Malta cz.3 – Jakie płatne atrakcje warto odwiedzić na wyspie, ile kosztują i co dzięki nim zobaczymy?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-ciodniowej wyprawy na Maltę. Jest kontynuacją wcześniejszych wątków, ale jeśli chcesz, możesz zacząć czytać od tego miejsca i nie powinno zaburzyć to Twojego odbioru. Dziś opowiem Wam o kilku płatnych atrakcjach w zamkniętych przestrzeniach na wyspie i doradzę, które z nich najlepiej sobie odpuścić, a które wpisać na swoją listę must-have. Zapraszam! Oto, co Cię tu czeka:

Co warto zaznaczyć w ramach wstępu to fakt, że zanim wybierzemy się w dane miejsce, konieczne jest sprawdzenie aktualnych cenników i dodatkowych informacji. Na Malcie bardzo często spotkamy się z tym, że podchodząc do kasy, nie mamy tablicy z przedstawionymi kosztami dla różnych grup wiekowych czy dni tygodnia – zwykle pracownicy danej atrakcji przekazują nam tę wiedzę samodzielnie i, jak można się domyślić, raczej nie stawiają sobie za priorytet, by wybrać dla nas jak najdogodniejszą opcję. Taki research jest ważny zwłaszcza w czasach pandemii, bo zaraz po lockdownie ceny za wejścia spadły w wielu miejscach bardzo dostrzegalnie, a potem wróciły do normy, czego nie aktualizuje się ani na banerach reklamowych, ani na stronach internetowych – druga więc zasada: zawsze warto pytać i nie bać się, że wyjdziemy na Janusza.

Wioska Popeya – cena, atrakcje, opinia

Mówię o tym przede wszystkim dlatego, że my sami, nawet mając wprawę w wyjazdach, daliśmy pod tym względem plamę i to w jeden z pierwszych dni. Udaliśmy się do wioski Popeya (wiecie, tego marynarza jedzącego szpinak), bo od początku to była dla nas jedna z bardziej atrakcyjnych lokacji. Pamiętam jeszcze, jak siedząc w domu, przeglądaliśmy zdjęcia Malty i podziwialiśmy te kolorowe, malutkie czy krzywe domki – im dłużej to robiliśmy, tym bardziej stawaliśmy się napaleni na wyjazd.

Miejsce wydawało się tym bardziej przyciągające, że w zamyśle nie powstało po to, by przyciągać turystów. Pewnie na początku nikt się nawet nie spodziewał, że takie okaże jego końcowe przeznaczenie. Jaki więc był główny cel jego powstania? Przede wszystkim służyło za plan filmowy do musicalu, gdzie główną rolę zagrał Robin Williams. Nie zdziwię się, jeśli większość z Was nie miała z nim styczności i żyła samą kreskówką – to podobnie jak my. Po obejściu wioski naszła nas jednak ochota na poznanie drugiej opcji, mimo że w naszych głowach tkwiło poczucie, jak bardzo naiwne i głupiutkie to prawdopodobnie będzie. Przyjemnie jednak oglądać jakiś film i mówić: „Patrz, ten domek widzieliśmy!”

Budowa wioski zajęła siedem miesięcy i jest to wynik dość imponujący, nawet jeśli brać pod uwagę, że powierzchnia tego miejsca nie jest zbyt duża. Sceneria wygląda jednak naprawdę bajkowo – oprócz kolorów urzeka celowe niedbalstwo, polegające na tym, że wiele elementów jest niesymetrycznych, dachy domów są krzywe i właściwie wszystko wydaje się lekko pokraczne. Większość budynków została poddana renowacji, ale my na przykład ujrzeliśmy jeden z ostatnich, który jeszcze nie doczekał się odnowy. Zabezpieczono go rusztowaniami, da się dostrzec wyblakłą farbę, niemalże zburzony środek i spróchniałe deski, które ledwie się trzymają. Bardzo ciekawy kontrast dla niemal idealnej całości.

Cena

Bilety wstępu w okresie letnim są uzależnione od dni tygodnia, kiedy odwiedzamy obiekt. W weekend za osobę dorosłą zapłacimy 18 euro, natomiast w tygodniu o połowę taniej. Niestety dowiedzieliśmy się o tym za późno, ponieważ już w momencie, gdy wychodziliśmy z ośrodka. Troszkę więc chodziło to za nami do końca wyjazdu, bo jednak warto byłoby te dodatkowe pieniądze mieć, aczkolwiek samego wstępu i odwiedzin absolutnie nie żałujemy. Zabawiliśmy tam około trzech godzin; wydawałoby się, że to wręcz niemożliwe, a jednak czeka nas sporo atrakcji. W cenie biletu otrzymujemy darmową pocztówkę i popcorn, które później możemy odebrać na trasie.

Dostępne obiekty

Wbrew pozorom nie podziwiamy obiektów tylko z zewnątrz – bardzo często istnieje możliwość wejścia do środka domku. Część z nich została przerobiona na kino, restaurację, toalety czy sklepy z pamiątkami, ale do niektórych zaglądamy, by obejrzeć zdjęcia z planu filmowego, zbiory figurek i pluszaków, a także rekwizyty, które zostały użyte podczas nagrywania musicalu.

Istnieje też specjalna strefa z grami, gdzie możemy uzupełniać drewniane układanki, grać w warcaby, kółko i krzyżyk i tym podobne. Znajdują się tam jednak także nieco bardziej skomplikowane obiekty, które umożliwiają nam rywalizację – na przykład tor przeszkód, gdzie musimy przejść trasę pomiędzy gęsto zawieszonymi nitkami z dzwoneczkami. Celem jest niewywołanie dźwięku żadnego z nich, ale mimo naszych małych rozmiarów okazało się to dosyć trudne. Jeszcze ciekawszą opcją jest toilet game, gdzie pod ścianą ustawiono wystylizowane kibelki i narysowano na nich celownik, do którego musimy rzucać prawdopodobnie papierem toaletowym, by zamknąć klapę. Rozgrywki na żywo nie udało nam się jednak zobaczyć. L Poleciłabym Wam również mini-golf, który znajduje się na miejscu, bo sama jestem wielką fanką i wspominam grę z sentymentem, jednak widać, że nikt już dawno o tę strefę nie zadbał. Tory są dość zdewastowane, krzywe, przeszkody przewrócone – a szkoda, bo miejsce kiedyś musiało wyglądać naprawdę ładnie. Rozegraliśmy dwa dołki na słońcu i poddaliśmy się, bo więcej tam było wściekania się niż zabawy.

Iluzje optyczne i zabiegi filmowe

Poddaliśmy się też iluzjom optycznym dzięki domkowi z krzywą podłogą. Tego zabiegu ponoć bardzo często używano w filmie, by zniekształcić perspektywę widza. Polegało to na tym, że domek był idealną bryłą, natomiast kafelki w środku układano w taki sposób, by jedna osoba stała dużo wyżej niż druga. Na ujęciach więc wyglądało to w ten sposób, że obie postacie stoją na równej powierzchni, natomiast jedna ma sufit tuż nad głową, podczas kiedy drugiej brakuje do niego jeszcze grubo ponad metr. Chcieliśmy przedstawić Wam to na zdjęciu, niestety brakowało nam trzeciej osoby do strzelenia fotki, plus w środku było na tyle ciasno, że i tak nie dałoby rady jej zrobić. Musicie więc sami pojechać na miejsce i dowiedzieć się, co mam na myśli.

Oprócz rozrywki, którą zapewniamy sobie sami, możliwe jest obejrzenie inscenizacji odgrywanych przez pracowników wioski. Występują nie tylko na scenie, ale też zaczepiają przypadkowych przechodniów; z jednej strony to gratka dla dzieciaków, z drugiej my jako dorośli czuliśmy się dosyć nieswojo w tego typu interakcji, bo właściwie tylko stoimy i patrzymy, jak postacie przerzucają się zdaniami na twój temat. Jeśli chcemy być takim biernym widzem, to najlepiej udać się do kina, gdzie pokazana została historia powstania musicalu i wioski w języku maltańskim lub angielskim.

Kąpiel w zatoce

Duża zaleta – na miejscu możemy się również wykąpać w zatoce, mamy darmowy dostęp do materacy z baldachimami oraz dmuchanych atrakcji w wodzie. Trzeba więc przyznać, że może i cena za wejście jest wysoka, zwłaszcza w weekend, ale zyskujemy dużo możliwości (za które zwykle dodatkowo się płaci, jeśli na przykład kąpiemy się w jakiejś zwyklej zatoce). Co zabawne, kawałek dalej od brzegu znajduje się jakby betonowe molo, które nie należy już do wioski. Można pod nie podjechać samochodem, więc jeśli ktoś uparłby się na płynięcie wpław, to mógłby dostać się do atrakcji całkowicie za darmo, chociaż to nieładnie 😉

Ostatecznie polecamy, pod spodem podrzucam jeszcze kilka zdjęć na zachętę:

Malta National Aquarium – cena, obiekty i ciekawostki

Drugie płatne miejsce, które jest mocno rozsławione na Malcie, to Narodowe Akwarium (Malta National Aquarium). Jeśli posiadacie miejską kartę autobusową Tallinja Explore, o której pisałam TUTAJ, otrzymujecie z góry 3 euro zniżki od osoby na tę atrakcję. W czasach koronawirusa to nie obowiązuje, z racji tego, że bilety generalnie są znacznie tańsze. Wcześniej kosztowały 13,90 euro, obecnie 12,90, natomiast my weszliśmy jeszcze za 8/9 euro (dokładnie nie pamiętam, ale w tych granicach). Bardzo miła niespodzianka, mimo że na miejscu wciąż musimy przejść kilka procedur takich jak mierzenie temperatury czy nieustanne noszenie maseczki. Jedynym wyjątkiem jest pamiątkowe zdjęcie, gdzie możemy się odsłonić, chociaż to opcja płatna 3 euro i my z niej zrezygnowaliśmy. Jeśli chodzi o dodatkowe atrakcje, to na miejscu znajduje się też bistro i zewnętrzny plac zabaw dla dzieci.

Strefy akwarium

Co możemy zobaczyć wewnątrz akwarium? Całość jest podzielona na pięć, a tak naprawdę sześć stref. Przyznam jednak szczerze, że przechodząc z jednej do drugiej, nie odczuwało się zbyt dużej różnicy. Chodzi nie tyle o zmieniający się wystrój, co o typ zwierząt, które spotkamy za szkłem. Zwykle odzwierciedlają one faunę danej części Malty.

  1. Zachodnia linia brzegowa Malty (gdzie zobaczymy rekiny, które po jakimś czasie z powrotem wypuszcza się do morza; spotkało to już ponad 300 egzemplarzy i zostawia mocno pozytywne odczucia z racji tego, że zwierzęta nie są „więzione” w akwarium całe życie).
  2. Port Valetty
  3. Tropikalny ocean (dotyczy głównie oceanu Indo-Pacyfiku)
  4. Czasy romańskie (w tym miejscu odtwarza się wraki starożytnych statków, znajduje się tu również replika kotwicy św. Pawła)
  5. Gozo i Comino (czyli wyspy należące do Malty)
  6. Gady i płazy

Malta – wierzenia i kult świętych

Ciekawostka na temat punktu czwartego – wspominałam już, że mieszkaliśmy w Zatoce św. Pawła, tutaj mowa o replice kotwicy z jego statku, ale to nie wszystko. Wewnątrz akwariów można znaleźć nawet posąg przedstawiający jego podobiznę, podobnie jak podobizny innych świętych. Tego aspektu na Malcie akurat nie da się przeoczyć, kult świętych jest tam dostrzegalny na każdym kroku. Co chwilę natykamy się na kościoły, na rogu każdej ulicy czy nawet domu znajdują się posążki i figury postaci. Jest ich tak dużo, że w pewnym momencie zastanawialiśmy się, czy mieszkańcy wiedzą w ogóle, który pomnik uosabia którą osobistość. Podczas pobytu widzieliśmy przynajmniej cztery przedstawiające Jana Pawła II i być może jest to powód, dla którego maltańczycy odnoszą się bardzo przychylnie do Polaków. W wielu miejscach spotkamy też ojca Pio, odnalazł się nawet memoriał ku pamięci Maksymiliana Kolbe.

To Was pewnie zdziwi, ale mimo takiego podkreślania, mieszkańcy wyspy bazują też na kilku przesądach, które nijak mają się do chrześcijaństwa. Bardzo często chodząc po sklepach z pamiątkami czy odwiedzając porty, natkniecie się na charakterystyczny symbol, który widnieje nawet na kartach miejskich, a mianowicie na oko Ozyrysa. Do dziś uważa się, że umieszczając je na łódkach czy statkach, człowiek zabezpiecza się przed złymi warunkami na morzu i gwarantuje sobie bezpieczny powrót do domu. A nawet jeśli tak nie jest, to znak pojawia się wszędzie i nie ma osoby, która by go nie skojarzyła.

Dostępne obiekty i atrakcje

Podsumowując jednak całokształt zwiedzania – zajmie Wam ono koło dwóch godzin i jest warte swojej ceny. Napotkacie bardzo wiele gatunków ryb, których pewnie nigdy dotąd nie widzieliście (na przykład rybę w brokacie). Szkoda tylko, że na miejscu nie ma tabliczek informacyjnych na temat danych gatunków. Wiem, że ludzie i tak niewiele by zapamiętali, ale czasem warto nauczyć się nowych nazw czy choćby zaspokoić ciekawość. Znajdziemy za to bardzo dużo wystaw poświęconych problemowi śmiecenia – na przykład, że kiedy śmiecimy, pojawiają się szczury, a te z kolei zjadają jaja mew, dlatego powinniśmy się tego wystrzegać.

Sam wystrój jest jednak mocno dopracowany, a obiekt zadbany – widzieliśmy, jak obsługa na bieżąco czyści terraria. Pamiętam, że akurat szukałam w jednym z nich żab czy innego żyjątka, w każdym razie ciężko było mi je znaleźć. Patrzę po bokach, na dole, u góry… i kiedy uniosłam wzrok, zobaczyłam twarz jakiegoś mężczyzny. Jak ja się wystraszyłam! A okazało się, że pracownik akwarium po prostu uniósł klapę i wrzucił do środka jedzenie. Widać było, że ma ze mnie niezły ubaw, ale zaraz potem i ja, i Szymon wybuchliśmy śmiechem.

W tej samej strefie możemy podziwiać też kameleona, legwany czy węże, ale mnie najbardziej utkwiło w głowie maleńkie stworzonko, które nie mam pojęcia, czym było. Trochę jak nierozwinięta do końca żaba, troszkę jak chodzący glutek, ale zainteresowanie ludźmi przejawiał ogromne. Siedział dokładnie po drugiej stronie akwarium, a kiedy dotknęliśmy palcem szyby, z prędkością światła przybiegł/podpełzł(?) do nas i patrzył wyłupiastymi oczkami. Może nie jest najpiękniejszy, ale spójrzcie na niego:

Na miejscu spotkamy również szklany tunel – jeśli byliście w zoo we Wrocławiu, to wiecie, o czym mowa. Nie był może najbardziej okazały, z jakim się spotkałam, ale widoki i tak wspaniałe. Bardzo fajnie wyglądało to zwłaszcza na filmikach, bo rekiny podpływały bardzo blisko i idealnie trafiały w kadr. Wszystkie stworzenia są dosłownie na wyciągnięcie ręki, a my możemy poczuć się przez chwilę tak, jakbyśmy byli pod wodą razem z nimi. Super uczucie, polecam się wybrać.

Parki wodne Malty

Trzecie miejsce, a może raczej miejsca, o których chciałabym wspomnieć, to Splash & Fun Water Park oraz Bugibba Water Park. Jeśli samo morze to dla Was za mało, przeszkadzają Wam w większości kamieniste plaże i brak przestrzeni dla dzieci, to wybór tej opcji wydaje się zrozumiały. Niestety wiele miejsc do kąpieli na Malcie ma to do siebie, że bardzo szybko z płycizny przechodzimy na głębię, gdzie nie dotykamy stopami dna, a wiadomo, z maluchami to zawsze odrobina strachu i non-stop trzeba mieć je na oku. My tą kwestią jeszcze nie musimy się przejmować i z tego względu odpuściliśmy sobie tę przyjemność, ale widzieliśmy oba parki z zewnątrz i pozwolę sobie na naskrobanie krótkiej opinii o każdym z nich.

Bugibba Water Park

Jeśli już gdzieś bym się udała, to raczej do Splash, przede wszystkim dlatego, że Bugibba jest dosyć mała, właśnie zaprojektowana mocno pod szkraby. Kilka psikawek, jakichś małych zjeżdżalni, no ale przynajmniej mamy gwarancję bezpieczeństwa i wiemy, że dziecko zajmie się sobą lub rówieśnikami. Na pewno dużą zaletą parku jest to, że nie uiszczamy żadnej opłaty za wstęp. W dodatku znajduje się bardzo blisko linii brzegowej, dlatego można połączyć to z nurkowaniem i kąpielą w morzu tak, by zarówno dzieciaki, jak i rodzice mieli jakąś nagrodę.

Splash & Fun Water Park

Splash z kolei ma atrakcje zaprojektowane bardziej pod dorosłych, zjeżdżalnie są wyższe i poziom trudności wzrasta. Na miejscu mamy możliwość wykąpania się w kilku basenach– relaksacyjnym, rwącej rzece czy zbiorniku ze sztucznymi falami. Chętni mogą też pójść na trampoliny. Dla dzieci przewidziano park dinozaurów czy uczestnictwo w animacjach, utworzono też specjalny park rozrywki z karuzelami oraz autkami. Jak można się domyślić, z racji wielkości i bogatej oferty tutaj już musimy płacić za wstęp. Całodniowy bilet kosztuje 22 euro, natomiast półdniowy (po godzinie 15.00) 15 euro, co jednak stanowi spory wydatek. Trzeba więc zastanowić się, czy mimo dostępu do morza zależy nam na rozrywce w postaci zjeżdżalni i podwyższonej adrenaliny, czy jednak stawiamy tylko i wyłącznie na ochłodę, a zaoszczędzone pieniądze na planujemy przeznaczyć na coś innego.

Mediterraneo Marine Park

Zaraz obok Spash & Fun Water Park znajduje się Mediterraneo Marine Park, który my zostawiliśmy sobie na ostatni dzień pobytu, nim wyjechaliśmy na lotnisko. Wylot mieliśmy dopiero wieczorem, więc stwierdziliśmy, że to będzie świetna opcja, żeby przez cały dzień nie targać ze sobą bagaży podczas zwiedzania i by nie spiec się jeszcze bardziej na plaży. Pomyśleliśmy, że usiądziemy przy zwierzętach i będziemy czekać na występy oraz porę karmienia. Na miejscu nie ma zbyt dużo okazów, więc to oszczędzało nam ciągłych wędrówek z jednego końca parku na drugi – znajdziemy tam jedynie lwy morskie, papugi, delfiny, gady oraz żółwie.

Cena

Bilety wstępu są absurdalnie drogie, dlatego też woleliśmy odłożyć ten wyjazd jak najpóźniej i rozeznać się, ile zostanie nam pieniędzy. To wszystko dlatego, że nie tylko możemy oglądać zwierzęta, ale też dokonywać z nimi interakcji i w ten sposób wydać nawet 150 € za pakiety. Czy byliśmy aż tak szaleni? No niespecjalnie. Dlatego zdecydowaliśmy się na kupno samego wejścia za 16 euro od osoby… prawie.

(Nie)atrakcje

Każdy taki morski park, w którym byłam do tej pory, działał dokładnie na takiej zasadzie, jak przedstawiłam Wam to powyżej. Troszkę można przyrównać to do zoo, gdzie podziwiamy zwierzęta, a w specjalnie wyznaczonych godzinach oglądamy pokazy treserskie czy karmienie. Mediterraneo Marine Park jest pod tym względem wyjątkiem i Szymon jeszcze kilka razy tego samego dnia powtarzał mi, że miałam nosa i nie zgadzałam się na kupno biletów online. Dlaczego? Gdy tylko podeszliśmy do kasy, pani pokazała nam specjalną mapkę obiektu i zaznaczyła godziny, kiedy są następne pokazy zwierząt. Jest sesja poranna i popołudniowa, w której wszystkie pokazy się powtarzają. My trafiliśmy akurat na lukę, którą uzupełniały lwy morskie – jak się okazało, to wcale nie oglądanie ich, a możliwość zrobienia sobie z nimi zdjęcia, za co trzeba dopłacić, bo bilet nie pokrywa wszystkich kosztów. Podziękowaliśmy i stwierdziliśmy, że zaczekamy na inne zwierzęta, na co pani mówi, że musimy czekać na zewnątrz, bo zwierzęta ogląda się tylko i wyłącznie na pokazach o wyznaczonych godzinach, a tak ogólnie to nie można. Nie wiem, czy zamykają trybuny, czy zwierzęta, ale ta opcja wydała nam się zupełnie abstrakcyjna. Co prawda można wychodzić i wchodzić do parku danego dnia na ten sam bilet, no ale halo. Stanęło na tym, że możemy coś obejrzeć najszybciej za dwie godziny, potem znowu musimy czekać i tak w kółko. Ostatecznie podziękowaliśmy, bo jakoś nie widziało nam się na siłę kupować biletów tylko dlatego, że tak założyliśmy wcześniej. Generalnie nie polecamy, pierwszy raz spotkaliśmy się z podobnymi zasadami i raczej nie pozostawiło to w nas pozytywnych wrażeń.

I tą przestrogą kończymy nasz dzisiejszy wpis. W następnym skupimy się na atrakcjach w samej dzielnicy Bugibby (zarówno płatnych, jak i nie) – już może nie tak drogich i rozsławionych, ale wciąż wartych wspomnienia. Mam nadzieję, że dzięki nam zdobyłeś kilka pożytecznych informacji i zajrzysz do następnej części wpisu. A w czasie czekania możesz zerknąć na mojego fanpage’a na Facebooku lub Instagrama. Odnośniki na górze po prawej, zapraszam! 🙂