Informacje ogólne: poniższy wpis będzie dotyczył sztuki teatralnej przygotowanej przez prywatny teatr Ad Spectators. Właściwie ciężko to nazwać typową sztuką, bo widz nie tyle co może brać udział w spektaklu, ale przenosi się do jego środka i jest do tego wręcz zmuszony. Zawitamy na około godzinę do Wrocławia, a dziś poznacie nową załogę, bo towarzyszyły mi trzy osoby: Natalka (ją kojarzycie już z Drezna) oraz dwóch jej znajomych ze studiów: Adrian i Grzesiu. Jeśli masz mocne nerwy, to zapraszam na 9-REKONSTRUKCJA:
Na ten spektakl natrafiliśmy całkiem przypadkowo. Co rusz przeglądam wydarzenia kulturalne, więc niespecjalnie zdziwiło mnie, że sponsorowany post na Facebooku od Ad Spectators zaliczył mnie jako swojego potencjalnego odbiorcę. Najpierw moją uwagę przykuła oczywiście grafika: ponure barwy, kobieta z poszarpanymi włosami, wygląd przywodzący na myśl psychiatryk, jej zakrwawione dłonie na zasnutej mgłą szybie. Nie zaszkodzi sprawdzić, co to jest, no nie?
O czym jest sztuka?
Sztuka miała opierać się na śledztwie. W piwnicy zamordowano brutalnie dziewięć osób, a ich zwłoki zostały ułożone w dziwny, charakterystyczny sposób. Ofiary nie były ze sobą powiązane, brak jakiegokolwiek motywu. Widz pozostaje biernym obserwatorem wydarzeń, a w spektaklu może brać udział tylko dziewięciu uczestników. Właśnie ten fragment najbardziej przykuł moją uwagę i będzie bardzo ważny w miarę późniejszych wydarzeń.
Zafascynowała mnie tak mała grupa odbiorców, sam pomysł na ucharakteryzowanie ich na zamordowanych. Zaczęłam przeglądać zdjęcia: ciasne pomieszczenie, raczej ciemne, ludzie usadzeni dookoła stołu z siateczką przypominającą prześcieradło na twarzach. Trochę przerażające, ale miałam nadzieję na ciekawe doświadczenie. W końcu przeżyłam halloweenowy dom strachów w Energylandii czy w Mirabilandii, po którym niektórzy dostawali histerii, a mi samej ręce chodziły tak, jakbym miała Parkinsona. Po prostu nie mogłoby mnie to ominąć.


Zmontowaliśmy ekipę, ale po fakcie zaczęłam się nieco obawiać. 45 zł za taką atrakcję to niby niedużo, lecz natrafialiśmy na coraz więcej opinii, że spektakl krótki, niewarty pieniędzy, bardziej zabawny niż straszny. Co parę wpisów pojawiał się jednak przebłysk, że to bardzo interesujące doświadczenie i ciągle w to wierzyliśmy, choć żadne z nas nie liczyło na nie wiadomo jaką grozę. No, żadne prócz Natalii, która w kółko powtarzała, że idzie, ale mamy się spodziewać, że będzie krzyczeć. I tak okazała się jedną z odważniejszych, bo kilku znajomych odrzuciło pomysł, dając jasno do zrozumienia, że horrorów to oni nie lubią. Z początku wzruszałam ramionami i myślałam, że przesadzają. Kiedy jednak opowiedziałam im później, co działo się w środku, zdałam sobie sprawę, jakie to szczęście, że z nami nie poszli. Być może na tym etapie nasza przyjaźń by się skończyła.
Jak przebiega spotkanie?
Spotkaliśmy się mniej więcej czterdzieści minut przed spektaklem. Jak się okazało, team na ten dzień mieliśmy wymarzony; każdy już na wstępie mówił, że zaraz po sztuce zbiera się do domu – ja z powodu nauki, Natalia dostała grypy żołądkowej, a Grzesiu zapalenia spojówek. Przyszedł z jednym okiem zaklejonym plastrem i zaczęliśmy żartować, że ucharakteryzował się już do teatru. Humor dopisywał, snuliśmy mnóstwo teorii, jak to będzie wyglądało i zastanawialiśmy się, czy w razie czego będzie możliwość zamiany miejsc. Zresztą w ogóle coś nam nie grało w tym internetowym wybieraniu siedzeń, bo wyglądało w ten sposób i cały czas myśleliśmy, jak niby będziemy siedzieć wokół stołu, skoro nawet nie został uwzględniony na planie.

Pierwsze ziarno wątpliwości zasiał Adrian, który powiedział, że z tego co zauważył na zdjęciach, tylko sześć krzeseł jest ustawionych przy stole, a reszta gdzieś w rogach pomieszczenia. Oczywiście zaczęło się targowanie, kto w razie czego będzie siedzieć sam w tym ciemnym rogu i powiem Wam, jeśli mielibyście podobny problem, to zostanie on automatycznie rozwiązany. 😉
Element zagadki stanowiło też dla nas miejsce spotkania, czyli PUB Skrzypek na Dachu (okolice Arkad). Dość klimatyczne miejsce – ciemne, z drewnianymi wykończeniami i dziwnymi, metalowymi drzwiami oklejonymi plakatami spektaklu. Przynajmniej wiedzieliśmy, że dobrze trafiliśmy. Woleliśmy się jednak upewnić, czy nie powinniśmy przejść gdzieś dalej, więc zapytaliśmy barmanki, czy to na pewno tutaj. Generalnie wyglądała, jakby milion osób zadało jej już podobne pytanie, bo tylko przewróciła oczami i coś tam odburknęła, że mamy usiąść i poczekać. No dobra.
Była już 19.50, pięć minut po czasie. Powoli zaczęliśmy myśleć, że spektakl mija, a my przesiedzimy godzinę, czekając jak skończeni idioci. A jednak chwilę później zjawił się w lokalu mężczyzna. Nie był jakoś ucharakteryzowany, wyglądał normalnie, ale każdy wiedział, że to o niego chodzi. Zapytał, kto czeka na sztukę, skasował nasze bilety i rozdał nam specjalne opaski. Wiadomo, do czego służy opaska, ale tak na dobrą sprawę nie do końca wiedzieliśmy, co z nią zrobić. Mężczyzna zaprosił nas na zewnątrz, żeby przedstawić plan zabawy i zdziwiło nas to na tyle, że w sumie nawet nie wiedzieliśmy, czy się fatygować i ubierać kurtki, skoro to tylko przedstawienie regulaminu.
I nagle padają słowa: „A teraz zapraszam państwa do samochodu, w środku proszę przestawić swoje telefony na tryb samolotowy i zawiązać opaskę na oczach”. Nasza czwórka spojrzała na siebie z lekkim wytrzeszczem oczu, jakoś zupełnie nie przyszło nam do głowy, że sztuka nie odbędzie się wewnątrz baru. No i wiecie, niby ma się z tyłu głowy, że to tylko zabawa, ale jeśli posiadacie wybujałą wyobraźnię jak ja, to każde takie hasło, które słyszeliśmy później, budziło mój dyskomfort. Oczywiście nikt nie chciał pokazać, że jest gorszy, więc nasza grupa jeszcze dolewała oliwy do ognia.
„Ej, z tym trybem samolotowym to nikt nas nawet nie namierzy, jak coś się stanie”.
„Nawet mapki Google sobie nie sprawdzisz, żeby w razie czego wrócić do domu”.
„A co jeśli tak naprawdę nikt nie wychodzi z tego spektaklu żywy, a opinie w Internecie aktorzy wystawiają sobie sami?”
Śmieszki-hiszki, zajęliśmy miejsca, odebraliśmy sobie wzrok i jedziemy. Mimowolnie zaczęłam zapamiętywać: dwa razy skręt w lewo, potem w prawo, no może jakoś trafię z powrotem do domu. Później jednak dotarło do mnie, że jeździmy w kółko, a w każdym razie na pewno dłuższą drogą niż powinniśmy i dałam sobie spokój. Kiedy wszystko dobiegło końca, Grzesiek, który siedział obok mnie, przyznał, że miał ochotę złapać mnie za nogę i nastraszyć, ale zrezygnował z tego pomysłu, kiedy uświadomił sobie, że pewnie zaatakowałabym go łokciem; I wiecie co? Tak, pewnie bym to zrobiła.
Z głośników rozległo się nagranie, które nie tyle stanowiło wstęp do całej historii, ale wprowadzało w jej klimat. Cały czas zastanawiało mnie tylko, kto do jasnej choinki miał tak paskudny gust i jako drugą ścieżkę dźwiękową wgrał przedziwną techniawę. Grzesiek na przykład w ogóle nie zwrócił na to uwagi, ale Wam polecam, jeśli się kiedyś zdecydujecie. Ta sama melodia pojawi się jeszcze później i będzie tłem na tyle przerażającej sceny, że kiedy po sztuce usłyszeliśmy podobną nutę w pubie, aż zamilkliśmy i skuliliśmy się na krzesłach.
W końcu dojechaliśmy na miejsce, a we mnie pojawiła się nowa obawa: jak ja niby mam wyjść z tego samochodu w moich butach na obcasach, będąc zupełnie ślepa? Nie mam zbyt dużego zaufania do ludzi i nawet kiedy obsługa pomagała nam się nie zabić, odnosiłam wrażenie, że prędzej skręcę sobie kostkę, niż wejdę na salę… zwłaszcza że okazała się ulokowana na drugim piętrze. Utworzyliśmy więc pociąg, jedna ręka na ramię osoby z przodu, druga na poręcz, maszerujemy. Cały czas kogoś kopię, ktoś mnie depta, zabawa na sto dwa.
W końcu dochodzimy GDZIEŚ, bo jest jaśniej. Od tego momentu mamy zupełnie milczeć, poddawać się temu, co będą robić z nami aktorzy i nie ruszać się, bo w przeciwnym razie przedstawienie zostanie przerwane. Na co oczywiście mój mózg był już święcie przekonany, że nas zaryglują, posłusznie poddam się wiązaniu i krępowaniu, a potem zginę w męczarniach. A najgorsze w tym wszystkim było to, że nie mogłam zapytać Natalki, czy w tym momencie jest równie zestresowana jak ja.
W środku znowu zapadły egipskie ciemności, dało się dostrzec tylko bardzo intensywne, niebieskie światło. Jasność zmieniała się na tyle często, że czułam, jak moje oczy pod opaską łzawią i ciągle zastanawiałam się, czy kiedy ją zdejmę, będę wyglądać jak panda z moim rozmazanym makijażem. Powoli osoby z wagonika się rozłączały, obsługa usadawiała nas na swoich miejscach, każdego w innej pozycji – niektórzy musieli coś trzymać, inni się pochylać, a mnie przypadła zaszczytna rola trzymania jednej ręki na stole, a drugiej na dłoni osoby obok, mniej więcej tak:

Myślę sobie – w sumie fajnie, trochę zrobiło mi się lepiej, że w razie czego ścisnę mocniej dłoń Natalii i dodam sobie otuchy. Rozpoczęła się narracja, wstęp do śledztwa: spersonalizowane pod nas opisy ofiar, w których rolę się wcielaliśmy. Każdy z nas miał przydzielony konkretny numerek od 1-9 i byłam święcie przekonana, że jestem dwójką, skoro stałam druga w kolejce. Przekonać się o tym mogłam jednak dopiero, gdy zdjęliśmy opaski, moje oczy przyzwyczaiły się do rażącego światła i ogarnęłam, jak patrzeć przez prześcieradło na twarzy. Jakie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że jestem numerem trzecim, siedzę pośrodku stołu, a ręka Natalki to tak naprawdę ręka jakiegoś faceta. I szczerze, czuję wstyd, cholerny wstyd, bo potem nie robiło mi to już żadnej różnicy, czyja to dłoń. Współczułam temu gościowi, który siedział spokojnie, czasem zadrżał mu palec czy coś, podczas kiedy ja na każdy dźwięk reagowałam wzdrygnięciem się, które raczej przypominało wstrząs, i trzymałam go chyba trochę za mocno, jeszcze biorąc pod uwagę fakt, że w pokoju siedziała jego dziewczyna.
Moja opinia
Nie będę zdradzać nic więcej, co dotyczyło samej fabuły, natomiast odwołam się do kilku opinii i oczekiwań, które na miejscu zostały zweryfikowane. Na fanpage’u Ad Spectators przeczytałam zdanie pewnej użytkowniczki, że „Gdybym chciała posłuchać takich bluzgów, to poszłabym do sebiksów pod blokiem”. Generalnie… okej, to prawda. Przekleństwa i wulgaryzmy sypią się bardzo obficie już od pierwszych wypowiedzianych słów, z początku jest ich więcej niż samego dialogu, ale czy mnie to jakoś zdziwiło/zgorszyło? Chyba nie, wydało się nawet dość realistyczne.
Naczytałam się już trochę książek pisanych przez osoby mające styczność ze śledczymi. Poza tym wydaje mi się raczej oczywiste, że przedstawiciele takich zawodów jak policja/kierowcy/żołnierze nie będą ze sobą rozmawiać kulturalną polszczyzną na wysokim poziomie. Mogą, więc generalizuję, ale wiecie, co mam na myśli. Nie naginajmy wszystkiego, byle by wytknąć wadę, bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że ktoś, kto pisze podobną opinię, sam nie kurwi, kiedy uderzy dużym palcem w nogę łóżka. I nie kurwiłby, jakby widział dziewięć zmasakrowanych trupów.
Ja raczej uważam, że zarzutem mógłby być ten brak interakcji między aktorami i widzami, o którym wspominałam wcześniej, bo tak naprawdę bezpośredniego kontaktu było sporo. Mnie nie przeszkadzało to jakoś bardzo, raczej napędzało dodatkowy strach, ale skoro znaleźli się zagorzali przeciwnicy przekleństw, to i pewnie molestowania też by się w końcu pojawili. Wiadomo, w głównej mierze było to jakieś podnoszenie dłoni, ewentualnie dotykanie głowy, zawiązanie czegoś na szyi, ale pojawiały się też komediowe elementy, które niektórych mogłyby naprawdę oburzyć… Chyba tutaj nie muszę wspominać, kto z widzów brał w nich główny udział, prawda? Brawo, zgadłeś, jak zwykle ja. Piję w każdym razie do tego, że może inaczej sformułowałabym określenie: „Brak bezpośredniej interakcji czy udziału widza”, bo troszkę to jednak nieprawda.
Przedstawienie jest pełne bardzo głośnych, niespodziewanych i niepokojących dźwięków czy migania świateł. To wszystko wzbudza w człowieku poczucie zagrożenia, zwłaszcza jeśli wyobrazi sobie, że część osób naprawdę ginie w taki sposób. Nie macie pojęcia, gdzie są drzwi, obok Was siedzą obcy ludzie (każdy znajomy był w miarę możliwości rozdzielany), nie wiecie nawet, w jakiej części miasta się znajdujecie, a telefon został w samochodzie. Momentami czułam tak duży dyskomfort, że tylko czekałam, aż ktoś pojawi się obok i przytknie mi nóż do gardła albo zacznie dusić prześcieradłem. Tu jednak bardzo dużą rolę odgrywa Wasza empatia, wczucie się w postać i historię. Jeśli to nie Wasz klimat, to chyba rzeczywiście nie zrobi żadnego wrażenia. Na nas jednak wywarło ogromne.
Spektakl nie trwa dłużej niż pół godziny. Razem z dojazdem i wstępem mija godzina i szczerze mówiąc, osobiście nie chciałabym, żeby trwało to dłużej, bo pod koniec byłam już zmęczona psychicznie. Natalia mówiła to samo: niby teatr jest znany, ma renomę, są o nim opinie w Internecie, ale ty i tak siedzisz i tłumaczysz sobie, że przecież nikt nie może ci zrobić krzywdy. Prawda jest taka, że to doświadczenie uświadamia, jak bardzo w sytuacjach błędnego zaufania jesteś bezbronny, a równocześnie zdesperowany i świadomy swojego losu. To jest najstraszniejsze: twoja wyobraźnia i świadomość tego, co może ci się stać.
Sztuka ma kilka bardzo mocnych, dobrych momentów. Niektóre rzeczy bardziej odebrałam jako pewną przenośnię, aczkolwiek sam scenariusz i takie drobne smaczki są zaplanowane wręcz rewelacyjnie. Co też jest niesamowite – każdy ogląda tę samą wizualizację z różnych perspektyw zależnych od tego, gdzie został usadzony. Może się zdarzyć, że czegoś nie dostrzeżesz i tu świetnie sprawdza się wyjście grupą. Kiedy dzieliliśmy się wrażeniami po wyjściu, dopowiadaliśmy sobie rzeczy, których nie mogliśmy zobaczyć stamtąd, gdzie siedzieliśmy. Z tego wynikało też, że strach każdego z nas miał nieco inne podłoże.
Kiedy przyjechaliśmy z powrotem pod bar, zamiast iść do domu, zgodnie stwierdziliśmy, że chyba jednak trzeba się czegoś napić i jakoś odstresować. Wyszło jednak na to, że mimo ciągłego powtarzania: „Nie, nie rozmawiajmy już o tym”, wciąż wracaliśmy do spektaklu. Natalia była na tyle zdenerwowana, że pod koniec sztuki nie zakodowała już pewnych dość istotnych szczegółów dla całej historii. Zresztą mówiła, że aż bolały ją mięśnie, tak spięta siedziała i skupiała się, żeby tylko nie krzyknąć. Głosy są jednak zgodne, że kiedy tylko nieco zapomnimy, co czuliśmy, pójdziemy na inną sztukę tej grupy.
My jesteśmy ogromnie zadowoleni i bardzo polecamy, ale Twoje wrażenia będą bardzo mocno zależeć od samego nastawienia i musisz brać to pod uwagę. Ja ze świadomością tego, co było w środku, raczej nie odważyłabym się iść na ten spektakl drugi raz, a z kolei Grzesiu zniósł to na tyle dobrze, że patrzyliśmy na niego jak na ducha, kiedy stwierdził, że w sumie nie było tak strasznie.
Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej albo zainteresowało Cię to wydarzenie, to koniecznie odwiedź moją facebookową stronę. Śmiało napisz, zadaj pytania i bądź na bieżąco, kiedy pojawi się kolejna recenzja z nowego spektaklu. A tutaj szybki odnośnik do samej strony Ad Spectators, zapraszam i jeszcze raz dziękujemy za niesamowite przeżycie oraz udostępnienie swojej grafiki.
Hej-ho, widzimy się w następnej podróży!

