Lwów cz.4 – Ile kosztuje wstęp na Cmentarz Łyczakowski, jak długo przekracza się granicę z Polską na pieszo oraz gdzie zjeść najlepsze żeberka?

Informacje ogólne: Poniższy wpis jest kontynuacją opowieści z kilkudniowej podróży do Lwowa. Możesz zacząć czytać od tego miejsca, ale dla uzupełnienia wiedzy zalecałabym zapoznanie się z poprzednimi tekstami. W tym napomknę kilka słów o wyjątkowej restauracji, opowiem Wam o tym, jak przekraczaliśmy granicę na pieszo oraz poświęcę parę zdań na temat Cmentarza Łyczakowskiego oraz Orląt Lwowskich. Zapraszam:

Restauracja Rebernia

W poprzednim wpisie napomknęłam o wiecznie obleganej restauracji, do której ostatecznie nie udało nam się wejść. Idąc w to miejsce, koniecznie musimy pamiętać o rezerwacji, a dlaczego warto? Prócz samych walorów smakowych czeka nas na pewno uciecha dla oka. Mowa tutaj o Ribs Restaurant at Arsenal (Rebernia), gdzie przede wszystkim uraczymy się żeberkami w różnej postaci. Możemy obserwować je, jak smażą się na ogromnym ruszcie, a ponadto samo wnętrze lokalu ma przyjemny, lekko rubaszny klimat. Krążą pogłoski, że obsługa nakłada na klientów specjalne fartuszki tudzież śliniaki z zabawnymi wzorami (np. narysowanymi koślawo piersiami), także to również przestroga dla tych, których to może nie bawić. Cena jak najbardziej przystępna, a zjeść można smacznie i syto.

Park Stryjski

Ostatniego dnia naszej podróży głównie spacerowaliśmy po parkach, m.in. Parku Stryjskim, który uchodzi za jeden z większych we Lwowie. Ciekawostką jest to, że w czasie I wojny światowej dokładnie na tych terenach rozbił się samolot jednego z austriackich lotników, jednakże po tamtym wydarzeniu nie pozostał nawet ślad. Miejsce zostało jednak w pewien sposób naznaczone śmiercią, bo niedługo potem zaczęto chować tam ukraińskich strzelców. Obecnie ich ciała są przeniesione na oficjalny cmentarz, a w parku utworzono pierwszy ukraiński skatepark.

Pogoda co prawda nieco nie dopisała, bo nieustannie siąpił deszcz, ale udało nam się obejść większość pomników, pooglądać fontanny czy przede wszystkim zwierzęta – łabędzie kąpiące się w stawie czy wiewiórki, które ochoczo podchodziły do turystów i pozowały do zdjęć. To była dla nas rozgrzewka przed głównym gwoździem programu, jakim był Cmentarz Łyczakowski.

Cmentarz Łyczakowski

Pierwszym, co na pewno zwróciło moją uwagę zaraz po przekroczeniu głównej bramy, był ogrom całego obszaru. Jeśli by się uprzeć, to można by w tym miejscu spędzić pół dnia, o ile nie więcej. Pytanie tylko, czy mamy na to nastrój. Po opłaceniu biletu wstępu kosztującego ok. 30 UAH czyli 4,2 zł, otrzymujemy mapkę cmentarza, gdzie czerwonymi punktami zaznaczono nagrobki co ważniejszych osobistości. Pochowano tutaj m.in. Marię Konopnicką, Gabrielę Zapolską czy bardzo często upamiętnianego we Lwowie Iwana Franko. Cmentarz jest jednym z najstarszych w Europie, starszy nawet od Powązek o kilka lat. Funkcjonował już od XVI w., tyle że wtedy spełniał inną funkcję – w ten sposób oddzielano bowiem zmarłych na dżumę od reszty miasta. Obecnie znajduje się tu ponad 300 tys. mogił, z których wiele reprezentuje niesamowite umiejętności rzeźbiarskie. Spacerując alejami, spotkamy mnóstwo ogromnych posągów, zdobień czy grobowców, które wyglądają jak osobne budynki i zajmują bardzo dużo miejsca. Po wojnie wiele z nich, które pozostawały bez opieki rodzin, celowo dewastowano. Obecnie cały teren objęty jest ochroną i uzyskał status muzeum, dzięki czemu znajduje się pod ciągłym nadzorem, a nowe pochówki mogą tam być dokonywane wyłącznie za zgodą dyrekcji.

Przy tej okazji Igor opowiadał mi również, dlaczego sam sposób chowania zmarłych jest inny na Ukrainie niż w Polsce, co sama zdążyłam zauważyć. Otóż ze względu na żyzne gleby osobę w trumnie najpierw jedynie przysypuje się ziemią i urządza taką prowizoryczną mogiłę. Przykrywa się to kwiatami, wieńcami i umieszcza specjalną plakietkę, aż upłynie kilka tygodni. W tym czasie ziemia zapada się, trzeba ją uzupełnić i dopiero w tym miejscu umieścić płytę nagrobną – już tę uroczystą, oficjalną. Jeśli nie poczekamy, ona po prostu pęknie i wykrzywi się, czego obraz kilkukrotnie ujrzeliśmy na cmentarzu. Bardzo ciekawe spostrzeżenie, na pewno ciężej byłoby mi się tego dowiedzieć z jakiegokolwiek innego źródła, zwłaszcza że raczej nikt w sieci nie opisuje zwyczajów pogrzebowych na Ukrainie.

Cmentarz Orląt Lwowskich

Odrębną częścią cmentarza jest Cmentarz Orląt Lwowskich (Obrońców Lwowa). Nazwa pochodzi od ok. 3 tys. ofiar, które stanowiła młodzież oraz inteligencja przynależąca do ugrupowania Orląt Lwowskich. Polacy nazywali go często miejscem świętym i nie ulega wątpliwości, że dla każdego z nas, zwłaszcza dla starszych pokoleń, jest to miejsce niesamowicie ważne i konieczne do zobaczenia. Wszyscy polegli zostali odznaczeniu Krzyżem Niepodległości jako uznanie zasług w walce o Niepodległość Polski. Każdą mogiłę zdobi flaga polska, prócz imion, nazwisk i dat widnieje także stopień wojskowy, zazwyczaj także różaniec, wstążki czy inne już bardziej osobiste przedmioty.

Na placu znajduje się kaplica, do której udają się wszystkie wycieczki. W środku widnieje wiele plakatów i zdjęć upamiętniających obronę Lwowa w latach 1918-1919, a także księga pamiątkowa gości, gdzie chętni zapisują od siebie kilka słów. Zazwyczaj są to podziękowania i wyrazy wdzięczności, również modlitwy, ale zdarzył się wpis lub dwa bardzo intymny, od rodziny walczącego. Na miejscu panuje naprawdę wyjątkowa atmosfera dumy i podniosłości.

W tej części znajdują się również katakumby, ale i pomniki poświęcone zarówno Amerykanom, jak i Francuzom w podzięce za ich wsparcie. Amerykanie walczyli po stronie Polaków, ubierając się w ich mundury oraz uczestnicząc w obronie lotniczej. Było ich siedemnastu, natomiast do ojczyzny wróciło czternastu. Z tego też właśnie względu pomnik przybiera właśnie taką, a nie inną formę – lotnika ze skrzydłami anioła. Jeśli chodzi o Francuzów, to pochowano ich już siedemnastu, jednakże na prośbę rodzin ich ciała przetransportowano do ojczyzny. Na miejscu pozostał jedynie jeden z szeregowców. Pod tarczą pomnika złożono jednak ziemię przywiezioną z kilku Francuskich miast.

Zupełnie po drugiej stronie placu możemy dostrzec Pomnik Chwały. Po jego obu stronach wyrzeźbiono lwy, z których każdy strzeże części napisu „Zawsze wierny Tobie Polsko”. Między nimi zaś widzimy zdanie po łacinie: „Polegli, abyśmy żyli wolni”. Na obu filarach pomnika wyryto nazwy miejscowości biorących udział w obronie Lwowa oraz Małopolski Wschodniej. Zaraz przed nim znajduje się zbiorowa mogiła „Nieznanych”, która ma upamiętnić odwagę wszystkich tych, którzy nie doczekali końca obrony Lwowa. Dziś wiemy, że najmłodszy uczestnik miał jedynie dziewięć lat, ale nie brakowało też dzieci 12-14.

Warto mieć jednak na względzie, że to, co oglądamy na Cmentarzu Orląt Lwowskich dziś, nie zawsze miało tę samą formę. Po II wojnie światowej, po wdrożeniu Lwowa do ZSRR większość grobów została splądrowana i zdewastowana najpierw pracą ludzkich rąk, później przy pomocy czołgów. W 1989 roku rozpoczęto wstępne porządki na zniszczonym terenie.

Pięknie o istocie tego miejsca napisał Kornel Makuszyński, pozwolę przytoczyć sobie jego cytat: „Na te groby powinni z daleka przychodzić ludzie małej wiary, aby się napełnić wiarą niezłomną, ludzie małego ducha, aby się nadyszeć bohaterstwa. A że tu leżą uczniowie w mundurkach, przeto ten cmentarz jest jak szkółka, w której dzieci jasnowłose, błękitnookie nauczają siwych ludzi o tym, że ze śmierci ofiernej najbujniejsze wyrasta życie”.

Powrót do Polski – przez granicę na pieszo

Niedługo potem wracaliśmy do Polski, a Igor od samego początku wyjazdu powtarzał, że przekraczanie granicy na pieszo to najszybszy sposób oraz oszczędność czasu. Do Lwowa jechaliśmy pociągiem (o czym pisałam TUTAJ) i metoda ta z pewnością nie była spełnieniem marzeń. Z perspektywy czasu wybrałabym ją jednak bez wahania, bo ze wspomnieniami tamtego powrotu to chyba umrę w jednej trumnie. Co właściwie poszło nie tak? Rany, wszystko.

Pewnie sęk tkwił w tym, że trafiliśmy na weekend przed rozpoczęciem roku akademickiego. Dojechaliśmy autobusem z Lwowa do przejścia granicznego w Medyce (60 UAH, czyli ok. 9,40 zł) i natrafiliśmy na ogromną, ale to naprawdę ogromną kolejkę do kontroli. Rozgałęziała się ona na osoby, które mają obywatelstwo Unii Europejskiej oraz te, które go nie mają. Tym sposobem musieliśmy stanąć z Igorem w zupełnie innych kolejkach i o ile na początku się widzieliśmy, o tyle później zupełnie straciliśmy się z oczu. Moja kolejka szła znacznie szybciej, mimo tego czekałam godzinę, by sprawdzili mi bagaże i paszport. Rozrywkę w tym czasie stanowiła jedynie grupa podchmielonych mężczyzn za barierką, którzy śpiewali, a raczej zawodzili przynajmniej przez pół godziny. Czekałam więc po stronie polskiej już od godz. 16.00. Pierwszy pociąg mieliśmy po 17.00, następny koło 19.00, a później ostatni sensowny ok. 21.30. I wiecie co? Ledwie na niego zdążyłam, w dodatku bez Igora.

Na czym polegał główny problem? Na braku zasięgu po stronie Igora, przez co nie mogliśmy się ze sobą skomunikować. Kojarzyłam mniej więcej ludzi, którzy stali przed moim kumplem, ale to tyle. Czekałam na niego cztery godziny, po czym jego koleżanka napisała do mnie na Messangerze, żebym złapała pociąg sama, bo jego pewnie nie puszczą szybko. Sytuacja wydawała się dla mnie tym bardziej przerażająca, że Igor opowiadał mi o Ukraińcach, którzy po ukończeniu 21-go roku życia i bez statusu studenta są wcielani do wojska. On co prawda papiery miał, ale wiecie, jak to jest w takich chwilach, człowieka dopadają same najgorsze domysły.

Co robiłam przez tyle czasu? Nie za wiele, zwłaszcza kiedy się ściemniło. Zaczepiało mnie paru facetów, którzy pijaniutcy opowiadali o tym, że szukają żony dla kolegi albo pytali, czy mam ogień. Wcale nie przeszkadzało im, że mówię po Polsku i ledwo się dogadujemy. Pocieszał mnie jedynie fakt, że ze mną stała starsza kobieta i zdawała się „mieć na mnie oko”, ale w końcu i ona zniknęła. Co w tym wszystkim było najgorsze? Po fakcie dowiedzieliśmy się, że oboje z Igorem mogliśmy przejść przez polską kontrolę, gdybym zaznaczyła, że jesteśmy razem. Niestety przed przejściem wszyscy mówili odwrotnie…

Wiecie, ciążyło mi też gdzieś z tyłu głowy to, że zostawię Igora samego. Jest facetem, przecież sobie poradzi, ale po całej jego gościnie i hojności wydawało mi się straszliwym chamstwem wyjechać bez niego. Dopiero wiadomość od jego koleżanki jakoś mnie uspokoiła, chociaż nie miałam pojęcia, jak udało im się skontaktować. Przeczytałam ją jednak już dopiero w drodze na autobus.

Najlepsze było to, że właściwie nie wiedziałam, gdzie dokładnie powinnam się dostać. To znaczy wiedziałam, znałam nawet sposób, ale nie miałam pojęcia, w którą stronę iść i czego szukać. Poczekałam więc, aż jacyś Polacy przekroczą bramki, a oni wskazali mi drogę. Nawet trafiłam do miejsca odjazdu autobusu do Przemyśla, jednak po dojściu do wskazanego punktu nie było żadnego znaku ani nawet kogo zapytać, czy transport już jechał, czy nie (język angielski mogłam sobie odpuścić). To, co utkwiło mi w głowie najbardziej, to masa Ukraińców z alkoholem pod pachą, którzy byli chyba jeszcze bardziej zagubieni niż ja.

Za kilka sekund zaczepił mnie taksówkarz, który usłyszał mój polski. Nie miał jednak nikogo chętnego na przejażdżkę poza mną, więc wpierw udałam się do jakiejś budki czy mini-sklepiku (już teraz nie pamiętam, co to dokładnie było) i zapytałam, kiedy przyjedzie autobus. Człowiek za ladą spojrzał na mnie i mówi, że w sumie jeździ co godzinę, ale nie wiadomo, czy to nie był ostatni kurs na dziś. Wiecie, byłam pierdyliard kilometrów od domu, ciemno, prawie nikt nie mówi po Polsku, zaczepiali mnie faceci, zaczęłam bać się jak cholera i tylko determinacja powstrzymywała mój płacz.

I nagle słyszę: „Hej, na pewno Pani nie chce jechać? Mam trzy inne osoby, za 10 zł zawiozę Panią na dworzec w Przemyślu!”. Taksówkarz dosłownie uratował mi tyłek, więc podczas jazdy na szybko kupiłam bilet do domu. Na stację docelową dojechałam o 2-3 w nocy, coś koło tego, bo pamiętam, że był środek nocy. Całe szczęście środek weekendu (dosłownie, bo z soboty na niedzielę) i na miejscu zjawili się moi rodzice, żeby zabrać mnie do domu. I wiecie, to było piękne uczucie, że po tym wszystkim zerwali się z łóżka, by przyjechać, mimo że jestem dorosła i mogliby powiedzieć, że mam radzić sobie sama. Oni są tak naprawdę tym, dla czego warto wracać do domu i opowiadać o swoich podróżach. Życzę Wam, żebyście też mieli koło siebie takie osoby, na których zawsze możecie polegać – jak np. również mój kolega, który wiedział o całej sytuacji i zaszedł na stację specjalnie po to, by upewnić się, że nie dzieje mi się krzywda.

Igor przeszedł przez granicę zaraz po tym, jak odjechał pociąg. Długo czekał (łącznie z 6 godzin) – na tyle, że do domu dotarł 9-10 nad ranem, ale na całe szczęście do niego dotarł, bo wszyscy się martwiliśmy. Dzięki niemu wzbogaciłam się w dwie nowe rzeczy – świadomość, że już nigdy nie chcę przekraczać granicy na pieszo, a także wspomnienia, które choć godne pożałowania, za każdym razem przywołują uśmiech na twarzy.

Tym tragicznym, acz zabawnym aspektem zakończymy nasze lwowskie opowieści. Jeszcze raz bardzo dziękuję za możliwość wyjazdu i niesamowitą gościnę. Mam nadzieję, że wpisy się Wam podobały i znaleźliście w nich wartościowe informacje, które ułatwią Waszą podróż w przyszłości. Zainteresowanych zapraszam również na mojego Instagrama oraz fanpage’a na Facebooku. 😉

Lwów cz.3 – Na jaki punkt widokowy się wybrać, gdzie skosztować lokalnych przysmaków i które miejsca warto odwiedzić?

Informacje ogólne: Poniższy wpis jest kontynuacją poprzednich – możesz czytać go oddzielnie, jednak dla pełnego oglądu sytuacji zalecałabym zapoznanie się z tym, co Cię ominęło. W tym natomiast czeka Cię dawka informacji o Operze Lwowskiej, pomniku Adama Mickiewicza, ukraińskich specjałach typu kwas czy czebureki, ale także dowiesz się, z jakiego punktu widokowego najlepiej podziwiać miasto czy czego spodziewać się po karaoke u naszych sąsiadów. Zapraszam na:

Opera Lwowska – zewnątrz i wewnątrz

Po zobaczeniu Galicyjskiego Banku Krajowego udaliśmy się 300 metrów w kierunku Opery Lwowskiej. Przed nią znajduje się ogromny skwer, gdzie możemy dostrzec wielu dorożkarzy z pięknie zdobionymi karetami. Na tę przyjemność akurat się nie skusiliśmy, ale mężczyźni nie mieli nic przeciwko temu, żeby podejść i zrobić kilka zdjęć. Ten dzień nadawał się do tego tym bardziej, że kiedy tylko ujrzeliśmy to miejsce, dostrzegliśmy parę młodą podczas sesji. Dzięki nim i my mieliśmy pamiątkę.

Sam budynek opery robi naprawdę duże wrażenie – zarówno na zewnątrz, jak i w środku. Tego dnia zobaczyliśmy go tylko od zewnątrz, jako że wnętrze było zamknięte, ale już następnego wieczora mieliśmy więcej szczęścia. Nie pokażę Wam zdjęć, bo właśnie odbywały się próby; można było usiąść, popatrzeć i posłuchać, ale nie utrwalać. Co prawda my i tak ustrzeliliśmy parę fotek, bo weszliśmy na lożę akurat od strony drzwi, na których nie było żadnych zakazów i ogłoszeń (dopiero pani ochroniarz nas uświadomiła), ale z racji szacunku musicie uwierzyć mi tylko na słowo, że widok jest warty zobaczenia. Mnie mocno przywiódł na myśl sceny z serialu „Lalka”, gdy na początku Wokulski przyglądał się Izabeli Łęckiej w tłumie. Obostrzenia dotyczą na szczęście tylko głównej sceny, resztę z chęcią Wam zaprezentuję.

Na sam początek warto by jednak zaznaczyć, że biletów nie sprzedaje się tylko na operę, ale też na zwykłe przedstawienia teatralne oraz balet. Budynek liczy sobie już ponad 120 lat, jest w stanie pomieścić 1200 osób i bije z niego niesamowite bogactwo ozdób, obrazów czy rzeźb. Trzy figury, które znajdują się na szczycie opery, przedstawiają kolejno (i nieprzypadkowo): Poezję i Muzykę, Sławę i Fortunę, Komedię i Tragedię – czyli wszystko to, co charakteryzuje sztukę oraz jest w stanie najlepiej opisać rozrywkę czekającą nas w środku. Niżej możemy też dostrzec Muzy – Tanię, Melpomenę, Erato oraz Polihymnię. To wszystko czyni Operę Lwowską jednym z bardziej rozpoznawalnych punktów miasta.

Nie byłabym jednak sobą, nie zamieszczając tutaj zabawnego akcentu, który rzucił mi się tam w oczy. To był chyba jeden z niewielu przypadków, kiedy nieznajomość ukraińskiego pisma nie wydała mi się kulą u nogi.

Ratusz – główny punkt widokowy

Następnym punktem naszej podróży była wieża ratusza, skąd rozciąga się widok na całe miasto. Budynek powstał mniej więcej w tym samym czasie co opera, ale w przeciwieństwie do niej nie robi kolosalnego wrażenia. W trakcie jego stawiania runęła wieża, miażdżąc resztę zabudowań i zabijając 8 osób – dlatego też proces ten rozciągnął się na więcej lat, niż początkowo planowano. Kto ponosi za to odpowiedzialność? Ponoć fachowcy, którzy co prawda ocenili, że stan techniczny wieży był zły, ale w najbliższym czasie nie miało to przynieść żadnych negatywnych skutków. Niestety nikt nie jest nieomylny. To jednak nie koniec pechowej historii, jako że w 1848 roku ratusz całkowicie spłonął w wyniku pożaru spowodowanego bombardowaniem.

Dziś budowla może nie podbija serc, ale gwarantuję Wam, że nie wolno odpuścić sobie wejścia na jej szczyt. Na miejscu znajduje się winda, ale przeważnie każdy wchodzi na górę pieszo – trzeba się trochę namęczyć, bo pięter jest kilka, a schody dość długie, ale gwarantuję Wam, że panorama będzie tego warta.

Kopiec Unii Lubelskiej – punkt widokowy

Jeśli jednak ratusz nie wyda Wam się kuszącą opcją, to odwiedziliśmy też inne miejsce, z którego możecie podziwiać miasto. Należy mieć jednak na uwadze, że zwłaszcza w porze wieczornej roi się tam od ludzi – zwłaszcza studentów, którzy otwierają piwko, puszczają muzykę z głośników, rozmawiają, śmieją się i raczej niewiele ich poza tym interesuje. Mowa tutaj o Kopcu Unii Lubelskiej, który mieści się na Wysokim Zamku. W rzeczywistości wcale nie jest to żadna fortyfikacja, a po prostu zwykłe wzgórze, mimo że nazwa jest myląca. Sam kopiec został sztucznie usypany po zawarciu Unii Lubelskiej w XVI wieku, posypywano go nawet ziemią z grobów Adama Mickiewicza czy Juliusza Słowackiego. Ciekawe, co powiedzieliby na to autorzy, gdyby jeszcze żyli… bo jak wiemy, miłością do siebie nie pałali, a nawet wręcz przeciwnie 😉

Narodowy napój Ukrainy – kwas

Warto też zaznaczyć, że wejście na szczyt nie jest dużo mniej wysiłkowe niż w przypadku ratusza, za to po drodze czeka nas kilka niespodzianek. Przede wszystkim stoiska z piciem, gdzie możemy napić się czegoś, co brzmi bardzo dziwnie, a mianowicie… kwasu chlebowego. Wyglądem nie różni się on niczym od Coca Coli czy Pepsi. Mimo różnorodnych butelek i tego, że przecież napój fermentuje, klasyfikuje się go jako bezalkoholowy (choć ponoć zawiera śladowe ilości alkoholu). Co ciekawe, teraz ten przysmak dość mocno kojarzy się właśnie z Ukrainą i Wschodem, zwłaszcza że uchodzi za narodowy napój, natomiast nie jest on żadnym odkryciem czy nowością – znano go już w średniowiecznej Europie. Jak to właściwie smakuje? Niektórych zachwyca, dla mnie było raczej średnie/neutralne. Trochę słodkie, jakby rozwodnione, ma strasznie dziwny, właśnie kwaskowaty zapach, ale ponoć bardzo dobrze gasi pragnienie, czego po sobie nie zauważyłam (nie bardziej, niż po innym rodzaju picia typu woda czy sok). Może jednak moja niechęć wynika odrobinę z tego, że nie przepadam za surowymi drożdżami, zwłaszcza za tym zapachem, który dla jednych jest przepiękny, a dla innych wręcz odstręczający. W każdym razie warto skosztować, może trafi akurat do Waszego gustu.

Oprócz jedzenia oferuje się też malowanie karykatur czy portretów. Nie jest to aż tak drogie jak zazwyczaj w Polsce, ale też niespecjalnie zachęca do kupna, zwłaszcza kiedy trafia się na nie ostatniego dnia podróży. Portreciści są mili, ale jednocześnie dość mocno nachalni – trzeba jednak przyznać, że ich twórczość była raczej na dobrym poziomie, a już na pewno takim, który satysfakcjonuje kogoś, kogo największym osiągnięciem malarskim są patyczaki (czytaj: mnie).

Pomnik Nikifora Krynickiego

Warto też udać się pod Katedrę Dominikańską na lwowskiej starówce – pewnie będziecie mijać to miejsce niejeden raz. Będąc tam, poszukajcie pomnika Nikifora Krynickiego znajdującego się w pobliżu. Dlaczego? Nie dlatego, że podobizna jest idealna, bo z tym bym się mocno sprzeczała, jednak jest to miejsce, w którym mogą spełnić się Wasze marzenia. Postać przedstawiono w pozycji siedzącej z uniesionym w górę palcem. Legenda głosi, że potarcie go zagwarantuje realizację naszych pragnień (część osób mówi też o potarciu nosa i pewnie to też jest prawda, zważając na to, jak rzeźba jest wytarta w tych dwóch miejscach).  Na bazie czego powstała ta tradycja? W sumie nie wiadomo, ale na pewno warto wiedzieć, że Nikifor był polskim artystą, a dokładnie malarzem działającym w nurcie prymitywizmu. Uśmiech postaci nie do końca oddaje jej żywot – mężczyzna większość życia był biedny, w dodatku często zamykał się w swoim świecie i bełkotał, więc dużo ludzi uważało go za pomyleńca. Doceniono go dopiero niedługo przed śmiercią, jak to często bywa. Stworzył ponad 40 tysięcy dzieł, naprawdę imponująca liczba. Najwięcej z nich możemy obecnie podziwiać w Nowym Sączu.

Pomnik Adama Mickiewicza

Jeszcze jednym z wielu pomników, którego nam, Polakom, nie wolno ominąć, jest kolumna Adama Mickiewicza znajdująca się 600 metrów dalej, niedaleko ratusza. Powstała ponad wiek temu, ma ponad 20 metrów wysokości i podczas swojego istnienia nie doznała żadnych uszkodzeń, co nie zdarza się specjalnie często. W tym miejscu słychać właściwie głosy tylko i wyłącznie Polaków – nie dziwne, to w końcu jedna z niewielu postaci, których nie trzeba przedstawiać. Dla jednych genialny wieszcz, dla innych słabszy rywal Słowackiego, a także zmora wszystkich uczniaków, zwłaszcza licealistów głowiących się nad Panem Tadeuszem. I nas nie mogło ominąć zdjęcie.

Wieczór na starówce

Wieczory przeważnie spędzaliśmy na mieście lub w knajpie. W pierwszy z nich przechadzaliśmy się po starówce, która po zmierzchu nabiera jeszcze więcej uroku. Na ulicę wylegają wtedy artyści, przeważnie muzycy. Nie są to profesjonaliści, a po prostu hobbyści, którzy chcą nieco dorobić. „Nieco” jest jednak pojęciem dość względnym, bo grupa, której my słuchaliśmy, na brak pieniędzy narzekać nie mogła. Widać było, że wybierali instrumenty z wyższej półki, w dodatku o dość nietypowym brzmieniu i niekoniecznie znane, jeśli chodzi o muzykę uliczną. Grali jednak niesamowicie i co chwilę ktoś dorzucał im nieco grosza do kapelusza. Wokół stało na pewno pięćdziesiąt osób, może więcej. Słysząc nasze rozmowy z Igorem, odnaleźli nas jacyś inni Polacy, którzy wypytywali, jak długo tu już jesteśmy, jak nam się podoba i tak dalej. Niby sympatycznie, ale trochę jednak sprawiali wrażenie podejrzanych lub po prostu podchmielonych, więc dyskretnie usunęliśmy się z tłumu. Bardzo mocno zmotywował nas wtedy komentarz o tym, że Igor znalazł sobie ładną dziewczynę (czytaj: mnie, choć przecież nie powinno chodzić o mnie). Złapaliśmy lekki cringe i poszliśmy dalej na drinki.

Khinkalnya – gruzińskie przysmaki

Zatrzymaliśmy się też w knajpie z gruzińskim jedzeniem (sieciówce o nazwie Khinkalnya). Trochę dziwnie, że będąc na Ukrainie, poszliśmy akurat tam, ale skusiło nas menu, a na lokalne przysmaki miał przyjść jeszcze czas (Igor mi to obiecał). Pamiętam, że dość mocno żałowaliśmy naszego wyboru, zwłaszcza jeśli chodzi o zupę. Rany boskie, myślałam, że najgorszą płynną potrawą świata są flaki, ale muszę zwrócić im honor. Zamówiliśmy chihirtmę, czyli zupę z mięsem, ziołami i jajkiem, podobną do rosołu – no wiecie, rosół to baza wszystkich innych zup i raczej trudno go zepsuć. Ba, ta zupa może nawet nie była spaprana pracą ludzkich rąk, a po prostu dla nas okazała się nie do zjedzenia i zostawiliśmy chyba połowę. Sama woda nawet nam smakowała, ale na talerzu oprócz tego dostawało się ogromne kawały mięsa, chyba wołowego, jeśli dobrze pamiętam. Już z zewnątrz było widać ogromne ilości tłuszczu, żyłek i wszystkich innych niesmaczności, których człowiek nie chce oglądać. Próbowaliśmy to kroić łyżką, nie dało rady. Gryźć? Też średnio. Trochę udało się przełknąć, ale generalnie smak dość odrzucający, a konsystencja ohydna. Na pocieszenie naszym drugim daniem okazało się coś bardzo podobnego do pizzy, ale znacznie bardziej tłustego, a mianowicie Khachapuri. Całkiem niezłe, ale bez wielkiego szału.

Później natomiast minęliśmy bardzo ciekawy bar, trochę żałuję, że do niego nie weszliśmy. Wyglądał jak laboratorium alchemika – nawet piło się z fiolek (dużo z nich było podpalanych), a drinki miały kolory tęczy. Jeśli jednak o to chodzi, to wszędzie, gdzie byliśmy, robiono je dość mocne i smaczne, więc chociaż o to nie trzeba się martwić.

Ukraińskie karaoke

W inny wieczór z kolei udaliśmy się na ukraińskie karaoke razem ze znajomymi Igora. W takich miejscach często możemy zapalić sziszę, jeśli ktoś lubi – ja akurat niekoniecznie, nie jestem za bardzo zwolenniczką, ale inni mieli z tego niezłą radochę. W tym miejscu udało mi się wychwycić też kilka różnic kulturowych. Raczej nie śpiewałam, nawet nie ze względu na nieznajomość piosenek, a niemożność przeczytania tekstu. Czy nie mogłam wybrać czegoś po angielsku? No właśnie, tam za bardzo nie było takiej tradycji (mimo że piosenki widniały na liście, to po prostu nikt ich nie brał i prawdopodobnie wywołałoby to niemałe zdziwienie). Kiedy myślę o polskim karaoke, przychodzą mi na myśl np. hity Krawczyka, ale też wielu zagranicznych wykonawców, takich jak chociażby Britney Spears. Na Ukrainie śpiewa się raczej w ojczystym języku. Ludzie są zazwyczaj mocno wstawieni, podobnie zresztą jak u nas, no i o dziwo chętniej śpiewają, a może raczej wyją, panowie. Dość ciekawe to było doświadczenie, mimo że czułam się odrobinę skrępowana – jestem raczej tym typem człowieka, który śpiewa tylko i wyłącznie wtedy, kiedy kogoś mocno zna; na tyle, że ten ktoś dalej będzie cię lubić, nawet kiedy zrobisz z siebie debila.

Czebureki – lokalny przysmak

W jeszcze inny wieczór zatrzymaliśmy się w restauracji na obrzeżach miasta, w której pracuje wcześniej wspominana Marianna. To właśnie tam po raz pierwszy skosztowałam potrawy, o której non-stop wspominał mi Igor i przynajmniej dla mnie stała się takim symbolem ukraińskiej kuchni. O czym właściwie mówię? O czeburekach. To danie przyrządza się też bardzo często w Turcji i Mongolii. Jak wygląda? Kształtem przypomina pierogi, tylko znacznie większe. Przyrządza się je z pszennego ciasta i smaży w oleju, dlatego są raczej dość chrupiące. Ich wnętrze wypełnia przeważnie mięso mielone, choć zdarza się też wypełnienie z innego rodzaju mięsa, ryżu, kapusty lub innych. Górę z kolei polewa się sosem, często ostrym, chociaż w moim przypadku był zimny, pomidorowy, z kawałkami warzyw i mocno doprawiony bazylią. Z tego wszystkiego to właśnie on chyba smakował mi najbardziej, ale to pewnie dlatego, że przygotowano go na włoską modłę, a ja za włoską kuchnią wręcz przepadam. Co do głównego dania… było całkiem smaczne. Może nie tak wyśmienite, jak je sobie wyobrażałam, bardziej w granicach 7/10, ale wciąż warte polecenia.

Dlaczego jednak mówię o tym z taką rezerwą? Przede wszystkim dlatego, że to potrawa dla osób z zahartowanymi żołądkami, które lubią ciężką kuchnię. Sama jestem fanką bigosu, grzybów czy kapusty, które bardzo często występują w polskim menu i są ciężkostrawne, ale na pewno nie aż tak. Pamiętam, że w nocy po zjedzeniu czebureków straszliwie skręcało mnie w żołądku. To nie było wrażenie, jakby zjadło się coś nieświeżego albo zepsutego, nie. Po prostu było mi strasznie ciężko, a po podniesieniu się z łóżka myślałam, że za chwilę zwymiotuję. Do rana to uczucie przechodzi, ale nie jest ono na pewno czymś pożądanym podczas takiego wyjazdu. Akurat jeśli ktoś miałby ogólnie wątpliwości wobec przygód żołądkowych, zmiany otoczenia, innej wody i tak dalej, to akurat na Ukrainie prezentuje się to podobnie jak w Polsce, bo nie odczułam żadnych dolegliwości (a uwierzcie, jestem dobrym wyznacznikiem).

Po więcej konkretów zapraszam do następnej (już ostatniej) części naszych lwowskich opowieści! Wspomnę parę słów o najlepszej knajpie w mieście, a także o Cmentarzu Łyczakowskim, Orląt Lwowskich i ogólnych tradycjach związanych z pogrzebami na Ukrainie. Może nie kończymy optymistycznym akcentem, ale jestem przekonana, że to miejsce dla nas, jako Polaków, powinno mieć szczególne znaczenie. Jeśli jednak jesteś niecierpliwy i w międzyczasie chcesz poczytać o innych nowinkach czy pooglądać zdjęcia, to zapraszam na mojego fanpage’a lub Instagrama, odnośniki po prawej stronie na górze, zapraszam!

P.S. Dziękuję, Igor, jeszcze raz za zdjęcia, podróż i wspólnie spędzony czas!

Lwów cz.2 – Gdzie kupić ukraińską kartę SIM, jaki transport wybrać i co zwiedzić?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć naszego pierwszego dnia pobytu we Lwowie. Będzie parę słów na temat codziennej rzeczywistości miasta, nieco o ludziach oraz ich nastawieniu, a także o cenach czy jedzeniu. Znajdziecie tu także porady odnośnie zaopatrzenia się w ukraińską kartę SIM, a także poznacie zwiedzaną przez nas trasę. Nie zabraknie zdjęć czy opisów kluczowych atrakcji takich jak kościół św. Elżbiety, katedra św. Jura lub Lwowski Uniwersytet Narodowy. Wyłożę też parę najważniejszych zasad w kontekście korzystania z komunikacji miejskiej. Zapraszam na:

Jak już wspominałam – na miejsce przyjechaliśmy w granicach szóstej nad ranem, więc udaliśmy się do centrum w celu znalezienia baru, w którym moglibyśmy zjeść śniadanie. Większość z nich nie ma angielskiego menu (mówimy tutaj o miejscach, które nie znajdują się na starówce) i od samego początku czułam niemały dyskomfort ze względu na to, że prawie wszystko musiał mi czytać Igor, jako że ukraiński bazuje na odmianie cyrylicy. Z czasem nauczyłam się, który znaczek oznacza jaką literę; oczywiście nie znałam wszystkich, ale to już umożliwiło mi domyślanie się wielu słów, które wymawiane na głos, przywodziły od razu konkretne skojarzenia do ich polskich odpowiedników. Na początku jednak nie jest łatwo, we Lwowie tylko w niektórych częściach miasta angielski stoi na komunikatywnym poziomie, co sam po sobie przyznał nawet Igor. W tym wypadku szczęściarzami mogą nazwać się pokolenia, które zdawały rosyjski – my zaś możemy poczuć się tak jak one, gdy ruszają na zachód Europy bez znajomości angielskiego. Na szczęście pozostają jeszcze migi i nauka podstawowych zwrotów typu „Dzień dobry!”, „Proszę” czy „Dziękuję”, które czasami potrafią zdziałać cuda.

SMAKI UKRAINY – CZEGO WARTO SKOSZTOWAĆ?

Na Ukrainie serwuje się hot dogi, ale często w nieco innym wydaniu, niż znamy je w Polsce (chociaż takie też istnieją). Parówkę podaje się w placku na tortillę, a do środka dodaje się zwykłą oraz kiszoną kapustę z marchewką. To wszystko doprawia się przeważnie nieco ostrym sosem i jest całkiem smaczne, aczkolwiek chyba wolę tradycyjną formę. Z czymś podobnym można spotkać się czasami w Niemczech na stacjach benzynowych i wydaje się trochę lepsze, ale też odpowiednio droższe.

Niskie ceny to z pewnością atut Lwowa. Mimo że miasto uchodzi za jedno z bardziej turystycznych w kraju, to i tak jest znacznie taniej niż w Polsce, zwłaszcza w supermarketach, gdzie większość produktów kupujemy za złotówkę czy dwie. To świetny sposób na skosztowanie lokalnych smakołyków, głównie słodyczy i alkoholu. Pamiętam, że za jakieś pięćdziesiąt złotych obkupiłam się tak, że ledwo ciągnęłam za sobą walizkę – wiadomo, tu coś trzeba przywieźć do domu, tu znajomym ze studiów, a w dodatku zbliżał się dzień chłopaka, więc ukraińskie piwa stanowiły wspaniały prezent (chociaż ponoć są dość słabe pod względem procentowym).

Sklepy spożywcze otworzyły się nad ranem najszybciej, więc poszliśmy oglądać produkty z czystej rozrywki – ja na przykład naprawdę to lubię. Nie tylko dlatego, że jestem strasznym głodomorem, ale istnieje ogromna różnica między np. marketem w Polsce, we Włoszech czy na Ukrainie i to pod wieloma względami; wystroju, asortymentu, obsługi. To też taki zalążek, jeśli chodzi o poznawanie tradycyjnych smaków danego kraju. Lwów zapamiętałam najbardziej z mnóstwa różnorodnych drinków za bezcen – w wąskich buteleczkach z długą szyjką, w malutkich puszeczkach, w standardowych puszkach z pięknym, kolorowym designem (kupiłam np. alkohole na bazie papai czy kaktusa, ale nie były zbyt porywające).

Jeśli natomiast chodzi o słodycze, to niesamowite są krążki z marcepanowo-migdałowego ciasta, które połączone są ze sobą czymś w rodzaju lukru. Kiedy się je przeżuwa, skleja się cała buzia, a smak jest powalający. Nie mogę sobie niestety przypomnieć ich nazwy (niestety minął już rok, musicie mi wybaczyć), szukałam ich również w Internecie, ale sam opis powinien wystarczyć do znalezienia ich. Dla fanów słonych smaków polecam za to grenki – zwykłe grzanki, troszkę jak znane nam bakerollsy, jednak bardziej wypieczone i obtoczone w różnych przyprawach. W Polsce można dostać je w sklepach z zagranicznymi smakołykami (ja swoje otrzymałam w paczce niespodziance ze Scrummy.pl), natomiast różnica w cenie jest ogromna. W Polsce trzeba wydać 10 zł lub więcej za otrzymanie paczuszki, natomiast na Ukrainie ten produkt otrzymamy za ok. 3 zł. To była ta chwila, kiedy myślałam, że popłaczę się ze szczęścia, gdy kupiłam dwie paczki.

GDZIE I ZA ILE KUPIĆ UKRAIŃSKĄ KARTĘ SIM?

Gdy skończyliśmy zakupy i zjedliśmy batonika (Igor szybko zrozumiał, że mój optymizm jest wprost proporcjonalny do spożytych kalorii), udaliśmy się w poszukiwaniu najbliższego punktu, gdzie można kupić ukraińską kartę SIM, by cieszyć się później darmowymi rozmowami i przede wszystkim Internetem (bez tego kontakt ze światem jest średnio możliwy, bo koszty połączeń są absurdalne, ok. 5 zł za minutę rozmowy). Nie jest to najtańsza rzecz na świecie, w dodatku wyczerpuje się dość szybko, zwłaszcza jeśli korzystają z niej dwie osoby (na początku udostępnialiśmy sieć hotspotem, natomiast ta opcja po jakimś czasie się blokuje i zostaje tylko przekładanie karty z telefonu na telefon). Zaznaczę przy tym, że na pewno nie używaliśmy danych w takim stopniu jak w Polsce, raczej obchodziliśmy się z nimi dość oszczędnie, ale i to nie pomogło, więc doładowywaliśmy konto, wysyłając SMS-y na wskazany numer telefonu (znajomość ukraińskiego dość mocno się tu przydaje). Z tego co się jednak orientuję, jeśli nie macie przyjaciela ze wschodu, to warto zaopatrzyć się w taką kartę jeszcze w Polsce, kupując ją przez Internet, np. za pośrednictwem Allegro. Koszty są różne, ale przeważnie wahają się od 30-80 zł, w zależności od preferencji. Jeżeli natomiast bariera językowa Wam nie przeszkadza, to produkt można nabyć na Ukrainie dosłownie w każdym punkcie, który ma cokolwiek wspólnego z telefonami, a także na osobnych straganach, które są ku temu specjalnie przeznaczone.

Niedługo później, kiedy ten temat mieliśmy już z głowy, spotkaliśmy się z koleżanką Igora, Marianną, która pomogła nam po znajomości załatwić mieszkanie na kilka dni we Lwowie. Dziewczyna uśmiechała się niemalże cały czas, mimo że zawracaliśmy jej głowę w dzień roboczy o tak wczesnej godzinie, a Igor musiał być naszym tłumaczem. Co więcej – kupiła dla nas dwie siaty jedzenia i podarowała kilka słoików zakonserwowanych czy zakiszonych przez siebie produktów (paprykę, fasolkę szparagową, bakłażany – dosłownie wszystko). Nie wiedzieliśmy nawet, jak mamy się jej odwdzięczyć, zwłaszcza że za mieszkanie też upierała się zapłacić. To było bardzo miłe z jej strony, że potrafiła rzucić wszystko na te parę dni, by nam pomóc. Później często wychodziliśmy razem na obiad czy karaoke, a Marianna na ten czas potrafiła pogodzić życie rodzinne, zawodowe i czas dla nas. Codzienność we Lwowie biegnie w nieco innym tempie i absolutnie zazdroszczę spokoju ducha młodym ludziom, którzy potrafią zakręcić się dosłownie przy każdej pracy i być zadowoleni z tego, co mają.

Nie ukrywam, że dzięki pomocy dziewczyny zaoszczędziliśmy trochę pieniędzy, bo akurat noclegi na Ukrainie do najtańszych nie należą. Dostaliśmy dwa pokoje, a z kuchni korzystaliśmy głównie w przypadku śniadań, kiedy wyjadaliśmy wszystkie produkty kupione przez Mariannę, jedząc ogromne porcje makaronu z dodatkami.

TRANSPORT PO MIEŚCIE I KUPNO BILETÓW

Zanim jednak powiem, co zwiedziliśmy, pozwolę sobie zaprezentować, jak wyglądało nasze poruszanie się po mieście. Oprócz tego, że przeszliśmy miliony kilometrów na nogach, głównie wsiadaliśmy w autobusy, rzadziej w tramwaje. Warto jednak zdać sobie sprawę, że nie są one takich standardów jak np. w Poznaniu, Wrocławiu, a już tym bardziej w Warszawie. Na pewno widujecie w tych miastach jeszcze te stare tramwaje ze schodkami, bez klimatyzacji, dość chybotliwe i głośne. We Lwowie to raczej standard i to całkiem dobry. Z autobusami jest podobnie, chociaż na Ukrainie są one dużo krótsze, coś pomiędzy autobusem a busem. I tutaj dwie dość istotne informacje – na wielu liniach nie istnieje coś takiego jak rozkład jazdy. Często na przystanku widnieje numer albo kod do zeskanowania, dzięki któremu niejako dajemy kierowcy znać, że ma zatrzymać się na danym przystanku i że potrzebne jest uruchomienie kursu. Dość dziwne, niezbyt wygodne i straszne nowoczesne rozwiązanie. Rzadko jednak się z tego korzysta, bo środki transportu kursują non-stop i często załapuje się już na coś, co załatwił ktoś inny, a tak przynajmniej Igorowi ten wynalazek wytłumaczyła jedna z pasażerek.

Sprawa numer dwa – nie kupimy biletu w autobusie, a przynajmniej nie w sposób elektroniczny, tylko i wyłącznie tradycyjnie. Trzeba mieć odliczoną kwotę, a jeśli nie… to nikt specjalnie się tym nie przejmuje. Przejazd dzienny kosztuje 8 UAH (1 hrywna = 0,15 złotego, czyli ok. 1,20 zł), natomiast nocny 14 UAH (ok. 2,1 zl). Igor opowiadał mi jednak, że możemy dać kierowcy niewyliczoną sumę. Kiedy będzie mieć resztę… to po prostu zawoła kwotę i poda ją najbliższemu pasażerowi, żeby przekazał pieniądze do tyłu. No i te pieniądze tak sobie wędrują w wężyku i wędrują, aż w końcu trafiają do Ciebie, tyle że jest ich o połowę mniej, bo resztę zabrali pasażerowie w ramach haraczu i nikogo to specjalnie nie dziwi ani nie oburza. Trzeba więc przygotować się na każdą ewentualność – albo pieniężnie, albo mentalnie.

Nie zdziwcie się też, kiedy zaraz obok kierowcy zobaczycie materac z kocem idealnie wpasowany we wnętrze autobusu. Najwyraźniej odpoczynek w pracy lub pomiędzy kursami nie jest wcale niczym dziwnym, a brak prywatności w dużym stopniu nikomu nie przeszkadza.

Z okna autobusu możemy podziwiać niespotykane dla nas, Polaków, zjawiska, zwłaszcza kiedy stoimy na czerwonym świetle. Najbardziej utkwiła mi w głowie transakcja sprzedaży kota na mieście. Mężczyzna trzymał go na rękach, kobieta przekazała mu pieniądze, a on bez żadnej klatki czy torby podróżnej wcisnął jej zwierzę pod pachę. Być może to nie jest tradycyjny obraz, jaki możemy spotkać na drodze, fakt faktem zjawisko wydało mi się tak niespotykane, że pozwoliłam sobie na opisanie go tutaj. W podróży warto być przygotowanym na wszystko 😉

KOŚCIÓŁ ŚW. ELŻBIETY

Jednym z pierwszych miejsc, które ukazały się naszym oczom, był kościół św. Elżbiety. Lwów pęka w szwach, jeśli chodzi o takie punkty sakralne, natomiast ten stanowi jeden z moich ulubionych. Znajduje się niedaleko dworca autobusowego, w Śródmieściu, i uchodzi za jeden z głównych punktów orientacyjnych. Wybudowano go około 1000 lat temu i uznawano za największą świątynię w mieście, a także za jeden ze wspanialszych zabytków dawnej Rzeczpospolitej. W czasie wojny budowla poniosła wiele strat w wyniku bombardowania, a po 1945 roku służyła jako magazyn pożywienia. Mimo tego to właśnie zewnętrzna fasada utrzymała się w dobrym stanie, natomiast środek kościoła celowo zdewastowano i, jak to często bywa w takich przypadkach, karma szybko powróciła. Z obiektu swego czasu wynoszono wszystkie krzyże, a żołnierz, który chciał pozbyć się jednego z nich, został przezeń przygnieciony i zginął. Późniejszy remont kościoła rozpoczęli Polacy, a z pierwowzoru możemy podziwiać dziś tylko ambonę.

KATEDRA ŚW. JURA

Zaraz później poszliśmy do katedry św. Jura, oddalonej o 800 metrów. Piękne miejsce na zdjęcia, duża powierzchnia do przechadzek zarówno po zabudowanej części, jak i przylegających ogrodach. Po drodze, gdziekolwiek tylko się uda, widnieje mnóstwo pomników – część jest poświęcona bohaterom narodowym lub artystom, natomiast gdziekolwiek by nie spojrzeć, historia polska zaciera się z ukraińską. Już dla mnie było to mocno dostrzegalne, natomiast sądzę, że starsze pokolenia widziałyby to jeszcze intensywniej.

Jeśli chodzi o budowlę, to jest ona starsza od poprzedniczki o dwieście lat i uznaje się ją za najdoskonalsze dzieło późnego baroku. Przepych widać na każdym kroku, cala fasada pokryta jest licznymi zdobieniami i katedra wygląda, jakby od zawsze stała w nienaruszonym stanie. Miejsce, które na pewno warto zobaczyć, zwłaszcza że zostało wpisane na światową listę UNESCO. Pod spodem prezentujemy Wam kilka zdjęć, z których część wykonał Igor, za co bardzo dziękuję.

PARK KOŚCIUSZKI I UNIWERSYTET LWOWSKI

Stamtąd przeszliśmy około kilometra przez park Kościuszki (zadziwiające, ile we Lwowie jest terenów zielonych i w jak dobrym stanie są one utrzymane), gdzie przyszło nam obserwować takie zjawiska jak zabetonowane od środka drzewa, a także  huby porośnięte pajęczynami bądź wielkie kokony pająków przypominające huby, kto jak woli. Pamiętam, że szłam tamtędy, a wszystko wydawało się nowe, dziwne, ale też fascynujące. Zaskoczenie sięgnęło jednak zenitu, kiedy doszliśmy do Lwowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Iwana Franki. No bo wiecie, jesteśmy w tym wieku, że zarówno Igor, jak i ja, jeszcze studiujemy. W innych miastach, ale standard kampusu jest zawsze mniej więcej taki sam. Czasem zdarzy się nowocześniejszy wydział, ale w większości przypadków – nic specjalnego. Być może jeśli chodzi o Lwów, jest podobnie, natomiast to, co zobaczyłam, wprawiło mnie w osłupienie. Z zewnątrz uczelnia nie wygląda jak nie wiadomo co, nawet jeśli jest jednym z najlepszych uniwersytetów Ukrainy, ale w środku…

Generalnie do wnętrza uniwersytetu nie ma wstępu wolnego, zawsze trzeba się legitymować. Mieliśmy jednak szczęście, bo wewnątrz trwała akurat jakaś uroczystość, która być może wiązała się z rekrutacją na studia, dniami adaptacyjnymi bądź obroną prac (na to wskazywałby w każdym razie okres, w którym zwiedzaliśmy) i przemiał ludzi był dość duży, dlatego bez problemu obeszliśmy cały budynek. Przywodził mi na myśl Hogwart, tyle że biały, zamiast ciemny i ponury, a do tego bez ruchomych schodów i świeczek lewitujących w powietrzu. Nie chcę powiedzieć, że to sama przyjemność uczyć się w salach takich jak te, jednak na pewno większa niż zwykle, zwłaszcza w rzeczywistości wirtualnych wykładów prowadzonych przez Teams. Musicie przyznać, że wrażenie robi niezłe, mimo że widok za oknem niespecjalnie powala.

NAJSTARSZY BANK LWOWA

Ostatnie zdjęciem, które dziś tutaj zobaczycie, zostało zrobione Galicyjskiemu Bankowi Krajowemu czy też inaczej Galicyjskiej Kasie Oszczędnościowej, która uchodzi za najstarszy bank w mieście. Znajduje się nieco ponad kilometr od uniwersytetu, zaraz obok kawiarni „Kraków” i „Praga”. Kiedyś swoją filię miał np. w Krakowie czy w Białej, a następnie w Warszawie po uzyskaniu przez Polskę zupełnej niepodległości po wojnie. Wtedy też zmienił nazwę na Polski Bank Krajowy, który został wchłonięty przez Bank Gospodarstwa Krajowego. Do dziś możemy jednak obserwować budynek, od którego wszystko się zaczęło.

To już wszystko z mojej strony. W następnym wpisie zaprezentuję Wam Operę Lwowską, opowiem nieco o wieczorach na starówce, pokażę z góry całe miasto, a także po raz kolejny odwiedzę jeden z ważniejszych pomników dla Polaków, przedstawiający naszego wieszcza narodowego, Adama Mickiewicza. W kolejnych wpisach również relacja z odwiedzenia Cmentarza Łyczakowskiego i przede wszystkim Orląt Lwowskich. Serdecznie zapraszam, a jeśli niecierpliwisz się równie mocno jak ja, to zapraszam za ten czas do obserwowania mojej aktywności na Instagramie i fanpage’u na Facebooku – odnośniki znajdziecie po prawej u góry.

Lwów cz.1 – Jaki środek transportu wybrać, jak wyglądają procedury na granicy i jak zaoszczędzić na kosztach?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy dość spontanicznej wycieczki do Lwowa, którą odbyliśmy razem z moim kolegą z pracy 26-29 września 2019 roku. Miałam wielkie szczęście, jako że Igor pochodzi z Ukrainy, dorastał i wychowywał się w obranym przez nas mieście – lepszego przewodnika nie można sobie wyobrazić. W końcu nikt nie pokaże takich zakamarków, nie przedstawi tylu opowieści i nie zdradzi tylu tajemnic, co właśnie „lokalsi”. Opowiem Wam więc, jak wyglądało nasze przedostanie się za granicę (zarówno pociągiem, jak i na pieszo), czy różnice kulturowe są bardzo mocno dostrzegalne, jak korzystać z komunikacji miejskiej i jakie wspomnienia pozostawia po sobie jedna z bardziej rozpoznawalnych przekąsek: czebureki. Poniższy wpis ma charakter porządkujący, wprowadzający i informacyjny, byście lepiej mogli wczuć się w samo miejsce i jego mentalność. Jeśli chodzi o zdjęcia, to obiecuję, że w następnym wpisie zobaczycie ich mnóstwo, zapraszam na:

Jak zaczęła się nasza podróż?

Historię dotyczącą tego wyjazdu wspominam bardzo miło, a równocześnie cała otoczka, jaka się wokół niego rozegrała, dała mi wiele do myślenia na temat nastawienia ludzi do życia i własnych pragnień. Jeśli o mnie chodzi, to nigdy nie miałam specjalnych zapędów, żeby wyruszyć do Rosji, Białorusi czy Ukrainy. Obierałam przede wszystkim zachodnie kierunki, pewnie dlatego, że tak nauczyłam podróżować się z rodzicami, a destynacji nigdy nie brakuje z racji tego, ile ma nam do zaoferowania świat. Drugą kwestią było to, że każda nacja przywodzi nam na myśl pewne skojarzenia – czy to bardziej stereotypowe, czy z autopsji. Wydaje mi się, że każdy z nas zaliczył niejedno spotkanie z naszymi wschodnimi sąsiadami; w końcu bardzo często możemy spotkać ich na uczelniach, w sklepach, zwłaszcza w większych miastach.

Jaki był mój odbiór Ukraińców? Bardzo różny, każda osoba reprezentuje w odmienny sposób swój kraj. Wśród nich oczywiście znalazły się przypadki, kiedy miało się odczucie, że druga osoba spogląda na Ciebie zupełnie z góry, a jedyne co ją interesowało, to Twój Instagram. Zdarzało się też, że patrząc na kogoś, widziało się w nim zupełnego lekkoducha: studia i akademik opłacone przez rodziców, więc nie zaszkodzi uczyć się trzy razy pod rząd na pierwszym roku. Bywali też cwaniaczkowie, którzy liczyli, że prześlizgną się przez wszystkie stopnie edukacji, bazując na tym, że nie znają języka i nie ogarniają wielu rzeczy. Styczności z takimi osobami raczej się nie uniknie, ale chciałabym, żebyście po tym wpisie byli świadomi, że oni stanowią jakiś odsetek – czy większy, czy mniejszy, to już musicie ocenić sami, jednak ja na swojej drodze spotkałam wiele przesympatycznych osób, a jedną z nich okazał się właśnie Igor.

Jak się okazało, istnieje wiele bardzo hojnych i pomocnych Ukraińców, o czym przekonacie się dalej. Co też mnie urzekło, to ich optymizm i poczucie humoru. Są robotni, niesamowicie zapaleni do próbowania nowych rzeczy i wiecznie się uśmiechają lub wybuchają śmiechem. To, czego uświadczyłam dzięki znajomym Igora, to naprawdę wielka energia i otwartość wobec ludzi (nie tylko zresztą podczas tego wyjazdu). Czułam to nawet w momentach, kiedy rozmowa średnio się kleiła, bo nasz angielski bardzo mocno się ze sobą gryzł, a Igor robił nam za tłumacza. Warto więc przede wszystkim zmienić nastawienie i dać sobie szansę na poznanie tych niestereotypowych przypadków.

Jak wspomniałam we wstępie – Igora poznałam podczas wakacyjnej pracy w 2018 roku. On zapamiętał mnie z zupełnie innego momentu niż ja jego, ponadto nie rozmawialiśmy wtedy zbyt dużo, ale po roku, kiedy spotkaliśmy się znów na tym samym stanowisku, okazało się, że rozmowa całkiem nam się klei. Po jakimś czasie dość spontanicznie wyszedł z propozycją, żebyśmy pojechali do jego rodzinnego miasta, bo ma tam dom, w którym można przenocować, trochę zaoszczędzimy i będziemy mogli zabrać znajomych. Padło na wrzesień i mimo że terminy miałam już wszystkie zaklepane (dosłownie, w moim kalendarzu świeciły się same powiadomienia), to przełożyłam wszystko tak, żeby podróż mogła dojść do skutku. Okazało się, że byłam jedyną osobą, która to zrobiła.

Dość zaszokowało mnie, że większość znajomych odmówiła wyjazdu mimo wszystkiego, co podsunęliśmy im pod nos. Padły propozycje innego terminu, wymówki brakiem paszportu czy przeprowadzką na studia, więc po prostu sobie odpuściliśmy i stwierdziliśmy, że daliśmy wszystkim równe szanse. Wtedy dotarło do mnie jednak, że czasem ludzie nie chcą od Ciebie nie tylko wędki, ale też złowionej tą wędką ryby. Że nie wszyscy po prostu te ryby lubią, a priorytety każdego z nas, mimo przyjaźni, są czasami zupełnie inne. Dlatego wielu moich znajomych w ostatnim tygodniu września ponownie wyprowadzała się na studia, niemalże urządzając sobie drugi dom. Ja? Ledwie zdążyłam na początek roku akademickiego, a przez pierwszy tydzień miałam na stancji tylko to, co zmieściłam do walizki i wspominam to z wielkim uśmiechem.

To był jeden z niewielu samodzielnych wyjazdów, których nie byłam organizatorem. Zwykle to ja skrzykuję ludzi, podaję ceny, noclegi, godziny – po prostu tak wychodzi. Czasami męczy mnie myśl o tym, że znów wszystko spada na moją głowę. Co się jednak okazało; w przypadku, kiedy to Igor przejął pałeczkę, poczułam się nieco bezbronna i co chwilę dopytywałam, gdzie pójdziemy, co zrobimy i czy na pewno dotrzemy na miejsce. Taka zamiana ról wyszła mi na dobre, a równocześnie pozwoliła dość mocno docenić chwile podejmowanych świadomie decyzji.

DOJAZD I KOSZTY

Zdecydowaliśmy się na wyjazd wieczorny w taki sposób, żeby do Lwowa dotrzeć o poranku, mieć przed sobą cały dzień zwiedzania i równocześnie zaoszczędzić na noclegu. Oboje byliśmy przyzwyczajeni do spania w różnych warunkach, więc pociąg nie stanowił dla nas wielkiego wyzwania (prawie – czytaj dalej!). Jedynym minusem takiego rozwiązania jest fakt, że nie możemy kupić bezpośredniego biletu na Ukrainę, a już na pewno nie zrobimy tego online. W kasie rzeczywiście od razu sprzedadzą nam dwa korelujące ze sobą świstki papieru, z tym że jeden z nich obowiązuje do Przemyśla, a drugi do Lwowa. Drugim absurdem jest cena i tutaj nawet nie mam na myśli jej wysokości, a nierównomierne rozłożenie. Po uwzględnieniu zniżki studenckiej prezentowało się to następująco:

Trasa Opole -> Przemyśl (480 km) koszt 31 zł
Trasa Przemyśl -> Lwów (ok. 100 km) koszt 41 zł

Niby różnica nieduża, bo tylko 10 zł, jednak jeśli weźmiemy pod uwagę, że zagraniczny odcinek drogi jest niemalże pięciokrotnie krótszy, to niemalże obłęd. Chciałabym też powiedzieć, że jedziemy znacznie krócej, ale dlaczego nie możemy tego zrobić, o tym za chwilę.

W drodze powrotnej przetestowaliśmy inne rozwiązanie. Wsiedliśmy we Lwowie w autobus jadący do Medyki (60 UAH, czyli ok. 9,40 zł), przeszliśmy przejście graniczne pieszo, później dostaliśmy się taksówką na dworzec PKP (10 zł, alternatywę stanowił bus) i stamtąd pociągiem do Opola (znów 41 zł). Generalnie więc różnica w cenie nie jest zbyt duża (wersja z pociągiem 72 zł, wersja z autobusem 59,40 zł), jednakże komfort przemieszczania się pozostawiał wiele do życzenia zarówno w jednym, jak i drugim przypadku, o czym dowiecie się w dalszej części tego i następnych wpisów.

Jeśli chodzi o ogólne podsumowanie kosztów, to zamknęliśmy się w 450 zł za całość podróży. Są to koszty dość zawyżone, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę to, że jeśli chodzi o nocleg, to skorzystaliśmy z dobroci znajomych Igora. Przepracowaliśmy jednak cały sezon i chcieliśmy wypocząć, skorzystać z lokalnych uroków, stąd nasze wieczory w restauracjach i pieniądze wydane na kosztowanie lokalnych smakołyków. Inną sprawą jest to, że ceny na Ukrainie są dość niskie w porównaniu do naszych, stąd duża pokusa, żeby po prostu kupować więcej. Oczywiście jeśli komuś bardzo zależy na oszczędności, to polecam ten kierunek, bo na spokojnie można udać się dam, nie wydając milionów monet. Wystarczy dobra organizacja i można zobaczyć naprawdę dużo z wręcz groszowym budżetem (z czego my jako studenci korzystamy nagminnie).

Jeśli jednak chodzi o tę podróż, to wyjechaliśmy z Opola po godzinie 19.00. W sumie przegadaliśmy większość czasu, pokazywaliśmy sobie zdjęcia z naszych podróży i śmialiśmy się z wyczynów Igora. Tak jak już wcześniej wspomniałam – Igor zalicza się do typu gospodarza. W jego podróżnym plecaku zawsze znajdzie się miejsce na smakołyki, kawę czy inne napoje. Tym razem nie było inaczej i już po godzinie czułam się zasłodzona ogromnymi ciastkami z kremem, ale nie tylko nimi. Okazało się, że zabrał termos z gorącą czekoladą, którą po prostu uwielbiam. Na nasze nieszczęście okazało się jednak, że pojemnik jest odrobinę nieszczelny i kiedy tylko Igor go przechylił, czekolada zalała jego jasne spodnie w taki sposób, że nie mogłam wytrzymać ze śmiechu. Wiecie, zazwyczaj to ja robię coś niezdarnego w towarzystwie, więc taka odmiana była dla mnie nad wyraz miła. I dlatego też pewnie nie odczułam wstydu, kiedy pół pociągu spojrzało na strużkę czekolady płynącą środkiem wagonu. Dla ciekawskich, spodnie jakimś cudem udało się odratować, ale właśnie dlatego zawsze warto zabierać dwie pary. 😉

Do Przemyśla mieliśmy dojechać lekko po północy. Koło 23.00 pasażerów została zaledwie garstka, dlatego rozsiedliśmy się na chwilę drzemki. Do końca nie wiedzieliśmy, czy drugi bilet przysługuje nam z racji tego, że musimy się przesiąść do innych wagonów, czy też zostajemy na swoich miejscach. Finalnie okazało się, że przechodzimy po prostu do innych wagonów podpiętych do polskiego składu, które do tej pory jechały puste (całe wielkie dwa). Co stanowiło dla nas zaskoczenie, to podział wagonu na damski i męski. Igor jednak użył w kasie swojego daru negocjacji i wytłumaczył, że jadę pierwszy raz i jesteśmy tylko we dwójkę, więc czulibyśmy się lepiej, gdyby udało się mieć miejsca obok siebie. Kobiecina była na tyle miłosierna, że się nad nami zlitowała – zresztą jak się okazało, na miejscu nie uskuteczniano żadnych wielkich przetasowań, bo jechaliśmy tylko my i jakieś 4, max. 6 innych osób.

Każde z nas dostało swój „przedział” – okazało się, że przejazd tymi wagonami jest tak drogi, ponieważ nie uznaje się miejsc siedzących, a jedynie sypialniane. Brzmi to świetnie, zwłaszcza ze słuchu, a jak w praktyce? Nie wiem, czy oglądaliście może film „Pociąg” z 1959 roku, ale główni bohaterowie spali właśnie w takich przedziałach. No, więc teraz przypomnijcie sobie je i wyobraźcie coś gorszego standardu. W rogu mały stolik, przy ścianie rozciąga się dość twarda kanapa przykryta babcinym kocem. W sumie nawet nie wiesz, czy te rzeczy są jakoś czyszczone, więc dla bezpieczeństwa rozkładasz własny kocyk i zwijasz bluzę, żeby włożyć coś pod głowę. Możesz zasłonić grubą zasłonkę i powiesić na drewnianych kołkach kurtkę czy marynarkę. Na ziemi zostaje jeszcze trochę miejsca na bagaż, jest też możliwość zamknięcia się na klucz. Generalnie trochę klaustrofobiczne i zaniedbane miejsce, ale wystarczy odrobina dobrego nastawienia, bo w gruncie rzeczy nie jest to nic strasznego i jak o same warunki chodzi, to da się przeżyć.

Konduktorka obsługująca oba wagony nie mówi ani po polsku, ani po ukraińsku. Igor starał się z nią porozumieć po rosyjsku, ale rozumieli się tak trzy po trzy – no lepsze to niż nic. Kobieta zabrała nasze bilety, a później obudziła nas tylko po to, żeby je oddać. W sumie nikt nie informował o stacjach, odjazdach, o niczym i człowiek po wybudzeniu zupełnie nie miał orientacji, gdzie się znajduje. W całym jadącym pociągu jest sprawna tylko jedna toaleta, taka wiecie, bez wody, działającej spłuczki, mydła i taka zupełnie srebrna, jakby metalowa. Średnio czysto, ale po tylu godzinach jazdy raczej będziecie musieli się przełamać, mimo że dla mnie to stanowi duże wyzwanie. Często nawet moje koszmary opierają się na tym, że błądzę po brudnych, zdewastowanych toaletach publicznych, serio. W każdym razie – da się wytrzymać.

PRZEKROCZENIE GRANICY pociągiem

Jeśli chodzi o sam przejazd, to przechodzimy teraz do kwestii, która najmocniej zapadła mi w pamięć chyba z całego wyjazdu i uważam to za jedno z ciekawszych, choć może mniej przyjemnych rzeczy świadczących o odmienności kulturowej, technicznej i ogólnie mentalnościowej. Nie wiem, czy jesteście tego świadomi, ale rozstaw torów na Ukrainie jest nieco inny niż ten przyjęty jako standardowy w większości Europy Zachodniej. Różnica wynosi bodajże +0,9 cm w szerokości, natomiast sprawia to, że pociąg przyjeżdżający z Polski nie jest w stanie kontynuować trasy i należy wymienić koła na większe. Proces ten trwa niesamowicie długo, a jeszcze bardziej niesamowity jest hałas, który mu towarzyszy.

Jest na tyle głośno, że ciężko zmrużyć oko. Można to nazwać klekotaniem, tłuczeniem – w każdym razie ma się wrażenie, że ktoś używa młotka tuż przy ścianie, przy której ma się ułożoną głowę do snu. Wagony i okna nie są zbyt dźwiękoszczelne, dlatego razem z łomotem słyszymy głosy pracowników kolei, a jako że duża część pracujących przy wymianie kół to Polacy, co parę minut słychać naprawdę donośne KURWA!. Chwila takiego słuchania bawi, później człowiek staje się zmęczony, zwłaszcza że jest noc. Po trzech godzinach takiego stania po prostu usypia się już ze zmęczenia i budzi co chwilę, nie mając pojęcia, gdzie się jest.

Najdziwniejsze uczucie z tego wszystkiego, to nieustannie poruszanie się pociągu, podjeżdżanie 2-3 metry do przodu i przerwa. W pewnym momencie ma się złudne wrażenie, że tak naprawdę cały czas się poruszamy, więc kiedy obudziłam się o 4.30 i do przedziału przyszedł Igor, to zupełnie straciłam rozeznanie. Widok za oknem się zmienił, ale było na tyle ciemno, że nie miałam pojęcia, czy widzimy jakieś miasto, fabrykę czy zupełne nic. Uwierzcie mi, jeszcze nigdy w życiu nie ogarnął mnie taki szok jak w momencie, kiedy okazało się, że od północy wciąż stoimy na granicy i wystartowaliśmy dopiero chwilę przed godz. 5.00.

Dużym plusem pociągu jest bardzo szybka kontrola graniczna. Ważnym elementem jest posiadanie paszportu, na sam dowód nie da rady się przedostać. Polacy z kolei nie są zobowiązani do posiadania wizy wjazdowej, więc chociaż taki plus. Straż graniczna nie próbowała nawet przeszukiwać naszych bagaży i wszystko trwało może dwie minuty. Podczas przechodzenia granicy na pieszo nie maluje się to już tak różowo i nie ominie się kontroli zwłaszcza jeśli chodzi o alkohol i papierosy. Trwa to przynajmniej kilka godzin zwłaszcza w okresie natężonego ruchu turystycznego lub zakończenia wakacji, więc osobiście odradzam i w tym okresie zdecydowałabym się na opcję nr 1. Więcej o naszym felernym powrocie w następnych wpisach (można też skontaktować się ze mną mailowo w razie bardziej naglącej potrzeby).

Ostatecznie więc w ukraińskim pociągu spędzamy kolejne 6 godzin, z czego jedziemy dwie, może nawet niecałe. Niby można się zdrzemnąć, ale to rozwiązanie dla osób z twardym snem. Lepiej więc wybrać jednak opcję dzienną, chyba że komuś bardzo zależy na zaoszczędzeniu czasu i pieniędzy, tak jak to było z nami. Pamiętam jednak, że po tej podróży byłam tak zmęczona, że niemal zasnęłam przy jedzeniu – przeszło mi to jednak zaraz po zaznaniu jakiejkolwiek fizycznej aktywności, chociaż to w dużej mierze zależy od Waszego organizmu i przyzwyczajeń.

PRZYJAZD NA MIEJSCE – pierwsze wrażenia

Moje pierwsze wrażenia z Lwowa? Oczywiście nie spodziewałam się oszałamiających widoków i bogactwa, jednak podróż tam i pierwsze spojrzenie, zwłaszcza o 6.00 nad ranem, z walizką w ręce, wśród mgły i ledwie wstającego dnia, czując się trochę jak zbieg lub uchodźca, odniosłam raczej bardzo smutne. Okolice dworca były raczej podniszczone, beton pod stopami spękany, w dodatku trafiliśmy na dość chłodny poranek jak na tak gorące wakacje, więc dygotaliśmy nawet w kurtkach. Tak naprawdę dla mnie jako osoby, która miała szczęście urodzić się wtedy, kiedy się urodziła, dało to taki realny obraz PRL-u, czego nie doświadczyłam tak mocno nawet będąc w Czarnogórze i mając podobne chwile zwątpienia. Ale na takim pierwszym wrażeniu się nie skończyło, mimo że generalnie miasto miało swoje uroki i piękne, przytłaczające zakamarki. Bardziej tu chyba nawet chodziło o to, jak odbywa się we Lwowie taka zwykła codzienność i jak blado wypada ona w porównaniu z opinią, że to jedno z piękniejszych miast Ukrainy. Nie będziemy jednak skupiać się jednak tylko na tym, chwile zachwytu też Was nie ominą!

W następnym wpisie przybliżę Wam, co stanowiło dla mnie zaskoczenie – opiszę kilka sytuacji, których byliśmy świadkami, a także pokażę zdjęcia miejsc, które zapierały dech w piersiach. Mam nadzieję, że pomogłam Wam rozwiać niektóre mity, że znaleźliście tu dla siebie coś ciekawego i zechcecie towarzyszyć nam dalej w naszych wspomnieniach. A tymczasem zapraszam serdecznie na mojego Instagrama i fanpage’a, odnośniki znajdziecie po prawej stronie na górze!