Magdeburg – czyli odwiedziny po latach, maszkary miasta i obalanie kłamstw internetu

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć dość spontanicznej wycieczki do Magdeburga, a dokładniej miejscowości Haldensleben, którą odbyłam 6-10 lutego 2020 roku. Z założenia nie był to wyjazd typowo zwiedzaniowy, jechałam odwiedzić przyjaciółkę z dawnych lat, Karolinę (nazywaną pieszczotliwie Malinką) i jej chłopaka Damiana, którzy jakiś czas temu wyjechali do Niemiec. Jak się jednak okazało, wystarczyło nam czasu na przechadzkę zarówno po Magdeburgu, jak i po Hundisburgu. Interesują Cię zabytki sprzed ponad 800-set lat? Chcesz poznać nowe, smaczne piwko? A może kręcą Cię dziwne, abstrakcyjne rzeźby? To wszystko i jeszcze więcej znajdziesz w tej krótkiej relacji, zapraszam na:

Jak zrealizowałam plany wyjazdowe?

Cała ta historia rozpoczęła się w grudniu podczas przerwy świątecznej. Karolina akurat przyjechała do Polski i zaproponowała spotkanie, co było dla mnie niemałym zaskoczeniem, zważając na to, że nie widziałyśmy się jakieś dobre 2-3 lata. Znamy się jednak od siódmego roku życia i niezależnie od tego, ile upłynęłoby czasu, między nami jakby nic się nie zmieniało; brak jakiejś niezręcznej ciszy, dziwnych spojrzeń czy oceniania. Opowiadamy o wszystkim, rzucamy żarty, które wciąż bawią nas obie i raczej nie odczuwamy skrępowania. I nagle Karolina wzdycha, że byłoby fajnie, gdybym kiedyś do niej przyjechała, bo rzadko ktoś znajomy ich odwiedza. Mnie jednak dwa razy powtarzać nie trzeba, a wręcz dziwi mnie, że znając moje poczynania, nie chciało jej się wierzyć w mój przyjazd.

Dojazd, ceny i dworzec autobusowy w Berlinie (ZOB)

Zaczekałam tylko mniej więcej do połowy sesji, żeby wiedzieć, jak uwinę się z egzaminami, a później po prostu założyłam, że nie mogę nie zdać żadnego egzaminu i kupiłam bilety na Flixbusa, jako że okazał się najtańszym środkiem transportu. Przy wyjeździe z Wrocławia o godzinie 15:30 zapłaciłam około 110 zł, natomiast wyjazdy nocne, ok. 3.00 kosztowały jakieś 10 zł mniej. Trzeba się jednak liczyć z tym, że wydamy te 200 zł z kawałkiem w obie strony, co i tak nie jest złą ceną.

Autobus do Magdeburga spóźnił się pół godziny, co akurat dla mnie stanowiło całkiem duże pocieszenie. Nieco obawiałam się przesiadki w Berlinie; nie ze względu na to, że trzeba zmieniać autokar, po prostu pamiętałam z wakacyjnej pracy, jak ten główny dworzec autobusowy (ZOB) wygląda. Z tego co się orientuję, był remontowany jeszcze dwa lata temu (jeśli nie więcej) i do teraz ten proces się przeciąga. Raczej nie da się tam zgubić mimo ponad 30 stanowisk odjazdowych, tyle że nie wygląda zbytnio zachęcająco, a przyszło mi tam spędzić dwie godziny zarówno do Niemiec, jak i z powrotem.

Na miejscu są budki z ciepłym jedzeniem (pizzą itd.), oprócz tego mały sklepik wewnątrz poczekalni w rodzaju tych, które możemy zaobserwować na dworcach PKP. Na ścianie znajdują się dość duże tablice z odjazdami, przyjazdami i osobna dla połączeń miejskich z odliczaniem minut. Mamy też parę automatów z ciepłymi napojami oraz batonikami, jednak bardzo dużo oczekujących zadowala się puszką czy butelką piwa. W końcu dochodzi do tego, że część z nich rzeczywiście wygląda na podchmieloną, ktoś rozlewa alkohol na podłogę, a jeszcze inni po prostu wyglądają na niezbyt przyjazne osobniki.

Oczywiście to tylko kilka osób, ale te najbardziej zwracają uwagę, zwłaszcza jeśli jest się kobietą i podróżuje się samodzielnie. Wtedy każdy, kto za blisko się przesiada, zaczyna znikąd krzyczeć albo przybiera nieprzyjemny ton, wydaje się groźny, mimo że oprócz Ciebie czekają jeszcze dziesiątki innych osób i wydają się raczej nieszkodliwe. Nie zapominajmy też, że było stosunkowo późno, a w każdym razie już ciemno, bo do Berlina dotarłam o 19.40, a odjechałam 21.40. Chciałoby się poczytać książkę, pograć w coś na telefonie i jakoś zabić tę nudę, ale z początku woli się nie spuszczać wzroku z torby.

Warto też zauważyć, że miejsc do siedzenia nie ma zbyt wiele, poza tym ludzie często wrzucają swoje toboły na krzesło obok siebie, więc części osób, w tym mnie, pozostaje zajęcie parapetu. I wiecie co? Mogę nazwać się szczęściarą, bo na całej szerokości ściany rozciągają się kaloryfery i w tym miejscu jest po prostu ciepło. Czasem nawet trzeba wstać i się poprawić, bo uda i tyłek zaczynają piec z gorąca. Na całym dworcu jest raczej chłodno, więc to miejsce wydaje się dosyć strategiczne. W drodze powrotnej czułam już, jakbym wróciła do dobrze znanego miejsca, więc ułożyłam się wygodnie z książką i tylko dyskretnie odsunęłam się z metr czy dwa, kiedy obok położył się dziwnie wyglądający facet i zaczął chrapać.

Sama podróż tak naprawdę nie trwa długo. Z Wrocławia do Berlina niecałe 4 godziny, z Berlina do Magdeburga niecałe 2. Najbardziej uciążliwe jest właśnie to czekanie, kiedy tak naprawdę za ten czas można by dotrzeć już na miejsce. Wielu osobom może też przeszkadzać fakt, że po przesiadce jedziemy z niemieckimi kierowcami, więc wszystkie informacje przekazywane są właśnie w tym języku. Nie jest to jednak zbyt duży problem, o ile znacie chociaż podstawy. Jeśli nie, to myślę, że po samych nazwach stacji też da się rozeznać. Ja na przykład byłam zaskoczona, bo moja znajomość niemieckiego jest na naprawdę niskim poziomie (mimo dziewięciu lat nauki, po prostu nie pałam sympatią, jeśli chodzi o jego brzmienie), a mimo tego potrafiłam porozumieć się w prostych kwestiach i załapać większość poleceń typu; gdzie włożyć bagaż, dokąd się jedzie, gdzie udajemy się teraz. Tak czy siak cieszyłam się, że Magdeburg to pierwszy przystanek po przesiadce, bo a nuż z moim szczęściem wysiadłabym źle. Tu przynajmniej nie mogłam się pomylić, zwłaszcza że znajomi czekali na mnie już przy samym wyjściu.

Warto wspomnieć, że na autostradzie pomiędzy Haldensleben a Magdeburgiem jest wielkie zamiłowanie do fotoradarów, które ponoć pojawiają się tam na krótko i w różnych miejscach. Nas na przykład jeden z nich zaskoczył i dzięki temu już w pierwszy dzień zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie… Mówię o tym z tego względu, że ograniczenia prędkości w pewnych odcinkach drogi zmieniają się bardzo szybko, schodząc nawet do 80 km/h, więc raczej nikt nie dostaje tam niskich mandatów. Czemu mówię nikt? Bo w ciągu paru dni mnóstwo znajomych czy współpracowników Karoliny i Damiana, którzy jeżdżą tamtą drogą, spotkało się z podobną nieprzyjemnością.

Zamek w Hundisburgu

Nasz tryb zwiedzania z pewnością nie był taki, jak z początku sobie wyobrażałam, przede wszystkim dlatego, że kładliśmy się w godzinach wczesnorannych typu 4.00 lub nawet 6.00 i światła dziennego nie pozostawało nam zbyt wiele. Magdeburg odwiedziliśmy na dłużej dopiero ostatniego dnia, natomiast wcześniej udałyśmy się z Karoliną do Hundisburga, gdzie znajduje się zamek pochodzący z XII w., pierwotnie należący do arcybiskupa Ludolpha von Magdeburga. Po II wojnie światowej został przejęty przez żołnierzy radzieckich i kiedy w listopadzie 1945 roku wybuchł pożar, znaczna część budynków spłonęła. Większość z nich jednak odbudowano i dziś możemy obserwować zamek wraz z przylegającymi do niego ogrodami w takiej właśnie formie:

Latem czy wiosną te obszary na pewno wywołują silniejsze wrażenia, ale wystarczy odrobinę uruchomić wyobraźnię, by zobrazować sobie, jak wygląda zieleń na tych terenach w pełni rozkwitu. Niezależnie jednak od pory roku możemy skorzystać z restauracji, która znajduje się wewnątrz samego zamku albo dostrzec ludzi wypuszczających drony i fotografujących wszystko z góry. My obeszłyśmy ogrody wzdłuż i wszerz, doszłyśmy także do bramy z herbem i odkryłyśmy… kubek, który Karolina nalegała, bym wrzuciła na Podróżniki, a więc oto i on:

Jeśli macie pomysły na jego zastosowanie, to podzielcie się nimi w komentarzu!

Przeszłyśmy też do parku, który znajduje się obok. Co ciekawe, przyroda zupełnie się rozregulowała i czując tak wysoką jak na luty temperaturę, postanowiła, że zacznie pokazywać swoje wdzięki. Z tego też względu nasze zwiedzanie przemieniło się w poszukiwanie kwiatów, bo o ile z początku znalazłyśmy jeden czy dwa, o tyle później natrafiłyśmy na ich całe skupiska. Ani ja ani Karolina nie jesteśmy dobre, jeśli chodzi o botanikę, jednak w XXI w. przyszła nam z pomocą dość fajna aplikacja o nazwie PlantSnap, która po zdjęciach albo obrazie z kamery jest w stanie zidentyfikować daną roślinę. Całkiem fajna sprawa, jeśli chce się troszkę poduczyć albo poddać sprawdzeniu w przypadku miłośników przyrody. Tak na przykład odkryłyśmy, że kwiat ze zdjęcia pod spodem to Rannik Zimowy (żółty), no a przebiśniegi i krokusy są już raczej znane. Jedynym minusem tej apki jest to, że możecie wykonać jedynie 10 zdjęć dziennie, chyba że wykupicie wersję premium.

Jako że wchodziłyśmy w każde możliwe miejsce, które wyglądało na warte odkrycia, odnalazłyśmy też coś, czego niekoniecznie się spodziewałyśmy, a mianowicie dwa odosobnione nagrobki. Nieco przerażający widok, zwłaszcza że miejsce jest zupełnie niepozorne; niska górka otoczona kwadratem z niskich krzewów, a pośrodku nich to:

Starałam się znaleźć jakiekolwiek informacje na temat tych kobiet i sprawdzić, czy mają ze sobą coś wspólnego, jednak jedyny wątpliwy trop prowadził mnie do nazwiska Eichborn, czyli byłego porucznika Wermahtu. To pozostanie więc dla nas nierozwiązaną tajemnicą.

Ruiny kościoła Nordhusen

Prosto stamtąd podążyłyśmy za drogowskazami do ruin Nordhusen znajdujących się nieopodal. Zaczęłyśmy mieć jednak nieco wątpliwości, kiedy wjechałyśmy na drogę bez wątpienia przeznaczoną dla jednego auta, która bardziej przypominała ścieżkę dla pieszych bądź rowerów. Według nawigacji zostało nam jednak 200 m do celu, więc stwierdziłyśmy, że zamiast cofać i iść w jedną oraz drugą stronę, nie wiedząc, czy na końcu rzeczywiście są jakieś ruiny (raczej nic na to nie wskazywało), to po prostu podjedziemy do końca i w razie czego wyjedziemy na wstecznym. Gdybyście mieli takie wątpliwości jak my; to jednak była droga dla samochodów, na końcu znajduje się nawet parking. Co prawda nie jest nawet utwardzony i wygląda, jakby auto miało się tam zaraz zapaść, ale jest.

Udałyśmy się więc wyasfaltowaną dróżką prowadzącą pod samą atrakcję, na chwilę jeszcze zbaczając z trasy. Po prawej znajdowało się dość ładne jeziorko, nawet spotkałyśmy tam mężczyznę łowiącego ryby. Ani ja, ani Karolina nigdy nie wędkowałyśmy, jednak miałyśmy wrażenie, że zarzucanie wędką i zwijanie żyłki pięć razy na minutę nie jest zbyt dobrym pomysłem. Poza tym nawet dla nas, jako osób, które w życiu tam nie zawitały, wydawało się, że w wodzie nie ma żadnych ryb i nic nie wskazywało, żeby było inaczej. Ten fakt oraz przyjście drugiego faceta kilka minut później sprawił, że wolałyśmy jednak nie przechodzić obok nich i poszłyśmy drogą dookoła, zwłaszcza że oboje co chwilę rzucali dziwne spojrzenia w naszym kierunku.

Samo jezioro było jednak bardzo ładne, poza tym to dość dobre miejsce do robienia zdjęć.

Do głównej atrakcji, jak się okazało, nie było wcale daleko. Po drodze spotkaliśmy wracającą akurat stamtąd parę, dosyć roześmianą i wesołą, dlatego obstawiałyśmy, jaka była ich prawdziwa reakcja:

  1. Ale było super, takie fajne ruiny!
  2. Hahahaha tyle szliśmy, żeby zobaczyć dwa kamienie, hahaha BEKA.

W komentarzach na dole możecie napisać, co Wy byście obstawili, a później swoją własną opinię na temat tego, czy było warto, czy też nie, kiedy już spojrzycie na zdjęcie na dole. My generalnie nie byłyśmy zbyt rozczarowane. Ba, po islandzkich Borgarvirkach (kto nie wie, o co chodzi, ten może się dowiedzieć tutaj) ucieszyło mnie, że zachowała się cała wschodnia ściana budowli i rzeczywiście coś można sobie zwizualizować. Ponadto w środku umieszczono dwa plakaty pokazujące mapki i schematy uwzględniające kościół, który odnalazłyśmy i który przetrwał w tym miejscu od 1200 roku.

Budowla miała 17 m wysokości – grube mury, małe otwory okienne i powybijane cegły chyba z zamysłem wentylacji (bez wątpienia styl romański). Nie umiałyśmy jednak uwierzyć w to, jak maleńki musiał być ten kościółek. Patrząc na jego zarys na mapce, musiał się kończyć tuż przy spadzie do jeziora, a te wymiary można by przyrównać do zwykłego rodzinnego domku, tylko dużo wyższego. Naszym zdaniem całkiem opłacało się przyjechać, żeby to zobaczyć, a raczej nie jest to zbyt rozsławiona atrakcja.

Smaczne, kobiece piwko z Niemiec

Jak to dwie kobiety, które spotykają się po długiej rozłące, poszłyśmy na zakupy, bo śmianie się z ohydnych ubrań zawsze mocno nas do siebie zbliżało. Jeśli chodzi o odzież, rozbieżności między Niemcami a Polską zbyt dużych nie ma. Ja natomiast bardzo lubię przechadzać się po sklepach spożywczych, gdzie warzywa są tak ładne i świeże, a wybór słodyczy i alkoholi cieszy oczy. Nie jestem smakoszem piwa, ale od siebie mogę polecić produkowane w Niemczech Veltins V+ Energy, którego w Polsce nigdy nie widziałam (chociaż ponoć można kupić je w Lidlu). To coś w rodzaju Radlera/Sommersby, w podobnej butelce, 4,8% alkoholu, przy czym 1/5 składu stanowi napój smakowy, w tym wypadku energetyk. Dość mocno słodkie, ale też nie takie mdłe, bardzo przyjemne na jakąś imprezę jako alternatywa do tego, co znamy. Może i babskie, ale smaczne 😀 Znajdziecie je w takiej oto niebieskiej butelce:

Wizyta w Magdeburgu

Ostatniego dnia mojego pobytu wreszcie zajęliśmy się eksploracją Magdeburga. Miasto ma ponad 1200 lat, dlatego możemy spotkać tam wiele zabytków pokroju kościołów. Zatrzymaliśmy się na parkingu nieopodal klasztoru Najświętszej Maryi Panny, gdzie obecnie znajduje się muzeum sztuki i udaliśmy się w kierunku rynku. Po drodze, dokądkolwiek by się nie poszło, cały czas natyka się na rzeźby różnej maści. Większość z nich odbiega jednak od realizmu, jest zupełnie abstrakcyjna i nieproporcjonalna. Momentami aż do tego stopnia, że staje się to zabawne, czego przykładem może być na przykład ten zając.

W samym centrum znajduje się jedna z najstarszych budowli Magdeburga, katedra świętego Maurycego i świętej Katarzyny. Dostrzec można, że zaprojektowano ją w duchu gotyku, jednak dodano elementy charakterystyczne dla sztuki lokalnej. Dla mnie wyjątkowo ciekawe okazały się zwieńczenia wieżyczek, spójrzcie.

Co ciekawe, przed katedrą znajduje się ogromny plac, na którym wciąż widniały świąteczne dekoracje (mimo że był luty). Złote, wielkie konie, bombki i tak dalej, które zajmowały sporo przestrzeni. Gdyby nie one, w tym miejscu musiałoby być strasznie pusto, a przynajmniej mnie się tak teraz wydaje, kiedy o tym pomyślę.

Najbardziej jednak wyczekiwaną przeze mnie atrakcją była Zielona Cytadela (która w rzeczywistości jest różowa). Obecnie funkcjonuje jako blok mieszkalny, co również było dla mnie nie lada zaskoczeniem. Podejrzewałam, że w takim budynku jak ten znajdzie się jakieś muzeum czy inna kulturalna ostoja (co prawda wystawiane są tu obrazy twórcy, ale nie to jest głównym przeznaczeniem), natomiast można tam dostrzec zamiast tego suszące się pranie, a kiedy wejdzie się schodami na górę, pośrodku całego skweru znajduje się plac zabaw dla dzieci. Myśląc o tym, aż współczuję mieszkańcom i nie dziwię się, czemu większość z nich nie odsłania nawet okien. Pewnie przywykli już do tego, że ich prywatność jest wiecznie naruszana przez turystów robiących zdjęcia.

Co to właściwie za budowla? Dla jednych maszkara, dla innych całkiem ładny twór stworzony przez Friedensreicha Hundertwassera. To może być dla wielu osób zaskoczeniem, zwłaszcza jeśli posiłkują się tylko pierwszą informacją, którą zobaczą zaraz po wpisaniu w Google „atrakcje Magdeburga”. Otóż przy zdjęciu cytadeli pod spodem da się dostrzec napis „Antoni Gaudi” przy czym miał on z tym tyle wspólnego, co nic. Sama na początku dałam się na to złapać, mimo że cały czas zastanawiało mnie, co architekta hiszpańskiego sprowadziłoby akurat do Magdeburga. Obalamy więc mity: Zielonej Cytadeli Gaudi nie widział na oczy.

Blok ma bardzo nietypowy kształt, zaraz obok niego znajduje się owalna wieża. Dużo przeszklonych powierzchni, czerwone pionowe pasy co metr czy dwa. Dużo kulistych elementów, ale moją uwagę najbardziej przykuły różnokolorowe kolumny, które w niektórych miejscach wyglądały, jakby ktoś ułożył je z ogromnych koralików. O ile całość sprawiała dla mnie ciekawe, choć raczej nieestetyczne wrażenie, o tyle filary zupełnie mnie urzekły. Oceńcie sami.

Zoo w Magdeburgu

Udaliśmy się też do zoo w Magdeburgu, ale nieco się rozczarowaliśmy. Prawdopodobnie w okresie letnim wyglądałoby to wszystko lepiej, ale w dzień, kiedy było szaro i wietrznie, wydawało się, że zwierzęta po prostu marzną (surykatki stały na pod lampką zbite w kłębek i dygotały). Z początku Karolina śmiała się jeszcze przed wejściem, czy tam będą w ogóle jakieś zwierzęta, a po obejściu całości stwierdziliśmy, że jej pytanie nie było bezzasadne. Większość wybiegów zewnętrznych stała pusta, bez możliwości wejścia i zobaczenia zwierząt wewnątrz. Później śmialiśmy się już tylko, że oglądamy roślinki i kupy, a widok żywej istoty wywoływał w nas euforię.

Na miejscu jest kilka ciekawych zwierząt, np. pingwiny, jednak całość nie robi powalającego wrażenia. Zoo nie jest zbyt duże, wybiegi zresztą podobnie, a cena zbyt wygórowana zwłaszcza jak na okres zimowy. Zapłaciliśmy 13 euro plus osobno parking, z czego powinniśmy chociaż o połowę mniej, biorąc pod uwagę to, co zobaczyliśmy. Naszym zdaniem tę atrakcję lepiej sobie podarować i zająć się czymś bardziej pożytecznym.

Około 18.00 czekał mnie powrót do domu i na szczęście pomimo dużych wiatrów i ulewy, na jaką wtedy natrafiłam, już o 2.00 nad ranem dotarłam bezpiecznie do domu. Myślę więc, że jeśli ktoś miałby te parę dni wolnego i zastanawiał się, jak spożytkować swój czas, to Magdeburg jest dość dobrym miejscem na krótki wypad. A Wy odwiedziliście może kiedyś to miasto czy do tej pory nie mieliście pojęcia o jego istnieniu? Napiszcie! Zapraszam również do poczytania o innych ciekawych atrakcjach i podróżach, a także do odwiedzenia mojego fanpage’a i Instagrama, odnośniki po prawej na górze!

Drezno, czyli bożonarodzeniowy jarmark w świetle lampek i strugach deszczu

Informacje ogólne: Nasz wyjazd na jarmark w Dreźnie odbył się 14 grudnia 2019 roku. Transport zapewniło nam biuro podróży INDEX z siedzibą w Katowicach, a na miejsce, po licznych przetasowaniach, pojechaliśmy jako dziewięcioosobowa grupa. Trzy odwiedzone jarmarki (niestety tylko na tyle starczyło nam siły), 17-sto kilometrowy spacer w deszczu i mnóstwo śmiechu oraz pozytywnej energii to coś, co na długo zapisze się w naszej pamięci. Zaciekawiony? Przeżyj z nami te chwile jeszcze raz, zapraszam!

Skąd pomysł na wyjazd?

Decyzję o udziale w wyjeździe podjęliśmy bardzo spontanicznie. Wraz z początkiem października zobaczyłam ofertę za pośrednictwem strony Wakacyjnapapuga i już wiedziałam, że to będzie wyjazd, który w tym roku dosłownie muszę zaliczyć. Ceny jarmarków okazały się naprawdę atrakcyjne, bo zaczynały się nawet poniżej 100 zł, a kończyły gdzieś w granicach 300 zł. Najbardziej kuszące cenowo i pod względem widokowym były Berlin, Wiedeń i Drezno, padło jednak na to ostatnie. Dlaczego? Miałam okazję odwiedzić to miasto jedynie raz przy okazji koncertu Neila Younga w te wakacje, ale wtedy nie znaleźliśmy czasu na dłuższe oględziny. Pamiętam jednak, że zabytkowa część zrobiła na mnie ogromne wrażenie i możliwość powrotu w tamte strony naprawdę mnie ucieszyła.

Znam jednak umiejętności organizowania się ludzi, w końcu to nie pierwszy wyjazd, który proponowałam znajomym, więc stwierdziłam, że zamiast się rozdrabniać, pytać każdego z osobna i czekać na odpowiedź, napiszę od razu do wszystkich, którzy przyszli mi na myśl i skojarzyli mi się z ofertą. Byłam niemalże przekonana, że połowa osób, jeśli nie więcej, oznajmi, że średnio stoją czasowo lub finansowo albo po prostu nie mają ochoty jechać. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy okazało się, że udział potwierdzili… dosłownie wszyscy, więc zebrała się nas dziesięcio-, a później nawet jedenastoosobowa grupa.

Cena i problemy organizacyjne

Całość wyniosła 109 zł od osoby (w co zostało wliczone ubezpieczenie) + 10 euro opłaty dla pilota w autokarze. Niby istniało coś takiego jak ramowy plan wycieczki, jednak nie był on rozpisany godzinowo i okazał się raczej umowny. Część związana ze zwiedzaniem i tak ograniczała się do około pół godziny, później każdy otrzymywał czas wolny. Nieścisłości z rozkładem dnia i tak moim zdaniem stanowiły najmniejszy problem. Na głównej stronie organizatora możemy przeczytać, że wycieczka obejmuje dwa dni: 14/15 grudnia. Należy jednak wziąć poprawkę na to, że autokar zabiera ludzi zarówno z Przemyśla, jak i z Wrocławia, więc czas przejazdu jest zupełnie inny, stąd moim zdaniem bardzo duże dysproporcje, jeśli chodzi o ujednolicone informacje serwowane wszystkim uczestnikom. „Powrót w godzinach wczesnorannych” to moim zdaniem nie godzina 23.30 dnia poprzedniego, jak wyszło w naszym przypadku. Oczywiście już w trakcie podróży i wiedząc, o której mamy zbiórkę, policzyliśmy sobie, o której mniej więcej będziemy w domu, ale zanim wsiedliśmy do autokaru, nie wiedzieliśmy na dobrą sprawę nic. W naszym przypadku nie był to jakiś ogromny problem, mogliśmy zorganizować noclegi dla znajomych, ale nie każdy ma taką możliwość.

Moim zdaniem najlepiej sprawdziłby się oficjalny rozkład jazdy, choćby bardzo przybliżony. Jeśli nie, to wystarczyłoby poinformować pasażerów, bo my właściwie usłyszeliśmy tylko, na którą mniej więcej dostaniemy się do Gliwic. Jasne, nie był to dla nas jakiś wielki powód do narzekania, ale jednak zawsze wymaga się od biura pewnego profesjonalizmu. Skoro o tym mowa – w ostatnim tygodniu przed wycieczką okazało się, że dwie osoby z naszej grupy nie są w stanie pojechać, więc szybko znaleźliśmy za nie zastępstwo (miejsca i tak były już bezzwrotnie opłacone). Wymagało to jednak zmiany danych uczestników na umowie, którą podpisywałam z biurem, a proces ten, zamiast trwać przysłowiowe pięć minut, zajął trzy dni.

Ja wszystko rozumiem: że pracownik jest na tyle zajęty, że nie odbierze, może nawet nie oddzwoni w ciągu godziny. Zdarza się, nawet jeśli godziny otwarcia biura są podane jako 9.00-17.00. Sprawa była jednak nagląca, zwłaszcza jeśli brałam pod uwagę ponowne podpisanie i wysłanie umowy – miałam bardzo mało czasu na to, żeby poczta dotarła na czas do Katowic. Pamiętam, że zaczęłam dzwonić koło godziny 9.50, pierwszy raz ktoś podniósł słuchawkę o 12.40 i aż zapomniałam, co chcę powiedzieć, tak mnie zaszokował głos po drugiej stronie. Za ten czas zdołałam już jednak wysłać maila z zapytaniem na temat mojego problemu, a także wiadomość na Facebooku. Pani po drugiej stronie słuchawki okazała się dość opryskliwa, a po wysłuchaniu mnie stwierdziła oburzona, że trzeba zmienić dane uczestników na umowie. No eureka, czułam się, jakbym odkryła Amerykę, tym bardziej, że sama to zasugerowałam.

Wreszcie dowiedziałam się, co dokładnie mam zrobić, wysłałam wszystkie informacje mailem i nagle, koło godz. 17:00 dostaję maila w odpowiedzi na moją wiadomość sprzed rozmowy telefonicznej, żebym wysłała to, co już przecież wysłałam. No to zrobiłam to raz jeszcze, uprzejmie napisałam tylko, że dane wylądowały w skrzynce, no wiecie, tak mimochodem, no i co dostałam w odpowiedzi? Hurrr, durrrr: „W naszym biurze jest 30 pracowników, więc nie wiem, z kim się Pani kontaktowała.” No racja, zwracam honor. W takim wielkim korpo to rzeczywiście ciężko o przekazywanie sobie informacji.

Godzina 17.30, dzwoni telefon, tym razem kobieta z Facebooka, której zostawiłam do siebie kontakt. Zaczyna mówić, taka podniecona i energiczna, tłumaczy mi już wszystko to, czego dowiedziałam się dwa razy, więc grzecznie jej przerywam. Trochę była rozczarowana, że nie może pomóc, ale skorzystałam z jej uprzejmości i wypytałam o parę kwestii odnośnie wyjazdu, więc nic straconego. Ona jako jedyna okazała się bardzo sympatyczna i konkretna. Mimo że pozostawała w mniejszości, trochę załagodziła moją złość, bo jednak coraz częściej zauważam, że usługodawca z chęcią weźmie pieniądze, ale zapomina, że nie bierze ich za nic.

Ostatecznie stanęło na tym, że otrzymałam już zaktualizowaną umowę i po dziś dzień nie wiem, czy powinnam ją wydrukować i odesłać, czy też nie. Zrobiłam to, ale kosztowało mnie to niemało zachodu i po jakimś czasie otrzymałam jedynie odpowiedź od pani z Facebooka, że nie muszę robić tego już drugi raz. Pani z maila nie odpisała mi jednak do samego końca, ale wcale nie zdziwiłoby mnie, gdyby na ostatnią chwilę dała znać, że odesłanie nowej umowy jest niezbędne do odbycia wycieczki. Lepiej dmuchać na zimne.

Zbiórka i dojazd

Kończąc jednak marudzenie, przechodzimy do głównego gwoździa programu! Ostatecznie zebraliśmy się w dziewięć osób we Wrocławiu przy Aquaparku na ulicy M.Petrusewicza o godzinie 6:30. To była taka naprawdę miła chwila, bo części znajomych, którzy czekali na miejscu, nie widziałam już z pół roku, w dodatku miałam świadomość, że mimo różnych środowisk (praca, studia czy gimnazjum) każdy chciał pojechać i zabrać ze sobą dobry humor. Część naszej grupy dojechała z Katowic (nasza Krysia czekała na miejscu zbiórki już od 4:30!), Opola czy nawet Poznania, żebyśmy mogli spędzać czas w swoim gronie i to było naprawdę super, bo zazwyczaj takie duże wyjazdy bardzo ciężko ogarnąć terminowo, żeby wszystkim odpowiadały, o cenie już nie wspominając.

Miałam ten zaszczyt, że gościłam dwie noce parę z Opola i Poznania, więc oddałam do użytkowania swój pokój, sama śpiąc z jakże wyrozumiałą współlokatorką, która nie zdenerwowała się nawet wtedy, gdy o 5.30 zadzwonił budzik, a później przez kolejne 15 minut w pokoju świeciło się światło. Wracając jednak do meritum – jak można się domyślić, nie poszliśmy spać zbyt szybko mimo wczesnej godziny zbiórki. Siedzieliśmy jeszcze po północy, rozmawiając i grając w drugą część Memów (no wiecie, takie Karty Przeciwko Ludzkości, tylko z memami).

Co mnie najbardziej zdziwiło, to fakt, że kilka minut po 6.00 na basenie już dało się dostrzec pływaków. No podziwiam; my przejechaliśmy przystanek autobusem, żeby być szybciej, zbyt się nie przemęczać i uniknąć zimna, które przy zmęczeniu wydaje się jeszcze bardziej dotkliwe. Nie był to co prawda planowany zabieg, ale fajnie, że akurat coś zajechało na przystanek. Zapoznałam całą ekipę, wszyscy wdali się w rozmowę i zaczęła się integracja. Poszłam zgłosić naszą obecność pilotce, generalnie kobieta naprawdę była w stanie pójść na rękę z wieloma rzeczami i sprawiała wrażenie takiej „do ludzi”, mimo że nawet nie podała swojego imienia przez cały czas trwania wycieczki i nie miała żadnego znaku szczególnego w stylu parasolki lub chorągiewki, co przy Dreźnie wypełnionym turystami skutkowało tym, że częściej rozpoznawaliśmy współtowarzyszy podróży niż ją samą. Sympatii jej jednak odmówić nie mogę z wielu prywatnych względów.

Jechaliśmy piętrowym autokarem, więc oczywistym okazało się dla nas, że przydzielono nam miejsca na górze. Pierwszą godzinę każdy drzemał, dopiero przy okazji postoju po ósmej rozbudziliśmy się przy kawie i spacerując po stacji benzynowej. Zaczynaliśmy zarzucać się historiami, każdy miał coś do powiedzenia, co rusz wybuchaliśmy śmiechem i tak zostało już przez dalszą część podróży, kiedy wspominaliśmy nasze historie z przyszłości i wtajemniczaliśmy w co głupsze opowieści tych, którzy jeszcze ich nie znali. Aż współczuję pasażerom na siedzeniach obok, chociaż z drugiej strony może stanowiliśmy dla nich urozmaicenie tych trzech godzin. Pewnie byliśmy ciekawsi niż film, który leciał w tle, ale właściwie tak cicho, jakby go nie było.

Kilka uwag, które warto mieć z tyłu głowy

Na miejsce dojechaliśmy około godziny 9.30 i tylko wtedy udało nam się skorzystać z toalety, do której nie było zbyt dużych kolejek mimo obecności kilkunastu autokarów i wycieczek. Naprawdę – to, co działo się później, przekraczało ludzką wyobraźnię. Nie wiem, czy to standardowa procedura, jeśli chodzi o Drezno, ale nawet w bibliotece pobierano opłaty za siku, co nas lekko zszokowało. Niby rozumiem, że ciężko byłoby nie oprzeć się pokusie wzbogacenia na potrzebach fizjologicznych, ale z drugiej strony zawsze mnie to oburzało.

Zatrzymaliśmy się po stronie Starego Miasta, więc w pierwszej kolejności ruszyliśmy pod pałac Zwinger. Pogoda nie dopisywała niemalże przez cały dzień, po dwóch godzinach mieliśmy już przemoczone buty i skarpetki, tak intensywnie padało w niektórych momentach. My się jednak nie zniechęcaliśmy, mimo że nasza przewodniczka nie stanęła nawet pod żadnym daszkiem, tylko trzymała nas na środku odkrytego placu. Tak oto prezentowała się nasza wesoła ekipa:

Właściwie po raz pierwszy spotkałam się z sytuacją, w której zakup audioguidów był nieobowiązkowy, a jego nieposiadanie decydowało o tym, że podczas półgodzinnego zwiedzania z naszą pilotką czuliśmy się nieco wykluczeni. Byłam przekonana, że słuchawki zawierają dodatkowe nagrania, więcej historycznych faktów, urozmaicą chodzenie po muzeach. Tymczasem podczas oprowadzania okazało się, że są do nich podawane tak istotne informacje jak miejsce i godzina zbiórki. Rozumiem, że pilotka nie chciała nadwyrężać głosu, a tym bardziej krzyczeć do swojego mini-mikrofonu, ale jednak te podstawowe dla organizacji szczegóły powinna przekazać tak, żeby znali je nie tylko ci, którzy zapłacili więcej.

Później kobieta podprowadziła nas pod jeden z jarmarków, który znajdował się kawałek dalej po drugiej stronie mostu… tylko po to, by powiedzieć parę zdań i zawrócić tam, skąd przyszliśmy. To był chyba moment, który przelał czarę goryczy. Wiedzieliśmy, że za niedługo i tak wszyscy się rozejdą i nie widzieliśmy sensu, żeby poświęcać czas na bezmyślne chodzenie, które było stanowczo za szybkie na robienie zdjęć i czerpanie przyjemności ze zwiedzania. Słyszeć i tak nie słyszeliśmy, więc zadecydowaliśmy, że skoro znamy miejsce  i godzinę zbiórki, to odłączamy się wcześniej (oczywiście dostaliśmy na to przyzwolenie jeszcze w autokarze, nie puściliśmy się samopas i nie olaliśmy pracy tych, którzy przywieźli nas na miejsce).

Jarmark – Augustusmarkt

Jarmark, na którym zdecydowaliśmy się pozostać, czyli Augustusmarkt, otwierało wielkie koło młyńskie. Większość stoisk przedstawiała się w formie białych namiotów, a pośrodku całego rozgardiaszu stało drzewo ze zdjęcia poniżej, które wieczorem nabierało mocno niebieskiej barwy. Generalnie nie było to najpiękniejsze, co w życiu widzieliśmy i na pewno po zmroku przyjemniej było przyjść tam drugi raz. Wiecie, o samych towarach oferowanych na miejscu nie ma co się specjalnie rozpisywać; one chyba w każdym zakątku Europy wyglądają tak samo albo podobnie; grzańce, langosze, pierniki, owoce w czekoladzie, wełniane czapki, miody, lampki, frytki i tak dalej. My skusiliśmy się wieczorem jedynie na kurtosze-kołacze, ale jak możecie się domyślić, one też wszędzie smakują identycznie. Dlaczego więc warto pojechać na taki zagraniczny jarmark? No bo atmosfera jest jednak trochę inna, a i można połączyć to ze zwiedzaniem.

Kiedy obeszliśmy jarmark, pierwszą rzeczą, jaką część z nas zakupiła, była dodatkowa para skarpetek do przebrania. Każdy chciał się rozgrzać i to był odpowiedni moment, żeby wreszcie schować się w jakimś budynku. Zanim to się jednak stało, czekał nas niedługi obchód po zabytkowej części miasta: ogrody Bruhla, opera, katedra Świętej Trójcy, Plac Teatralny czy zamek.

Pałac Zwinger – ceny i zwiedzanie

Zrobiliśmy krótkie zebranie i podzieliliśmy się na grupki: część z nas zakupiła podstawowe bilety do Galerii Drezdeńskiej obejmującej wyłącznie oglądanie dzień sztuki, a reszta zdecydowała się na Ticket Zwinger (dorośli 11 euro, studenci 9), czyli pakiet z wejściami dodatkowo do Muzeum Porcelany i Mathematisch-Physikalischer Salon, który jednak w większości z nas wzbudzał lekką obawę co do swojej ciekawości. Czy słusznie, o tym dowiecie się zaraz.

Plac, który łączy ze sobą wszystkie te obiekty, jest zachowany w barokowym stylu i naprawdę robi wrażenie. Jedynym co kłóci się z zagospodarowaniem przestrzeni, jest ogromna, dmuchana kopuła postawiona idealnie w samym centrum. Jeśli są tu jacyś narciarze bądź snowboardziści, to pewnie też skojarzy się Wam to z miejscami na stoku, gdzie dostaniecie gorącą czekoladę czy herbatę, a to w tak zabytkowym miejscu naprawdę kłóci się z poczuciem estetyki. Z tego co jednak mówiła Ewa, konstrukcja musi stać tam całkiem od niedawna.

Przeszliśmy po tarasach widokowych i udaliśmy się do galerii. Należy pamiętać, że warto mieć ze sobą drobne, bo na miejscu płaci się zarówno za szatnię (1 euro, bezzwrotne), jak i za zamykane szafeczki (1 lub 2 euro działające na zasadzie żetonu, zwrotne). My dosyć spartaczyliśmy sprawę, bo odwiesiliśmy płaszcze, a potem odesłali nas z plecakami do szafek, które okazały się na tyle pojemne, że mogliśmy włożyć tam również kurtki.

Co jest jednak w porządku przy okazji zostawienia rzeczy w szatni – dostajemy specjalny kuponik o wartości 1 euro, który wystarczy pokazać w innych obiektach, żeby drugi raz nie płacić za tę samą usługę. Jeśli już więc sfrajerzyliście się tak jak my, to przynajmniej tylko raz. Osobiście jednak polecamy szafki, są znacznie lepszym, wygodniejszym rozwiązaniem, zwłaszcza że nie trzeba do nich stać w długich kolejkach i czekać na obsługę, po prostu zwracamy kluczyk i idziemy.

Mimo że jestem ogromnym miłośnikiem kultury, galeria zrobiła na mnie raczej… niewielkie wrażenie. Tak naprawdę składała się z jednej głównej hali i dwóch mniejszych po bokach. Ludzi tyle, że ciężko się poruszać, a poza tak znanymi dziełami jak „Śpiąca Wenus” czy „Madonna Sykstyńska”, dla mnie najciekawsza była seria obrazów przedstawiająca Drezno obecnie i w czasach powojennych. Nie spędziliśmy tam więcej niż pół godziny, co po długim procesie odkładania naszych rzeczy wydawało się ułamkiem sekundy.

Później udaliśmy się do Mathematisch-Physikalischer Salon, a wystawa okazała się najciekawszą ze wszystkich. Jest dość duża, rozmieszczona na dwóch piętrach, z czego im niżej, tym większe zadowolenie, tak bym to określiła. Nie wiedziałam za bardzo, co można umieścić w takim miejscu, od razu przyszły mi na myśl przyrządy z fizyki i kalkulatory, a że wielkim miłośnikiem nauk ścisłych nie jestem, nie spodziewałam się po sobie zachwytu. Starałam się jednak nie nastawiać pesymistycznie i bardzo słusznie; jasne, na miejscu znalazły się gabloty z urządzeniami nastawionymi np. na elektrostatykę i bardzo żałowałam, że nie były opisane, bo moja świadomość co do ich użytkowania była bliska zeru. Pojawiła się także część poświęcona astronomii, stare globusy, pięknie wykończone pozytywki i mnóstwo zegarków powstających na przestrzeni lat.

Tę część zwiedzaliśmy bardzo długo, dłużej nawet niż Muzeum Porcelany, mimo że było bardziej rozgałęzione i co chwilę odkrywaliśmy w nim jakiś mały pokoik po boku. Część osób oceniła to jednak jako tandetę, kiedy spoglądała na ręcznie wykańczane wazy, talerzyki i tak dalej, z których większość bardzo mocno nawiązywała do kultury japońskiej. Jak dla mnie to stanowiło  jednak fajną odmianę, wreszcie mnóstwo kolorów w ten szary dzień. Dużą rolę grały też detale, warto się im przyjrzeć, bo niektóre są dosyć zabawne albo po prostu urocze.

Po tym etapie dnia każdy z nas był w zupełnie innej części miasta, widział i robił coś odmiennego. Bardzo ciężko było nam się zgrać czasowo w danym miejscu, a jako osoba, którą wszyscy znali i która w jakimś stopniu odpowiadała za wyjazd, dostawałam milion telefonów od każdego z osobna, z zapytaniem co teraz. Naprawdę, w pewnym momencie dochodziło do takich skrajności, że nawet będąc w toalecie, słyszałam brzęczenie telefonu, a kiedy oddzwaniałam kilka minut później, słyszałam w odpowiedzi „No byliśmy PRZY toalecie, ale was nie było”. Także mimo mojej miłości do organizowania wyjazdów i własnych przyjaciół, czasami pluję sobie w brodę i jestem zmęczona tym, że mając wsparcie w kimś, kto wszystko ogarnia, pozostałe osoby wolą iść po najmniejszej linii oporu i zrzucać wszystko na barki organizującego. Wiadomo, czasami dochodzi przez to do spięć, w końcu ile ludzi, tyle charakterów, ale najważniejsze jest to, że każdy jednak starał się zachowywać wyrozumiałość – w końcu to oczywiste, że ktoś się zgubi, że się rozejdziemy i tak dalej, zwłaszcza biorąc pod uwagę natężenie tłoku w Dreźnie. No i nie mogłoby też zabraknąć pojednawczego głosu, który w trakcie dramy odezwie się nagle z zapytaniem: „Ej, a może skoczymy na grzańca?”.

Gdzie zjeść, nie czekając 2 godziny w kolejce?

W ten oto sposób wreszcie dotarliśmy do galerii handlowej Altmarkt Galerie, gdzie przez piętro z jedzeniem przewijał się wężyk przynajmniej z dwustu osób ustawionych do toalety (płatnej!). Nie wybrzydzaliśmy zbytnio w tym, co zamierzamy zjeść: zależało nam tylko, żeby nie stać w kolejce godzinę, nie zapłacić milionów monet i przede wszystkim znaleźć wolny stolik, bo jak to ujęła Ewa: „W ciągu całego dnia udało nam się usiąść tylko na kiblu” i była to absolutna prawda. Z tego co zdążyliśmy potem zauważyć dzięki aplikacji, przeszliśmy plus/minus 17 km.

Zajęliśmy miejsce w Fu Loi, knajpie z azjatyckim jedzeniem. Nie wyglądało ono specjalnie zachęcająco i smakowało może nie najwyborniej, ale chociaż było ciepłe i robione na świeżo. Porcje też takie, że dało się najeść, zwłaszcza jeśli chodzi o mój ryż z warzywami i mięsem; na talerzu znajdowała się naprawdę kopiata góra, która mimo mojego wilczego apetytu i dużego wysiłku nie została zjedzona w całości, a to już o czymś świadczy. Tylko kurczak dziwnie smakował, jakby ktoś świeżo wyjął go z wywaru – oczywiście jeśli zakładamy, że to rzeczywiście był kurczak.

Striezelmarkt – najstarszy niemiecki jarmark

Wyszliśmy na zewnątrz prosto na Striezelmarkt, czyli Jarmark Struclowy – najstarszy, najbardziej spopularyzowany i oblegany. Do tego stopnia, że po upływie godziny byliśmy już przesyceni ludźmi, światełkami, ozdobami, a nasza strefa komfortu została mocno zaburzona. Na miejscu zobaczymy ogromny szyld zwieńczający oficjalne wejście, piramidki bożonarodzeniowe, diabelski młyn czy specjalny łuk do robienia zdjęć (przy czym Igor z Krysią sprawdzili i potwierdzili, że nie da się tam robić zdjęć, kiedy połowę obiektywu przysłania czyjaś ręka, a ciebie ktoś równocześnie nokautuje łokciem w brzuch i głowę). Nie można jednak odmówić uroku temu miejscu, zwłaszcza jeśli spojrzy się na nie z pewnego dystansu: zaraz obok znajduje się duża, przeszklona biblioteka, z której można cyknąć całkiem ładne ujęcia i zaznać trochę ciszy.

Chyba nigdy nie przestanie mnie dziwić ogólne zamiłowanie do kiczu na jarmarkach – nawet nie chodzi o towar, a o samo przystrojenie budek. Tu jakiś plastikowy Mikołaj, który wyglądał jak wyciągnięty z szafy mojej babci dwadzieścia lat temu, tu figurki kucharczyków, które ruszały się jak zepsute zabawki w antykwariacie z „Toy Story 4”… z lekka przerażające. Jedyna rzecz, która dość mnie zaintrygowała, bo nie widziałam jej nigdzie wcześniej, to gigantyczny kalendarz adwentowy. Można było otworzyć drzwiczki z każdym numerem, ale chyba nie muszę ukrywać, jakiego doznałam rozczarowania, gdy okazało się, że w środku nie ma jedzenia, tylko stare figurki do oglądania…

Zbiórkę, żeby zebrać się do kupy, organizowaliśmy zawsze przy budce Curry am Schloss, gdzie Nata, Ola i Wiktor wyczaili najtańsze grzane wino na całym jarmarku (2 euro), które nie wymagało płacenia kaucji za kubek. To więc nie bajka dla tych, którzy chcą mieć pamiątkę, ale za to dla tych, którzy potrzebują nieco ciepła. Smaczne, dobrze doprawione, dość mocne, a i można wybrać, czy woli się czerwone, czy białe. Jeśli jednak nie mamy typowych jarmarcznych kubków, to co? A no styropianowe kubeczki z bałwankiem, które nam chyba nie robiły żadnej różnicy.

Ostatnie dwie godziny zrobiliśmy jeszcze nocny spacer po mieście, trafiliśmy na jarmark średniowieczny, wróciliśmy na Augustusmarkt nocą i na tarasy Bruhla, z których dostrzegliśmy kolejne oświetlone budki. Nikt z nas nie miał już jednak ani siły, ani ochoty schodzić na dół, więc ostatnie chwile w Dreźnie spędziliśmy na rozmowach ze śpiewem ulicznego artysty w tle. Czy pojechalibyśmy jeszcze raz? Pewnie tak, tylko może tym razem wybierzemy inne miasto. Co do biura, nie wydaje nam się specjalnie obligatoryjne, żeby jechać z Indeksem, ale prawdopodobnie wygra ten, kto zaoferuje najlepszą cenę. Może takie jednodniowe wyjazdy staną się naszą tradycją, kto wie? To na pewno bardzo miłe urozmaicenie krótkich grudniowych dni i okazja do tego, żeby spędzić wśród przyjaciół ostatnie chwile przed świąteczną gorączką. Można nacieszyć oczy, uskutecznić miejski trekking i nagromadzić trochę wspomnień za kwotę, która wydaje się dość przystępna w okresie wielu wydatków. Zainteresowanych za rok zapraszamy z nami! 😀

W tym miejscu chciałabym podziękować tym, którzy pojechali razem ze mną, za sprawną organizację i świetnie spędzony czas. Dodatkowe podziękowania dla Igora, który dbał o uwiecznienie tych chwil z jeszcze większym natężeniem niż ja – to dzięki niemu powstały wszystkie nasze grupowe zdjęcia i mimo że po 30-stym z kolei każdy był zmęczony, to cudownie móc je oglądać! ❤