Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć jednodniowej wycieczki w celu zobaczenia dwóch zamków: w Rogowie Opolskim oraz Mosznej, a także Fabryki Robotów. Tradycyjnie wybrała się nas dwójka, choć inna niż zwykle, a wyjazd miał charakter raczej romantyczny, nacechowany chęcią ucieczki od świata, w którym od dawna nie mówi się o niczym poza koronawirusem. W dobie pandemii to świetne miejsca, w których nacieszycie oczy, a równocześnie nie wydacie zbyt dużej kwoty pieniędzy i świetnie spędzicie czas. Wspomnę parę słów o „ekstremalnym zwiedzaniu”, a także o tym, jak turyści godzą się ze znoszeniem obostrzeń i czy czuliśmy się podczas całego dnia bezpiecznie. Zapraszam na:
- Zamek w Rogowie Opolskim
- Fabryka Robotów
- Zamek w Mosznej – zwiedzanie
- Zamek w Mosznej – fakty i ciekawostki
W podróż wybraliśmy się w niedzielę 31 maja. Planowaliśmy ją już wcześniej, tyle że w nieco okrojonej wersji. Podejrzewaliśmy, że nasze zwiedzanie zakończy się na parku i terenach zielonych wokół fortyfikacji w Mosznej, jednak dosłownie trzy dni przed wyjazdem okazało się, że na nowo praktykowane jest tam coś, co nazywa się „zwiedzaniem ekstremalnym”, które oprócz zwykłej trasy turystycznej wewnątrz zamku gwarantuje też dostęp do większej ilości pomieszczeń i dużą dawkę chodzenia. Zwykle grupy składały się z 12-stu osób, teraz tę liczbę ograniczono do 6-ciu. Załapaliśmy się więc dopiero na wcześniej wspomniany przeze mnie weekend na godz. 17.00. Obecnie istnieją tylko dwa terminy dziennie – właśnie ten i kolejny o 18.30 (tylko w piątki, soboty i niedziele).
Wiedzieliśmy jednak, że zwiedzanie ma trwać jedynie półtora godziny, więc nawet chodząc kolejne tyle po parku i ogrodach, brakowało nam wypełnienia czasu tak, żeby wyrwać się z domu na pełny dzień. Postanowiliśmy więc wstąpić po drodze do Rogowa Opolskiego, bo po krótkich poszukiwaniach okazało się, że też można odnaleźć tam zamek – nie tak okazały jak w Mosznej, jednak wzbudził naszą ciekawość. Nie mieliśmy jednak zbyt dużego szczęścia, bo przez cały weekend zapowiadano opady i z tego też względu sporządziliśmy plan awaryjny, czyli pobyt gdzieś, gdzie można się ogrzać i posiedzieć w zamkniętym pomieszczeniu. Okazało się, że taki obiekt znajdował się tuż obok naszego celu w Mosznej – Fabryka Robotów, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. Czytając o tym miejscu, od razu przyszła mi na myśl Galeria Figur Stalowych w Krakowie, którą odwiedziliśmy wraz z przyjaciółmi już parę ładnych lat temu i zrobiła na nas bardzo pozytywne wrażenie.
ZAMEK W ROGOWIE OPOLSKIM
Tym razem nie podam Wam żadnych innowacyjnych i ciekawych sposobów na dojazd, bo my od tych atrakcji mieszkamy niedaleko (a mimo tego nigdy nie widzieliśmy ich na żywo), więc wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy. Co mnie zaskoczyło, jeśli chodzi o zamek w Rogowie – wiedziałam, że to niezbyt rozsławiona atrakcja, ale nie spodziewałam się, że aż do tego stopnia, że nie przewidziano dla niej parkingu. Przejeżdża się przez mostek, staje właściwie tuż przy ścianie budynku, zaraz obok ogródka. Oprócz nas przyjechały może dwa auta i tyle też osób spotkaliśmy na swojej drodze – generalnie pustki, czyli zupełnie inny obraz, niż możemy dostrzec w Mosznej. Miało to jednak urok, zwłaszcza kiedy spacerowało się po przyległym parku.
Sam zamek wprawił nas w lekkie osłupienie przede wszystkim dlatego, że na wszystkich zdjęciach był żółty i wydawał się dość duży. Niedawno ktoś jednak musiał go przemalować, bo w końcu doszliśmy do wniosku, że ten trochę większym dom z ozdobnymi balustradami i może jedną dekoracją to rzeczywiście miejsce, do którego przyjechaliśmy. O samej budowli nie wiemy zbyt wiele poza tym, że pochodzi z czasów renesansu. W 1932 r. służyła jako obóz szkoleniowy dla Hitlerjugend, ostatecznie w 1945 r. przekształcając się w przedszkole, a następnie magazyn zboża. Dwa lata później usunięto z kaplicy na tym terenie trumny poprzednich właścicieli zamku o nazwisku Haugwitz i pochowano je na nowo w zupełnie bezimienny sposób. Po latach okazało się, że miejsce spoczynku zostało wyasfaltowane i przykryte przez śmietniki. Odnaleziono je jednak, dokonano ekshumacji i ciała ponownie przewieziono na teren pałacu.
Oprócz samej atrakcji możemy przejść się niewielkim parkiem, gdzie widnieje altana i kilka imponujących drzew uznanych za pomniki przyrody. Co ciekawe, zaraz za zamkowym murem rozciąga się zupełna dzicz – las, bujne chaszcze i trawy, wśród których można dostrzec sarny, a przynajmniej my mieliśmy takie szczęście. Tak oto prezentowała się całość:
FABRYKA ROBOTÓW
Zaraz potem udaliśmy się w stronę Mosznej i Fabryki Robotów. Baliśmy się, że ze względu na ograniczenia i określoną ilość osób, które mogą przebywać w środku, przyjdzie nam czekać dość długo na zewnątrz, a jednak zupełnie niesłusznie. Zresztą nawet gdybyśmy nie weszli od razu, to zwiedzanie zajmuje dosłownie 10-15 minut. Czy mimo tak krótkiego czasu polecamy wejście do środka? Raczej tak, zwłaszcza że cena nie jest zbyt wygórowana – 15 zł za osobę dorosłą, jeszcze mniej w przypadku studentów czy dzieci.
Jak ma się to do jakości? Nie najgorzej, chociaż jeśli miałabym do wyboru Fabrykę a Galerię Figur Stalowych w Krakowie, to z pewnością wybrałabym drugą opcję. Eksponatów uświadczycie znacznie więcej, poza tym odwołują się również do bajek, nie tylko filmów sci-fi. Można ich dotykać, a w przypadku pojazdów wchodzić do środka czy nawet ruszać niektórymi elementami. Jeśli ktoś z Was byłby zainteresowany większą ilością informacji, to bardzo chętnie odpowiem na pytania mailowo bądź w wiadomości prywatnej na Facebooku.
Wracając jednak do atrakcji w Mosznej – na miejscu możemy zobaczyć filmik, na którym pokazano, jak powstaje jeden z większych modeli robotów. Bardzo dużo figur bazuje na Star Wars lub Transformers, więc jeśli jesteście fanami, to na pewno się tam odnajdziecie. Raczej mało eksponatów wychodziło poza schemat – parę Minionków czy Wall-e, który akurat niesamowicie przypadł mi do gustu. Podobało mi się też, że przy każdej postaci widniała tabliczka z opisem, ile czasu zajęło jej wykonanie. Niektóre z nich powstawały nawet parę lat, ponad 300 godzin, a ogrom pracy w nie włożony wywołuje duży podziw. Parę robotów wydaje dźwięki i rusza się, choć nie są to na pewno spektakularne wygibasy. Czy polecamy? Żeby jechać do Mosznej tylko po to, by specjalnie zobaczyć muzeum, to niespecjalnie, ale jako dodatkowa atrakcja dołączona do zamku jest świetna i uzupełnia czas, jeśli został Wam go nadmiar. Zresztą może się okazać, że jeśli jesteś freakiem na punkcie robotów, to będziesz cykać sobie zdjęcia z każdym pojedynczym eksponatem, jak to robiła para przed nami (choć dziewczyna wydawała się już mocno zmęczona i zakłopotana). Pod spodem kilka zdjęć na zachętę:
ZAMEK W MOSZNEJ – ZWIEDZANIE
Jeśli zdecydujecie się na zwiedzanie w takiej kolejności jak my, to polecam zostawić auto przy muzeum, bo dzieli je od zamku zaledwie 200 metrów. My z początku chcieliśmy podjechać, ale akurat były Zielone Świątki i z tego też względu w okolicach kościoła odbywały się różne uroczystości, z racji których największy parking w okolicy przemieniono w strefę płatną, gdzie panował ogromny ścisk. Pewnie w inne dni jest lepiej, ale jako że nie możemy tego potwierdzić, to zawsze warto znać taki dodatkowy punkt na mapie.
Przed oficjalnym zwiedzaniem zamku została nam ponad godzina, więc poszliśmy przejść się ogrodami wokół. Wszystko to jest oczywiście obarczone dodatkową opłatą, tak więc za zwiedzanie ekstremalne zapłaciliśmy 38 zł od osoby dorosłej (32 zł z ulgą), a dodatkowo kolejne 10 zł (8zł) za wejście do palmiarni i wszystkiego, co znajduje się na zewnątrz. Wiosna mocno sprzyja takim przechadzkom, bo wokół gęsto rosną rododendrony i azalie w różnych kolorach, co chwilę da się dostrzec jakieś fioletowe, bordowe czy żółte kule. Jest jedna główna ścieżka i dwie boczne, od których odchodzi wiele odnóg. My przeszliśmy się dwiema z nich, chcieliśmy nieco odciąć się od ludzi, którzy co chwilę przystawali i robili sobie zdjęcia. Trafiliśmy nawet na ścieżkę, która kiedyś musiała uchodzić za „sportową” – co kilka metrów znajdowały się drążki, kółka czy ławeczki oraz tablice z poleceniami, co przy nich zrobić (np. 10 podciągnięć, 20 przeskoków). Chyba jednak nie cieszyło się to zbyt dużą popularnością, bo wszystko wygryzła korozja, a niektóre urządzenia stały się ledwo dostrzegalne spod chaszczy i zarośli. Dodatkowo w połowie musieliśmy zawrócić, bo na drogę zwaliło się pokaźne drzewo.
To i jeszcze kilka czynników dało nam do myślenia, że na urok tego miejsca wpływa przede wszystkim pora roku, w mniejszym stopniu natomiast praca ludzka. Wiadomo, bilety wstępu na pewno nie dostarczały zbyt dużych funduszy ze względu na niską kwotę, ale osób odwiedzających zamek jest mnóstwo, więc powinno się to w miarę kalkulować. Mieliśmy jednak nieodparte wrażenie, że gdy tylko kwiaty zrzucą płatki, nie będzie już zbyt wielu rzeczy, którymi nacieszylibyśmy oczy. Chyba że sarnami, które są zamknięte na wygrodzonym poletku nieopodal zamku – jeśli dobrze ich poszukacie, to może nawet będziecie w stanie dotknąć ich przez płot, są bardzo przyjaźnie nastawione do ludzi. Ach, no i nie zapominajmy o pomnikach przyrody – ogromnych dębach, których konar jest tak gruby, że mogłoby go równocześnie objąć 5-6 ludzi, czego dowód znajdziecie poniżej.
Co do wrażeń z samego zamku – cóż, z zewnątrz rzeczywiście wygląda bajkowo i nie dziwne, że wzbudza zainteresowanie nawet za granicą. W chwili dodawania relacji z pobytu na Instagrama, kilka osób pisało do mnie i mówiło, że nie miało pojęcia o istnieniu takiej budowli w Polsce. Cóż, trzeba przyznać, że na pierwszy rzut oka niczego jej nie brakuje – a co, jeśli wejdziemy do środka?
Palmiarnia nie robiła na nas zbyt dużego wrażenia – no ładna, ale w środku tłumy i zaduch, nic specjalnego. Kawiarnia w zamku nie aż tak droga jak mogłoby się wydawać – przepyszna gorąca czekolada topiona na miejscu i smaczne desery, więc na pewno się nie rozczarujecie. Obsługa co chwilę dezynfekuje stoliki i rzeczywiście przestrzega ograniczeń ilościowych wobec klientów, barykadując wejście.
Zbiórka i odbiór biletów na zwiedzanie ekstremalne odbywa się przy wewnętrznej recepcji. Obowiązuje nakaz noszenia maseczek! Na przewodnika czekaliśmy my i jeszcze dwa małżeństwa w średnim wieku. Oprowadzał nas Adam P. i o ile o samej historii zamku opowiedział, o tyle jego zakres wiedzy i sposób wygłaszania przemyśleń pozostawiał odrobinę do życzenia (zwłaszcza w oczach jednego z mężczyzn, który komentował to, gdy tylko miał okazję). Często wydawało mi się, że ilekroć padało jakiekolwiek pytanie, przewodnikowi ciężko było na nie odpowiedzieć. Niestety będąc po kursie pilockim, wyłapywałam dużo błędów, które popełniał, no ale zapewnił odpowiednią atmosferę w grupie, był bardzo wyluzowany i, co akurat uznaję za ogromny plus, miał fajne podejście co do samego zwiedzenia. Pomijając, że zaraz kiedy zniknął z oczu innych ludzi, pozwolił na zdjęcie maseczek, to pozwalał nam także wchodzić w takie miejsca, które podczas epidemii są raczej niedostępne dla turystów. W opisie zwiedzania dodatkowo możemy zaobserwować notę, że za zwiedzanie wież należy się dodatkowa opłata, my natomiast na jedną z nich (myśliwską) otrzymaliśmy dostęp. Koniec końców byliśmy bardzo zadowoleni z takiego obrotu sprawy mimo różnych uwag.
Trasa nie jest długa i mimo że nazywa się ją „ekstremalną” to niewiele z tej nazwy spotkamy na swojej drodze. Dużo jest jakichś takich tandetnych ozdób zrobionych typowo pod dzieciaki, dodatkowo zdziwił mnie fakt, że wnętrze zamku poza kilkoma salami nie prezentuje się kwitnąco. Nie mówię tu już nawet o obszarach, gdzie panuje po prostu pustka, ale także o tych znajdujących się na drodze turysty. Widać, że bardzo duża część przedmiotów to jakieś pudła i graty zostawione przez pracowników – niby nic, ale jednak troszkę kole to w oczy. Przyszykujcie się też na bardzo specyficzny zapach stęchlizny i kapusty, którego raczej nie sposób pozbyć się z tak dużego obiektu wyłącznie poprzez otwieranie okien.
No ale żeby nie wyszło, że tylko tu sobie gderamy – wycieczka ogólnie nam się podobała. Zobaczyliśmy najbardziej luksusowy apartament z wręcz powalającą wanną w takich rozmiarach, że można by się w niej kąpać na stojąco, dwie piwnice (dawną kuchnię i miejsce pochówku, które jednak okazało się zbyt wilgotne – do tego stopnia, że podczas deszczu turyści muszą stać na specjalnej platformie), mnóstwo korytarzy, salę myśliwską, krużganki i wiele innych. Mnie jednak bezsprzecznie najbardziej podobał się widok rozciągający się z najwyżej wieży, spójrzcie sami.
Przy okazji dowiedziałam się też, dlaczego zamek nazywa się zamkiem 365 pomieszczeń i 99 wież, których przecież nie ma już na pierwszy rzut oka. Otóż te „wieże” to wszystkie elementy, które wystają ponad powierzchnię dachu – spójrzcie, jak łatwo można nagonić klientów i stworzyć smaczek, który tak naprawdę wcale nie istnieje. Magia turystyki 😉
ZAMEK W MOSZNEJ – FAKTY I CIEKAWOSTKI
Żeby jednak nie było, że zarzucam Was samymi wrażeniami – kilka sprawdzonych informacji o samym zamku. Wszystkiego Wam nie opowiem, bo wtedy zwiedzanie nie ma większego sensu (a przecież możecie trafić do pana Adama), ale co ciekawsze fakty może zechcecie przyswoić. Warto wiedzieć, że korytarze, którymi będziecie się przechadzać, to pozostałości po kiedyś istniejącym w zamku ośrodku psychiatrycznym i lazarecie (II wś). W zamku do dziś oprócz różnych festiwali czy świąt na zewnątrz (np. święto kwitnącej azalii) odbywa się wiele występów teatralnych, a także koncertów w kaplicy (która notabene kiedyś została przerobiona na stajnię, do której konie schodziły po schodkach). Ostateczny kształt zamku możemy obserwować od czasu, kiedy część budynku spłonęła. Gdy teraz się tak zastanawiam, to chyba nie znam zamku, którego dzisiejsza forma wyklarowała się inaczej niż przez pożar czy wojnę (ten akurat tej tragedii uniknął). Wiele przylegających do niego miejsc powstawało w różnych okresach, stąd różne style architektoniczne wielu z nich. No i na koniec fakt dla fanów kina – to właśnie tutaj nakręcano sceny do Testu Pilota Pirxa.
Ostatecznie na pewno polecamy wejście do środka zamku, nie tylko obserwowanie jego murów z zewnątrz. Nie obiecuję, że wszystkie widoki będą godne zobaczenia, jednak warto unaocznić sobie, jak cienka w tym wypadku jest granica między bogactwem a pustką po minionych latach świetności. Mamy jednak czym się pochwalić i na pewno, jeśli tylko szukacie atrakcji na weekend, to nie będziecie zawiedzeni – budowla zapewnia oku estetyczne pocieszenie.
Z mojej strony to byłoby już na tyle – dajcie znać, czy te tereny są Wam znane, czy też jeszcze nigdy nie mieliście sposobności ich zobaczyć. Mam nadzieję, że Was zachęciłam i przedstawiłam kilka faktów, o których do tej pory nie mieliście pojęcia. A w razie gdyby jeszcze było Wam mało, to zachęcam do odwiedzania mojego fanpage’a na Facebooku oraz Instagrama – odnośniki po prawej na górze! Trzymajcie się ciepło.












































































































































