Macedońskie alkohole i słodycze – gdzie nabyć, za ile i czego skosztować?

Dziś kolejny wpis dla smakoszy – zwłaszcza tych, którzy miłują się w słodkich przekąskach, deserach oraz alkoholach. Będzie mowa nie tylko o gustach kulinarnych, ale także cenach zarówno w Macedonii, jak i nabycia podobnych produktów w Polsce. Część z nich zdobędziecie tylko w konkretnych sklepach lub knajpach, co w przypadku każdego przypadku zaznaczam. Przewiduję też osobny post na temat restauracji, w których podam dokładne namiary na ciekawe, tanie i smaczne miejsca. Jeśli chodzi o alkohole, to nie jesteśmy wielkimi znawcami i koneserami, opisujemy więc po prostu, co przypadło nam do gustu i naszym zdaniem jest warte spróbowania. Tak po prostu, jak człowiek człowiekowi. Zapraszam na:

Smakołyki:

Alkohole:

  • Rakija
  • Wina
    • Plava Krv
    • Ravin Vranec
    • Muskat
    • Sapphire
    • Smederevka (Skovin i Stobi)
    • Chardonnay Skovin
    • Tga za Jug
    • Alexandria (wszystkie kolory)

SMAKOŁYKI

BAKLAVA

To mój ulubiony słodycz nie tylko w kwestii Macedonii, ale całego życia ogółem. Przysięgam; dobrze, że nie mieszkam tam na stałe, bo za rok już bym nie chodziła, a po prostu się toczyła. Baklava to ciasto francuskie podawane w małych kawałkach, które wypełnia mnóstwo orzechów, pistacji i miodu. Polewa się ją specjalnym sosem, który nieco przypomina klonowy, ale raczej ciężko porównać go do czegoś, co znamy w Polsce. Wydaje nam się, że jest odrobinę rozwadniany, w dodatku musi być w nim coś, co sprawia, że nie zastyga nawet po 2-3 dniach.

Baklava to taka ogólna nazwa grupy ciast, ponieważ istnieje nieskończenie wiele jej odmian – różane, czekoladowe, orzechowe, kokosowe i wiele innych. Przysmak wywodzi się z Turcji, dlatego najlepiej zawędrować po niego do cukierni z tureckim szyldem. My kupowaliśmy baklavę za 25-60 MKD za kawałek (1,80-4,40 zł) i zwykle wychodziliśmy z całym pudełkiem ciasta, co i tak było kiepskim wynikiem w porównaniu do mieszkańców Ochrydy. Największą popularnością cieszył się kadaif (jedna z odmian ciasta), który na wierzchu ma pełno słodkich, karmelizowanych nitek. Nam akurat smakował najmniej, a już niech Was ręka boska chroni od kupienia go w sklepie spożywczym – cukier dosłownie trzeszczy pod zębami i ciężko to przełknąć. Najsmaczniejsze odmiany dla nas (najbardziej wyraziste i wilgotne) to sekerpare i havuc.

Jeśli chodzi ciasta, to w knajpach zawsze dostaniemy kadaif, baklavę, deser panna cotta, naleśniki na słodko lub ciasto/torcik orzechowy. W lokalnych restauracjach warto prosić o home made cake, bo to nie „ciasto dnia”, jak można by przypuszczać, a niejednokrotnie jakiś domowy, rodzinny przepis, którego w przeciwnym wypadku nigdy nie spróbujecie. Naprawdę warto! Nam na przykład udało się trafić na ciasto przekładane masą smakującą jak kogel-mogel.

HALVA

Chałwa to rzecz oczywista – w kostkach, w nitkach czy w kremie, z orzechami, czekoladowa, zwykła. Wymieniać można bez końca. Warto kosztować różnych rodzajów, bo jak się okazuje, nie wszystkie są tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Jak dla nas najlepsza była chałwa sprzedawana w małych kubeczkach w sklepie za ok. 2 zł. Trzeba jednak uważać, bo istnieją dwa bardzo podobne produkty – jeden to taka typowa chałwa, a druga właśnie ta rozmięknięta, kremowa, która dla nas była obłędna i w ogóle nr 1. Chałwy opłaca się też kupować u wystawców ze stoiskami na ulicach, chociaż… raz wzięliśmy na skosztowanie taki bloczek, małą brązową bryłkę chałwy. W konsystencji jak karmel, a w smaku… jak cukier z niczym. Bryłek więc nie polecamy, chyba że mieliśmy wyjątkowego pecha – następnej już nie kupiliśmy.

LOKUM

Lokum to inaczej galaretka w cukrze pudrze, którą formuje się w sześcienne kostki. Trend zawędrował już do Polski, więc zapewne wiecie, z czym to się je. Ja lubię ich kleistą konsystencję, są też mniej słodkie niż na przykład takie, które wkłada się do czekoladek i mniej wodniste niż te, które przyrządza się w pucharkach. Całkiem dobre, chociaż szału nie ma. Skosztować warto.

CZEKOLADOWE WYROBY CHOCO WORLD

Na terenie Macedonii istnieje pięć lokali oferujących najbardziej rozmaite desery czekoladowe, o których można tylko marzyć. O samych knajpach/kawiarniach/restauracjach zamierzam stworzyć kolejny post, tutaj natomiast skupię się na pokazaniu Wam, czego koniecznie musicie spróbować. My wracaliśmy w to miejsce wielokrotnie, za każdym razem próbując czegoś nowego, a i tak zawsze mieliśmy problem, na co się zdecydować. Niby to tylko czekolada, ale produkowana i roztapiana na miejscu, w dodatku zawsze w innej formie. Oto 6 deserów, które możemy ocenić:

  • Czekoladowa patelnia – brownie domowej roboty podane na gorącej patelni, oblane białą i czarną czekoladą. Porcja nie jest za duża, a i tak bardzo trudno zjeść ją na raz. Całość jest tak słodka, że człowiekowi robi się niedobrze, ale tak pyszna, że nie sposób sobie odmówić.
  • Czekoladowy burger – jedna z mniej słodkich pozycji: bułka oblana białą i mleczną czekoladą, złożona na kształt burgera, którego wypełniają owoce (kiwi, truskawki, banan) i bita śmietana. Niesłodka, dzięki czemu neutralizuje smak całości.
  • Mini pączki – 10 malutkich pączków z lukrem podanych na podłużnej tacce. Obok ułożonych jest mnóstwo owoców (kiwi, truskawki, banan), jest też mała miseczka z rozpuszczoną czekoladą. Pyszne, bo sami regulujecie poziom słodkości deseru. Część pączków możecie maczać w sosie, inne nie – w całości, tylko z wierzchu, Wy decydujecie.
  • Naleśnik czekoladowy – z podobnym wypełnieniem jak burger, tyle że jest bardziej płaski i oblany dodatkowo karmelem, jest też posypka z orzeszków.
  • Gofr – oblany czekoladą, z bitą śmietaną i owocami. Bardzo duży i mocno wypieczony.
  • Ciasto brownie orzechowe – wysokie, z kilkoma warstwami, stosunkowo umiarkowanie słodkie w porównaniu do innych deserów. Z płatkami owsianymi (i nie tylko, o ile dobrze pamiętam) i przyozdobione plasterkami truskawek.

Oprócz tego na miejscu możemy napić się różnych odmian kaw (z czekoladą, ale i bez). Mimo formy franczyzy serwuje się je nieco inaczej w każdym miejscu. Pod koniec maja zaczyna się też sezon na lody na bazie czekoladowych wyrobów (belgijskie, Ferrero Rocher, Oreo itd.), które podaje się w kolorowych rożkach. Zazwyczaj ich brzegi są dodatkowo umoczone w czekoladzie, a na to wędruje także posypka z kolorowych cukierków. Bajka!

ALKOHOLE

RAKIJA

Pozycja, która po prostu musiała znaleźć się w tym zestawieniu. Nam udało się skosztować tego specyfiku dzięki hojności Macedończyków, którzy poczęstowali nas domową rakiją w prowadzonym przez siebie muzeum etnograficznym. Aż nam było głupio, bo nic za to nie płaciliśmy, a dziewczyna rozlała nam po kieliszku i wręcz czekała na naszą reakcję. Domowa odmiana jest zazwyczaj mocniejsza, ma koło 60%. Mówi się, że to trunek zbliżony do brandy, chociaż naszym głównym doznaniem był smak wódki gdzieś tam z lekką domieszką właśnie brandy. Nie porwało nas, ale my też nie jesteśmy fanami mocnego alkoholu, za to wino spożywaliśmy hektolitrami (naprawdę, na koniec wyjazdu zgromadziliśmy tyle butelek, że czułam się jak alkoholiczka – no ale od czego w końcu są wakacje?).

WINA

Nie wiem, jakie wina preferujecie, ale w Macedonii znajdzie się spory wybór dla każdego w różnych przedziałach cenowych, słodkości czy kolorach – białe, czerwone, różowe, a nawet niebieskie! Możemy kupić je standardowo w markecie, jednak znacznie lepszą opcją jest udanie się do winnic czy winiarni. O dziwo takie rozwiązanie nie kosztuje nas wiele więcej poza kosztem dojazdu. Za cztery butelki wina prosto z winnicy (niektóre były nawet jeszcze bez etykiet) zapłaciliśmy 90 zł, więc cena wielce okazyjna. Mieliśmy jednak swoje typy zarówno w przeciętnych sieciówkach, jak i bardziej wyszukanych miejscach. To lista lżejszych trunków, których udało nam się spróbować. Większość z nich pochodzi z winiarni Tikves, część nabyliśmy w Royal Winery Queen Maria:

  • Plava Krv – w tłumaczeniu nazwa wina to Błękitna Krew. Jedno z niewielu półsłodkich, czerwonych win na terenie Macedonii i mimo że jestem ogromną fanką takich smaków, to nie wywarło na mnie wrażenia, wydawało się dość kwaśne. Zakupiliśmy je w winnicy za jakieś 20-30 zł, natomiast w ogóle nie byłam w stanie odnaleźć go w sklepach polskich ani nawet z dostawą do kraju.
  • Ravin Vranec – bardzo popularna pozycja u nas w Polsce, przywieźliśmy jako prezent prosto z winnicy. Wytrawne, czerwone, o przydymionym smaku – to jeden z tych alkoholi, które wyraźnie przywodzą na myśl beczkę, w której były przechowywane. Zakupiliśmy za 20-30 zł. Po krótkim researchu upewniłam się, że obecnie nie jest dostępny do zdobycia w Polsce.
  • Muskat – kupiony w winnicy, nie miał jeszcze nawet etykiety, jako że przelano go stosunkowo niedawno do zwykłej, ciemnozielonej butelki. Dość tradycyjny trunek – biały, choć powiedziałabym, że raczej półwytrawny i kwaśny, a nie półsłodki, jak zwykło się go opisywać. Cechuje się wyraźną nutą cytryny, mniej kwiatową. Tutaj raczej nie będę się rozwodzić – po prostu smaczne.
  • Sapphire – niesamowicie ciekawa pozycja, chociaż bardziej pod kątem walorów estetycznych niż smakowych. Wino kupiliśmy w winnicy i nasz wzrok od razu przykuła błękitna butelka idealnie dopasowana do nazwy. Butelka? A jednak! Ku naszemu zdziwieniu, unieśliśmy ją na wysokość oczu, płyn się przelał, a szkło okazało się bezbarwne. Po raz pierwszy widziałam za granicą wino w błękitnej barwie – w Polsce co prawda mamy podobne alkohole z brokatem, ale przeważnie jest to np. wino musujące. Nie sądziłam, że takie eksperymenty pojawiają się też w winnicach i to w standardowych cenach. Wino półwytrawne, ale mocno kwaśne i raczej przeciętne w kwestii smaku.
  • Smederevka (Skovin lub Stobi)jedno z najtańszych win w szklanych butelkach, które możemy spotkać w sklepie (ok. 15 zł). Cena mniej więcej odpowiada smakowi – białe, półwytrawne wino, niespecjalnie odkrywcze czy dające przyjemność z samego faktu próbowania. Można by je przyrównać do znacznie mniej intensywnego, raczej słabego cydru. Stobi prezentowało się lepiej, w dodatku etykietę butelki zaprojektowano z motywami antycznymi i dopasowano do nazwy (w Stobi znajdują się jedne z popularniejszych wykopalisk archeologicznych na terenie całej Macedonii). Skovin raczej bym omijała, naprawdę nie jest dobre jakościowo.
  • Chardonnay (Skovin) – wino białe, wytrawne, przeciętne i niezapadające w pamięci. Kupiliśmy jedno i na tym poprzestaliśmy. W ogóle cały Skovin zaczęliśmy omijać po pewnym czasie, bo każda podjęta próba kończyła się fiaskiem.
  • Tga za Jug – czerwone, (pół)wytrawne wino typu vranec, ponoć najlepsze w całej Macedonii. Dla nas nie było jednak faworytem, chociaż świetnie sprawdzało się do posiłków. Jak dla mnie dość cierpkie i raczej wytrawne niż półwytrawne, pozostawiające na języku specyficzny posmak owoców leśnych. Sama nazwa wina wzięła się od wiersza bułgarskiego artysty, który urodził się na terenach dzisiejszej Macedonii. W tłumaczeniu oznacza ona „Tęsknotę za Południem”. Można dostać je za pośrednictwem polskiej stronki darwina.pl za niespełna 40 zł, choć jego dostępność jest ograniczona i raczej trzeba dokonać wcześniej rezerwacji.
  • Alexandria (biała/różowa/czerwona) – moje ulubione wino chardonnay dostępne w marketach w przystępnej cenie. Jak na warunki macedońskie wydaje się dość drogie w przeliczeniu na MKD, jednak dla nas pod względem kosztów można przyrównać je do Carlo Rossi. Tymczasem w Polsce za zamówienie tego wina średnia cena wynosi 50-60 zł. Na darwina.pl udało mi się znaleźć okazję za niecałe 38 zł. Czerwone wino jest wytrawne z wyraźnie odczuwalnymi porzeczkami, białe i różowe są półwytrawne, chociaż ze słodką nutą. Bardzo lekkie, zwłaszcza białe odznacza się taką owocową nutą – jabłka, cytryny czy pomarańczy. Za taką cenę dla nas to był najlepszy wybór, choć zdajemy sobie sprawę, że zapewne niegodny prawdziwych koneserów.

To by było na tyle w temacie słodkości i alkoholi. Jeśli byliście w Macedonii, to koniecznie podzielcie się swoimi sprawdzonymi produktami, których nie ujęliśmy na liście, a które są wręcz konieczne do spróbowania z Waszej perspektywy. Jesteśmy niezmiernie ciekawi Waszych gustów. Co sądzicie o naszych wybrańcach? Coś Was zaskoczyło? Dajcie znać w komentarzu i trzymajcie się ciepło!

Lwów cz.3 – Na jaki punkt widokowy się wybrać, gdzie skosztować lokalnych przysmaków i które miejsca warto odwiedzić?

Informacje ogólne: Poniższy wpis jest kontynuacją poprzednich – możesz czytać go oddzielnie, jednak dla pełnego oglądu sytuacji zalecałabym zapoznanie się z tym, co Cię ominęło. W tym natomiast czeka Cię dawka informacji o Operze Lwowskiej, pomniku Adama Mickiewicza, ukraińskich specjałach typu kwas czy czebureki, ale także dowiesz się, z jakiego punktu widokowego najlepiej podziwiać miasto czy czego spodziewać się po karaoke u naszych sąsiadów. Zapraszam na:

Opera Lwowska – zewnątrz i wewnątrz

Po zobaczeniu Galicyjskiego Banku Krajowego udaliśmy się 300 metrów w kierunku Opery Lwowskiej. Przed nią znajduje się ogromny skwer, gdzie możemy dostrzec wielu dorożkarzy z pięknie zdobionymi karetami. Na tę przyjemność akurat się nie skusiliśmy, ale mężczyźni nie mieli nic przeciwko temu, żeby podejść i zrobić kilka zdjęć. Ten dzień nadawał się do tego tym bardziej, że kiedy tylko ujrzeliśmy to miejsce, dostrzegliśmy parę młodą podczas sesji. Dzięki nim i my mieliśmy pamiątkę.

Sam budynek opery robi naprawdę duże wrażenie – zarówno na zewnątrz, jak i w środku. Tego dnia zobaczyliśmy go tylko od zewnątrz, jako że wnętrze było zamknięte, ale już następnego wieczora mieliśmy więcej szczęścia. Nie pokażę Wam zdjęć, bo właśnie odbywały się próby; można było usiąść, popatrzeć i posłuchać, ale nie utrwalać. Co prawda my i tak ustrzeliliśmy parę fotek, bo weszliśmy na lożę akurat od strony drzwi, na których nie było żadnych zakazów i ogłoszeń (dopiero pani ochroniarz nas uświadomiła), ale z racji szacunku musicie uwierzyć mi tylko na słowo, że widok jest warty zobaczenia. Mnie mocno przywiódł na myśl sceny z serialu „Lalka”, gdy na początku Wokulski przyglądał się Izabeli Łęckiej w tłumie. Obostrzenia dotyczą na szczęście tylko głównej sceny, resztę z chęcią Wam zaprezentuję.

Na sam początek warto by jednak zaznaczyć, że biletów nie sprzedaje się tylko na operę, ale też na zwykłe przedstawienia teatralne oraz balet. Budynek liczy sobie już ponad 120 lat, jest w stanie pomieścić 1200 osób i bije z niego niesamowite bogactwo ozdób, obrazów czy rzeźb. Trzy figury, które znajdują się na szczycie opery, przedstawiają kolejno (i nieprzypadkowo): Poezję i Muzykę, Sławę i Fortunę, Komedię i Tragedię – czyli wszystko to, co charakteryzuje sztukę oraz jest w stanie najlepiej opisać rozrywkę czekającą nas w środku. Niżej możemy też dostrzec Muzy – Tanię, Melpomenę, Erato oraz Polihymnię. To wszystko czyni Operę Lwowską jednym z bardziej rozpoznawalnych punktów miasta.

Nie byłabym jednak sobą, nie zamieszczając tutaj zabawnego akcentu, który rzucił mi się tam w oczy. To był chyba jeden z niewielu przypadków, kiedy nieznajomość ukraińskiego pisma nie wydała mi się kulą u nogi.

Ratusz – główny punkt widokowy

Następnym punktem naszej podróży była wieża ratusza, skąd rozciąga się widok na całe miasto. Budynek powstał mniej więcej w tym samym czasie co opera, ale w przeciwieństwie do niej nie robi kolosalnego wrażenia. W trakcie jego stawiania runęła wieża, miażdżąc resztę zabudowań i zabijając 8 osób – dlatego też proces ten rozciągnął się na więcej lat, niż początkowo planowano. Kto ponosi za to odpowiedzialność? Ponoć fachowcy, którzy co prawda ocenili, że stan techniczny wieży był zły, ale w najbliższym czasie nie miało to przynieść żadnych negatywnych skutków. Niestety nikt nie jest nieomylny. To jednak nie koniec pechowej historii, jako że w 1848 roku ratusz całkowicie spłonął w wyniku pożaru spowodowanego bombardowaniem.

Dziś budowla może nie podbija serc, ale gwarantuję Wam, że nie wolno odpuścić sobie wejścia na jej szczyt. Na miejscu znajduje się winda, ale przeważnie każdy wchodzi na górę pieszo – trzeba się trochę namęczyć, bo pięter jest kilka, a schody dość długie, ale gwarantuję Wam, że panorama będzie tego warta.

Kopiec Unii Lubelskiej – punkt widokowy

Jeśli jednak ratusz nie wyda Wam się kuszącą opcją, to odwiedziliśmy też inne miejsce, z którego możecie podziwiać miasto. Należy mieć jednak na uwadze, że zwłaszcza w porze wieczornej roi się tam od ludzi – zwłaszcza studentów, którzy otwierają piwko, puszczają muzykę z głośników, rozmawiają, śmieją się i raczej niewiele ich poza tym interesuje. Mowa tutaj o Kopcu Unii Lubelskiej, który mieści się na Wysokim Zamku. W rzeczywistości wcale nie jest to żadna fortyfikacja, a po prostu zwykłe wzgórze, mimo że nazwa jest myląca. Sam kopiec został sztucznie usypany po zawarciu Unii Lubelskiej w XVI wieku, posypywano go nawet ziemią z grobów Adama Mickiewicza czy Juliusza Słowackiego. Ciekawe, co powiedzieliby na to autorzy, gdyby jeszcze żyli… bo jak wiemy, miłością do siebie nie pałali, a nawet wręcz przeciwnie 😉

Narodowy napój Ukrainy – kwas

Warto też zaznaczyć, że wejście na szczyt nie jest dużo mniej wysiłkowe niż w przypadku ratusza, za to po drodze czeka nas kilka niespodzianek. Przede wszystkim stoiska z piciem, gdzie możemy napić się czegoś, co brzmi bardzo dziwnie, a mianowicie… kwasu chlebowego. Wyglądem nie różni się on niczym od Coca Coli czy Pepsi. Mimo różnorodnych butelek i tego, że przecież napój fermentuje, klasyfikuje się go jako bezalkoholowy (choć ponoć zawiera śladowe ilości alkoholu). Co ciekawe, teraz ten przysmak dość mocno kojarzy się właśnie z Ukrainą i Wschodem, zwłaszcza że uchodzi za narodowy napój, natomiast nie jest on żadnym odkryciem czy nowością – znano go już w średniowiecznej Europie. Jak to właściwie smakuje? Niektórych zachwyca, dla mnie było raczej średnie/neutralne. Trochę słodkie, jakby rozwodnione, ma strasznie dziwny, właśnie kwaskowaty zapach, ale ponoć bardzo dobrze gasi pragnienie, czego po sobie nie zauważyłam (nie bardziej, niż po innym rodzaju picia typu woda czy sok). Może jednak moja niechęć wynika odrobinę z tego, że nie przepadam za surowymi drożdżami, zwłaszcza za tym zapachem, który dla jednych jest przepiękny, a dla innych wręcz odstręczający. W każdym razie warto skosztować, może trafi akurat do Waszego gustu.

Oprócz jedzenia oferuje się też malowanie karykatur czy portretów. Nie jest to aż tak drogie jak zazwyczaj w Polsce, ale też niespecjalnie zachęca do kupna, zwłaszcza kiedy trafia się na nie ostatniego dnia podróży. Portreciści są mili, ale jednocześnie dość mocno nachalni – trzeba jednak przyznać, że ich twórczość była raczej na dobrym poziomie, a już na pewno takim, który satysfakcjonuje kogoś, kogo największym osiągnięciem malarskim są patyczaki (czytaj: mnie).

Pomnik Nikifora Krynickiego

Warto też udać się pod Katedrę Dominikańską na lwowskiej starówce – pewnie będziecie mijać to miejsce niejeden raz. Będąc tam, poszukajcie pomnika Nikifora Krynickiego znajdującego się w pobliżu. Dlaczego? Nie dlatego, że podobizna jest idealna, bo z tym bym się mocno sprzeczała, jednak jest to miejsce, w którym mogą spełnić się Wasze marzenia. Postać przedstawiono w pozycji siedzącej z uniesionym w górę palcem. Legenda głosi, że potarcie go zagwarantuje realizację naszych pragnień (część osób mówi też o potarciu nosa i pewnie to też jest prawda, zważając na to, jak rzeźba jest wytarta w tych dwóch miejscach).  Na bazie czego powstała ta tradycja? W sumie nie wiadomo, ale na pewno warto wiedzieć, że Nikifor był polskim artystą, a dokładnie malarzem działającym w nurcie prymitywizmu. Uśmiech postaci nie do końca oddaje jej żywot – mężczyzna większość życia był biedny, w dodatku często zamykał się w swoim świecie i bełkotał, więc dużo ludzi uważało go za pomyleńca. Doceniono go dopiero niedługo przed śmiercią, jak to często bywa. Stworzył ponad 40 tysięcy dzieł, naprawdę imponująca liczba. Najwięcej z nich możemy obecnie podziwiać w Nowym Sączu.

Pomnik Adama Mickiewicza

Jeszcze jednym z wielu pomników, którego nam, Polakom, nie wolno ominąć, jest kolumna Adama Mickiewicza znajdująca się 600 metrów dalej, niedaleko ratusza. Powstała ponad wiek temu, ma ponad 20 metrów wysokości i podczas swojego istnienia nie doznała żadnych uszkodzeń, co nie zdarza się specjalnie często. W tym miejscu słychać właściwie głosy tylko i wyłącznie Polaków – nie dziwne, to w końcu jedna z niewielu postaci, których nie trzeba przedstawiać. Dla jednych genialny wieszcz, dla innych słabszy rywal Słowackiego, a także zmora wszystkich uczniaków, zwłaszcza licealistów głowiących się nad Panem Tadeuszem. I nas nie mogło ominąć zdjęcie.

Wieczór na starówce

Wieczory przeważnie spędzaliśmy na mieście lub w knajpie. W pierwszy z nich przechadzaliśmy się po starówce, która po zmierzchu nabiera jeszcze więcej uroku. Na ulicę wylegają wtedy artyści, przeważnie muzycy. Nie są to profesjonaliści, a po prostu hobbyści, którzy chcą nieco dorobić. „Nieco” jest jednak pojęciem dość względnym, bo grupa, której my słuchaliśmy, na brak pieniędzy narzekać nie mogła. Widać było, że wybierali instrumenty z wyższej półki, w dodatku o dość nietypowym brzmieniu i niekoniecznie znane, jeśli chodzi o muzykę uliczną. Grali jednak niesamowicie i co chwilę ktoś dorzucał im nieco grosza do kapelusza. Wokół stało na pewno pięćdziesiąt osób, może więcej. Słysząc nasze rozmowy z Igorem, odnaleźli nas jacyś inni Polacy, którzy wypytywali, jak długo tu już jesteśmy, jak nam się podoba i tak dalej. Niby sympatycznie, ale trochę jednak sprawiali wrażenie podejrzanych lub po prostu podchmielonych, więc dyskretnie usunęliśmy się z tłumu. Bardzo mocno zmotywował nas wtedy komentarz o tym, że Igor znalazł sobie ładną dziewczynę (czytaj: mnie, choć przecież nie powinno chodzić o mnie). Złapaliśmy lekki cringe i poszliśmy dalej na drinki.

Khinkalnya – gruzińskie przysmaki

Zatrzymaliśmy się też w knajpie z gruzińskim jedzeniem (sieciówce o nazwie Khinkalnya). Trochę dziwnie, że będąc na Ukrainie, poszliśmy akurat tam, ale skusiło nas menu, a na lokalne przysmaki miał przyjść jeszcze czas (Igor mi to obiecał). Pamiętam, że dość mocno żałowaliśmy naszego wyboru, zwłaszcza jeśli chodzi o zupę. Rany boskie, myślałam, że najgorszą płynną potrawą świata są flaki, ale muszę zwrócić im honor. Zamówiliśmy chihirtmę, czyli zupę z mięsem, ziołami i jajkiem, podobną do rosołu – no wiecie, rosół to baza wszystkich innych zup i raczej trudno go zepsuć. Ba, ta zupa może nawet nie była spaprana pracą ludzkich rąk, a po prostu dla nas okazała się nie do zjedzenia i zostawiliśmy chyba połowę. Sama woda nawet nam smakowała, ale na talerzu oprócz tego dostawało się ogromne kawały mięsa, chyba wołowego, jeśli dobrze pamiętam. Już z zewnątrz było widać ogromne ilości tłuszczu, żyłek i wszystkich innych niesmaczności, których człowiek nie chce oglądać. Próbowaliśmy to kroić łyżką, nie dało rady. Gryźć? Też średnio. Trochę udało się przełknąć, ale generalnie smak dość odrzucający, a konsystencja ohydna. Na pocieszenie naszym drugim daniem okazało się coś bardzo podobnego do pizzy, ale znacznie bardziej tłustego, a mianowicie Khachapuri. Całkiem niezłe, ale bez wielkiego szału.

Później natomiast minęliśmy bardzo ciekawy bar, trochę żałuję, że do niego nie weszliśmy. Wyglądał jak laboratorium alchemika – nawet piło się z fiolek (dużo z nich było podpalanych), a drinki miały kolory tęczy. Jeśli jednak o to chodzi, to wszędzie, gdzie byliśmy, robiono je dość mocne i smaczne, więc chociaż o to nie trzeba się martwić.

Ukraińskie karaoke

W inny wieczór z kolei udaliśmy się na ukraińskie karaoke razem ze znajomymi Igora. W takich miejscach często możemy zapalić sziszę, jeśli ktoś lubi – ja akurat niekoniecznie, nie jestem za bardzo zwolenniczką, ale inni mieli z tego niezłą radochę. W tym miejscu udało mi się wychwycić też kilka różnic kulturowych. Raczej nie śpiewałam, nawet nie ze względu na nieznajomość piosenek, a niemożność przeczytania tekstu. Czy nie mogłam wybrać czegoś po angielsku? No właśnie, tam za bardzo nie było takiej tradycji (mimo że piosenki widniały na liście, to po prostu nikt ich nie brał i prawdopodobnie wywołałoby to niemałe zdziwienie). Kiedy myślę o polskim karaoke, przychodzą mi na myśl np. hity Krawczyka, ale też wielu zagranicznych wykonawców, takich jak chociażby Britney Spears. Na Ukrainie śpiewa się raczej w ojczystym języku. Ludzie są zazwyczaj mocno wstawieni, podobnie zresztą jak u nas, no i o dziwo chętniej śpiewają, a może raczej wyją, panowie. Dość ciekawe to było doświadczenie, mimo że czułam się odrobinę skrępowana – jestem raczej tym typem człowieka, który śpiewa tylko i wyłącznie wtedy, kiedy kogoś mocno zna; na tyle, że ten ktoś dalej będzie cię lubić, nawet kiedy zrobisz z siebie debila.

Czebureki – lokalny przysmak

W jeszcze inny wieczór zatrzymaliśmy się w restauracji na obrzeżach miasta, w której pracuje wcześniej wspominana Marianna. To właśnie tam po raz pierwszy skosztowałam potrawy, o której non-stop wspominał mi Igor i przynajmniej dla mnie stała się takim symbolem ukraińskiej kuchni. O czym właściwie mówię? O czeburekach. To danie przyrządza się też bardzo często w Turcji i Mongolii. Jak wygląda? Kształtem przypomina pierogi, tylko znacznie większe. Przyrządza się je z pszennego ciasta i smaży w oleju, dlatego są raczej dość chrupiące. Ich wnętrze wypełnia przeważnie mięso mielone, choć zdarza się też wypełnienie z innego rodzaju mięsa, ryżu, kapusty lub innych. Górę z kolei polewa się sosem, często ostrym, chociaż w moim przypadku był zimny, pomidorowy, z kawałkami warzyw i mocno doprawiony bazylią. Z tego wszystkiego to właśnie on chyba smakował mi najbardziej, ale to pewnie dlatego, że przygotowano go na włoską modłę, a ja za włoską kuchnią wręcz przepadam. Co do głównego dania… było całkiem smaczne. Może nie tak wyśmienite, jak je sobie wyobrażałam, bardziej w granicach 7/10, ale wciąż warte polecenia.

Dlaczego jednak mówię o tym z taką rezerwą? Przede wszystkim dlatego, że to potrawa dla osób z zahartowanymi żołądkami, które lubią ciężką kuchnię. Sama jestem fanką bigosu, grzybów czy kapusty, które bardzo często występują w polskim menu i są ciężkostrawne, ale na pewno nie aż tak. Pamiętam, że w nocy po zjedzeniu czebureków straszliwie skręcało mnie w żołądku. To nie było wrażenie, jakby zjadło się coś nieświeżego albo zepsutego, nie. Po prostu było mi strasznie ciężko, a po podniesieniu się z łóżka myślałam, że za chwilę zwymiotuję. Do rana to uczucie przechodzi, ale nie jest ono na pewno czymś pożądanym podczas takiego wyjazdu. Akurat jeśli ktoś miałby ogólnie wątpliwości wobec przygód żołądkowych, zmiany otoczenia, innej wody i tak dalej, to akurat na Ukrainie prezentuje się to podobnie jak w Polsce, bo nie odczułam żadnych dolegliwości (a uwierzcie, jestem dobrym wyznacznikiem).

Po więcej konkretów zapraszam do następnej (już ostatniej) części naszych lwowskich opowieści! Wspomnę parę słów o najlepszej knajpie w mieście, a także o Cmentarzu Łyczakowskim, Orląt Lwowskich i ogólnych tradycjach związanych z pogrzebami na Ukrainie. Może nie kończymy optymistycznym akcentem, ale jestem przekonana, że to miejsce dla nas, jako Polaków, powinno mieć szczególne znaczenie. Jeśli jednak jesteś niecierpliwy i w międzyczasie chcesz poczytać o innych nowinkach czy pooglądać zdjęcia, to zapraszam na mojego fanpage’a lub Instagrama, odnośniki po prawej stronie na górze, zapraszam!

P.S. Dziękuję, Igor, jeszcze raz za zdjęcia, podróż i wspólnie spędzony czas!