Informacje ogólne: Poniższy wpis jest kontynuacją poprzednich – możesz czytać go oddzielnie, jednak dla pełnego oglądu sytuacji zalecałabym zapoznanie się z tym, co Cię ominęło. W tym natomiast czeka Cię dawka informacji o Operze Lwowskiej, pomniku Adama Mickiewicza, ukraińskich specjałach typu kwas czy czebureki, ale także dowiesz się, z jakiego punktu widokowego najlepiej podziwiać miasto czy czego spodziewać się po karaoke u naszych sąsiadów. Zapraszam na:
- Opera Lwowska – zewnątrz i wewnątrz
- Ratusz – główny punkt widokowy
- Kopiec Unii Lubelskiej – punkt widokowy
- Narodowy napój Ukrainy – kwas
- Pomnik Nikifora Krynickiego
- Pomnik Adama Mickiewicza
- Wieczór na starówce
- Khinkalnya – gruzińskie przysmaki
- Ukraińskie karaoke
- Czebureki – lokalny przysmak
Opera Lwowska – zewnątrz i wewnątrz
Po zobaczeniu Galicyjskiego Banku Krajowego udaliśmy się 300 metrów w kierunku Opery Lwowskiej. Przed nią znajduje się ogromny skwer, gdzie możemy dostrzec wielu dorożkarzy z pięknie zdobionymi karetami. Na tę przyjemność akurat się nie skusiliśmy, ale mężczyźni nie mieli nic przeciwko temu, żeby podejść i zrobić kilka zdjęć. Ten dzień nadawał się do tego tym bardziej, że kiedy tylko ujrzeliśmy to miejsce, dostrzegliśmy parę młodą podczas sesji. Dzięki nim i my mieliśmy pamiątkę.
Sam budynek opery robi naprawdę duże wrażenie – zarówno na zewnątrz, jak i w środku. Tego dnia zobaczyliśmy go tylko od zewnątrz, jako że wnętrze było zamknięte, ale już następnego wieczora mieliśmy więcej szczęścia. Nie pokażę Wam zdjęć, bo właśnie odbywały się próby; można było usiąść, popatrzeć i posłuchać, ale nie utrwalać. Co prawda my i tak ustrzeliliśmy parę fotek, bo weszliśmy na lożę akurat od strony drzwi, na których nie było żadnych zakazów i ogłoszeń (dopiero pani ochroniarz nas uświadomiła), ale z racji szacunku musicie uwierzyć mi tylko na słowo, że widok jest warty zobaczenia. Mnie mocno przywiódł na myśl sceny z serialu „Lalka”, gdy na początku Wokulski przyglądał się Izabeli Łęckiej w tłumie. Obostrzenia dotyczą na szczęście tylko głównej sceny, resztę z chęcią Wam zaprezentuję.
Na sam początek warto by jednak zaznaczyć, że biletów nie sprzedaje się tylko na operę, ale też na zwykłe przedstawienia teatralne oraz balet. Budynek liczy sobie już ponad 120 lat, jest w stanie pomieścić 1200 osób i bije z niego niesamowite bogactwo ozdób, obrazów czy rzeźb. Trzy figury, które znajdują się na szczycie opery, przedstawiają kolejno (i nieprzypadkowo): Poezję i Muzykę, Sławę i Fortunę, Komedię i Tragedię – czyli wszystko to, co charakteryzuje sztukę oraz jest w stanie najlepiej opisać rozrywkę czekającą nas w środku. Niżej możemy też dostrzec Muzy – Tanię, Melpomenę, Erato oraz Polihymnię. To wszystko czyni Operę Lwowską jednym z bardziej rozpoznawalnych punktów miasta.
Nie byłabym jednak sobą, nie zamieszczając tutaj zabawnego akcentu, który rzucił mi się tam w oczy. To był chyba jeden z niewielu przypadków, kiedy nieznajomość ukraińskiego pisma nie wydała mi się kulą u nogi.

Ratusz – główny punkt widokowy
Następnym punktem naszej podróży była wieża ratusza, skąd rozciąga się widok na całe miasto. Budynek powstał mniej więcej w tym samym czasie co opera, ale w przeciwieństwie do niej nie robi kolosalnego wrażenia. W trakcie jego stawiania runęła wieża, miażdżąc resztę zabudowań i zabijając 8 osób – dlatego też proces ten rozciągnął się na więcej lat, niż początkowo planowano. Kto ponosi za to odpowiedzialność? Ponoć fachowcy, którzy co prawda ocenili, że stan techniczny wieży był zły, ale w najbliższym czasie nie miało to przynieść żadnych negatywnych skutków. Niestety nikt nie jest nieomylny. To jednak nie koniec pechowej historii, jako że w 1848 roku ratusz całkowicie spłonął w wyniku pożaru spowodowanego bombardowaniem.
Dziś budowla może nie podbija serc, ale gwarantuję Wam, że nie wolno odpuścić sobie wejścia na jej szczyt. Na miejscu znajduje się winda, ale przeważnie każdy wchodzi na górę pieszo – trzeba się trochę namęczyć, bo pięter jest kilka, a schody dość długie, ale gwarantuję Wam, że panorama będzie tego warta.
Kopiec Unii Lubelskiej – punkt widokowy
Jeśli jednak ratusz nie wyda Wam się kuszącą opcją, to odwiedziliśmy też inne miejsce, z którego możecie podziwiać miasto. Należy mieć jednak na uwadze, że zwłaszcza w porze wieczornej roi się tam od ludzi – zwłaszcza studentów, którzy otwierają piwko, puszczają muzykę z głośników, rozmawiają, śmieją się i raczej niewiele ich poza tym interesuje. Mowa tutaj o Kopcu Unii Lubelskiej, który mieści się na Wysokim Zamku. W rzeczywistości wcale nie jest to żadna fortyfikacja, a po prostu zwykłe wzgórze, mimo że nazwa jest myląca. Sam kopiec został sztucznie usypany po zawarciu Unii Lubelskiej w XVI wieku, posypywano go nawet ziemią z grobów Adama Mickiewicza czy Juliusza Słowackiego. Ciekawe, co powiedzieliby na to autorzy, gdyby jeszcze żyli… bo jak wiemy, miłością do siebie nie pałali, a nawet wręcz przeciwnie 😉
Narodowy napój Ukrainy – kwas
Warto też zaznaczyć, że wejście na szczyt nie jest dużo mniej wysiłkowe niż w przypadku ratusza, za to po drodze czeka nas kilka niespodzianek. Przede wszystkim stoiska z piciem, gdzie możemy napić się czegoś, co brzmi bardzo dziwnie, a mianowicie… kwasu chlebowego. Wyglądem nie różni się on niczym od Coca Coli czy Pepsi. Mimo różnorodnych butelek i tego, że przecież napój fermentuje, klasyfikuje się go jako bezalkoholowy (choć ponoć zawiera śladowe ilości alkoholu). Co ciekawe, teraz ten przysmak dość mocno kojarzy się właśnie z Ukrainą i Wschodem, zwłaszcza że uchodzi za narodowy napój, natomiast nie jest on żadnym odkryciem czy nowością – znano go już w średniowiecznej Europie. Jak to właściwie smakuje? Niektórych zachwyca, dla mnie było raczej średnie/neutralne. Trochę słodkie, jakby rozwodnione, ma strasznie dziwny, właśnie kwaskowaty zapach, ale ponoć bardzo dobrze gasi pragnienie, czego po sobie nie zauważyłam (nie bardziej, niż po innym rodzaju picia typu woda czy sok). Może jednak moja niechęć wynika odrobinę z tego, że nie przepadam za surowymi drożdżami, zwłaszcza za tym zapachem, który dla jednych jest przepiękny, a dla innych wręcz odstręczający. W każdym razie warto skosztować, może trafi akurat do Waszego gustu.
Oprócz jedzenia oferuje się też malowanie karykatur czy portretów. Nie jest to aż tak drogie jak zazwyczaj w Polsce, ale też niespecjalnie zachęca do kupna, zwłaszcza kiedy trafia się na nie ostatniego dnia podróży. Portreciści są mili, ale jednocześnie dość mocno nachalni – trzeba jednak przyznać, że ich twórczość była raczej na dobrym poziomie, a już na pewno takim, który satysfakcjonuje kogoś, kogo największym osiągnięciem malarskim są patyczaki (czytaj: mnie).
Pomnik Nikifora Krynickiego
Warto też udać się pod Katedrę Dominikańską na lwowskiej starówce – pewnie będziecie mijać to miejsce niejeden raz. Będąc tam, poszukajcie pomnika Nikifora Krynickiego znajdującego się w pobliżu. Dlaczego? Nie dlatego, że podobizna jest idealna, bo z tym bym się mocno sprzeczała, jednak jest to miejsce, w którym mogą spełnić się Wasze marzenia. Postać przedstawiono w pozycji siedzącej z uniesionym w górę palcem. Legenda głosi, że potarcie go zagwarantuje realizację naszych pragnień (część osób mówi też o potarciu nosa i pewnie to też jest prawda, zważając na to, jak rzeźba jest wytarta w tych dwóch miejscach). Na bazie czego powstała ta tradycja? W sumie nie wiadomo, ale na pewno warto wiedzieć, że Nikifor był polskim artystą, a dokładnie malarzem działającym w nurcie prymitywizmu. Uśmiech postaci nie do końca oddaje jej żywot – mężczyzna większość życia był biedny, w dodatku często zamykał się w swoim świecie i bełkotał, więc dużo ludzi uważało go za pomyleńca. Doceniono go dopiero niedługo przed śmiercią, jak to często bywa. Stworzył ponad 40 tysięcy dzieł, naprawdę imponująca liczba. Najwięcej z nich możemy obecnie podziwiać w Nowym Sączu.

Pomnik Adama Mickiewicza
Jeszcze jednym z wielu pomników, którego nam, Polakom, nie wolno ominąć, jest kolumna Adama Mickiewicza znajdująca się 600 metrów dalej, niedaleko ratusza. Powstała ponad wiek temu, ma ponad 20 metrów wysokości i podczas swojego istnienia nie doznała żadnych uszkodzeń, co nie zdarza się specjalnie często. W tym miejscu słychać właściwie głosy tylko i wyłącznie Polaków – nie dziwne, to w końcu jedna z niewielu postaci, których nie trzeba przedstawiać. Dla jednych genialny wieszcz, dla innych słabszy rywal Słowackiego, a także zmora wszystkich uczniaków, zwłaszcza licealistów głowiących się nad Panem Tadeuszem. I nas nie mogło ominąć zdjęcie.
Wieczór na starówce
Wieczory przeważnie spędzaliśmy na mieście lub w knajpie. W pierwszy z nich przechadzaliśmy się po starówce, która po zmierzchu nabiera jeszcze więcej uroku. Na ulicę wylegają wtedy artyści, przeważnie muzycy. Nie są to profesjonaliści, a po prostu hobbyści, którzy chcą nieco dorobić. „Nieco” jest jednak pojęciem dość względnym, bo grupa, której my słuchaliśmy, na brak pieniędzy narzekać nie mogła. Widać było, że wybierali instrumenty z wyższej półki, w dodatku o dość nietypowym brzmieniu i niekoniecznie znane, jeśli chodzi o muzykę uliczną. Grali jednak niesamowicie i co chwilę ktoś dorzucał im nieco grosza do kapelusza. Wokół stało na pewno pięćdziesiąt osób, może więcej. Słysząc nasze rozmowy z Igorem, odnaleźli nas jacyś inni Polacy, którzy wypytywali, jak długo tu już jesteśmy, jak nam się podoba i tak dalej. Niby sympatycznie, ale trochę jednak sprawiali wrażenie podejrzanych lub po prostu podchmielonych, więc dyskretnie usunęliśmy się z tłumu. Bardzo mocno zmotywował nas wtedy komentarz o tym, że Igor znalazł sobie ładną dziewczynę (czytaj: mnie, choć przecież nie powinno chodzić o mnie). Złapaliśmy lekki cringe i poszliśmy dalej na drinki.
Khinkalnya – gruzińskie przysmaki
Zatrzymaliśmy się też w knajpie z gruzińskim jedzeniem (sieciówce o nazwie Khinkalnya). Trochę dziwnie, że będąc na Ukrainie, poszliśmy akurat tam, ale skusiło nas menu, a na lokalne przysmaki miał przyjść jeszcze czas (Igor mi to obiecał). Pamiętam, że dość mocno żałowaliśmy naszego wyboru, zwłaszcza jeśli chodzi o zupę. Rany boskie, myślałam, że najgorszą płynną potrawą świata są flaki, ale muszę zwrócić im honor. Zamówiliśmy chihirtmę, czyli zupę z mięsem, ziołami i jajkiem, podobną do rosołu – no wiecie, rosół to baza wszystkich innych zup i raczej trudno go zepsuć. Ba, ta zupa może nawet nie była spaprana pracą ludzkich rąk, a po prostu dla nas okazała się nie do zjedzenia i zostawiliśmy chyba połowę. Sama woda nawet nam smakowała, ale na talerzu oprócz tego dostawało się ogromne kawały mięsa, chyba wołowego, jeśli dobrze pamiętam. Już z zewnątrz było widać ogromne ilości tłuszczu, żyłek i wszystkich innych niesmaczności, których człowiek nie chce oglądać. Próbowaliśmy to kroić łyżką, nie dało rady. Gryźć? Też średnio. Trochę udało się przełknąć, ale generalnie smak dość odrzucający, a konsystencja ohydna. Na pocieszenie naszym drugim daniem okazało się coś bardzo podobnego do pizzy, ale znacznie bardziej tłustego, a mianowicie Khachapuri. Całkiem niezłe, ale bez wielkiego szału.

Później natomiast minęliśmy bardzo ciekawy bar, trochę żałuję, że do niego nie weszliśmy. Wyglądał jak laboratorium alchemika – nawet piło się z fiolek (dużo z nich było podpalanych), a drinki miały kolory tęczy. Jeśli jednak o to chodzi, to wszędzie, gdzie byliśmy, robiono je dość mocne i smaczne, więc chociaż o to nie trzeba się martwić.

Ukraińskie karaoke
W inny wieczór z kolei udaliśmy się na ukraińskie karaoke razem ze znajomymi Igora. W takich miejscach często możemy zapalić sziszę, jeśli ktoś lubi – ja akurat niekoniecznie, nie jestem za bardzo zwolenniczką, ale inni mieli z tego niezłą radochę. W tym miejscu udało mi się wychwycić też kilka różnic kulturowych. Raczej nie śpiewałam, nawet nie ze względu na nieznajomość piosenek, a niemożność przeczytania tekstu. Czy nie mogłam wybrać czegoś po angielsku? No właśnie, tam za bardzo nie było takiej tradycji (mimo że piosenki widniały na liście, to po prostu nikt ich nie brał i prawdopodobnie wywołałoby to niemałe zdziwienie). Kiedy myślę o polskim karaoke, przychodzą mi na myśl np. hity Krawczyka, ale też wielu zagranicznych wykonawców, takich jak chociażby Britney Spears. Na Ukrainie śpiewa się raczej w ojczystym języku. Ludzie są zazwyczaj mocno wstawieni, podobnie zresztą jak u nas, no i o dziwo chętniej śpiewają, a może raczej wyją, panowie. Dość ciekawe to było doświadczenie, mimo że czułam się odrobinę skrępowana – jestem raczej tym typem człowieka, który śpiewa tylko i wyłącznie wtedy, kiedy kogoś mocno zna; na tyle, że ten ktoś dalej będzie cię lubić, nawet kiedy zrobisz z siebie debila.
Czebureki – lokalny przysmak
W jeszcze inny wieczór zatrzymaliśmy się w restauracji na obrzeżach miasta, w której pracuje wcześniej wspominana Marianna. To właśnie tam po raz pierwszy skosztowałam potrawy, o której non-stop wspominał mi Igor i przynajmniej dla mnie stała się takim symbolem ukraińskiej kuchni. O czym właściwie mówię? O czeburekach. To danie przyrządza się też bardzo często w Turcji i Mongolii. Jak wygląda? Kształtem przypomina pierogi, tylko znacznie większe. Przyrządza się je z pszennego ciasta i smaży w oleju, dlatego są raczej dość chrupiące. Ich wnętrze wypełnia przeważnie mięso mielone, choć zdarza się też wypełnienie z innego rodzaju mięsa, ryżu, kapusty lub innych. Górę z kolei polewa się sosem, często ostrym, chociaż w moim przypadku był zimny, pomidorowy, z kawałkami warzyw i mocno doprawiony bazylią. Z tego wszystkiego to właśnie on chyba smakował mi najbardziej, ale to pewnie dlatego, że przygotowano go na włoską modłę, a ja za włoską kuchnią wręcz przepadam. Co do głównego dania… było całkiem smaczne. Może nie tak wyśmienite, jak je sobie wyobrażałam, bardziej w granicach 7/10, ale wciąż warte polecenia.
Dlaczego jednak mówię o tym z taką rezerwą? Przede wszystkim dlatego, że to potrawa dla osób z zahartowanymi żołądkami, które lubią ciężką kuchnię. Sama jestem fanką bigosu, grzybów czy kapusty, które bardzo często występują w polskim menu i są ciężkostrawne, ale na pewno nie aż tak. Pamiętam, że w nocy po zjedzeniu czebureków straszliwie skręcało mnie w żołądku. To nie było wrażenie, jakby zjadło się coś nieświeżego albo zepsutego, nie. Po prostu było mi strasznie ciężko, a po podniesieniu się z łóżka myślałam, że za chwilę zwymiotuję. Do rana to uczucie przechodzi, ale nie jest ono na pewno czymś pożądanym podczas takiego wyjazdu. Akurat jeśli ktoś miałby ogólnie wątpliwości wobec przygód żołądkowych, zmiany otoczenia, innej wody i tak dalej, to akurat na Ukrainie prezentuje się to podobnie jak w Polsce, bo nie odczułam żadnych dolegliwości (a uwierzcie, jestem dobrym wyznacznikiem).
Po więcej konkretów zapraszam do następnej (już ostatniej) części naszych lwowskich opowieści! Wspomnę parę słów o najlepszej knajpie w mieście, a także o Cmentarzu Łyczakowskim, Orląt Lwowskich i ogólnych tradycjach związanych z pogrzebami na Ukrainie. Może nie kończymy optymistycznym akcentem, ale jestem przekonana, że to miejsce dla nas, jako Polaków, powinno mieć szczególne znaczenie. Jeśli jednak jesteś niecierpliwy i w międzyczasie chcesz poczytać o innych nowinkach czy pooglądać zdjęcia, to zapraszam na mojego fanpage’a lub Instagrama, odnośniki po prawej stronie na górze, zapraszam!
P.S. Dziękuję, Igor, jeszcze raz za zdjęcia, podróż i wspólnie spędzony czas!


























































































































