Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy jednodniowego wyjazdu na Szczeliniec, który odbyliśmy razem z Szymonem 8 listopada 2020 roku. Nie byłby to wyczyn, gdybyśmy zajechali na najwyższy parking samochodem, dlatego zdecydowaliśmy się na trasę aż z Radkowa, maszerując ponad trzy godziny. O tym, czy warto iść naszym śladem, a także na co natkniecie się na miejscu, dowiecie się poniżej. Będzie też kilka ciekawostek dla wspinaczy, więc zostań do końca. 😉 Zapraszam na:
- Dlaczego Szczeliniec?
- Wybór szlaku i jego przebieg
- Wejście na szczyt i zielony szlak im. Franciszka Pabla
- Kilka przemyśleń, gaf oraz śmiech przez łzy – czyli nasze obserwacje i opowieści
Dlaczego Szczeliniec?
Po ostatnim zdobyciu szczytu w Błędnych Skałach (albo jak my to nazywamy żartobliwie: po naszym ostatnim szczytowaniu w Błędnych Skałach), nabraliśmy ochoty na więcej wędrówek. Tak jak wspominałam przy okazji poprzedniego wpisu, obecnie mamy niewiele możliwości, które pozwalają spełniać się nam podróżniczo. Wyjeżdżając ostatnio, natknęliśmy się na przeszkodę w postaci ograniczonej działalności restauracji, tym razem odpadało też planowanie jakiegokolwiek noclegu z racji zamykania hoteli, pensjonatów czy agroturystyki. Nie zraziliśmy się tym jednak, choć [lekki spoiler] uwierzcie, przydałoby się miejsce do spania i to nie ze względu na zmęczenie – czytaj uważnie do końca. 😀 Wyjechaliśmy więc znowu na jeden dzień w już dobrze znane okolice. Jesień w tych rejonach skradła nasze serca, więc postanowiliśmy wrócić i wspiąć się jeszcze wyżej, bardziej wyzwaniowo. Błędne Skały znajdowały się na wysokości 853 m n.p.m., natomiast w przypadku Szczelińca Wielkiego jest to 919 m n.p.m. – stopniowanie trudności wydawało się więc właściwe.
Wybór szlaku i jego przebieg
Tym razem dojazd okazał się dużo przyjemniejszy i szybszy – nie tylko dlatego, że omijaliśmy drogę stu zakrętów (po prostu do niej nie dojeżdżaliśmy), ale też nie natknęliśmy się na objazdy i kierowanie ruchem jak ostatnio, co uczyniło naszą podróż znacznie, ale to znacznie krótszą. Wybraliśmy żółty szlak, który zaczynał się tuż obok parkingu przy Zalewie Radkowskim. Co nas zdziwiło, to zupełne pustki – bardzo długo na szlaku nie spotkaliśmy nikogo, a później doszliśmy do wniosku, że po prostu nikt nie miał aż tak szalonego pomysłu jak my na tę porę roku.

Zaraz poniżej znajduje się mapka, która unaocznia, jaką trasę przeszliśmy. Łącznie było to ponad piętnaście kilometrów (nie zapominajmy, że inaczej traktuje się je w górach, a inaczej maszerując po płaskiej powierzchni), a to tylko dlatego, że skróciliśmy pokonywany przez nas dystans. Na szczyt przeszliśmy więc ponad 9 km (to też zaraz wyjaśnię), do auta prawie 6 km. Pod spodem zamieszczam mapkę, która zobrazuje Wam przebytą przez nas drogę i o każdym odcinku postaram się podszepnąć parę słów.


Podejście w Radkowie zaczyna się bardzo łagodnie, zwłaszcza że część drogi musimy przebyć wiejskimi uliczkami wśród koni, krów i niewielkich domków. Trzeba uważać, bo z początku idziemy wzdłuż lasu i w odpowiednim momencie należy wejść w jego głąb, w przeciwnym razie dojdzie się do asfaltowej drogi i niebieskiego szlaku, który uchodzi za najkrótszy i najbardziej stromy. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie popełnili gafy, bo poszliśmy za daleko, potem weszliśmy w złe rozwidlenie i musieliśmy zawracać. Czy nie dziwił nas brak oznaczeń? Dziwił bardzo, dlatego kręciliśmy się tak długo, dopóki nie natrafiliśmy na nie z powrotem. Oczywiście były widoczne jak bawół na środku pola, a my minęliśmy je, pochłonięci rozmową na głupie tematy. Mówię „głupie”, bo dzięki temu zapamiętałam dokładnie, gdzie należy skręcić – tuż przed tablicą obwieszczającą, że tu znajduje się Park Narodowy Gór Stołowych (teren monitorowany). I to właśnie w kontekście tego nawiasu stwarzaliśmy mnóstwo historii sprowadzających się do kamer ukrytych w drzewach i inwigilacji orwellowskiej. Tak, czasem jesteśmy dziwni, ale nieszkodliwi.
W końcu odnaleźliśmy właściwą drogę, napiliśmy się kawki z termosu i ruszyliśmy dalej wzdłuż spokojnie płynącego strumyka. Jesień może nie była już tak piękna jak dwa tygodnie temu, bo liście pospadały z drzew, ale to także miało swój urok. Wyściełały drogę jak gruby, kolorowy dywan i choć wyglądało to ładnie, czasami dość mocno utrudniało wędrówkę, bo ciężko wypatrzeć kamienie, korzenie czy inne przeszkody. Dało się jednak do tego przywyknąć, dzięki temu unikało się przynajmniej brodzenia w błocie, a największa bolączka pojawiła się dopiero przy schodzeniu, gdy ślizgaliśmy się i siadaliśmy na tyłkach co kilka metrów, bo nogi mieliśmy już jak z waty (choć to i tak nie najzabawniejsza część historii).
Podczas drogi co jakiś czas znajdujemy tabliczki informacyjne na temat formacji skalnych, do których zmierzamy (opisane jako „Ścieżka Skalnej Rzeźby”). Łącznie jest ich czternaście na wszystkich szlakach, ale nawet nie mając możliwości przeczytania ich wszystkich, mogę zagwarantować, że zbyt dużo na tym nie tracicie.
Idąc dalej, podejście robi się nieco bardziej strome, a my zmierzamy do źródła potoku i Wodospadów Pośny, po których dziś pozostał nikły ślad. Tuż przy nich da się dostrzec wyryte w kamieniach niemieckie napisy dedykowane twórcom tego miejsca – Emilowi Hoffmanowi, a także Albertowi Nitsche. Kiedyś naprawdę dało się tu dostrzec wodę, która wybija ze skał z dużą prędkością, dziś natomiast wygląda to znacznie bardziej ubogo:
Gdy miniecie tamto miejsce, zaczyna się dość długi i stromy odcinek trasy, ale pocieszająca wiadomość jest taka, że kiedy go przejdziecie, będziecie już niemalże w połowie trasy na szczyt. Najgorzej, że droga nieustannie wije się serpentynami, dlatego w linii prostej nie jest to długi odcinek, natomiast przejście go okazuje się czasochłonne i męczące. Każdy, kogo mijaliśmy, przystawał przynajmniej raz czy dwa, by odsapnąć i się napić, bo nogi należy wstawiać naprawdę wysoko, a na drodze znajduje się wiele przeszkód. To chyba najcięższy odcinek trasy, mimo że przed samym szczytem również czeka nas strome podejście. Ścieżka jest jednak gładsza i krótsza, a to czyni metę znacznie bardziej przystępną.
Widoki na tym najcięższym odcinku są jednak piękne, bo skały znajdują się tuż nad naszymi głowami. Można dostrzec drzewa, które wyrastają w taki sposób, że ich korzenie owijają się wokół głazów – momentami wygląda to, jakby miały za chwilę runąć. Miniemy też mnóstwo drzew pokrytych ogromnymi grzybami, niektóre z nich są naprawdę wielkie!
Kolejny odcinek znów robi się ładniejszy. Przechodzimy po kamiennych ścieżkach wzdłuż płotu i drewnianych konstrukcji, które do złudzenia przypominają plac zabaw (choć z pewnością nim nie były). Jeśli są tutaj osoby, które kiedykolwiek grały w The Forest, to zabudowania wyglądały identycznie jak te, które budowało się wokół bazy, by uchronić się przed zombie. Tam z kolei czeka nas kolejne ciekawe zjawisko – korzenie drzew są tak silne, że przebijają skały na wylot i wyglądają dość… niewłaściwie, no sami spójrzcie zwłaszcza na te najniżej. Jest też niesamowicie dużo mchu, wszystko w oczach staje się jasnozielone.
Później sceneria dość mocno się zmienia, bo wychodzimy na pole wśród leżących balotów siana, chodzimy po niesamowicie długiej trawie, gdzie co chwilę da się dostrzec jakieś grzyby (chociaż tylko trujące). Co najbardziej rzuca się w oczy… to gęsta mgła, przez którą nie widać prawie nic. Na ten widok od razu przypomniały mi się słowa Szymona, gdy rano wyjrzeliśmy przez okno i świeciło słońce: „Ale dzisiaj będzie widok z góry!”. I wiecie co? Mimo wszystko naprawdę był!
Ten fragment idzie się cały czas wzdłuż lasu, aż w końcu natrafiamy na schronisko, przy którym stoi paleta z dużym napisem: „Dotarłeś! Kim jesteś? Zwycięzcą. Zasłużyłeś na posiłek”. Można wejść do środka w maseczce, można zjeść – dokładnie tak samo jak na szczycie Szczelińca, co w dzisiejszych czasach jest na wagę złota i korzysta z tego 90% tłumu. Stamtąd idziemy dalej, drogowskazy pokazują jeszcze 50 minut marszu, ale udaje nam się uwinąć szybciej. Podchodzimy asfaltową drogą aż do właściwego wejścia na Szczeliniec, gdzie większość ludzi zostawia samochody. Po drodze mijamy pozostałości po strajkach kobiet – namalowane sprayem błyskawice, a także napisy, których może nie będę przytaczać, bo w końcu nie na polityce bazuje ten blog 😉 Zdziwiło nas jednak, że odnaleźliśmy je nawet tutaj.

Od parkingu rozciąga się końcowy, dość stromy odcinek, który przechodzi się na pewno przyjemniej niż poprzedni, zwłaszcza że co chwilę przystawaliśmy robić zdjęcia. Mgła była gęsta, ale przebijało się przez nią mnóstwo światła i wyglądało to bajecznie.
W końcu, będąc jeszcze w miarę daleko od szczytu, mleko się kończy, a my znów maszerujemy w słońcu. Przy samym wejściu na szczyt odnajdujemy tabliczkę informacyjną na temat wspinania w Górach Stołowych. Co nas zdziwiło, niedozwolona jest wspinaczka „na wędkę” czy używania magnezji, przy czym chodziło raczej o każdą magnezję, a nie tylko białą, która pozostawia ślady na skałach. Sezon trwa od 15 kwietnia do 3 listopada, a mimo tego zobaczyliśmy jednego śmiałka. Należy jednak pamiętać, że przed wspinaniem konieczne jest uiszczenie opłaty (50 zł za zezwolenie całoroczne i 20 zł za zezwolenie jednorazowe). Pod spodem wykaz wszystkich zasad:

Wejście na szczyt i zielony szlak im. Franciszka Pabla
Wchodząc na szczyt i widząc panoramę, zaparło nam dech w piersiach. Tak jak mówiłam – wyszliśmy ponad mgłę i chmury, więc widok przypominał ten, który dostrzegamy przez okno samolotu, wzbijając się. Trochę to nawet przypomina falujące morze, chociaż ile ludzi, tyle skojarzeń. Drzewa wychylają się z mgły, słońce oświetla skały i wygląda to niesamowicie. Nie można opędzić się od ludzi, jest ich mnóstwo, a większość z nich siedzi przy stołach i korzysta z ciepłego posiłku, który mogą kupić. Ciekawostką jest to, że na miejscu możemy zobaczyć tabliczki upamiętniające wejście na Szczeliniec znanych osób, a do nich należy Johann Wolfgang Goethe, autor znienawidzonych przez wielu „Cierpień młodego Wertera”. Na jednej ze skał dostrzegamy mnóstwo drobnych monet, najwyraźniej skarpa pełni funkcję studni życzeń i stała się czymś w rodzaju tradycji/przesądu.
Wokół Szczelińca Wielkiego rozciąga się trasa, która nieco przywodzi na myśl odwiedzone przez nas ostatnio Błędne Skały. Oznaczona jest jako zielony szlak i ten fragment nazywa się trasą turystyczną im. Franciszka Pabla. Człowiek ten jako pierwszy został mianowany oficjalnym przewodnikiem turystycznym w Sudetach, a co więcej stworzył trasę właśnie na Szczeliniec. Mówi się, że w latach swojej świetności potrafił wejść na szczyt 3-4 razy dziennie, co robi niemałe wrażenie, biorąc pod uwagę, że my ledwie zdążyliśmy wejść i zejść. Idąc tamtędy, mijamy kilkanaście formacji skalnych, z których największe wrażenie robi Piekiełko (długie, wąskie zejście),zaś najbardziej rozpoznawalny wydaje się Małpolud, od którego nie można odejść, jeśli nie strzeli mu się fotki, bo to trochę tak, jakby w ogóle nie weszło się na szczyt. Najmniej podobał nam się chyba Słoń, bo nie bardzo przypominał żywe stworzenie… przynajmniej z przodu, ponieważ z tyłu jakiś żartowniś doczepił mu drewniany ogon i wyglądało to całkiem nieźle, mimo że komicznie.
Część przejść jest bardzo niskich i ciasnych, właśnie w drodze z Piekiełka rozciągają się bardzo długie schodki, gdzie prawie nie dociera światło. Na szczęście po boku znajduje się łańcuch, którego możemy się przytrzymać, by nie upaść. Co chwilę mijamy przepiękne punkty widokowe, w dodatku możemy wejść na jeszcze wyższą konstrukcję na szczycie, która znajduje się tuż przy wejściu. Udało nam się nawet strzelić fotkę wspinaczowi, który zatopował na naszych oczach, a wszyscy zgromadzeni zaczęli bić mu brawo. To był naprawdę ładny moment.

Ile kosztuje atrakcja? Zazwyczaj w granicach 10 zł, a dlaczego mówię zazwyczaj? Nie wiem, czy wynikało to z pory roku czy dnia tygodnia (niedziela), jednak kasę zamknięto na trzy spusty, jedynie na drzwiach wisiała kłódka. Przejście do atrakcji nie zostało w żaden sposób zatarasowane, więc po chwili wątpliwości weszliśmy za darmo.
Kilka przemyśleń, gaf oraz śmiech przez łzy – czyli nasze obserwacje i opowieści
Po całej trasie przemieszczamy się na długich, drewnianych podestach, podobnie zresztą jak w Błędnych Skałach. Zwiedzający nie trzymają dystansu, więc trzeba pilnować tego samodzielnie, jeśli zależy Wam na tym, żeby chronić się jak tylko możliwe, by nie przywieźć ze sobą jakiejś nieprzyjemnej niespodzianki do domu. Nieprzestrzeganie zaleceń sanitarnych to jednak nie najgorsze, co ludzie są w stanie zrobić. Przez pewien czas na przykład szedł za nami chłopak, który palił papierosa, bo jak twierdził „Przecież jest na świeżym powietrzu”, tak więc szybko się od niego oddaliliśmy, a mimo tego korytarze skalne śmierdziały jeszcze długą chwilę nikotyną. Jeśli również walczycie z nałogiem – proszę, nie palcie w tym miejscu, bo to naprawdę reszcie turystów przeszkadza. Druga sytuacja to podróż za grupą kilku Czechów, którzy bardzo szybko wyprzedzili wszystkich ludzi. Źle jednak oszacowali odległość i czas, bo w końcu wszyscy ich dogonili, a oni urządzali akurat grupowe sikanie tuż obok ścieżki. Przypominam, że byliśmy na szczycie i dosłownie kilkaset metrów dalej znajdowało się schronisko z toaletami. Tym tylko fragmentem chcę uspokoić tych, którzy uważają, że sami sprowadzamy na nas i nasze państwo wstyd. Jak widać – nie tylko my i tak podzielone jest dosłownie każde społeczeństwo.
Zakończę jednak pozytywnym aspektem przynajmniej z perspektywy widza. Idąc przez jeden z korytarzy, minęliśmy tatę z córką, którzy szli pod prąd i rozglądali się po ziemi. Mniej więcej tak przedstawiał się ich dialog:
– No i co zrobiłaś z tymi rękawiczkami? Zgubiłaś je, wyrzuciłaś, czy co się z nimi stało?
– Nooo, nie wiem… Wzięłam rękawiczkę, zrobiłam nią tak – Tu nieokreślone ruchy rękami i machanie nad głową – a potem siuuuuu! I nie ma!
Na to tata wywrócił oczami i westchnął typowo jak na zmęczonego rodzica, a my po prostu nie mogliśmy powstrzymać się od śmiechu. Gdybyście tylko widzieli, jaki ta mała miała niewinny wyraz twarzy!
My też jednak popełniliśmy gafę i to znacznie większą niż zgubienie rękawiczki. Jak zapewne dostrzegliście ze zdjęć powyżej, słońce powoli zachodziło, a my zostaliśmy na szczycie, tracąc poczucie czasu. Idąc w dół, narzuciliśmy więc bardzo szybkie tempo, ale i to nie do końca wystarczyło. Drogowskazy wskazywały, że do zejścia u podnóża góry została nam 1 h 40 min. W porządku, bo myślałam, że od razu zaczniemy schodzić… tymczasem po wyjściu z drogi Franciszka Pabla czekał nas ponownie dość intensywny marsz po schodach do góry, by dojść na niebieski szlak i stamtąd udać się do auta. W tamtym momencie byliśmy już dość zmęczeni i w pierwszym odruchu stwierdziłam, że chyba zostanę tam, gdzie stałam. Wiedząc jednak, że marudzenie i zwlekanie tylko pogorszy sytuację, dzielnie parliśmy naprzód. Minęliśmy z kolei parę, gdzie dziewczyna narzekała, że bolą ją nogi, że już nie pójdzie i tak dalej. Chłopak próbował wytłumaczyć jej, że to jedyna droga, że muszą się tamtędy udać, ale niewiele to skutkowało. Zostali daleko za nami i mam nadzieję, że szli na bliższy parking, bo w przeciwnym razie musieli chyba nocować na szlaku, kładąc się na liściach.
Zejście niebieskim szlakiem było dość ostre, ale póki szliśmy w świetle dziennym, nie było na co narzekać. Problem zaczął się dopiero w momencie, gdy przeszliśmy na żółty odcinek, którym maszerowaliśmy już wcześniej. Nie sama stromizna stanowiła przeszkodę, a mnóstwo kamieni, stopni i liści… no i ciemno. Powoli zaczęło zmierzchać, więc odpaliliśmy latarki w telefonach (niech będzie błogosławiony ten, kto wymyślił tę funkcję). Generalnie zdaję sobie sprawę, jak głupie było z naszej strony, że nie zostawaliśmy sobie odpowiedniego zapasu, bo w końcu jesteśmy dorosłymi, odpowiedzialnymi ludźmi. Chyba pierwszy raz tak bardzo zatraciliśmy poczucie czasu i doznaliśmy zachwytu, jakiego nie czuliśmy dawno przy codziennej rutynie. Trzeba było jednak dojść do auta i udźwignąć ciężar konsekwencji. Mogę jednak zapewnić – nie polecam i nie róbcie tak jak my.
Pisząc ten post z perspektywy czasu i wiedząc, że nie stała nam się żadna krzywda, strasznie bawi mnie ta historia, mimo że nie powinna mieć miejsca. W tamtym jednak momencie nie było mi do śmiechu, zwłaszcza że zrobiło się ciemno, gdy wkroczyliśmy w najbardziej stromy odcinek żółtego szlaku. Szliśmy powoli, ale nie zmieniało to faktu, że ślizgaliśmy się na liściach i potykaliśmy tym częściej, im mniej dzieliło nas od zejścia. Mięśnie działały ze zmęczenia coraz słabiej, dlatego przytrzymywaliśmy się drzew i większych głazów, dbając przede wszystkim o to, by nie skręcić sobie kostek. Mimo tego, kiedy tylko Szymon słyszał za sobą charakterystyczny szelest towarzyszący ślizgowi, odwracał się i świecił w moją stronę latarką. Oślepiał mnie, ale przynajmniej odrobinę się uspokajał. Pod koniec robił tak średnio co parę sekund, przywodząc trochę na myśl grę „Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy”. Radości nie było końca, gdy dotarliśmy do asfaltowego odcinka drogi. Co prawda wydłużyliśmy trasę wędrówki po płaskim fragmencie (zamiast iść dalej żółtym szlakiem, zboczyliśmy na zielony i niebieski), ale tylko dlatego, że przebyliśmy ją szybciej, niż stałoby się to w przypadku schodzenia kolejnym ostrym zejściem koło Wodospadów Pośny.
Czy się baliśmy? Odrobinę, bo nigdy wcześniej nie znaleźliśmy się w podobnej sytuacji. Gderałam jednak pod nosem, że jeśli się połamiemy i nie będziemy w stanie iść dalej, to nie ma obaw – przecież „Park Narodowy Gór Stołowych – teren monitorowany”, więc na pewno nas znajdą. Szymon przejmował się najbardziej tym, co stanie się, gdy któreś z nas zrobi sobie krzywdę, ja natomiast ciągle zastanawiałam się, czy możemy spotkać jakieś zwierzęta. W sumie wiedziałam, że jeśli zapytam o to na głos, dostanę odpowiedź twierdzącą, dlatego wolałam przekonać sama siebie, że wcale nie wyskoczy na nas żaden dzik i nic takiego nie istnieje. Najwyraźniej się udało. Pytanie powróciło jednak jeszcze w samochodzie, na co Szymon od razu zareagował:
– No pewnie, że są tu zwierzęta. Pół biedy taka sarna, ale na przykład spłoszony dzik?
– Widzisz i właśnie dlatego się ciebie nie pytałam.
– Spokojnie, jestem pewien, że zwierzęta bały się podchodzić, bo wyczuwały twój gniew.
Nie powtarzajcie więc naszego błędu, bo nie każdy ma gniew o tak potężnym zasięgu i sile jak ja, by odpędzić wroga. 😉
Po całej trasie zostaliśmy ponownie skazani na jedzenie na wynos, a że nie mieliśmy ze sobą sztućców, wybór padł na pizzę. Zajechaliśmy pod restaurację podlegającą pod ośrodek Na Stoku Twierdzy. Telefonicznie kontaktowaliśmy się dwa razy pod kątem zamówienia, jako że pani z obsługi najwyraźniej ogarnia logistykę i noclegów, i kuchni, stąd o wiele rzeczy musi dopytywać i oddzwaniać. Posiłek był jednak znacznie lepszy niż ostatnio w Kłodzku. Może nie majstersztyk, ale na pewno smaczne i nie aż tak tłuste jedzonko na uzupełnienie kalorii. Gdybyście więc zastanawiali się nad jakimś miejscem na obiadokolację, możemy śmiało polecić.
Na dziś to tyle z naszej strony. Mam nadzieję, że wzbogaciliście się w przydatne informacje oraz przestrogi i pójdziecie naszym śladem tylko na szczyt Szczelińca, nie z powrotem 😉 Życzę Wam wszystkiego dobrego, a tymczasem zapraszam Was również na mojego fanpage’a oraz Instagrama, odnośniki po prawej stronie na górze.










































