Islandia cz.7 – czyli relaks w geotermalnych źródłach, pierwsze zetknięcie z komercjalizacją i wybuchające gejzery

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć piątego dnia naszej podróży po islandzkiej obwodnicy. Tutaj skupimy się głównie na południowej części kraju. Jeśli jeszcze nie wiesz, co działo się do tej pory, to gorąco zachęcam do nadrobienia, no chyba że nie masz ochoty, wtedy możesz zacząć czytać od tego momentu i też będzie dobrze. Tym razem nie zabraknie wodospadów: Skógafoss, Seljalandsfoss czy Gullfoss. Zejdziemy także w dół krateru Kerið, zobaczymy wybuchające gejzery i zrelaksujemy się w naturalnych geotermalnych źródłach Secret Lagoon. Koniecznie zostań z nami do końca! Zapraszam:

Piąty dzień naszej wyprawy zapowiadał się niesamowicie intensywnie, jednak pogoda nie rozpieszczała nas już od samego początku. Kiedy tylko wsiadaliśmy do samochodu, rozpogadzało się i słońce wychodziło zza chmur, natomiast po wyjściu na zewnątrz lał deszcz, o ile nie grad. Przeczekanie tego raczej nie przynosiło zamierzonych efektów, więc pogodziliśmy się z faktem, że wreszcie zaznaliśmy tej zmiennej islandzkiej pogody i staraliśmy się nie zwracać na nią uwagi, choć czasami było ciężko.

Wodospad Skógafoss

Pierwsze miejsce, które odwiedziliśmy, to wodospad Skógafoss mierzący 60 m wysokości i stanowiący jeden z większych na Islandii. Ponoć w cieplejsze i słoneczne dni widać tam mnóstwo tęcz ze względu na mgiełkę wodną, która roztacza się wokół, jednak tego nie jesteśmy w stanie Wam potwierdzić. Fakt faktem to jedno z tych miejsc, które łatwo pomylić z krajobrazem Nowej Zelandii, jednak żeby to dostrzec, trzeba się troszkę nachodzić. Parking co prawda jest bardzo blisko samej atrakcji, natomiast jeśli zamierzamy wejść na jej szczyt, musimy pokonać dość długie schody, na których niektórzy turyści urządzali sobie nawet po kilka przerw. Obiektywnie rzecz biorąc, podejście nie jest ultra ciężkie, ale zadyszki dostać można. Czy warto się tak męczyć? Oj, warto, bo widok z góry jest piękny.

Kerið – płatny krater

Następnym naszym punktem przystankowym był krater Kerið oddalony o około 110 km. Co może Was zaskoczyć, to uiszczenie opłaty za wejście. Niestety te praktyki na południu kraju są znacznie częstsze niż gdziekolwiek indziej ze względu na natężenie turystów i o ile pierwszy raz może aż tak nie kuje to w oczy, o tyle każdy następny jest coraz bardziej dotkliwy. Tutaj zostawisz 10 zł, tutaj 15, tam 20 i w końcu zbiera się dość wysoka suma, kiedy zaczyna się to wszystko podliczać. Mnie to na przykład dość mocno irytuje zwłaszcza w kwestii przyrody. Gdybyśmy mieli za każde naturalne miejsce płacić nawet te przysłowiowe 5 zł, to zważając na to, ile mija się ich po drodze, można dostać białej gorączki. W przypadku krateru opłata wynosi 400 ISK, czyli około 12,40 zł. Mówię – nie jest to dużo (zwłaszcza na islandzkie standardy), chociaż zależy, jak na to spojrzeć. W każdym razie zapłaciliśmy i weszliśmy.

Kerið ma ponad 6 tysięcy lat, a jego dno wciąż jest wypełnione wodą, tworząc sporych rozmiarów jezioro, nad którego brzegiem stoi pojedyncza ławeczka. Uwagę zwraca też ziemia po której stąpamy – w niektórych miejscach przyjmuje iście czerwoną barwę, co pięknie zestawia się z błękitem wody i zielenią wokół. Nie od razu zeszliśmy w dół, najpierw zrobiliśmy rundkę dookoła, zwłaszcza że akurat pojawiło się słońce. Oczywiście kiedy tylko zaczęliśmy schodzić po schodkach, najpierw się rozpadało, a potem sypnęło gradem. Plusem było to, że wszyscy, którzy znajdowali się w dole, natychmiast uciekli do samochodów. My się jednak nie wycofaliśmy, tylko poszliśmy po to, na co czekaliśmy. Staliśmy chwilę, obserwując, jak wiatr marszczy taflę wody i mimo zimna oraz tego, jak byliśmy przemoknięci, to był całkiem ładny widok.

Skoro już wtajemniczyłam Was w płatne atrakcje, to po drodze do krateru zatrzymaliśmy się przy wodospadzie Seljalandsfoss, który uchodzi za jeden z bardziej rozpoznawalnych, zwłaszcza że w jego głębi znajduje się grota, a za nią, jeśli przeszlibyśmy się w kaloszach, znajduje się drugi, tyle że ukryty, o którym dowiedziałam się tak naprawdę z instagramowych relacji innych podróżników. Stamtąd natomiast bardzo szybko uciekliśmy ze względu na deszcz, a także to, jak bardzo zawalony i nieprzejezdny okazał się parking. Oczywiście na miejscu pobierano za niego opłatę (700 ISK = 21,70 zł), a jako że ujrzeliśmy atrakcję już z daleka i dopiero co nasyciliśmy się innym wodospadem, daliśmy sobie spokój. Może innym razem.

Geysir, Litli Geysir i Strokkur

Trzecią naszą atrakcją tego dnia był Geysir, czyli gejzer, który wybucha co kilkadziesiąt lat. Obok niego natomiast znajduje się jeszcze kilka mniejszych, na przykład Litli Geysir czy Strokkur, który to z kolei swoją erupcję ma średnio co kilka minut. Obszar ten urzeka także ze względu na fumarole, czyli szczeliny w ziemi, przez które nieustannie wydostaje się para. Już z daleka jest bardzo dobrze dostrzegalna, zwłaszcza w tak ponure i chłodne dni. Na sam widok robi Wam się cieplej, kiedy tylko zdacie sobie sprawę, ile stopni ma woda, która przepływa małymi źródełkami tuż obok.

Nie wiem, czy wiecie, ale na terenach takich jak te, islandzkie mieszkanki bardzo często zakopywały i dalej zakopują bochenki chleba w jakimś naczyniu i pozostawiają je na kilka godzin. W ten oto sposób powstaje chleb wulkaniczny o specyficznym smaku, który najczęściej jada się po prostu z samym masłem. Jeśli bylibyście zainteresowani takim specyfikiem, to można go także wykonać w domu; przepisów w internecie jest naprawdę mnóstwo, a jedyne, czego Wam potrzeba, to tak naprawdę dużo czasu (średnio około siedmiu godzin).

Naszą uwagę niemalże od razu przykuła tablica przy samym wejściu. Można by ją uznać za regulamin, chociaż większość wypisanych punktów stanowiła raczej zalecenia i ostrzeżenia dla turystów, z których jednak ludzie niewiele sobie robili, tak przynajmniej potem zaobserwowaliśmy. Najbardziej podobał nam się ogólny wydźwięk – źródła są bardzo gorące, woda wrze, więc wchodzisz tu na własną odpowiedzialność, bo może stać ci się krzywda, możesz się oparzyć itd. Zaraz potem dużymi literami widnieje informacja: Nie podchodź blisko gejzerów dla zachowania swojego zdrowia i życia, NAJBLIŻSZY SZPITAL ZNAJDUJE SIĘ 112 KM STĄD. My to właściwie zrozumieliśmy jednoznacznie – jak jesteś debilem, to i tak nie zdążymy cię uratować, no sorry, naturalna selekcja.

Podejrzewam jednak, że połowa osób albo omija ten znak bez czytania, albo nie jest w stanie przeczytać go po angielsku, bo mimo tego, że ten czynny gejzer był zagrodzony linkami, ludzie stawali najbliżej, jak tylko mogli. My odsunęliśmy się dalej, do bezpiecznej odległości, no bo biorąc na logikę – jeśli w górę wystrzeli wrzątek na około 20-40 m, to ja będę zaraz obok, to nawet sama mgiełka, która pozostanie w powietrzu, po prostu mnie oparzy. Myślenie jest jednak dość skomplikowanym procesem, no i niestety nie zawsze każdemu wychodzi. Na szczęście wielu ludzi ma więcej szczęścia niż rozumu, więc krytycznych przypadków akurat nie dostrzegliśmy.

Jeśli chodzi o samą erupcję, to przeżyliśmy niemały szok i to raczej nie pozytywny. Od kiedy tylko pamiętam, w każdym filmie czy bajce wizja wybuchającego gejzeru jawiła się jako wielka, zbita i bardzo wysoka kolumna wody, która wystrzeliwuje z niesamowitą siłą. Jak to wygląda naprawdę? Mniej więcej tak, że zastanawialiśmy się, czy to na pewno było to, czy jednak nie. Jasne, woda unosi się na 20-40 m, ale raczej powoli i rozbryzguje się w mgiełce na boki. Stojąc odrobinę dalej, to wrażenie prędkości i siły zjawiska jest zupełnie zatarte. Zupełnie jakby to nie woda, a dym rozchodził się na wolnym powietrzu. Pamiętam, że akurat mega się cieszyliśmy, bo dosłownie lało, trochę się już trzęśliśmy i gejzer eksplodował dosłownie w 2-3 minuty. Kiedy wszystko się skończyło, Maciek zapytał mnie tylko, dość mocno rozczarowany: „To już? Wyglądało jak pierd, a nie jak wybuch”. I szczerze miał w tym troszkę racji.

Jeśli chodzi o Geysir, robi naprawdę potężne wrażenie – średnica jego krateru jest ogromna i aż ciężko zrobić zdjęcie ze względu na ilość wydobywającej się pary. Warto nawet przejść się po prostu dookoła i poszukać kilku mniejszych otworów w ziemi, z których każdy ma inny kolor, głębokość i inaczej bulgocze. Przyznaję jednak, że nie zabawiliśmy tam na pewno tak długo, jak mogliśmy, bo byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Zupełnie jakbyśmy przed chwilą wyszli spod prysznica, czego może zdjęcia nie oddadzą z taką dokładnością, ale pewne zobrazowanie na pewno będzie.

Wodospad Gullfoss

Ostatnim naszym punktem programu na ten dzień został wodospad Gullfoss. Na szczęście udało mi się namówić Maćka, byśmy podeszli jak najbliższej, aż do samych barierek. Założył się ze mną co prawda, że zacznie lać, kiedy tylko będziemy w połowie drogi, no i miał rację, ale dzielnie towarzyszył mi w wyprawie. Pamiętam, że oprócz deszczu strasznie zmoczyła nas mgiełka, która unosiła się od wodospadu, zwłaszcza że dość mocno wiało, więc cała ta woda uderzała w turystów. Szczerze mówiąc, nawet mi to odpowiadało – w końcu i tak byliśmy zupełnie mokrzy, bo Geysir znajduje się w odległości jakichś 10 km od tej atrakcji. Nie chciałabym wyschnąć z myślą, że zaraz wszystko będę musiała ponownie wykręcać.

Nie da się ukryć, że widok byłby znacznie bardziej bajeczny przy promieniach słońca, ale podróże to nie zawsze koncert życzeń, czasem trzeba się dostosować i cieszyć z tego, co jest. Ludzie stali więc i nagrywali, robili zdjęcia i śmiali się, dygocząc na przemian. Fakt faktem, wodospad jest ogromny i z pewnością warto go zobaczyć nawet w strugach deszczu. Tak prezentował się on i my na samym powrocie:

Secret Lagoon – źródła geotermalne

Temperatura spadła do 3℃, deszcz lał nieustannie i pogoda wydawała się średnia na robienie czegokolwiek. Nie uśmiechało nam się za bardzo zwiedzanie parku narodowego, więc wpadliśmy na zupełnie inny pomysł. Dosłownie marzyliśmy, żeby się rozgrzać, a że troszkę z nas wcześniej były cebularze, to okazało się, że wystarczy nam pieniędzy na jeszcze jedną atrakcję, jaką były źródła geotermalne w Secret Lagoon. Nie mam niestety porównania do Blue Lagoon, najbardziej rozsławionej atrakcji Reykjaviku, ale wydaje mi się, że jeśli szukacie czegoś mniej skomercjalizowanego i zatłoczonego, to dobrym pomysłem będzie rozważenie opcji, którą wybraliśmy również i my. Dla porównania: cena Blue Lagoon wynosi 8100 ISK, czyli około 251,10 zł (lub 6100, gdy dokonamy rezerwacji online), natomiast cena Secret Lagoon to zaledwie 2800 ISK, czyli około 86,80 zł. Różnica jest dość duża, przy czym doznania, nie biorąc pod uwagę czynników zewnętrznych, będą raczej bardzo do siebie zbliżone.

Parę słów o samym wnętrzu obiektu – prawie na 100% traficie na polską obsługę. Kiedy my zawitaliśmy na miejscu, chyba wszyscy bez wyjątku, którzy tam pracowali, okazali się naszymi rodakami. Na początku przechodzi się przez pomieszczenie typu szatnia z szafkami różnej maści i suszarkami. Później przejście rozgałęzia się na szatnię damską i męską, przy czym zasada jest taka, że będąc w środku, nie uświadczy się raczej żadnej przebieralni. Jest jedna toaleta, a na jej drzwiach widnieje napis, że nie służy ona do zmieniania ciuchów.

Wniosek z tego jest prosty – powinno się raczej załatwiać te sprawy na środku pomieszczenia, ze wszystkimi, tak jak nas Bóg stworzył. Mnie to generalnie troszkę ruszyło, jestem w ogóle anty-rozbieraniowa w miejscach publicznych, czy to basen, sauna czy cokolwiek innego. Ja nie chcę za bardzo oglądać innych, więc wychodzę z podobnego założenia. Ulżyło mi, że nie jestem w swoich odczuciach osamotniona, bo obok przebierały się dziewczyny w moim wieku i też co chwilę zerkały tylko na ten kibelek.

Na swoją obronę przypomnę, że miałam okres, więc z tej toalety skorzystać musiałam i tak. A skoro już tam weszłam, to odwaliłam wszystkie czynności po kolei i raczej nie ja jedna. Druga rzecz, która dla mnie nie była do przebrnięcia, to rozebranie się pod wspólnym prysznicem (nie koedukacyjnym, ale wiecie, takim, że każdy stoi w rządku, ramię w ramię). Zaczekałam więc, by wszyscy wyszli z pomieszczenia, a dopiero później się opłukałam.

Podejrzewam, że panowie takich dylematów nie mają, co mogłam stwierdzić już po Maćku. Jemu to w sumie było obojętne, czy ma ściągnąć te bokserki, czy nie. Myślicie, że przeszkadzał mu tamten prysznic? A gdzie tam. Mówi się przecież, że tam nikt na Ciebie nie patrzy, pełna kultura i te sprawy. I wiecie, co Wam powiem? Guzik prawda. Po wyjściu z szatni, kiedy już zanurzyliśmy się źródłach, Maciek uśmiecha się nagle i mówi, czy widzę tamtego mężczyznę. Odpowiadam, że tak. I zaraz potem wbrew własnej woli usłyszałam całą historię na temat tego, jakie facet ma małe przyrodzenie. NIE RÓB CIE TAK NIG DY.

Niestety prawda jest taka, że niektórych obrazów nie jesteśmy w stanie wyrzucić z głowy. I nawet nie chodzi mi tu o fakt, kto się rozbiera w tej szatni, ile ma lat ani jak wygląda, ale o jakieś takie ogólnie pojęte skrępowanie. Można zdjąć majtki i owinąć się ręcznikiem, ale można też zrobić to, co około 70-letnia pani na wyjściu. Ona rozebrała się do naga, a figurę miała iście rubensowską i nie dość, że z powrotem się nie ubrała, to jeszcze wzięła naraz dwie suszarki do włosów i bardzo energicznie zaczęła się nimi suszyć, falując nawet bardziej niż woda w źródłach, która właśnie zaczyna wrzeć. NIE RÓB CIE TAK NIG DY.

Jeśli chodzi o samo Secret Lagoon, warto wiedzieć, że to najstarszy geotermalny basen w historii całego kraju. Kiedy wyjdziemy z szatni, przed nami pojawi się największy z nich, w którym można się wykąpać, ale obok, zarówno z lewej, jak i z prawej strony, widnieją także dwa mniejsze, dużo gorętsze. To właśnie z nich odprowadzane są specjalne rury do głównego kąpieliska, dzięki czemu osiąga ono temperaturę w okolicach 40℃ i więcej, zależnie od tego, jak blisko źródła podpłyniemy. Znalazł się Azjata, który pływał niemalże przy wylocie, natomiast my urządzaliśmy sobie zawody, kto dotrze dalej bez zawracania. Zostawało nam jednak dobrych kilka metrów od brzegu, bo skoki temperatury wydawały się naprawdę duże i w niektórych miejscu skóra dosłownie piekła, niemalże bolała.

Dookoła kąpieliska poprowadzony jest drewniany mostek. W cieplejsze dni można wyjść na zewnątrz i przejść się nim, obserwując wrzące źródła dookoła. No chyba że jest się nami, wtedy wychodzi się nawet w temperaturze bliskiej zera. Dosłownie truchtaliśmy, zatrzymując się w miejscach, gdzie owiewały nas opary gorąca. Widokowo prezentowało się to naprawdę ładnie, miejsce ma niezwykłą aurę – nie chcę powiedzieć, że starości, ale jednak podniszczone zabudowania na środku robią swoje. Zdjęcia niestety nie mam, ale znalazłam jedno bardzo dobrze oddające klimat na stronie GetYourGuide:

Pod koniec biegu natrafiliśmy na maleńki gejzer, który coraz mocniej bulgotał. Wokół niego zebrało się pełno ludzi z aparatami i kamerami, ubrani od stóp do głów w ciepłe kurtki i polary. W pewnym momencie zupełnie przestali patrzeć na wrzącą wodę – niemalże wszystkie spojrzenia skierowały się na nas ubranych w same stroje kąpielowe, mokrych i przeskakujących z nogi na nogę, bo stopy zamieniły mam się w kawałki lodu. Widziałam rozbawienie na twarzach turystów, zwłaszcza że pełna entuzjazmu wołałam, że nie ruszę się stąd, dopóki gejzer nie wybuchnie, a Maciek cierpliwie to znosił. Nie chcę powiedzieć, że wrażenie było lepsze niż przy Strokkurze, ale być może fakt, że w ogóle nie spodziewałam się zobaczyć w tym miejscu podobnych rzeczy, sprawił, że obłędnie mi się podobało.

Nocleg w Reykjaviku

Ponowne zanurzenie się w wodzie i różnica temperatur wywarła na nas koszmarne wrażenie, ale szybko się przyzwyczailiśmy. To było naprawdę piękne i odprężające uczucie – wygrzewać się, dryfować i tylko czuć, jak zimny deszcz skapuje na głowę albo inne wyciągnięte części ciała. Po tak intensywnej podróży po prostu nie chciało nam się stamtąd ruszać; tym bardziej, że płaci się jedynie za wejście, a nie za godziny pobytu. Można by więc siedzieć aż do samego zamknięcia, ale niestety nie skorzystaliśmy. Co nam się jednak bardzo podobało, to że każdy miał możliwość skorzystania z „makaronów”, czyli tych specjalnych pianek, które często widuje się na basenach pływackich. Układało się na nich, leżało na plecach, czy jak kto wolał, a wrażenie było po prostu obłędne. Naprawdę miło wspominam tamten odcinek trasy, zupełnie niespodziewana przyjemność.

Potem udaliśmy się już prosto do hotelu w Reykjaviku, w którym spaliśmy również pierwszego dnia. Jeśli jesteście ciekawi szczegółów, to wszystko opisałam w tej części. Pokój dostaliśmy inny i o dziwo zauważalna była duża różnica. Tym razem oprócz podwójnego łóżka pojawiła się też antresola, a kiedy weszło się na schody, dało się dostrzec drugi materac, tylko jednoosobowy. Problem polegał jedynie na tym, że na górze nie było żadnego okna czy umeblowania, nie licząc małej lampki. Wyglądało to nieco przerażająco i każde z nas bało się tam spać – poza tym nie chcieliśmy się licytować, kto będzie w tym czasie na dużym, wygodnym łóżku, więc wróciliśmy do ułożenia z dnia pierwszego.

Druga różnica – oprócz śmierdzącej wody w łazience wyczuwalny był zapach ryby, ale do samego wyjazdu nie mieliśmy pojęcia, skąd on się bierze. Nie był on za ładny, a dodatkowo potęgowała go praca wentylatora, który brzmiał jak turbina odrzutowca i takie też miał natężenie. Wygoda spania ponownie okazała się jednak na tyle duża, że i tak nie zwracaliśmy na to wszystko zbytniej uwagi – poza tym czekało nas pyszne śniadanko i pożegnalne pylsury!

Chciałabym powiedzieć, że z ostatniego dnia naszego pobytu skorzystaliśmy, jak tylko się dało, skoro mieliśmy zaplanowaną jeszcze wycieczkę w parę miejsc. Przede wszystkim mowa tu o Gunnuhver, czyli o błotnych basenach, do których niestety nie mogliśmy dojechać. Nie chodzi już nawet o ograniczenia czasowe, ale o fakt, że drogę do atrakcji całkowicie rozkopano. Jechaliśmy za znakami, za naszą nawigacją, ale nic z tego. Nie byłoby nawet możliwości, żeby jakoś to ominąć, bo wszędzie, gdzie mieliśmy się udać, prowadziła ta sama trasa. Po asfalcie nie pozostał nawet ślad, przed nami widniała tylko masa błota i koparki.

Trochę nas ten fakt rozczarował, bo prócz przejścia się jeszcze raz po całym Reykjaviku, nie zaliczyliśmy niczego więcej. Stresowało nas też oddanie samochodu, dlatego uporaliśmy się z tym dość szybko (pomyślnie!) i resztę czasu siedzieliśmy na lotnisku. Złapaliśmy jeszcze dodatkowe pół godziny opóźnienia, które na szczęście nadrobiliśmy podczas lotu. Dla fanów naszego syf-jedzenia mamy jednak ostatnią gratkę – szkoda nam było zostawić zapasów, których nie zużyliśmy podczas podróży i z tego też właśnie powodu obżarliśmy się bazyliowym pesto z krakersami. W sumie okazało się to tak mdłe, że nawet odechciało nam się porządnego obiadu. Aż dziwi mnie, że po tym całym tygodniu nie mieliśmy żadnych przygód żołądkowych – Islandia to pierwszy kraj, gdzie mi się to nie przydarzyło (nie licząc może Czech czy państw sąsiadujących, choć np. o Ukrainie już tego powiedzieć nie mogę).

Lot w tę stronę upłynął raczej spokojnie, około 00.30 wylądowaliśmy na miejscu, skąd odebrali nas znajomi Maćka. Niezależnie jednak od naszego powrotu, przez następne dni dosłownie chciało mi się płakać, kiedy przypomniałam sobie naszą wyprawę. Bardzo brakowało mi tego spokoju, humoru  i przygód, które nam się natrafiały. Bywały momenty, kiedy pisałam do Maćka, że śniła mi się zorza polarna na Islandii, a on odpisywał, że miał dzisiaj dokładnie taki sam sen. Jest jeszcze mnóstwo miejsc, które czekają, by zostać przez nas odkryte, więc wrócimy tam bez wątpienia, może nawet nie tylko raz.

Mam nadzieję, że opis naszych przeżyć pomógł Wam nastawić się nieco psychicznie na tego typu wyprawę, a zawarte tutaj treści umożliwiły Ci choć w małym stopniu przygotowanie do własnej podróży. Jeśli nawet znalazłeś tutaj jedną pożyteczną rzecz, jestem bardzo szczęśliwa. Jeśli nie zamierzasz lecieć, ale czytałeś to dla przyjemności i zostałeś do końca, to jestem szczęśliwa może nawet jeszcze bardziej.

Nie martwcie się, że ta seria dobiega końca. Kilka dni później, po moim powrocie, wyruszyliśmy razem z inną osobą do Lwowa, więc też będzie o czym opowiadać. Wpisy pojawią się już niedługo, więc śledźcie uważnie mojego fanpage’a i Instagrama, żeby tego nie przegapić!

Islandia cz.6 – czyli diamenty wyrzucone na czarną plażę, siedzenie na zawalonym moście i lot na wietrze

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy czwartego dnia odbywanej przez nas podróży na Islandię. Ruszamy z Höfn do Viku, a więc na samo południe kraju. Ta część wyspy jest bardzo atrakcyjna dla turystów i na nas wywarła największe wrażenie; przede wszystkim ze względu na lodowce i krajobrazy, które dla są zupełnie obce w polskiej rzeczywistości. Jeśli chcecie dowiedzieć się, co widzieliśmy wcześniej i jak w ogóle znaleźliśmy się w tym miejscu, to dobrym pomysłem będzie nadrobienie poprzednich części naszych przygód. Jeśli jednak tego nie zrobicie, możecie czytać równie dobrze od tego miejsca i zostać na dłużej. A więc zaczynajmy! Zapraszam:

Po noclegu w zbiorowej sali mieszczącej się w Hi Hostel, nieco obawialiśmy się, jak będzie wyglądać dostęp do łazienek ze względu na poranną toaletę. Nasze wyczerpanie i późna pora wstawania przyczyniły się jednak do tego, że kolejki zupełnie ominęliśmy, a oba pomieszczenia okazały się czyściutkie, wysprzątane i raczej ciężko im cokolwiek zarzucić. Z podobnym „tłumem” zetknęliśmy się w kuchni – tutaj akurat nie mieliśmy możliwości wykupu śniadania, jako że są one serwowane od połowy maja do połowy września, ale nie stanowiło to dla nas większego problemu. Wreszcie mogliśmy wykorzystać składniki, które kupiliśmy w drugi dzień pobytu z myślą o obiedzie, dlatego też na śniadanie zjedliśmy makaron ze wszystkim, co mogliśmy wrzucić na patelnię z naszego bagażnika. Do tego oczywiście: gorąca czekolada, jako że napoje były akurat do ogólnego użytku.

Trzeba jednak przyznać, że takiego wyposażenia nie spotkałam jeszcze nigdzie; szafa na całą ścianę, od podłogi do sufitu wypełniona garnkami. Inna wisząca szafka wypakowana przyprawami (część z nich wyglądała tak obco i miała tak dziwne nazwy, że zaczęliśmy w żartach wymyślać, co się po nich człowiekowi dzieje). Mnóstwo kubków, sztućców, kilka zmywarek, palników i tak dalej, co sprawia, że gdyby nie ograniczony metraż pomieszczenia, posiłek mogłoby przygotowywać chyba trzydzieści osób naraz, co na mnie zrobiło bardzo pozytywne wrażenie. Dla przejezdnych zostających na noc czy dwie to naprawdę raj, jeśli chodzi o kuchenne udogodnienia, bo nie brakuje tam niczego; czegokolwiek byście sobie nie wymyślili, to na pewno tam będzie.

Diamentowa Plaża obok lodowca Vatnajökul

Po śniadaniu udaliśmy się do samochodu. Pierwszym naszym celem była Diamentowa Plaża, czyli plaża pokryta czarnym, wulkanicznym piaskiem, gdzie na brzeg wyrzucane są bryły lodowe z pobliskiego lodowca Vatnajökull. Większość z nich jest wyrzeźbiona przez wodę i rzeczywiście wygląda jak ogromne diamenty. Widok ten robi niesamowite wrażenie; lód przybiera różne formy, kształty czy rozmiary i choć w większości pokryty jest czarnymi smugami, to da się jednak znaleźć nieskazitelnie czyste okazy wystające ponad powierzchnię wody czy dopiero wyrzucone na brzeg.

Mimo że plaża jest długa i minęliśmy kilka parkingów, nie da się ukryć, że to jedno z popularniejszych miejsc na Islandii. Ludzi jest dość dużo – każdy spaceruje nad brzegiem wody, wszyscy robią zdjęcia, część osób kładzie się na lodowych bryłach. Każdy jednak zachowuje tyle kultury, że po czasie się odsuwa lub czeka na swoją kolej, więc w gruncie rzeczy wciąż możecie strzelić fotki, na których wydaje się, że prócz Was nie ma tam właściwie nikogo. Nie byłabym jednak sobą, gdybym podczas całej tej sesji nie zrobiła niczego głupiego. Do teraz nie wiem, czy Maciek, robiąc mi zdjęcie, sam przegapił ten szczegół, czy też umyślnie mnie nie uprzedził, w każdym razie pozując, po jakimś czasie zalała mnie nadchodząca fala. Zaczęłam uciekać z krzykiem i śmiechem na ustach, rozbawiając wszystkich wokół, ale dzięki temu przynajmniej odkryłam, że moje różowe trapery z futerkiem jak najbardziej spełniają swoją rolę. Mimo chwilowego podtopienia nie przemokły ani trochę, a ta wiedza przydała mi się jeszcze później tego samego dnia.

Zaparkowaliśmy w bardzo strategicznym miejscu, zaraz za mostem. Właściwie wygląda to w ten sposób, że zjeżdża się na parking, zaraz obok jest Diamentowa Plaża, a kiedy tylko przejdziemy na drugą stronę ulicy, możemy dostrzec lodowiec Vatnajökull i powstałe za jego sprawą jezioro Jökulsárlón. Na pewno się nie zgubicie, jako że górę śniegu widać już z bardzo daleka. Jeśli ktoś byłby zainteresowany dokładną lokalizacją, to my korzystaliśmy z tych współrzędnych: 64°02’39.7″N 16°10’39.4″W. Co prawda nasza nawigacja wskazywała, że to punkt pośrodku oceanu, jednakże w miarę zbliżania się do niego, zobaczycie spot, o którym pisałam.

Jeśli chodzi o przejście z plaży do lodowca, to nie ma wytyczonej żadnej oficjalnej drogi. Wszyscy wdrapywali się na muldę z kamieni, przechodzili przez ulicę, a następnie w dół.

Jezioro Jökulsárlón z widokiem na lodowiec

Piękne w tym dniu było to, że każdy następny widok, który roztaczał się przed naszymi oczami, wprawiał nas w coraz większy zachwyt. Czerń wulkanicznego piasku zastąpił błękit czystej wody jeziora Jökulsárlón. Tutaj odłamy lodu wystawały w dość dużym stopniu ponad powierzchnię wody, ale bardziej przypominały bryły śniegu niż oszlifowane diamenty. Pomiędzy tym wszystkim dało się dostrzec pływającą amfibię – taka przyjemność kosztuje około 5900 ISK, czyli nieco ponad 180 zł. Nie jest to dużo, aczkolwiek z naszym budżetem odpuściliśmy i obserwowaliśmy z brzegu. Myślę jednak, że przy okazji drugiej wyprawy skupiłabym się właśnie na tego typu atrakcjach, i np. na zwiedzeniu jaskini lodowej. Macie gwarancję, że zawsze zobaczycie to, czego chcecie i nie sposób się zawieść. My, siedząc w pewnej odległości, byliśmy urzeczeni, a co dopiero móc poczuć, że wszystko widnieje na wyciągnięcie dłoni! Z tego co wiem, rejs nie trwa długo, bo nieco ponad pół godziny, ale mogę śmiało stwierdzić, że to wspomnienie warte tych pieniędzy.

Kolejna miła niespodzianka, która spotkała nas na miejscu: zobaczyliśmy rodzinkę dzikich fok! Nie mogliśmy oderwać od nich wzroku – co innego widzieć takie stworzenia w zoo, a co innego obserwować ich zachowanie w naturalnym środowisku. Zeszliśmy niżej, aż do samej tafli wody, i usiedliśmy na głazach przy brzegu. Dobre pół godziny, jeśli nie więcej, po prostu spoglądaliśmy, jak zwierzęta podpływają zaraz obok nas, jakby zaciekawione turystami, a później odpływają i cieszą się swoim towarzystwem. To zabawne, bo wcześniej specjalnie zajeżdżaliśmy do miejscowości, gdzie można spotkać je pływające przy brzegu, a jednak ani razu nam się nie udało. W tym wypadku nawet jakoś specjalnie o nich nie pomyśleliśmy, a one się zjawiły.

Tego dnia mieliśmy wiele momentów, które wyglądały jak ten; po prostu siedzieliśmy w ciszy i patrzyliśmy, a minuty mijały. Trafiła nam się piękna pogoda, świeciło słońce, było około piętnastu stopni, więc zostaliśmy w pewnym momencie w samych bluzach. Nawet jeśli mielibyśmy dojechać do następnego noclegu o 4.00 nad ranem, nie oddałabym tamtych chwil i uczucia, jakie wtedy nam towarzyszyło. Zupełna cisza, prawie nikogo nie słychać, wyłącznie pluskanie wody. Dopiero w takim miejscu możemy uzmysłowić sobie, jak na co dzień jesteśmy atakowani różnymi dźwiękami i bodźcami. Tam przyszła chwila relaksu – bez stresu, bez pośpiechu, człowiek czuje się taki malutki w porównaniu z otaczającą go naturą. Może to jest powód, dla którego tak wielu Polaków wraca na Islandię i zostaje na dłużej mimo jej surowego i brutalnego klimatu, którego jako turyści aż tak nie zauważamy.

Jeśli chodzi o sam lodowiec, to najlepiej pojechać jeszcze kawałek dalej tak, żeby móc zaparkować auto i podejść na piechotę aż pod samą atrakcję. Zjazdów jest dużo, więc gdybyśmy chcieli zobaczyć Vatnajökull z perspektywy każdego z nich, to prawdopodobnie zabrakłoby nam dnia. My na jednym poprzestaliśmy, bo podobnie jak wcześniej; spędziliśmy tam mnóstwo czasu. Do przejścia był kawałek, pewnie coś około kilometra. Trasę po części wyznaczają słupki ze sznurami, później one zanikają i każdy chodzi wydeptanymi już ścieżkami. Tutaj po raz pierwszy możemy zaobserwować, że wysoka temperatura ma wpływ na kształtowanie krajobrazu; ziemia jest pokryta mchem, który jak gąbka chłonie wodę z topniejącego lodowca. Jest bardzo dużo kałuż i strumyczków większych bądź mniejszych, dlatego dobre, nieprzemakające buty to podstawa.

Maciek na przykład w pewnym momencie musiał przerwać już wędrówkę, mnie udało się podejść bliżej samego lodowca. Zniknęłam na około pół godziny, a na samym końcu wysłałam zdjęcie, gdzie dotarłam. Co ciekawe, mój przyjaciel przyznał potem, że odkąd tylko dostał tę fotkę i wiedział, że się zbliżam, to prawie od samego początku słyszał moje kroki, tak niosło się echo.

Jak z kolei moje wrażenia po dojściu do celu, czyli do końca urywającej się dróżki? Z jednej strony przeszła mnie ekscytacja, czułam się jak ostatni człowiek na ziemi; wielki otwarty teren, ogrom lodu i żywej duszy dokoła. Z drugiej… z bliska widać na pewno więcej błota, woda jest raczej brunatna i właściwie tylko to, co znajduje się powyżej, można uznać za cudo, zresztą sami oceńcie.

Podczas tej pieszej wycieczki spotykaliśmy turystów, a każdy z nich zagadywał nas na minutę czy dwie. Trafiliśmy nawet na starsze małżeństwo, gdzieś tak po pięćdziesiątce, które chciało, byśmy wzajemnie porobili sobie zdjęcia. Zwłaszcza kobieta pozostawiła w mojej głowie bardzo ciepłe wspomnienie, bo zachowywała się zupełnie tak, jakby między nami nie było żadnej przepaści ze względu na wiek, ba! W pewnym momencie zaczęła piszczeć prawie jak mała dziewczynka, pokazywała na moje buty i w kółko powtarzała: „Aaaa, so cute!”. Kiedy wreszcie sesja dobiegła końca, para odmaszerowała, trzymając się za ręce. Patrząc na nich, zgodnie stwierdziliśmy z Maćkiem, że fajnie byłoby zobaczyć taki obraz w swoim przypadku za kilkadziesiąt lat; śmiać się, podróżować, mieć kogoś przy sobie i po prostu cieszyć się życiem. A pod spodem zdjęcie, które jest chyba moim jednym z ulubionych na tym wyjeździe.

Po jakimś czasie dotarliśmy do zawalonego mostu, który w naszej nawigacji widniał jako wciąż przejezdny. Strona, po której staliśmy, zdążyła już dawno zarosnąć, natomiast naprzeciwko wciąż dało się dostrzec wylany asfalt. Usiedliśmy więc na przęsłach i obserwowaliśmy bryły lodu płynące w dole, a także wolno przesuwające się chmury. Do teraz pamiętam, jakie to było magiczne uczucie. Ach, no i znalazłam prześliczny kamyczek na wpół obrośnięty mchem, spójrzcie.

Jedyne, czego żałowaliśmy w tym dniu, to tego, że nie zobaczyliśmy reniferów, które często wychodzą na drogę w tej części kraju. Nie można mieć jednak wszystkiego, ale życzę Wam, by spotkało Was więcej szczęścia w tej kwestii!

Nocleg w Puffin Hostel Vik

Na ten dzień nie przewidywaliśmy zbyt wielu atrakcji, dlatego też udaliśmy się prosto do Viku, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. To był z pewnością najbardziej wątpliwy punkt naszej wyprawy. Puffin Hostel Vik jest określany jako dwugwiazdkowy hotel i mimo że wydawał się schludny, nie sprawiał zabójczego wrażenia. Moja mama dosłownie wychodziła ze skóry, kiedy poczytała opinie o obiekcie i dotarła do opinii gości, którzy zgłaszali obecność szczurów w pokojach. Nie udało nam się zamienić go jednak na nic innego, więc po prostu staraliśmy się nie nastawiać źle, mimo że ośrodek rzeczywiście wyglądał na podniszczony, zwłaszcza z zewnątrz. Mogę jednak uspokoić – szczurów (już) nie było, no chyba że tej nocy nie miały ochoty się aktywować albo odwiedziły kogo innego. Mimo wszystko cieszyłam się, że i tym razem dostaliśmy piętrowe łóżko i wylądowałam na górze, tak na wszelki wypadek.

Pokój może nie był najpiękniejszy, ale też z drugiej strony nie wiem, czego więcej byśmy potrzebowali. Wszystko drewniane, górne łóżko może trochę się uginało, podłoga trochę krzywa, no ale przynajmniej spaliśmy sami, a materace okazały się całkiem wygodne. Na miejscu znajdowały się wieszaczki, jakaś półeczka i w sumie nie przeszkadzało nam, że pomieszczenie miało jakieś 2×3 metry. Z lokalizacją też trafiliśmy dobrze, bo toaleta znajdowała się obok naszego pokoju; też nie za duża, ale schludna, mimo że korzystało z niej całe piętro, o ile mnie pamięć nie myli.

Skoro nie zapisało się to w mojej pamięci tak dokładnie, to w każdym razie znaczy, że nie było tak źle. Oprócz tego do dyspozycji mieliśmy wspólną, niewielką kuchnię i ogromną jadalnię czy też pokój integracyjny, zależy jak na to spojrzeć. Co ważne, bo o tym nie wspomniałam wcześniej; najczęściej w tego typu ośrodkach picie napoi alkoholowych jest zakazane. Pewnie wynika to z faktu, że są one na tyle małe, że nawet jeden wstawiony człowiek mógłby dość mocno zakłócać spokój innych. To tylko domysły, w każdym razie nam niespecjalnie przeszkadzały takie ograniczenia, warto być jednak świadomym, że takowe mogą zaistnieć i wcześniej troszkę poczytać o miejscu, do którego się udaje. Ponownie nie mam akurat swoich zdjęć, dlatego zamieszczam grafikę z Booking.com.

Na miejscu znajduje się supermarket Kronan, bardzo ładnie zaopatrzony i dość tani. To właśnie tam udało nam się kupić trzy puszki islandzkiej czekolady w cenie, jaką zapłacilibyśmy za jedną z nich, dokonując zamówienia w Polsce. Zdobyliśmy też kilka typowych dla kraju słodyczy, głównie batoników z masłem orzechowym albo bogatych w proteiny. Co ciekawe, nawet te drugie smakowały zaskakująco dobrze.

Zaraz obok stoi drugi budynek, czyli Icewear, gdzie można kupić przeróżną odzież. Ja z tej opcji nie skorzystałam, natomiast Maciek jeszcze wieczorem wyszedł na „spacer” i wrócił z szalikiem za 90 zł, dopiero później przeliczając, że to „najdroższy szaliczkuś w jego życiu”. Z mojej strony można było spotkać się wyłącznie ze śmiechem.

Z tamtego dnia pamiętam też bardzo porywisty wiatr. Takiego nie odczuliśmy chyba nigdy wcześniej, człowiek dosłownie miał problem, żeby ustać na nogach. Kiedy szło się razem z nim, trzeba było biec, a próbując działać mu na przekór, prawie stało się w miejscu. Tutaj przyszła pora na mój popis – szliśmy przez parking, więc chcąc zejść z drogi, musieliśmy przekroczyć bardzo wysoki krawężnik. Maciek przeskoczył przez niego bez problemu, ja natomiast odbiłam się od asfaltu i… zdmuchnął mnie wiatr, tak po prostu. Poleciałam jakiś metr czy dwa dalej, lądując na środku ulicy na plecach. Na szczęście miałam na sobie mnóstwo warstw ubrań, które zamortyzowały upadek i dzięki temu nic mi się nie stało. Nic, chyba że liczymy naburmuszoną minę do końca dnia, kiedy Maciek znowu zaśmiewał się do łez. Islandia sprawia, że powiedzenie „Jedz więcej, bo cię wiatr zdmuchnie”, staje się prawdziwe. Szkoda tylko, że ja akurat jem jak za dwóch.

Reynisfjara – śmiertelna plaża

Odłożyliśmy zakupy i przeszliśmy się po miejscowości, odnajdując niewielkie termalne źródła. Zamykali je jednak dość wcześnie, więc po dłuższej chwili wahania odpuściliśmy i jak się okazało – całkiem słusznie, bo następnego dnia natrafiliśmy na coś znacznie lepszego. Na zakończenie dnia zostawiliśmy sobie jeszcze jeden punkt do zobaczenia, a mianowicie Reynisfjarę, czyli jedną z popularniejszych plaż na całej Islandii.

Jej powierzchnię pokrywają czarne kamienie, a w wodzie możemy dostrzec wysokie na ponad 60 metrów bazaltowe kolumny. To właśnie tutaj klify są wyrzeźbione w charakterystyczny sposób, który upodabnia je do schodków o długich stopniach. Należy jednak pamiętać, żeby nie podchodzić zbyt blisko brzegu, bo fale są naprawdę duże i niepozorne. Woda wlewająca się na brzeg ma ogromną siłę i potrafi zalać kilkanaście, o ile nie kilkadziesiąt metrów plaży. Tutaj nawet nie bycie mokrym jest największym problemem, a fakt, że prądy są tak silne, że nieuważnych turystów są w stanie wciągnąć i zabrać ze sobą.

Z początku nie za bardzo chciało nam się w to wierzyć, jednak wystarczyła chwila obserwacji, by zrozumieć, że to nie tylko miejscowe legendy. Część fal rzeczywiście zaraz się cofała, jednak niektóre płynęły i płynęły, a końca nie sposób było dostrzec. Pamiętam, że staliśmy gdzieś w połowie plaży i o ile przez dziesięć minut nie działo się nic, o tyle w kolejnej musieliśmy uciekać, żeby nie zmoknąć. Trzeba więc bardzo uważać i pod żadnym pozorem nie zostawiać dzieci i zwierząt bez należytej opieki, bo skutki mogą być opłakane. No i uważajcie na wiatr!

Na dziś z mojej strony to już wszystko. Jeśli macie ochotę przeczytać, jak trafiliśmy na geotermalne kąpielisko, weszliśmy do środka krateru podczas gradu, obserwowaliśmy wybuchające gejzery i odnaleźliśmy wodospady jak z ujęć kręconych w Nowej Zelandii, to serdecznie zapraszam na kolejne części naszej islandzkiej przygody. Obserwujcie na bieżąco, a w międzyczasie zapraszam też na mojego fanpage’a i Instagrama, gdzie wrzucam relacje z podróży i materiały tylko dla wybrańców! 😉 Linki na górze po prawej, klikaj śmiało. 😀

Islandia cz.5 – czyli filmowe krajobrazy w zestawieniu z fetorem zgniłego jajka

Informacje ogólne: Poprzedni wpis stanowił wprowadzenie do tego, czym zaczniemy dzisiaj, a mianowicie do rejsu z wielorybami. Jeśli go przegapiłeś, to najlepiej będzie, gdy nadrobisz choćby dwa lub trzy ostatnie akapity dla całego oglądu sytuacji. Lenie mogą tego nie robić i świat się nie zawali, ale pewnie byłoby lepiej dla Was, a miło dla mnie, więc zapraszam serdecznie. Poniższy opis oferuje dodatkowo wirtualne odwiedzenie geotermalnych, wulkanicznych terenów o niezapomnianym zapachu (Blue Lake, Hverir), a także ujrzenie jednego z mocarniejszych wodospadów na Islandii. Spragnieni ciekawostek? Nie zawiedziecie się! Zapraszam:

Rejs z wielorybami, husavik

Podczas rejsu mającego swój początek w Husaviku, na łódce oprócz uczestników wycieczki znajdowała się także przewodniczka uzbrojona w specjalne plakaty i mapki, za pomocą których obrazowała nam, czego dokładnie szukać nad powierzchnią wody. Opowiadała o różnych gatunkach wielorybów (jeden z nich nazywał się Milky Way!); o znakach szczególnych, sposobie odżywiania czy trybie życia. Informowała też na bieżąco, w którą stronę należy spojrzeć, gdzie się właśnie udajemy i w jakim miejscu ostatnio dostrzeżono ssaki, na które „polowaliśmy”. Na wodzie nie ma zbyt wielu punktów, nad którymi mogłaby się rozwodzić, zdarzały się jednak nietypowe skały obsadzone przez chmary ptaków czy inne wyróżniające się elementy, o których natychmiast spieszyła nam mówić, oczywiście w języku angielskim.

Na pokładzie znajdowała się nas około dwudziestka, co okazało się dość dużym tłumem, zwłaszcza jeśli padła komenda, że należy się rozejrzeć. Co nas niesamowicie zaszokowało, to sposób komunikacji między łodziami, które wypływały z przystani o tej samej godzinie. Wiecie, one nie należały do jednej firmy, każdy tak naprawdę działał w swoim interesie i mógłby zupełnie nie zważać na inne grupy, a jednak tak się nie stało. Załogi przesyłały sobie znaki dymne i sygnały dźwiękowe, dodatkowo porozumiewały się za pomocą krótkofalówek i tak naprawdę cztery czy pięć łódek płynęło w tym samym kierunku, do jednego miejsca. To wydało się zupełnie nietypowe dla naszej polskiej mentalności – no bo kogo tak naprawdę obchodzi, czy inni turyści, którzy zapłacili innemu usługodawcy, zobaczą to, co chcieli? W końcu to nie my będziemy musieli oferować kolejny bezpłatny wstęp albo zwrot pieniędzy. Najwyraźniej jednak da się inaczej.

Rejs trwał około trzech godzin i wielu osobom mogłoby się wydawać, że musiało być strasznie monotonnie. W końcu zamawiając podobną imprezę na rzece albo jeziorze, już po pół godzinie jesteśmy znudzeni widokami i samym rodzajem atrakcji, w sumie nie dzieje się nic nowego. W poprzednich wpisach wspominałam już, że krajobraz Islandii jest na tyle ciekawy, że nie sposób mieć dosyć; tutaj dodatkowo dochodził element wyczekiwania i dość silne bujanie, które co chwilę albo zmuszało do krycia się przed nadchodzącą falą, albo dawało poczucie, jak gdyby wsiadło się na niezbyt ekstremalny rollercoaster. Tak prezentowało się to z naszej perspektywy:

I już spieszę z odpowiedzią na pytanie: a gdzie wieloryby? No właśnie, ponoć okazało się, że jesteśmy pierwszą grupą, która po raz pierwszy od kilku miesięcy ich nie zobaczyła. Czy to prawda, czy blef wciskany na pocieszenie, tego już się raczej nie dowiemy, ale w ramach rekompensaty otrzymaliśmy bon na ponowny, darmowy rejs z dożywotnią datą ważności. Pewnie teraz pomyślicie „No super, no i na co wam to?”, jednak w naszym wypadku to dodatkowa atrakcja jeśli chodzi o zaplanowany przylot na Islandię po raz kolejny w roku 2021.

Czy byliśmy rozczarowani? Myślę, że Maciek bardziej niż ja. Mnie choć raz udało się zobaczyć wieloryby w ogromnym oceanarium we francuskiej miejscowości Antibes (chodzi tu konkretnie o Marinelandię, jedno z piękniejszych miejsc, jakie dotąd widziałam, zwłaszcza dla dziecka, którym wtedy byłam), zupełnie udomowione, wytresowane, dające pokazy ludziom. Wiadomo, nijak ma się to do ujrzenia ich na wolności, ale dzięki temu nie czułam aż takiego żalu. Moglibyśmy powiedzieć w tym miejscu, że droga powrotna mijała nam w smutnym milczeniu, ale nic z tego, ponieważ… otrzymaliśmy islandzkie pączki i TĘ gorącą czekoladę. Uwierzcie, zjedzenie i wypicie czegoś ciepłego w tamtej chwili stanowiło dla nas mały cud, od razu pojawiły się nam na twarzach uśmiechy i zaczęliśmy żartować, że mogliśmy zapłacić za samo wyżywienie.

Na sam koniec udało nam się wymienić kilka zdań z przewodniczką, która naprawdę wyglądała na zmartwioną i przepraszała nas, jakby to, że wieloryby się nie pokazały, to jej wina. Przesympatyczna, młoda kobieta. Moglibyście wypytać ją o wszystko, a ona była na tyle komunikatywna, że na pewno zarzucałaby Was jeszcze dodatkowymi opowieściami.

Po rejsie wróciliśmy jeszcze na chwilę nad jezioro Myvatn. W sumie przy takich peanach, jakie słyszeliśmy na jego temat (że najbardziej rozpoznawalne, niesamowite, tyle rodzajów ptactwa, roślinności, ledwo dech można nabrać z zachwytu), my byliśmy… nawet nie tyle co rozczarowani, raczej skołowani. No rzeczywiście widok ładny, jezioro duże, ale nawet jadąc wzdłuż jego brzegu nie zobaczyliśmy niczego, co specjalnie kazałoby się nam zatrzymać. A tego dnia zatrzymaliśmy się z ciekawości jeszcze dwa razy, trafiając na jeden z ciekawszych, moim zdaniem, terenów na Islandii.

Blue Lake – jezioro geotermalne

Pierwsze po drodze było Blue Lake – nie za duże jezioro geotermalne, które już z daleka parowało i rzeczywiście miało błękitną barwę. Na brzegu postawiono tabliczkę, by nie zbliżać się zbyt blisko wody ani oparów, ponieważ mają powyżej 100℃. Być może rzucając okiem na całe oczko wodne nie odnosiłoby się takiego wrażenia, dopóki nie spojrzałoby się na rusztowanie odgradzające miejsce, z którego gorący strumień wybijał pod wysokim ciśnieniem z wnętrza ziemi. Nie wiem nawet, do czego to przyrównać – to trochę tak, jakby jacuzzy działało z potrojoną mocą i strzelało wodą jak oszalałe, sami spójrzcie.

Hverir – geotermalne pola lawowe

Oczywiście wszędzie był wyczuwalny zapach siarki, jednak nie tak bardzo jak w miejscu, które mnie absolutnie oczarowało, a Maćka odrzuciło. Dosłownie chwilę później zatrzymaliśmy się przy Hverir, czyli geotermalnych polach lawowych. Przyznaję, zapach zgniłych jaj towarzyszył nam z większą intensywnością może tylko w chwili, kiedy jednego razu zamówiliśmy w Polsce paczkę ze słodyczami i dostaliśmy wafelki z durianem. Zarówno smakołyki, jak i nasz nieplanowany postój był moją inicjatywą. Maciek wymiotował w obu tych sytuacjach, więc szczerze go podziwiam, że mimo tego i faktu, że do tej pory wypomina mi, jak poczęstowałam go spleśniałymi pomidorami (niespecjalnie!), wciąż mnie toleruje i się razem trzymamy.

Czy ten islandzki fetor był aż tak dojmujący? Naprawdę ciężko nazwać go przyjemnym czy delikatnym, ale jeśli nie macie tak wyczulonego zmysłu węchu jak mój kompan, to nie powinna zdarzyć się Wam żadna przykra przygoda. Do teraz bawi mnie jednak, że nie wracałam przez dobre pół godziny albo dłużej ze swojego obchodu i fotografowania, a na sam koniec zapytałam Maćka, czy ma ochotę obejrzeć zdjęcia z naszego wyjazdu. Na początku niemal zabił mnie wzrokiem, ale po czasie nawet chętnie przystał na propozycję. On przez cały czas siedział w aucie, nie licząc chwili, kiedy zobaczył kilka parujących kamieni i stwierdził, że to jego koniec.

Kanion Asbyrgi

Gdy stamtąd wyjechaliśmy, trzymaliśmy się z powrotem naszego planu, a więc Asbyrgi, czyli kanionu w Parku Narodowym Vatnajokull, który ma ponad 5 km długości. Ta wielkość sprawia, że widać go już na długo przed dojechaniem do celu, ale jeśli mam być szczera, to nawet nie ma chwili, by spojrzeć na niego w zachwycie, chyba że auto rozkraczy się Wam pośrodku dziur, błota i czegoś, co miało udawać choćby zarys drogi. Dostając się na „861” albo „862” (zależy, z której strony przyjedziecie), nie musicie sprawdzać mapy czy nawigacji, żeby wiedzieć, że jesteście w dobrym miejscu. Coś, co miało sprawiać wrażenie powierzchni, po której można przejechać i się nie zabić, było szerokie jak czteropasmówka. Nie zmienia to jednak faktu, że aż sprawdzałam, czy to na pewno droga dozwolona dla naszego auta. Żałuję, że nie mam zdjęcia tamtej nawierzchni, ale wtedy brak dokumentacji to chyba ostatnia rzecz, o którą się martwiliśmy. Postaram się jednak zadziałać na Waszą wyobraźnię.

A więc mamy te cztery pasy (niczym nierozdzielone, bo tak naprawdę to tylko błoto i ziemia). Po stronie, po której jedziemy, są dziury na pół metra, na 40 cm i 30 cm. Szerokie tak, że nie myślisz, jak je wyminąć, tylko w którą najlepiej wjechać, żeby nie stanąć pośrodku niczego. Niektóre z nich są przysypane żwirem, no i niby fajnie, ale ten jednak rozbryzguje się na wszystkie strony świata, kiedy tylko się na niego najedzie. Przed Waszymi oczami są tylko chmury pyłu, nie ma żadnych znaków. Widzicie nagle pagórek i w sumie nie wiecie, czy to dalsza część drogi, czy po prostu nasyp, który zrobiły dźwigi stojące pośrodku. Błoto i ziemia są tak zastygłe, że widzicie tylko szerokie muldy. Co chwilę mija Was jakaś ciężarówka, która wyrzuca w powietrze cały ten syf, którym zaraz jest oblepiona Wasza mała Kia. Poruszacie się zygzakiem, żeby jakoś dać radę dotrzeć do końca tego toru przeszkód i zastanawiacie się, czy właściciele aut 4×4 z naprzeciwka bardziej Wam współczują, czy myślą, że jesteście zdrowo puknięci w mózg. I tak jedziecie sobie raz, potem drugi, kiedy okazuje się, że musicie wrócić. A potem trzeci, gdy GPS stwierdza, że się zaktualizował i inna droga nie istnieje. Chyba nic nie podsumuje tego lepiej niż słowa Maćka: „Jeśli jeszcze raz tędy pojedziemy, to będę płakać”.

Cytadela, mówili, będzie fajnie, mówili…

Czy było chociaż warto? Szczerze… odpuściłabym. Nasz trud i komfort jazdy raczej nie był wart zobaczenia tego kanionu z bliska. Oczywiście robił wrażenie, ale nie wywoływał aż takiego efektu WOW. Nie była to taka tragedia jak ruiny cytadeli w Borgarvirkach, które okazały się po prostu kamieniami jak wszystkie inne na Islandii i po których mój zachwyt wyglądał mniej więcej tak jak zdjęcie po boku, ale mogliśmy o ten moment szybciej dojechać na nocleg (tego dnia akurat byłoby warto). Co mnie jednak rozbawiło w przypadku Asbyrgi, to grupa Azjatów, która pytała nas, czy na szczyt kanionu też można wejść. Rozumiecie – lita skała, schodów ani ich śladu; dobra zajawka dla wspinaczy, ale nie dla osób +50, których największym wysiłkiem ostatnimi czasy było strzelanie zdjęć.

Wodospad Dettifoss

Później udaliśmy się w kierunku wodospadu Dettifoss, który uchodzi za jeden z bardziej energotwórczych w Europie. Jego szerokość, ogrom i prędkość przelewającej się wody jest naprawdę zatrważająca. Stojąc kilka metrów od niego, zastanawialiśmy się, czy gdyby wsadzić pod niego rękę, to od razu by nam ją urwało, czy tylko połamało. Pod tym względem wrażenie jest naprawdę kolosalne, ale jeśli chodzi o samą estetykę, to na pewno nie jest to najpiękniejsze takie widowisko na wyspie. Czemu? Woda oprócz tego, że jest spieniona, to po prostu przybiera brunatną barwę. Co ciekawe, część z Was może kojarzyć ten cud natury z filmu „Prometeusz”, bo wodospad doczekał się w nim kilku ujęć.

Co stanowiło dla nas zagadkę – dopiero jakieś 100 metrów od celu usłyszeliśmy szum wody. Idąc z parkingu przez skalne schody i dróżkę, mieliśmy wrażenie, że trafiliśmy źle, choć przecież widzieliśmy sąsiadujący z Dettifossem wodospad Jokulsargljufur. Wiedzieliśmy, że to właściwe miejsce, a jednak do końca ciężko było nam w to uwierzyć.

Wodospad Hengifoss

Było już popołudnie, ale zdecydowaliśmy się na odwiedzenie jeszcze jednego wodospadu, który był nam akurat po drodze, czyli Hengifoss (teoretycznie, bo okazało się, że i tak musieliśmy zbaczać z trasy, by dostać się do miasta Egilsstadir na jakąkolwiek stację benzynową, której nie widzieliśmy od dobrych kilkudziesięciu kilometrów). Kiedy dojechaliśmy więc na miejsce, powoli już zmierzchało, a żeby ujrzeć źródło, trzeba było wspinać się pokaźny kawałek po drewnianych platformach. Mniej więcej w połowie wiedzieliśmy, że wchodząc na ostatni stopień, nie zobaczymy nic oprócz ciemności. Ja jednak szłam tyle, ile się dało, podczas kiedy Maciek biegał za owcami pasącymi się obok i przeżywał, że żadna z nich nie chciała się przytulić, tylko od razu uciekały. Finalnie znaleźliśmy się więc mniej więcej w ¾ drogi, a nasze zdjęcie pamiątkowe prezentuje się tak, no bo chyba żadnego oświetlenia się nie spodziewaliście (zdjęcie z fleszem też co prawda istnieje, tyle że dużo niekorzystniejsze od tego, więc zostanie Wam oszczędzone).

Droga do Höfn

Później nastąpiły jedne z naszych najgorszych wspomnień, czyli jazda do hostelu w Höfn, o którym wspominałam w poprzednim wpisie i tutaj już do tych czarnych zakamarków pamięci sięgać nie będę. Wiedząc, jak beznadziejny mamy czas, już nam było wszystko obojętne, więc poświęciliśmy trochę czasu, żeby zatrzymać się w porze obiadowej na stacji benzynowej N1 i coś przekąsić. Pod tym względem Olis wypada dość słabo, bo poza gotowymi produktami na półkach nie oferuje żadnych ciepłych posiłków (choć czasem trafi się kawa). Nauczyliśmy się więc, że jeśli jeść, to na N1, zwłaszcza że ceny jak na Islandię nie były aż tak zatrważające, no i mieliśmy gwarancję tego, że ten obiad na pewno dostaniemy. Jechanie do miast wydawało się dość ryzykowne, bo o ile nie jest to miejscowość wielkości Akureyri czy Egilsstadir, to gwarancja posiłku naprawdę nie jawiła się optymistycznie.

Przeważnie jedliśmy tosty albo burgery – niezbyt to zdrowe, ale na pewno lepsze niż zupki z proszku. Przeważnie taka przyjemność kosztowała nas w granicach 40 zł, ale przynajmniej nie skąpiono nam, jeśli chodzi o porcje. Często dostawaliśmy jakieś frytki-niespodziankę, których nie było w spisie, a same posiłki były dość obficie wypełnione mięsem i sosami, więc dało się na tym wyżyć i to całkiem nieźle. Tego dnia zatrzymaliśmy się też na kolację (choć nie sądziliśmy, że to będzie nasza kolacja i ostatni posiłek, bo na następny po prostu nie zdążymy przed spaniem), czyli gorącą czekoladę i pizzę na kawałki, z którą wpakowaliśmy się do samochodu. Przy okazji kupiliśmy Pepsi w puszce, którą tylko wymienialiśmy na nowe egzemplarze. Ten napój był naszym nieodłącznym towarzyszem podróży w uchwytach przy siedzeniach aż do samego wylotu.

Do Hi Hostel w Höfn dojechaliśmy w rekordowym czasie, po 1:00 w nocy, umordowani jak chyba jeszcze nigdy. Na miejscu nawigacja straciła orientację w terenie, więc przed kolejnymi straconymi minutami na szukaniu noclegu uratowało nas moje 2% baterii w telefonie. Ten fakt też uważam za strasznego pecha, bo mimo że zaopatrzyliśmy się w przejściówkę do samochodu, by naładować komórki, to z samym stykiem coś było nie tak – ładował dosłownie sekundę i odpuszczał. Tego dnia zresztą w ogóle mieliśmy niewiele szczęścia; po takiej trasie czekał nas też najsłabszy nocleg. Jedyne, co nas pocieszało, to dwie pary kluczy, które czekały na gości w recepcji. Jedne nasze, drugie niewiadomego pochodzenia, a więc jednak istnieli więksi frajerzy od nas, którzy spóźnili się jeszcze gorzej niż my.

Nocleg w Hi Hostel, Höfn

Już wcześniej tego dnia zastanawialiśmy się, czy mimo adnotacji „Bed in the dorm” na naszej rezerwacji, dostaniemy osobny pokój tylko dla naszej dwójki, skoro recepcjonista odłożył dla nas klucze. Nie będę Was trzymać w niepewności: odpowiedź brzmi nie. Ile więc łóżek mieściło się w tych czterech ścianach? Pięć, w dodatku piętrowych. Na szczęście spała nas tam tylko szóstka, jednak czy można to nazwać szczęściem? Przekonacie się za chwilę.

Nasz pokój znajdował się pod parterem. Staraliśmy się wejść do środka najciszej, jak potrafiliśmy, jednak kobietę leżącą obok drzwi natychmiast oślepiło światło z korytarza. I weź tu znajdź wolne łóżko, próbując nie świecić telefonem ani latarką. Nawet nie miałam sposobności, żeby kłócić się z Maćkiem o to, kto zostanie wygnany na górne piętro (oczywiście padło na mnie, zawsze ci mali muszą spać przy suficie), po prostu odłożyliśmy rzeczy i poszliśmy do łazienki, żeby przebrać się w piżamy. Nie musicie jednak żałować tych, których obudziliśmy – odpłacili się nam pięknym za nadobne. Zanim jednak w ogóle usnęliśmy, miałam wrażenie, że ten dzień daje mi jeszcze jedną sposobność do tego, by sklasyfikować go jako „Idealny do tego, żeby opowiadać ludziom i rozbawić ich do łez, ale równie idealny do tego, żeby w chwili, kiedy wszystko się działo, strzelić sobie w łeb”.

W całym ośrodku chrapał jeden jedyny człowiek, no i zgadnijcie, w czyim znalazł się pokoju. Przy czym umówmy się, natężenia chrapania są różne, niektóre można nawet znieść, gdy dochodzą z drugiego końca pokoju, ale nie to. Ten człowiek chrapał tak, że nie zdziwiłoby mnie, jeśli słyszeli go jeszcze dwa piętra wyżej. Gdyby nie to, że ledwo żyliśmy, pewnie czekałaby nas bezsenna noc. A tak to budziliśmy się tylko co dwie godziny od piątej nad ranem, więc wynik całkiem niezły.

Równo o 5.00 zadzwonił budzik. No spoko, rozumiem, ktoś wcześnie wyjeżdża. Tylko że ten budzik należał do typu człowieka, który uruchamia milion drzemek i po którejś z kolei myślałam, że wstanę i sama wyciągnę go z łóżka. O 7.00 zadzwonił następny, tym razem jakiejś kobietki, która podeszła do sąsiedniego łóżka i zaczęła po angielsku dziękować prawdopodobnie nowej znajomej, żegnać się z nią i w ogóle. W sumie to było całkiem urocze, więc jakoś mnie nie zeźliło, ale zgodnie stwierdziliśmy z Maćkiem, że tego dnia śpimy dalej, bo po ostatnich przeżyciach ledwie byliśmy w stanie uchylić powieki.

W ten oto sposób obudziliśmy się o 9.30 w pustym pokoju. I wiecie, co jest ironią? Nie spieszyliśmy się, wstaliśmy późno, a kolejny odcinek drogi pokonaliśmy tak szybko, jak jeszcze nigdy. Co z kolei jest zabawne? Że po paru godzinach jazdy samochodem minęliśmy człowieka, który zwiedzał Islandię na rowerze. Na rowerze, kiedy my nawet z autem mieliśmy problem! Wiecie, kim był ten człowiek? Tym samym facetem, który rano nie potrafił wyłączyć budzika. I szczerze, po zobaczeniu go, zaczęłam rozumieć, czemu nic nie było w stanie go obudzić.

Na dziś to tyle, ale jeśli masz ochotę poczytać o lodowcach i bryłach lodu wyrzucanych na czarną plażę, to koniecznie czekaj na pojawienie się kolejnej części! A w międzyczasie, żeby Ci się nie nudziło, obserwuj moje posty na Facebooku i Instagramie, linki po prawej stronie na górze 😀

Islandia cz.4 – czyli pierwsze cuda, rozczarowania, jak uniknąć mandatów i dotrzeć ledwie żywym na północ kraju

Informacje ogólne: To już czwarta część naszej relacji z Islandii, więc jeśli trafiłeś tu dopiero teraz, to nic nie szkodzi, zapraszam do czytania (może tylko tego wpisu, a może także poprzednich). Poniższy skupi się na wodospadach w zachodniej części wyspy, będzie też parę słów o płatnych tunelach i wstęp do rejsu z wielorybami. Zapraszam:

Wodospady Hraunfossar i Barnafoss

Pierwszym takim przyrodniczym cudem, który utkwił nam w pamięci po przyjeździe na Islandię, były dwa wodospady położone w bliskim sąsiedztwie (współrzędne geograficzne, jeśli chodzi o dobre parkowanie: 64°42’06.2″N 20°58’44.5″W). Oczywiście trzeba później przejść na piechotę 300-400 m, auto bardzo rzadko zostawia się przy samej atrakcji – czasami odległość wynosi nawet 1,5 km albo więcej (pod górę, niezliczoną ilością schodów itd.), żeby dotrzeć do tego, po co właściwie przyjechaliśmy. To naszym zdaniem przy okazji długiego podróżowania samochodem jest akurat jak najbardziej wskazane; odrobina ruchu, rozruszanie kości, no bo w końcu nie jechaliśmy na wakacje z zamiarem lenistwa.

Na miejscu możemy zobaczyć coś na wzór pieszej trasy wyznaczonej przez rozwieszone sznury. My się ich trzymaliśmy, ale co bardziej zapalczywi fotografowie (albo po prostu Azjaci) obierali własny szlak po skałach, tuż przy samej wodzie, czego raczej Wam nie polecam robić, jeśli w razie czego nie chcecie mieć nieprzyjemności. Szliśmy od takiej strony, że najpierw ujrzeliśmy Hraunfossar, a dopiero później Barnafoss. Ciężko nawet przyrównać do siebie te dwa wodospady, bo wyglądały zupełnie inaczej i robiły odmienne wrażenie, ale nawet z perspektywy czasu wydaje mi się, że Hraunfossar nie tylko podobał mi się bardziej, co nawet był moim ulubionym spośród wszystkich zobaczonych później. Powiedziałabym, że to taka seria mniejszych wodospadów rozciągająca się na bardzo dużą szerokość. Patrząc na to, ma się wrażenie, że w miejscach, w których popękała skała, płyną strumienie łez. 

Na szlaku co chwilę znajdują się platformy, gdzie można stanąć, wychylić się i zrobić co ładniejsze zdjęcia. Idąc dalej, dochodzimy do Barnafoss, który jest znacznie węższy. Woda z niego spływa do wąwozu z bardzo dużą prędkością, dlatego można zaobserwować nawet nie tyle, że się pieni, ale wydaje się wręcz biała, co kontrastuje z błękitną siostrą na zdjęciach powyżej. 

Po całym obchodzie na bardziej zmarzniętych i zmęczonych czeka bar/restauracja tuż przy samym wejściu na ścieżkę. W środku można zamówić kawę czy czekoladę, no i co ważne – skorzystać z toalety!

Wioska Reykholt

Chciałabym powiedzieć, że spędziliśmy tam nieco czasu, jednak już wtedy wyglądaliśmy z nim krucho, zwłaszcza że nadłożyliśmy drogi, udając się do Reykholtu, który uchodzi za jedno z ważniejszych kulturowych miejsc na Islandii. Urodził się tam Snorri Sturluson, jeden z istotniejszych pisarzy tego kraju, ale poza jego pomnikiem i urokliwym kościółkiem nic nas specjalnie nie urzekło. Z początku miałam wrażenie, że musimy podjechać dalej, żeby coś zobaczyć, ale szybko doszliśmy do wniosku, że dwie krzyżujące się ze sobą uliczki to wszystko, co mieliśmy ujrzeć. Do tej pory chce mi się śmiać, kiedy pomyślę o komentarzu Maćka, gdy ujrzeliśmy niewielki cmentarz ze zdjęcia poniżej: „O, spójrz. Tu pochowano wszystkich mieszkańców Reykholtu, którzy mieszkali w nim w ciągu ostatnich 1000 lat”.

Uczcie się na naszych błędach

Jak już wcześniej wspominałam, nie mieliśmy papierowej mapy, więc kiedy tylko wyjechaliśmy z tej miejscowości, nawigacja skierowała nas na “najszybszą” drogę, która co prawda miała ograniczenie prędkości do 80 km/h, ale my poruszaliśmy się tam 20-26 km/h w porywach. To było nasze pierwsze zetknięcie się ze żwirową drogą – zupełne pustkowie, prawie żadnego auta po drodze, a jak już się jakieś trafiło, to zjeżdżaliśmy na bok, bo mieliśmy wrażenie, że gdyby kierowca mógł, to za nasze ślimaczenie się po prostu zabiłby nas wzrokiem. Musicie jednak wierzyć na słowo, że chrzęst drobnych kamyczków uderzających w podwozie i odbijających się od boków auta był naprawdę przeszywający. Prawie tak jak głos faceta z wypożyczalni, który mówił “12 tys. euro za zniszczenia dokonane na samochodzie”. 

Straciliśmy na tamtej drodze jakieś 40 minut, po prostu ze strachu i stresu. Potem zresztą nie było dużo lepiej, więc zadzwoniłam na nasz przyszły nocleg z prośbą, by właściciel zostawił nam klucze do pokoju na recepcji. Taka sytuacja zdarzyła nam się trzy razy, ale nigdy nikt nam nie odmówił, mimo że wiązało się to z tym, że pracownicy nie zapiszą np. numeru naszej karty kredytowej. Tej nocy dostaliśmy nawet liścik ze wszystkimi informacjami dotyczącymi śniadania, pokoju i tak dalej, więc to był naprawdę przyjemny gest ze strony pracowników Eldá Guesthouse, mimo że ledwie umieliśmy to wszystko przeczytać, tak nam się oczy kleiły ze zmęczenia. 

Wspomnienie tej i następnej nocy nie jawią nam się jakoś specjalnie kolorowo. Spędziliśmy wiele godzin w aucie, ale wbrew pozorom też sporo chodziliśmy, więc brakowało nam chwili na odpoczynek. Psychicznie też ciążyła na nas coraz większa presja, jako że z samego rana musieliśmy z Myvatn wrócić do Husaviku (około 56 km) i zdążyć na godzinę 9:45, by wypłynąć w rejs z wielorybami. Im dalej, tym robiło się gorzej, także jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że zmierzchało. Za dnia można skupić uwagę na niezwykłych krajobrazach, wymieniać się opiniami, wypatrywać zwierząt. W nocy zobaczenie czegokolwiek graniczy niemalże z cudem. Oczywiście liczyliśmy, że dopisze nam szczęście i zobaczymy zorzę, ale niebo było bezchmurne jedynie raz w ciągu całego naszego wyjazdu, a i wtedy się nie udało. Jedynym urozmaiceniem okazały się tunele – większe, mniejsze, które to właśnie okazały się naszą największą gafą na tym wyjeździe.

Vadlaheidi Tunnel – płatny tunel w pobliżu Akureyri

Od samego początku, nawet będąc w wypożyczalni, każdy powtarzał nam, że na północy Islandii, w pobliżu Akureyri, znajduje się płatny tunel, przez który można przejechać i zaoszczędzić kilkudziesięciu kilometrów, albo ominąć go i udać się darmową drogą na około. Wiecie, było już po 22:00, więc zgodnie stwierdziliśmy, że możemy zapłacić, bo liczyła się dosłownie każda minuta. Tyle że tunele się skończyły, a my nie zapłaciliśmy nic. Nie, żebyśmy jakoś specjalnie rozpaczali z tego powodu, ale wydawało nam się to dziwne, że na miejscu nie natknęliśmy się na punkt poboru opłat, jakieś szlabany, budki czy cokolwiek innego. Uprzedzając Wasze pytania: nie pojechaliśmy przypadkowo objazdem, Vadlaheidi Tunnel jak najbardziej okazał się płatny, tyle że opłatę uiszcza się internetowo. Trzeba to zrobić w ciągu trzech godzin od przejechania tą trasą, w innym wypadku naliczana jest dodatkowa opłata za każdorazowy przejazd tą drogą.

Cóż, całe szczęście, że robiliśmy obwodnicę i tamtędy nie wracaliśmy, chociaż tym mogliśmy się pocieszać. Przyznaję jednak, że moment otrzymania niespodziewanego maila ze strony wypożyczalni w ostatni dzień naszej podróży był dla mnie jednym z bardziej emocjonujących podczas całego wyjazdu. Jestem pewna, że pobladłam jak ściana, podczas kiedy Maciek śpiewał właśnie kolejną piosenkę w cebula-carze. Jako że siedział ze kierownicą i stresował się już samym faktem zdania samochodu, postanowiłam nie odzywać się tak długo, aż obliczę w głowie wszystkie koszty, które miały nam się obnażyć. O dziwo nie okazało się tak tragicznie, jak z początku myślałam. Podstawowy koszt przejazdu przez Vadlaheidi Tunnel to około 50 zł, do tego mandat w wysokości 85 zł. Gdy podzieliło się to na dwa, aż można było odetchnąć z ulgą, jeśli przed oczami miało się już jakieś tysiąc złotych.

Jak to się właściwie stało, że tego nie dopilnowaliśmy? Naszym błędem było przyjęcie typowych zachodnioeuropejskich standardów dla Islandii. Nie doczytaliśmy o tym, bo wydawało nam się oczywiste, że płaci się na miejscu. Nie dawało nam to spokoju, więc trochę poszperaliśmy w internecie i okazało się… że tabliczka z informacją o opłatach rzeczywiście stoi przy tunelu, ale o 22.16 (dzięki mandatowi przynajmniej znam dokładną godzinę), było już tak ciemno, że nawet nie było jej widać. Naprawdę, ciemność na Islandii jest bardzo dojmująca, zwłaszcza jeśli przejeżdża się pomiędzy dwoma wzniesieniami – wokół jest dosłownie czarno, żadnych świateł, nie ma gwiazd i widać tylko to, co znajduje się kilka metrów przed maską auta.

Islandia a jazda nocą

Takie warunki wzbudzają dyskomfort, nawet jeśli zdajesz sobie sprawę, że Islandia to jeden z krajów o najmniejszym odsetku przestępczości. Jadąc nocą i napotykając samotny dom na środku odludzia, gdzie paliła się jakaś pojedyncza żarówka, mieliśmy wrażenie, że mieszka tam ktoś, kto zupełnie postradał zmysły. Pamiętam, jak zgodnie stwierdziliśmy wtedy, że żyjąc w taki sposób, spalibyśmy ze strzelbą pod poduszką i budzili się z przerażeniem na każde skrzypnięcie drzwi czy okiennic. To był też powód, dla którego nie zatrzymaliśmy się na poboczu i po prostu nie zdrzemnęliśmy na chwilę.

Maciek co rusz wyganiał mnie do spania, bo myślę, że widział, jak walczę ze snem, mimo że w tle głośno grała muzyka i staraliśmy się podtrzymać konwersację. Ciągle powtarzał, że to był długi dzień, że mam okres, że przecież brzuch mnie boli i mam iść spać. Trochę nasz brak siły był też spowodowany właśnie tym, że nie jedliśmy (ten i następny dzień opierał się na diecie: nażryj się na śniadanie do granic możliwości i wieczorem oszukaj głód chińską zupką zapitą gorącym kubkiem). Wiedziałam, że na kierowcę jeszcze bardziej usypiająco działa śpiący pasażer na siedzeniu obok, poza tym trzymało się mnie poczucie solidarności. Maciek jednak cały dzień prowadził, a znam jego charakter i wiedziałam, że nie przyzna, że nie da rady, więc zostawianie go bez nadzoru wydawało mi się skrajną nieodpowiedzialnością. Męczyliśmy się przynajmniej we dwoje.

Nie wiem, która droga przysparzała nam o tej porze więcej problemów. W dzień podróżowanie „1” stanowiło luksus, ale po ciemku stawało się strasznie monotonne. Prosta droga, nie ma zbyt wielu zakrętów, nie wymaga dużego skupienia. W asfalcie raczej nie pojawiają się dziury, znaki są niemalże niepotrzebne, obecność innych aut znikoma, nie widać dosłownie niczego, na czym można skupić uwagę. Pamiętam, że jadąc w stronę Paryża, na autostradzie panowała podobna stagnacja, jako że wokół oprócz pól niewiele dało się zobaczyć. Tam jednak na poboczach ustawiano na przemian kolorowe kule, trójkąty, kwadraty i tak dalej, żeby urozmaicić jazdę kierowcy. Na „1” nie było o tym mowy, oczy mimowolnie zamykały się z braku zajęcia.

Rozbudzenie przychodziło zawsze w przypadku dróg takich jak „99”, którą podróżowaliśmy następnego dnia w kierunku Höfn. To z pewnością jedno z moich gorszych wspomnień, jeśli chodzi o cały wyjazd. Rozbudziliśmy się niemal natychmiastowo, kiedy auto wjechało na żwirową powierzchnię pokrytą spękaniami, dołami i czymkolwiek tylko się dało. Nasza Kia niespecjalnie miała ochotę hamować przy spadkach i podjeżdżać pod wysokie wzniesienia, zza których nie dało się zobaczyć dosłownie niczego. Nawet nie byliśmy pewni, w którą stronę należy skręcić, gdy już ujrzymy dalszą część nawierzchni, ani czy ktoś nie nadjedzie z naprzeciwka. Dźwięk obijających się o auto kamyczków i kamieni spędzał sen z powiek, pojawiał się stres. Nawigacja pokazywała jeszcze kilkadziesiąt kilometrów drogą, której nie sposób ominąć, czas podróży ciągle się wydłużał, nocleg wydawał się jeszcze bardziej odległy, a my autentycznie zastanawialiśmy się, jakim cudem dojedziemy na miejsce. W takich momentach czuliśmy straszne zmęczenie psychiczne, a kiedy wyjeżdżaliśmy na prostą drogę, razem z ulgą przychodziło wyczerpanie fizyczne.

Myśląc o tym dniu, najbardziej żałuję, że zabrakło nam czasu na wodospad Godafoss. Generalnie zachodnia część Islandii pozostała dla nas w dużym stopniu nieodkryta. Pocieszające wydaje się jednak, że mamy tym więcej motywacji, żeby wrócić i spróbować jeszcze raz, tym razem z lepszym efektem. Do Akureyri dotarliśmy około godziny 23.00. Jedno z bardziej pokaźnych miast w kraju, które my zobaczyliśmy jedynie przejazdem, zaliczając stację benzynową jako cały postój. W porządku, wyglądało ładnie, kiedy obserwowaliśmy je z daleka jako jeden z niewielu punktów oświetlonych setkami świateł, jednak czuliśmy żal. Zostawiając je za sobą, usłyszałam tylko głos Maćka: „Nie no, Akureyri piękne jak ja pierdole” i zaczęłam się śmiać, choć tak naprawdę był to raczej śmiech przez łzy.

Z nas dwójki to on jest osobą, której w większym stopniu humor nie opuszcza nawet w złych sytuacjach. Rzucał żarty, nie awanturował się, nie miał pretensji. Ja byłam od tego, żeby podnieść go na duchu. Pamiętam, jak tego albo następnego dnia przegapiliśmy zjazd, a po samochodzie rozniosły się ciche i zrezygnowane kurwy. Wtedy to ja się spinałam, kładłam mu dłoń na ramieniu i mówiłam, że to nic – zawrócimy, będzie po problemie, no zdarza się, zwłaszcza kiedy musisz skręcić niespodziewanie po 50 km. Pamiętam, że usłyszałam wtedy, że jestem dobrym pasażerem; takim, który umie zadbać o picie i jedzenie (zwłaszcza w końcowych dniach), muzykę, dobrą atmosferę, który zdzieli po ramieniu, gdy przysypiasz, i nie drze ryja, gdy coś pójdzie nie tak. Kto mnie zna, ten wie, że z tym darciem ryja to może nie do końca prawda, ale w takich chwilach potrafię być naprawdę spokojna. Wiedziałam, że Maciek jest zmęczony, a ostatnim, czego chciałam, to żebyśmy skoczyli sobie do gardeł. Jechał już tyle czasu, że było mi go szkoda i przez cały wieczór powtarzałam, że jestem mu bardzo wdzięczna i świetnie sobie poradził. To nie przeszkodziło mi jednak popłakać się ze śmiechu przed snem, kiedy zobaczyłam, co zrobił.

Nocleg w Elda Guesthouse

Nocleg w Mýatn był rozbity na kilka sypialnianych domków. Chwilę zajęło nam, by po ciemku znaleźć recepcję i odebrać swoje klucze. Wokół panowała straszna cisza i było tak zimno… Temperatura spadła, zaczął lać deszcz, a my ze zmęczenia też już nie czuliśmy wszystkiego tak, jak powinniśmy. Miałam problem, żeby w ogóle poradzić sobie z otworzeniem zamka, ale w końcu się udało: ukazał się nam skromny pokoik z dwoma łóżkami.

Zdjęcie niestety z Bookinga, bo na nasze było za ciemno :c

Mimo że była północ, poszliśmy zagotować wodę na zupki, a z dwóch pokojów obok (nie równocześnie, ale po upływie jakiegoś czasu) wychylili się Azjaci. Ich zresztą widzieliśmy najczęściej podczas całej naszej podróży, ale każdy z nich miał zupełnie inne nastawienie, podobnie jak ci tam. Jeden wyszedł do nas w samym szlafroku albo ręczniku, dokładnie już nie pamiętam. W każdym razie wyglądał, jakby przed chwilą dobrze bawił się z dziewczyną i to wprawiło go w na tyle dobry nastrój, że przywitał się z nami i na chwilę zagadał. Drugi z kolei wyjrzał na nas oczami małymi jak główki szpilki, zaspany jak niedźwiedź po zimowym śnie i nie kwapił się żadnym „cześć, co słychać?”. Pomarudził tylko chwilę, że jesteśmy strasznie głośno, mimo że staraliśmy się nie oddychać, i wrócił do pokoju.

Po zjedzeniu naszej wieczornej dawki chemii, ułożyliśmy się do snu – mnie zajęło to krócej, już niemalże przysypiałam, kiedy Maciek zgasił światło i udał się w stronę łóżka, przy którym zalegała nasza torba. Przysięgam, patrząc na niego, byłam pewna, że się o nią potknął, bo wyciągnął rękę i runął jak długi na ziemię. Kiedy to zobaczyłam, najpierw poczułam dezorientację, a zaraz potem dostałam napadu śmiechu, gdy uświadomił mnie, co właśnie zrobił. Położył jedną dłoń na materacu i myślał, że dotarł na miejsce. Nie zrobił kroku w przód, nie starał się nawet usiąść, po prostu uwalił się całym swoim ciężarem na ziemię, myśląc, że jest w łóżku. Dalej chce mi się śmiać, kiedy przypomnę sobie huk, a potem jego zawodzenie. Wreszcie przydarzyło się coś, co zdołało mnie rozbudzić – szkoda tylko, że tak późno.

Rano przeszliśmy na śniadanie do odpowiedniego budynku, a kiedy tylko wyszliśmy na zewnątrz, zaniemówiliśmy. Rozejrzeliśmy się wokół i ledwie chciało nam się wierzyć, że to dokładnie to samo ciemne i ponure miejsce, do którego przyjechaliśmy poprzedniego dnia. Widoki były po prostu przepiękne: góry, woda, mnóstwo kolorów. Znów wstąpiła w nas pozytywna energia, zwłaszcza gdy ujrzeliśmy śniadanie. Prezentowało się dużo skromniej niż w stolicy, kuchnia była raczej ciasna i z trudem mieściło się tam naraz kilka osób, ale i tak najedliśmy się do granic możliwości: naleśniki, parówki, jajecznica, banany, kawa, czekolada, herbata, nałożyliśmy to wszystko i jeszcze dokładkę.

Gentle Giants – Rejs z wielorybami

Około 8.40 zawróciliśmy w kierunku Husaviku. Ubraliśmy się najcieplej, jak tylko mogliśmy, i ruszyliśmy na rejs z wielorybami. Na miejscu mieliśmy rozpoznać charakterystyczne niebieskie flagi i rzeczywiście nie było większego problemu ze znalezieniem ich. Odwiedzających zjechało się jednak naprawdę dużo i zajęcie bliskiego miejsca do parkowania graniczyło niemalże z cudem. Wysiadłam więc z auta, zostawiając tę kwestię Maćkowi, a sama poszłam zgłosić nasze przybycie Gentle Giants, czyli firmie, która odpowiadała za nasze wypłynięcie (jeśli interesują Was koszty takiej wyprawy, to wszystko podliczyłam w części 1). Zeszliśmy bliżej wody, a w nozdrza uderzył nas nieprzyjemny zapach zgniłych ryb. Odnaleźliśmy naszą łódkę i ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że jest jeszcze mniejsza, niż to sobie wyobrażaliśmy. Na pokładzie mieściło się około dwudziestu osób + przewodnik.

Pierwszą rzeczą, którą zrobiliśmy, to upodobniliśmy się do siebie. Oboje dostaliśmy specjalne kapoki, a także skafander zawierający w komplecie dodatkową pelerynę przeciwdeszczową. Dosyć mnie to dziwiło, raczej odniosłam wrażenie, że ma nas to ochronić przed zimnem niż przed wodą, mimo że tego dnia pogoda trafiła się naprawdę ładna. Nie zmieniało to faktu, że ocean okazał się mocno wzburzony, więc nasza łódka bujała się i na pokład, wbrew mojemu mylnemu wrażeniu, wlewało się mnóstwo wody. Fale rozbryzgiwały się co chwilę, opryskując wszystkich wokół i już po kilkunastu minutach czułam, że mam przemoczone rękawiczki, a buzia marznie mi od wiatru i wilgoci.

Poruszanie się w naszym nowym stroju wcale nie było takie łatwe. Dostałam najmniejszy rozmiar skafandra, ale już po założeniu spodni nogawki przykryły mi całe buty i generalnie deptałam po nich przez większość czasu. Cały ten ekwipunek okazał się dosyć ciężki i krępujący ruchy, ale to nie przeszkadzało nam we wdrapywaniu się na drewnianą ławeczkę pośrodku łódki. To był jeden z tych razów, kiedy niezwykle się cieszyłam, że obok nas siedzieli praktycznie sami Azjaci. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że każdy Polak zabiłby śmiechem nasze „wodoodporne pokrowce” na telefony. W rzeczywistości nie mieliśmy niczego takiego, jakoś wyleciało nam z głowy, by się w nie zaopatrzyć. Wpadliśmy jednak na błyskotliwy pomysł i stwierdziliśmy, że w tej roli świetnie sprawdzą się nasze samolotowe kosmetyczki. Brzmi to absurdalnie, a jednak zadziałało: nawet świetnie robiło się przez nie zdjęcia, sami zobaczcie.

Jak widzicie – potrzeba matką wynalazków. Może jednak nie róbcie tego co my z rozmysłem, bo do teraz zastanawiamy się, jak bardzo wyśmialiby nas rodacy, jakby zobaczyli dość duży napis KOSMETYCZKA MAŁA na naszych wodoodpornych pokrowcach. Śmiechom jednak nie było końca, zwłaszcza gdy ujrzałam, co Maciek ma wymalowane na piersi. Każdy pokrowiec oznaczano rozmiarem na jego zewnętrznej części, co prezentowało się dość komicznie, zwłaszcza w przypadku mężczyzn. Mój komentarz? „Chodź, Maciek, założymy ci Tindera, z taką reklamą żadna się nie oprze”.

Skafander – jest, kosmetyczka mała – jest, wszyscy – są: więc ruszamy. Jeśli jesteś ciekawy, jak wyglądał cały rejs, czy udało nam się cyknąć fotkę wielorybom i co miłego spotkało nas na łodzi, to wszystko pojawi się w kolejnej części podróży, więc nie przegap! A ja tymczasem zapraszam na mój fanpage, a także Instagrama; linki znajdziecie na górze po prawej. Bądź na bieżąco 😀

Islandia cz.3 – czyli najlepsze hot dogi na świecie, cuda Reykjaviku i zmora wiecznie przepełnionego pęcherza

Informacje ogólne: To już trzecia część naszej islandzkiej przygody, więc jeśli przegapiłeś którąś z poprzednich, to polecam je nadrobić. Nie będzie to absolutnie konieczne, bo w fabule się raczej nie zgubisz, ale myślę, że dzięki temu cała historia nabierze kolorytu. Poniższy opis będzie w głównej mierze dotyczyć zwiedzania Reykjaviku, także dziś gratka dla fanów dużej ilości zdjęć. Zapraszam:

Reykjavik – gdzie parkować i kupować?

Nasz hotel, Capital Inn, znajdował się około 4,5 km od ścisłego centrum stolicy, więc podjechaliśmy na miejsce samochodem, nie chcąc tracić czasu. Tak jak wspominałam, zanim się zakwaterowaliśmy, wynajęliśmy auto i tak dalej, było już po 20.00 czasu islandzkiego, ale nie zamierzaliśmy odpuścić ani chwili ze zwiedzania. Co dosyć nas zaskoczyło, problem z parkowaniem nie urósł do takiej rangi, jakiej się spodziewaliśmy. W nawigacji bardzo pomogła nam mapka, którą możecie znaleźć na oficjalnej stronie Guide to Iceland lub klikając TUTAJ. Przedstawiała ona strefy parkowania według przyjętych cenników, jednak będąc na miejscu, warto za każdym razem spojrzeć na znaki i upewnić się, kiedy oraz jakie opłaty dokładnie obowiązują, żeby później nie napytać sobie biedy. Dwa razy udało się ich w ogóle uniknąć i naszymi ulubionymi lokalizacjami okazały się mieszkalne uliczki w okolicy Hallgrimskirkja, a także mały, bezpłatny parking nieopodal stacji paliw Olis.

parkowanie.png

Opłaty za parking wydawały nam się bardzo wysokie (oczywiście już po przeliczeniu), bo za niecałą godzinę robienia zakupów (około 34 minut), zapłaciliśmy 16 zł. Wiadomo, jeśli nie ma żadnej innej opcji, to cena nie gra roli, jednak o ile nie zamierza się parkować w ulicach prostopadłych czy sąsiadujących z Laugevegur, o tyle nie ma problemu ze znalezieniem miejsca (to samo tyczyłoby się też większych aut, linie są namalowane naprawdę szeroko w porównaniu do polskich standardów). Tam nawet przedstawiciele tego mema odetchnęliby z ulgą:

Możecie się domyślić, że po około dziesięciu godzinach nie marzyliśmy o niczym więcej poza zjedzeniem czegoś. Niestety sklepy, które mieściły się w naszych wymaganiach cenowych, zamykano już o godzinie 18.00. Mam tu na myśli sieć „Bonus” z charakterystycznym wizerunkiem świnki, którego odwiedza tak wielu Polaków, że doczekał się on kas samoobsługowych w języku polskim. Zresztą pan, który pracował na miejscu i potwierdzał nasze zamówienie, również pochodził z naszego kraju. W ogóle znaczna część pracowników w hotelach czy restauracjach była naszymi rodakami, raz na południu trafiliśmy nawet na restaurację, w której główną pozycją w menu okazały się pierogi.

Bonus.png

Nasz koszyk z zakupami następnego dnia nie kosztował więcej niż 100 zł, a udało nam się za tę cenę rozsądnie rozplanować przynajmniej trzy najbliższe obiady. To, że nigdy nie zjedliśmy ich akurat w porze obiadu, to zupełnie drugorzędna kwestia, o której jeszcze wspomnę. Możemy jednak śmiało polecić tę sieć sklepów, zwłaszcza w Viku wywarł na nas bardzo pozytywne wrażenie, choć do samego końca nie mogliśmy przywyknąć do tego, że cena kurczaka jest znacznie, ale to znacznie wyższa niż ryb. Dość niecodzienny widok dla przeciętnego Polaka, mimo że wiedzieliśmy o tym nawet na długo przed przylotem na Islandię. Dla zainteresowanych zamieszczę TUTAJ przykładowe cenniki, które pomogą rozplanować posiłki i wydatki jeszcze przed wyruszeniem w podróż.

Pylsury – najlepsze hot dogi świata

Wieczorem jednak postawiliśmy na jedzenie w mieście i nawet mieliśmy już od dawna zaplanowany pierwszy cel. Odpuściliśmy kolację w restauracji (i tak było nas stać tylko na frytki, jako że zestaw dwóch burgerów kosztował 120 zł), natomiast udaliśmy się na sławetne pylsury, czyli islandzkie hot dogi. Budka Bajarins Beztu Pylsur, czyli Najlepsze Hot Dogi w Mieście, jakoś zupełnie rozminęła się z naszymi wyobrażeniami. Na wszystkich forach pisano o rzeszach turystów, które się przed nią zbierają, a tymczasem byliśmy tylko my i jakaś jedna czy dwie osoby. Mimo tego znalezienie jej nie okazało się specjalnie trudne, stała pośrodku pustego placu i wyróżniała się czerwonym kolorem. Może trafiliśmy na dobrą porę dnia, bo pogody specjalnie nie brałabym pod uwagę. Wiadomo, nie mogliśmy usiąść w cieple, dodatkowo kropiło, ale na Islandii każdy jest do tego przyzwyczajony.

IMG_20190911_203851718.jpg

Wokół tych fast foodów krąży legenda – są tak dobre, że na jednym nie poprzestał jeszcze nikt. Chcąc to sprawdzić, podeszliśmy do okienka, gdzie młody chłopak zapytał nas, czy chcemy „ze wszystkim”. Niespecjalnie wiedzieliśmy, co oznacza to „wszystko”, ale brzmiało dobrze, więc potaknęliśmy. Hot dogi, które dostaliśmy, przede wszystkim na zdjęciach wydawały nam się większe. Kiełbaska, która znajduje się w środku, składa się z trzech rodzajów mięsa (jagnięcina, wołowina i wieprzowina), a w białej, miękkiej bułce oprócz niej możemy znaleźć także surową i prażoną cebulę. Całość jest oblana trzema rodzajami sosów – ketchupem, majonezem i remoulade. Nie mieliśmy okazji spróbować go nigdy wcześniej i pierwszym, co zwróciło naszą uwagę, było to, że strasznie skleja buzię.  Składa się w głównej mierze z majonezu, musztardy, koperku i szczypiorku, ale to z pewnością jeden z lepszych dodatków, jakich przyszło mi kiedykolwiek kosztować. Połączenie tych smaków sprawiło, że rzeczywiście jestem skłonna uznać te hot dogi nie tylko za najlepsze w mieście, ale także w moim życiu. Oczywiście na jednym nie poprzestaliśmy i ta inwestycja całkiem nam się opłaciła, zwłaszcza że jedna porcja po przeliczeniu kosztuje około 17 zł. Już wtedy postanowiliśmy sobie, że tak samo jak powitaliśmy stolicę, tak samo pożegnamy ją ostatniego dnia.

Zwiedzanie stolicy

Później nastąpiła pora na zwiedzanie. Reykjavik mieliśmy okazję podziwiać zarówno po ciemku, jak i za dnia, a miasto to charakteryzuje się wtedy zupełnie inną aurą. Co mnie urzekło, to taka cudowna cisza i spokój. Doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś w stolicy, a równocześnie czujesz, jakbyś przechadzał się po małym, górskim miasteczku. Najpiękniejszym jego elementem są bez wątpienia kolorowe domki, które wyglądają odrobinę, jakby wybudowano je z drewna i przemalowano.

IMG_20190911_205206732.jpg
IMG_20190912_101602460.jpg
IMG_20190912_110304635_HDR.jpg

Każda knajpa i restauracja wiąże się w jakiś sposób z kulturą Islandii – połowami, wikingami, czy po prostu z określonym typem krajobrazu. W zasięgu wzroku można też dostrzec mnóstwo prostych, jakże uroczych ozdób: ściany przystrojone sztucznymi kwiatami, kamienie przemalowane na gigantyczne biedronki i wiele innych.

IMG_20190912_095709320.jpg
IMG_20190912_101649316_HDR.jpg

Niesamowite wrażenie wywierają też pomalowane chodniki i murale, choć niektóre z nich wydają się po prostu przerażające. Naszej uwadze nie uszło też, że Islandia jest krajem bardzo tolerancyjnym: w wielu miejscach wiszą kolorowe flagi, natrafiliśmy nawet na aleję, gdzie zamiast czarnego asfaltu widniała wymalowana tęcza. Kiedy tam jesteś, nawet przestaje cię to dziwić: wydaje ci się, że tutaj każdy ma swoje miejsce.

IMG_20190911_211505916.jpg
IMG_20190912_105836604_HDR.jpg

Islandia słynie ze swoich opowieści o elfach i trollach, dlatego wielokrotnie możemy zobaczyć ich postacie przed sklepikami, różnego rodzaju kartki, magnesy, kubki i inne gadżety. Możecie zobaczyć, kto z nas wypadł lepiej 😀

IMG_20190912_110158552.jpg
72447872_537272746844072_489459120206774272_n.jpg

Jednej rzeczy jednak zupełnie się nie spodziewaliśmy, a mianowicie tego, że tam sprzedawcy potrafią zrobić atrakcję dosłownie ze wszystkiego. Na jednym ze stanowisk z odzieżą leżał… kotek. Wiecie, z początku wydawało nam się, że to taka atrapa na miękkiej podusi, którą często można kupić i jeszcze zamruczy, kiedy ją uruchomimy. Okazało się jednak, że kotka była żywa i tak bardzo przyzwyczajona do klientów, że zupełnie przestała zwracać na nich uwagę. Kiedy tylko dotknęło się jej grzbietu, nawet się nie wzdrygała, po prostu spała dalej. Obok niej widniała nawet specjalna karteczka: „Tak, jestem prawdziwa! Mam na imię Ofelia. Jestem puchata i taaaaaka słodka. Jem suszone ryby i jestem kotem sąsiadów. I nie jestem na sprzedaż! :D”. Kotka miała nawet swojego własnego Instagrama.

Przeszliśmy się też wieczorem nadbrzeżem, gdzie doznałam lekkiego zdziwienia. Wobec tego obrazu, jaki opisałam Wam wcześniej, jakoś zupełnie nie pasowały mi wieżowce wyrastające na horyzoncie. W ogóle znalazło się kilka elementów, które nijak nie łączyły się z całokształtem miasta, jak na przykład szklane przejście między budynkami czy dziwne neony.

IMG_20190912_102214232_HDR.jpg

Z innowacyjnych rozwiązań natomiast zakochałam się w terenie wokół Harpy, czyli tamtejszej sali koncertowej. Świetnie przemyślany system wodny, idąc tamtędy, ma się wręcz wrażenie, że chodzi się po wodzie, jeśli stanie się pod odpowiednim kątem, zwłaszcza że tuż przed sobą widzi się ocean.

IMG_20190912_103645646_HDR.jpg

Jak możecie zauważyć na pierwszym zdjęciu, tradycją było, że każdy przechodzień układał swój własny stosik z kamieni, przechodząc tamtą drogą. Nasze może nie prezentowały się tak pięknie jak ten poniżej, ale chociaż pozostawiliśmy po sobie jakiś krótkotrwały znak.

IMG_20190912_103433640.jpg

Nie bylibyśmy też prawdziwymi turystami, gdybyśmy nie odwiedzili Sun Voyagera, czyli najbardziej charakterystycznego symbolu Reykjavika.

72789524_530665834174347_5311794030164574208_n.jpg

Za drugi z nich uchodzi Hallgrimskirkja, czyli kościół, który jest drugim pod względem wielkości budynkiem na Islandii. Pierwszy raz zobaczony nocą, aż przywodzi na myśl piosenkę Budki Suflera „Jest taki samotny dom”, nad ranem natomiast ukazał nam się na tle tęczy. Nie zdołaliśmy go jednak odwiedzić pierwszego dnia, bo zauważyliśmy karawanę, a na drzwiach kościoła widniał napis, że pogrzeb kończy się za 3-4 godziny. Nie poddaliśmy się jednak i ponowiliśmy próbę już w dzień naszego powrotu. I tu kolejne zdziwienie – jak na tak ogromną budowlę i wrażenie, jakie robi z zewnątrz… wewnątrz okazała się wręcz biedna. Z jednej strony nie doznaliśmy żadnego wow, a z drugiej… no chyba właśnie taką prostotą powinien odznaczać się kościół.

IMG_20190912_100440183.jpg
IMG_20190911_212348042.jpg
72385658_568063803999916_8619314388802732032_n.jpg

Jak wygląda islandzkie śniadanie?

Z Reykjaviku wyjechaliśmy dość późno, bo dopiero koło godziny 11-12 nad ranem. Zjedliśmy śniadanie w hotelu i niesamowicie podobała nam się atmosfera, jaka panowała w tym małym pokoiku ze szwedzkim stołem. Jeśli ktoś z Was zastanawiałby się kiedyś, jak wygląda islandzkie śniadanie, to niewiele odbiega ono od naszego polskiego: jajecznica, parówki (w tym również kiełbaski o dziwnym smaku, prawdopodobnie z rekiniego mięsa), tosty, owoce, warzywa, różnego rodzaju dżemy, miody i tak dalej. Jest jednak jedna rzecz, która absolutnie nas zachwyciła, a mianowicie gorąca czekolada Swiss Miss w charakterystycznych, dużych puszkach. Później okazało się, że jest dostępna w sieciówkach w całkiem przystępnych cenach, więc kupiliśmy od razu po trzy na głowę. Zrobiliśmy na tym interes życia, bo w Polsce, jeśli chcielibyśmy zamówić ją z oficjalnej strony, zapłacilibyśmy około 100 zł. Na miejscu (dokładnie w miejscowości Vik), trzy sztuki wyniosły nas około 90 zł. Niesamowicie słodka, gęsta i nawet z piankami marshmallow w środku!

Podróż Kią Picanto – oczekiwania vs rzeczywistość

Pierwszy dzień naszej jazdy to odcinek Reykjavik-Myvatn, czyli najbardziej wysiłkowa część podróży, jako że musieliśmy dostać się aż na północ kraju. Mieliśmy do pokonania około 430 km i nasz plan podróży przewidywał, że jadąc bez przerwy, zajmie nam to około sześciu godzin. Oczywiście po drodze zamierzaliśmy zatrzymywać się we wcześniej zaplanowanych miejscach, więc nastawiliśmy się, że koło godziny 22:00 (czyli po 10 godzinach) dotrzemy do miejsca, gdzie zarezerwowaliśmy nocleg. Możecie więc domyślić się, że nasza radość sięgnęła zenitu, kiedy okazało się, że sama trasa zajęła nam ponad dziewięć godzin. Kiedy ostatecznie położyliśmy się spać? Czytajcie dalej.

Pomijając fakt, że nasza Kia niespecjalnie nadawała się do komfortowej, bezstresowej jazdy po islandzkich drogach, popełniliśmy też kilka bardzo istotnych błędów. Oprócz tego, że wyjechaliśmy po prostu za późno, to mieliśmy taki kompleks „musimy zobaczyć wszystko”, skoro byliśmy na miejscu tylko tydzień. Skutkowało to tym, że zatrzymywaliśmy się dosłownie w każdej miejscowości z naszej listy, chociaż część z nich zupełnie nie robiła na nas wrażenia, a nadkładaliśmy dla nich drogi. Oczywiście każdy ma różne odczucia i preferencje, ale na naszym przykładzie postaram się pokazać Wam, że część rzeczy naprawdę warto sobie odpuścić, jeśli jest się tak bardzo ograniczonym czasowo. Z tego też względu my przez dwa czy trzy ostatnie dni odpuszczaliśmy sobie w ogóle odwiedzanie wsi czy małych miasteczek. Jasne, mają one swój urok, ale są jednak łudząco podobne i odrobinę wymarłe. Jeśli nie macie konkretnego celu, takiego jak zjedzenie sfermentowanego rekina, odwiedzenie jakiegoś muzeum i tak dalej, to znaczy, że najlepiej postawić wyłącznie na cuda natury, podobnie jak zrobiliśmy to my.

Pewnie wielu z Was myśli sobie teraz, że tyle godzin spędzonych w samochodzie musiało być strasznie nudne, ale nic bardziej mylnego. Krajobraz Islandii jest bardzo nostalgiczny, można by wręcz rzec, że w kółko obserwuje się to samo: ocean, skały, połacie ziemi porośnięte mchem. A jednak mimo tego natura cechuje się niezwykłą różnorodnością. Co chwilę ze skał wybija jakiś wodospad, na horyzoncie widać lodowiec, nagle przejeżdża się obok naturalnych rozlewisk, a kamienie zmieniają swoją barwę od szarych, przez zielonkawe i brunatno-czerwone.

72578595_1130871860451497_5599186720189841408_n.jpg
72597711_406971023319561_2870860117509668864_n.jpg
72636648_321467542047594_1685588081710727168_n.jpg
72694073_2436614789707522_8754446382196064256_n.jpg
72779203_2363185340600079_8705339796307836928_n.jpg

Na poboczach pasą się konie, krowy, kozy czy owce (które Maciek nazywał kulkami miłości, bo były tak małe, puchate i okrągłe). Z czasem naprawdę godziliśmy się z tym, że żadnego dnia nie dojedziemy na czas i staraliśmy się wyciągnąć z tych chwil tyle, ile tylko możliwe. Doszło do tego, że postawiliśmy sobie wyzwanie, by zrobić sobie selfie z każdym rodzajem napotkanego zwierzęcia. Prócz śnieżnej sowy, która niespodziewanie wzbiła się ponad maskę naszego samochodu, no i może gęsi, udało nam się naprawdę nieźle:

Toalety na Islandii

Czasem też po prostu zatrzymywaliśmy się przy jakichś punktach widokowych albo… no właśnie. ALBO, czyli jedna z bardziej krępujących kwestii na Islandii – toalety. W okolicach Reykjaviku było tak dużo stacji benzynowych, że przyjęliśmy je już niemalże za pewnik. Kiedy więc zatrzymaliśmy się po raz kolejny i Maciek zapytał, czy idziemy do łazienki, ja stwierdziłam, że nie, no po co, aż tak mi się nie chce, pójdę na kolejnym postoju. Co okazało się później? Że najbliższa publiczna toaleta na trasie pojawiła się za trzy godziny. Uwierzcie mi, ciężko sobie wyobrazić ulgę, jaką poczuliśmy, kiedy wreszcie do niej dotarliśmy, zwłaszcza że im gorzej się czuliśmy, tym więcej rzucaliśmy głupich żartów. Maciek śpiewał „Ty mała znów zarosłaś”, a ja ostatnie pół godziny jechałam dosłownie zgięta wpół, z rozpiętymi spodniami i modlitwą na ustach, by jakoś to przeżyć.

„Co za problem, przecież są krzaki”, pewnie pomyślicie sobie. Oprócz tego, że na Islandii drzew i krzewów jest tyle, co kot napłakał, to istnieje też drugi problem: wysokie mandaty za załatwianie swoich potrzeb fizjologicznych na dworze, gdzie wszystko jest uważane za cud natury. Dla nas to była po prostu największa zmora, a im jechaliśmy dalej, tym bardziej czułam, że nasze potrzeby stają się coraz bardziej podstawowe: „Chcę już tylko dojechać i zjeść gorący kubek”, „Chcę wyłącznie położyć się spać”, „Chcę tylko dojechać na miejsce i nie mieć poplamionych spodni”. Tak, dokładnie – podczas kiedy normalni ludzie mają jet-lag, ja miałam niespodziewany okres przez cały tydzień naszego wyjazdu, w dodatku w miejscu, gdzie toaleta stanowiła dobro luksusowe. Czy da się wytrzymać? Oczywiście, da się, tylko nie wszystko zawsze idzie zgodnie z planem, podobnie jak nasze sikanie.

Za którymś razem, kiedy Twój pęcherz po raz n-ty jest przepełniony do granic możliwości, po prostu ciężko już wytrzymać. Dotarliśmy do stacji samoobsługowej (swoją drogą genialne, po prostu przykładasz kartę, tankujesz i odjeżdżasz w dosłownie 3 minuty, niestety w Polsce się nie przyjęło), ale okazało się, że na miejscu nie ma toalet. Zaraz obok znajdował się jedynie budynek poczty, więc stwierdziłam, że zapytam, czy ktoś pozwoli nam skorzystać z toalety. Był już jednak wieczór, więc budynek okazał się zamknięty na cztery spusty. Słysząc to, Maciek obwieścił wszem i wobec, że nie wytrzyma, więc schował się za przyczepy, które stały nieopodal, i zrobił swoje.

– Spójrz na ten budynek obok – powiedział zaraz, kiedy wrócił do auta i przejechaliśmy jakieś dwadzieścia metrów.
– No, co z nim?
– Komisariat policji. Słuchaj, obok mnie jakieś dwa radiowozy przejechały. Ale nikt mnie nie zauważył – stwierdził z dumą.

W sumie trochę zazdroszczę facetom w tej kwestii, mają dużo łatwiej. Ja dalej zwijałam się na fotelu, cierpliwie czekając na jakąś cywilizowaną łazienkę. Kiedy jednak dwadzieścia minut później zobaczyłam grupkę drzew zbitych w jednym miejscu, kazałam Maćkowi stanąć. Jedynym, co mnie wtedy pocieszało, był fakt, że nie oblezą mnie żadne robaki, dla nich jest tam stanowczo za zimno. To było jednak naprawdę słabe uczucie, zwłaszcza jeśli przypomniało ci się, że ostatni raz podobna sytuacja miała miejsce może wtedy, kiedy miałeś cztery latka i poszedłeś na grzyby do lasu razem z rodzicami.

Później jednak szło nam to dużo lepiej: i szukanie toalet, i sama jazda, mimo że nasz pierwszy cel nie wywarł na nas żadnego wrażenia. Zatrzymując się w Borgarnes, nie dostrzegliśmy w nim nic poza zwykłym, bardzo skromnym i niespecjalnie wyróżniającym się miasteczkiem. Oprócz tego, że pochodziliśmy tam pięć minut i zatankowaliśmy samochód, to raczej ciężko byłoby wykrzesać z tego miejsca coś więcej. Naszym zdaniem warto sobie odpuścić, zwłaszcza że następny w kolejce jest wodospad Barnafoss, a to z kolei już zapiera dech w piersiach.

Na dziś to tyle, kolejną część zaczniemy z przytupem już właśnie o samym Barnafoss i okolicach, a tymczasem zapraszam Was do podzielenia się swoimi wrażeniami, a także do obserwowania funpage’a czy Instagrama!

Islandia cz. 2 – czyli wydostawanie się z lotniska, dlaczego warto zainwestować w lepsze auto i jak dobrym kierowcą trzeba być, żeby poradzić sobie z nietypowymi oznaczeniami na drodze?

Informacje ogólne: wpis jest kontynuacją pierwszej części. Ze względu na przyjemność czytania najlepiej byłoby, gdybyś zapoznał się z poprzedniczką, ale jeśli tego nie zrobisz, to myślę, że możesz potraktować je oddzielnie. Poniższa obejmie naszą wizytę w pierwszym islandzkim hotelu, unaoczni kilka ważnych faktów na temat wypożyczania samochodu, a także wesprze Was kilkoma informacjami na temat stanu dróg czy ich oznakowania. Do dzieła! Zapraszam:

Islandia – pierwsze wrażenia

Pierwszą rzeczą, która zwróciła naszą uwagę po opuszczeniu samolotu, było oczywiście… zimno. Teraz pewnie każdy pomyśli „No przecież polecieli na Islandię, nie na Malediwy, więc czego się spodziewali?”, jednak nie sęk w tym, ile pokazywały w tamtym czasie termometry. Nie było nawet mrozu, może jakieś 7-10°C, ale uwierzcie mi, odczuwało się to zupełnie inaczej niż w Polsce, chyba najbardziej ze względu na silny, porywisty wiatr (w kolejnych wpisach przekonacie się, że nie kłamię). Ja niemal natychmiast ubrałam czapkę, szalik i rękawiczki, podczas kiedy Maciek… stwierdził, że skoro zimę w Polsce przeżywa bez kurtki, to na Islandii też sprawdzi mu się sama bluza. Czy mu się udało? Odpowiedź poznacie na końcu.

Lotnisko w Keflaviku nie robiło nie wiadomo jakiego wrażenia (chociaż z sufitu zwisał wielki maskonur!), aczkolwiek mnie zaskoczyło, że jego standard niewiele odstawał, a może nawet prezentował się lepiej niż niejedno takie miejsce w Europie. Zresztą mimo uważnego researchu i oglądania miliona zdjęć, moje wyobrażenie na temat wielu miast/wsi, a zwłaszcza Reykjaviku, uległo dość dużemu przekłamaniu, co w następnym wpisie zaprezentuję Wam na przykładzie fotografii.

Bagaż odebraliśmy dość szybko, więc naszą pierwszą wielką misją było stawienie się po samochód. Idąc przez główną halę, zobaczyliśmy kilku reprezentantów, którzy czekali na podróżników z kartkami z zapisaną nazwą wypożyczalni i/lub imieniem oraz nazwiskiem danej osoby, zupełnie jak w filmach. My jednak nie należeliśmy do tej grupy szczęśliwców, więc udaliśmy się do wyjścia, a tam pojawił się problem. Nasze sieci komórkowe działały tak trzy po trzy – Maciek co chwilę tracił zasięg, a mój telefon zrozumiał, jak ma działać, gdzieś trzeciego dnia podróży, po kilku aktualizacjach. Do tego czasu musiałam wspierać się samym Wi-fi, a wiecie, jak to bywa: tu zahasłowane, tu w sumie powinno działać, ale się nie łączy, a jeszcze inne ma tak słaby zasięg, że odechciewa się czekać. Było mi jednak niesamowicie miło, kiedy odzyskałam kontakt ze światem i zobaczyłam mnóstwo wiadomości o treści „I jak tam na Islandii? Widziałam/em jak leciałaś!” i dołączony screen ze SkyRadaru.

Nie mieliśmy żadnej mapki pokazującej najważniejsze dla nas lokacje. Nie przewidzieliśmy także sytuacji, w której dostęp do Internetu będzie stanowić dla nas problem, skoro znajdowaliśmy się dwadzieścia parę kilometrów od stolicy. Na wszelki wypadek warto więc zaopatrzyć się zawsze w aplikację z mapkami offline (np. MAPS.ME). My akurat przez większość czasu używaliśmy nawigacji dołączonej do samochodu i z samą trasą nie było większych problemów (a może jednak? ;)), ale taka opcja będzie bardzo przydatna, kiedy szuka się noclegu, knajpy czy nawet toalety, bo tego nie pokaże nawet papierowy plan miasta.

Blue Car Rental – wypożyczenie samochodu

Z naszych dokumentów wynikało, że wypożyczalnia Blue Car Rental znajduje się w odległości 400 m od lotniska. Pytanie tylko – w którą stronę? Po kilku minutach ujrzeliśmy jednak specyficzne niebieskie litery szyldu i wiedzieliśmy, że znaleźliśmy nasz cel. Jak się natomiast okazało, wyjście na piechotę z parkingu nie było wcale takie proste. Niby dało się dostrzec jedno przejście, potem drugie, a potem chodnik jakby zanikał. W porządku, pewnie myślicie, że mogliśmy przejść po trawie, na skróty, trochę mniej elegancko. No otóż nie, bo jak się okazało, każdy zakręt był zagrodzony górą usypanych głazów, które przypominały nadmorskie molo. O przejściu górą raczej nie było mowy.

Szliśmy na okrętkę, mijając szlabany i ulice, a w uszach rozbrzmiewał nam przeciągły, upierdliwie głośny dźwięk klaksonu. Islandczycy za kierownicą są dość nerwowi i szczerze mówiąc, nie idzie im najlepiej. Nic jednak dziwnego, skoro prawie wszystkie zewnętrzne drogi w ich kraju są proste i opustoszałe, a największe natężenie ruchu notuje się w Reykjaviku, który wielkością i ogromem można przyrównać do Opola. Monotonia jazdy sprawia, że ludzie nocą zapominają o wyłączaniu świateł drogowych, często na dwupasmowym rondzie auto zjeżdża na prawy pas przed twoją maskę bez żadnego ostrzeżenia i wiele, wiele innych. Jeśli jednak wziąć pod uwagę, jak mało osób zamieszkuje Islandię (360 390), to generalnie jest bardzo bezpiecznie, a szanse na wypadki czy kolizje są raczej niskie.

Z panem, który obsługiwał nas w wypożyczalni, dogadaliśmy się w języku angielskim. Zresztą przez Islandczyków jest on niemal tak dobrze opanowany jak język ojczysty, niezależnie od wieku. Nieraz zdarzyło się, że na trasie zaczepiła nas babuleńka czy starsze małżeństwo, którzy bez problemu wdawali się z nami w konwersację. Tamtejsi mieszkańcy są nastawieni na obecność turystów, co nie dziwi, skoro rocznie przybywa ich grubo ponad dwa miliony. Nie umieliśmy jednak wyjść z podziwu dla ich innego podejścia; nie tylko zresztą do lingwistyki, ale także życia – większość z nich jest naprawdę optymistycznie nastawiona, cieszy się z każdego dnia i możliwości, jakie daje im kraj, choć dla nas brak nie wiadomo jakiej nowoczesności, parków rozrywki, dużej ilości klubów i tak dalej może wydawać się bolesny. Może, ale tak jak było z nami – wcale nie musi.

Na miejscu okazało się, że mężczyzna nawet nie chciał sprawdzać naszego międzynarodowego prawa jazdy, co głównie chyba zabolało Maćka, który od samego początku narzekał, że wydał pieniądze na coś, co wygląda jak dokument drukowany za czasów ZSRR na szarym papierze toaletowym i ten opis niewiele rozmijał się z rzeczywistością. Ciekawscy mogą wygooglować i ocenić, czy przesadzamy.

Dostaliśmy mapkę z zaznaczonymi stacjami benzynowymi Olis na całej Islandii, żeby łatwiej rozplanować trasę. To nie jedyny taki usługodawca, oprócz niego możemy spotkać choćby N1, ale tam przysługiwały nam zniżki na paliwo w ramach współpracy z Blue Car Rental. Oprócz tego otrzymaliśmy broszury o zasadach jazdy i specjalny formularz, na którym obsługa wypożyczalni zaznaczyła uszkodzenia dokonane na naszym aucie. Mieliśmy porównać je ze stanem faktycznym (polecam na wszelki wypadek zrobić zdjęcia), a później jeden egzemplarz zostawał na miejscu, a drugi, stanowiący odbitkę, dostawaliśmy my. Szczerze, obleciał nas strach, kiedy zobaczyliśmy, jak drobne odpryski lakieru są tam uwzględnione, bo uniknięcie ich przy takim stanie dróg wydawało nam się niemal nieuniknione. Na zawał zeszliśmy jednak jeszcze chwilę później, kiedy mężczyzna za ladą zapytał, czy chcemy dodatkowe ubezpieczenie, bo za duże/widoczne uszkodzenia auta grozi kara 12 tys. EURO, chociaż przecież walutą na miejscu jest korona islandzka (1 ISK = 0,031 PLN). Postanowiliśmy jednak zaufać moim rozmowom z Bereniką i na ubezpieczeniu przedniej szyby pozostaliśmy, jak się okazało, słusznie.

To nie zmieniało faktu, że z początku byliśmy dość mocno zestresowani, zwłaszcza że przy odbiorze kluczyków podaje się na wszelki wypadek numer karty płatniczej. To dość powszechnie stosowana metoda nie tylko w tym miejscu, ale także w każdym hotelu w ramach zabezpieczenia, gdybyśmy coś zepsuli i migali się od zapłaty. Zdradzę Wam, że w naszym przypadku te informacje również okazały się niezbędne, choć niczego nie uszkodziliśmy ani nie ukradliśmy. Tę zagadkę rozwiążę przy okazji ostatniej części naszej podróży, a Wy za ten czas możecie obstawiać, co też mogło pójść nie tak?

Spakowaliśmy więc swoje rzeczy i wsiedliśmy do naszej Kii Picanto. Tutaj napomknę raz jeszcze: jeśli chcecie na czymś przyoszczędzić, to nie oszczędzajcie na samochodzie. Wybierzcie coś droższego, prześpijcie się jedną noc czy dwie w aucie, wyjdziecie na plus i unikniecie naprawdę wielu obaw. W przeciwnym razie będziecie jechać dokładnie jak my i nawet jeśli nic się nie stanie, to po kilku miesiącach uraz do tego modelu pozostanie. To po prostu nie najlepszy kandydat na duże wzniesienia, spadki czy dziury na pół metra.

Kary, mandaty, ograniczenia…

kia.jpg

Na desce rozdzielczej można dostrzec kilka przydatnych informacji, m.in. numer telefonu do wypożyczalni, na kontrolę warunków pogodowych, numery dróg, którymi pod żadnym pozorem nie wolno się poruszać, jadąc tą limuzyną, oraz ograniczenia prędkości na poszczególnych rodzajach tras:

  • 50 km/h w terenie zabudowanym
  • 80 km/h w terenie niezabudowanym
  • 90 km/h na „autostradzie”, przy czym nie łudźcie się zobaczyć typowej autostrady. Zwykle uchodzą za nią bardzo długie, proste i asfaltowe odcinki dróg (tu dość mocno pomaga nawigacja, chociaż też nie należy wierzyć jej bezgranicznie, jeśli chodzi o mierzenie prędkości), ale nie ma mowy o żadnym podwójnym pasie, zjazdach i stacjach benzynowych ze sklepem na poboczu. A przynajmniej nie przyjmujcie tego za standard.

Zakazy i mandaty na Islandii jawiły nam się jako wielka burzowa chmura. Wydaliśmy na ten wyjazd wystarczająco dużo pieniędzy, a kary potrafią być dla przeciętnego Polaka tak horrendalne, że dosłownie widzieliśmy, jak wypłacamy się z długów do końca życia. Myślę, że w głównej mierze to stanowiło powód naszego ogromnego opóźnienia w pierwszy dzień (ale nie tylko). Za każdym razem stawaliśmy się jednak coraz bardziej odważni, w razie czego podpinaliśmy się pod inny samochód, który jechał szybciej, a później szybko zrozumieliśmy, że radary są porozstawiane dość obficie w samym Reykjaviku, a im dalej, tym zdarzają się rzadziej i to tylko przy wjeździe do dużych miast. Szansa na to, że w połowie niczego maszynka pstryknie Wam pamiątkowe zdjęcie, jest raczej jak 1:100000000, a skoro przy naszym szczęściu nie doznaliśmy tej przyjemności, to możecie czuć się bezpieczni.

Wracając jednak do naszej jazdy w kierunku stolicy – atmosfera rozluźniła się w momencie, kiedy, jak to Polak ma w zwyczaju, zobaczyliśmy, że inni mają gorzej. Wyprzedzali nas dosłownie wszyscy, ale staraliśmy się nic sobie z tego nie robić. Nagle odzywa się Maciek: „Ej, wiesz co? Zrobiło mi się lepiej. Nie tylko my jesteśmy takimi frajerami. Ci Polacy, którzy lecieli z nami samolotem, są w aucie za nami jeszcze gorzej usrani od nas”. Jak możecie się domyślić, potem było już tylko lepiej, aż w końcu doszliśmy do momentu takiego wyluzowania, że niektórzy robili zdziwione miny, kiedy widzieli nas przez szybę. Dlaczego? Otóż przygotowując się do wyprawy samochodowej, nie mogliśmy zapomnieć o muzyce.

Zaczęliśmy tworzyć playlistę już w momencie, gdy okazało się, że wyruszamy na wczasy (czyli przynajmniej siedem miesięcy wcześniej). Niby mieliśmy robić to razem, ale podróż zweryfikowała nasze pozycje i szybko wyklarowało się, kto przejmuje rolę kierowcy, a kto DJ-a i nawigatora. Nasz samochód nazwaliśmy pieszczotliwe Cebula-Carem, a ja zadbałam o to, by nie zabrakło polskich hitów z czasów naszego dzieciństwa czy obciachowych piosenek, jakich nie da się wyrzucić z głowy już nigdy, jeśli raz się je zapamiętało. Wydaje się to dość infantylne, ale niejednokrotnie to właśnie muzyka podtrzymywała nas na duchu w słabszych chwilach, pomagała się rozbudzić i jakoś dotrzeć do celu. Poza tym dobrze się bawiliśmy, a gardła na następny dzień nie bolały nas z zimna, przemoczenia czy od wiatru, ale właśnie przez śpiewanie: Hej, sokoły!, Żona moja czy Baby Shark. Na chwilowy spadek nastroju wystarczyło przełączenie utworu, a pełne radości O TAAAK! Maćka od razu zmieniało wszystko na lepsze.

Nocleg w Capital Inn

Pierwsze nasze zakwaterowanie przypadło na Capital Inn, określane jako dwugwiazdkowy hotel. Osobiście bardzo polecamy to miejsce, było w dużo lepszym standardzie, niż moglibyśmy przypuszczać. Na parterze znajduje się jadalnia, gdzie można wykupić ciepły posiłek typu zupa gulaszowa bądź rosół, ale to także miejsce, gdzie rano rozkłada się szwedzki stół. Dla tych, którzy chcą jednak gotować sami, jest opcja zejścia piętro niżej do dużej, ładnie wyposażonej kuchni, a to rozwiązanie dosyć nas zdziwiło jak na hotel oferujący posiłki. Nasz pokoik był malutki, ale bardzo czysty, pachnący i z własną łazienką, co przy okazji takich noclegów nie zdarza się na Islandii za często.

Pojawił się jednak jeden jedyny mankament, który rzucił nam się w oczy niemalże od razu. Dostaliśmy podwójne łóżko i wiecie, wcale nie z gatunku tych, które można rozłączyć, nie: jedna rama, jeden materac, ale chociaż pościel w dwóch kompletach. Nie graliśmy w marynarzyka i nie licytowaliśmy się, kto śpi na ziemi. W końcu płaciliśmy tyle samo, więc trzeba było zacisnąć zęby i tego nie komentować. Wystarczyła nam tylko jedna wymiana spojrzeń, żeby zawrzeć niepisany pakt: budujemy mur pośrodku, odwracamy się plecami i do rana udajemy, że nikogo obok nie ma.

capital inn.JPEG

Kolejna rzecz, która niesamowicie nas zdziwiła, wyszła na jaw dopiero po porannej kąpieli. Woda na Islandii jest jedną z najczystszych na świecie, dlatego pije się ją bezpośrednio z kranu – nie potrzebujecie jej przegotowywać czy filtrować. To też pewna oszczędność, bo jedynie w pierwszy dzień kupiliśmy najtańszą wodę w butelce o pojemności 1,75 l, żeby później tylko ją uzupełniać. W tak małej ilości nie jest to zbyt odczuwalne, ale przy okazji prysznica już bardzo: z racji tego, że Islandia jest pełna geotermalnych obszarów i nieaktywnych wulkanów czy pól lawowych, to myjąc się, możecie poczuć wyraźny zapach siarkowodoru. Z początku myślałam, że może nikt już dawno nie używał tej łazienki i że śmierdząca woda musi najpierw spłynąć, ale nie – tak po prostu pachnie zawsze. Na skórę na szczęście ten zapach się nie przenosi, a mimo tego pierwsze, o co spytałam Maćka, to właśnie o to, czy nie śmierdzę.

Jeśli interesowałyby Was namiary na hotel (ok. 200 zł za noc), to bez problemu znajdziecie go fizycznie, wpisując adres (Suðurhlíð 35d, Reykjavik) w nawigację czy mapy Google. Wspominam o tym dlatego, że o ile w stolicy nie ma żadnego problemu ze znalezieniem miejsc po ulicach, o tyle w głębi Islandii ta opcja może się po prostu nie udać, bo większość z nich nie jest nawet nazywana. W związku z tym, dostrzegając przy drodze pojedyncze skrzynki na listy, mimo że na horyzoncie widniało kilka domów, zastanawialiśmy się, czy listonosz wrzuca wszystko do jednej, a mieszkańcy rozdzielają pocztę między siebie, czy też działa to inaczej. Jakakolwiek jednak nie byłaby odpowiedź, to dobrym rozwiązaniem jest poruszanie się dzięki ustalaniu współrzędnych geograficznych (warto przygotować sobie taki spis wcześniej, by nie szukać i nie tracić czasu na podróż).

Dzięki temu rozwiązaniu dotarliśmy wszędzie, choć musieliśmy brać poprawkę na zachowania naszej nawigacji, która czasem wyznaczała cel na środku oceanu. To urządzenie na visus pamiętałoby moje wyjazdy zagraniczne za dzieciaka, obstawiałabym mniej więcej rok 2006. Wtedy czas dla tego urządzenia się zatrzymał, mapy raczej nie zostawały aktualizowane, dlatego kiedy znajdowaliśmy się już mniej więcej przy punkcie docelowym, to staraliśmy się podążać za znakami, innymi samochodami albo za tym, co ujrzymy na horyzoncie. W końcu zdarzyło się raz czy dwa, że nawigacja kazało nam jechać po mostach, które już dawno zdążyły się zapaść, a droga zarosnąć.

Nietypowe Znaki drogowe, które trzeba znać

Bardzo przydaje się też znajomość miejscowych oznaczeń. Na przykład widząc ten znak, wiecie, że zbliżacie się do jakiegoś wyjątkowego miejsca, dobra naturalnego, przy którym warto choćby na chwilę przystanąć. Zwykle można dostrzec jego miniaturkę przy nazwie miejscowości/góry/wodospadu itd. co dość urozmaica zwiedzanie. Internet nie powie Wam wszystkiego, Wy też nie będziecie w stanie wszystkiego zapisać i odwiedzić, dlatego kiedy dostrzeżecie taki symbol, fajnie na chwilę odstąpić od swojego planu podróży i zobaczyć, co to takiego. My jednak po kilku takich przystankach musieliśmy odpuścić, a raczej mocno się ograniczyć, bo wtedy już nigdy nie dotarlibyśmy na powrotny lot o czasie.

Spotkaliśmy się też ze znakami drogowymi, które zupełnie nie mają przełożenia na polskie (pozostał taki, którego nie rozszyfrowaliśmy aż do końca podróży). Jednym z nich jest okrągły, niebieski znak z zaokrągloną literką M pośrodku. Metro? Motory? McDonald’s? No nie za bardzo. Zobaczyć go możecie przede wszystkim w tunelach, ale także na wąskich odcinkach dróg. Oznacza się nim zatoczki, w których jesteście w stanie się schować, by auto z naprzeciwka mogło spokojnie Was minąć. Znak-zagadka wyglądał podobnie, tyle że w środku była jeszcze biała otoczka i liczby typu 30, 35, 40, 50. Nie miały się one nijak do ograniczeń prędkości na danej drodze, niejednokrotnie się wykluczały, więc wątpiliśmy, by była to prędkość zalecana czy jakiś nakaz. Jeśli ktoś z Was ma pomysł lub wie, co mogłoby to być, to koniecznie napiszcie w komentarzu, bo nie dawało nam to spokoju.

Przyzwyczajcie się też, że znaki drogowe na Islandii to raczej rzadkość – wydają się stać bardziej dla zasady niż dla ułatwienia ruchu. Bardzo często zdarza się tak, że jedziesz prosto 50 km – od czasu do czasu zdarzy się zjazd, jakieś rozwidlenie, ale jednak większą część czasu czujesz się tak, jakbyś podróżował islandzką route 66, i nagle, po dwudziestu kilometrach, ni stąd, ni zowąd pojawia się znak mówiący, że masz pierwszeństwo. W sumie trudno, żeby było inaczej i często śmialiśmy się, że widzimy oznaczenia tylko po to, by nie zapomnieć, że one w ogóle istnieją.

Następuje jednak moment, kiedy zbliżacie się do mostu takiego jak ten:

IMG_20190913_181908703.jpg

Większość z nich jest przewidziana na jedno auto i… przy nich raczej nigdy nie zobaczycie znaku, który pokazałby Wam, kto w tej sytuacji ma pierwszeństwo. Jak to ujął Maciek: „Jedzie ten, kto ma większe jaja”. To oczywiście tylko żart, bo pod tym względem na Islandii panuje jednak kultura. Ludzie przepuszczają się na zmianę, nie utrudniają jazdy, dziękują. Gdyby jednak nastąpiła jakaś anomalia i ludność tego kraju nagle by się powieliła, to mimo prostych dróg wszyscy by się na nich pozabijali, prędzej czy później.

Jest też grupa znaków, po których zobaczeniu nam od razu robiło się słabo i oczekiwaliśmy najgorszego. Jeśli kiedyś ujrzycie to:

znak.jpg

to spodziewajcie się dziur, zakrętów, zza których nic nie widać, żwiru obijającego się o auto, jazdy z górki i pod górkę przez najbliższą godzinę. Ach, no i nie radzę się zbytnio entuzjazmować, kiedy nagle traficie na asfalt – zwykle po 500 metrach szczęścia nadchodzi powtórka z rozrywki.

Mimo tego jesteśmy w stanie zapewnić, że nawet słabo doświadczeni kierowcy dadzą sobie radę z tymi wyzwaniami. Nie wymagają one nie wiadomo jakich umiejętności za kółkiem, przyrównałabym je raczej do testu na wytrzymałość psychiczną. Mimo tego dojechaliśmy do Reykjavika i w pierwszy dzień po 20 km, i w ostatni po ponad 1500 km.

Jak już wspominałam, w miarę wczesna godzina wieczorna umożliwiła nam zwiedzanie jeszcze w wieczór po naszym przylocie. O samej stolicy opowiem Wam przy okazji kolejnego wpisu, bo co za dużo, to niezdrowo, natomiast tutaj udokumentuję odpowiedź na pytanie: „Czy da się wytrzymać na Islandii bez kurtki?”. No owszem, da się, jednak miejcie na uwadze, że o ile ja chodziłam po mieście i z zachwytem powtarzałam, jak mi się podoba, o tyle Maciek nie odzywał się wcale, jedynie zagryzając szalik i czekając, kiedy będzie mieć okazję, żeby się rozgrzać. Chociaż kiedy patrzę na to zdjęcie, wcale nie prezentuję się lepiej w swojej prowizorycznej burce.

Burka.jpg

Dziękuję, że doczekaliście do końca. Zdaję sobie sprawę, że powyższa relacja miała charakter bardziej informacyjny niż rozrywkowy, ale następne zagwarantują już więcej zdjęć, atrakcji i zwiedzania, więc mam nadzieję, że tego nie przegapisz. Pamiętaj, żeby zaobserwować mojego facebookowego funpage’a oraz Instagrama, żeby ze wszystkim być na bieżąco. Odnośniki znajdują się po prawej stronie na górze, zapraszam i do zobaczenia!

Islandia cz.1 – czyli jak się tam dostać ze studenckim budżetem, zdobyć uwagę wszystkich na lotnisku i nie stracić wiary w marzenia?

Informacje ogólne: poniższy opis będzie dotyczyć tygodniowej wyprawy na Islandię, którą odbyliśmy 11-17 września wraz z Maćkiem – moim przyjacielem od dzieciństwa. Około 1500 przebytych kilometrów, zdobyta obwodnica prowadząca wokół całej wyspy, a także niesamowite widoki, wspomnienia czy bliskie spotkanie z Hedwigą. Podróż organizowaliśmy samodzielnie, a możliwość jej spełnienia zapewniła nam niezastąpiona Berenika z organizacji Guide to Iceland. Nie zabraknie opisu wielu lokalizacji, zdjęć, miliona naszych wpadek w trakcie realizacji planu, a także podsumowania kosztów, które udowodni Wam, że nawet student jest w stanie wyruszyć do krainy lodu i ognia. Warunek jest tylko jeden: musi bardzo, ale to bardzo chcieć!

Wpis podzielę z pewnością na kilka części, zważając na ilość wrażeń, jaką mamy Wam do przekazania. Oto pierwsza z nich:

Jak pokonaliśmy bariery i wyruszyliśmy

Każda podróż ma swój początek i koniec – no wiecie, nie ten fizyczny, kiedy wrzucacie ubrania do walizki, a potem przerzucacie je do pralki. Chodzi raczej o moment, kiedy w głowie pojawia się pomysł, a następne chwile, dni czy miesiące przybliżają Was do jego realizacji. Dla nas nastał on gdzieś pod koniec listopada, może na początku grudnia. Nie pamiętam dokładnie daty, zresztą nie ona jest najważniejsza, ale wciąż tkwi mi w głowie tamto spotkanie i słowa, które na nim padły. Jeśli macie znajomych na odległość, to sami wiecie, jak ważne są dni, kiedy wreszcie możecie się zobaczyć: macie pieniądze na Pendolino, oboje znajdujecie ten sam wolny weekend, a w dobie ciągłego pośpiechu to niemały sukces.

My ten czas staraliśmy się rozplanować najlepiej, jak mogliśmy, nasz grafik był przepełniony pomysłami. A jednak gdzieś pomiędzy ścianką wspinaczkową i kolejnym drinkiem znalazł się moment ciszy i dziwnej nostalgii, kiedy z ust Maćka padły słowa, mające wpływ na pewno na nasze następne pół roku, o ile nie na całe życie.
– Zawsze marzyła mi się podróż na Islandię, wiesz?
– Ej, no to dlaczego po prostu nie pojedziemy? – zapytałam, nagle zupełnie zapalając się na ten pomysł.
Skoro poznaliśmy się w trakcie wakacyjnych podróży, kiedy jeszcze wszystko planowali nasi rodzice, to czemu by tego nie powtórzyć, tylko we własnym wydaniu, w nowym kierunku? Już wtedy zaczęliśmy sprawdzać noclegi, podliczać ceny, ustalać loty i punkty, które koniecznie musimy zobaczyć. Zdawaliśmy sobie sprawę, że Islandia to drogi kierunek, ale optymizm przysłonił nam w tamtym momencie czarne scenariusze. Niestety nie na długo, bo mijał dzień, dwa, trzy, a my dodawaliśmy coraz wydatków. Oliwy do ognia dolali też moi rodzice, którzy podeszli do tematu z entuzjazmem, a zaraz później pogrążyli nas kosztowo.

Doszliśmy w końcu do momentu, w którym nasza nadzieja wyparowała zupełnie – stwierdziliśmy, że nie podołamy finansowo, że póki co ten wyjazd nie ma racji bytu, a my zamiast się bawić, będziemy tylko szacować, ile nas to wszystko wyniesie. Niby racjonalna decyzja, a jednak myśląc nad innym krajem, każdy z nich sprawiał wrażenie jałowego i nieciekawego, mimo że zwykle taki nie był. I wtedy właśnie natrafiliśmy na coś, co spadło nam jak gwiazdka z nieba. Odkryliśmy Guide to Iceland – platformę, która zrzesza ponad tysiąc islandzkich operatorów i specjalizuje się wyłącznie turystyką po Islandii. Dzięki niej zyskaliśmy dostęp do tańszych noclegów, zaufanej wypożyczalni samochodów i spersonalizowanego planu podróży, ale w jaki sposób, o tym w dalszej części wpisu.

Górna granica naszego budżetu kończyła się na czterech tysiącach złotych, co jak na studencką kieszeń wcale nie było mało. Policzyliśmy jednak, na jak dużo możemy sobie pozwolić, jeśli chodzi o nasze zarobki w pracy. Nie chcieliśmy przeznaczyć naszych wypłat tylko na wakacyjny wyjazd, mieliśmy nadzieję zachować coś na rok akademicki, więc te kilka tysięcy stanowiło maksymalne maksimum (które i tak wiązało się z tym, że w ciągu lipca i sierpnia łącznie moje dni wolne od pracy plasowały się w okolicy… tygodnia).

Nie muszę więc chyba wspominać, jaka ogarnęła nas radość, gdy po długim procesie decydowania, który wariant wyjazdu będzie dla nas najlepszy, okazało się, że podróż po przewalutowaniu i poniesionych prowizjach wyniesie nas około… 2502,6 zł. Oczywiście dochodziły do tego koszty paliwa, jedzenia i przelotu, co nie zmieniło faktu, że zmieściliśmy się idealnie w założonym budżecie, dokupując nawet dodatkowy rejs uwzględniający oglądanie wielorybów za ok. 323 zł.

Wsparcie Guide to Iceland

Lecimy – to już było dla nas oczywiste. Zanim jednak oficjalnie zarezerwowaliśmy swoją wycieczkę, minęło około miesiąca. Otrzymaliśmy kontakt do osobistej agentki podróży, wcześniej wymienionej Bereniki, która pochodzi z Polski, ale w 2013 roku przeniosła się do Reykjaviku i tam pozostała do dziś. Za każdym razem, kiedy ją wspominam, przychodzi mi do głowy tylko jeden epitet: anielska cierpliwość. Nie wiem, ile maili, a już tym bardziej informacji przekazałyśmy sobie do czasu naszego wylotu: to na temat terminów, to noclegów, prawa jazdy, ubezpieczeń, dosłownie wszystkiego. Stety bądź niestety byłam przygotowanym uczniem i pytałam o każdy najdrobniejszy szczegół, co Wam też polecam, gdybyście zdecydowali się na wyjazd z tą organizacją. Uwierzcie, kontakt z kimś, kto zna miejsca i przeszkody tego kraju od podszewki, jest po prostu bezcenny.

Możliwość „porozmawiania” z Bereniką Lenard doceniam tym bardziej, że napisała wraz z Piotrem Mikołajczakiem książkę o Islandii zatytułowaną „Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”, którą oczywiście bardzo szybko dopadłam. Dzięki temu zmieniło się nasze postrzeganie tamtejszej rzeczywistości, poznaliśmy nieco kultury, a w moim domu zaczęły rozbrzmiewać dźwięki rockowo-metalowego zespołu Sólstafir (koniecznie obejrzyjcie teledysk do jakiejkolwiek piosenki, mają niesamowity klimat).

Maciek raczej nie wtrącał się do naszych konwersacji, zresztą sam przyznał, że ufa mi na tyle, by zostawić to w moich rękach. Część rzeczy ustalaliśmy więc razem, ale resztę każde z nas załatwiało i organizowało na własną rękę. Dlaczego wspominam nawet o takiej błahostce? Bo podróże bardzo weryfikują każdą znajomość. Gdyby nie to, że znamy się jak łyse konie, poznaliśmy w dużym stopniu swoje charaktery, nawyki i sposób ogarniania pewnych sytuacji, wielokrotnie mogłoby dojść między nami do poważnych spięć. A uwierzcie, okazji do tego mimo całkiem dobrego planu nadarzyło się wiele.

Ustaliliśmy, że swoją podróż spłacimy w trzech ratach (nawet miesiące i dni mogliśmy określić tak, żeby było nam wygodnie). Do wyboru mieliśmy cztery standardy podróży (każdy stopień oferuje lepsze zakwaterowanie, lepszy samochód itd.):

  • Super Budget (wybrany przez nas, czyli schludnie, ale jak najtaniej + samochód bez napędu 4×4 pokroju Toyoty Aygo, co akurat okazało się naszą największą bolączką. Wyjątek stanowiły dwa noclegi w Reykjaviku, którymi zaczynaliśmy i kończyliśmy naszą podróż – tu wskoczyliśmy na próg Budget)
  • Budget
  • Comfort
  • Quality

Jeśli macie ochotę zobaczyć porównania między tymi ofertami wraz z planem wycieczki, którą można uznać za nasz pierwowzór i którą najbardziej się inspirowaliśmy, to można to zrobić TUTAJ. Zdjęcia są oczywiście poglądowe, czasem sypialnia wyglądała identycznie, czasem tylko podobnie, ale mniej więcej będziecie mieć ogląd sytuacji.

Niektórymi lokalizacjami byliśmy bardzo mile zaskoczeni, raczej nic nie wywarło na nas nieprzyjemnego czy odrażającego wrażenia. Wszędzie było czysto, obsługa bardzo pomocna, podróżnicy potrafiący się zachować i dbający o przyjazną, poprawną atmosferę. Tu nie mieliśmy większych wymagań, choć czwartej nocy liczyliśmy na zmianę hostelu na inny znaleziony przez nas. Niestety po kilku próbach i zmaganiach Bereniki z właścicielem okazało się to niemożliwe i w końcu odpuściliśmy, ale w ramach rekompensaty dostaliśmy darmowe ubezpieczenie przedniej szyby w samochodzie, za które sami chcieliśmy wcześniej dopłacić. To był akurat świetny gest ze strony naszej agentki, bo każda zaoszczędzona stówka była dla nas ważna.

Wypożyczenie auta na Islandii – wymogi

Dużo większe problemy przysporzyła nam sprawa samochodu. Pierwszym z nich okazał się nasz wiek, jako że na Islandii wypożyczalnie usługują ludziom, którzy ukończyli 21 lat. My zaś oboje w momencie rozpoczęcia naszej podróży mieliśmy po dwadzieścia, więc zaczął się wywiad apropo tego, jak długo mamy już prawo jazdy i tak dalej. Ostatecznie Berenika dała znać, że wyjaśniła całą sytuację i zostanie nam przyznane auto, ale musimy mieć dodatkowo wyrobione międzynarodowe prawo jazdy i przypisać pojazd na tę osobę, która będzie mieć już papier. Tutaj przyznaję, wyszła z nas trochę cebula, bo stwierdziliśmy, że taniej zrzucić się na jeden dokument, a Maciek i tak powtarzał w kółko, że chce prowadzić. Niby dobrze, ale nie do końca.

Drugą sprawę stanowiło ubezpieczenie. Długo zastanawialiśmy się, na jaki rodzaj postawić. Którego jednak poradnika nie doczytałam, wszyscy doradzali ubezpieczenie przedniej szyby. W końcu odważyłam się wyrazić swoje wątpliwości naszej agentce – no bo skoro mieliśmy dostać małe auto, dla którego istnieje zakaz jazdy po wewnętrznych drogach na Islandii (tzw. Interiorach), to czy w ogóle jest sens wydawać dodatkowe pieniądze? Przekonało mnie jednak, kiedy przyznała, że jej ostatnio kamień stłukł szybę. Zresztą… poznając tamtejsze drogi na żywo, brałabym każde ubezpieczenie na ślepo, a już zwłaszcza to.

Zrezygnowaliśmy ze wszelkich udogodnień typu wejście do Blue Lagoon, czyli Spa z geotermalnymi źródłami – trochę za drogo, zbyt komercyjnie, a niekoniecznie mieliśmy parcie na to, żeby być tam dla zasady. Jak się okazało, podjęliśmy słuszną decyzję, bo na naturalne kąpieliska i tak trafiliśmy, sami sobie urządzając niespodziankę.

Podsumowanie kosztów

Wykup lotu też wstrzymał nas na pewien czas. Bardzo ciężko było nam znaleźć sześciodniowe połączenie w dwie strony, którego cena nie przekraczałaby 700/800 zł. Nie jest to tragedia, ale postanowiliśmy czekać i w końcu trafiliśmy na ofertę linii Wizzair za 442 zł, który po uwzględnieniu opłat administracyjnych wyniósł nas 588 + ok. 80 zł już przy samej odprawie internetowej za wybór miejsca. Do tego mieliśmy wliczony bagaż rejestrowany 10 kg i dwa bagaże podręczne. Generalnie szału nie było, ale na naszą dwójkę tyle miejsca i ekwipunku zupełnie starczało, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę fakt, że na początku chcieliśmy spakować się wyłącznie w plecaki.

Nasze koszty (od osoby) przedstawiały się więc następująco:

  • Lot w obie strony Wrocław-Keflavik po doliczeniu wszystkich kosztów ok. 670 zł.
  • Wycieczka (noclegi, auto, ubezpieczenia, w tym od odwołania podróży) ok. 2502,6 zł.
  • Dodatkowa rezerwacja rejsu z wielorybami ok. 322 zł.

To daje nam łącznie 3 494,2 zł od osoby, z czego sam rejs stanowił prezent urodzinowy od moich rodziców, więc na podróż zostało nam fizycznie około 830-1000 zł. Przy dobrej organizacji była to kwota zupełnie wystarczająca na pokrycie wszystkich kosztów, zwłaszcza że mieliśmy w cenie dodatkowo trzy śniadania. Największym wydatkiem było oczywiście paliwo. Tutaj kosztów nie szacowaliśmy zbyt dokładnie, ale patrząc na wyciągi z karty, wynosiło około 550 zł od osoby. Na jedzeniu oszczędziliśmy za to bardzo, ale dlaczego, o tym jeszcze wspomnę i to pewnie nie raz.

My zaraz przed wylotem – czyli trochę śmiechu

Wylatywaliśmy z lotniska Wrocław-Strachowice o godzinie 15.50, a że oboje musieliśmy się jeszcze dostać do miasta, więc umówiliśmy się na spotkanie już wieczór wcześniej. Przepakowaliśmy się do jednej torby, zaczęliśmy ją ważyć i skoczyliśmy na spożywcze zakupy. Zbyt dużo produktów na nasze oko nie nadawało się do samolotu, zresztą ja w tej kwestii musiałam raczej zdać się na Maćka. To był mój pierwszy lot (nie liczę szybowca, tylko coś większego kalibru), wszędzie do tej pory dostawaliśmy się samochodem (nawet do Grecji), więc wszystko było dla mnie nowe i fascynujące: proces odprawy, instrukcje pokładowe, start i lądowanie.

Jeśli chodzi o ten prowiant, to i tak większość zapasów chcieliśmy kupić na miejscu. Z Polski przywieźliśmy kilka zupek chińskich i gorących kubków (woah, jedzenie życia, hura), ale przyznam z ręką na sercu: te chemiczne paskudztwa dosłownie uratowały nasze tyłki. Czasem nawet żałowaliśmy, że nie wzięliśmy ich więcej.

W dzień naszego wylotu ułożyliśmy się do spania dopiero o trzeciej nad ranem. W tym całym rozgardiaszu okazało się, że wieczorem wstąpiliśmy do naszych znajomych, którzy nie dość, że chcieli nas ugościć, przenocowali, zrobili śniadanie, to w dzień powrotu do Polski przyjechali odebrać nas z lotniska, żebyśmy nie musieli czekać na nocne połączenia. Jeszcze raz wielkie podziękowania dla Was.

Jako że zjedliśmy koło dwunastej, żadne z nas nie miało już ani ochoty, ani czasu na obiad. Pojechaliśmy prosto na lotnisko, ubrani jak na Syberię, a nasze nadzieje co tego, że w ten dzień będzie chłodno, wyparowały. Z tego co pamiętam, było około dwudziestu paru stopni, a ludzie w autobusie spoglądali na nas jak na anomalię.

Odprawa poszła bardzo sprawnie, w kolejkach czekało mało osób, wylecieliśmy koło trzech minut przed czasem. Wszystko to brzmi pięknie, ładnie, jednak trzeba brać poprawkę na to, że to MY braliśmy udział w tej wyprawie, więc coś na pewno musiało pójść nie tak. Nie wiem, czy kiedyś zastanawialiście się nad kupnem torby na bagaż podręczny za 15 zł z Allegro. Ja nie, ale dzięki Maćkowi utwierdziłam się w przekonaniu, że czasem bycie Januszem nie jest najlepszym sposobem na życie. Zaznaczę, że plecak ważył trochę ponad trzy kilo, a kiedy tylko mój przyjaciel przerzucił go przez plecy… stało się to:

Plecaczek.png

Karma mnie jednak nie ominęła, ale musiałam poczekać na swoją kolej chwilę dłużej. Nie wiem, czy też zawsze odczuwacie strach przed bramkami w sklepach, ale na lotnisku miałam podobnie. Ciągle odnosiłam wrażenie, że zabiorą mnie na osobistą i zaczną przeszukiwać (co zresztą spotkało mojego brata przy okazji pierwszego lotu, kiedy nasiliły się ataki terrorystyczne, gdy wzięto go za uchodźcę przez jego ciemną karnację, ciemne oczy i włosy) i wiecie co? Czasem nasze ponure myśli to prawie jak samospełniająca się przepowiednia.

Maciek przepuścił swoje rzeczy przez skaner, przeszedł przez wykrywacz metalu, wszystko spoko. Specjalnie puściłam go przodem, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że to nie zapiszczy. Uwaga, idę więc ja – a bramka piszczy jak zarzynane prosię. Podchodzi do mnie ochroniarz, każe stanąć w rozkroku, podnieść ręce do góry i przeciera mi ręce dziwnym nasączonym wacikiem. Nagle mówi: „Może już pani iść”, a moja mina musiała być w tamtej chwili przekomiczna, bo stałam bez ruchu i zastanawiałam się, czy już trafiłam do bazy najbardziej podejrzanych typów podróżujących liniami samolotowymi. Może nic dziwnego: w końcu nie ma nic bardziej niepozornego niż dziewczyna 1,60 m w bluzie w żelki i futrzastych, różowych traperach.

– O patrz, zrobili ci test na narkotyki – mówi Maciek
– I co teraz? – pytam cała w strachu.
– Pewnie mają cię zapisaną w jakiejś swojej bazie i jak się coś stanie, to będziesz pierwszą podejrzaną – nabija się, a mi oczy wychodzą z orbit. – Idziemy zobaczyć, co sprzedają w strefie bezcłowej?
– Nigdzie nie idę. – Siadam i wyciągam telefon.
– Co ty robisz?
– Będę siedzieć tu tak długo, aż nie upewnię się, co mi zrobili.
Czekał więc cierpliwie, aż wygoogluje, że tego dnia okazałam się niewiarygodnym zwycięzcą. Bramka piszczy co losową liczbę ludzi: 100, 200, może nawet 1000. Obok jest urządzenie, które dmucha powietrzem i sprawia, że w razie czego drobinki prochu strzelniczego albo narkotyków dostaną się na twoje dłonie, a potem mogą zostać zebrane specjalnym wacikiem.

Nasz lot miał trwać około cztery godziny, ale dzięki przesunięciu czasu o dwie godziny wstecz, byliśmy w Keflaviku już o 17:45. Wrażenia ze startu i lądowania… dosyć mnie zdziwiły. Wiem, jak wielu ludzi boi się tych momentów, więc miałam wyobrażenie, że odczucia są nie wiadomo jakie, a tyczem… wydawało mi się to raczej zupełnie zwykłe. Fakt faktem, na całe szczęście uniknęliśmy turbulencji i jedynym nieprzyjemnym momentem było około dziesięciominutowe przebijanie się przez chmury już nad samą Islandią. Ach, przepraszam, nie jedynym. Drugim, a raczej drugą osobą okazała się pani, która siedziała przed nami. Nie wiem, dlaczego miejsca przy stopach w naszym rzędzie było tak mało, z powrotem ta odległość była jakaś taka przyzwoita, ale o ile ja nie miałam z tym takiego problemu, o tyle Maciek ze swoimi długimi nogami nie mógł się tam zmieścić. W efekcie starał się nie ruszać przez cały lot, ale wiadomo, czasem trzeba się poprawić, zmienić pozycję… i kiedy tylko to zrobił, nasza Karyna zaczęła narzekać, że jest po operacji kręgosłupa, że w ogóle mamy wstrzymać powietrze, nie ruszać się i najlepiej umrzeć. Przekleństw na jej temat słuchałam jeszcze do samego wieczora.

W końcu jednak dolecieliśmy, rozpoczęło się nasze wielkie marzenie i przygoda. Jeśli polubiłeś nasz team, a szczegóły naszej historii wciąż Cię interesują, to serdecznie zapraszam do zaobserwowania mojego funpage’a oraz instagrama, żebyś mógł być na bieżąco, kiedy pojawi się nowy wpis, a w nim nasza pierwsza przejażdżka, wodospad, polowanie na dzikie zwierzęta, najlepsze hot dogi na świecie i niekończąca się podróż żwirowymi drogami. Odnośniki znajdziecie po prawej stronie, zapraszam!