widać, że jest nowiutki i wyremontowany, ale wykończony w dobrym smaku. Wejście do środka jest płatne, ale dość trudno porozumieć się w sprawie ceny z mężczyzną przy wejściu. My ostatecznie zapłaciliśmy chyba koło 20 zł za osobę, bo zastanawialiśmy się, że to dość drogo jak na Macedonię. Opłaca się jednak wydać taką kwotę i nie ma czego żałować. W środku kobiety mają obowiązek zasłaniania kolan i ramion, przy wejściu otrzymujemy specjalną chustę do owinięcia (za darmo). Jest dość niesymetryczna, przez co ciężko równomiernie się nią zakryć, ale nikt jakoś później nie zwracał na to uwagi.

Klasztor jest ogromny, wykończony kamieniem i drewnem, z wysoką wieżą zegarową. Cały teren odgradza ozdobny mur. Dziedziniec zadbany, malowidła odnowione, wszędzie wiszą chorągiewki, wiele miejsc obsadzono kolorowymi kwiatami. Pośrodku stoi duża klatka, w której trzymana jest papuga i, nie uwierzycie, może nie potrafi mówić zbyt składnie, ale odpowiada „Hello!”. Istnieje możliwość wejścia do środka klasztoru, my jednak tylko zerknęliśmy, ponieważ akurat odbywała się jakaś uroczystość i zgromadziło się na nią kilkunastu popów, którzy byli w trakcie modlitw. Miejsce naprawdę warte zobaczenia.

Dodatkowym atutem jest widok z dziedzińca – góry, które w maju były jeszcze ośnieżone, spójrzcie sami:

Dzisiejszy wpis ma krótszą formę, jako że podzieliłam zwiedzane przez nas atrakcje tematycznie. Dajcie znać, czy taka długość wpisu i ilość informacji jest dla Was wystarczająca, czy niczego nie brakowało. A może w ogóle jesteście za dzieleniem postów na krótsze? Koniecznie poinformujcie mnie też o innych atrakcjach na wysokościach, które Wy widzieliście w Macedonii. Trzymajcie się ciepło!

Macedońskie alkohole i słodycze – gdzie nabyć, za ile i czego skosztować?

Dziś kolejny wpis dla smakoszy – zwłaszcza tych, którzy miłują się w słodkich przekąskach, deserach oraz alkoholach. Będzie mowa nie tylko o gustach kulinarnych, ale także cenach zarówno w Macedonii, jak i nabycia podobnych produktów w Polsce. Część z nich zdobędziecie tylko w konkretnych sklepach lub knajpach, co w przypadku każdego przypadku zaznaczam. Przewiduję też osobny post na temat restauracji, w których podam dokładne namiary na ciekawe, tanie i smaczne miejsca. Jeśli chodzi o alkohole, to nie jesteśmy wielkimi znawcami i koneserami, opisujemy więc po prostu, co przypadło nam do gustu i naszym zdaniem jest warte spróbowania. Tak po prostu, jak człowiek człowiekowi. Zapraszam na:

Smakołyki:

Alkohole:

  • Rakija
  • Wina
    • Plava Krv
    • Ravin Vranec
    • Muskat
    • Sapphire
    • Smederevka (Skovin i Stobi)
    • Chardonnay Skovin
    • Tga za Jug
    • Alexandria (wszystkie kolory)

SMAKOŁYKI

BAKLAVA

To mój ulubiony słodycz nie tylko w kwestii Macedonii, ale całego życia ogółem. Przysięgam; dobrze, że nie mieszkam tam na stałe, bo za rok już bym nie chodziła, a po prostu się toczyła. Baklava to ciasto francuskie podawane w małych kawałkach, które wypełnia mnóstwo orzechów, pistacji i miodu. Polewa się ją specjalnym sosem, który nieco przypomina klonowy, ale raczej ciężko porównać go do czegoś, co znamy w Polsce. Wydaje nam się, że jest odrobinę rozwadniany, w dodatku musi być w nim coś, co sprawia, że nie zastyga nawet po 2-3 dniach.

Baklava to taka ogólna nazwa grupy ciast, ponieważ istnieje nieskończenie wiele jej odmian – różane, czekoladowe, orzechowe, kokosowe i wiele innych. Przysmak wywodzi się z Turcji, dlatego najlepiej zawędrować po niego do cukierni z tureckim szyldem. My kupowaliśmy baklavę za 25-60 MKD za kawałek (1,80-4,40 zł) i zwykle wychodziliśmy z całym pudełkiem ciasta, co i tak było kiepskim wynikiem w porównaniu do mieszkańców Ochrydy. Największą popularnością cieszył się kadaif (jedna z odmian ciasta), który na wierzchu ma pełno słodkich, karmelizowanych nitek. Nam akurat smakował najmniej, a już niech Was ręka boska chroni od kupienia go w sklepie spożywczym – cukier dosłownie trzeszczy pod zębami i ciężko to przełknąć. Najsmaczniejsze odmiany dla nas (najbardziej wyraziste i wilgotne) to sekerpare i havuc.

Jeśli chodzi ciasta, to w knajpach zawsze dostaniemy kadaif, baklavę, deser panna cotta, naleśniki na słodko lub ciasto/torcik orzechowy. W lokalnych restauracjach warto prosić o home made cake, bo to nie „ciasto dnia”, jak można by przypuszczać, a niejednokrotnie jakiś domowy, rodzinny przepis, którego w przeciwnym wypadku nigdy nie spróbujecie. Naprawdę warto! Nam na przykład udało się trafić na ciasto przekładane masą smakującą jak kogel-mogel.

HALVA

Chałwa to rzecz oczywista – w kostkach, w nitkach czy w kremie, z orzechami, czekoladowa, zwykła. Wymieniać można bez końca. Warto kosztować różnych rodzajów, bo jak się okazuje, nie wszystkie są tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Jak dla nas najlepsza była chałwa sprzedawana w małych kubeczkach w sklepie za ok. 2 zł. Trzeba jednak uważać, bo istnieją dwa bardzo podobne produkty – jeden to taka typowa chałwa, a druga właśnie ta rozmięknięta, kremowa, która dla nas była obłędna i w ogóle nr 1. Chałwy opłaca się też kupować u wystawców ze stoiskami na ulicach, chociaż… raz wzięliśmy na skosztowanie taki bloczek, małą brązową bryłkę chałwy. W konsystencji jak karmel, a w smaku… jak cukier z niczym. Bryłek więc nie polecamy, chyba że mieliśmy wyjątkowego pecha – następnej już nie kupiliśmy.

LOKUM

Lokum to inaczej galaretka w cukrze pudrze, którą formuje się w sześcienne kostki. Trend zawędrował już do Polski, więc zapewne wiecie, z czym to się je. Ja lubię ich kleistą konsystencję, są też mniej słodkie niż na przykład takie, które wkłada się do czekoladek i mniej wodniste niż te, które przyrządza się w pucharkach. Całkiem dobre, chociaż szału nie ma. Skosztować warto.

CZEKOLADOWE WYROBY CHOCO WORLD

Na terenie Macedonii istnieje pięć lokali oferujących najbardziej rozmaite desery czekoladowe, o których można tylko marzyć. O samych knajpach/kawiarniach/restauracjach zamierzam stworzyć kolejny post, tutaj natomiast skupię się na pokazaniu Wam, czego koniecznie musicie spróbować. My wracaliśmy w to miejsce wielokrotnie, za każdym razem próbując czegoś nowego, a i tak zawsze mieliśmy problem, na co się zdecydować. Niby to tylko czekolada, ale produkowana i roztapiana na miejscu, w dodatku zawsze w innej formie. Oto 6 deserów, które możemy ocenić:

  • Czekoladowa patelnia – brownie domowej roboty podane na gorącej patelni, oblane białą i czarną czekoladą. Porcja nie jest za duża, a i tak bardzo trudno zjeść ją na raz. Całość jest tak słodka, że człowiekowi robi się niedobrze, ale tak pyszna, że nie sposób sobie odmówić.
  • Czekoladowy burger – jedna z mniej słodkich pozycji: bułka oblana białą i mleczną czekoladą, złożona na kształt burgera, którego wypełniają owoce (kiwi, truskawki, banan) i bita śmietana. Niesłodka, dzięki czemu neutralizuje smak całości.
  • Mini pączki – 10 malutkich pączków z lukrem podanych na podłużnej tacce. Obok ułożonych jest mnóstwo owoców (kiwi, truskawki, banan), jest też mała miseczka z rozpuszczoną czekoladą. Pyszne, bo sami regulujecie poziom słodkości deseru. Część pączków możecie maczać w sosie, inne nie – w całości, tylko z wierzchu, Wy decydujecie.
  • Naleśnik czekoladowy – z podobnym wypełnieniem jak burger, tyle że jest bardziej płaski i oblany dodatkowo karmelem, jest też posypka z orzeszków.
  • Gofr – oblany czekoladą, z bitą śmietaną i owocami. Bardzo duży i mocno wypieczony.
  • Ciasto brownie orzechowe – wysokie, z kilkoma warstwami, stosunkowo umiarkowanie słodkie w porównaniu do innych deserów. Z płatkami owsianymi (i nie tylko, o ile dobrze pamiętam) i przyozdobione plasterkami truskawek.

Oprócz tego na miejscu możemy napić się różnych odmian kaw (z czekoladą, ale i bez). Mimo formy franczyzy serwuje się je nieco inaczej w każdym miejscu. Pod koniec maja zaczyna się też sezon na lody na bazie czekoladowych wyrobów (belgijskie, Ferrero Rocher, Oreo itd.), które podaje się w kolorowych rożkach. Zazwyczaj ich brzegi są dodatkowo umoczone w czekoladzie, a na to wędruje także posypka z kolorowych cukierków. Bajka!

ALKOHOLE

RAKIJA

Pozycja, która po prostu musiała znaleźć się w tym zestawieniu. Nam udało się skosztować tego specyfiku dzięki hojności Macedończyków, którzy poczęstowali nas domową rakiją w prowadzonym przez siebie muzeum etnograficznym. Aż nam było głupio, bo nic za to nie płaciliśmy, a dziewczyna rozlała nam po kieliszku i wręcz czekała na naszą reakcję. Domowa odmiana jest zazwyczaj mocniejsza, ma koło 60%. Mówi się, że to trunek zbliżony do brandy, chociaż naszym głównym doznaniem był smak wódki gdzieś tam z lekką domieszką właśnie brandy. Nie porwało nas, ale my też nie jesteśmy fanami mocnego alkoholu, za to wino spożywaliśmy hektolitrami (naprawdę, na koniec wyjazdu zgromadziliśmy tyle butelek, że czułam się jak alkoholiczka – no ale od czego w końcu są wakacje?).

WINA

Nie wiem, jakie wina preferujecie, ale w Macedonii znajdzie się spory wybór dla każdego w różnych przedziałach cenowych, słodkości czy kolorach – białe, czerwone, różowe, a nawet niebieskie! Możemy kupić je standardowo w markecie, jednak znacznie lepszą opcją jest udanie się do winnic czy winiarni. O dziwo takie rozwiązanie nie kosztuje nas wiele więcej poza kosztem dojazdu. Za cztery butelki wina prosto z winnicy (niektóre były nawet jeszcze bez etykiet) zapłaciliśmy 90 zł, więc cena wielce okazyjna. Mieliśmy jednak swoje typy zarówno w przeciętnych sieciówkach, jak i bardziej wyszukanych miejscach. To lista lżejszych trunków, których udało nam się spróbować. Większość z nich pochodzi z winiarni Tikves, część nabyliśmy w Royal Winery Queen Maria:

  • Plava Krv – w tłumaczeniu nazwa wina to Błękitna Krew. Jedno z niewielu półsłodkich, czerwonych win na terenie Macedonii i mimo że jestem ogromną fanką takich smaków, to nie wywarło na mnie wrażenia, wydawało się dość kwaśne. Zakupiliśmy je w winnicy za jakieś 20-30 zł, natomiast w ogóle nie byłam w stanie odnaleźć go w sklepach polskich ani nawet z dostawą do kraju.
  • Ravin Vranec – bardzo popularna pozycja u nas w Polsce, przywieźliśmy jako prezent prosto z winnicy. Wytrawne, czerwone, o przydymionym smaku – to jeden z tych alkoholi, które wyraźnie przywodzą na myśl beczkę, w której były przechowywane. Zakupiliśmy za 20-30 zł. Po krótkim researchu upewniłam się, że obecnie nie jest dostępny do zdobycia w Polsce.
  • Muskat – kupiony w winnicy, nie miał jeszcze nawet etykiety, jako że przelano go stosunkowo niedawno do zwykłej, ciemnozielonej butelki. Dość tradycyjny trunek – biały, choć powiedziałabym, że raczej półwytrawny i kwaśny, a nie półsłodki, jak zwykło się go opisywać. Cechuje się wyraźną nutą cytryny, mniej kwiatową. Tutaj raczej nie będę się rozwodzić – po prostu smaczne.
  • Sapphire – niesamowicie ciekawa pozycja, chociaż bardziej pod kątem walorów estetycznych niż smakowych. Wino kupiliśmy w winnicy i nasz wzrok od razu przykuła błękitna butelka idealnie dopasowana do nazwy. Butelka? A jednak! Ku naszemu zdziwieniu, unieśliśmy ją na wysokość oczu, płyn się przelał, a szkło okazało się bezbarwne. Po raz pierwszy widziałam za granicą wino w błękitnej barwie – w Polsce co prawda mamy podobne alkohole z brokatem, ale przeważnie jest to np. wino musujące. Nie sądziłam, że takie eksperymenty pojawiają się też w winnicach i to w standardowych cenach. Wino półwytrawne, ale mocno kwaśne i raczej przeciętne w kwestii smaku.
  • Smederevka (Skovin lub Stobi)jedno z najtańszych win w szklanych butelkach, które możemy spotkać w sklepie (ok. 15 zł). Cena mniej więcej odpowiada smakowi – białe, półwytrawne wino, niespecjalnie odkrywcze czy dające przyjemność z samego faktu próbowania. Można by je przyrównać do znacznie mniej intensywnego, raczej słabego cydru. Stobi prezentowało się lepiej, w dodatku etykietę butelki zaprojektowano z motywami antycznymi i dopasowano do nazwy (w Stobi znajdują się jedne z popularniejszych wykopalisk archeologicznych na terenie całej Macedonii). Skovin raczej bym omijała, naprawdę nie jest dobre jakościowo.
  • Chardonnay (Skovin) – wino białe, wytrawne, przeciętne i niezapadające w pamięci. Kupiliśmy jedno i na tym poprzestaliśmy. W ogóle cały Skovin zaczęliśmy omijać po pewnym czasie, bo każda podjęta próba kończyła się fiaskiem.
  • Tga za Jug – czerwone, (pół)wytrawne wino typu vranec, ponoć najlepsze w całej Macedonii. Dla nas nie było jednak faworytem, chociaż świetnie sprawdzało się do posiłków. Jak dla mnie dość cierpkie i raczej wytrawne niż półwytrawne, pozostawiające na języku specyficzny posmak owoców leśnych. Sama nazwa wina wzięła się od wiersza bułgarskiego artysty, który urodził się na terenach dzisiejszej Macedonii. W tłumaczeniu oznacza ona „Tęsknotę za Południem”. Można dostać je za pośrednictwem polskiej stronki darwina.pl za niespełna 40 zł, choć jego dostępność jest ograniczona i raczej trzeba dokonać wcześniej rezerwacji.
  • Alexandria (biała/różowa/czerwona) – moje ulubione wino chardonnay dostępne w marketach w przystępnej cenie. Jak na warunki macedońskie wydaje się dość drogie w przeliczeniu na MKD, jednak dla nas pod względem kosztów można przyrównać je do Carlo Rossi. Tymczasem w Polsce za zamówienie tego wina średnia cena wynosi 50-60 zł. Na darwina.pl udało mi się znaleźć okazję za niecałe 38 zł. Czerwone wino jest wytrawne z wyraźnie odczuwalnymi porzeczkami, białe i różowe są półwytrawne, chociaż ze słodką nutą. Bardzo lekkie, zwłaszcza białe odznacza się taką owocową nutą – jabłka, cytryny czy pomarańczy. Za taką cenę dla nas to był najlepszy wybór, choć zdajemy sobie sprawę, że zapewne niegodny prawdziwych koneserów.

To by było na tyle w temacie słodkości i alkoholi. Jeśli byliście w Macedonii, to koniecznie podzielcie się swoimi sprawdzonymi produktami, których nie ujęliśmy na liście, a które są wręcz konieczne do spróbowania z Waszej perspektywy. Jesteśmy niezmiernie ciekawi Waszych gustów. Co sądzicie o naszych wybrańcach? Coś Was zaskoczyło? Dajcie znać w komentarzu i trzymajcie się ciepło!