Macedońskie Parki Narodowe i szlaki piesze – odległości oraz wycena trudności (Magaro, Tri Mazi, Markovi Kuli itd.)

Macedonia jest wręcz rajem dla osób, które uwielbiają trekkingi lub górskie wspinaczki ze względu na zróżnicowane ukształtowanie terenu oraz wiele hektarów ziem objętych parkami narodowymi. Największym wyzwaniem dla każdego, kto zawita w tym kraju, może być wejście na najwyższy szczyt Korab (2 764 m), jednak my skupimy się na opisach innych szlaków o bardzo zróżnicowanej trudności i nachyleniu. Każdy z nich wiedzie do lub przez piękne widokowo miejsca znacząco różniące się od siebie nawzajem. Mamy więc nadzieję, że znajdziecie tutaj coś dla siebie i Macedonia trafi niebawem na Wasze podróżnicze listy! Zapraszam na:

MARKOVI KULI

Ruiny antycznej osady z wyraźnie odznaczającymi się wieżami warownymi i murami obronnymi. Znajdują się w środkowej części Macedonii, nieco na południe, nieopodal miasta Prilep. Budowlę wzniesiono na wzgórzu liczącym sobie 180 m i wbrew pozorom charakteryzuje się dość ostrymi zboczami. Wiele źródeł historycznych podaje, że przez blisko 100-200 pierwszych lat istnienia twierdzy broniło jedynie 40 osób. Na szczyt wiedzie żwirowa droga, więc jeśli ktoś prowadzi auto 4×4, może podjechać naprawdę wysoko. Jeśli nie, to radzimy zostawić samochód na samym dole i oddać się wędrówce niecałe 2 km.

Ścieżka jest szeroka, jej przejście nie zajmuje nawet godziny, a widok jest wręcz bajeczny, bowiem ze szczytu obserwujemy całą panoramę z Prilepem na czele. Nawet w maju słońce prażyło niemiłosiernie, więc warto zaopatrzyć się w butelkę wody i ubranie „na cebulkę”. Wędrówkę urozmaicają liczne motyle i dużych rozmiarów jaszczurki, w wyższych partiach możemy przejść się wzdłuż fortyfikacji, zboczyć nieco ze ścieżki i porobić trochę zdjęć. Już prawie na samym szczycie maszerujemy po kamiennych schodkach, chociaż uczucie jest dość nieprzyjemne ze względu na brak jakiejkolwiek barierki albo czegoś do przytrzymania.

Na szczycie prócz ruin stoi teraz ogromny, metalowy krzyż podświetlany nocą (dość częsty motyw przewijający się przez całą Macedonię). Za dnia nie robi specjalnego wrażenia, co więcej można spotkać tam miejscowych popijających piwko i wygrzewających się bez koszulek. Jest więc dużo potłuczonego szkła i akurat dotarcie na samiuteńki szczyt nie napawa wielką satysfakcją, przyjemniejsza wydaje się sama wędrówka. Podejście nie jest trudne, większość osób nie powinno mieć z nim problemu. Po drodze jest altanka, są też czasem ławeczki albo po prostu przystępne do odpoczynku murki.

Z powrotem można od połowy zejść już zboczami, nie wyznaczoną ścieżką, a przynajmniej tak robiła większość Macedończyków. Wiedzieli, gdzie zejście jest najłagodniejsze, a ziemia najlepiej wydeptana, więc skusiliśmy się iść za nimi. Poza bolącymi kolanami na pewno była to najbardziej efektowana forma zejścia na sam dół, niespecjalnie karkołomna.

MAGARO

Jedno z naszych większych zaskoczeń i na pewno najbardziej zapamiętanych dni w Macedonii. Szczyt znajduje się w południowo-zachodniej Macedonii, tuż obok jeziora Ochrydzkiego i jest najwyższy w paśmie Galicica. Liczy sobie 2255 m n.p.m. czyli trochę mniej niż nasze Rysy. Strasznie chcieliśmy go zdobyć ze względu na niesamowity widok rozciągający się na szczycie – widzimy stamtąd dwa jeziora po przeciwległych stronach góry. Poczytaliśmy więc wcześniej, na co mniej więcej mamy się przygotować i w zasadzie wszyscy pisali, że to łagodne wejście, w sam raz na początek w Macedonii.

Był maj, więc postanowiliśmy poczekać do czerwca, żeby śnieg na pewno stopniał (po dwóch czy trzech tygodniach pobytu widok na góry czynił diametralną różnicę). W międzyczasie obserwowałam Instagramy osób, które już wrzucały relacje z Tatr z podobnych wysokości, na jakiej mieliśmy się znaleźć, śniegu praktycznie zero, więc nastawialiśmy się dość optymistycznie.

Pech chciał, że pogoda zupełnie się nie sprawdziła, a nasz okres wynajmu samochodu dobiegał końca i wiedzieliśmy, że to nasza ostatnia szansa na zdobycie szczytu. Tak naprawdę to była kwestia szczęścia, bo w drodze na Magaro objeżdżaliśmy dookoła kilka innych szczytów i tylko nasz wyglądał, jakby zapowiadało się przedzieranie przez mgłę i chmury. Pogoda zmieniała się diametralnie średnio co godzinę (słońce, deszcz, mgła, chmury), więc zacisnęliśmy zęby i ruszyliśmy.

Wysiedliśmy z auta na jednym z punktów widokowych i w pierwszym odruchu myślałam, że wyrwie nam drzwi. To było prawie tak intensywne jak w momencie, kiedy wiatr zdmuchnął mnie przed sklepem na Islandii. I chociaż tutaj stąpało się normalnie, to słychać było dosłownie gwizdy wokół nas. Kolejny raz zastanowiliśmy się więc, czy idziemy. Idziemy.

Zostawiliśmy auto przy oznaczeniu G-6, gdzie mieliśmy do przejścia ok. 1000 m w pionie. Stając przed drogowskazem, naszym oczom ukazał się szczyt w dość ośnieżonych chmurach. Żadne z nas oczywiście nie wzięło rękawiczek, no bo po co komu rękawiczki, gdy wygrzewa się w słoneczku na 26-ciostopniowym upale. Stwierdziliśmy, że w najgorszym wypadku zawrócimy (oczywiście każdy zna już finał historii).

Szliśmy szlakiem biało-czerwonym przez las i początek był nawet przyjemny poza faktem śliskich liści pod nogami i lodowatym powietrzem, którym ciężko się oddychało. Podejście w żadnym momencie nie było płaskie, raczej trzeba się nastawić na taki jednostajny wysiłek bez przerwy. Nie turbo duży, ale warunki nie sprzyjały i ja kondycyjnie nie czułam się kwitnąco.

Przez długi czas nie natrafiliśmy nawet na odrobinę śniegu, następną zmianą była dopiero mgła, którą odsłoniły drzewa. Z początku dość rzadka, bliżej szczytu ograniczała widoczność na jakieś 10-20 metrów. Potem zaczął się śnieg, ale nie tak, że tam troszkę – po prostu nagle leżało go dużo, ale jeszcze na tyle, że człowiek był w stanie iść poboczem wzdłuż głównej ścieżki. Chwilę później już nawet to nie wystarczało, więc szliśmy, na początku ślizgając się bez większego pomysłu. W końcu zaczęliśmy wbijać buty w śnieg samymi czubeczkami i to przyniosło efekty. Motywowało nas wyłącznie, że po tym fragmencie znów rozpoczynała się zieleń i to nawet z przebłyskiem kwiatów. W każdym razie tam dało się iść.

Mnie wiara opuściła w momencie zobaczenia dużej pochyłości calusieńkiej pokrytej śniegiem. Podeszliśmy nią kawałek, dotarliśmy nawet dość wysoko. Wbiliśmy kij w ziemię, żeby sprawdzić, jak gruba warstwa śniegu tutaj zalega. Żeby Was nie okłamać, przyłożyliśmy go potem do mnie i spojrzeliśmy na mokry ślad – zapadłabym się jakoś po klatkę piersiową, więc szłam tylko i wyłącznie po skałach.

Najgorzej zrobiło się, gdy zaczął padać śnieg, a mgła się zagęściła. Do szczytu zostało jakieś 200 merów, ale zaczął znikać nam z oczu szlak i szukanie jednego oznaczenia zajęło nam koło 40 minut. Nie ma tam żadnych drzew i stwierdzono, że idealnym pomysłem będzie umieszczenie flag na kamieniach, na ziemi, którą teraz grubą warstwą pokrywał śnieg. Gdyby nie to, pewnie doszlibyśmy na szczyt, bo ja mam upór osła, a Szymon zapala się szybko jak zapalniczka na takie wędrówki, ale odezwała się w nas zdroworozsądkowość i się wycofaliśmy. Wiecie, w pobliżu żadnego numeru telefonu, nikt nie wiedział, że tam jesteśmy, zero człowieka…

Największy ubaw mieliśmy podczas schodzenia, bo dosłownie zjeżdżaliśmy na dół – czy to na butach, czy na pupie. Mieliśmy potem tyle śniegu w ubraniach, że do wieczora nie mogliśmy się wygrzać. Zawsze jak to wspominamy, trochę nam żal tego, jak wszystko się złożyło, ale z drugiej strony w podróży nie wszystko zawsze wychodzi idealnie i ma to jakiś urok.

Gdyby jednak tylko nie było śniegu, to Magaro naprawdę mogłaby być świetną, taką średnio-wysiłkową trasą z przyjemnym podejściem i fantastycznymi widokami. Polecam powtórzyć w lepszej wersji niż my.

TRI MAŽI

Jedna z moich ulubionych wycieczek trekkingowych, zwłaszcza że wyszła zupełnie spontanicznie. Naszym pierwotnym planem nie był bowiem szczyt Tri Mazi, tylko Samotska Dupka, czyli jaskinia, której poświęcimy osobny wpis. W drodze powrotnej mieliśmy jednak zapas siły, więc gdy zobaczyliśmy drogowskaz, który wiedzie jeszcze w górę, po prostu za nim poszliśmy.

Tri Mazi to szczyt w Narodowym Parku Galicica, który liczy sobie 1628 m n.p.m., a jego nazwa oznacza dosłownie „Trzej ludzie/mężczyźni”. My dostaliśmy się do niego, zostawiając auto przy jednym z hoteli w miejscowości Konjsko, skąd bezpośrednio wiedzie szlak. Stąd mamy ok. 5,5 km w jedną stronę do Samotskiej Dupki – tak naprawdę przechodzimy najpierw przez wieś, gdzie możemy pooglądać pasące się owce. Później czeka nas najbardziej pochyły odcinek malowniczo położonej trasy – cały czas idziemy czymś w rodzaju wydeptanej polany z widokiem na jezioro Ochrydzkie. Wokół jest mnóstwo kwiatów i motyli, za to niestety oznakowanie szlaku jest bardzo ubogie i przy żadnych z rozwidleń nie wiadomo, w którą stronę iść. My wspomagaliśmy się przy tym aplikacją Maps.me, która wykrywała naszą lokalizację i mniej więcej pokazywała szlaki. Do dokładności brakowało jej kilku ładnych metrów, ale i tak bardzo pomagała nam przez większość drogi, zwłaszcza na rozległych polanach, więc polecam się w nią zaopatrzyć.

W marszu przeszkadzają jedynie słupy wysokiego napięcia rozciągnięte ponad głowami… zwłaszcza że część kabli jest poobrywana i po prostu dyndają sobie swobodnie. Jeśli ktoś by się zagapił, to nie sztuką byłoby w nie wejść albo nawet ich złapać – mieliśmy nadzieję, że ta linia dawno jest wyłączona i nieczynna.

Po przejściu tego odcinka nachylenie staje się znacznie mniejsze, w wielu momentach jest wręcz po prostu płasko. Nad głowami zamiast kabli mamy drapieżne ptactwo, polana jest intensywnie zielona, czasem spacerujemy po krótkich odcinkach z kamieni czy przez mały lasek, gdzie znaleźliśmy wylinkę żmii. W trawie z kolei dostrzegliśmy róg zgubiony przez jelonka w okresie dojrzewania – udało nam się go nawet w pełni legalnie przetransportować do Polski (problemy z porożami zaczynają się ponoć dopiero, gdy ich waga przekracza 3 kg).

Później już da się dostrzec drogowskazy, ale niekiedy są one wyrwane lub wywrócone… Często jednak nie wygląda to na działanie człowieka, a jakby drewno podgryzały żyjące w parku zwierzęta. Z daleka udało nam się nawet ujrzeć jelenie przy wodopoju!

Żeby dotrzeć do Samotskiej Dupki, wychodzimy na polanę, gdzie mniej więcej w połowie musimy przejść przez wysokie trawy, wdrapać się odrobinę po skałach, aż dotrzemy do kraty z odpowiednimi oznaczeniami. W maju było tam mnóstwo liści, więc bardzo łatwo było o poślizgnięcie się, ja praktycznie dwa razy zaliczyłam spotkanie z ziemią (nie mieliśmy też dobrych butów, bo górskie schły dobrych kilka dni po śniegu z Magaro).

Wracając z powrotem tą samą trasą, po jakichś 40 minutach ujrzymy drogowskaz skierowany w górę właśnie na Tri Mazi (6 km w jedną stronę). Tak naprawdę problem sprawia może ostatni kilometr, który polega na tym, że spacerujemy już stricte po skałach, a potem grani. Na jej szczycie jest się dość szybko, ale trzeba dodać dodatkowe pół godziny, jeśli chcemy znaleźć się w najwyższym jej punkcie, czyli właśnie na szczycie, z którego wyraźnie widać 3 czubeczki. Tutaj paniom o długich włosach radzę zabrać ze sobą gumkę, bo wiar wieje niemiłosiernie i przez pół drogi albo nic nie widziałam, albo chwytałam włosy ręką, drugą się asekurując, co nie było specjalnie wygodne. Długie, grubsze spodnie również są tutaj atutem, bo na grani jest mnóstwo kłujących roślin. Jeśli jednak nie chcecie, żeby było Wam za gorąco, to ukłucia są znośne, choć częste.

Wchodzenie jest przyjemne, gorzej z zejściem ze względu na sporą stromiznę. Widoki z góry są powalające, bo widać całą panoramę jeziora Ochrydzkiego i Ochrydy z jednej strony, z drugiej natomiast daleko rozciągające się połacie zielonego Parku Narodowego. Na pewno jedne z piękniejszych górskich widoków, jakie przyszło mi oglądać, więc gorąco polecam.

Całość trasy do Samotskiej Dupki, Tri Mazi i na dół wynosi ok. 23 km i mimo że często są tu płaskie odcinki sprzyjające odpoczynkowi, to w drodze powrotnej, przez ostatnie 3 km czuliśmy już solidne zmęczenie. Jeśli chcielibyście skrócić sobie ten odcinek, to wycieczka jedynie do Samotskiej Dupki wynosi ok. 5,5 km (11 km w dwie strony), do samego Tri Mazi ok. 9,5 km (19 km w dwie strony). Cokolwiek wybierzecie, w maju/czerwcu będziecie zachwyceni.

PARK NARODOWY MAWROWO – SZLAK DO JASKINI ALICICY I WODOSPADU SIN

Mawrowo to chyba najbardziej rozpoznawalny Park Narodowy w Macedonii, który obejmuje zasięgiem wioskę Galicnik z bogatymi tradycjami i folklorem, zatopiony kościół św. Mikołaja, o którym pisałam TUTAJ, a także najwyższy szczyt Macedonii – Korab. To też miejsce z niezliczoną ilością szlaków, wodospadów i jaskiń i to właśnie do nich postanowiliśmy dotrzeć. Pierwotny plan zakładał dotarcie do Alicicy, drogowskazy podpowiedziały nam jednak, że niewiele dalej znajduje się też Sin Vir – nie wiedzieliśmy co to, więc poszliśmy sprawdzić i okazało się, że natrafiliśmy na wodospad… a nawet dwa.

Trasa do Alicicy to jedynie 3 km w jedną stronę, 3,5 do wodospadu Sin. Wraz z Szymonem do teraz toczymy zacięty bój, który park podobał nam się bardziej – on wciąż obstaje za Mawrowem, ja za Galiczicą, które w bardzo dużym stopniu się od siebie różnią. To tylko dowodzi, że każdy znajdzie dla siebie odpowiednie miejsce, dlatego warto udać się i tu, i tu!

Podejście do atrakcji jest bardzo łagodne – najpierw idziemy ścieżką pomiędzy przerzedzonymi drzewami, z widokiem na imponujące, wysokie skały. Wokół jest mnóstwo kwiatów, do przejścia mamy też kilka mniejszych strumyczków, a za nimi już cały czas idziemy wzdłuż rwącego potoku, który prowadzi nas do celu. Warto udać się tutaj w maju, ponieważ ze względu na obecność wysokich szczytów możemy trafić na roztopowe wodospady i nam udało się jeden uchwycić, nawet pisałam o nim TUTAJ.

Szlak tylko w jednym miejscu staje się nieprzyjemny, jakieś 20 minut przed jaskinią. Musimy przejść wtedy wzdłuż osuwiska, ścieżka jest wąska i łatwo, żeby komuś ześlizgnęła się noga. Jeśli chodzi o samą jaskinię, to zostanie jej poświęcony osobny post, natomiast dostać się do niej można tylko i wyłącznie przez lodowatą wodę.

Następne 500 metrów wiodące do wodospadu przebywamy po kładkach, leśną dróżką, napotykamy też kolejną jaskinię na lądzie. Ta jednak jest głęboka, wydaje się idealną kryjówką dla zwierzęcia nawet pokroju niedźwiedzia, więc tylko zerknęliśmy do środka i szybko się wycofaliśmy. W maju dojście do wodospadu jest wręcz niemożliwe, poziom wody jest za wysoki i dróżka w pewnym momencie zanika, mimo że dalej widzimy kładki, po których zwykle można przejść. Tutaj wypadałoby przyjechać w okolicach wakacji dla lepszego efektu.

Z naszej strony to już wszystko na dziś. Dajcie znać, które z tych miejsc wydaje Wam się najciekawsze i czy byliście w którymś z nich. Czekamy na Wasze opinie i relacje z podróży, a tymczasem trzymajcie się ciepło!

Macedońskie atrakcje wyrzeźbione przez naturę – Kanion Matka, Kuklica, Zatopiony kościół

Każdy z nas ma takie miejsca w podróży, do których dociera i towarzyszy mu przy tym nie tylko spokój, ale też uczucie satysfakcji oraz odmienności od tego, czym otaczamy się w codziennym życiu. Dla jednych to ucieczka na wieś, dla innych dotarcie do centrum zatłoczonego miasta – dla jednych wejście na szczyt góry, dla innych położenie się na rozpalonej słońcem plaży. Dziś z pewnością zbliżymy się do tych ostatnich, bowiem skupimy się na zakątkach, które stały się wyjątkowe właśnie dzięki działaniu sił natury.

Opowiemy Wam o jednej z najpopularniejszych atrakcji Macedonii, a później przejdziemy do tych mniej znanych, które nas urzekły znacznie bardziej. Zapraszam na:

KANION MATKA

Wobec tego miejsca mieliśmy ogromne oczekiwania – jedno z najbardziej popularnych, ponoć także najpiękniejszych, które kilka lat temu zostało odwiedzone przez moich rodziców wypowiadających się w samych superlatywach. Oboje wyobrażaliśmy sobie pełen dzikości kanion, gdzie będziemy mogli wynająć kajak i pływać przez cały dzień, robiąc zdjęcia i odpoczywając we dwoje. Rzeczywistość przedstawiała się jednak… ciut inaczej.

Kanion znajduje się na północy Macedonii – możemy dotrzeć do niego autobusem ze Skopje lub samochodem. Na miejscu jest przystępny parking, z którego oczywiście musimy trochę przejść do samej atrakcji, ale właśnie tego oczekiwaliśmy. Wiedzie stąd wiele szlaków, którymi możemy dotrzeć do średniowiecznych klasztorów, a prowadzą do nich całkiem dobre oznakowania również w postaci drogowskazów. Główną jednak atrakcją, dla której zjeżdżają się tu tłumy turystów, jest jaskinia Wreło. Do dziś nie oszacowano jej głębokości ze względu na jeziora znajdujące się w jej wnętrzu, ale istnieją przypuszczenia, że może być nawet najgłębszą na świecie.

Rezerwat zajmuje powierzchnię 5000 ha i jest miejscem sprzyjającym wielu zajęciom rekreacyjnym: pływaniu, wspinaczce (obite drogi), trekkingowi. Zwłaszcza kajakarstwo cieszy się popularnością – istnieje tutaj tor, który wykorzystywano na Pucharze Świata i Mistrzostwach Europy. Nurt rzeki był naprawdę silny, więc oglądanie takiego widowiska na żywo musi robić ogromne wrażenie. Symbole związane z kajakarstwem znajdziecie tutaj na każdym kroku, choćby w postaci kajaka zawieszonego w połowie skały, gdy wędrujecie w głąb kanionu.

Co zaskoczyło nas w stosunku do opowieści osób, które odwiedziły Matkę już jakiś czas temu, to natłok ludzi nawet poza sezonem, a także masakryczny komercjalizm przekładający się przede wszystkim na ceny, ale też atmosferę tego miejsca. To jest niestety coś, na co my jesteśmy uczuleni – mieszkamy w mieście, czas pandemii, więc jeśli tylko mamy okazję, to ucieczka w ciche miejsca jest dla nas jak najbardziej pożądana. W każdym razie dochodząc do takiego oficjalnego „wejścia” kanionu, mijamy kilka(naście) stoisk z orzeszkami, truskawkami, ręcznie robionymi pierdółkami itd., ale to nie było jeszcze takie złe.

Po drodze są też różne wystawy, np. gablotki z zamkniętymi butelkami, puszkami, papierami i różnymi innymi materiałami, gdzie pod spodem umieszczony jest czas ich rozkładu i zachęta, by przestać śmiecić, zacząć segregować i ogólnie być bardziej eko. Wszystko fajnie, tylko że niektóre z tych przeliczników mijały się wiele z prawdą i naukowymi badaniami.

Bardzo duże wrażenie robi tama postawiona na rzece Tresce, jest przeogromna i masywna, aż człowiek zastanawia się, jakim cudem zatrzymuje te hektolitry wody po drugiej stronie. Niesamowicie przyjemny jest też moment, kiedy kanion ukazuje się w całej okazałości Waszym oczom, bo skały robią imponujące wrażenie. Zaraz potem dociera do Was niestety gwar… z restauracji, gdzie ceny za przystawki sięgają rzędu 50 zł, a także przystani, gdzie można wykupić wycieczkę do jaskini Wreło, jako że nie da się do niej dojść na pieszo.

No i tu nam mina trochę zrzedła, bo od razu otrzymaliśmy informację, że nie istnieje opcja wynajęcia kajaka na cały dzień, a jedynie na godzinę (ok. 38 zł za kajak) lub dwie (ok. 76 zł – teraz prawdopodobnie więcej ze względu na słabnącą rolę złotego). Nie ukrywam, było to dla nas dość dużo i nie mówię tutaj o stosunku ceny do naszych zarobków, a po prostu o wygórowanej cenie względem całej reszty kraju, gdzie „drogi wstęp” zamykał się poniżej 15 zł za atrakcję. Jeśli więc nie uśmiecha Wam się kajak, to drugą opcją jest wypchana łódź turystyczna w cenie ok 35 zł. Not fun.

WĘDRÓWKA SZLAKIEM PIESZYM

Nasze plany zakładały dwukrotny przyjazd do Matki – na trekking i kajaki, ale postanowiliśmy zawęzić to do jednej wizyty i udać się szlakiem pieszym, który wiedzie wzdłuż rzeki. Po kilkunastu minutach wędrówki napotkaliśmy pracownika, który ostrzegł nas, że dobrze zaopatrzyć się w duże kije na wypadek spotkania ze żmiją. Wiecie, ponoć rzeczywiście żyje ich tam dużo, zresztą wspominałam, że później zdarzało nam się widzieć ich wylinki czy jadowite węże w całej okazałości, ale na zupełnych odludziach Macedonii. Wtedy jednak nie spotkaliśmy się z ani jednym przypadkiem i trochę obleciał mnie strach. No bo co ja miałabym tym kijem zrobić? Chyba tylko wydłubać sobie oczy.

No dobrze, ale idziemy – ja, Szymon i nasze kije. Ścieżka jest ogrodzona barierką, więc człowiek nie czuje lęku przed upadkiem. Podejście zajmuje ok. 3 godziny w dwie strony, ale jest niespecjalnie trudne. Widokowo też bardzo ładnie, zwłaszcza że wszyscy ludzie pływali łodziami i tylko my szliśmy szlakiem. Z czasem jednak podróż stawała się coraz mniej przyjemna, bo idąc za oznaczeniami, ścieżka zaczyna zanikać w gęstych paprociach, trzeba przecisnąć się przez parę drzew itd. Średnia to była przyjemność, wyobrażać sobie w kółko, czy się na coś nie nadepnie, więc szliśmy dość wolno. Po jakimś czasie spotkaliśmy inną rodzinę z Polski 2+2, więc radośnie przepuściliśmy ją przodem jako ewentualną przynętę. Oni też nieustannie straszyli się tymi żmijami i piszczeli.

W końcu jednak też się poddali, bo ścieżka stała się tak zarośnięta, że nie sposób było się przez nią przedrzeć i dotrzeć na koniec szlaku, co dla nas było ogromnym rozczarowaniem. Nie wiem, czy to wynikało z zaniedbania, czy z przeświadczenia, że warto podciąć te rośliny dopiero na początku sezonu. Wydawało nam się jednak, że na miejscu sprytnie przemyśleli, że wędrówki turystów nie przynoszą żadnych finansowych korzyści, więc skupiono się tylko i wyłącznie na rozwoju oferty spływów.

KAJAKIEM DO JASKINI WREŁO

Wróciliśmy na start i zostało nam stanowczo zbyt dużo czasu, żeby wracać do domu, dlatego wypożyczyliśmy w końcu ten kajak i wiosłowaliśmy na tyle szybko, żeby zdążyć obrócić nim w dwie strony i zamknąć się w dwóch godzinach (ok. 50 minut w jedną stronę do jaskini). Popłynęliśmy akurat bez żadnej grupy turystów z łodzi, co z początku wydawało się super. Dotarliśmy jednak do miejsca, gdzie wyznaczona została kładka do cumowania kajaków. Do samej kładki nie mam zastrzeżeń, jednak przejście do jaskini okazało się bardzo karkołomne. Trzeba było wejść na żwirową skarpę, która co chwilę się osuwała – żadnych barierek, sznurka do chwycenia, no niczego.

W końcu wdrapaliśmy się na górę do wejścia… a po drugiej stronie ujrzeliśmy piękny mostek, gdzie zatrzymywały się łodzie i wysadzały pasażerów na schodki itd. Trochę w tym momencie poczuliśmy selekcję na tych „gorszych i lepszych turystów”, co do najfajniejszych nie należało. No ale dobra, idziemy do środka jaskini, która na zdjęciach wyglądała oszałamiająco, natomiast w środku… było ciemno, zero podświetlenia. Pomyśleliśmy, że włączy się na czujnik, ale nic. Wokół także zero informacji, czy tak powinno być, czy nie. Wreło zwiedziliśmy więc z latarkami w telefonie, szukając tych największych formacji, stalaktytów, stalagmitów i słynnej skały w kształcie szyszki. Nie ukrywam – nie było to porywające i nasza percepcja znacząco spadła.

Gdy przypłynęliśmy z powrotem do przystani, zapytali nas, jak było, no i wspomnieliśmy o tym braku światła. Mężczyzna tak patrzy, patrzy… i nagle mówi: „A to nie włączyliście sobie?”. Okazało się, że gdzieś we wnętrzu jaskini, tej czarnej, nieoświetlonej i nieoznaczonej jaskini, znajdował się przełącznik i można było zapalić światła samodzielnie, tylko skąd mielimy o tym wiedzieć? Zapewne sternik włącza je ludziom z łodzi po tym, jak odstawi ich na ląd, więc nikt nie pomyślał o informacji dla reszty turystów.

Dla nas ta sytuacja była jedną z gorszych w całej Macedonii. Nie odbierzcie mnie źle – miejsce jest piękne, ale jest bardzo… skalane. Natłokiem ludzi, sprayem na skałach, hałasem, muzyką, właśnie tą komercją. Mieliśmy w głowach obraz tego, co musiało istnieć tu jeszcze parę lat temu i było nam po prostu przykro. Życzymy Wam więc, żebyście trafili na lepszy okres, ładniejszą pogodę, mniej ludzi… może po prostu spodoba Wam się bardziej.

KUKLICA

Po Kuklicy z kolei nie spodziewaliśmy się aż tak wiele, bo miejsce do specjalnie rozsławionych nie należy. Znajduje się w północnej części Macedonii, a jej zamienną nazwą są Kameni Kukli, czyli właśnie nic innego jak kamienne kukły. To około 130 formacji skalnych, większych bądź mniejszych, które pod wpływem erozji zostały uformowane w różne kształty, w większości przypominające ludzkie postacie. Niektóre z nich osiągają wysokość nawet 10 m. Największy wpływ na zmiany zachodzące w skałach mają opady, wiatr i temperatura.

Spacerując po tym miejscu, natkniecie się na tabliczki z nazwami poszczególnych formacji lub ich grup. Przewiną się Wam przed oczami Panna Młoda, Pan Młody, Ojciec Chrzestny czy Goście Weselni, a ich nazwy nie są kwestią przypadku, a ludowych historii, których niestety nie przytacza nikt na miejscu, nie są one również spisane na żadnych tabliczkach, a jak dla mnie są niezmiernie ciekawym elementem kulturowym.

Legenda dotyczy chłopca zamieszkującego region Kuklicy, który równocześnie spotykał się z dwiema dziewczynami, a na co dzień parał się kamieniarstwem. Zaplanował ślub z nimi na ten sam dzień i dopiero wtedy miał podjąć ostateczną decyzję – czy za żonę wziąć piękną, choć biedną, czy bogatą, ale brzydką. Gdy wybrał drugą z nich, pierwsza zdenerwowała się i rzuciła klątwę na parę młodą i obecnych gości, zamieniając ich w kamień. Wersji tej przypowiastki jest kilka, ale generalnie zawsze sprowadza się ona do poczucia zdrady i rzucenia czaru na kochanka. Pozwolę jednak przytoczyć sobie fragment, który najbardziej mi się podoba:

„Wyszła na zewnątrz i ze zdumieniem zaczęła podążać za dźwiękiem muzyki. Zobaczyła, że jej narzeczony wychodzi za mąż za inną kobietę. W tym momencie ich przeklęła. Kiedy państwo młodzi mieli się pocałować, zamarli. Razem ze swatami. Wszyscy mają uśmiechnięte twarze, dlatego nazywa się to wesołym ślubem. Och, w piekle nie ma gniewu tak silnego jak zraniona kobieta”

Niektóre kamienne rzeźby naprawdę do złudzenia przypominają kreskówkowe twarze ludzi, nawet jeden posąg wygląda, jakby grupa przyjaciół obejmowała się do zdjęcia. Jest też mnóstwo formacji skalnych, których widok z pewnej odległości przypomina płaskorzeźby. Po terenie możemy wędrować, jak tylko żywnie nam się podoba; co prawda pilnuje go dozorca, ale zwraca uwagę na odwiedzających tylko na wejściu, żeby się z nimi przywitać. Wstęp tutaj jest darmowy, ludzie praktycznie zero. Ogółem – polecamy.

ZATOPIONY KOŚCIÓŁ W MAWROWIE

Mawrowo to Park Narodowy w Macedonii, który znajduje się na zachodzie kraju i który już kilka razy przewijał się przez moje wpisy (należytą uwagę poświęcę mu jeszcze osobno). Symbolem parku jest właśnie zatopiony kościół, choć tutaj może budzić lekkie kontrowersje umieszczenie go na liście atrakcji stworzonych przez naturę. Jeśli jednak ktoś nie poczyta wcześniej o powstaniu tego miejsca, to właśnie takie może mieć wrażenie.

Kościół św. Mikołaja powstał w XIX w. i niejako spisano go na straty ok. 100 lat później w momencie powzięcia decyzji o utworzeniu na terenie parku sztucznego jeziora, które stanowiłoby nie tylko miejsce do połowu ryb, ale także źródło pozyskiwania energii. Podejrzewam, że nikt nie spodziewał się, jaką atrakcją to miejsce stanie się w przyszłości, ani że w ogóle tyle przetrwa. Budynek przez długi czas rzeczywiście był w całości pod wodą, jednak teraz przeważnie już się to nie zdarza i zawsze można dostrzec ponad powierzchnią jego dach i kawałek murów.

Warto jednak mieć na uwadze, że poziom wody zmienia się w zależności od pór roku, o czym my w zasadzie nie pomyśleliśmy. A może pomyśleliśmy, ale na zasadzie: „To fajnie, kościół będzie lepiej widoczny, łatwiej będzie go znaleźć”. Tymczasem będąc tam w maju… on stał już zupełnie obok jeziora i to spory kawałek! Trochę mi było przykro, tak nie zobaczyć go w stanie, którym wszyscy się zachwycają, ale i tak musicie przyznać, że robi wrażenie.

Podeszliśmy bliżej, a na miejscu spotkaliśmy Wasilijego – starszego już mężczyznę, który zajmował się sprzątaniem gruzowiska wewnątrz kościoła. Wywoził taczką te wszystkie fragmenty, które rozsypały się podczas podtopienia i był wyraźnie ucieszony, że spotkał jakichś turystów. Trochę z nim porozmawialiśmy, nawet skojarzył brzmienie naszych imion z macedońskimi odpowiednikami. Opowiedział nam, że ma szóstkę dzieci, że połowa wyjechała do innych krajów, że córka ma fajnie płatną pracę w Niemczech, że jest już dziadkiem. Tak jak wspominałam przy okazji pierwszego wpisu o Macedonii – Macedończycy naprawdę lubią rozmawiać; o sobie, o Was, wszystkiego są ciekawi!

Za odwiedzenie tego miejsca oczywiście nie ma żadnych opłat, ale jak już wspominałam – polecam przyjechać tu na wiosnę w czasie roztopów, podczas ciepłej zimy lub na jesień, jeśli macie chęć DOPŁYNĄĆ do kościółka.

Na dziś to już tyle. Dajcie znać, jakie miejsca Wy polecilibyście od siebie, a także czy widzieliście te wymienione przez nas. Które podobało Wam się najbardziej? Trzymajcie się ciepło!

Nietypowe oblicze Macedonii – Muzeum tytoniu, Etnografii i Aut, Marmurowe Jezioro oraz inne

Dzisiejszy wpis jest skierowany do osób, którym największą przyjemność sprawia zwiedzanie lokacji nieopisanych w przewodnikach czy niewidniejących na pierwszych pozycjach w najpopularniejszych atrakcjach Googla. Sporządziliśmy dla Was listę 5-ciu nietypowych miejsc w Macedonii, na które warto zwrócić uwagę. Nie wszystkie z nich odwiedziliśmy, a podane ku temu powody będą dla Was odpowiedzią na pytanie, czy sami chcecie próbować je zdobyć. Zapraszam na:

AUTO & ETHNO MUSEUM FILIP

Atrakcja znajduje się w południowo-zachodniej Macedonii na obrzeżach miasta Bitola. Z zewnątrz jest bardzo niepozorna, więc nawet znając jej dokładną lokalizację, musimy mieć oczy dookoła głowy, żeby dostrzec napis z nazwą muzeum na budynku. Przed nim nie natkniemy się na żadne kierunkowskazy, co z jednej strony może dziwić, a z drugiej nie do końca, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt prowadzenia biznesu przez jedną rodzinę.

Założyciel tego miejsca od zawsze był zbieraczem – pasję zapoczątkowały samochody oraz wszelkiej maści pojazdy (motory, rowery), później obiektem zainteresowań stała się historia terenów Macedonii zanim ta jeszcze powstała, a także los ludzi, którzy mieszkali właśnie w Bitoli. Mężczyzna rozmawiał z obecnymi mieszkańcami i pozyskiwał od nich pamiątki oraz przedmioty codziennego użytku po ich przodkach, aż doprowadził do takiego stanu rzeczy, że Macedończycy sami przynosili mu je do kolekcji. Ta rozrosła się do tego stopnia, że dziś na prywatnej działce stoi nie tylko dom rodzinny, ale również drugi budynek poświęcony kolekcjom, czyli właśnie muzeum.

Przyjeżdżając na miejsce, obsłuży Was albo ojciec rodziny, albo jego córka, która mówi po angielsku. Nie opowiada o każdym przedmiocie, wybiera kilka najciekawszych, o których napomknie i w milczeniu oprowadza zwiedzających po parterze i piętrze. Nie ma problemu z robieniem zdjęć czy nawet wejściem do samochodów, które stanowią eksponaty – dziewczyna sama do tego zachęca. Głównie czeka na pytania i odpowiada na wszystko, co tylko chcecie. Mam wrażenie, że pozwoliłaby na naprawdę dużo, byle gość czuł się usatysfakcjonowany, a nas wprawiało to aż w lekkie zakłopotanie.

Wstęp do atrakcji kosztuje ok. 7,5 zł (100 MKD za osobę). Cena jest niewysoka, a w jej ramach skosztowaliśmy nawet domowo pędzonej rakii. Dziewczyna nalała ją z małej, drewnianej beczułki z kranikiem i po pierwszym kieliszku wręcz namawiała, żebyśmy napili się jeszcze. Najbardziej rozbawiło nas, że odmówiliśmy, no bo przecież przyjechaliśmy samochodem, na co dziewczyna machnęła ręką i stwierdziła: „It’s not a problem!”. Wtedy styl jazdy Macedończyków wydał nam się bardziej uzasadniony niż zazwyczaj.

Po rodzinie widać, że ma żyłkę do interesów – potrafiła przekształcić pasję w biznes i nieustannie go rozbudowywać. Jedno skrzydło muzeum zajmuje jadalnia, nad którą znajduje się pokój (lub kilka) sypialnianych. Wisi tam gobelin Ostatniej Wieczerzy, jest też również rosyjska ruletka. Niestety części restauracyjno-hotelowej jeszcze nie uruchomiono ze względu na pandemię i restrykcje, więc jest to stosunkowo nowy projekt. Oprócz tego właściciele zajmują się wynajmem starych samochodów na ślubne sesje zdjęciowe i na tym również dodatkowo zarabiają. W jednym pokoju mają nawet cały stół z wywołanymi fotografiami. Dla nas wyglądały trochę kiczowato, natomiast niewątpliwie przynosiły zyski i cieszyły się zainteresowaniem, sądząc po ich ilości.

Jeśli chodzi o całokształt muzeum, to na zewnątrz i na parterze znajdują się głównie stare modele samochodów (nawet nasz polski maluch!) oraz motorów, powstaje też nowa wiata na rowery. Jedną ścianę zajmują radia, inną narzędzia różnego rodzaju, a pod sufitem wisi mnóstwo lamp naftowych. Oprócz tego w mniejszej ilości znajdują się żelazka, koła, koszyki, stare naczynia, świeczniki – zupełnie jakbyście przenieśli się w czasie do zamożnego, acz mocno zagraconego domostwa.

Na pierwszym piętrze urządzono kilka pokoi na różną modłę, np. turecką lub żydowską, a każdy z nich odzwierciedla życie jakiejś społeczności lub grupy etnicznej. Ustawiono tutaj także aparaty, maszyny do pisania, manekiny z założonymi strojami ludowymi, a także najciekawszy element wystawy – organy, liczące sobie ponad 800 lat. Ku naszemu zaskoczeniu córka właściciela zachęca, byśmy usiedli i zagrali (!), ale wiecie, trochę baliśmy się czegoś uszkodzić. Przyczynienie się do zepsucia takiego antyku musiałoby kosztować fortunę. Dziewczyna widziała nasze obawy, więc sama usiadła na krzesełku i tylko przeprosiła nas, że nie umie grać. Nacisnęła jednak kilka klawiszy po sobie i przez całe pomieszczenie przeszedł dźwięk, który aż sprawił, że przeszły nas ciarki. Niesamowite przeżycie, naprawdę – nawet dla tej jednej chwili warto odwiedzić to miejsce.

Macedonka chyba widziała nasz entuzjazm, bo pokazała nam część wystawy, która jeszcze nie jest dostępna dla zwiedzających – pewnie dlatego, że eksponaty nie są jeszcze wyczyszczone ani uporządkowane i znajdują się w czymś w rodzaju kantorka/kanciapy. Tam są już takie typowo ogrodowe rzeczy, ale możemy dostrzec wśród nich ogromny powóz, taczki, beczki, dzbany czy piecyki.

Całe miejsce charakteryzuje się niesamowitą atmosferą, spędziliśmy w nim świetny czas. Uważam, że to jedna z ciekawszych, mało znanych atrakcji wśród Polaków, choć gości tam stosunkowo dużo turystów z reszty Europy. Polecam ogromnie.

MUZEUM TOŜE PROESKIEGO

To jest dla mnie absolutny ewenement, który w ogóle miażdży moje postrzeganie świata. Jeden z niewielu razy, kiedy odczułam w Macedonii coś pokroju szoku kulturowego, takiej zupełnie innej mentalności. Atrakcja znajduje się nieco na zachód od centralnej części Macedonii w miejscowości Kruszewo, skąd wywodzi się Tose Proeski. Kim w ogóle jest ta postać? My też nie mieliśmy zielonego pojęcia, ale zaczęliśmy poważnie zadawać sobie to pytanie, gdy przechadzaliśmy się miastem i wszędzie widzieliśmy jego podobizny. Zdjęcia, plakaty i pomniki powiązane z muzyką dały nam dość jasny obraz tego, kim ów człowiek jest – piosenkarzem, który w Kruszewie spędził większość życia. Zginął tragicznie w wieku 26 lat podczas wypadku samochodowego, co doprowadziło do ogłoszenia żałoby narodowej w Macedonii. Postać jest niemalże gloryfikowana – możemy spotkać ją wszędzie, nawet na moście artystów w Skopje. Pomnik umiejscowiono po skrajnej stronie mostu i chyba zastąpił inny (zapewne kogoś, kto nie był Macedończykiem z krwi i kości…).

Z czego wynika popularność artysty? Działalność międzynarodowa, wystąpienie na Eurowizji w 2004 roku, tragiczna śmierć i jeden z nielicznych artystów, którego kariera zaczęła się już w obecnej Macedonii, a nie tylko na jej byłych terenach, to kilka najmocniejszych argumentów. Nagrał również piosenkę, która stała się hymnem UNICEF. Nie znać go w Macedonii, to po prostu grzech. Wrażenie to tylko i wyłącznie pogłębiło muzeum poświęcone życiu artysty… No bo wyobraźcie sobie, że wraz ze śmiercią Krzysztofa Krawczyka nie dość, że ogłaszamy żałobę narodową, to jeszcze tworzymy ogromne muzeum na temat jego życia, gdzie możemy obejrzeć nawet skarpetki, w których chodził… Mimo ogromnego grona sympatyków nikt jakoś nie wpadł na taki pomysł – witamy w Macedonii.

Muzeum jest bardzo nowoczesne, w większości przeszklone. Za wstęp płacimy 100 MKD (ok 7,5 zł), a w środku możemy szukać ze świecą informacji po angielsku – wszystkie tabliczki są w języku macedońskim. Na samym środku znajdują się dwie ogromne tafle rozciągające się aż po sam sufit z tekstami piosenek. Wzdłuż ścian ustawiono gabloty z ponad 350 eksponatami, czyli rzeczami, które należały do artysty. Parter jest poświęcony prywatnemu życiu Tose Proeskiego, pierwsze piętro jego karierze. Możemy oglądać ubrania, przedmioty codziennego użytku, maskotki od fanów, nagrody, statuetki itd. Jako obcokrajowcy nie dostajemy zbyt wielu informacji praktycznych, jednak jesteśmy w stanie mniej więcej zwizualizować sobie, czym piosenkarz zajmował się w wolnym czasie, jakie miał podejście do życia i inne zainteresowania poza muzyką. Co nas zwaliło z nóg, to gablotka, w której widniała biblia oraz obrazki świętych, a obok nich od razu podobizna artysty. Całość była tak skomponowana, że wyglądało, jakby był przynajmniej na równi z nimi i taka gloryfikacja przewijała się przez całe muzeum.

Zwiedzanie samo w sobie nie jest nie wiadomo jak godne polecenia, chyba że rzeczywiście wcześniej poczytamy trochę o historii piosenkarza albo lubimy jego muzykę. W przeciwnym razie to po prostu oglądanie w większości przeciętnych rzeczy, które mogłyby należeć do każdego człowieka i za wiele kulturowych czy społecznych aspektów nie wniesie to do Waszego życia. Weszłabym jednak głównie ze względu na tę podniosłość względem artysty, żeby uzmysłowić sobie, jak monstrualne rozmiary ona przybiera. Dla nas to był naprawdę szok.

MARBLE LAKE

Miejsce, którego niestety nie odwiedziliśmy, mimo że mieliśmy na to ogromną ochotę. W końcu wystarczy spojrzeć na zdjęcie poniżej, żeby się zachwycić. Jezioro znajduje się na obrzeżach miasta Prilep (wioska Belovodica ok. 20 km dalej) znajdującego się lekko na południowy zachód od centralnej części Macedonii. Charakteryzuje się niesamowicie turkusowym kolorem i otaczającymi je blokami marmurowymi, czyli pozostałościami po istniejącej tam niegdyś kopalni marmuru, którą zamknięto tuż po dokopaniu się do źródła wody. Zbiornik jest długości dwóch długich basenów – 100 m, a jego głębokość to 40 m, co musi robić imponujące wrażenie, kiedy jest się na miejscu.

Zdjęcie pochodzi ze strony Pinterest – autor: BoceA, platforma: fivehundredpx

Atrakcja wciąż widnieje na liście najbardziej polecanych w Macedonii, natomiast dzień przed planowanym wyjazdem tam przeczytaliśmy, dlaczego jednak warto wstrzymać się na razie z podróżą. Od roku 2018 da się przeczytać coraz nowsze opinie turystów na temat tego, że kopalnię uruchomiono ponownie, więc dojazd do niej jest bardzo karkołomny i lepiej nie wybierać się tam bez auta z napędem 4×4. Mnóstwo dziur, nawigacja się urywa, ale nie to jest największym problemem. Oficjalnie miejsce zostało zabronione do odwiedzin. Można oczywiście olać zakaz i pojechać mimo tego, jednak na miejscu rozpanoszyło się ponoć bardzo dużo dzikich psów, które atakują nie tylko inne czworonogi, ale też nie są przyjaźnie nastawione do ludzi (do tego stopnia, że trzeba czekać w aucie, by móc ruszyć, aż znudzą się cudzą obecnością).

Na razie nie wiadomo, czy i kiedy sytuacja zostanie opanowana, a miejsce ponownie otwarte dla zwiedzających. Po pięknych zdjęciach zostało zapewne tylko wspomnienie ze względu na mnóstwo pyłu i błota nanoszonego przez przyjeżdżające tam maszyny. Wyobraźcie sobie jednak, że kiedyś w tym jeziorze można było pływać, co zwłaszcza w lecie uskuteczniali lokalsi. Były jednak pewne wątpliwości związane z bezpieczeństwem i czystością wody, natomiast nie wydano żadnego oficjalnego orzeczenia i Macedończycy stwierdzili, że w takim razie wszystko jest OK.

WINNICA – ROYAL WINERY QUEEN MARIA

Polecam odwiedzenie przynajmniej jednej winnicy w trakcie pobytu w Macedonii, niekoniecznie tej opisywanej przeze mnie. Najbardziej popularną jest Kamnik na obrzeżach Skopje, gdzie budynek wzniesiony na polu winorośli wygląda zupełnie jak przeszklony pałac. Niestety degustacja tam jest dość droga i trzeba poprzedzić ją rezerwacją przez stronę internetową. Royal Winery Queen Maria była jedną z niewielu, gdzie cały teren był dostępny dla odwiedzających za darmo, a do tego naprawdę ładnie zagospodarowany. Mamy oczywiście winnicę, winiarnię, podlegający pod teren hotel, ale też pięknie zagospodarowaną przestrzeń wraz z… pawiami oraz perliczkami! Jest ich mnóstwo, z kilkadziesiąt sztuk – chodzą wypuszczone luzem, chętnie pozują do zdjęć i nie płoszą się na widok ludzi.

Obsługa jest naprawdę przemiła. Gdy przyjechaliśmy, akurat padało, a i tak ktoś nas zaczepił i spytał, czego potrzebujemy – nawet odprowadził nas pod same drzwi. Podczas wybierania wina dokładnie to samo podejście; nikt nie spoglądał na nas z góry albo jak na potencjalnych biedaków, którzy nie za wiele kupią, co np. zdarza nam się w Polsce. Nie wiem, czy też się z tym spotykacie, ale bardzo często w sklepach z droższymi alkoholami obsługa chyba ze względu na moją dziecięcą buzię i preferencje cenowe poniżej miliona złotych jest raczej mocno sceptyczna i niechętnie pomaga. W Macedonii mężczyzna poopowiadał nam o winach, doradził i ostatecznie kupiliśmy cztery butelki za łącznie 90 zł! Ceny są naprawdę opłacalne zwłaszcza ze względu na stosunkowo wysoką jakość – w dodatku możemy nabyć takie wina, jakich nie znajdziemy w przeciętnych marketach. Polecam mocno!

MUSEUM OF TOBACCO

Nie wiem czy wiecie, ale Macedonia poza uprawą warzyw specjalizuje się również od 500-set lat w produkcji tytoniu. Ponoć jest bardzo dobry jakościowo i smaczny, aczkolwiek żadne z naszej pary nie pali, więc czy to prawda, tego nie potwierdzimy. To też powód, dla którego atrakcję pominęliśmy, ale jeśli kogoś temat „jara”, to na pewno będzie zachwycony. Muzeum o tej tematyce jest jednym z większych w Europie i gromadzi ponad 2,5 tys. obiektów, z czego część należała do znanych postaci historycznych z różnych państw. Sama wystawa może nie jest specjalnie zajmująca, jednak uroku dodaje im personel, który bardzo ciekawie opowiada – pewnie zależy, na kogo się trafi. Bardzo istotne z punktu zwiedzania jest to, że obiekt nie ma konkretnych godzin otwarcia – musicie umówić się sami przez telefon: +389 48 434 011 lub znaleźć kontakt online na macedońskich stronach. W przeciwnym razie należy liczyć na to, że ktoś akurat będzie w środku podczas naszych odwiedzin i będzie na tyle łaskawy, że nas wpuści. Jeśli chodzi o cenę, to tutaj zetknęłam się z rozbieżnością informacji, w każdym razie waha się ona od 0-120 MKD (niecałe 9 zł max).

To nasze TOP 5 ciekawych miejsc, które chcieliśmy Wam podsunąć, jeśli zamierzacie wybrać się kiedyś do Macedonii. Mamy nadzieję, że wybierzecie chociaż jedno z nich i dacie nam znać, jakie są Wasze wrażenia. A może już byliście w którymś z nich i Wasze odczucia okazały się zupełnie odmienne od naszych? Koniecznie dajcie znać, a tymczasem trzymajcie się ciepło!

Ranking starożytnych ruin na terenie Macedonii – ceny, porady praktyczne i lokalizacja

Jak już wspominałam przy okazji wielu poprzednich wpisów, Macedonia jest stosunkowo młodym państwem, które powstało na terenach niegdysiejszej Bułgarii, Albanii oraz Grecji. Zwłaszcza nazwa ostatniego kraju (ale nie tylko) powinna sugerować, jakie bogactwo kulturowe zamknęło się w granicach nowo powstałego kraju. Mimo że kierunek nie jest bardzo popularny, obfituje w mnóstwo starożytnych zabytków, które możemy podziwiać nie tylko w muzeach, ale także udając się na stanowiska archeologiczne i to właśnie na nich skupi się dzisiaj moja uwaga. Zapraszam na:

Jeśli jesteście fanami historii, będziecie zachwyceni, bowiem wiele wykopalisk jest naprawdę sporych rozmiarów, a budowle i figury potrafią być bardzo dobrze zachowane. To też jedne z niewielu miejsc na terenie całego kraju, gdzie przykłada się wagę do informacji – znajdziemy wiele tabliczek, znaków, mapek i opisów, co raczej nie uchodzi za chleb powszedni w Macedonii.

Oczywiście nie udało nam się zwiedzić wszystkich tego typu miejsc – informacje o nich bardzo ciężko odszukać w Internecie, a my natrafialiśmy na nie spontanicznie, kiedy jadąc gdzieś samochodem, zauważaliśmy charakterystyczny zjazd na atrakcję w postaci brązowej tabliczki z białym filarem. Odwiedziliśmy ich jednak na tyle dużo, że możemy podpowiedzieć Wam, czego się spodziewać, na co zwrócić uwagę, no i gdzie szukać! Na samym dole znajdziecie też rankingi, które sporządziliśmy dla Was, biorąc pod uwagę różne kryteria odwiedzonych wykopalisk.

STOBI

Znajduje się w środkowej Macedonii, nieco bliżej wschodu. Początki Stobi przypadają na ok. VII – VI w. p.n.e., co czyni je najstarszymi wykopaliskami w kraju. Miasto osiągnęło świetność za czasów panowania Oktawiana Augusta i stanowiło jeden z ważniejszych ośrodków handlowych. Jego żywot zakończył się kilka wieków po narodzeniu Chrystusa w wyniku potężnego trzęsienia ziemi oraz kilku innych towarzyszących mu okoliczności. Ciekawostka – to właśnie tu po raz pierwszy użyto nazwy denara, który później stał się walutą kraju.

Będąc tam w maju, miejsce zrobiło na nas niesamowite wrażenie i to nie tylko pod względem historycznych pozostałości, a samego otoczenia. Teren, po którym się poruszamy, jest dość duży, na pewno największy i najbardziej okazały spośród tych, które znajdą swoje miejsce w tym wpisie. To zapewne powód, dla którego zwiedzanie nie jest aż tak swobodne jak w przypadku innych wykopalisk. Mamy tutaj wyznaczone ścieżki, oznaczenia, w wielu miejscach są także zawieszone sznurki, których nie powinniśmy przekraczać. Trochę tu już wiało takim „typowym miejscem turystycznym”, chociaż obszar wokół był zupełnie dziki i nietknięty przez człowieka. Piękny obraz, zwłaszcza że w Polsce widzi się go coraz rzadziej – łąka porośnięta makami i innymi kwiatami w tak dużym stopniu, że przykrywały częściowo fragmenty kolumn leżące na ziemi. Miejsce stało się idealnym domem dla sporych rozmiarów żółwi, które chowały się w wysokiej trawie lub wygrzewały skorupy na słońcu.

Jeśli chodzi o zabytki, to do przejścia mamy 19 znacznie oddalonych od siebie stanowisk, do których możemy podążać z mapką otrzymaną na wejściu. Znajdują się tu m.in. pozostałości po łaźniach, więzieniu, fontannie, licznych bazylikach, a nawet kasynie. Przyjeżdżając tutaj, pierwszym miejscem, które rzuci Wam się w oczy, będzie również antyczny teatr zachowany w naprawdę dobrym stanie. Pierwotnie mieścił ponad 7,5 tys. osób, toczyły się tutaj walki gladiatorów. Co ciekawe, oznaki zniszczeń czy braków, które dostrzegamy w budowli, wcale nie wynikają z upływu czasu czy zdarzeń, o których wspominałam wcześniej. Po prostu była to konstrukcja na tyle duża i materiałochłonna, że już w V w. zaczęto stopniowo rozbierać ją, a budulca używano do stawiania nowych obiektów w mieście (na zdjęciu wyraźnie widać, że proces ten rozpoczęto od lewej strony).

Pozostałości po mieście są dość dobrze zachowane – zawsze jesteśmy w stanie dostrzec całkowity zarys budynku, kolumny, łuki, płaskorzeźby czy… mozaiki, które w wielu miejscach są niemalże nieuszkodzone i na nas robiły największe wrażenie. Przykładem tego jest jeden z obiektów sakralnych, nad którym rozciągnięto rusztowania ze schodami i barierkami. Górę ruin osłonięto dachem, aby na ziemię nie skapywał deszcz, chroniąc je tym samym przed wiatrem czy nadmiernym słońcem. Widok z lotu ptaka zapewnia nam nie tylko lepszą widoczność na ogrom pozostałości, ale też pozwala na lepsze zaobserwowanie wzorów ułożonych z drobnych kamyczków i płytek, które z innej perspektywy trudno byłoby dostrzec i docenić. Mnie zachwyciło, że kulturowo dzieliło nas tyle lat z ich twórcami, a mimo tego dalej używamy podobnych symboli czy potrafimy rozpoznać przedstawione motywy. Największe wrażenie robi z pewnością baptysterium, sami spójrzcie.

Wstęp tutaj kosztuje 120 MKD (8,92 PLN) i jak najbardziej polecamy odwiedzenie tego miejsca. Co dziwne, na wejściu znajdują się obrotowe bramki, jednak większość osób omija je, nawet nie płacąc. Warto jednak podejść do okienka i wesprzeć finansowo to miejsce, w którym wciąż istnieją czynne stanowiska archeologiczne. Kobieta w kasie była, zdaje się, zaskoczona naszą uczciwością, ale przecież dla nas to niewielki wydatek, a dla nich spore wsparcie.

HERAKLEA LYNCESTIS

Dużo mniejsza względem Stobi, bo licząca jedynie 10 stanowisk i położona na znacznie mniejszym, skupionym terenie. Znajduje się na południowym zachodzie Macedonii w pobliżu miasta Bitola i została założona przez Filipa II Macedońskiego w IV w. p.n.e. Nazwano ją na cześć Heraklesa, co miało przywodzić na myśl zwycięstwo i chwałę. Tutaj również prócz rabunków kres miasta wyznaczyło trzęsienie ziemi, po którym mieszkańcy stopniowo zaczęli wyjeżdżać i szukać nowego miejsca do osiedlenia się.

Wśród najciekawszych zabytków znajdują się termy, bazyliki z dobrze zachowanymi mozaikami czy teatr. Ten odkryto stosunkowo późno, bo dopiero w XX w., a wskazówką nakierowującą na miejsce poszukiwań  była odnaleziona kostka pełniąca rolę biletów w czasach starożytnych. Dla mnie to w ogóle niesamowicie fascynujące, jak taki drobiazg mógł przyczynić się do takiego odkrycia. Teatr w głównej mierze pełnił scenę do walk gladiatorów, na miejscu znajdowały się trzy klatki ze zwierzętami i tunel, którego oba wyjścia możemy obserwować po dziś dzień.

To co na nas zrobiło też ogromne wrażenie, to system kanalizacyjny, który można dostrzec, idąc przez sam środek wykopalisk. Stawiając pierwsze kroki, ma się wrażenie, że przed wami rozciąga się dróżka wyłożona z kamieni, ale jeśli przyjrzycie się bliżej, to wyraźnie widzicie prześwity pomiędzy nimi i dziurę (rynnę), która znajduje się pod spodem. Cóż, na pewno był to jakiś sposób na odprowadzanie nieczystości z gospodarstw i zachowanie większej higieny, ale z drugiej strony wyobraźcie sobie, jaki w mieście musiał rozciągać się zapach…

To miejsce słynie także z mozaik – ta, która znajduje się w Wielkiej Bazylice, została nawet umieszczona na banknocie o nominale 5000 MKD.

Zwiedzanie kosztuje 60 MKD (4,46 PLN) i jest zupełnie swobodne – mam wrażenie, że moglibyście nawet chodzić po mozaikach i skakać po murkach, a nikt nie zwróciłby Wam uwagi. Oczywiście to nie powód, żeby tak robić, ale czasami ułatwiało np. robienie zdjęć, jeśli kogoś temat interesuje. Warto też zaopatrzyć się w dobre buty – na miejscu jest sporo roślin, które gubią takie jakby kolce czy szpiczaste rzepy, które wbijają się w podeszwy. Moje były zupełnie poszatkowane i pełne dziurem po odwiedzeniu tego miejsca, bo były za miękkie.

BARGALA

Bargala nie jest jakoś szczególnie polecana w Internecie, raczej ciężko znaleźć ją jako atrakcje wypisane na polskich stronach. Mimo tego pojechaliśmy, by przekonać się, z czym to się je i nasze uczucia były raczej… mieszane.

Miasteczko powstało mniej więcej w IV w. i znajduje się w okolicy Sztipu (Štip). Nie ma tam zbyt wiele do zobaczenia zarówno pod względem rozmiarów tego miejsca, jak i większych atrakcji, przez co wstęp jest darmowy. Oczywiście jest tu bazylika czy łaźnie, jednak brakuje jakichkolwiek informacji w postaci chociażby małych tabliczek, co jest czym. Nie ma też wytyczonej drogi do zwiedzania, co chyba niespecjalnie nikogo zaskakuje. Najciekawszym elementem zabudowań są potężne mury obronne – jeśli ktoś ma ochotę, może wejść na ich samą górę przy użyciu zachowanych schodków.

Powiem tak – jeśli ktoś jest fanem historii czy architektury, to i tak mu się tu spodoba, jednak dla każdego przeciętnego odwiedzającego, zwłaszcza jeśli zobaczył już dwie wymienione przez nas wcześniej pozycje, nie będzie to raczej nic ciekawego czy odkrywczego. Warto tu wstąpić, jeśli zwiedzamy coś w pobliżu, tak jak my to zrobiliśmy – w przeciwnym razie odradzam planowania wyjazdu specjalnie tutaj. Nas dodatkowo złapała ulewa, więc uciekaliśmy stamtąd dość szybko.

Są jednak pozytywne aspekty, na które udało mi się zwrócić uwagę. Na pewno monumentalne wejście w postaci łuku robi wrażenie. Na miejscu możemy zobaczyć ciekawie przebiegający proces niszczenia kolumn, które zmieniły kolor na różowy. Możemy odnaleźć też niewielkie pomieszczenie z piecem, gdzie po dziś dzień zachowały się zwęglone ślady po jego użytkownikach.

(ARHEO PARK GRADIŠTE) BRAZDA

Gdybym robiła ranking porażek i to nawet nie tylko w kwestii tego postu, a całości naszego wyjazdu do Macedonii, to byłoby moje TOP 1. Brazda znajduje się w okolicy Skopje, więc sąsiedztwo stolicy, a także wyniosła nazwa parku archeologicznego zachęciły nas do odwiedzenia tego miejsca, do którego prowadził dosłownie jeden drogowskaz.

Z tego co czytaliśmy, w tym miejscu odnaleziono ogromną płytę nagrobną, przykrywającą grób jakiegoś niegdyś żyjącego na tych terenach dygnitarza. Pod spodem znajdowała się komora uformowana z wielkich, ciosanych głazów, które transportowano w to miejsce ponad 20 km. Po takim opisie spodziewaliśmy się grobowca na miarę Aleksandra Macedońskiego, natomiast naszym oczom ukazało się to:

Na pytanie, czy znajduje się tam cokolwiek więcej – otóż nie, chyba że interesują Was ruiny znajdujące się niedaleko, gdzie prócz kilku ścian spryskanych sprayem, mnóstwa roztrzaskanego szkła i dość nieprzyjemnego zapachu, nie uświadczycie niczego. Jeśli więc kiedyś nazwa obije się o Wasze uszy, najlepiej to zignorować i darować sobie tę wątpliwą przyjemność.

SCUPI

To akurat coś, czego żałuję bardzo. Miasto są położone w bliskim sąsiedztwie Skopje –powstało ok II w. p.n.e. i również opustoszało po trzęsieniu ziemi w VI w. n.e. Wykopaliska są też jednymi z większych, choć może gorzej zachowanych niż Heraklea czy Stobi.  Niestety przyszło nam je oglądać wyłącznie zza krat. Teren ogrodzono i zamknięto na kłódkę, a kiedy zapytaliśmy ludzi mieszkających w pobliżu, kiedy zostanie ponownie otwarty dla turystów, stwierdzili, że nie wiedzą i że tak już jest od jakiegoś czasu. Prawdopodobnie więc COVID odcisnął tutaj swoje piętno i nie było nam dane zwiedzić tego miejsca, ale Wy jedźcie tam koniecznie, jeśli będziecie mieć okazję i dajcie nam znać, jak było!

PLAOŠNIK

Wykopaliska znajdujące się w samej Ochrydzie, o których pisałam TUTAJ. Znajduje się przy nich jedna z ciekawszych cerkwi Macedonii, którą możemy zwiedzić od środka. Znajdziemy tutaj dobrze zachowane kolumny z rzeźbieniami, chrzcielnicę, ruiny budowli wraz z łukami czy mozaiki na posadzkach. Co ciekawe, nad nimi powstaje cały kompleks budynków wyglądający jak hotel, pod którym dalej prowadzone są prace archeologiczne. Wstęp jest płatny: 50 MKD za bilet ulgowy/studencki (ok. 3,70 zł) i 100-200 MKD za osobę dorosłą (7,50-15 zł). Po więcej informacji zapraszam bezpośrednio przez link.

To wszystkie z wykopalisk, które udało nam się odwiedzić. Przyszedł więc czas na podsumowanie i rankingi dotyczące różnych aspektów zwiedzaniowych:

RANKINGI

RANKING 1 – WYKOPALISKA, KTÓRE OFERUJĄ NAJWIĘCEJ ZABYTKÓW/CIEKAWOSTEK DO ZOBACZENIA:

  1. Stobi
  2. Heraklea
  3. Plaośnik
  4. Bargala
  5. Brazda
  6. ??? Scupi ??? (prawdopodobnie uplasowałoby się na 1-2 miejscu)

RANKING 2 – NAJLEPSZY DOSTĘP DO INFORMACJI NA MIEJSCU

  1. Stobi
  2. Plaośnik
  3. Heraklea
  4. Brazda
  5. Bargala
  6. ??? Scupi ???

RANKING 3 – NAJWIĘKSZA SWOBODA ZWIEDZANIA

  1. Brazda/Bargala
  2. Heraklea
  3. Stobi
  4. Plaośnik
  5. ??? Scupi ??? (zapewne zbliżona do Stobi)

Z naszej strony to byłoby wszystko. Dajcie znać, czy kiedykolwiek odwiedziliście jakieś z tych miejsc albo czy mieliście je w planach. Czy zmieniliśmy odrobinę Wasze spojrzenia na nie? Trzymajcie się ciepło!

Co warto zwiedzić w okolicach Ochrydy? Czyli muzea, klasztory oraz rezerwaty przyrody

Przy okazji poprzednich postów wspominałam o najciekawszych atrakcjach Ochrydy, natomiast dziś chciałabym przedstawić Wam pomysły na kilka krótkich wycieczek właśnie z tego miasta. Jeśli już zawitaliśmy w tych rejonach Macedonii, grzechem byłoby nie wykorzystać okazji, zwłaszcza że większość z poniższych pozycji mogą zobaczyć zarówno zmotoryzowani, jak i nie (dostępność łódką, wykupienie rejsu, autobus). Przedstawiamy więc trzy miejsca, w które warto udać się zwłaszcza w pogodne dni i niewielkim nakładem siły poznać nowe zakątki świata:

BAY OF BONES

Muzeum na wodzie, które w całości stanowi rekonstrukcja osady tudzież wioski rybackiej istniejącej w tym miejscu już w czasach prehistorii. Jest raczej niewielkie, ale niesamowicie fotogeniczne i raczej nietypowe – w każdym razie ja nigdy widziałam podobnego miejsca. Zatoka Kości swoją nazwę zawdzięcza prawdopodobnie szczątkom zwierzęcym, które odnaleziono na tych terenach (czaszki, proste narzędzia). Wstęp kosztuje 100 MKD (ok. 7,5 zł) niezależnie od wieku, nie przysługują tutaj żadne zniżki, co jest dość niespotykane, biorąc pod uwagę każdą inną atrakcję kraju. Nawet specjalnie o to zapytaliśmy, ale mężczyzna za ladą zbył nas dość nieuprzejmie i chyba miał zły dzień.

DOJAZD

Obecnie możemy dotrzeć tu drogą lądową – samochodem z Ochrydy zajmie nam to około 20-stu kilku minut (jest też ponoć autobus za 1 EUR, ale z niego nie skorzystaliśmy). Niby to tylko 16 km, ale droga przez wioseczki, z wieloma zakrętami i średniej jakości asfaltem. Drugą opcją jest wykupienie rejsu. Ich ceny wahają się średnio od 5-20 EUR, gdzie 5 to mała łódeczka z silnikiem, a 20 to duży wycieczkowiec, jeśli miałabym zobrazować Wam przekrój wielkości i jakości. Który wybór wydaje się lepszy? Praktykowałam oba i każdy ma swoje zalety. Podróżując autem, zwłaszcza w środku tygodnia, na pewno nie natkniemy się na tłumy ludzi i zwiedzanie jest po prostu przyjemniejsze, we własnym rytmie. Rejs z kolei zapewnia nam opiekę przewodnika, który wzbogaci wycieczkę w ciekawe informacje. Na miejscu co prawda są tabliczki informacyjne, ale napisane dość topornym angielskim – dużo trudnych słów i zlepków typu „Kali jeść, Kali pić”. Trzeba jednak pamiętać, że taką przyjemność należy wcześniej zarezerwować w porcie i zapłacić zaliczkę. Nie polecę więc tutaj lepszego rozwiązania, bo to bardzo mocno zależy od Waszych preferencji.

ZWIEDZANIE

Rozpoczynając zwiedzanie, wchodzimy do pomieszczenia, gdzie możemy obejrzeć oryginalne fragmenty naczyń i… drewnianych pali. Na samym środku pokoju znajduje się duży zbiornik ze specjalnym roztworem, dzięki któremu drewno nie rozkłada się, nie gnije, tylko pozostaje w niezmienionej formie dla zwiedzających. Jak więc wioska utrzymywała się przy życiu kiedyś, skoro takich metod nie było? Otóż nie utrzymywała się i dlatego osadę wznoszono ciągle od nowa, zwłaszcza że jednym z jej głównych budulców była glina, która z wodą za bardzo się nie lubi.

Dziś w każdym z domków możemy odnaleźć charakterystyczne „umeblowanie” w postaci przędzy, koszyków, kominków, dzbanków, słomianych rolet okiennych, kołysek dla dzieci, łóżek, czaszek czy skór zwierzęcych. Oczywiście są sztuczne, co czuć nie tylko w dotyku, ale widać na pierwszy rzut oka chociażby po niedźwiedziu z wydłubanym okiem i plastikowym nosem. Do każdego domku można wejść i jego stylizacja, choć podobna, cechuje się pewnymi różnicami, przez co uwaga zwiedzającego zostaje zachowana. Elementem, którego już dziś nie zobaczycie, jest drewniana klapa znajdująca się w każdym domostwie. Ponoć służyła do połowu ryb, aczkolwiek stanowiła też pewne zagrożenie, zwłaszcza dla dzieci… Według tego, co możemy przeczytać na miejscu, na wszelki wypadek obwiązywano im kostki sznurem. W razie gdy wpadły do wody, rodzice ciągnęli za niego i wciągali podopiecznego z powrotem do domu, do góry nogami. 100% zapewnienia bezpieczeństwa. Wyobrażacie sobie podobne dzieciństwo? 😉

Miejsce warto odwiedzić w słoneczny dzień, bo woda tutaj rzeczywiście ma wtedy niesamowity, błękitny kolor. Jest bardzo czysta i o ile większość zdjęć w Internecie z Bay of Bones jest przerobionych aż do bólu, o tyle mogę zapewnić, że na żywo wrażenia wcale nie są gorsze. Legenda głosi, że całość konstrukcji została wzniesiona na 10.000 pali, a wioskę zamieszkiwało ok. 60 mieszkańców.

VEVCHANI SPRINGS

Można powiedzieć, że to niewielki rezerwat przyrody, który znajduje się w miejscowości Vevchani oddalonej od Ochrydy o 27 km (35 minut jazdy samochodem). Nie jest w ogóle rozsławiony, stąd szukając informacji o nim, natknęłam się tylko i wyłącznie na zdjęcia, które ktoś zrobił w taki sposób, że dalej nie miałam pojęcia, czym owa atrakcja jest. Teraz jednak mogę powiedzieć, że to takie typowe miejsce na spacer wśród przyrody, gdzie możemy odświeżyć umysł z dala od ludzi. Wokół słychać tylko szum licznych potoków, w wielu miejscach da się dostrzec małe wodospady i źródła wybijające z ziemi już pod taflą wody (odznaczają się wieloma bąbelkami czy pianą). Na terenie rezerwatu możemy spotkać mnóstwo gatunków ssaków (wilki, rysie, sarny, nietoperze czy nawet niedźwiedzie), owadów, grzybów czy płazów. Jednym z bardziej rozpoznawalnych jest np. salamandra plamista, którą tutaj podpisano jako „salamandra salamandra”. 🙂

Na miejscu znajdują się liczne ławeczki czy miejsca, w których możemy usiąść i odpocząć. Wstęp poza sezonem jest darmowy, natomiast przy wejściu znajdowała się budka, która nasunęła nam na myśl symboliczne opłaty w okresie letnim. W maju nie było tam nikogo, na szybie widniał jedynie numer telefonu, ale jakoś nikt nie palił się do tego, żeby zadzwonić i powiedzieć, że chce kupić bilet. 😉 Miejsce polecam, jest bardzo ciche i urokliwe.

WIOSKA VEVCHANI

Warto też przejść się po samej miejscowości Vevchani – nie jest wpisana na żadne listy popularnych miast czy wiosek macedońskich, a na nas zrobiła niesamowite wrażenie. Większość domów wykańczano przy pomocy dwóch budulców – kamienia oraz drewna, co wygląda naprawdę bajecznie. W wielu miejscach na tarasach czy balkonach widać zawieszone ogromne wory z kukurydzą, prawdopodobnie w celu suszenia. Znaczna część zabudowań jest naznaczona nie tylko czasem, ale też pożarem – widać osmolone ściany, wybite szyby czy zniszczone bele lub stropy. Może powinnam odnieść wrażenie biedy, bo wioska naprawdę była skromna, a zamiast tego miejsce wydawało nam się po prostu magiczne. Rośnie tu też mnóstwo pięknie rozkwitających kwiatów i krzewów, co tylko wzmacnia kontrast.

W samym centrum Vevchani znajduje się dość duży kościół, do którego prowadzi wiele malutkich stopni. Tuż u jego podnóży widnieje mała, podupadła burgerowania – zatrzymaliśmy się tam na małą przekąskę i powiem Wam, że dawno nie najadłam się i nie napiłam tak dobrze, za taki bezcen. Właściciel knajpy wyglądał na dość ostrożnego, jakby zawstydzonego, zwłaszcza gdy daliśmy mu napiwek. Dla nas to niewiele, a dla niego musiał być to gest, którego rzadko doświadcza, dlatego zawsze warto pamiętać o wsparciu zwłaszcza tak małych mieścinek i ich mieszkańców. Zazwyczaj są piękne, jednak brakuje im wsparcia finansowego – większość pieniędzy przeznaczana jest na rozbudowę stolicy kraju, przez co widać ogromny kontrast między poszczególnymi miejscowościami. O tym będę pisać jeszcze w osobnym wpisie.

Jedyne, co zaskoczyło nas raczej negatywnie (zresztą nie tylko tutaj, zdarzało się też w innych miejscowościach Macedonii), to wiele drzwi czy ścian wymalowanych sprayem, a konkretnie swastykami. Czemu i skąd takie zapędy? Nie wiem, ale mam nadzieję, że zanikają.

Ciekawostka: W Vevchani 12-14 stycznia odbywa się festiwal, czy też może bardziej karnawał z okazji uczczenia Nowego Roku. Każdy uczestnik przebiera się, odbywa się też mnóstwo pogańskich zabaw i tradycji. Kostiumy Macedończycy wykonują przeważnie samodzielnie, a zdjęcia, które udało mi się z tej okazji znaleźć, przypominają dość mocno imprezę halloweenową. 😉

KLASZTOR ST. NAUM

Znajduje się ok. 30 km od Ochrydy (ok. 40 minut jazdy autem) i warto połączyć tę atrakcję z przystankiem właśnie w Bay of Bones. Tutaj również możemy wykupić rejs, który obejmuje zobaczenie obu tych miejsc, jak już wcześniej wspominałam. Dlaczego klasztor cieszy się aż taką popularnością? O św. Naumie będziecie podczas pobytu w Macedonii słyszeć wielokrotnie, nie da się też nie zwracać uwagi na liczne pomniki, które mu postawiono. Uchodził za ucznia Cyryla i Metodego, stworzył szkołę piśmiennictwa w Ochrydzie, no i właśnie ten wspominany wyżej klasztor na wzgórzu, w którym został pochowany. Dla ludzi, którzy lubią legendy, wierzenia i miejscowe opowiastki – mówi się, że stojąc przy grobie świętego, słyszy się bicie jego serca (mniej więcej tam wybija źródło wodne, stąd ten efekt).

Atrakcja to jednak nie tylko klasztor, a cały kompleks budynków wokół niego. Płacimy tak naprawdę nie za wstęp, a za sam parking (ok. 4 zł), z którego rozciąga się długi deptak z kramikami po jednej stronie. Możemy kupić biżuterię czy coś stricte turystycznego, jednak prym wiodą obrazki świętych, krzyże i raczej symboliczne pamiątki. Im bliżej podnóży klasztoru się znajdujemy, tym wyraźniejsze staje się pokrzykiwanie pawi – naprawdę, wydają z siebie dźwięki co chwilę, a że jest ich dużo (przynajmniej kilkanaście), to po krótkiej chwili odbieramy je jako hałas. W ogóle nie boją się ludzi, pozują do zdjęć, a nawet śpią pośród zamieszania. Spacer między nimi jest zapewne jedną z większych atrakcji, zwłaszcza że to jedyne takie miejsce, które kojarzę, gdzie udało nam się spotkać… pawia albinosa. Dostojnego, w pełni opierzonego, tylko po prostu zupełnie białego. Wygląda bajecznie i każdy chce zrobić z nim zdjęcie.

Wokół znajduje się tez dużo knajp – jedna z nich pełni funkcję restauracji i hodowli ryb w jednym, więc wiemy, że dostaniemy wysoce jakościowy posiłek za odpowiednią cenę (Restaurant Ostrovo). Możemy także przejść się po parku z kwiatami i fontannami. Jeśli chodzi o sam klasztor… jest okazały, ale jednak po zobaczeniu dużej ilości podobnych budowli, już tak nie zachwyca. To bardzo tradycyjny budynek – pomarańczowy, przyozdabiany cegiełkami, jak większość kościołów, klasztorów i bazylik w Macedonii. Polecam więc zwiedzić go stosunkowo szybko, żeby doznać tego efektu „wow”. Z góry za to rozciągają się piękne widoki na jezioro.

Tak właśnie przedstawiają się trzy miejsca, które warto odwiedzić, gdy jesteśmy zmęczeni dalekimi podróżami albo po prostu nie lubimy pokonywać nie wiadomo ilu kilometrów w jeden dzień, będąc na wakacjach. Najlepiej przeznaczyć sobie na nie dwa dni (naszym zdaniem najbardziej optymalne wykorzystanie czasu), jednak trzy tez nie są złą opcją, jeśli np. pracujemy zdalnie i zwiedzamy wyłącznie popołudniami. Mam nadzieję, że przekazałam Wam nowe, przydatne informacje i że chociaż o Vevchani Springs nie słyszeliście wcześniej. Dajcie znać, czy już widzieliście wszystkie te atrakcje i jakie wywarły na Was wrażenie. Trzymajcie się ciepło!

Macedońskie atrakcje na szczytach gór – czyli o klasztorach i obserwatorium astronomicznym Kokino

Jeśli lubicie górską wspinaczkę i zwiedzenie, to ten wpis jest właśnie dla Was, bowiem łączy w sobie obie te przyjemności. Dziś kilka słów o atrakcjach umiejscowionych na szczytach lub znacznych wysokościach względem miasta. Do większości z nich nie jesteśmy w stanie dojechać autem, ale na pewno możemy znacząco skrócić czas wędrówki dzięki samochodowi, jeśli nie czujemy się na siłach lub nie dysponujemy odpowiednią ilością czasu wolnego. Dla każdego znajdzie się coś odpowiedniego – drugi Szczeliniec, klasztor z gadającą papugą czy obserwatorium astronomiczne. Zapraszam na:

KLASZTOR TRESKAVEC

Klasztor znajduje się nieopodal miejscowości Prilep położonej na południe od centralnej części Macedonii. Wzniesiono go na górze Zlatowraw na wysokości ponad 1400 m n.p.m., a sama nazwa Treskavec oznacza miejsce, w które często uderzają pioruny. Nieco ponad 10 lat temu klasztor ucierpiał w wyniku pożaru, więc na jego ścianach czy suficie możemy podziwiać stosunkowo niewiele malowideł w raczej średnim stanie – wiele z nich po prostu się ukruszyło. Budowla ma pomarańczową barwę, a także bardzo charakterystyczny kształt i zdobienia dla obiektów sakralnych w Macedonii.

Obecnie możemy podziwiać jedynie pewną jej część, bo resztę zasłania rusztowanie. Dziedziniec, który skrywają mury, dość mocno przywodzi na myśl plac budowy, bo panuje ogólny nieporządek, gdzieniegdzie widać porozrzucane cegły czy stosy piasku lub kamieni. Obchodząc klasztor dookoła, znaleźliśmy również porzucony, żeliwny krzyż. Ciekawym elementem, na który warto zwrócić uwagę, jest wyłaniająca się spomiędzy zabudowań skała, która do złudzenia przypomina naszego małpoluda ze Szczelińca – polska wersja po lewej, macedońska po prawej. Prawda, że niesamowicie podobne? Nawet rzekłabym nieśmiało, że goryl Macedończyków jest bardziej kształtny – choć może to po prostu inny gatunek. 😉

Co ciekawe, mury wchodzące w skład klasztoru wyglądają zupełnie inaczej z zewnątrz niż wewnątrz. Remont powoli przekształca środkową część zabudowań w nowoczesny obiekt z gładzonymi, błyszczącymi belkami drewna, sporymi szybami i tak dalej. Nam połączenie tych dwóch stylów niespecjalnie się podobało, miejsce straciło przez to urok. Obecnie nie odprawia się tam nabożeństw, za to widzieliśmy kilka rodzin, które przyjechały tu w ramach pikniku.

Tym, co tak naprawdę urzeka, jest lokalizacja klasztoru – rozciągają się z niego cudowne widoki na górskie serpentyny, skały, panoramę miasta Prilep oraz wszechobecną zieleń zamieszkałą przez różne rodzaje motyli oraz jaszczurek. Można dotrzeć tu na piechotę lub zostawić auto na prowizorycznym, żwirowym parkingu (bezpłatnym) w odległości 200/300 metrów od bramy wejściowej. Jeśli jednak sądzicie, że będzie to łatwiejsze rozwiązanie od trekkingu, to Was zaskoczę. My, z wypożyczoną Skodą Fabią, mieliśmy spore problemy z dotarciem na szczyt ze względu na wąską drogę, na której mieściło się jedno auto. Na szczęście nikt nie jechał z naprzeciwka, bo zakręty były tak ostre, że nie sposób dostrzec pojazdu nadjeżdżającego z drugiej strony. Jazda w takich warunkach zajmuje koło 20 minut. Jeśli już nam się uda, możemy przed odwiedzeniem klasztoru skierować się w stronę wjazdu na parking i iść w jego kierunku, aż dotrzemy do altanki i huśtawki, która niestety już nie była sprawna. Jak na to, że szczyt nie znajduje się specjalnie wysoko, to widoki z niego rozciągały się naprawdę bajeczne.

PLATFORMA OBSERWACYJNA KOKINO

Kokino znajduje się w północno-wschodniej Macedonii na szczycie góry Tatikew Kamen na wysokości ponad 1000 m n.p.m. Uznaje się je za pozostałości megalityczne (z ok. 1800 lat p.n.e.) – nieobrobione kamienie, które bez żadnej zaprawy tworzą miejsce o znaczeniu kulturowym, religijnym lub astronomicznym. Od 2005 roku NASA oficjalnie uznało je za starożytne obserwatorium astronomiczne, istnieje też możliwość wpisania go na listę światowego dziedzictwa UNESCO (na razie propozycja jest zgłoszona, ale niezatwierdzona). W sumie jestem ciekawa, czy ten moment w ogóle nastąpi i kiedy; byłoby to o tyle korzystne, że miejsce z pewnością zostałoby lepiej oznakowane. Póki co widnieją tam tablice informacyjne głównie w języku francuskim, jako że Kokino jest częścią jakiegoś kulturowo-naukowego projektu z Francji. Niestety nie udało mi się odnaleźć dokładnych informacji na ten temat, dodatkowo żadne z nas nie mówi po francusku. Tablice w języku angielskim są zazwyczaj podniszczone i pojawiają się rzadko, dlatego wzrost popularności atrakcji mógłby wymusić lepsze zorganizowanie punktów informacyjnych. O historii obserwatorium i użyteczności czterech platform musieliśmy czytać ze źródeł internetowych już po fakcie, natomiast symboliki i rytuałów jest tyle, że dobrze by było, jakby istniała opcja zapoznania się z nimi już na etapie zwiedzania. Dzięki temu człowiek lepiej zobrazuje sobie istotę obserwatorium.

Platformy obserwacyjne nie odznaczają się niczym wyjątkowym – gdyby nie tabliczki, pewnie łatwo by je ominąć. To takie miejsca, gdzie w skałach wydrążono szczeliny, przez które obserwowano ruchy księżyca i słońca np. podczas przesilenia letniego/zimowego, a także nacięcia, które wskazywały dni rozpoczęcia świąt. To tu odkryto też, że księżyc co 19 lat pojawia się na niebie w tym samym miejscu i w tej samej fazie. W Kokino odprawiano również rytuały pojednania władcy z bogiem słońca. Wyznaczono takie miejsce i taki dzień, kiedy osoba na kamiennym tronie była oświetlana promieniem słońca, co miało być symboliką odnowienia panowania. Niestety tylko jeden z otworów jest opisany – trudno znaleźć resztę z nich bez odpowiedniego nakierowania i to było właśnie to, czego nam brakowało.

Nam najbardziej podobała się sama wędrówka na szczyt i nietypowe formacje skalne. Do wyboru mamy dwa szlaki – jeden bardzo prosty, drugi uznany za trudny. Jeśli jednak jesteście w stanie wejść na Śnieżkę czy Szczeliniec, to będzie dla Was więcej niż bułka z masłem. Łatwa droga naprawdę nie ma dużego nachylenia, widzieliśmy starsze osoby, które ją wybrały i radziły sobie na niej super. Na górze mamy drewnianą ławeczkę, na której można odpocząć. Szlaki nie są świetnie oznaczone, idziemy raczej „na czuja”, ale też ciężko o to, żeby się zgubić. Gdzieniegdzie da się dostrzec sznury, za które nie powinno się przechodzić, ale prawda jest taka, że każdy wędrował tak, jak mu się podoba i gdzie tylko mu się podoba. Widokowo miejsce jest przepiękne.

MONASTER ŚW. JOVANA BIGORSKIEGO

Znajduje się w zachodniej Macedonii na terenie Parku Narodowego Mawrowo, co już może być dla Was podpowiedzią, jakich krajobrazów możemy się spodziewać. W drodze do klasztoru miniemy małą kapliczkę, studzienkę oraz dość sporą restaurację. Droga jest kręta, podobnie jak w przypadku Treskavca, z tym że wyłożona asfaltem i prowadzi pod niemalże samą atrakcję. Klasztor był odbudowywany dwa razy przed uzyskaniem ostatecznego kształtu – widać, że jest nowiutki i wyremontowany, ale wykończony w dobrym smaku. Wejście do środka jest płatne, ale dość trudno porozumieć się w sprawie ceny z mężczyzną przy wejściu. My ostatecznie zapłaciliśmy chyba koło 20 zł za osobę, bo zastanawialiśmy się, że to dość drogo jak na Macedonię. Opłaca się jednak wydać taką kwotę i nie ma czego żałować. W środku kobiety mają obowiązek zasłaniania kolan i ramion, przy wejściu otrzymujemy specjalną chustę do owinięcia (za darmo). Jest dość niesymetryczna, przez co ciężko równomiernie się nią zakryć, ale nikt jakoś później nie zwracał na to uwagi.

Klasztor jest ogromny, wykończony kamieniem i drewnem, z wysoką wieżą zegarową. Cały teren odgradza ozdobny mur. Dziedziniec zadbany, malowidła odnowione, wszędzie wiszą chorągiewki, wiele miejsc obsadzono kolorowymi kwiatami. Pośrodku stoi duża klatka, w której trzymana jest papuga i, nie uwierzycie, może nie potrafi mówić zbyt składnie, ale odpowiada „Hello!”. Istnieje możliwość wejścia do środka klasztoru, my jednak tylko zerknęliśmy, ponieważ akurat odbywała się jakaś uroczystość i zgromadziło się na nią kilkunastu popów, którzy byli w trakcie modlitw. Miejsce naprawdę warte zobaczenia.

Dodatkowym atutem jest widok z dziedzińca – góry, które w maju były jeszcze ośnieżone, spójrzcie sami:

Dzisiejszy wpis ma krótszą formę, jako że podzieliłam zwiedzane przez nas atrakcje tematycznie. Dajcie znać, czy taka długość wpisu i ilość informacji jest dla Was wystarczająca, czy niczego nie brakowało. A może w ogóle jesteście za dzieleniem postów na krótsze? Koniecznie poinformujcie mnie też o innych atrakcjach na wysokościach, które Wy widzieliście w Macedonii. Trzymajcie się ciepło!

Macedońskie alkohole i słodycze – gdzie nabyć, za ile i czego skosztować?

Dziś kolejny wpis dla smakoszy – zwłaszcza tych, którzy miłują się w słodkich przekąskach, deserach oraz alkoholach. Będzie mowa nie tylko o gustach kulinarnych, ale także cenach zarówno w Macedonii, jak i nabycia podobnych produktów w Polsce. Część z nich zdobędziecie tylko w konkretnych sklepach lub knajpach, co w przypadku każdego przypadku zaznaczam. Przewiduję też osobny post na temat restauracji, w których podam dokładne namiary na ciekawe, tanie i smaczne miejsca. Jeśli chodzi o alkohole, to nie jesteśmy wielkimi znawcami i koneserami, opisujemy więc po prostu, co przypadło nam do gustu i naszym zdaniem jest warte spróbowania. Tak po prostu, jak człowiek człowiekowi. Zapraszam na:

Smakołyki:

Alkohole:

  • Rakija
  • Wina
    • Plava Krv
    • Ravin Vranec
    • Muskat
    • Sapphire
    • Smederevka (Skovin i Stobi)
    • Chardonnay Skovin
    • Tga za Jug
    • Alexandria (wszystkie kolory)

SMAKOŁYKI

BAKLAVA

To mój ulubiony słodycz nie tylko w kwestii Macedonii, ale całego życia ogółem. Przysięgam; dobrze, że nie mieszkam tam na stałe, bo za rok już bym nie chodziła, a po prostu się toczyła. Baklava to ciasto francuskie podawane w małych kawałkach, które wypełnia mnóstwo orzechów, pistacji i miodu. Polewa się ją specjalnym sosem, który nieco przypomina klonowy, ale raczej ciężko porównać go do czegoś, co znamy w Polsce. Wydaje nam się, że jest odrobinę rozwadniany, w dodatku musi być w nim coś, co sprawia, że nie zastyga nawet po 2-3 dniach.

Baklava to taka ogólna nazwa grupy ciast, ponieważ istnieje nieskończenie wiele jej odmian – różane, czekoladowe, orzechowe, kokosowe i wiele innych. Przysmak wywodzi się z Turcji, dlatego najlepiej zawędrować po niego do cukierni z tureckim szyldem. My kupowaliśmy baklavę za 25-60 MKD za kawałek (1,80-4,40 zł) i zwykle wychodziliśmy z całym pudełkiem ciasta, co i tak było kiepskim wynikiem w porównaniu do mieszkańców Ochrydy. Największą popularnością cieszył się kadaif (jedna z odmian ciasta), który na wierzchu ma pełno słodkich, karmelizowanych nitek. Nam akurat smakował najmniej, a już niech Was ręka boska chroni od kupienia go w sklepie spożywczym – cukier dosłownie trzeszczy pod zębami i ciężko to przełknąć. Najsmaczniejsze odmiany dla nas (najbardziej wyraziste i wilgotne) to sekerpare i havuc.

Jeśli chodzi ciasta, to w knajpach zawsze dostaniemy kadaif, baklavę, deser panna cotta, naleśniki na słodko lub ciasto/torcik orzechowy. W lokalnych restauracjach warto prosić o home made cake, bo to nie „ciasto dnia”, jak można by przypuszczać, a niejednokrotnie jakiś domowy, rodzinny przepis, którego w przeciwnym wypadku nigdy nie spróbujecie. Naprawdę warto! Nam na przykład udało się trafić na ciasto przekładane masą smakującą jak kogel-mogel.

HALVA

Chałwa to rzecz oczywista – w kostkach, w nitkach czy w kremie, z orzechami, czekoladowa, zwykła. Wymieniać można bez końca. Warto kosztować różnych rodzajów, bo jak się okazuje, nie wszystkie są tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Jak dla nas najlepsza była chałwa sprzedawana w małych kubeczkach w sklepie za ok. 2 zł. Trzeba jednak uważać, bo istnieją dwa bardzo podobne produkty – jeden to taka typowa chałwa, a druga właśnie ta rozmięknięta, kremowa, która dla nas była obłędna i w ogóle nr 1. Chałwy opłaca się też kupować u wystawców ze stoiskami na ulicach, chociaż… raz wzięliśmy na skosztowanie taki bloczek, małą brązową bryłkę chałwy. W konsystencji jak karmel, a w smaku… jak cukier z niczym. Bryłek więc nie polecamy, chyba że mieliśmy wyjątkowego pecha – następnej już nie kupiliśmy.

LOKUM

Lokum to inaczej galaretka w cukrze pudrze, którą formuje się w sześcienne kostki. Trend zawędrował już do Polski, więc zapewne wiecie, z czym to się je. Ja lubię ich kleistą konsystencję, są też mniej słodkie niż na przykład takie, które wkłada się do czekoladek i mniej wodniste niż te, które przyrządza się w pucharkach. Całkiem dobre, chociaż szału nie ma. Skosztować warto.

CZEKOLADOWE WYROBY CHOCO WORLD

Na terenie Macedonii istnieje pięć lokali oferujących najbardziej rozmaite desery czekoladowe, o których można tylko marzyć. O samych knajpach/kawiarniach/restauracjach zamierzam stworzyć kolejny post, tutaj natomiast skupię się na pokazaniu Wam, czego koniecznie musicie spróbować. My wracaliśmy w to miejsce wielokrotnie, za każdym razem próbując czegoś nowego, a i tak zawsze mieliśmy problem, na co się zdecydować. Niby to tylko czekolada, ale produkowana i roztapiana na miejscu, w dodatku zawsze w innej formie. Oto 6 deserów, które możemy ocenić:

  • Czekoladowa patelnia – brownie domowej roboty podane na gorącej patelni, oblane białą i czarną czekoladą. Porcja nie jest za duża, a i tak bardzo trudno zjeść ją na raz. Całość jest tak słodka, że człowiekowi robi się niedobrze, ale tak pyszna, że nie sposób sobie odmówić.
  • Czekoladowy burger – jedna z mniej słodkich pozycji: bułka oblana białą i mleczną czekoladą, złożona na kształt burgera, którego wypełniają owoce (kiwi, truskawki, banan) i bita śmietana. Niesłodka, dzięki czemu neutralizuje smak całości.
  • Mini pączki – 10 malutkich pączków z lukrem podanych na podłużnej tacce. Obok ułożonych jest mnóstwo owoców (kiwi, truskawki, banan), jest też mała miseczka z rozpuszczoną czekoladą. Pyszne, bo sami regulujecie poziom słodkości deseru. Część pączków możecie maczać w sosie, inne nie – w całości, tylko z wierzchu, Wy decydujecie.
  • Naleśnik czekoladowy – z podobnym wypełnieniem jak burger, tyle że jest bardziej płaski i oblany dodatkowo karmelem, jest też posypka z orzeszków.
  • Gofr – oblany czekoladą, z bitą śmietaną i owocami. Bardzo duży i mocno wypieczony.
  • Ciasto brownie orzechowe – wysokie, z kilkoma warstwami, stosunkowo umiarkowanie słodkie w porównaniu do innych deserów. Z płatkami owsianymi (i nie tylko, o ile dobrze pamiętam) i przyozdobione plasterkami truskawek.

Oprócz tego na miejscu możemy napić się różnych odmian kaw (z czekoladą, ale i bez). Mimo formy franczyzy serwuje się je nieco inaczej w każdym miejscu. Pod koniec maja zaczyna się też sezon na lody na bazie czekoladowych wyrobów (belgijskie, Ferrero Rocher, Oreo itd.), które podaje się w kolorowych rożkach. Zazwyczaj ich brzegi są dodatkowo umoczone w czekoladzie, a na to wędruje także posypka z kolorowych cukierków. Bajka!

ALKOHOLE

RAKIJA

Pozycja, która po prostu musiała znaleźć się w tym zestawieniu. Nam udało się skosztować tego specyfiku dzięki hojności Macedończyków, którzy poczęstowali nas domową rakiją w prowadzonym przez siebie muzeum etnograficznym. Aż nam było głupio, bo nic za to nie płaciliśmy, a dziewczyna rozlała nam po kieliszku i wręcz czekała na naszą reakcję. Domowa odmiana jest zazwyczaj mocniejsza, ma koło 60%. Mówi się, że to trunek zbliżony do brandy, chociaż naszym głównym doznaniem był smak wódki gdzieś tam z lekką domieszką właśnie brandy. Nie porwało nas, ale my też nie jesteśmy fanami mocnego alkoholu, za to wino spożywaliśmy hektolitrami (naprawdę, na koniec wyjazdu zgromadziliśmy tyle butelek, że czułam się jak alkoholiczka – no ale od czego w końcu są wakacje?).

WINA

Nie wiem, jakie wina preferujecie, ale w Macedonii znajdzie się spory wybór dla każdego w różnych przedziałach cenowych, słodkości czy kolorach – białe, czerwone, różowe, a nawet niebieskie! Możemy kupić je standardowo w markecie, jednak znacznie lepszą opcją jest udanie się do winnic czy winiarni. O dziwo takie rozwiązanie nie kosztuje nas wiele więcej poza kosztem dojazdu. Za cztery butelki wina prosto z winnicy (niektóre były nawet jeszcze bez etykiet) zapłaciliśmy 90 zł, więc cena wielce okazyjna. Mieliśmy jednak swoje typy zarówno w przeciętnych sieciówkach, jak i bardziej wyszukanych miejscach. To lista lżejszych trunków, których udało nam się spróbować. Większość z nich pochodzi z winiarni Tikves, część nabyliśmy w Royal Winery Queen Maria:

  • Plava Krv – w tłumaczeniu nazwa wina to Błękitna Krew. Jedno z niewielu półsłodkich, czerwonych win na terenie Macedonii i mimo że jestem ogromną fanką takich smaków, to nie wywarło na mnie wrażenia, wydawało się dość kwaśne. Zakupiliśmy je w winnicy za jakieś 20-30 zł, natomiast w ogóle nie byłam w stanie odnaleźć go w sklepach polskich ani nawet z dostawą do kraju.
  • Ravin Vranec – bardzo popularna pozycja u nas w Polsce, przywieźliśmy jako prezent prosto z winnicy. Wytrawne, czerwone, o przydymionym smaku – to jeden z tych alkoholi, które wyraźnie przywodzą na myśl beczkę, w której były przechowywane. Zakupiliśmy za 20-30 zł. Po krótkim researchu upewniłam się, że obecnie nie jest dostępny do zdobycia w Polsce.
  • Muskat – kupiony w winnicy, nie miał jeszcze nawet etykiety, jako że przelano go stosunkowo niedawno do zwykłej, ciemnozielonej butelki. Dość tradycyjny trunek – biały, choć powiedziałabym, że raczej półwytrawny i kwaśny, a nie półsłodki, jak zwykło się go opisywać. Cechuje się wyraźną nutą cytryny, mniej kwiatową. Tutaj raczej nie będę się rozwodzić – po prostu smaczne.
  • Sapphire – niesamowicie ciekawa pozycja, chociaż bardziej pod kątem walorów estetycznych niż smakowych. Wino kupiliśmy w winnicy i nasz wzrok od razu przykuła błękitna butelka idealnie dopasowana do nazwy. Butelka? A jednak! Ku naszemu zdziwieniu, unieśliśmy ją na wysokość oczu, płyn się przelał, a szkło okazało się bezbarwne. Po raz pierwszy widziałam za granicą wino w błękitnej barwie – w Polsce co prawda mamy podobne alkohole z brokatem, ale przeważnie jest to np. wino musujące. Nie sądziłam, że takie eksperymenty pojawiają się też w winnicach i to w standardowych cenach. Wino półwytrawne, ale mocno kwaśne i raczej przeciętne w kwestii smaku.
  • Smederevka (Skovin lub Stobi)jedno z najtańszych win w szklanych butelkach, które możemy spotkać w sklepie (ok. 15 zł). Cena mniej więcej odpowiada smakowi – białe, półwytrawne wino, niespecjalnie odkrywcze czy dające przyjemność z samego faktu próbowania. Można by je przyrównać do znacznie mniej intensywnego, raczej słabego cydru. Stobi prezentowało się lepiej, w dodatku etykietę butelki zaprojektowano z motywami antycznymi i dopasowano do nazwy (w Stobi znajdują się jedne z popularniejszych wykopalisk archeologicznych na terenie całej Macedonii). Skovin raczej bym omijała, naprawdę nie jest dobre jakościowo.
  • Chardonnay (Skovin) – wino białe, wytrawne, przeciętne i niezapadające w pamięci. Kupiliśmy jedno i na tym poprzestaliśmy. W ogóle cały Skovin zaczęliśmy omijać po pewnym czasie, bo każda podjęta próba kończyła się fiaskiem.
  • Tga za Jug – czerwone, (pół)wytrawne wino typu vranec, ponoć najlepsze w całej Macedonii. Dla nas nie było jednak faworytem, chociaż świetnie sprawdzało się do posiłków. Jak dla mnie dość cierpkie i raczej wytrawne niż półwytrawne, pozostawiające na języku specyficzny posmak owoców leśnych. Sama nazwa wina wzięła się od wiersza bułgarskiego artysty, który urodził się na terenach dzisiejszej Macedonii. W tłumaczeniu oznacza ona „Tęsknotę za Południem”. Można dostać je za pośrednictwem polskiej stronki darwina.pl za niespełna 40 zł, choć jego dostępność jest ograniczona i raczej trzeba dokonać wcześniej rezerwacji.
  • Alexandria (biała/różowa/czerwona) – moje ulubione wino chardonnay dostępne w marketach w przystępnej cenie. Jak na warunki macedońskie wydaje się dość drogie w przeliczeniu na MKD, jednak dla nas pod względem kosztów można przyrównać je do Carlo Rossi. Tymczasem w Polsce za zamówienie tego wina średnia cena wynosi 50-60 zł. Na darwina.pl udało mi się znaleźć okazję za niecałe 38 zł. Czerwone wino jest wytrawne z wyraźnie odczuwalnymi porzeczkami, białe i różowe są półwytrawne, chociaż ze słodką nutą. Bardzo lekkie, zwłaszcza białe odznacza się taką owocową nutą – jabłka, cytryny czy pomarańczy. Za taką cenę dla nas to był najlepszy wybór, choć zdajemy sobie sprawę, że zapewne niegodny prawdziwych koneserów.

To by było na tyle w temacie słodkości i alkoholi. Jeśli byliście w Macedonii, to koniecznie podzielcie się swoimi sprawdzonymi produktami, których nie ujęliśmy na liście, a które są wręcz konieczne do spróbowania z Waszej perspektywy. Jesteśmy niezmiernie ciekawi Waszych gustów. Co sądzicie o naszych wybrańcach? Coś Was zaskoczyło? Dajcie znać w komentarzu i trzymajcie się ciepło!

Macedonia – polecane mieszkania i dlaczego warto organizować pobyty długoterminowe z Airbnb

Decydując się na konkretną formę wypoczynku, każdy z nas kieruje się innymi wartościami i to właśnie od nich zależy, czy wybierzemy hotel, kemping, schronisko, kapsuły czy jeszcze coś innego. Dla nas w przypadku ponad miesięcznego wyjazdu liczyła się przede wszystkim stosunkowa dobra jakość zakwaterowania w odniesieniu do ceny. Chcieliśmy, żeby czas spędzony w Macedonii kosztował nas mniej więcej tyle, ile wydalibyśmy w Polsce i pod względem mieszkania udało się to bez problemu. Zdecydowaliśmy się na Airbnb, dokładnie jak rok temu, i z tej usługi skorzystaliśmy aż trzy razy podczas pobytu. W czym przodowała nad innymi opcjami? Jakie korzyści przynosi pobyt długoterminowy organizowany w ten sposób? Ile to właściwie wyniosło? O tym i nie tylko będzie właśnie ten wpis. Zapraszam na:

INFORMACJE OGÓLNE

Pierwszy najem podczas wyjazdu przypadł na Warszawę, jako że nie mieszkamy w stolicy, a lot mieliśmy o 10.00 rano. Zdecydowaliśmy się na nocleg, żeby następnego dnia zjeść po ludzku śniadanie i bez pośpiechu przejść odprawę na lotnisku. Dodatkowym argumentem był brak sensownych połączeń kolejowych o wczesnorannych godzinach. Zarywalibyśmy noc, a na miejscu bylibyśmy albo za późno, albo o wiele za wcześnie. Do tego dochodziła obawa przed spóźnieniami PKP, które, jak wiemy, do rzadkich nie należą (zabawne, bo ten fragment piszę w pociągu opóźnionym o 80 minut). Jak się okazało – bardzo słusznie! Do stolicy dojeżdżaliśmy z przesiadką, bo ze względu na ograniczoną restrykcjami ilość miejsc w pociągu nie mogliśmy kupić biletu na inne połączenie. To była akurat nasza wina, bo w tygodniu poprzedzającym wyjazd działo się tyle, że nie mieliśmy chwili, żeby dokonać wcześniejszej rezerwacji. W każdym razie kupiliśmy takie bilety, żeby na pewno na tę przesiadkę zdążyć – mieliśmy ok. 40 minut czasu wolnego. W momencie jednak, kiedy weszliśmy na peron, ujrzeliśmy to:

Tego dnia większość pociągów jechała spóźniona – większość, ale nie nasz przesiadkowy, więc już przed rozpoczęciem podróży wiedzieliśmy, że na niego nie zdążymy. Zgłosiliśmy się do konduktora i na szczęście pociąg do Warszawy zaczekał na nas kilka minut, a biegliśmy do niego z tak wyładowaną torbą, że stanowiło to niemałe wyzwanie. Wspominam tę wyprawę jednak z dużą dozą radości. Natrafiliśmy w przedziale na dwójkę przesympatycznych ludzi – Andrzeja i Tatianę. Nie podróżowali razem, nas wszystkich dzieliła pewna różnica wieku, a mimo tego wywiązał się dialog i cała czwórka mówiła o… podróżach! Rozmowa kleiła się na tyle dobrze, że nie odczuliśmy, jak szybko upłynął czas. Mam nadzieję, że jeśli to czytacie, macie podobne zdanie. 😉

POKÓJ BLISKO LOTNISKA W WARSZAWIE – CENA, JAKOŚĆ

W końcu około godz. 23.00 dotarliśmy do mieszkania, które idealnie spełniało nasze oczekiwania. Miało wystarczyć na niecałe pół dnia, zapewniać miejsce do wygodnego odpoczynku i być czyste, no bo czego innego oczekiwać po miejscu, w którym pozostaje się tak krótko? Wynajem przez Airbnb sprawdził się lepiej niż np. Booking zwłaszcza pod względem cen. Poza sezonem za wybrane mieszkanie (w zasadzie bardziej pokój) zapłaciliśmy 69 zł za naszą dwójkę. Teraz cena wzrosła powyżej 100 zł, ale wtedy to była świetna okazja jak na stolicę. Pokoik malutki, ale mogły w nim spać aż trzy osoby – łóżka składały się do góry tak, że były zamykane w szafie; jedno dwuosobowe i jedna jedynka. Miejsca nie mieliśmy zbyt wiele, ale też w zasadzie po co? Dostaliśmy nawet filiżanki i herbatę do śniadania, co jak na tak tymczasowe miejsce do spania było naprawdę fajnym gestem ze strony właścicielki Agnieszki. Forma zakwaterowania też bardzo wygodna, bo każdy melduje się sam. W korytarzu na ścianie zawieszone jest kilka sejfów z kluczami, dostajemy kod i odbieramy swój. Dzięki temu pora naszego wejścia i wyjścia nie była dla nikogo utrapieniem. Z okien rozciąga się widok na miasto, widać też startujące samoloty. Śpi się przy szybie, więc po ciemku te wszystkie światła wyglądają nawet ładnie. W mieszkaniu jest ogólnodostępna kuchnia, ale nie korzystaliśmy z niej, także w kwestii wyposażenia i standardu się nie wypowiem. Informacje takie jak mapka, adres, kody itd. dostaliśmy już wcześniej.  Polecamy to miejsce właśnie na takie chwilowe przystanki przed lotem. Tutaj link dla zainteresowanych oraz zdjęcia zamieszczone przez hosta: https://www.airbnb.pl/rooms/24423472?source_impression_id=p3_1624288840_WXUf76jq9i1vkqFE

SKOPJE CZY OCHRYDA?

Drugi wynajem pochłonął więcej naszej energii i czasu. Mieliśmy dylemat, gdzie spędzić większość wyjazdu – w Skopje czy w Ochrydzie. Skopje zachęcało nas dobrym dojazdem właściwie w każdy kąt Macedonii. Ochryda z kolei leży nad samym jeziorem. Skopje jest gorętsze ze względu na wszechobecny beton, a my lubimy ciepło. W Ochrydzie występują wahania pogody, jest chłodniej, ale widoki ośnieżonych gór i ludzi wylegujących się na plażach wydawały się wspaniałe. Ostatecznie więc wybraliśmy Ochrydę i postawiliśmy na relaks po pracy, kiedy już nie będziemy mogli zwiedzać i oddamy wypożyczone auto. I wiecie, co Wam powiem? W Ochrydzie spędziliśmy ponad 4 tygodnie i autentycznie nie mogłam powstrzymać się od płaczu, wracając stamtąd. A ze Skopje…? Już troszkę na ten powrót czekaliśmy, bo betonowa dżungla to nie miejsce, gdzie wypoczywamy najlepiej. O samych miastach opowiem więcej w następnych postach, tu już jednak zaznaczę: gdy będziecie mieć podobny dylemat, bez zastanowienia obstawcie jezioro!

ZALETY KORZYSTANIA Z AIRBNB

Dlaczego nie podzieliliśmy wyjazdu na pół (2 tyg. Ochryda i 2 tyg. Skopje)? Właśnie dlatego, że wyjeżdżając na pobyt o długości przynajmniej 4 tygodni, na Airbnb przysługują nam duże zniżki, których na innych stronach się nie doszukałam. Sięgają nawet 20-50%, dzięki czemu możemy pozwolić sobie nie tylko na sam wyjazd, ale także na wyższy standard pobytu. W Ochrydzie oferta mieszkaniowa na Airbnb nie jest tak bogata i urozmaicona jak w stolicy, jednak jest w czym przebierać. W zależności od tego, co wolicie, można znaleźć coś nad samym jeziorem z dala od miasta, apartamenty przy deptaku itd. Oferty zaczynają się nawet od 1700 zł za mieszkanie na miesiąc. Dla nas, którzy przeżywają tragedie w związku z kosmicznymi cenami na rynku nieruchomości we Wrocławiu, to praktycznie niewyobrażalne. Z niższymi cenami wiązała się oczywiście niższa jakość – stare budownictwo, skromne umeblowanie, bardzo często także brak kuchni czy pralki, które dla nas były punktem obowiązkowym. Z racji nauki/pracy zdalnej zależało nam także na dobrym połączeniu internetowym. Wybraliśmy jedno z droższych mieszkań, bo urzekło nas wygodą i wystrojem. Za 34 dni pobytu zapłaciliśmy ok. 2300 zł i tym sposobem znaleźliśmy się w miejscu, które skradło nasze serca.

MIESZKANIE W OCHRYDZIE – GOSPODARZ

Naszym gospodarzem w Ochrydzie był Kristijan, który pracował kiedyś jako steward na pokładzie samolotu i generalnie wie, czego potrzeba podróżnym. To jego drugie mieszkanie, nad którym sprawuje opiekę i wydaje nam się, że to rodzinny biznes, bo udział w nim biorą zarówno dziewczyna, jak i mama mężczyzny. Jest naprawdę fajnym, nienarzucającym się hostem – z chęcią pomógł albo udzielił wskazówek, ale tylko w kwestiach, w których tego potrzebowaliśmy. Wskazał nam np. piaszczystą plażę lokalsów, gdzie prawie nie ma ludzi i pomógł z odnalezieniem mieszkania. Nie dotarliśmy do niego od razu, bo przez cały pobyt posługiwaliśmy się mapami offline i posiadaliśmy tylko przybliżony adres. Wyobraźcie sobie, że Kristijan przerwał pracę i wyszedł szukać nas na ulicę, byle nam pomóc. To było tak miłe, że zrobiło nam się aż głupio, naprawdę. Bardzo pomógł też w kwestii zameldowania na policji.

REJESTRACJA NA POLICJI – WYMÓG MACEDONII

Przybywając na terytorium Macedonii należy zarejestrować pobyt na najbliższym posterunku policji. Dostajemy krótki formularz, gdzie uzupełniamy swoje dane i odpowiadamy na pytania, czy już kiedyś byliśmy w Macedonii, w którym roku itd. Na takim dokumencie stawia się parafkę, która upoważnia nas do opuszczenia kraju. Jeśli tego nie zrobimy, a ktoś na granicy czy lotnisku poprosi nas o dowód zameldowania, to możemy mieć z tego względu różne problemy np. w postaci grzywny o wysokości ponad 2 tys. zł. Mówi się, że obowiązek meldunku spoczywa na hotelu albo gospodarzu, który przyjmuje Was w swoje progi. Kruczek jest jednak taki, że jeśli my tego nie dopilnujemy, toteż my ponosimy konsekwencje, więc warto się o to upominać. Niektórzy gospodarze zwłaszcza przy pobytach krótkoterminowych to olewają, bo „prawie nikt takich papierów nie sprawdza” i to prawda, ale sami zadajcie sobie pytanie, czy chcecie być w grupie tych „prawie”.

MIESZKANIE W OCHRYDZIE – OPIS, OPINIA

Mieszkanie w Ochrydzie (Stephanie Blue Apartment) jest urządzone naprawdę stylowo i ze smakiem – do tego stopnia, że właściwie moglibyśmy mieszkać w podobnym w Polsce. Całość jest utrzymana w kolorze białym i błękitnym, jest wiele obrazów, sztucznych roślin czy kolorystycznie dobranych elementów, ale nie odczuwa się wrażenia przepychu. Łazienka wydaje się jedną z ładniejszych, jakie udało nam się zaobserwować na zdjęciach z Airbnb – co prawda to wciąż kilka(naście) lat wstecz w porównaniu do Polski, ale jest czysto, jest też pralka i suszarka (choć na nasz przyjazd akurat się zepsuła). Nie stanowiło to dla nas dużego problemu, chociaż trzeba przyznać, że pranie na balkonie schnie dość opornie, bo prawie nigdy nie ma na nim słońca. Mimo wszystko uwielbialiśmy jeść na nim obiady i zapijać je lokalnym winem – o poranku to także ukochane miejsce Szymona na kawę.

Kuchnia jest wyposażona na tyle dobrze, że znajdziecie tam nawet korkociąg do wina, o czym gospodarze często zapominają. Brakuje jednak porządnych ostrych noży i jednej szafki na większe naczynia. Z braku laku trzyma się je pod zlewem. Pod zlewem? W takim razie gdzie jest śmietnik? A no na balkonie, co niby jest fajną opcją, bo nie uświadczymy nieprzyjemnego zapachu w domu, a jednak doskwiera to w momencie przyrządzania posiłków. Przez większość czasu mieliśmy więc dwa śmietniki, a oba tak malutkie, że zapełnialiśmy z 3-4 worki, zanim poszliśmy wyrzucić je do kontenera. Rozmiarem można przyrównać je do koszy, które my zazwyczaj mamy w łazienkach. Nie było to jednak specjalnie uporczywe. Przeszkadzały natomiast rozmiary kuchni, gdzie wymijaliśmy się z dużym trudem, a po otwarciu zmywarki nikt nie mógł się ruszyć. Tak, jest tam nawet zmywarka, piekarnik i płyta indukcyjna.

Na miejscu znajduje się światłowodowy internet (o losie, lepszy niż mieliśmy w Polsce przez ostatni rok) i klimatyzacja, której jednak nie włączyliśmy ani razu, bo cały budynek jest dość wychłodzony – aż odczuwało się ulgę, wchodząc do środka. Przysługuje nam także miejsce parkingowe (a nawet dwa) odgrodzone słupkami, które każdorazowo trzeba opuszczać. Z balkonu rozciąga się widok na zabudowania miasta, kawałek jeziora, góry oraz meczet, gdzie z minaretów kilka razy dziennie rozbrzmiewało nawoływanie do modlitwy. Dojście do deptaku zajmowało 5 minut, do jeziora kolejne tyle. Taki spacer odbywaliśmy raz, a nawet kilka razy dziennie, z początku odkrywając świetne miejsca, a później z radością do nich wracając. Lokalizacja jest genialna, mimo że ulica pod blokiem może nie zachwyca. Jest jednak coś, za co bardzo ją lubiłam – popołudniami i wieczorem zlatywały się na nią dzieciaki z wszystkich okolicznych bloków. Chłopaki grali w piłkę między autami, krzyczały, biły się, a dziewczyny zbierały się w grupki i rozmawiały. Od razu przypomniało mi się moje dzieciństwo. Tak mnie to cieszyło, że dzieci wychodzą na dwór i się bawią, bo u nas takich widoków mamy już coraz mniej. Na osiedlu znajduje się kilka małych sklepików, koło meczetu jest supermarket Tinex, a na deptaku kolejne dwa supermarkety, w tym sieciówka Ramstore (najlepiej zaopatrzona).

Jedyne, co tak naprawdę nie odpowiadało nam w mieszkaniu, to kwestie hydrauliczne. Prysznic, kiedy tylko przyjechaliśmy, już trochę przeciekał. Zgłosiliśmy to hostowi, ale wydaje mi się, że już wcześniej był tego świadomy, bo pod brodzikiem widniała wycięta dziura, jakby ktoś usiłował tam coś naprawiać. Nauczyliśmy się jednak myć tak, żeby wody nie wylewać prawie wcale i powiedzieliśmy, że wzywanie specjalisty nie ma sensu. Nie było to na tyle uciążliwe, żebyśmy chcieli poświęcać dzień wolnego na naprawę (ktoś z nas musiałby zostać w mieszkaniu). W ostatnim tygodniu wyjazdu prysznic jednak umarł i po każdej kąpieli mieliśmy w łazience bajoro, które ratował odpływ pośrodku łazienki (standardowe rozwiązanie chyba wszędzie w Macedonii). Wtedy już nie było tak super i trochę mieliśmy nerw, bo mniej więcej w tym samym czasie w kuchni nagle oberwał się syfon (co na szczęście byliśmy w stanie ogarnąć sami). Wyglądało to jednak tak, jakby zastosowano tymczasowe rozwiązania w celu zamaskowania niedoskonałości przed kimś, kto przyjedzie na max. miesiąc. Doszliśmy jednak do wniosku, że w związku z pandemią podwójna inwestycja Kristijana w nieruchomości mogła być dla niego obciążająca finansowo i stąd odwlekanie napraw czy samodzielne starania załagodzenia sprawy. Mimo całorocznego otwarcia Macedończycy mieli mniejsze obłożenie turystów niż co roku. Pobyt w tym miejscu mimo drobnych mankamentów jednak polecamy pod każdym względem – my się w Ochrydzie zakochaliśmy. Poniżej zdjęcia zamieszczone przez hosta oraz link do strony dla zainteresowanych:

MIESZKANIE W SKOPJE – GOSPODARZ

Pobyt w Skopje trwał nieco ponad cztery dni (wylatywaliśmy nad ranem) i kosztował niecałe 350 zł za nas dwoje. Gospodarzem był Risto, którego nie poznaliśmy jednak osobiście ze względu na samodzielne zameldowanie. Wszystkie informacje dotyczące kodu do skrytki na klucze, hasła do Wi-Fi itd. otrzymaliśmy odpowiednio wcześniej, host był bardzo komunikatywny i sam z siebie pisał, czy wyjazd jest aktualny lub o której będziemy na miejscu. Tutaj wynikło też drobne nieporozumienie, bo zjawiliśmy się w Veki’s Place ok. 2-3 godziny wcześniej, niż zapowiadaliśmy ze względu na zamknięcie wielu atrakcji, które tego dnia chcieliśmy odwiedzić. Okazało się, że mieszkanie nie było jeszcze posprzątane i pod naszą nieobecność, gdy wyszliśmy na miasto, Risto umył łazienkę i ogarnął temat. Szybko spostrzegliśmy cudzą obecność, gdy wróciliśmy, ale napisał nam wiadomość, że to tylko on i przeprasza, że tak to się ułożyło, bo spodziewał się nas później. Nie było to dla nas niczym oburzającym, a gospodarz zachował się profesjonalnie. Co prawda Risto jest właśnie tym typem człowieka, którego musicie popędzać z rejestracją na policji, ale pobyt u niego wspominamy całkiem dobrze.

MIESZKANIE W SKOPJE – OPIS, OPINIA

Mieszkanie jest niewielkie, właściwie taka mała kawalerka. Widać, że ma już swoje lata, bo w kuchni spotkamy się np. z farbą odchodzącą z sufitu, ale generalnie jest zadbane i czyste. Cechuje je całkiem ładny wygląd dzięki licznym dekoracjom – mieliśmy nawet identyczny obraz na ścianie jak w Ochrydzie! Internet działa bez zarzutu, jest pralka, ale brak zmywarki. Pewnie na dłuższe pobyty nie byłoby aż tak wygodnie, ale na kilkudniowe zwiedzanie stolicy lokum nadaje się w sam raz. Bez zbędnych ochów i achów, ale moglibyśmy je polecić. Znajduje się na poddaszu, więc jest w nim dość gorąco, ale klimatyzacja ratuje sytuację. Brakuje też troszkę sprzętów kuchennych, bo nie ma np. sitka do przelania makaronu, ale taka podstawa jest zapewniona. Mnie osobiście podobało się też, że produkty higieniczne i kuchenne nie są wyrzucane z mieszkania każdorazowo po gościach, dzięki czemu możemy korzystać z różnych żeli pod prysznic, kremów, przypraw, olejów czy herbaty, które sami też kupujemy zawsze, a nigdy do końca ich nie zużywamy. Jest to więc pewna oszczędność i brak marnotrawstwa.

Mieszkanie znajduje się na dość przeciętnej ulicy, ok. 10-15 min. pieszo do ścisłego centrum. Wokół jest szaro, ale takie właśnie było praktycznie całe Skopje. W pobliżu znajduje się kilka knajpek, okolica jest raczej cicha. Największą bolączką byli dla nas sąsiedzi – jeden z nich ćwiczył grę na pianinie w godzinach dopołudniowych, inny o 4:00 w nocy krzyczał tudzież prowadził bardzo głośne rozmowy telefoniczne lub przez jakiś komunikator podczas gry z kumplami. Raz, gdy wyszliśmy na korytarz, przywitał nas histeryczny płacz, ale tak straszny, że aż współczułam dziewczynie tego, co właśnie przeżywa. Jeśli jednak nie ma Was, podobnie jak nas, większość dnia w mieszkaniu, to da się na to przymknąć oko. Tutaj link dla zainteresowanych osób oraz zdjęcia zamieszczone przez hosta: https://www.airbnb.pl/rooms/28809189?source_impression_id=p3_1624386173_cSsfpHISE7UQOUa%2B

Z mojej strony to tyle – mam nadzieję, że podzieliłam się z Wami przydatnymi wskazówkami i być może zachęciłam Was do odwiedzenia hostów, którzy nas gościli. W razie jakichkolwiek pytań piszcie śmiało w komentarzu! 🙂