Malta cz.4 – Jacy są mieszkańcy wyspy, co zobaczymy w fabryce czekolady i jak działają pola solne?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-dniowej podróży na Maltę. Możesz czytać go oddzielnie lub cofnąć się do pozostałych, jednak żadna opcja nie jest lepsza albo gorsza, jeśli chodzi o odbiór. Pod spodem przeczytasz głównie o naszych pierwszych wrażeniach z pobytu na miejscu, a także polecimy (bądź nie) kilka atrakcji w dzielnicy Bugibba i okolicach. Dowiecie się, jak wygląda praca w fabryce czekolady, a także przeniesiecie się z nami do lat 70’/80’, odwiedzając museum Malta Classic Car Collection. Kolejność następująca:

Przyznam szczerze, że przylatując na wyspę, miałam wyobrażenie, że jednak zachowało się na niej wiele orientalnych elementów, ale raczej nie za bardzo – mocno przesiąkła wpływami włoskimi, niezależnie czy mówimy o architekturze, czy o kuchni. Nowością, z którą do tej pory się nie spotkałam, a która strasznie przypadła mi do gustu, było nazywanie domów. Nie ulic, a właśnie wszystkich domków i kamienic. Część z nich odnosiła się typowo do świętych, inne zaś stanowiły pokaz wyobraźni i kreatywności mieszkańców. Świetna opcja, dzięki której dzielnica nabiera życia i indywidualności. Każde „imię” budynku zapisuje się na ozdobnych tablicach i wygląda to mniej więcej w ten sposób:

Dlaczego wcześniej wspomniałam o świętych? Rozpisywałam się o tym przy okazji wpisu na temat narodowego akwarium maltańskiego (O TUTAJ) – kult świętych jest na Malcie bardzo wyraźnie zauważalny. Posążki znajdują się na rogu ulic, domów, czasami nawet w zbiornikach wodnych. Kierowcy ciężarówek wywieszają w przedniej szybie szale z napisem: „Remember, God loves you” i nie jest to dla nikogo zaskoczeniem. Warto jednak wiedzieć, że razem z wiarą równie mocno ceni się symbole, takie jak na przykład oko Ozyrysa, które umieszcza się na łodziach, by bezpiecznie powrócić do przystani.

Salt Pans

Jeśli mówimy o łodziach, to powinny pojawić się też i ciekawostki o wodzie. Na Malcie niejednokrotnie spotkaliśmy się z rozwiązaniem, które nazywa się Salt Pans, czyli specjalne żłobienia utworzone tuż przy linii brzegowej. Największe z nich zobaczymy na północy Gozo, jednak nie trzeba płynąć aż tam, by przekonać się, jak to wygląda i czy w ogóle działa – mniejsze skupiska znajdziemy przy wielu plażach nawet w samej Bugibbie. My zobaczyliśmy je od razu pierwszy raz, kiedy poszliśmy nad morze, a nawet tego nie planowaliśmy.

Nazwa tego zjawiska nie jest przypadkowa, bowiem ulokowane na ziemi szachownice służyły właśnie do wydobywania soli w naturalny sposób przez człowieka. Tradycja sięga ponad 300 lat i ponoć często przechodziła z pokolenia na pokolenie. Polegało to na tym, że w momencie przypływu lub bardziej burzowej pogody fale wlewały się na brzeg i zalewały przygotowane wcześniej żłobienia. Gdy wszystko wysychało, w miejscach zagłębień pojawiała się sól, którą należało wyzbierać. Do teraz możemy ujrzeć wiele takich lokacji, gdzie proces ten odbywa się samoistnie na przykład na niższych skałach.

Kilka słów o mieszkańcach

Skoro tak mówimy o wyspie, to nie można pominąć w tym miejscu opisu jej mieszkańców – w końcu to ludzie tworzą atmosferę, legendy i miasta. Wspominałam już wcześniej, że na Maltę przybywa wiele osób z zagranicy w celu podjęcia tam pracy. Wszyscy są jednakowo mili, nieważne jakiej narodowości, no i przede wszystkim bardzo komunikatywni. To nic dziwnego, że ludzie sami z siebie zaczepiają cię na ulicy, by zamienić z Tobą parę słów – skąd jesteś, na ile zostajesz, jak podoba ci się kraj. Bardzo często zdarzało się, że po przedstawieniu się jako Polacy, nasi rozmówcy chwalili się ubogim słownikiem takim jak: Dzień dobry, cześć, dziękuję. Kilku nawet wspominało, że ma znajomych w Polsce i odnosili się do nas bardzo przychylnie.

Właściwie tylko raz mieliśmy dziwną sytuację – nie tyle nieprzyjemną, co po prostu dziwną. Dochodziliśmy już pod mieszkanie, kiedy zaczepił nas jakiś człowiek obwieszony biżuterią, raczej ciemniejszej karnacji, ubrany w nie najtańsze ciuchy. Konwersację prowadził głównie z Szymonem, mnie jakby pomijał – opowiadał, że pochodzi z Kenii (co już trochę mi jakby nie grało), że prowadzi sklep spożywczy i czy nie mamy może What’s upa, czy Szymon nie wyskoczy z nim na kawę. Chyba dopiero po tym mój partner spanikował i pociągnął mnie do domu, a mnie niby odrobinę chciało się śmiać, a jednak w głównej mierze byłam po prostu zaszokowana. No żeby martwić się na wakacjach we dwoje, że jakiś mężczyzna z Kenii zabierze ci faceta, kiedy stoisz metr obok, to tego jeszcze nie było. Także drogie panie, swoich chłopców trzeba pilnować. Oczywiście sytuacja z przymrużeniem oka. 😛 Fakt faktem, nie spotkacie się na miejscu z naciągactwem, ludzie są sympatyczni, bo po prostu tacy są i potrzebują otworzyć do kogoś buzię.

Od miejscowych zawsze możemy liczyć też na pomoc i to w najróżniejszych sytuacjach. My w jeden z ostatnich dni potrzebowaliśmy znaleźć biuro, w którym wydają karty miejskie, a że byliśmy akurat w obcej dzielnicy i Google nie pomagał, to postanowiliśmy pytać. Weszliśmy do pierwszego lepszego sklepu, akurat z odzieżą, i w pierwszym odruchu czekaliśmy, kiedy pracowniczka się zdenerwuje. No wiecie, nie chcieliśmy nic kupić, w dodatku pytaliśmy o rzecz, która w ogóle mogła jej nie interesować i jestem pewna, że w Polsce w 90% miejsc już dawno odesłaliby nas do drzwi z hasłem: „Nie wiem, sprzedaję ubrania, proszę zorientować się gdzie indziej, bo ja się tym nie zajmuję”. Tam natomiast kobieta z chęcią nam pomogła, ba! Okazało się, że później jechała z nami autobusem, jeszcze podeszła pogadać i ponarzekać, że niektórzy kierowcy z racji COVID-a nie zatrzymują się, gdy za dużo osób stoi we wnętrzu pojazdu, ale za to następny zabiera ich dwa razy więcej niż powinien i właśnie to się nam przydarzyło.

W sklepach na kasie sprzedawcy rzucają do ciebie żarcikami, na straganach z jedzeniem dają przekąsić ci ciastko za darmo i nie oczekują, że kupisz ich więcej. W weekend zobaczycie w knajpach kluby seniorów, którzy dają pokazy tańca na żywo – nie para czy dwie, a około 30-stu osób wiedzących, że zasługują w życiu na coś więcej mimo 70 lat na karku. Przechodnie dosłownie zatrzymywali się w pół kroku i nagle zbierała się cała grupa gapiów, by obserwować te występy. Super sprawa – w dodatku tak drobna rzecz, a daje emerytom poczucie, że są ważni, młodzi i stoją w świetle reflektorów. Tak właśnie powinno być.

Plusy i minusy wyspy

Istnieją jednak także minusy wyspy – nie są co prawda na tyle duże, by ją przekreślać, ale co bardziej wrażliwym na pewno mogą dać się we znaki. Przede wszystkim kwestia sprzątania po swoich psach. Pamiętam w Polsce taki okres, kiedy nikt o to za bardzo nie dbał i za dzieciaka często wracało się z podwórka z uwalanymi, śmierdzącymi butami. Problem jednak znacznie utracił na wadze i niestety Malta do tego etapu jeszcze nie dotarła. Chyba nie muszę wspominać, że nie jest to zbyt estetyczne, a tym bardziej pięknie pachnące w temperaturze 30℃. Rzadko kto zwraca na to uwagę, a dowodem tego jest nasza piesza wycieczka na Selmun Palace, gdzie szliśmy około 1,2 km ni to chodnikiem, ni po prostu asfaltem. Wiecie, trochę gorąco, człowiek potrzebuje skierować myśli na inny tor, więc zaczęłam liczyć psie kupy, które musieliśmy wymijać, by w nie przypadkiem nie wdepnąć. 12 kup, a więc przynajmniej jedna na 100 m. Yummy.

Dostrzegalny problem jest też w zakresie gospodarki odpadami. Na Malcie są specjalnie wyznaczone dni, kiedy wyrzuca się jakie śmieci, przy czym w połowę z nich można nie zwracać uwagi na segregację i raczej wielu ludzi z tego korzysta. Nietypowy jest raczej widok kontenerów na śmieci, natknęliśmy się na nie może raz lub dwa. Zawiązane worki po prostu wystawia się danego dnia lub jeden wcześniej przed dom, a one stoją wzdłuż ulicy przez kilka, kilkanaście godzin na słońcu. Nie chodzi już nawet o sam zapach, a o to, co z tych śmieci potrafi wieczorami wyjść. Przynajmniej z pięć razy widzieliśmy karalucha i to nie malutkiego, ale zdarzały się też i szczury. One akurat buszowały na plaży zaraz przy restauracjach – podejrzewam, że ktoś po prostu wyrzucał tam resztki. Nie zmienia to faktu, że urządziliśmy sobie romantyczny wieczór z winem przy morzu i o ile jeszcze nie odstraszyły nas szczury biegające kilkanaście metrów dalej, o tyle przenieśliśmy się od razu, gdy zaczęły włazić w szczeliny w skałach niedaleko nas.

Żebyście jednak nie odebrali tego zbyt opacznie – to nie wygląda tak, że Malta tonie w śmieciach, bo ludzie naprawdę je zbierają i robią to, czego się od nich wymaga (chociaż parki mogłyby być mniej zaśmiecone). W letnie miesiące to jednak odrobinę za mało i tyle. Ogólnie jest raczej czysto, nie odczuwa się dyskomfortu, idąc ulicami, nie czuć też wszędzie nieprzyjemnych zapachów i tak dalej, jednak zdarza się i warto mieć to z tyłu głowy. Oczywiście, są miejsca pokroju typowych melin, gdzie walają się butelki – co ciekawe, nie po wódce, a po ogromnych baniakach wina – ale nie zdarza się to nagminnie. Umówmy się, że każde państwo czymś takim się pewnie skala i to nie raz.

Istnieje jednak wiele urokliwych miejsc jak ogródki pośrodku kamiennej zabudowy, gdzie możemy zobaczyć kwitnące opuncje, ozdobne balkony, rzeźby no i przede wszystkim to, co ja lubię najbardziej, czyli kolorowe drzwi z fikuśnymi uchwytami czy klamkami. Zazwyczaj mają piękne, nasycone barwy – niebieskie, pomarańczowe, żółte, zielone, czerwone. Spotkaliśmy się nawet z tym, że palmy ubierano w kubraczki wydziergane na szydełku. Zabawne, ale całkiem urocze. Na miejscu można spotkać też takie ciekawostki jak wegański choco-kebab, gdzie możemy zaobserwować ogromny kawał czekolady na rożnie zamiast mięsa. Nie jest to co prawda element wystroju, ale na pewno przykuwa wzrok.

Malta Chocolate Factory

A jeśli już mówimy o czekoladzie, to trzeba wspomnieć o miejscu, które warto odwiedzić w dzielnicy, jaką wzięliśmy pod lupę, a mianowicie o fabryce czekolady (Malta Chocolate Factory). Na pewno odbiega ono od Waszych początkowych wyobrażeń, bo wchodząc do środka, tak naprawdę znajdujemy się w sklepie z różnymi miejscowymi wyrobami cukierniczymi. Możemy kupić kubki z grawerami i specjalnym uchwytem na łyżeczkę, różnorodne ciastka, czekoladowe buciki, torebki czy nugat. Czeka nas też kosztowanie czekoladowych pastylek – gorzkich, białych, mlecznych o bardzo intensywnych smakach, których używa się do roztopienia we wrzątku czy gorącym mleku. Trzeba przyznać, że wyroby są naprawdę smakowite i nie aż tak drogie, jak mogłoby się wydawać. Ciekawostka? Jeden z Maltańczyków opowiadał nam, że w wielu sklepach można spotkać właśnie polskie czekolady i że są na wyspie bardzo cenione, wielu osobom przypadły do gustu.

Dziewczyny, które obsługują sklep, są bardzo sympatyczne. Wiele rozmawiają, ale nie czuć od nich nachalności ani presji, że musimy coś kupić, jeśli już przekroczyliśmy próg. Dominuje bardziej nastawienie „Fajnie, że jesteś i równie fajnie, jeśli zechcesz coś u nas kupić, ale nie ma presji”. Zresztą tak jest raczej na większości wyspy – raz wyszliśmy z restauracji z powodu horrendalnych cen, no i wiadomo, to zawsze taka niezręczna chwila, ale kelnerka sama zaczęła nas usprawiedliwiać, że nie zawsze trzeba mieć ochotę na makaron i że to zrozumiałe. Zupełnie inna mentalność.

Wracając jednak do tematu – czemu mówimy o fabryce czekolady, skoro to tylko sklep? A no dlatego, że w środku znajduje się też coś takiego, co nazywa się „czekoladowym oknem”. To po prostu duży kawałek przeszklonej ściany, za którą możemy w poniedziałki, środy i (chyba, tego dokładnie nie pamiętam) piątki oglądać, jak przetapia się czekoladę i tworzy ciastka czy inne wyroby. Co jednak nas odrobinę krępowało, to fakt, że nie patrzymy przez lustro weneckie, a więc kobieta po drugiej stronie stała kilka centymetrów od nas, bo akurat tak usytuowany był blat roboczy, i też się nam przyglądała. Pewnie przyzwyczaiła się do takich warunków pracy, ale nam trochę głupio było stać i przyglądać się non-stop jej dłoniom, mimo że sam proces wydawał się dość pochłaniający, zwłaszcza że tworzyła właśnie nową linię czekoladek, przyozdabiała je, nakładała poszczególne elementy i tak dalej. Polecamy wejść do środka i zobaczyć to samemu, zwłaszcza że wstęp jest darmowy.

Malta Classic Car Collection

Drugą taką atrakcją, tylko z kolei płatną, jest Malta Classic Car Collection, czyli muzeum, które w swoim wnętrzu mieści ponad 100 eksponatów. Warto wiedzieć, że informacje na oficjalnej stronie nie są jeszcze zaktualizowane – do niedawna cena za wejście wynosiła 5 euro z racji sytuacji z koronawirusem (tak, na miejscu cały czas nosimy maseczki), natomiast teraz wzrosła znowu do 10 euro, o czym dowiadujemy się w kasie. Warto więc wiedzieć wcześniej, by lepiej rozplanować swój pobyt. My na początku byliśmy wobec tej opcji dość sceptycznie nastawieni, ale mogę śmiało przyznać, że wystawa jest warta tych pieniędzy. Nie chodzi nawet o to, jakie modele samochodów z lat 70’-90’ będziemy w stanie zobaczyć, ale o samą atmosferę. W tle leci nieustannie klimatyczna muzyka z tych lat, a wystrój uzupełniają kolekcje starych aparatów, gramofonów czy nawet gier takich jak jednoręki bandyta czy pinball (inaczej zwany flipperem). Oprócz aut oglądamy też skutery, motory czy nawet motorówki, a podczas wędrówki towarzyszą nam znane osobistości, które danym środkiem transportu się poruszały – odkryjecie na przykład, czym jeździł Elvis Presley, zobaczycie Blues Brothers oraz przeczytacie o szalonej podróży starym Trabantem.

Wnętrze lokalu, który znajduje się tak naprawdę w piwnicy, jest wykorzystane do granic możliwości. W pustych miejscach, gdzie nie starczyłoby już przestrzeni dla eksponatów, stworzono imitację stacji benzynowych, dawnych witryn sklepowych, wysypisk czy nawet przedstawiono codzienną modę kobiet i wzory ich strojów. Ściany pokrywają plakaty Coca-coli, tablice rejestracyjne z różnych stanów Ameryki i wiele innych. My nawet po obejrzeniu całości błądziliśmy jeszcze przez dobrych kilka chwil, tańcząc do znanych rytmów z czasów, kiedy nie było nas jeszcze na świecie. Świetne miejsce i to nie tylko dla tych, którzy znają się na samochodach, interesują się ich historią i modelami. My jesteśmy w tej kwestii kompletnymi amatorami, a jednak wystawa pozwoliła nam przenieść się wiele lat wstecz. A jeśli znacie temat? Jeszcze lepiej! Pokazaliśmy te zdjęcia moim rodzicom, tata absolutnie się zachwycił i komentował każde auto, podczas gdy mama tylko kręciła głową i powtarzała: „Jakbyśmy my tam pojechali, to chyba nigdy bym go stamtąd nie wyciągnęła”.

No i na dziś to już wszystko. Mam nadzieję, że dzięki temu wpisowi poczułeś nieco mocniej klimat Malty i dowiedziałeś się, czego oczekiwać na miejscu. Wyspa stanowi naprawdę przyjazne środowisko dla turystów i warto otworzyć się nieco na Maltańczyków, dać im siebie poznać czy wymienić z nimi kilka słów. W kolejnych wpisach przedstawię Wam, czy na Gozo sprawa ma się podobnie i polecę kilka najlepszych miejsc do zażycia niezapomnianych kąpieli. Zapraszam! A w czasie oczekiwania możesz zerknąć na mojego Instagrama czy fanpage’a na Facebooku, odnośniki po prawej na górze. 🙂