Malta cz.4 – Jacy są mieszkańcy wyspy, co zobaczymy w fabryce czekolady i jak działają pola solne?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-dniowej podróży na Maltę. Możesz czytać go oddzielnie lub cofnąć się do pozostałych, jednak żadna opcja nie jest lepsza albo gorsza, jeśli chodzi o odbiór. Pod spodem przeczytasz głównie o naszych pierwszych wrażeniach z pobytu na miejscu, a także polecimy (bądź nie) kilka atrakcji w dzielnicy Bugibba i okolicach. Dowiecie się, jak wygląda praca w fabryce czekolady, a także przeniesiecie się z nami do lat 70’/80’, odwiedzając museum Malta Classic Car Collection. Kolejność następująca:

Przyznam szczerze, że przylatując na wyspę, miałam wyobrażenie, że jednak zachowało się na niej wiele orientalnych elementów, ale raczej nie za bardzo – mocno przesiąkła wpływami włoskimi, niezależnie czy mówimy o architekturze, czy o kuchni. Nowością, z którą do tej pory się nie spotkałam, a która strasznie przypadła mi do gustu, było nazywanie domów. Nie ulic, a właśnie wszystkich domków i kamienic. Część z nich odnosiła się typowo do świętych, inne zaś stanowiły pokaz wyobraźni i kreatywności mieszkańców. Świetna opcja, dzięki której dzielnica nabiera życia i indywidualności. Każde „imię” budynku zapisuje się na ozdobnych tablicach i wygląda to mniej więcej w ten sposób:

Dlaczego wcześniej wspomniałam o świętych? Rozpisywałam się o tym przy okazji wpisu na temat narodowego akwarium maltańskiego (O TUTAJ) – kult świętych jest na Malcie bardzo wyraźnie zauważalny. Posążki znajdują się na rogu ulic, domów, czasami nawet w zbiornikach wodnych. Kierowcy ciężarówek wywieszają w przedniej szybie szale z napisem: „Remember, God loves you” i nie jest to dla nikogo zaskoczeniem. Warto jednak wiedzieć, że razem z wiarą równie mocno ceni się symbole, takie jak na przykład oko Ozyrysa, które umieszcza się na łodziach, by bezpiecznie powrócić do przystani.

Salt Pans

Jeśli mówimy o łodziach, to powinny pojawić się też i ciekawostki o wodzie. Na Malcie niejednokrotnie spotkaliśmy się z rozwiązaniem, które nazywa się Salt Pans, czyli specjalne żłobienia utworzone tuż przy linii brzegowej. Największe z nich zobaczymy na północy Gozo, jednak nie trzeba płynąć aż tam, by przekonać się, jak to wygląda i czy w ogóle działa – mniejsze skupiska znajdziemy przy wielu plażach nawet w samej Bugibbie. My zobaczyliśmy je od razu pierwszy raz, kiedy poszliśmy nad morze, a nawet tego nie planowaliśmy.

Nazwa tego zjawiska nie jest przypadkowa, bowiem ulokowane na ziemi szachownice służyły właśnie do wydobywania soli w naturalny sposób przez człowieka. Tradycja sięga ponad 300 lat i ponoć często przechodziła z pokolenia na pokolenie. Polegało to na tym, że w momencie przypływu lub bardziej burzowej pogody fale wlewały się na brzeg i zalewały przygotowane wcześniej żłobienia. Gdy wszystko wysychało, w miejscach zagłębień pojawiała się sól, którą należało wyzbierać. Do teraz możemy ujrzeć wiele takich lokacji, gdzie proces ten odbywa się samoistnie na przykład na niższych skałach.

Kilka słów o mieszkańcach

Skoro tak mówimy o wyspie, to nie można pominąć w tym miejscu opisu jej mieszkańców – w końcu to ludzie tworzą atmosferę, legendy i miasta. Wspominałam już wcześniej, że na Maltę przybywa wiele osób z zagranicy w celu podjęcia tam pracy. Wszyscy są jednakowo mili, nieważne jakiej narodowości, no i przede wszystkim bardzo komunikatywni. To nic dziwnego, że ludzie sami z siebie zaczepiają cię na ulicy, by zamienić z Tobą parę słów – skąd jesteś, na ile zostajesz, jak podoba ci się kraj. Bardzo często zdarzało się, że po przedstawieniu się jako Polacy, nasi rozmówcy chwalili się ubogim słownikiem takim jak: Dzień dobry, cześć, dziękuję. Kilku nawet wspominało, że ma znajomych w Polsce i odnosili się do nas bardzo przychylnie.

Właściwie tylko raz mieliśmy dziwną sytuację – nie tyle nieprzyjemną, co po prostu dziwną. Dochodziliśmy już pod mieszkanie, kiedy zaczepił nas jakiś człowiek obwieszony biżuterią, raczej ciemniejszej karnacji, ubrany w nie najtańsze ciuchy. Konwersację prowadził głównie z Szymonem, mnie jakby pomijał – opowiadał, że pochodzi z Kenii (co już trochę mi jakby nie grało), że prowadzi sklep spożywczy i czy nie mamy może What’s upa, czy Szymon nie wyskoczy z nim na kawę. Chyba dopiero po tym mój partner spanikował i pociągnął mnie do domu, a mnie niby odrobinę chciało się śmiać, a jednak w głównej mierze byłam po prostu zaszokowana. No żeby martwić się na wakacjach we dwoje, że jakiś mężczyzna z Kenii zabierze ci faceta, kiedy stoisz metr obok, to tego jeszcze nie było. Także drogie panie, swoich chłopców trzeba pilnować. Oczywiście sytuacja z przymrużeniem oka. 😛 Fakt faktem, nie spotkacie się na miejscu z naciągactwem, ludzie są sympatyczni, bo po prostu tacy są i potrzebują otworzyć do kogoś buzię.

Od miejscowych zawsze możemy liczyć też na pomoc i to w najróżniejszych sytuacjach. My w jeden z ostatnich dni potrzebowaliśmy znaleźć biuro, w którym wydają karty miejskie, a że byliśmy akurat w obcej dzielnicy i Google nie pomagał, to postanowiliśmy pytać. Weszliśmy do pierwszego lepszego sklepu, akurat z odzieżą, i w pierwszym odruchu czekaliśmy, kiedy pracowniczka się zdenerwuje. No wiecie, nie chcieliśmy nic kupić, w dodatku pytaliśmy o rzecz, która w ogóle mogła jej nie interesować i jestem pewna, że w Polsce w 90% miejsc już dawno odesłaliby nas do drzwi z hasłem: „Nie wiem, sprzedaję ubrania, proszę zorientować się gdzie indziej, bo ja się tym nie zajmuję”. Tam natomiast kobieta z chęcią nam pomogła, ba! Okazało się, że później jechała z nami autobusem, jeszcze podeszła pogadać i ponarzekać, że niektórzy kierowcy z racji COVID-a nie zatrzymują się, gdy za dużo osób stoi we wnętrzu pojazdu, ale za to następny zabiera ich dwa razy więcej niż powinien i właśnie to się nam przydarzyło.

W sklepach na kasie sprzedawcy rzucają do ciebie żarcikami, na straganach z jedzeniem dają przekąsić ci ciastko za darmo i nie oczekują, że kupisz ich więcej. W weekend zobaczycie w knajpach kluby seniorów, którzy dają pokazy tańca na żywo – nie para czy dwie, a około 30-stu osób wiedzących, że zasługują w życiu na coś więcej mimo 70 lat na karku. Przechodnie dosłownie zatrzymywali się w pół kroku i nagle zbierała się cała grupa gapiów, by obserwować te występy. Super sprawa – w dodatku tak drobna rzecz, a daje emerytom poczucie, że są ważni, młodzi i stoją w świetle reflektorów. Tak właśnie powinno być.

Plusy i minusy wyspy

Istnieją jednak także minusy wyspy – nie są co prawda na tyle duże, by ją przekreślać, ale co bardziej wrażliwym na pewno mogą dać się we znaki. Przede wszystkim kwestia sprzątania po swoich psach. Pamiętam w Polsce taki okres, kiedy nikt o to za bardzo nie dbał i za dzieciaka często wracało się z podwórka z uwalanymi, śmierdzącymi butami. Problem jednak znacznie utracił na wadze i niestety Malta do tego etapu jeszcze nie dotarła. Chyba nie muszę wspominać, że nie jest to zbyt estetyczne, a tym bardziej pięknie pachnące w temperaturze 30℃. Rzadko kto zwraca na to uwagę, a dowodem tego jest nasza piesza wycieczka na Selmun Palace, gdzie szliśmy około 1,2 km ni to chodnikiem, ni po prostu asfaltem. Wiecie, trochę gorąco, człowiek potrzebuje skierować myśli na inny tor, więc zaczęłam liczyć psie kupy, które musieliśmy wymijać, by w nie przypadkiem nie wdepnąć. 12 kup, a więc przynajmniej jedna na 100 m. Yummy.

Dostrzegalny problem jest też w zakresie gospodarki odpadami. Na Malcie są specjalnie wyznaczone dni, kiedy wyrzuca się jakie śmieci, przy czym w połowę z nich można nie zwracać uwagi na segregację i raczej wielu ludzi z tego korzysta. Nietypowy jest raczej widok kontenerów na śmieci, natknęliśmy się na nie może raz lub dwa. Zawiązane worki po prostu wystawia się danego dnia lub jeden wcześniej przed dom, a one stoją wzdłuż ulicy przez kilka, kilkanaście godzin na słońcu. Nie chodzi już nawet o sam zapach, a o to, co z tych śmieci potrafi wieczorami wyjść. Przynajmniej z pięć razy widzieliśmy karalucha i to nie malutkiego, ale zdarzały się też i szczury. One akurat buszowały na plaży zaraz przy restauracjach – podejrzewam, że ktoś po prostu wyrzucał tam resztki. Nie zmienia to faktu, że urządziliśmy sobie romantyczny wieczór z winem przy morzu i o ile jeszcze nie odstraszyły nas szczury biegające kilkanaście metrów dalej, o tyle przenieśliśmy się od razu, gdy zaczęły włazić w szczeliny w skałach niedaleko nas.

Żebyście jednak nie odebrali tego zbyt opacznie – to nie wygląda tak, że Malta tonie w śmieciach, bo ludzie naprawdę je zbierają i robią to, czego się od nich wymaga (chociaż parki mogłyby być mniej zaśmiecone). W letnie miesiące to jednak odrobinę za mało i tyle. Ogólnie jest raczej czysto, nie odczuwa się dyskomfortu, idąc ulicami, nie czuć też wszędzie nieprzyjemnych zapachów i tak dalej, jednak zdarza się i warto mieć to z tyłu głowy. Oczywiście, są miejsca pokroju typowych melin, gdzie walają się butelki – co ciekawe, nie po wódce, a po ogromnych baniakach wina – ale nie zdarza się to nagminnie. Umówmy się, że każde państwo czymś takim się pewnie skala i to nie raz.

Istnieje jednak wiele urokliwych miejsc jak ogródki pośrodku kamiennej zabudowy, gdzie możemy zobaczyć kwitnące opuncje, ozdobne balkony, rzeźby no i przede wszystkim to, co ja lubię najbardziej, czyli kolorowe drzwi z fikuśnymi uchwytami czy klamkami. Zazwyczaj mają piękne, nasycone barwy – niebieskie, pomarańczowe, żółte, zielone, czerwone. Spotkaliśmy się nawet z tym, że palmy ubierano w kubraczki wydziergane na szydełku. Zabawne, ale całkiem urocze. Na miejscu można spotkać też takie ciekawostki jak wegański choco-kebab, gdzie możemy zaobserwować ogromny kawał czekolady na rożnie zamiast mięsa. Nie jest to co prawda element wystroju, ale na pewno przykuwa wzrok.

Malta Chocolate Factory

A jeśli już mówimy o czekoladzie, to trzeba wspomnieć o miejscu, które warto odwiedzić w dzielnicy, jaką wzięliśmy pod lupę, a mianowicie o fabryce czekolady (Malta Chocolate Factory). Na pewno odbiega ono od Waszych początkowych wyobrażeń, bo wchodząc do środka, tak naprawdę znajdujemy się w sklepie z różnymi miejscowymi wyrobami cukierniczymi. Możemy kupić kubki z grawerami i specjalnym uchwytem na łyżeczkę, różnorodne ciastka, czekoladowe buciki, torebki czy nugat. Czeka nas też kosztowanie czekoladowych pastylek – gorzkich, białych, mlecznych o bardzo intensywnych smakach, których używa się do roztopienia we wrzątku czy gorącym mleku. Trzeba przyznać, że wyroby są naprawdę smakowite i nie aż tak drogie, jak mogłoby się wydawać. Ciekawostka? Jeden z Maltańczyków opowiadał nam, że w wielu sklepach można spotkać właśnie polskie czekolady i że są na wyspie bardzo cenione, wielu osobom przypadły do gustu.

Dziewczyny, które obsługują sklep, są bardzo sympatyczne. Wiele rozmawiają, ale nie czuć od nich nachalności ani presji, że musimy coś kupić, jeśli już przekroczyliśmy próg. Dominuje bardziej nastawienie „Fajnie, że jesteś i równie fajnie, jeśli zechcesz coś u nas kupić, ale nie ma presji”. Zresztą tak jest raczej na większości wyspy – raz wyszliśmy z restauracji z powodu horrendalnych cen, no i wiadomo, to zawsze taka niezręczna chwila, ale kelnerka sama zaczęła nas usprawiedliwiać, że nie zawsze trzeba mieć ochotę na makaron i że to zrozumiałe. Zupełnie inna mentalność.

Wracając jednak do tematu – czemu mówimy o fabryce czekolady, skoro to tylko sklep? A no dlatego, że w środku znajduje się też coś takiego, co nazywa się „czekoladowym oknem”. To po prostu duży kawałek przeszklonej ściany, za którą możemy w poniedziałki, środy i (chyba, tego dokładnie nie pamiętam) piątki oglądać, jak przetapia się czekoladę i tworzy ciastka czy inne wyroby. Co jednak nas odrobinę krępowało, to fakt, że nie patrzymy przez lustro weneckie, a więc kobieta po drugiej stronie stała kilka centymetrów od nas, bo akurat tak usytuowany był blat roboczy, i też się nam przyglądała. Pewnie przyzwyczaiła się do takich warunków pracy, ale nam trochę głupio było stać i przyglądać się non-stop jej dłoniom, mimo że sam proces wydawał się dość pochłaniający, zwłaszcza że tworzyła właśnie nową linię czekoladek, przyozdabiała je, nakładała poszczególne elementy i tak dalej. Polecamy wejść do środka i zobaczyć to samemu, zwłaszcza że wstęp jest darmowy.

Malta Classic Car Collection

Drugą taką atrakcją, tylko z kolei płatną, jest Malta Classic Car Collection, czyli muzeum, które w swoim wnętrzu mieści ponad 100 eksponatów. Warto wiedzieć, że informacje na oficjalnej stronie nie są jeszcze zaktualizowane – do niedawna cena za wejście wynosiła 5 euro z racji sytuacji z koronawirusem (tak, na miejscu cały czas nosimy maseczki), natomiast teraz wzrosła znowu do 10 euro, o czym dowiadujemy się w kasie. Warto więc wiedzieć wcześniej, by lepiej rozplanować swój pobyt. My na początku byliśmy wobec tej opcji dość sceptycznie nastawieni, ale mogę śmiało przyznać, że wystawa jest warta tych pieniędzy. Nie chodzi nawet o to, jakie modele samochodów z lat 70’-90’ będziemy w stanie zobaczyć, ale o samą atmosferę. W tle leci nieustannie klimatyczna muzyka z tych lat, a wystrój uzupełniają kolekcje starych aparatów, gramofonów czy nawet gier takich jak jednoręki bandyta czy pinball (inaczej zwany flipperem). Oprócz aut oglądamy też skutery, motory czy nawet motorówki, a podczas wędrówki towarzyszą nam znane osobistości, które danym środkiem transportu się poruszały – odkryjecie na przykład, czym jeździł Elvis Presley, zobaczycie Blues Brothers oraz przeczytacie o szalonej podróży starym Trabantem.

Wnętrze lokalu, który znajduje się tak naprawdę w piwnicy, jest wykorzystane do granic możliwości. W pustych miejscach, gdzie nie starczyłoby już przestrzeni dla eksponatów, stworzono imitację stacji benzynowych, dawnych witryn sklepowych, wysypisk czy nawet przedstawiono codzienną modę kobiet i wzory ich strojów. Ściany pokrywają plakaty Coca-coli, tablice rejestracyjne z różnych stanów Ameryki i wiele innych. My nawet po obejrzeniu całości błądziliśmy jeszcze przez dobrych kilka chwil, tańcząc do znanych rytmów z czasów, kiedy nie było nas jeszcze na świecie. Świetne miejsce i to nie tylko dla tych, którzy znają się na samochodach, interesują się ich historią i modelami. My jesteśmy w tej kwestii kompletnymi amatorami, a jednak wystawa pozwoliła nam przenieść się wiele lat wstecz. A jeśli znacie temat? Jeszcze lepiej! Pokazaliśmy te zdjęcia moim rodzicom, tata absolutnie się zachwycił i komentował każde auto, podczas gdy mama tylko kręciła głową i powtarzała: „Jakbyśmy my tam pojechali, to chyba nigdy bym go stamtąd nie wyciągnęła”.

No i na dziś to już wszystko. Mam nadzieję, że dzięki temu wpisowi poczułeś nieco mocniej klimat Malty i dowiedziałeś się, czego oczekiwać na miejscu. Wyspa stanowi naprawdę przyjazne środowisko dla turystów i warto otworzyć się nieco na Maltańczyków, dać im siebie poznać czy wymienić z nimi kilka słów. W kolejnych wpisach przedstawię Wam, czy na Gozo sprawa ma się podobnie i polecę kilka najlepszych miejsc do zażycia niezapomnianych kąpieli. Zapraszam! A w czasie oczekiwania możesz zerknąć na mojego Instagrama czy fanpage’a na Facebooku, odnośniki po prawej na górze. 🙂

Lwów cz.4 – Ile kosztuje wstęp na Cmentarz Łyczakowski, jak długo przekracza się granicę z Polską na pieszo oraz gdzie zjeść najlepsze żeberka?

Informacje ogólne: Poniższy wpis jest kontynuacją opowieści z kilkudniowej podróży do Lwowa. Możesz zacząć czytać od tego miejsca, ale dla uzupełnienia wiedzy zalecałabym zapoznanie się z poprzednimi tekstami. W tym napomknę kilka słów o wyjątkowej restauracji, opowiem Wam o tym, jak przekraczaliśmy granicę na pieszo oraz poświęcę parę zdań na temat Cmentarza Łyczakowskiego oraz Orląt Lwowskich. Zapraszam:

Restauracja Rebernia

W poprzednim wpisie napomknęłam o wiecznie obleganej restauracji, do której ostatecznie nie udało nam się wejść. Idąc w to miejsce, koniecznie musimy pamiętać o rezerwacji, a dlaczego warto? Prócz samych walorów smakowych czeka nas na pewno uciecha dla oka. Mowa tutaj o Ribs Restaurant at Arsenal (Rebernia), gdzie przede wszystkim uraczymy się żeberkami w różnej postaci. Możemy obserwować je, jak smażą się na ogromnym ruszcie, a ponadto samo wnętrze lokalu ma przyjemny, lekko rubaszny klimat. Krążą pogłoski, że obsługa nakłada na klientów specjalne fartuszki tudzież śliniaki z zabawnymi wzorami (np. narysowanymi koślawo piersiami), także to również przestroga dla tych, których to może nie bawić. Cena jak najbardziej przystępna, a zjeść można smacznie i syto.

Park Stryjski

Ostatniego dnia naszej podróży głównie spacerowaliśmy po parkach, m.in. Parku Stryjskim, który uchodzi za jeden z większych we Lwowie. Ciekawostką jest to, że w czasie I wojny światowej dokładnie na tych terenach rozbił się samolot jednego z austriackich lotników, jednakże po tamtym wydarzeniu nie pozostał nawet ślad. Miejsce zostało jednak w pewien sposób naznaczone śmiercią, bo niedługo potem zaczęto chować tam ukraińskich strzelców. Obecnie ich ciała są przeniesione na oficjalny cmentarz, a w parku utworzono pierwszy ukraiński skatepark.

Pogoda co prawda nieco nie dopisała, bo nieustannie siąpił deszcz, ale udało nam się obejść większość pomników, pooglądać fontanny czy przede wszystkim zwierzęta – łabędzie kąpiące się w stawie czy wiewiórki, które ochoczo podchodziły do turystów i pozowały do zdjęć. To była dla nas rozgrzewka przed głównym gwoździem programu, jakim był Cmentarz Łyczakowski.

Cmentarz Łyczakowski

Pierwszym, co na pewno zwróciło moją uwagę zaraz po przekroczeniu głównej bramy, był ogrom całego obszaru. Jeśli by się uprzeć, to można by w tym miejscu spędzić pół dnia, o ile nie więcej. Pytanie tylko, czy mamy na to nastrój. Po opłaceniu biletu wstępu kosztującego ok. 30 UAH czyli 4,2 zł, otrzymujemy mapkę cmentarza, gdzie czerwonymi punktami zaznaczono nagrobki co ważniejszych osobistości. Pochowano tutaj m.in. Marię Konopnicką, Gabrielę Zapolską czy bardzo często upamiętnianego we Lwowie Iwana Franko. Cmentarz jest jednym z najstarszych w Europie, starszy nawet od Powązek o kilka lat. Funkcjonował już od XVI w., tyle że wtedy spełniał inną funkcję – w ten sposób oddzielano bowiem zmarłych na dżumę od reszty miasta. Obecnie znajduje się tu ponad 300 tys. mogił, z których wiele reprezentuje niesamowite umiejętności rzeźbiarskie. Spacerując alejami, spotkamy mnóstwo ogromnych posągów, zdobień czy grobowców, które wyglądają jak osobne budynki i zajmują bardzo dużo miejsca. Po wojnie wiele z nich, które pozostawały bez opieki rodzin, celowo dewastowano. Obecnie cały teren objęty jest ochroną i uzyskał status muzeum, dzięki czemu znajduje się pod ciągłym nadzorem, a nowe pochówki mogą tam być dokonywane wyłącznie za zgodą dyrekcji.

Przy tej okazji Igor opowiadał mi również, dlaczego sam sposób chowania zmarłych jest inny na Ukrainie niż w Polsce, co sama zdążyłam zauważyć. Otóż ze względu na żyzne gleby osobę w trumnie najpierw jedynie przysypuje się ziemią i urządza taką prowizoryczną mogiłę. Przykrywa się to kwiatami, wieńcami i umieszcza specjalną plakietkę, aż upłynie kilka tygodni. W tym czasie ziemia zapada się, trzeba ją uzupełnić i dopiero w tym miejscu umieścić płytę nagrobną – już tę uroczystą, oficjalną. Jeśli nie poczekamy, ona po prostu pęknie i wykrzywi się, czego obraz kilkukrotnie ujrzeliśmy na cmentarzu. Bardzo ciekawe spostrzeżenie, na pewno ciężej byłoby mi się tego dowiedzieć z jakiegokolwiek innego źródła, zwłaszcza że raczej nikt w sieci nie opisuje zwyczajów pogrzebowych na Ukrainie.

Cmentarz Orląt Lwowskich

Odrębną częścią cmentarza jest Cmentarz Orląt Lwowskich (Obrońców Lwowa). Nazwa pochodzi od ok. 3 tys. ofiar, które stanowiła młodzież oraz inteligencja przynależąca do ugrupowania Orląt Lwowskich. Polacy nazywali go często miejscem świętym i nie ulega wątpliwości, że dla każdego z nas, zwłaszcza dla starszych pokoleń, jest to miejsce niesamowicie ważne i konieczne do zobaczenia. Wszyscy polegli zostali odznaczeniu Krzyżem Niepodległości jako uznanie zasług w walce o Niepodległość Polski. Każdą mogiłę zdobi flaga polska, prócz imion, nazwisk i dat widnieje także stopień wojskowy, zazwyczaj także różaniec, wstążki czy inne już bardziej osobiste przedmioty.

Na placu znajduje się kaplica, do której udają się wszystkie wycieczki. W środku widnieje wiele plakatów i zdjęć upamiętniających obronę Lwowa w latach 1918-1919, a także księga pamiątkowa gości, gdzie chętni zapisują od siebie kilka słów. Zazwyczaj są to podziękowania i wyrazy wdzięczności, również modlitwy, ale zdarzył się wpis lub dwa bardzo intymny, od rodziny walczącego. Na miejscu panuje naprawdę wyjątkowa atmosfera dumy i podniosłości.

W tej części znajdują się również katakumby, ale i pomniki poświęcone zarówno Amerykanom, jak i Francuzom w podzięce za ich wsparcie. Amerykanie walczyli po stronie Polaków, ubierając się w ich mundury oraz uczestnicząc w obronie lotniczej. Było ich siedemnastu, natomiast do ojczyzny wróciło czternastu. Z tego też właśnie względu pomnik przybiera właśnie taką, a nie inną formę – lotnika ze skrzydłami anioła. Jeśli chodzi o Francuzów, to pochowano ich już siedemnastu, jednakże na prośbę rodzin ich ciała przetransportowano do ojczyzny. Na miejscu pozostał jedynie jeden z szeregowców. Pod tarczą pomnika złożono jednak ziemię przywiezioną z kilku Francuskich miast.

Zupełnie po drugiej stronie placu możemy dostrzec Pomnik Chwały. Po jego obu stronach wyrzeźbiono lwy, z których każdy strzeże części napisu „Zawsze wierny Tobie Polsko”. Między nimi zaś widzimy zdanie po łacinie: „Polegli, abyśmy żyli wolni”. Na obu filarach pomnika wyryto nazwy miejscowości biorących udział w obronie Lwowa oraz Małopolski Wschodniej. Zaraz przed nim znajduje się zbiorowa mogiła „Nieznanych”, która ma upamiętnić odwagę wszystkich tych, którzy nie doczekali końca obrony Lwowa. Dziś wiemy, że najmłodszy uczestnik miał jedynie dziewięć lat, ale nie brakowało też dzieci 12-14.

Warto mieć jednak na względzie, że to, co oglądamy na Cmentarzu Orląt Lwowskich dziś, nie zawsze miało tę samą formę. Po II wojnie światowej, po wdrożeniu Lwowa do ZSRR większość grobów została splądrowana i zdewastowana najpierw pracą ludzkich rąk, później przy pomocy czołgów. W 1989 roku rozpoczęto wstępne porządki na zniszczonym terenie.

Pięknie o istocie tego miejsca napisał Kornel Makuszyński, pozwolę przytoczyć sobie jego cytat: „Na te groby powinni z daleka przychodzić ludzie małej wiary, aby się napełnić wiarą niezłomną, ludzie małego ducha, aby się nadyszeć bohaterstwa. A że tu leżą uczniowie w mundurkach, przeto ten cmentarz jest jak szkółka, w której dzieci jasnowłose, błękitnookie nauczają siwych ludzi o tym, że ze śmierci ofiernej najbujniejsze wyrasta życie”.

Powrót do Polski – przez granicę na pieszo

Niedługo potem wracaliśmy do Polski, a Igor od samego początku wyjazdu powtarzał, że przekraczanie granicy na pieszo to najszybszy sposób oraz oszczędność czasu. Do Lwowa jechaliśmy pociągiem (o czym pisałam TUTAJ) i metoda ta z pewnością nie była spełnieniem marzeń. Z perspektywy czasu wybrałabym ją jednak bez wahania, bo ze wspomnieniami tamtego powrotu to chyba umrę w jednej trumnie. Co właściwie poszło nie tak? Rany, wszystko.

Pewnie sęk tkwił w tym, że trafiliśmy na weekend przed rozpoczęciem roku akademickiego. Dojechaliśmy autobusem z Lwowa do przejścia granicznego w Medyce (60 UAH, czyli ok. 9,40 zł) i natrafiliśmy na ogromną, ale to naprawdę ogromną kolejkę do kontroli. Rozgałęziała się ona na osoby, które mają obywatelstwo Unii Europejskiej oraz te, które go nie mają. Tym sposobem musieliśmy stanąć z Igorem w zupełnie innych kolejkach i o ile na początku się widzieliśmy, o tyle później zupełnie straciliśmy się z oczu. Moja kolejka szła znacznie szybciej, mimo tego czekałam godzinę, by sprawdzili mi bagaże i paszport. Rozrywkę w tym czasie stanowiła jedynie grupa podchmielonych mężczyzn za barierką, którzy śpiewali, a raczej zawodzili przynajmniej przez pół godziny. Czekałam więc po stronie polskiej już od godz. 16.00. Pierwszy pociąg mieliśmy po 17.00, następny koło 19.00, a później ostatni sensowny ok. 21.30. I wiecie co? Ledwie na niego zdążyłam, w dodatku bez Igora.

Na czym polegał główny problem? Na braku zasięgu po stronie Igora, przez co nie mogliśmy się ze sobą skomunikować. Kojarzyłam mniej więcej ludzi, którzy stali przed moim kumplem, ale to tyle. Czekałam na niego cztery godziny, po czym jego koleżanka napisała do mnie na Messangerze, żebym złapała pociąg sama, bo jego pewnie nie puszczą szybko. Sytuacja wydawała się dla mnie tym bardziej przerażająca, że Igor opowiadał mi o Ukraińcach, którzy po ukończeniu 21-go roku życia i bez statusu studenta są wcielani do wojska. On co prawda papiery miał, ale wiecie, jak to jest w takich chwilach, człowieka dopadają same najgorsze domysły.

Co robiłam przez tyle czasu? Nie za wiele, zwłaszcza kiedy się ściemniło. Zaczepiało mnie paru facetów, którzy pijaniutcy opowiadali o tym, że szukają żony dla kolegi albo pytali, czy mam ogień. Wcale nie przeszkadzało im, że mówię po Polsku i ledwo się dogadujemy. Pocieszał mnie jedynie fakt, że ze mną stała starsza kobieta i zdawała się „mieć na mnie oko”, ale w końcu i ona zniknęła. Co w tym wszystkim było najgorsze? Po fakcie dowiedzieliśmy się, że oboje z Igorem mogliśmy przejść przez polską kontrolę, gdybym zaznaczyła, że jesteśmy razem. Niestety przed przejściem wszyscy mówili odwrotnie…

Wiecie, ciążyło mi też gdzieś z tyłu głowy to, że zostawię Igora samego. Jest facetem, przecież sobie poradzi, ale po całej jego gościnie i hojności wydawało mi się straszliwym chamstwem wyjechać bez niego. Dopiero wiadomość od jego koleżanki jakoś mnie uspokoiła, chociaż nie miałam pojęcia, jak udało im się skontaktować. Przeczytałam ją jednak już dopiero w drodze na autobus.

Najlepsze było to, że właściwie nie wiedziałam, gdzie dokładnie powinnam się dostać. To znaczy wiedziałam, znałam nawet sposób, ale nie miałam pojęcia, w którą stronę iść i czego szukać. Poczekałam więc, aż jacyś Polacy przekroczą bramki, a oni wskazali mi drogę. Nawet trafiłam do miejsca odjazdu autobusu do Przemyśla, jednak po dojściu do wskazanego punktu nie było żadnego znaku ani nawet kogo zapytać, czy transport już jechał, czy nie (język angielski mogłam sobie odpuścić). To, co utkwiło mi w głowie najbardziej, to masa Ukraińców z alkoholem pod pachą, którzy byli chyba jeszcze bardziej zagubieni niż ja.

Za kilka sekund zaczepił mnie taksówkarz, który usłyszał mój polski. Nie miał jednak nikogo chętnego na przejażdżkę poza mną, więc wpierw udałam się do jakiejś budki czy mini-sklepiku (już teraz nie pamiętam, co to dokładnie było) i zapytałam, kiedy przyjedzie autobus. Człowiek za ladą spojrzał na mnie i mówi, że w sumie jeździ co godzinę, ale nie wiadomo, czy to nie był ostatni kurs na dziś. Wiecie, byłam pierdyliard kilometrów od domu, ciemno, prawie nikt nie mówi po Polsku, zaczepiali mnie faceci, zaczęłam bać się jak cholera i tylko determinacja powstrzymywała mój płacz.

I nagle słyszę: „Hej, na pewno Pani nie chce jechać? Mam trzy inne osoby, za 10 zł zawiozę Panią na dworzec w Przemyślu!”. Taksówkarz dosłownie uratował mi tyłek, więc podczas jazdy na szybko kupiłam bilet do domu. Na stację docelową dojechałam o 2-3 w nocy, coś koło tego, bo pamiętam, że był środek nocy. Całe szczęście środek weekendu (dosłownie, bo z soboty na niedzielę) i na miejscu zjawili się moi rodzice, żeby zabrać mnie do domu. I wiecie, to było piękne uczucie, że po tym wszystkim zerwali się z łóżka, by przyjechać, mimo że jestem dorosła i mogliby powiedzieć, że mam radzić sobie sama. Oni są tak naprawdę tym, dla czego warto wracać do domu i opowiadać o swoich podróżach. Życzę Wam, żebyście też mieli koło siebie takie osoby, na których zawsze możecie polegać – jak np. również mój kolega, który wiedział o całej sytuacji i zaszedł na stację specjalnie po to, by upewnić się, że nie dzieje mi się krzywda.

Igor przeszedł przez granicę zaraz po tym, jak odjechał pociąg. Długo czekał (łącznie z 6 godzin) – na tyle, że do domu dotarł 9-10 nad ranem, ale na całe szczęście do niego dotarł, bo wszyscy się martwiliśmy. Dzięki niemu wzbogaciłam się w dwie nowe rzeczy – świadomość, że już nigdy nie chcę przekraczać granicy na pieszo, a także wspomnienia, które choć godne pożałowania, za każdym razem przywołują uśmiech na twarzy.

Tym tragicznym, acz zabawnym aspektem zakończymy nasze lwowskie opowieści. Jeszcze raz bardzo dziękuję za możliwość wyjazdu i niesamowitą gościnę. Mam nadzieję, że wpisy się Wam podobały i znaleźliście w nich wartościowe informacje, które ułatwią Waszą podróż w przyszłości. Zainteresowanych zapraszam również na mojego Instagrama oraz fanpage’a na Facebooku. 😉

Malta – Jakich potraw skosztować, które omijać i co uchodzi za narodowe danie wyspy?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć maltańskiej kuchni, bo chyba mało kto na co dzień rzeczywiście interesował się, jak jada się w tak maleńkim państwie. Czy bliskie towarzystwo Włoch odegrało swoją rolę w tradycjach kulinarnych wyspy? Czy wieloletnie wpływy różnorodnych kultur pozostawiły swoje piętno? A może ciekawi Was, co uchodzi za narodowy przysmak maltański? Jeśli odpowiedź na którekolwiek z zadanych wyżej pytań brzmiała „tak”, to ten wpis jest właśnie dla Ciebie. Zwłaszcza jeśli lubisz jeść i oglądać zdjęcia jedzenia – to Cię na pewno nie ominie. Tutaj znajdziesz:

Zacznijmy może od tego, że szukając w Internecie informacji dotyczących maltańskiej sztuki kulinarnej, natkniemy się na mnóstwo potraw, które dają nam poczucie, że gdy tylko wejdziemy do pierwszej lepszej restauracji, zostaniemy zasypani nowymi smakami i doznaniami. Niestety muszę Was rozczarować i nieco obalić ten mit. Maltańscy kucharze bardzo mocno bazują na sprawdzonych, długowiecznych przepisach, głównie włoskich. Możemy wymyślać, że wpływy brytyjskie zapewniły tam dostępność takich dań jak na przykład ryba z frytkami, ale bądźmy szczerzy – z tym spotkamy się już praktycznie wszędzie w Europie, niezależnie od tego, czy stopa Brytyjczyka dotknęła danego terytorium, czy nie. Na Malcie spotkaliśmy się może dwa razy z restauracjami reprezentującymi tylko i wyłącznie maltańską kuchnię, ale zazwyczaj są one absurdalnie drogie, w granicach 14 euro za samą zupę rybną, która też wielkim odkryciem nie jest. Przyjęłam więc sobie za zadanie przede wszystkim przedstawić Wam mniej więcej nasz jadłospis i knajpy, które odwiedziliśmy, żebyście wiedzieli, gdzie zjecie dobrze, dużo i tanio. A może i trafią się przysmaki, o których istnieniu jednak nie wiedzieliście.

Ciekawe produkty spożywcze

Zacznę od jednej z pierwszych rzeczy, które zapewne odwiedzicie, będąc na wyspie, a mianowicie od sklepu spożywczego i tego, co od razu rzuca się w oczy. W zachodniej części Europy zawsze kusiły mnie słodycze, bo choć podobne do naszych, to często seundefinedrwuje się je w zupełnie innych formach i przeważnie w bardzo dużych opakowaniach po ileś(naście) sztuk. W marketach może tak tego nie widać, ale na Malcie istnieją stragany z lokalnymi słodyczami, gdzie odbywa się darmowa degustacja. Głównie są to ciastka, także łasuchy na pewno znajdą swoje miejsce (zwłaszcza wioska rybacka Marsaxlokk nie rozczaruje pod tym względem, najlepiej wybrać się tamnalokalne targi). W przypadku spożywczaków zaskoczyły mnie z kolei ciągoty do eksperymentowania z popcornem: słony, z masłem, Z CUKREM, karmelowy, czekoladowy, barwiony na kolory tęczy. Pod tym względem jestem fanką tradycyjnego smaku, wersja na słodko mnie nie przekonuje, ale na wyspie jest to dość mocno spopularyzowane.

Patriotyczna ciekawostka – wiele produktów mięsnych czy w kategorii nabiału jest opieczętowanych nalepką ZOTT, a na opakowaniach możemy dostrzec napisy typu: „Kabanosy polskie”. Trzeba jednak przyznać, że mimo znajomości produktów oraz marki, np. tak dobrej i ogromnej mozzarelli jeszcze nie jadłam. Była lekko słonawa i większa od dłoni. Standardowo też wybór oliwek robi wrażenie – nie mówię już nawet o nadziewanych, ale o zwykłych, zielonych; ogromnych, sprowadzanych z Grecji. Chyba żadne później nie smakują lepiej, zwłaszcza kiedy wróci się do Polski.

Restauracje – przegląd wyspy

Kiedy wejdziemy jednak do knajpy, i to naprawdę byle jakiej knajpy, na wielkie menu, które mieści się na kartce formatu A3, może trzy pozycje drobnym drukiem to tradycyjne maltańskie dania. Cała reszta to kuchnia włoska, może odrobinę zmodyfikowana. Nie tyczy się to tylko i wyłącznie dzielnicy Bugibba, gdzie mieszkaliśmy. Wczytywaliśmy się w menu na całej wyspie (w tym na Gozo) i naprawdę nie dostrzegaliśmy wielu zmian poza samą ceną, która w bogatszych miastach kurortowych takich jak Sliema czy St.Julian potrafiły urastać do rzędu 15 € za pizzę Margharitę. My żywiliśmy się głównie w San Pawl il-Bahar przede wszystkim dlatego, że większość stolików sytuowano kilka metrów od morza, widoki piękne, lekka bryza chłodziła po całym dniu wysiłku, no i codziennie mieliśmy z czego wybierać.

Zacznę od dwóch restauracji, które naszym zdaniem stały na najwyższym poziomie, jeśli chodzi o obsługę i jakość serwowanych dań, a są to Bognor oraz sąsiadująca z nią George’s Bugibba – Casual Dining.

Największe porcje i najtańsze wino

Bognor w Bugibbie – tu zjedliśmy w dzień naszego przylotu, a było wtedy już naprawdę późno, po 22.00. Właściwie za niedługo zamykali, ale nikomu jakby nie przeszkadzała nasza obecność, mimo że byliśmy prawie jedynymi już klientami. Usiedliśmy przy stoliku z widokiem na morze, a kelner to obsługiwał nas z uśmiechem, to w międzyczasie jadł swoją kolację. Atmosfera była po prostu przecudowna i dlatego też wyjaśnię pewną nieścisłość.

Restauracja zbiera różne opinie – od dobrych, po koszmarne. Te drugie dotyczą głównie owoców morza, za którymi my nie przepadamy, więc nie wypowiemy się w tej kwestii, natomiast zdążyliśmy zaobserwować kilka rzeczy. Nigdzie, ale to nigdzie nie dostaniecie tak ogromnych porcji jedzenia jak tam; jednym makaronem można wykarmić trzyosobową rodzinę i mimo że siedzieliśmy nad talerzem ze dwie godziny, nie wcisnęliśmy wszystkiego do końca. Druga sprawa – w środku tygodnia, nawet w sezonie, ruch wszędzie był taki dosyć przeciętny, natomiast piątek/sobota knajpy stawały się tak przepełnione, że trzeba było ustawiać się w kolejkę i czekać. Widzieliśmy w tym czasie, jak trójka kelnerów i salowy obskakują ze dwadzieścia stolików, dosłownie biegając od jednego do drugiego. Wiem, że od przedstawicieli takich zawodów wymaga się ciągłej uprzejmości i uśmiechu na twarzy, ale po kilku podobnych godzinach nie dziwiłam się, że wszyscy mają dość i są zmęczeni. Oczywiście to pewnie wina zbyt małej ilości personelu i błędów w zarządzaniu kadrą, ale ja absolutnie nie skreślałabym Bognor z tego powodu.

To właśnie tam znajdziecie najtańsze ceny za butelkę wina (porównywaliśmy później dokładnie te same w innych lokalach i nigdzie nie znaleźliśmy nic zbliżonego, mimo że produkt był dokładnie ten sam). Rozsmakowaliśmy się w białym Green Lable, które jest lokalnym wytworem. Cena sklepowa 3,5 €, w Bognor 5 €, więc nie jest to duża różnica. Lekkie, orzeźwiające, mnie bardzo kojarzyło się z greckim house wine. Idealne na upały i nie uderza tak mocno do głowy. Przy okazji jego picia po raz pierwszy spotkaliśmy się z takim, a nie innym patentem na chłodzenie butelki. Nie wkłada się jej do wiadra z lodem, a do specjalnego pokrowca/termosu, który zatrzymuje chłód. Wygląda to dość elegancko i działa bez zarzutu:

Tak jak wspominałam, porcje jedzenia są ogromne, aczkolwiek w przypadku makaronu polecamy wziąć spaghetti zamiast penne (jesteśmy pytani o wybór), bo jest go po prostu więcej. Risotto przyrządzone świetnie – dużo kurczaka, pieczarek, jest nawet opcja dosypania samodzielnie dodatkowego sera do każdego dania tego typu. Dalej bawi mnie, że będąc zapytanymi, czy chcemy skorzystać z tej opcji, wymieniliśmy z Szymonem jedno krótkie, porozumiewawcze spojrzenie i z całą pewnością w głosie odrzekliśmy: „YEEEES”. W tym miejscu jedliśmy chyba ze trzy razy, skusiłam się nawet na wegetariański makaron z racji faktu, że był podawany z ratatouille, suszonymi pomidorami i oliwkami. Naprawdę polecam, świetne miejsce na romantyczny wieczór, zwłaszcza kiedy opadnie ogólna wrzawa. Nas zapamiętano po pierwszej nocy i później kelner zawsze był bardzo przychylny i nam nadskakiwał. Swój rachunek możemy zamknąć w 18-25 € na dwie osoby.

Najlepsze ravioli na wyspie

W George’s Bugibba – Casual Dining z kolei mieliśmy już niemalże zaprzyjaźnionego kelnera pochodzącego z Macedonii. Zawsze doradzał nam najlepsze potrawy i wdawał się w rozmowę, która niewiele miała wspólnego z jedzeniem. Ostatniego dnia nawet zaprosił nas na piwo po pracy, ale okazało się, że nie dostał zmiany i w ogóle go nie było. Widać po nim jednak, że czerpie dużo radości z tego, co robi – niektórych gości zabawiał, a na niektórych tylko kręcił głową, kiedy byli wyjątkowo trudni. Tak czy inaczej, zawsze czuliśmy się tam mile widziani i przede wszystkim dobrze najedzeni. Lepszego ravioli nie znajdziecie nigdzie na całej wyspie. Porcja jest mała (6 pierożków) lub duża (12 pierożków) i występuje w dwóch wersjach: ricotta, sos pomidorowy, bazylia, parmezan lub ricotta, sos pieczarkowy z kawałkami pieczarek, czosnek i parmezan. Absolutnie nie mam pojęcia, jak wydobywali taki smak z dań, ale gwarantuję Wam, zwłaszcza w przypadku sosu pomidorowego, że nigdy wcześniej nie próbowaliście czegoś tak mocno smakującego pomidorem. Najlepsze danie na Malcie.

Tutaj też próbowaliśmy makaronów, a nawet skusiliśmy się na pikantnego kurczaka ze szczyptą chilli na ryżu. Co ciekawe, mimo ryżu dostaliśmy też frytki, a mięso wcale nie było ostre. Doprawione jednak świetnie, chrupkie na zewnątrz, a w środku bardzo delikatne i miękkie. W tym miejscu spotkamy się też ze składaną pizzą, która wygląda jak ogromny pieróg. Skosztowaliśmy nawet lokalnego piwa Cisk, którego reklamy na parasolkach czy szybach widać na każdym kroku – Szymon wersji tradycyjnej, ja smakowej (cytrynowej). Szału nie było, w sumie nie różniło się to wiele od Radlera, chociaż mój partner i tak orzekł, że lepsze to niż np. Tyskie. W tym miejscu również swój rachunek spokojnie zamkniemy do 16-21 € na dwie osoby.

Gdzie zjeść pizzę wyglądającą jak sałatka jarzynowa?

Nieco dalej, już w bardziej turystycznej i rozrywkowej części miasta, ale również z widokiem na brzeg morza, znajduje się knajpa o nazwie Bad Bull, gdzie jadłam najdziwniejsze wydanie bardzo znanej pizzy w całym swoim życiu. Łatwo to miejsce przeoczyć, bo niemalże pochłania je Pizza Hut obok. Nie jest najtańsze, ale pizzę i makarony możemy zakupić w przystępnych cenach, a akurat na ten wieczór to było wszystko, czego szukaliśmy. Obsługa w sumie niezauważalna, chociaż ponoć jest jeden kelner, który bardzo zagaduje. Pizza smaczna, wyładowana dodatkami, ale też dość tłusta i nie ma co tego ukrywać. Salami bardzo dobra, natomiast Quattro Stagioni… zabawne. Wiecie, „cztery pory roku” to zazwyczaj jedna pizza przyrządzona na cztery różne sposoby, po dwa kawałki na spróbowanie każdego z nich. Tu natomiast te cztery smaki były ułożone… paskami, a w dodatku zawierały takie śmieszności jak groszek czy jajko na twardo, przez co niektóre kawałki pizzy wyglądały jak sałatka jarzynowa. Jak to smakowało? Nie tak źle, jak od razu widzicie to w swojej wyobraźni, ale dość nijako, jako że brakowało jakiegoś mocnego, przebijającego się smaku. Tradycyjna część smakowała lepiej – polecam jednak spróbować, ciekawe doświadczenie dla podniebienia. Za całość możemy zamknąć się do 20 € (jak już pewnie zauważyliście, taki mniej więcej mieliśmy pułap).

Restauracja Bar-bara – pizza nie, drinki tak!

Skoro o pizzy mowa, to przechodzimy w tym momencie do bubli, które spotkały nas na wyspie i które my odradzamy. Zacznijmy od baru Bar-bara, gdzie ceny co prawda są niższe niż u konkurencji, ale ma się to dość mocno do jakości, przynajmniej jeśli odnosimy się do jedzenia. Do kelnera nie będę mieć zarzutów, bo z tego co zauważyliśmy, to były chyba jego pierwsze dni pracy, a wszyscy dobrze wiemy, jak to jest, kiedy człowiek się gdzieś wdraża i ciąży na nim duża presja. W kwestii jedzenia – skosztowaliśmy pizzy z karczochami, szynką i jajkiem, a dla mnie dużym zaskoczeniem było już samo to, że jajko nie zostało rozbełtane, tylko znowu właśnie podane na twardo. Najwyraźniej tak na Malcie już po prostu jest. Ciasto cienkie, ale takie dość nijakie, nie sprawiało wrażenia, jakby świeżo wyjęto je z pieca. I owszem, było smacznie, ale wiecie, to nie to, czego oczekuje się za wydane pieniądze, choć za dwie osoby możecie zapłacić tylko 15 euro. Z tego co jednak widzieliśmy, mimo wysokich cen, bardzo atrakcyjne w tym miejscu okazały się drinki (duży wybór, ładnie przygotowane), więc może lepiej celować w tym kierunku, jeśli chodzi o bar.

Gdzie NIE jeść?

Poniższy przykład to jednak jeszcze nic, bo dzień później poszliśmy do sąsiada Bar-bary. Za żadne skarby świata nie przypomnę sobie teraz jego nazwy, na mapkach Google także nie istnieje, ale to restauracja, która jest dosłownie po sąsiedzku, po lewej stronie. Powiem tak – obsługa pozostawiała wiele do życzenia, poczynając od niewymytych stolikach, a kończąc na zupełnej obojętności wobec klienta. Na Malcie wiele osób, które nas obsługują, nie od razu przyniosą menu, bo najwyraźniej często odwiedzają ich miejscowi z góry wiedzący, co chcą zamówić. W takiej sytuacji jednak kelner pyta, czy chcemy coś do picia, do jedzenia, czy może jednak przynieść menu. W przypadku tej knajpy kobieta po prostu spytała, co chcemy. Poprosiliśmy o kartę dań, w sumie ani be, ani me, ale w porządku. Okazało się, że duża część składników się skończyła, więc musieliśmy zrezygnować z wybranych w pierwszej kolejności posiłków.

Ostatecznie pokusiliśmy się na tortellini oraz narodową potrawę Malty – królika, z tym że dodanego do spaghetti. Pierwsza opcja zjadliwa, chociaż niewiele odstająca od sklepowych pierożków, w dodatku dość mocno słona, druga natomiast… straszliwie nas rozczarowała. Naszym problemem przede wszystkim było to, że nie do końca wiedzieliśmy, jak powinien smakować dobrze przyrządzony królik. Kiedy byłam dzieckiem, moja babcia co prawda je podawała, ale w formie pasztetu, więc raczej ciężko to przyrównać. Jestem natomiast świadoma jednego – podczas jedzenia raczej nie powinno się notorycznie wyciągać z ust kawałków chrząstek czy kosteczek. Nie powiem, że było ich więcej niż mięsa, ale raczej nie należało to do najprzyjemniejszych odczuć świata. W każdym razie doświadczenie było na tyle złe, że nie chcieliśmy drugi raz próbować, czy smakuje tak zawsze, czy wybraliśmy zły lokal. Chociaż tyle dobrze, że w tej knajpie również zamykamy się w niecałych 20 €. Generalnie bardzo nie polecamy. Dlaczego więc nie wyszliśmy już na początku? Życie nauczyło mnie, że nie zawsze najpiękniejsze miejsca oferują najlepsze smaki i na odwrót, ale nie zawsze musi się to sprawdzać.

Smakowe ciekawostki

Co do królika – to danie dostaniemy wszędzie, nie tylko jako dodatek. Możemy na przykład za 20-30 euro zamówić go na tacy w całości. Jeśli macie lepsze doświadczenia niż my, koniecznie podzielcie się opinią, może Wy przekonacie nas na drugą próbę.

Warto tutaj również wspomnieć o czymś w rodzaju przekąski, co możemy dostać w wielu piekarniach. Timpana, czyli włoskie danie – to tak naprawdę zwykłe penne bolognese mocno zlepione sosem i zapieczone w cieście francuskim, dzięki czemu wyglądem nieco przypomina lasagne i jest bardziej sycące. Smaku wiele to nie zmienia, można łatwo przyrządzić danie w domu, ale z drugiej strony nie wiem, czy sama byłabym skłonna do tego, żeby dokładać sobie roboty. Polecam jednak jako ciekawostkę, zwłaszcza by udowodnić Wam, że nie każda stolica państwa musi być droga. Dlaczego? Danie to nabyliśmy w Valettcie za 2 euro (normalną, dużą porcję) – standardowo kosztuje 4, natomiast po godz. 17.00, na chwilę przed zamknięciem, w takich miejscach obniża się ceny o połowę. Idealnie.

Kilka razy spotkaliśmy się też z czymś, co nazywa się bragioli (również włoskie danie), ale z racji ceny (12-15 euro za porcję) odpuściliśmy sobie tę przyjemność. Spróbujcie więc na własnym tripie i dajcie nam znać – to tak naprawdę rolady z marchewką, cebulą i oliwkami (choć częściej nie). Brzmi dość znajomo 🙂

Najsmaczniejsze lody

Było już mnóstwo o ciepłych daniach i przekąskach, trzeba jednak wspomnieć też parę słów o czymś, co może nas schłodzić, a mianowicie o lodach. Z najlepszymi z nich spotkaliśmy się w Sotto Zero. Wybraliśmy tę lodziarnię przede wszystkim dlatego, że któregoś wieczora dostrzegliśmy ogromną kolejkę ciągnącą się do tego miejsca przez pół ulicy i zdecydowaliśmy, że musimy zobaczyć, o co ten cały zachód. W godzinach przedpołudniowych jest zupełnie pusto i często z tego korzystaliśmy. Wybór lodów jest ogromny, różnorodność smaków wręcz powala – są tradycyjne, owocowe, kwaśne, bardzo słodkie. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: jogurt, melon, M&M’s, Amaretto; co dusza zapragnie. Gałka kosztuje 2,5 euro, każda kolejna dodatkowe euro. Gwarantuję Wam jednak, że po jednej będziecie mieć równocześnie serdecznie dość i pragnąć więcej.

W tym miejscu je się głównie z kubeczków (można poprosić o wafelek, choć jest droższy) i jedną gałkę liczy się w ten sposób, że najpierw uzupełnia się kubeczek, a później na szczyt kładzie się ogromną hałdę lodów, która roztapia się szybciej, niż jesteś w stanie ją jeść. Arbuz naprawdę smakuje jak arbuz, w M&M’sach znajdziemy kawałki M&M’sów. Zakochałam się też absolutnie w czymś, co nazywa się kremem z pistacji. Wiecie, nie zwykła, jasna pistacja, a coś, co jest dosłownie ciemnozielone. Nie wiem, czy to jakoś specjalnie zmielony orzech, czy inna magia, natomiast był tak słodki jak mleczna czekolada, po prostu obłęd. MUSISZ TAM BYĆ – a wiesz czemu? Bo na miejscu jest darmowe kosztowanie. Nie umiesz zdecydować się na smak? Możesz poprosić o spróbowanie dziesięciu z nich i dopiero później podjąć decyzję. Czy to nie jest piękne?

Chłodzone napoje

Jeśli natomiast skupiamy się na chłodzonych napojach, to w każdym miejscu, w każdej kawiarni uświadczymy mrożonej kawy – często z syropem, natomiast rzadko z lodami smakowymi. Przeważnie to po prostu mocna kawa z kostkami lodu, ale akurat my za nią przepadamy i Grecja pod tym względem nauczyła mnie kultury picia.

Bardzo polecam jeszcze Slushy/Slush, który w innych krajach nazywa się Granitą, u nas z kolei zwykłym sorbetem lodowym. Sęk jednak w tym, że na Gozo, w okolicach Lazurowego Okna, możemy natknąć się na ten przysmak z dodatkiem alkoholu – np. Red Bulla połączonego z wódką lub samej limoncelli. Nie jest to mocne, a smakowało nam ogromnie, zwłaszcza sączone przez słomkę nad brzegiem morza.

W wielu miejscach możemy też natrafić na lokalne likiery sprzedawane np. w trzypakach za 9 euro. Jest to na tyle wygodne, że nie musimy kupować jednej, drogiej butelki, a właśnie zapoznać się z kilkoma smakami takimi jak chlebek świętojański, figa czy opuncja. Nie jest to jednak napój dla każdego – przede wszystkim dlatego, że musimy pogodzić się z jego mocną słodyczą. Wypicie większej ilości raczej szybko potrafiłoby zmulić – mnie figa smakowała najbardziej, natomiast Szymon otwarcie przyznał, że chyba nie jest w stanie tego pić. Jeśli jednak nie dla Was samych, to warto kupić taki zestaw na prezent – nie ma z nim problemu na lotnisku, w dodatku sami możemy dobrać smaki do zapakowania. My swój nabyliśmy akurat w Mdinie.

Jedzenie na Gozo

Z Gozoniestety nie mamy tylu kulinarnych przeżyć, ale troszkę się porozglądaliśmy i chcę obalić mit o tym, że ceny są w tym miejscu znacznie niższe niż na całej Malcie. Nawet jeśli kiedyś tak było, to w dobie kryzysu każdy ratuje się, jak może i teraz wielkiej różnicy nie widać. Zbyt wielu sprawdzonych knajp nie mamy, natomiast Szymon zakochał się jednej, prowadzonej przez rodowitych Włochów w samym Rabacie (miejscowości, a nie w zniżkach :D). Lokal nazywał się Pasta Republic i przygotowuje się w nim domowy makaron. Właściwie wybiera się tylko porcję małą lub king size, ewentualnie jakiś pakiecik z winem i nawet duże porcje kosztują koło 8 euro. Cena jest jedna dla każdego rodzaju sosów, które nie są wymyślne, dość zwyczajne, ale rzeczywiście bardzo smaczne po przyrządzeniu. Z pewnością jeden z lepszych makaronów, dużo grubszy niż w przeciętnych restauracjach, no i porcja rzeczywiście taka, że napełnicie głodne po całym dniu brzuchy. Co akurat fajne, mamy możliwość zapłacenia zarówno przed jedzeniem, jak i po. Trzeba mieć jednak na względzie, że sam lokal dalej jest zamknięty dla turystów ze względu na koronawirusa, a na zewnątrz znajdują się jedynie dwa stoliki do swobodnego siedzenia.

To chyba tyle, mam nadzieję, że nakreśliłam Wam mniej więcej, czego możecie spodziewać się po przylocie na Maltę, gdzie warto lub nie warto zjeść, a także w jakie smakołyki celować. Jestem świadoma, że wielkiej różnorodności czy też zaskoczenia tutaj nie uświadczyliście, ale mam nadzieję, że odwiedzicie któreś z polecanych przez nas miejsc i podzielicie się swoimi wrażeniami – mam nadzieję; równie pozytywnymi.

Malta cz.3 – Jakie płatne atrakcje warto odwiedzić na wyspie, ile kosztują i co dzięki nim zobaczymy?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-ciodniowej wyprawy na Maltę. Jest kontynuacją wcześniejszych wątków, ale jeśli chcesz, możesz zacząć czytać od tego miejsca i nie powinno zaburzyć to Twojego odbioru. Dziś opowiem Wam o kilku płatnych atrakcjach w zamkniętych przestrzeniach na wyspie i doradzę, które z nich najlepiej sobie odpuścić, a które wpisać na swoją listę must-have. Zapraszam! Oto, co Cię tu czeka:

Co warto zaznaczyć w ramach wstępu to fakt, że zanim wybierzemy się w dane miejsce, konieczne jest sprawdzenie aktualnych cenników i dodatkowych informacji. Na Malcie bardzo często spotkamy się z tym, że podchodząc do kasy, nie mamy tablicy z przedstawionymi kosztami dla różnych grup wiekowych czy dni tygodnia – zwykle pracownicy danej atrakcji przekazują nam tę wiedzę samodzielnie i, jak można się domyślić, raczej nie stawiają sobie za priorytet, by wybrać dla nas jak najdogodniejszą opcję. Taki research jest ważny zwłaszcza w czasach pandemii, bo zaraz po lockdownie ceny za wejścia spadły w wielu miejscach bardzo dostrzegalnie, a potem wróciły do normy, czego nie aktualizuje się ani na banerach reklamowych, ani na stronach internetowych – druga więc zasada: zawsze warto pytać i nie bać się, że wyjdziemy na Janusza.

Wioska Popeya – cena, atrakcje, opinia

Mówię o tym przede wszystkim dlatego, że my sami, nawet mając wprawę w wyjazdach, daliśmy pod tym względem plamę i to w jeden z pierwszych dni. Udaliśmy się do wioski Popeya (wiecie, tego marynarza jedzącego szpinak), bo od początku to była dla nas jedna z bardziej atrakcyjnych lokacji. Pamiętam jeszcze, jak siedząc w domu, przeglądaliśmy zdjęcia Malty i podziwialiśmy te kolorowe, malutkie czy krzywe domki – im dłużej to robiliśmy, tym bardziej stawaliśmy się napaleni na wyjazd.

Miejsce wydawało się tym bardziej przyciągające, że w zamyśle nie powstało po to, by przyciągać turystów. Pewnie na początku nikt się nawet nie spodziewał, że takie okaże jego końcowe przeznaczenie. Jaki więc był główny cel jego powstania? Przede wszystkim służyło za plan filmowy do musicalu, gdzie główną rolę zagrał Robin Williams. Nie zdziwię się, jeśli większość z Was nie miała z nim styczności i żyła samą kreskówką – to podobnie jak my. Po obejściu wioski naszła nas jednak ochota na poznanie drugiej opcji, mimo że w naszych głowach tkwiło poczucie, jak bardzo naiwne i głupiutkie to prawdopodobnie będzie. Przyjemnie jednak oglądać jakiś film i mówić: „Patrz, ten domek widzieliśmy!”

Budowa wioski zajęła siedem miesięcy i jest to wynik dość imponujący, nawet jeśli brać pod uwagę, że powierzchnia tego miejsca nie jest zbyt duża. Sceneria wygląda jednak naprawdę bajkowo – oprócz kolorów urzeka celowe niedbalstwo, polegające na tym, że wiele elementów jest niesymetrycznych, dachy domów są krzywe i właściwie wszystko wydaje się lekko pokraczne. Większość budynków została poddana renowacji, ale my na przykład ujrzeliśmy jeden z ostatnich, który jeszcze nie doczekał się odnowy. Zabezpieczono go rusztowaniami, da się dostrzec wyblakłą farbę, niemalże zburzony środek i spróchniałe deski, które ledwie się trzymają. Bardzo ciekawy kontrast dla niemal idealnej całości.

Cena

Bilety wstępu w okresie letnim są uzależnione od dni tygodnia, kiedy odwiedzamy obiekt. W weekend za osobę dorosłą zapłacimy 18 euro, natomiast w tygodniu o połowę taniej. Niestety dowiedzieliśmy się o tym za późno, ponieważ już w momencie, gdy wychodziliśmy z ośrodka. Troszkę więc chodziło to za nami do końca wyjazdu, bo jednak warto byłoby te dodatkowe pieniądze mieć, aczkolwiek samego wstępu i odwiedzin absolutnie nie żałujemy. Zabawiliśmy tam około trzech godzin; wydawałoby się, że to wręcz niemożliwe, a jednak czeka nas sporo atrakcji. W cenie biletu otrzymujemy darmową pocztówkę i popcorn, które później możemy odebrać na trasie.

Dostępne obiekty

Wbrew pozorom nie podziwiamy obiektów tylko z zewnątrz – bardzo często istnieje możliwość wejścia do środka domku. Część z nich została przerobiona na kino, restaurację, toalety czy sklepy z pamiątkami, ale do niektórych zaglądamy, by obejrzeć zdjęcia z planu filmowego, zbiory figurek i pluszaków, a także rekwizyty, które zostały użyte podczas nagrywania musicalu.

Istnieje też specjalna strefa z grami, gdzie możemy uzupełniać drewniane układanki, grać w warcaby, kółko i krzyżyk i tym podobne. Znajdują się tam jednak także nieco bardziej skomplikowane obiekty, które umożliwiają nam rywalizację – na przykład tor przeszkód, gdzie musimy przejść trasę pomiędzy gęsto zawieszonymi nitkami z dzwoneczkami. Celem jest niewywołanie dźwięku żadnego z nich, ale mimo naszych małych rozmiarów okazało się to dosyć trudne. Jeszcze ciekawszą opcją jest toilet game, gdzie pod ścianą ustawiono wystylizowane kibelki i narysowano na nich celownik, do którego musimy rzucać prawdopodobnie papierem toaletowym, by zamknąć klapę. Rozgrywki na żywo nie udało nam się jednak zobaczyć. L Poleciłabym Wam również mini-golf, który znajduje się na miejscu, bo sama jestem wielką fanką i wspominam grę z sentymentem, jednak widać, że nikt już dawno o tę strefę nie zadbał. Tory są dość zdewastowane, krzywe, przeszkody przewrócone – a szkoda, bo miejsce kiedyś musiało wyglądać naprawdę ładnie. Rozegraliśmy dwa dołki na słońcu i poddaliśmy się, bo więcej tam było wściekania się niż zabawy.

Iluzje optyczne i zabiegi filmowe

Poddaliśmy się też iluzjom optycznym dzięki domkowi z krzywą podłogą. Tego zabiegu ponoć bardzo często używano w filmie, by zniekształcić perspektywę widza. Polegało to na tym, że domek był idealną bryłą, natomiast kafelki w środku układano w taki sposób, by jedna osoba stała dużo wyżej niż druga. Na ujęciach więc wyglądało to w ten sposób, że obie postacie stoją na równej powierzchni, natomiast jedna ma sufit tuż nad głową, podczas kiedy drugiej brakuje do niego jeszcze grubo ponad metr. Chcieliśmy przedstawić Wam to na zdjęciu, niestety brakowało nam trzeciej osoby do strzelenia fotki, plus w środku było na tyle ciasno, że i tak nie dałoby rady jej zrobić. Musicie więc sami pojechać na miejsce i dowiedzieć się, co mam na myśli.

Oprócz rozrywki, którą zapewniamy sobie sami, możliwe jest obejrzenie inscenizacji odgrywanych przez pracowników wioski. Występują nie tylko na scenie, ale też zaczepiają przypadkowych przechodniów; z jednej strony to gratka dla dzieciaków, z drugiej my jako dorośli czuliśmy się dosyć nieswojo w tego typu interakcji, bo właściwie tylko stoimy i patrzymy, jak postacie przerzucają się zdaniami na twój temat. Jeśli chcemy być takim biernym widzem, to najlepiej udać się do kina, gdzie pokazana została historia powstania musicalu i wioski w języku maltańskim lub angielskim.

Kąpiel w zatoce

Duża zaleta – na miejscu możemy się również wykąpać w zatoce, mamy darmowy dostęp do materacy z baldachimami oraz dmuchanych atrakcji w wodzie. Trzeba więc przyznać, że może i cena za wejście jest wysoka, zwłaszcza w weekend, ale zyskujemy dużo możliwości (za które zwykle dodatkowo się płaci, jeśli na przykład kąpiemy się w jakiejś zwyklej zatoce). Co zabawne, kawałek dalej od brzegu znajduje się jakby betonowe molo, które nie należy już do wioski. Można pod nie podjechać samochodem, więc jeśli ktoś uparłby się na płynięcie wpław, to mógłby dostać się do atrakcji całkowicie za darmo, chociaż to nieładnie 😉

Ostatecznie polecamy, pod spodem podrzucam jeszcze kilka zdjęć na zachętę:

Malta National Aquarium – cena, obiekty i ciekawostki

Drugie płatne miejsce, które jest mocno rozsławione na Malcie, to Narodowe Akwarium (Malta National Aquarium). Jeśli posiadacie miejską kartę autobusową Tallinja Explore, o której pisałam TUTAJ, otrzymujecie z góry 3 euro zniżki od osoby na tę atrakcję. W czasach koronawirusa to nie obowiązuje, z racji tego, że bilety generalnie są znacznie tańsze. Wcześniej kosztowały 13,90 euro, obecnie 12,90, natomiast my weszliśmy jeszcze za 8/9 euro (dokładnie nie pamiętam, ale w tych granicach). Bardzo miła niespodzianka, mimo że na miejscu wciąż musimy przejść kilka procedur takich jak mierzenie temperatury czy nieustanne noszenie maseczki. Jedynym wyjątkiem jest pamiątkowe zdjęcie, gdzie możemy się odsłonić, chociaż to opcja płatna 3 euro i my z niej zrezygnowaliśmy. Jeśli chodzi o dodatkowe atrakcje, to na miejscu znajduje się też bistro i zewnętrzny plac zabaw dla dzieci.

Strefy akwarium

Co możemy zobaczyć wewnątrz akwarium? Całość jest podzielona na pięć, a tak naprawdę sześć stref. Przyznam jednak szczerze, że przechodząc z jednej do drugiej, nie odczuwało się zbyt dużej różnicy. Chodzi nie tyle o zmieniający się wystrój, co o typ zwierząt, które spotkamy za szkłem. Zwykle odzwierciedlają one faunę danej części Malty.

  1. Zachodnia linia brzegowa Malty (gdzie zobaczymy rekiny, które po jakimś czasie z powrotem wypuszcza się do morza; spotkało to już ponad 300 egzemplarzy i zostawia mocno pozytywne odczucia z racji tego, że zwierzęta nie są „więzione” w akwarium całe życie).
  2. Port Valetty
  3. Tropikalny ocean (dotyczy głównie oceanu Indo-Pacyfiku)
  4. Czasy romańskie (w tym miejscu odtwarza się wraki starożytnych statków, znajduje się tu również replika kotwicy św. Pawła)
  5. Gozo i Comino (czyli wyspy należące do Malty)
  6. Gady i płazy

Malta – wierzenia i kult świętych

Ciekawostka na temat punktu czwartego – wspominałam już, że mieszkaliśmy w Zatoce św. Pawła, tutaj mowa o replice kotwicy z jego statku, ale to nie wszystko. Wewnątrz akwariów można znaleźć nawet posąg przedstawiający jego podobiznę, podobnie jak podobizny innych świętych. Tego aspektu na Malcie akurat nie da się przeoczyć, kult świętych jest tam dostrzegalny na każdym kroku. Co chwilę natykamy się na kościoły, na rogu każdej ulicy czy nawet domu znajdują się posążki i figury postaci. Jest ich tak dużo, że w pewnym momencie zastanawialiśmy się, czy mieszkańcy wiedzą w ogóle, który pomnik uosabia którą osobistość. Podczas pobytu widzieliśmy przynajmniej cztery przedstawiające Jana Pawła II i być może jest to powód, dla którego maltańczycy odnoszą się bardzo przychylnie do Polaków. W wielu miejscach spotkamy też ojca Pio, odnalazł się nawet memoriał ku pamięci Maksymiliana Kolbe.

To Was pewnie zdziwi, ale mimo takiego podkreślania, mieszkańcy wyspy bazują też na kilku przesądach, które nijak mają się do chrześcijaństwa. Bardzo często chodząc po sklepach z pamiątkami czy odwiedzając porty, natkniecie się na charakterystyczny symbol, który widnieje nawet na kartach miejskich, a mianowicie na oko Ozyrysa. Do dziś uważa się, że umieszczając je na łódkach czy statkach, człowiek zabezpiecza się przed złymi warunkami na morzu i gwarantuje sobie bezpieczny powrót do domu. A nawet jeśli tak nie jest, to znak pojawia się wszędzie i nie ma osoby, która by go nie skojarzyła.

Dostępne obiekty i atrakcje

Podsumowując jednak całokształt zwiedzania – zajmie Wam ono koło dwóch godzin i jest warte swojej ceny. Napotkacie bardzo wiele gatunków ryb, których pewnie nigdy dotąd nie widzieliście (na przykład rybę w brokacie). Szkoda tylko, że na miejscu nie ma tabliczek informacyjnych na temat danych gatunków. Wiem, że ludzie i tak niewiele by zapamiętali, ale czasem warto nauczyć się nowych nazw czy choćby zaspokoić ciekawość. Znajdziemy za to bardzo dużo wystaw poświęconych problemowi śmiecenia – na przykład, że kiedy śmiecimy, pojawiają się szczury, a te z kolei zjadają jaja mew, dlatego powinniśmy się tego wystrzegać.

Sam wystrój jest jednak mocno dopracowany, a obiekt zadbany – widzieliśmy, jak obsługa na bieżąco czyści terraria. Pamiętam, że akurat szukałam w jednym z nich żab czy innego żyjątka, w każdym razie ciężko było mi je znaleźć. Patrzę po bokach, na dole, u góry… i kiedy uniosłam wzrok, zobaczyłam twarz jakiegoś mężczyzny. Jak ja się wystraszyłam! A okazało się, że pracownik akwarium po prostu uniósł klapę i wrzucił do środka jedzenie. Widać było, że ma ze mnie niezły ubaw, ale zaraz potem i ja, i Szymon wybuchliśmy śmiechem.

W tej samej strefie możemy podziwiać też kameleona, legwany czy węże, ale mnie najbardziej utkwiło w głowie maleńkie stworzonko, które nie mam pojęcia, czym było. Trochę jak nierozwinięta do końca żaba, troszkę jak chodzący glutek, ale zainteresowanie ludźmi przejawiał ogromne. Siedział dokładnie po drugiej stronie akwarium, a kiedy dotknęliśmy palcem szyby, z prędkością światła przybiegł/podpełzł(?) do nas i patrzył wyłupiastymi oczkami. Może nie jest najpiękniejszy, ale spójrzcie na niego:

Na miejscu spotkamy również szklany tunel – jeśli byliście w zoo we Wrocławiu, to wiecie, o czym mowa. Nie był może najbardziej okazały, z jakim się spotkałam, ale widoki i tak wspaniałe. Bardzo fajnie wyglądało to zwłaszcza na filmikach, bo rekiny podpływały bardzo blisko i idealnie trafiały w kadr. Wszystkie stworzenia są dosłownie na wyciągnięcie ręki, a my możemy poczuć się przez chwilę tak, jakbyśmy byli pod wodą razem z nimi. Super uczucie, polecam się wybrać.

Parki wodne Malty

Trzecie miejsce, a może raczej miejsca, o których chciałabym wspomnieć, to Splash & Fun Water Park oraz Bugibba Water Park. Jeśli samo morze to dla Was za mało, przeszkadzają Wam w większości kamieniste plaże i brak przestrzeni dla dzieci, to wybór tej opcji wydaje się zrozumiały. Niestety wiele miejsc do kąpieli na Malcie ma to do siebie, że bardzo szybko z płycizny przechodzimy na głębię, gdzie nie dotykamy stopami dna, a wiadomo, z maluchami to zawsze odrobina strachu i non-stop trzeba mieć je na oku. My tą kwestią jeszcze nie musimy się przejmować i z tego względu odpuściliśmy sobie tę przyjemność, ale widzieliśmy oba parki z zewnątrz i pozwolę sobie na naskrobanie krótkiej opinii o każdym z nich.

Bugibba Water Park

Jeśli już gdzieś bym się udała, to raczej do Splash, przede wszystkim dlatego, że Bugibba jest dosyć mała, właśnie zaprojektowana mocno pod szkraby. Kilka psikawek, jakichś małych zjeżdżalni, no ale przynajmniej mamy gwarancję bezpieczeństwa i wiemy, że dziecko zajmie się sobą lub rówieśnikami. Na pewno dużą zaletą parku jest to, że nie uiszczamy żadnej opłaty za wstęp. W dodatku znajduje się bardzo blisko linii brzegowej, dlatego można połączyć to z nurkowaniem i kąpielą w morzu tak, by zarówno dzieciaki, jak i rodzice mieli jakąś nagrodę.

Splash & Fun Water Park

Splash z kolei ma atrakcje zaprojektowane bardziej pod dorosłych, zjeżdżalnie są wyższe i poziom trudności wzrasta. Na miejscu mamy możliwość wykąpania się w kilku basenach– relaksacyjnym, rwącej rzece czy zbiorniku ze sztucznymi falami. Chętni mogą też pójść na trampoliny. Dla dzieci przewidziano park dinozaurów czy uczestnictwo w animacjach, utworzono też specjalny park rozrywki z karuzelami oraz autkami. Jak można się domyślić, z racji wielkości i bogatej oferty tutaj już musimy płacić za wstęp. Całodniowy bilet kosztuje 22 euro, natomiast półdniowy (po godzinie 15.00) 15 euro, co jednak stanowi spory wydatek. Trzeba więc zastanowić się, czy mimo dostępu do morza zależy nam na rozrywce w postaci zjeżdżalni i podwyższonej adrenaliny, czy jednak stawiamy tylko i wyłącznie na ochłodę, a zaoszczędzone pieniądze na planujemy przeznaczyć na coś innego.

Mediterraneo Marine Park

Zaraz obok Spash & Fun Water Park znajduje się Mediterraneo Marine Park, który my zostawiliśmy sobie na ostatni dzień pobytu, nim wyjechaliśmy na lotnisko. Wylot mieliśmy dopiero wieczorem, więc stwierdziliśmy, że to będzie świetna opcja, żeby przez cały dzień nie targać ze sobą bagaży podczas zwiedzania i by nie spiec się jeszcze bardziej na plaży. Pomyśleliśmy, że usiądziemy przy zwierzętach i będziemy czekać na występy oraz porę karmienia. Na miejscu nie ma zbyt dużo okazów, więc to oszczędzało nam ciągłych wędrówek z jednego końca parku na drugi – znajdziemy tam jedynie lwy morskie, papugi, delfiny, gady oraz żółwie.

Cena

Bilety wstępu są absurdalnie drogie, dlatego też woleliśmy odłożyć ten wyjazd jak najpóźniej i rozeznać się, ile zostanie nam pieniędzy. To wszystko dlatego, że nie tylko możemy oglądać zwierzęta, ale też dokonywać z nimi interakcji i w ten sposób wydać nawet 150 € za pakiety. Czy byliśmy aż tak szaleni? No niespecjalnie. Dlatego zdecydowaliśmy się na kupno samego wejścia za 16 euro od osoby… prawie.

(Nie)atrakcje

Każdy taki morski park, w którym byłam do tej pory, działał dokładnie na takiej zasadzie, jak przedstawiłam Wam to powyżej. Troszkę można przyrównać to do zoo, gdzie podziwiamy zwierzęta, a w specjalnie wyznaczonych godzinach oglądamy pokazy treserskie czy karmienie. Mediterraneo Marine Park jest pod tym względem wyjątkiem i Szymon jeszcze kilka razy tego samego dnia powtarzał mi, że miałam nosa i nie zgadzałam się na kupno biletów online. Dlaczego? Gdy tylko podeszliśmy do kasy, pani pokazała nam specjalną mapkę obiektu i zaznaczyła godziny, kiedy są następne pokazy zwierząt. Jest sesja poranna i popołudniowa, w której wszystkie pokazy się powtarzają. My trafiliśmy akurat na lukę, którą uzupełniały lwy morskie – jak się okazało, to wcale nie oglądanie ich, a możliwość zrobienia sobie z nimi zdjęcia, za co trzeba dopłacić, bo bilet nie pokrywa wszystkich kosztów. Podziękowaliśmy i stwierdziliśmy, że zaczekamy na inne zwierzęta, na co pani mówi, że musimy czekać na zewnątrz, bo zwierzęta ogląda się tylko i wyłącznie na pokazach o wyznaczonych godzinach, a tak ogólnie to nie można. Nie wiem, czy zamykają trybuny, czy zwierzęta, ale ta opcja wydała nam się zupełnie abstrakcyjna. Co prawda można wychodzić i wchodzić do parku danego dnia na ten sam bilet, no ale halo. Stanęło na tym, że możemy coś obejrzeć najszybciej za dwie godziny, potem znowu musimy czekać i tak w kółko. Ostatecznie podziękowaliśmy, bo jakoś nie widziało nam się na siłę kupować biletów tylko dlatego, że tak założyliśmy wcześniej. Generalnie nie polecamy, pierwszy raz spotkaliśmy się z podobnymi zasadami i raczej nie pozostawiło to w nas pozytywnych wrażeń.

I tą przestrogą kończymy nasz dzisiejszy wpis. W następnym skupimy się na atrakcjach w samej dzielnicy Bugibby (zarówno płatnych, jak i nie) – już może nie tak drogich i rozsławionych, ale wciąż wartych wspomnienia. Mam nadzieję, że dzięki nam zdobyłeś kilka pożytecznych informacji i zajrzysz do następnej części wpisu. A w czasie czekania możesz zerknąć na mojego fanpage’a na Facebooku lub Instagrama. Odnośniki na górze po prawej, zapraszam! 🙂

Malta cz.2 – Jakie dokumenty trzeba uzupełnić na lotnisku, co różni oba kraje i jak radzić sobie z upałem?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-dniowej wyprawy na Maltę we dwoje. Jest kontynuacją poprzedniego, ogólnoinformacyjnego, ale też nic nie stoi na przeszkodzie, żeby czytać od tego miejsca. Tutaj poruszymy kwestię tego, jak zmieniła się sytuacja na lotniskach pod kątem pandemii, a także nakreślimy parę pierwszych skojarzeń czy wspomnień tuż po przybyciu na wyspę. Nie zabraknie również sprawdzonych sposobów na nieustające upały, zapraszam!

Jako że wylot mieliśmy koło godziny 15.00 z Poznania, a na odprawie chcieliśmy zjawić się po 13.00, nasza podróż zaczęła się już z samego rana. Śmialiśmy się nawet, że krócej lecimy na maltańską wyspę niż dojeżdżamy nad maltańskie jezioro (tak, w Poznaniu jest jezioro, które nazywa się Malta). Zanim dotarliśmy do Opola, przesiedliśmy się na pociąg, zjedliśmy przy Poznaniu Głównym i zatrzymaliśmy się w autobusie nr 159 na lotnisku, minęło pięć godzin. Lot na Maltę trwał tylko 2,5 h, więc pestka. Jak jednak wyglądała cała wcześniejsza procedura?

Jakie zmiany pandemia wniosła na lotniskach?

Zarówno w pociągu, na lotnisku, jak i w samolocie trzeba mieć nieustannie założoną maseczkę. Wyjątkiem są jedynie punkty gastronomiczne, w których na czas jedzenia można z tego obowiązku zrezygnować. Czy w praktyce wszyscy się do tego stosują? Nie mają wyboru, chociaż większą dyscyplinę dostrzegliśmy podczas lotu. W innych przypadkach ludzie raczej odchylają maseczki, kiedy tylko mogą, no chyba że konduktor zwróci im uwagę albo sami mają na tyle przyzwoitości, by w porę się schować. Trochę to już niestety pic na wodę, zwłaszcza że co chwilę je zakładamy, zdejmujemy i wszyscy używają tej samej maseczki przez miesiąc, ale powiedzmy, że osiągamy efekt placebo i czujemy się względnie bezpieczni. W samolocie stewardowie i stewardessy kontrolują to znacznie częściej i raczej rzeczywiście wszyscy siedzą zamaskowani.

Podczas odprawy zmienia się niewiele, poza faktem, że mocno zaleca się teraz odprawy online. Ja jestem akurat ich zwolenniczką niezależnie od sytuacji epidemicznej, bo po prostu zaoszczędzają mnóstwo czasu. Wystarczy najwcześniej na dwa tygodnie przed odlotem zalogować się na konto, z którego kupowaliśmy bilety lotnicze (lub wpisać unikalny numer rezerwacji w przypadku braku konta), od razu uzupełniamy wszystkie informacje z naszych dokumentów, wybieramy miejsce do siedzenia i ewentualnie dokupujemy jakieś dodatkowe pakiety. Zwłaszcza w przypadku bagażu podręcznego ta opcja sprawdza się znakomicie, bo nie potrzebujemy w ogóle podchodzić do stanowiska odpraw, co zaoszczędza jakieś 40 minut naszego czasu. Jak zwykle jednak polecam zjawić się na lotnisku wcześniej, a nie na styk, bo po co się denerwować?

W Polsce, jeszcze zanim zacznie się gorączka kontroli, przechodzimy przez pierwszą bramkę i jesteśmy poddawani mierzeniu temperatury. Proces jest dość zabawny, bo nie przebiega tak jak wszędzie indziej, tj. poprzez nakierowanie elektronicznego termometru na czoło. Bramka ma specjalnie wbudowany termometr, który sprawdza nas poprzez… wewnętrzną część ręki tuż przy nadgarstku. Być może jest to jakiś sposób, by zminimalizować prawdopodobieństwo wystąpienia gorączki lub sprzęt zaprogramowano tak, by nieco zaniżał wyniki, bo dosłownie każdy, kto poddawał się pomiarowi, odbiegał od normy mimo upału. Mnie pokazało 36,0℃, Szymonowi 35,5℃, a mężczyźnie przed nami jeszcze mniej. Może to przypadek, podejrzewam jednak, że mimo wszystko każdy stara się uniknąć zamieszania i mieć jak najmniejsze prawdopodobieństwo zatrzymania zakażonego. Oczywiście mogę się mylić, to tylko luźno rzucone przemyślenia.

Przechodzenie przez bramki wykrywające metal nie zmieniło się ani trochę, poza faktem, że pudełka, do których wkładamy bagaże podręczne i elektroniczne urządzenia, są teraz każdorazowo dezynfekowane, przez co często są po prostu mokre, kiedy coś do nich wkładamy. Troszkę głupio, zważając na fakt, że to najczęściej telefony, aparaty i laptopy, no ale wilgoci raczej nie ma na tyle, by sprzęt uległ uszkodzeniu. W Polsce przy okazji tego procesu cały czas przestrzega się odległości między pasażerami i wszystko przebiega raczej w dużym pośpiechu, na Malcie odczuwałam mniejszą presję w tej kwestii. Tutaj też muszę się pochwalić – kto pamięta nasze islandzkie wpisy, ten wie, że nigdy nie przeszłam niezauważona przez bramkę wykrywającą metal, przeszukiwali mi też bagaż podręczny i zrobili test na obecność substancji wybuchowych. Po tamtych zajściach po raz pierwszy stresowałam się kontrolą – zupełnie bezpodstawnie, dokładnie tak jak przy każdej bramce sklepowej. I wiecie co? Udało mi się przejść bez zatrzymania i to dwukrotnie! 😀

Jeśli chodzi o samolot, to pozostało zaledwie kilka miejsc wolnych. Ruch na lotnisku co prawda wydawał się mniejszy niż zwykle, ale nie aż tak, żeby robiło to przytłaczające wrażenie. Co za tym idzie – na Malcie wśród turystów spotykało się w 95% Polaków. Czasem dało się zobaczyć jakiegoś Brytyjczyka lub w trakcie rozmów ktoś przyznawał, że jest z Włoch lub Macedonii, ale przeważnie jednak byli to Polacy. Nie ma natomiast co ukrywać, że ciężko odróżnić rodowitego Maltańczyka od przyjezdnych, którzy osiedlają się tam na stałe lub w celach sezonowej pracy. Wszyscy są jednak mili i pomocni, a ja coraz częściej przychylam się ku teorii, że narody, które większość roku mają ciepło oraz słońce, są po prostu szczęśliwsze.

Dokumenty wypełniane na lotnisku

W przypadku podróży samolotowych należy zwrócić uwagę na wymogi, które stawia przed nami każde państwo. Przykłady wielu z nich podałam przy okazji pierwszego wpisu – Malta pod tym względem jest dość ulgowa. Ja informacje czerpałam głównie ze strony gov.pl i tutaj warto zwrócić uwagę na jedną istotną rzecz, której z tej czy podlinkowanych stron nie wyczytamy. Generalnie jest tak, że po przylocie musimy uzupełnić dwa dokumenty, z tym że oficjalny przekaz podaje, iż uzupełniamy je już na lotnisku. No… tak, to prawda, tylko wydaje mi się, że zupełnie odrębne wyobrażenie miał ktoś, kto zamieszczał informacje na stronie i zupełnie inne ma przeciętny czytelnik. Na lotnisku nie oznacza, że wysiadamy z samolotu i udajemy się po odbiór bagażu, przy okazji wypełniając jakiś druk. Zostajemy na swoich miejscach i nie możemy opuścić swojego siedzenia tak długo, aż nie uzupełnimy dokumentów. Przyznaję, nie przewidzieliśmy takiej opcji i nawet nie mieliśmy ze sobą długopisu – nie rozdawano ich także na pokładzie, więc wyszliśmy jako jedni z ostatnich, czekając, aż ktoś życzliwy się z nami podzieli.

Jakie to właściwie były dokumenty? Po uzupełnieniu pierwszego z nich mogliśmy udać się na halę i uzupełnić drugi (tam już były długopisy). Pierwszy, czyli the Public Health Travel Declaration Form, obowiązuje tylko na Malcie, w Polsce nie musieliśmy go już uzupełniać. To taka ogólna ankieta z danymi osobowymi, podpisami i pytaniami o wyjazdy w ciągu 14 ostatnich dni. Drugi dokument, the Passenger Locator Form, jest znacznie dłuższy, w dodatku uzupełniamy go po krateczkach – nasze dane, dane członka rodziny do kontaktu, dane osób, z którymi podróżujemy, adres zamieszkania w Polsce, na Malcie, numer lotu, siedzenia – dosłownie wszystko, co może pomóc nas zidentyfikować w przypadku, gdyby okazało się, że któryś z pasażerów naszego samolotu był zakażony. W takim przypadku po uzyskaniu wiadomości e-mail bądź telefonu jesteśmy zobowiązani przejść kwarantannę i z naszych wakacji nici. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca.

Co na plus w przypadku Malty – jeśli podróżujemy grupą/parą, wystarczy uzupełnienie jednego dokumentu i zamieszczenie imienia oraz nazwiska partnera. Obsługa lotniska zezwala też na zostawienie kilku pustych pól, które i tak pewnie nie mają zbyt dużego znaczenia. Po przylocie do Polski uzupełniamy wszystko, w dodatku w tylu sztukach, ile jest osób. Pocieszający jest fakt, że możliwe jest wcześniejsze wydrukowanie dokumentów i uzupełnienie ich, a po wylądowaniu po prostu zostawia się je u stewardessy – nie trzeba czekać na kopię, którą ona rozdaje.

Po przylocie na Maltę nie mierzy się temperatury, przy wylocie również się z tym nie spotkaliśmy, co nie znaczy, że nigdy nas to nie spotka. Nie ma jednak czemu się dziwić – sytuacja epidemiczna jest już zjawiskiem niemalże wymarłym na Malcie (czasem 1, czasem 3 przypadki na tydzień), więc i ostrożność nie jest już tak przesadna. Oczywiście maseczki nosimy w każdym środku transportu i zamkniętym pomieszczeniu, ale raczej przymyka się oczy na zsuwanie maseczki z nosa podczas upału.

Kontrole autobusowe

Tutaj nasuwa mi się sytuacja, kiedy na pokład autobusu wszedł kontroler. Nie był to kanar, tam taka posada chyba w ogóle nie istnieje ze względu na to, że wchodzimy do środka zawsze przednim wejściem i odbijamy bilet u kierowcy. Czytnik wydaje dwa rodzaje piknięć – jedno potwierdzające, jeśli bilet ma jeszcze termin ważności, drugie negatywne, jeśli bilet się wyczerpał. Albo więc kupimy nowy, albo nie wsiądziemy – troszkę to działa jak nasze PKS-y. Oczywiście kierowca jest oddzielony ścianą z pleksi, ale i tak zdziwiło nas, że w Polsce ten aspekt rozwiązano w zupełnie inny sposób. No, w każdym razie kontroler wsiadł na pokład w momencie, kiedy ledwie kto miał na twarzy maseczkę. Szedł przez środek autokaru, wskazywał ludzi i powtarzał: „Mask, mask, mask”. Szczerze mówiąc, mentalnie przyszykowałam się już na grad mandatów, podczas kiedy… mężczyzna usiadł na przedzie, spojrzał na wszystkich ostatni raz i wysiadł na najbliższym przystanku bez słowa. Nie mieściło nam się to w głowach – w Polsce na pewno nie przeszłoby to bez echa.

Różnice w procedurach – Polska vs Malta

Kontrole na bramkach na lotnisku w przypadku Malty też są raczej lżejsze, ale procedury postępowania nieco różnią się od tych w Polsce. Przykład? Laptop w Polsce musi przejść przez skan otwarty, na Malcie wręcz przeciwnie. Płyny w Polsce muszą być opakowane w przezroczyste pojemniki (jak wszędzie zresztą), a ich pojemność jest skrupulatnie sprawdzana, natomiast na Malcie porozmawialiśmy z obsługą, że przewozimy dwa razy po trzy maleńkie buteleczki lokalnych likierów na prezent, że są ładnie zapakowane i czy możemy ich nie wyciągać z opakowania, no i nie było z tym żadnego problemu, mimo że nie zakupiliśmy tego towaru w strefie bezcłowej, wiadomo. Myślę jednak, że nie raz mieli już podobną sytuację i z jednej strony może nie do końca dobrze, że przymyka się na to oko, z drugiej i tak rzeczy przeszły przez skan i fajnie, że nie traktuje się każdego turysty jako potencjalnego przestępcy.

Pierwsze spojrzenie na Maltę

Myślę, że temat kontroli i lotniska mamy zamknięty – jakie w takim razie były nasze pierwsze wrażenia w chwili zobaczenia wyspy z góry? Szczerze? Dość… nijakie, przede wszystkim dlatego, że wszystko wydaje się żółte i jałowe. Lato na Malcie jest bardzo upalne i pozbawione deszczu; średnia opadów w lipcu wynosi 0 dni, w czerwcu, sierpniu i wrześniu 1. Rzeczywiście, dopiero w połowie pobytu zobaczyliśmy pierwszą chmurę nad głowami. Bardzo często widać je gdzieś dookoła, na horyzoncie, ale jakby wyspa ich do siebie nie dopuszczała. Roślin, które przetrwały taki klimat, jest naprawdę niewiele – przeważnie dojrzałość ich owoców przypada na przełom sierpnia/września, więc też na tym nie skorzystaliśmy.

Większość wyspy pokrywa kamień, który dodatkowo akumuluje ciepło i zabiera miejsce na zieleń, jednak mieszkańcy Malty radzą sobie z tym problemem coraz lepiej, hodując pnącza w donicach. Bardzo często obrastają one budynki i są niesamowicie kwieciste – widok nieraz zapiera dech w piersiach. Najlepszym jednak potwierdzeniem na to, że ciężko o bujną roślinność, jest wypalona i nijaka trawa, co od razu wpływa na posturę spotykanych czasem koni. Możecie zapomnieć o widoku umięśnionych, jurnych ogierów, który często zastajemy w Polsce. Zwierzęta są wręcz wychudzone i po prostu wyglądają mizernie, przynajmniej przez te letnie miesiące.

Jak radzić sobie z upałem?

Skoro upał jest tak dojmujący, to jak poradzić sobie ze zwiedzaniem w takich warunkach? Cóż, jest wiele gorętszych krajów, gdzie przecież życie nie stoi w miejscu. Wystarczy znaleźć odpowiedni patent i my zamierzamy się z Wami kilkoma podzielić.

  1. Klimatyzacja bądź wiatrak to rzecz święta – niekoniecznie dwa na raz, ale warto celować w zakwaterowanie z którymkolwiek z nich, bo bywały noce, że przepływ powietrza mimo otwartego okna był po prostu zerowy.
  2. Słomiany kapelusz – przyznam, że temat głowy właściwie zawsze olewam, ale mając ciemną karnację i ciemne włosy, czasem jest to strasznym utrapieniem. Plus podczas plażowania spaliłam sobie przedziałek, bo niestety moja głowa jest jedyną częścią ciała nieodporną na słońce.
  3. Podróżując, zawsze miejcie na sobie strój do kąpieli, a w plecaku ręcznik plażowy – nie damy rady przez tyle dni chować się w zamkniętych pomieszczeniach od godziny 12-15, zwłaszcza jeśli planujemy dłuższą podróż. Malta jest o tyle cudowna, że prawie każde miejsce warte zobaczenia jest usytuowane nad morzem lub blisko niego. Żaden problem – chwila zwiedzania, później czas na kąpiel i ochłodę, a potem znowu można zwiedzać. W przeciwnym wypadku człowiekowi może zrobić się po prostu słabo.
  4. Przerwa na mrożoną kawę bądź Slushy (czyli tzw. granitę, coś na wzór sorbetu lodowego) – dostępne praktycznie wszędzie, przeważnie też niedrogie (max. 4 euro w najgorszych wypadkach), chłodzi i daje człowiekowi poczucie nagrody po długim chodzeniu.
  5. Filtry do opalania i balsam na schodzącą skórę – koniecznie! Aż do samego końca powrotu do Polski. My spaliliśmy się właśnie ostatniego dnia pobytu, siedząc w wodzie kilka godzin bez żadnego cienia. Mnie zeszło to za parę godzin (nawet bez smarowania), ale Szymon z jasną karnacją jeszcze przez cztery kolejne dni wyglądał jak raczek. Moją słabą stroną jest natomiast twarz – filtr 50 dla dzieci i tak nie wystarczał. Najlepiej więc zabrać ze sobą przynajmniej dwa – słabszy i mocniejszy (np. u nas była to 50 i 30), by opalać się stopniowo i bezpiecznie.
  6. Ostatnia porada, ale chyba najważniejsza i najbardziej sprawdzalna, która nam przynosiła ulgę za każdym razem – zamrożona woda. Nie mrożona, a po prostu zamrożona. Każdego dnia trzymaliśmy w domu dwie dwulitrowe butelki picia (koszt jednej ok. 0,7 euro). Jedna chłodziła się w lodówce do bieżącego użytkowania w godzinach rannych i wieczornych, gdy temperatura nie dawała się tak we znaki, natomiast druga leżała całą noc w zamrażarce, upita tylko parę łyków, by możliwe było później jej otworzenie. Rano zastawaliśmy bryłę lodu i chowaliśmy ją do plecaka, wcześniej szczelnie owijając w ręcznik plażowy jak zrolowany naleśnik. Dzięki temu, nawet chodząc w pełnym słońcu, woda roztapiała się dość powoli i miała ciągle w granicach 0℃. Skutkowało to tym, że na dnie zawsze znajdowało się kilka łyków do podziałki na dwoje, a te kilka łyków wciąż chłodziło się od wielkiego lodu pośrodku. Takie dwa litry idealnie starczają na cały dzień od rana do wieczora i są zimne aż do ostatniej chwili.

Na dziś to wszystko, mam nadzieję, że sprzedałam Wam jakieś patenty, których nie znaliście do tej pory i uspokoiłam zszargane nerwy tych, którzy martwili się o rygorystyczne kontrole i zawiłą papierologię na lotnisku. Wiadomo, że ograniczenia i wymogi utrudniają podróż, ale na pewno nie czynią jej niemożliwą. Jeśli zainteresował Cię powyższy materiał, to zachęcam do czekania na kolejny – tym razem o przysmakach i przekąskach, jakie możemy spotkać na wyspie! A żebyś nie doświadczył nudy – odwiedź mojego Instagrama i fanpage’a na Facebooku, tam zamieszczam na bieżąco relacje ze swoich poczynań podróżniczych; odnośniki po prawej u góry. 🙂

Malta cz.1 – Jak wylecieć ze studenckim budżetem, który środek transportu wybrać na wyspie i jakie zmiany uczynił COVID?

Informacje ogólne: Poniższy wpis rozpoczyna naszą relację z 9-dniowej podróży na Maltę zaraz po otwarciu granic dla Polski (10-19 lipca 2020). Wylecieliśmy razem z Szymonem, którego co prawda nie poznaliście z imienia, ale to właśnie z nim wyruszałam w każdą ostatnią podróż po Polsce i zapewne będzie się też pojawiać we wszystkich następnych. Podczas pobytu udało nam się zobaczyć właściwie wszystko, co zaplanowaliśmy, a nawet więcej. Spędziliśmy czas niesamowicie aktywnie po to, żeby przedstawić Wam jak najbardziej szczegółowy obraz wyspy. W tym wpisie kilka słów na temat samej Malty, dodatkowo przekażę Wam, jak koronawirus wpłynął na wiele aspektów podróżniczych, a także pojawią się sprawdzone sposoby na poruszanie się na wyspie. Nie obędzie się również bez kosztorysu. Cena może Was zaszokować, zapraszam! 😉

Jak nasz wylot doszedł do skutku?

Jestem jedną z tych osób, w których jakakolwiek wzmianka o koronawirusie wzbudza niemałą agresję. Zapewne znacie ten scenariusz; macie plany na cały rok, jeśli jesteś studentem, to załatwiasz sobie pracę na wakacje, przybywa Ci jednej wiosny i siłą rzeczy powinieneś się rozwijać… a tymczasem stoisz w miejscu, o ile się nie cofasz. Na każde pytanie o przyszłość odpowiadasz tylko i wyłącznie „nie wiem”, bo teraz żyje się bardziej z dnia na dzień, ma się więcej zmartwień i tak dalej. Sama zrobiłam kurs na pilota wycieczek w lutym, który miał być moim kolejnym krokiem w turystykę – chyba nie muszę wspominać, jak beznadziejne mam wyczucie czasu, prawda? Rozumiemy się.

W przypadku tego wyjazdu niestety o aspekcie pandemicznym wypada mi wspomnieć, ale może właśnie po to, by podnieść Was na duchu i pokazać, że stać nas jeszcze na przyjemności i wynagrodzenie sobie czasu kwarantanny, nawet mając mniejszy budżet – po prostu trzeba zrobić to bardziej spontanicznie, choć rozważnie. My właściwie aż do czerwca byliśmy święcie przekonani, że te wakacje spędzimy w domu, zwłaszcza obserwując statystyki zachorowań z naszego kraju i widząc, jak pesymistycznie zapatrują się na nas chociażby sąsiedzi. To miał być jednak nasz pierwszy wspólny wyjazd za granicę, taki dłuższy i odpoczynkowy, więc gdy tylko nadarzyła się okazja, po prostu ją złapaliśmy.

Kiedy potwierdzono informację o tym, że 1 lipca otwiera się na nas wiele krajów, od razu zaczęliśmy planować, z tym że dopiero na wrzesień – bo taniej, mniej ludzi, znośniejsza pogoda. I tutaj pojawiło się standardowo to magiczne „nie wiem”, bo przecież mówi się wiele o drugiej fali zachorowań i nawet jeśli nas by to mało obchodziło, to inne państwa mogą zamknąć się na nas powtórnie. Tak oto wybraliśmy termin najszybszy, jak tylko się dało, by mieć gwarancję, że wylecimy (o powrót martwiliśmy się już troszkę mniej) i wzięliśmy pod uwagę kilka państw: właśnie Maltę, Cypr, Grecję oraz Rumunię. Dlaczego odrzuciliśmy pozostałe opcje (w momencie wyboru był początek czerwca)?

Cypr – przede wszystkim dlatego, że konieczne było pokazanie na miejscu testu z negatywnym wynikiem na COVID, co oczywiście należy samemu sfinansować. Ponadto należy zająć się tym 48 godzin przed odlotem i musimy się stresować tym, czy te wyniki zdążymy dostać. Wymóg zniesiono, ale tak jak wspominałam; zależało nam na tym, by choć raz coś było pewne.
Rumunia – świetne ceny lotów i kosztów życia, tylko niestety na teren kraju nie wpuszczano turystów ze względu na stan alarmowy, który miał kończyć się dopiero w połowie czerwca i mógł zostać przedłużony. Również problem już zażegnany.
Grecja – tutaj mocno się wahaliśmy, bo akurat problemem były tylko wyrywkowe kontrole. Nie chodzi nawet o pomiar temperatur, ale o wykonanie testu na koronawirusa. Czekając na wyniki, trzeba spędzić dobę w hotelu tak, jakby było się na kwarantannie. Co do tego słyszeliśmy akurat różne opinie; część znajomych leciała i ponoć z niczym takim się nie spotkała, natomiast z relacji osób, które mieszkają tam dłużej, wynika, że różne przypadki mają miejsce. To pewnie też zależy od tego, czy mówimy o „głównej Grecji”, czy o wyspach. Malta jednak wydała nam się bardziej pewna, bo sprawdzania nie oferowała żadnego, a przypadek zakażenia pojawiał się tam może jeden bądź dwa na tydzień.

Kosztorys – Lot

Ceny lotów w tym okresie plasowały się na naprawdę niskim poziomie – wiele krajów w granicach do 300 zł w obie strony za jedną osobę, co nie jest tragedią (zwłaszcza jeśli chodzi o Cypr, gdzie bilety potrafiły być strasznie drogie). Malta wypadała pod tym względem nieco gorzej, dlatego wzięliśmy się na sposób i zaczęliśmy szukać inaczej. Okazało się, że planując wylot z jednego miasta w Polsce, a przylatując z powrotem do innego, koszty okazują się niższe – ponadto nie jesteśmy ograniczeni narzuceniami wyszukiwarek lotu, które zazwyczaj pokazują możliwość powrotu co drugi dzień bądź równo po tygodniu. Wiecie, chodzi mi o to, że nie mamy pełnej dowolności, bo część dni jest po prostu nieaktywna.

Ostatecznie więc skusiliśmy się na taką opcję:
Poznań-Malta koszt 116 zł od osoby + 19 zł za wybór miejsca w samolocie
Malta-Wrocław koszt (tutaj uwaga, w drodze powrotnej przyjmujemy walutę kraju wylotowego, czyli Malty, jaką jest euro): 42,99 euro na osobę + 4 euro za wybór miejsca
Łącznie za dwie osoby kosztowało nas to więc około 620 zł, czyli 310 zł za osobę na lot w dwie strony.

Tutaj mały kruczek, jako że podróżowaliśmy linią Ryanair. W ofercie na stronie widnieje informacja o tym, że istnieją dwa bagaże podręczne, które możemy wnieść na pokład. Standardowy o rozmiarach 40x20x25 cm oraz większy 55x40x20 cm. Okazuje się, że informacje są bardzo mylne, zależnie od tego, jakich dokładnie fraz użyjemy w wyszukiwarce Google. Jest wiele przedawnionych informacji czy blogów, które mocno mylą w tej kwestii. Dzisiaj, tj. 22 lipca, pojawia się już tabelka, która pokazuje, że duży bagaż podręczny nie jest w cenie. Ta zmiana została wprowadzona stosunkowo niedawno, więc jeśli leciałeś tą linią parę lat temu, warto się z tym zapoznać, żeby uniknąć nieprzyjemnej niespodzianki. Na pokład możemy zabrać jedynie mniejszą torbę czy plecak, chyba że dokupimy duży bagaż podręczny (cena ponad 100 zł). Możemy też wykupić pierwszeństwo wejścia na pokład, co kosztuje nas już tylko 48 zł (z Malty 14 euro) i uprawnia do dodatkowego bagażu. Wystarczy, że opcję dokupimy do jednego biletu i problem zażegnany. Skusiliśmy się na to, zwłaszcza że zależało nam na zabraniu sprzętu do nurkowania, więc dodatkowy koszt wynosił ok. 110 zł.

Kosztorys – Zakwaterowanie

Teraz rzecz najbardziej pieniądzo-chłonna, a więc zakwaterowanie. Jeśli zależy Ci na taniej opcji, to nie rzucałabym się na hotele, które za 9 dni kosztowały w granicach 2 tys. zł na dwie osoby. To nie tragedia, ale rzadko da się znaleźć tańsze opcje w sezonie – chyba że bardzo zależy Ci na wygodzie czy dodatkowym basenie i to nie gra dużej roli. Kwestia tego, co stawiasz sobie za priorytet. Jeśli natomiast masz „studencki budżet” i nie przeszkadza Ci obcowanie z nieznajomymi, to idealną opcją jest wynajęcie mieszkania przez Airbnb. Ceny są śmiesznie tanie (właściciele sporo je obniżali), a wybór spory. My znaleźliśmy pokój razem z prywatną łazienką w San Pawl il-Bahar u Mileny (zaraz przedstawię na mapce, czemu opcja okazała się genialna). Koszt za osiem nocy na naszą dwójkę wyniósł 820,77 zł (91,20 zł za noc) + 142,53 opłaty serwisowej. W niecałe 10 minut dochodziliśmy do głównego deptaku nad morzem z restauracjami i sklepami, pod samym mieszkaniem znajdował się Eurosaver z najważniejszymi produktami spożywczymi czynny nawet w niedzielę do godziny 23.00.

Właścicielka mieszkania bez pytań wysyła wszelkie niezbędne informacje oraz dokładne zdjęcia lokalizacji czy kodów do kłódki, żeby zabrać klucze do mieszkania. Miejsce jest czyściutkie i spore, bo oprócz naszego zawsze były zajęte jeszcze dwa pokoje. Rotacja okazała się na tyle duża, że po kilku dniach zastanawiałam się już, kto tak naprawdę z nami mieszka. Jednak bez obaw – pokój zamykany na klucz, więc nie ma się o co martwić. Jedyne, co warto mieć na względzie, to fakt, że w cenie nie ma klimatyzacji, a używanie jej za dzień wynosi 4 euro. Niby niedużo, ale to kolejny wydatek, więc my radziliśmy sobie z samym wiatrakiem w pokoju. Warto też zaopatrzyć się w Raida na komary, bo choć nie ma ich tyle co w Polsce, to są bardzo łakome i jeden potrafi wkuwać się milion razy, nie dając spać. Standardowo koło 3-5 w nocy budziliśmy się, bo wszystko nas swędziało. Albo po to, żeby zrobić kurs do lodówki i napić się zimnej wody. Albo dlatego, że zaraz obok naszego okna biegła rura od kanalizacji i gdy tylko ktoś mył ręce, brał prysznic albo (co było najgorsze), spuszczał wodę w toalecie, to dźwięk był taki, jakby wodospad wlewał się do pokoju. Pierwsze dni wzbudzało to w niedobudzonym człowieku trwogę 😀

Tutaj kilka zdjęć z oficjalnego ogłoszenia (profil na Airbnb), może ktoś będzie zainteresowany wybraniem sprawdzonej opcji, my serdecznie polecamy:

Lokalizacja – gdzie najlepiej spać?

Dlaczego mówiłam, że lokalizacja naszego mieszkania była idealna? Przede wszystkim warto wiedzieć, że Malta sama w sobie jest naprawdę mała – ma zaledwie 26 km2 więcej niż cały Wrocław! Potwierdzamy więc – jeśli nie macie zbyt dużo urlopu do wykorzystania, to tydzień aktywnego zwiedzania na wyspie naprawdę wystarczy; zarówno na atrakcje, zabytki, jak i plażowanie. Malta to nie tylko jedna wyspa, a trzy (cztery, jeśli chcemy być bardziej drobiazgowi). Idąc od największej, są to Malta, Gozo, Comino oraz przylegające do niego Cominotto. Transport pomiędzy poszczególnymi częściami został uwzględniony w komunikacji miejskiej – bilet na autobus wszędzie obowiązuje ten sam, a dodatkowo w części morskiej przewozi nas prom. Prawie idealnie, ale to „prawie” wyjaśnię za moment. Mając na względzie wszystkie te informacje, na chłopski rozum najlepiej byłoby ogarnąć nocleg w środkowej części Malty, może nieco bardziej na północ. Albo jeszcze lepiej! Kilka noclegów na Malcie, a kilka na Gozo. Generalnie odradzam i już tłumaczę czemu.

Na powyższej mapce fioletowa kropka to Luqa, gdzie znajduje się lotnisko, natomiast granatowa to mniej więcej nasza lokalizacja w Zatoce św. Pawła w dzielnicy Bugibba. Dojazd z jednego punktu do drugiego to około godzina. Wydawałoby się, że praktycznie tyle samo zajmie nam dotarcie do najdalszego zakątka Gozo, może troszkę więcej, biorąc pod uwagę, że płyniemy jeszcze promem. Jak jest w rzeczywistości? Byliśmy prawie na najdalej wysuniętym na północ skrawku Gozo dwa razy (raz wypoczynkowo, raz zwiedzając wyspę) i do mieszkania wracaliśmy… 2,5 godziny. Sęk w tym, że środki transportu nie są ze sobą zsynchronizowane. Większość z nich ucieka Ci sprzed nosa przy przesiadce i czekasz dodatkowo 20-30 minut, a czeka Cię to… 3 razy. Wyobraźcie więc sobie, co by się stało, gdyby mieszkać na południu Malty. To już chyba lepiej spać na plaży 😀 Jeśli decydowalibyście się jednak na nocleg na Gozo, doradzałabym może dwie noce, maksymalnie trzy. Więcej nie ma sensu, bo głównie zwiedza się jednak Maltę i po prostu się zamęczycie.

Transport – wypożyczenie auta

Tak jak wspominałam – możemy wynająć auto, ale trzeba godzić się wtedy na dwie nieprzyjemne rzeczy. Pierwsza to oczywiście cena (wysoka cena za samochód i mało komfortowe warunki jazdy lub bardzo wysoka cena i wygodna jazda), natomiast druga to warunki panujące na drodze. Na Malcie obowiązuje ruch lewostronny i niby mówi się, że szybko da się do tego przyzwyczaić. Pewnie za kierownicą rzeczywiście tak jest, jednak ja jako pieszy aż do ostatniego dnia w chwilach zagapienia myślałam, że autobus podjedzie z drugiej strony. Na Malcie też niewiele osób przejmuje się zarysowaniami, wgnieceniami czy jakimiś odpryskami. Parkuje się praktycznie wszędzie, bardzo mało spotkamy miejsc, gdzie widnieją zakazy i groźby odholowania. Ludzie stają dosłownie na każdej uliczce, parkowanie równoległe jest na Malcie królową, a na regularny parking natknęliśmy się może dwa razy. Wielu kierowców ma wprawę, dwa razy rusza kierownicą i stoi, natomiast inni (zwłaszcza dostawczaki), wykręcają na milion razy, a później i tak odjeżdżają szukać innego miejsca. Ulice są bardzo ciasne, niejednokrotnie autobusy wymijają się dosłownie na styk. Byliśmy świadkami, jak na zakręcie brakowało dosłownie pół centymetra, jeśli nie mniej, do baaardzo długiego zarysowania całej szyby. Kierowcy jeżdżą dość szybko nawet na serpentynach, ale fakt faktem nie denerwują się i nie używają klaksonu zbyt często… przeważnie w ramach pomocy. Raz widzieliśmy, jak auto próbowało zaparkować i zagradzało przejazd kierowcy autobusu. Nie było nikogo na siedzeniu pasażera, widoczność ograniczona, więc gdy tylko auto dojeżdżało tyłem do przeszkody, z autobusu rozlegało się „piii-biiip!” w ramach ostrzeżenia. Strasznie nam się to podobało.

Transport – komunikacja miejska

Jeśli mimo przeciwności losu wciąż jesteś nastawiony na poruszanie się po Malcie wypożyczonym samochodem, to super, gratuluję też odwagi. Ci, którzy pozostają miłośnikami transportu miejskiego, muszą się jednak przygotować na to, że nie zawsze jest różowo i nie ma tu rozwiązania idealnego. Rzecz najważniejsza – autobusy bardzo lubią się spóźniać. Może nie tak, że wypadają z kursu, ale zwykle 5-25 minut trzeba odczekać, zależnie od pory dnia. Zazwyczaj to ten niższy pułap, ale punktualność jest raczej rzadko spotykana. Druga kwestia – maltańscy kierowcy w 80% nie znają pojęcia energooszczędnej jazdy. W skrócie; lubią uderzać po gazie i hamulcu z dużą zawziętością, nawet stojąc w korku, tak że czasami pasażer czuje się jak worek ziemniaków. A jak ziemniak ma chorobę lokomocyjną (czytaj: ja), to z większości kursów, które trwają zazwyczaj 20 min–1 godz. wysiada z mdłościami. Minusem jest też to, że sieci autobusowe nie są poprowadzone wszędzie – do niektórych atrakcji trzeba przejść nawet pół godziny w upale i to bardzo męczy, zwłaszcza jeśli idziemy pod górę.

Mówię jednak, że jedna opcja wychodzi drożej, druga taniej, ale jakie są realne różnice w cenach? Za wynajem auta pokroju Kii Pikanto musimy liczyć przynajmniej 260 zł (przejechaliśmy nim dookoła Islandię, więc Malta nie powinna być wyzwaniem – relacja z tego wydarzenia dostępna TUTAJ) + paliwo. Trzeba więc pogodzić się przynajmniej z wydatkiem rzędu 500 zł, dodatkowo na stronach wypożyczalni często widnieje informacja o możliwych dodatkowych opłatach dla osób poniżej 30-tego roku życia. Jeśli zaś chodzi o komunikację miejską, to mamy do wyboru kilka opcji

  1. Kupujemy każdorazowo bilet u kierowcy (2 euro w dzień, 3 w nocy, jeśli chodzi o lato – totalnie nieopłacalne dla bardzo mobilnych osób)
  2. Kupujemy bilety w automatach lub biurach Tallinja Explore (lista dostępnych ośrodków znajduje się TUTAJ, dwa z nich są na lotnisku, więc warto załatwić temat od razu, ale UWAGA! Agenda Bookshop ze względu na koronawirusa jest zamknięta. Karty możemy jednak dostać nawet w zwykłych sklepach i raczej nie ma z tym problemu). Rodzaje kart:
  3. Tallinja Card Explore (21 euro) – karta uprawniająca do nielimitowanych podróży na terenie całej Malty (wraz z Gozo) przez 7 dni. Trzeba kupić ją indywidualnie dla każdego uczestnika podróży i po każdym wejściu do autobusu odbić u kierowcy. Dzięki niej mamy również parę euro zniżki w narodowym akwarium maltańskim, ale w dobie koronawirusa nie obowiązuje, bo wejście do atrakcji i bez tego jest znacznie tańsze.
  4. Tallinja Card Explore Plus (39 euro) – dokładnie to samo, co opcja wyżej, tyle że mamy w to wliczone jeszcze podróże specjalną linią oznaczoną TD, dwa wejścia na pokład promu w Valettcie oraz całodzienne zwiedzanie autobusem hop-off hop-on, który w krótkim czasie objeżdża najważniejsze atrakcje wyspy (no wiecie, to ten autobus, gdzie możecie podróżować na dachu, ale szczerze dziwię się ludziom, jak wytrzymują wtedy to palące słońce).
  5. 12 Single Day Journeys (15 euro) – 12 jednorazowych biletów do wykorzystania dla nieograniczonej liczby osób. Dla nas to było świetne rozwiązanie już pod koniec wyjazdu, kiedy nielimitowane podróże się skończyły, a nie opłacało się kupować pojedynczych biletów. Karta działa od momentu pierwszego odbicia aż do wykorzystania lub do roku. UWAGA! Jeśli podróżują np. dwie osoby, kartę trzeba odbić dwukrotnie. Warto mieć na względzie, że ta opcja bardzo słabo sprawdza się na przesiadkach + każdy bilet jest ważny 2 godziny.

My skusiliśmy się na zwykłe Tallinja Explore na pierwsze siedem dni (działa dokładnie siedem dób od pierwszego odbicia), a na ostatnie dwa dni 12 Single Day Journeys na dwie osoby. Łącznie wyniosło nas to 57 euro, czyli ok. 255 zł. Troszkę jednak na tej opcji oszczędzamy, zwłaszcza przy tak niekorzystnym kursie euro, jaki teraz mamy (ok. 4,5 lub 4,4 zł = 1 euro, wahania są dość duże). Z samym kupnem nie ma żadnego problemu, na Malcie praktycznie wszyscy mówią po angielsku, bo razem z maltańskim jest to język urzędowy.

Transport – Prom

Kwestia promu jest dużo prostsza – z tego, który kursuje między Valettą a Sliemą w ogóle nie korzystaliśmy, po prostu nie ma takiej potrzeby z nielimitowaną kartą autobusową. Prom na Gozo z kolei kosztuje 2,50 euro od osoby (nie zaś 1,50 euro jak do tej pory) w obie strony. Co ciekawe, nie płacimy w drodze na Gozo raz i z powrotem drugi raz, a po prostu wypływając już z Gozo, uiszczamy opłatę w kasie. Nasze dwie podróże wyniosły więc 10 euro, czyli tyle, ile potrzeba za jedno przepłynięcie na Comino od osoby. Tam akurat kursują tylko statki wycieczkowe bądź motorówki i nas mocno odrzuciło płacenie 100 zł za to, żeby wykąpać się w lazurowej wodzie na Blue Lagoon (w ogóle ta nazwa jest dość felerna, na Islandii też ją ominęliśmy), skoro prawie wszędzie indziej można kąpać się za darmo. Pod względem zwiedzania nie mamy też aż tak wielu atrakcji (podobne wieże zobaczycie wszędzie, natomiast opuszczony szpital ponoć wielkiego wrażenia nie robi), więc raczej odradzam.

Aplikacje ułatwiające poruszanie się

Podsumowując, nasze koszty za zakwaterowanie, lot i wszelki transport po wyspie wyniosły 1948,30 zł (974,15 zł za 9 dni od osoby). Zaskoczeni? A jednak! Wystarczy tylko dobra organizacja i research. A skoro o researchu mowa – z jakich aplikacji korzystać, poruszając się po wyspie? Google Maps w zupełności wystarczy i sprawdza się bardzo dobrze. Można jednak wejść na oficjalną stronę przewoźnika, gdzie udostępnia się aktualne rozkłady jazdy. Istnieje też coś takiego jak TallinjaApp, która ma pokazywać rzeczywisty czas przyjazdu autobusów, natomiast ocenę w sklepie Play ma 2/5. Nam nawet nie chciała się pobrać mimo licznych prób, a więc tak, 2/5 za dobry zamysł.

Na dziś to tyle, mam nadzieję, że zaspokoiłam Wasz głód wiedzy. W następnym wpisie natomiast będzie więcej o samych procedurach na lotnisku. Co się zmieniło, na co warto zwrócić uwagę i jakie były nasze pierwsze wrażenia po przylocie. A w ramach czekania zapraszam na mojego Instagrama oraz fanpage’a na Facebooku, tam zamieszczam na bieżąco relacje ze swoich podróży i wszystkie aktualności! 🙂

Lwów cz.3 – Na jaki punkt widokowy się wybrać, gdzie skosztować lokalnych przysmaków i które miejsca warto odwiedzić?

Informacje ogólne: Poniższy wpis jest kontynuacją poprzednich – możesz czytać go oddzielnie, jednak dla pełnego oglądu sytuacji zalecałabym zapoznanie się z tym, co Cię ominęło. W tym natomiast czeka Cię dawka informacji o Operze Lwowskiej, pomniku Adama Mickiewicza, ukraińskich specjałach typu kwas czy czebureki, ale także dowiesz się, z jakiego punktu widokowego najlepiej podziwiać miasto czy czego spodziewać się po karaoke u naszych sąsiadów. Zapraszam na:

Opera Lwowska – zewnątrz i wewnątrz

Po zobaczeniu Galicyjskiego Banku Krajowego udaliśmy się 300 metrów w kierunku Opery Lwowskiej. Przed nią znajduje się ogromny skwer, gdzie możemy dostrzec wielu dorożkarzy z pięknie zdobionymi karetami. Na tę przyjemność akurat się nie skusiliśmy, ale mężczyźni nie mieli nic przeciwko temu, żeby podejść i zrobić kilka zdjęć. Ten dzień nadawał się do tego tym bardziej, że kiedy tylko ujrzeliśmy to miejsce, dostrzegliśmy parę młodą podczas sesji. Dzięki nim i my mieliśmy pamiątkę.

Sam budynek opery robi naprawdę duże wrażenie – zarówno na zewnątrz, jak i w środku. Tego dnia zobaczyliśmy go tylko od zewnątrz, jako że wnętrze było zamknięte, ale już następnego wieczora mieliśmy więcej szczęścia. Nie pokażę Wam zdjęć, bo właśnie odbywały się próby; można było usiąść, popatrzeć i posłuchać, ale nie utrwalać. Co prawda my i tak ustrzeliliśmy parę fotek, bo weszliśmy na lożę akurat od strony drzwi, na których nie było żadnych zakazów i ogłoszeń (dopiero pani ochroniarz nas uświadomiła), ale z racji szacunku musicie uwierzyć mi tylko na słowo, że widok jest warty zobaczenia. Mnie mocno przywiódł na myśl sceny z serialu „Lalka”, gdy na początku Wokulski przyglądał się Izabeli Łęckiej w tłumie. Obostrzenia dotyczą na szczęście tylko głównej sceny, resztę z chęcią Wam zaprezentuję.

Na sam początek warto by jednak zaznaczyć, że biletów nie sprzedaje się tylko na operę, ale też na zwykłe przedstawienia teatralne oraz balet. Budynek liczy sobie już ponad 120 lat, jest w stanie pomieścić 1200 osób i bije z niego niesamowite bogactwo ozdób, obrazów czy rzeźb. Trzy figury, które znajdują się na szczycie opery, przedstawiają kolejno (i nieprzypadkowo): Poezję i Muzykę, Sławę i Fortunę, Komedię i Tragedię – czyli wszystko to, co charakteryzuje sztukę oraz jest w stanie najlepiej opisać rozrywkę czekającą nas w środku. Niżej możemy też dostrzec Muzy – Tanię, Melpomenę, Erato oraz Polihymnię. To wszystko czyni Operę Lwowską jednym z bardziej rozpoznawalnych punktów miasta.

Nie byłabym jednak sobą, nie zamieszczając tutaj zabawnego akcentu, który rzucił mi się tam w oczy. To był chyba jeden z niewielu przypadków, kiedy nieznajomość ukraińskiego pisma nie wydała mi się kulą u nogi.

Ratusz – główny punkt widokowy

Następnym punktem naszej podróży była wieża ratusza, skąd rozciąga się widok na całe miasto. Budynek powstał mniej więcej w tym samym czasie co opera, ale w przeciwieństwie do niej nie robi kolosalnego wrażenia. W trakcie jego stawiania runęła wieża, miażdżąc resztę zabudowań i zabijając 8 osób – dlatego też proces ten rozciągnął się na więcej lat, niż początkowo planowano. Kto ponosi za to odpowiedzialność? Ponoć fachowcy, którzy co prawda ocenili, że stan techniczny wieży był zły, ale w najbliższym czasie nie miało to przynieść żadnych negatywnych skutków. Niestety nikt nie jest nieomylny. To jednak nie koniec pechowej historii, jako że w 1848 roku ratusz całkowicie spłonął w wyniku pożaru spowodowanego bombardowaniem.

Dziś budowla może nie podbija serc, ale gwarantuję Wam, że nie wolno odpuścić sobie wejścia na jej szczyt. Na miejscu znajduje się winda, ale przeważnie każdy wchodzi na górę pieszo – trzeba się trochę namęczyć, bo pięter jest kilka, a schody dość długie, ale gwarantuję Wam, że panorama będzie tego warta.

Kopiec Unii Lubelskiej – punkt widokowy

Jeśli jednak ratusz nie wyda Wam się kuszącą opcją, to odwiedziliśmy też inne miejsce, z którego możecie podziwiać miasto. Należy mieć jednak na uwadze, że zwłaszcza w porze wieczornej roi się tam od ludzi – zwłaszcza studentów, którzy otwierają piwko, puszczają muzykę z głośników, rozmawiają, śmieją się i raczej niewiele ich poza tym interesuje. Mowa tutaj o Kopcu Unii Lubelskiej, który mieści się na Wysokim Zamku. W rzeczywistości wcale nie jest to żadna fortyfikacja, a po prostu zwykłe wzgórze, mimo że nazwa jest myląca. Sam kopiec został sztucznie usypany po zawarciu Unii Lubelskiej w XVI wieku, posypywano go nawet ziemią z grobów Adama Mickiewicza czy Juliusza Słowackiego. Ciekawe, co powiedzieliby na to autorzy, gdyby jeszcze żyli… bo jak wiemy, miłością do siebie nie pałali, a nawet wręcz przeciwnie 😉

Narodowy napój Ukrainy – kwas

Warto też zaznaczyć, że wejście na szczyt nie jest dużo mniej wysiłkowe niż w przypadku ratusza, za to po drodze czeka nas kilka niespodzianek. Przede wszystkim stoiska z piciem, gdzie możemy napić się czegoś, co brzmi bardzo dziwnie, a mianowicie… kwasu chlebowego. Wyglądem nie różni się on niczym od Coca Coli czy Pepsi. Mimo różnorodnych butelek i tego, że przecież napój fermentuje, klasyfikuje się go jako bezalkoholowy (choć ponoć zawiera śladowe ilości alkoholu). Co ciekawe, teraz ten przysmak dość mocno kojarzy się właśnie z Ukrainą i Wschodem, zwłaszcza że uchodzi za narodowy napój, natomiast nie jest on żadnym odkryciem czy nowością – znano go już w średniowiecznej Europie. Jak to właściwie smakuje? Niektórych zachwyca, dla mnie było raczej średnie/neutralne. Trochę słodkie, jakby rozwodnione, ma strasznie dziwny, właśnie kwaskowaty zapach, ale ponoć bardzo dobrze gasi pragnienie, czego po sobie nie zauważyłam (nie bardziej, niż po innym rodzaju picia typu woda czy sok). Może jednak moja niechęć wynika odrobinę z tego, że nie przepadam za surowymi drożdżami, zwłaszcza za tym zapachem, który dla jednych jest przepiękny, a dla innych wręcz odstręczający. W każdym razie warto skosztować, może trafi akurat do Waszego gustu.

Oprócz jedzenia oferuje się też malowanie karykatur czy portretów. Nie jest to aż tak drogie jak zazwyczaj w Polsce, ale też niespecjalnie zachęca do kupna, zwłaszcza kiedy trafia się na nie ostatniego dnia podróży. Portreciści są mili, ale jednocześnie dość mocno nachalni – trzeba jednak przyznać, że ich twórczość była raczej na dobrym poziomie, a już na pewno takim, który satysfakcjonuje kogoś, kogo największym osiągnięciem malarskim są patyczaki (czytaj: mnie).

Pomnik Nikifora Krynickiego

Warto też udać się pod Katedrę Dominikańską na lwowskiej starówce – pewnie będziecie mijać to miejsce niejeden raz. Będąc tam, poszukajcie pomnika Nikifora Krynickiego znajdującego się w pobliżu. Dlaczego? Nie dlatego, że podobizna jest idealna, bo z tym bym się mocno sprzeczała, jednak jest to miejsce, w którym mogą spełnić się Wasze marzenia. Postać przedstawiono w pozycji siedzącej z uniesionym w górę palcem. Legenda głosi, że potarcie go zagwarantuje realizację naszych pragnień (część osób mówi też o potarciu nosa i pewnie to też jest prawda, zważając na to, jak rzeźba jest wytarta w tych dwóch miejscach).  Na bazie czego powstała ta tradycja? W sumie nie wiadomo, ale na pewno warto wiedzieć, że Nikifor był polskim artystą, a dokładnie malarzem działającym w nurcie prymitywizmu. Uśmiech postaci nie do końca oddaje jej żywot – mężczyzna większość życia był biedny, w dodatku często zamykał się w swoim świecie i bełkotał, więc dużo ludzi uważało go za pomyleńca. Doceniono go dopiero niedługo przed śmiercią, jak to często bywa. Stworzył ponad 40 tysięcy dzieł, naprawdę imponująca liczba. Najwięcej z nich możemy obecnie podziwiać w Nowym Sączu.

Pomnik Adama Mickiewicza

Jeszcze jednym z wielu pomników, którego nam, Polakom, nie wolno ominąć, jest kolumna Adama Mickiewicza znajdująca się 600 metrów dalej, niedaleko ratusza. Powstała ponad wiek temu, ma ponad 20 metrów wysokości i podczas swojego istnienia nie doznała żadnych uszkodzeń, co nie zdarza się specjalnie często. W tym miejscu słychać właściwie głosy tylko i wyłącznie Polaków – nie dziwne, to w końcu jedna z niewielu postaci, których nie trzeba przedstawiać. Dla jednych genialny wieszcz, dla innych słabszy rywal Słowackiego, a także zmora wszystkich uczniaków, zwłaszcza licealistów głowiących się nad Panem Tadeuszem. I nas nie mogło ominąć zdjęcie.

Wieczór na starówce

Wieczory przeważnie spędzaliśmy na mieście lub w knajpie. W pierwszy z nich przechadzaliśmy się po starówce, która po zmierzchu nabiera jeszcze więcej uroku. Na ulicę wylegają wtedy artyści, przeważnie muzycy. Nie są to profesjonaliści, a po prostu hobbyści, którzy chcą nieco dorobić. „Nieco” jest jednak pojęciem dość względnym, bo grupa, której my słuchaliśmy, na brak pieniędzy narzekać nie mogła. Widać było, że wybierali instrumenty z wyższej półki, w dodatku o dość nietypowym brzmieniu i niekoniecznie znane, jeśli chodzi o muzykę uliczną. Grali jednak niesamowicie i co chwilę ktoś dorzucał im nieco grosza do kapelusza. Wokół stało na pewno pięćdziesiąt osób, może więcej. Słysząc nasze rozmowy z Igorem, odnaleźli nas jacyś inni Polacy, którzy wypytywali, jak długo tu już jesteśmy, jak nam się podoba i tak dalej. Niby sympatycznie, ale trochę jednak sprawiali wrażenie podejrzanych lub po prostu podchmielonych, więc dyskretnie usunęliśmy się z tłumu. Bardzo mocno zmotywował nas wtedy komentarz o tym, że Igor znalazł sobie ładną dziewczynę (czytaj: mnie, choć przecież nie powinno chodzić o mnie). Złapaliśmy lekki cringe i poszliśmy dalej na drinki.

Khinkalnya – gruzińskie przysmaki

Zatrzymaliśmy się też w knajpie z gruzińskim jedzeniem (sieciówce o nazwie Khinkalnya). Trochę dziwnie, że będąc na Ukrainie, poszliśmy akurat tam, ale skusiło nas menu, a na lokalne przysmaki miał przyjść jeszcze czas (Igor mi to obiecał). Pamiętam, że dość mocno żałowaliśmy naszego wyboru, zwłaszcza jeśli chodzi o zupę. Rany boskie, myślałam, że najgorszą płynną potrawą świata są flaki, ale muszę zwrócić im honor. Zamówiliśmy chihirtmę, czyli zupę z mięsem, ziołami i jajkiem, podobną do rosołu – no wiecie, rosół to baza wszystkich innych zup i raczej trudno go zepsuć. Ba, ta zupa może nawet nie była spaprana pracą ludzkich rąk, a po prostu dla nas okazała się nie do zjedzenia i zostawiliśmy chyba połowę. Sama woda nawet nam smakowała, ale na talerzu oprócz tego dostawało się ogromne kawały mięsa, chyba wołowego, jeśli dobrze pamiętam. Już z zewnątrz było widać ogromne ilości tłuszczu, żyłek i wszystkich innych niesmaczności, których człowiek nie chce oglądać. Próbowaliśmy to kroić łyżką, nie dało rady. Gryźć? Też średnio. Trochę udało się przełknąć, ale generalnie smak dość odrzucający, a konsystencja ohydna. Na pocieszenie naszym drugim daniem okazało się coś bardzo podobnego do pizzy, ale znacznie bardziej tłustego, a mianowicie Khachapuri. Całkiem niezłe, ale bez wielkiego szału.

Później natomiast minęliśmy bardzo ciekawy bar, trochę żałuję, że do niego nie weszliśmy. Wyglądał jak laboratorium alchemika – nawet piło się z fiolek (dużo z nich było podpalanych), a drinki miały kolory tęczy. Jeśli jednak o to chodzi, to wszędzie, gdzie byliśmy, robiono je dość mocne i smaczne, więc chociaż o to nie trzeba się martwić.

Ukraińskie karaoke

W inny wieczór z kolei udaliśmy się na ukraińskie karaoke razem ze znajomymi Igora. W takich miejscach często możemy zapalić sziszę, jeśli ktoś lubi – ja akurat niekoniecznie, nie jestem za bardzo zwolenniczką, ale inni mieli z tego niezłą radochę. W tym miejscu udało mi się wychwycić też kilka różnic kulturowych. Raczej nie śpiewałam, nawet nie ze względu na nieznajomość piosenek, a niemożność przeczytania tekstu. Czy nie mogłam wybrać czegoś po angielsku? No właśnie, tam za bardzo nie było takiej tradycji (mimo że piosenki widniały na liście, to po prostu nikt ich nie brał i prawdopodobnie wywołałoby to niemałe zdziwienie). Kiedy myślę o polskim karaoke, przychodzą mi na myśl np. hity Krawczyka, ale też wielu zagranicznych wykonawców, takich jak chociażby Britney Spears. Na Ukrainie śpiewa się raczej w ojczystym języku. Ludzie są zazwyczaj mocno wstawieni, podobnie zresztą jak u nas, no i o dziwo chętniej śpiewają, a może raczej wyją, panowie. Dość ciekawe to było doświadczenie, mimo że czułam się odrobinę skrępowana – jestem raczej tym typem człowieka, który śpiewa tylko i wyłącznie wtedy, kiedy kogoś mocno zna; na tyle, że ten ktoś dalej będzie cię lubić, nawet kiedy zrobisz z siebie debila.

Czebureki – lokalny przysmak

W jeszcze inny wieczór zatrzymaliśmy się w restauracji na obrzeżach miasta, w której pracuje wcześniej wspominana Marianna. To właśnie tam po raz pierwszy skosztowałam potrawy, o której non-stop wspominał mi Igor i przynajmniej dla mnie stała się takim symbolem ukraińskiej kuchni. O czym właściwie mówię? O czeburekach. To danie przyrządza się też bardzo często w Turcji i Mongolii. Jak wygląda? Kształtem przypomina pierogi, tylko znacznie większe. Przyrządza się je z pszennego ciasta i smaży w oleju, dlatego są raczej dość chrupiące. Ich wnętrze wypełnia przeważnie mięso mielone, choć zdarza się też wypełnienie z innego rodzaju mięsa, ryżu, kapusty lub innych. Górę z kolei polewa się sosem, często ostrym, chociaż w moim przypadku był zimny, pomidorowy, z kawałkami warzyw i mocno doprawiony bazylią. Z tego wszystkiego to właśnie on chyba smakował mi najbardziej, ale to pewnie dlatego, że przygotowano go na włoską modłę, a ja za włoską kuchnią wręcz przepadam. Co do głównego dania… było całkiem smaczne. Może nie tak wyśmienite, jak je sobie wyobrażałam, bardziej w granicach 7/10, ale wciąż warte polecenia.

Dlaczego jednak mówię o tym z taką rezerwą? Przede wszystkim dlatego, że to potrawa dla osób z zahartowanymi żołądkami, które lubią ciężką kuchnię. Sama jestem fanką bigosu, grzybów czy kapusty, które bardzo często występują w polskim menu i są ciężkostrawne, ale na pewno nie aż tak. Pamiętam, że w nocy po zjedzeniu czebureków straszliwie skręcało mnie w żołądku. To nie było wrażenie, jakby zjadło się coś nieświeżego albo zepsutego, nie. Po prostu było mi strasznie ciężko, a po podniesieniu się z łóżka myślałam, że za chwilę zwymiotuję. Do rana to uczucie przechodzi, ale nie jest ono na pewno czymś pożądanym podczas takiego wyjazdu. Akurat jeśli ktoś miałby ogólnie wątpliwości wobec przygód żołądkowych, zmiany otoczenia, innej wody i tak dalej, to akurat na Ukrainie prezentuje się to podobnie jak w Polsce, bo nie odczułam żadnych dolegliwości (a uwierzcie, jestem dobrym wyznacznikiem).

Po więcej konkretów zapraszam do następnej (już ostatniej) części naszych lwowskich opowieści! Wspomnę parę słów o najlepszej knajpie w mieście, a także o Cmentarzu Łyczakowskim, Orląt Lwowskich i ogólnych tradycjach związanych z pogrzebami na Ukrainie. Może nie kończymy optymistycznym akcentem, ale jestem przekonana, że to miejsce dla nas, jako Polaków, powinno mieć szczególne znaczenie. Jeśli jednak jesteś niecierpliwy i w międzyczasie chcesz poczytać o innych nowinkach czy pooglądać zdjęcia, to zapraszam na mojego fanpage’a lub Instagrama, odnośniki po prawej stronie na górze, zapraszam!

P.S. Dziękuję, Igor, jeszcze raz za zdjęcia, podróż i wspólnie spędzony czas!

Lwów cz.2 – Gdzie kupić ukraińską kartę SIM, jaki transport wybrać i co zwiedzić?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć naszego pierwszego dnia pobytu we Lwowie. Będzie parę słów na temat codziennej rzeczywistości miasta, nieco o ludziach oraz ich nastawieniu, a także o cenach czy jedzeniu. Znajdziecie tu także porady odnośnie zaopatrzenia się w ukraińską kartę SIM, a także poznacie zwiedzaną przez nas trasę. Nie zabraknie zdjęć czy opisów kluczowych atrakcji takich jak kościół św. Elżbiety, katedra św. Jura lub Lwowski Uniwersytet Narodowy. Wyłożę też parę najważniejszych zasad w kontekście korzystania z komunikacji miejskiej. Zapraszam na:

Jak już wspominałam – na miejsce przyjechaliśmy w granicach szóstej nad ranem, więc udaliśmy się do centrum w celu znalezienia baru, w którym moglibyśmy zjeść śniadanie. Większość z nich nie ma angielskiego menu (mówimy tutaj o miejscach, które nie znajdują się na starówce) i od samego początku czułam niemały dyskomfort ze względu na to, że prawie wszystko musiał mi czytać Igor, jako że ukraiński bazuje na odmianie cyrylicy. Z czasem nauczyłam się, który znaczek oznacza jaką literę; oczywiście nie znałam wszystkich, ale to już umożliwiło mi domyślanie się wielu słów, które wymawiane na głos, przywodziły od razu konkretne skojarzenia do ich polskich odpowiedników. Na początku jednak nie jest łatwo, we Lwowie tylko w niektórych częściach miasta angielski stoi na komunikatywnym poziomie, co sam po sobie przyznał nawet Igor. W tym wypadku szczęściarzami mogą nazwać się pokolenia, które zdawały rosyjski – my zaś możemy poczuć się tak jak one, gdy ruszają na zachód Europy bez znajomości angielskiego. Na szczęście pozostają jeszcze migi i nauka podstawowych zwrotów typu „Dzień dobry!”, „Proszę” czy „Dziękuję”, które czasami potrafią zdziałać cuda.

SMAKI UKRAINY – CZEGO WARTO SKOSZTOWAĆ?

Na Ukrainie serwuje się hot dogi, ale często w nieco innym wydaniu, niż znamy je w Polsce (chociaż takie też istnieją). Parówkę podaje się w placku na tortillę, a do środka dodaje się zwykłą oraz kiszoną kapustę z marchewką. To wszystko doprawia się przeważnie nieco ostrym sosem i jest całkiem smaczne, aczkolwiek chyba wolę tradycyjną formę. Z czymś podobnym można spotkać się czasami w Niemczech na stacjach benzynowych i wydaje się trochę lepsze, ale też odpowiednio droższe.

Niskie ceny to z pewnością atut Lwowa. Mimo że miasto uchodzi za jedno z bardziej turystycznych w kraju, to i tak jest znacznie taniej niż w Polsce, zwłaszcza w supermarketach, gdzie większość produktów kupujemy za złotówkę czy dwie. To świetny sposób na skosztowanie lokalnych smakołyków, głównie słodyczy i alkoholu. Pamiętam, że za jakieś pięćdziesiąt złotych obkupiłam się tak, że ledwo ciągnęłam za sobą walizkę – wiadomo, tu coś trzeba przywieźć do domu, tu znajomym ze studiów, a w dodatku zbliżał się dzień chłopaka, więc ukraińskie piwa stanowiły wspaniały prezent (chociaż ponoć są dość słabe pod względem procentowym).

Sklepy spożywcze otworzyły się nad ranem najszybciej, więc poszliśmy oglądać produkty z czystej rozrywki – ja na przykład naprawdę to lubię. Nie tylko dlatego, że jestem strasznym głodomorem, ale istnieje ogromna różnica między np. marketem w Polsce, we Włoszech czy na Ukrainie i to pod wieloma względami; wystroju, asortymentu, obsługi. To też taki zalążek, jeśli chodzi o poznawanie tradycyjnych smaków danego kraju. Lwów zapamiętałam najbardziej z mnóstwa różnorodnych drinków za bezcen – w wąskich buteleczkach z długą szyjką, w malutkich puszeczkach, w standardowych puszkach z pięknym, kolorowym designem (kupiłam np. alkohole na bazie papai czy kaktusa, ale nie były zbyt porywające).

Jeśli natomiast chodzi o słodycze, to niesamowite są krążki z marcepanowo-migdałowego ciasta, które połączone są ze sobą czymś w rodzaju lukru. Kiedy się je przeżuwa, skleja się cała buzia, a smak jest powalający. Nie mogę sobie niestety przypomnieć ich nazwy (niestety minął już rok, musicie mi wybaczyć), szukałam ich również w Internecie, ale sam opis powinien wystarczyć do znalezienia ich. Dla fanów słonych smaków polecam za to grenki – zwykłe grzanki, troszkę jak znane nam bakerollsy, jednak bardziej wypieczone i obtoczone w różnych przyprawach. W Polsce można dostać je w sklepach z zagranicznymi smakołykami (ja swoje otrzymałam w paczce niespodziance ze Scrummy.pl), natomiast różnica w cenie jest ogromna. W Polsce trzeba wydać 10 zł lub więcej za otrzymanie paczuszki, natomiast na Ukrainie ten produkt otrzymamy za ok. 3 zł. To była ta chwila, kiedy myślałam, że popłaczę się ze szczęścia, gdy kupiłam dwie paczki.

GDZIE I ZA ILE KUPIĆ UKRAIŃSKĄ KARTĘ SIM?

Gdy skończyliśmy zakupy i zjedliśmy batonika (Igor szybko zrozumiał, że mój optymizm jest wprost proporcjonalny do spożytych kalorii), udaliśmy się w poszukiwaniu najbliższego punktu, gdzie można kupić ukraińską kartę SIM, by cieszyć się później darmowymi rozmowami i przede wszystkim Internetem (bez tego kontakt ze światem jest średnio możliwy, bo koszty połączeń są absurdalne, ok. 5 zł za minutę rozmowy). Nie jest to najtańsza rzecz na świecie, w dodatku wyczerpuje się dość szybko, zwłaszcza jeśli korzystają z niej dwie osoby (na początku udostępnialiśmy sieć hotspotem, natomiast ta opcja po jakimś czasie się blokuje i zostaje tylko przekładanie karty z telefonu na telefon). Zaznaczę przy tym, że na pewno nie używaliśmy danych w takim stopniu jak w Polsce, raczej obchodziliśmy się z nimi dość oszczędnie, ale i to nie pomogło, więc doładowywaliśmy konto, wysyłając SMS-y na wskazany numer telefonu (znajomość ukraińskiego dość mocno się tu przydaje). Z tego co się jednak orientuję, jeśli nie macie przyjaciela ze wschodu, to warto zaopatrzyć się w taką kartę jeszcze w Polsce, kupując ją przez Internet, np. za pośrednictwem Allegro. Koszty są różne, ale przeważnie wahają się od 30-80 zł, w zależności od preferencji. Jeżeli natomiast bariera językowa Wam nie przeszkadza, to produkt można nabyć na Ukrainie dosłownie w każdym punkcie, który ma cokolwiek wspólnego z telefonami, a także na osobnych straganach, które są ku temu specjalnie przeznaczone.

Niedługo później, kiedy ten temat mieliśmy już z głowy, spotkaliśmy się z koleżanką Igora, Marianną, która pomogła nam po znajomości załatwić mieszkanie na kilka dni we Lwowie. Dziewczyna uśmiechała się niemalże cały czas, mimo że zawracaliśmy jej głowę w dzień roboczy o tak wczesnej godzinie, a Igor musiał być naszym tłumaczem. Co więcej – kupiła dla nas dwie siaty jedzenia i podarowała kilka słoików zakonserwowanych czy zakiszonych przez siebie produktów (paprykę, fasolkę szparagową, bakłażany – dosłownie wszystko). Nie wiedzieliśmy nawet, jak mamy się jej odwdzięczyć, zwłaszcza że za mieszkanie też upierała się zapłacić. To było bardzo miłe z jej strony, że potrafiła rzucić wszystko na te parę dni, by nam pomóc. Później często wychodziliśmy razem na obiad czy karaoke, a Marianna na ten czas potrafiła pogodzić życie rodzinne, zawodowe i czas dla nas. Codzienność we Lwowie biegnie w nieco innym tempie i absolutnie zazdroszczę spokoju ducha młodym ludziom, którzy potrafią zakręcić się dosłownie przy każdej pracy i być zadowoleni z tego, co mają.

Nie ukrywam, że dzięki pomocy dziewczyny zaoszczędziliśmy trochę pieniędzy, bo akurat noclegi na Ukrainie do najtańszych nie należą. Dostaliśmy dwa pokoje, a z kuchni korzystaliśmy głównie w przypadku śniadań, kiedy wyjadaliśmy wszystkie produkty kupione przez Mariannę, jedząc ogromne porcje makaronu z dodatkami.

TRANSPORT PO MIEŚCIE I KUPNO BILETÓW

Zanim jednak powiem, co zwiedziliśmy, pozwolę sobie zaprezentować, jak wyglądało nasze poruszanie się po mieście. Oprócz tego, że przeszliśmy miliony kilometrów na nogach, głównie wsiadaliśmy w autobusy, rzadziej w tramwaje. Warto jednak zdać sobie sprawę, że nie są one takich standardów jak np. w Poznaniu, Wrocławiu, a już tym bardziej w Warszawie. Na pewno widujecie w tych miastach jeszcze te stare tramwaje ze schodkami, bez klimatyzacji, dość chybotliwe i głośne. We Lwowie to raczej standard i to całkiem dobry. Z autobusami jest podobnie, chociaż na Ukrainie są one dużo krótsze, coś pomiędzy autobusem a busem. I tutaj dwie dość istotne informacje – na wielu liniach nie istnieje coś takiego jak rozkład jazdy. Często na przystanku widnieje numer albo kod do zeskanowania, dzięki któremu niejako dajemy kierowcy znać, że ma zatrzymać się na danym przystanku i że potrzebne jest uruchomienie kursu. Dość dziwne, niezbyt wygodne i straszne nowoczesne rozwiązanie. Rzadko jednak się z tego korzysta, bo środki transportu kursują non-stop i często załapuje się już na coś, co załatwił ktoś inny, a tak przynajmniej Igorowi ten wynalazek wytłumaczyła jedna z pasażerek.

Sprawa numer dwa – nie kupimy biletu w autobusie, a przynajmniej nie w sposób elektroniczny, tylko i wyłącznie tradycyjnie. Trzeba mieć odliczoną kwotę, a jeśli nie… to nikt specjalnie się tym nie przejmuje. Przejazd dzienny kosztuje 8 UAH (1 hrywna = 0,15 złotego, czyli ok. 1,20 zł), natomiast nocny 14 UAH (ok. 2,1 zl). Igor opowiadał mi jednak, że możemy dać kierowcy niewyliczoną sumę. Kiedy będzie mieć resztę… to po prostu zawoła kwotę i poda ją najbliższemu pasażerowi, żeby przekazał pieniądze do tyłu. No i te pieniądze tak sobie wędrują w wężyku i wędrują, aż w końcu trafiają do Ciebie, tyle że jest ich o połowę mniej, bo resztę zabrali pasażerowie w ramach haraczu i nikogo to specjalnie nie dziwi ani nie oburza. Trzeba więc przygotować się na każdą ewentualność – albo pieniężnie, albo mentalnie.

Nie zdziwcie się też, kiedy zaraz obok kierowcy zobaczycie materac z kocem idealnie wpasowany we wnętrze autobusu. Najwyraźniej odpoczynek w pracy lub pomiędzy kursami nie jest wcale niczym dziwnym, a brak prywatności w dużym stopniu nikomu nie przeszkadza.

Z okna autobusu możemy podziwiać niespotykane dla nas, Polaków, zjawiska, zwłaszcza kiedy stoimy na czerwonym świetle. Najbardziej utkwiła mi w głowie transakcja sprzedaży kota na mieście. Mężczyzna trzymał go na rękach, kobieta przekazała mu pieniądze, a on bez żadnej klatki czy torby podróżnej wcisnął jej zwierzę pod pachę. Być może to nie jest tradycyjny obraz, jaki możemy spotkać na drodze, fakt faktem zjawisko wydało mi się tak niespotykane, że pozwoliłam sobie na opisanie go tutaj. W podróży warto być przygotowanym na wszystko 😉

KOŚCIÓŁ ŚW. ELŻBIETY

Jednym z pierwszych miejsc, które ukazały się naszym oczom, był kościół św. Elżbiety. Lwów pęka w szwach, jeśli chodzi o takie punkty sakralne, natomiast ten stanowi jeden z moich ulubionych. Znajduje się niedaleko dworca autobusowego, w Śródmieściu, i uchodzi za jeden z głównych punktów orientacyjnych. Wybudowano go około 1000 lat temu i uznawano za największą świątynię w mieście, a także za jeden ze wspanialszych zabytków dawnej Rzeczpospolitej. W czasie wojny budowla poniosła wiele strat w wyniku bombardowania, a po 1945 roku służyła jako magazyn pożywienia. Mimo tego to właśnie zewnętrzna fasada utrzymała się w dobrym stanie, natomiast środek kościoła celowo zdewastowano i, jak to często bywa w takich przypadkach, karma szybko powróciła. Z obiektu swego czasu wynoszono wszystkie krzyże, a żołnierz, który chciał pozbyć się jednego z nich, został przezeń przygnieciony i zginął. Późniejszy remont kościoła rozpoczęli Polacy, a z pierwowzoru możemy podziwiać dziś tylko ambonę.

KATEDRA ŚW. JURA

Zaraz później poszliśmy do katedry św. Jura, oddalonej o 800 metrów. Piękne miejsce na zdjęcia, duża powierzchnia do przechadzek zarówno po zabudowanej części, jak i przylegających ogrodach. Po drodze, gdziekolwiek tylko się uda, widnieje mnóstwo pomników – część jest poświęcona bohaterom narodowym lub artystom, natomiast gdziekolwiek by nie spojrzeć, historia polska zaciera się z ukraińską. Już dla mnie było to mocno dostrzegalne, natomiast sądzę, że starsze pokolenia widziałyby to jeszcze intensywniej.

Jeśli chodzi o budowlę, to jest ona starsza od poprzedniczki o dwieście lat i uznaje się ją za najdoskonalsze dzieło późnego baroku. Przepych widać na każdym kroku, cala fasada pokryta jest licznymi zdobieniami i katedra wygląda, jakby od zawsze stała w nienaruszonym stanie. Miejsce, które na pewno warto zobaczyć, zwłaszcza że zostało wpisane na światową listę UNESCO. Pod spodem prezentujemy Wam kilka zdjęć, z których część wykonał Igor, za co bardzo dziękuję.

PARK KOŚCIUSZKI I UNIWERSYTET LWOWSKI

Stamtąd przeszliśmy około kilometra przez park Kościuszki (zadziwiające, ile we Lwowie jest terenów zielonych i w jak dobrym stanie są one utrzymane), gdzie przyszło nam obserwować takie zjawiska jak zabetonowane od środka drzewa, a także  huby porośnięte pajęczynami bądź wielkie kokony pająków przypominające huby, kto jak woli. Pamiętam, że szłam tamtędy, a wszystko wydawało się nowe, dziwne, ale też fascynujące. Zaskoczenie sięgnęło jednak zenitu, kiedy doszliśmy do Lwowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Iwana Franki. No bo wiecie, jesteśmy w tym wieku, że zarówno Igor, jak i ja, jeszcze studiujemy. W innych miastach, ale standard kampusu jest zawsze mniej więcej taki sam. Czasem zdarzy się nowocześniejszy wydział, ale w większości przypadków – nic specjalnego. Być może jeśli chodzi o Lwów, jest podobnie, natomiast to, co zobaczyłam, wprawiło mnie w osłupienie. Z zewnątrz uczelnia nie wygląda jak nie wiadomo co, nawet jeśli jest jednym z najlepszych uniwersytetów Ukrainy, ale w środku…

Generalnie do wnętrza uniwersytetu nie ma wstępu wolnego, zawsze trzeba się legitymować. Mieliśmy jednak szczęście, bo wewnątrz trwała akurat jakaś uroczystość, która być może wiązała się z rekrutacją na studia, dniami adaptacyjnymi bądź obroną prac (na to wskazywałby w każdym razie okres, w którym zwiedzaliśmy) i przemiał ludzi był dość duży, dlatego bez problemu obeszliśmy cały budynek. Przywodził mi na myśl Hogwart, tyle że biały, zamiast ciemny i ponury, a do tego bez ruchomych schodów i świeczek lewitujących w powietrzu. Nie chcę powiedzieć, że to sama przyjemność uczyć się w salach takich jak te, jednak na pewno większa niż zwykle, zwłaszcza w rzeczywistości wirtualnych wykładów prowadzonych przez Teams. Musicie przyznać, że wrażenie robi niezłe, mimo że widok za oknem niespecjalnie powala.

NAJSTARSZY BANK LWOWA

Ostatnie zdjęciem, które dziś tutaj zobaczycie, zostało zrobione Galicyjskiemu Bankowi Krajowemu czy też inaczej Galicyjskiej Kasie Oszczędnościowej, która uchodzi za najstarszy bank w mieście. Znajduje się nieco ponad kilometr od uniwersytetu, zaraz obok kawiarni „Kraków” i „Praga”. Kiedyś swoją filię miał np. w Krakowie czy w Białej, a następnie w Warszawie po uzyskaniu przez Polskę zupełnej niepodległości po wojnie. Wtedy też zmienił nazwę na Polski Bank Krajowy, który został wchłonięty przez Bank Gospodarstwa Krajowego. Do dziś możemy jednak obserwować budynek, od którego wszystko się zaczęło.

To już wszystko z mojej strony. W następnym wpisie zaprezentuję Wam Operę Lwowską, opowiem nieco o wieczorach na starówce, pokażę z góry całe miasto, a także po raz kolejny odwiedzę jeden z ważniejszych pomników dla Polaków, przedstawiający naszego wieszcza narodowego, Adama Mickiewicza. W kolejnych wpisach również relacja z odwiedzenia Cmentarza Łyczakowskiego i przede wszystkim Orląt Lwowskich. Serdecznie zapraszam, a jeśli niecierpliwisz się równie mocno jak ja, to zapraszam za ten czas do obserwowania mojej aktywności na Instagramie i fanpage’u na Facebooku – odnośniki znajdziecie po prawej u góry.

Zamek Książ – ile kosztują bilety, co możemy zobaczyć i w jaką wiedzę się wzbogacić?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć jednodniowej wycieczki do Wałbrzycha na Zamek Książ, którą odbyliśmy 7 czerwca. Będziecie mieli okazję dowiedzieć się, co skrywa podziemna trasa przebiegającej pod fortyfikacjami, a także zajrzeć razem z nami do ogrodów i niektórych pomieszczeń. Czeka nas trochę zdjęć, podsumowanie kosztów i mnóstwo historii – zapraszam na:

Ceny na Zamku Książ

Jako że Wałbrzych znajduje się niedaleko miejscowości, w której mieszkamy, podróż odbyliśmy samochodem. Warto pamiętać, że bilety na zwiedzanie najlepiej wykupić parę dni wcześniej przez Internet, by mieć gwarancję miejsca. Do wyboru są dwie opcje – bilet uprawniający do wejścia na zamek i przejścia podziemi, a także All Day Ticket, który dodatkowo gwarantuje zwiedzenie mauzoleum oraz zobaczenie „Stada Ogierów”, gdzie mamy możliwość przejażdżki konnej. Akurat nam niespecjalnie na tym zależało, zwłaszcza że ceny biletów i bez tego prezentowały się już pokaźnie, jeśli liczyć za dwie osoby, dlatego też zostaliśmy przy podstawie za 59 zł od osoby dorosłej (49 zł ulga, obejmuje również studentów).

Parking i zwiedzanie podziemi

Wizytę rozpoczyna się właśnie wejściem do podziemi razem z przewodnikiem. Grupa liczy 25 osób i dlatego zalecam wcześniejszą rezerwację – do wyboru mamy sześć wejść co godzinę, od 10.00-15.00. Na tydzień przed naszą wycieczką na godzinę 11.00 było zapisanych jedynie 6 osób, natomiast grupa zapełniła się aż po górny limit przez te parę dni. Warto więc mieć to na względzie i nie ociągać się z zakupem do wieczora przed, bo nasze weekendowe plany mogą się wtedy nie udać.

Jeśli chodzi o samo dotarcie do wskazanego miejsca, to nie ma opcji dojechania tam samochodem. Auto trzeba zostawić na jednym z dwóch głównych parkingów oddalonych od atrakcji niecały kilometr (Parking Główny – ok. 900 m od atrakcji i Parking Stada Ogierów – ok. 700 m, na tym się zatrzymaliśmy). To jednak nie dojście na piechotę zabiera najwięcej czasu, a… udanie się do bankomatu, kiedy okazuje się, że parking jest płatny, a na miejscu nie ma terminala, więc zostaje tylko gotówka, co zwłaszcza w dobie koronawirusa, kiedy krzyczy się o konieczności wykonywania transakcji zbliżeniowo, trochę nas zdziwiło. Co prawda żeby wypłacić pieniądze, nie trzeba iść bardzo daleko, bo tylko na dziedziniec zamku, jednak trzeba liczyć się z tym, że należy wtedy przebyć trasę trzykrotnie i jeśli przyjechało się jedynie 20 minut przed czasem, to można nie zdążyć. Nam udało się porozumieć z kobietą, która siedziała przy budce, że uregulujemy płatność po całym dniu przy okazji wyjazdu – nie było z tym większych problemów, należało tylko wskazać auto, którym przyjechaliśmy. Żeby sobie jednak tego oszczędzić, polecamy mieć przy sobie przynajmniej te 10-20 zł na parking. My płaciliśmy 10, ale nie wiem z kolei, jak ceny miały się na tym większym, głównym parkingu z utwardzoną powierzchnią.

Dużym plusem jest to, że nie musimy mieć wydrukowanego biletu, wystarczy tylko otworzyć go w wersji elektronicznej na telefonie i oddać do kontroli. Na miejscu czeka na nas przewodnik, zwiedzanie podziemi trwa około 45 minut – pamiętajcie jednak, że wymogiem jest założenie maseczki, co zaznaczono już na wstępie. Warto też przywdziać na siebie jakąś bluzę lub coś cieplejszego, jako że schodzimy kilkadziesiąt metrów pod ziemię i temperatura wynosi około piętnastu stopni.

Zwiedzane przez nas podziemia to w rzeczywistości bunkier składający się z wielu długich korytarzy, który zaczął powstawać pod zamkiem w czasie II wojny światowej. Budowę zlecił sam Hitler, natomiast odpowiedzialni za nią byli więźniowie obozów koncentracyjnych (głównie Gross-Rosen), których losy bardzo mocno podkreślano podczas całego przejścia. To akurat bardzo mi się podobało – nie można ukryć, że podziemia uchodzą za „atrakcję turystyczną”, reklamuje się je, jako odkrywanie jakiejś tajemnicy, a równocześnie pracownicy bardzo zadbali o dobry smak przekazywanej wiedzy. Miejsce jest obiektem domysłów wielu historyków, powstaje na jego temat wiele teorii spiskowych – że było to miejsce eksperymentów i tworzenia broni masowej zagłady, że nielegalnie wyprowadzano tymi drogami pieniądze z Rzeszy, że miała tutaj powstać podziemna kolej lub schronienie dla oprawców. Jak było w rzeczywistości – tego nie wiemy, natomiast mamy świadomość, ilu ludzi zginęło z wycieńczenia podczas prac, ilu z nich zostało przygniecionych podczas pogłębiania tuneli. Ich tragiczny los i rola, jaką odegrali, będąc niewinnymi ludźmi, nie została pominięta, pod koniec zwiedzania możemy spojrzeć na filmik z nazwiskami ofiar, zostajemy nawet poproszeni o chwilę ciszy. Bardzo ładny gest, ponadto jesteśmy w stanie dostrzec, że to wszystko zostało stworzone, by uczcić pamięć zmarłych, nie zaś jako maszynka do tworzenia pieniędzy sama w sobie.

Podziemia są udostępnione dla odwiedzających dopiero od 2018 roku, nałożono też na nie pewne ograniczenia co do wieku zwiedzających. Pomyślano jednak także o młodszych uczestnikach zwiedzania, tworząc animowane filmiki z rysunkowymi postaciami, które przybliżają historię tego miejsca – jak powstawało, zmieniało się oraz dlaczego usunięto jedyną windę, która łączyła korytarze z zamkiem. Takich wizualizacji na trasie znajdziemy kilka, właściwie co chwilę przez kilka minut mówi przewodnik, a później odtwarzany jest film utworzony specjalnie na potrzeby Zamku Książ, z którym zsynchronizowano również oświetlenie na trasie. Nie bójcie się, że będzie to historyczny bełkot, same daty i poczucie, że siedzi się na lekcji, która wcale Was nie interesuje. Zgodnie stwierdziliśmy, że ktoś wykazał się umiejętnościami i wszedł w skórę zwiedzających, by stworzyć coś, co jest naprawdę godne polecenia. Mnie na przykład podziemia i sposób ich prezentacji podobały się znacznie bardziej niż oficjalne zwiedzanie zamku i akurat tę atrakcję gorąco polecam.

Ogrody zamkowe i okolice atrakcji

Warto też wspomnieć o samym miejscu, które położone jest w bajecznej okolicy – nieco na wysokości, wśród dzikich lasów, a kiedy odejdzie się dalej, słychać płynącą gdzieś rzeczkę, jednak nie udało nam się jej zlokalizować.

Co jest zabawne, to fakt, że kiedy wychodzimy ze zwiedzania podziemi, obok nas znajduje się wyjście poza teren ośrodka, więc tak naprawdę musimy wrócić na sam początek trasy turystycznej przez zamkowe ogrody. Chyba byliśmy jednymi z niewielu osób, które tak robią, bo nawet ochroniarz czuł się w obowiązku poinformować nas, że do wyjścia w drugą stronę. Udało się to jednak nie najgorzej, bo tym sposobem uniknęliśmy tłumów i mogliśmy spokojnie cyknąć parę fotek!

Ogrody nie są ogromne, na pewno nie tak duże jak te przylegające do Zamku w Mosznej, ale to nie jedyne, co je różni (jeśli chcecie mieć lepsze porównanie, to zapraszam tutaj). Naszym zdaniem ich stan utrzymania i samo zagospodarowanie terenów zielonych reprezentowało się znacznie lepiej w przypadku zamku Książ. Co prawda fontanny wciąż były nieczynne, ale wszystkie krzaczki przystrzyżono, co zwłaszcza od góry wyglądało cudownie. Zróżnicowane kwiaty, ozdobne murki oraz schodki na niektórych ujęciach wyglądają jak wyjęte z włoskiej uliczki – niesamowicie przyjemny klimat. To też gratka dla fanów kotów, których naliczyliśmy tam przynajmniej z siedem; wylegują się na kamieniach nagrzanych słońcem i chętnie podchodzą do tych, którzy chcą je głaskać.

Zwiedzanie zamku i kilka faktów

Zwiedzanie zamku odbywa się z audioguidem, chociaż nie ma obowiązku jego odebrania. My ze względu na obecną sytuację, ale też ogólnie w kwestii higienicznej, tę przyjemność sobie odpuściliśmy i przeszliśmy wyznaczoną trasą. Wszędzie wewnątrz rozmieszczone są numerki, za którymi należy podążać, więc raczej nie da się zgubić ani niczego pominąć. Część korytarzy jest pusta, niektóre przerobiono na zamknięte pomieszczenia dla pracowników zamku, ale generalnie nie ma takiego poczucia nieładu czy zaniedbania jak w niektórych salach w Mosznej. Na najniższym piętrze znajduje się nawet galeria sztuki z dziełami współczesnych artystów do kupienia. Nazwiska często się powtarzają, a ceny są dość powalające, czasem po kilka tysięcy. Nie jestem zbyt dużym znawcą sztuki, jeśli mówimy o malarstwie, ale z jednej strony rozumiem trud artystów włożony w pracę, koszty materiałów i chęć zarobków, a jednak to nieco przykre, że jeden taki obraz sprzedaje się rok lub dłużej i nie znajduje zbyt wielu entuzjastów.

Żeby jednak nie było, że rzucamy tylko subiektywnymi faktami – parę słów na temat historii. Warto wiedzieć, że zamek składa się on z części oryginalnej, stanowiącej około 40% zabudowy, natomiast reszta to zwykła dobudówka, nawet nie rekonstrukcja. Próbowaliśmy rozgryźć, która to która, bo patrząc na budynek z zewnątrz, ciężko dostrzec proporcje, czego jest więcej. Dwa style dosłownie aż się gryzą – lekko różowa ściana w zestawieniu z chłodną, kamienną, trochę jakby na kształt średniowiecza. Ta druga podobała nam się znacznie bardziej i… ku naszemu zdumieniu, to właśnie ona okazała się tą „sztuczną”. Dowiedzieliśmy się tego z galerii zdjęć, którą możemy podziwiać na samym końcu zwiedzania. O ile sam zamek niespecjalnie do mnie przemówił, nawet jeśli zobaczyłam umeblowane pokoje na zdjęciach i to, co z nich zostało, to ta wystawa na koniec już jak najbardziej, szczególnie z tego względu, że fotografie pozyskano od wnuczki rodziny, która mieszkała w Książu jako ostatnia. Kobieta jest dzisiaj już w podeszłym wieku, na ścianie wisi jej zdjęcie wraz z podziękowaniami za użyczone materiały.

Sama wystawa prezentuje się wręcz sielankowo. Zdjęcia przedstawiają rodzinę z trójką dzieci, ale także ich relacje ze służbą, zwierzęta i podejście do natury czy różnych świąt bądź tradycji. To dość ciekawe źródło prezentujące codzienne życie ludzi około 100 lat temu – nam na przykład bardzo podobały się ujęcia kominiarza chodzącego po dachu, który wydawał się po prostu dobrze bawić, a nie wykonywać swoje obowiązki, sami spójrzcie. Zaraz obok możecie też dostrzec zdjęcie maluchów chowających się w wielkim garnku na zupę, co sprawia, że człowiek momentalnie się uśmiecha. To też dowód na to, jak niesamowicie ulotne jest szczęście – nigdy nie wiemy, co czeka nas za rok czy kilka lat, zresztą w dobie koronawirusa chyba każdy przeżył podobnie to nieprzyjemne zderzenie z problemem, którego wyeliminowanie nie zależy od nas jako jednostki, a jednak bardzo mocno rzutuje na codzienność i różnej maści decyzje.

Zamek Książ to jeden z trzech największych zamków w Polsce i pochodzi jeszcze z XIII wieku. Swego czasu gościły w nim takie osobistości jak np. Zygmunt Krasiński czy Winston Churchill. Z racji długoletniego istnienia zamek wielokrotnie przechodził z rąk do rąk, był plądrowany i niszczony. Najdłużej zachował się w rękach kilku pokoleń rodziny Hochbergów, którzy unowocześniali go, przebudowywali i zmieniali w rozmaitych stylach łącznie z ogrodami. Ich schyłek nadszedł dopiero w XX wieku z racji kryzysu i dużych problemów finansowych. Wtedy to z bólem serca sprzedali zamek za dużą sumę pieniędzy, która pozwoliła im choć w małym stopniu stanąć na nogi. Komu go sprzedali? Właśnie III Rzeszy, nie mając pojęcia, co miało stać się z tym miejscem później. Ta wizja wydała mi się dość przerażająca – przez tyle lat żyjesz w jednym miejscu, przechowujesz cały dorobek rodzinny i historię, czynniki zewnętrzne zmuszają cię do podjęcia takich, a nie innych kroków, a miejsce, które kiedyś kochałeś, staje się obserwatorem śmierci i zbrodni na niewinnych ludziach. Straszne. Niewielkim osłodzeniem wydaje się nawet fakt, że zamek został uznany za jeden z „7 cudów Polski” na 100-lecie Niepodległości Polski.

W kontekście tej budowli istnieją jednak nie tylko historie straszne, ale też dość absurdalne. Mam tutaj na myśli pożar, który wybuchł w 2014 roku w trakcie zwyczajnego grudniowego dnia nastawionego na zwiedzanie i turystów. Wtedy też trwały prace renowacyjne zwłaszcza w obrębie dachu zamku i to właśnie ekipa wynajęta do naprawy przyczyniła się do nieszczęśliwego wypadku. Pracownicy sami przyznali się do błędu (czekał ich później proces sądowy), który wynikał z nieumiejętnego posługiwania się palnikiem gazowym… w efekcie czego najpierw trzeba było naprawić szkody wyrządzone przez ogień, a dopiero później dokonać zaplanowanej renowacji. Życie bywa naprawdę prześmiewcze.

Wracając jednak do teraźniejszości, na sam koniec wycieczki przeszliśmy się pod Stado Ogierów, ale nawet zobaczenie koni okazało się płatne, jako że wszystkie zostały w stajniach. Obejrzeliśmy z zewnątrz mauzoleum i weszliśmy na punkt widokowy, który znajduje się zaraz za nim. Stamtąd można udać się na wycieczkę wąskimi ścieżkami tuż przy skałach, żeby podziwiać widoki, ale do tego akurat przydałoby się już dobre obuwie.

Smaczne jedzonko po dniu zwiedzania

Zwiedzanie i spacery zajęły nam około sześciu godzin, po których udaliśmy się do restauracji po drugiej stronie Wałbrzycha (przy zamku również są pojedyncze bary czy knajpy, ale ceny są tam raczej zawrotne). O ile całe miasto raczej nie zachęca swoim widokiem, o tyle okolice ratusza są już całkiem ładnie odnowione, przyjemne dla oka, więc właśnie tam udaliśmy się na obiad. Zjedliśmy w Pasażu, naprawdę dobre, domowe jedzonko z pysznym plackiem węgierskim i dobrze przyrządzonym makaronem. Menu jest niezwykle bogate, oprócz tego zaznaczono w nim pozycje, które są specjalnością knajpy i możemy potwierdzić, żeby brać je bez obaw – cena adekwatna do jakości.

Z informacji ode mnie to już byłoby na tyle. Jeśli jesteś z Wałbrzycha i chciałbyś polecić coś jeszcze, co koniecznie trzeba odwiedzić, to daj znać w komentarzu – może nawet zechcesz nas oprowadzić? 🙂 Koniecznie dajcie też znać, czy dowiedzieliście się czegoś nowego i czy kiedyś widzieliście zamek na żywo. Czy podobał Wam się bardziej niż ten w Mosznej? Czekam na Wasze opinie, a tymczasem zapraszam do odwiedzenia mojego fanpage’a oraz Instagrama, odnośniki znajdziecie po prawej stronie na górze!

Rogów opolski i Moszna – starcie zamków: dlaczego warto jechać, za ile oraz co warto zobaczyć po drodze?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć jednodniowej wycieczki w celu zobaczenia dwóch zamków: w Rogowie Opolskim oraz Mosznej, a także Fabryki Robotów. Tradycyjnie wybrała się nas dwójka, choć inna niż zwykle, a wyjazd miał charakter raczej romantyczny, nacechowany chęcią ucieczki od świata, w którym od dawna nie mówi się o niczym poza koronawirusem. W dobie pandemii to świetne miejsca, w których nacieszycie oczy, a równocześnie nie wydacie zbyt dużej kwoty pieniędzy i świetnie spędzicie czas. Wspomnę parę słów o „ekstremalnym zwiedzaniu”, a także o tym, jak turyści godzą się ze znoszeniem obostrzeń i czy czuliśmy się podczas całego dnia bezpiecznie. Zapraszam na:

W podróż wybraliśmy się w niedzielę 31 maja. Planowaliśmy ją już wcześniej, tyle że w nieco okrojonej wersji. Podejrzewaliśmy, że nasze zwiedzanie zakończy się na parku i terenach zielonych wokół fortyfikacji w Mosznej, jednak dosłownie trzy dni przed wyjazdem okazało się, że na nowo praktykowane jest tam coś, co nazywa się „zwiedzaniem ekstremalnym”, które oprócz zwykłej trasy turystycznej wewnątrz zamku gwarantuje też dostęp do większej ilości pomieszczeń i dużą dawkę chodzenia. Zwykle grupy składały się z 12-stu osób, teraz tę liczbę ograniczono do 6-ciu. Załapaliśmy się więc dopiero na wcześniej wspomniany przeze mnie weekend na godz. 17.00. Obecnie istnieją tylko dwa terminy dziennie – właśnie ten i kolejny o 18.30 (tylko w piątki, soboty i niedziele).

Wiedzieliśmy jednak, że zwiedzanie ma trwać jedynie półtora godziny, więc nawet chodząc kolejne tyle po parku i ogrodach, brakowało nam wypełnienia czasu tak, żeby wyrwać się z domu na pełny dzień. Postanowiliśmy więc wstąpić po drodze do Rogowa Opolskiego, bo po krótkich poszukiwaniach okazało się, że też można odnaleźć tam zamek – nie tak okazały jak w Mosznej, jednak wzbudził naszą ciekawość. Nie mieliśmy jednak zbyt dużego szczęścia, bo przez cały weekend zapowiadano opady i z tego też względu sporządziliśmy plan awaryjny, czyli pobyt gdzieś, gdzie można się ogrzać i posiedzieć w zamkniętym pomieszczeniu. Okazało się, że taki obiekt znajdował się tuż obok naszego celu w Mosznej – Fabryka Robotów, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. Czytając o tym miejscu, od razu przyszła mi na myśl Galeria Figur Stalowych w Krakowie, którą odwiedziliśmy wraz z przyjaciółmi już parę ładnych lat temu i zrobiła na nas bardzo pozytywne wrażenie.

ZAMEK W ROGOWIE OPOLSKIM

Tym razem nie podam Wam żadnych innowacyjnych i ciekawych sposobów na dojazd, bo my od tych atrakcji mieszkamy niedaleko (a mimo tego nigdy nie widzieliśmy ich na żywo), więc wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy. Co mnie zaskoczyło, jeśli chodzi o zamek w Rogowie – wiedziałam, że to niezbyt rozsławiona atrakcja, ale nie spodziewałam się, że aż do tego stopnia, że nie przewidziano dla niej parkingu. Przejeżdża się przez mostek, staje właściwie tuż przy ścianie budynku, zaraz obok ogródka. Oprócz nas przyjechały może dwa auta i tyle też osób spotkaliśmy na swojej drodze – generalnie pustki, czyli zupełnie inny obraz, niż możemy dostrzec w Mosznej. Miało to jednak urok, zwłaszcza kiedy spacerowało się po przyległym parku.

Sam zamek wprawił nas w lekkie osłupienie przede wszystkim dlatego, że na wszystkich zdjęciach był żółty i wydawał się dość duży. Niedawno ktoś jednak musiał go przemalować, bo w końcu doszliśmy do wniosku, że ten trochę większym dom z ozdobnymi balustradami i może jedną dekoracją to rzeczywiście miejsce, do którego przyjechaliśmy. O samej budowli nie wiemy zbyt wiele poza tym, że pochodzi z czasów renesansu. W 1932 r. służyła jako obóz szkoleniowy dla Hitlerjugend, ostatecznie w 1945 r. przekształcając się w przedszkole, a następnie magazyn zboża. Dwa lata później usunięto z kaplicy na tym terenie trumny poprzednich właścicieli zamku o nazwisku Haugwitz i pochowano je na nowo w zupełnie bezimienny sposób. Po latach okazało się, że miejsce spoczynku zostało wyasfaltowane i przykryte przez śmietniki. Odnaleziono je jednak, dokonano ekshumacji i ciała ponownie przewieziono na teren pałacu.

Oprócz samej atrakcji możemy przejść się niewielkim parkiem, gdzie widnieje altana i kilka imponujących drzew uznanych za pomniki przyrody. Co ciekawe, zaraz za zamkowym murem rozciąga się zupełna dzicz – las, bujne chaszcze i trawy, wśród których można dostrzec sarny, a przynajmniej my mieliśmy takie szczęście. Tak oto prezentowała się całość:

FABRYKA ROBOTÓW

Zaraz potem udaliśmy się w stronę Mosznej i Fabryki Robotów. Baliśmy się, że ze względu na ograniczenia i określoną ilość osób, które mogą przebywać w środku, przyjdzie nam czekać dość długo na zewnątrz, a jednak zupełnie niesłusznie. Zresztą nawet gdybyśmy nie weszli od razu, to zwiedzanie zajmuje dosłownie 10-15 minut. Czy mimo tak krótkiego czasu polecamy wejście do środka? Raczej tak, zwłaszcza że cena nie jest zbyt wygórowana – 15 zł za osobę dorosłą, jeszcze mniej w przypadku studentów czy dzieci.

Jak ma się to do jakości? Nie najgorzej, chociaż jeśli miałabym do wyboru Fabrykę a Galerię Figur Stalowych w Krakowie, to z pewnością wybrałabym drugą opcję. Eksponatów uświadczycie znacznie więcej, poza tym odwołują się również do bajek, nie tylko filmów sci-fi. Można ich dotykać, a w przypadku pojazdów wchodzić do środka czy nawet ruszać niektórymi elementami. Jeśli ktoś z Was byłby zainteresowany większą ilością informacji, to bardzo chętnie odpowiem na pytania mailowo bądź w wiadomości prywatnej na Facebooku.

Wracając jednak do atrakcji w Mosznej – na miejscu możemy zobaczyć filmik, na którym pokazano, jak powstaje jeden z większych modeli robotów. Bardzo dużo figur bazuje na Star Wars lub Transformers, więc jeśli jesteście fanami, to na pewno się tam odnajdziecie. Raczej mało eksponatów wychodziło poza schemat – parę Minionków czy Wall-e, który akurat niesamowicie przypadł mi do gustu. Podobało mi się też, że przy każdej postaci widniała tabliczka z opisem, ile czasu zajęło jej wykonanie. Niektóre z nich powstawały nawet parę lat, ponad 300 godzin, a ogrom pracy w nie włożony wywołuje duży podziw. Parę robotów wydaje dźwięki i rusza się, choć nie są to na pewno spektakularne wygibasy. Czy polecamy? Żeby jechać do Mosznej tylko po to, by specjalnie zobaczyć muzeum, to niespecjalnie, ale jako dodatkowa atrakcja dołączona do zamku jest świetna i uzupełnia czas, jeśli został Wam go nadmiar. Zresztą może się okazać, że jeśli jesteś freakiem na punkcie robotów, to będziesz cykać sobie zdjęcia z każdym pojedynczym eksponatem, jak to robiła para przed nami (choć dziewczyna wydawała się już mocno zmęczona i zakłopotana). Pod spodem kilka zdjęć na zachętę:

ZAMEK W MOSZNEJ – ZWIEDZANIE

Jeśli zdecydujecie się na zwiedzanie w takiej kolejności jak my, to polecam zostawić auto przy muzeum, bo dzieli je od zamku zaledwie 200 metrów. My z początku chcieliśmy podjechać, ale akurat były Zielone Świątki i z tego też względu w okolicach kościoła odbywały się różne uroczystości, z racji których największy parking w okolicy przemieniono w strefę płatną, gdzie panował ogromny ścisk. Pewnie w inne dni jest lepiej, ale jako że nie możemy tego potwierdzić, to zawsze warto znać taki dodatkowy punkt na mapie.

Przed oficjalnym zwiedzaniem zamku została nam ponad godzina, więc poszliśmy przejść się ogrodami wokół. Wszystko to jest oczywiście obarczone dodatkową opłatą, tak więc za zwiedzanie ekstremalne zapłaciliśmy 38 zł od osoby dorosłej (32 zł z ulgą), a dodatkowo kolejne 10 zł (8zł) za wejście do palmiarni i wszystkiego, co znajduje się na zewnątrz. Wiosna mocno sprzyja takim przechadzkom, bo wokół gęsto rosną rododendrony i azalie w różnych kolorach, co chwilę da się dostrzec jakieś fioletowe, bordowe czy żółte kule. Jest jedna główna ścieżka i dwie boczne, od których odchodzi wiele odnóg. My przeszliśmy się dwiema z nich, chcieliśmy nieco odciąć się od ludzi, którzy co chwilę przystawali i robili sobie zdjęcia. Trafiliśmy nawet na ścieżkę, która kiedyś musiała uchodzić za „sportową” – co kilka metrów znajdowały się drążki, kółka czy ławeczki oraz tablice z poleceniami, co przy nich zrobić (np. 10 podciągnięć, 20 przeskoków). Chyba jednak nie cieszyło się to zbyt dużą popularnością, bo wszystko wygryzła korozja, a niektóre urządzenia stały się ledwo dostrzegalne spod chaszczy i zarośli. Dodatkowo w połowie musieliśmy zawrócić, bo na drogę zwaliło się pokaźne drzewo.

To i jeszcze kilka czynników dało nam do myślenia, że na urok tego miejsca wpływa przede wszystkim pora roku, w mniejszym stopniu natomiast praca ludzka. Wiadomo, bilety wstępu na pewno nie dostarczały zbyt dużych funduszy ze względu na niską kwotę, ale osób odwiedzających zamek jest mnóstwo, więc powinno się to w miarę kalkulować. Mieliśmy jednak nieodparte wrażenie, że gdy tylko kwiaty zrzucą płatki, nie będzie już zbyt wielu rzeczy, którymi nacieszylibyśmy oczy. Chyba że sarnami, które są zamknięte na wygrodzonym poletku nieopodal zamku – jeśli dobrze ich poszukacie, to może nawet będziecie w stanie dotknąć ich przez płot, są bardzo przyjaźnie nastawione do ludzi. Ach, no i nie zapominajmy o pomnikach przyrody – ogromnych dębach, których konar jest tak gruby, że mogłoby go równocześnie objąć 5-6 ludzi, czego dowód znajdziecie poniżej.

Co do wrażeń z samego zamku – cóż, z zewnątrz rzeczywiście wygląda bajkowo i nie dziwne, że wzbudza zainteresowanie nawet za granicą. W chwili dodawania relacji z pobytu na Instagrama, kilka osób pisało do mnie i mówiło, że nie miało pojęcia o istnieniu takiej budowli w Polsce. Cóż, trzeba przyznać, że na pierwszy rzut oka niczego jej nie brakuje – a co, jeśli wejdziemy do środka?

Palmiarnia nie robiła na nas zbyt dużego wrażenia – no ładna, ale w środku tłumy i zaduch, nic specjalnego. Kawiarnia w zamku nie aż tak droga jak mogłoby się wydawać – przepyszna gorąca czekolada topiona na miejscu i smaczne desery, więc na pewno się nie rozczarujecie. Obsługa co chwilę dezynfekuje stoliki i rzeczywiście przestrzega ograniczeń ilościowych wobec klientów, barykadując wejście.

Zbiórka i odbiór biletów na zwiedzanie ekstremalne odbywa się przy wewnętrznej recepcji. Obowiązuje nakaz noszenia maseczek! Na przewodnika czekaliśmy my i jeszcze dwa małżeństwa w średnim wieku. Oprowadzał nas Adam P. i o ile o samej historii zamku opowiedział, o tyle jego zakres wiedzy i sposób wygłaszania przemyśleń pozostawiał odrobinę do życzenia (zwłaszcza w oczach jednego z mężczyzn, który komentował to, gdy tylko miał okazję). Często wydawało mi się, że ilekroć padało jakiekolwiek pytanie, przewodnikowi ciężko było na nie odpowiedzieć. Niestety będąc po kursie pilockim, wyłapywałam dużo błędów, które popełniał, no ale zapewnił odpowiednią atmosferę w grupie, był bardzo wyluzowany i, co akurat uznaję za ogromny plus, miał fajne podejście co do samego zwiedzenia. Pomijając, że zaraz kiedy zniknął z oczu innych ludzi, pozwolił na zdjęcie maseczek, to pozwalał nam także wchodzić w takie miejsca, które podczas epidemii są raczej niedostępne dla turystów. W opisie zwiedzania dodatkowo możemy zaobserwować notę, że za zwiedzanie wież należy się dodatkowa opłata, my natomiast na jedną z nich (myśliwską) otrzymaliśmy dostęp. Koniec końców byliśmy bardzo zadowoleni z takiego obrotu sprawy mimo różnych uwag.

Trasa nie jest długa i mimo że nazywa się ją „ekstremalną” to niewiele z tej nazwy spotkamy na swojej drodze. Dużo jest jakichś takich tandetnych ozdób zrobionych typowo pod dzieciaki, dodatkowo zdziwił mnie fakt, że wnętrze zamku poza kilkoma salami nie prezentuje się kwitnąco. Nie mówię tu już nawet o obszarach, gdzie panuje po prostu pustka, ale także o tych znajdujących się na drodze turysty. Widać, że bardzo duża część przedmiotów to jakieś pudła i graty zostawione przez pracowników – niby nic, ale jednak troszkę kole to w oczy. Przyszykujcie się też na bardzo specyficzny zapach stęchlizny i kapusty, którego raczej nie sposób pozbyć się z tak dużego obiektu wyłącznie poprzez otwieranie okien.

No ale żeby nie wyszło, że tylko tu sobie gderamy – wycieczka ogólnie nam się podobała. Zobaczyliśmy najbardziej luksusowy apartament z wręcz powalającą wanną w takich rozmiarach, że można by się w niej kąpać na stojąco, dwie piwnice (dawną kuchnię i miejsce pochówku, które jednak okazało się zbyt wilgotne – do tego stopnia, że podczas deszczu turyści muszą stać na specjalnej platformie), mnóstwo korytarzy, salę myśliwską, krużganki i wiele innych. Mnie jednak bezsprzecznie najbardziej podobał się widok rozciągający się z najwyżej wieży, spójrzcie sami.

Przy okazji dowiedziałam się też, dlaczego zamek nazywa się zamkiem 365 pomieszczeń i 99 wież, których przecież nie ma już na pierwszy rzut oka. Otóż te „wieże” to wszystkie elementy, które wystają ponad powierzchnię dachu – spójrzcie, jak łatwo można nagonić klientów i stworzyć smaczek, który tak naprawdę wcale nie istnieje. Magia turystyki 😉

ZAMEK W MOSZNEJ – FAKTY I CIEKAWOSTKI

Żeby jednak nie było, że zarzucam Was samymi wrażeniami – kilka sprawdzonych informacji o samym zamku. Wszystkiego Wam nie opowiem, bo wtedy zwiedzanie nie ma większego sensu (a przecież możecie trafić do pana Adama), ale co ciekawsze fakty może zechcecie przyswoić. Warto wiedzieć, że korytarze, którymi będziecie się przechadzać, to pozostałości po kiedyś istniejącym w zamku ośrodku psychiatrycznym i lazarecie (II wś). W zamku do dziś oprócz różnych festiwali  czy świąt na zewnątrz (np. święto kwitnącej azalii) odbywa się wiele występów teatralnych, a także koncertów w kaplicy (która notabene kiedyś została przerobiona na stajnię, do której konie schodziły po schodkach). Ostateczny kształt zamku możemy obserwować od czasu, kiedy część budynku spłonęła. Gdy teraz się tak zastanawiam, to chyba nie znam zamku, którego dzisiejsza forma wyklarowała się inaczej niż przez pożar czy wojnę (ten akurat tej tragedii uniknął). Wiele przylegających do niego miejsc powstawało w różnych okresach, stąd różne style architektoniczne wielu z nich. No i na koniec fakt dla fanów kina – to właśnie tutaj nakręcano sceny do Testu Pilota Pirxa.

Ostatecznie na pewno polecamy wejście do środka zamku, nie tylko obserwowanie jego murów z zewnątrz. Nie obiecuję, że wszystkie widoki będą godne zobaczenia, jednak warto unaocznić sobie, jak cienka w tym wypadku jest granica między bogactwem a pustką po minionych latach świetności. Mamy jednak czym się pochwalić i na pewno, jeśli tylko szukacie atrakcji na weekend, to nie będziecie zawiedzeni – budowla zapewnia oku estetyczne pocieszenie.

Z mojej strony to byłoby już na tyle – dajcie znać, czy te tereny są Wam znane, czy też jeszcze nigdy nie mieliście sposobności ich zobaczyć. Mam nadzieję, że Was zachęciłam i przedstawiłam kilka faktów, o których do tej pory nie mieliście pojęcia. A w razie gdyby jeszcze było Wam mało, to zachęcam do odwiedzania mojego fanpage’a na Facebooku oraz Instagrama – odnośniki po prawej na górze! Trzymajcie się ciepło.