Węgierska kuchnia – papryka, gulasze i przekąski w alternatywie dla kebaba

Z czym kojarzy się węgierska kuchnia? Przede wszystkim z gulaszami w kociołkach, zupami w chlebie i dużą ilością wina oraz papryki – czy to w postaci warzywa, czy sproszkowanej przyprawy. Zazwyczaj dużo ostrości, mięsa i dość ciężkostrawnie, choć nie jest to regułą. Dziś skupimy się na kilku ciekawych punktach gastronomicznych, a także potrawach czy przekąskach, jakich trzeba spróbować lub wręcz przeciwnie, będąc już na miejscu. Zapraszam na:

Langosz – gdzie najlepiej zjeść?

Na sam początek warto wspomnieć, że niepowtarzalną okazją do skosztowania tradycyjnych dań w samym Budapeszcie jest bożonarodzeniowy jarmark znajdujący się na Vörösmarty tér. Prócz pojedynczych budek ze słodyczami czy kurtosz-kołaczami znajdziemy kilka połączonych ze sobą punktów gastronomicznych. Pośrodku znajduje się dość duży placyk, który stanowi powierzchnię roboczą dla „kucharzy”, a wokół niego rozciągają się blaty i gorąca płyta z gulaszami, golonkami, mięsami, kiełbasami, zasmażanymi warzywami i wszystkim, o czym można tylko marzyć. Człowiek żałuje, że ma tylko jeden żołądek. Możliwość zjedzenia czegoś w tym miejscu mamy od końca listopada do końca grudnia. Na co my się skusiliśmy? Na coś bardzo tradycyjnego, a mianowicie na langosza.

Tę potrawę można spotkać także na naszych polskich jarmarkach, ale jednak dość różnią się one smakiem. Jeśli ktoś nigdy wcześniej się z nią nie zetknął, to można przyrównać ją do ogromnego, napęczniałego placka z pogrubionymi bokami w taki sposób, żeby do środka można było napakować mięso, jogurt czy sos: dzięki temu dodatki nie wypadają czy nie wyciekają. W przeciwieństwie do zwykłych placków ziemniaczanych, tutaj oprócz ziemniaków używa się również mąki pszennej, drożdży i mleka (oraz takich dodatków jak cukier czy sól, ale to już według własnego uznania). Najpopularniejszym zestawieniem „farszu” jest chyba jogurt z serem żółtym startym na tarce w grube wióry (na to się właśnie zdecydowaliśmy), ale także cukier, szynka albo masło czosnkowe. W zasadzie kombinacji jest dużo i jako że placek jest neutralny w smaku, można eksperymentować z wypełnieniem.

Nasza rada? Z pewnością zamówilibyśmy jeden placek na dwie osoby, bo są po prostu ogromne – wielkości głowy. Wiadomo, fajnie się najeść, ale jeszcze lepiej popróbować wielu rzeczy po kawałku, na co nam po prostu nie starczyło siły. Mój przyjaciel dokończył przekąskę z wielkim trudem, ja już samą końcówkę zostawiłam, przy czym obojgu było nam tak niedobrze, że nie wiedzieliśmy, jak dotrzemy do domu. Czy langosze są tego warte? Szczerze mówiąc… trochę się rozczarowaliśmy. Wielkiej eksplozji smaków nie doznaliśmy, w połowie placek robi się wręcz mdły i nieustannie ma się wrażenie, że je się spód bardzo tłustego pączka, który za długo taplał się w głębokim oleju. Do tej potrawy trzeba mieć trochę zahartowany żołądek – my na przykład nie jemy specjalnie tłusto i przez resztę nocy ciężko nam było przeżyć. Żeby się wypowiadać, trzeba jednak spróbować, więc tak czy siak zachęcam, tylko nieco rozsądniej niż my.

Restauracja Sir Lancelot – jedzenie i rozrywka

Moim ulubionym punktem gastronomicznym z pewnością stała się restauracja Sir Lancelot. To miejsce, do którego bez przerwy ciągną się ogromne kolejki, nawet jeśli macie rezerwację. Bez niej nie liczyłabym nawet na wejście, niezależnie od tego, czy to weekend, czy jakikolwiek inny dzień tygodnia. Nie trzeba dzwonić, na oficjalnej stronie znajduje się formularz, który należy wypełnić w języku angielskim (lub węgierskim, jeśli ktoś ma zadatki na poliglotę). Można zadawać pytania i dostosować termin – obsługa jest naprawdę rzetelna, żadnego maila nie pomija i stara się załagodzić wszelkie niedogodności. Po uzupełnieniu takiego wniosku dostajemy potwierdzenie, a na miejscu podchodzimy już tylko do kontuaru, podajemy swoje dane i otrzymujemy przydzielone nam wcześniej miejsce. Jest przy tym sporo zamieszania, bo ludzi w kolejce czeka dosłownie milion, ale idzie to dość szybko. Współczułam jednak dziewczynie, która przyjmowała gości – nawet po jej sposobie mówienia dało się poznać, że jest tragicznie zmęczona, jakby pracowała 12 godzin.

Dlaczego to miejsce zrobiło taką furorę? Knajpa rozciąga się na dwóch piętrach – parter, antresola i piwnica. Całość urządzona jest w średniowiecznym stylu – grube, zimne mury, podłużne drewniane ławy i stoły, kolorowe witraże zamiast okien, mnóstwo elementów wystroju w stylu broni, zbroi, kielichów, flag, żyrandoli, świec. Wszystko wspaniale ze sobą współgra, bo to nie tylko zasługa dekoracji, ale też obsługi w specjalnie skompletowanych strojach. Panie mają długie spódnice i białe bluzki z szerokim dekoltem odsłaniające brzuchy, panowie z kolei zwiewne koszule, buty przed kolano i luźne spodnie. Równocześnie jest na co popatrzeć, ale też nic nie wykracza poza granice dobrego smaku. Stroje nie są wyzywające, a widoki nie obrzydzają nam jedzenia – mamy klimat, a nie przesadę.

Kolejny element to występy, które odbywają się od godziny 20.00-23.00 w weekendy co 20 minut. Niesamowita rozrywka, w której możemy uczestniczyć bez presji czasu dzięki temu, że każdy stolik rezerwowany jest na ponad dwie godziny i zapewniam Was, że tyle właśnie każdy z gości spędza czasu w tym miejscu. Wcale nie dlatego, że czas oczekiwania na dania jest tak długi, a właśnie ze względu na dobrą zabawę. Widząc takie tłumy, sama bałam się, ile przyjdzie nam czekać na coś do zjedzenia, ale restauracja zatrudnia tylu pracowników, że dosłownie się tego nie odczuwa i to oczekiwanie jest dokładnie takie, jak w innej knajpie przeciętnych rozmiarów, za co ogromny plus.

Na czym polegają występy? Raz jest to pokaz ognia, innym razem taniec brzucha czy wystąpienie siłacza, który wyszukuje w tłumie drobną kobietkę i podnosi ją nad głowę. Jest też połykacz ognia i pokazy stricte komiczne, bywają też interakcje, w których zamyka się kogoś w dybach i trzeba go „wykupić”. Możliwości jest od groma i trochę, a każde takie kilkuminutowe przedstawienie angażuje klientów. Jedni są bardziej nieśmiali, inni wręcz rwą się do wyjścia na środek (zwłaszcza ci, którzy już troszkę wypili), ale każdy dobrze się bawi. Panuje naprawdę biesiadna atmosfera, nawet stawia się bardziej na jedzenie rękami i swobodę, a każdy dostaje ogromny śliniak w postaci chusty do zawiązania. Ja na przykład stwierdziłam, że zaczekam z nim aż do podania posiłku, ale podszedł do mnie kelner i bez pytania sam mi go zawiązał, chyba martwiąc się, że bez tego mniej się zintegruję.

Najważniejsza jednak sprawa: menu, jedzenie i finanse. Jak jakość ma się w stosunku do ceny, czy to się w ogóle opłaca i czy poza atmosferą będziemy w stanie najeść się i być zadowoleni? Odpowiedź brzmi – jak najbardziej tak. Miejsce nie jest tanie i nie ma co tego ukrywać. Zwłaszcza jeśli spojrzymy na zestawy dań, z których każdy z nich ma jakąś fikuśną nazwę w stylu Niebieski Rycerz itd. Otrzymujemy od razu przystawkę, zupę, kilka rodzajów drugiego dania i deser. Taki interes kosztuje grubo ponad 100 zł, czasami nawet podchodzi pod 200 i mimo ogromnej pokusy, wreszcie go sobie odpuściliśmy. Byliśmy tak rozemocjonowani, że chcieliśmy kupić jak najwięcej i jak najwięcej skosztować. Moja rada? Zamówcie zupę i drugie danie, wyjdzie dużo taniej (zamkniecie się do stówy razem z piciem), a i tak gwarantuję Wam, że tego nie przejecie (dobra, 98% z Was nie da rady i mówię to ja, ogromny żarłok). Porcje są po prostu gigantyczne.

Zupy przynoszone są w bochenku chleba – często w taki sposób, że w jednej połówce znajdziemy potrawę, w drugiej ser lub grzanki do dodania. Co tu wiele mówić – są pyszne. Ja zamówiłam cebulową, kto inny żurek i wszystko było wyśmienite. Jesteście ciekawi drugiego dania? Przynosi się je na ogromnych, srebrnych tacach. Chcecie zamówić kurczaka? Śmiało, dostaniecie go w całości. Do tego sos w wielkiej sosjerce, cała taca ziemniaków i warzyw. Szaszłyki? Cztery ogromne patyki wypełnione mięsem. Pękniecie, obiecuję.

Jeśli chodzi o napoje, to piwa podawane są w wielkich kuflach, natomiast wina przynosi się w dzbanku i rozlewa do małych, glinianych naczynek z nazwą restauracji. Zdaję sobie sprawę, że część osób podróżuje bardzo niskobudżetowo i taki koszt za jeden obiad/kolację wydaje się przerażający, ale nie płacimy jedynie za posiłek, a za wspomnienia, które pozostają naprawdę niesamowite. Idźcie i zamówcie nawet jedną tacę na dwie osoby – nie będziecie żałować. Kiedy zobaczycie, jak kelner dźwiga ogromną deskę z górą mięsa nad swoją głową, to stwierdzicie, że było warto: nie wiadomo tylko, czy dla kelnera, czy dla mięsa bardziej.

Kolbice – alternatywa dla kebaba

Była restauracja, to teraz może znowu przekąska, a mianowicie kolbice. Jeśli macie już dość kebabów w bułce, to idealny moment, żeby zaznać odmiany. Ta przekąska przyciągnęła naszą uwagę już w momencie, kiedy przechodziliśmy obok niej po raz pierwszy. Znajdowała się w jednej z wielu rozstawionych budek i food-trucków pomiędzy Placem Bohaterów a zamkiem Vajdahunyad. Czym właściwie są kolbice? To wycięta w stożek bułka bez dna, do której wkłada się sałatę, cebulę (zwykłą do środka oraz prażoną na górę) i pomidorki, ale większość wypełnienia stanowią i tak różnego rodzaju kiełbaski: zwykłe, ostre, curry lub chilli. Na to wszystko wylewa się jeszcze wybrany sos.

Przekąskę tę można zjeść w kilku wersjach, a jej koszt waha się w okolicach 2000 HUF (ok. 26 zł). Troszkę dużo, w tej cenie można by mieć w końcu zestaw obiadowy, ale wbrew pozorom dało się tym najeść. Jak ogólne walory smakowe? Generalnie szału nie było: smaczne, ale bez przesady. Mimo że jestem ogromną fanką mięsa, brakowało mi większej ilości warzyw –miałam wrażenie, że czuję tylko i wyłącznie kiełbaski, które do najwybitniejszych nie należały. Zależy jeszcze które, natomiast większość z nich przesiąkła ostrym aromatem i miała dość dziwną, twardawą konsystencję. Najbardziej jednak wytrącającą z równowagi rzeczą była powłoczka na mięsie – wiecie, trochę tak, jakbyście nie zdjęli folii z parówki. Zastanawialiśmy się, czy tak powinno być, czy może to trzeba najpierw obrać. Z drugiej strony trochę głupio – dostajesz skomponowaną kolbicę do ręki i pierwsze co, to będziesz wygrzebywać z sosu kiełbaski i je obierać. Najwyraźniej tak to właśnie powinno smakować i wyglądać. Maciek śmiał się, że dzięki „ubranku” kiełbaska ma lepszy poślizg i szybciej leci do żołądka z głośnym „weeee”. Co do bułki, to przyrównałabym ją do naszej kajzerki. Ogólnie oceniłabym przekąskę na takie 6,5/10. Zjadliwe, nawet nie najgorsze, poza tym dość ciekawe doświadczenie no i naprawdę można się najeść, bo mięsa jest spora ilość. Podawane też dość schludnie, więc jeśli są tu jacyś mięsożercy, to może warto by się skusić.

Grzane wino

W tym samym miejscu (pomiędzy Placem Bohaterów a zamkiem Vajdahunyad w foodtruckach) mogę też polecić jedno z najlepszych grzanych win, jakie piliśmy w Budapeszcie – duże, mocne, idealne na rozgrzanie i temperaturę poniżej zera. Kosztowało zaledwie 600 HUF (ok. 7,80 zł), czyli właściwie tyle co nic. Co prawda nie było podawane zbyt ładnie, to w końcu napój na wynos, więc do styropianowego kubka musiało się ograniczyć, ale fakt faktem, sprzedający nie oszczędzali i lali do pełna (300 ml). Gdziekolwiek później się nie udaliśmy, nie znaleźliśmy już lepszej oferty – wszędzie drożej za mniej. Nie mówię już o różnicy 200 HUF, bo za tyle zdołaliśmy się napić na Placu Macieja przy Domu Houdniniego, ale na przykład o cenie 1200/1400 HUF po wejściu na Górę Gellerta. Jeśli chodzi o grzańca za 800 HUF, to sprzedawał go naprawdę cudowny człowiek; zagadywał, śmiał się, z każdym porozmawiał. Nie dało się jednak ukryć, że mimo strasznie wysokiej temperatury samego napoju, to nie alkohol rozgrzewał, a sam fakt trzymania ciepłego kubka. Kiedy tylko napój się skończył, znowu marzliśmy, a sam smak też zbyt dużego wrażenia nie robił (raczej rozwodniony i bardziej jak cierpki sok wiśniowy).

Mnie smakował też grzaniec w podobnej cenie na ulicy Váci Utca w knajpie Európa Café. Pierwszy raz spotkałam się tam ze zwyczajem, że do wina podaje się też palemkę, taką jaką możemy spotkać przy drinkach czy może koktajlach. W sumie wydało mi się to całkiem urocze, a samo miejsce jest całkiem niezłym punktem na romantyczny wieczór. Obsługa naprawdę uchyla niebios, każdy podchodzi do ciebie z uśmiechem i radością, że może cię obsłużyć. Większość miejsc siedzących znajduje się na zewnątrz, dlatego odrobinę lepiej byłoby pewnie zarezerwować stolik, gdyby było cieplej. Z drugiej jednak strony jest ogrzewanie w postaci filarów ogniowych, a na każdym krześle pozostawiono kocyk do nakrycia. Menu zachowano w dużym stopniu kawiarniowe, sprzedawali nawet gorącą czekoladę (jestem wielkim smakoszem, więc doceniam, kiedy ktoś ma w ofercie akurat ten napój, bo nawet w okresie zimowym nie jest to taką oczywistością). Nie zabraknie deserów, ale też potraw mięsnych w różnych wydaniach: panierowanych, z makaronem czy zwykłych gulaszy. Ja skusiłam się na zupę gulaszową i nie byłam zbyt rozczarowana. Kelner co prawda ostrzegał, że potrawa będzie ostra, ale albo przesadzał, albo mam dość dużą tolerancję, bo nie za bardzo to poczułam. Jedyne co, to danie mogłoby być trochę gęstsze (więcej mięsa, papryki i ziemniaków), ale przyprawiono je naprawdę dobrze. Polecam więc, pod spodem zdjęcia jedzonka i lokalu.

Restauracja Vigado

Warto wspomnieć jeszcze o restauracji Vigado w Budzie. Kiedyś to miejsce wyglądało ponoć z zewnątrz dosyć obskurnie, natomiast jakość jedzenia wynagradzała wszystko. Teraz z kolei z zewnątrz jest całkiem nieźle, najwidoczniej po drodze trafił się jakiś remont, ale odbiło się to negatywnie na samej obsłudze czy potrawach. To miejsce słynęło z pysznej zupy w chlebie i to był główny motyw, który zachęcił nas do odwiedzenia go. Zapytaliśmy jeszcze na wejściu, czy na pewno ją dostaniemy, kelnerka pokiwała głową i zniknęła. Chyba jednak się nie zrozumieliśmy, bo po pewnym czasie wróciła, a zupy, które postawiła przed nami, znajdowały się w garnuszkach (dość małych w dodatku). Zaraz potem na stół położyła stolik z pieczywem, a my z Maćkiem spojrzeliśmy na siebie ze smutkiem i rozczarowaniem. Ten, kto czytał o naszych budapeszteńskich przygodach, ten wie, jak bardzo tego dnia czekaliśmy na tę zupę. Drugie danie natomiast uratowało honor, przynajmniej w moim przypadku. Ja zamówiłam makaron z sosem śmietanowym i dodatkami, natomiast Maciek gulasz. Nasze porcje różniły się wielkością dość dostrzegalnie, a sposób przygotowania mięsa pozostawiał wiele do życzenia. Penne z kolei naprawdę było pyszne, więc jeśli chcecie kiedyś zajrzeć do Vigado, to raczej pod kątem kuchni włoskiej, nie węgierskiej (no i może nie na zupę). Generalnie to nie było dla nas miejsce, w którym mogliśmy się najeść do syta, a już na pewno nie mężczyzna, nawet po dwóch daniach. Mimo dość przeciętnej i dopuszczalnej ceny, polecałabym przeznaczyć te pieniądze na coś innego.

Ciekawe widokowo restauracje

Istnieją jeszcze dwa miejsca w Budapeszcie, w których nie wiem co prawda, czy dobrze zjemy, ale przede wszystkim nacieszymy nasze oczy i zapełnimy wspomnienia. Nam niestety nie udało się trafić do ani jednego z nich (albo ze względu na odległość, albo na kolejki), ale Wam je polecę i może będziecie mieć więcej szczęścia. Pierwsze z nich to Vagon Restaurant znajdująca się dokładnie przy ostatnim przystanku metra na skraju Budy. Hitem tego miejsca jest to, że jak sama nazwa wskazuje, po prostu urządzono lokal w pociągu, a my siedzimy przy stoliczkach w wąskim wagonie urządzonym w dość starodawny sposób. Na pewno nie ominęłabym tego przy okazji swojej drugiej wizyty w stolicy, mając nieco więcej czasu.

Drugi punkt gastronomiczny to For Sale Pub. Swoim wyglądem przypomina nieco stajnię, gdy dostaniemy się już do środka – wszędzie porozrzucane siano, mnóstwo papierów i gazet przypiętych do sufitu, drewniane meble i iście kowbojski nastrój. Trzeba jednak liczyć się z tym, że przyjdzie nam tam czekać w długiej kolejce, jeśli wcześniej nie dokonamy rezerwacji. Na miejscu oczywiście piwo i alkohole, ale mimo że jest to pub, hojnie oferowane są też duże dania mięsne, często z grilla.

Mam nadzieję, że ten wpis pomógł Wam odnaleźć idealne miejsce na zjedzenie czegoś w Budapeszcie. Propozycji jest dość dużo – starałam się, żeby było różnorodnie. Dajcie znać, co Was najbardziej zachęciło i polećcie coś od siebie, jeśli Budapeszt macie za sobą. Tymczasem zapraszam na mojego Instagrama i Fanpage’a, odnośniki po prawej stronie na górze!

Budapeszt cz.4 czyli kultura żydowska, muzeum nuklearne i sylwestrowe zwyczaje

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie zawierać informacje o Hospital in the rock, czyli muzeum działającym w dawnym bunkrze za czasów II wojny światowej. Parę słów o tym miejscu podszepnęłam już w poprzedniej części budapeszteńskich opowieści, więc serdecznie zapraszam, jeśli chcesz dowiedzieć się więcej. Później przejdziemy do strony peszteńskiej i atrakcji, które się tam znajdują, a także unaocznimy, jak wyglądają przygotowania do nowego roku w stolicy Węgier. Zapraszam na:

Zwiedzanie nuklearnego bunkra – Hospital in the rock

Nasza grupa, która weszła do bunkra, składała się z około 30 osób. Pierwszym etapem podróży jest obejrzenie krótkiego filmiku w osobnej sali, w którym przedstawione zostają ogólne zasady panujące na miejscu (w tym zakaz spożywania jedzenia i robienia zdjęć) oraz ogólny zarys historii, jak ono w ogóle powstało i funkcjonowało. Wbrew pozorom bunkier jest naprawdę duży i szybko przychodzi nam się o tym przekonać podczas zwiedzania. Co prawda korytarze są bardzo wąskie i raczej należy chodzić gęsiego, by wyminąć się z innymi ludźmi, ale też bardzo długie. Sprawiają nieco klaustrofobiczne wrażenie, zwłaszcza że po drodze często poustawiane są jeszcze szafki czy różnorodne urządzenia prądotwórcze (eksponaty lub wciąż działające). Sufit jest miejscami dość nisko, wszędzie biegną rury i człowiek czuje w sobie taką nutę niepokoju.

Duża część pomieszczeń jest ulokowana w taki sposób, że znajdują się one zarówno po prawej, jak i po lewej stronie, ale zwiedzanie zorganizowano tak, żeby najpierw obejść i omówić jedną z nich, a potem drugą. Nasza przewodniczka opowiadała dosyć wyczerpująco, podawała też dużo ciekawostek i nieustannie chciała, żebyśmy zadawali pytania. Nikt jednak się nie odzywał, wydaje mi się, że jej opowieści w zupełności wystarczały, by oddać tragizm tego miejsca. Zdarzały się jednak i przyjemne historie: kobieta pokazała nam kąt pomieszczenia, w którym przyszła na świat mała dziewczynka. Nie dość, że dziecko przeżyło wojnę, to po jej zakończeniu, będąc już starszą kobietą, wróciło obejrzeć miejsce, gdzie się narodziło i na ścianie wisi nawet jej portret.

Każde pomieszczenie jest inne, a jednak wiele z nich bardzo do siebie przystaje – to chyba nie jest wielkie zaskoczenie, jeśli wyobrazimy sobie szpital wojenny. Większość pomieszczeń wypełniają łóżka z chorymi (woskowymi figurami, których jednak mimika i ekspresja nie pozostawia nic do życzenia). Zwłaszcza jedno z nich sprawia przerażające wrażenie, gdzie kilku rannych śpi pod jednym kocem, na jednym materacu. Ludzi ponoć było tak dużo, że powoli brakowało tlenu do oddychania (nie zapominajmy w końcu, że bunkier znajdował się pod ziemią i doprowadzenie tlenu było do niego znacznie utrudnione – nie sposób przecież otworzyć okna czy włączyć klimatyzacji).

Inne sale przedstawiały proces operacji – i tych zwykłych wykonywanych przez chirurga ogromnymi nożycami, i tych polegających na amputacji kończyn. Te były wyjątkowo wstrząsające, jako że żołnierzy nie usypiano: figury „zrywały się” z miejsca, podczas kiedy ich nogi odpiłowywano, asekurując się przy tym żeliwnym wiadrem zapełnionym krwią i bandażami w podobnym stanie. Właśnie – ujrzymy bardzo bogatą kolekcję leków i narzędzi używanych w tamtym okresie do przywracania ludziom jako takiej sprawności bądź uśmierzania ich bólu (częściej jednak to drugie). Patrząc na ich jakość czy ogólną higienę tego miejsca, człowiek myśli sobie, czy nie łatwiej byłoby już po prostu wykitować, niż parę dni przedłużać te męczarnie. Należy zaznaczyć, że jasne, część takich strasznych obrazów malowała się ze względu na zacofanie i niewiedzę ludzi, większość jednak stanowiła wzorowy przykład na to, jak straszliwy niedostatek i brak jakichkolwiek środków pomocniczych cierpieli ranni.

Wspominałam już wcześniej, że wolałabym uszanować prośbę muzeum i nie wstawiać na bloga żadnych zdjęć, jednak jeśli tylko zajrzycie w grafikę Google, dostaniecie chociaż namiastkę tego, co udało nam się zobaczyć. Być może warto zerknąć, bo pewnie większość z Was ma przeświadczenie, że „to tylko figury, co w tym może być strasznego”. A jednak miejsce jest przygotowane w tak przemyślany sposób, że przez 30-40 minut zwiedzania każdy milczy jak zaklęty.

Oprócz ogólnej nędzy i rozpaczy możemy zobaczyć też maski przeciwgazowe i całe skompletowane kombinezony. W jednym z pomieszczeń są też modele pojazdów i kadłubów z tamtego okresu. Część wystawy poświęcona jest również zrzuceniu bomby atomowej na Hiroszimę i ukazaniu, jak negatywne skutki promieniowania szybko rozprzestrzeniały się po całym świecie. Zwiedzający ma okazję obejrzeć mapy kontynentów i miast, gdzie pokazany jest zasięg tego zdarzenia i jego natężenie. Dodatkowo ustawione są też specjalne stanowiska z okularami, przez które można spojrzeć i zobaczyć zdjęcia osób dotkniętych promieniowaniem w różnym stadium. Generalnie straszne.

Ostatnie pomieszczenia składają się z rysunków wykonanych w większości przez dzieci a propos tych właśnie wydarzeń. Dodatkowo przy suficie poskładane są kolorowe łabędzie z origami, mające być symbolem wolności i pokoju. Jak więc widzicie, tych bodźców na miejscu czeka na zwiedzającego bardzo dużo, dlatego żałuję, że czas zwiedzania został w tak dużym stopniu ukrócony. Brakuje odrobinę miejsca na refleksję i spokojne obejrzenie wystaw, zwłaszcza jeśli zamyka się daną grupę, tak jak to było w naszym przypadku. Może poza okresami wzmożonego ruchu turystycznego jest inaczej, dlatego jeśli ktoś z Was miał okazję znaleźć się tam, tylko w innym miesiącu, to koniecznie dajcie znać, jak to wygląda.

Restauracja Vigado – Uważaj, do której trafisz!

Po zwiedzaniu poszliśmy na grzane wino i jeszcze przez jakiś czas byliśmy raczej w takim cichym, żeby nie powiedzieć ponurym nastroju. Bunkier ogromnie nam się podobał, ale wypadało zrobić coś na poprawę humoru. Zdecydowaliśmy się więc na to, co oboje lubimy najbardziej: jedzenie. Według naszej listy blisko nas znajdowała się restauracja Vigado, również bardzo polecana przez moich rodziców. Wiedzieliśmy, że można dostać tam najlepsze zupy w chlebie, dlatego z chęcią ruszyliśmy na miejsce. Podałam Maćkowi nazwę i ruszyliśmy za trasą wytyczoną przez Google. Coś mi się to jednak wydawało dziwne, bo nawigacja kazała nam wsiąść w autobus, który jechał na drugą stronę mostu, do peszteńskiej części miasta. Jak byk miałam zapisane, że Vigado jest w Budzie, ale stwierdziłam, że okej, może się pomyliłam.

No więc pojechaliśmy – w busie tłok, na moście korek i tak zleciało nam ponad 40 minut, po których poczuliśmy, że naprawdę jesteśmy głodni. Skręcało nas w żołądkach, więc w miarę zmniejszania się odległości, niecierpliwiliśmy się coraz bardziej. Szukamy jednak i szukamy – powinniśmy przecież być już na miejscu. Rodzice mówili, że knajpka jest mała, raczej obdarta i z zewnątrz nie wygląda zachęcająco. Tymczasem obok nas budynek z białymi filarami, w środku żyrandol, czerwony dywan i zupełnie czysto. Może zrobili remont? Próbowaliśmy się pocieszać, ale gdzieś z tyłu głowy dotarło do nas, że to chyba jednak nie to miejsce.

Jaki był finał? Okazało się, że Vigado są dwa – przy czym jedno to po prostu Vigado, a drugie to jakaś strasznie długa i dziwna nazwa, na którą nakierował nas Maciek. Stwierdził, że to pewnie to, nawet nie pytając mnie o zdanie, i tak właśnie koło godziny 18.00 przymieraliśmy głodem, cały czas mając wizję tej zupy w chlebie, przez którą zamiast znaleźć sobie inną knajpę, ruszyliśmy z powrotem do Budy. Brawo my. Vigado finalnie znaleźliśmy, ale zupy w chlebie już na miejscu nie praktykują (teraz podają ją w garnuszku). Nosz jasna… (więcej o restauracji w osobnym kulinarnym wpisie).

Nasze wpadki – Twój uśmiech

To był jedyny wieczór, kiedy chcieliśmy nieco szybciej wrócić do hotelu i choć raz po całym dniu łażenia skorzystać z jacuzzi. Co prawda dojazd zajął tyle, że zostało nam jakieś 40 minut do zamknięcia, ale stwierdziliśmy, że warto nawet dla parunastu minut szybko się przebrać i wskoczyć do wody. Zawinęliśmy się więc w szlafroki i ruszyliśmy na wyższe piętro hotelu, o którym pisałam już troszkę tutaj. No więc odkładamy wszystkie rzeczy na wieszaczki, wchodzimy do małego pomieszczenia. Na miejscu sauna, zaraz obok ogromna wanna z bąbelkami. Było nam jeszcze zimno po spacerach, więc z wielką radością zdjęliśmy klapki i nacisnęliśmy przycisk, by uruchomić jacuzzi… po to, żeby odkryć, że on wcale nie przynosi zamierzonych efektów.

Ponaciskaliśmy parę razy, zanurzyliśmy dłoń w wodzie – no zimna, po prostu zimna. Coś się musiało zepsuć. Zostało nam jeszcze trochę czasu, więc zeszłam na dół do recepcji, żeby zapytać, czy coś robimy niewłaściwie, czy coś się może popsuło. Tam nie zastałam jednak tego Azjaty, który zawsze tak ochoczo i rzetelnie pomagał, a innego faceta, raczej młodszego i wyglądającego na początkującego. Porozmawiałam z nim chwilkę, na co on odpowiedział, że już ktoś dzisiaj zgłaszał ten problem i że wannę trzeba uruchomić, ale nie wie jak. Zapewnił jednak, że JUTRO, kiedy zjawi się szef, poruszy tę kwestię. Fantastycznie.

Kto jednak śledzi wpisy z naszą dwójką, ten wie, że wieczór nie mógł skończyć się na rozczarowaniu i smucie z powodu zepsutego jacuzzi. Co zrobiliśmy? Udawaliśmy więc, że wszystko jest jak należy i weszliśmy do tej zimnej wody, trzepiąc nogami i rękami tak, żeby powstało złudzenie bąbelków. W pomieszczeniu była kamera (swoją drogą trochę słabe miejsce na podgląd, w sensie… ciekawe, czego recepcjonista się już tam naoglądał) i zastanawialiśmy się, jaki zonk ma teraz ten, kto na nas patrzy. Wiecie, my po prostu cały dzień czekaliśmy na ten gorący masaż i próbowaliśmy to sobie zrekompensować. Następnego dnia był już sylwester i wiedzieliśmy, że się nie wykąpiemy, bo na 99% będziemy na mieście. Wydurnialiśmy się więc jeszcze chwilę, a potem zdecydowałam się wyjść.

Zapytałam Maćka, gdzie dał nasz klucz do pokoju, po czym odpowiedział, że znajdę go na wieszaku. Podnoszę jednak jedną rzecz, odchylam inny ciuch i nic. Gdzieś zabrzęczał brelok, więc uniosłam wszystkie rzeczy, a jego wciąż nie ma. Spojrzałam ze zdziwieniem, na co Maciek wybuchnął śmiechem, też niezbyt ogarniając, co się stało z tym kluczem. I nagle machnęłam ręką, a on wypadł nie wiadomo skąd na ziemię. Usłyszałam tylko okrzyk pełen zachwytu: „Kurwa, Houdini!”

Sylwestrowe zwyczaje Węgrów

Następny dzień, 31 grudnia. Nie można ukryć, że ze zwiedzaniem spartaczyliśmy nieco sprawę. Otóż większość sklepów, muzeów i kulturowych miejsc była już zamknięta, część działała do godziny max. 15.00. Ze względu na konieczność porannej nauki zaplanowaliśmy czas tak, żeby wyjechać z hotelu, wyskoczyć na późny obiad, a później zwiedzać tak długo, żeby doczekać sylwestra na Wzgórzu Zamkowym. No i ogólnie ten plan był niewypałem, czego tym bardziej szkoda ze względu na ostatni dzień naszego wyjazdu. Nie wszystko jednak stracone – warto było zobaczyć miasto tylko i wyłącznie ze względu na sylwestrowe zwyczaje Węgrów. Jeszcze nigdy w Nowy Rok nie widziałam takiego zatrzęsienia stoisk z perukami czy czapeczkami z gumką (takimi jak na urodziny) do sprzedaży, ile zobaczyliśmy w Budapeszcie. Wiadomo, u nas też kupuje się świecące rogi czy afro, ale to, co jawiło się naszym oczom w stolicy, uchodziło za jeszcze większą tandetę. Nikogo oczywiście to nie zrażało, ludzie bardzo chętnie kupowali komplety dla całej rodziny i wszystkich znajomych.

Zwiedzanie Pestu

Zrobiliśmy rundę po żydowskich ulicach, które słyną z ruin pubs. To takie knajpy, które z zewnątrz wyglądają jak rozpadające się domy czy kamienice, natomiast w środku mają bardzo ciekawe aranżacje – siedzi się np. na kanapach z poprzecinanych na pół samochodów i tak dalej. My niestety nie załapaliśmy się, żeby wejść do środka, ale to akurat taki element kulturowy, który warto zobaczyć. Część odwiedzających uważa go za niesamowicie atrakcyjny, podczas kiedy niektórzy nie widzą nic bardziej odtrącającego i obrzydliwego w samym sercu stolicy. Trzeba jednak nastawić się na nieco inny rodzaj przeżyć, o czym alarmuje nas już wcześniejsze przejście dzielnicy żydowskiej: ścisk, knajpa przy knajpie, specyficzne witryny sklepowe (zwłaszcza na Király).

Kręciliśmy się tam przede wszystkim po to, żeby odnaleźć Wielką Synagogę. Najważniejszym dla mnie elementem, który trzeba tam zobaczyć, jest rzeźba drzewa, rzeźby płaczącej pośrodku placu. Jej liście zostały stworzone z metalowych płytek, a każda z nich ma wygrawerowane imiona i nazwiska osób, które padły ofiarami Holocaustu podczas II wojny światowej. Szeroko na ten temat rozpisuje się autorka książki „Niewidzialny most” i to właśnie dzięki jej lekturze wiedziałam, że warto zobaczyć to miejsce. Udało mi się jednak tylko z daleka, chyba ledwie umykając wzrokowi ochroniarza (na szczęście Maciek mnie zasłaniał). Dlaczego? Nie chodziło o to, że minął czas zwiedzania. Złożyły się na to dwa czynniki: ogromna, a raczej OGROOOMNAAA kolejka i… cena.

Wielka synagoga – ceny

Kiedy moi rodzice pierwszy raz zawitali w synagodze, zapłacili w granicach 3000 HUF (koło 40 zł), nie więcej. Teraz cena wynosiła już 6500 HUF (około 85 zł). Nie wiem, czy tylko tymczasowo ze względu na wzmożony ruch turystyczny, czy już na stałe. Dla nas jednak ten wydatek w ostatni dzień okazał się dość duży. Nie na tyle, żeby nie było nas stać, ale chcieliśmy jeszcze zajrzeć do Muzeum Terroru, zjeść porządny obiad i kupić coś na noc sylwestrową. Taka cena za ujrzenie wnętrza synagogi, czy nawet rzeźby, o którą głównie mi chodziło, wydawała się strasznie wysoka i w końcu po dłuższym zastanowieniu i walce z samymi sobą – odpuściliśmy.

Dlaczego ludzie tak chętnie odwiedzają to miejsce? Część pewnie traktuje je jako pamiątkę historyczną, inni po prostu chcą ją odhaczyć, no bo przecież to atrakcja turystyczna. Fakt pozostaje jednak faktem: to jedna z trzech największych synagog na świecie. Mój wujek zwykł mawiać jednak, że skoro tak dbamy o znajomość przeszłości i samoświadomość, to takie punkty do zwiedzania powinny być ogólnodostępne, bez żadnych opłat. Chyba wspominał o tym głównie ze względu na młodych ludzi, dla których wydanie prawie 100 zł od tak nie jest zbyt przyjemną decyzją, a którzy przecież powinni poznać jak najwięcej takich strzępków historii, skoro sami nie byli jej naocznymi świadkami. Trochę go rozumiem. Na razie jednak muszę pocieszyć się fotką, którą udało mi się na wpół legalnie ustrzelić.

Później udaliśmy się pod Operę. Wystarczy znaleźć przystanek metra o tej nazwie (znajduje się na żółtej, zabytkowej linii nr 1) i wyjść po schodach, a budynek znajdzie się tuż przed naszymi oczami. Co zabawne, podczas naszych przechadzek po mieście widzieliśmy go wielokrotnie i ani razu nie zwróciliśmy na niego uwagi. Czemu? Niespodzianka! Cała fasada pokryta była jakimś materiałem, a z przodu stało mnóstwo rusztowań. Remont, jak fajnie! Dzięki niemu mogliśmy podziwiać AŻ górny gzyms budynku i tym się musieliśmy zadowolić. Sukcesów ciąg dalszy.

Następne w kolejce było Muzeum Terroru i tutaj akurat my popełniliśmy błąd, bo nie sprawdziliśmy godzin otwarcia 31 grudnia. Akurat za pół godziny zamykali, więc nawet nie było sensu wchodzić do środka. Później: Hala Targowa, na którą liczyliśmy chyba najmocniej ze względu na to, że przecież takiego obiektu nie można zamknąć, niby w jaki sposób? A jednak: można. Stwierdziliśmy więc, że tylko poszukamy jakiegoś miejsca na obiad i udamy się na Wzgórza Zamkowe – było jednak bardzo wcześnie i zdawaliśmy sobie sprawę, że zwiedzimy, a później wrócimy do hotelu, bo siedzenie 5-6 godzin na zimnie nie będzie miało sensu.

Naprzeciwko Hali Targowej znajdowała się jedna z knajp, którą bardzo chciałam odwiedzić – For sale pub. Środek jest urządzony w bardzo nietypowy sposób – przy suficie wisi mnóstwo luźno zwieszonych gazet, na podłodze siano, wszędzie ciężkie, drewniane meble. Kolejka była jednak tak ogromna, że z bólem serca odpuściliśmy (zwłaszcza że padało) i poszliśmy do folklorystycznej, rzekomo tradycyjnej węgierskiej restauracji. Nie dość, że wyszło drogo, to jeszcze niesmacznie: przegryw x5.

Wzgórza zamkowe

Ostatnią deską ratunku okazały się właśnie Wzgórza Zamkowe, których nie można zamknąć, nie trzeba za nie płacić ani ich jeść. Zatrzymaliśmy się przy Zamku Królewskim, inaczej nazywanym Zamkiem Buda, w którym znajduje się Muzeum Historii Budapesztu, a także Węgierska Galeria Narodowa. Na miejsce możemy dostać się specjalną zabytkową kolejką, która kursuje średnio co 10 minut aż do godziny 22.00. Ceny biletów w jedną stronę wynoszą 1200 HUF (czyli ok. 15,60 zł). My jednak przeszliśmy się na pieszo. Widoki z samej góry, zwłaszcza w grudniu, są bardzo ładne – widać całą panoramę. W dodatku wszędzie migoczą lampki, a sam zamek jest podświetlony.

Jak spędziliśmy noc sylwestrową?

W drodze powrotnej kupiliśmy za resztę pieniędzy alkohol i węgierskie słodycze. Mieliśmy bardzo ambitny plan pojechania o 23.00 z powrotem na miasto, ale ostatnie dni tak dały nam się we znaki, że padliśmy do łóżka i nie chciało nam się już podnieść. Ubraliśmy się w piżamy, odpaliliśmy film, jedliśmy i piliśmy. Już mieliśmy kłaść się spać, Maciek nawet zdążył wymyć głowę, ale jako że nasi znajomi cały czas wypisywali, gdzie to się nie bawią, złapaliśmy moralniaka i stwierdziliśmy, że idziemy oglądać fajerwerki. Okazało się, że całe szczęście nie wyjechaliśmy na Wzgórza Zamkowe, bo nie mielibyśmy stamtąd powrotu do domu. Metro kursowało standardowo, natomiast dalsza nitka autobusu, który dowoził nas do hotelu, już nie. Musielibyśmy iść z dobre półtorej godziny, jeśli nie więcej, na piechotę.

Jaki więc był nasz plan? Nie zdjęliśmy nawet piżam, po prostu zarzuciliśmy na nie coś ciepłego. Maćkowi na mokrą głowę nałożyliśmy moją ciepłą czapkę i ruszyliśmy na pętlę. Umówiliśmy się, że wsiadamy w pierwszy lepszy autobus, który się zjawi i wysiadamy pięć minut przed północą w losowym miejscu, żeby oglądać fajerwerki. Kiedy jednak zobaczyliśmy, że wyjeżdżamy na zupełne peryferia, opuściliśmy pojazd szybciej i udaliśmy się na najbliższy most biegnący ponad torami kolejowymi, gdzie w zasadzie było bardzo bezpiecznie. Widzieliśmy z daleka Wzgórze Zamkowe, ludzie z okolicznych bloków też puszczali fajerwerki, więc widoków nam nie zabrakło, a śmiechu już tym bardziej. W sumie wyszło całkiem nieźle, chociaż pamiętajcie, że Węgrzy bawią się dosyć krótko: max. o 1.00 na mieście jest już raczej cicho.

Pamiętam, że wtedy obiecaliśmy sobie, że ten rok będzie dla nas po prostu dobry. Najwyraźniej 2020 miał jednak inne plany wobec całego świata, ale mimo tego nie załamujemy się i czekamy na dobre dni, na kolejną dawkę podróży. Z samego rana następnego dnia wróciliśmy do domu i na tym nasza opowieść by się kończyła. Nie martwcie się jednak, w zanadrzu mam jeszcze opowieści z Lwowa i Magdeburga, więc na jakiś czas nie zabraknie czegoś do poczytania. Trzymajcie się ciepło, a ja w międzyczasie zapraszam na swojego fanpage’a oraz Instagrama!

Budapeszt cz.3 – czyli muzea, błądzenie w labiryncie i trochę magii w domu iluzjonisty

Informacje ogólne: To już trzecia część naszej budapeszteńskiej przygody – jeśli nie czytałeś poprzednich, to serdecznie zapraszam, a jeśli nie masz ochoty do nich wracać, to najlepiej, jeśli przejdziesz od razu do czwartego akapitu. W poniższym wpisie jeszcze parę słów o kościele Macieja, a także strefa bardziej rozrywkowa. Tym razem nie skupimy się aż tak bardzo na zabytkach, a na nietypowych muzeach: Dom Houdiniego, Hospital in the rock czy Labirynt. Zawitamy też na Wzgórze Gellerta wznoszące się nad całym Budapesztem – zapraszam:

Kościół Macieja

Po obejrzeniu baszty rybackiej poszliśmy przyjrzeć się z bliska kościołowi Macieja. Budowla ta przeżyła w swojej historii naprawdę wiele – pierwotnie służyła niemieckim mieszczanom jako miejsce modlitw, później przerobiono ją na meczet, ostatecznie w dużym stopniu została strawiona przez pożar (dwukrotnie), a podczas wojny Niemcy używali jej jako kuchni polowej, Armia Czerwona zaś jako stajni. To, co zobaczycie na zdjęciach, to prawie w całości rekonstrukcja oryginału, jednak kilka elementów uległo zachowaniu (np. południowa wieża). Bardzo długo rozważano jednak, czy kościoła w ogóle nie wyburzyć, ale na szczęście tak się nie stało i dziś uchodzi on za jeden z najważniejszych w kraju.

Plac odwiedziliśmy zarówno w dzień, jak i w nocy – niezależnie od pory dnia robił niesamowite wrażenie. Jedyne co nas odrobinę bawiło, to specjalna tablica przy kościele, która odliczała czas do następnego Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego, już 52-go z kolei. Dla sprostowania – samo wydarzenie nie wydawało nam się śmieszne, ale raczej sposób jego rozreklamowania. To tak jak ja mam na blogu po prawej stronie ustawione odliczanie do kolejnych wyjazdów (które niestety chyba szybko nie nadejdą…), tylko że tam pokazywały się nawet sekundy pod wielkim neonem z napisem SPOTKAJ SIĘ Z JEZUSEM. Wyglądało to trochę tak, jakby akurat do Budapesztu we wrześniu o wyliczonej porze miał zstąpić Jezus, a reszta świata może tylko pozazdrościć, spójrzcie:

Po całym dniu maszerowania udaliśmy się w końcu na zasłużoną kolację do rycerskiej restauracji Sir Lancelot, do której rezerwację zrobiliśmy jeszcze na długo przed naszym przyjazdem za pośrednictwem oficjalnej strony. Bez tego nie macie nawet co się łudzić, że wejdziecie do środka. Oprócz smacznego jedzenia możecie spodziewać się również atrakcji średnio co dwadzieścia minut podczas posiłku, ale jakich i o co w tym w ogóle chodzi – dowiecie się z wpisu ściśle kulinarnego, który pojawi się po zakończeniu serii w osobnej zakładce. Stamtąd w każdym razie wyszliśmy dopiero po północy. Siedzielibyśmy dłużej, gdyby nie okazało się, że za parę minut mamy szansę złapać ostatni sensowny transport do hotelu. Następny był dopiero za ponad godzinę, a aż tyle nikomu z nas nie uśmiechało się czekać.

Góra Gellerta

Następny dzień zaczęliśmy od Góry Gellerta po budeńskiej stronie. Było dość zimno, dlatego planowaliśmy na zmianę odwiedzać atrakcje na świeżym powietrzu i w jakimś pomieszczeniu, jednak w praktyce nie udało nam się to najlepiej, ale o tym troszkę później. Sam obiekt został umieszczony na liście światowego dziedzictwa UNESCO i wznosi się na ponad 230 metrów. W przeszłości to miejsce cieszyło się raczej złą sławą – mówiono, że odbywały się tam sabaty czarownic. Kiedy porzucono te wierzenia, samą okolicę uznano za dość niebezpieczną ze względu na dużą przestępczość i ta łatka przylgnęła aż do XIX w.

Na samym szczycie znajduje się Pomnik Wolności – kobieta wznosząca ku górze liść. Byłam święcie przekonana, że to liść laurowy, w końcu kojarzy się ze zwycięstwem. Jak się jednak okazało, to liść palmowy, który w pierwotnej wersji miał być śmigłami helikoptera i upamiętniać śmierć słynnego pilota. O samym wzgórzu mówi się dość żartobliwie, że uosabia ono Maroko i kraje skandynawskie – to dlatego, że jedno zbocze jest nieustannie naświetlone przez promienie słoneczne, drugie zaś zupełnie przeciwnie, co wpływa nawet na zróżnicowanie flory w tym miejscu.

Jak nasze wrażenia z marszu? Dość męcząco, zwłaszcza kiedy jest tak zimno. Nie wiadomo, czy się rozbierać, bo człowiek poci się pod tymi wszystkimi warstwami ubrań, czy jednak to odpuścić i nie ryzykować przeziębieniem. Zdecydowaliśmy się więc krótką przerwę, gdy ujrzeliśmy nadgryzioną czasem ławeczkę. Wiązała się z tym pewna zabawna historia, która jednak dość dobrze świadczyła o innych turystach. Otóż kiedy tam usiedliśmy, okazało się, że ktoś przed nami zostawił klucz (zupełnie zwykły, wyglądał jak do furtki czy mieszkania). Nie ruszyliśmy go i wstaliśmy, a dosłownie chwilę po nas pojawiła się tam inna para. Odeszliśmy parę kroków, a ona natychmiast zaczęła wołać, czy niczego nie zostawiliśmy, że to może nasz klucz i że to ważne. To miłe, wydaje mi się jednak, że u nas nie każdy czułby potrzebę, żeby kogoś z takiego powodu zatrzymać.

Marsz na górę zajął nam koło godziny, ale też z tego względu, że zatrzymywaliśmy się w charakterystycznych punktach, żeby zrobić zdjęcia, zwłaszcza że panorama stamtąd jest widoczna lepiej niż z jakiegokolwiek innego miejsca w Budapeszcie. Tutaj namiastka tego, co udało nam się zobaczyć:

Na szczycie oczywiście czekają nas też budki z jedzeniem i grzańcem (wyjątkowo drogim, bo jedynym w okolicy). Jeśli pójdzie się kawałek dalej, można dostrzec rozstawione stragany, tzw. mydło i powidło. Najbardziej z tego wszystkiego podobały nam się ogromne czapki z głowami zwierząt. Maciek chciał nawet sprezentować sobie jedną z nich (byłaby do kompletu z islandzkim szaliczkiem za 90 zł), ale okazało się, że kosztowała 60 zł i o dziwo zdrowy rozsądek wziął górę. Musicie jednak przyznać, że są przezabawne.

Labirynt Draculi

Stwierdziliśmy, że świetnym pomysłem będzie urządzenie sobie spaceru z Góry Gellerta aż do Labiryntu Draculi, czyli naszej następnej atrakcji, mieliśmy niecałe 3 km, więc stwierdziliśmy, że przejdziemy się na piechotę. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę, że Google Maps zejście ze wzgórza liczy jako drogę prostą, więc w rzeczywistości szliśmy, szliśmy, szliśmy i końca nie było widać. I już nawet nie zimno doskwierało nam najbardziej, a przepełniony pęcherz. Kiedy więc tylko dotarliśmy na miejsce, rozejrzeliśmy się za toaletą. Okazało się, że jest zaraz za barierkami, które przekraczało się po opłaceniu biletu, więc cali szczęśliwi podeszliśmy do kasy… by dowiedzieć się, że płatność można uiścić tylko gotówką.

To nie tak, że nie wypłaciliśmy papierowych pieniędzy. Nastąpił jednak kolejny dzień, gdzie w ani jednym miejscu nie odmówiono nam płacenia kartą i z obawy, że nie zdążymy potem wydać tych pieniędzy z bankomatu, posługiwaliśmy się nimi w pierwszej kolejności. No i błąd, bo zarówno w Labirynthusie, jak i w Domu Houdiniego nie posiadali terminala. Na szczęście bankomat znajdował się nieco dalej na placu – na nieszczęście pobierał taką prowizję, że pochłaniał dodatkowo ¼ tego, co chcieliśmy wypłacić. Później już się wycwaniliśmy i chodziliśmy tylko do bankomatów bodajże z OTP, które nie pobierają prowizji za pierwsze transakcje.

Do labiryntu schodziło się ponad 10 m pod ziemię, nie ma tam więc zasięgu. Miejsce to służyło kiedyś za więzienie, według legend było to także tymczasowe miejsce pobytu Vlada Draculi. Dziś zobaczymy tam jednak wystawę, która przenosi nas w czasie i pokazuje najważniejsze postacie historyczne w historii Węgier. Prócz samych posągów z kamienia znajdziemy liczne manekiny poubierane w wyszukane stroje. Każdy z nich imituje jakąś scenę – na przykład sygnowanie umów państwowych czy bal. Temu wszystkiemu towarzyszy odpowiednia muzyka (np. operowa) i wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że postacie za każdym razem umieszczano za kratami tak, by turyści nie narobili szkód. Z jednej strony odrobinę ubolewam, z drugiej widząc zachowanie niektórych z nich, wcale mnie to nie dziwi.

Atrakcję stanowiła też toaleta sama w sobie: malutka, stara, z krzywą podłogą i ledwo działającą spłuczką. Najgorzej jednak zabolał mnie fakt, że po tak długim czasie na zimnie miałam ochotę włożyć dłonie pod gorącą wodę w umywalce, a tymczasem widniał tam tylko i wyłącznie niebieski kurek. Strumień był tak lodowaty, jakby rzeczywiście swoje źródło miał kilkadziesiąt metrów pod ziemią.

Za bilet wstępu zapłaciliśmy 2500 HUF (ok. 32,5 zł) i był to najdroższy bilet na jakąkolwiek atrakcję, w jakiej tego dnia wzięliśmy udział. To wydaje się troszkę paradoksalne, bo jednak tam podobało nam się najmniej z wielu względów, które postaram się tutaj unaocznić. Samo przejście labiryntu nie stanowi raczej żadnego wyzwania nawet dla dzieciaków. My to miejsce odnaleźliśmy przez moich rodziców, którzy udali się do labiryntu razem ze znajomymi i w sumie dobrze się tam bawili.

Obiekt jest dość duży i momentami ciemny, dlatego jedną z głównych atrakcji jest przemieszczenie się z jednego pomieszczenia do drugiego, próbując zrobić to po omacku. Generalnie wiesz, że nie stanie ci się krzywda, a przynajmniej jest przy tym sporo śmiechu – chociaż powinnam użyć słowa „byłoby”, gdyby nie fakt, że połowa ludzi jedyny element fun’u zabija, włączając latarki w telefonach. Odnalezienie drogi nie stanowi wtedy żadnego wyzwania (a w końcu to labirynt…), dlatego staraliśmy się puszczać takie grupy przodem i kontynuować podróż samotnie. W końcu przyszło ich jednak za dużo i kilka osób zachowujących się jak my, musiało w końcu dać za wygraną, przez co sam obchód trwał krócej, niżby mógł.

Zdaję sobie sprawę, że pracownicy obiektu nie mają zbyt dużego wpływu na odwiedzających, przynajmniej w tej kwestii, ale jednak mnie ten fakt dość mocno bolał, mimo że staraliśmy się bawić na każdym kroku – wchodziliśmy w małe wnęki, do pomieszczeń, które wymagały od nas nieustannego schylania się i w sumie tam spędzaliśmy czas lepiej niż w tych zwykłych, oświetlonych z posągami. Wszystko tak naprawdę zależy od Waszego nastawienia, ale wydając pieniądze, ciągle mieliśmy z tyłu głowy, że główną rozrywkę zapewniliśmy sobie jednak my, a nie organizatorzy.

Hospital in the rock – zmiany

Atrakcją numer dwa tego dnia, a nawet numer jeden, miał być Hospital in the rock, czyli bunkier ukryty w skale, gdzie od 1939 roku funkcjonował szpital wojenny. W ciągu kilku lat obiekt ten zyskał sporą popularność i ze względu na natężony ruch turystyczny wprowadzono specjalne godziny zwiedzania podzielone ze względu na język, jakim władał przewodnik. Grupy wpuszczano jednak do środka regularnie co pół godziny i robiono obchód we wcześniej ustalony sposób tak, by nikt wzajemnie sobie nie przeszkadzał. To również miejsce sprawdzone wcześniej przez moich rodziców i znów zaskoczenie: nie minęło wiele czasu, od kiedy sami poszli na zwiedzanie, a zmian dokonało się sporo. Czy na lepsze? Nie powiedziałabym.

Czas zwiedzania był kiedyś dłuższy, tempo spokojniejsze. Teraz jednak nieustannie czuć presję i pośpiech. Grupy są dość duże, miejsca raczej mało i czasami, kiedy zamykaliśmy ogon, nie widzieliśmy, o czym mówi przewodniczka (anglojęzyczna). Gdy w końcu docieraliśmy do pomieszczenia, oglądaliśmy wszystkie obiekty, a reszta wycieczki szła dalej, więc naprawdę nie mieliśmy chwili, by oddać się przemyśleniom i przyjrzeć szczegółom. Co jeszcze: u nas w domu jest taka tradycja, że wracając z jakiejś podróży, dzielimy się zdjęciami – pokazujemy, opowiadamy, przeżywamy na nowo. I doskonale pamiętam, że moi rodzice zdjęcia z tego  nietypowego muzeum przywieźli. My natomiast już nie mogliśmy, bo obowiązywał ogólny zakaz fotografowania, nie tylko z lampą. Wątpię, by była to troska o nasze skupienie na historii, żeby nic innego nas nie rozpraszało. W każdym razie mogłabym te zdjęcia wygrzebać, ale skoro właściciele nie życzą sobie teraz ich rozpowszechniania, to uszanuję te zasadę i odeślę Was po prostu do tego, co da się znaleźć na oficjalnej stronie obiektu.

Dom Houdiniego

W każdym razie, ze względu na nową organizację, musieliśmy przyjść na miejsce, zapłacić za bilety i zarezerwować miejsca na konkretną godzinę. Wyszło na to, że najpierw udaliśmy się jeszcze do Domu Houdiniego (The House of Houdini), ale z perspektywy czasu uważam, że całkiem dobrze się stało. Wątpię, bym po ujrzeniu bunkra od środka miała jeszcze ochotę na czary i zabawę. Atmosfera później była jednak dosyć ciężkawa, zresztą pewnie się domyślacie. To trochę tak, jakbyście obejrzeli film wojenny, a później ktoś kazał Wam się śpiewać karaoke.

Magiczne muzeum znajdowało się na placu obok kościoła Macieja. Wykupiliśmy bilety, chwilę zaczekaliśmy i zjawiliśmy się przed wejściem, gdzie ustawiono różne skrzynie i eksponaty, do których odwiedzający mogli wejść i zrobić sobie zdjęcia. Czekaliśmy na wszystkich, którzy na tę godzinę wykupili wejście, a za ten czas zjawił się przy nas jakiś chudy mężczyzna zagadujący zwłaszcza tę młodszą część turystów. Okazało się, że przedstawienie zaczęło się już na zewnątrz – oczywiście drobne sztuczki z kwiatkami czy kartami, ale już czuliśmy odpowiednią atmosferę, a dzieciaki miały wymalowane uśmiechy od ucha do ucha.

Podejrzewam, że każdy czytelnik wie, kim był Houdini – jeśli jednak nie, to o nic się nie martwcie, spieszę z wyjaśnieniem. Otóż uchodził za jednego z wybitniejszych iluzjonistów, dodatkowo po śmierci matki za cel przyjął sobie demaskowanie kłamstw mających miejsce podczas seansów spirytystycznych. Zaczął nawet na ten temat (zresztą nie tylko) wydawać publikacje. Jego specjalnością było uwalnianie się z kajdan: wewnątrz budynku zobaczymy zresztą kilka ich rodzajów oraz pierwsze oryginalne, z których udało się Houdiniemu samodzielnie rozkuć. Jakie miał na to sposoby? Czego używał podczas swoich sztuczek? Jak wyglądało jego życie prywatne? Tego i nie tylko dowiecie się, odwiedzając jego dom, po którym oprowadzają naprawdę dobrze przeszkoleni przewodnicy.

Samo wnętrze nie jest zbyt duże, większość czasu pochłania osnuta wokół niego historia i podziwianie rekwizytów, które nam teraz mogą się wydawać już odrobinę kuriozalne. Później natomiast przychodzi czas na magiczny pokaz (część grup zobaczy go najpierw, bo te dwie rzeczy odbywają się równocześnie) prowadzony przez dwóch magików, którzy rzucają żartami i starają się podtrzymać kontakt z publicznością. Moi rodzice podejrzewali, co stoi za znaczną częścią sukcesu tych sztuczek, jednak poszli do Domu Houdiniego w inny dzień i kiedy podzielili się z nami swoimi spostrzeżeniami, okazało się, że w przypadku naszego występu nie miałyby one zastosowania. Dzięki temu przynajmniej wiemy, że pokazy są różne, a nie każdego dnia to samo, za co też ogromny plus.

Rozmiarowo było to znacznie mniejsze niż Labirynt, a jednak zajęło praktycznie tyle samo czasu i nam podobało się znacznie bardziej. Obecnie cena oscyluje w okolicach 8 euro na oficjalnej stronie, jednakże my na miejscu kupiliśmy bilety w okolicach 20-paru złotych, bodajże 2000 HUF, ale nie chcę Was wprowadzić w błąd, więc informuję o aktualnym cenniku. W każdym razie miejsce jest warte swoich pieniędzy i gorąco polecam.

Nie chcę rozdzielać poszczególnych wydarzeń na dwie części, z tego też względu o Hospital in the Rock opowiem już przy okazji następnego wpisu, żeby nie przytłaczać Was nadmiarem informacji. Mam nadzieję, że z chęcią zerkniecie, bo projekt jest niezwykle istotny i bardzo mocno zapada w pamięć, unaoczniając tragizm II wojny światowej. Nie martwcie się jednak, mam już przygotowaną historię na osłodę humoru, by nie pozostawić Was w złej aurze na resztę dnia.

Z mojej strony w takim razie to by było na tyle. Oby te wpisy umiliły Wam nieco codzienność. Trzymajcie się zdrowo i do zobaczenia przy okazji następnego wpisu. Zapraszam także do odwiedzenia mojego fanpage’a i Instagrama, odnośniki po prawej stronie na górze.

Islandia cz.7 – czyli relaks w geotermalnych źródłach, pierwsze zetknięcie z komercjalizacją i wybuchające gejzery

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć piątego dnia naszej podróży po islandzkiej obwodnicy. Tutaj skupimy się głównie na południowej części kraju. Jeśli jeszcze nie wiesz, co działo się do tej pory, to gorąco zachęcam do nadrobienia, no chyba że nie masz ochoty, wtedy możesz zacząć czytać od tego momentu i też będzie dobrze. Tym razem nie zabraknie wodospadów: Skógafoss, Seljalandsfoss czy Gullfoss. Zejdziemy także w dół krateru Kerið, zobaczymy wybuchające gejzery i zrelaksujemy się w naturalnych geotermalnych źródłach Secret Lagoon. Koniecznie zostań z nami do końca! Zapraszam:

Piąty dzień naszej wyprawy zapowiadał się niesamowicie intensywnie, jednak pogoda nie rozpieszczała nas już od samego początku. Kiedy tylko wsiadaliśmy do samochodu, rozpogadzało się i słońce wychodziło zza chmur, natomiast po wyjściu na zewnątrz lał deszcz, o ile nie grad. Przeczekanie tego raczej nie przynosiło zamierzonych efektów, więc pogodziliśmy się z faktem, że wreszcie zaznaliśmy tej zmiennej islandzkiej pogody i staraliśmy się nie zwracać na nią uwagi, choć czasami było ciężko.

Wodospad Skógafoss

Pierwsze miejsce, które odwiedziliśmy, to wodospad Skógafoss mierzący 60 m wysokości i stanowiący jeden z większych na Islandii. Ponoć w cieplejsze i słoneczne dni widać tam mnóstwo tęcz ze względu na mgiełkę wodną, która roztacza się wokół, jednak tego nie jesteśmy w stanie Wam potwierdzić. Fakt faktem to jedno z tych miejsc, które łatwo pomylić z krajobrazem Nowej Zelandii, jednak żeby to dostrzec, trzeba się troszkę nachodzić. Parking co prawda jest bardzo blisko samej atrakcji, natomiast jeśli zamierzamy wejść na jej szczyt, musimy pokonać dość długie schody, na których niektórzy turyści urządzali sobie nawet po kilka przerw. Obiektywnie rzecz biorąc, podejście nie jest ultra ciężkie, ale zadyszki dostać można. Czy warto się tak męczyć? Oj, warto, bo widok z góry jest piękny.

Kerið – płatny krater

Następnym naszym punktem przystankowym był krater Kerið oddalony o około 110 km. Co może Was zaskoczyć, to uiszczenie opłaty za wejście. Niestety te praktyki na południu kraju są znacznie częstsze niż gdziekolwiek indziej ze względu na natężenie turystów i o ile pierwszy raz może aż tak nie kuje to w oczy, o tyle każdy następny jest coraz bardziej dotkliwy. Tutaj zostawisz 10 zł, tutaj 15, tam 20 i w końcu zbiera się dość wysoka suma, kiedy zaczyna się to wszystko podliczać. Mnie to na przykład dość mocno irytuje zwłaszcza w kwestii przyrody. Gdybyśmy mieli za każde naturalne miejsce płacić nawet te przysłowiowe 5 zł, to zważając na to, ile mija się ich po drodze, można dostać białej gorączki. W przypadku krateru opłata wynosi 400 ISK, czyli około 12,40 zł. Mówię – nie jest to dużo (zwłaszcza na islandzkie standardy), chociaż zależy, jak na to spojrzeć. W każdym razie zapłaciliśmy i weszliśmy.

Kerið ma ponad 6 tysięcy lat, a jego dno wciąż jest wypełnione wodą, tworząc sporych rozmiarów jezioro, nad którego brzegiem stoi pojedyncza ławeczka. Uwagę zwraca też ziemia po której stąpamy – w niektórych miejscach przyjmuje iście czerwoną barwę, co pięknie zestawia się z błękitem wody i zielenią wokół. Nie od razu zeszliśmy w dół, najpierw zrobiliśmy rundkę dookoła, zwłaszcza że akurat pojawiło się słońce. Oczywiście kiedy tylko zaczęliśmy schodzić po schodkach, najpierw się rozpadało, a potem sypnęło gradem. Plusem było to, że wszyscy, którzy znajdowali się w dole, natychmiast uciekli do samochodów. My się jednak nie wycofaliśmy, tylko poszliśmy po to, na co czekaliśmy. Staliśmy chwilę, obserwując, jak wiatr marszczy taflę wody i mimo zimna oraz tego, jak byliśmy przemoknięci, to był całkiem ładny widok.

Skoro już wtajemniczyłam Was w płatne atrakcje, to po drodze do krateru zatrzymaliśmy się przy wodospadzie Seljalandsfoss, który uchodzi za jeden z bardziej rozpoznawalnych, zwłaszcza że w jego głębi znajduje się grota, a za nią, jeśli przeszlibyśmy się w kaloszach, znajduje się drugi, tyle że ukryty, o którym dowiedziałam się tak naprawdę z instagramowych relacji innych podróżników. Stamtąd natomiast bardzo szybko uciekliśmy ze względu na deszcz, a także to, jak bardzo zawalony i nieprzejezdny okazał się parking. Oczywiście na miejscu pobierano za niego opłatę (700 ISK = 21,70 zł), a jako że ujrzeliśmy atrakcję już z daleka i dopiero co nasyciliśmy się innym wodospadem, daliśmy sobie spokój. Może innym razem.

Geysir, Litli Geysir i Strokkur

Trzecią naszą atrakcją tego dnia był Geysir, czyli gejzer, który wybucha co kilkadziesiąt lat. Obok niego natomiast znajduje się jeszcze kilka mniejszych, na przykład Litli Geysir czy Strokkur, który to z kolei swoją erupcję ma średnio co kilka minut. Obszar ten urzeka także ze względu na fumarole, czyli szczeliny w ziemi, przez które nieustannie wydostaje się para. Już z daleka jest bardzo dobrze dostrzegalna, zwłaszcza w tak ponure i chłodne dni. Na sam widok robi Wam się cieplej, kiedy tylko zdacie sobie sprawę, ile stopni ma woda, która przepływa małymi źródełkami tuż obok.

Nie wiem, czy wiecie, ale na terenach takich jak te, islandzkie mieszkanki bardzo często zakopywały i dalej zakopują bochenki chleba w jakimś naczyniu i pozostawiają je na kilka godzin. W ten oto sposób powstaje chleb wulkaniczny o specyficznym smaku, który najczęściej jada się po prostu z samym masłem. Jeśli bylibyście zainteresowani takim specyfikiem, to można go także wykonać w domu; przepisów w internecie jest naprawdę mnóstwo, a jedyne, czego Wam potrzeba, to tak naprawdę dużo czasu (średnio około siedmiu godzin).

Naszą uwagę niemalże od razu przykuła tablica przy samym wejściu. Można by ją uznać za regulamin, chociaż większość wypisanych punktów stanowiła raczej zalecenia i ostrzeżenia dla turystów, z których jednak ludzie niewiele sobie robili, tak przynajmniej potem zaobserwowaliśmy. Najbardziej podobał nam się ogólny wydźwięk – źródła są bardzo gorące, woda wrze, więc wchodzisz tu na własną odpowiedzialność, bo może stać ci się krzywda, możesz się oparzyć itd. Zaraz potem dużymi literami widnieje informacja: Nie podchodź blisko gejzerów dla zachowania swojego zdrowia i życia, NAJBLIŻSZY SZPITAL ZNAJDUJE SIĘ 112 KM STĄD. My to właściwie zrozumieliśmy jednoznacznie – jak jesteś debilem, to i tak nie zdążymy cię uratować, no sorry, naturalna selekcja.

Podejrzewam jednak, że połowa osób albo omija ten znak bez czytania, albo nie jest w stanie przeczytać go po angielsku, bo mimo tego, że ten czynny gejzer był zagrodzony linkami, ludzie stawali najbliżej, jak tylko mogli. My odsunęliśmy się dalej, do bezpiecznej odległości, no bo biorąc na logikę – jeśli w górę wystrzeli wrzątek na około 20-40 m, to ja będę zaraz obok, to nawet sama mgiełka, która pozostanie w powietrzu, po prostu mnie oparzy. Myślenie jest jednak dość skomplikowanym procesem, no i niestety nie zawsze każdemu wychodzi. Na szczęście wielu ludzi ma więcej szczęścia niż rozumu, więc krytycznych przypadków akurat nie dostrzegliśmy.

Jeśli chodzi o samą erupcję, to przeżyliśmy niemały szok i to raczej nie pozytywny. Od kiedy tylko pamiętam, w każdym filmie czy bajce wizja wybuchającego gejzeru jawiła się jako wielka, zbita i bardzo wysoka kolumna wody, która wystrzeliwuje z niesamowitą siłą. Jak to wygląda naprawdę? Mniej więcej tak, że zastanawialiśmy się, czy to na pewno było to, czy jednak nie. Jasne, woda unosi się na 20-40 m, ale raczej powoli i rozbryzguje się w mgiełce na boki. Stojąc odrobinę dalej, to wrażenie prędkości i siły zjawiska jest zupełnie zatarte. Zupełnie jakby to nie woda, a dym rozchodził się na wolnym powietrzu. Pamiętam, że akurat mega się cieszyliśmy, bo dosłownie lało, trochę się już trzęśliśmy i gejzer eksplodował dosłownie w 2-3 minuty. Kiedy wszystko się skończyło, Maciek zapytał mnie tylko, dość mocno rozczarowany: „To już? Wyglądało jak pierd, a nie jak wybuch”. I szczerze miał w tym troszkę racji.

Jeśli chodzi o Geysir, robi naprawdę potężne wrażenie – średnica jego krateru jest ogromna i aż ciężko zrobić zdjęcie ze względu na ilość wydobywającej się pary. Warto nawet przejść się po prostu dookoła i poszukać kilku mniejszych otworów w ziemi, z których każdy ma inny kolor, głębokość i inaczej bulgocze. Przyznaję jednak, że nie zabawiliśmy tam na pewno tak długo, jak mogliśmy, bo byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Zupełnie jakbyśmy przed chwilą wyszli spod prysznica, czego może zdjęcia nie oddadzą z taką dokładnością, ale pewne zobrazowanie na pewno będzie.

Wodospad Gullfoss

Ostatnim naszym punktem programu na ten dzień został wodospad Gullfoss. Na szczęście udało mi się namówić Maćka, byśmy podeszli jak najbliższej, aż do samych barierek. Założył się ze mną co prawda, że zacznie lać, kiedy tylko będziemy w połowie drogi, no i miał rację, ale dzielnie towarzyszył mi w wyprawie. Pamiętam, że oprócz deszczu strasznie zmoczyła nas mgiełka, która unosiła się od wodospadu, zwłaszcza że dość mocno wiało, więc cała ta woda uderzała w turystów. Szczerze mówiąc, nawet mi to odpowiadało – w końcu i tak byliśmy zupełnie mokrzy, bo Geysir znajduje się w odległości jakichś 10 km od tej atrakcji. Nie chciałabym wyschnąć z myślą, że zaraz wszystko będę musiała ponownie wykręcać.

Nie da się ukryć, że widok byłby znacznie bardziej bajeczny przy promieniach słońca, ale podróże to nie zawsze koncert życzeń, czasem trzeba się dostosować i cieszyć z tego, co jest. Ludzie stali więc i nagrywali, robili zdjęcia i śmiali się, dygocząc na przemian. Fakt faktem, wodospad jest ogromny i z pewnością warto go zobaczyć nawet w strugach deszczu. Tak prezentował się on i my na samym powrocie:

Secret Lagoon – źródła geotermalne

Temperatura spadła do 3℃, deszcz lał nieustannie i pogoda wydawała się średnia na robienie czegokolwiek. Nie uśmiechało nam się za bardzo zwiedzanie parku narodowego, więc wpadliśmy na zupełnie inny pomysł. Dosłownie marzyliśmy, żeby się rozgrzać, a że troszkę z nas wcześniej były cebularze, to okazało się, że wystarczy nam pieniędzy na jeszcze jedną atrakcję, jaką były źródła geotermalne w Secret Lagoon. Nie mam niestety porównania do Blue Lagoon, najbardziej rozsławionej atrakcji Reykjaviku, ale wydaje mi się, że jeśli szukacie czegoś mniej skomercjalizowanego i zatłoczonego, to dobrym pomysłem będzie rozważenie opcji, którą wybraliśmy również i my. Dla porównania: cena Blue Lagoon wynosi 8100 ISK, czyli około 251,10 zł (lub 6100, gdy dokonamy rezerwacji online), natomiast cena Secret Lagoon to zaledwie 2800 ISK, czyli około 86,80 zł. Różnica jest dość duża, przy czym doznania, nie biorąc pod uwagę czynników zewnętrznych, będą raczej bardzo do siebie zbliżone.

Parę słów o samym wnętrzu obiektu – prawie na 100% traficie na polską obsługę. Kiedy my zawitaliśmy na miejscu, chyba wszyscy bez wyjątku, którzy tam pracowali, okazali się naszymi rodakami. Na początku przechodzi się przez pomieszczenie typu szatnia z szafkami różnej maści i suszarkami. Później przejście rozgałęzia się na szatnię damską i męską, przy czym zasada jest taka, że będąc w środku, nie uświadczy się raczej żadnej przebieralni. Jest jedna toaleta, a na jej drzwiach widnieje napis, że nie służy ona do zmieniania ciuchów.

Wniosek z tego jest prosty – powinno się raczej załatwiać te sprawy na środku pomieszczenia, ze wszystkimi, tak jak nas Bóg stworzył. Mnie to generalnie troszkę ruszyło, jestem w ogóle anty-rozbieraniowa w miejscach publicznych, czy to basen, sauna czy cokolwiek innego. Ja nie chcę za bardzo oglądać innych, więc wychodzę z podobnego założenia. Ulżyło mi, że nie jestem w swoich odczuciach osamotniona, bo obok przebierały się dziewczyny w moim wieku i też co chwilę zerkały tylko na ten kibelek.

Na swoją obronę przypomnę, że miałam okres, więc z tej toalety skorzystać musiałam i tak. A skoro już tam weszłam, to odwaliłam wszystkie czynności po kolei i raczej nie ja jedna. Druga rzecz, która dla mnie nie była do przebrnięcia, to rozebranie się pod wspólnym prysznicem (nie koedukacyjnym, ale wiecie, takim, że każdy stoi w rządku, ramię w ramię). Zaczekałam więc, by wszyscy wyszli z pomieszczenia, a dopiero później się opłukałam.

Podejrzewam, że panowie takich dylematów nie mają, co mogłam stwierdzić już po Maćku. Jemu to w sumie było obojętne, czy ma ściągnąć te bokserki, czy nie. Myślicie, że przeszkadzał mu tamten prysznic? A gdzie tam. Mówi się przecież, że tam nikt na Ciebie nie patrzy, pełna kultura i te sprawy. I wiecie, co Wam powiem? Guzik prawda. Po wyjściu z szatni, kiedy już zanurzyliśmy się źródłach, Maciek uśmiecha się nagle i mówi, czy widzę tamtego mężczyznę. Odpowiadam, że tak. I zaraz potem wbrew własnej woli usłyszałam całą historię na temat tego, jakie facet ma małe przyrodzenie. NIE RÓB CIE TAK NIG DY.

Niestety prawda jest taka, że niektórych obrazów nie jesteśmy w stanie wyrzucić z głowy. I nawet nie chodzi mi tu o fakt, kto się rozbiera w tej szatni, ile ma lat ani jak wygląda, ale o jakieś takie ogólnie pojęte skrępowanie. Można zdjąć majtki i owinąć się ręcznikiem, ale można też zrobić to, co około 70-letnia pani na wyjściu. Ona rozebrała się do naga, a figurę miała iście rubensowską i nie dość, że z powrotem się nie ubrała, to jeszcze wzięła naraz dwie suszarki do włosów i bardzo energicznie zaczęła się nimi suszyć, falując nawet bardziej niż woda w źródłach, która właśnie zaczyna wrzeć. NIE RÓB CIE TAK NIG DY.

Jeśli chodzi o samo Secret Lagoon, warto wiedzieć, że to najstarszy geotermalny basen w historii całego kraju. Kiedy wyjdziemy z szatni, przed nami pojawi się największy z nich, w którym można się wykąpać, ale obok, zarówno z lewej, jak i z prawej strony, widnieją także dwa mniejsze, dużo gorętsze. To właśnie z nich odprowadzane są specjalne rury do głównego kąpieliska, dzięki czemu osiąga ono temperaturę w okolicach 40℃ i więcej, zależnie od tego, jak blisko źródła podpłyniemy. Znalazł się Azjata, który pływał niemalże przy wylocie, natomiast my urządzaliśmy sobie zawody, kto dotrze dalej bez zawracania. Zostawało nam jednak dobrych kilka metrów od brzegu, bo skoki temperatury wydawały się naprawdę duże i w niektórych miejscu skóra dosłownie piekła, niemalże bolała.

Dookoła kąpieliska poprowadzony jest drewniany mostek. W cieplejsze dni można wyjść na zewnątrz i przejść się nim, obserwując wrzące źródła dookoła. No chyba że jest się nami, wtedy wychodzi się nawet w temperaturze bliskiej zera. Dosłownie truchtaliśmy, zatrzymując się w miejscach, gdzie owiewały nas opary gorąca. Widokowo prezentowało się to naprawdę ładnie, miejsce ma niezwykłą aurę – nie chcę powiedzieć, że starości, ale jednak podniszczone zabudowania na środku robią swoje. Zdjęcia niestety nie mam, ale znalazłam jedno bardzo dobrze oddające klimat na stronie GetYourGuide:

Pod koniec biegu natrafiliśmy na maleńki gejzer, który coraz mocniej bulgotał. Wokół niego zebrało się pełno ludzi z aparatami i kamerami, ubrani od stóp do głów w ciepłe kurtki i polary. W pewnym momencie zupełnie przestali patrzeć na wrzącą wodę – niemalże wszystkie spojrzenia skierowały się na nas ubranych w same stroje kąpielowe, mokrych i przeskakujących z nogi na nogę, bo stopy zamieniły mam się w kawałki lodu. Widziałam rozbawienie na twarzach turystów, zwłaszcza że pełna entuzjazmu wołałam, że nie ruszę się stąd, dopóki gejzer nie wybuchnie, a Maciek cierpliwie to znosił. Nie chcę powiedzieć, że wrażenie było lepsze niż przy Strokkurze, ale być może fakt, że w ogóle nie spodziewałam się zobaczyć w tym miejscu podobnych rzeczy, sprawił, że obłędnie mi się podobało.

Nocleg w Reykjaviku

Ponowne zanurzenie się w wodzie i różnica temperatur wywarła na nas koszmarne wrażenie, ale szybko się przyzwyczailiśmy. To było naprawdę piękne i odprężające uczucie – wygrzewać się, dryfować i tylko czuć, jak zimny deszcz skapuje na głowę albo inne wyciągnięte części ciała. Po tak intensywnej podróży po prostu nie chciało nam się stamtąd ruszać; tym bardziej, że płaci się jedynie za wejście, a nie za godziny pobytu. Można by więc siedzieć aż do samego zamknięcia, ale niestety nie skorzystaliśmy. Co nam się jednak bardzo podobało, to że każdy miał możliwość skorzystania z „makaronów”, czyli tych specjalnych pianek, które często widuje się na basenach pływackich. Układało się na nich, leżało na plecach, czy jak kto wolał, a wrażenie było po prostu obłędne. Naprawdę miło wspominam tamten odcinek trasy, zupełnie niespodziewana przyjemność.

Potem udaliśmy się już prosto do hotelu w Reykjaviku, w którym spaliśmy również pierwszego dnia. Jeśli jesteście ciekawi szczegółów, to wszystko opisałam w tej części. Pokój dostaliśmy inny i o dziwo zauważalna była duża różnica. Tym razem oprócz podwójnego łóżka pojawiła się też antresola, a kiedy weszło się na schody, dało się dostrzec drugi materac, tylko jednoosobowy. Problem polegał jedynie na tym, że na górze nie było żadnego okna czy umeblowania, nie licząc małej lampki. Wyglądało to nieco przerażająco i każde z nas bało się tam spać – poza tym nie chcieliśmy się licytować, kto będzie w tym czasie na dużym, wygodnym łóżku, więc wróciliśmy do ułożenia z dnia pierwszego.

Druga różnica – oprócz śmierdzącej wody w łazience wyczuwalny był zapach ryby, ale do samego wyjazdu nie mieliśmy pojęcia, skąd on się bierze. Nie był on za ładny, a dodatkowo potęgowała go praca wentylatora, który brzmiał jak turbina odrzutowca i takie też miał natężenie. Wygoda spania ponownie okazała się jednak na tyle duża, że i tak nie zwracaliśmy na to wszystko zbytniej uwagi – poza tym czekało nas pyszne śniadanko i pożegnalne pylsury!

Chciałabym powiedzieć, że z ostatniego dnia naszego pobytu skorzystaliśmy, jak tylko się dało, skoro mieliśmy zaplanowaną jeszcze wycieczkę w parę miejsc. Przede wszystkim mowa tu o Gunnuhver, czyli o błotnych basenach, do których niestety nie mogliśmy dojechać. Nie chodzi już nawet o ograniczenia czasowe, ale o fakt, że drogę do atrakcji całkowicie rozkopano. Jechaliśmy za znakami, za naszą nawigacją, ale nic z tego. Nie byłoby nawet możliwości, żeby jakoś to ominąć, bo wszędzie, gdzie mieliśmy się udać, prowadziła ta sama trasa. Po asfalcie nie pozostał nawet ślad, przed nami widniała tylko masa błota i koparki.

Trochę nas ten fakt rozczarował, bo prócz przejścia się jeszcze raz po całym Reykjaviku, nie zaliczyliśmy niczego więcej. Stresowało nas też oddanie samochodu, dlatego uporaliśmy się z tym dość szybko (pomyślnie!) i resztę czasu siedzieliśmy na lotnisku. Złapaliśmy jeszcze dodatkowe pół godziny opóźnienia, które na szczęście nadrobiliśmy podczas lotu. Dla fanów naszego syf-jedzenia mamy jednak ostatnią gratkę – szkoda nam było zostawić zapasów, których nie zużyliśmy podczas podróży i z tego też właśnie powodu obżarliśmy się bazyliowym pesto z krakersami. W sumie okazało się to tak mdłe, że nawet odechciało nam się porządnego obiadu. Aż dziwi mnie, że po tym całym tygodniu nie mieliśmy żadnych przygód żołądkowych – Islandia to pierwszy kraj, gdzie mi się to nie przydarzyło (nie licząc może Czech czy państw sąsiadujących, choć np. o Ukrainie już tego powiedzieć nie mogę).

Lot w tę stronę upłynął raczej spokojnie, około 00.30 wylądowaliśmy na miejscu, skąd odebrali nas znajomi Maćka. Niezależnie jednak od naszego powrotu, przez następne dni dosłownie chciało mi się płakać, kiedy przypomniałam sobie naszą wyprawę. Bardzo brakowało mi tego spokoju, humoru  i przygód, które nam się natrafiały. Bywały momenty, kiedy pisałam do Maćka, że śniła mi się zorza polarna na Islandii, a on odpisywał, że miał dzisiaj dokładnie taki sam sen. Jest jeszcze mnóstwo miejsc, które czekają, by zostać przez nas odkryte, więc wrócimy tam bez wątpienia, może nawet nie tylko raz.

Mam nadzieję, że opis naszych przeżyć pomógł Wam nastawić się nieco psychicznie na tego typu wyprawę, a zawarte tutaj treści umożliwiły Ci choć w małym stopniu przygotowanie do własnej podróży. Jeśli nawet znalazłeś tutaj jedną pożyteczną rzecz, jestem bardzo szczęśliwa. Jeśli nie zamierzasz lecieć, ale czytałeś to dla przyjemności i zostałeś do końca, to jestem szczęśliwa może nawet jeszcze bardziej.

Nie martwcie się, że ta seria dobiega końca. Kilka dni później, po moim powrocie, wyruszyliśmy razem z inną osobą do Lwowa, więc też będzie o czym opowiadać. Wpisy pojawią się już niedługo, więc śledźcie uważnie mojego fanpage’a i Instagrama, żeby tego nie przegapić!

Islandia cz.6 – czyli diamenty wyrzucone na czarną plażę, siedzenie na zawalonym moście i lot na wietrze

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy czwartego dnia odbywanej przez nas podróży na Islandię. Ruszamy z Höfn do Viku, a więc na samo południe kraju. Ta część wyspy jest bardzo atrakcyjna dla turystów i na nas wywarła największe wrażenie; przede wszystkim ze względu na lodowce i krajobrazy, które dla są zupełnie obce w polskiej rzeczywistości. Jeśli chcecie dowiedzieć się, co widzieliśmy wcześniej i jak w ogóle znaleźliśmy się w tym miejscu, to dobrym pomysłem będzie nadrobienie poprzednich części naszych przygód. Jeśli jednak tego nie zrobicie, możecie czytać równie dobrze od tego miejsca i zostać na dłużej. A więc zaczynajmy! Zapraszam:

Po noclegu w zbiorowej sali mieszczącej się w Hi Hostel, nieco obawialiśmy się, jak będzie wyglądać dostęp do łazienek ze względu na poranną toaletę. Nasze wyczerpanie i późna pora wstawania przyczyniły się jednak do tego, że kolejki zupełnie ominęliśmy, a oba pomieszczenia okazały się czyściutkie, wysprzątane i raczej ciężko im cokolwiek zarzucić. Z podobnym „tłumem” zetknęliśmy się w kuchni – tutaj akurat nie mieliśmy możliwości wykupu śniadania, jako że są one serwowane od połowy maja do połowy września, ale nie stanowiło to dla nas większego problemu. Wreszcie mogliśmy wykorzystać składniki, które kupiliśmy w drugi dzień pobytu z myślą o obiedzie, dlatego też na śniadanie zjedliśmy makaron ze wszystkim, co mogliśmy wrzucić na patelnię z naszego bagażnika. Do tego oczywiście: gorąca czekolada, jako że napoje były akurat do ogólnego użytku.

Trzeba jednak przyznać, że takiego wyposażenia nie spotkałam jeszcze nigdzie; szafa na całą ścianę, od podłogi do sufitu wypełniona garnkami. Inna wisząca szafka wypakowana przyprawami (część z nich wyglądała tak obco i miała tak dziwne nazwy, że zaczęliśmy w żartach wymyślać, co się po nich człowiekowi dzieje). Mnóstwo kubków, sztućców, kilka zmywarek, palników i tak dalej, co sprawia, że gdyby nie ograniczony metraż pomieszczenia, posiłek mogłoby przygotowywać chyba trzydzieści osób naraz, co na mnie zrobiło bardzo pozytywne wrażenie. Dla przejezdnych zostających na noc czy dwie to naprawdę raj, jeśli chodzi o kuchenne udogodnienia, bo nie brakuje tam niczego; czegokolwiek byście sobie nie wymyślili, to na pewno tam będzie.

Diamentowa Plaża obok lodowca Vatnajökul

Po śniadaniu udaliśmy się do samochodu. Pierwszym naszym celem była Diamentowa Plaża, czyli plaża pokryta czarnym, wulkanicznym piaskiem, gdzie na brzeg wyrzucane są bryły lodowe z pobliskiego lodowca Vatnajökull. Większość z nich jest wyrzeźbiona przez wodę i rzeczywiście wygląda jak ogromne diamenty. Widok ten robi niesamowite wrażenie; lód przybiera różne formy, kształty czy rozmiary i choć w większości pokryty jest czarnymi smugami, to da się jednak znaleźć nieskazitelnie czyste okazy wystające ponad powierzchnię wody czy dopiero wyrzucone na brzeg.

Mimo że plaża jest długa i minęliśmy kilka parkingów, nie da się ukryć, że to jedno z popularniejszych miejsc na Islandii. Ludzi jest dość dużo – każdy spaceruje nad brzegiem wody, wszyscy robią zdjęcia, część osób kładzie się na lodowych bryłach. Każdy jednak zachowuje tyle kultury, że po czasie się odsuwa lub czeka na swoją kolej, więc w gruncie rzeczy wciąż możecie strzelić fotki, na których wydaje się, że prócz Was nie ma tam właściwie nikogo. Nie byłabym jednak sobą, gdybym podczas całej tej sesji nie zrobiła niczego głupiego. Do teraz nie wiem, czy Maciek, robiąc mi zdjęcie, sam przegapił ten szczegół, czy też umyślnie mnie nie uprzedził, w każdym razie pozując, po jakimś czasie zalała mnie nadchodząca fala. Zaczęłam uciekać z krzykiem i śmiechem na ustach, rozbawiając wszystkich wokół, ale dzięki temu przynajmniej odkryłam, że moje różowe trapery z futerkiem jak najbardziej spełniają swoją rolę. Mimo chwilowego podtopienia nie przemokły ani trochę, a ta wiedza przydała mi się jeszcze później tego samego dnia.

Zaparkowaliśmy w bardzo strategicznym miejscu, zaraz za mostem. Właściwie wygląda to w ten sposób, że zjeżdża się na parking, zaraz obok jest Diamentowa Plaża, a kiedy tylko przejdziemy na drugą stronę ulicy, możemy dostrzec lodowiec Vatnajökull i powstałe za jego sprawą jezioro Jökulsárlón. Na pewno się nie zgubicie, jako że górę śniegu widać już z bardzo daleka. Jeśli ktoś byłby zainteresowany dokładną lokalizacją, to my korzystaliśmy z tych współrzędnych: 64°02’39.7″N 16°10’39.4″W. Co prawda nasza nawigacja wskazywała, że to punkt pośrodku oceanu, jednakże w miarę zbliżania się do niego, zobaczycie spot, o którym pisałam.

Jeśli chodzi o przejście z plaży do lodowca, to nie ma wytyczonej żadnej oficjalnej drogi. Wszyscy wdrapywali się na muldę z kamieni, przechodzili przez ulicę, a następnie w dół.

Jezioro Jökulsárlón z widokiem na lodowiec

Piękne w tym dniu było to, że każdy następny widok, który roztaczał się przed naszymi oczami, wprawiał nas w coraz większy zachwyt. Czerń wulkanicznego piasku zastąpił błękit czystej wody jeziora Jökulsárlón. Tutaj odłamy lodu wystawały w dość dużym stopniu ponad powierzchnię wody, ale bardziej przypominały bryły śniegu niż oszlifowane diamenty. Pomiędzy tym wszystkim dało się dostrzec pływającą amfibię – taka przyjemność kosztuje około 5900 ISK, czyli nieco ponad 180 zł. Nie jest to dużo, aczkolwiek z naszym budżetem odpuściliśmy i obserwowaliśmy z brzegu. Myślę jednak, że przy okazji drugiej wyprawy skupiłabym się właśnie na tego typu atrakcjach, i np. na zwiedzeniu jaskini lodowej. Macie gwarancję, że zawsze zobaczycie to, czego chcecie i nie sposób się zawieść. My, siedząc w pewnej odległości, byliśmy urzeczeni, a co dopiero móc poczuć, że wszystko widnieje na wyciągnięcie dłoni! Z tego co wiem, rejs nie trwa długo, bo nieco ponad pół godziny, ale mogę śmiało stwierdzić, że to wspomnienie warte tych pieniędzy.

Kolejna miła niespodzianka, która spotkała nas na miejscu: zobaczyliśmy rodzinkę dzikich fok! Nie mogliśmy oderwać od nich wzroku – co innego widzieć takie stworzenia w zoo, a co innego obserwować ich zachowanie w naturalnym środowisku. Zeszliśmy niżej, aż do samej tafli wody, i usiedliśmy na głazach przy brzegu. Dobre pół godziny, jeśli nie więcej, po prostu spoglądaliśmy, jak zwierzęta podpływają zaraz obok nas, jakby zaciekawione turystami, a później odpływają i cieszą się swoim towarzystwem. To zabawne, bo wcześniej specjalnie zajeżdżaliśmy do miejscowości, gdzie można spotkać je pływające przy brzegu, a jednak ani razu nam się nie udało. W tym wypadku nawet jakoś specjalnie o nich nie pomyśleliśmy, a one się zjawiły.

Tego dnia mieliśmy wiele momentów, które wyglądały jak ten; po prostu siedzieliśmy w ciszy i patrzyliśmy, a minuty mijały. Trafiła nam się piękna pogoda, świeciło słońce, było około piętnastu stopni, więc zostaliśmy w pewnym momencie w samych bluzach. Nawet jeśli mielibyśmy dojechać do następnego noclegu o 4.00 nad ranem, nie oddałabym tamtych chwil i uczucia, jakie wtedy nam towarzyszyło. Zupełna cisza, prawie nikogo nie słychać, wyłącznie pluskanie wody. Dopiero w takim miejscu możemy uzmysłowić sobie, jak na co dzień jesteśmy atakowani różnymi dźwiękami i bodźcami. Tam przyszła chwila relaksu – bez stresu, bez pośpiechu, człowiek czuje się taki malutki w porównaniu z otaczającą go naturą. Może to jest powód, dla którego tak wielu Polaków wraca na Islandię i zostaje na dłużej mimo jej surowego i brutalnego klimatu, którego jako turyści aż tak nie zauważamy.

Jeśli chodzi o sam lodowiec, to najlepiej pojechać jeszcze kawałek dalej tak, żeby móc zaparkować auto i podejść na piechotę aż pod samą atrakcję. Zjazdów jest dużo, więc gdybyśmy chcieli zobaczyć Vatnajökull z perspektywy każdego z nich, to prawdopodobnie zabrakłoby nam dnia. My na jednym poprzestaliśmy, bo podobnie jak wcześniej; spędziliśmy tam mnóstwo czasu. Do przejścia był kawałek, pewnie coś około kilometra. Trasę po części wyznaczają słupki ze sznurami, później one zanikają i każdy chodzi wydeptanymi już ścieżkami. Tutaj po raz pierwszy możemy zaobserwować, że wysoka temperatura ma wpływ na kształtowanie krajobrazu; ziemia jest pokryta mchem, który jak gąbka chłonie wodę z topniejącego lodowca. Jest bardzo dużo kałuż i strumyczków większych bądź mniejszych, dlatego dobre, nieprzemakające buty to podstawa.

Maciek na przykład w pewnym momencie musiał przerwać już wędrówkę, mnie udało się podejść bliżej samego lodowca. Zniknęłam na około pół godziny, a na samym końcu wysłałam zdjęcie, gdzie dotarłam. Co ciekawe, mój przyjaciel przyznał potem, że odkąd tylko dostał tę fotkę i wiedział, że się zbliżam, to prawie od samego początku słyszał moje kroki, tak niosło się echo.

Jak z kolei moje wrażenia po dojściu do celu, czyli do końca urywającej się dróżki? Z jednej strony przeszła mnie ekscytacja, czułam się jak ostatni człowiek na ziemi; wielki otwarty teren, ogrom lodu i żywej duszy dokoła. Z drugiej… z bliska widać na pewno więcej błota, woda jest raczej brunatna i właściwie tylko to, co znajduje się powyżej, można uznać za cudo, zresztą sami oceńcie.

Podczas tej pieszej wycieczki spotykaliśmy turystów, a każdy z nich zagadywał nas na minutę czy dwie. Trafiliśmy nawet na starsze małżeństwo, gdzieś tak po pięćdziesiątce, które chciało, byśmy wzajemnie porobili sobie zdjęcia. Zwłaszcza kobieta pozostawiła w mojej głowie bardzo ciepłe wspomnienie, bo zachowywała się zupełnie tak, jakby między nami nie było żadnej przepaści ze względu na wiek, ba! W pewnym momencie zaczęła piszczeć prawie jak mała dziewczynka, pokazywała na moje buty i w kółko powtarzała: „Aaaa, so cute!”. Kiedy wreszcie sesja dobiegła końca, para odmaszerowała, trzymając się za ręce. Patrząc na nich, zgodnie stwierdziliśmy z Maćkiem, że fajnie byłoby zobaczyć taki obraz w swoim przypadku za kilkadziesiąt lat; śmiać się, podróżować, mieć kogoś przy sobie i po prostu cieszyć się życiem. A pod spodem zdjęcie, które jest chyba moim jednym z ulubionych na tym wyjeździe.

Po jakimś czasie dotarliśmy do zawalonego mostu, który w naszej nawigacji widniał jako wciąż przejezdny. Strona, po której staliśmy, zdążyła już dawno zarosnąć, natomiast naprzeciwko wciąż dało się dostrzec wylany asfalt. Usiedliśmy więc na przęsłach i obserwowaliśmy bryły lodu płynące w dole, a także wolno przesuwające się chmury. Do teraz pamiętam, jakie to było magiczne uczucie. Ach, no i znalazłam prześliczny kamyczek na wpół obrośnięty mchem, spójrzcie.

Jedyne, czego żałowaliśmy w tym dniu, to tego, że nie zobaczyliśmy reniferów, które często wychodzą na drogę w tej części kraju. Nie można mieć jednak wszystkiego, ale życzę Wam, by spotkało Was więcej szczęścia w tej kwestii!

Nocleg w Puffin Hostel Vik

Na ten dzień nie przewidywaliśmy zbyt wielu atrakcji, dlatego też udaliśmy się prosto do Viku, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. To był z pewnością najbardziej wątpliwy punkt naszej wyprawy. Puffin Hostel Vik jest określany jako dwugwiazdkowy hotel i mimo że wydawał się schludny, nie sprawiał zabójczego wrażenia. Moja mama dosłownie wychodziła ze skóry, kiedy poczytała opinie o obiekcie i dotarła do opinii gości, którzy zgłaszali obecność szczurów w pokojach. Nie udało nam się zamienić go jednak na nic innego, więc po prostu staraliśmy się nie nastawiać źle, mimo że ośrodek rzeczywiście wyglądał na podniszczony, zwłaszcza z zewnątrz. Mogę jednak uspokoić – szczurów (już) nie było, no chyba że tej nocy nie miały ochoty się aktywować albo odwiedziły kogo innego. Mimo wszystko cieszyłam się, że i tym razem dostaliśmy piętrowe łóżko i wylądowałam na górze, tak na wszelki wypadek.

Pokój może nie był najpiękniejszy, ale też z drugiej strony nie wiem, czego więcej byśmy potrzebowali. Wszystko drewniane, górne łóżko może trochę się uginało, podłoga trochę krzywa, no ale przynajmniej spaliśmy sami, a materace okazały się całkiem wygodne. Na miejscu znajdowały się wieszaczki, jakaś półeczka i w sumie nie przeszkadzało nam, że pomieszczenie miało jakieś 2×3 metry. Z lokalizacją też trafiliśmy dobrze, bo toaleta znajdowała się obok naszego pokoju; też nie za duża, ale schludna, mimo że korzystało z niej całe piętro, o ile mnie pamięć nie myli.

Skoro nie zapisało się to w mojej pamięci tak dokładnie, to w każdym razie znaczy, że nie było tak źle. Oprócz tego do dyspozycji mieliśmy wspólną, niewielką kuchnię i ogromną jadalnię czy też pokój integracyjny, zależy jak na to spojrzeć. Co ważne, bo o tym nie wspomniałam wcześniej; najczęściej w tego typu ośrodkach picie napoi alkoholowych jest zakazane. Pewnie wynika to z faktu, że są one na tyle małe, że nawet jeden wstawiony człowiek mógłby dość mocno zakłócać spokój innych. To tylko domysły, w każdym razie nam niespecjalnie przeszkadzały takie ograniczenia, warto być jednak świadomym, że takowe mogą zaistnieć i wcześniej troszkę poczytać o miejscu, do którego się udaje. Ponownie nie mam akurat swoich zdjęć, dlatego zamieszczam grafikę z Booking.com.

Na miejscu znajduje się supermarket Kronan, bardzo ładnie zaopatrzony i dość tani. To właśnie tam udało nam się kupić trzy puszki islandzkiej czekolady w cenie, jaką zapłacilibyśmy za jedną z nich, dokonując zamówienia w Polsce. Zdobyliśmy też kilka typowych dla kraju słodyczy, głównie batoników z masłem orzechowym albo bogatych w proteiny. Co ciekawe, nawet te drugie smakowały zaskakująco dobrze.

Zaraz obok stoi drugi budynek, czyli Icewear, gdzie można kupić przeróżną odzież. Ja z tej opcji nie skorzystałam, natomiast Maciek jeszcze wieczorem wyszedł na „spacer” i wrócił z szalikiem za 90 zł, dopiero później przeliczając, że to „najdroższy szaliczkuś w jego życiu”. Z mojej strony można było spotkać się wyłącznie ze śmiechem.

Z tamtego dnia pamiętam też bardzo porywisty wiatr. Takiego nie odczuliśmy chyba nigdy wcześniej, człowiek dosłownie miał problem, żeby ustać na nogach. Kiedy szło się razem z nim, trzeba było biec, a próbując działać mu na przekór, prawie stało się w miejscu. Tutaj przyszła pora na mój popis – szliśmy przez parking, więc chcąc zejść z drogi, musieliśmy przekroczyć bardzo wysoki krawężnik. Maciek przeskoczył przez niego bez problemu, ja natomiast odbiłam się od asfaltu i… zdmuchnął mnie wiatr, tak po prostu. Poleciałam jakiś metr czy dwa dalej, lądując na środku ulicy na plecach. Na szczęście miałam na sobie mnóstwo warstw ubrań, które zamortyzowały upadek i dzięki temu nic mi się nie stało. Nic, chyba że liczymy naburmuszoną minę do końca dnia, kiedy Maciek znowu zaśmiewał się do łez. Islandia sprawia, że powiedzenie „Jedz więcej, bo cię wiatr zdmuchnie”, staje się prawdziwe. Szkoda tylko, że ja akurat jem jak za dwóch.

Reynisfjara – śmiertelna plaża

Odłożyliśmy zakupy i przeszliśmy się po miejscowości, odnajdując niewielkie termalne źródła. Zamykali je jednak dość wcześnie, więc po dłuższej chwili wahania odpuściliśmy i jak się okazało – całkiem słusznie, bo następnego dnia natrafiliśmy na coś znacznie lepszego. Na zakończenie dnia zostawiliśmy sobie jeszcze jeden punkt do zobaczenia, a mianowicie Reynisfjarę, czyli jedną z popularniejszych plaż na całej Islandii.

Jej powierzchnię pokrywają czarne kamienie, a w wodzie możemy dostrzec wysokie na ponad 60 metrów bazaltowe kolumny. To właśnie tutaj klify są wyrzeźbione w charakterystyczny sposób, który upodabnia je do schodków o długich stopniach. Należy jednak pamiętać, żeby nie podchodzić zbyt blisko brzegu, bo fale są naprawdę duże i niepozorne. Woda wlewająca się na brzeg ma ogromną siłę i potrafi zalać kilkanaście, o ile nie kilkadziesiąt metrów plaży. Tutaj nawet nie bycie mokrym jest największym problemem, a fakt, że prądy są tak silne, że nieuważnych turystów są w stanie wciągnąć i zabrać ze sobą.

Z początku nie za bardzo chciało nam się w to wierzyć, jednak wystarczyła chwila obserwacji, by zrozumieć, że to nie tylko miejscowe legendy. Część fal rzeczywiście zaraz się cofała, jednak niektóre płynęły i płynęły, a końca nie sposób było dostrzec. Pamiętam, że staliśmy gdzieś w połowie plaży i o ile przez dziesięć minut nie działo się nic, o tyle w kolejnej musieliśmy uciekać, żeby nie zmoknąć. Trzeba więc bardzo uważać i pod żadnym pozorem nie zostawiać dzieci i zwierząt bez należytej opieki, bo skutki mogą być opłakane. No i uważajcie na wiatr!

Na dziś z mojej strony to już wszystko. Jeśli macie ochotę przeczytać, jak trafiliśmy na geotermalne kąpielisko, weszliśmy do środka krateru podczas gradu, obserwowaliśmy wybuchające gejzery i odnaleźliśmy wodospady jak z ujęć kręconych w Nowej Zelandii, to serdecznie zapraszam na kolejne części naszej islandzkiej przygody. Obserwujcie na bieżąco, a w międzyczasie zapraszam też na mojego fanpage’a i Instagrama, gdzie wrzucam relacje z podróży i materiały tylko dla wybrańców! 😉 Linki na górze po prawej, klikaj śmiało. 😀

Islandia cz.4 – czyli pierwsze cuda, rozczarowania, jak uniknąć mandatów i dotrzeć ledwie żywym na północ kraju

Informacje ogólne: To już czwarta część naszej relacji z Islandii, więc jeśli trafiłeś tu dopiero teraz, to nic nie szkodzi, zapraszam do czytania (może tylko tego wpisu, a może także poprzednich). Poniższy skupi się na wodospadach w zachodniej części wyspy, będzie też parę słów o płatnych tunelach i wstęp do rejsu z wielorybami. Zapraszam:

Wodospady Hraunfossar i Barnafoss

Pierwszym takim przyrodniczym cudem, który utkwił nam w pamięci po przyjeździe na Islandię, były dwa wodospady położone w bliskim sąsiedztwie (współrzędne geograficzne, jeśli chodzi o dobre parkowanie: 64°42’06.2″N 20°58’44.5″W). Oczywiście trzeba później przejść na piechotę 300-400 m, auto bardzo rzadko zostawia się przy samej atrakcji – czasami odległość wynosi nawet 1,5 km albo więcej (pod górę, niezliczoną ilością schodów itd.), żeby dotrzeć do tego, po co właściwie przyjechaliśmy. To naszym zdaniem przy okazji długiego podróżowania samochodem jest akurat jak najbardziej wskazane; odrobina ruchu, rozruszanie kości, no bo w końcu nie jechaliśmy na wakacje z zamiarem lenistwa.

Na miejscu możemy zobaczyć coś na wzór pieszej trasy wyznaczonej przez rozwieszone sznury. My się ich trzymaliśmy, ale co bardziej zapalczywi fotografowie (albo po prostu Azjaci) obierali własny szlak po skałach, tuż przy samej wodzie, czego raczej Wam nie polecam robić, jeśli w razie czego nie chcecie mieć nieprzyjemności. Szliśmy od takiej strony, że najpierw ujrzeliśmy Hraunfossar, a dopiero później Barnafoss. Ciężko nawet przyrównać do siebie te dwa wodospady, bo wyglądały zupełnie inaczej i robiły odmienne wrażenie, ale nawet z perspektywy czasu wydaje mi się, że Hraunfossar nie tylko podobał mi się bardziej, co nawet był moim ulubionym spośród wszystkich zobaczonych później. Powiedziałabym, że to taka seria mniejszych wodospadów rozciągająca się na bardzo dużą szerokość. Patrząc na to, ma się wrażenie, że w miejscach, w których popękała skała, płyną strumienie łez. 

Na szlaku co chwilę znajdują się platformy, gdzie można stanąć, wychylić się i zrobić co ładniejsze zdjęcia. Idąc dalej, dochodzimy do Barnafoss, który jest znacznie węższy. Woda z niego spływa do wąwozu z bardzo dużą prędkością, dlatego można zaobserwować nawet nie tyle, że się pieni, ale wydaje się wręcz biała, co kontrastuje z błękitną siostrą na zdjęciach powyżej. 

Po całym obchodzie na bardziej zmarzniętych i zmęczonych czeka bar/restauracja tuż przy samym wejściu na ścieżkę. W środku można zamówić kawę czy czekoladę, no i co ważne – skorzystać z toalety!

Wioska Reykholt

Chciałabym powiedzieć, że spędziliśmy tam nieco czasu, jednak już wtedy wyglądaliśmy z nim krucho, zwłaszcza że nadłożyliśmy drogi, udając się do Reykholtu, który uchodzi za jedno z ważniejszych kulturowych miejsc na Islandii. Urodził się tam Snorri Sturluson, jeden z istotniejszych pisarzy tego kraju, ale poza jego pomnikiem i urokliwym kościółkiem nic nas specjalnie nie urzekło. Z początku miałam wrażenie, że musimy podjechać dalej, żeby coś zobaczyć, ale szybko doszliśmy do wniosku, że dwie krzyżujące się ze sobą uliczki to wszystko, co mieliśmy ujrzeć. Do tej pory chce mi się śmiać, kiedy pomyślę o komentarzu Maćka, gdy ujrzeliśmy niewielki cmentarz ze zdjęcia poniżej: „O, spójrz. Tu pochowano wszystkich mieszkańców Reykholtu, którzy mieszkali w nim w ciągu ostatnich 1000 lat”.

Uczcie się na naszych błędach

Jak już wcześniej wspominałam, nie mieliśmy papierowej mapy, więc kiedy tylko wyjechaliśmy z tej miejscowości, nawigacja skierowała nas na “najszybszą” drogę, która co prawda miała ograniczenie prędkości do 80 km/h, ale my poruszaliśmy się tam 20-26 km/h w porywach. To było nasze pierwsze zetknięcie się ze żwirową drogą – zupełne pustkowie, prawie żadnego auta po drodze, a jak już się jakieś trafiło, to zjeżdżaliśmy na bok, bo mieliśmy wrażenie, że gdyby kierowca mógł, to za nasze ślimaczenie się po prostu zabiłby nas wzrokiem. Musicie jednak wierzyć na słowo, że chrzęst drobnych kamyczków uderzających w podwozie i odbijających się od boków auta był naprawdę przeszywający. Prawie tak jak głos faceta z wypożyczalni, który mówił “12 tys. euro za zniszczenia dokonane na samochodzie”. 

Straciliśmy na tamtej drodze jakieś 40 minut, po prostu ze strachu i stresu. Potem zresztą nie było dużo lepiej, więc zadzwoniłam na nasz przyszły nocleg z prośbą, by właściciel zostawił nam klucze do pokoju na recepcji. Taka sytuacja zdarzyła nam się trzy razy, ale nigdy nikt nam nie odmówił, mimo że wiązało się to z tym, że pracownicy nie zapiszą np. numeru naszej karty kredytowej. Tej nocy dostaliśmy nawet liścik ze wszystkimi informacjami dotyczącymi śniadania, pokoju i tak dalej, więc to był naprawdę przyjemny gest ze strony pracowników Eldá Guesthouse, mimo że ledwie umieliśmy to wszystko przeczytać, tak nam się oczy kleiły ze zmęczenia. 

Wspomnienie tej i następnej nocy nie jawią nam się jakoś specjalnie kolorowo. Spędziliśmy wiele godzin w aucie, ale wbrew pozorom też sporo chodziliśmy, więc brakowało nam chwili na odpoczynek. Psychicznie też ciążyła na nas coraz większa presja, jako że z samego rana musieliśmy z Myvatn wrócić do Husaviku (około 56 km) i zdążyć na godzinę 9:45, by wypłynąć w rejs z wielorybami. Im dalej, tym robiło się gorzej, także jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że zmierzchało. Za dnia można skupić uwagę na niezwykłych krajobrazach, wymieniać się opiniami, wypatrywać zwierząt. W nocy zobaczenie czegokolwiek graniczy niemalże z cudem. Oczywiście liczyliśmy, że dopisze nam szczęście i zobaczymy zorzę, ale niebo było bezchmurne jedynie raz w ciągu całego naszego wyjazdu, a i wtedy się nie udało. Jedynym urozmaiceniem okazały się tunele – większe, mniejsze, które to właśnie okazały się naszą największą gafą na tym wyjeździe.

Vadlaheidi Tunnel – płatny tunel w pobliżu Akureyri

Od samego początku, nawet będąc w wypożyczalni, każdy powtarzał nam, że na północy Islandii, w pobliżu Akureyri, znajduje się płatny tunel, przez który można przejechać i zaoszczędzić kilkudziesięciu kilometrów, albo ominąć go i udać się darmową drogą na około. Wiecie, było już po 22:00, więc zgodnie stwierdziliśmy, że możemy zapłacić, bo liczyła się dosłownie każda minuta. Tyle że tunele się skończyły, a my nie zapłaciliśmy nic. Nie, żebyśmy jakoś specjalnie rozpaczali z tego powodu, ale wydawało nam się to dziwne, że na miejscu nie natknęliśmy się na punkt poboru opłat, jakieś szlabany, budki czy cokolwiek innego. Uprzedzając Wasze pytania: nie pojechaliśmy przypadkowo objazdem, Vadlaheidi Tunnel jak najbardziej okazał się płatny, tyle że opłatę uiszcza się internetowo. Trzeba to zrobić w ciągu trzech godzin od przejechania tą trasą, w innym wypadku naliczana jest dodatkowa opłata za każdorazowy przejazd tą drogą.

Cóż, całe szczęście, że robiliśmy obwodnicę i tamtędy nie wracaliśmy, chociaż tym mogliśmy się pocieszać. Przyznaję jednak, że moment otrzymania niespodziewanego maila ze strony wypożyczalni w ostatni dzień naszej podróży był dla mnie jednym z bardziej emocjonujących podczas całego wyjazdu. Jestem pewna, że pobladłam jak ściana, podczas kiedy Maciek śpiewał właśnie kolejną piosenkę w cebula-carze. Jako że siedział ze kierownicą i stresował się już samym faktem zdania samochodu, postanowiłam nie odzywać się tak długo, aż obliczę w głowie wszystkie koszty, które miały nam się obnażyć. O dziwo nie okazało się tak tragicznie, jak z początku myślałam. Podstawowy koszt przejazdu przez Vadlaheidi Tunnel to około 50 zł, do tego mandat w wysokości 85 zł. Gdy podzieliło się to na dwa, aż można było odetchnąć z ulgą, jeśli przed oczami miało się już jakieś tysiąc złotych.

Jak to się właściwie stało, że tego nie dopilnowaliśmy? Naszym błędem było przyjęcie typowych zachodnioeuropejskich standardów dla Islandii. Nie doczytaliśmy o tym, bo wydawało nam się oczywiste, że płaci się na miejscu. Nie dawało nam to spokoju, więc trochę poszperaliśmy w internecie i okazało się… że tabliczka z informacją o opłatach rzeczywiście stoi przy tunelu, ale o 22.16 (dzięki mandatowi przynajmniej znam dokładną godzinę), było już tak ciemno, że nawet nie było jej widać. Naprawdę, ciemność na Islandii jest bardzo dojmująca, zwłaszcza jeśli przejeżdża się pomiędzy dwoma wzniesieniami – wokół jest dosłownie czarno, żadnych świateł, nie ma gwiazd i widać tylko to, co znajduje się kilka metrów przed maską auta.

Islandia a jazda nocą

Takie warunki wzbudzają dyskomfort, nawet jeśli zdajesz sobie sprawę, że Islandia to jeden z krajów o najmniejszym odsetku przestępczości. Jadąc nocą i napotykając samotny dom na środku odludzia, gdzie paliła się jakaś pojedyncza żarówka, mieliśmy wrażenie, że mieszka tam ktoś, kto zupełnie postradał zmysły. Pamiętam, jak zgodnie stwierdziliśmy wtedy, że żyjąc w taki sposób, spalibyśmy ze strzelbą pod poduszką i budzili się z przerażeniem na każde skrzypnięcie drzwi czy okiennic. To był też powód, dla którego nie zatrzymaliśmy się na poboczu i po prostu nie zdrzemnęliśmy na chwilę.

Maciek co rusz wyganiał mnie do spania, bo myślę, że widział, jak walczę ze snem, mimo że w tle głośno grała muzyka i staraliśmy się podtrzymać konwersację. Ciągle powtarzał, że to był długi dzień, że mam okres, że przecież brzuch mnie boli i mam iść spać. Trochę nasz brak siły był też spowodowany właśnie tym, że nie jedliśmy (ten i następny dzień opierał się na diecie: nażryj się na śniadanie do granic możliwości i wieczorem oszukaj głód chińską zupką zapitą gorącym kubkiem). Wiedziałam, że na kierowcę jeszcze bardziej usypiająco działa śpiący pasażer na siedzeniu obok, poza tym trzymało się mnie poczucie solidarności. Maciek jednak cały dzień prowadził, a znam jego charakter i wiedziałam, że nie przyzna, że nie da rady, więc zostawianie go bez nadzoru wydawało mi się skrajną nieodpowiedzialnością. Męczyliśmy się przynajmniej we dwoje.

Nie wiem, która droga przysparzała nam o tej porze więcej problemów. W dzień podróżowanie „1” stanowiło luksus, ale po ciemku stawało się strasznie monotonne. Prosta droga, nie ma zbyt wielu zakrętów, nie wymaga dużego skupienia. W asfalcie raczej nie pojawiają się dziury, znaki są niemalże niepotrzebne, obecność innych aut znikoma, nie widać dosłownie niczego, na czym można skupić uwagę. Pamiętam, że jadąc w stronę Paryża, na autostradzie panowała podobna stagnacja, jako że wokół oprócz pól niewiele dało się zobaczyć. Tam jednak na poboczach ustawiano na przemian kolorowe kule, trójkąty, kwadraty i tak dalej, żeby urozmaicić jazdę kierowcy. Na „1” nie było o tym mowy, oczy mimowolnie zamykały się z braku zajęcia.

Rozbudzenie przychodziło zawsze w przypadku dróg takich jak „99”, którą podróżowaliśmy następnego dnia w kierunku Höfn. To z pewnością jedno z moich gorszych wspomnień, jeśli chodzi o cały wyjazd. Rozbudziliśmy się niemal natychmiastowo, kiedy auto wjechało na żwirową powierzchnię pokrytą spękaniami, dołami i czymkolwiek tylko się dało. Nasza Kia niespecjalnie miała ochotę hamować przy spadkach i podjeżdżać pod wysokie wzniesienia, zza których nie dało się zobaczyć dosłownie niczego. Nawet nie byliśmy pewni, w którą stronę należy skręcić, gdy już ujrzymy dalszą część nawierzchni, ani czy ktoś nie nadjedzie z naprzeciwka. Dźwięk obijających się o auto kamyczków i kamieni spędzał sen z powiek, pojawiał się stres. Nawigacja pokazywała jeszcze kilkadziesiąt kilometrów drogą, której nie sposób ominąć, czas podróży ciągle się wydłużał, nocleg wydawał się jeszcze bardziej odległy, a my autentycznie zastanawialiśmy się, jakim cudem dojedziemy na miejsce. W takich momentach czuliśmy straszne zmęczenie psychiczne, a kiedy wyjeżdżaliśmy na prostą drogę, razem z ulgą przychodziło wyczerpanie fizyczne.

Myśląc o tym dniu, najbardziej żałuję, że zabrakło nam czasu na wodospad Godafoss. Generalnie zachodnia część Islandii pozostała dla nas w dużym stopniu nieodkryta. Pocieszające wydaje się jednak, że mamy tym więcej motywacji, żeby wrócić i spróbować jeszcze raz, tym razem z lepszym efektem. Do Akureyri dotarliśmy około godziny 23.00. Jedno z bardziej pokaźnych miast w kraju, które my zobaczyliśmy jedynie przejazdem, zaliczając stację benzynową jako cały postój. W porządku, wyglądało ładnie, kiedy obserwowaliśmy je z daleka jako jeden z niewielu punktów oświetlonych setkami świateł, jednak czuliśmy żal. Zostawiając je za sobą, usłyszałam tylko głos Maćka: „Nie no, Akureyri piękne jak ja pierdole” i zaczęłam się śmiać, choć tak naprawdę był to raczej śmiech przez łzy.

Z nas dwójki to on jest osobą, której w większym stopniu humor nie opuszcza nawet w złych sytuacjach. Rzucał żarty, nie awanturował się, nie miał pretensji. Ja byłam od tego, żeby podnieść go na duchu. Pamiętam, jak tego albo następnego dnia przegapiliśmy zjazd, a po samochodzie rozniosły się ciche i zrezygnowane kurwy. Wtedy to ja się spinałam, kładłam mu dłoń na ramieniu i mówiłam, że to nic – zawrócimy, będzie po problemie, no zdarza się, zwłaszcza kiedy musisz skręcić niespodziewanie po 50 km. Pamiętam, że usłyszałam wtedy, że jestem dobrym pasażerem; takim, który umie zadbać o picie i jedzenie (zwłaszcza w końcowych dniach), muzykę, dobrą atmosferę, który zdzieli po ramieniu, gdy przysypiasz, i nie drze ryja, gdy coś pójdzie nie tak. Kto mnie zna, ten wie, że z tym darciem ryja to może nie do końca prawda, ale w takich chwilach potrafię być naprawdę spokojna. Wiedziałam, że Maciek jest zmęczony, a ostatnim, czego chciałam, to żebyśmy skoczyli sobie do gardeł. Jechał już tyle czasu, że było mi go szkoda i przez cały wieczór powtarzałam, że jestem mu bardzo wdzięczna i świetnie sobie poradził. To nie przeszkodziło mi jednak popłakać się ze śmiechu przed snem, kiedy zobaczyłam, co zrobił.

Nocleg w Elda Guesthouse

Nocleg w Mýatn był rozbity na kilka sypialnianych domków. Chwilę zajęło nam, by po ciemku znaleźć recepcję i odebrać swoje klucze. Wokół panowała straszna cisza i było tak zimno… Temperatura spadła, zaczął lać deszcz, a my ze zmęczenia też już nie czuliśmy wszystkiego tak, jak powinniśmy. Miałam problem, żeby w ogóle poradzić sobie z otworzeniem zamka, ale w końcu się udało: ukazał się nam skromny pokoik z dwoma łóżkami.

Zdjęcie niestety z Bookinga, bo na nasze było za ciemno :c

Mimo że była północ, poszliśmy zagotować wodę na zupki, a z dwóch pokojów obok (nie równocześnie, ale po upływie jakiegoś czasu) wychylili się Azjaci. Ich zresztą widzieliśmy najczęściej podczas całej naszej podróży, ale każdy z nich miał zupełnie inne nastawienie, podobnie jak ci tam. Jeden wyszedł do nas w samym szlafroku albo ręczniku, dokładnie już nie pamiętam. W każdym razie wyglądał, jakby przed chwilą dobrze bawił się z dziewczyną i to wprawiło go w na tyle dobry nastrój, że przywitał się z nami i na chwilę zagadał. Drugi z kolei wyjrzał na nas oczami małymi jak główki szpilki, zaspany jak niedźwiedź po zimowym śnie i nie kwapił się żadnym „cześć, co słychać?”. Pomarudził tylko chwilę, że jesteśmy strasznie głośno, mimo że staraliśmy się nie oddychać, i wrócił do pokoju.

Po zjedzeniu naszej wieczornej dawki chemii, ułożyliśmy się do snu – mnie zajęło to krócej, już niemalże przysypiałam, kiedy Maciek zgasił światło i udał się w stronę łóżka, przy którym zalegała nasza torba. Przysięgam, patrząc na niego, byłam pewna, że się o nią potknął, bo wyciągnął rękę i runął jak długi na ziemię. Kiedy to zobaczyłam, najpierw poczułam dezorientację, a zaraz potem dostałam napadu śmiechu, gdy uświadomił mnie, co właśnie zrobił. Położył jedną dłoń na materacu i myślał, że dotarł na miejsce. Nie zrobił kroku w przód, nie starał się nawet usiąść, po prostu uwalił się całym swoim ciężarem na ziemię, myśląc, że jest w łóżku. Dalej chce mi się śmiać, kiedy przypomnę sobie huk, a potem jego zawodzenie. Wreszcie przydarzyło się coś, co zdołało mnie rozbudzić – szkoda tylko, że tak późno.

Rano przeszliśmy na śniadanie do odpowiedniego budynku, a kiedy tylko wyszliśmy na zewnątrz, zaniemówiliśmy. Rozejrzeliśmy się wokół i ledwie chciało nam się wierzyć, że to dokładnie to samo ciemne i ponure miejsce, do którego przyjechaliśmy poprzedniego dnia. Widoki były po prostu przepiękne: góry, woda, mnóstwo kolorów. Znów wstąpiła w nas pozytywna energia, zwłaszcza gdy ujrzeliśmy śniadanie. Prezentowało się dużo skromniej niż w stolicy, kuchnia była raczej ciasna i z trudem mieściło się tam naraz kilka osób, ale i tak najedliśmy się do granic możliwości: naleśniki, parówki, jajecznica, banany, kawa, czekolada, herbata, nałożyliśmy to wszystko i jeszcze dokładkę.

Gentle Giants – Rejs z wielorybami

Około 8.40 zawróciliśmy w kierunku Husaviku. Ubraliśmy się najcieplej, jak tylko mogliśmy, i ruszyliśmy na rejs z wielorybami. Na miejscu mieliśmy rozpoznać charakterystyczne niebieskie flagi i rzeczywiście nie było większego problemu ze znalezieniem ich. Odwiedzających zjechało się jednak naprawdę dużo i zajęcie bliskiego miejsca do parkowania graniczyło niemalże z cudem. Wysiadłam więc z auta, zostawiając tę kwestię Maćkowi, a sama poszłam zgłosić nasze przybycie Gentle Giants, czyli firmie, która odpowiadała za nasze wypłynięcie (jeśli interesują Was koszty takiej wyprawy, to wszystko podliczyłam w części 1). Zeszliśmy bliżej wody, a w nozdrza uderzył nas nieprzyjemny zapach zgniłych ryb. Odnaleźliśmy naszą łódkę i ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że jest jeszcze mniejsza, niż to sobie wyobrażaliśmy. Na pokładzie mieściło się około dwudziestu osób + przewodnik.

Pierwszą rzeczą, którą zrobiliśmy, to upodobniliśmy się do siebie. Oboje dostaliśmy specjalne kapoki, a także skafander zawierający w komplecie dodatkową pelerynę przeciwdeszczową. Dosyć mnie to dziwiło, raczej odniosłam wrażenie, że ma nas to ochronić przed zimnem niż przed wodą, mimo że tego dnia pogoda trafiła się naprawdę ładna. Nie zmieniało to faktu, że ocean okazał się mocno wzburzony, więc nasza łódka bujała się i na pokład, wbrew mojemu mylnemu wrażeniu, wlewało się mnóstwo wody. Fale rozbryzgiwały się co chwilę, opryskując wszystkich wokół i już po kilkunastu minutach czułam, że mam przemoczone rękawiczki, a buzia marznie mi od wiatru i wilgoci.

Poruszanie się w naszym nowym stroju wcale nie było takie łatwe. Dostałam najmniejszy rozmiar skafandra, ale już po założeniu spodni nogawki przykryły mi całe buty i generalnie deptałam po nich przez większość czasu. Cały ten ekwipunek okazał się dosyć ciężki i krępujący ruchy, ale to nie przeszkadzało nam we wdrapywaniu się na drewnianą ławeczkę pośrodku łódki. To był jeden z tych razów, kiedy niezwykle się cieszyłam, że obok nas siedzieli praktycznie sami Azjaci. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że każdy Polak zabiłby śmiechem nasze „wodoodporne pokrowce” na telefony. W rzeczywistości nie mieliśmy niczego takiego, jakoś wyleciało nam z głowy, by się w nie zaopatrzyć. Wpadliśmy jednak na błyskotliwy pomysł i stwierdziliśmy, że w tej roli świetnie sprawdzą się nasze samolotowe kosmetyczki. Brzmi to absurdalnie, a jednak zadziałało: nawet świetnie robiło się przez nie zdjęcia, sami zobaczcie.

Jak widzicie – potrzeba matką wynalazków. Może jednak nie róbcie tego co my z rozmysłem, bo do teraz zastanawiamy się, jak bardzo wyśmialiby nas rodacy, jakby zobaczyli dość duży napis KOSMETYCZKA MAŁA na naszych wodoodpornych pokrowcach. Śmiechom jednak nie było końca, zwłaszcza gdy ujrzałam, co Maciek ma wymalowane na piersi. Każdy pokrowiec oznaczano rozmiarem na jego zewnętrznej części, co prezentowało się dość komicznie, zwłaszcza w przypadku mężczyzn. Mój komentarz? „Chodź, Maciek, założymy ci Tindera, z taką reklamą żadna się nie oprze”.

Skafander – jest, kosmetyczka mała – jest, wszyscy – są: więc ruszamy. Jeśli jesteś ciekawy, jak wyglądał cały rejs, czy udało nam się cyknąć fotkę wielorybom i co miłego spotkało nas na łodzi, to wszystko pojawi się w kolejnej części podróży, więc nie przegap! A ja tymczasem zapraszam na mój fanpage, a także Instagrama; linki znajdziecie na górze po prawej. Bądź na bieżąco 😀

Islandia cz. 2 – czyli wydostawanie się z lotniska, dlaczego warto zainwestować w lepsze auto i jak dobrym kierowcą trzeba być, żeby poradzić sobie z nietypowymi oznaczeniami na drodze?

Informacje ogólne: wpis jest kontynuacją pierwszej części. Ze względu na przyjemność czytania najlepiej byłoby, gdybyś zapoznał się z poprzedniczką, ale jeśli tego nie zrobisz, to myślę, że możesz potraktować je oddzielnie. Poniższa obejmie naszą wizytę w pierwszym islandzkim hotelu, unaoczni kilka ważnych faktów na temat wypożyczania samochodu, a także wesprze Was kilkoma informacjami na temat stanu dróg czy ich oznakowania. Do dzieła! Zapraszam:

Islandia – pierwsze wrażenia

Pierwszą rzeczą, która zwróciła naszą uwagę po opuszczeniu samolotu, było oczywiście… zimno. Teraz pewnie każdy pomyśli „No przecież polecieli na Islandię, nie na Malediwy, więc czego się spodziewali?”, jednak nie sęk w tym, ile pokazywały w tamtym czasie termometry. Nie było nawet mrozu, może jakieś 7-10°C, ale uwierzcie mi, odczuwało się to zupełnie inaczej niż w Polsce, chyba najbardziej ze względu na silny, porywisty wiatr (w kolejnych wpisach przekonacie się, że nie kłamię). Ja niemal natychmiast ubrałam czapkę, szalik i rękawiczki, podczas kiedy Maciek… stwierdził, że skoro zimę w Polsce przeżywa bez kurtki, to na Islandii też sprawdzi mu się sama bluza. Czy mu się udało? Odpowiedź poznacie na końcu.

Lotnisko w Keflaviku nie robiło nie wiadomo jakiego wrażenia (chociaż z sufitu zwisał wielki maskonur!), aczkolwiek mnie zaskoczyło, że jego standard niewiele odstawał, a może nawet prezentował się lepiej niż niejedno takie miejsce w Europie. Zresztą mimo uważnego researchu i oglądania miliona zdjęć, moje wyobrażenie na temat wielu miast/wsi, a zwłaszcza Reykjaviku, uległo dość dużemu przekłamaniu, co w następnym wpisie zaprezentuję Wam na przykładzie fotografii.

Bagaż odebraliśmy dość szybko, więc naszą pierwszą wielką misją było stawienie się po samochód. Idąc przez główną halę, zobaczyliśmy kilku reprezentantów, którzy czekali na podróżników z kartkami z zapisaną nazwą wypożyczalni i/lub imieniem oraz nazwiskiem danej osoby, zupełnie jak w filmach. My jednak nie należeliśmy do tej grupy szczęśliwców, więc udaliśmy się do wyjścia, a tam pojawił się problem. Nasze sieci komórkowe działały tak trzy po trzy – Maciek co chwilę tracił zasięg, a mój telefon zrozumiał, jak ma działać, gdzieś trzeciego dnia podróży, po kilku aktualizacjach. Do tego czasu musiałam wspierać się samym Wi-fi, a wiecie, jak to bywa: tu zahasłowane, tu w sumie powinno działać, ale się nie łączy, a jeszcze inne ma tak słaby zasięg, że odechciewa się czekać. Było mi jednak niesamowicie miło, kiedy odzyskałam kontakt ze światem i zobaczyłam mnóstwo wiadomości o treści „I jak tam na Islandii? Widziałam/em jak leciałaś!” i dołączony screen ze SkyRadaru.

Nie mieliśmy żadnej mapki pokazującej najważniejsze dla nas lokacje. Nie przewidzieliśmy także sytuacji, w której dostęp do Internetu będzie stanowić dla nas problem, skoro znajdowaliśmy się dwadzieścia parę kilometrów od stolicy. Na wszelki wypadek warto więc zaopatrzyć się zawsze w aplikację z mapkami offline (np. MAPS.ME). My akurat przez większość czasu używaliśmy nawigacji dołączonej do samochodu i z samą trasą nie było większych problemów (a może jednak? ;)), ale taka opcja będzie bardzo przydatna, kiedy szuka się noclegu, knajpy czy nawet toalety, bo tego nie pokaże nawet papierowy plan miasta.

Blue Car Rental – wypożyczenie samochodu

Z naszych dokumentów wynikało, że wypożyczalnia Blue Car Rental znajduje się w odległości 400 m od lotniska. Pytanie tylko – w którą stronę? Po kilku minutach ujrzeliśmy jednak specyficzne niebieskie litery szyldu i wiedzieliśmy, że znaleźliśmy nasz cel. Jak się natomiast okazało, wyjście na piechotę z parkingu nie było wcale takie proste. Niby dało się dostrzec jedno przejście, potem drugie, a potem chodnik jakby zanikał. W porządku, pewnie myślicie, że mogliśmy przejść po trawie, na skróty, trochę mniej elegancko. No otóż nie, bo jak się okazało, każdy zakręt był zagrodzony górą usypanych głazów, które przypominały nadmorskie molo. O przejściu górą raczej nie było mowy.

Szliśmy na okrętkę, mijając szlabany i ulice, a w uszach rozbrzmiewał nam przeciągły, upierdliwie głośny dźwięk klaksonu. Islandczycy za kierownicą są dość nerwowi i szczerze mówiąc, nie idzie im najlepiej. Nic jednak dziwnego, skoro prawie wszystkie zewnętrzne drogi w ich kraju są proste i opustoszałe, a największe natężenie ruchu notuje się w Reykjaviku, który wielkością i ogromem można przyrównać do Opola. Monotonia jazdy sprawia, że ludzie nocą zapominają o wyłączaniu świateł drogowych, często na dwupasmowym rondzie auto zjeżdża na prawy pas przed twoją maskę bez żadnego ostrzeżenia i wiele, wiele innych. Jeśli jednak wziąć pod uwagę, jak mało osób zamieszkuje Islandię (360 390), to generalnie jest bardzo bezpiecznie, a szanse na wypadki czy kolizje są raczej niskie.

Z panem, który obsługiwał nas w wypożyczalni, dogadaliśmy się w języku angielskim. Zresztą przez Islandczyków jest on niemal tak dobrze opanowany jak język ojczysty, niezależnie od wieku. Nieraz zdarzyło się, że na trasie zaczepiła nas babuleńka czy starsze małżeństwo, którzy bez problemu wdawali się z nami w konwersację. Tamtejsi mieszkańcy są nastawieni na obecność turystów, co nie dziwi, skoro rocznie przybywa ich grubo ponad dwa miliony. Nie umieliśmy jednak wyjść z podziwu dla ich innego podejścia; nie tylko zresztą do lingwistyki, ale także życia – większość z nich jest naprawdę optymistycznie nastawiona, cieszy się z każdego dnia i możliwości, jakie daje im kraj, choć dla nas brak nie wiadomo jakiej nowoczesności, parków rozrywki, dużej ilości klubów i tak dalej może wydawać się bolesny. Może, ale tak jak było z nami – wcale nie musi.

Na miejscu okazało się, że mężczyzna nawet nie chciał sprawdzać naszego międzynarodowego prawa jazdy, co głównie chyba zabolało Maćka, który od samego początku narzekał, że wydał pieniądze na coś, co wygląda jak dokument drukowany za czasów ZSRR na szarym papierze toaletowym i ten opis niewiele rozmijał się z rzeczywistością. Ciekawscy mogą wygooglować i ocenić, czy przesadzamy.

Dostaliśmy mapkę z zaznaczonymi stacjami benzynowymi Olis na całej Islandii, żeby łatwiej rozplanować trasę. To nie jedyny taki usługodawca, oprócz niego możemy spotkać choćby N1, ale tam przysługiwały nam zniżki na paliwo w ramach współpracy z Blue Car Rental. Oprócz tego otrzymaliśmy broszury o zasadach jazdy i specjalny formularz, na którym obsługa wypożyczalni zaznaczyła uszkodzenia dokonane na naszym aucie. Mieliśmy porównać je ze stanem faktycznym (polecam na wszelki wypadek zrobić zdjęcia), a później jeden egzemplarz zostawał na miejscu, a drugi, stanowiący odbitkę, dostawaliśmy my. Szczerze, obleciał nas strach, kiedy zobaczyliśmy, jak drobne odpryski lakieru są tam uwzględnione, bo uniknięcie ich przy takim stanie dróg wydawało nam się niemal nieuniknione. Na zawał zeszliśmy jednak jeszcze chwilę później, kiedy mężczyzna za ladą zapytał, czy chcemy dodatkowe ubezpieczenie, bo za duże/widoczne uszkodzenia auta grozi kara 12 tys. EURO, chociaż przecież walutą na miejscu jest korona islandzka (1 ISK = 0,031 PLN). Postanowiliśmy jednak zaufać moim rozmowom z Bereniką i na ubezpieczeniu przedniej szyby pozostaliśmy, jak się okazało, słusznie.

To nie zmieniało faktu, że z początku byliśmy dość mocno zestresowani, zwłaszcza że przy odbiorze kluczyków podaje się na wszelki wypadek numer karty płatniczej. To dość powszechnie stosowana metoda nie tylko w tym miejscu, ale także w każdym hotelu w ramach zabezpieczenia, gdybyśmy coś zepsuli i migali się od zapłaty. Zdradzę Wam, że w naszym przypadku te informacje również okazały się niezbędne, choć niczego nie uszkodziliśmy ani nie ukradliśmy. Tę zagadkę rozwiążę przy okazji ostatniej części naszej podróży, a Wy za ten czas możecie obstawiać, co też mogło pójść nie tak?

Spakowaliśmy więc swoje rzeczy i wsiedliśmy do naszej Kii Picanto. Tutaj napomknę raz jeszcze: jeśli chcecie na czymś przyoszczędzić, to nie oszczędzajcie na samochodzie. Wybierzcie coś droższego, prześpijcie się jedną noc czy dwie w aucie, wyjdziecie na plus i unikniecie naprawdę wielu obaw. W przeciwnym razie będziecie jechać dokładnie jak my i nawet jeśli nic się nie stanie, to po kilku miesiącach uraz do tego modelu pozostanie. To po prostu nie najlepszy kandydat na duże wzniesienia, spadki czy dziury na pół metra.

Kary, mandaty, ograniczenia…

kia.jpg

Na desce rozdzielczej można dostrzec kilka przydatnych informacji, m.in. numer telefonu do wypożyczalni, na kontrolę warunków pogodowych, numery dróg, którymi pod żadnym pozorem nie wolno się poruszać, jadąc tą limuzyną, oraz ograniczenia prędkości na poszczególnych rodzajach tras:

  • 50 km/h w terenie zabudowanym
  • 80 km/h w terenie niezabudowanym
  • 90 km/h na „autostradzie”, przy czym nie łudźcie się zobaczyć typowej autostrady. Zwykle uchodzą za nią bardzo długie, proste i asfaltowe odcinki dróg (tu dość mocno pomaga nawigacja, chociaż też nie należy wierzyć jej bezgranicznie, jeśli chodzi o mierzenie prędkości), ale nie ma mowy o żadnym podwójnym pasie, zjazdach i stacjach benzynowych ze sklepem na poboczu. A przynajmniej nie przyjmujcie tego za standard.

Zakazy i mandaty na Islandii jawiły nam się jako wielka burzowa chmura. Wydaliśmy na ten wyjazd wystarczająco dużo pieniędzy, a kary potrafią być dla przeciętnego Polaka tak horrendalne, że dosłownie widzieliśmy, jak wypłacamy się z długów do końca życia. Myślę, że w głównej mierze to stanowiło powód naszego ogromnego opóźnienia w pierwszy dzień (ale nie tylko). Za każdym razem stawaliśmy się jednak coraz bardziej odważni, w razie czego podpinaliśmy się pod inny samochód, który jechał szybciej, a później szybko zrozumieliśmy, że radary są porozstawiane dość obficie w samym Reykjaviku, a im dalej, tym zdarzają się rzadziej i to tylko przy wjeździe do dużych miast. Szansa na to, że w połowie niczego maszynka pstryknie Wam pamiątkowe zdjęcie, jest raczej jak 1:100000000, a skoro przy naszym szczęściu nie doznaliśmy tej przyjemności, to możecie czuć się bezpieczni.

Wracając jednak do naszej jazdy w kierunku stolicy – atmosfera rozluźniła się w momencie, kiedy, jak to Polak ma w zwyczaju, zobaczyliśmy, że inni mają gorzej. Wyprzedzali nas dosłownie wszyscy, ale staraliśmy się nic sobie z tego nie robić. Nagle odzywa się Maciek: „Ej, wiesz co? Zrobiło mi się lepiej. Nie tylko my jesteśmy takimi frajerami. Ci Polacy, którzy lecieli z nami samolotem, są w aucie za nami jeszcze gorzej usrani od nas”. Jak możecie się domyślić, potem było już tylko lepiej, aż w końcu doszliśmy do momentu takiego wyluzowania, że niektórzy robili zdziwione miny, kiedy widzieli nas przez szybę. Dlaczego? Otóż przygotowując się do wyprawy samochodowej, nie mogliśmy zapomnieć o muzyce.

Zaczęliśmy tworzyć playlistę już w momencie, gdy okazało się, że wyruszamy na wczasy (czyli przynajmniej siedem miesięcy wcześniej). Niby mieliśmy robić to razem, ale podróż zweryfikowała nasze pozycje i szybko wyklarowało się, kto przejmuje rolę kierowcy, a kto DJ-a i nawigatora. Nasz samochód nazwaliśmy pieszczotliwe Cebula-Carem, a ja zadbałam o to, by nie zabrakło polskich hitów z czasów naszego dzieciństwa czy obciachowych piosenek, jakich nie da się wyrzucić z głowy już nigdy, jeśli raz się je zapamiętało. Wydaje się to dość infantylne, ale niejednokrotnie to właśnie muzyka podtrzymywała nas na duchu w słabszych chwilach, pomagała się rozbudzić i jakoś dotrzeć do celu. Poza tym dobrze się bawiliśmy, a gardła na następny dzień nie bolały nas z zimna, przemoczenia czy od wiatru, ale właśnie przez śpiewanie: Hej, sokoły!, Żona moja czy Baby Shark. Na chwilowy spadek nastroju wystarczyło przełączenie utworu, a pełne radości O TAAAK! Maćka od razu zmieniało wszystko na lepsze.

Nocleg w Capital Inn

Pierwsze nasze zakwaterowanie przypadło na Capital Inn, określane jako dwugwiazdkowy hotel. Osobiście bardzo polecamy to miejsce, było w dużo lepszym standardzie, niż moglibyśmy przypuszczać. Na parterze znajduje się jadalnia, gdzie można wykupić ciepły posiłek typu zupa gulaszowa bądź rosół, ale to także miejsce, gdzie rano rozkłada się szwedzki stół. Dla tych, którzy chcą jednak gotować sami, jest opcja zejścia piętro niżej do dużej, ładnie wyposażonej kuchni, a to rozwiązanie dosyć nas zdziwiło jak na hotel oferujący posiłki. Nasz pokoik był malutki, ale bardzo czysty, pachnący i z własną łazienką, co przy okazji takich noclegów nie zdarza się na Islandii za często.

Pojawił się jednak jeden jedyny mankament, który rzucił nam się w oczy niemalże od razu. Dostaliśmy podwójne łóżko i wiecie, wcale nie z gatunku tych, które można rozłączyć, nie: jedna rama, jeden materac, ale chociaż pościel w dwóch kompletach. Nie graliśmy w marynarzyka i nie licytowaliśmy się, kto śpi na ziemi. W końcu płaciliśmy tyle samo, więc trzeba było zacisnąć zęby i tego nie komentować. Wystarczyła nam tylko jedna wymiana spojrzeń, żeby zawrzeć niepisany pakt: budujemy mur pośrodku, odwracamy się plecami i do rana udajemy, że nikogo obok nie ma.

capital inn.JPEG

Kolejna rzecz, która niesamowicie nas zdziwiła, wyszła na jaw dopiero po porannej kąpieli. Woda na Islandii jest jedną z najczystszych na świecie, dlatego pije się ją bezpośrednio z kranu – nie potrzebujecie jej przegotowywać czy filtrować. To też pewna oszczędność, bo jedynie w pierwszy dzień kupiliśmy najtańszą wodę w butelce o pojemności 1,75 l, żeby później tylko ją uzupełniać. W tak małej ilości nie jest to zbyt odczuwalne, ale przy okazji prysznica już bardzo: z racji tego, że Islandia jest pełna geotermalnych obszarów i nieaktywnych wulkanów czy pól lawowych, to myjąc się, możecie poczuć wyraźny zapach siarkowodoru. Z początku myślałam, że może nikt już dawno nie używał tej łazienki i że śmierdząca woda musi najpierw spłynąć, ale nie – tak po prostu pachnie zawsze. Na skórę na szczęście ten zapach się nie przenosi, a mimo tego pierwsze, o co spytałam Maćka, to właśnie o to, czy nie śmierdzę.

Jeśli interesowałyby Was namiary na hotel (ok. 200 zł za noc), to bez problemu znajdziecie go fizycznie, wpisując adres (Suðurhlíð 35d, Reykjavik) w nawigację czy mapy Google. Wspominam o tym dlatego, że o ile w stolicy nie ma żadnego problemu ze znalezieniem miejsc po ulicach, o tyle w głębi Islandii ta opcja może się po prostu nie udać, bo większość z nich nie jest nawet nazywana. W związku z tym, dostrzegając przy drodze pojedyncze skrzynki na listy, mimo że na horyzoncie widniało kilka domów, zastanawialiśmy się, czy listonosz wrzuca wszystko do jednej, a mieszkańcy rozdzielają pocztę między siebie, czy też działa to inaczej. Jakakolwiek jednak nie byłaby odpowiedź, to dobrym rozwiązaniem jest poruszanie się dzięki ustalaniu współrzędnych geograficznych (warto przygotować sobie taki spis wcześniej, by nie szukać i nie tracić czasu na podróż).

Dzięki temu rozwiązaniu dotarliśmy wszędzie, choć musieliśmy brać poprawkę na zachowania naszej nawigacji, która czasem wyznaczała cel na środku oceanu. To urządzenie na visus pamiętałoby moje wyjazdy zagraniczne za dzieciaka, obstawiałabym mniej więcej rok 2006. Wtedy czas dla tego urządzenia się zatrzymał, mapy raczej nie zostawały aktualizowane, dlatego kiedy znajdowaliśmy się już mniej więcej przy punkcie docelowym, to staraliśmy się podążać za znakami, innymi samochodami albo za tym, co ujrzymy na horyzoncie. W końcu zdarzyło się raz czy dwa, że nawigacja kazało nam jechać po mostach, które już dawno zdążyły się zapaść, a droga zarosnąć.

Nietypowe Znaki drogowe, które trzeba znać

Bardzo przydaje się też znajomość miejscowych oznaczeń. Na przykład widząc ten znak, wiecie, że zbliżacie się do jakiegoś wyjątkowego miejsca, dobra naturalnego, przy którym warto choćby na chwilę przystanąć. Zwykle można dostrzec jego miniaturkę przy nazwie miejscowości/góry/wodospadu itd. co dość urozmaica zwiedzanie. Internet nie powie Wam wszystkiego, Wy też nie będziecie w stanie wszystkiego zapisać i odwiedzić, dlatego kiedy dostrzeżecie taki symbol, fajnie na chwilę odstąpić od swojego planu podróży i zobaczyć, co to takiego. My jednak po kilku takich przystankach musieliśmy odpuścić, a raczej mocno się ograniczyć, bo wtedy już nigdy nie dotarlibyśmy na powrotny lot o czasie.

Spotkaliśmy się też ze znakami drogowymi, które zupełnie nie mają przełożenia na polskie (pozostał taki, którego nie rozszyfrowaliśmy aż do końca podróży). Jednym z nich jest okrągły, niebieski znak z zaokrągloną literką M pośrodku. Metro? Motory? McDonald’s? No nie za bardzo. Zobaczyć go możecie przede wszystkim w tunelach, ale także na wąskich odcinkach dróg. Oznacza się nim zatoczki, w których jesteście w stanie się schować, by auto z naprzeciwka mogło spokojnie Was minąć. Znak-zagadka wyglądał podobnie, tyle że w środku była jeszcze biała otoczka i liczby typu 30, 35, 40, 50. Nie miały się one nijak do ograniczeń prędkości na danej drodze, niejednokrotnie się wykluczały, więc wątpiliśmy, by była to prędkość zalecana czy jakiś nakaz. Jeśli ktoś z Was ma pomysł lub wie, co mogłoby to być, to koniecznie napiszcie w komentarzu, bo nie dawało nam to spokoju.

Przyzwyczajcie się też, że znaki drogowe na Islandii to raczej rzadkość – wydają się stać bardziej dla zasady niż dla ułatwienia ruchu. Bardzo często zdarza się tak, że jedziesz prosto 50 km – od czasu do czasu zdarzy się zjazd, jakieś rozwidlenie, ale jednak większą część czasu czujesz się tak, jakbyś podróżował islandzką route 66, i nagle, po dwudziestu kilometrach, ni stąd, ni zowąd pojawia się znak mówiący, że masz pierwszeństwo. W sumie trudno, żeby było inaczej i często śmialiśmy się, że widzimy oznaczenia tylko po to, by nie zapomnieć, że one w ogóle istnieją.

Następuje jednak moment, kiedy zbliżacie się do mostu takiego jak ten:

IMG_20190913_181908703.jpg

Większość z nich jest przewidziana na jedno auto i… przy nich raczej nigdy nie zobaczycie znaku, który pokazałby Wam, kto w tej sytuacji ma pierwszeństwo. Jak to ujął Maciek: „Jedzie ten, kto ma większe jaja”. To oczywiście tylko żart, bo pod tym względem na Islandii panuje jednak kultura. Ludzie przepuszczają się na zmianę, nie utrudniają jazdy, dziękują. Gdyby jednak nastąpiła jakaś anomalia i ludność tego kraju nagle by się powieliła, to mimo prostych dróg wszyscy by się na nich pozabijali, prędzej czy później.

Jest też grupa znaków, po których zobaczeniu nam od razu robiło się słabo i oczekiwaliśmy najgorszego. Jeśli kiedyś ujrzycie to:

znak.jpg

to spodziewajcie się dziur, zakrętów, zza których nic nie widać, żwiru obijającego się o auto, jazdy z górki i pod górkę przez najbliższą godzinę. Ach, no i nie radzę się zbytnio entuzjazmować, kiedy nagle traficie na asfalt – zwykle po 500 metrach szczęścia nadchodzi powtórka z rozrywki.

Mimo tego jesteśmy w stanie zapewnić, że nawet słabo doświadczeni kierowcy dadzą sobie radę z tymi wyzwaniami. Nie wymagają one nie wiadomo jakich umiejętności za kółkiem, przyrównałabym je raczej do testu na wytrzymałość psychiczną. Mimo tego dojechaliśmy do Reykjavika i w pierwszy dzień po 20 km, i w ostatni po ponad 1500 km.

Jak już wspominałam, w miarę wczesna godzina wieczorna umożliwiła nam zwiedzanie jeszcze w wieczór po naszym przylocie. O samej stolicy opowiem Wam przy okazji kolejnego wpisu, bo co za dużo, to niezdrowo, natomiast tutaj udokumentuję odpowiedź na pytanie: „Czy da się wytrzymać na Islandii bez kurtki?”. No owszem, da się, jednak miejcie na uwadze, że o ile ja chodziłam po mieście i z zachwytem powtarzałam, jak mi się podoba, o tyle Maciek nie odzywał się wcale, jedynie zagryzając szalik i czekając, kiedy będzie mieć okazję, żeby się rozgrzać. Chociaż kiedy patrzę na to zdjęcie, wcale nie prezentuję się lepiej w swojej prowizorycznej burce.

Burka.jpg

Dziękuję, że doczekaliście do końca. Zdaję sobie sprawę, że powyższa relacja miała charakter bardziej informacyjny niż rozrywkowy, ale następne zagwarantują już więcej zdjęć, atrakcji i zwiedzania, więc mam nadzieję, że tego nie przegapisz. Pamiętaj, żeby zaobserwować mojego facebookowego funpage’a oraz Instagrama, żeby ze wszystkim być na bieżąco. Odnośniki znajdują się po prawej stronie na górze, zapraszam i do zobaczenia!

Islandia cz.1 – czyli jak się tam dostać ze studenckim budżetem, zdobyć uwagę wszystkich na lotnisku i nie stracić wiary w marzenia?

Informacje ogólne: poniższy opis będzie dotyczyć tygodniowej wyprawy na Islandię, którą odbyliśmy 11-17 września wraz z Maćkiem – moim przyjacielem od dzieciństwa. Około 1500 przebytych kilometrów, zdobyta obwodnica prowadząca wokół całej wyspy, a także niesamowite widoki, wspomnienia czy bliskie spotkanie z Hedwigą. Podróż organizowaliśmy samodzielnie, a możliwość jej spełnienia zapewniła nam niezastąpiona Berenika z organizacji Guide to Iceland. Nie zabraknie opisu wielu lokalizacji, zdjęć, miliona naszych wpadek w trakcie realizacji planu, a także podsumowania kosztów, które udowodni Wam, że nawet student jest w stanie wyruszyć do krainy lodu i ognia. Warunek jest tylko jeden: musi bardzo, ale to bardzo chcieć!

Wpis podzielę z pewnością na kilka części, zważając na ilość wrażeń, jaką mamy Wam do przekazania. Oto pierwsza z nich:

Jak pokonaliśmy bariery i wyruszyliśmy

Każda podróż ma swój początek i koniec – no wiecie, nie ten fizyczny, kiedy wrzucacie ubrania do walizki, a potem przerzucacie je do pralki. Chodzi raczej o moment, kiedy w głowie pojawia się pomysł, a następne chwile, dni czy miesiące przybliżają Was do jego realizacji. Dla nas nastał on gdzieś pod koniec listopada, może na początku grudnia. Nie pamiętam dokładnie daty, zresztą nie ona jest najważniejsza, ale wciąż tkwi mi w głowie tamto spotkanie i słowa, które na nim padły. Jeśli macie znajomych na odległość, to sami wiecie, jak ważne są dni, kiedy wreszcie możecie się zobaczyć: macie pieniądze na Pendolino, oboje znajdujecie ten sam wolny weekend, a w dobie ciągłego pośpiechu to niemały sukces.

My ten czas staraliśmy się rozplanować najlepiej, jak mogliśmy, nasz grafik był przepełniony pomysłami. A jednak gdzieś pomiędzy ścianką wspinaczkową i kolejnym drinkiem znalazł się moment ciszy i dziwnej nostalgii, kiedy z ust Maćka padły słowa, mające wpływ na pewno na nasze następne pół roku, o ile nie na całe życie.
– Zawsze marzyła mi się podróż na Islandię, wiesz?
– Ej, no to dlaczego po prostu nie pojedziemy? – zapytałam, nagle zupełnie zapalając się na ten pomysł.
Skoro poznaliśmy się w trakcie wakacyjnych podróży, kiedy jeszcze wszystko planowali nasi rodzice, to czemu by tego nie powtórzyć, tylko we własnym wydaniu, w nowym kierunku? Już wtedy zaczęliśmy sprawdzać noclegi, podliczać ceny, ustalać loty i punkty, które koniecznie musimy zobaczyć. Zdawaliśmy sobie sprawę, że Islandia to drogi kierunek, ale optymizm przysłonił nam w tamtym momencie czarne scenariusze. Niestety nie na długo, bo mijał dzień, dwa, trzy, a my dodawaliśmy coraz wydatków. Oliwy do ognia dolali też moi rodzice, którzy podeszli do tematu z entuzjazmem, a zaraz później pogrążyli nas kosztowo.

Doszliśmy w końcu do momentu, w którym nasza nadzieja wyparowała zupełnie – stwierdziliśmy, że nie podołamy finansowo, że póki co ten wyjazd nie ma racji bytu, a my zamiast się bawić, będziemy tylko szacować, ile nas to wszystko wyniesie. Niby racjonalna decyzja, a jednak myśląc nad innym krajem, każdy z nich sprawiał wrażenie jałowego i nieciekawego, mimo że zwykle taki nie był. I wtedy właśnie natrafiliśmy na coś, co spadło nam jak gwiazdka z nieba. Odkryliśmy Guide to Iceland – platformę, która zrzesza ponad tysiąc islandzkich operatorów i specjalizuje się wyłącznie turystyką po Islandii. Dzięki niej zyskaliśmy dostęp do tańszych noclegów, zaufanej wypożyczalni samochodów i spersonalizowanego planu podróży, ale w jaki sposób, o tym w dalszej części wpisu.

Górna granica naszego budżetu kończyła się na czterech tysiącach złotych, co jak na studencką kieszeń wcale nie było mało. Policzyliśmy jednak, na jak dużo możemy sobie pozwolić, jeśli chodzi o nasze zarobki w pracy. Nie chcieliśmy przeznaczyć naszych wypłat tylko na wakacyjny wyjazd, mieliśmy nadzieję zachować coś na rok akademicki, więc te kilka tysięcy stanowiło maksymalne maksimum (które i tak wiązało się z tym, że w ciągu lipca i sierpnia łącznie moje dni wolne od pracy plasowały się w okolicy… tygodnia).

Nie muszę więc chyba wspominać, jaka ogarnęła nas radość, gdy po długim procesie decydowania, który wariant wyjazdu będzie dla nas najlepszy, okazało się, że podróż po przewalutowaniu i poniesionych prowizjach wyniesie nas około… 2502,6 zł. Oczywiście dochodziły do tego koszty paliwa, jedzenia i przelotu, co nie zmieniło faktu, że zmieściliśmy się idealnie w założonym budżecie, dokupując nawet dodatkowy rejs uwzględniający oglądanie wielorybów za ok. 323 zł.

Wsparcie Guide to Iceland

Lecimy – to już było dla nas oczywiste. Zanim jednak oficjalnie zarezerwowaliśmy swoją wycieczkę, minęło około miesiąca. Otrzymaliśmy kontakt do osobistej agentki podróży, wcześniej wymienionej Bereniki, która pochodzi z Polski, ale w 2013 roku przeniosła się do Reykjaviku i tam pozostała do dziś. Za każdym razem, kiedy ją wspominam, przychodzi mi do głowy tylko jeden epitet: anielska cierpliwość. Nie wiem, ile maili, a już tym bardziej informacji przekazałyśmy sobie do czasu naszego wylotu: to na temat terminów, to noclegów, prawa jazdy, ubezpieczeń, dosłownie wszystkiego. Stety bądź niestety byłam przygotowanym uczniem i pytałam o każdy najdrobniejszy szczegół, co Wam też polecam, gdybyście zdecydowali się na wyjazd z tą organizacją. Uwierzcie, kontakt z kimś, kto zna miejsca i przeszkody tego kraju od podszewki, jest po prostu bezcenny.

Możliwość „porozmawiania” z Bereniką Lenard doceniam tym bardziej, że napisała wraz z Piotrem Mikołajczakiem książkę o Islandii zatytułowaną „Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”, którą oczywiście bardzo szybko dopadłam. Dzięki temu zmieniło się nasze postrzeganie tamtejszej rzeczywistości, poznaliśmy nieco kultury, a w moim domu zaczęły rozbrzmiewać dźwięki rockowo-metalowego zespołu Sólstafir (koniecznie obejrzyjcie teledysk do jakiejkolwiek piosenki, mają niesamowity klimat).

Maciek raczej nie wtrącał się do naszych konwersacji, zresztą sam przyznał, że ufa mi na tyle, by zostawić to w moich rękach. Część rzeczy ustalaliśmy więc razem, ale resztę każde z nas załatwiało i organizowało na własną rękę. Dlaczego wspominam nawet o takiej błahostce? Bo podróże bardzo weryfikują każdą znajomość. Gdyby nie to, że znamy się jak łyse konie, poznaliśmy w dużym stopniu swoje charaktery, nawyki i sposób ogarniania pewnych sytuacji, wielokrotnie mogłoby dojść między nami do poważnych spięć. A uwierzcie, okazji do tego mimo całkiem dobrego planu nadarzyło się wiele.

Ustaliliśmy, że swoją podróż spłacimy w trzech ratach (nawet miesiące i dni mogliśmy określić tak, żeby było nam wygodnie). Do wyboru mieliśmy cztery standardy podróży (każdy stopień oferuje lepsze zakwaterowanie, lepszy samochód itd.):

  • Super Budget (wybrany przez nas, czyli schludnie, ale jak najtaniej + samochód bez napędu 4×4 pokroju Toyoty Aygo, co akurat okazało się naszą największą bolączką. Wyjątek stanowiły dwa noclegi w Reykjaviku, którymi zaczynaliśmy i kończyliśmy naszą podróż – tu wskoczyliśmy na próg Budget)
  • Budget
  • Comfort
  • Quality

Jeśli macie ochotę zobaczyć porównania między tymi ofertami wraz z planem wycieczki, którą można uznać za nasz pierwowzór i którą najbardziej się inspirowaliśmy, to można to zrobić TUTAJ. Zdjęcia są oczywiście poglądowe, czasem sypialnia wyglądała identycznie, czasem tylko podobnie, ale mniej więcej będziecie mieć ogląd sytuacji.

Niektórymi lokalizacjami byliśmy bardzo mile zaskoczeni, raczej nic nie wywarło na nas nieprzyjemnego czy odrażającego wrażenia. Wszędzie było czysto, obsługa bardzo pomocna, podróżnicy potrafiący się zachować i dbający o przyjazną, poprawną atmosferę. Tu nie mieliśmy większych wymagań, choć czwartej nocy liczyliśmy na zmianę hostelu na inny znaleziony przez nas. Niestety po kilku próbach i zmaganiach Bereniki z właścicielem okazało się to niemożliwe i w końcu odpuściliśmy, ale w ramach rekompensaty dostaliśmy darmowe ubezpieczenie przedniej szyby w samochodzie, za które sami chcieliśmy wcześniej dopłacić. To był akurat świetny gest ze strony naszej agentki, bo każda zaoszczędzona stówka była dla nas ważna.

Wypożyczenie auta na Islandii – wymogi

Dużo większe problemy przysporzyła nam sprawa samochodu. Pierwszym z nich okazał się nasz wiek, jako że na Islandii wypożyczalnie usługują ludziom, którzy ukończyli 21 lat. My zaś oboje w momencie rozpoczęcia naszej podróży mieliśmy po dwadzieścia, więc zaczął się wywiad apropo tego, jak długo mamy już prawo jazdy i tak dalej. Ostatecznie Berenika dała znać, że wyjaśniła całą sytuację i zostanie nam przyznane auto, ale musimy mieć dodatkowo wyrobione międzynarodowe prawo jazdy i przypisać pojazd na tę osobę, która będzie mieć już papier. Tutaj przyznaję, wyszła z nas trochę cebula, bo stwierdziliśmy, że taniej zrzucić się na jeden dokument, a Maciek i tak powtarzał w kółko, że chce prowadzić. Niby dobrze, ale nie do końca.

Drugą sprawę stanowiło ubezpieczenie. Długo zastanawialiśmy się, na jaki rodzaj postawić. Którego jednak poradnika nie doczytałam, wszyscy doradzali ubezpieczenie przedniej szyby. W końcu odważyłam się wyrazić swoje wątpliwości naszej agentce – no bo skoro mieliśmy dostać małe auto, dla którego istnieje zakaz jazdy po wewnętrznych drogach na Islandii (tzw. Interiorach), to czy w ogóle jest sens wydawać dodatkowe pieniądze? Przekonało mnie jednak, kiedy przyznała, że jej ostatnio kamień stłukł szybę. Zresztą… poznając tamtejsze drogi na żywo, brałabym każde ubezpieczenie na ślepo, a już zwłaszcza to.

Zrezygnowaliśmy ze wszelkich udogodnień typu wejście do Blue Lagoon, czyli Spa z geotermalnymi źródłami – trochę za drogo, zbyt komercyjnie, a niekoniecznie mieliśmy parcie na to, żeby być tam dla zasady. Jak się okazało, podjęliśmy słuszną decyzję, bo na naturalne kąpieliska i tak trafiliśmy, sami sobie urządzając niespodziankę.

Podsumowanie kosztów

Wykup lotu też wstrzymał nas na pewien czas. Bardzo ciężko było nam znaleźć sześciodniowe połączenie w dwie strony, którego cena nie przekraczałaby 700/800 zł. Nie jest to tragedia, ale postanowiliśmy czekać i w końcu trafiliśmy na ofertę linii Wizzair za 442 zł, który po uwzględnieniu opłat administracyjnych wyniósł nas 588 + ok. 80 zł już przy samej odprawie internetowej za wybór miejsca. Do tego mieliśmy wliczony bagaż rejestrowany 10 kg i dwa bagaże podręczne. Generalnie szału nie było, ale na naszą dwójkę tyle miejsca i ekwipunku zupełnie starczało, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę fakt, że na początku chcieliśmy spakować się wyłącznie w plecaki.

Nasze koszty (od osoby) przedstawiały się więc następująco:

  • Lot w obie strony Wrocław-Keflavik po doliczeniu wszystkich kosztów ok. 670 zł.
  • Wycieczka (noclegi, auto, ubezpieczenia, w tym od odwołania podróży) ok. 2502,6 zł.
  • Dodatkowa rezerwacja rejsu z wielorybami ok. 322 zł.

To daje nam łącznie 3 494,2 zł od osoby, z czego sam rejs stanowił prezent urodzinowy od moich rodziców, więc na podróż zostało nam fizycznie około 830-1000 zł. Przy dobrej organizacji była to kwota zupełnie wystarczająca na pokrycie wszystkich kosztów, zwłaszcza że mieliśmy w cenie dodatkowo trzy śniadania. Największym wydatkiem było oczywiście paliwo. Tutaj kosztów nie szacowaliśmy zbyt dokładnie, ale patrząc na wyciągi z karty, wynosiło około 550 zł od osoby. Na jedzeniu oszczędziliśmy za to bardzo, ale dlaczego, o tym jeszcze wspomnę i to pewnie nie raz.

My zaraz przed wylotem – czyli trochę śmiechu

Wylatywaliśmy z lotniska Wrocław-Strachowice o godzinie 15.50, a że oboje musieliśmy się jeszcze dostać do miasta, więc umówiliśmy się na spotkanie już wieczór wcześniej. Przepakowaliśmy się do jednej torby, zaczęliśmy ją ważyć i skoczyliśmy na spożywcze zakupy. Zbyt dużo produktów na nasze oko nie nadawało się do samolotu, zresztą ja w tej kwestii musiałam raczej zdać się na Maćka. To był mój pierwszy lot (nie liczę szybowca, tylko coś większego kalibru), wszędzie do tej pory dostawaliśmy się samochodem (nawet do Grecji), więc wszystko było dla mnie nowe i fascynujące: proces odprawy, instrukcje pokładowe, start i lądowanie.

Jeśli chodzi o ten prowiant, to i tak większość zapasów chcieliśmy kupić na miejscu. Z Polski przywieźliśmy kilka zupek chińskich i gorących kubków (woah, jedzenie życia, hura), ale przyznam z ręką na sercu: te chemiczne paskudztwa dosłownie uratowały nasze tyłki. Czasem nawet żałowaliśmy, że nie wzięliśmy ich więcej.

W dzień naszego wylotu ułożyliśmy się do spania dopiero o trzeciej nad ranem. W tym całym rozgardiaszu okazało się, że wieczorem wstąpiliśmy do naszych znajomych, którzy nie dość, że chcieli nas ugościć, przenocowali, zrobili śniadanie, to w dzień powrotu do Polski przyjechali odebrać nas z lotniska, żebyśmy nie musieli czekać na nocne połączenia. Jeszcze raz wielkie podziękowania dla Was.

Jako że zjedliśmy koło dwunastej, żadne z nas nie miało już ani ochoty, ani czasu na obiad. Pojechaliśmy prosto na lotnisko, ubrani jak na Syberię, a nasze nadzieje co tego, że w ten dzień będzie chłodno, wyparowały. Z tego co pamiętam, było około dwudziestu paru stopni, a ludzie w autobusie spoglądali na nas jak na anomalię.

Odprawa poszła bardzo sprawnie, w kolejkach czekało mało osób, wylecieliśmy koło trzech minut przed czasem. Wszystko to brzmi pięknie, ładnie, jednak trzeba brać poprawkę na to, że to MY braliśmy udział w tej wyprawie, więc coś na pewno musiało pójść nie tak. Nie wiem, czy kiedyś zastanawialiście się nad kupnem torby na bagaż podręczny za 15 zł z Allegro. Ja nie, ale dzięki Maćkowi utwierdziłam się w przekonaniu, że czasem bycie Januszem nie jest najlepszym sposobem na życie. Zaznaczę, że plecak ważył trochę ponad trzy kilo, a kiedy tylko mój przyjaciel przerzucił go przez plecy… stało się to:

Plecaczek.png

Karma mnie jednak nie ominęła, ale musiałam poczekać na swoją kolej chwilę dłużej. Nie wiem, czy też zawsze odczuwacie strach przed bramkami w sklepach, ale na lotnisku miałam podobnie. Ciągle odnosiłam wrażenie, że zabiorą mnie na osobistą i zaczną przeszukiwać (co zresztą spotkało mojego brata przy okazji pierwszego lotu, kiedy nasiliły się ataki terrorystyczne, gdy wzięto go za uchodźcę przez jego ciemną karnację, ciemne oczy i włosy) i wiecie co? Czasem nasze ponure myśli to prawie jak samospełniająca się przepowiednia.

Maciek przepuścił swoje rzeczy przez skaner, przeszedł przez wykrywacz metalu, wszystko spoko. Specjalnie puściłam go przodem, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że to nie zapiszczy. Uwaga, idę więc ja – a bramka piszczy jak zarzynane prosię. Podchodzi do mnie ochroniarz, każe stanąć w rozkroku, podnieść ręce do góry i przeciera mi ręce dziwnym nasączonym wacikiem. Nagle mówi: „Może już pani iść”, a moja mina musiała być w tamtej chwili przekomiczna, bo stałam bez ruchu i zastanawiałam się, czy już trafiłam do bazy najbardziej podejrzanych typów podróżujących liniami samolotowymi. Może nic dziwnego: w końcu nie ma nic bardziej niepozornego niż dziewczyna 1,60 m w bluzie w żelki i futrzastych, różowych traperach.

– O patrz, zrobili ci test na narkotyki – mówi Maciek
– I co teraz? – pytam cała w strachu.
– Pewnie mają cię zapisaną w jakiejś swojej bazie i jak się coś stanie, to będziesz pierwszą podejrzaną – nabija się, a mi oczy wychodzą z orbit. – Idziemy zobaczyć, co sprzedają w strefie bezcłowej?
– Nigdzie nie idę. – Siadam i wyciągam telefon.
– Co ty robisz?
– Będę siedzieć tu tak długo, aż nie upewnię się, co mi zrobili.
Czekał więc cierpliwie, aż wygoogluje, że tego dnia okazałam się niewiarygodnym zwycięzcą. Bramka piszczy co losową liczbę ludzi: 100, 200, może nawet 1000. Obok jest urządzenie, które dmucha powietrzem i sprawia, że w razie czego drobinki prochu strzelniczego albo narkotyków dostaną się na twoje dłonie, a potem mogą zostać zebrane specjalnym wacikiem.

Nasz lot miał trwać około cztery godziny, ale dzięki przesunięciu czasu o dwie godziny wstecz, byliśmy w Keflaviku już o 17:45. Wrażenia ze startu i lądowania… dosyć mnie zdziwiły. Wiem, jak wielu ludzi boi się tych momentów, więc miałam wyobrażenie, że odczucia są nie wiadomo jakie, a tyczem… wydawało mi się to raczej zupełnie zwykłe. Fakt faktem, na całe szczęście uniknęliśmy turbulencji i jedynym nieprzyjemnym momentem było około dziesięciominutowe przebijanie się przez chmury już nad samą Islandią. Ach, przepraszam, nie jedynym. Drugim, a raczej drugą osobą okazała się pani, która siedziała przed nami. Nie wiem, dlaczego miejsca przy stopach w naszym rzędzie było tak mało, z powrotem ta odległość była jakaś taka przyzwoita, ale o ile ja nie miałam z tym takiego problemu, o tyle Maciek ze swoimi długimi nogami nie mógł się tam zmieścić. W efekcie starał się nie ruszać przez cały lot, ale wiadomo, czasem trzeba się poprawić, zmienić pozycję… i kiedy tylko to zrobił, nasza Karyna zaczęła narzekać, że jest po operacji kręgosłupa, że w ogóle mamy wstrzymać powietrze, nie ruszać się i najlepiej umrzeć. Przekleństw na jej temat słuchałam jeszcze do samego wieczora.

W końcu jednak dolecieliśmy, rozpoczęło się nasze wielkie marzenie i przygoda. Jeśli polubiłeś nasz team, a szczegóły naszej historii wciąż Cię interesują, to serdecznie zapraszam do zaobserwowania mojego funpage’a oraz instagrama, żebyś mógł być na bieżąco, kiedy pojawi się nowy wpis, a w nim nasza pierwsza przejażdżka, wodospad, polowanie na dzikie zwierzęta, najlepsze hot dogi na świecie i niekończąca się podróż żwirowymi drogami. Odnośniki znajdziecie po prawej stronie, zapraszam!

Chyba na sam początek wypadałoby przedstawić osobę, która stoi za całą tą inicjatywą. Wołają na mnie Rasia, a pisaniem zajmuję się już grubo ponad osiem lat. Odnalazłam się w niwie opowiadań, ale wiadomo: człowiek się zmienia, życie się zmienia i mimo sukcesów literackich oraz grona wiernych kibiców, pewnego dnia usiadłam nad swoimi dłuższymi projektami, przeczytałam je… a potem doszłam do wniosku, że muszę zrobić przerwę, bo nie jestem w stanie na nie patrzeć.

Od tamtej pory trwam w decyzji, że póki co nadszedł dla mnie czas na zbieranie doświadczenia, cokolwiek to znaczy. Ułożyłam nawet listę celów, przysłowiowe „The Bucket List” (nadrób film, jeśli jeszcze go nie widziałeś), mimo że zawsze wydawało mi się to dość… bez sensu. Pozwoliło mi to jednak zebrać pomysły, a przede wszystkim dało dużo przyjemności, przywołało trochę wspomnień… Chyba właśnie dlatego nieco zmieniłam swoje nastawienie. No bo wyobraźcie sobie, że na starość chwytacie ten zapisany notesik w ręce, patrzycie na odhaczone punkty i myślicie sobie: „Rany, w sumie nieważne, ile razy życie pokopało mnie w tyłek, ale dla TYCH rzeczy było warto”.

Patrzę na te kilka miesięcy wstecz i myślę, jaki to był intensywny czas. Na tyle intensywny, że czasami jeszcze teraz zdarza mi się marzyć o dniu wolnym od obowiązków i planowania, kiedy mogłabym samotnie we własnym domu usiąść opatulona w koc, z „Wiedźminem”, którego wiecznie nie mam czasu czytać, oraz gorącą czekoladą. Zaczynało się niewinnie – od drobnych eventów, gdzie witałam coraz częściej. Potem nastał wir pracy, wchłonęłam mnóstwo historii, wyzionęłam mnóstwo siły i miałam styczność z wieloma osobami, które na zawsze zapisały mi się w pamięci. A potem w ramach nagrody nastąpiła najlepsza część, czyli samodzielne podróże.

Brzmi to tak, jakbym nigdy wcześniej nie miała okazji wyjechać poza granice naszego kraju, choć to przecież nieprawda – swoją pierwszą wyprawę odbyłam już w wieku dwóch lat, kiedy to żmudne kontrole graniczne przerywał dźwięk mojego grającego nocnika. Odkąd tylko pamiętam, moi rodzice zaczynali planowanie przyszłych wakacji, kiedy ledwie co skończył im się bieżący urlop. Wtedy wydawało mi się to zabawne, a teraz? Chyba jestem jeszcze gorsza od nich. Oczywiście; obecnie nasz sposób eksplorowania świata jest zupełnie odmienny, dlatego robimy to osobno, ale wciąż punktem zbornym pozostaje moment, gdy widzimy się po dłuższym czasie, siadamy na kanapie, rozlewamy wino do kieliszków i oglądamy zdjęcia, słuchając naszych historii. Jeśli więc spodoba Ci się to, co spotkasz na tej stronie, to wiedz, że w dużej mierze zawdzięczasz to właśnie tym dwóm osobom.

To właśnie rodzice zaszczepili we mnie bakcyla podróży i wciąż uważam, że to najpiękniejsze, co można zrobić dla swoich dzieci. Nie dlatego, żeby mieć sposobność do tego, by chwalić się znajomym. Takie wyprawy nauczyły mnie wielu rzeczy: cierpliwości, wytrzymałości, tolerancji wobec tego co obce, otwartości na ludzi. W bardzo dużym stopniu to właśnie na tych fundamentach ukształtował się mój charakter i dzięki takiemu sposobowi na życie poznałam osoby o podobnych priorytetach, z którymi ruszyłam w dalszą drogę. W ten właśnie sposób trafiliśmy na Islandię: i to właśnie od niej rozpocznie się nasza, moja i Wasza, przygoda tutaj. Mam jednak nadzieję, że zostaniecie na kolejną i kolejną, a kto wie, może któregoś dnia spotkamy się gdzieś na szlaku?