Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć naszej jednodniowej wycieczki do JuraParku w Krasiejowie, którą odbyliśmy wraz z Szymonem 3 października 2020 roku. Przedstawimy Wam, jakie atrakcje czekają nas na miejscu, rozwiejemy też wątpliwości na temat tego, czy jest to atrakcja tylko i wyłącznie dla dzieci – nie zabraknie oczywiście cenników i praktycznych informacji. Zapraszamy na:
- Bilety
- Co znajdziemy w JuraParku?
- Pawilon Paleontologiczny
- Tunel Czasu
- Dodatkowe udogodnienia – park rozrywki, oceanarium, kino 5D
- Centrum Nauki i Ewolucji Człowieka
- Ile czasu potrzeba na zwiedzanie?
Wyjazd doszedł do skutku właściwie przypadkowo, bo niespodziewanie zwolnił nam się weekend. Pogoda zapowiadała się fantastycznie jak na tę porę roku (ok. 25℃) i z tego względu postanowiliśmy skorzystać z atrakcji, które mamy niemalże pod samym nosem. Ja co prawda byłam już w Krasiejowie 4-5 razy, ale JuraPark dość mocno rozbudował się od czasów powstania – kilka lat temu pojawił się całkiem nowy, interaktywny budynek. Postanowiłam więc odświeżyć wspomnienia, zwłaszcza że dla Szymona mieszkającego w całkiem innych rejonach Polski ten obszar nie był znany i zapewne sam by się tam nigdy nie wybrał, bo jednak atrakcje tego typu wydają się mocno „dziecięce”. Obserwowanie reakcji osoby, która nigdy wcześniej nie odwiedziła Krasiejowa, popchnęło mnie do zamieszczenia tego wpisu jako wskazówki zwłaszcza dla tych osób, które zamieszkują bardziej wysunięte na północ tereny Polski.
Bilety
Decydując się na wyprawę do Krasiejowa, możemy kupić bilety drogą tradycyjną lub online, co gwarantuje nam dodatkowe rabaty. To działa jednak tylko teoretycznie, ponieważ klikając w link odsyłający, nie dzieje się zupełnie nic i koniec końców lądujemy w kasie biletowej. Do wyboru mamy trzy rodzaje wejść:
- Główny Jurapark obejmujący również muzeum paleontologiczne, park rozrywki, Tunel Czasu, oceanarium oraz kino 5D,
- Centrum Nauki i Ewolucji Człowieka,
- Bilet kompleksowy obejmujący pkt.1 i 2.
Generalnie wyznaję zasadę, że jeśli już się gdzieś jedzie, to trzeba wykorzystać oferowane możliwości w pełnym wymiarze, tak więc trzecia opcja kosztowała nas 78 zł oraz 55 zł z ulgą. Czy warto? Moim zdaniem tak, ale to zależy, czego się spodziewacie – jeśli podróżujecie z dziećmi, to odpuściłabym drugą opcję, w późniejszej części wpisu opowiem dlaczego. O całości parku dobrze wiedzieć, że w bardzo dużej mierze wykorzystuje technologię 3D i liczne projekcje, co akurat uważam jest świetnym sposobem na przedstawienie czegoś, czego nie możemy już zobaczyć na żywo w pełnej okazałości, zwłaszcza że w większości przypadków nie znamy tak naprawdę prawdziwej formy dinozaurów. Zazwyczaj odnajduje się ich kilka kości, na podstawie których przyrównuje się je do znanych już okazów i stara się dojść do tego, jaka mogła być postura stworzenia, jego tryb życia i środowisko bytowania (wodne, lądowe). Dzięki temu wystawa nie ogranicza się tylko do oglądania gotowych eksponatów i figur, ale też pobudza aktywność zwiedzającego.
Co znajdziemy w Juraparku?
Jeśli chodzi o główną część JuraParku, to zajmuje on powierzchnię 12 ha, gdzie została wytyczona piesza trasa. Kierunek zwiedzania wyznaczają namalowane farbą ślady dinozaurów, a nad głowami zwiedzających co jakiś czas rozciągają się łuki z kolejnymi epokami (np. wczesny trias, późna jura, kreda).

Eksponaty mają rzeczywiste rozmiary, chociaż czasem, zwłaszcza spoglądając na tablice informacyjne, można dostrzec pewne odstępstwa od reguły. Jak się jednak można domyślić, byliśmy jednymi z niewielu osób, które rzeczywiście wczytywały się w tekst – rodziny z dziećmi raczej obwieszczały na głos nazwę danego dinozaura, robiły zdjęcie i szły dalej. Szkoda, bo tablice są dość ciekawe, przynajmniej niektóre. Zazwyczaj zawierają sporo ciekawostek i rozważań, oprócz tego tłumaczą zastosowanie nietypowych części ciała stworzeń. Znajdują się na nich także rysunki przyrównujące wielkość człowieka do wielkości danego dinozaura, jego sposób pożywiania, kraj występowania, wzrost i waga, które czasem okazywały się zaskakujące. Z rozbawieniem dostrzegliśmy, że niektóre okazy wagowo były mniejsze od mojego ogromnego kota! Graliśmy też w grę, która polegała na tym, że zakładaliśmy, który dinozaur mógł przekształcić się w jakieś współczesne zwierzę i jakie.
Szymon, jako zagorzały fan Wędrówek z dinozaurami, które pamiętał z czasów dzieciństwa, największą frajdę miał chyba ze zgadywania nazw eksponatów. Furorę bez wątpienia zrobił Argentynozaur o ogromnych rozmiarach, którego znaleziony kręg szyjny miał wielkość człowieka. To też jedyna figura, do której możemy podejść, dotknąć i przytulić się do ogromnej łapy. W tym miejscu również zamontowano głośniki, przez które słychać co parę sekund ryk – dla dorosłych tandeta, młodsi nawet trochę się bali.
Pawilon paleontologiczny
Po drodze na trasie przechodzimy przez pawilon czy też muzeum paleontologiczne, które powstało dzięki inicjatywie Uniwersytetu Opolskiego. Do dziś odbywają się prace badawcze, zjeżdżają tu studenci z całego świata na okres dwóch tygodni (można ich zobaczyć w lipcu, sierpniu i wrześniu), podczas których całe życie zamyka się na poszukiwaniu szczątek dawnych istnień. W budynku możemy zobaczyć wykopane skamieliny i odnalezione fragmenty dinozaurów czy stworzeń, które żyły jeszcze przed nimi. Został tu odnaleziony gatunek Silesaurus Opolensis, który jest znany na całym świecie tylko z tego miejsca. Jako dziecko zupełnie tego nie zakodowałam, podejrzewam, że też niespecjalnie mnie to obchodziło i bardziej zwracałam uwagę na walory widokowe, ale to dość budujący, ważny dla nas fakt. Pawilon może i nie jest wielki, ale dość ciekawy, bo rzeczywiście można dostrzec znaleziska gołym okiem, ponadto chodzimy po szklanej platformie i znaczna część znalezisk znajduje się pod naszymi stopami.
Tunel Czasu
Do całości trasy jesteśmy przewożeni kolejką, która kursuje niemalże co chwilę. Oczywiście możemy przejść ten kawałek pieszo, ale omijamy wtedy część rozrywki. Nasz środek transportu nie jest bowiem taki jak wszystkie inne – siedzimy w nim bokiem tak, że obserwujemy tylko jedną stronę świata i nie bez powodu, bowiem wjeżdżamy w specjalnie zaprojektowany Tunel Czasu. Kolejka porusza się bardzo powoli, a my dostajemy okulary 3D, dzięki którym możemy oglądać projekcję filmową w zaciemnionym wnętrzu. Opowiada ona o dziejach powstania i przekształcania się świata na przestrzeni milionów lat, przybliża też historię pierwszych ziemskich stworzeń. Animacja jest bardzo współczesna, przystosowana do młodszych odbiorców, jednakże… nie, jeśli chodzi o przekaz. Na początku pada tyle fachowych informacji, że dzieci na pewno nie zrozumieją połowy słów, więc trochę pokrzykują, a trochę marudzą, że nudno. Nie wiadomo, kto stanowi w tym miejscu target, ale ostatecznie każdy znajdzie dla siebie jakąś miłą cząstkę, zwłaszcza że towarzyszą nam różne efekty specjalne – lasery, wybuchające wulkany i tak dalej, a wszystko to współgra z historią rozgrywającą się na ekranie.
Dodatkowe udogodnienia – park rozrywki, kino 5D, oceanarium
Jak z kolei kończy się wycieczka? Możemy wrócić dokładnie tą samą kolejką, a możemy też na pieszo poznawać resztę uroków tego terenu. Znajduje się tutaj dość duża strefa gastronomiczna nie tylko z obiadami, ale też słodkimi przekąskami i lodami. Część stoisk była jednak na stałe zamknięta zapewne ze względu na mniejszą ilość turystów, czas posezonowy i sytuację epidemiczną. W jednym z budynków odbywał się nawet festiwal czy też dzień dyni, można było wyrzeźbić własną pod okiem obsługi. Z braku czasu nie skorzystaliśmy, choć zawsze chciałam spróbować! Minusem parku jest jednak fakt jego szybkiego zamykania się – w tygodniu o godz. 16.00, w weekend o 17.00. Jeśli chcemy być szczegółowi i wszystkiemu poświęcić należytą ilość czasu, to wyrobimy się na styk.
Dzieci dość mocno czekają na plac zabaw i park rozrywki, do których trzeba przejść ze dwieście metrów już od głównego szlaku. Na miejscu znajdują się karuzele krzesełkowe (jedna duża dla dorosłych, niestety nieczynna, druga mała dla dzieci), niewielka kolejka z wagonikami i wahadło z łodzią. Oczywiście obskoczyliśmy wszystkie atrakcje, nie bacząc na wiek czy inne zahamowania, zwłaszcza że Szymon nigdy wcześniej nie był w wesołym miasteczku. Przed wahadłem zjedliśmy jednak gofra, żeby dotrzymać do obiadu, no i może nie był to najlepszy pomysł ze względu na lekkie mdłości, dzięki którym zapewniliśmy sobie dodatkowe doznania. Oczywiście usiedliśmy na samym końcu statku, by w kulminacyjnym momencie znaleźć się jak najwyżej i bawiliśmy się przednio. Mała rzecz, a tak cieszy, zwłaszcza że z góry mamy ładny widok na jezioro i łabędzie. 😀

Pomiędzy plażą a strefą gastronomiczną znajdują się też oceanarium i kino 5D. Poszliśmy na Meet the Dinos. Wielkiego wyboru zresztą nie mieliśmy, bo był to jedyny film (od pięciu lat). Możecie się więc domyślić, jaki reprezentował poziom – telepało jednak fotelami, wiał wiatr, więc w ogólnym rozrachunku nie było najgorzej. Czy mimo naszego braku zachwytu ekranizację mogę polecić dla dzieci? Może podsumuję to słowami kilkuletniej dziewczynki, która siedziała za nami podczas projekcji i skwitowała ją słowami: „I to miał być film? Jak taki film, to mogliśmy równie dobrze zostać na schodach!”. Strasznie nas to rozbawiło.
Jeśli chodzi o oceanarium, to na pewno można o nim powiedzieć, że jest… nietypowe, bo nie ma w nim żadnych zwierząt. Znowu wszystko odbywa się na zasadzie technologii 3D. Wchodzimy z okularami do długiego tunelu i stajemy przed ogromnymi ekranami wzorowanymi na akwaria. Filmiki mają po kilka minut i przedstawiają dawne zwierzęta morskie, które po prostu pływają, obnażają kły, zbliżają się do nas i tak dalej – jak to zazwyczaj ryby. Wielkościowo może nie były odwzorowane 1:1, ale efekt i tak był dość ciekawy. Polecam zebrać się na cierpliwość zwłaszcza przy okazji ostatniego stanowiska. Uruchamia się ono na czujnik ruchu, kiedy stajemy na specjalnej platformie. Już samo to wzbudza podejrzenia, jako że wszędzie indziej podłoga jest… no po prostu zwyczajna. Zostajemy więc uczestnikami ataku stworzenia morskiego, które powoli rozbija szybę… a cała ziemia zaczyna się trząść. Trochę przewidywalne, ale wciąż fajne przeżycie, które oznaczyłabym jako obowiązkowy punkt podróży.
Centrum Nauki i Ewolucji Człowieka
Jeśli zaś chodzi o drugą część biletu kompleksowego czyli Centrum Nauki i Ewolucji Człowieka, to wejścia odbywają się co godzinę o pełnej godzinie, ostatnie o 16.00, więc zdążyliśmy rzutem na taśmę. Jeśli przyjdziemy parę minut za wcześnie, możemy skorzystać z interaktywnej poczekalni – zrobić sobie zdjęcie, a także stanąć przed ekranem, na którym wybieramy człowieka w różnym stadium rozwoju (homo sapiens, homo erectus i tak dalej). Kamerka przetwarza obraz i zamienia nas w małpę, która porusza się tak samo jak my… no prawie. Uśmiałam się przy tym niesamowicie, bo ruchy komputera są tak nieudolne, że jeśli tylko nie trzymamy rąk odwiedzionych od reszty ciała, to całkowicie się gubi. Do tego stopnia, że moja małpka potrafiła włożyć sobie rękę w żołądek, a przy tańczeniu jak Egipcjanin krzyżowała ręce tak, że już dawno wylądowałabym ze złamaniami w szpitalu. Głupiutka rozrywka, ale dla zabicia czasu jak najbardziej polecam.
Żeby przejście przez budynek miało sens, dostajemy okulary 3D, słuchawki i audioguida działającego na czujniki (wszystkie sprzęty są dezynfekowane zaraz po oddaniu przez poprzednią grupę). Całe przejście rozpoczyna się od zamknięcia w kapsule czasu, która jest niczym innym jak kinem, w którym obserwujemy, jak cofamy się kilkadziesiąt milionów lat wstecz. Tutaj również ruszają się fotele, jednak trochę się zawiodłam, bo mój sprzęt przestał działać i słyszałam z całości nagrania tylko piąte przez dziesiąte z tego, co leciało w słuchawkach Szymona. Było bardzo ciemno, więc naciskanie na oślep przycisków audioguida nie pomogło, dopiero później naprawił się sam przy okazji przechodzenia ze stacji do stacji.
Po projekcji przechodzimy do następnego szeregu pomieszczeń. Część z nich to zwykłe wystawy z figurami, część to krótkie filmiki 3D. Żeby posłuchać historii z nimi związanych, należy stanąć w polu otoczonym laserem z oznaczeniem strefy. Wtedy czujnik automatycznie nas wynajduje i w słuchawkach włącza się odpowiednie nagranie. Trwają one zazwyczaj 2-3 minuty i oprócz tego, że lektor ma dziwne powiedzonka i wstawki, to przekazywane informacje są dość ciekawe – jak zmieniało się polowanie na przestrzeni lat, ceremonie pogrzebowe, sposób życia człowieka. Znowu: byliśmy jedynymi osobami, które słuchały od początku do końca, więc przy wyjściu zostaliśmy sami, a obsługa już troszkę nas poganiała, żeby puścić nam końcową projekcję w kapsule czasu. To akurat wydało mi się przykre, bo jednak zapłaciło się za coś, z czego prawie się nie skorzystało, a jak już się skorzystało, to uchodziłeś niemalże za dziwaka, który wszystko opóźnia.
Minusem tej atrakcji było to, że gdy stanowiska znajdowały się za blisko siebie, nagrania samoistnie się zmieniały, mimo stania w danej strefie. Potem zazwyczaj nie chciało się ich słuchać drugi raz, gdy zmieniły się na poprawne. Szymonowi zdarzyło się tak raz, mi chyba z cztery, bo jestem nadpobudliwa – zawsze obracam głowę, rozglądam się, patrzę na reakcje innych. Tkwienie w jednym miejscu nie wchodzi dla mnie w grę, ale przynajmniej miałam pretekst, by przytulić się do Szymona i słuchać nagrań z jego słuchawek.
Mając na uwadze to wszystko, rozumiem, że ciężko byłoby upilnować i zainteresować dzieci, jeśli sami dorośli nie mają wielkiego parcia, by zostać w tym miejscu. Stąd moja wcześniejsza uwaga, że być może warto zainwestować jedynie w JuraPark. Na końcu Centrum Nauki znajdują się wystawy poświęcone na przykład temu, jak zmieniały się naczynia, zabawki i figurki na przestrzeni lat. Możemy też obejrzeć mnóstwo czaszek zwierząt oraz ludzi oraz jakie zmiany zachodziły w nich zależnie od regionu, a także obejrzeć kilka ogromnych skamielin w pracowni, gdzie się je oczyszcza. Nam się podobało – może nie aż tak jak główna część zwiedzania, ale ani nie żałuję, że tam poszliśmy, ani nie uważam, że było nudno.
Ile czasu potrzeba na zwiedzanie?
Jeśli jesteśmy rodzicem z dziećmi, które bardzo chcą dotrzeć do placu zabaw i szybko się nudzą:
- JuraPark ok. 2,5-3 godzin (już z jedzeniem),
- Park Nauki i Ewolucji Człowieka ok. 20 minut, chociaż ja ogólnie odradzam.
Jeśli zaś rzeczywiście chcemy się czegoś dowiedzieć i za bardzo nam się nie spieszy, chcemy wykorzystać maksymalnie czas czy też wydane pieniądze:
- JuraPark ok. 4-5 godzin (już z jedzeniem),
- Park Nauki i Ewolucji Człowieka ok. 40-50 minut.
Myślę, że na dziś to wszystko. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do przyjazdu w swoje okolice i nieco unaoczniłam, jakie przeszkody możemy napotkać po drodze, zwłaszcza jeśli pod opieką mamy grupę szkrabów. Liczę też, że dzięki temu łatwiej będzie je przezwyciężyć i lepiej zaplanujecie podróż. Jeśli jesteście świadomi wszystkiego, o czym pisałam wyżej i dalej chcecie odwiedzić JuraPark w Krasiejowie, to naprawdę polecam!











































































































































