Informacje ogólne: poniższy opis będzie dotyczyć tygodniowej wyprawy na Islandię, którą odbyliśmy 11-17 września wraz z Maćkiem – moim przyjacielem od dzieciństwa. Około 1500 przebytych kilometrów, zdobyta obwodnica prowadząca wokół całej wyspy, a także niesamowite widoki, wspomnienia czy bliskie spotkanie z Hedwigą. Podróż organizowaliśmy samodzielnie, a możliwość jej spełnienia zapewniła nam niezastąpiona Berenika z organizacji Guide to Iceland. Nie zabraknie opisu wielu lokalizacji, zdjęć, miliona naszych wpadek w trakcie realizacji planu, a także podsumowania kosztów, które udowodni Wam, że nawet student jest w stanie wyruszyć do krainy lodu i ognia. Warunek jest tylko jeden: musi bardzo, ale to bardzo chcieć!
Wpis podzielę z pewnością na kilka części, zważając na ilość wrażeń, jaką mamy Wam do przekazania. Oto pierwsza z nich:
- Jak pokonaliśmy bariery i wyruszyliśmy
- Wsparcie Guide to Iceland
- Wypożyczenie auta na Islandii – wymogi
- Podsumowanie kosztów
- My zaraz przed wylotem – czyli trochę śmiechu
Jak pokonaliśmy bariery i wyruszyliśmy
Każda podróż ma swój początek i koniec – no wiecie, nie ten fizyczny, kiedy wrzucacie ubrania do walizki, a potem przerzucacie je do pralki. Chodzi raczej o moment, kiedy w głowie pojawia się pomysł, a następne chwile, dni czy miesiące przybliżają Was do jego realizacji. Dla nas nastał on gdzieś pod koniec listopada, może na początku grudnia. Nie pamiętam dokładnie daty, zresztą nie ona jest najważniejsza, ale wciąż tkwi mi w głowie tamto spotkanie i słowa, które na nim padły. Jeśli macie znajomych na odległość, to sami wiecie, jak ważne są dni, kiedy wreszcie możecie się zobaczyć: macie pieniądze na Pendolino, oboje znajdujecie ten sam wolny weekend, a w dobie ciągłego pośpiechu to niemały sukces.
My ten czas staraliśmy się rozplanować najlepiej, jak mogliśmy, nasz grafik był przepełniony pomysłami. A jednak gdzieś pomiędzy ścianką wspinaczkową i kolejnym drinkiem znalazł się moment ciszy i dziwnej nostalgii, kiedy z ust Maćka padły słowa, mające wpływ na pewno na nasze następne pół roku, o ile nie na całe życie.
– Zawsze marzyła mi się podróż na Islandię, wiesz?
– Ej, no to dlaczego po prostu nie pojedziemy? – zapytałam, nagle zupełnie zapalając się na ten pomysł.
Skoro poznaliśmy się w trakcie wakacyjnych podróży, kiedy jeszcze wszystko planowali nasi rodzice, to czemu by tego nie powtórzyć, tylko we własnym wydaniu, w nowym kierunku? Już wtedy zaczęliśmy sprawdzać noclegi, podliczać ceny, ustalać loty i punkty, które koniecznie musimy zobaczyć. Zdawaliśmy sobie sprawę, że Islandia to drogi kierunek, ale optymizm przysłonił nam w tamtym momencie czarne scenariusze. Niestety nie na długo, bo mijał dzień, dwa, trzy, a my dodawaliśmy coraz wydatków. Oliwy do ognia dolali też moi rodzice, którzy podeszli do tematu z entuzjazmem, a zaraz później pogrążyli nas kosztowo.
Doszliśmy w końcu do momentu, w którym nasza nadzieja wyparowała zupełnie – stwierdziliśmy, że nie podołamy finansowo, że póki co ten wyjazd nie ma racji bytu, a my zamiast się bawić, będziemy tylko szacować, ile nas to wszystko wyniesie. Niby racjonalna decyzja, a jednak myśląc nad innym krajem, każdy z nich sprawiał wrażenie jałowego i nieciekawego, mimo że zwykle taki nie był. I wtedy właśnie natrafiliśmy na coś, co spadło nam jak gwiazdka z nieba. Odkryliśmy Guide to Iceland – platformę, która zrzesza ponad tysiąc islandzkich operatorów i specjalizuje się wyłącznie turystyką po Islandii. Dzięki niej zyskaliśmy dostęp do tańszych noclegów, zaufanej wypożyczalni samochodów i spersonalizowanego planu podróży, ale w jaki sposób, o tym w dalszej części wpisu.
Górna granica naszego budżetu kończyła się na czterech tysiącach złotych, co jak na studencką kieszeń wcale nie było mało. Policzyliśmy jednak, na jak dużo możemy sobie pozwolić, jeśli chodzi o nasze zarobki w pracy. Nie chcieliśmy przeznaczyć naszych wypłat tylko na wakacyjny wyjazd, mieliśmy nadzieję zachować coś na rok akademicki, więc te kilka tysięcy stanowiło maksymalne maksimum (które i tak wiązało się z tym, że w ciągu lipca i sierpnia łącznie moje dni wolne od pracy plasowały się w okolicy… tygodnia).
Nie muszę więc chyba wspominać, jaka ogarnęła nas radość, gdy po długim procesie decydowania, który wariant wyjazdu będzie dla nas najlepszy, okazało się, że podróż po przewalutowaniu i poniesionych prowizjach wyniesie nas około… 2502,6 zł. Oczywiście dochodziły do tego koszty paliwa, jedzenia i przelotu, co nie zmieniło faktu, że zmieściliśmy się idealnie w założonym budżecie, dokupując nawet dodatkowy rejs uwzględniający oglądanie wielorybów za ok. 323 zł.
Wsparcie Guide to Iceland
Lecimy – to już było dla nas oczywiste. Zanim jednak oficjalnie zarezerwowaliśmy swoją wycieczkę, minęło około miesiąca. Otrzymaliśmy kontakt do osobistej agentki podróży, wcześniej wymienionej Bereniki, która pochodzi z Polski, ale w 2013 roku przeniosła się do Reykjaviku i tam pozostała do dziś. Za każdym razem, kiedy ją wspominam, przychodzi mi do głowy tylko jeden epitet: anielska cierpliwość. Nie wiem, ile maili, a już tym bardziej informacji przekazałyśmy sobie do czasu naszego wylotu: to na temat terminów, to noclegów, prawa jazdy, ubezpieczeń, dosłownie wszystkiego. Stety bądź niestety byłam przygotowanym uczniem i pytałam o każdy najdrobniejszy szczegół, co Wam też polecam, gdybyście zdecydowali się na wyjazd z tą organizacją. Uwierzcie, kontakt z kimś, kto zna miejsca i przeszkody tego kraju od podszewki, jest po prostu bezcenny.
Możliwość „porozmawiania” z Bereniką Lenard doceniam tym bardziej, że napisała wraz z Piotrem Mikołajczakiem książkę o Islandii zatytułowaną „Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”, którą oczywiście bardzo szybko dopadłam. Dzięki temu zmieniło się nasze postrzeganie tamtejszej rzeczywistości, poznaliśmy nieco kultury, a w moim domu zaczęły rozbrzmiewać dźwięki rockowo-metalowego zespołu Sólstafir (koniecznie obejrzyjcie teledysk do jakiejkolwiek piosenki, mają niesamowity klimat).
Maciek raczej nie wtrącał się do naszych konwersacji, zresztą sam przyznał, że ufa mi na tyle, by zostawić to w moich rękach. Część rzeczy ustalaliśmy więc razem, ale resztę każde z nas załatwiało i organizowało na własną rękę. Dlaczego wspominam nawet o takiej błahostce? Bo podróże bardzo weryfikują każdą znajomość. Gdyby nie to, że znamy się jak łyse konie, poznaliśmy w dużym stopniu swoje charaktery, nawyki i sposób ogarniania pewnych sytuacji, wielokrotnie mogłoby dojść między nami do poważnych spięć. A uwierzcie, okazji do tego mimo całkiem dobrego planu nadarzyło się wiele.
Ustaliliśmy, że swoją podróż spłacimy w trzech ratach (nawet miesiące i dni mogliśmy określić tak, żeby było nam wygodnie). Do wyboru mieliśmy cztery standardy podróży (każdy stopień oferuje lepsze zakwaterowanie, lepszy samochód itd.):
- Super Budget (wybrany przez nas, czyli schludnie, ale jak najtaniej + samochód bez napędu 4×4 pokroju Toyoty Aygo, co akurat okazało się naszą największą bolączką. Wyjątek stanowiły dwa noclegi w Reykjaviku, którymi zaczynaliśmy i kończyliśmy naszą podróż – tu wskoczyliśmy na próg Budget)
- Budget
- Comfort
- Quality
Jeśli macie ochotę zobaczyć porównania między tymi ofertami wraz z planem wycieczki, którą można uznać za nasz pierwowzór i którą najbardziej się inspirowaliśmy, to można to zrobić TUTAJ. Zdjęcia są oczywiście poglądowe, czasem sypialnia wyglądała identycznie, czasem tylko podobnie, ale mniej więcej będziecie mieć ogląd sytuacji.
Niektórymi lokalizacjami byliśmy bardzo mile zaskoczeni, raczej nic nie wywarło na nas nieprzyjemnego czy odrażającego wrażenia. Wszędzie było czysto, obsługa bardzo pomocna, podróżnicy potrafiący się zachować i dbający o przyjazną, poprawną atmosferę. Tu nie mieliśmy większych wymagań, choć czwartej nocy liczyliśmy na zmianę hostelu na inny znaleziony przez nas. Niestety po kilku próbach i zmaganiach Bereniki z właścicielem okazało się to niemożliwe i w końcu odpuściliśmy, ale w ramach rekompensaty dostaliśmy darmowe ubezpieczenie przedniej szyby w samochodzie, za które sami chcieliśmy wcześniej dopłacić. To był akurat świetny gest ze strony naszej agentki, bo każda zaoszczędzona stówka była dla nas ważna.
Wypożyczenie auta na Islandii – wymogi
Dużo większe problemy przysporzyła nam sprawa samochodu. Pierwszym z nich okazał się nasz wiek, jako że na Islandii wypożyczalnie usługują ludziom, którzy ukończyli 21 lat. My zaś oboje w momencie rozpoczęcia naszej podróży mieliśmy po dwadzieścia, więc zaczął się wywiad apropo tego, jak długo mamy już prawo jazdy i tak dalej. Ostatecznie Berenika dała znać, że wyjaśniła całą sytuację i zostanie nam przyznane auto, ale musimy mieć dodatkowo wyrobione międzynarodowe prawo jazdy i przypisać pojazd na tę osobę, która będzie mieć już papier. Tutaj przyznaję, wyszła z nas trochę cebula, bo stwierdziliśmy, że taniej zrzucić się na jeden dokument, a Maciek i tak powtarzał w kółko, że chce prowadzić. Niby dobrze, ale nie do końca.
Drugą sprawę stanowiło ubezpieczenie. Długo zastanawialiśmy się, na jaki rodzaj postawić. Którego jednak poradnika nie doczytałam, wszyscy doradzali ubezpieczenie przedniej szyby. W końcu odważyłam się wyrazić swoje wątpliwości naszej agentce – no bo skoro mieliśmy dostać małe auto, dla którego istnieje zakaz jazdy po wewnętrznych drogach na Islandii (tzw. Interiorach), to czy w ogóle jest sens wydawać dodatkowe pieniądze? Przekonało mnie jednak, kiedy przyznała, że jej ostatnio kamień stłukł szybę. Zresztą… poznając tamtejsze drogi na żywo, brałabym każde ubezpieczenie na ślepo, a już zwłaszcza to.
Zrezygnowaliśmy ze wszelkich udogodnień typu wejście do Blue Lagoon, czyli Spa z geotermalnymi źródłami – trochę za drogo, zbyt komercyjnie, a niekoniecznie mieliśmy parcie na to, żeby być tam dla zasady. Jak się okazało, podjęliśmy słuszną decyzję, bo na naturalne kąpieliska i tak trafiliśmy, sami sobie urządzając niespodziankę.
Podsumowanie kosztów
Wykup lotu też wstrzymał nas na pewien czas. Bardzo ciężko było nam znaleźć sześciodniowe połączenie w dwie strony, którego cena nie przekraczałaby 700/800 zł. Nie jest to tragedia, ale postanowiliśmy czekać i w końcu trafiliśmy na ofertę linii Wizzair za 442 zł, który po uwzględnieniu opłat administracyjnych wyniósł nas 588 + ok. 80 zł już przy samej odprawie internetowej za wybór miejsca. Do tego mieliśmy wliczony bagaż rejestrowany 10 kg i dwa bagaże podręczne. Generalnie szału nie było, ale na naszą dwójkę tyle miejsca i ekwipunku zupełnie starczało, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę fakt, że na początku chcieliśmy spakować się wyłącznie w plecaki.
Nasze koszty (od osoby) przedstawiały się więc następująco:
- Lot w obie strony Wrocław-Keflavik po doliczeniu wszystkich kosztów ok. 670 zł.
- Wycieczka (noclegi, auto, ubezpieczenia, w tym od odwołania podróży) ok. 2502,6 zł.
- Dodatkowa rezerwacja rejsu z wielorybami ok. 322 zł.
To daje nam łącznie 3 494,2 zł od osoby, z czego sam rejs stanowił prezent urodzinowy od moich rodziców, więc na podróż zostało nam fizycznie około 830-1000 zł. Przy dobrej organizacji była to kwota zupełnie wystarczająca na pokrycie wszystkich kosztów, zwłaszcza że mieliśmy w cenie dodatkowo trzy śniadania. Największym wydatkiem było oczywiście paliwo. Tutaj kosztów nie szacowaliśmy zbyt dokładnie, ale patrząc na wyciągi z karty, wynosiło około 550 zł od osoby. Na jedzeniu oszczędziliśmy za to bardzo, ale dlaczego, o tym jeszcze wspomnę i to pewnie nie raz.
My zaraz przed wylotem – czyli trochę śmiechu
Wylatywaliśmy z lotniska Wrocław-Strachowice o godzinie 15.50, a że oboje musieliśmy się jeszcze dostać do miasta, więc umówiliśmy się na spotkanie już wieczór wcześniej. Przepakowaliśmy się do jednej torby, zaczęliśmy ją ważyć i skoczyliśmy na spożywcze zakupy. Zbyt dużo produktów na nasze oko nie nadawało się do samolotu, zresztą ja w tej kwestii musiałam raczej zdać się na Maćka. To był mój pierwszy lot (nie liczę szybowca, tylko coś większego kalibru), wszędzie do tej pory dostawaliśmy się samochodem (nawet do Grecji), więc wszystko było dla mnie nowe i fascynujące: proces odprawy, instrukcje pokładowe, start i lądowanie.
Jeśli chodzi o ten prowiant, to i tak większość zapasów chcieliśmy kupić na miejscu. Z Polski przywieźliśmy kilka zupek chińskich i gorących kubków (woah, jedzenie życia, hura), ale przyznam z ręką na sercu: te chemiczne paskudztwa dosłownie uratowały nasze tyłki. Czasem nawet żałowaliśmy, że nie wzięliśmy ich więcej.
W dzień naszego wylotu ułożyliśmy się do spania dopiero o trzeciej nad ranem. W tym całym rozgardiaszu okazało się, że wieczorem wstąpiliśmy do naszych znajomych, którzy nie dość, że chcieli nas ugościć, przenocowali, zrobili śniadanie, to w dzień powrotu do Polski przyjechali odebrać nas z lotniska, żebyśmy nie musieli czekać na nocne połączenia. Jeszcze raz wielkie podziękowania dla Was.
Jako że zjedliśmy koło dwunastej, żadne z nas nie miało już ani ochoty, ani czasu na obiad. Pojechaliśmy prosto na lotnisko, ubrani jak na Syberię, a nasze nadzieje co tego, że w ten dzień będzie chłodno, wyparowały. Z tego co pamiętam, było około dwudziestu paru stopni, a ludzie w autobusie spoglądali na nas jak na anomalię.
Odprawa poszła bardzo sprawnie, w kolejkach czekało mało osób, wylecieliśmy koło trzech minut przed czasem. Wszystko to brzmi pięknie, ładnie, jednak trzeba brać poprawkę na to, że to MY braliśmy udział w tej wyprawie, więc coś na pewno musiało pójść nie tak. Nie wiem, czy kiedyś zastanawialiście się nad kupnem torby na bagaż podręczny za 15 zł z Allegro. Ja nie, ale dzięki Maćkowi utwierdziłam się w przekonaniu, że czasem bycie Januszem nie jest najlepszym sposobem na życie. Zaznaczę, że plecak ważył trochę ponad trzy kilo, a kiedy tylko mój przyjaciel przerzucił go przez plecy… stało się to:

Karma mnie jednak nie ominęła, ale musiałam poczekać na swoją kolej chwilę dłużej. Nie wiem, czy też zawsze odczuwacie strach przed bramkami w sklepach, ale na lotnisku miałam podobnie. Ciągle odnosiłam wrażenie, że zabiorą mnie na osobistą i zaczną przeszukiwać (co zresztą spotkało mojego brata przy okazji pierwszego lotu, kiedy nasiliły się ataki terrorystyczne, gdy wzięto go za uchodźcę przez jego ciemną karnację, ciemne oczy i włosy) i wiecie co? Czasem nasze ponure myśli to prawie jak samospełniająca się przepowiednia.
Maciek przepuścił swoje rzeczy przez skaner, przeszedł przez wykrywacz metalu, wszystko spoko. Specjalnie puściłam go przodem, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że to nie zapiszczy. Uwaga, idę więc ja – a bramka piszczy jak zarzynane prosię. Podchodzi do mnie ochroniarz, każe stanąć w rozkroku, podnieść ręce do góry i przeciera mi ręce dziwnym nasączonym wacikiem. Nagle mówi: „Może już pani iść”, a moja mina musiała być w tamtej chwili przekomiczna, bo stałam bez ruchu i zastanawiałam się, czy już trafiłam do bazy najbardziej podejrzanych typów podróżujących liniami samolotowymi. Może nic dziwnego: w końcu nie ma nic bardziej niepozornego niż dziewczyna 1,60 m w bluzie w żelki i futrzastych, różowych traperach.
– O patrz, zrobili ci test na narkotyki – mówi Maciek
– I co teraz? – pytam cała w strachu.
– Pewnie mają cię zapisaną w jakiejś swojej bazie i jak się coś stanie, to będziesz pierwszą podejrzaną – nabija się, a mi oczy wychodzą z orbit. – Idziemy zobaczyć, co sprzedają w strefie bezcłowej?
– Nigdzie nie idę. – Siadam i wyciągam telefon.
– Co ty robisz?
– Będę siedzieć tu tak długo, aż nie upewnię się, co mi zrobili.
Czekał więc cierpliwie, aż wygoogluje, że tego dnia okazałam się niewiarygodnym zwycięzcą. Bramka piszczy co losową liczbę ludzi: 100, 200, może nawet 1000. Obok jest urządzenie, które dmucha powietrzem i sprawia, że w razie czego drobinki prochu strzelniczego albo narkotyków dostaną się na twoje dłonie, a potem mogą zostać zebrane specjalnym wacikiem.
Nasz lot miał trwać około cztery godziny, ale dzięki przesunięciu czasu o dwie godziny wstecz, byliśmy w Keflaviku już o 17:45. Wrażenia ze startu i lądowania… dosyć mnie zdziwiły. Wiem, jak wielu ludzi boi się tych momentów, więc miałam wyobrażenie, że odczucia są nie wiadomo jakie, a tyczem… wydawało mi się to raczej zupełnie zwykłe. Fakt faktem, na całe szczęście uniknęliśmy turbulencji i jedynym nieprzyjemnym momentem było około dziesięciominutowe przebijanie się przez chmury już nad samą Islandią. Ach, przepraszam, nie jedynym. Drugim, a raczej drugą osobą okazała się pani, która siedziała przed nami. Nie wiem, dlaczego miejsca przy stopach w naszym rzędzie było tak mało, z powrotem ta odległość była jakaś taka przyzwoita, ale o ile ja nie miałam z tym takiego problemu, o tyle Maciek ze swoimi długimi nogami nie mógł się tam zmieścić. W efekcie starał się nie ruszać przez cały lot, ale wiadomo, czasem trzeba się poprawić, zmienić pozycję… i kiedy tylko to zrobił, nasza Karyna zaczęła narzekać, że jest po operacji kręgosłupa, że w ogóle mamy wstrzymać powietrze, nie ruszać się i najlepiej umrzeć. Przekleństw na jej temat słuchałam jeszcze do samego wieczora.
W końcu jednak dolecieliśmy, rozpoczęło się nasze wielkie marzenie i przygoda. Jeśli polubiłeś nasz team, a szczegóły naszej historii wciąż Cię interesują, to serdecznie zapraszam do zaobserwowania mojego funpage’a oraz instagrama, żebyś mógł być na bieżąco, kiedy pojawi się nowy wpis, a w nim nasza pierwsza przejażdżka, wodospad, polowanie na dzikie zwierzęta, najlepsze hot dogi na świecie i niekończąca się podróż żwirowymi drogami. Odnośniki znajdziecie po prawej stronie, zapraszam!