Malta cz.8 – Jak dostać się na Gozo, co zwiedzić oraz czemu warto sprawdzać informacje?

Informacje ogólne: Poniższy wpis zamyka naszą serię dotyczącą 9-ciu dni spędzonych na Malcie. Możesz czytać go oddzielnie, ale zapoznanie się z poprzednimi częściami na pewno wzbogaci Cię w wartościową wiedzę i pomoże przygotować się do samodzielnego wyjazdu. Dziś będę pisać wyłącznie o Gozo, czyli wyspie należącej do Malty – transporcie, zabytkach i wszelkich ciekawostkach popartych zdjęciami. Zapraszam na:

Gozo – Transport

Chcąc dostać się na Gozo z głównej części Malty, pierw musimy udać się do Cirkewwa Ferry Terminal, skąd odpływa prom. Na miejsce dojeżdża kilka linii autobusowych, no i oczywiście możemy pojechać też wypożyczonym samochodem, jeśli ktoś skorzystał z tej opcji. Niezależnie od powziętej decyzji, musimy uiścić tę samą opłatę, czyli 2,5 € łącznie w obie strony. Robimy to jednak dopiero opuszczając wyspę, dzięki czemu oszczędzamy nieco czasu i nie musimy dwa razy szukać kas. Całkiem dobrze pomyślane rozwiązanie, bo wiadomo, że każdy kiedyś przypłynie z powrotem – raczej mało będzie śmiałków, którzy udadzą się wpław na Maltę razem z meduzami i resztą wodnych stworzeń.

Prom odpływa bardzo często, średnio co pół godziny w dzień, w nocy co godzinę lub 45 minut. Na pokład najpierw wjeżdżają samochody i jest to o tyle wygodne, że nigdy nie trzeba manewrować tyłem, co zdarza się w przypadku niektórych portów, bo wyjazd znajduje się z obu stron promu. Dzięki temu nie musi on wykonywać tylu manewrów przy dobijaniu do brzegu i wszyscy są szczęśliwi. Ludzie wchodzą na samym końcu dokładnie tą samą drogą co pojazdy i przechodzą na pokład wyżej. Cały czas musimy mieć założoną maseczkę, przynajmniej na wejściu, bo później większość pasażerów siadała z dala od siebie i je zdejmowała. Rejs nie jest specjalnie długi, trwa około 20 minut. Za pierwszym razem jest fascynująco, bo zwiedzamy pokład, oglądamy widoki, ale każdy kolejny dość mocno się dłuży; zwłaszcza nocą, gdy zaczyna być chłodno od wiejącego wiatru, nie zdążyłeś doschnąć po kąpieli i poza światłami nie widać nic więcej.

W przypadku Gozo, przyznaję, własne auto jest na wagę złota. Oczywiście możemy sobie bez niego poradzić i absolutnie nie opłaca się wypożyczać go na jeden dzień, ale… komunikacja miejska pozostawia wiele do życzenia. Dobrze, że możemy wykorzystywać miejskie karty Tallinja Explore, o których pisałam TUTAJ, a nie dodatkowo płacić za bilety, ale to chyba jedyna zaleta. Linii autobusowych jest mało i czasami, zależnie od tego, gdzie się udamy, musimy czekać na transport przez dobrą godzinę. Nie ma też często połączeń bezpośrednich tam, gdzie chcemy się dostać, więc konieczne jest przejście przynajmniej pół godziny na pieszo lub decydowanie się na przesiadki, które zazwyczaj są zupełnie niezsynchronizowane. Wracając z północy Gozo do naszego apartamentu niemalże na samej północy Malty, zajmowało nam to około 2,5 godziny. Jazda autobusem – czekanie – przesiadka na drugi autobus – czekanie – płynięcie promem – czekanie – przesiadka na autobus – pójście do domu. Spokojnie traciliśmy ponad godzinę na nic nierobieniu, a mimo tego na Gozo pojawiliśmy się dwa razy. Wydaje mi się, że to taka optymalna ilość, żeby pozwiedzać i wykąpać się w nietrywialnym miejscu.

Gozo – Zwiedzanie

Wychodząc na ulicę, dostrzegamy pełno kościołów i kopuł na horyzoncie. Część z nich mieliśmy na swojej liście podróżniczej, więc sprawdziliśmy, jak się do nich dostać, natomiast resztę odwiedzaliśmy na zasadzie wsiadania w autobus i wysiadania z niego wtedy, gdy wydaje nam się, że zabytek jest najbliżej. Wysepka jest na tyle niewielka, że nie wychodzi to nawet najgorzej.

Pierwszy w kolejności był Ghajnsielem Parish Church, który okazał się najładniejszy ze wszystkich widzianych do tej pory, mimo trwających prac remontowych. Piękny, wysoki kościół otoczony palmami i rozciągającymi się wokół ogrodami.

Warto przejść się też po samej okolicy, bo Gozo to naprawdę zadbana i ozdobna wyspa (przynajmniej w większości miejsc). Wydawało nam się, że spora część dzielnic jest raczej bogatsza, na fasadach większości domów znajdowały się na przykład różnorodne rzeźby. Większość z nich była jednak dosyć szpetna i niespecjalnie realistyczna. Każdy balkonik miał mnóstwo dekoracji, zakręcane kolumny, a wszystko to uzupełniały rozkwitające rośliny. Bardzo ładny widok.

Na Gozo znajduje się również miasto Rabat (inaczej zwane Victorią), czyli miasto o dokładnie takiej samej nazwie jak to na głównej wyspie Malty. Wysiadając tam, jako pierwszy naszym oczom ukazuje się park i bardzo ciekawa rzeźba dziewczynki biegnącej za ptakami. Co niestety psuje scenerię, to mnóstwo śmieci – papierów, siatek, plastikowych kubków i butelek. Mimo tego ludzie zbierają się tu tłumnie całymi grupami i bez wątpienia jest to jedno z bardziej znanych miejsc na spotkania towarzyskie.

Na miejscu udaliśmy się na cytadelę (Cittadella), gdzie wstęp kosztuje 5 €. Panie w kasie są jednakże tak zagadane, że nie zdziwiłoby mnie, jakby dało się koło nich przejść za darmo, chociaż to nieładnie. 😉 Budowla została wstępnie wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a jej mury wstępnie pełniły funkcję obronną przed piratami napadającymi miasto, by zdobyć niewolników. W środku oprócz licznych kościołów i kaplic możemy zobaczyć również budynek sądów, starego więzienia czy muzeum archeologii lub folkloru. Wybór jest duży, a to, co urzeka najbardziej, to przede wszystkim spacer po murach i widok na panoramę miasta. Istotnym elementem do zobaczenia jest również Katedra Wniebowzięcia NMP, gdzie przed wejściem znajdują się dwa pomniki – Jana Pawła II oraz ojca Pio.

Obiektami, których z różnych względów nie odwiedziliśmy, a które Wam polecamy do wpisania na listy podróżnicze, są na pewno Salt Pans, czyli pola solne znajdujące się na północy wyspy. Możecie je znaleźć również w wielu miejscach na głównej Malcie, dlatego my odpuściliśmy, ale ponoć widoki są piękne, zwłaszcza o wschodzie i zachodzie słońca. Więcej o nich rozpisywałam się TUTAJ.

Drugą taką atrakcją jest Ninu’s Cave – nigdy nie potrafiliśmy wstrzelić się w godziny otwarcia i dobrze trafić na autobus. To dość ciekawa rozrywka, raczej nietypowa jak na Maltę. Możemy bowiem zobaczyć jaskinie, gdzie wszystkie formacje typu stalagmity, stalagnaty powstały z wapienia koralowego. Niektóre z nich są ponoć półprzezroczyste. Zwiedzamy tak naprawdę tylko jedną dużą komorę, sztucznie oświetloną, ale patrząc po zdjęciach, jest raczej warta zobaczenia. Dajcie znać, jeśli się Wam uda i podzielcie się opinią zwłaszcza w kwestii ceny – tej nie dałam rady znaleźć w internecie.

Trzecia atrakcja to stara przepompownia Imgarr ix-Xini Pumping Station – tam z kolei odstraszył nas upał i bardzo długie podejście. Atrakcja znajduje się na południu Gozo i możemy podjechać do niej autobusem, ale tylko kawałek. Przed nami 2 km zapewne niezbyt przyjemnej drogi w upale, a po naszych przygodach z Dwellingami nie mieliśmy ochotę na powtórkę z rozrywki. Tu również proszę o krótki komentarz z Waszej strony.

Fenomen Lazurowego Okna

Z czego ja najbardziej zapamiętałam Gozo? Przede wszystkim z Lazurowego Okna, czyli ogromnej, naturalnej formacji skalnej, przez którą mogliśmy oglądać morze. Stała się tłem dla takich produkcji filmowych jak Gra o Tron czy Hrabia Monte Christo. Nie wiem, czy wiecie, ale ta atrakcja widnieje na wszystkich plakatach reklamujących wyspę, jest wystrojem niejednej restauracji i niemalże jako pierwsza pojawia się na mapkach Google. Pojechaliśmy więc zobaczyć, o co tyle zachodu, nastawiliśmy nawet nawigację i nic. Idziemy, idziemy, a śladu nie widać. W końcu natrafiliśmy na foodtruck i pytamy mężczyznę, który ma za sobą plakat z Lazurowym Oknem, czy wie, w którym kierunku mamy iść. On za to patrzy na nas, pokazuje za swoje plecy i mówi: „To? A to runęło już ze trzy lata temu!”

I rzeczywiście, dopiero w tamtym momencie sprawdziliśmy informacje na ten temat. Generalnie nie wpadliśmy na to wcześniej, bo przecież ani nie trzeba na to biletów, ani obiekt się nie zamyka. Przyjęliśmy za pewnik, że skoro obiekt jest taki rozsławiony, to na pewno będzie istnieć! W tym wypadku zdziwiło mnie jednak, jak Maltańczycy potrafili rozkręcić turystykę i reklamę wokół czegoś, czego tak naprawdę nie ma, a z drugiej strony nie wykorzystują zasobów, które wystarczyłoby nieco odnowić i rozsławić, by stały się symbolem wyspy, o czym wspominałam już w przypadku TEGO wpisu o Selmun Palace. Naprawdę niewiarygodne.

Ciekawostką jest to, że powstały nawet plany odbudowy Lazurowego Okna przez rosyjskiego architekta Swetozara Andriejewa. Kiedy jednak zobaczyliśmy proponowane rozwiązanie na zdjęciu, aż się skrzywiliśmy. Zamiast ogromnego bloku skalnego, który się zawalił, miałaby powstać stalowa, duża konstrukcja, która nie pasuje niemalże do niczego. Byłaby czymś na wzór wieżowca z pięcioma piętrami i dużą powierzchnią dla sali konferencyjnych. Co prawda lokalsom pomysł się spodobał, ale na całe szczęście nie wszedł w życie (póki co).

Czy żałujemy tego, że pojechaliśmy? A skąd! Spacer był piękny – z widokiem na klify i ze wspinaczką po wapiennych skałach. Świetne miejsce na bouldering, zresztą Malta w ogóle obfituje w wiele lokalizacji, które mogłyby okazać się rajem dla wspinaczy. Chodziliśmy więc, obserwowaliśmy gromadzącą się na brzegu sól i chodzące kraby, w sumie szybko zapominając o niezbyt wielkim rozczarowaniu. Zresztą dzięki niemu natrafiliśmy na lokalizację, którą pokochałam najmocniej z całego pobytu, a mianowicie Inland Sea. Generalnie to po prostu zatoka, do której woda dostaje się wąskim, kamiennym korytarzem, dzięki czemu woda jest niesamowicie ciepła. Wszystko to otaczają wysokie skały, z których skaczą ludzie, tłumów nie ma prawie wcale, możemy spędzić pół dnia, obserwując żyjątka w skałach czy nawet wykupić rejs łódką. O pięknie tego miejsca rozpisywałam się przy okazji TEGO wpisu, koniecznie musisz zajrzeć!

Ceny na Gozo

Czy na Gozo rzeczywiście ceny są dużo niższe niż na Malcie? Jeśli chodzi o pizzę, to tak, ale nie zauważyliśmy tego w żadnej innej kwestii. Być może to zasługa pandemii i chęci zarobku, a być może te czasy już ogólnie przeminęły. My ze swojej strony na pewno nie polecamy noclegów na wyspie – opłaca się odwiedzić ją raz lub dwa, ale nie więcej, bo po prostu nie będziecie mieli co robić i każdy dzień zaczniecie od wyklinania na transport. Nie wyobrażam sobie czerpania przyjemności z przeprawy pomiędzy Gozo, a na przykład Vallettą. Wyspę można odwiedzić całkowicie za bezcen, udając się tylko na bezpłatne atrakcje i podziwiając architekturę czy znajdując piękne miejsca do kąpieli. Świetna opcja zwłaszcza już pod koniec wyjazdu – my ten zakątek wspominamy bardzo dobrze.

Z mojej strony to już wszystko na dziś. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do odwiedzenia Gozo i przekazałam kilka interesujących informacji. Tym akcentem równocześnie kończę serię maltańskich wpisów i liczę, że to, czego się z nich dowiedzieliście, zaowocuje wyjazdem w przyszłości i okaże się dla Was cennymi wskazówkami. Dołożyłam wszelkich starań, by jak najlepiej nakreślić dla Was obraz wyspy, a nawet wysp – czekam teraz na Wasze spostrzeżenia i relacje. Zapraszam do wysyłania zdjęć, komentarzy i odnalezieniu mnie zarówno na Instagramie, jak i fanpage’u na Facebooku. Do zobaczenia!

Malta cz.7 – Zwiedzamy stolice: Vallettę oraz Mdinę

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-ciodniowej podróży na Maltę. Możesz czytać go oddzielnie, ale na pewno bardzo pomoże Ci zapoznanie się z poprzednimi częściami, by nie stracić żadnego kontekstu. Dziś opowiem parę słów o stolicy wyspy, jaką jest Valletta, a także byłej stolicy, czyli Mdinie – nie zabraknie też wielu zdjęć czy ciekawostek. Zapraszam na:

Kilka faktów o Valletcie

Jeśli planujecie podróż do Valletty, to zalecałabym zarezerwować sobie na nią cały dzień. Wystarczy wtedy czasu na zwiedzanie, zjedzenie jakiejś przekąski i kąpiel w morzu, która w godzinach południowych okazuje się niemalże zbawieniem. Co na pewno jest dużym plusem, to że nie musicie martwić się zbytnio o transport, niezależnie w której części wyspy macie zakwaterowanie. Autobusów, których końcowy przystanek mieści się właśnie w Valletcie, jest akurat najwięcej i kursują stosunkowo często. Zatrzymują się zaraz obok ogromnej fontanny Trytona usytuowanej na wprost wejścia do zabytkowej, starszej części miasta.

Zanim jednak przejdziemy do bodźców widokowych, na które natkniecie się zaraz po przejściu za wysoki mur, warto wspomnieć kilka słów o samym mieście. Nie jest to pierwsza stolica Malty – przed nią była jeszcze Mdina – ale za to najdalej wysunięta na południe Europy i najbardziej słoneczna. Liczy sobie 320 zabytków, dzięki którym w całości została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Mieszka tu również większość Maltańczyków, przez co Valettę nazywa się często Wielkim Miastem (3300 osób na km2, choć nie jest to tak zauważalne). To właśnie tutaj znajduje się szpital z jedną z największych sali w całej Europie, a także jeden z trzech najstarszych teatrów na świecie.

Valletta wizualnie

Na głównym placu naszym oczom ukazuje się natychmiast mnóstwo budynków: Muzeum Archeologiczne, Bank Centralny Malty, Centrum Sztuki, opera, muzea sztuki, kina i teatry. Co kilka metrów w ciasnych uliczkach zwieszają się jaskrawoczerwone gobeliny z wizerunkami świętych. Przed naszym przyjazdem dodatkowo odbył się na miejscu festiwal lata, Maltańczycy świętowali także 26-te zwycięstwo swojej drużyny piłki nożnej w ligowych rozrywkach. Z tego powodu wszędzie pojawiały się zielone girlandy, wielkie gwiazdy na fasadach kamienic czy flagi. To pogłębiło wrażenie przepychu, ale też stanowiło nietypowe dla nas urozmaicenie.

Co bardzo typowe dla stolicy, to że wszystko jest żółte. Głównym budulcem używanym na wyspie jest oczywiście piaskowiec, ale też na przykład wapień – w każdym razie gdziekolwiek byśmy się nie udali, wszystko wygląda dość jednolicie. To, co przeważnie wyróżnia budynki, to przede wszystkim kolorowe drzwi, wymyślne gałki czy klamki przy nich oraz zabudowane, różnobarwne balkoniki. Zazwyczaj wykonuje się je z drewna i stanowią niejako symbol wyspy – można znaleźć je wszędzie, chociaż w Valletcie spotkamy ich najwięcej. Akurat mnie straszliwie urzekły, wyglądają po prostu pięknie i sprawiają, że nasze oczy nigdy się nie nudzą. Prawdopodobnie zachwyt jest zasadny, ale patrząc na nie tylko i wyłącznie z zewnątrz. Kilkukrotnie udało nam się dojrzeć coś w środku przez uchylone okienka i przeważnie było to pranie, schodząca płatami farba ze ścian i jakieś stare pudła czy kartony.

Na wejściu zobaczymy też kilka wysokich, żółtych kolumn w stylu korynckim, które na moment przeniosą nas myślami do Grecji. Między nimi utworzono plac ze sceną, ale akurat podczas naszego pobytu było tam rozstawionych pełno rusztowań i nie zapowiadało się, by miały prędko zniknąć. Zaraz obok znajduje się nietypowa ściana pamiątkowa, która odrobinę wygląda jak postawione pionowo liczydło. Zamiast koralików dostrzeżemy kostki – możemy je obracać, a na każdej stronie widnieje naklejka bądź podpis odwiedzającego.

Przechadzając się przy głównej ulicy Republiki, napotkamy też wiele historycznych postaci – nie będzie to jednak odległa podróż w czasie, bo przeważnie dostrzega się jednak pomniki ministrów czy prezydentów, którzy swoje rządy sprawowali jeszcze całkiem do niedawna. Najstarszą figurą jest oczywiście Jean de la Vallette, założyciel miasta i wielki mistrz zakonu Joannitów. Część swego życia spędził w niewoli, mówiono też, że „bardzo sprawnie radził sobie z tymi, którzy sprzeciwiali się płaceniu wysokich podatków, które ustanowił”. Zapewne za życia nie znosił sprzeciwu i odznaczał się surowością, ale to właśnie dzięki temu obronił Maltę w czteromiesięcznym oblężeniu przez Turków w XVI wieku, a jego zakon rozpoznawano w całym chrześcijańskim świecie. Ponoć nie można mu odmówić miana wybitnego stratega i poligloty.

Jeśli mówimy już o wybitnych jednostkach, to podczas wizyty w Valletcie nie można przegapić Pałacu Wielkiego Mistrza, gdzie stacjonuje prezydent wyspy. Można obejrzeć go od środka w każdy dzień tygodnia, chyba że na miejscu odbywają się akurat obrady lub różnego rodzaju uroczystości.

Ulice miasta są stworzone na włoską modłę – ciasne, prostopadłe do siebie, mało otwartych przestrzeni. Między kamienicami rozwieszone są lampki i żyrandole oświetlające miejsca przeznaczone na restauracje czy kawiarnie, które często znajdują się na różnej wysokości nad poziomem morza. Ludzie siadają na przykład na poduszkach czy schodkach, a z racji tego, że wszystkie zabudowania biegną z góry do dołu, a nie są rozmieszczone płasko, miejsca te stają się bardzo ciekawym spotem na zdjęcia.

Ciekawostką wartą podkreślenia jest to, że ściany budynków na Malcie są naprawdę cienkie, co widzieliśmy podczas prac nad jedną z kamienic. Skutkuje to tym, że wewnątrz nich nie ma nawet miejsca na poprowadzenie rur od kanalizacji, dlatego większość z nich znajduje się na fasadzie tak, że wszyscy mogą je widzieć. Jest to jednak uciążliwe rozwiązanie zwłaszcza ze względu na hałas – przy otwartym oknie spływająca woda brzmi tak, jakby wlewała się prosto do twojego pokoju. Doświadczyliśmy tego w naszym apartamencie i choć da się do tego przywyknąć, to pierwsze noce są dość przerażające. Ma się wrażenie, że jakiś mały potoczek zalewa właśnie wszystkie twoje rzeczy.

W Valletcie znajduje się również pełno figur świętych czy kościołów, o czym wspominałam już przy okazji poprzednich wpisów. Tutaj jednak nie są one przeważnie wolnostojące, raczej stanowią część istniejących już zabudowań i można wejść do nich tylko od strony głównych drzwi. Zdarza się więc, że mieszkańcy kamienic dzielą jedną ścianę z budynkami sakralnymi i nikomu zdaje się to nie przeszkadzać.

Większość miasta dookoła otacza mur. Niekiedy widoki są dość zabawne, bo na przykład część schodów prowadzących na górę uległa już zniszczeniu i możemy zobaczyć je dopiero na wysokości np. trzech metrów, jakby prowadziły tylko i wyłącznie w ścianę.

Jedzenie w Valletcie

Rzadko spotkamy szerokie, wolne przestrzenie. Przeważnie, gdy już się taka znajdzie, zajmują ją restauracje, których właściciele ustawiają stoliki i parasolki na zewnątrz dość ciasno, by pomieścić jak najwięcej gości. Pewnie spodziewacie się, że ceny są zatrważające dokładnie tak jak w każdej stolicy, ale o dziwo nie ma tragedii. Gdzieniegdzie nie widać dużych różnic w porównaniu z resztą wyspy, czasem to kwestia 1-2 €. Co więcej – nam udało się trafić na popołudniową przekąskę właśnie tutaj znacznie taniej. Zjedliśmy timpanę za 2 €, o czym rozpisałam się szerzej w TYM wpisie. Generalnie opłaca się jeść koło godziny 17.00 w piekarniach (ok. godziny przed ich zamknięciem), gdzie stoją domowe posiłki, a sprzedawca odgrzewa je w mikrofalówce lub piekarniku. Wtedy często ceny spadają o połowę, bo każdy chce zejść z końcówek towaru i nie być zmuszonym do tego, by je wyrzucać. Okazje się trafiają, wystarczy tylko dobrze poszukać.

Plaża i zabytki obok

Jak już wspominałam, koło południa, gdy słońce uniemożliwia zwiedzanie, a my nie mamy ochoty na zaszycie się w kawiarni, warto udać się na jedyną, maleńką plażę w zasięgu wzroku, czyli Wuestenwinds Beach, o której szerzej pisałam TUTAJ. Kamienista jak większość na Malcie, ale mamy specjalne zejście z drabinką do morza, no i możemy pooglądać murale na ścianach.

Stamtąd mamy niedaleko do dzwonnicy znajdującej się w Dolnych Ogrodach Barakka, skąd rozciąga się doskonały widok na falochron. Zabytek stanowi upamiętnienie 7 tys. ofiar służb maltańskich podczas oblężenia, gdzie znaczącą rolę odgrywał la Vallette. Znajdziecie tutaj dodatkowo sześć tablic dotyczących wielu istotnych wydarzeń takich jak węgierska rewolucja czy praska wiosna.

Miasto roztacza wokół siebie bardzo przyjemną aurę, każda uliczka wydaje się na swój sposób piękna, mimo że większość z nich jest podobna. Łatwo się w nich zgubić, ale co jakiś czas natrafiamy na tabliczki informacyjne, które wskazują nam drogę do zabytków i nasze aktualne miejsce pobytu. W wyniku tego przechodzimy miasto w górę i w dół kilka razy, żeby wyłapać te co ciekawsze architektoniczne cuda.

Kilka faktów o Mdinie

Tutaj pewnie w wielu głowach rodzi się pytanie – czy jeśli widziałem już Vallettę, to opłaca mi się jechać do Mdiny, poprzedniej stolicy, czy też znowu będę oglądać to samo? Otóż tak, jak najbardziej, zwłaszcza że te dwa miasta zupełnie do siebie nie przystają. Valletta jest ogromna, przepełniona, głośna i niemalże oblężona przez zabytki. Mdina jest znacznie mniejsza, spokojniejsza i nie aż tak żółta – bardziej wąska, kamienna i cicha. Nie bez powodu nazywa się ją Silent City. Wpływają na to nie tylko mniejsze ilości turystów i knajp, ale także zakaz wjeżdżania na jej teren jakichkolwiek innych samochodów poza tymi, które należą do mieszkańców (no i oczywiście służb ratunkowych, dostawczaków i tego typu kołowców). Czy to sprawdza się w praktyce? Tak, chociaż ciągle słychać jakieś rozmowy albo dźwięki z oddali. My mieliśmy jeszcze pecha, bo przez pierwszą godzinę zwiedzania wdychaliśmy woń szambiarki, która akurat zajechała na miejsce.

Obecnie w tym mieście na stałe zameldowanych jest niespełna 300 osób – aż nie mieści się w głowie, że kiedyś uważano je za główny ośrodek życia. Powstało jeszcze za czasów średniowiecza i mieści się mniej więcej w środku wyspy, więc niestety nie mamy możliwości się wykąpać. To ponoć tutaj przebywał św. Paweł zaraz po tym, jak jego statek rozbił się w pobliżu wyspy. Wbrew bredniom, które powtarza część Polaków (spotkaliśmy takich po drodze), Mdina nie jest starą częścią miasta Rabat. To prawda, Rabat otacza Mdinę murami, ale to dwie oddzielne jednostki terytorialne, mimo że znajdują się bardzo blisko siebie i dochodzi się do nich z jednego przystanku autobusowego o nazwie Rabat. Większość Mdiny oraz jej zabytków musiała zostać odbudowana w XVII wieku po ogromnym trzęsieniu ziemi. Obecnie jedyna działająca na miejscu kawiarnia w dobie koronawirusa jest prowadzona przez Duńczyków, obsługa raczej mocno chłodna, znudzona tym, że w ogóle musi kogoś oglądać na oczy, a większość rzeczy przynosi do stolika dopiero wtedy, kiedy prosi się o każdą z osobna (kawa, lód do kawy, słomka, cukier).

Do Silent City wchodzimy przez główną, zabytkową bramę. Uliczki są jeszcze węższe niż w przypadku Valletty, ale wciąż dostrzegamy zabudowane balkoniki, kolorowe drzwi i gałki w kształcie delfinów czy innych stworzeń (swoją drogą to właśnie tam odkryliśmy ich cenę – ok. 60-120 € za jeden uchwyt!). Co jednak urzeka najbardziej, to roślinność. Nie ma jej straszliwie dużo, ale jeśli już pojawią się jakieś pnącza i kwiaty, to rozkwitają bardzo gęsto i pięknie, kontrastując z resztą zabudowy. Mówię tu zwłaszcza o bugenwillach w kolorach intensywnego różu lub fioletu – dosłownie każdy chciał mieć z nimi zdjęcie, nawet grupa obcych pięciu mężczyzn, którzy podróżowali razem i z którymi zamieniliśmy na miejscu parę zdań. Oni zrobili sesję nam, my im i trochę się pośmialiśmy.

Uliczek jest mnóstwo, łatwo się zgubić i stracić orientację, gdzie się już było, a gdzie niekoniecznie. Gdy wyjdziemy przed szereg zabudowań, na horyzoncie widać morze i możemy skorzystać z powiększającej lunety. Stoją ich dwa rodzaje i choć obie podpisano jako płatne, tak naprawdę z jednej możemy korzystać za darmo.

Z odpłatnych atrakcji możemy udać się do katakumb św. Pawła i św. Agaty, oba obiekty znajdują się w Rabacie i trzeba zapłacić za nie osobno po 5 €. My nie skorzystaliśmy, ale warto wspomnieć, że taka opcja istnieje właśnie tutaj. Tutaj jeszcze kilka ujęć z samego miasta, by przekonać Was, do dłuższego spaceru.

Na dziś to już tyle z mojej strony. Serdecznie zapraszam do udania się do obu maltańskich stolic i samodzielnego porównania. Być może wielu z Was to właśnie Mdina będzie bliższa, kto wie? Dajcie znać, które miasto wydaje Wam się ciekawsze. W następnym, już ostatnim wpisie, skupimy się na Gozo, czyli wyspie należącej do Malty. Opowiemy o miejscach wartych zobaczenia, a także pewnych innościach, które dało się dostrzec w tej części kraju. A w ramach czekania serdecznie zapraszam na mojego Instagrama czy fanpage’a na Facebooku, odnośniki po prawej stronie na górze! 😉

Malta cz.6 – Jakie darmowe zabytki warto zobaczyć, a których lepiej unikać?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-ciodniowej podróży na Maltę. Możesz czytać go oddzielnie, ale zapoznanie się z poprzednimi wpisami na pewno wzbogaci Twoją wiedzę. Dziś dowiesz się o kilku bezpłatnych atrakcjach i wartościowych miejscach na wyspie, które na pewno urozmaicą Twój pobyt, jeśli już zdecydujesz się na ten kierunek. Nie zabraknie też rozczarowań, których dzięki nam będziecie w stanie uniknąć. Zapraszam na:

Wieża św. Agaty

Zaznaczę najpierw, że do tego miejsca warto udać się pod wieczór (ale tak, by było widno), kiedy słońce aż tak bardzo nie daje się we znaki. Podróżując komunikacją miejską, z przystanku musimy przejść jeszcze 600 m – nie jest to dużo, ale fakt faktem maszerujemy pod górę i temperatura daje się we znaki. Droga kręta, chodniczek wąski, ale w gruncie rzeczy sama przeprawa nie okazała się tak uciążliwa. W każdym razie widok jest warty zachodu. Obiekt można zwiedzać od środka, ale ta opcja raczej nie cieszy się dużą popularnością, bo główna atrakcja znajduje się tak naprawdę na zewnątrz. Dlaczego?

Wieża św. Agaty nazywana jest inaczej Czerwoną Wieżą i nie bez powodu, bo właśnie na taki kolor pomalowane są jej mury. I nie jest to wcale ceglany odcień, a raczej nasycony czy nawet wściekły, co czyni budowlę widoczną już z bardzo daleka. Obiekt powstał w celach obronnych, co nie stanowi zbyt wielkiego zaskoczenia, zważając na jego usytuowanie i grube mury. Mieścił w sobie zapasy amunicji i żywności tak duże, że wystarczyłyby na ok. 40 dni, a także odegrał istotną rolę w czasie II wojny światowej podczas panowania brytyjskiego. Dziś bardzo się wyróżnia, ale w czasach powstawania był jedną z wielu identycznych fortyfikacji, które stawiono w taki sposób, by zawsze któraś z nich znajdowała się w zasięgu wzroku. Większość z tego, co maluje się przed oczami, to efekt odbudowy i renowacji, w środku zachowały się jedynie elementy oryginalnej posadzki.

Wieża stanowi ciekawy widok – nie powiem, że powalający, ale drugiej takiej szybko nie znajdziecie, więc z racji tego warto ujrzeć ją na żywo. Ze szczytu jej schodów roztacza się piękny widok na okolicę – morze, klify, rozlewisko oraz całą dzielnicę Bugibby.

Parish Church of Melieha

W tytule zaznaczyłam „Melieha”, jednak warto wiedzieć, że na wyspie znajduje się przynajmniej 15 i więcej kościołów opatrzonych tą nazwą. Śmialiśmy się, że widząc 2-3 z nich, to jakby widziało się już wszystkie i nie jest to dalekie od prawdy. Wszystkie są zachowane w dokładnie tym samym stylu, a i ogólnym wyglądem niewiele od siebie odbiegają – kształt, budulec i sposób zdobienia pozostaje niezmieniony, mogą jedynie zmieniać się miejsca ich usytuowania czy rozmieszczenia figur świętych. Pozwolę sobie opisać tylko jeden kościół, zwłaszcza że znajduje się wokół niego kilka ciekawych elementów, o których warto napomnieć.

Kamień do utworzenia budynku pozyskano w całości z kamieniołomów znajdujących się na wyspie, natomiast dzwony przetransportowano z samego Mediolanu. W pracę byli zaangażowani przede wszystkim miejscowi chłopi, którym zależało na bliższej obecności jakiegokolwiek miejsca sakralnego. Zaraz obok jesteśmy w stanie dostrzec tabliczkę tuż nad jednym z wąskich przejść, informującą, że w czasie II wojny światowej znajdowały się tam schrony – niestety dziś nie sposób wejść do środka. Ściany przed wejściem zdobi parę murali – z wizerunkiem Matki Boskiej, ale także bardziej przyziemne, wykonane trójwymiarowo.

Zanim przekroczymy bramę, mijamy podświetlaną fontannę i restaurację. Zaraz potem widzimy małą scenę, a także plac z rozkwitającymi na drzewach kwiatami. To też bardzo dobre miejsce na zdjęcie pamiątkowe w wyciętych oknach, z widokiem na całe miasto. Widząc kościół po raz pierwszy, na pewno robi wrażenie, jest bardzo przemyślany i po prostu cieszy oko. Gwarantuję, że na każdy kolejny zwraca się uwagę już znacznie mniej. :p Co natomiast ciekawe, choć… dość tandetne – na tego typu budowlach znajduje się zawsze oświetlenie nocne w postaci żarówek. Nie są to jednak zwykłe żarówki rzucające żółte lub białe światło, by podświetlić fasady i uczynić z nich jedyne miejsca widoczne po zmroku na horyzoncie, co widać na przykładzie Gozo, gdy odpływamy z wyspy promem. Nie – w większości przypadków żarówki są różnokolorowe: czerwone, zielone, przez co mamy wrażenie, że oglądamy choinkę przystrojoną na święta.

Ancient Cave Dwelling

Jeśli jest coś, czego żałuję najbardziej z całego wyjazdu, to właśnie tej atrakcji. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie przy niej nie być, bo teraz stanowi w relacji mojej i Szymona swoisty mem. „Idziemy oglądać dłelingi” stało się w naszym języku czymś, co zastępuje takie zdania jak: „Ale to będzie chała” lub „No to zapowiada się świetna zabawa/…”. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że nasze mózgi dały się oszukać magii zdjęć.

Generalnie swego czasu, kiedy przeglądaliście fotki na Google Maps z tej lokalizacji, dało się odnieść wrażenie, że idziemy zobaczyć jakąś ogromną skałę z wydrążonymi tunelami. Ba, to było jedno z pierwszych miejsc, które ochoczo wpisałam na naszą listę podróżniczą, a Szymon dodatkowo wsparł tę decyzję swoim entuzjazmem. I co?

Wybraliśmy się tam w jeden z pierwszych dni, upał jak cholera. Nawigacja pokazuje, że do przejścia po opuszczeniu autobusu zostaje nam 160 m, więc kto by się tam przejmował, że grzeje słońce. Trasa krótka, to i po co brać wygodne buty, skoro można iść w klapkach (do dziś została mi dziura w stopie po tej wyprawie). I rzeczywiście – po 160 m dochodzimy do celu, czyli do głównej drogi, którą mamy iść i która liczy sobie, wydawałoby się, jeszcze chyba jakieś 2749 kilometrów przez kamienie i nierówności. Pocimy się jak prosiaki, ale docieramy do pierwszej części rozrywki, czyli uli, które powstały gdzieś w czasach średniowiecza. Widzimy rzeczywiście otwory w skale, wygląda to nawet ciekawie. I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że łaziliśmy chyba jeszcze z półtorej godziny, a pozostałości po pracy pszczół okazały się najciekawszą rzeczą na trasie.

Kilka metrów dalej znajduje się jaskinia – dawne miejsce pochówku. Jeszcze dalej dwie niezidentyfikowane dziury w ziemi, którym zrobiliśmy zdjęcie, bo nic nie stanowiło ciekawszego obiektu. Dalej chata farmera, która wygląda po prostu jak nie do końca wybudowany prostokąt. I tyle. Chodziliśmy zdziwieni, szukając tej ogromnej skały z wydrążeniami i wiecie co? Ktoś po prostu wykonał zdjęcie z zoomem tych uli z samego początku, a wyglądało to na nie wiadomo jaką atrakcję. Generalnie nie wspomnę, jaki bitch face malował się wtedy na mojej twarzy, ale wspominać to będziemy chyba do końca życia.

Jedyną ciekawostką, jaką mogę Wam sprzedać, jest to, że po drodze zobaczycie dużo roślin, których nigdy nie ujrzycie w Polsce. Niestety ich owoce dojrzewają dopiero na przełomie sierpnia/września, więc nie mogliśmy zerwać ich od tak. Mówię tutaj o opuncjach, czyli takich kolczastych kulkach wyrastających na kaktusach. Na zdjęciu są zielone, ale w chwili dojrzałości przybierają czerwono-różowy odcień. Jedliśmy je kiedyś przy okazji pobytu we Włoszech czy Hiszpanii, raz nawet podarował nam je ratownik na plaży, mówiąc, że jestem uroczym dzieckiem (bo wtedy miałam może jakieś osiem lat i jeszcze byłam urocza). Smak jest bardzo, ale to bardzo słodki – dość specyficzny, ale na przykład mój wujek się tym zajadał. Trzeba jednak uważać, żeby nie pokaleczyć sobie palców, bo nawet w dobrze obranych owocach zostają malutkie igiełki, które wbijają się w opuszki.

Na miejscu spotkaliśmy też najstarsze drzewo maltańskie (ponad 1000 lat), na którym kwitł chlebek świętojański. Wygląda to trochę jak duża, długa fasola. Wyjada się oczywiście środek, który nawet teraz, będąc jeszcze twardym, bardzo ładnie pachniał. Ten owoc również bardzo często można spotkać w Hiszpanii.

Tylko raz natomiast natrafiliśmy na figi oraz oliwki, będąc w Sliemie, czy winogrona w Mdinie. Oczywiście mówimy już o tych dojrzałych, a nie o samych winnicach, których na wyspie można dostrzec dość dużo jak na panujący tam nieurodzaj i spaloną trawę.

Selmun Palace

To również miejsce, które polecam raczej na wieczór. Od przystanku czeka nas podejście ok. 1 km pod górę – w pewnym momencie chodnik zanika, idziemy asfaltem bez żadnego cienia, na pełnym słońcu. Nachylenie co prawda nie jest ogromne, ale trzeba troszkę wysiłku włożyć. Czy chociaż warto? Generalnie tak, ale mam nieco mieszane uczucia wobec tego zabytku. Wydaje mi się, że został nieco skazany na zapomnienie i mało kto się nim interesuje – zachowaniem porządku zarówno na terenie obiektu, jak i jego otoczenia. Wejść do środka nie możemy, bo odgradza nas szlaban, ponadto w środku, już na placyku, wala się pełno jakichś papierów, szmat i tak dalej. Sama budowla odstaje nieco wyglądem od innych i chociaż w ramach urozmaicenia warto uwzględnić ją na liście podczas wyprawy, aczkolwiek mówię, brakuje rozmachu: porządku, jakiejś maleńkiej kawiarenki obok, jakiejkolwiek reklamy. Co prawda do roku 2011 funkcjonował obok hotel, gdzie odbywały się wesela, ale został zamknięty nie tyle ze względu na małe przychody, co na zupełnie inną politykę restrukturyzacyjną przyjętą przez rząd.

Pałac w okresie swojego „życia” miał wiele przeznaczeń, służył na przykład jako miejsce spotkań dla polujących na króliki. W czasie powstania przeciwko Francuzom wykorzystywano go jako szpital dla marynarzy, długo służył też za miejsce obserwacyjne. Do dziś jednak nie wiadomo, kiedy dokładnie obiekt powstał, ani kto go zaprojektował.

Rotunda w Moście

Jedna z bardziej wprawiających w zachwyt i odmiennych budowli na Malcie. Obiekt możemy zwiedzać zarówno od wewnątrz, jak i zewnątrz – jest pięknie wykończony i wciąż służy jako miejsce sakralne. Posiada trzecią największą kopułę w Europie, w dodatku pięknie zdobioną, jeśli spojrzymy na nią od środka. Co ciekawe, rotunda powstawała w miejscu, w którym istniał już kościół – nie zburzono go jednak, a obudowano wokół, dzięki czemu mieszkańcy mogli nieprzerwanie cieszyć się uczestnictwem we mszach i obrzędach. Z tym miejscem wiąże się także historia nazywana „Cudem bomby”, kiedy podczas II wojny światowej dwie z nich spadły na dach budynku. Jedna z nich odbiła się od niego, natomiast druga przebiła go i spadła pomiędzy kilkuset wiernych… nie wybuchając. Jej duplikat możemy dziś zobaczyć na tyłach kościoła ze specjalnie oznakowaną tabliczką.

Do środka możemy wejść praktycznie bez przeszkód, natomiast przed wejściem trzeba poddać się procesowi mierzenia temperatury.

Wioska rybacka Marsaxlokk

Powiem tak – jeśli chcecie udać się w to miejsce, to raczej na początku pobytu, nie na końcu. My odwróciliśmy tę kolejność i było to dla nas miejsce jak wiele innych, już nie wywołało praktycznie żadnego wrażenia. Port z kolorowymi łódkami – przeżytek, kolejny identyczny kościół – hura, autobus jeżdżący raz na godzinę – wspaniale. Tutaj też znajdziecie chyba najdroższą kawę mrożoną na całej wyspie. Jedyną ciekawostką są tak naprawdę targi „rybackie”, które odbywają się w tym miejscu. Głównie jednak poza rybami sprzedaje się na nich lokalne likiery, o których pisałam TUTAJ, miody, ciasteczka czy różnego rodzaju poszewki lub obrusy. Bardzo fajnie można w ten sposób dostrzec pewne różnice kulturowe, poczuć się bardziej swojsko w miejscu, w którym przebywamy, ale tak generalnie to tyle. W Marsaxlokk nie możemy też raczej liczyć na żadną kąpiel, chyba że zapłacimy komuś z łódką, żeby przepłynął z nami na plażę. Nam ta opcja nie za bardzo się podobała, ale decyzja należy oczywiście do Was.

Sliema i St. Julian

W tych miastach co prawda nie znajdziecie jednej charakterystycznej budowli, którą warto zobaczyć, natomiast warto udać się do nich ze względu na ich odmienność. Oba uchodzą za kurorty dla turystów, są już znacznie bardziej zamożne, przynajmniej na pierwszy rzut oka. To tutaj możecie przespać się w Mariocie lub zjeść najzwyklejszą Margharitę za 15 €. Zobaczycie też wieżowce i zaskakująco dużo piaszczystych plaż jak na jedno miejsce – oczywiście zatłoczonych. Nieco inaczej wygląda też samo wybrzeże, ale o tym rozpisywałam się przy okazji TEGO wpisu. Przespacerujecie się również bardzo ładnie zagospodarowanymi parkami i poczujecie zupełnie inny klimat. Dlaczego wpisałam te miasta razem? Bo właściwie gdyby nie tabliczka z informacją, że przekraczamy ich granicę (zupełnie na środku deptaka), to nie bylibyśmy tego świadomi.

Co nas urzekło, to dość innowacyjne podejście do schronisk dla zwierząt, głównie kotów. Zagospodarowano na nie jeden budynek, ale generalnie on nie gra dużej roli, jest bardziej do użytku człowieka, przechowywania rzeczy i tak dalej. Dla znajd tworzy się specjalne budki na dworze, w których mają miejsce snu i na bieżąco uzupełniane wodę oraz suchą karmę. Czy to rzeczywiście działa? Tak! Kociaki rzeczywiście śpią w chatkach, a kiedy się obudzą, bardzo chętnie przychodzą do turystów na pieszczoty. Są zadbane i prawdopodobnie mają zagwarantowaną niezbędną opiekę weterynaryjną. Dzięki takiemu rozwiązaniu unikamy zamykania ich w klatkach i pozwalamy na wolność, równocześnie mając je na oku. Naprawdę świetny pomysł, choć niestety musimy wziąć pod uwagę, że w kraju takim jak Polska, gdzie co chwilę pada, są burze lub śnieg, pewnie nie miałoby to racji bytu. Na Malcie w miesiącach letnich prawie nie widać deszczu czy chmur, więc koty czują się tam jak w raju.

Na dziś to już tyle – mam nadzieję, że któreś z miejsc przypadło Wam do gustu i trafi na Wasze podróżnicze listy. W następnym wpisie skupię się na podróży do stolicy i postaram się oddać dla Was klimat Valetty nie tylko za pomocą słów, ale też wielu zdjęć. A w czasie czekania zapraszam Was na mojego Instagrama i fanpage’a na Facebooku, odnośniki po prawej na górze! 😉

Malta cz.5 – Którą plażę wybrać, gdzie wykąpać się bezpłatnie i jak radzić sobie z oparzeniem meduzy?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-dniowej podróży na Maltę. Możesz zacząć czytać od tego miejsca, ale dla lepszego rozeznania zalecałabym zerknięcie także na poprzednie wpisy, jeśli interesuje Cię, jak tanio zorganizować podobny wyjazd, jakie atrakcje odwiedzić lub czego spodziewać się po wyspie. Dziś zapoznasz się z listą polecanych (bądź nie) plaż i miejsc do kąpieli, a także dowiesz się, jak radzić sobie w przypadku bliskiego poznania z meduzą. Zapraszam na:

Udając się na Maltę w okresie wakacyjnym, niemal niemożliwe jest aktywne zwiedzanie bez zażywania w międzyczasie kąpieli. W końcu nie będziemy wracać do mieszkania/hotelu za każdym razem pomiędzy godzinami 12-15, a i atrakcje w zamkniętych obiektach kiedyś się wyczerpują. Wspominałam już, że z racji tego najlepiej zawsze mieć na sobie strój kąpielowy oraz ręczniki w plecaku. Raczej nikomu nie uda się przeżyć pełnego dnia nad wodą bez żadnego cienia, nawet z nie wiadomo jak mocnym filtrem, ale warto wykorzystać parę godzin na to, by nakarmić skórę witaminą D i nieco się opalić. Chociażby po to, żeby znajomi po powrocie nie oskarżyli Was, że nigdzie tak naprawdę nie wylecieliście. 😉

My kąpaliśmy się w większości miast, które odwiedziliśmy i które mają dostęp do morza, ale nie wszystkie nas zachwyciły. Większość plaż jest kamienista, dlatego polecamy zakup butów do wody. Nie jest to duży wydatek, a oszczędza nam krzywienia się z bólu za każdym razem, kiedy wchodzimy do wody lub stajemy bosą stopą na rozgrzany kamień o temperaturze 50℃. Można na spokojnie zamówić je przez Internet za niecałe 30 zł, my jedną parę znaleźliśmy nawet za niespełna 20 zł. Jeśli nie jesteś przekonany do tego rozwiązania, bo słyszałeś, że buty potrafią się po jakimś czasie rozkleić (zwłaszcza z gorąca), to potwierdzam – masz rację. Taki los spotkał moją poprzednią parę, ale dopiero po kilku sezonach nieużywania, także tak czy siak jest to inwestycja długoterminowa i mocno polecam w tej kwestii nie januszować.

Na piaszczyste plaże natrafiliśmy właściwie dwa razy, może trzy, jeśli liczyć fakt, że nawieziono odrobinę piasku i wysypano go na skały, co działa mocno średnio i raczej nie zapewnia wygody. Trzeba też liczyć się z tym, że tylko tam spotkamy leżaki, parasolki i płatności, a także mnóstwo, ale to mnóstwo ludzi. Spędzając czas na kamienistych plażach, nie musimy martwić się o to, że w plecaku przechowujemy aparat, dwa portfele i telefony, bo oprócz nas jest może dziesięć innych osób i nawet będąc w wodzie, możemy mieć swoje rzeczy na oku, nic nam ich nie zasłania. Chociaż mówię, to bardziej dla naszego spokoju niż dlatego, że rzeczywiście jest taka potrzeba.

Zanim jeszcze przedstawię Wam listę odwiedzonych przez nas miejsc, zaznaczę, że nie korzystaliśmy z płatnych opcji. Mając do wyboru tyle darmowych plaż, wydawało nam się zupełnie absurdalne, by wydawać pieniądze po to, by wejść gdzieś do wody – nie będzie tu więc informacji o Blue Lagoon na Comino, gdzie samo dopłynięcie kosztuje 10 € od osoby, nie będzie też wzmianki o Blue Grotto, gdzie za wstęp płacimy 5 €. Ładne widoki i lazurowa woda to nie tylko domena tych miejsc, ale że są rozsławione, to wszyscy chcą w nich być – no, prawie. Mam jednak nadzieję, że nasze miejsca też przypadną do gustu Wam i Waszym portfelom.

Kąpiel w Bugibbie

Jeśli chodzi o miasto, w którym spaliśmy, czyli San Pawl il-Bahar, to nie będę owijać w bawełnę – tam kąpie się dosłownie wszędzie. Nieważne, czy napotkamy przeznaczoną do tego plażę, czy nie; wybrzeże jest długie, a skały na tyle niskie, że co chwilę dostrzegamy człowieka, który rozkłada ręcznik i wchodzi do wody. Omija się tylko i wyłącznie port, co nie jest dziwne nawet nie tyle ze względu na zanieczyszczenia, co bardzo małą ilość miejsca – łódek zazwyczaj jest tyle, że weekendami zastanawialiśmy się, jakim cudem dostają się one na otwarte morze, wymijając 50 innych na swojej drodze.

W wielu miejscach mamy barierki, które pomagają nam bezpiecznie zejść do wody, dodatkowo restauracje dość często udostępniają małe plaże przynależące do obiektu. Wtedy oczywiście musimy kupić coś na miejscu, ale w zamian bardzo często dostajemy dostęp do leżaków, więc jest to dosyć uczciwe. Dzieciaki skaczą ze skał dosłownie wszędzie – Ty zwiedzasz twierdzę, a one rozbiegają się obok Ciebie i lecą jakieś siedem metrów w dół.

Na miejscu możemy też zobaczyć sławetne Salt Pans, o których rozpisywałam się TUTAJ. Kąpanie w tym miejscu nie jest najwyższych lotów, ale plaże znajdują się blisko największych atrakcji wyspy takich jak Malta National Aquarium czy Malta Classic Car Collection.

Wioska Popeya

O tym miejscu rozpisywałam się już przy okazji TEGO WPISU. Oprócz samego zwiedzania wioski powstałej na potrzeby nakręcenia musicalu o Popeyu, mamy możliwość wykąpania się w zatoce, gdzie domki zostały zlokalizowane. Co prawda sam wstęp jest płatny (9 € w tygodniu, 18 € w weekend), ale zakładam, że nikt nie przyjeżdża tam tylko i wyłącznie po to, by się wykąpać, a raczej skorzystać ze wszystkich atrakcji. Jako dodatek polecam więc schłodzenie się tam, bo miejsce jest naprawdę urokliwe, a do dyspozycji mamy zarówno wodne tory przeszkód, jak i materace z baldachimami wliczone w cenę. Jeśli natomiast marzy Wam się całkowicie darmowa kąpiel, to niedaleko na horyzoncie znajduje się betonowe molo, do którego mamy możliwość podjechania autem (zaraz obok jest nawet parking). Tym sposobem kąpiemy się w dokładnie tej samej zatoce, w miejscu o nazwie Anchor Bay Divesite, no i podziwiamy wioskę Popeya tylko z daleka. Niestety ta opcja nie jest już tak wygodna, gdy dysponujemy tylko i wyłącznie komunikacją miejską. Z przystanku autobusowego czeka nas okrężna droga i około 600 m do przejścia, ale dla chcącego nic trudnego.

Kąpiel w stolicy

Udając się do Valetty w lipcu, nawet jeśli bardzo byście chcieli, to raczej niemożliwe wydaje się zwiedzanie bez chwili przerwy, po prostu się roztopicie albo zasłabniecie. Szkoda psuć sobie taką atrakcję, dlatego niemalże od razu na wejściu możecie ochlapać się w fontannie, a popołudniu znaleźć miejsce, w którym zażyjecie kąpieli. Wcale to jednak nie jest takie proste, bo miasto jest usytuowane dosyć wysoko i najpierw trzeba zlokalizować schody, które pozwoliłyby nam znaleźć się na wysokości wody. Jeśli staniemy przodem do morza, to zalecamy kierować się w lewą stronę zaraz obok ogromnej dzwonnicy, która widnieje na Google Maps pod nazwą „Siege Bell War Memorial”. Po przejściu kilku metrów odnajdziecie wąską, kamienistą plażę Wuestenwinds beach, która stanowi ratunek w upalny dzień. Jak dla mnie mimo swoich rozmiarów była naprawdę urokliwa – widok na małe, kolorowe zabudowania, murale na ścianach, latarnię morską, przepływające statki i kamienne zabudowania stolicy unoszące się nad głową. Natrafiliśmy nawet na kamienny podest ze schodkami oraz drabinkami, dzięki któremu mogliśmy bezpiecznie wejść do wody.

Plaże: Sliema i St. Julian

Jeśli zależy Wam na zmianie widoków, to podróż do Sliemy oraz przylegającego do niej miasta St. Julian to świetny pomysł. Tutaj nie uświadczymy kamiennych uliczek czy niezliczonej ilości kościołów, zabudowania przybierają zupełnie inny kształt. W tym miejscu powstają największe kurorty na wyspie, dzielnice są raczej bogate i oblegane przez turystów – zobaczymy droższe sklepy, możemy też spędzić noc w Mariocie. Nie polecam jedzenia w tym miejscu, bo ceny za najtańszą pizzę zaczynają się od 15 €, ale plaże… jak najbardziej. Podobnie jak w Bugibbie, miejsc do kąpieli jest od groma i trochę, chociaż nawet kamieniste plaże cechują się większym urokiem. Dlaczego? Chodzi tutaj głównie o małe baseniki wodne utworzone przy brzegu. Podejrzewam, że kiedyś spełniały jakąś konkretną funkcję, mogły np. służyć do cumowania łódek, ale dziś to tylko i wyłącznie gratka dla odwiedzających.

Woda co prawda nie nagrzewa się na tych zagrodzonych obszarach szybciej, ale za to pływa tam niesamowicie dużo rybek – może nie ogromnych, ale już nieco większych i kolorowych. Warto więc wziąć okularki czy maskę do pływania, by móc nacieszyć się ich widokiem. Plusem jest też to, że w tych miejscach od razu natrafiamy na głębię, no i możemy wchodzić na większe kamienie i skakać do wody w całkiem bezpieczny sposób. Pod powierzchnią  dostrzeżemy mnóstwo roślin oraz wąskich kanalików – nie jest to co prawda rafa koralowa, ale widoki i tak warte zobaczenia.

Istnieją też znacznie większe „baseny” odgrodzone od morza w ściślejszym centrum miasta i tam zdarzają się piaszczyste plaże. Trzeba jednak liczyć się z tym, że nawet o godzinie 19.00, gdy słońce nie grzeje tak mocno, jest przeważnie mnóstwo ludzi i dość ciasno, zwłaszcza że brzegu nie ma za wiele. Dość długo dosięga się jednak dna, więc woda nagrzewa się szybciej – coś za coś.

Golden Bay

Największa piaszczysta plaża, na której byliśmy. Najlepiej udać się na nią z własną parasolką, bo nie uświadczymy ani grama cienia, chyba że schowamy się w dostępnym zaraz obok barze. Miejsce piękne, jedyne takie, gdzie spotkaliśmy się z większymi falami, na których można skakać dosłownie cały dzień. Plaża jest pod ciągłym nadzorem ratowników i jedynym minusem wydaje się to, że trzeba szukać miejsca wolnego od glonów, które owijają się wokół nóg, a ich fragmenty wchodzą pod strój kąpielowy. Lewa strona plaży przynajmniej podczas naszej wizyty przedstawiała się pod tym względem znacznie lepiej niż prawa.

Na miejscu dostępne są również rozrywki wodne takie jak jazda na bananie, gumie (czyli takim okrągłym pontonie), skuterach i wielu innych, oczywiście odpłatnie. Tym razem nie skorzystaliśmy, ale byłam już na nich w Czarnogórze oraz Hiszpanii i polecam gorąco, świetna zabawa ze zrzucaniem do wody i wylatywaniem w powietrze na falach. Niestety ludzi w tym miejscu bardzo dużo, więc ciężko o rozłożenie ręcznika przy wodzie, ale dalej jak najbardziej. My ze swojej strony polecamy.

Gozo – Inland Sea

Na to miejsce trafiliśmy przypadkiem podczas naszej wyprawy na Lazurowe Okno (śmiech na sali, opiszę to wydarzenie w kolejnych wpisach). Niezmiernie się cieszę, że do tego doszło, bowiem dotarliśmy do jednego z piękniejszych miejsc kąpielowych, w jakich kiedykolwiek byłam, a plaż w swoim życiu zaliczyłam naprawdę wiele. Jeśli będziesz na Malcie, nie może Cię to ominąć. Przygotuj się jednak na dość daleką podróż – podejrzewam, że to właśnie odległość i średni dojazd odtrąca wielu ludzi, dzięki czemu na całej plaży przebywa może z 20-30 osób, jest pełno wolnego miejsca do siedzenia i pływania.

Inland Sea to właściwie zatoka, którą z każdej strony otaczają wysokie klify i malutkie, kolorowe domki, które wyglądają jak przerobione na restauracje garaże. Brzeg jest kamienisty, ale nie na takiej zasadzie jak wszędzie, że chodzimy po skałach, tylko po dużych kamieniach. Stojąc na nim, przed naszymi oczami pojawi się kilka rzeczy – kilka kolorowych łódek dryfujących na wodzie, wśród których możemy pływać, food-truck z mrożonymi napojami i lodami (płatność tylko gotówką), a także jaskinia długa na około 150 m, z widocznym wylotem na otwarte morze. Jak można się domyślić, to połączenie nie jest przypadkowe, bowiem możemy zapłacić za 15-minutowy rejs, przepłynąć na drugą stronę zatoki i wrócić za 4 € od osoby. Odradzam jednak bardzo mocno tę opcję – jest dobra tylko w przypadku, kiedy z jakichś względów nie możemy pływać, nie potrafimy pływać lub nie mamy wodoodpornej kamery, a strasznie musimy się pochwalić światu, co widzieliśmy. Ja co prawda należę do ostatniej grupy, ale widoku i tak raczej nie zapomnę, a opowiedzieć mogę zawsze.

Woda przybiera piękny, błękitny kolor i jest niesamowicie czysta – widać wszystko aż do samego dna. Przez cały dzień operuje tam pełne słońce – spokojnie, znajdziecie kawałek cienia, a dzięki temu oraz wąskiemu tunelowi do morza woda jest cieplejsza niż gdziekolwiek indziej. To jedyne takie miejsce, gdzie unikamy szoku, gdy po raz pierwszy się zanurzamy.

Skały są wyżłobione w taki sposób, że możemy wspinać się po nich i wejść na co bardziej płaskie miejsca, by skakać do wody. Nie wchodziliśmy na duże wysokości, bo jednak w całym bajorku jest płytko, ale miejscowym dzieciakom w ogóle to nie przeszkadzało, ba – nawet skakały na główkę, wywołując w nas trwogę. Jeśli jednak nie macie na to ochoty, to i tak nie odczujecie nudy. Wystarczy, że dotkniecie skał, a momentalnie dostrzeżecie, jak wszystko się na nich rusza – ze szczelin wychodzą kraby i to całkiem sporych rozmiarów, a obok nich biegają jakieś szare żyjątka podobne do krewetek. One akurat są dość obrzydliwe, ale fakt faktem boją się ludzi i natychmiast się rozbiegają.

I oczywiście… największa atrakcja, czyli płynięcie wpław przez jaskinię. Licząc od brzegu, łącznie w jedną stronę jest około 250-300 metrów, ale nie martwcie się, gdy tylko przepłyniemy całą długość bajorka, tuż przed tunelem znowu pojawia się płycizna. Na chwilkę, ale jeśli będziecie potrzebowali odpoczynku, to wiecie, że tam na Was czeka. Zawsze też można złapać się skał (w środku nie ma aż tylu żyjątek, one raczej wygrzewają się na słońcu), a czasem nawet trzeba. Należy pamiętać, że przez jaskinię przepływają wcześniej opisane łódki i musimy ustąpić im miejsca. Jest go na tyle dużo, że nie musimy przyklejać się do ściany, ale nie można tego zbagatelizować.

Generalnie nie byliśmy jedynymi osobami, które zdecydowały się płynąć wpław, ale na pewno należeliśmy do zdecydowanej mniejszości. Ja ze swojej strony namawiam – koniecznie spróbujcie; jeśli nie do końca, to chociaż kawałeczek. Uczucie jest niesamowite, zwłaszcza kiedy spogląda się do góry, jak skały coraz bardziej się zwężają. Są tak wysokie, a w panującym wewnątrz półmroku wszystko wydaje się niesamowicie piękne. Nawet nie potrafię do końca opisać uroku tamtej sceny – zostawiasz wszystko w tyle, czujesz coraz zimniejszy prąd pod stopami, a kiedy tylko słońce z drugiej strony jaskini zaczyna oświetlać wodę, przybiera ona dosłownie granatowy kolor. A kiedy wreszcie wypływasz na otwarte morze, roztacza się przed Tobą horyzont i piękne klify. Popłynęliśmy tak dwa razy, a odczucia są po prostu niezapomniane.

Spotkanie z morskimi stworzeniami

Jest jednak jeden szkopuł, aczkolwiek gwarantuję Wam, że dzięki niemu tym bardziej będziecie mieli co wspominać. Po pierwszym przepłynięciu przez jaskinię i wyjściu na brzeg, Szymon podszedł do mnie i zapytał, czy w wodzie istnieje coś, co może jakby… poparzyć? Nie chciał mówić wcześniej, żebym nie spanikowała, a ja po prostu zaczęłam się śmiać, że to pewnie meduza sprawiła mu prezent na urodziny. Generalnie obecność meduz nad morzem Śródziemnym to nie żadna nowość – mój brat został poparzony już przy okazji naszego pierwszego rodzinnego wyjazdu, ale nie zdarza się to na tyle często, by trzeba było mieć obawy. Przy Inland Sea jest jednak trochę inaczej.

Następnego dnia, zanim jeszcze wypłynęliśmy przez tunel, zobaczyłam na swoim przedramieniu czerwoną pręgę. Okazało się, że ja też spotkałam się z meduzą, chociaż tego nie poczułam. Szymon z kolei mówił, że lekko go to miejsce oparzenia piekło, ale bardziej jak pokrzywa, nic większego. Wypłynęliśmy natomiast drugi raz jaskinią… a ja przez cały czas miałam z tyłu głowy, że w moim przypadku nadejdzie druga tura. Płynęłam więc za Szymonem i postanowiłam, że dopłynę tylko do końca jaskini, nigdzie dalej. I wiecie co? W jednym momencie poczułam, jakby ktoś mnie zbiczował, a połowa mojej ręki zdrętwiała. Dopiero po ponad 20-stu latach odkryłam, co to znaczy być porządnie oparzonym przez meduzę i jedyne, o co prosiłam Szymona, to żeby na płyciźnie on pierwszy zobaczył moją rękę. Bałam się tego, że kawałek meduzy się do mnie przyczepił i trzeba będzie go zdjąć, bo czasami tak się zdarza. Na szczęście zostawiła mnie jednak w spokoju, natomiast na dłoni wykwitły mi wielkie, białe bąble. O dziwo zniknęły dosyć szybko, chociaż po tygodniu to miejsce zaczęło mnie swędzieć i pojawiła się wysypka. Teraz co prawda został mały ślad, ale zapewniam – od tego się nie umiera (no chyba że pływa się w tropikach, to już nie gwarantuję bezpieczeństwa).

Należy pamiętać, że oparzenia mogą być różne, bo istnieje wiele rodzajów meduz. Ponoć istnieje wiele tabliczek informacyjnych, gdzie widnieją ich zdjęcia, charakterystyka i sposób postępowania w przypadku oparzenia, ale my nie widzieliśmy ani jednej i trochę to jest chyba kit.

5 złotych rad w razie poparzenia przez meduzę

Wiecie już, że meduzę można spotkać i podejrzewam, że w miejscu zakończenia jaskini one po prostu żyją i mają do tego dogodne warunki. To nie znaczy jednak, że trzeba od razu rezygnować z planów, bo nie jest powiedziane, że będziecie mieć podobne szczęście jak my. Gdyby tak się jednak wydarzyło, oto kilka porad, co zrobić, gdy poparzenie się już jednak zdarzy:

  1. Przede wszystkim nie panikuj – na środku morza, bez gruntu pod stopami, ciężko coś sensownego zrobić, więc najpierw dopłyń tam, gdzie możesz stanąć i uprzedź osobę, z którą jesteś, że zaistniała taka, a nie inna ewentualność.
  2. Może się okazać, że masz alergię na jad meduzy (ale pewnie dowiesz się o tym dopiero w chwili oparzenia) – wtedy idź do ratownika, a jeśli go nie ma, zagadnij nawet tych, którzy mają domki dookoła zatoki; będą wiedzieć, co robić i w razie czego zadzwonią po pomoc. Prawdopodobnie żyją na wyspie całe swoje życie i mają już doświadczenie w podobnych sytuacjach.
  3. Nie drap, nie przebijaj bąbli i w ogóle jak najmniej się dotykaj – czasem, jak mówiłam, oparzenie ledwo czuć i lepiej zostawić je w spokoju.
  4. Jeśli meduza, a raczej jej fragment się do Ciebie przyczepi – nie zdejmuj jej palcami, ani się waż. Trzeba zrobić to przez jakąś tkaninę; koszulkę, ręcznik. Po usunięciu danej części należy ją zakopać tak, by nie oparzyła nikogo innego.
  5. Nie sikaj na ranę!!! – to mit, który miejscowi wymyślili, mając ubaw z paniki turystów. Nie daj więc robić z siebie pośmiewiska i oszczędź sobie traumatycznych przeżyć. 😉

Generalnie ja od siebie nie polewałabym tego żadną wodą, niczego bym na to nie stosowała. Daj temu czas, nie rób głupich rzeczy i zagoi się samo. Nie Ty pierwszy i nie ostatni, więc na pewno przeżyjesz – dopiero kilkanaście oparzeń naraz może być naprawdę szkodliwe lub śmiertelne dla człowieka. Pamiętaj też, że meduza nie do końca robi, to co robi, w celach obronnych. Nie musisz jej rozwścieczyć ani sprowokować. W wodzie, zwłaszcza gdy jest ciemniej, jest mała szansa, że ją dostrzeżesz i wystarczy po prostu, że źle machniesz ręką. Meduza to jedno z niewielu stworzeń, które żyje bez mózgu i jest prawie w całości wodą, więc musisz jej wybaczyć – ona będzie parzyć wszystko, bo za mądra nie jest. Ty za to możesz, więc uważaj na siebie i zachowaj spokój. 🙂

Na dziś to tyle z mojej strony. Mam nadzieję, że zainspirowałam Cię do odwiedzenia paru miejsc i pokazałam fajne alternatywy dla płatnych kąpieli. W następnych wpisach opowiem z kolei o bezpłatnych zabytkach wyspy, które możemy zobaczyć czy nawet wejść do środka – doradzę też, gdzie na pewno nie jechać i na czym zaoszczędzić czas. Tymczasem w ramach czekania zapraszam Cię na mojego Instagrama i fanpage’a, odnośniki po prawej na górze.

Lwów cz.4 – Ile kosztuje wstęp na Cmentarz Łyczakowski, jak długo przekracza się granicę z Polską na pieszo oraz gdzie zjeść najlepsze żeberka?

Informacje ogólne: Poniższy wpis jest kontynuacją opowieści z kilkudniowej podróży do Lwowa. Możesz zacząć czytać od tego miejsca, ale dla uzupełnienia wiedzy zalecałabym zapoznanie się z poprzednimi tekstami. W tym napomknę kilka słów o wyjątkowej restauracji, opowiem Wam o tym, jak przekraczaliśmy granicę na pieszo oraz poświęcę parę zdań na temat Cmentarza Łyczakowskiego oraz Orląt Lwowskich. Zapraszam:

Restauracja Rebernia

W poprzednim wpisie napomknęłam o wiecznie obleganej restauracji, do której ostatecznie nie udało nam się wejść. Idąc w to miejsce, koniecznie musimy pamiętać o rezerwacji, a dlaczego warto? Prócz samych walorów smakowych czeka nas na pewno uciecha dla oka. Mowa tutaj o Ribs Restaurant at Arsenal (Rebernia), gdzie przede wszystkim uraczymy się żeberkami w różnej postaci. Możemy obserwować je, jak smażą się na ogromnym ruszcie, a ponadto samo wnętrze lokalu ma przyjemny, lekko rubaszny klimat. Krążą pogłoski, że obsługa nakłada na klientów specjalne fartuszki tudzież śliniaki z zabawnymi wzorami (np. narysowanymi koślawo piersiami), także to również przestroga dla tych, których to może nie bawić. Cena jak najbardziej przystępna, a zjeść można smacznie i syto.

Park Stryjski

Ostatniego dnia naszej podróży głównie spacerowaliśmy po parkach, m.in. Parku Stryjskim, który uchodzi za jeden z większych we Lwowie. Ciekawostką jest to, że w czasie I wojny światowej dokładnie na tych terenach rozbił się samolot jednego z austriackich lotników, jednakże po tamtym wydarzeniu nie pozostał nawet ślad. Miejsce zostało jednak w pewien sposób naznaczone śmiercią, bo niedługo potem zaczęto chować tam ukraińskich strzelców. Obecnie ich ciała są przeniesione na oficjalny cmentarz, a w parku utworzono pierwszy ukraiński skatepark.

Pogoda co prawda nieco nie dopisała, bo nieustannie siąpił deszcz, ale udało nam się obejść większość pomników, pooglądać fontanny czy przede wszystkim zwierzęta – łabędzie kąpiące się w stawie czy wiewiórki, które ochoczo podchodziły do turystów i pozowały do zdjęć. To była dla nas rozgrzewka przed głównym gwoździem programu, jakim był Cmentarz Łyczakowski.

Cmentarz Łyczakowski

Pierwszym, co na pewno zwróciło moją uwagę zaraz po przekroczeniu głównej bramy, był ogrom całego obszaru. Jeśli by się uprzeć, to można by w tym miejscu spędzić pół dnia, o ile nie więcej. Pytanie tylko, czy mamy na to nastrój. Po opłaceniu biletu wstępu kosztującego ok. 30 UAH czyli 4,2 zł, otrzymujemy mapkę cmentarza, gdzie czerwonymi punktami zaznaczono nagrobki co ważniejszych osobistości. Pochowano tutaj m.in. Marię Konopnicką, Gabrielę Zapolską czy bardzo często upamiętnianego we Lwowie Iwana Franko. Cmentarz jest jednym z najstarszych w Europie, starszy nawet od Powązek o kilka lat. Funkcjonował już od XVI w., tyle że wtedy spełniał inną funkcję – w ten sposób oddzielano bowiem zmarłych na dżumę od reszty miasta. Obecnie znajduje się tu ponad 300 tys. mogił, z których wiele reprezentuje niesamowite umiejętności rzeźbiarskie. Spacerując alejami, spotkamy mnóstwo ogromnych posągów, zdobień czy grobowców, które wyglądają jak osobne budynki i zajmują bardzo dużo miejsca. Po wojnie wiele z nich, które pozostawały bez opieki rodzin, celowo dewastowano. Obecnie cały teren objęty jest ochroną i uzyskał status muzeum, dzięki czemu znajduje się pod ciągłym nadzorem, a nowe pochówki mogą tam być dokonywane wyłącznie za zgodą dyrekcji.

Przy tej okazji Igor opowiadał mi również, dlaczego sam sposób chowania zmarłych jest inny na Ukrainie niż w Polsce, co sama zdążyłam zauważyć. Otóż ze względu na żyzne gleby osobę w trumnie najpierw jedynie przysypuje się ziemią i urządza taką prowizoryczną mogiłę. Przykrywa się to kwiatami, wieńcami i umieszcza specjalną plakietkę, aż upłynie kilka tygodni. W tym czasie ziemia zapada się, trzeba ją uzupełnić i dopiero w tym miejscu umieścić płytę nagrobną – już tę uroczystą, oficjalną. Jeśli nie poczekamy, ona po prostu pęknie i wykrzywi się, czego obraz kilkukrotnie ujrzeliśmy na cmentarzu. Bardzo ciekawe spostrzeżenie, na pewno ciężej byłoby mi się tego dowiedzieć z jakiegokolwiek innego źródła, zwłaszcza że raczej nikt w sieci nie opisuje zwyczajów pogrzebowych na Ukrainie.

Cmentarz Orląt Lwowskich

Odrębną częścią cmentarza jest Cmentarz Orląt Lwowskich (Obrońców Lwowa). Nazwa pochodzi od ok. 3 tys. ofiar, które stanowiła młodzież oraz inteligencja przynależąca do ugrupowania Orląt Lwowskich. Polacy nazywali go często miejscem świętym i nie ulega wątpliwości, że dla każdego z nas, zwłaszcza dla starszych pokoleń, jest to miejsce niesamowicie ważne i konieczne do zobaczenia. Wszyscy polegli zostali odznaczeniu Krzyżem Niepodległości jako uznanie zasług w walce o Niepodległość Polski. Każdą mogiłę zdobi flaga polska, prócz imion, nazwisk i dat widnieje także stopień wojskowy, zazwyczaj także różaniec, wstążki czy inne już bardziej osobiste przedmioty.

Na placu znajduje się kaplica, do której udają się wszystkie wycieczki. W środku widnieje wiele plakatów i zdjęć upamiętniających obronę Lwowa w latach 1918-1919, a także księga pamiątkowa gości, gdzie chętni zapisują od siebie kilka słów. Zazwyczaj są to podziękowania i wyrazy wdzięczności, również modlitwy, ale zdarzył się wpis lub dwa bardzo intymny, od rodziny walczącego. Na miejscu panuje naprawdę wyjątkowa atmosfera dumy i podniosłości.

W tej części znajdują się również katakumby, ale i pomniki poświęcone zarówno Amerykanom, jak i Francuzom w podzięce za ich wsparcie. Amerykanie walczyli po stronie Polaków, ubierając się w ich mundury oraz uczestnicząc w obronie lotniczej. Było ich siedemnastu, natomiast do ojczyzny wróciło czternastu. Z tego też właśnie względu pomnik przybiera właśnie taką, a nie inną formę – lotnika ze skrzydłami anioła. Jeśli chodzi o Francuzów, to pochowano ich już siedemnastu, jednakże na prośbę rodzin ich ciała przetransportowano do ojczyzny. Na miejscu pozostał jedynie jeden z szeregowców. Pod tarczą pomnika złożono jednak ziemię przywiezioną z kilku Francuskich miast.

Zupełnie po drugiej stronie placu możemy dostrzec Pomnik Chwały. Po jego obu stronach wyrzeźbiono lwy, z których każdy strzeże części napisu „Zawsze wierny Tobie Polsko”. Między nimi zaś widzimy zdanie po łacinie: „Polegli, abyśmy żyli wolni”. Na obu filarach pomnika wyryto nazwy miejscowości biorących udział w obronie Lwowa oraz Małopolski Wschodniej. Zaraz przed nim znajduje się zbiorowa mogiła „Nieznanych”, która ma upamiętnić odwagę wszystkich tych, którzy nie doczekali końca obrony Lwowa. Dziś wiemy, że najmłodszy uczestnik miał jedynie dziewięć lat, ale nie brakowało też dzieci 12-14.

Warto mieć jednak na względzie, że to, co oglądamy na Cmentarzu Orląt Lwowskich dziś, nie zawsze miało tę samą formę. Po II wojnie światowej, po wdrożeniu Lwowa do ZSRR większość grobów została splądrowana i zdewastowana najpierw pracą ludzkich rąk, później przy pomocy czołgów. W 1989 roku rozpoczęto wstępne porządki na zniszczonym terenie.

Pięknie o istocie tego miejsca napisał Kornel Makuszyński, pozwolę przytoczyć sobie jego cytat: „Na te groby powinni z daleka przychodzić ludzie małej wiary, aby się napełnić wiarą niezłomną, ludzie małego ducha, aby się nadyszeć bohaterstwa. A że tu leżą uczniowie w mundurkach, przeto ten cmentarz jest jak szkółka, w której dzieci jasnowłose, błękitnookie nauczają siwych ludzi o tym, że ze śmierci ofiernej najbujniejsze wyrasta życie”.

Powrót do Polski – przez granicę na pieszo

Niedługo potem wracaliśmy do Polski, a Igor od samego początku wyjazdu powtarzał, że przekraczanie granicy na pieszo to najszybszy sposób oraz oszczędność czasu. Do Lwowa jechaliśmy pociągiem (o czym pisałam TUTAJ) i metoda ta z pewnością nie była spełnieniem marzeń. Z perspektywy czasu wybrałabym ją jednak bez wahania, bo ze wspomnieniami tamtego powrotu to chyba umrę w jednej trumnie. Co właściwie poszło nie tak? Rany, wszystko.

Pewnie sęk tkwił w tym, że trafiliśmy na weekend przed rozpoczęciem roku akademickiego. Dojechaliśmy autobusem z Lwowa do przejścia granicznego w Medyce (60 UAH, czyli ok. 9,40 zł) i natrafiliśmy na ogromną, ale to naprawdę ogromną kolejkę do kontroli. Rozgałęziała się ona na osoby, które mają obywatelstwo Unii Europejskiej oraz te, które go nie mają. Tym sposobem musieliśmy stanąć z Igorem w zupełnie innych kolejkach i o ile na początku się widzieliśmy, o tyle później zupełnie straciliśmy się z oczu. Moja kolejka szła znacznie szybciej, mimo tego czekałam godzinę, by sprawdzili mi bagaże i paszport. Rozrywkę w tym czasie stanowiła jedynie grupa podchmielonych mężczyzn za barierką, którzy śpiewali, a raczej zawodzili przynajmniej przez pół godziny. Czekałam więc po stronie polskiej już od godz. 16.00. Pierwszy pociąg mieliśmy po 17.00, następny koło 19.00, a później ostatni sensowny ok. 21.30. I wiecie co? Ledwie na niego zdążyłam, w dodatku bez Igora.

Na czym polegał główny problem? Na braku zasięgu po stronie Igora, przez co nie mogliśmy się ze sobą skomunikować. Kojarzyłam mniej więcej ludzi, którzy stali przed moim kumplem, ale to tyle. Czekałam na niego cztery godziny, po czym jego koleżanka napisała do mnie na Messangerze, żebym złapała pociąg sama, bo jego pewnie nie puszczą szybko. Sytuacja wydawała się dla mnie tym bardziej przerażająca, że Igor opowiadał mi o Ukraińcach, którzy po ukończeniu 21-go roku życia i bez statusu studenta są wcielani do wojska. On co prawda papiery miał, ale wiecie, jak to jest w takich chwilach, człowieka dopadają same najgorsze domysły.

Co robiłam przez tyle czasu? Nie za wiele, zwłaszcza kiedy się ściemniło. Zaczepiało mnie paru facetów, którzy pijaniutcy opowiadali o tym, że szukają żony dla kolegi albo pytali, czy mam ogień. Wcale nie przeszkadzało im, że mówię po Polsku i ledwo się dogadujemy. Pocieszał mnie jedynie fakt, że ze mną stała starsza kobieta i zdawała się „mieć na mnie oko”, ale w końcu i ona zniknęła. Co w tym wszystkim było najgorsze? Po fakcie dowiedzieliśmy się, że oboje z Igorem mogliśmy przejść przez polską kontrolę, gdybym zaznaczyła, że jesteśmy razem. Niestety przed przejściem wszyscy mówili odwrotnie…

Wiecie, ciążyło mi też gdzieś z tyłu głowy to, że zostawię Igora samego. Jest facetem, przecież sobie poradzi, ale po całej jego gościnie i hojności wydawało mi się straszliwym chamstwem wyjechać bez niego. Dopiero wiadomość od jego koleżanki jakoś mnie uspokoiła, chociaż nie miałam pojęcia, jak udało im się skontaktować. Przeczytałam ją jednak już dopiero w drodze na autobus.

Najlepsze było to, że właściwie nie wiedziałam, gdzie dokładnie powinnam się dostać. To znaczy wiedziałam, znałam nawet sposób, ale nie miałam pojęcia, w którą stronę iść i czego szukać. Poczekałam więc, aż jacyś Polacy przekroczą bramki, a oni wskazali mi drogę. Nawet trafiłam do miejsca odjazdu autobusu do Przemyśla, jednak po dojściu do wskazanego punktu nie było żadnego znaku ani nawet kogo zapytać, czy transport już jechał, czy nie (język angielski mogłam sobie odpuścić). To, co utkwiło mi w głowie najbardziej, to masa Ukraińców z alkoholem pod pachą, którzy byli chyba jeszcze bardziej zagubieni niż ja.

Za kilka sekund zaczepił mnie taksówkarz, który usłyszał mój polski. Nie miał jednak nikogo chętnego na przejażdżkę poza mną, więc wpierw udałam się do jakiejś budki czy mini-sklepiku (już teraz nie pamiętam, co to dokładnie było) i zapytałam, kiedy przyjedzie autobus. Człowiek za ladą spojrzał na mnie i mówi, że w sumie jeździ co godzinę, ale nie wiadomo, czy to nie był ostatni kurs na dziś. Wiecie, byłam pierdyliard kilometrów od domu, ciemno, prawie nikt nie mówi po Polsku, zaczepiali mnie faceci, zaczęłam bać się jak cholera i tylko determinacja powstrzymywała mój płacz.

I nagle słyszę: „Hej, na pewno Pani nie chce jechać? Mam trzy inne osoby, za 10 zł zawiozę Panią na dworzec w Przemyślu!”. Taksówkarz dosłownie uratował mi tyłek, więc podczas jazdy na szybko kupiłam bilet do domu. Na stację docelową dojechałam o 2-3 w nocy, coś koło tego, bo pamiętam, że był środek nocy. Całe szczęście środek weekendu (dosłownie, bo z soboty na niedzielę) i na miejscu zjawili się moi rodzice, żeby zabrać mnie do domu. I wiecie, to było piękne uczucie, że po tym wszystkim zerwali się z łóżka, by przyjechać, mimo że jestem dorosła i mogliby powiedzieć, że mam radzić sobie sama. Oni są tak naprawdę tym, dla czego warto wracać do domu i opowiadać o swoich podróżach. Życzę Wam, żebyście też mieli koło siebie takie osoby, na których zawsze możecie polegać – jak np. również mój kolega, który wiedział o całej sytuacji i zaszedł na stację specjalnie po to, by upewnić się, że nie dzieje mi się krzywda.

Igor przeszedł przez granicę zaraz po tym, jak odjechał pociąg. Długo czekał (łącznie z 6 godzin) – na tyle, że do domu dotarł 9-10 nad ranem, ale na całe szczęście do niego dotarł, bo wszyscy się martwiliśmy. Dzięki niemu wzbogaciłam się w dwie nowe rzeczy – świadomość, że już nigdy nie chcę przekraczać granicy na pieszo, a także wspomnienia, które choć godne pożałowania, za każdym razem przywołują uśmiech na twarzy.

Tym tragicznym, acz zabawnym aspektem zakończymy nasze lwowskie opowieści. Jeszcze raz bardzo dziękuję za możliwość wyjazdu i niesamowitą gościnę. Mam nadzieję, że wpisy się Wam podobały i znaleźliście w nich wartościowe informacje, które ułatwią Waszą podróż w przyszłości. Zainteresowanych zapraszam również na mojego Instagrama oraz fanpage’a na Facebooku. 😉

Malta – Jakich potraw skosztować, które omijać i co uchodzi za narodowe danie wyspy?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć maltańskiej kuchni, bo chyba mało kto na co dzień rzeczywiście interesował się, jak jada się w tak maleńkim państwie. Czy bliskie towarzystwo Włoch odegrało swoją rolę w tradycjach kulinarnych wyspy? Czy wieloletnie wpływy różnorodnych kultur pozostawiły swoje piętno? A może ciekawi Was, co uchodzi za narodowy przysmak maltański? Jeśli odpowiedź na którekolwiek z zadanych wyżej pytań brzmiała „tak”, to ten wpis jest właśnie dla Ciebie. Zwłaszcza jeśli lubisz jeść i oglądać zdjęcia jedzenia – to Cię na pewno nie ominie. Tutaj znajdziesz:

Zacznijmy może od tego, że szukając w Internecie informacji dotyczących maltańskiej sztuki kulinarnej, natkniemy się na mnóstwo potraw, które dają nam poczucie, że gdy tylko wejdziemy do pierwszej lepszej restauracji, zostaniemy zasypani nowymi smakami i doznaniami. Niestety muszę Was rozczarować i nieco obalić ten mit. Maltańscy kucharze bardzo mocno bazują na sprawdzonych, długowiecznych przepisach, głównie włoskich. Możemy wymyślać, że wpływy brytyjskie zapewniły tam dostępność takich dań jak na przykład ryba z frytkami, ale bądźmy szczerzy – z tym spotkamy się już praktycznie wszędzie w Europie, niezależnie od tego, czy stopa Brytyjczyka dotknęła danego terytorium, czy nie. Na Malcie spotkaliśmy się może dwa razy z restauracjami reprezentującymi tylko i wyłącznie maltańską kuchnię, ale zazwyczaj są one absurdalnie drogie, w granicach 14 euro za samą zupę rybną, która też wielkim odkryciem nie jest. Przyjęłam więc sobie za zadanie przede wszystkim przedstawić Wam mniej więcej nasz jadłospis i knajpy, które odwiedziliśmy, żebyście wiedzieli, gdzie zjecie dobrze, dużo i tanio. A może i trafią się przysmaki, o których istnieniu jednak nie wiedzieliście.

Ciekawe produkty spożywcze

Zacznę od jednej z pierwszych rzeczy, które zapewne odwiedzicie, będąc na wyspie, a mianowicie od sklepu spożywczego i tego, co od razu rzuca się w oczy. W zachodniej części Europy zawsze kusiły mnie słodycze, bo choć podobne do naszych, to często seundefinedrwuje się je w zupełnie innych formach i przeważnie w bardzo dużych opakowaniach po ileś(naście) sztuk. W marketach może tak tego nie widać, ale na Malcie istnieją stragany z lokalnymi słodyczami, gdzie odbywa się darmowa degustacja. Głównie są to ciastka, także łasuchy na pewno znajdą swoje miejsce (zwłaszcza wioska rybacka Marsaxlokk nie rozczaruje pod tym względem, najlepiej wybrać się tamnalokalne targi). W przypadku spożywczaków zaskoczyły mnie z kolei ciągoty do eksperymentowania z popcornem: słony, z masłem, Z CUKREM, karmelowy, czekoladowy, barwiony na kolory tęczy. Pod tym względem jestem fanką tradycyjnego smaku, wersja na słodko mnie nie przekonuje, ale na wyspie jest to dość mocno spopularyzowane.

Patriotyczna ciekawostka – wiele produktów mięsnych czy w kategorii nabiału jest opieczętowanych nalepką ZOTT, a na opakowaniach możemy dostrzec napisy typu: „Kabanosy polskie”. Trzeba jednak przyznać, że mimo znajomości produktów oraz marki, np. tak dobrej i ogromnej mozzarelli jeszcze nie jadłam. Była lekko słonawa i większa od dłoni. Standardowo też wybór oliwek robi wrażenie – nie mówię już nawet o nadziewanych, ale o zwykłych, zielonych; ogromnych, sprowadzanych z Grecji. Chyba żadne później nie smakują lepiej, zwłaszcza kiedy wróci się do Polski.

Restauracje – przegląd wyspy

Kiedy wejdziemy jednak do knajpy, i to naprawdę byle jakiej knajpy, na wielkie menu, które mieści się na kartce formatu A3, może trzy pozycje drobnym drukiem to tradycyjne maltańskie dania. Cała reszta to kuchnia włoska, może odrobinę zmodyfikowana. Nie tyczy się to tylko i wyłącznie dzielnicy Bugibba, gdzie mieszkaliśmy. Wczytywaliśmy się w menu na całej wyspie (w tym na Gozo) i naprawdę nie dostrzegaliśmy wielu zmian poza samą ceną, która w bogatszych miastach kurortowych takich jak Sliema czy St.Julian potrafiły urastać do rzędu 15 € za pizzę Margharitę. My żywiliśmy się głównie w San Pawl il-Bahar przede wszystkim dlatego, że większość stolików sytuowano kilka metrów od morza, widoki piękne, lekka bryza chłodziła po całym dniu wysiłku, no i codziennie mieliśmy z czego wybierać.

Zacznę od dwóch restauracji, które naszym zdaniem stały na najwyższym poziomie, jeśli chodzi o obsługę i jakość serwowanych dań, a są to Bognor oraz sąsiadująca z nią George’s Bugibba – Casual Dining.

Największe porcje i najtańsze wino

Bognor w Bugibbie – tu zjedliśmy w dzień naszego przylotu, a było wtedy już naprawdę późno, po 22.00. Właściwie za niedługo zamykali, ale nikomu jakby nie przeszkadzała nasza obecność, mimo że byliśmy prawie jedynymi już klientami. Usiedliśmy przy stoliku z widokiem na morze, a kelner to obsługiwał nas z uśmiechem, to w międzyczasie jadł swoją kolację. Atmosfera była po prostu przecudowna i dlatego też wyjaśnię pewną nieścisłość.

Restauracja zbiera różne opinie – od dobrych, po koszmarne. Te drugie dotyczą głównie owoców morza, za którymi my nie przepadamy, więc nie wypowiemy się w tej kwestii, natomiast zdążyliśmy zaobserwować kilka rzeczy. Nigdzie, ale to nigdzie nie dostaniecie tak ogromnych porcji jedzenia jak tam; jednym makaronem można wykarmić trzyosobową rodzinę i mimo że siedzieliśmy nad talerzem ze dwie godziny, nie wcisnęliśmy wszystkiego do końca. Druga sprawa – w środku tygodnia, nawet w sezonie, ruch wszędzie był taki dosyć przeciętny, natomiast piątek/sobota knajpy stawały się tak przepełnione, że trzeba było ustawiać się w kolejkę i czekać. Widzieliśmy w tym czasie, jak trójka kelnerów i salowy obskakują ze dwadzieścia stolików, dosłownie biegając od jednego do drugiego. Wiem, że od przedstawicieli takich zawodów wymaga się ciągłej uprzejmości i uśmiechu na twarzy, ale po kilku podobnych godzinach nie dziwiłam się, że wszyscy mają dość i są zmęczeni. Oczywiście to pewnie wina zbyt małej ilości personelu i błędów w zarządzaniu kadrą, ale ja absolutnie nie skreślałabym Bognor z tego powodu.

To właśnie tam znajdziecie najtańsze ceny za butelkę wina (porównywaliśmy później dokładnie te same w innych lokalach i nigdzie nie znaleźliśmy nic zbliżonego, mimo że produkt był dokładnie ten sam). Rozsmakowaliśmy się w białym Green Lable, które jest lokalnym wytworem. Cena sklepowa 3,5 €, w Bognor 5 €, więc nie jest to duża różnica. Lekkie, orzeźwiające, mnie bardzo kojarzyło się z greckim house wine. Idealne na upały i nie uderza tak mocno do głowy. Przy okazji jego picia po raz pierwszy spotkaliśmy się z takim, a nie innym patentem na chłodzenie butelki. Nie wkłada się jej do wiadra z lodem, a do specjalnego pokrowca/termosu, który zatrzymuje chłód. Wygląda to dość elegancko i działa bez zarzutu:

Tak jak wspominałam, porcje jedzenia są ogromne, aczkolwiek w przypadku makaronu polecamy wziąć spaghetti zamiast penne (jesteśmy pytani o wybór), bo jest go po prostu więcej. Risotto przyrządzone świetnie – dużo kurczaka, pieczarek, jest nawet opcja dosypania samodzielnie dodatkowego sera do każdego dania tego typu. Dalej bawi mnie, że będąc zapytanymi, czy chcemy skorzystać z tej opcji, wymieniliśmy z Szymonem jedno krótkie, porozumiewawcze spojrzenie i z całą pewnością w głosie odrzekliśmy: „YEEEES”. W tym miejscu jedliśmy chyba ze trzy razy, skusiłam się nawet na wegetariański makaron z racji faktu, że był podawany z ratatouille, suszonymi pomidorami i oliwkami. Naprawdę polecam, świetne miejsce na romantyczny wieczór, zwłaszcza kiedy opadnie ogólna wrzawa. Nas zapamiętano po pierwszej nocy i później kelner zawsze był bardzo przychylny i nam nadskakiwał. Swój rachunek możemy zamknąć w 18-25 € na dwie osoby.

Najlepsze ravioli na wyspie

W George’s Bugibba – Casual Dining z kolei mieliśmy już niemalże zaprzyjaźnionego kelnera pochodzącego z Macedonii. Zawsze doradzał nam najlepsze potrawy i wdawał się w rozmowę, która niewiele miała wspólnego z jedzeniem. Ostatniego dnia nawet zaprosił nas na piwo po pracy, ale okazało się, że nie dostał zmiany i w ogóle go nie było. Widać po nim jednak, że czerpie dużo radości z tego, co robi – niektórych gości zabawiał, a na niektórych tylko kręcił głową, kiedy byli wyjątkowo trudni. Tak czy inaczej, zawsze czuliśmy się tam mile widziani i przede wszystkim dobrze najedzeni. Lepszego ravioli nie znajdziecie nigdzie na całej wyspie. Porcja jest mała (6 pierożków) lub duża (12 pierożków) i występuje w dwóch wersjach: ricotta, sos pomidorowy, bazylia, parmezan lub ricotta, sos pieczarkowy z kawałkami pieczarek, czosnek i parmezan. Absolutnie nie mam pojęcia, jak wydobywali taki smak z dań, ale gwarantuję Wam, zwłaszcza w przypadku sosu pomidorowego, że nigdy wcześniej nie próbowaliście czegoś tak mocno smakującego pomidorem. Najlepsze danie na Malcie.

Tutaj też próbowaliśmy makaronów, a nawet skusiliśmy się na pikantnego kurczaka ze szczyptą chilli na ryżu. Co ciekawe, mimo ryżu dostaliśmy też frytki, a mięso wcale nie było ostre. Doprawione jednak świetnie, chrupkie na zewnątrz, a w środku bardzo delikatne i miękkie. W tym miejscu spotkamy się też ze składaną pizzą, która wygląda jak ogromny pieróg. Skosztowaliśmy nawet lokalnego piwa Cisk, którego reklamy na parasolkach czy szybach widać na każdym kroku – Szymon wersji tradycyjnej, ja smakowej (cytrynowej). Szału nie było, w sumie nie różniło się to wiele od Radlera, chociaż mój partner i tak orzekł, że lepsze to niż np. Tyskie. W tym miejscu również swój rachunek spokojnie zamkniemy do 16-21 € na dwie osoby.

Gdzie zjeść pizzę wyglądającą jak sałatka jarzynowa?

Nieco dalej, już w bardziej turystycznej i rozrywkowej części miasta, ale również z widokiem na brzeg morza, znajduje się knajpa o nazwie Bad Bull, gdzie jadłam najdziwniejsze wydanie bardzo znanej pizzy w całym swoim życiu. Łatwo to miejsce przeoczyć, bo niemalże pochłania je Pizza Hut obok. Nie jest najtańsze, ale pizzę i makarony możemy zakupić w przystępnych cenach, a akurat na ten wieczór to było wszystko, czego szukaliśmy. Obsługa w sumie niezauważalna, chociaż ponoć jest jeden kelner, który bardzo zagaduje. Pizza smaczna, wyładowana dodatkami, ale też dość tłusta i nie ma co tego ukrywać. Salami bardzo dobra, natomiast Quattro Stagioni… zabawne. Wiecie, „cztery pory roku” to zazwyczaj jedna pizza przyrządzona na cztery różne sposoby, po dwa kawałki na spróbowanie każdego z nich. Tu natomiast te cztery smaki były ułożone… paskami, a w dodatku zawierały takie śmieszności jak groszek czy jajko na twardo, przez co niektóre kawałki pizzy wyglądały jak sałatka jarzynowa. Jak to smakowało? Nie tak źle, jak od razu widzicie to w swojej wyobraźni, ale dość nijako, jako że brakowało jakiegoś mocnego, przebijającego się smaku. Tradycyjna część smakowała lepiej – polecam jednak spróbować, ciekawe doświadczenie dla podniebienia. Za całość możemy zamknąć się do 20 € (jak już pewnie zauważyliście, taki mniej więcej mieliśmy pułap).

Restauracja Bar-bara – pizza nie, drinki tak!

Skoro o pizzy mowa, to przechodzimy w tym momencie do bubli, które spotkały nas na wyspie i które my odradzamy. Zacznijmy od baru Bar-bara, gdzie ceny co prawda są niższe niż u konkurencji, ale ma się to dość mocno do jakości, przynajmniej jeśli odnosimy się do jedzenia. Do kelnera nie będę mieć zarzutów, bo z tego co zauważyliśmy, to były chyba jego pierwsze dni pracy, a wszyscy dobrze wiemy, jak to jest, kiedy człowiek się gdzieś wdraża i ciąży na nim duża presja. W kwestii jedzenia – skosztowaliśmy pizzy z karczochami, szynką i jajkiem, a dla mnie dużym zaskoczeniem było już samo to, że jajko nie zostało rozbełtane, tylko znowu właśnie podane na twardo. Najwyraźniej tak na Malcie już po prostu jest. Ciasto cienkie, ale takie dość nijakie, nie sprawiało wrażenia, jakby świeżo wyjęto je z pieca. I owszem, było smacznie, ale wiecie, to nie to, czego oczekuje się za wydane pieniądze, choć za dwie osoby możecie zapłacić tylko 15 euro. Z tego co jednak widzieliśmy, mimo wysokich cen, bardzo atrakcyjne w tym miejscu okazały się drinki (duży wybór, ładnie przygotowane), więc może lepiej celować w tym kierunku, jeśli chodzi o bar.

Gdzie NIE jeść?

Poniższy przykład to jednak jeszcze nic, bo dzień później poszliśmy do sąsiada Bar-bary. Za żadne skarby świata nie przypomnę sobie teraz jego nazwy, na mapkach Google także nie istnieje, ale to restauracja, która jest dosłownie po sąsiedzku, po lewej stronie. Powiem tak – obsługa pozostawiała wiele do życzenia, poczynając od niewymytych stolikach, a kończąc na zupełnej obojętności wobec klienta. Na Malcie wiele osób, które nas obsługują, nie od razu przyniosą menu, bo najwyraźniej często odwiedzają ich miejscowi z góry wiedzący, co chcą zamówić. W takiej sytuacji jednak kelner pyta, czy chcemy coś do picia, do jedzenia, czy może jednak przynieść menu. W przypadku tej knajpy kobieta po prostu spytała, co chcemy. Poprosiliśmy o kartę dań, w sumie ani be, ani me, ale w porządku. Okazało się, że duża część składników się skończyła, więc musieliśmy zrezygnować z wybranych w pierwszej kolejności posiłków.

Ostatecznie pokusiliśmy się na tortellini oraz narodową potrawę Malty – królika, z tym że dodanego do spaghetti. Pierwsza opcja zjadliwa, chociaż niewiele odstająca od sklepowych pierożków, w dodatku dość mocno słona, druga natomiast… straszliwie nas rozczarowała. Naszym problemem przede wszystkim było to, że nie do końca wiedzieliśmy, jak powinien smakować dobrze przyrządzony królik. Kiedy byłam dzieckiem, moja babcia co prawda je podawała, ale w formie pasztetu, więc raczej ciężko to przyrównać. Jestem natomiast świadoma jednego – podczas jedzenia raczej nie powinno się notorycznie wyciągać z ust kawałków chrząstek czy kosteczek. Nie powiem, że było ich więcej niż mięsa, ale raczej nie należało to do najprzyjemniejszych odczuć świata. W każdym razie doświadczenie było na tyle złe, że nie chcieliśmy drugi raz próbować, czy smakuje tak zawsze, czy wybraliśmy zły lokal. Chociaż tyle dobrze, że w tej knajpie również zamykamy się w niecałych 20 €. Generalnie bardzo nie polecamy. Dlaczego więc nie wyszliśmy już na początku? Życie nauczyło mnie, że nie zawsze najpiękniejsze miejsca oferują najlepsze smaki i na odwrót, ale nie zawsze musi się to sprawdzać.

Smakowe ciekawostki

Co do królika – to danie dostaniemy wszędzie, nie tylko jako dodatek. Możemy na przykład za 20-30 euro zamówić go na tacy w całości. Jeśli macie lepsze doświadczenia niż my, koniecznie podzielcie się opinią, może Wy przekonacie nas na drugą próbę.

Warto tutaj również wspomnieć o czymś w rodzaju przekąski, co możemy dostać w wielu piekarniach. Timpana, czyli włoskie danie – to tak naprawdę zwykłe penne bolognese mocno zlepione sosem i zapieczone w cieście francuskim, dzięki czemu wyglądem nieco przypomina lasagne i jest bardziej sycące. Smaku wiele to nie zmienia, można łatwo przyrządzić danie w domu, ale z drugiej strony nie wiem, czy sama byłabym skłonna do tego, żeby dokładać sobie roboty. Polecam jednak jako ciekawostkę, zwłaszcza by udowodnić Wam, że nie każda stolica państwa musi być droga. Dlaczego? Danie to nabyliśmy w Valettcie za 2 euro (normalną, dużą porcję) – standardowo kosztuje 4, natomiast po godz. 17.00, na chwilę przed zamknięciem, w takich miejscach obniża się ceny o połowę. Idealnie.

Kilka razy spotkaliśmy się też z czymś, co nazywa się bragioli (również włoskie danie), ale z racji ceny (12-15 euro za porcję) odpuściliśmy sobie tę przyjemność. Spróbujcie więc na własnym tripie i dajcie nam znać – to tak naprawdę rolady z marchewką, cebulą i oliwkami (choć częściej nie). Brzmi dość znajomo 🙂

Najsmaczniejsze lody

Było już mnóstwo o ciepłych daniach i przekąskach, trzeba jednak wspomnieć też parę słów o czymś, co może nas schłodzić, a mianowicie o lodach. Z najlepszymi z nich spotkaliśmy się w Sotto Zero. Wybraliśmy tę lodziarnię przede wszystkim dlatego, że któregoś wieczora dostrzegliśmy ogromną kolejkę ciągnącą się do tego miejsca przez pół ulicy i zdecydowaliśmy, że musimy zobaczyć, o co ten cały zachód. W godzinach przedpołudniowych jest zupełnie pusto i często z tego korzystaliśmy. Wybór lodów jest ogromny, różnorodność smaków wręcz powala – są tradycyjne, owocowe, kwaśne, bardzo słodkie. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: jogurt, melon, M&M’s, Amaretto; co dusza zapragnie. Gałka kosztuje 2,5 euro, każda kolejna dodatkowe euro. Gwarantuję Wam jednak, że po jednej będziecie mieć równocześnie serdecznie dość i pragnąć więcej.

W tym miejscu je się głównie z kubeczków (można poprosić o wafelek, choć jest droższy) i jedną gałkę liczy się w ten sposób, że najpierw uzupełnia się kubeczek, a później na szczyt kładzie się ogromną hałdę lodów, która roztapia się szybciej, niż jesteś w stanie ją jeść. Arbuz naprawdę smakuje jak arbuz, w M&M’sach znajdziemy kawałki M&M’sów. Zakochałam się też absolutnie w czymś, co nazywa się kremem z pistacji. Wiecie, nie zwykła, jasna pistacja, a coś, co jest dosłownie ciemnozielone. Nie wiem, czy to jakoś specjalnie zmielony orzech, czy inna magia, natomiast był tak słodki jak mleczna czekolada, po prostu obłęd. MUSISZ TAM BYĆ – a wiesz czemu? Bo na miejscu jest darmowe kosztowanie. Nie umiesz zdecydować się na smak? Możesz poprosić o spróbowanie dziesięciu z nich i dopiero później podjąć decyzję. Czy to nie jest piękne?

Chłodzone napoje

Jeśli natomiast skupiamy się na chłodzonych napojach, to w każdym miejscu, w każdej kawiarni uświadczymy mrożonej kawy – często z syropem, natomiast rzadko z lodami smakowymi. Przeważnie to po prostu mocna kawa z kostkami lodu, ale akurat my za nią przepadamy i Grecja pod tym względem nauczyła mnie kultury picia.

Bardzo polecam jeszcze Slushy/Slush, który w innych krajach nazywa się Granitą, u nas z kolei zwykłym sorbetem lodowym. Sęk jednak w tym, że na Gozo, w okolicach Lazurowego Okna, możemy natknąć się na ten przysmak z dodatkiem alkoholu – np. Red Bulla połączonego z wódką lub samej limoncelli. Nie jest to mocne, a smakowało nam ogromnie, zwłaszcza sączone przez słomkę nad brzegiem morza.

W wielu miejscach możemy też natrafić na lokalne likiery sprzedawane np. w trzypakach za 9 euro. Jest to na tyle wygodne, że nie musimy kupować jednej, drogiej butelki, a właśnie zapoznać się z kilkoma smakami takimi jak chlebek świętojański, figa czy opuncja. Nie jest to jednak napój dla każdego – przede wszystkim dlatego, że musimy pogodzić się z jego mocną słodyczą. Wypicie większej ilości raczej szybko potrafiłoby zmulić – mnie figa smakowała najbardziej, natomiast Szymon otwarcie przyznał, że chyba nie jest w stanie tego pić. Jeśli jednak nie dla Was samych, to warto kupić taki zestaw na prezent – nie ma z nim problemu na lotnisku, w dodatku sami możemy dobrać smaki do zapakowania. My swój nabyliśmy akurat w Mdinie.

Jedzenie na Gozo

Z Gozoniestety nie mamy tylu kulinarnych przeżyć, ale troszkę się porozglądaliśmy i chcę obalić mit o tym, że ceny są w tym miejscu znacznie niższe niż na całej Malcie. Nawet jeśli kiedyś tak było, to w dobie kryzysu każdy ratuje się, jak może i teraz wielkiej różnicy nie widać. Zbyt wielu sprawdzonych knajp nie mamy, natomiast Szymon zakochał się jednej, prowadzonej przez rodowitych Włochów w samym Rabacie (miejscowości, a nie w zniżkach :D). Lokal nazywał się Pasta Republic i przygotowuje się w nim domowy makaron. Właściwie wybiera się tylko porcję małą lub king size, ewentualnie jakiś pakiecik z winem i nawet duże porcje kosztują koło 8 euro. Cena jest jedna dla każdego rodzaju sosów, które nie są wymyślne, dość zwyczajne, ale rzeczywiście bardzo smaczne po przyrządzeniu. Z pewnością jeden z lepszych makaronów, dużo grubszy niż w przeciętnych restauracjach, no i porcja rzeczywiście taka, że napełnicie głodne po całym dniu brzuchy. Co akurat fajne, mamy możliwość zapłacenia zarówno przed jedzeniem, jak i po. Trzeba mieć jednak na względzie, że sam lokal dalej jest zamknięty dla turystów ze względu na koronawirusa, a na zewnątrz znajdują się jedynie dwa stoliki do swobodnego siedzenia.

To chyba tyle, mam nadzieję, że nakreśliłam Wam mniej więcej, czego możecie spodziewać się po przylocie na Maltę, gdzie warto lub nie warto zjeść, a także w jakie smakołyki celować. Jestem świadoma, że wielkiej różnorodności czy też zaskoczenia tutaj nie uświadczyliście, ale mam nadzieję, że odwiedzicie któreś z polecanych przez nas miejsc i podzielicie się swoimi wrażeniami – mam nadzieję; równie pozytywnymi.