Macedońskie alkohole i słodycze – gdzie nabyć, za ile i czego skosztować?

Dziś kolejny wpis dla smakoszy – zwłaszcza tych, którzy miłują się w słodkich przekąskach, deserach oraz alkoholach. Będzie mowa nie tylko o gustach kulinarnych, ale także cenach zarówno w Macedonii, jak i nabycia podobnych produktów w Polsce. Część z nich zdobędziecie tylko w konkretnych sklepach lub knajpach, co w przypadku każdego przypadku zaznaczam. Przewiduję też osobny post na temat restauracji, w których podam dokładne namiary na ciekawe, tanie i smaczne miejsca. Jeśli chodzi o alkohole, to nie jesteśmy wielkimi znawcami i koneserami, opisujemy więc po prostu, co przypadło nam do gustu i naszym zdaniem jest warte spróbowania. Tak po prostu, jak człowiek człowiekowi. Zapraszam na:

Smakołyki:

Alkohole:

  • Rakija
  • Wina
    • Plava Krv
    • Ravin Vranec
    • Muskat
    • Sapphire
    • Smederevka (Skovin i Stobi)
    • Chardonnay Skovin
    • Tga za Jug
    • Alexandria (wszystkie kolory)

SMAKOŁYKI

BAKLAVA

To mój ulubiony słodycz nie tylko w kwestii Macedonii, ale całego życia ogółem. Przysięgam; dobrze, że nie mieszkam tam na stałe, bo za rok już bym nie chodziła, a po prostu się toczyła. Baklava to ciasto francuskie podawane w małych kawałkach, które wypełnia mnóstwo orzechów, pistacji i miodu. Polewa się ją specjalnym sosem, który nieco przypomina klonowy, ale raczej ciężko porównać go do czegoś, co znamy w Polsce. Wydaje nam się, że jest odrobinę rozwadniany, w dodatku musi być w nim coś, co sprawia, że nie zastyga nawet po 2-3 dniach.

Baklava to taka ogólna nazwa grupy ciast, ponieważ istnieje nieskończenie wiele jej odmian – różane, czekoladowe, orzechowe, kokosowe i wiele innych. Przysmak wywodzi się z Turcji, dlatego najlepiej zawędrować po niego do cukierni z tureckim szyldem. My kupowaliśmy baklavę za 25-60 MKD za kawałek (1,80-4,40 zł) i zwykle wychodziliśmy z całym pudełkiem ciasta, co i tak było kiepskim wynikiem w porównaniu do mieszkańców Ochrydy. Największą popularnością cieszył się kadaif (jedna z odmian ciasta), który na wierzchu ma pełno słodkich, karmelizowanych nitek. Nam akurat smakował najmniej, a już niech Was ręka boska chroni od kupienia go w sklepie spożywczym – cukier dosłownie trzeszczy pod zębami i ciężko to przełknąć. Najsmaczniejsze odmiany dla nas (najbardziej wyraziste i wilgotne) to sekerpare i havuc.

Jeśli chodzi ciasta, to w knajpach zawsze dostaniemy kadaif, baklavę, deser panna cotta, naleśniki na słodko lub ciasto/torcik orzechowy. W lokalnych restauracjach warto prosić o home made cake, bo to nie „ciasto dnia”, jak można by przypuszczać, a niejednokrotnie jakiś domowy, rodzinny przepis, którego w przeciwnym wypadku nigdy nie spróbujecie. Naprawdę warto! Nam na przykład udało się trafić na ciasto przekładane masą smakującą jak kogel-mogel.

HALVA

Chałwa to rzecz oczywista – w kostkach, w nitkach czy w kremie, z orzechami, czekoladowa, zwykła. Wymieniać można bez końca. Warto kosztować różnych rodzajów, bo jak się okazuje, nie wszystkie są tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Jak dla nas najlepsza była chałwa sprzedawana w małych kubeczkach w sklepie za ok. 2 zł. Trzeba jednak uważać, bo istnieją dwa bardzo podobne produkty – jeden to taka typowa chałwa, a druga właśnie ta rozmięknięta, kremowa, która dla nas była obłędna i w ogóle nr 1. Chałwy opłaca się też kupować u wystawców ze stoiskami na ulicach, chociaż… raz wzięliśmy na skosztowanie taki bloczek, małą brązową bryłkę chałwy. W konsystencji jak karmel, a w smaku… jak cukier z niczym. Bryłek więc nie polecamy, chyba że mieliśmy wyjątkowego pecha – następnej już nie kupiliśmy.

LOKUM

Lokum to inaczej galaretka w cukrze pudrze, którą formuje się w sześcienne kostki. Trend zawędrował już do Polski, więc zapewne wiecie, z czym to się je. Ja lubię ich kleistą konsystencję, są też mniej słodkie niż na przykład takie, które wkłada się do czekoladek i mniej wodniste niż te, które przyrządza się w pucharkach. Całkiem dobre, chociaż szału nie ma. Skosztować warto.

CZEKOLADOWE WYROBY CHOCO WORLD

Na terenie Macedonii istnieje pięć lokali oferujących najbardziej rozmaite desery czekoladowe, o których można tylko marzyć. O samych knajpach/kawiarniach/restauracjach zamierzam stworzyć kolejny post, tutaj natomiast skupię się na pokazaniu Wam, czego koniecznie musicie spróbować. My wracaliśmy w to miejsce wielokrotnie, za każdym razem próbując czegoś nowego, a i tak zawsze mieliśmy problem, na co się zdecydować. Niby to tylko czekolada, ale produkowana i roztapiana na miejscu, w dodatku zawsze w innej formie. Oto 6 deserów, które możemy ocenić:

  • Czekoladowa patelnia – brownie domowej roboty podane na gorącej patelni, oblane białą i czarną czekoladą. Porcja nie jest za duża, a i tak bardzo trudno zjeść ją na raz. Całość jest tak słodka, że człowiekowi robi się niedobrze, ale tak pyszna, że nie sposób sobie odmówić.
  • Czekoladowy burger – jedna z mniej słodkich pozycji: bułka oblana białą i mleczną czekoladą, złożona na kształt burgera, którego wypełniają owoce (kiwi, truskawki, banan) i bita śmietana. Niesłodka, dzięki czemu neutralizuje smak całości.
  • Mini pączki – 10 malutkich pączków z lukrem podanych na podłużnej tacce. Obok ułożonych jest mnóstwo owoców (kiwi, truskawki, banan), jest też mała miseczka z rozpuszczoną czekoladą. Pyszne, bo sami regulujecie poziom słodkości deseru. Część pączków możecie maczać w sosie, inne nie – w całości, tylko z wierzchu, Wy decydujecie.
  • Naleśnik czekoladowy – z podobnym wypełnieniem jak burger, tyle że jest bardziej płaski i oblany dodatkowo karmelem, jest też posypka z orzeszków.
  • Gofr – oblany czekoladą, z bitą śmietaną i owocami. Bardzo duży i mocno wypieczony.
  • Ciasto brownie orzechowe – wysokie, z kilkoma warstwami, stosunkowo umiarkowanie słodkie w porównaniu do innych deserów. Z płatkami owsianymi (i nie tylko, o ile dobrze pamiętam) i przyozdobione plasterkami truskawek.

Oprócz tego na miejscu możemy napić się różnych odmian kaw (z czekoladą, ale i bez). Mimo formy franczyzy serwuje się je nieco inaczej w każdym miejscu. Pod koniec maja zaczyna się też sezon na lody na bazie czekoladowych wyrobów (belgijskie, Ferrero Rocher, Oreo itd.), które podaje się w kolorowych rożkach. Zazwyczaj ich brzegi są dodatkowo umoczone w czekoladzie, a na to wędruje także posypka z kolorowych cukierków. Bajka!

ALKOHOLE

RAKIJA

Pozycja, która po prostu musiała znaleźć się w tym zestawieniu. Nam udało się skosztować tego specyfiku dzięki hojności Macedończyków, którzy poczęstowali nas domową rakiją w prowadzonym przez siebie muzeum etnograficznym. Aż nam było głupio, bo nic za to nie płaciliśmy, a dziewczyna rozlała nam po kieliszku i wręcz czekała na naszą reakcję. Domowa odmiana jest zazwyczaj mocniejsza, ma koło 60%. Mówi się, że to trunek zbliżony do brandy, chociaż naszym głównym doznaniem był smak wódki gdzieś tam z lekką domieszką właśnie brandy. Nie porwało nas, ale my też nie jesteśmy fanami mocnego alkoholu, za to wino spożywaliśmy hektolitrami (naprawdę, na koniec wyjazdu zgromadziliśmy tyle butelek, że czułam się jak alkoholiczka – no ale od czego w końcu są wakacje?).

WINA

Nie wiem, jakie wina preferujecie, ale w Macedonii znajdzie się spory wybór dla każdego w różnych przedziałach cenowych, słodkości czy kolorach – białe, czerwone, różowe, a nawet niebieskie! Możemy kupić je standardowo w markecie, jednak znacznie lepszą opcją jest udanie się do winnic czy winiarni. O dziwo takie rozwiązanie nie kosztuje nas wiele więcej poza kosztem dojazdu. Za cztery butelki wina prosto z winnicy (niektóre były nawet jeszcze bez etykiet) zapłaciliśmy 90 zł, więc cena wielce okazyjna. Mieliśmy jednak swoje typy zarówno w przeciętnych sieciówkach, jak i bardziej wyszukanych miejscach. To lista lżejszych trunków, których udało nam się spróbować. Większość z nich pochodzi z winiarni Tikves, część nabyliśmy w Royal Winery Queen Maria:

  • Plava Krv – w tłumaczeniu nazwa wina to Błękitna Krew. Jedno z niewielu półsłodkich, czerwonych win na terenie Macedonii i mimo że jestem ogromną fanką takich smaków, to nie wywarło na mnie wrażenia, wydawało się dość kwaśne. Zakupiliśmy je w winnicy za jakieś 20-30 zł, natomiast w ogóle nie byłam w stanie odnaleźć go w sklepach polskich ani nawet z dostawą do kraju.
  • Ravin Vranec – bardzo popularna pozycja u nas w Polsce, przywieźliśmy jako prezent prosto z winnicy. Wytrawne, czerwone, o przydymionym smaku – to jeden z tych alkoholi, które wyraźnie przywodzą na myśl beczkę, w której były przechowywane. Zakupiliśmy za 20-30 zł. Po krótkim researchu upewniłam się, że obecnie nie jest dostępny do zdobycia w Polsce.
  • Muskat – kupiony w winnicy, nie miał jeszcze nawet etykiety, jako że przelano go stosunkowo niedawno do zwykłej, ciemnozielonej butelki. Dość tradycyjny trunek – biały, choć powiedziałabym, że raczej półwytrawny i kwaśny, a nie półsłodki, jak zwykło się go opisywać. Cechuje się wyraźną nutą cytryny, mniej kwiatową. Tutaj raczej nie będę się rozwodzić – po prostu smaczne.
  • Sapphire – niesamowicie ciekawa pozycja, chociaż bardziej pod kątem walorów estetycznych niż smakowych. Wino kupiliśmy w winnicy i nasz wzrok od razu przykuła błękitna butelka idealnie dopasowana do nazwy. Butelka? A jednak! Ku naszemu zdziwieniu, unieśliśmy ją na wysokość oczu, płyn się przelał, a szkło okazało się bezbarwne. Po raz pierwszy widziałam za granicą wino w błękitnej barwie – w Polsce co prawda mamy podobne alkohole z brokatem, ale przeważnie jest to np. wino musujące. Nie sądziłam, że takie eksperymenty pojawiają się też w winnicach i to w standardowych cenach. Wino półwytrawne, ale mocno kwaśne i raczej przeciętne w kwestii smaku.
  • Smederevka (Skovin lub Stobi)jedno z najtańszych win w szklanych butelkach, które możemy spotkać w sklepie (ok. 15 zł). Cena mniej więcej odpowiada smakowi – białe, półwytrawne wino, niespecjalnie odkrywcze czy dające przyjemność z samego faktu próbowania. Można by je przyrównać do znacznie mniej intensywnego, raczej słabego cydru. Stobi prezentowało się lepiej, w dodatku etykietę butelki zaprojektowano z motywami antycznymi i dopasowano do nazwy (w Stobi znajdują się jedne z popularniejszych wykopalisk archeologicznych na terenie całej Macedonii). Skovin raczej bym omijała, naprawdę nie jest dobre jakościowo.
  • Chardonnay (Skovin) – wino białe, wytrawne, przeciętne i niezapadające w pamięci. Kupiliśmy jedno i na tym poprzestaliśmy. W ogóle cały Skovin zaczęliśmy omijać po pewnym czasie, bo każda podjęta próba kończyła się fiaskiem.
  • Tga za Jug – czerwone, (pół)wytrawne wino typu vranec, ponoć najlepsze w całej Macedonii. Dla nas nie było jednak faworytem, chociaż świetnie sprawdzało się do posiłków. Jak dla mnie dość cierpkie i raczej wytrawne niż półwytrawne, pozostawiające na języku specyficzny posmak owoców leśnych. Sama nazwa wina wzięła się od wiersza bułgarskiego artysty, który urodził się na terenach dzisiejszej Macedonii. W tłumaczeniu oznacza ona „Tęsknotę za Południem”. Można dostać je za pośrednictwem polskiej stronki darwina.pl za niespełna 40 zł, choć jego dostępność jest ograniczona i raczej trzeba dokonać wcześniej rezerwacji.
  • Alexandria (biała/różowa/czerwona) – moje ulubione wino chardonnay dostępne w marketach w przystępnej cenie. Jak na warunki macedońskie wydaje się dość drogie w przeliczeniu na MKD, jednak dla nas pod względem kosztów można przyrównać je do Carlo Rossi. Tymczasem w Polsce za zamówienie tego wina średnia cena wynosi 50-60 zł. Na darwina.pl udało mi się znaleźć okazję za niecałe 38 zł. Czerwone wino jest wytrawne z wyraźnie odczuwalnymi porzeczkami, białe i różowe są półwytrawne, chociaż ze słodką nutą. Bardzo lekkie, zwłaszcza białe odznacza się taką owocową nutą – jabłka, cytryny czy pomarańczy. Za taką cenę dla nas to był najlepszy wybór, choć zdajemy sobie sprawę, że zapewne niegodny prawdziwych koneserów.

To by było na tyle w temacie słodkości i alkoholi. Jeśli byliście w Macedonii, to koniecznie podzielcie się swoimi sprawdzonymi produktami, których nie ujęliśmy na liście, a które są wręcz konieczne do spróbowania z Waszej perspektywy. Jesteśmy niezmiernie ciekawi Waszych gustów. Co sądzicie o naszych wybrańcach? Coś Was zaskoczyło? Dajcie znać w komentarzu i trzymajcie się ciepło!

Malta – Jakich potraw skosztować, które omijać i co uchodzi za narodowe danie wyspy?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć maltańskiej kuchni, bo chyba mało kto na co dzień rzeczywiście interesował się, jak jada się w tak maleńkim państwie. Czy bliskie towarzystwo Włoch odegrało swoją rolę w tradycjach kulinarnych wyspy? Czy wieloletnie wpływy różnorodnych kultur pozostawiły swoje piętno? A może ciekawi Was, co uchodzi za narodowy przysmak maltański? Jeśli odpowiedź na którekolwiek z zadanych wyżej pytań brzmiała „tak”, to ten wpis jest właśnie dla Ciebie. Zwłaszcza jeśli lubisz jeść i oglądać zdjęcia jedzenia – to Cię na pewno nie ominie. Tutaj znajdziesz:

Zacznijmy może od tego, że szukając w Internecie informacji dotyczących maltańskiej sztuki kulinarnej, natkniemy się na mnóstwo potraw, które dają nam poczucie, że gdy tylko wejdziemy do pierwszej lepszej restauracji, zostaniemy zasypani nowymi smakami i doznaniami. Niestety muszę Was rozczarować i nieco obalić ten mit. Maltańscy kucharze bardzo mocno bazują na sprawdzonych, długowiecznych przepisach, głównie włoskich. Możemy wymyślać, że wpływy brytyjskie zapewniły tam dostępność takich dań jak na przykład ryba z frytkami, ale bądźmy szczerzy – z tym spotkamy się już praktycznie wszędzie w Europie, niezależnie od tego, czy stopa Brytyjczyka dotknęła danego terytorium, czy nie. Na Malcie spotkaliśmy się może dwa razy z restauracjami reprezentującymi tylko i wyłącznie maltańską kuchnię, ale zazwyczaj są one absurdalnie drogie, w granicach 14 euro za samą zupę rybną, która też wielkim odkryciem nie jest. Przyjęłam więc sobie za zadanie przede wszystkim przedstawić Wam mniej więcej nasz jadłospis i knajpy, które odwiedziliśmy, żebyście wiedzieli, gdzie zjecie dobrze, dużo i tanio. A może i trafią się przysmaki, o których istnieniu jednak nie wiedzieliście.

Ciekawe produkty spożywcze

Zacznę od jednej z pierwszych rzeczy, które zapewne odwiedzicie, będąc na wyspie, a mianowicie od sklepu spożywczego i tego, co od razu rzuca się w oczy. W zachodniej części Europy zawsze kusiły mnie słodycze, bo choć podobne do naszych, to często seundefinedrwuje się je w zupełnie innych formach i przeważnie w bardzo dużych opakowaniach po ileś(naście) sztuk. W marketach może tak tego nie widać, ale na Malcie istnieją stragany z lokalnymi słodyczami, gdzie odbywa się darmowa degustacja. Głównie są to ciastka, także łasuchy na pewno znajdą swoje miejsce (zwłaszcza wioska rybacka Marsaxlokk nie rozczaruje pod tym względem, najlepiej wybrać się tamnalokalne targi). W przypadku spożywczaków zaskoczyły mnie z kolei ciągoty do eksperymentowania z popcornem: słony, z masłem, Z CUKREM, karmelowy, czekoladowy, barwiony na kolory tęczy. Pod tym względem jestem fanką tradycyjnego smaku, wersja na słodko mnie nie przekonuje, ale na wyspie jest to dość mocno spopularyzowane.

Patriotyczna ciekawostka – wiele produktów mięsnych czy w kategorii nabiału jest opieczętowanych nalepką ZOTT, a na opakowaniach możemy dostrzec napisy typu: „Kabanosy polskie”. Trzeba jednak przyznać, że mimo znajomości produktów oraz marki, np. tak dobrej i ogromnej mozzarelli jeszcze nie jadłam. Była lekko słonawa i większa od dłoni. Standardowo też wybór oliwek robi wrażenie – nie mówię już nawet o nadziewanych, ale o zwykłych, zielonych; ogromnych, sprowadzanych z Grecji. Chyba żadne później nie smakują lepiej, zwłaszcza kiedy wróci się do Polski.

Restauracje – przegląd wyspy

Kiedy wejdziemy jednak do knajpy, i to naprawdę byle jakiej knajpy, na wielkie menu, które mieści się na kartce formatu A3, może trzy pozycje drobnym drukiem to tradycyjne maltańskie dania. Cała reszta to kuchnia włoska, może odrobinę zmodyfikowana. Nie tyczy się to tylko i wyłącznie dzielnicy Bugibba, gdzie mieszkaliśmy. Wczytywaliśmy się w menu na całej wyspie (w tym na Gozo) i naprawdę nie dostrzegaliśmy wielu zmian poza samą ceną, która w bogatszych miastach kurortowych takich jak Sliema czy St.Julian potrafiły urastać do rzędu 15 € za pizzę Margharitę. My żywiliśmy się głównie w San Pawl il-Bahar przede wszystkim dlatego, że większość stolików sytuowano kilka metrów od morza, widoki piękne, lekka bryza chłodziła po całym dniu wysiłku, no i codziennie mieliśmy z czego wybierać.

Zacznę od dwóch restauracji, które naszym zdaniem stały na najwyższym poziomie, jeśli chodzi o obsługę i jakość serwowanych dań, a są to Bognor oraz sąsiadująca z nią George’s Bugibba – Casual Dining.

Największe porcje i najtańsze wino

Bognor w Bugibbie – tu zjedliśmy w dzień naszego przylotu, a było wtedy już naprawdę późno, po 22.00. Właściwie za niedługo zamykali, ale nikomu jakby nie przeszkadzała nasza obecność, mimo że byliśmy prawie jedynymi już klientami. Usiedliśmy przy stoliku z widokiem na morze, a kelner to obsługiwał nas z uśmiechem, to w międzyczasie jadł swoją kolację. Atmosfera była po prostu przecudowna i dlatego też wyjaśnię pewną nieścisłość.

Restauracja zbiera różne opinie – od dobrych, po koszmarne. Te drugie dotyczą głównie owoców morza, za którymi my nie przepadamy, więc nie wypowiemy się w tej kwestii, natomiast zdążyliśmy zaobserwować kilka rzeczy. Nigdzie, ale to nigdzie nie dostaniecie tak ogromnych porcji jedzenia jak tam; jednym makaronem można wykarmić trzyosobową rodzinę i mimo że siedzieliśmy nad talerzem ze dwie godziny, nie wcisnęliśmy wszystkiego do końca. Druga sprawa – w środku tygodnia, nawet w sezonie, ruch wszędzie był taki dosyć przeciętny, natomiast piątek/sobota knajpy stawały się tak przepełnione, że trzeba było ustawiać się w kolejkę i czekać. Widzieliśmy w tym czasie, jak trójka kelnerów i salowy obskakują ze dwadzieścia stolików, dosłownie biegając od jednego do drugiego. Wiem, że od przedstawicieli takich zawodów wymaga się ciągłej uprzejmości i uśmiechu na twarzy, ale po kilku podobnych godzinach nie dziwiłam się, że wszyscy mają dość i są zmęczeni. Oczywiście to pewnie wina zbyt małej ilości personelu i błędów w zarządzaniu kadrą, ale ja absolutnie nie skreślałabym Bognor z tego powodu.

To właśnie tam znajdziecie najtańsze ceny za butelkę wina (porównywaliśmy później dokładnie te same w innych lokalach i nigdzie nie znaleźliśmy nic zbliżonego, mimo że produkt był dokładnie ten sam). Rozsmakowaliśmy się w białym Green Lable, które jest lokalnym wytworem. Cena sklepowa 3,5 €, w Bognor 5 €, więc nie jest to duża różnica. Lekkie, orzeźwiające, mnie bardzo kojarzyło się z greckim house wine. Idealne na upały i nie uderza tak mocno do głowy. Przy okazji jego picia po raz pierwszy spotkaliśmy się z takim, a nie innym patentem na chłodzenie butelki. Nie wkłada się jej do wiadra z lodem, a do specjalnego pokrowca/termosu, który zatrzymuje chłód. Wygląda to dość elegancko i działa bez zarzutu:

Tak jak wspominałam, porcje jedzenia są ogromne, aczkolwiek w przypadku makaronu polecamy wziąć spaghetti zamiast penne (jesteśmy pytani o wybór), bo jest go po prostu więcej. Risotto przyrządzone świetnie – dużo kurczaka, pieczarek, jest nawet opcja dosypania samodzielnie dodatkowego sera do każdego dania tego typu. Dalej bawi mnie, że będąc zapytanymi, czy chcemy skorzystać z tej opcji, wymieniliśmy z Szymonem jedno krótkie, porozumiewawcze spojrzenie i z całą pewnością w głosie odrzekliśmy: „YEEEES”. W tym miejscu jedliśmy chyba ze trzy razy, skusiłam się nawet na wegetariański makaron z racji faktu, że był podawany z ratatouille, suszonymi pomidorami i oliwkami. Naprawdę polecam, świetne miejsce na romantyczny wieczór, zwłaszcza kiedy opadnie ogólna wrzawa. Nas zapamiętano po pierwszej nocy i później kelner zawsze był bardzo przychylny i nam nadskakiwał. Swój rachunek możemy zamknąć w 18-25 € na dwie osoby.

Najlepsze ravioli na wyspie

W George’s Bugibba – Casual Dining z kolei mieliśmy już niemalże zaprzyjaźnionego kelnera pochodzącego z Macedonii. Zawsze doradzał nam najlepsze potrawy i wdawał się w rozmowę, która niewiele miała wspólnego z jedzeniem. Ostatniego dnia nawet zaprosił nas na piwo po pracy, ale okazało się, że nie dostał zmiany i w ogóle go nie było. Widać po nim jednak, że czerpie dużo radości z tego, co robi – niektórych gości zabawiał, a na niektórych tylko kręcił głową, kiedy byli wyjątkowo trudni. Tak czy inaczej, zawsze czuliśmy się tam mile widziani i przede wszystkim dobrze najedzeni. Lepszego ravioli nie znajdziecie nigdzie na całej wyspie. Porcja jest mała (6 pierożków) lub duża (12 pierożków) i występuje w dwóch wersjach: ricotta, sos pomidorowy, bazylia, parmezan lub ricotta, sos pieczarkowy z kawałkami pieczarek, czosnek i parmezan. Absolutnie nie mam pojęcia, jak wydobywali taki smak z dań, ale gwarantuję Wam, zwłaszcza w przypadku sosu pomidorowego, że nigdy wcześniej nie próbowaliście czegoś tak mocno smakującego pomidorem. Najlepsze danie na Malcie.

Tutaj też próbowaliśmy makaronów, a nawet skusiliśmy się na pikantnego kurczaka ze szczyptą chilli na ryżu. Co ciekawe, mimo ryżu dostaliśmy też frytki, a mięso wcale nie było ostre. Doprawione jednak świetnie, chrupkie na zewnątrz, a w środku bardzo delikatne i miękkie. W tym miejscu spotkamy się też ze składaną pizzą, która wygląda jak ogromny pieróg. Skosztowaliśmy nawet lokalnego piwa Cisk, którego reklamy na parasolkach czy szybach widać na każdym kroku – Szymon wersji tradycyjnej, ja smakowej (cytrynowej). Szału nie było, w sumie nie różniło się to wiele od Radlera, chociaż mój partner i tak orzekł, że lepsze to niż np. Tyskie. W tym miejscu również swój rachunek spokojnie zamkniemy do 16-21 € na dwie osoby.

Gdzie zjeść pizzę wyglądającą jak sałatka jarzynowa?

Nieco dalej, już w bardziej turystycznej i rozrywkowej części miasta, ale również z widokiem na brzeg morza, znajduje się knajpa o nazwie Bad Bull, gdzie jadłam najdziwniejsze wydanie bardzo znanej pizzy w całym swoim życiu. Łatwo to miejsce przeoczyć, bo niemalże pochłania je Pizza Hut obok. Nie jest najtańsze, ale pizzę i makarony możemy zakupić w przystępnych cenach, a akurat na ten wieczór to było wszystko, czego szukaliśmy. Obsługa w sumie niezauważalna, chociaż ponoć jest jeden kelner, który bardzo zagaduje. Pizza smaczna, wyładowana dodatkami, ale też dość tłusta i nie ma co tego ukrywać. Salami bardzo dobra, natomiast Quattro Stagioni… zabawne. Wiecie, „cztery pory roku” to zazwyczaj jedna pizza przyrządzona na cztery różne sposoby, po dwa kawałki na spróbowanie każdego z nich. Tu natomiast te cztery smaki były ułożone… paskami, a w dodatku zawierały takie śmieszności jak groszek czy jajko na twardo, przez co niektóre kawałki pizzy wyglądały jak sałatka jarzynowa. Jak to smakowało? Nie tak źle, jak od razu widzicie to w swojej wyobraźni, ale dość nijako, jako że brakowało jakiegoś mocnego, przebijającego się smaku. Tradycyjna część smakowała lepiej – polecam jednak spróbować, ciekawe doświadczenie dla podniebienia. Za całość możemy zamknąć się do 20 € (jak już pewnie zauważyliście, taki mniej więcej mieliśmy pułap).

Restauracja Bar-bara – pizza nie, drinki tak!

Skoro o pizzy mowa, to przechodzimy w tym momencie do bubli, które spotkały nas na wyspie i które my odradzamy. Zacznijmy od baru Bar-bara, gdzie ceny co prawda są niższe niż u konkurencji, ale ma się to dość mocno do jakości, przynajmniej jeśli odnosimy się do jedzenia. Do kelnera nie będę mieć zarzutów, bo z tego co zauważyliśmy, to były chyba jego pierwsze dni pracy, a wszyscy dobrze wiemy, jak to jest, kiedy człowiek się gdzieś wdraża i ciąży na nim duża presja. W kwestii jedzenia – skosztowaliśmy pizzy z karczochami, szynką i jajkiem, a dla mnie dużym zaskoczeniem było już samo to, że jajko nie zostało rozbełtane, tylko znowu właśnie podane na twardo. Najwyraźniej tak na Malcie już po prostu jest. Ciasto cienkie, ale takie dość nijakie, nie sprawiało wrażenia, jakby świeżo wyjęto je z pieca. I owszem, było smacznie, ale wiecie, to nie to, czego oczekuje się za wydane pieniądze, choć za dwie osoby możecie zapłacić tylko 15 euro. Z tego co jednak widzieliśmy, mimo wysokich cen, bardzo atrakcyjne w tym miejscu okazały się drinki (duży wybór, ładnie przygotowane), więc może lepiej celować w tym kierunku, jeśli chodzi o bar.

Gdzie NIE jeść?

Poniższy przykład to jednak jeszcze nic, bo dzień później poszliśmy do sąsiada Bar-bary. Za żadne skarby świata nie przypomnę sobie teraz jego nazwy, na mapkach Google także nie istnieje, ale to restauracja, która jest dosłownie po sąsiedzku, po lewej stronie. Powiem tak – obsługa pozostawiała wiele do życzenia, poczynając od niewymytych stolikach, a kończąc na zupełnej obojętności wobec klienta. Na Malcie wiele osób, które nas obsługują, nie od razu przyniosą menu, bo najwyraźniej często odwiedzają ich miejscowi z góry wiedzący, co chcą zamówić. W takiej sytuacji jednak kelner pyta, czy chcemy coś do picia, do jedzenia, czy może jednak przynieść menu. W przypadku tej knajpy kobieta po prostu spytała, co chcemy. Poprosiliśmy o kartę dań, w sumie ani be, ani me, ale w porządku. Okazało się, że duża część składników się skończyła, więc musieliśmy zrezygnować z wybranych w pierwszej kolejności posiłków.

Ostatecznie pokusiliśmy się na tortellini oraz narodową potrawę Malty – królika, z tym że dodanego do spaghetti. Pierwsza opcja zjadliwa, chociaż niewiele odstająca od sklepowych pierożków, w dodatku dość mocno słona, druga natomiast… straszliwie nas rozczarowała. Naszym problemem przede wszystkim było to, że nie do końca wiedzieliśmy, jak powinien smakować dobrze przyrządzony królik. Kiedy byłam dzieckiem, moja babcia co prawda je podawała, ale w formie pasztetu, więc raczej ciężko to przyrównać. Jestem natomiast świadoma jednego – podczas jedzenia raczej nie powinno się notorycznie wyciągać z ust kawałków chrząstek czy kosteczek. Nie powiem, że było ich więcej niż mięsa, ale raczej nie należało to do najprzyjemniejszych odczuć świata. W każdym razie doświadczenie było na tyle złe, że nie chcieliśmy drugi raz próbować, czy smakuje tak zawsze, czy wybraliśmy zły lokal. Chociaż tyle dobrze, że w tej knajpie również zamykamy się w niecałych 20 €. Generalnie bardzo nie polecamy. Dlaczego więc nie wyszliśmy już na początku? Życie nauczyło mnie, że nie zawsze najpiękniejsze miejsca oferują najlepsze smaki i na odwrót, ale nie zawsze musi się to sprawdzać.

Smakowe ciekawostki

Co do królika – to danie dostaniemy wszędzie, nie tylko jako dodatek. Możemy na przykład za 20-30 euro zamówić go na tacy w całości. Jeśli macie lepsze doświadczenia niż my, koniecznie podzielcie się opinią, może Wy przekonacie nas na drugą próbę.

Warto tutaj również wspomnieć o czymś w rodzaju przekąski, co możemy dostać w wielu piekarniach. Timpana, czyli włoskie danie – to tak naprawdę zwykłe penne bolognese mocno zlepione sosem i zapieczone w cieście francuskim, dzięki czemu wyglądem nieco przypomina lasagne i jest bardziej sycące. Smaku wiele to nie zmienia, można łatwo przyrządzić danie w domu, ale z drugiej strony nie wiem, czy sama byłabym skłonna do tego, żeby dokładać sobie roboty. Polecam jednak jako ciekawostkę, zwłaszcza by udowodnić Wam, że nie każda stolica państwa musi być droga. Dlaczego? Danie to nabyliśmy w Valettcie za 2 euro (normalną, dużą porcję) – standardowo kosztuje 4, natomiast po godz. 17.00, na chwilę przed zamknięciem, w takich miejscach obniża się ceny o połowę. Idealnie.

Kilka razy spotkaliśmy się też z czymś, co nazywa się bragioli (również włoskie danie), ale z racji ceny (12-15 euro za porcję) odpuściliśmy sobie tę przyjemność. Spróbujcie więc na własnym tripie i dajcie nam znać – to tak naprawdę rolady z marchewką, cebulą i oliwkami (choć częściej nie). Brzmi dość znajomo 🙂

Najsmaczniejsze lody

Było już mnóstwo o ciepłych daniach i przekąskach, trzeba jednak wspomnieć też parę słów o czymś, co może nas schłodzić, a mianowicie o lodach. Z najlepszymi z nich spotkaliśmy się w Sotto Zero. Wybraliśmy tę lodziarnię przede wszystkim dlatego, że któregoś wieczora dostrzegliśmy ogromną kolejkę ciągnącą się do tego miejsca przez pół ulicy i zdecydowaliśmy, że musimy zobaczyć, o co ten cały zachód. W godzinach przedpołudniowych jest zupełnie pusto i często z tego korzystaliśmy. Wybór lodów jest ogromny, różnorodność smaków wręcz powala – są tradycyjne, owocowe, kwaśne, bardzo słodkie. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: jogurt, melon, M&M’s, Amaretto; co dusza zapragnie. Gałka kosztuje 2,5 euro, każda kolejna dodatkowe euro. Gwarantuję Wam jednak, że po jednej będziecie mieć równocześnie serdecznie dość i pragnąć więcej.

W tym miejscu je się głównie z kubeczków (można poprosić o wafelek, choć jest droższy) i jedną gałkę liczy się w ten sposób, że najpierw uzupełnia się kubeczek, a później na szczyt kładzie się ogromną hałdę lodów, która roztapia się szybciej, niż jesteś w stanie ją jeść. Arbuz naprawdę smakuje jak arbuz, w M&M’sach znajdziemy kawałki M&M’sów. Zakochałam się też absolutnie w czymś, co nazywa się kremem z pistacji. Wiecie, nie zwykła, jasna pistacja, a coś, co jest dosłownie ciemnozielone. Nie wiem, czy to jakoś specjalnie zmielony orzech, czy inna magia, natomiast był tak słodki jak mleczna czekolada, po prostu obłęd. MUSISZ TAM BYĆ – a wiesz czemu? Bo na miejscu jest darmowe kosztowanie. Nie umiesz zdecydować się na smak? Możesz poprosić o spróbowanie dziesięciu z nich i dopiero później podjąć decyzję. Czy to nie jest piękne?

Chłodzone napoje

Jeśli natomiast skupiamy się na chłodzonych napojach, to w każdym miejscu, w każdej kawiarni uświadczymy mrożonej kawy – często z syropem, natomiast rzadko z lodami smakowymi. Przeważnie to po prostu mocna kawa z kostkami lodu, ale akurat my za nią przepadamy i Grecja pod tym względem nauczyła mnie kultury picia.

Bardzo polecam jeszcze Slushy/Slush, który w innych krajach nazywa się Granitą, u nas z kolei zwykłym sorbetem lodowym. Sęk jednak w tym, że na Gozo, w okolicach Lazurowego Okna, możemy natknąć się na ten przysmak z dodatkiem alkoholu – np. Red Bulla połączonego z wódką lub samej limoncelli. Nie jest to mocne, a smakowało nam ogromnie, zwłaszcza sączone przez słomkę nad brzegiem morza.

W wielu miejscach możemy też natrafić na lokalne likiery sprzedawane np. w trzypakach za 9 euro. Jest to na tyle wygodne, że nie musimy kupować jednej, drogiej butelki, a właśnie zapoznać się z kilkoma smakami takimi jak chlebek świętojański, figa czy opuncja. Nie jest to jednak napój dla każdego – przede wszystkim dlatego, że musimy pogodzić się z jego mocną słodyczą. Wypicie większej ilości raczej szybko potrafiłoby zmulić – mnie figa smakowała najbardziej, natomiast Szymon otwarcie przyznał, że chyba nie jest w stanie tego pić. Jeśli jednak nie dla Was samych, to warto kupić taki zestaw na prezent – nie ma z nim problemu na lotnisku, w dodatku sami możemy dobrać smaki do zapakowania. My swój nabyliśmy akurat w Mdinie.

Jedzenie na Gozo

Z Gozoniestety nie mamy tylu kulinarnych przeżyć, ale troszkę się porozglądaliśmy i chcę obalić mit o tym, że ceny są w tym miejscu znacznie niższe niż na całej Malcie. Nawet jeśli kiedyś tak było, to w dobie kryzysu każdy ratuje się, jak może i teraz wielkiej różnicy nie widać. Zbyt wielu sprawdzonych knajp nie mamy, natomiast Szymon zakochał się jednej, prowadzonej przez rodowitych Włochów w samym Rabacie (miejscowości, a nie w zniżkach :D). Lokal nazywał się Pasta Republic i przygotowuje się w nim domowy makaron. Właściwie wybiera się tylko porcję małą lub king size, ewentualnie jakiś pakiecik z winem i nawet duże porcje kosztują koło 8 euro. Cena jest jedna dla każdego rodzaju sosów, które nie są wymyślne, dość zwyczajne, ale rzeczywiście bardzo smaczne po przyrządzeniu. Z pewnością jeden z lepszych makaronów, dużo grubszy niż w przeciętnych restauracjach, no i porcja rzeczywiście taka, że napełnicie głodne po całym dniu brzuchy. Co akurat fajne, mamy możliwość zapłacenia zarówno przed jedzeniem, jak i po. Trzeba mieć jednak na względzie, że sam lokal dalej jest zamknięty dla turystów ze względu na koronawirusa, a na zewnątrz znajdują się jedynie dwa stoliki do swobodnego siedzenia.

To chyba tyle, mam nadzieję, że nakreśliłam Wam mniej więcej, czego możecie spodziewać się po przylocie na Maltę, gdzie warto lub nie warto zjeść, a także w jakie smakołyki celować. Jestem świadoma, że wielkiej różnorodności czy też zaskoczenia tutaj nie uświadczyliście, ale mam nadzieję, że odwiedzicie któreś z polecanych przez nas miejsc i podzielicie się swoimi wrażeniami – mam nadzieję; równie pozytywnymi.

Węgierska kuchnia – papryka, gulasze i przekąski w alternatywie dla kebaba

Z czym kojarzy się węgierska kuchnia? Przede wszystkim z gulaszami w kociołkach, zupami w chlebie i dużą ilością wina oraz papryki – czy to w postaci warzywa, czy sproszkowanej przyprawy. Zazwyczaj dużo ostrości, mięsa i dość ciężkostrawnie, choć nie jest to regułą. Dziś skupimy się na kilku ciekawych punktach gastronomicznych, a także potrawach czy przekąskach, jakich trzeba spróbować lub wręcz przeciwnie, będąc już na miejscu. Zapraszam na:

Langosz – gdzie najlepiej zjeść?

Na sam początek warto wspomnieć, że niepowtarzalną okazją do skosztowania tradycyjnych dań w samym Budapeszcie jest bożonarodzeniowy jarmark znajdujący się na Vörösmarty tér. Prócz pojedynczych budek ze słodyczami czy kurtosz-kołaczami znajdziemy kilka połączonych ze sobą punktów gastronomicznych. Pośrodku znajduje się dość duży placyk, który stanowi powierzchnię roboczą dla „kucharzy”, a wokół niego rozciągają się blaty i gorąca płyta z gulaszami, golonkami, mięsami, kiełbasami, zasmażanymi warzywami i wszystkim, o czym można tylko marzyć. Człowiek żałuje, że ma tylko jeden żołądek. Możliwość zjedzenia czegoś w tym miejscu mamy od końca listopada do końca grudnia. Na co my się skusiliśmy? Na coś bardzo tradycyjnego, a mianowicie na langosza.

Tę potrawę można spotkać także na naszych polskich jarmarkach, ale jednak dość różnią się one smakiem. Jeśli ktoś nigdy wcześniej się z nią nie zetknął, to można przyrównać ją do ogromnego, napęczniałego placka z pogrubionymi bokami w taki sposób, żeby do środka można było napakować mięso, jogurt czy sos: dzięki temu dodatki nie wypadają czy nie wyciekają. W przeciwieństwie do zwykłych placków ziemniaczanych, tutaj oprócz ziemniaków używa się również mąki pszennej, drożdży i mleka (oraz takich dodatków jak cukier czy sól, ale to już według własnego uznania). Najpopularniejszym zestawieniem „farszu” jest chyba jogurt z serem żółtym startym na tarce w grube wióry (na to się właśnie zdecydowaliśmy), ale także cukier, szynka albo masło czosnkowe. W zasadzie kombinacji jest dużo i jako że placek jest neutralny w smaku, można eksperymentować z wypełnieniem.

Nasza rada? Z pewnością zamówilibyśmy jeden placek na dwie osoby, bo są po prostu ogromne – wielkości głowy. Wiadomo, fajnie się najeść, ale jeszcze lepiej popróbować wielu rzeczy po kawałku, na co nam po prostu nie starczyło siły. Mój przyjaciel dokończył przekąskę z wielkim trudem, ja już samą końcówkę zostawiłam, przy czym obojgu było nam tak niedobrze, że nie wiedzieliśmy, jak dotrzemy do domu. Czy langosze są tego warte? Szczerze mówiąc… trochę się rozczarowaliśmy. Wielkiej eksplozji smaków nie doznaliśmy, w połowie placek robi się wręcz mdły i nieustannie ma się wrażenie, że je się spód bardzo tłustego pączka, który za długo taplał się w głębokim oleju. Do tej potrawy trzeba mieć trochę zahartowany żołądek – my na przykład nie jemy specjalnie tłusto i przez resztę nocy ciężko nam było przeżyć. Żeby się wypowiadać, trzeba jednak spróbować, więc tak czy siak zachęcam, tylko nieco rozsądniej niż my.

Restauracja Sir Lancelot – jedzenie i rozrywka

Moim ulubionym punktem gastronomicznym z pewnością stała się restauracja Sir Lancelot. To miejsce, do którego bez przerwy ciągną się ogromne kolejki, nawet jeśli macie rezerwację. Bez niej nie liczyłabym nawet na wejście, niezależnie od tego, czy to weekend, czy jakikolwiek inny dzień tygodnia. Nie trzeba dzwonić, na oficjalnej stronie znajduje się formularz, który należy wypełnić w języku angielskim (lub węgierskim, jeśli ktoś ma zadatki na poliglotę). Można zadawać pytania i dostosować termin – obsługa jest naprawdę rzetelna, żadnego maila nie pomija i stara się załagodzić wszelkie niedogodności. Po uzupełnieniu takiego wniosku dostajemy potwierdzenie, a na miejscu podchodzimy już tylko do kontuaru, podajemy swoje dane i otrzymujemy przydzielone nam wcześniej miejsce. Jest przy tym sporo zamieszania, bo ludzi w kolejce czeka dosłownie milion, ale idzie to dość szybko. Współczułam jednak dziewczynie, która przyjmowała gości – nawet po jej sposobie mówienia dało się poznać, że jest tragicznie zmęczona, jakby pracowała 12 godzin.

Dlaczego to miejsce zrobiło taką furorę? Knajpa rozciąga się na dwóch piętrach – parter, antresola i piwnica. Całość urządzona jest w średniowiecznym stylu – grube, zimne mury, podłużne drewniane ławy i stoły, kolorowe witraże zamiast okien, mnóstwo elementów wystroju w stylu broni, zbroi, kielichów, flag, żyrandoli, świec. Wszystko wspaniale ze sobą współgra, bo to nie tylko zasługa dekoracji, ale też obsługi w specjalnie skompletowanych strojach. Panie mają długie spódnice i białe bluzki z szerokim dekoltem odsłaniające brzuchy, panowie z kolei zwiewne koszule, buty przed kolano i luźne spodnie. Równocześnie jest na co popatrzeć, ale też nic nie wykracza poza granice dobrego smaku. Stroje nie są wyzywające, a widoki nie obrzydzają nam jedzenia – mamy klimat, a nie przesadę.

Kolejny element to występy, które odbywają się od godziny 20.00-23.00 w weekendy co 20 minut. Niesamowita rozrywka, w której możemy uczestniczyć bez presji czasu dzięki temu, że każdy stolik rezerwowany jest na ponad dwie godziny i zapewniam Was, że tyle właśnie każdy z gości spędza czasu w tym miejscu. Wcale nie dlatego, że czas oczekiwania na dania jest tak długi, a właśnie ze względu na dobrą zabawę. Widząc takie tłumy, sama bałam się, ile przyjdzie nam czekać na coś do zjedzenia, ale restauracja zatrudnia tylu pracowników, że dosłownie się tego nie odczuwa i to oczekiwanie jest dokładnie takie, jak w innej knajpie przeciętnych rozmiarów, za co ogromny plus.

Na czym polegają występy? Raz jest to pokaz ognia, innym razem taniec brzucha czy wystąpienie siłacza, który wyszukuje w tłumie drobną kobietkę i podnosi ją nad głowę. Jest też połykacz ognia i pokazy stricte komiczne, bywają też interakcje, w których zamyka się kogoś w dybach i trzeba go „wykupić”. Możliwości jest od groma i trochę, a każde takie kilkuminutowe przedstawienie angażuje klientów. Jedni są bardziej nieśmiali, inni wręcz rwą się do wyjścia na środek (zwłaszcza ci, którzy już troszkę wypili), ale każdy dobrze się bawi. Panuje naprawdę biesiadna atmosfera, nawet stawia się bardziej na jedzenie rękami i swobodę, a każdy dostaje ogromny śliniak w postaci chusty do zawiązania. Ja na przykład stwierdziłam, że zaczekam z nim aż do podania posiłku, ale podszedł do mnie kelner i bez pytania sam mi go zawiązał, chyba martwiąc się, że bez tego mniej się zintegruję.

Najważniejsza jednak sprawa: menu, jedzenie i finanse. Jak jakość ma się w stosunku do ceny, czy to się w ogóle opłaca i czy poza atmosferą będziemy w stanie najeść się i być zadowoleni? Odpowiedź brzmi – jak najbardziej tak. Miejsce nie jest tanie i nie ma co tego ukrywać. Zwłaszcza jeśli spojrzymy na zestawy dań, z których każdy z nich ma jakąś fikuśną nazwę w stylu Niebieski Rycerz itd. Otrzymujemy od razu przystawkę, zupę, kilka rodzajów drugiego dania i deser. Taki interes kosztuje grubo ponad 100 zł, czasami nawet podchodzi pod 200 i mimo ogromnej pokusy, wreszcie go sobie odpuściliśmy. Byliśmy tak rozemocjonowani, że chcieliśmy kupić jak najwięcej i jak najwięcej skosztować. Moja rada? Zamówcie zupę i drugie danie, wyjdzie dużo taniej (zamkniecie się do stówy razem z piciem), a i tak gwarantuję Wam, że tego nie przejecie (dobra, 98% z Was nie da rady i mówię to ja, ogromny żarłok). Porcje są po prostu gigantyczne.

Zupy przynoszone są w bochenku chleba – często w taki sposób, że w jednej połówce znajdziemy potrawę, w drugiej ser lub grzanki do dodania. Co tu wiele mówić – są pyszne. Ja zamówiłam cebulową, kto inny żurek i wszystko było wyśmienite. Jesteście ciekawi drugiego dania? Przynosi się je na ogromnych, srebrnych tacach. Chcecie zamówić kurczaka? Śmiało, dostaniecie go w całości. Do tego sos w wielkiej sosjerce, cała taca ziemniaków i warzyw. Szaszłyki? Cztery ogromne patyki wypełnione mięsem. Pękniecie, obiecuję.

Jeśli chodzi o napoje, to piwa podawane są w wielkich kuflach, natomiast wina przynosi się w dzbanku i rozlewa do małych, glinianych naczynek z nazwą restauracji. Zdaję sobie sprawę, że część osób podróżuje bardzo niskobudżetowo i taki koszt za jeden obiad/kolację wydaje się przerażający, ale nie płacimy jedynie za posiłek, a za wspomnienia, które pozostają naprawdę niesamowite. Idźcie i zamówcie nawet jedną tacę na dwie osoby – nie będziecie żałować. Kiedy zobaczycie, jak kelner dźwiga ogromną deskę z górą mięsa nad swoją głową, to stwierdzicie, że było warto: nie wiadomo tylko, czy dla kelnera, czy dla mięsa bardziej.

Kolbice – alternatywa dla kebaba

Była restauracja, to teraz może znowu przekąska, a mianowicie kolbice. Jeśli macie już dość kebabów w bułce, to idealny moment, żeby zaznać odmiany. Ta przekąska przyciągnęła naszą uwagę już w momencie, kiedy przechodziliśmy obok niej po raz pierwszy. Znajdowała się w jednej z wielu rozstawionych budek i food-trucków pomiędzy Placem Bohaterów a zamkiem Vajdahunyad. Czym właściwie są kolbice? To wycięta w stożek bułka bez dna, do której wkłada się sałatę, cebulę (zwykłą do środka oraz prażoną na górę) i pomidorki, ale większość wypełnienia stanowią i tak różnego rodzaju kiełbaski: zwykłe, ostre, curry lub chilli. Na to wszystko wylewa się jeszcze wybrany sos.

Przekąskę tę można zjeść w kilku wersjach, a jej koszt waha się w okolicach 2000 HUF (ok. 26 zł). Troszkę dużo, w tej cenie można by mieć w końcu zestaw obiadowy, ale wbrew pozorom dało się tym najeść. Jak ogólne walory smakowe? Generalnie szału nie było: smaczne, ale bez przesady. Mimo że jestem ogromną fanką mięsa, brakowało mi większej ilości warzyw –miałam wrażenie, że czuję tylko i wyłącznie kiełbaski, które do najwybitniejszych nie należały. Zależy jeszcze które, natomiast większość z nich przesiąkła ostrym aromatem i miała dość dziwną, twardawą konsystencję. Najbardziej jednak wytrącającą z równowagi rzeczą była powłoczka na mięsie – wiecie, trochę tak, jakbyście nie zdjęli folii z parówki. Zastanawialiśmy się, czy tak powinno być, czy może to trzeba najpierw obrać. Z drugiej strony trochę głupio – dostajesz skomponowaną kolbicę do ręki i pierwsze co, to będziesz wygrzebywać z sosu kiełbaski i je obierać. Najwyraźniej tak to właśnie powinno smakować i wyglądać. Maciek śmiał się, że dzięki „ubranku” kiełbaska ma lepszy poślizg i szybciej leci do żołądka z głośnym „weeee”. Co do bułki, to przyrównałabym ją do naszej kajzerki. Ogólnie oceniłabym przekąskę na takie 6,5/10. Zjadliwe, nawet nie najgorsze, poza tym dość ciekawe doświadczenie no i naprawdę można się najeść, bo mięsa jest spora ilość. Podawane też dość schludnie, więc jeśli są tu jacyś mięsożercy, to może warto by się skusić.

Grzane wino

W tym samym miejscu (pomiędzy Placem Bohaterów a zamkiem Vajdahunyad w foodtruckach) mogę też polecić jedno z najlepszych grzanych win, jakie piliśmy w Budapeszcie – duże, mocne, idealne na rozgrzanie i temperaturę poniżej zera. Kosztowało zaledwie 600 HUF (ok. 7,80 zł), czyli właściwie tyle co nic. Co prawda nie było podawane zbyt ładnie, to w końcu napój na wynos, więc do styropianowego kubka musiało się ograniczyć, ale fakt faktem, sprzedający nie oszczędzali i lali do pełna (300 ml). Gdziekolwiek później się nie udaliśmy, nie znaleźliśmy już lepszej oferty – wszędzie drożej za mniej. Nie mówię już o różnicy 200 HUF, bo za tyle zdołaliśmy się napić na Placu Macieja przy Domu Houdniniego, ale na przykład o cenie 1200/1400 HUF po wejściu na Górę Gellerta. Jeśli chodzi o grzańca za 800 HUF, to sprzedawał go naprawdę cudowny człowiek; zagadywał, śmiał się, z każdym porozmawiał. Nie dało się jednak ukryć, że mimo strasznie wysokiej temperatury samego napoju, to nie alkohol rozgrzewał, a sam fakt trzymania ciepłego kubka. Kiedy tylko napój się skończył, znowu marzliśmy, a sam smak też zbyt dużego wrażenia nie robił (raczej rozwodniony i bardziej jak cierpki sok wiśniowy).

Mnie smakował też grzaniec w podobnej cenie na ulicy Váci Utca w knajpie Európa Café. Pierwszy raz spotkałam się tam ze zwyczajem, że do wina podaje się też palemkę, taką jaką możemy spotkać przy drinkach czy może koktajlach. W sumie wydało mi się to całkiem urocze, a samo miejsce jest całkiem niezłym punktem na romantyczny wieczór. Obsługa naprawdę uchyla niebios, każdy podchodzi do ciebie z uśmiechem i radością, że może cię obsłużyć. Większość miejsc siedzących znajduje się na zewnątrz, dlatego odrobinę lepiej byłoby pewnie zarezerwować stolik, gdyby było cieplej. Z drugiej jednak strony jest ogrzewanie w postaci filarów ogniowych, a na każdym krześle pozostawiono kocyk do nakrycia. Menu zachowano w dużym stopniu kawiarniowe, sprzedawali nawet gorącą czekoladę (jestem wielkim smakoszem, więc doceniam, kiedy ktoś ma w ofercie akurat ten napój, bo nawet w okresie zimowym nie jest to taką oczywistością). Nie zabraknie deserów, ale też potraw mięsnych w różnych wydaniach: panierowanych, z makaronem czy zwykłych gulaszy. Ja skusiłam się na zupę gulaszową i nie byłam zbyt rozczarowana. Kelner co prawda ostrzegał, że potrawa będzie ostra, ale albo przesadzał, albo mam dość dużą tolerancję, bo nie za bardzo to poczułam. Jedyne co, to danie mogłoby być trochę gęstsze (więcej mięsa, papryki i ziemniaków), ale przyprawiono je naprawdę dobrze. Polecam więc, pod spodem zdjęcia jedzonka i lokalu.

Restauracja Vigado

Warto wspomnieć jeszcze o restauracji Vigado w Budzie. Kiedyś to miejsce wyglądało ponoć z zewnątrz dosyć obskurnie, natomiast jakość jedzenia wynagradzała wszystko. Teraz z kolei z zewnątrz jest całkiem nieźle, najwidoczniej po drodze trafił się jakiś remont, ale odbiło się to negatywnie na samej obsłudze czy potrawach. To miejsce słynęło z pysznej zupy w chlebie i to był główny motyw, który zachęcił nas do odwiedzenia go. Zapytaliśmy jeszcze na wejściu, czy na pewno ją dostaniemy, kelnerka pokiwała głową i zniknęła. Chyba jednak się nie zrozumieliśmy, bo po pewnym czasie wróciła, a zupy, które postawiła przed nami, znajdowały się w garnuszkach (dość małych w dodatku). Zaraz potem na stół położyła stolik z pieczywem, a my z Maćkiem spojrzeliśmy na siebie ze smutkiem i rozczarowaniem. Ten, kto czytał o naszych budapeszteńskich przygodach, ten wie, jak bardzo tego dnia czekaliśmy na tę zupę. Drugie danie natomiast uratowało honor, przynajmniej w moim przypadku. Ja zamówiłam makaron z sosem śmietanowym i dodatkami, natomiast Maciek gulasz. Nasze porcje różniły się wielkością dość dostrzegalnie, a sposób przygotowania mięsa pozostawiał wiele do życzenia. Penne z kolei naprawdę było pyszne, więc jeśli chcecie kiedyś zajrzeć do Vigado, to raczej pod kątem kuchni włoskiej, nie węgierskiej (no i może nie na zupę). Generalnie to nie było dla nas miejsce, w którym mogliśmy się najeść do syta, a już na pewno nie mężczyzna, nawet po dwóch daniach. Mimo dość przeciętnej i dopuszczalnej ceny, polecałabym przeznaczyć te pieniądze na coś innego.

Ciekawe widokowo restauracje

Istnieją jeszcze dwa miejsca w Budapeszcie, w których nie wiem co prawda, czy dobrze zjemy, ale przede wszystkim nacieszymy nasze oczy i zapełnimy wspomnienia. Nam niestety nie udało się trafić do ani jednego z nich (albo ze względu na odległość, albo na kolejki), ale Wam je polecę i może będziecie mieć więcej szczęścia. Pierwsze z nich to Vagon Restaurant znajdująca się dokładnie przy ostatnim przystanku metra na skraju Budy. Hitem tego miejsca jest to, że jak sama nazwa wskazuje, po prostu urządzono lokal w pociągu, a my siedzimy przy stoliczkach w wąskim wagonie urządzonym w dość starodawny sposób. Na pewno nie ominęłabym tego przy okazji swojej drugiej wizyty w stolicy, mając nieco więcej czasu.

Drugi punkt gastronomiczny to For Sale Pub. Swoim wyglądem przypomina nieco stajnię, gdy dostaniemy się już do środka – wszędzie porozrzucane siano, mnóstwo papierów i gazet przypiętych do sufitu, drewniane meble i iście kowbojski nastrój. Trzeba jednak liczyć się z tym, że przyjdzie nam tam czekać w długiej kolejce, jeśli wcześniej nie dokonamy rezerwacji. Na miejscu oczywiście piwo i alkohole, ale mimo że jest to pub, hojnie oferowane są też duże dania mięsne, często z grilla.

Mam nadzieję, że ten wpis pomógł Wam odnaleźć idealne miejsce na zjedzenie czegoś w Budapeszcie. Propozycji jest dość dużo – starałam się, żeby było różnorodnie. Dajcie znać, co Was najbardziej zachęciło i polećcie coś od siebie, jeśli Budapeszt macie za sobą. Tymczasem zapraszam na mojego Instagrama i Fanpage’a, odnośniki po prawej stronie na górze!