Każdy z nas ma takie miejsca w podróży, do których dociera i towarzyszy mu przy tym nie tylko spokój, ale też uczucie satysfakcji oraz odmienności od tego, czym otaczamy się w codziennym życiu. Dla jednych to ucieczka na wieś, dla innych dotarcie do centrum zatłoczonego miasta – dla jednych wejście na szczyt góry, dla innych położenie się na rozpalonej słońcem plaży. Dziś z pewnością zbliżymy się do tych ostatnich, bowiem skupimy się na zakątkach, które stały się wyjątkowe właśnie dzięki działaniu sił natury.
Opowiemy Wam o jednej z najpopularniejszych atrakcji Macedonii, a później przejdziemy do tych mniej znanych, które nas urzekły znacznie bardziej. Zapraszam na:
KANION MATKA
Wobec tego miejsca mieliśmy ogromne oczekiwania – jedno z najbardziej popularnych, ponoć także najpiękniejszych, które kilka lat temu zostało odwiedzone przez moich rodziców wypowiadających się w samych superlatywach. Oboje wyobrażaliśmy sobie pełen dzikości kanion, gdzie będziemy mogli wynająć kajak i pływać przez cały dzień, robiąc zdjęcia i odpoczywając we dwoje. Rzeczywistość przedstawiała się jednak… ciut inaczej.
Kanion znajduje się na północy Macedonii – możemy dotrzeć do niego autobusem ze Skopje lub samochodem. Na miejscu jest przystępny parking, z którego oczywiście musimy trochę przejść do samej atrakcji, ale właśnie tego oczekiwaliśmy. Wiedzie stąd wiele szlaków, którymi możemy dotrzeć do średniowiecznych klasztorów, a prowadzą do nich całkiem dobre oznakowania również w postaci drogowskazów. Główną jednak atrakcją, dla której zjeżdżają się tu tłumy turystów, jest jaskinia Wreło. Do dziś nie oszacowano jej głębokości ze względu na jeziora znajdujące się w jej wnętrzu, ale istnieją przypuszczenia, że może być nawet najgłębszą na świecie.
Rezerwat zajmuje powierzchnię 5000 ha i jest miejscem sprzyjającym wielu zajęciom rekreacyjnym: pływaniu, wspinaczce (obite drogi), trekkingowi. Zwłaszcza kajakarstwo cieszy się popularnością – istnieje tutaj tor, który wykorzystywano na Pucharze Świata i Mistrzostwach Europy. Nurt rzeki był naprawdę silny, więc oglądanie takiego widowiska na żywo musi robić ogromne wrażenie. Symbole związane z kajakarstwem znajdziecie tutaj na każdym kroku, choćby w postaci kajaka zawieszonego w połowie skały, gdy wędrujecie w głąb kanionu.


Co zaskoczyło nas w stosunku do opowieści osób, które odwiedziły Matkę już jakiś czas temu, to natłok ludzi nawet poza sezonem, a także masakryczny komercjalizm przekładający się przede wszystkim na ceny, ale też atmosferę tego miejsca. To jest niestety coś, na co my jesteśmy uczuleni – mieszkamy w mieście, czas pandemii, więc jeśli tylko mamy okazję, to ucieczka w ciche miejsca jest dla nas jak najbardziej pożądana. W każdym razie dochodząc do takiego oficjalnego „wejścia” kanionu, mijamy kilka(naście) stoisk z orzeszkami, truskawkami, ręcznie robionymi pierdółkami itd., ale to nie było jeszcze takie złe.
Po drodze są też różne wystawy, np. gablotki z zamkniętymi butelkami, puszkami, papierami i różnymi innymi materiałami, gdzie pod spodem umieszczony jest czas ich rozkładu i zachęta, by przestać śmiecić, zacząć segregować i ogólnie być bardziej eko. Wszystko fajnie, tylko że niektóre z tych przeliczników mijały się wiele z prawdą i naukowymi badaniami.

Bardzo duże wrażenie robi tama postawiona na rzece Tresce, jest przeogromna i masywna, aż człowiek zastanawia się, jakim cudem zatrzymuje te hektolitry wody po drugiej stronie. Niesamowicie przyjemny jest też moment, kiedy kanion ukazuje się w całej okazałości Waszym oczom, bo skały robią imponujące wrażenie. Zaraz potem dociera do Was niestety gwar… z restauracji, gdzie ceny za przystawki sięgają rzędu 50 zł, a także przystani, gdzie można wykupić wycieczkę do jaskini Wreło, jako że nie da się do niej dojść na pieszo.

No i tu nam mina trochę zrzedła, bo od razu otrzymaliśmy informację, że nie istnieje opcja wynajęcia kajaka na cały dzień, a jedynie na godzinę (ok. 38 zł za kajak) lub dwie (ok. 76 zł – teraz prawdopodobnie więcej ze względu na słabnącą rolę złotego). Nie ukrywam, było to dla nas dość dużo i nie mówię tutaj o stosunku ceny do naszych zarobków, a po prostu o wygórowanej cenie względem całej reszty kraju, gdzie „drogi wstęp” zamykał się poniżej 15 zł za atrakcję. Jeśli więc nie uśmiecha Wam się kajak, to drugą opcją jest wypchana łódź turystyczna w cenie ok 35 zł. Not fun.
WĘDRÓWKA SZLAKIEM PIESZYM
Nasze plany zakładały dwukrotny przyjazd do Matki – na trekking i kajaki, ale postanowiliśmy zawęzić to do jednej wizyty i udać się szlakiem pieszym, który wiedzie wzdłuż rzeki. Po kilkunastu minutach wędrówki napotkaliśmy pracownika, który ostrzegł nas, że dobrze zaopatrzyć się w duże kije na wypadek spotkania ze żmiją. Wiecie, ponoć rzeczywiście żyje ich tam dużo, zresztą wspominałam, że później zdarzało nam się widzieć ich wylinki czy jadowite węże w całej okazałości, ale na zupełnych odludziach Macedonii. Wtedy jednak nie spotkaliśmy się z ani jednym przypadkiem i trochę obleciał mnie strach. No bo co ja miałabym tym kijem zrobić? Chyba tylko wydłubać sobie oczy.
No dobrze, ale idziemy – ja, Szymon i nasze kije. Ścieżka jest ogrodzona barierką, więc człowiek nie czuje lęku przed upadkiem. Podejście zajmuje ok. 3 godziny w dwie strony, ale jest niespecjalnie trudne. Widokowo też bardzo ładnie, zwłaszcza że wszyscy ludzie pływali łodziami i tylko my szliśmy szlakiem. Z czasem jednak podróż stawała się coraz mniej przyjemna, bo idąc za oznaczeniami, ścieżka zaczyna zanikać w gęstych paprociach, trzeba przecisnąć się przez parę drzew itd. Średnia to była przyjemność, wyobrażać sobie w kółko, czy się na coś nie nadepnie, więc szliśmy dość wolno. Po jakimś czasie spotkaliśmy inną rodzinę z Polski 2+2, więc radośnie przepuściliśmy ją przodem jako ewentualną przynętę. Oni też nieustannie straszyli się tymi żmijami i piszczeli.





W końcu jednak też się poddali, bo ścieżka stała się tak zarośnięta, że nie sposób było się przez nią przedrzeć i dotrzeć na koniec szlaku, co dla nas było ogromnym rozczarowaniem. Nie wiem, czy to wynikało z zaniedbania, czy z przeświadczenia, że warto podciąć te rośliny dopiero na początku sezonu. Wydawało nam się jednak, że na miejscu sprytnie przemyśleli, że wędrówki turystów nie przynoszą żadnych finansowych korzyści, więc skupiono się tylko i wyłącznie na rozwoju oferty spływów.
KAJAKIEM DO JASKINI WREŁO
Wróciliśmy na start i zostało nam stanowczo zbyt dużo czasu, żeby wracać do domu, dlatego wypożyczyliśmy w końcu ten kajak i wiosłowaliśmy na tyle szybko, żeby zdążyć obrócić nim w dwie strony i zamknąć się w dwóch godzinach (ok. 50 minut w jedną stronę do jaskini). Popłynęliśmy akurat bez żadnej grupy turystów z łodzi, co z początku wydawało się super. Dotarliśmy jednak do miejsca, gdzie wyznaczona została kładka do cumowania kajaków. Do samej kładki nie mam zastrzeżeń, jednak przejście do jaskini okazało się bardzo karkołomne. Trzeba było wejść na żwirową skarpę, która co chwilę się osuwała – żadnych barierek, sznurka do chwycenia, no niczego.




W końcu wdrapaliśmy się na górę do wejścia… a po drugiej stronie ujrzeliśmy piękny mostek, gdzie zatrzymywały się łodzie i wysadzały pasażerów na schodki itd. Trochę w tym momencie poczuliśmy selekcję na tych „gorszych i lepszych turystów”, co do najfajniejszych nie należało. No ale dobra, idziemy do środka jaskini, która na zdjęciach wyglądała oszałamiająco, natomiast w środku… było ciemno, zero podświetlenia. Pomyśleliśmy, że włączy się na czujnik, ale nic. Wokół także zero informacji, czy tak powinno być, czy nie. Wreło zwiedziliśmy więc z latarkami w telefonie, szukając tych największych formacji, stalaktytów, stalagmitów i słynnej skały w kształcie szyszki. Nie ukrywam – nie było to porywające i nasza percepcja znacząco spadła.



Gdy przypłynęliśmy z powrotem do przystani, zapytali nas, jak było, no i wspomnieliśmy o tym braku światła. Mężczyzna tak patrzy, patrzy… i nagle mówi: „A to nie włączyliście sobie?”. Okazało się, że gdzieś we wnętrzu jaskini, tej czarnej, nieoświetlonej i nieoznaczonej jaskini, znajdował się przełącznik i można było zapalić światła samodzielnie, tylko skąd mielimy o tym wiedzieć? Zapewne sternik włącza je ludziom z łodzi po tym, jak odstawi ich na ląd, więc nikt nie pomyślał o informacji dla reszty turystów.
Dla nas ta sytuacja była jedną z gorszych w całej Macedonii. Nie odbierzcie mnie źle – miejsce jest piękne, ale jest bardzo… skalane. Natłokiem ludzi, sprayem na skałach, hałasem, muzyką, właśnie tą komercją. Mieliśmy w głowach obraz tego, co musiało istnieć tu jeszcze parę lat temu i było nam po prostu przykro. Życzymy Wam więc, żebyście trafili na lepszy okres, ładniejszą pogodę, mniej ludzi… może po prostu spodoba Wam się bardziej.
KUKLICA
Po Kuklicy z kolei nie spodziewaliśmy się aż tak wiele, bo miejsce do specjalnie rozsławionych nie należy. Znajduje się w północnej części Macedonii, a jej zamienną nazwą są Kameni Kukli, czyli właśnie nic innego jak kamienne kukły. To około 130 formacji skalnych, większych bądź mniejszych, które pod wpływem erozji zostały uformowane w różne kształty, w większości przypominające ludzkie postacie. Niektóre z nich osiągają wysokość nawet 10 m. Największy wpływ na zmiany zachodzące w skałach mają opady, wiatr i temperatura.
Spacerując po tym miejscu, natkniecie się na tabliczki z nazwami poszczególnych formacji lub ich grup. Przewiną się Wam przed oczami Panna Młoda, Pan Młody, Ojciec Chrzestny czy Goście Weselni, a ich nazwy nie są kwestią przypadku, a ludowych historii, których niestety nie przytacza nikt na miejscu, nie są one również spisane na żadnych tabliczkach, a jak dla mnie są niezmiernie ciekawym elementem kulturowym.
Legenda dotyczy chłopca zamieszkującego region Kuklicy, który równocześnie spotykał się z dwiema dziewczynami, a na co dzień parał się kamieniarstwem. Zaplanował ślub z nimi na ten sam dzień i dopiero wtedy miał podjąć ostateczną decyzję – czy za żonę wziąć piękną, choć biedną, czy bogatą, ale brzydką. Gdy wybrał drugą z nich, pierwsza zdenerwowała się i rzuciła klątwę na parę młodą i obecnych gości, zamieniając ich w kamień. Wersji tej przypowiastki jest kilka, ale generalnie zawsze sprowadza się ona do poczucia zdrady i rzucenia czaru na kochanka. Pozwolę jednak przytoczyć sobie fragment, który najbardziej mi się podoba:
„Wyszła na zewnątrz i ze zdumieniem zaczęła podążać za dźwiękiem muzyki. Zobaczyła, że jej narzeczony wychodzi za mąż za inną kobietę. W tym momencie ich przeklęła. Kiedy państwo młodzi mieli się pocałować, zamarli. Razem ze swatami. Wszyscy mają uśmiechnięte twarze, dlatego nazywa się to wesołym ślubem. Och, w piekle nie ma gniewu tak silnego jak zraniona kobieta”
Niektóre kamienne rzeźby naprawdę do złudzenia przypominają kreskówkowe twarze ludzi, nawet jeden posąg wygląda, jakby grupa przyjaciół obejmowała się do zdjęcia. Jest też mnóstwo formacji skalnych, których widok z pewnej odległości przypomina płaskorzeźby. Po terenie możemy wędrować, jak tylko żywnie nam się podoba; co prawda pilnuje go dozorca, ale zwraca uwagę na odwiedzających tylko na wejściu, żeby się z nimi przywitać. Wstęp tutaj jest darmowy, ludzie praktycznie zero. Ogółem – polecamy.





ZATOPIONY KOŚCIÓŁ W MAWROWIE
Mawrowo to Park Narodowy w Macedonii, który znajduje się na zachodzie kraju i który już kilka razy przewijał się przez moje wpisy (należytą uwagę poświęcę mu jeszcze osobno). Symbolem parku jest właśnie zatopiony kościół, choć tutaj może budzić lekkie kontrowersje umieszczenie go na liście atrakcji stworzonych przez naturę. Jeśli jednak ktoś nie poczyta wcześniej o powstaniu tego miejsca, to właśnie takie może mieć wrażenie.
Kościół św. Mikołaja powstał w XIX w. i niejako spisano go na straty ok. 100 lat później w momencie powzięcia decyzji o utworzeniu na terenie parku sztucznego jeziora, które stanowiłoby nie tylko miejsce do połowu ryb, ale także źródło pozyskiwania energii. Podejrzewam, że nikt nie spodziewał się, jaką atrakcją to miejsce stanie się w przyszłości, ani że w ogóle tyle przetrwa. Budynek przez długi czas rzeczywiście był w całości pod wodą, jednak teraz przeważnie już się to nie zdarza i zawsze można dostrzec ponad powierzchnią jego dach i kawałek murów.
Warto jednak mieć na uwadze, że poziom wody zmienia się w zależności od pór roku, o czym my w zasadzie nie pomyśleliśmy. A może pomyśleliśmy, ale na zasadzie: „To fajnie, kościół będzie lepiej widoczny, łatwiej będzie go znaleźć”. Tymczasem będąc tam w maju… on stał już zupełnie obok jeziora i to spory kawałek! Trochę mi było przykro, tak nie zobaczyć go w stanie, którym wszyscy się zachwycają, ale i tak musicie przyznać, że robi wrażenie.

Podeszliśmy bliżej, a na miejscu spotkaliśmy Wasilijego – starszego już mężczyznę, który zajmował się sprzątaniem gruzowiska wewnątrz kościoła. Wywoził taczką te wszystkie fragmenty, które rozsypały się podczas podtopienia i był wyraźnie ucieszony, że spotkał jakichś turystów. Trochę z nim porozmawialiśmy, nawet skojarzył brzmienie naszych imion z macedońskimi odpowiednikami. Opowiedział nam, że ma szóstkę dzieci, że połowa wyjechała do innych krajów, że córka ma fajnie płatną pracę w Niemczech, że jest już dziadkiem. Tak jak wspominałam przy okazji pierwszego wpisu o Macedonii – Macedończycy naprawdę lubią rozmawiać; o sobie, o Was, wszystkiego są ciekawi!
Za odwiedzenie tego miejsca oczywiście nie ma żadnych opłat, ale jak już wspominałam – polecam przyjechać tu na wiosnę w czasie roztopów, podczas ciepłej zimy lub na jesień, jeśli macie chęć DOPŁYNĄĆ do kościółka.
Na dziś to już tyle. Dajcie znać, jakie miejsca Wy polecilibyście od siebie, a także czy widzieliście te wymienione przez nas. Które podobało Wam się najbardziej? Trzymajcie się ciepło!