Co warto zwiedzić w okolicach Ochrydy? Czyli muzea, klasztory oraz rezerwaty przyrody

Przy okazji poprzednich postów wspominałam o najciekawszych atrakcjach Ochrydy, natomiast dziś chciałabym przedstawić Wam pomysły na kilka krótkich wycieczek właśnie z tego miasta. Jeśli już zawitaliśmy w tych rejonach Macedonii, grzechem byłoby nie wykorzystać okazji, zwłaszcza że większość z poniższych pozycji mogą zobaczyć zarówno zmotoryzowani, jak i nie (dostępność łódką, wykupienie rejsu, autobus). Przedstawiamy więc trzy miejsca, w które warto udać się zwłaszcza w pogodne dni i niewielkim nakładem siły poznać nowe zakątki świata:

BAY OF BONES

Muzeum na wodzie, które w całości stanowi rekonstrukcja osady tudzież wioski rybackiej istniejącej w tym miejscu już w czasach prehistorii. Jest raczej niewielkie, ale niesamowicie fotogeniczne i raczej nietypowe – w każdym razie ja nigdy widziałam podobnego miejsca. Zatoka Kości swoją nazwę zawdzięcza prawdopodobnie szczątkom zwierzęcym, które odnaleziono na tych terenach (czaszki, proste narzędzia). Wstęp kosztuje 100 MKD (ok. 7,5 zł) niezależnie od wieku, nie przysługują tutaj żadne zniżki, co jest dość niespotykane, biorąc pod uwagę każdą inną atrakcję kraju. Nawet specjalnie o to zapytaliśmy, ale mężczyzna za ladą zbył nas dość nieuprzejmie i chyba miał zły dzień.

DOJAZD

Obecnie możemy dotrzeć tu drogą lądową – samochodem z Ochrydy zajmie nam to około 20-stu kilku minut (jest też ponoć autobus za 1 EUR, ale z niego nie skorzystaliśmy). Niby to tylko 16 km, ale droga przez wioseczki, z wieloma zakrętami i średniej jakości asfaltem. Drugą opcją jest wykupienie rejsu. Ich ceny wahają się średnio od 5-20 EUR, gdzie 5 to mała łódeczka z silnikiem, a 20 to duży wycieczkowiec, jeśli miałabym zobrazować Wam przekrój wielkości i jakości. Który wybór wydaje się lepszy? Praktykowałam oba i każdy ma swoje zalety. Podróżując autem, zwłaszcza w środku tygodnia, na pewno nie natkniemy się na tłumy ludzi i zwiedzanie jest po prostu przyjemniejsze, we własnym rytmie. Rejs z kolei zapewnia nam opiekę przewodnika, który wzbogaci wycieczkę w ciekawe informacje. Na miejscu co prawda są tabliczki informacyjne, ale napisane dość topornym angielskim – dużo trudnych słów i zlepków typu „Kali jeść, Kali pić”. Trzeba jednak pamiętać, że taką przyjemność należy wcześniej zarezerwować w porcie i zapłacić zaliczkę. Nie polecę więc tutaj lepszego rozwiązania, bo to bardzo mocno zależy od Waszych preferencji.

ZWIEDZANIE

Rozpoczynając zwiedzanie, wchodzimy do pomieszczenia, gdzie możemy obejrzeć oryginalne fragmenty naczyń i… drewnianych pali. Na samym środku pokoju znajduje się duży zbiornik ze specjalnym roztworem, dzięki któremu drewno nie rozkłada się, nie gnije, tylko pozostaje w niezmienionej formie dla zwiedzających. Jak więc wioska utrzymywała się przy życiu kiedyś, skoro takich metod nie było? Otóż nie utrzymywała się i dlatego osadę wznoszono ciągle od nowa, zwłaszcza że jednym z jej głównych budulców była glina, która z wodą za bardzo się nie lubi.

Dziś w każdym z domków możemy odnaleźć charakterystyczne „umeblowanie” w postaci przędzy, koszyków, kominków, dzbanków, słomianych rolet okiennych, kołysek dla dzieci, łóżek, czaszek czy skór zwierzęcych. Oczywiście są sztuczne, co czuć nie tylko w dotyku, ale widać na pierwszy rzut oka chociażby po niedźwiedziu z wydłubanym okiem i plastikowym nosem. Do każdego domku można wejść i jego stylizacja, choć podobna, cechuje się pewnymi różnicami, przez co uwaga zwiedzającego zostaje zachowana. Elementem, którego już dziś nie zobaczycie, jest drewniana klapa znajdująca się w każdym domostwie. Ponoć służyła do połowu ryb, aczkolwiek stanowiła też pewne zagrożenie, zwłaszcza dla dzieci… Według tego, co możemy przeczytać na miejscu, na wszelki wypadek obwiązywano im kostki sznurem. W razie gdy wpadły do wody, rodzice ciągnęli za niego i wciągali podopiecznego z powrotem do domu, do góry nogami. 100% zapewnienia bezpieczeństwa. Wyobrażacie sobie podobne dzieciństwo? 😉

Miejsce warto odwiedzić w słoneczny dzień, bo woda tutaj rzeczywiście ma wtedy niesamowity, błękitny kolor. Jest bardzo czysta i o ile większość zdjęć w Internecie z Bay of Bones jest przerobionych aż do bólu, o tyle mogę zapewnić, że na żywo wrażenia wcale nie są gorsze. Legenda głosi, że całość konstrukcji została wzniesiona na 10.000 pali, a wioskę zamieszkiwało ok. 60 mieszkańców.

VEVCHANI SPRINGS

Można powiedzieć, że to niewielki rezerwat przyrody, który znajduje się w miejscowości Vevchani oddalonej od Ochrydy o 27 km (35 minut jazdy samochodem). Nie jest w ogóle rozsławiony, stąd szukając informacji o nim, natknęłam się tylko i wyłącznie na zdjęcia, które ktoś zrobił w taki sposób, że dalej nie miałam pojęcia, czym owa atrakcja jest. Teraz jednak mogę powiedzieć, że to takie typowe miejsce na spacer wśród przyrody, gdzie możemy odświeżyć umysł z dala od ludzi. Wokół słychać tylko szum licznych potoków, w wielu miejscach da się dostrzec małe wodospady i źródła wybijające z ziemi już pod taflą wody (odznaczają się wieloma bąbelkami czy pianą). Na terenie rezerwatu możemy spotkać mnóstwo gatunków ssaków (wilki, rysie, sarny, nietoperze czy nawet niedźwiedzie), owadów, grzybów czy płazów. Jednym z bardziej rozpoznawalnych jest np. salamandra plamista, którą tutaj podpisano jako „salamandra salamandra”. 🙂

Na miejscu znajdują się liczne ławeczki czy miejsca, w których możemy usiąść i odpocząć. Wstęp poza sezonem jest darmowy, natomiast przy wejściu znajdowała się budka, która nasunęła nam na myśl symboliczne opłaty w okresie letnim. W maju nie było tam nikogo, na szybie widniał jedynie numer telefonu, ale jakoś nikt nie palił się do tego, żeby zadzwonić i powiedzieć, że chce kupić bilet. 😉 Miejsce polecam, jest bardzo ciche i urokliwe.

WIOSKA VEVCHANI

Warto też przejść się po samej miejscowości Vevchani – nie jest wpisana na żadne listy popularnych miast czy wiosek macedońskich, a na nas zrobiła niesamowite wrażenie. Większość domów wykańczano przy pomocy dwóch budulców – kamienia oraz drewna, co wygląda naprawdę bajecznie. W wielu miejscach na tarasach czy balkonach widać zawieszone ogromne wory z kukurydzą, prawdopodobnie w celu suszenia. Znaczna część zabudowań jest naznaczona nie tylko czasem, ale też pożarem – widać osmolone ściany, wybite szyby czy zniszczone bele lub stropy. Może powinnam odnieść wrażenie biedy, bo wioska naprawdę była skromna, a zamiast tego miejsce wydawało nam się po prostu magiczne. Rośnie tu też mnóstwo pięknie rozkwitających kwiatów i krzewów, co tylko wzmacnia kontrast.

W samym centrum Vevchani znajduje się dość duży kościół, do którego prowadzi wiele malutkich stopni. Tuż u jego podnóży widnieje mała, podupadła burgerowania – zatrzymaliśmy się tam na małą przekąskę i powiem Wam, że dawno nie najadłam się i nie napiłam tak dobrze, za taki bezcen. Właściciel knajpy wyglądał na dość ostrożnego, jakby zawstydzonego, zwłaszcza gdy daliśmy mu napiwek. Dla nas to niewiele, a dla niego musiał być to gest, którego rzadko doświadcza, dlatego zawsze warto pamiętać o wsparciu zwłaszcza tak małych mieścinek i ich mieszkańców. Zazwyczaj są piękne, jednak brakuje im wsparcia finansowego – większość pieniędzy przeznaczana jest na rozbudowę stolicy kraju, przez co widać ogromny kontrast między poszczególnymi miejscowościami. O tym będę pisać jeszcze w osobnym wpisie.

Jedyne, co zaskoczyło nas raczej negatywnie (zresztą nie tylko tutaj, zdarzało się też w innych miejscowościach Macedonii), to wiele drzwi czy ścian wymalowanych sprayem, a konkretnie swastykami. Czemu i skąd takie zapędy? Nie wiem, ale mam nadzieję, że zanikają.

Ciekawostka: W Vevchani 12-14 stycznia odbywa się festiwal, czy też może bardziej karnawał z okazji uczczenia Nowego Roku. Każdy uczestnik przebiera się, odbywa się też mnóstwo pogańskich zabaw i tradycji. Kostiumy Macedończycy wykonują przeważnie samodzielnie, a zdjęcia, które udało mi się z tej okazji znaleźć, przypominają dość mocno imprezę halloweenową. 😉

KLASZTOR ST. NAUM

Znajduje się ok. 30 km od Ochrydy (ok. 40 minut jazdy autem) i warto połączyć tę atrakcję z przystankiem właśnie w Bay of Bones. Tutaj również możemy wykupić rejs, który obejmuje zobaczenie obu tych miejsc, jak już wcześniej wspominałam. Dlaczego klasztor cieszy się aż taką popularnością? O św. Naumie będziecie podczas pobytu w Macedonii słyszeć wielokrotnie, nie da się też nie zwracać uwagi na liczne pomniki, które mu postawiono. Uchodził za ucznia Cyryla i Metodego, stworzył szkołę piśmiennictwa w Ochrydzie, no i właśnie ten wspominany wyżej klasztor na wzgórzu, w którym został pochowany. Dla ludzi, którzy lubią legendy, wierzenia i miejscowe opowiastki – mówi się, że stojąc przy grobie świętego, słyszy się bicie jego serca (mniej więcej tam wybija źródło wodne, stąd ten efekt).

Atrakcja to jednak nie tylko klasztor, a cały kompleks budynków wokół niego. Płacimy tak naprawdę nie za wstęp, a za sam parking (ok. 4 zł), z którego rozciąga się długi deptak z kramikami po jednej stronie. Możemy kupić biżuterię czy coś stricte turystycznego, jednak prym wiodą obrazki świętych, krzyże i raczej symboliczne pamiątki. Im bliżej podnóży klasztoru się znajdujemy, tym wyraźniejsze staje się pokrzykiwanie pawi – naprawdę, wydają z siebie dźwięki co chwilę, a że jest ich dużo (przynajmniej kilkanaście), to po krótkiej chwili odbieramy je jako hałas. W ogóle nie boją się ludzi, pozują do zdjęć, a nawet śpią pośród zamieszania. Spacer między nimi jest zapewne jedną z większych atrakcji, zwłaszcza że to jedyne takie miejsce, które kojarzę, gdzie udało nam się spotkać… pawia albinosa. Dostojnego, w pełni opierzonego, tylko po prostu zupełnie białego. Wygląda bajecznie i każdy chce zrobić z nim zdjęcie.

Wokół znajduje się tez dużo knajp – jedna z nich pełni funkcję restauracji i hodowli ryb w jednym, więc wiemy, że dostaniemy wysoce jakościowy posiłek za odpowiednią cenę (Restaurant Ostrovo). Możemy także przejść się po parku z kwiatami i fontannami. Jeśli chodzi o sam klasztor… jest okazały, ale jednak po zobaczeniu dużej ilości podobnych budowli, już tak nie zachwyca. To bardzo tradycyjny budynek – pomarańczowy, przyozdabiany cegiełkami, jak większość kościołów, klasztorów i bazylik w Macedonii. Polecam więc zwiedzić go stosunkowo szybko, żeby doznać tego efektu „wow”. Z góry za to rozciągają się piękne widoki na jezioro.

Tak właśnie przedstawiają się trzy miejsca, które warto odwiedzić, gdy jesteśmy zmęczeni dalekimi podróżami albo po prostu nie lubimy pokonywać nie wiadomo ilu kilometrów w jeden dzień, będąc na wakacjach. Najlepiej przeznaczyć sobie na nie dwa dni (naszym zdaniem najbardziej optymalne wykorzystanie czasu), jednak trzy tez nie są złą opcją, jeśli np. pracujemy zdalnie i zwiedzamy wyłącznie popołudniami. Mam nadzieję, że przekazałam Wam nowe, przydatne informacje i że chociaż o Vevchani Springs nie słyszeliście wcześniej. Dajcie znać, czy już widzieliście wszystkie te atrakcje i jakie wywarły na Was wrażenie. Trzymajcie się ciepło!