Macedońskie atrakcje wyrzeźbione przez naturę – Kanion Matka, Kuklica, Zatopiony kościół

Każdy z nas ma takie miejsca w podróży, do których dociera i towarzyszy mu przy tym nie tylko spokój, ale też uczucie satysfakcji oraz odmienności od tego, czym otaczamy się w codziennym życiu. Dla jednych to ucieczka na wieś, dla innych dotarcie do centrum zatłoczonego miasta – dla jednych wejście na szczyt góry, dla innych położenie się na rozpalonej słońcem plaży. Dziś z pewnością zbliżymy się do tych ostatnich, bowiem skupimy się na zakątkach, które stały się wyjątkowe właśnie dzięki działaniu sił natury.

Opowiemy Wam o jednej z najpopularniejszych atrakcji Macedonii, a później przejdziemy do tych mniej znanych, które nas urzekły znacznie bardziej. Zapraszam na:

KANION MATKA

Wobec tego miejsca mieliśmy ogromne oczekiwania – jedno z najbardziej popularnych, ponoć także najpiękniejszych, które kilka lat temu zostało odwiedzone przez moich rodziców wypowiadających się w samych superlatywach. Oboje wyobrażaliśmy sobie pełen dzikości kanion, gdzie będziemy mogli wynająć kajak i pływać przez cały dzień, robiąc zdjęcia i odpoczywając we dwoje. Rzeczywistość przedstawiała się jednak… ciut inaczej.

Kanion znajduje się na północy Macedonii – możemy dotrzeć do niego autobusem ze Skopje lub samochodem. Na miejscu jest przystępny parking, z którego oczywiście musimy trochę przejść do samej atrakcji, ale właśnie tego oczekiwaliśmy. Wiedzie stąd wiele szlaków, którymi możemy dotrzeć do średniowiecznych klasztorów, a prowadzą do nich całkiem dobre oznakowania również w postaci drogowskazów. Główną jednak atrakcją, dla której zjeżdżają się tu tłumy turystów, jest jaskinia Wreło. Do dziś nie oszacowano jej głębokości ze względu na jeziora znajdujące się w jej wnętrzu, ale istnieją przypuszczenia, że może być nawet najgłębszą na świecie.

Rezerwat zajmuje powierzchnię 5000 ha i jest miejscem sprzyjającym wielu zajęciom rekreacyjnym: pływaniu, wspinaczce (obite drogi), trekkingowi. Zwłaszcza kajakarstwo cieszy się popularnością – istnieje tutaj tor, który wykorzystywano na Pucharze Świata i Mistrzostwach Europy. Nurt rzeki był naprawdę silny, więc oglądanie takiego widowiska na żywo musi robić ogromne wrażenie. Symbole związane z kajakarstwem znajdziecie tutaj na każdym kroku, choćby w postaci kajaka zawieszonego w połowie skały, gdy wędrujecie w głąb kanionu.

Co zaskoczyło nas w stosunku do opowieści osób, które odwiedziły Matkę już jakiś czas temu, to natłok ludzi nawet poza sezonem, a także masakryczny komercjalizm przekładający się przede wszystkim na ceny, ale też atmosferę tego miejsca. To jest niestety coś, na co my jesteśmy uczuleni – mieszkamy w mieście, czas pandemii, więc jeśli tylko mamy okazję, to ucieczka w ciche miejsca jest dla nas jak najbardziej pożądana. W każdym razie dochodząc do takiego oficjalnego „wejścia” kanionu, mijamy kilka(naście) stoisk z orzeszkami, truskawkami, ręcznie robionymi pierdółkami itd., ale to nie było jeszcze takie złe.

Po drodze są też różne wystawy, np. gablotki z zamkniętymi butelkami, puszkami, papierami i różnymi innymi materiałami, gdzie pod spodem umieszczony jest czas ich rozkładu i zachęta, by przestać śmiecić, zacząć segregować i ogólnie być bardziej eko. Wszystko fajnie, tylko że niektóre z tych przeliczników mijały się wiele z prawdą i naukowymi badaniami.

Bardzo duże wrażenie robi tama postawiona na rzece Tresce, jest przeogromna i masywna, aż człowiek zastanawia się, jakim cudem zatrzymuje te hektolitry wody po drugiej stronie. Niesamowicie przyjemny jest też moment, kiedy kanion ukazuje się w całej okazałości Waszym oczom, bo skały robią imponujące wrażenie. Zaraz potem dociera do Was niestety gwar… z restauracji, gdzie ceny za przystawki sięgają rzędu 50 zł, a także przystani, gdzie można wykupić wycieczkę do jaskini Wreło, jako że nie da się do niej dojść na pieszo.

No i tu nam mina trochę zrzedła, bo od razu otrzymaliśmy informację, że nie istnieje opcja wynajęcia kajaka na cały dzień, a jedynie na godzinę (ok. 38 zł za kajak) lub dwie (ok. 76 zł – teraz prawdopodobnie więcej ze względu na słabnącą rolę złotego). Nie ukrywam, było to dla nas dość dużo i nie mówię tutaj o stosunku ceny do naszych zarobków, a po prostu o wygórowanej cenie względem całej reszty kraju, gdzie „drogi wstęp” zamykał się poniżej 15 zł za atrakcję. Jeśli więc nie uśmiecha Wam się kajak, to drugą opcją jest wypchana łódź turystyczna w cenie ok 35 zł. Not fun.

WĘDRÓWKA SZLAKIEM PIESZYM

Nasze plany zakładały dwukrotny przyjazd do Matki – na trekking i kajaki, ale postanowiliśmy zawęzić to do jednej wizyty i udać się szlakiem pieszym, który wiedzie wzdłuż rzeki. Po kilkunastu minutach wędrówki napotkaliśmy pracownika, który ostrzegł nas, że dobrze zaopatrzyć się w duże kije na wypadek spotkania ze żmiją. Wiecie, ponoć rzeczywiście żyje ich tam dużo, zresztą wspominałam, że później zdarzało nam się widzieć ich wylinki czy jadowite węże w całej okazałości, ale na zupełnych odludziach Macedonii. Wtedy jednak nie spotkaliśmy się z ani jednym przypadkiem i trochę obleciał mnie strach. No bo co ja miałabym tym kijem zrobić? Chyba tylko wydłubać sobie oczy.

No dobrze, ale idziemy – ja, Szymon i nasze kije. Ścieżka jest ogrodzona barierką, więc człowiek nie czuje lęku przed upadkiem. Podejście zajmuje ok. 3 godziny w dwie strony, ale jest niespecjalnie trudne. Widokowo też bardzo ładnie, zwłaszcza że wszyscy ludzie pływali łodziami i tylko my szliśmy szlakiem. Z czasem jednak podróż stawała się coraz mniej przyjemna, bo idąc za oznaczeniami, ścieżka zaczyna zanikać w gęstych paprociach, trzeba przecisnąć się przez parę drzew itd. Średnia to była przyjemność, wyobrażać sobie w kółko, czy się na coś nie nadepnie, więc szliśmy dość wolno. Po jakimś czasie spotkaliśmy inną rodzinę z Polski 2+2, więc radośnie przepuściliśmy ją przodem jako ewentualną przynętę. Oni też nieustannie straszyli się tymi żmijami i piszczeli.

W końcu jednak też się poddali, bo ścieżka stała się tak zarośnięta, że nie sposób było się przez nią przedrzeć i dotrzeć na koniec szlaku, co dla nas było ogromnym rozczarowaniem. Nie wiem, czy to wynikało z zaniedbania, czy z przeświadczenia, że warto podciąć te rośliny dopiero na początku sezonu. Wydawało nam się jednak, że na miejscu sprytnie przemyśleli, że wędrówki turystów nie przynoszą żadnych finansowych korzyści, więc skupiono się tylko i wyłącznie na rozwoju oferty spływów.

KAJAKIEM DO JASKINI WREŁO

Wróciliśmy na start i zostało nam stanowczo zbyt dużo czasu, żeby wracać do domu, dlatego wypożyczyliśmy w końcu ten kajak i wiosłowaliśmy na tyle szybko, żeby zdążyć obrócić nim w dwie strony i zamknąć się w dwóch godzinach (ok. 50 minut w jedną stronę do jaskini). Popłynęliśmy akurat bez żadnej grupy turystów z łodzi, co z początku wydawało się super. Dotarliśmy jednak do miejsca, gdzie wyznaczona została kładka do cumowania kajaków. Do samej kładki nie mam zastrzeżeń, jednak przejście do jaskini okazało się bardzo karkołomne. Trzeba było wejść na żwirową skarpę, która co chwilę się osuwała – żadnych barierek, sznurka do chwycenia, no niczego.

W końcu wdrapaliśmy się na górę do wejścia… a po drugiej stronie ujrzeliśmy piękny mostek, gdzie zatrzymywały się łodzie i wysadzały pasażerów na schodki itd. Trochę w tym momencie poczuliśmy selekcję na tych „gorszych i lepszych turystów”, co do najfajniejszych nie należało. No ale dobra, idziemy do środka jaskini, która na zdjęciach wyglądała oszałamiająco, natomiast w środku… było ciemno, zero podświetlenia. Pomyśleliśmy, że włączy się na czujnik, ale nic. Wokół także zero informacji, czy tak powinno być, czy nie. Wreło zwiedziliśmy więc z latarkami w telefonie, szukając tych największych formacji, stalaktytów, stalagmitów i słynnej skały w kształcie szyszki. Nie ukrywam – nie było to porywające i nasza percepcja znacząco spadła.

Gdy przypłynęliśmy z powrotem do przystani, zapytali nas, jak było, no i wspomnieliśmy o tym braku światła. Mężczyzna tak patrzy, patrzy… i nagle mówi: „A to nie włączyliście sobie?”. Okazało się, że gdzieś we wnętrzu jaskini, tej czarnej, nieoświetlonej i nieoznaczonej jaskini, znajdował się przełącznik i można było zapalić światła samodzielnie, tylko skąd mielimy o tym wiedzieć? Zapewne sternik włącza je ludziom z łodzi po tym, jak odstawi ich na ląd, więc nikt nie pomyślał o informacji dla reszty turystów.

Dla nas ta sytuacja była jedną z gorszych w całej Macedonii. Nie odbierzcie mnie źle – miejsce jest piękne, ale jest bardzo… skalane. Natłokiem ludzi, sprayem na skałach, hałasem, muzyką, właśnie tą komercją. Mieliśmy w głowach obraz tego, co musiało istnieć tu jeszcze parę lat temu i było nam po prostu przykro. Życzymy Wam więc, żebyście trafili na lepszy okres, ładniejszą pogodę, mniej ludzi… może po prostu spodoba Wam się bardziej.

KUKLICA

Po Kuklicy z kolei nie spodziewaliśmy się aż tak wiele, bo miejsce do specjalnie rozsławionych nie należy. Znajduje się w północnej części Macedonii, a jej zamienną nazwą są Kameni Kukli, czyli właśnie nic innego jak kamienne kukły. To około 130 formacji skalnych, większych bądź mniejszych, które pod wpływem erozji zostały uformowane w różne kształty, w większości przypominające ludzkie postacie. Niektóre z nich osiągają wysokość nawet 10 m. Największy wpływ na zmiany zachodzące w skałach mają opady, wiatr i temperatura.

Spacerując po tym miejscu, natkniecie się na tabliczki z nazwami poszczególnych formacji lub ich grup. Przewiną się Wam przed oczami Panna Młoda, Pan Młody, Ojciec Chrzestny czy Goście Weselni, a ich nazwy nie są kwestią przypadku, a ludowych historii, których niestety nie przytacza nikt na miejscu, nie są one również spisane na żadnych tabliczkach, a jak dla mnie są niezmiernie ciekawym elementem kulturowym.

Legenda dotyczy chłopca zamieszkującego region Kuklicy, który równocześnie spotykał się z dwiema dziewczynami, a na co dzień parał się kamieniarstwem. Zaplanował ślub z nimi na ten sam dzień i dopiero wtedy miał podjąć ostateczną decyzję – czy za żonę wziąć piękną, choć biedną, czy bogatą, ale brzydką. Gdy wybrał drugą z nich, pierwsza zdenerwowała się i rzuciła klątwę na parę młodą i obecnych gości, zamieniając ich w kamień. Wersji tej przypowiastki jest kilka, ale generalnie zawsze sprowadza się ona do poczucia zdrady i rzucenia czaru na kochanka. Pozwolę jednak przytoczyć sobie fragment, który najbardziej mi się podoba:

„Wyszła na zewnątrz i ze zdumieniem zaczęła podążać za dźwiękiem muzyki. Zobaczyła, że jej narzeczony wychodzi za mąż za inną kobietę. W tym momencie ich przeklęła. Kiedy państwo młodzi mieli się pocałować, zamarli. Razem ze swatami. Wszyscy mają uśmiechnięte twarze, dlatego nazywa się to wesołym ślubem. Och, w piekle nie ma gniewu tak silnego jak zraniona kobieta”

Niektóre kamienne rzeźby naprawdę do złudzenia przypominają kreskówkowe twarze ludzi, nawet jeden posąg wygląda, jakby grupa przyjaciół obejmowała się do zdjęcia. Jest też mnóstwo formacji skalnych, których widok z pewnej odległości przypomina płaskorzeźby. Po terenie możemy wędrować, jak tylko żywnie nam się podoba; co prawda pilnuje go dozorca, ale zwraca uwagę na odwiedzających tylko na wejściu, żeby się z nimi przywitać. Wstęp tutaj jest darmowy, ludzie praktycznie zero. Ogółem – polecamy.

ZATOPIONY KOŚCIÓŁ W MAWROWIE

Mawrowo to Park Narodowy w Macedonii, który znajduje się na zachodzie kraju i który już kilka razy przewijał się przez moje wpisy (należytą uwagę poświęcę mu jeszcze osobno). Symbolem parku jest właśnie zatopiony kościół, choć tutaj może budzić lekkie kontrowersje umieszczenie go na liście atrakcji stworzonych przez naturę. Jeśli jednak ktoś nie poczyta wcześniej o powstaniu tego miejsca, to właśnie takie może mieć wrażenie.

Kościół św. Mikołaja powstał w XIX w. i niejako spisano go na straty ok. 100 lat później w momencie powzięcia decyzji o utworzeniu na terenie parku sztucznego jeziora, które stanowiłoby nie tylko miejsce do połowu ryb, ale także źródło pozyskiwania energii. Podejrzewam, że nikt nie spodziewał się, jaką atrakcją to miejsce stanie się w przyszłości, ani że w ogóle tyle przetrwa. Budynek przez długi czas rzeczywiście był w całości pod wodą, jednak teraz przeważnie już się to nie zdarza i zawsze można dostrzec ponad powierzchnią jego dach i kawałek murów.

Warto jednak mieć na uwadze, że poziom wody zmienia się w zależności od pór roku, o czym my w zasadzie nie pomyśleliśmy. A może pomyśleliśmy, ale na zasadzie: „To fajnie, kościół będzie lepiej widoczny, łatwiej będzie go znaleźć”. Tymczasem będąc tam w maju… on stał już zupełnie obok jeziora i to spory kawałek! Trochę mi było przykro, tak nie zobaczyć go w stanie, którym wszyscy się zachwycają, ale i tak musicie przyznać, że robi wrażenie.

Podeszliśmy bliżej, a na miejscu spotkaliśmy Wasilijego – starszego już mężczyznę, który zajmował się sprzątaniem gruzowiska wewnątrz kościoła. Wywoził taczką te wszystkie fragmenty, które rozsypały się podczas podtopienia i był wyraźnie ucieszony, że spotkał jakichś turystów. Trochę z nim porozmawialiśmy, nawet skojarzył brzmienie naszych imion z macedońskimi odpowiednikami. Opowiedział nam, że ma szóstkę dzieci, że połowa wyjechała do innych krajów, że córka ma fajnie płatną pracę w Niemczech, że jest już dziadkiem. Tak jak wspominałam przy okazji pierwszego wpisu o Macedonii – Macedończycy naprawdę lubią rozmawiać; o sobie, o Was, wszystkiego są ciekawi!

Za odwiedzenie tego miejsca oczywiście nie ma żadnych opłat, ale jak już wspominałam – polecam przyjechać tu na wiosnę w czasie roztopów, podczas ciepłej zimy lub na jesień, jeśli macie chęć DOPŁYNĄĆ do kościółka.

Na dziś to już tyle. Dajcie znać, jakie miejsca Wy polecilibyście od siebie, a także czy widzieliście te wymienione przez nas. Które podobało Wam się najbardziej? Trzymajcie się ciepło!

Nietypowe oblicze Macedonii – Muzeum tytoniu, Etnografii i Aut, Marmurowe Jezioro oraz inne

Dzisiejszy wpis jest skierowany do osób, którym największą przyjemność sprawia zwiedzanie lokacji nieopisanych w przewodnikach czy niewidniejących na pierwszych pozycjach w najpopularniejszych atrakcjach Googla. Sporządziliśmy dla Was listę 5-ciu nietypowych miejsc w Macedonii, na które warto zwrócić uwagę. Nie wszystkie z nich odwiedziliśmy, a podane ku temu powody będą dla Was odpowiedzią na pytanie, czy sami chcecie próbować je zdobyć. Zapraszam na:

AUTO & ETHNO MUSEUM FILIP

Atrakcja znajduje się w południowo-zachodniej Macedonii na obrzeżach miasta Bitola. Z zewnątrz jest bardzo niepozorna, więc nawet znając jej dokładną lokalizację, musimy mieć oczy dookoła głowy, żeby dostrzec napis z nazwą muzeum na budynku. Przed nim nie natkniemy się na żadne kierunkowskazy, co z jednej strony może dziwić, a z drugiej nie do końca, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt prowadzenia biznesu przez jedną rodzinę.

Założyciel tego miejsca od zawsze był zbieraczem – pasję zapoczątkowały samochody oraz wszelkiej maści pojazdy (motory, rowery), później obiektem zainteresowań stała się historia terenów Macedonii zanim ta jeszcze powstała, a także los ludzi, którzy mieszkali właśnie w Bitoli. Mężczyzna rozmawiał z obecnymi mieszkańcami i pozyskiwał od nich pamiątki oraz przedmioty codziennego użytku po ich przodkach, aż doprowadził do takiego stanu rzeczy, że Macedończycy sami przynosili mu je do kolekcji. Ta rozrosła się do tego stopnia, że dziś na prywatnej działce stoi nie tylko dom rodzinny, ale również drugi budynek poświęcony kolekcjom, czyli właśnie muzeum.

Przyjeżdżając na miejsce, obsłuży Was albo ojciec rodziny, albo jego córka, która mówi po angielsku. Nie opowiada o każdym przedmiocie, wybiera kilka najciekawszych, o których napomknie i w milczeniu oprowadza zwiedzających po parterze i piętrze. Nie ma problemu z robieniem zdjęć czy nawet wejściem do samochodów, które stanowią eksponaty – dziewczyna sama do tego zachęca. Głównie czeka na pytania i odpowiada na wszystko, co tylko chcecie. Mam wrażenie, że pozwoliłaby na naprawdę dużo, byle gość czuł się usatysfakcjonowany, a nas wprawiało to aż w lekkie zakłopotanie.

Wstęp do atrakcji kosztuje ok. 7,5 zł (100 MKD za osobę). Cena jest niewysoka, a w jej ramach skosztowaliśmy nawet domowo pędzonej rakii. Dziewczyna nalała ją z małej, drewnianej beczułki z kranikiem i po pierwszym kieliszku wręcz namawiała, żebyśmy napili się jeszcze. Najbardziej rozbawiło nas, że odmówiliśmy, no bo przecież przyjechaliśmy samochodem, na co dziewczyna machnęła ręką i stwierdziła: „It’s not a problem!”. Wtedy styl jazdy Macedończyków wydał nam się bardziej uzasadniony niż zazwyczaj.

Po rodzinie widać, że ma żyłkę do interesów – potrafiła przekształcić pasję w biznes i nieustannie go rozbudowywać. Jedno skrzydło muzeum zajmuje jadalnia, nad którą znajduje się pokój (lub kilka) sypialnianych. Wisi tam gobelin Ostatniej Wieczerzy, jest też również rosyjska ruletka. Niestety części restauracyjno-hotelowej jeszcze nie uruchomiono ze względu na pandemię i restrykcje, więc jest to stosunkowo nowy projekt. Oprócz tego właściciele zajmują się wynajmem starych samochodów na ślubne sesje zdjęciowe i na tym również dodatkowo zarabiają. W jednym pokoju mają nawet cały stół z wywołanymi fotografiami. Dla nas wyglądały trochę kiczowato, natomiast niewątpliwie przynosiły zyski i cieszyły się zainteresowaniem, sądząc po ich ilości.

Jeśli chodzi o całokształt muzeum, to na zewnątrz i na parterze znajdują się głównie stare modele samochodów (nawet nasz polski maluch!) oraz motorów, powstaje też nowa wiata na rowery. Jedną ścianę zajmują radia, inną narzędzia różnego rodzaju, a pod sufitem wisi mnóstwo lamp naftowych. Oprócz tego w mniejszej ilości znajdują się żelazka, koła, koszyki, stare naczynia, świeczniki – zupełnie jakbyście przenieśli się w czasie do zamożnego, acz mocno zagraconego domostwa.

Na pierwszym piętrze urządzono kilka pokoi na różną modłę, np. turecką lub żydowską, a każdy z nich odzwierciedla życie jakiejś społeczności lub grupy etnicznej. Ustawiono tutaj także aparaty, maszyny do pisania, manekiny z założonymi strojami ludowymi, a także najciekawszy element wystawy – organy, liczące sobie ponad 800 lat. Ku naszemu zaskoczeniu córka właściciela zachęca, byśmy usiedli i zagrali (!), ale wiecie, trochę baliśmy się czegoś uszkodzić. Przyczynienie się do zepsucia takiego antyku musiałoby kosztować fortunę. Dziewczyna widziała nasze obawy, więc sama usiadła na krzesełku i tylko przeprosiła nas, że nie umie grać. Nacisnęła jednak kilka klawiszy po sobie i przez całe pomieszczenie przeszedł dźwięk, który aż sprawił, że przeszły nas ciarki. Niesamowite przeżycie, naprawdę – nawet dla tej jednej chwili warto odwiedzić to miejsce.

Macedonka chyba widziała nasz entuzjazm, bo pokazała nam część wystawy, która jeszcze nie jest dostępna dla zwiedzających – pewnie dlatego, że eksponaty nie są jeszcze wyczyszczone ani uporządkowane i znajdują się w czymś w rodzaju kantorka/kanciapy. Tam są już takie typowo ogrodowe rzeczy, ale możemy dostrzec wśród nich ogromny powóz, taczki, beczki, dzbany czy piecyki.

Całe miejsce charakteryzuje się niesamowitą atmosferą, spędziliśmy w nim świetny czas. Uważam, że to jedna z ciekawszych, mało znanych atrakcji wśród Polaków, choć gości tam stosunkowo dużo turystów z reszty Europy. Polecam ogromnie.

MUZEUM TOŜE PROESKIEGO

To jest dla mnie absolutny ewenement, który w ogóle miażdży moje postrzeganie świata. Jeden z niewielu razy, kiedy odczułam w Macedonii coś pokroju szoku kulturowego, takiej zupełnie innej mentalności. Atrakcja znajduje się nieco na zachód od centralnej części Macedonii w miejscowości Kruszewo, skąd wywodzi się Tose Proeski. Kim w ogóle jest ta postać? My też nie mieliśmy zielonego pojęcia, ale zaczęliśmy poważnie zadawać sobie to pytanie, gdy przechadzaliśmy się miastem i wszędzie widzieliśmy jego podobizny. Zdjęcia, plakaty i pomniki powiązane z muzyką dały nam dość jasny obraz tego, kim ów człowiek jest – piosenkarzem, który w Kruszewie spędził większość życia. Zginął tragicznie w wieku 26 lat podczas wypadku samochodowego, co doprowadziło do ogłoszenia żałoby narodowej w Macedonii. Postać jest niemalże gloryfikowana – możemy spotkać ją wszędzie, nawet na moście artystów w Skopje. Pomnik umiejscowiono po skrajnej stronie mostu i chyba zastąpił inny (zapewne kogoś, kto nie był Macedończykiem z krwi i kości…).

Z czego wynika popularność artysty? Działalność międzynarodowa, wystąpienie na Eurowizji w 2004 roku, tragiczna śmierć i jeden z nielicznych artystów, którego kariera zaczęła się już w obecnej Macedonii, a nie tylko na jej byłych terenach, to kilka najmocniejszych argumentów. Nagrał również piosenkę, która stała się hymnem UNICEF. Nie znać go w Macedonii, to po prostu grzech. Wrażenie to tylko i wyłącznie pogłębiło muzeum poświęcone życiu artysty… No bo wyobraźcie sobie, że wraz ze śmiercią Krzysztofa Krawczyka nie dość, że ogłaszamy żałobę narodową, to jeszcze tworzymy ogromne muzeum na temat jego życia, gdzie możemy obejrzeć nawet skarpetki, w których chodził… Mimo ogromnego grona sympatyków nikt jakoś nie wpadł na taki pomysł – witamy w Macedonii.

Muzeum jest bardzo nowoczesne, w większości przeszklone. Za wstęp płacimy 100 MKD (ok 7,5 zł), a w środku możemy szukać ze świecą informacji po angielsku – wszystkie tabliczki są w języku macedońskim. Na samym środku znajdują się dwie ogromne tafle rozciągające się aż po sam sufit z tekstami piosenek. Wzdłuż ścian ustawiono gabloty z ponad 350 eksponatami, czyli rzeczami, które należały do artysty. Parter jest poświęcony prywatnemu życiu Tose Proeskiego, pierwsze piętro jego karierze. Możemy oglądać ubrania, przedmioty codziennego użytku, maskotki od fanów, nagrody, statuetki itd. Jako obcokrajowcy nie dostajemy zbyt wielu informacji praktycznych, jednak jesteśmy w stanie mniej więcej zwizualizować sobie, czym piosenkarz zajmował się w wolnym czasie, jakie miał podejście do życia i inne zainteresowania poza muzyką. Co nas zwaliło z nóg, to gablotka, w której widniała biblia oraz obrazki świętych, a obok nich od razu podobizna artysty. Całość była tak skomponowana, że wyglądało, jakby był przynajmniej na równi z nimi i taka gloryfikacja przewijała się przez całe muzeum.

Zwiedzanie samo w sobie nie jest nie wiadomo jak godne polecenia, chyba że rzeczywiście wcześniej poczytamy trochę o historii piosenkarza albo lubimy jego muzykę. W przeciwnym razie to po prostu oglądanie w większości przeciętnych rzeczy, które mogłyby należeć do każdego człowieka i za wiele kulturowych czy społecznych aspektów nie wniesie to do Waszego życia. Weszłabym jednak głównie ze względu na tę podniosłość względem artysty, żeby uzmysłowić sobie, jak monstrualne rozmiary ona przybiera. Dla nas to był naprawdę szok.

MARBLE LAKE

Miejsce, którego niestety nie odwiedziliśmy, mimo że mieliśmy na to ogromną ochotę. W końcu wystarczy spojrzeć na zdjęcie poniżej, żeby się zachwycić. Jezioro znajduje się na obrzeżach miasta Prilep (wioska Belovodica ok. 20 km dalej) znajdującego się lekko na południowy zachód od centralnej części Macedonii. Charakteryzuje się niesamowicie turkusowym kolorem i otaczającymi je blokami marmurowymi, czyli pozostałościami po istniejącej tam niegdyś kopalni marmuru, którą zamknięto tuż po dokopaniu się do źródła wody. Zbiornik jest długości dwóch długich basenów – 100 m, a jego głębokość to 40 m, co musi robić imponujące wrażenie, kiedy jest się na miejscu.

Zdjęcie pochodzi ze strony Pinterest – autor: BoceA, platforma: fivehundredpx

Atrakcja wciąż widnieje na liście najbardziej polecanych w Macedonii, natomiast dzień przed planowanym wyjazdem tam przeczytaliśmy, dlaczego jednak warto wstrzymać się na razie z podróżą. Od roku 2018 da się przeczytać coraz nowsze opinie turystów na temat tego, że kopalnię uruchomiono ponownie, więc dojazd do niej jest bardzo karkołomny i lepiej nie wybierać się tam bez auta z napędem 4×4. Mnóstwo dziur, nawigacja się urywa, ale nie to jest największym problemem. Oficjalnie miejsce zostało zabronione do odwiedzin. Można oczywiście olać zakaz i pojechać mimo tego, jednak na miejscu rozpanoszyło się ponoć bardzo dużo dzikich psów, które atakują nie tylko inne czworonogi, ale też nie są przyjaźnie nastawione do ludzi (do tego stopnia, że trzeba czekać w aucie, by móc ruszyć, aż znudzą się cudzą obecnością).

Na razie nie wiadomo, czy i kiedy sytuacja zostanie opanowana, a miejsce ponownie otwarte dla zwiedzających. Po pięknych zdjęciach zostało zapewne tylko wspomnienie ze względu na mnóstwo pyłu i błota nanoszonego przez przyjeżdżające tam maszyny. Wyobraźcie sobie jednak, że kiedyś w tym jeziorze można było pływać, co zwłaszcza w lecie uskuteczniali lokalsi. Były jednak pewne wątpliwości związane z bezpieczeństwem i czystością wody, natomiast nie wydano żadnego oficjalnego orzeczenia i Macedończycy stwierdzili, że w takim razie wszystko jest OK.

WINNICA – ROYAL WINERY QUEEN MARIA

Polecam odwiedzenie przynajmniej jednej winnicy w trakcie pobytu w Macedonii, niekoniecznie tej opisywanej przeze mnie. Najbardziej popularną jest Kamnik na obrzeżach Skopje, gdzie budynek wzniesiony na polu winorośli wygląda zupełnie jak przeszklony pałac. Niestety degustacja tam jest dość droga i trzeba poprzedzić ją rezerwacją przez stronę internetową. Royal Winery Queen Maria była jedną z niewielu, gdzie cały teren był dostępny dla odwiedzających za darmo, a do tego naprawdę ładnie zagospodarowany. Mamy oczywiście winnicę, winiarnię, podlegający pod teren hotel, ale też pięknie zagospodarowaną przestrzeń wraz z… pawiami oraz perliczkami! Jest ich mnóstwo, z kilkadziesiąt sztuk – chodzą wypuszczone luzem, chętnie pozują do zdjęć i nie płoszą się na widok ludzi.

Obsługa jest naprawdę przemiła. Gdy przyjechaliśmy, akurat padało, a i tak ktoś nas zaczepił i spytał, czego potrzebujemy – nawet odprowadził nas pod same drzwi. Podczas wybierania wina dokładnie to samo podejście; nikt nie spoglądał na nas z góry albo jak na potencjalnych biedaków, którzy nie za wiele kupią, co np. zdarza nam się w Polsce. Nie wiem, czy też się z tym spotykacie, ale bardzo często w sklepach z droższymi alkoholami obsługa chyba ze względu na moją dziecięcą buzię i preferencje cenowe poniżej miliona złotych jest raczej mocno sceptyczna i niechętnie pomaga. W Macedonii mężczyzna poopowiadał nam o winach, doradził i ostatecznie kupiliśmy cztery butelki za łącznie 90 zł! Ceny są naprawdę opłacalne zwłaszcza ze względu na stosunkowo wysoką jakość – w dodatku możemy nabyć takie wina, jakich nie znajdziemy w przeciętnych marketach. Polecam mocno!

MUSEUM OF TOBACCO

Nie wiem czy wiecie, ale Macedonia poza uprawą warzyw specjalizuje się również od 500-set lat w produkcji tytoniu. Ponoć jest bardzo dobry jakościowo i smaczny, aczkolwiek żadne z naszej pary nie pali, więc czy to prawda, tego nie potwierdzimy. To też powód, dla którego atrakcję pominęliśmy, ale jeśli kogoś temat „jara”, to na pewno będzie zachwycony. Muzeum o tej tematyce jest jednym z większych w Europie i gromadzi ponad 2,5 tys. obiektów, z czego część należała do znanych postaci historycznych z różnych państw. Sama wystawa może nie jest specjalnie zajmująca, jednak uroku dodaje im personel, który bardzo ciekawie opowiada – pewnie zależy, na kogo się trafi. Bardzo istotne z punktu zwiedzania jest to, że obiekt nie ma konkretnych godzin otwarcia – musicie umówić się sami przez telefon: +389 48 434 011 lub znaleźć kontakt online na macedońskich stronach. W przeciwnym razie należy liczyć na to, że ktoś akurat będzie w środku podczas naszych odwiedzin i będzie na tyle łaskawy, że nas wpuści. Jeśli chodzi o cenę, to tutaj zetknęłam się z rozbieżnością informacji, w każdym razie waha się ona od 0-120 MKD (niecałe 9 zł max).

To nasze TOP 5 ciekawych miejsc, które chcieliśmy Wam podsunąć, jeśli zamierzacie wybrać się kiedyś do Macedonii. Mamy nadzieję, że wybierzecie chociaż jedno z nich i dacie nam znać, jakie są Wasze wrażenia. A może już byliście w którymś z nich i Wasze odczucia okazały się zupełnie odmienne od naszych? Koniecznie dajcie znać, a tymczasem trzymajcie się ciepło!

Ranking starożytnych ruin na terenie Macedonii – ceny, porady praktyczne i lokalizacja

Jak już wspominałam przy okazji wielu poprzednich wpisów, Macedonia jest stosunkowo młodym państwem, które powstało na terenach niegdysiejszej Bułgarii, Albanii oraz Grecji. Zwłaszcza nazwa ostatniego kraju (ale nie tylko) powinna sugerować, jakie bogactwo kulturowe zamknęło się w granicach nowo powstałego kraju. Mimo że kierunek nie jest bardzo popularny, obfituje w mnóstwo starożytnych zabytków, które możemy podziwiać nie tylko w muzeach, ale także udając się na stanowiska archeologiczne i to właśnie na nich skupi się dzisiaj moja uwaga. Zapraszam na:

Jeśli jesteście fanami historii, będziecie zachwyceni, bowiem wiele wykopalisk jest naprawdę sporych rozmiarów, a budowle i figury potrafią być bardzo dobrze zachowane. To też jedne z niewielu miejsc na terenie całego kraju, gdzie przykłada się wagę do informacji – znajdziemy wiele tabliczek, znaków, mapek i opisów, co raczej nie uchodzi za chleb powszedni w Macedonii.

Oczywiście nie udało nam się zwiedzić wszystkich tego typu miejsc – informacje o nich bardzo ciężko odszukać w Internecie, a my natrafialiśmy na nie spontanicznie, kiedy jadąc gdzieś samochodem, zauważaliśmy charakterystyczny zjazd na atrakcję w postaci brązowej tabliczki z białym filarem. Odwiedziliśmy ich jednak na tyle dużo, że możemy podpowiedzieć Wam, czego się spodziewać, na co zwrócić uwagę, no i gdzie szukać! Na samym dole znajdziecie też rankingi, które sporządziliśmy dla Was, biorąc pod uwagę różne kryteria odwiedzonych wykopalisk.

STOBI

Znajduje się w środkowej Macedonii, nieco bliżej wschodu. Początki Stobi przypadają na ok. VII – VI w. p.n.e., co czyni je najstarszymi wykopaliskami w kraju. Miasto osiągnęło świetność za czasów panowania Oktawiana Augusta i stanowiło jeden z ważniejszych ośrodków handlowych. Jego żywot zakończył się kilka wieków po narodzeniu Chrystusa w wyniku potężnego trzęsienia ziemi oraz kilku innych towarzyszących mu okoliczności. Ciekawostka – to właśnie tu po raz pierwszy użyto nazwy denara, który później stał się walutą kraju.

Będąc tam w maju, miejsce zrobiło na nas niesamowite wrażenie i to nie tylko pod względem historycznych pozostałości, a samego otoczenia. Teren, po którym się poruszamy, jest dość duży, na pewno największy i najbardziej okazały spośród tych, które znajdą swoje miejsce w tym wpisie. To zapewne powód, dla którego zwiedzanie nie jest aż tak swobodne jak w przypadku innych wykopalisk. Mamy tutaj wyznaczone ścieżki, oznaczenia, w wielu miejscach są także zawieszone sznurki, których nie powinniśmy przekraczać. Trochę tu już wiało takim „typowym miejscem turystycznym”, chociaż obszar wokół był zupełnie dziki i nietknięty przez człowieka. Piękny obraz, zwłaszcza że w Polsce widzi się go coraz rzadziej – łąka porośnięta makami i innymi kwiatami w tak dużym stopniu, że przykrywały częściowo fragmenty kolumn leżące na ziemi. Miejsce stało się idealnym domem dla sporych rozmiarów żółwi, które chowały się w wysokiej trawie lub wygrzewały skorupy na słońcu.

Jeśli chodzi o zabytki, to do przejścia mamy 19 znacznie oddalonych od siebie stanowisk, do których możemy podążać z mapką otrzymaną na wejściu. Znajdują się tu m.in. pozostałości po łaźniach, więzieniu, fontannie, licznych bazylikach, a nawet kasynie. Przyjeżdżając tutaj, pierwszym miejscem, które rzuci Wam się w oczy, będzie również antyczny teatr zachowany w naprawdę dobrym stanie. Pierwotnie mieścił ponad 7,5 tys. osób, toczyły się tutaj walki gladiatorów. Co ciekawe, oznaki zniszczeń czy braków, które dostrzegamy w budowli, wcale nie wynikają z upływu czasu czy zdarzeń, o których wspominałam wcześniej. Po prostu była to konstrukcja na tyle duża i materiałochłonna, że już w V w. zaczęto stopniowo rozbierać ją, a budulca używano do stawiania nowych obiektów w mieście (na zdjęciu wyraźnie widać, że proces ten rozpoczęto od lewej strony).

Pozostałości po mieście są dość dobrze zachowane – zawsze jesteśmy w stanie dostrzec całkowity zarys budynku, kolumny, łuki, płaskorzeźby czy… mozaiki, które w wielu miejscach są niemalże nieuszkodzone i na nas robiły największe wrażenie. Przykładem tego jest jeden z obiektów sakralnych, nad którym rozciągnięto rusztowania ze schodami i barierkami. Górę ruin osłonięto dachem, aby na ziemię nie skapywał deszcz, chroniąc je tym samym przed wiatrem czy nadmiernym słońcem. Widok z lotu ptaka zapewnia nam nie tylko lepszą widoczność na ogrom pozostałości, ale też pozwala na lepsze zaobserwowanie wzorów ułożonych z drobnych kamyczków i płytek, które z innej perspektywy trudno byłoby dostrzec i docenić. Mnie zachwyciło, że kulturowo dzieliło nas tyle lat z ich twórcami, a mimo tego dalej używamy podobnych symboli czy potrafimy rozpoznać przedstawione motywy. Największe wrażenie robi z pewnością baptysterium, sami spójrzcie.

Wstęp tutaj kosztuje 120 MKD (8,92 PLN) i jak najbardziej polecamy odwiedzenie tego miejsca. Co dziwne, na wejściu znajdują się obrotowe bramki, jednak większość osób omija je, nawet nie płacąc. Warto jednak podejść do okienka i wesprzeć finansowo to miejsce, w którym wciąż istnieją czynne stanowiska archeologiczne. Kobieta w kasie była, zdaje się, zaskoczona naszą uczciwością, ale przecież dla nas to niewielki wydatek, a dla nich spore wsparcie.

HERAKLEA LYNCESTIS

Dużo mniejsza względem Stobi, bo licząca jedynie 10 stanowisk i położona na znacznie mniejszym, skupionym terenie. Znajduje się na południowym zachodzie Macedonii w pobliżu miasta Bitola i została założona przez Filipa II Macedońskiego w IV w. p.n.e. Nazwano ją na cześć Heraklesa, co miało przywodzić na myśl zwycięstwo i chwałę. Tutaj również prócz rabunków kres miasta wyznaczyło trzęsienie ziemi, po którym mieszkańcy stopniowo zaczęli wyjeżdżać i szukać nowego miejsca do osiedlenia się.

Wśród najciekawszych zabytków znajdują się termy, bazyliki z dobrze zachowanymi mozaikami czy teatr. Ten odkryto stosunkowo późno, bo dopiero w XX w., a wskazówką nakierowującą na miejsce poszukiwań  była odnaleziona kostka pełniąca rolę biletów w czasach starożytnych. Dla mnie to w ogóle niesamowicie fascynujące, jak taki drobiazg mógł przyczynić się do takiego odkrycia. Teatr w głównej mierze pełnił scenę do walk gladiatorów, na miejscu znajdowały się trzy klatki ze zwierzętami i tunel, którego oba wyjścia możemy obserwować po dziś dzień.

To co na nas zrobiło też ogromne wrażenie, to system kanalizacyjny, który można dostrzec, idąc przez sam środek wykopalisk. Stawiając pierwsze kroki, ma się wrażenie, że przed wami rozciąga się dróżka wyłożona z kamieni, ale jeśli przyjrzycie się bliżej, to wyraźnie widzicie prześwity pomiędzy nimi i dziurę (rynnę), która znajduje się pod spodem. Cóż, na pewno był to jakiś sposób na odprowadzanie nieczystości z gospodarstw i zachowanie większej higieny, ale z drugiej strony wyobraźcie sobie, jaki w mieście musiał rozciągać się zapach…

To miejsce słynie także z mozaik – ta, która znajduje się w Wielkiej Bazylice, została nawet umieszczona na banknocie o nominale 5000 MKD.

Zwiedzanie kosztuje 60 MKD (4,46 PLN) i jest zupełnie swobodne – mam wrażenie, że moglibyście nawet chodzić po mozaikach i skakać po murkach, a nikt nie zwróciłby Wam uwagi. Oczywiście to nie powód, żeby tak robić, ale czasami ułatwiało np. robienie zdjęć, jeśli kogoś temat interesuje. Warto też zaopatrzyć się w dobre buty – na miejscu jest sporo roślin, które gubią takie jakby kolce czy szpiczaste rzepy, które wbijają się w podeszwy. Moje były zupełnie poszatkowane i pełne dziurem po odwiedzeniu tego miejsca, bo były za miękkie.

BARGALA

Bargala nie jest jakoś szczególnie polecana w Internecie, raczej ciężko znaleźć ją jako atrakcje wypisane na polskich stronach. Mimo tego pojechaliśmy, by przekonać się, z czym to się je i nasze uczucia były raczej… mieszane.

Miasteczko powstało mniej więcej w IV w. i znajduje się w okolicy Sztipu (Štip). Nie ma tam zbyt wiele do zobaczenia zarówno pod względem rozmiarów tego miejsca, jak i większych atrakcji, przez co wstęp jest darmowy. Oczywiście jest tu bazylika czy łaźnie, jednak brakuje jakichkolwiek informacji w postaci chociażby małych tabliczek, co jest czym. Nie ma też wytyczonej drogi do zwiedzania, co chyba niespecjalnie nikogo zaskakuje. Najciekawszym elementem zabudowań są potężne mury obronne – jeśli ktoś ma ochotę, może wejść na ich samą górę przy użyciu zachowanych schodków.

Powiem tak – jeśli ktoś jest fanem historii czy architektury, to i tak mu się tu spodoba, jednak dla każdego przeciętnego odwiedzającego, zwłaszcza jeśli zobaczył już dwie wymienione przez nas wcześniej pozycje, nie będzie to raczej nic ciekawego czy odkrywczego. Warto tu wstąpić, jeśli zwiedzamy coś w pobliżu, tak jak my to zrobiliśmy – w przeciwnym razie odradzam planowania wyjazdu specjalnie tutaj. Nas dodatkowo złapała ulewa, więc uciekaliśmy stamtąd dość szybko.

Są jednak pozytywne aspekty, na które udało mi się zwrócić uwagę. Na pewno monumentalne wejście w postaci łuku robi wrażenie. Na miejscu możemy zobaczyć ciekawie przebiegający proces niszczenia kolumn, które zmieniły kolor na różowy. Możemy odnaleźć też niewielkie pomieszczenie z piecem, gdzie po dziś dzień zachowały się zwęglone ślady po jego użytkownikach.

(ARHEO PARK GRADIŠTE) BRAZDA

Gdybym robiła ranking porażek i to nawet nie tylko w kwestii tego postu, a całości naszego wyjazdu do Macedonii, to byłoby moje TOP 1. Brazda znajduje się w okolicy Skopje, więc sąsiedztwo stolicy, a także wyniosła nazwa parku archeologicznego zachęciły nas do odwiedzenia tego miejsca, do którego prowadził dosłownie jeden drogowskaz.

Z tego co czytaliśmy, w tym miejscu odnaleziono ogromną płytę nagrobną, przykrywającą grób jakiegoś niegdyś żyjącego na tych terenach dygnitarza. Pod spodem znajdowała się komora uformowana z wielkich, ciosanych głazów, które transportowano w to miejsce ponad 20 km. Po takim opisie spodziewaliśmy się grobowca na miarę Aleksandra Macedońskiego, natomiast naszym oczom ukazało się to:

Na pytanie, czy znajduje się tam cokolwiek więcej – otóż nie, chyba że interesują Was ruiny znajdujące się niedaleko, gdzie prócz kilku ścian spryskanych sprayem, mnóstwa roztrzaskanego szkła i dość nieprzyjemnego zapachu, nie uświadczycie niczego. Jeśli więc kiedyś nazwa obije się o Wasze uszy, najlepiej to zignorować i darować sobie tę wątpliwą przyjemność.

SCUPI

To akurat coś, czego żałuję bardzo. Miasto są położone w bliskim sąsiedztwie Skopje –powstało ok II w. p.n.e. i również opustoszało po trzęsieniu ziemi w VI w. n.e. Wykopaliska są też jednymi z większych, choć może gorzej zachowanych niż Heraklea czy Stobi.  Niestety przyszło nam je oglądać wyłącznie zza krat. Teren ogrodzono i zamknięto na kłódkę, a kiedy zapytaliśmy ludzi mieszkających w pobliżu, kiedy zostanie ponownie otwarty dla turystów, stwierdzili, że nie wiedzą i że tak już jest od jakiegoś czasu. Prawdopodobnie więc COVID odcisnął tutaj swoje piętno i nie było nam dane zwiedzić tego miejsca, ale Wy jedźcie tam koniecznie, jeśli będziecie mieć okazję i dajcie nam znać, jak było!

PLAOŠNIK

Wykopaliska znajdujące się w samej Ochrydzie, o których pisałam TUTAJ. Znajduje się przy nich jedna z ciekawszych cerkwi Macedonii, którą możemy zwiedzić od środka. Znajdziemy tutaj dobrze zachowane kolumny z rzeźbieniami, chrzcielnicę, ruiny budowli wraz z łukami czy mozaiki na posadzkach. Co ciekawe, nad nimi powstaje cały kompleks budynków wyglądający jak hotel, pod którym dalej prowadzone są prace archeologiczne. Wstęp jest płatny: 50 MKD za bilet ulgowy/studencki (ok. 3,70 zł) i 100-200 MKD za osobę dorosłą (7,50-15 zł). Po więcej informacji zapraszam bezpośrednio przez link.

To wszystkie z wykopalisk, które udało nam się odwiedzić. Przyszedł więc czas na podsumowanie i rankingi dotyczące różnych aspektów zwiedzaniowych:

RANKINGI

RANKING 1 – WYKOPALISKA, KTÓRE OFERUJĄ NAJWIĘCEJ ZABYTKÓW/CIEKAWOSTEK DO ZOBACZENIA:

  1. Stobi
  2. Heraklea
  3. Plaośnik
  4. Bargala
  5. Brazda
  6. ??? Scupi ??? (prawdopodobnie uplasowałoby się na 1-2 miejscu)

RANKING 2 – NAJLEPSZY DOSTĘP DO INFORMACJI NA MIEJSCU

  1. Stobi
  2. Plaośnik
  3. Heraklea
  4. Brazda
  5. Bargala
  6. ??? Scupi ???

RANKING 3 – NAJWIĘKSZA SWOBODA ZWIEDZANIA

  1. Brazda/Bargala
  2. Heraklea
  3. Stobi
  4. Plaośnik
  5. ??? Scupi ??? (zapewne zbliżona do Stobi)

Z naszej strony to byłoby wszystko. Dajcie znać, czy kiedykolwiek odwiedziliście jakieś z tych miejsc albo czy mieliście je w planach. Czy zmieniliśmy odrobinę Wasze spojrzenia na nie? Trzymajcie się ciepło!