Macedonia – 15 nietypowych faktów o kraju, zwyczajach i mieszkańcach, które pozwolą przygotować się do samodzielnej podróży

Wybierając się do jakiegokolwiek kraju, warto zapoznać się nie tylko z takimi informacjami jak ceny na miejscu, atrakcje, warunki wjazdu czy typy oferowanych noclegów, choć bez wątpienia są to pierwsze czynniki, które będą miały istotny wpływ na urlopowe decyzje. O tych podstawach i kosztach wspomnę przy okazji następnego wpisu, tutaj natomiast skupię się na czymś, co ma istotne znaczenie zwłaszcza, gdy podróżujemy poza granicę Unii Europejskiej. Mam wrażenie, że większość turystów boi się samodzielnie organizować tego typu wypraw i w tym celu wybierają biuro, jednak ja jestem zwolenniczką całkowitej swobody i wolności, jaką daje samodzielne podróżowanie. Dziś więc o tym, czy wyjście z bezpiecznego kokonu jest takie straszne, jak je malują – czyli przede wszystkim o kulturze Macedonii, pewnych nawykach i odmiennościach, z którymi na pewno spotkacie się na miejscu, wybierając ten kraj.

WSTĘP I INFORMACJE OGÓLNE

Zacznę od tego, jak miesięczny wyjazd do Macedonii zmienił moje postrzeganie poznawania innego kraju niż ojczysty. Odbywane przeze mnie podróże zamykały się w różnych ramach czasowych – od kilku dni do maksymalnie trzech tygodni. Im wyjazd był krótszy, tym większe było tempo zwiedzania, kosztowania dań i chwytania ulotnych momentów, które są tak różne od naszych codziennych doświadczeń, że człowiek chce się nimi nasycić aż do następnych wakacji. Wszędzie czuło się po prostu gościem. W Macedonii natomiast spędziliśmy 34 dni – na ponad 2 tygodnie wypożyczyliśmy samochód i objeżdżaliśmy kraj, natomiast resztę czasu poświęciliśmy na pracę/naukę do obrony w Ochrydzie/Skopje, ale też na bliskie wycieczki i poznawanie życia lokalsów od podszewki. To było dla mnie zupełnie inne doznanie niż do tej pory, o wiele głębsze, w czym dopomogła gadatliwość i otwartość Macedończyków. Nastawienie zmienia się nawet do miejsca, w którym się śpi – człowiek po 4-dniowym pobycie nie ma poczucia, że w dniu wyjazdu musi posprzątać każdy okruszek, wyprać ręczniki i tak dalej. Wiadomo, trzeba zostawić po sobie porządek, ale bez zbędnej paranoi. Po miesiącu spędzonym w jednym mieszkaniu sprzątaliśmy praktycznie wszystko, choć gospodarz sam się do tego zobowiązuje. No bo przecież „mieszkaliśmy tu, nie możemy zostawić syfu”. Jeśli spróbujecie takiego wyjazdu, sami dostrzeżecie różnicę. A jeśli próbowaliście, to dajcie znać, czy też tak macie. 😉

Do Macedonii wyjechaliśmy 7 maja, wróciliśmy 10 czerwca 2021 roku. Powód nie jest zbyt górnolotny – w tym okresie był to jeden z dwóch krajów dostępnych dla nas finansowo (poza Albanią), który nie wymagał testów, kwarantanny i innych covidowych procedur. Dla nas był to jedyny możliwy termin, kiedy możemy szarpnąć się na miesięczną przygodę w tym roku, więc długo nad tym nie rozmyślaliśmy. Czy obawialiśmy się, że nie wrócimy do domu albo nie dolecimy na miejsce? Oczywiście, że tak, mimo że wypisywaliśmy 10 razy na lotnisko, 20 razy do gospodarzy i 30 razy wszystko sprawdzaliśmy. Przyznam szczerze, że wyjazd jeszcze nigdy nie stresował mnie tak jak wtedy, a też czas około-wyjazdowy był dla nas z powodów rodzinnych bardzo trudny. Planowanie pochłaniało praktycznie każdą naszą chwilę, mimo że nie mieliśmy ich dużo. No i udało się! Mogę nawet śmiało powiedzieć, że był to jeden z lepszych wyjazdów.

Pewność siebie budowało też trochę to, że wcześniej już dwa razy odwiedziłam Macedonię – w 2016 i 2017 roku, ale jedynie w formie postoju 2-3 dni w dojeździe do Grecji czy Czarnogóry. Wiedzieliśmy więc, że możemy czuć się bezpiecznie, że kraj jest cywilizowany, miał też mało zakażeń (procentowo, bo to ogółem małe państwo), a mimo to w wielu aspektach naprawdę nas zaskoczył. Czy pozytywnie? To już ocenicie sami, kiedy przedstawię Wam kilka intrygujących faktów z życia w Macedonii.

1. KRAJ JEST BARDZO ZRÓŻNICOWANY

To świetna wiadomość dla miłośników starożytnej architektury, muzeów różnej maści, jezior, strumyków, dla amatorów i zawodowców górskich wędrówek, wielbicieli malowniczych wiosek i miast. Macedonia jest powierzchniowo ok. 12 razy mniejsza od Polski, a mimo tego gwarantuję Wam, że miesiąc spędzony na miejscu jest optymalny pod kątem niespiesznego zwiedzania. Czy wrócilibyśmy tam ponownie? Mimo że zobaczyliśmy już większość atrakcji, to za parę lat z chęcią zobaczylibyśmy, co się zmieniło, udalibyśmy się na więcej trekkingowych wycieczek po górach, no i trochę się powspinali.

2. SERDECZNOŚĆ, POMOC ORAZ PRZYCHYLNOŚĆ MACEDOŃCZYKÓW WOBEC POLAKÓW

Nastawienie lokalsów naprawdę nas urzekło. Da się to dostrzec w każdym mieście lub wiosce, do której się udacie – może poza Skopje (stolicą), bo tam tempo życia wydawało się szybsze i ludzie byli mocno zorientowani na turystów czy pracę, co nie znaczy, że ktoś zachował się wobec nas nie w porządku. Przez ponad miesiąc zaczepiano nas bardzo często, a najczęściej padającym pytaniem było bez wątpienia „Skąd jesteście?”. Kiedy już wypowiedzieliśmy hasło „Polska”, zazwyczaj rozmówca zarzucał nas kilkoma zdaniami czy wyrazami, które zna w naszym języku. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że w Macedonii też mają „podpis”, „cement” czy „gobelin”. Macedończycy, zwłaszcza z pokoleń wyżej od nas, uwielbiają opowiadać o swoim życiu, przedstawiać się, mówić o dzieciach czy pracy. Spotkaliśmy lokalnego przewodnika, kelnera, prezentera w muzeum, kilku robotników czy ludzi na pracy zdalnej, ale nie tylko.

Najprzyjemniejsze były momenty, gdy wszyscy rozpoznawaliśmy się już na plaży, machaliśmy do siebie i ucinaliśmy krótkie pogawędki po angielsku. W Macedonii w ogóle bardzo dużo ludzi operuje tym językiem komunikatywnie, niezależnie ile lat mają. Z takich aktów serdeczności pamiętam też mężczyznę, który chciał przewieźć nas łódką, a kiedy okazało się, że nie płynie w kierunku, który nas interesuje i „na nas nie zarobi”, to jeszcze podał nam namiary na autobus, żeby ułatwić nam sprawę. Ludzie są po prostu życzliwi, uśmiechają się, są turbo szczęśliwi, jeśli kupisz ich wypieki czy pochwalisz lokalną kuchnię – cokolwiek. Wydaje się cieszyć ich sam fakt niewymuszonej rozmowy i poznania Cię, a ty czujesz się miło, w jakiś sposób wyróżniony.

3. BRAK COVIDOWEJ OBSESJI

Przepraszam, ale chyba nie jestem w stanie nazwać tego ładniej. Szykując się do wyjazdu, szukaliśmy na stronie rządowej Macedonii informacji na temat obostrzeń. Dokopaliśmy się do nich z niemałym trudem – maseczki, godzina policyjna od 21:00, dania tylko na wynos. Wiele tego było, ale aktualizacje widniejące na oficjalnej stronie rządowej datowane były na maj zeszłego roku. Napisaliśmy więc do ambasady, gdzie możemy odnaleźć coś bardziej rzetelnego, na co łamanym polskim odpisano nam i podesłano właśnie ten przestarzały link. Chwilę przed naszym lotem przeniesiono godzinę policyjną na 23:00 i tak zostało do czerwca, co właściwie nie stanowiło dla nas żadnej przeszkody. Gdy dolecieliśmy jednak na miejsce… ludzie zapraszali nas do knajp i byli zaskoczeni, że pytamy, czy rzeczywiście możemy usiąść. Ochryda tętniła życiem, ludzie się spotykali, gromadzili, a nam po prostu opadła szczęka. Radia nie były ustawicznie bombardowane tylko jednym tematem, a ludzie wyglądali na psychicznie zdrowszych, autentycznie. To też było dla nas trochę przykre, wiecie – tak zobaczyć, że da się inaczej. Możemy się kłócić, że to mniejsze państwo, mniejsze ryzyko, że to głupio czy nie głupio, że zostali otwarci przez cały rok – nie po to jest ten blog. Gdy jednak wróciliśmy do Polski, od razu wypełnialiśmy deklaracje o chorobach, kontrola paszportów, testów, spisywanie danych, zamknięcie dworca i dezynfekcja, bo komuś test wyszedł dodatni. Tak naprawdę wtedy najbardziej odczuliśmy, jak my, Polacy, tym tematem strasznie żyjemy i jak to wpływa na naszą psychikę, nawet nieświadomie.

Tutaj przypomniała mi się też historia, jak mama pisała do mnie, że wysyłamy z Polski pomoc dla Macedończyków w formie maseczek, płynów dezynfekcyjnych itd. I wiecie, to super, bo finansowo dla kraju to pewnie ogromna ulga. Kształt tej wiadomości był jednak taki, jakbyśmy celowo pokazywali, jak źle ma się sytuacja w kraju, który pozostał na ten rok otwarty. Z perspektywy osób, które przebywały jednak wtedy na miejscu, mogę Was zapewnić, że nie wyglądało to wcale źle, ludzie nosili maseczki, płyny dezynfekcyjne stały na każdym stoliku w knajpie i bez presji społecznej też było dobrze. Nawet spotkaliśmy kilka dni później polskich żołnierzy, którzy zjawili się w Ochrydzie.

4. BRAK SCHRONISK CZY PROGRAMÓW STERYLIZACJI ZWIERZĄT

Nietrudno było nam dojść do tego wniosku, ale chcąc upewnić się w swoich podejrzeniach, poszperałam w internecie i poczytałam opinie turystów… Znalazłam bloga, gdzie zostało powiedziane, że w 2019 roku co prawda dalej nie ma schronisk, ale pieski są sterylizowane, wolne, dokarmiane i szczęśliwe, co zadziałało nam mnie, jakby ktoś zdzielił mnie w twarz, bo los tamtejszych zwierząt jest przejmujący. Przede wszystkim jest ich bardzo dużo, państwo ani żadne organizacje nie sprawują nad tym kontroli. Wiele zwierząt to nie kundle czy dachowce, widać po nich, że są krzyżówkami tak różnorodnymi, że ciężko byłoby rozpoznać rodziców. Nie przypominają jednak zadbanych pociech – większość z nich jest brudna, wychudzona. O ile w bardziej zaludnionych miastach może tego problemu nie ma, o tyle jadąc gdziekolwiek indziej, gdzie zwierzęta nie są regularnie dokarmiane przez knajpy i samych turystów, problem jest duży. Zwierzęta grzebią w śmietnikach, koty bardzo często ranią się, walcząc o terytorium. Nawet w Ochrydzie spotkaliśmy malucha, który miał cały grzbiet w strupach krwi i siedział przy nas, prosząc o jedzenie.

Kolejnym problemem jest to, że zwłaszcza psy mają mało instynktu samozachowawczego. Pomijając oczywisty fakt, że większość z nich jest duża i część osób może się ich bać, to bardzo często kręcą się przy drogach… i bez ostrzeżenia wbiegają na jezdnię. Sami niejeden raz mieliśmy sytuację, kiedy pies, który siedział na poboczu, zrywał się nagle i biegł w bok auta. Jedne mają szczęście, inne niekoniecznie, dlatego wiele z nich zostaje rozjechanych lub potrącanych. Proszę więc, nie spoglądajcie płytko na psiaka czy kota, który maślanymi oczami „wyłudza jedzenie od turystów”. Większość z nich jest naprawdę głodna, o czym świadczą wielkie porcje pochłoniętej ryby i mięsa przez jednego z kotów, któremu daliśmy jeść.

5. TRAGICZNY STYL JAZDY MACEDOŃCZYKÓW

Tak jak lubiliśmy z nimi rozmawiać, tak nie lubiliśmy ich obecności na drogach i aż nie chciało nam się wierzyć, że dokładnie ta sama osoba, która jeździ tak nieostrożnie i agresywnie, później jest w stosunku nas tak miła i uczynna. Przykłady zachowania, które udało nam się zaobserwować już w pierwszy dzień jazdy to np. cofanie na autostradzie. Na pasie do rozpędzenia się, gdzie jedzie się powiedzmy w okolicach 70 km/h, nagle pojawia się rozstawiony stragan z truskawkami, a na bramkach autostradowych do aut podchodzą dzieci, żeby sprzedać owoce. Nie żebrzą jednak, jak obawialiśmy się z początku, a po prostu pomagają ludziom rozstawionym właśnie na tym pasie do rozpędzania się. Miejscowi wyprzedzają wszędzie, nawet jeśli jedziemy drogą górską, z serpentynami, a widoczność jest bliska zeru. Nie włączają kierunkowskazów (jeśli się zdarzy, to prawie cud) i często zajeżdżają drogę. Zdarzyło nam się nawet, że po wrzuceniu przez nas kierunkowskazu z lewoskrętem, ktoś zaczął nas wyprzedzać i jeszcze nas wytrąbił 😉 W miastach na trzy czynne pasy ruchu czasami trzy są zablokowane, ponieważ kierowcy parkują, żeby kupić coś w sklepie i stoją na światłach awaryjnych. Policja? Stoi obok niewzruszona. Właściwie jedyne, za co rzeczywiście zatrzymuje, to przekroczenie prędkości.

Na drogach jest też sporo ciągników i niewiele znaków, dlatego często spotkamy się z problemem, kto ma pierwszeństwo (bo niby ten z prawej, ale w praktyce niekoniecznie). Większość skrzyżowań to ronda, no bo rzeczywiście są najprostsze i chyba to najlepsza możliwa opcja. Nie trzeba więc być świetnym kierowcą, natomiast trzeba mieć anielską cierpliwość, nerwy ze stali i oczy dookoła głowy. Drogi też nie są w najlepszym stanie, jest mnóstwo dziur, czasem jeden pas zupełnie zanika, jakby ktoś go ukradł. Na autostradzie można się rozpędzić, ale bez przesady i najlepiej robić to na lewym, gładszym pasie. Jest jednak także zabawna historia, która przydarzyła nam się na tym tle. Przejeżdżaliśmy przez środek budowy – nie między robotami drogowymi, tylko autentycznie przez plac budowlany, gdzie kierowali nas, jak mamy wymijać stosy kostek brukowych, które właśnie wykładano. Przy czym robotnik miał tak czerwoną twarz i oczy, jakby właśnie bił rekord życia w zatruwaniu wątroby. 😉

Czy potrafię wskazać jakiś miły aspekt macedońskich dróg? Na pewno z perspektywy pieszego, bowiem są oni przepuszczani przez każdy samochód, nikomu nie pozwala się czekać. Ludzie przechodzą przez ulicę w najróżniejszych miejscach, często na zasadzie „I tak mnie nie przejedziesz, więc stój”. Raz zdarzyło nam się, że mając zielone światło, przeczekaliśmy je całkowicie, bo piesi postanowili olać sygnalizację. W każdym razie zostaniesz przepuszczony zawsze i nie musisz nawet specjalnie się o to starać.

6. AUTOSTRADA PŁATNA MAŁO, ALE CZĘSTO

Za autostradę płacimy co 15-30 minut, zależy na jakich odcinkach. W każdym razie kosztuje ona przeważnie od 20-50 MKD (denarów macedońskich) czyli ok. 1,50-3,50 zł. Czasem zdarza się, że płacimy za odcinek i za 20 m z niego zjeżdżamy. Ogółem jednak nie jest drogo, może 15 zł za całą trasę Skopje-Ochryda. Tutaj jednak warto pamiętać, że mimo oznaczenia całej długości trasy jako A2, nawet niecała połowa to autostrada, a pozostała część to droga krajowa.

7. RÓŻNICE W SKLEPACH SPOŻYWCZYCH: PRODUKTY I OBSŁUGA

Najciekawszym rozwiązaniem jest mnóstwo jednorazowych produktów. Możemy np. kupić jedną kostkę rosołową za niecałą złotówkę, co jest super w przypadku, kiedy planujemy krótszy pobyt i nie mamy ochoty na siłę gotować jakichś potraw. Warzywa w jakimkolwiek miejscu są piękne. Wydaje nam się, że nie są poddawane opryskom i stosuje się wobec nich mało chemii, bo np. dojrzałe cebule szybko robiły się miękkie i zaczynały gnić. A wielkościowo były takie, jak nasze 3 razem wzięte! Mnóstwo warzyw sprzedaje się też z liśćmi, które właściwie chyba nie nadają się w większości wypadków do spożycia. Istnieje też ogromna różnica między tym, co sprzedaje się w sklepach, a co serwuje się w restauracjach. W knajpie królują np. cukinie, których nie znaleźliśmy w ani jednym sklepie. Musicie jednak koniecznie spróbować kabaczków i bakłażanów, są obłędne! Tu też poczujecie, jak naprawdę smakują pomidory. Nigdzie nie spotkaliśmy natomiast selera, a marchew czy por trzeba było kupować w pakiecie po kilka sztuk. O ile marchewkę szybko się zużywa, to po co komu tyle pora?

Wszystkie warzywa należy ważyć, ale waga jest tylko z nazwami napisanymi cyrylicą, dlatego za nas robili do ekspedienci. Nigdy się nie pogniewali, nie kazali nam też wyjść z kolejki – ot, zwykła obsługa. Wielokrotnie byli dla nas bardzo mili, chwilę też porozmawiali i nawet jakby cieszyli się pracą. Każde zakupy pakowali w darmowe torebki foliowe, milion torebek, nawet nie pytając o zgodę. Raz kupiliśmy tylko szampon i tak czy siak nam go spakowano. Z ekologią jest tutaj jeszcze pewien problem, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Widać to nawet po sposobie pakowania produktów, gdzie chleb jest zawinięty w dwa plastikowe opakowania.

8. BRAK MYJNI

Podczas zjechania całego kraju napotkaliśmy jedynie myjnie ręczne, zdarzyła się też jedna myjnia dla TIR-ów. Dla osobówek niestety nie ma takiej opcji, co nas najbardziej raziło przy oddawaniu samochodu do wypożyczalni. Nie mieliśmy nawet za bardzo warunków, żeby go umyć, a tymczasem mężczyzna, który przyjechał na odbiór, jakby w ogóle nie był tym niezrażony. Powiedział, że nie ma problemu, jedynie w jednym miejscu przetarł brud, żeby zobaczyć, czy to nie zarysowanie i tyle. Na koniec nawet położył dokumenty na tym brudnym aucie i zaczął składać podpisy.

9. PROBLEM ZE ŚMIECIAMI

Widać, że z roku na rok staje się on coraz mniejszy, natomiast w niewielkich miejscowościach, mimo ich uroku, wciąż możemy dostrzec mnóstwo śmieci w rzekach czy strumieniach. Centrum Skopje, Ochryda, a zwłaszcza Struga są czyściutkie, ale też mocniej nastawione na turystów niż pozostałe miejscowości. Zajmie więc jeszcze trochę czasu, by dotrzeć do świadomości Macedończyków pod tym względem. W końcu starają się o to wejście do Unii, są naprawdę fajnymi ludźmi i trzymam za nich kciuki, żeby te problematyczne kwestie uległy poprawie.

10. MNÓSTWO ZWIERZĄT – JADOWITE WĘŻE TEŻ!

Wiele blogów traktuje o tym, czy w Macedonii rzeczywiście natkniemy się np. na węże. Niektórzy paranoicznie się boją i piszą, że nawet nie chcą kąpać się w jeziorze, inni nagminnie szukają gadów i z rezygnacją przyjmują fakt, że ich nie ma. Nam udało się dostrzec węże około pięciu razy, ale też musiało to trochę potrwać. Prawda jest taka, że w miejscach turystycznych, gdzie kiedyś spotykano je często, jest teraz tylu ludzi, że węże się po prostu boją i wolą się schować. Trzy razy spotkaliśmy je podczas spaceru w Ochrydzie, czasem obserwowaliśmy je z pomostu, jak pływają pod wodą. Większość z nich jest niewielka, choć czasem dłuższe okazy wystawiały łepek z jeziora i wtedy były wyraźnie widoczne. Lecz znowu – niewielu ludzi się kąpało, bo woda była zimna. W sezonie letnim dostrzeżenie węży może być trudne. Jeden raz spotkaliśmy węża przy moście w centrum miasta, był naprawdę maleńki (zdjęcie niżej). Tylko jeden raz spotkaliśmy żmiję, których w Macedonii jest ponoć bardzo dużo. Na początku nie wiedzieliśmy nawet, że to żmija, bo trafiliśmy na czarną odmianę, bez wzorów na grzbiecie. Ona akurat była naprawdę duża, wygrzewała się na słońcu i uciekła do wody, gdy nas spostrzegła. Vipera Berus Black – wpiszcie sobie w Googla 😉 Zobaczyliśmy ją we wsi Kalishta, gdzie nie przyjeżdża prawie nikt. Obecnie buduje się tam jednak kurort, więc pewnie i węże uciekną. Raz też zobaczyliśmy wylinkę żmii podczas spaceru w narodowym parku Galiczica. Nie martwcie się jednak, to nie jest aspekt, którego warto się obawiać, choć do spotkania pierwszego węża ja również trzęsłam się jak galareta. To dlatego, że miejscowy nastraszył nas podczas wycieczki do Kanionu Matka, żebyśmy wyposażyli się w kije na żmije, które czasem wypełzają z zarośli. Wtedy rzeczywiście myślałam, że tym kijem wydłubię sobie oczy, ale kolejne razy są już coraz lepsze. Prócz węży w maju można spotkać tu mnóstwo bocianów. W niektórych wsiach ludzi zbudowali im na słupach specjalne obręcze, które ułatwiają budowę gniazd. Dzięki temu okupują prawie każdy słup i widać je wszędzie! Na terenie parków narodowych z kolei nad głowami lata mnóstwo drapieżników.

11. MACEDONIA TO TEREN AKTYWNY SEJSMICZNIE

Mnie na przykład wyleciało to z głowy, a swoje pierwsze i w zasadzie jedyne trzęsienie ziemi przeżyliśmy już piątego dnia pobytu. Było to po godz. 23.00, więc kładliśmy się do snu, bo następnego dnia wstawaliśmy wcześnie. Nagle oboje poczuliśmy wyraźne telepanie łóżkiem, zupełnie jakby ktoś ruszał oparciem tapczanu albo się wiercił. Szymon zaczął mnie pytać, czy to ja „tak robię”, a ja sądziłam, że to on mnie wkręca. Po krótkiej sprzeczce zapaliliśmy jednak światło, no i coś to udawanie trwało za długo. Wiecie, człowiek zmęczony, mieszka większość życia w Polsce, więc nawet nie pomyślał w pierwszej kolejności o ewentualnym trzęsieniu ziemi. Otworzyliśmy nawet łóżko, żeby zobaczyć, czy coś pod nim właśnie nie zdechło. Dopiero później poszukaliśmy informacji i Google wysłał nam alert, że w Albanii, ok. 110 km od nas wyczuwalne było trzęsienie ziemi o sile 4,9 w skali Richtera  i czy my też je czuliśmy. Ponoć czuli je nawet Włosi!

12. DZIWNE MANEKINY SKLEPOWE, KTÓRE ZMIENIAJĄ SIĘ CO KILKA DNI

Pamiętam, że w 2016/2017 roku dziwacznych manekinów było więcej, ale wciąż widać po nich pozostałości. Wystawy zmieniają się co krótki czas, nawet częściej niż raz w tygodniu i powiem Wam, że to super! Świetny chwyt marketingowy, bo nowości zawsze przykuwają uwagę, nawet jeśli to stare ubrania wyciągnięte z głębi sklepu. A jeśli jeden ciuch Ci się nie spodoba, to zapewne przyciągnie Cię kolejny. Moda w Macedonii niekiedy jest dość… kiczowata, ale to, co w niej uwielbiam, to mnóstwo kolorów!

13. POSZANOWANIE DLA RELIGII I RÓŻNORODNOŚCI WYZNAŃ

Prawie 60% społeczeństwa macedońskiego wyznaje prawosławie, bardzo duża część to także osoby opowiadające się za islamem. W miastach mamy więc cerkwie, a kilkadziesiąt metrów dalej meczety z minaretami, przez które kilka razy dziennie rozbrzmiewają nawoływania do modlitwy i nikomu to nie przeszkadza. Równocześnie widzimy kobiety w burkach i takie, które zupełnie nieskrępowanie odsłaniają ramiona, włosy czy kolana. Nie ma jakiejś ogólnej niechęci czy krzywych spojrzeń, z czym np. spotkałam się w Bośni i Hercegowinie. Może tamten incydent to przypadek, jednak tutaj taki WZAJEMNY szacunek bardzo mi się spodobał. Widać, że obie grupy wyznaniowe mają takie same prawa i obowiązki w społeczeństwie, są tez tak samo traktowane i to jest super.

14. STRASZNE TOALETY W MIEJSCACH PUBLICZNYCH

Nie wiem jak Wy, ale ja mam straszną fobię przed brudnymi, niezadbanymi toaletami. Straszliwie brzydzi mnie myśl, ilu ludzi było tu przede mną, kto mnie słyszy i tak dalej. Zapewne wynika to z faktu, że wiele podróżowałam za dzieciaka i nie umiałam wycelować z potrzebami w odpowiednim momencie, stąd postoje w różnych, czasem ohydnych budkach, na stacjach itd. W Macedonii wielokrotnie na ścianach toalet jest grzyb, miejsca są niesprzątane, latają owady, zapach też do przyjemnych nie należy… Najstraszniejszym doświadczeniem było zatrzymanie się na stacji benzynowej, gdzie zamówiliśmy kawę i zapytaliśmy o toaletę, a pracownik jak gdyby nigdy nic pokazał nam drzwi, nawet zbytnio się nie przejmując. Weszliśmy, a tam dziura w ziemi i typowy narciarz. Generalnie nie byłoby to złe, tak naprawdę to dużo bardziej higieniczne rozwiązanie, bo dotykamy mniejszej ilości powierzchni, ale miejsce było obrośnięte pajęczynami, nieruszane chyba od 20-30 lat, w wielu miejscach czarne od brudu… Uciekliśmy po kilku sekundach, ale potem żałowałam, że nie zrobiłam zdjęcia! Niedziwne, że wielu ludzi zatrzymywało się na poboczu, żeby nie korzystać z toalet na stacjach. Czasem nie mieściło nam się w głowie, że kelnerzy w restauracjach chodzą w koszulach, cali zadbani, a później idą na przerwie do takiej toalety i wychodzą piękni i pachnący. Sprawdzone łazienki są na Lukoilu – może nie turbo czyste i nowe, ale w granicach przyzwoitości. Inne stacje stanowczo odradzam. Standardem europejskim odznaczała się też toaleta w sieciówce Choco World – bardzo ładne,

15. OBSŁUGA NA STACJI BENZYNOWEJ

Pod tym względem w Macedonii jest tak, jak u nas było jeszcze parę czy paręnaście lat temu. Właściwie nigdy nie tankujemy auta samodzielnie, zawsze robi to obsługa, myje też szyby itd. My może nie czujemy takiej potrzeby, ale dzięki temu ludzie mają pracę i zajęcie, więc wystarczy podziękować i na pewno to ich ucieszy.

To najważniejsze fakty, które zaskoczyły nas podczas pobytu w Macedonii i postanowiłam, że się nimi podzielę. Czy coś Was zaskoczyło, stanowiło dla Was ciekawą odmianę lub zupełną nowość? Mając na względzie takie wskazówki, łatwiej będzie Wam wybrać się w podróż do tego kraju? A może byliście w Macedonii i sami macie jakieś spostrzeżenia, które mi umknęły? Śmiało, piszcie w komentarzu!

Błędne Skały – który parking wybrać, ile zapłacimy za wstęp i jak długo zajmie nam wędrówka?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy jednodniowej wycieczki w Błędne Skały, którą odbyliśmy z Szymonem 24 października 2020 roku. Opiszemy więc, jak w dzisiejszych czasach wyglądają tam kwestie sanitarne, podamy ceny biletów i wskażemy kilka wskazówek apropos samego spędzania czasu czy parkowania. Zapraszam na:

Dlaczego wybór padł na to miejsce? W czasach pandemii natrafiamy na tak liczne ograniczenia w postaci zamykania atrakcji, różnego rodzaju placówek, ograniczania usług czy kwarantanny, że najbezpieczniejszą opcją wydawało się spędzenie weekendu na łonie natury. Postanowiliśmy oddalić się nieco od miejsca zamieszkania, skoro akurat mieliśmy więcej czasu, a pogoda zapowiadała się obiecująco. Gdyby nie pandemia, pewnie do naszego planu zwiedzania dołączyłaby Twierdza Kłodzko, ale chcieliśmy uniknąć tłumu i nie ryzykować przywleczeniem czegoś do domu ze względu na starsze osoby, z którymi mamy styczność. Jako że pojechaliśmy samochodem, podziwialiśmy budowlę jedynie z daleka, przez szybę.

Dojazd i parking

Dojazd do Gór Stołowych był tego dnia nie lada wyzwaniem, zwłaszcza że powstało wiele objazdów, a ruchem kierowała policja wraz z żandarmerią wojskową. Ostatni odcinek drogi już za Kłodzkiem pokonuje się serpentynami (nie bez powodu trasę tę nazywa się drogą stu zakrętów), najczęściej za kilkoma ciężarówkami, których nie sposób wyprzedzić, jako że jest to trasa wielu tranzytów. Warto więc mieć to na uwadze i jeśli mieszkacie daleko, zarezerwować na dojazd więcej czasu, by nie zwiedzać w pośpiechu, tylko nieco się zrelaksować.

Na miejscu natkniemy się na dwa parkingi – jeden na dole szlaku i jeden tuż obok punktu widokowego już przy Błędnych Skałach. My zdecydowaliśmy się na ten położony niżej o nazwie YMCA, darmowy. Za górny musimy zapłacić 20 zł, no i znacznie skracamy sobie czas wędrówki, a przecież ona była jednym z powodów, dla których wybraliśmy to miejsce. Udaliśmy się więc niebieskim szlakiem, który mniej więcej w połowie przechodzi w niebiesko-czerwony. Liczy około 3,5 km (na drogowskazie widnieje, że przejście ich zajmie Wam godzinę, ale nie sugerowałabym się tym, liczyłabym nawet dwie, jeśli chcecie cieszyć się spacerem). Podejście nie jest specjalnie wymagające przynajmniej do miejsca zetknięcia obu szlaków. Potem pojawia się więcej kamieni oraz korzeni, jest raczej wąsko i ślisko, zwłaszcza jesienią.

Warunki na szlaku jesienią

Mimo że nie padało już od kilku dni i świeciło słońce, gleba wśród gęstych drzew nie zdążyła przeschnąć. Trzeba było liczyć się z omijaniem kałuż czy naprawdę obfitego błota, dlatego dobrze zaopatrzyć się w porządne, nieprzemakalne buty i mieć przy sobie kogoś, kto przytrzyma Was, gdy się poślizgniecie (chociaż taką osobę w życiu warto mieć zawsze, nie tylko w górach!).

Mogę jednak śmiało przyznać, że ta pora roku mimo drobnych defektów jest idealna na wędrówki. Wszystko wokół przechodzi zielenią, żółcią i brązem, kolory wydają się tym intensywniejsze, im częściej pada na nie słońce. Wydaje mi się, że ten etap zwiedzenia podobał mi się nawet mocniej niż główna atrakcja, mimo że nie jestem miłośniczką chodzenia po górach. Chyba za często zmuszałam się do takich wyjazdów za dzieciaka z racji położenia geograficznego. Wśród –nastu lat edukacji pamiętam może dwie zielone szkoły czy pojedyncze wycieczki, które nie skończyły się marszem w górę przez większość dni, bo „Nie można dzieciakom zostawić za dużo czasu wolnego, żeby nie zrobiły nic głupiego, a tak to zmęczą się i pójdą spać”. Szymon z kolei takich udogodnień za często nie miał, więc wydawał się zachwycony. Zresztą oboje cieszyliśmy się czasem, który mogliśmy spędzić gdzie indziej niż w domu – na pewno znacie ten ból.

Najpiękniejszy widok to niezaprzeczalnie promienie słoneczne przebijające się między gałęziami i konarami drzew. Duża wilgoć sprawia, że w wielu miejscach możemy dostrzec pajęczyny rozciągające się wśród krzaków, które pokrywa mnóstwo maleńkich, mieniących się kropelek wody. Tuż przy głównej ścieżce zalegają też czasami wyrwane korzenie ogromnych drzew – jeden z nich był nawet wielkości człowieka. Kropelki wody ciekną strużkami po skałach, dodatkowo osiadają na igłach drzew i wygląda to naprawdę bajecznie. Warto zatrzymać się choć na moment i przyjrzeć się uważniej!

Czy podejście na wysokość ponad 850 m n.p.m uchodzi za trudne? Nie powiedziałabym. Większość trasy jest nachylona pod niewielkim kątem, idziemy wydeptaną, dobrze ubitą dróżką i ciało czuje to bardziej jak nieco cięższy marsz. Właściwie jest tylko jeden odcinek drogi, gdzieś w 2/3, który wymaga więcej wysiłku. Robi się znacznie bardziej stromo, trzeba stawiać wysoko nogi, by nie potknąć się o kamienie, ale w gruncie rzeczy przejście tego fragmentu nie zajmie Wam więcej niż 20 minut. Uwierzcie – jeśli ja dałam radę po tak długiej przerwie od wędrówek górskich, to Wy też dacie. Dobre miejsce na start dla jakiegokolwiek wysiłku, przynajmniej przypomnicie mięśniom, jak pracować po tych wszystkich domowych izolacjach i lenistwie. 🙂

Punkty widokowe

Będąc prawie u celu, docieramy do jednego z punktów widokowych w bardzo charakterystycznym miejscu przy ogromnym głazie i… słupach przysłaniających połowę krajobrazu. Myślę, że to zjawisko świetnie podsumuje dialog grupki osób, która zjawiła się tam jakiś czas po nas:
– No i po jakiego chuja postawili tu ten słup?!
– Żeby rozjebać ci zdjęcie.
Wierzcie lub nie, trafniej nie dało się tego wyrazić, choć może bardziej cenzuralnie już tak. 😉

W tym miejscu warto pamiętać o wyłączeniu danych komórkowych. Na terenie Parku Narodowego Gór Stołowych jest dość duży problem z zasięgiem przynajmniej jeśli chodzi o sieć T-Mobile (Plus poradził sobie tutaj znacznie lepiej). Raczej nie ma go wcale, a jeśli już, to łączymy się z czeską siecią, co wiąże się z opłatami po przekroczeniu limitu danych, który jest inny dla Polski i pozostałych krajów Unii Europejskiej. Warto więc mieć to na uwadze, by nie musieć martwić się o rachunki.

Przy samych Błędnych Skałach znajduje się kolejny, oficjalnie zaznaczony na mapach punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama.

Co nas zdziwiło, że ludzi było bardzo dużo, a większość z nich (szacowałabym, że nawet 98%) zupełnie nie dbała o dystans społeczny. Rozumiem – idąc szlakiem, gdy jesteś sam i mijasz kogoś tylko chwilami, mówiąc mu „Dzień dobry” czy „Cześć”, nie ma to większego znaczenia, ale przy samej atrakcji w tej kwestii nic się nie zmieniło, a zagęszczenie odwiedzających wydawało się spore, zwłaszcza że chodzi się głównie po wąskich, drewnianych kładkach. Z tego też względu często schodziliśmy na bok i przepuszczaliśmy ludzi przodem. Niemniej jednak szkoda, że nie czujemy potrzeby zachowania samodyscypliny w tej kwestii.

Cena i zwiedzanie

Co mnie się z kolei bardzo podobało, to wysokość opłat za wstęp do skalnego labiryntu – 12 zł dorośli, 6 zł młodzież oraz studenci (kupić je możemy zarówno w kasie, jak i internetowo po zeskanowaniu kodu QR z plakatów, które znajdują się na miejscu, unikając tym samym kolejek i kontaktu ze sprzedawcą w okienku). Cena jest symboliczna i niewygórowana, zważając na to, że tak naprawdę chodzimy i oglądamy skały, które ktoś nazwał według własnych skojarzeń.
„Labirynt” to jednak dość górnolotne określenie z tego względu, że nawet nie za bardzo mamy jak w nim zabłądzić. Brakuje jakiegokolwiek elementu poszukiwań – po prostu idziemy wyznaczoną ścieżką i mijamy podpisane na tablicach obiekty. Troszkę szkoda.

Tych wyjątkowych skał mamy dziewięć. Kolejno:

  • Skalne Siodło,
  • Stołowy Głaz,
  • Okręt,
  • Dwunożny Grzyb,
  • Kasa,
  • Kurza Stopka,
  • Długi Pasaż,
  • Przesmyk Liczyrzepy (Duch Gór, któremu składano w ofierze czarne koguty. Z początku utożsamiano go z diabłem, później przedstawiano jako starszego mężczyznę. Oczywiście postać fantastyczna, jednakże stała się obiektem wielu prac naukowych, a także legend sięgających czasów średniowiecza. Najbardziej związana z obszarem Karkonoszy),
  • Furtka.

Z naszej perspektywy najciekawszymi formacjami wydają się Kurza Stopka i Przemyk Liczyrzepy. Niektóre z kolei w ogóle nie przypominają tego, co ponoć miały – na przykład Kasa, więc trzeba użyć odrobiny wyobraźni. Tutaj jednak rada, by nie zabierać ze sobą wielu rzeczy, a już tym bardziej wypchanych plecaków. Część przejść jest naprawdę wąska i niska; na tyle, że dość mocno dziwi mnie brak uwag lub ostrzeżeń w momencie zakupu biletu. Mówię poważnie, pomyślałam o kilku znajomych, którzy mimo najszczerszych chęci nie byłyby w stanie przecisnąć się na drugą stronę wyjścia. Ja i Szymon jesteśmy mali i raczej szczupli, a musieliśmy czasami kombinować, ustawiać się bokiem itd. Może jednak tematu unika się, by nikogo nie urazić.

Drugi zaskakujący fakt, to że w Błędne Skały przyjeżdżają całe grupy znajomych po to… żeby siąść przy drewnianych stołach i wypić razem piwko. Pół biedy, kiedy są to ilości umożliwiające dalsze funkcjonowanie – widzieliśmy jednak człowieka, który spił się tak, że krzyczał jakieś głupoty, a znajomi nie zamierzali się do niego przyznawać. Ostatecznie wszedł na skały zaraz obok napisu „zakaz wchodzenia na skały”, a jedyne co nas pocieszyło, to że w razie upadku jego mięśnie były tak zwiotczałe, że pewnie wyszedłby z tego cało. Smutnego finału jednak nie obejrzeliśmy i ruszyliśmy dalej. 😉 Mężczyzna nie stanowił wyjątku, bo nawet w labiryncie ktoś rozsiadł się wygodnie z piwem. Chyba nie rozumiem tej mentalności, ale cieszy chociaż fakt, że mimo wszystko okolica jest bardzo czysta i nikt nie śmieci.

Żeby jednak nie wyszło na to, że z Błędnych Skał wynieśliśmy tylko jakieś złe wspomnienia, zachęcam do zerknięcia na kilka zdjęć, które oddają piękno tego miejsca. To właśnie te widoki sprawiły, że nakręcono tutaj ujęcia do filmu „Opowieści z Narnii – Książę Kaspian”, o czym nie mieliśmy wcześniej pojęcia.

Mimo że labirynt obchodzi się w niecałą godzinę lub pół, jeśli spaceruje się takim tempem jak większość zwiedzających, to na terenie samego parku spędziliśmy koło 4-5 godzin, co pozwoliło nam odświeżyć umysły i spędzić naprawdę przyjemny dzień. Warunkiem rzeczywiście musi być dobra pogoda i nieco więcej wolnego czasu, ale jak najbardziej polecamy tego typu wędrówki. Trzeba dbać o zdrowie psychiczne w tak ciężkich czasach, jakie nastały.

Pizzeria Me Gusta na uzupełnienie kalorii

Na koniec udaliśmy się pod pizzerię Me Gusta w Kłodzku, gdzie udało nam się zamówić pizzę na wynos (opcja stacjonarna nie była możliwa ze względu na obostrzenia rządu). Musieliśmy jednak dzwonić już z drogi, bo jak wspominałam, z zasięgiem mieliśmy niemałe problemy. Zjedliśmy na tylnych siedzeniach samochodu i cóż mogę rzec? Na pewno nie były to najlepsze warunki ani najlepsza pizza, jakiej kosztowaliśmy. Walory smakowe pozostawiały trochę do życzenia, z drugiej strony byliśmy tak głodni, że nie zamierzaliśmy narzekać. Uważajcie jednak, zamawiając pizzę z rukolą – bo choć ogólnie była smaczna, to liście wydawały się nie do końca dobrze umyte. Od czasu do czasu między zębami zgrzytnął piasek, wyciągnęłam z buzi nawet małą grudkę. Pizzeria ma jednak całkiem dobre oceny na Google, więc zakładam, że to nieszczęśliwy przypadek. Obsługa wyraźnie cieszyła się, że zobaczyła nasze twarze, a my z kolei byliśmy zadowoleni, że możemy wesprzeć jakoś branżę gastronomiczną jako naczelne łasuchy.

Na dziś to wszystko – życzymy Wam więc wszystkiego dobrego i mam nadzieję, że dowiedzieliście się dzięki nam czegoś nowego. Zachęcam do pozostawienia po sobie śladu i odwiedzenia mojego fanpage’a na Facebooku oraz konta na Instagramie – odnośniki po prawej stronie na górze!

Lwów cz.2 – Gdzie kupić ukraińską kartę SIM, jaki transport wybrać i co zwiedzić?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć naszego pierwszego dnia pobytu we Lwowie. Będzie parę słów na temat codziennej rzeczywistości miasta, nieco o ludziach oraz ich nastawieniu, a także o cenach czy jedzeniu. Znajdziecie tu także porady odnośnie zaopatrzenia się w ukraińską kartę SIM, a także poznacie zwiedzaną przez nas trasę. Nie zabraknie zdjęć czy opisów kluczowych atrakcji takich jak kościół św. Elżbiety, katedra św. Jura lub Lwowski Uniwersytet Narodowy. Wyłożę też parę najważniejszych zasad w kontekście korzystania z komunikacji miejskiej. Zapraszam na:

Jak już wspominałam – na miejsce przyjechaliśmy w granicach szóstej nad ranem, więc udaliśmy się do centrum w celu znalezienia baru, w którym moglibyśmy zjeść śniadanie. Większość z nich nie ma angielskiego menu (mówimy tutaj o miejscach, które nie znajdują się na starówce) i od samego początku czułam niemały dyskomfort ze względu na to, że prawie wszystko musiał mi czytać Igor, jako że ukraiński bazuje na odmianie cyrylicy. Z czasem nauczyłam się, który znaczek oznacza jaką literę; oczywiście nie znałam wszystkich, ale to już umożliwiło mi domyślanie się wielu słów, które wymawiane na głos, przywodziły od razu konkretne skojarzenia do ich polskich odpowiedników. Na początku jednak nie jest łatwo, we Lwowie tylko w niektórych częściach miasta angielski stoi na komunikatywnym poziomie, co sam po sobie przyznał nawet Igor. W tym wypadku szczęściarzami mogą nazwać się pokolenia, które zdawały rosyjski – my zaś możemy poczuć się tak jak one, gdy ruszają na zachód Europy bez znajomości angielskiego. Na szczęście pozostają jeszcze migi i nauka podstawowych zwrotów typu „Dzień dobry!”, „Proszę” czy „Dziękuję”, które czasami potrafią zdziałać cuda.

SMAKI UKRAINY – CZEGO WARTO SKOSZTOWAĆ?

Na Ukrainie serwuje się hot dogi, ale często w nieco innym wydaniu, niż znamy je w Polsce (chociaż takie też istnieją). Parówkę podaje się w placku na tortillę, a do środka dodaje się zwykłą oraz kiszoną kapustę z marchewką. To wszystko doprawia się przeważnie nieco ostrym sosem i jest całkiem smaczne, aczkolwiek chyba wolę tradycyjną formę. Z czymś podobnym można spotkać się czasami w Niemczech na stacjach benzynowych i wydaje się trochę lepsze, ale też odpowiednio droższe.

Niskie ceny to z pewnością atut Lwowa. Mimo że miasto uchodzi za jedno z bardziej turystycznych w kraju, to i tak jest znacznie taniej niż w Polsce, zwłaszcza w supermarketach, gdzie większość produktów kupujemy za złotówkę czy dwie. To świetny sposób na skosztowanie lokalnych smakołyków, głównie słodyczy i alkoholu. Pamiętam, że za jakieś pięćdziesiąt złotych obkupiłam się tak, że ledwo ciągnęłam za sobą walizkę – wiadomo, tu coś trzeba przywieźć do domu, tu znajomym ze studiów, a w dodatku zbliżał się dzień chłopaka, więc ukraińskie piwa stanowiły wspaniały prezent (chociaż ponoć są dość słabe pod względem procentowym).

Sklepy spożywcze otworzyły się nad ranem najszybciej, więc poszliśmy oglądać produkty z czystej rozrywki – ja na przykład naprawdę to lubię. Nie tylko dlatego, że jestem strasznym głodomorem, ale istnieje ogromna różnica między np. marketem w Polsce, we Włoszech czy na Ukrainie i to pod wieloma względami; wystroju, asortymentu, obsługi. To też taki zalążek, jeśli chodzi o poznawanie tradycyjnych smaków danego kraju. Lwów zapamiętałam najbardziej z mnóstwa różnorodnych drinków za bezcen – w wąskich buteleczkach z długą szyjką, w malutkich puszeczkach, w standardowych puszkach z pięknym, kolorowym designem (kupiłam np. alkohole na bazie papai czy kaktusa, ale nie były zbyt porywające).

Jeśli natomiast chodzi o słodycze, to niesamowite są krążki z marcepanowo-migdałowego ciasta, które połączone są ze sobą czymś w rodzaju lukru. Kiedy się je przeżuwa, skleja się cała buzia, a smak jest powalający. Nie mogę sobie niestety przypomnieć ich nazwy (niestety minął już rok, musicie mi wybaczyć), szukałam ich również w Internecie, ale sam opis powinien wystarczyć do znalezienia ich. Dla fanów słonych smaków polecam za to grenki – zwykłe grzanki, troszkę jak znane nam bakerollsy, jednak bardziej wypieczone i obtoczone w różnych przyprawach. W Polsce można dostać je w sklepach z zagranicznymi smakołykami (ja swoje otrzymałam w paczce niespodziance ze Scrummy.pl), natomiast różnica w cenie jest ogromna. W Polsce trzeba wydać 10 zł lub więcej za otrzymanie paczuszki, natomiast na Ukrainie ten produkt otrzymamy za ok. 3 zł. To była ta chwila, kiedy myślałam, że popłaczę się ze szczęścia, gdy kupiłam dwie paczki.

GDZIE I ZA ILE KUPIĆ UKRAIŃSKĄ KARTĘ SIM?

Gdy skończyliśmy zakupy i zjedliśmy batonika (Igor szybko zrozumiał, że mój optymizm jest wprost proporcjonalny do spożytych kalorii), udaliśmy się w poszukiwaniu najbliższego punktu, gdzie można kupić ukraińską kartę SIM, by cieszyć się później darmowymi rozmowami i przede wszystkim Internetem (bez tego kontakt ze światem jest średnio możliwy, bo koszty połączeń są absurdalne, ok. 5 zł za minutę rozmowy). Nie jest to najtańsza rzecz na świecie, w dodatku wyczerpuje się dość szybko, zwłaszcza jeśli korzystają z niej dwie osoby (na początku udostępnialiśmy sieć hotspotem, natomiast ta opcja po jakimś czasie się blokuje i zostaje tylko przekładanie karty z telefonu na telefon). Zaznaczę przy tym, że na pewno nie używaliśmy danych w takim stopniu jak w Polsce, raczej obchodziliśmy się z nimi dość oszczędnie, ale i to nie pomogło, więc doładowywaliśmy konto, wysyłając SMS-y na wskazany numer telefonu (znajomość ukraińskiego dość mocno się tu przydaje). Z tego co się jednak orientuję, jeśli nie macie przyjaciela ze wschodu, to warto zaopatrzyć się w taką kartę jeszcze w Polsce, kupując ją przez Internet, np. za pośrednictwem Allegro. Koszty są różne, ale przeważnie wahają się od 30-80 zł, w zależności od preferencji. Jeżeli natomiast bariera językowa Wam nie przeszkadza, to produkt można nabyć na Ukrainie dosłownie w każdym punkcie, który ma cokolwiek wspólnego z telefonami, a także na osobnych straganach, które są ku temu specjalnie przeznaczone.

Niedługo później, kiedy ten temat mieliśmy już z głowy, spotkaliśmy się z koleżanką Igora, Marianną, która pomogła nam po znajomości załatwić mieszkanie na kilka dni we Lwowie. Dziewczyna uśmiechała się niemalże cały czas, mimo że zawracaliśmy jej głowę w dzień roboczy o tak wczesnej godzinie, a Igor musiał być naszym tłumaczem. Co więcej – kupiła dla nas dwie siaty jedzenia i podarowała kilka słoików zakonserwowanych czy zakiszonych przez siebie produktów (paprykę, fasolkę szparagową, bakłażany – dosłownie wszystko). Nie wiedzieliśmy nawet, jak mamy się jej odwdzięczyć, zwłaszcza że za mieszkanie też upierała się zapłacić. To było bardzo miłe z jej strony, że potrafiła rzucić wszystko na te parę dni, by nam pomóc. Później często wychodziliśmy razem na obiad czy karaoke, a Marianna na ten czas potrafiła pogodzić życie rodzinne, zawodowe i czas dla nas. Codzienność we Lwowie biegnie w nieco innym tempie i absolutnie zazdroszczę spokoju ducha młodym ludziom, którzy potrafią zakręcić się dosłownie przy każdej pracy i być zadowoleni z tego, co mają.

Nie ukrywam, że dzięki pomocy dziewczyny zaoszczędziliśmy trochę pieniędzy, bo akurat noclegi na Ukrainie do najtańszych nie należą. Dostaliśmy dwa pokoje, a z kuchni korzystaliśmy głównie w przypadku śniadań, kiedy wyjadaliśmy wszystkie produkty kupione przez Mariannę, jedząc ogromne porcje makaronu z dodatkami.

TRANSPORT PO MIEŚCIE I KUPNO BILETÓW

Zanim jednak powiem, co zwiedziliśmy, pozwolę sobie zaprezentować, jak wyglądało nasze poruszanie się po mieście. Oprócz tego, że przeszliśmy miliony kilometrów na nogach, głównie wsiadaliśmy w autobusy, rzadziej w tramwaje. Warto jednak zdać sobie sprawę, że nie są one takich standardów jak np. w Poznaniu, Wrocławiu, a już tym bardziej w Warszawie. Na pewno widujecie w tych miastach jeszcze te stare tramwaje ze schodkami, bez klimatyzacji, dość chybotliwe i głośne. We Lwowie to raczej standard i to całkiem dobry. Z autobusami jest podobnie, chociaż na Ukrainie są one dużo krótsze, coś pomiędzy autobusem a busem. I tutaj dwie dość istotne informacje – na wielu liniach nie istnieje coś takiego jak rozkład jazdy. Często na przystanku widnieje numer albo kod do zeskanowania, dzięki któremu niejako dajemy kierowcy znać, że ma zatrzymać się na danym przystanku i że potrzebne jest uruchomienie kursu. Dość dziwne, niezbyt wygodne i straszne nowoczesne rozwiązanie. Rzadko jednak się z tego korzysta, bo środki transportu kursują non-stop i często załapuje się już na coś, co załatwił ktoś inny, a tak przynajmniej Igorowi ten wynalazek wytłumaczyła jedna z pasażerek.

Sprawa numer dwa – nie kupimy biletu w autobusie, a przynajmniej nie w sposób elektroniczny, tylko i wyłącznie tradycyjnie. Trzeba mieć odliczoną kwotę, a jeśli nie… to nikt specjalnie się tym nie przejmuje. Przejazd dzienny kosztuje 8 UAH (1 hrywna = 0,15 złotego, czyli ok. 1,20 zł), natomiast nocny 14 UAH (ok. 2,1 zl). Igor opowiadał mi jednak, że możemy dać kierowcy niewyliczoną sumę. Kiedy będzie mieć resztę… to po prostu zawoła kwotę i poda ją najbliższemu pasażerowi, żeby przekazał pieniądze do tyłu. No i te pieniądze tak sobie wędrują w wężyku i wędrują, aż w końcu trafiają do Ciebie, tyle że jest ich o połowę mniej, bo resztę zabrali pasażerowie w ramach haraczu i nikogo to specjalnie nie dziwi ani nie oburza. Trzeba więc przygotować się na każdą ewentualność – albo pieniężnie, albo mentalnie.

Nie zdziwcie się też, kiedy zaraz obok kierowcy zobaczycie materac z kocem idealnie wpasowany we wnętrze autobusu. Najwyraźniej odpoczynek w pracy lub pomiędzy kursami nie jest wcale niczym dziwnym, a brak prywatności w dużym stopniu nikomu nie przeszkadza.

Z okna autobusu możemy podziwiać niespotykane dla nas, Polaków, zjawiska, zwłaszcza kiedy stoimy na czerwonym świetle. Najbardziej utkwiła mi w głowie transakcja sprzedaży kota na mieście. Mężczyzna trzymał go na rękach, kobieta przekazała mu pieniądze, a on bez żadnej klatki czy torby podróżnej wcisnął jej zwierzę pod pachę. Być może to nie jest tradycyjny obraz, jaki możemy spotkać na drodze, fakt faktem zjawisko wydało mi się tak niespotykane, że pozwoliłam sobie na opisanie go tutaj. W podróży warto być przygotowanym na wszystko 😉

KOŚCIÓŁ ŚW. ELŻBIETY

Jednym z pierwszych miejsc, które ukazały się naszym oczom, był kościół św. Elżbiety. Lwów pęka w szwach, jeśli chodzi o takie punkty sakralne, natomiast ten stanowi jeden z moich ulubionych. Znajduje się niedaleko dworca autobusowego, w Śródmieściu, i uchodzi za jeden z głównych punktów orientacyjnych. Wybudowano go około 1000 lat temu i uznawano za największą świątynię w mieście, a także za jeden ze wspanialszych zabytków dawnej Rzeczpospolitej. W czasie wojny budowla poniosła wiele strat w wyniku bombardowania, a po 1945 roku służyła jako magazyn pożywienia. Mimo tego to właśnie zewnętrzna fasada utrzymała się w dobrym stanie, natomiast środek kościoła celowo zdewastowano i, jak to często bywa w takich przypadkach, karma szybko powróciła. Z obiektu swego czasu wynoszono wszystkie krzyże, a żołnierz, który chciał pozbyć się jednego z nich, został przezeń przygnieciony i zginął. Późniejszy remont kościoła rozpoczęli Polacy, a z pierwowzoru możemy podziwiać dziś tylko ambonę.

KATEDRA ŚW. JURA

Zaraz później poszliśmy do katedry św. Jura, oddalonej o 800 metrów. Piękne miejsce na zdjęcia, duża powierzchnia do przechadzek zarówno po zabudowanej części, jak i przylegających ogrodach. Po drodze, gdziekolwiek tylko się uda, widnieje mnóstwo pomników – część jest poświęcona bohaterom narodowym lub artystom, natomiast gdziekolwiek by nie spojrzeć, historia polska zaciera się z ukraińską. Już dla mnie było to mocno dostrzegalne, natomiast sądzę, że starsze pokolenia widziałyby to jeszcze intensywniej.

Jeśli chodzi o budowlę, to jest ona starsza od poprzedniczki o dwieście lat i uznaje się ją za najdoskonalsze dzieło późnego baroku. Przepych widać na każdym kroku, cala fasada pokryta jest licznymi zdobieniami i katedra wygląda, jakby od zawsze stała w nienaruszonym stanie. Miejsce, które na pewno warto zobaczyć, zwłaszcza że zostało wpisane na światową listę UNESCO. Pod spodem prezentujemy Wam kilka zdjęć, z których część wykonał Igor, za co bardzo dziękuję.

PARK KOŚCIUSZKI I UNIWERSYTET LWOWSKI

Stamtąd przeszliśmy około kilometra przez park Kościuszki (zadziwiające, ile we Lwowie jest terenów zielonych i w jak dobrym stanie są one utrzymane), gdzie przyszło nam obserwować takie zjawiska jak zabetonowane od środka drzewa, a także  huby porośnięte pajęczynami bądź wielkie kokony pająków przypominające huby, kto jak woli. Pamiętam, że szłam tamtędy, a wszystko wydawało się nowe, dziwne, ale też fascynujące. Zaskoczenie sięgnęło jednak zenitu, kiedy doszliśmy do Lwowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Iwana Franki. No bo wiecie, jesteśmy w tym wieku, że zarówno Igor, jak i ja, jeszcze studiujemy. W innych miastach, ale standard kampusu jest zawsze mniej więcej taki sam. Czasem zdarzy się nowocześniejszy wydział, ale w większości przypadków – nic specjalnego. Być może jeśli chodzi o Lwów, jest podobnie, natomiast to, co zobaczyłam, wprawiło mnie w osłupienie. Z zewnątrz uczelnia nie wygląda jak nie wiadomo co, nawet jeśli jest jednym z najlepszych uniwersytetów Ukrainy, ale w środku…

Generalnie do wnętrza uniwersytetu nie ma wstępu wolnego, zawsze trzeba się legitymować. Mieliśmy jednak szczęście, bo wewnątrz trwała akurat jakaś uroczystość, która być może wiązała się z rekrutacją na studia, dniami adaptacyjnymi bądź obroną prac (na to wskazywałby w każdym razie okres, w którym zwiedzaliśmy) i przemiał ludzi był dość duży, dlatego bez problemu obeszliśmy cały budynek. Przywodził mi na myśl Hogwart, tyle że biały, zamiast ciemny i ponury, a do tego bez ruchomych schodów i świeczek lewitujących w powietrzu. Nie chcę powiedzieć, że to sama przyjemność uczyć się w salach takich jak te, jednak na pewno większa niż zwykle, zwłaszcza w rzeczywistości wirtualnych wykładów prowadzonych przez Teams. Musicie przyznać, że wrażenie robi niezłe, mimo że widok za oknem niespecjalnie powala.

NAJSTARSZY BANK LWOWA

Ostatnie zdjęciem, które dziś tutaj zobaczycie, zostało zrobione Galicyjskiemu Bankowi Krajowemu czy też inaczej Galicyjskiej Kasie Oszczędnościowej, która uchodzi za najstarszy bank w mieście. Znajduje się nieco ponad kilometr od uniwersytetu, zaraz obok kawiarni „Kraków” i „Praga”. Kiedyś swoją filię miał np. w Krakowie czy w Białej, a następnie w Warszawie po uzyskaniu przez Polskę zupełnej niepodległości po wojnie. Wtedy też zmienił nazwę na Polski Bank Krajowy, który został wchłonięty przez Bank Gospodarstwa Krajowego. Do dziś możemy jednak obserwować budynek, od którego wszystko się zaczęło.

To już wszystko z mojej strony. W następnym wpisie zaprezentuję Wam Operę Lwowską, opowiem nieco o wieczorach na starówce, pokażę z góry całe miasto, a także po raz kolejny odwiedzę jeden z ważniejszych pomników dla Polaków, przedstawiający naszego wieszcza narodowego, Adama Mickiewicza. W kolejnych wpisach również relacja z odwiedzenia Cmentarza Łyczakowskiego i przede wszystkim Orląt Lwowskich. Serdecznie zapraszam, a jeśli niecierpliwisz się równie mocno jak ja, to zapraszam za ten czas do obserwowania mojej aktywności na Instagramie i fanpage’u na Facebooku – odnośniki znajdziecie po prawej u góry.

Rogów opolski i Moszna – starcie zamków: dlaczego warto jechać, za ile oraz co warto zobaczyć po drodze?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć jednodniowej wycieczki w celu zobaczenia dwóch zamków: w Rogowie Opolskim oraz Mosznej, a także Fabryki Robotów. Tradycyjnie wybrała się nas dwójka, choć inna niż zwykle, a wyjazd miał charakter raczej romantyczny, nacechowany chęcią ucieczki od świata, w którym od dawna nie mówi się o niczym poza koronawirusem. W dobie pandemii to świetne miejsca, w których nacieszycie oczy, a równocześnie nie wydacie zbyt dużej kwoty pieniędzy i świetnie spędzicie czas. Wspomnę parę słów o „ekstremalnym zwiedzaniu”, a także o tym, jak turyści godzą się ze znoszeniem obostrzeń i czy czuliśmy się podczas całego dnia bezpiecznie. Zapraszam na:

W podróż wybraliśmy się w niedzielę 31 maja. Planowaliśmy ją już wcześniej, tyle że w nieco okrojonej wersji. Podejrzewaliśmy, że nasze zwiedzanie zakończy się na parku i terenach zielonych wokół fortyfikacji w Mosznej, jednak dosłownie trzy dni przed wyjazdem okazało się, że na nowo praktykowane jest tam coś, co nazywa się „zwiedzaniem ekstremalnym”, które oprócz zwykłej trasy turystycznej wewnątrz zamku gwarantuje też dostęp do większej ilości pomieszczeń i dużą dawkę chodzenia. Zwykle grupy składały się z 12-stu osób, teraz tę liczbę ograniczono do 6-ciu. Załapaliśmy się więc dopiero na wcześniej wspomniany przeze mnie weekend na godz. 17.00. Obecnie istnieją tylko dwa terminy dziennie – właśnie ten i kolejny o 18.30 (tylko w piątki, soboty i niedziele).

Wiedzieliśmy jednak, że zwiedzanie ma trwać jedynie półtora godziny, więc nawet chodząc kolejne tyle po parku i ogrodach, brakowało nam wypełnienia czasu tak, żeby wyrwać się z domu na pełny dzień. Postanowiliśmy więc wstąpić po drodze do Rogowa Opolskiego, bo po krótkich poszukiwaniach okazało się, że też można odnaleźć tam zamek – nie tak okazały jak w Mosznej, jednak wzbudził naszą ciekawość. Nie mieliśmy jednak zbyt dużego szczęścia, bo przez cały weekend zapowiadano opady i z tego też względu sporządziliśmy plan awaryjny, czyli pobyt gdzieś, gdzie można się ogrzać i posiedzieć w zamkniętym pomieszczeniu. Okazało się, że taki obiekt znajdował się tuż obok naszego celu w Mosznej – Fabryka Robotów, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. Czytając o tym miejscu, od razu przyszła mi na myśl Galeria Figur Stalowych w Krakowie, którą odwiedziliśmy wraz z przyjaciółmi już parę ładnych lat temu i zrobiła na nas bardzo pozytywne wrażenie.

ZAMEK W ROGOWIE OPOLSKIM

Tym razem nie podam Wam żadnych innowacyjnych i ciekawych sposobów na dojazd, bo my od tych atrakcji mieszkamy niedaleko (a mimo tego nigdy nie widzieliśmy ich na żywo), więc wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy. Co mnie zaskoczyło, jeśli chodzi o zamek w Rogowie – wiedziałam, że to niezbyt rozsławiona atrakcja, ale nie spodziewałam się, że aż do tego stopnia, że nie przewidziano dla niej parkingu. Przejeżdża się przez mostek, staje właściwie tuż przy ścianie budynku, zaraz obok ogródka. Oprócz nas przyjechały może dwa auta i tyle też osób spotkaliśmy na swojej drodze – generalnie pustki, czyli zupełnie inny obraz, niż możemy dostrzec w Mosznej. Miało to jednak urok, zwłaszcza kiedy spacerowało się po przyległym parku.

Sam zamek wprawił nas w lekkie osłupienie przede wszystkim dlatego, że na wszystkich zdjęciach był żółty i wydawał się dość duży. Niedawno ktoś jednak musiał go przemalować, bo w końcu doszliśmy do wniosku, że ten trochę większym dom z ozdobnymi balustradami i może jedną dekoracją to rzeczywiście miejsce, do którego przyjechaliśmy. O samej budowli nie wiemy zbyt wiele poza tym, że pochodzi z czasów renesansu. W 1932 r. służyła jako obóz szkoleniowy dla Hitlerjugend, ostatecznie w 1945 r. przekształcając się w przedszkole, a następnie magazyn zboża. Dwa lata później usunięto z kaplicy na tym terenie trumny poprzednich właścicieli zamku o nazwisku Haugwitz i pochowano je na nowo w zupełnie bezimienny sposób. Po latach okazało się, że miejsce spoczynku zostało wyasfaltowane i przykryte przez śmietniki. Odnaleziono je jednak, dokonano ekshumacji i ciała ponownie przewieziono na teren pałacu.

Oprócz samej atrakcji możemy przejść się niewielkim parkiem, gdzie widnieje altana i kilka imponujących drzew uznanych za pomniki przyrody. Co ciekawe, zaraz za zamkowym murem rozciąga się zupełna dzicz – las, bujne chaszcze i trawy, wśród których można dostrzec sarny, a przynajmniej my mieliśmy takie szczęście. Tak oto prezentowała się całość:

FABRYKA ROBOTÓW

Zaraz potem udaliśmy się w stronę Mosznej i Fabryki Robotów. Baliśmy się, że ze względu na ograniczenia i określoną ilość osób, które mogą przebywać w środku, przyjdzie nam czekać dość długo na zewnątrz, a jednak zupełnie niesłusznie. Zresztą nawet gdybyśmy nie weszli od razu, to zwiedzanie zajmuje dosłownie 10-15 minut. Czy mimo tak krótkiego czasu polecamy wejście do środka? Raczej tak, zwłaszcza że cena nie jest zbyt wygórowana – 15 zł za osobę dorosłą, jeszcze mniej w przypadku studentów czy dzieci.

Jak ma się to do jakości? Nie najgorzej, chociaż jeśli miałabym do wyboru Fabrykę a Galerię Figur Stalowych w Krakowie, to z pewnością wybrałabym drugą opcję. Eksponatów uświadczycie znacznie więcej, poza tym odwołują się również do bajek, nie tylko filmów sci-fi. Można ich dotykać, a w przypadku pojazdów wchodzić do środka czy nawet ruszać niektórymi elementami. Jeśli ktoś z Was byłby zainteresowany większą ilością informacji, to bardzo chętnie odpowiem na pytania mailowo bądź w wiadomości prywatnej na Facebooku.

Wracając jednak do atrakcji w Mosznej – na miejscu możemy zobaczyć filmik, na którym pokazano, jak powstaje jeden z większych modeli robotów. Bardzo dużo figur bazuje na Star Wars lub Transformers, więc jeśli jesteście fanami, to na pewno się tam odnajdziecie. Raczej mało eksponatów wychodziło poza schemat – parę Minionków czy Wall-e, który akurat niesamowicie przypadł mi do gustu. Podobało mi się też, że przy każdej postaci widniała tabliczka z opisem, ile czasu zajęło jej wykonanie. Niektóre z nich powstawały nawet parę lat, ponad 300 godzin, a ogrom pracy w nie włożony wywołuje duży podziw. Parę robotów wydaje dźwięki i rusza się, choć nie są to na pewno spektakularne wygibasy. Czy polecamy? Żeby jechać do Mosznej tylko po to, by specjalnie zobaczyć muzeum, to niespecjalnie, ale jako dodatkowa atrakcja dołączona do zamku jest świetna i uzupełnia czas, jeśli został Wam go nadmiar. Zresztą może się okazać, że jeśli jesteś freakiem na punkcie robotów, to będziesz cykać sobie zdjęcia z każdym pojedynczym eksponatem, jak to robiła para przed nami (choć dziewczyna wydawała się już mocno zmęczona i zakłopotana). Pod spodem kilka zdjęć na zachętę:

ZAMEK W MOSZNEJ – ZWIEDZANIE

Jeśli zdecydujecie się na zwiedzanie w takiej kolejności jak my, to polecam zostawić auto przy muzeum, bo dzieli je od zamku zaledwie 200 metrów. My z początku chcieliśmy podjechać, ale akurat były Zielone Świątki i z tego też względu w okolicach kościoła odbywały się różne uroczystości, z racji których największy parking w okolicy przemieniono w strefę płatną, gdzie panował ogromny ścisk. Pewnie w inne dni jest lepiej, ale jako że nie możemy tego potwierdzić, to zawsze warto znać taki dodatkowy punkt na mapie.

Przed oficjalnym zwiedzaniem zamku została nam ponad godzina, więc poszliśmy przejść się ogrodami wokół. Wszystko to jest oczywiście obarczone dodatkową opłatą, tak więc za zwiedzanie ekstremalne zapłaciliśmy 38 zł od osoby dorosłej (32 zł z ulgą), a dodatkowo kolejne 10 zł (8zł) za wejście do palmiarni i wszystkiego, co znajduje się na zewnątrz. Wiosna mocno sprzyja takim przechadzkom, bo wokół gęsto rosną rododendrony i azalie w różnych kolorach, co chwilę da się dostrzec jakieś fioletowe, bordowe czy żółte kule. Jest jedna główna ścieżka i dwie boczne, od których odchodzi wiele odnóg. My przeszliśmy się dwiema z nich, chcieliśmy nieco odciąć się od ludzi, którzy co chwilę przystawali i robili sobie zdjęcia. Trafiliśmy nawet na ścieżkę, która kiedyś musiała uchodzić za „sportową” – co kilka metrów znajdowały się drążki, kółka czy ławeczki oraz tablice z poleceniami, co przy nich zrobić (np. 10 podciągnięć, 20 przeskoków). Chyba jednak nie cieszyło się to zbyt dużą popularnością, bo wszystko wygryzła korozja, a niektóre urządzenia stały się ledwo dostrzegalne spod chaszczy i zarośli. Dodatkowo w połowie musieliśmy zawrócić, bo na drogę zwaliło się pokaźne drzewo.

To i jeszcze kilka czynników dało nam do myślenia, że na urok tego miejsca wpływa przede wszystkim pora roku, w mniejszym stopniu natomiast praca ludzka. Wiadomo, bilety wstępu na pewno nie dostarczały zbyt dużych funduszy ze względu na niską kwotę, ale osób odwiedzających zamek jest mnóstwo, więc powinno się to w miarę kalkulować. Mieliśmy jednak nieodparte wrażenie, że gdy tylko kwiaty zrzucą płatki, nie będzie już zbyt wielu rzeczy, którymi nacieszylibyśmy oczy. Chyba że sarnami, które są zamknięte na wygrodzonym poletku nieopodal zamku – jeśli dobrze ich poszukacie, to może nawet będziecie w stanie dotknąć ich przez płot, są bardzo przyjaźnie nastawione do ludzi. Ach, no i nie zapominajmy o pomnikach przyrody – ogromnych dębach, których konar jest tak gruby, że mogłoby go równocześnie objąć 5-6 ludzi, czego dowód znajdziecie poniżej.

Co do wrażeń z samego zamku – cóż, z zewnątrz rzeczywiście wygląda bajkowo i nie dziwne, że wzbudza zainteresowanie nawet za granicą. W chwili dodawania relacji z pobytu na Instagrama, kilka osób pisało do mnie i mówiło, że nie miało pojęcia o istnieniu takiej budowli w Polsce. Cóż, trzeba przyznać, że na pierwszy rzut oka niczego jej nie brakuje – a co, jeśli wejdziemy do środka?

Palmiarnia nie robiła na nas zbyt dużego wrażenia – no ładna, ale w środku tłumy i zaduch, nic specjalnego. Kawiarnia w zamku nie aż tak droga jak mogłoby się wydawać – przepyszna gorąca czekolada topiona na miejscu i smaczne desery, więc na pewno się nie rozczarujecie. Obsługa co chwilę dezynfekuje stoliki i rzeczywiście przestrzega ograniczeń ilościowych wobec klientów, barykadując wejście.

Zbiórka i odbiór biletów na zwiedzanie ekstremalne odbywa się przy wewnętrznej recepcji. Obowiązuje nakaz noszenia maseczek! Na przewodnika czekaliśmy my i jeszcze dwa małżeństwa w średnim wieku. Oprowadzał nas Adam P. i o ile o samej historii zamku opowiedział, o tyle jego zakres wiedzy i sposób wygłaszania przemyśleń pozostawiał odrobinę do życzenia (zwłaszcza w oczach jednego z mężczyzn, który komentował to, gdy tylko miał okazję). Często wydawało mi się, że ilekroć padało jakiekolwiek pytanie, przewodnikowi ciężko było na nie odpowiedzieć. Niestety będąc po kursie pilockim, wyłapywałam dużo błędów, które popełniał, no ale zapewnił odpowiednią atmosferę w grupie, był bardzo wyluzowany i, co akurat uznaję za ogromny plus, miał fajne podejście co do samego zwiedzenia. Pomijając, że zaraz kiedy zniknął z oczu innych ludzi, pozwolił na zdjęcie maseczek, to pozwalał nam także wchodzić w takie miejsca, które podczas epidemii są raczej niedostępne dla turystów. W opisie zwiedzania dodatkowo możemy zaobserwować notę, że za zwiedzanie wież należy się dodatkowa opłata, my natomiast na jedną z nich (myśliwską) otrzymaliśmy dostęp. Koniec końców byliśmy bardzo zadowoleni z takiego obrotu sprawy mimo różnych uwag.

Trasa nie jest długa i mimo że nazywa się ją „ekstremalną” to niewiele z tej nazwy spotkamy na swojej drodze. Dużo jest jakichś takich tandetnych ozdób zrobionych typowo pod dzieciaki, dodatkowo zdziwił mnie fakt, że wnętrze zamku poza kilkoma salami nie prezentuje się kwitnąco. Nie mówię tu już nawet o obszarach, gdzie panuje po prostu pustka, ale także o tych znajdujących się na drodze turysty. Widać, że bardzo duża część przedmiotów to jakieś pudła i graty zostawione przez pracowników – niby nic, ale jednak troszkę kole to w oczy. Przyszykujcie się też na bardzo specyficzny zapach stęchlizny i kapusty, którego raczej nie sposób pozbyć się z tak dużego obiektu wyłącznie poprzez otwieranie okien.

No ale żeby nie wyszło, że tylko tu sobie gderamy – wycieczka ogólnie nam się podobała. Zobaczyliśmy najbardziej luksusowy apartament z wręcz powalającą wanną w takich rozmiarach, że można by się w niej kąpać na stojąco, dwie piwnice (dawną kuchnię i miejsce pochówku, które jednak okazało się zbyt wilgotne – do tego stopnia, że podczas deszczu turyści muszą stać na specjalnej platformie), mnóstwo korytarzy, salę myśliwską, krużganki i wiele innych. Mnie jednak bezsprzecznie najbardziej podobał się widok rozciągający się z najwyżej wieży, spójrzcie sami.

Przy okazji dowiedziałam się też, dlaczego zamek nazywa się zamkiem 365 pomieszczeń i 99 wież, których przecież nie ma już na pierwszy rzut oka. Otóż te „wieże” to wszystkie elementy, które wystają ponad powierzchnię dachu – spójrzcie, jak łatwo można nagonić klientów i stworzyć smaczek, który tak naprawdę wcale nie istnieje. Magia turystyki 😉

ZAMEK W MOSZNEJ – FAKTY I CIEKAWOSTKI

Żeby jednak nie było, że zarzucam Was samymi wrażeniami – kilka sprawdzonych informacji o samym zamku. Wszystkiego Wam nie opowiem, bo wtedy zwiedzanie nie ma większego sensu (a przecież możecie trafić do pana Adama), ale co ciekawsze fakty może zechcecie przyswoić. Warto wiedzieć, że korytarze, którymi będziecie się przechadzać, to pozostałości po kiedyś istniejącym w zamku ośrodku psychiatrycznym i lazarecie (II wś). W zamku do dziś oprócz różnych festiwali  czy świąt na zewnątrz (np. święto kwitnącej azalii) odbywa się wiele występów teatralnych, a także koncertów w kaplicy (która notabene kiedyś została przerobiona na stajnię, do której konie schodziły po schodkach). Ostateczny kształt zamku możemy obserwować od czasu, kiedy część budynku spłonęła. Gdy teraz się tak zastanawiam, to chyba nie znam zamku, którego dzisiejsza forma wyklarowała się inaczej niż przez pożar czy wojnę (ten akurat tej tragedii uniknął). Wiele przylegających do niego miejsc powstawało w różnych okresach, stąd różne style architektoniczne wielu z nich. No i na koniec fakt dla fanów kina – to właśnie tutaj nakręcano sceny do Testu Pilota Pirxa.

Ostatecznie na pewno polecamy wejście do środka zamku, nie tylko obserwowanie jego murów z zewnątrz. Nie obiecuję, że wszystkie widoki będą godne zobaczenia, jednak warto unaocznić sobie, jak cienka w tym wypadku jest granica między bogactwem a pustką po minionych latach świetności. Mamy jednak czym się pochwalić i na pewno, jeśli tylko szukacie atrakcji na weekend, to nie będziecie zawiedzeni – budowla zapewnia oku estetyczne pocieszenie.

Z mojej strony to byłoby już na tyle – dajcie znać, czy te tereny są Wam znane, czy też jeszcze nigdy nie mieliście sposobności ich zobaczyć. Mam nadzieję, że Was zachęciłam i przedstawiłam kilka faktów, o których do tej pory nie mieliście pojęcia. A w razie gdyby jeszcze było Wam mało, to zachęcam do odwiedzania mojego fanpage’a na Facebooku oraz Instagrama – odnośniki po prawej na górze! Trzymajcie się ciepło.

Budapeszt cz.2 – czyli syberyjski cyrk, kraksa na hulajnodze i nocny spacer z widokiem na Dunaj

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć drugiego dnia naszego pobytu w Budapeszcie. Jeśli jeszcze nie przeczytałeś pierwszej części, to serdecznie zapraszam o tutaj, a jeśli interesuje Cię tylko to co tu i teraz, to też nic nie szkodzi i możesz zacząć od tego momentu. Tym razem udamy się na Plac Bohaterów, zobaczymy pokazy artystów z Jakucji i lodowisko tuż przy zamku, ruszymy pod parlament stanowiący jedną z najbardziej rozpoznawalnych ikon miasta i obejrzymy basztę rybacką, która z rybami nie ma wiele wspólnego. Zapraszam:

Niedługo po śniadaniu udaliśmy się na zwiedzanie. Codziennie jednak musieliśmy poświęcać mniej lub więcej przedpołudniowego czasu na to, by uczyć się do egzaminów, które niestety mimo sylwestra i innych przyjemności zbliżały się wielkimi krokami. Sesja nie kocha i żałuję tych godzin w książkach, których nie przeznaczyliśmy na eksplorację miasta, choć Budapeszt tak czy siak obeszliśmy bardzo intensywnie.

Plac Bohaterów

Tego dnia rozpoczęliśmy od Placu Bohaterów, więc na miejsce dotarliśmy niebieską linią metra do Deák Ferenc tér, a później przesiedliśmy się na żółtą i jechaliśmy aż do Hősök tere, czyli węgierskiego odpowiednika naszej atrakcji. Wysiadaliśmy prawie na końcu trasy, a gdy wyszliśmy z podziemi, naszym oczom niemal od razu ukazały się monumentalne budowle. Zaraz obok placu znajduje się Pałac Sztuki, a po przeciwległej stronie Muzeum Sztuk Pięknych, do którego niestety nie udało nam się wejść. Na pewno jednak zostawię sobie tę atrakcję na przyszły raz, jako że w środku możemy podziwiać obrazy Leonarda da Vinci czy Rembrandta albo rzeźby Thordvaldsena, który np. przyczynił się do przyozdobienia Starego Miasta w Warszawie – pomnik Kopernika jest właśnie jego autorstwa.

Plac nosi swoją nazwę od kolumny usytuowanej w jego centrum (Hősök emlékkövét). Utworzono ją po I wojnie światowej jako hołd dla poległych. To miejsce dla Węgrów ma znaczenie szczególne jeśli chodzi o nastroje polityczne; odbywały się tu liczne demonstracje, kiedyś pośrodku stał pomnik Stalina, później Lenina, a za taką oznakę wyciszenia można uznać symboliczny pogrzeb powstańców z czasów rewolucji węgierskiej 1956 roku. Zabudowa placu została utworzona na pamiątkę 1000-lecia państwa węgierskiego. Oprócz kolumny możemy też dostrzec dwie kolumnady, z których każda przedstawia postacie istotne dla tamtejszej historii.

Zamek Vajdahunyad

To na pewno jedno z ładniej zaaranżowanych i dostojnych miejsc w Budapeszcie, jednak nie wiadomo ile czasu tam nie spędzicie, zwłaszcza w zimie. My prosto stamtąd pomaszerowaliśmy na zamek Vajdahunyad znajdujący się w niewielkiej odległości. Największa atrakcja w tym okresie, która rzuca się w oczy, to bez wątpienia ogromne lodowisko rozciągające się z przodu murów. Mimo swoich rozmiarów, dzięki ładnej pogodzie i muzyce w tle, było praktycznie całe zapełnione, a wokół niego gromadziło się mnóstwo gapiów.

Sama budowla na czas zimowy przystrojona jest maleńkimi lampkami, a jej nazwa pochodzi od zamku rumuńskiego. Pomysł na wzniesienie wziął się z tego, że kiedyś w tym samym miejscu stała wystawa, podczas której twórcy prezentowali konstrukcje z nietrwałych materiałów. Mieszkańcom miasta spodobały się one na tyle, że postawiono je znowu, tym razem na większą skalę i ze sprawdzonego kruszcu. Dzięki temu dziś możemy obserwować kompleks budynków takich jak te, gdzie każdy z nich stanowi przykład innego stylu architektonicznego:

Na środku placu znajduje się pomnik Anonymusa dzierżącego złote pióro. Uznaje się go za węgierskiego kronikarza, ale jedyne, co o nim wiadomo, to że jego imię bądź nazwisko zaczynało się od litery „P”, bo tak się właśnie podpisywał. Miejscowa legenda głosi, że jeśli dotknie się tego pióra i pomyśli życzenie, to się spełni, aczkolwiek wersji tej opowieści jest bardzo dużo. Inna z nich stanowi, że po dotknięciu pióra będzie się miało znacznie więcej weny. Jeszcze inni wierzą (i to o dziwo bardzo często są panowie), że jeśli usiądzie się na kolanach posągu, to pozytywnie zda się maturę albo podwoi się swoją emeryturę. Cóż, niby nie zaszkodzi spróbować wszystkiego…

Wokół zamku znajdowało się też bardzo dużo budek i foodtrucków z ciepłymi przekąskami i grzanym winem, więc kiedy tylko obeszliśmy zamek dookoła, podążyliśmy za swoim węchem. Pech chciał, że gdy doszliśmy do końca ogrodzenia, okazało się, że dalej nie ma przejścia i trzeba wrócić. Z nami szła jednak jeszcze jedna równie rozczarowana para, która znalazła lepsze wyjście z sytuacji. W jednym miejscu płot po prostu się otwierał – troszkę jakbyście odchylali drzwi, tylko bardzo opornie, bo słup haczył o ziemię. Zapewniało to jednak pewną stabilność, więc jeśli tylko złapało się ruchomej części i przełożyło stopę na drugą stronę na murek, można było przejść bezpiecznie.

Pech chciał, że szłam trzecia i kiedy nadeszła moja kolej, coś się obluzowało, a ja omal nie runęłam w tył do wody. Zdążyłam tylko krzyknąć, oczy dziesiątek gapiów przed zamkiem skierowały się w moją stronę, a ja zawinęłam się na ogrodzeniu prawie tak, jakbym dawała pierwszy występ w strip-clubie na rurze, nie mając nawet pojęcia, że tego dnia mam tam wystąpić i że w ogóle tam pracuję. Maciek jednak po tylu latach znajomości zdawał sobie sprawę, że ze mną może wydarzyć się dosłownie wszystko, dlatego w porę przytrzymał ogrodzenie i jakoś przywrócił mnie do pionu. On oczywiście przeszedł normalnie, ja zrobiłam z siebie widowisko i poprawiłam wszystkim humor, a potem udaliśmy, że nic się nie stało, idąc dalej. Tak – ze mną nie ma nudy, ale do wstydu trzeba się przyzwyczaić.

To co dla mnie stanowi nieoderwalny element Budapesztu zimą, to właśnie stanowiska stojące na wolnym powietrzu, gdzie dostrzeżemy wielkie skrzynki czy misy z grzanym winem i pomarańczami ułożonymi po bokach. Tutaj bardzo dobra informacja dla miłośników tego typu trunków: żeby wytrzymać długie spacery na zimnie, przynajmniej jeden taki garnuszek trzeba było wypić. Nie wszędzie smakowały wyśmienicie, miały odpowiednią cenę czy tzw. „kopa”, ale o tym również wspomnę już przy okazji osobnego wpisu o węgierskiej kuchni i przysmakach. Pamiętam jednak, że to właśnie tam wypiliśmy wino ze zwykłej budki, które było tak mocne, że szybko uderzało do głowy.

Budki często oznaczano flagami; węgierską, niemiecką, włoską i takiego też typu przekąski serwowano w każdej z nich, a przynajmniej się starano. Gdzieniegdzie pojawiały się bardzo ciekawe rozwiązania funkcjonalno-architektoniczne takie jak na przykład ten piec:

Naszą uwagę najbardziej zwróciło jednak coś, co nazywało się kolbice. Troszkę można by to przyrównać do kebaba w bułce, troszkę do tortilli, ale nie znalazłabym polskiego odpowiednika tego przysmaku. W kulinarnym wpisie będzie można zobaczyć, co to też takiego było… 😀

Pokazy grupy cyrkowej z Jakucji

Cały dzień podporządkowaliśmy właściwie jednemu wydarzeniu, a mianowicie pokazom grupy cyrkowej z Jakucji (północna Syberia). Wystąpienie zatytułowane Snow Dream odbywało się w Fővárosi Nagycirkusz znajdującym się nieopodal Placu Bohaterów i Łaźni Szényiego. Bilety kosztowały nas ok. 4500 HUF od osoby, czyli około 58,5 zł biorąc pod uwagę, jakiej rangi było to wydarzenie, spożytkowaliśmy te pieniądze najlepiej, jak mogliśmy.

Wiecie, to nie był taki cyrk, jaki kojarzyłam ze swoich dziecięcych wyobrażeń czy opowieści albo różnych filmów. Nie tresowało się tam tygrysów czy słoni, a jedynymi zwierzętami, jakie zobaczymy na scenie, są psy – zadbane, wyczesane, merdające ogonami i dokarmiane po każdej sztuczce. Dało się zauważyć, że występ sprawia im radość, że w ogóle nie czują na sobie presji, a po prostu traktują wszystko wokół jako ogromną salę zabaw. Pokazały się dosłownie na dziesięć minut, nie więcej. Pozostałe sztuczki należały tylko i wyłącznie do ludzi, a patrząc na wysiłkowość niektórych z nich, to o artystów w tym wypadku martwiłabym się znacznie mocniej.

Zanim jednak weszliśmy na trybuny, mogliśmy odwiedzić wcześniej przygotowany namiot, w którym prezentowano zdjęcia i opisy obecnego życia w Jakucji. Aż ciężko wyobrazić sobie, jak pośród takiego wielkiego mrozu i ciężkich warunków bytowych uchowały się takie dusze, które ruszyły w świat, by czarować uśmiech na twarzach widzów, ale na całe szczęście tak się właśnie stało. Jeśli ktoś z Was w ogóle nie kojarzy, z czym to się je, to pod spodem zamieszczam kilka obrazów z grafiki Google, byście lepiej pojęli mój tok myślenia.

Nie wiem, czy kiedykolwiek byliście w jakimś cyrku i przede wszystkim w jakim. Ja na przykład nie i w mojej wyobraźni prócz zwierząt i przerażających klaunów wiele więcej nie było. W rzeczywistości zgadzały się trzy rzeczy: namiot w czerwono-białe pasy i arena otoczona rzędami wąskich ławeczek, ubiór personelu w czarne fraki z cekinowym wykończeniem i przede wszystkim: popcorn! Wiecie, żółtawy popcorn z masłem w tych opakowaniach jak na amerykańskich filmach. Reszta jednak przerosła moje najśmielsze oczekiwania, mimo że klaunów też musiałam zdzierżyć. Nie okazali się jednak tak straszni, jak ich diabeł malował.

Cały spektakl opierał się na opowiadaniu historii (niestety nie w języku angielskim, więc zrozumieliśmy ją tylko jak dzieci – na zasadzie kojarzenia obrazków, a i tak nam się podobało). Była królowa śniegu, były różne plemiona i wrogie siły, a w tle przewinęła się nawet piosenka z Krainy Lodu. Zawsze po scence rodzajowej następował występ, po występie przerwa serwowana przez klaunów w formie różnych wygłupów i interakcji z widownią, no i tak w kółko, tylko czasem w zmienionej kolejności. Grupy klaunów też były dwie – jedna europejska, miejscowa, a druga z Jakucji. Dało się zresztą dostrzec, że poza głównymi gwiazdami program jest uzupełniany też „stałym” repertuarem węgierskich wykonawców. Urody się jednak nie oszuka, a przynajmniej nie w tym wypadku.

Poszliśmy razem z moimi rodzicami i mieliśmy miejsce akurat w pierwszym rzędzie. Z jednej strony super, z drugiej serce podchodziło mi do gardła, kiedy jeden z klaunów szukał swojej ofiary (panicznie się ich boję, ale chociaż ci mieli tylko umalowane twarze, a resztę stroju bardziej człowieczą). Czasem zastanawialiśmy się, czy goście na widowni są podstawieni czy nie, bo wczuwali się tak bardzo, że jeden mężczyzna prawie chciał ściągać ubrania na środku sceny, wywołując wesołość u wszystkich pań wokół. Chyba jednak po prostu mocno się wczuł.

Jeśli chodzi o część komiczną – moja mama na przykład nie jest fanką rozrywki, która opiera się na tym, że ktoś przywalił komuś ciastkiem w twarz albo oblał go wodą. W tym wypadku jednak humor stał na wyższym poziomie, a przynajmniej starał się do tego dążyć. Każdemu z nas właściwie podobało się co innego, a to tylko dowodzi, że tego typu eventy są rozrywką dla całej rodziny.

Niektóre występy zapierały dech w piersiach. Nie zabrakło żonglerki czy akrobacji na szarfach podwieszonych na suficie, ale też takich pokazów, które dosłownie przerażały. Najstraszniejsze były chwile, kiedy na scenie pojawiał się człowiek-kark. Nie dość, że potrafił postawić sobie na czole wielką, metalową tyczkę i chodzić z nią tak, by utrzymywała się w pionie, to na sam koniec na tej tyczce stanęła na rękach kobieta, którą również dźwigał bez żadnej asekuracji i użycia rąk. Żeby tego było mało, przechodził z nią później na wysokości! Sztuczka trwała dość długo, a każdy następny przemarsz odbierał nam siły do patrzenia, dosłownie czuliśmy się zmęczeni. Sami spójrzcie, jak to wyglądało.

Akrobacje były naprawdę różnorodne, a całe show trwało grubo ponad dwie godziny. Pod koniec czuliśmy, że wciąż jest nam za mało. Jeśli kiedyś będziecie mieć okazję na ujrzenie tej grupy na scenie bądź czegoś, co będzie podobne, to kupujcie bilety bez wahania. Ja z pewnością skusiłabym się jeszcze raz, świetna atrakcja, a już dzieci to na pewno piszczałyby z radości. Oko cieszą jednak nie tylko wyczyny akrobatów czy tańce, ale także bardzo często zmieniające się kostiumy, z których część naprawdę kojarzy się z klimatem Jakucji. Pod spodem zamieszczam jeszcze kilka zdjęć i mam nadzieję, że kiedyś będziecie mogli obejrzeć to, co na nich widnieje, na żywo!

Kiedy wyszliśmy z cyrku, było już zupełnie ciemno i znacznie zimniej niż wcześniej. Wybiła jednak dopiero godzina popołudniowa, więc zadecydowaliśmy, że udamy się pod parlament i pochodzimy po całym placu. Niestety nie udało nam się wejść do środka, więc to kolejny element, który pozostanie mi do zaliczenia przy okazji następnej wizyty. Od miejsca docelowego dzieliło nas jednak 4,5 km, więc Maciek wpadł na pomysł, żebyśmy tę trasę pokonali hulajnogami elektrycznymi. Nie przewidział jednak, że ktoś może być tak oporny względem tych urządzeń, jak okazałam się ja. No bo widzicie, ostatni raz na hulajnodze jechałam jako małe dziecko i moja przygoda skończyła się w momencie, kiedy zdarłam sobie całe kolano, a koleżanka przyniosła mnie na plecach do domu. W tym wypadku finał byłby pewnie podobny, tylko lepiej się asekurowałam. Tak więc przez sześć najbliższych minut każdy przechodzień mógł obserwować festiwal żenady i moje nieudolne próby jakiejkolwiek jazdy. Jeśli myślicie sobie – co jest w tym trudnego? Odpowiedź brzmi: ja też nie wiem, a jednak coś najwyraźniej było. Nie wiem, może z zimna ciężko było mi wyczuć przycisk pod palcami, bo ja albo nie jechałam w ogóle, albo startowałam jak rakieta, nie mogąc utrzymać równowagi. Tak. Chcąc uniknąć mojej śmierci, pojechaliśmy tramwajem. Sorki jeszcze raz, Maciek.

Parlament w Peszcie

Parlament znajduje się w Peszcie i nie wiem, czy jest jeszcze jakiś inny symbol, który tak bardzo kojarzyłby mi się ze stolicą czy Węgrami. Czasem mam wrażenie, że gdybyś nie strzelił fotki parlamentu, to zupełnie jakby Cię tam nie było. Na mnie ten budynek robi jednak ogromne wrażenie i razem z kościołem św. Macieja stanowią dla mnie przykład najpiękniejszej architektury miasta. Uwierzcie mi, zwłaszcza nocną porą w okresie świąt, gdy cały plac jest przystrojony lampkami, choinki się świecą i nawet niektóre tramwaje jeżdżą obwieszone ozdobami, to miejsce jest po prostu przepiękne.

Patrząc na to, aż ciężko uwierzyć, że zanim ta budowla powstała, w tym miejscu nie było niczego prócz błota, a i okolica cieszyła się reputacją bardzo niebezpiecznej. Teraz z kolei widzimy władowane w nią pół miliona kamieni szlachetnych i 40 kg złota – nie do wiary, prawda? W jej wnętrzu znajduje się najważniejsza relikwia dla narodu węgierskiego, a mianowicie korona św. Stefana. Kim był święty Stefan? Ano pierwszym koronowanym królem, który zjednoczył państwo węgierskie.

Pod budynkiem znajdują się liczne barykady i ogrodzenia, a jeśli ktoś tylko usiłował je przekroczyć, do akcji natychmiast wkraczali strażnicy. Całość wygląda w ten oto sposób.

Kolejna rzecz, którą koniecznie musimy nadrobić, a która po ciemku byłaby już raczej niedostrzegalna, to buty. Niestety nie mieliśmy sposobności wrócić tam ponownie w następne dni, zupełnie nie było nam to po drodze. O czym dokładnie mówię? Nad brzegiem Dunaju, niedaleko Parlamentu, został postawiony pomnik na pamiątkę osób, które zginęły podczas holokaustu i zostały rozstrzelane nad rzeką. Różnego rodzaju obuwie, nieoznakowane i zostawione bez właścicieli, którzy zniknęli. Mimo że kilku rzeczy nie udało nam się zrealizować, tej żałuję chyba najmocniej, mimo że jej skala jest przecież malutka. Was odsyłam jednak koniecznie, jeśli tylko będziecie mieć okazję.

Żeby trochę się ocieplić, weszliśmy do knajpy, by napić się gorącej czekolady (niestety zupełnie wyleciała mi z głowy jej nazwa). Pamiętam, że była niedziela, bo znalezienie jakiegokolwiek otwartego miejsca graniczyło wtedy z cudem. W dodatku po całym dniu, mimo zimna, strasznie chciało nam się pić i jedyne, na co trafiliśmy, to jakiś mały pub. Dostrzegłam jednak przez okno, że mają lodówkę z napojami bezalkoholowymi do kupienia, ale Maciek stwierdził, że to głupio wejść do takiego miejsca, żeby kupić wodę. Powiedział, że on nie idzie, bo się wstydzi, więc ja jak zawsze, jako ta osoba bez wstydu, bez obaw weszłam do środka i kupiłam, co trzeba. I tak myślę, że nikogo nie obchodziła moja obecność, a że innej opcji nie mieliśmy, to co tu się dużo zastanawiać?

Baszta Rybacka na placu Macieja

Kiedy trochę się rozgrzaliśmy, pojechaliśmy autobusem nr 16 w stronę kościoła św. Macieja. Musieliśmy przejść kawałek pod górę, żeby dotrzeć na plac, ale było warto i to jeszcze jak! Ja zwiedzanie zaczęłam od baszty rybackiej i w sumie gorąco polecam w okresie zimowym zaliczyć ją wieczorem koło godziny 20.00, tak jak myśmy zrobili. Na miejscu były wtedy pojedyncze osoby – świetna okazja do robienia zdjęć i napawania się widokami bez poczucia, że co chwilę ktoś wchodzi w kadr, szturcha cię i się przepycha, bo w godzinach szczytu niestety tak to wygląda. Za dnia, kiedy tamtędy przechodziliśmy, ujrzeliśmy tylu ludzi, że ledwo się tam wszyscy mieścili.

Dlaczego w ogóle baszta rybacka, skoro poza Dunajem nie ma tam właściwie żadnej wody? Kiedyś mury tej budowli były uznawane za część zamkową, a swoją nazwę zawdzięczają rybakowi, który bronił ich w okresie średniowiecza. W nocy nie można odmówić temu miejscu aury tajemniczości – chodząc tam, zupełnie jakbyśmy przenosili się w jakieś inne realia i czas.

W okolicy placu znajduje się mnóstwo perełek, o których opowiem Wam w przyszłych wpisach. Nie mówię już o samym kościele św. Macieja, ale także o domu Houdiniego czy nuklearnym bunkrze. Śledźcie więc koniecznie mojego fanpage’a oraz Instagrama, by być na bieżąco oraz wiedzieć, kiedy pojawiają się wpisy i niczego nie przegapić. Odnośniki znajdziecie na górze po prawej stronie, zapraszam!

Budapeszt cz.1 – czyli garść przydatnych informacji, podróż zabytkowym metrem i obżarstwo

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć naszego wyjazdu do Budapesztu, który odbyliśmy 28.12.19-01.01.2020 czteroosobową grupą: ja, Maciek, którego znacie już z Islandii, a także moi rodzice. Co prawda na miejscu raczej się rozdzielaliśmy, ale widywaliśmy się na śniadaniach, przy poszczególnych atrakcjach czy gdzieś na mieście. Ułożyliśmy plan podróży i codziennie maszerowaliśmy kilkanaście kilometrów, zwiedzając miasto wzdłuż i wszerz. Nie udało nam się jednak zobaczyć wszystkiego, co tylko dowodzi, że Budapeszt to nie miasto na jednodniową wycieczkę. Razem z nami bardzo intensywnie zapoznacie się z Budą, mniej intensywnie z Pesztem, a pomiędzy nimi znajdzie się jeszcze miejsce na kilka opowieści czy nawet profesjonalne występy cyrkowe. Zapraszam:

Podróż, transport, nocleg

Jeśli chodzi o tę podróż, to planowałam ją od bardzo, bardzo dawna, a jednak nigdy nie była mi po drodze. Wreszcie jednak, po trzech czy czterech latach mi się udało, a jak to bywa w przypadku nierealnych albo pechowych wyjazdów, nie mógł mi towarzyszyć chyba nikt poza Maćkiem, który pozmieniał wszystkie swoje plany tylko po to, by wyruszyć w drogę. Pokazałam mu co prawda rozpiskę miejsc, które musimy odwiedzić, ale on wyszedł z założenia, że skoro wcześniej to wszystko posprawdzałam, to zdaje się na mnie i wie, że będzie dobrze. Tutaj jednak bardzo pomogli moi rodzice, którzy odwiedzili Budapeszt kilka razy wcześniej i podzielili się kilkoma wskazówkami i radami. Dzięki temu zaoszczędziliśmy dużo czasu i logistycznie wyszliśmy na tym dużo lepiej.

Na miejsce udaliśmy się samochodem, jako że nie mamy zbyt daleko. Droga zajęła nam koło pięciu godzin i w sumie uniknęliśmy korków czy innych czynników, które mogłyby ją wydłużyć. No, prawie. Nocowaliśmy w hotelu Sunshine znajdującym się na ulicy Bethlen Gábor na obrzeżach Budapesztu. Nastawiliśmy nawigację, jedziemy. Do celu pozostały nam zaledwie 2 km, ale po żadnym hotelu nie widać śladu. W ogóle jakbyśmy wyjechali poza miasto i okolica nijak miała się do tego, co pamiętaliśmy chociażby ze zdjęć na Booking.com. W końcu wyszukaliśmy z Maćkiem nasz hotel, a kiedy go namierzyliśmy, okazało się… że znajduje się zupełnie po przeciwnej stronie Budapesztu. Jak to się stało? Otóż ulic z tą samą nazwą w okolicy jest przynajmniej kilka, a mój tata doszedł do wniosku, że wybór pierwszej z brzegu, którą podsunęła mu samochodowa nawigacja, będzie najlepszy.

Tak oto czekała nas wycieczka krajoznawcza przez całe miasto. Śmialiśmy się nawet, że właściwie to już nie musimy zwiedzać, skoro wszystko obejrzeliśmy z auta. W końcu jednak dotarliśmy na miejsce przed pomarańczowy, skromnie wyglądający hotelik, a kolejnym wyzwaniem okazał się parking hotelowy. Linie są wymalowane dosyć wąsko, w dodatku z przodu są ustawione słupki, pomiędzy które trzeba wjechać i których raczej nie sposób wyjąć czy wykręcić. Jeśli ktoś ma szersze auto, to wykona ten manewr dosłownie na styk. Na szczęście kilka miejsc stało pustych, co dawało więcej możliwości poruszania się. Wyglądało jednak na to, że czasami, kiedy wszystkie miejsca są zapełnione, właściciele niektórych aut mieliby spory problem, żeby wyjechać.

Na recepcji czekał na nas sympatyczny mężczyzna o azjatyckiej urodzie. Wytłumaczył, gdzie znajdują się nasze pokoje, o której serwowane są śniadania w formie szwedzkiego stołu i gdzie można skorzystać z hotelowego jacuzzi. Gdy mieliśmy jakiekolwiek pytania, zawsze udzielał nam odpowiedzi: a propos dojazdu gdzieś, jakiejś knajpy i tak dalej. Nasze pokoje mieściły się na pierwszym piętrze i były całkiem przestronne. Pochwały wymaga też fakt, że znajdował się w nich darmowy, chłodzony mini-barek, gdzie można było znaleźć różne przekąski, które w miarę ubywania zostawały uzupełniane każdego dnia. To samo tyczy się kawy i herbaty, które zawsze leżały przygotowane na tacce.

Ile kosztowała nas taka przyjemność? Niedużo, a zwłaszcza z racji tego, że rodzice zaklepali dwa pokoje prawie rok wcześniej. Wiedzieli, że pojadą i pomyśleli, że może ja albo mój brat będziemy również chcieli skorzystać. Rezerwowali jeszcze zanim podniesiono ceny na sylwestra. Za pokój zapłaciliśmy więc około 500 zł (a więc 250 zł od osoby i to już za cztery noce razem ze śniadaniami!), podczas kiedy ceny tej usługi wzrosły później do 2 tys. zł. Dlatego właśnie gorąco zachęcam do planowania wszystkiego z wyprzedzeniem, można naprawdę dużo zaoszczędzić. Tutaj kilka przykładowych zdjęć z Booking.com.

Jeśli chodzi o śniadania, to nie można im zarzucić w sumie niczego poza niezbyt różnorodnymi ciastami. Zawsze było kilka ciepłych dań, dodatkowo cała gama warzyw do komponowania sałatek, ekspres do przyrządzania kawy różnego rodzaju, dużo pieczywa czy płatków śniadaniowych. Właściwie zawsze braliśmy dokładki i nie dało się wyjść stamtąd głodnym. A wierzcie mi, przy tak długich wędrówkach i szybko zachodzącym słońcu najedzenie się do syta to podstawa.

Pierwszego dnia udaliśmy się na obiad do restauracji znajdującej się na rogu naszej ulicy, czyli Vendéglő a Bújdosó Székelyhez. Potem razem z Maćkiem pojechaliśmy do miasta. Póki co z hotelu jest nieco utrudniony dostęp do centrum ze względu na przebudowę metra (jego ostatni odcinek, czyli 5 przystanków, nie jest dostępny). W niczym to jednak nie przeszkadza, bowiem wprowadzona została zastępcza linia autobusowa o nazwie M3, która pokonuje tę samą trasę, tylko naziemnie. Nie odczuwaliśmy więc z tego powodu żadnego dyskomfortu, choć musieliśmy zawsze liczyć się z około półgodzinnym przejazdem.

Metro budapesztańskie

W Budapeszcie znajdują się cztery główne linie metra: niebieska (czyli właśnie M3), czerwona, zielona i zabytkowa żółta M1, gdzie możemy przejechać się pierwszą powstałą w tym mieście nitką. Stanowi ona drugą najstarszą na całym świecie, a pierwszą w Europie kontynentalnej i początkowo część jej stacji znajdowała się również nad ziemią. W 2002 roku została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a przez mieszkańców pieszczotliwie nazywa się ją „małym metrem”. Na tej nitce znajdują się takie strategiczne miejsca jak Opera, Széchenyi fürdő (jedne z najbardziej rozpoznawalnych łaźni) oraz Deák Ferenc tér. Ten punkt powinien dobrze utkwić w głowie każdego podróżnika, bowiem to właśnie tu spotykają się wszystkie linie metra. Można by to nazwać głównym punktem przesiadkowym i jeśli kiedykolwiek byście się zgubili, pojedźcie właśnie tam, bo stamtąd łatwo trafić już dosłownie wszędzie.

Nie jest jednak powiedziane, że dane będzie Wam się zgubić. Tak naprawdę budapeszteńskie metro jest bardzo intuicyjne i wystarczy dzień czy dwa, by z łatwością się nim przemieszczać. Jeśli nie chcecie korzystać z żadnych aplikacji nawigacyjnych (tutaj Google Maps wystarcza w zupełności), to istnieje też wiele wersji mapek, które można dostać często w knajpach lub hotelach i w których na przykład moi rodzice bardzo się lubowali. Można znaleźć ich kilka wersji, więc to też gratka dla zbieraczy.

Jak nasze wrażenia z podróży po mieście? Mimo że M1 stanowiło dla nas obowiązkowy punkt rozrywki, w rzeczywistości komfort podróży nie jest zbyt duży. Nie chodzi już nawet o małą ilość siedzeń i wąskie przejścia, ale przede wszystkim o hałas. Wagony nie są zbyt dobrze wyciszone, ale największy szkopuł stanowi syrena oznajmiająca przybycie na daną stację. Dźwięk jest tak długi i przeszywający, że aż nieprzyjemny, zwłaszcza że za pierwszym razem staliśmy akurat u jego źródła i nie za bardzo mieliśmy się gdzie przesunąć. No ale atrakcja zaliczona. Warto też zwrócić uwagę na sam wygląd stacji przy M1. Każda jest utrzymana w takim samym stylu – białe kafelki z czerwonymi napisami.

Sławna ulica Budapesztu – Váci utca

W pierwszy dzień ja i Maciek rozdzieliliśmy się na dłuższy czas, jako że on pojechał spotkać się ze swoim kolegą z Węgier, a ja zatrzymałam się na najbardziej rozpoznawalnej ulicy Budapesztu, czyli Váci utca. Można by rzec, że jest typowo turystyczna – sklepy i kawiarnie dosłownie na każdym rogu, gdzie można spotkać wielu naganiaczy. Miejsce to znajduje się po stronie peszteńskiej i zanim jeszcze przedstawię, co ciekawego mi się tam przydarzyło, wyjaśnię niewtajemniczonym, o co właściwie z tymi stronami chodzi. Przecież to Budapeszt, więc o jakiej ja znowu Budzie i Peszcie mówię? To tak jakby Wrocław miał stronę Wroc i Ław. A jednak Węgrzy potrafią!

Do roku 1849 Buda i Peszt były osobnymi miastami, z czego to pierwsze uznawano za stolicę Węgier. Później miejscowości zostały połączone pierwszym stałym mostem i zaczęto traktować je jak jeden twór. Obecnie tych mostów jest aż dziesięć, a najbardziej znanymi z nich są Most Łańcuchowy, Most Wolności czy Most Małgorzaty. Przemieszczenie się z jednej strony na drugą zajmuje jednak nieco czasu, dlatego my zwiedzaliśmy tak, by obiekty znajdowały się bliżej siebie (stąd na naszej rozpisce w nawiasach widniało Buda/Peszt).

Moja wpadka – Wasz uśmiech

Tak jak wspominałam, zaczęłam od Váci utca, ale powiedzmy, że chodzenie po sklepach z pamiątkami to niespecjalnie moja działka. Bardziej podobał mi się sam klimat, zwłaszcza że wszystko było jeszcze przyozdobione świątecznymi dekoracjami, migotało, błyskało się i miało tyle kolorów! Uwielbiam właśnie ten okres, bo wtedy nawet najbrzydsze miasto wydaje się żywsze i da się z niego wyłuskać coś ładnego. Robiłam więc zdjęcia, rozglądałam się, no i nagle podszedł do mnie jakiś człowiek wyglądający na Azjatę i pokazuje mi, że mam wyciągnąć rękę. Przyznam, że trochę nie ufam obcym ludziom, którzy usilnie chcą wdawać się ze mną w interakcję, ale facet nawet nie czekał na moją reakcję, tylko położył mi na wnętrzu dłoni jakąś sól.

What the fuck, myślę sobie, bo to coś wyglądało trochę jak kokaina, a jednak było mokre, jakbyście przyłożyli sobie niewyciśniętą gąbkę do skóry. No nic, gość mówi, że wszystko OK i że teraz mogę zmyć to w umywalce w sklepie (mówił oczywiście po angielsku, bo z węgierskiego rozumiem tyle, co nic, bardzo dziwny język). Myślę sobie – sklep oficjalny, co prawda nie ma innych ludzi, ale może mnie facet nie zgwałci. Umyłam ręce, ale nawet nie pod bieżącą wodą, tylko sprzedawca wziął specjalny spryskiwacz i coś tam kazał robić z tymi dłońmi. Wierzcie mi, myślałam już tylko o tym, czy po całej tej akcji każe mi za to wszystko zapłacić, czy nie. Dał mi ręcznik, ręce suche, ja do wyjścia, a ten z jakimś nowym balsamikiem i smaruje. W międzyczasie cały czas pyta – skąd jestem, jak mam na imię, na ile zostaję, co studiuję. No wiecie, taki small talk, żeby nie było dziwnie w 100%, tylko w 90.

Nagle pyta, który mój palec jest ulubiony. Jakoś tak odruchowo pokazałam środkowy, nawet niespecjalnie się nad tym zastanowiłam. Mężczyzna śmieje się i mówi, że nie wyglądam na taką, co go często używa. Na odpowiedź, że nie zawsze jestem taka miła, dziwi się niemiłosiernie. Potem znowu zagaduje, czy jestem gotowa na szok i wyciąga jakiś pilniczek. Odpowiadam nieprzekonana, że jasne i już wyobrażam sobie moją udawaną reakcję na to, co się stanie. Dziwię się jednak, bo gość poleruje płytkę paznokcia, a kiedy się ode mnie odsuwa, mój palec… dosłownie lśni. Nie wiem, czy w tym był jeszcze jakiś nabłyszczacz (bo jednak narzędzie wydawało się trochę wilgotne), ale ten paznokieć świecił mi się jeszcze do końca wyjazdu. Potem tylko chodziłam i wszystkim pokazywałam: „Hej, patrz, świeci mi się palec” po czym pokazywałam fucka z szerokim uśmiechem.

Oczywiście na żaden z produktów się nie skusiłam, na szczęście nie musiałam za nie płacić, ale sprzedawca usilnie przekonywał mnie, że 40 euro po zniżce to super oferta. No średnio, ale starał się. Niestety za żadne skarby świata nie pamiętam nazwy tego sklepu, niespecjalnie też chciałam wrócić i ją sprawdzać, ale myślę, że jeśli chcecie mieć wypolerowanego palca, to ten facet znajdzie Was sam, tylko odrobinę cierpliwości.

Oprócz niego udało mi się wyłapać sklep z rzekomo islandzkimi pamiątkami i specjalnie zrobiłam zdjęcie, żeby pokazać Maćkowi. Dla Was też mam ich oczywiście kilka, jeśli chodzi o ten spacer.

Jarmark na Vörösmarty tér

Zaczęło się robić strasznie zimno, więc czekając na Maćka, usiadłam w kawiarni EuropaCafe. Kiedy już się spotkaliśmy, stwierdził, że ma dla mnie niespodziankę i że mi się spodoba. Nie sądziliśmy jednak, że po drodze natrafimy na coś, co spodoba nam się jeszcze bardziej, a mianowicie na jarmark i to jeden z ładniejszych, jakie było mi dane zobaczyć do tej pory. Odbywał się na Vörösmarty tér, gdzie każda drewniana budka była przyozdobiona jeszcze białymi elementami imitującymi śnieg i sople. Wiadomo – nie zabrakło tandeciarstwa typu sztuczne ozdoby kwiatowe czy figurki, ale w samym centrum tego wszystkiego stała ogromna buda z jedzeniem. To co tam zobaczyliśmy, po prostu zaparło nam dech w piersiach i mimo że przed chwilą zjadłam, od razu zrobiłam się głodna. Na miejscu było dosłownie wszystko: kiełbasy, langosze, kapusta, dania podobne do gołąbków i tyle przysmaków, że widząc je, chce Wam się płakać, dlaczego macie tak mały żołądek. Gdybyśmy mogli, skosztowalibyśmy każdego dania, ale i bez tego śmialiśmy się, że Budapesztem odreagowujemy brak jedzenia na Islandii, bo nie jedliśmy trzech posiłków, tylko przynajmniej z sześć: śniadanie, drugie śniadanie, przed-obiad, obiad, po-obiad, deser, obiadokolacja, kolacja i tak dalej. Jedliśmy na potęgę i nie wiem, jak wystarczyło nam na to wszystko pieniędzy ani jakim cudem z tymi nabytymi kilogramami udało nam się tyle przejść. Fakt faktem, na większość potraw nie sposób narzekać.

Diabelski młyn – Budapest Eye

Na samym placu odbywały się też występy i wspólne śpiewanie. Rozstawiono dużą scenę, więc ludzie bawili się razem i spędzali rodzinnie czas. W końcu jednak wydostaliśmy się z tłumu i objęć tych niesamowitych zapachów i udaliśmy się… na diabelski młyn, a raczej Budapest Eye (bardzo oryginalna nazwa…). Czekając w kolejce, nie mogłam przestać zachwycać się latarniami, które umieszczono wokół. W środku każdej latarni tkwił mały Mikołaj albo bałwanek, a w kloszu co chwilę wystrzeliwał śnieg (tzn. pewnie styropian, ale wyglądał jak śnieg). Wręcz nie mogłam się powstrzymać, żeby tego nie nagrać! Ta atrakcja kosztowała nas 3000 HUF od osoby (1 forint = 0,013 złotego), czyli około 39 zł. Trochę drogo, zważając na fakt, że po drodze nie stanie się raczej nic zaskakującego.

Panorama widoczna z góry rzeczywiście ładna, my akurat podziwialiśmy ją już po zmroku, jak zresztą większość Budapesztu ze względu na to, że odwiedzaliśmy go akurat w jedne z najkrótszych dni w roku. Ja jednak miałam szczęście jechać z Maciejem, który ma lęk wysokości i kiedy nasz wagonik zatrzymał się na samej górze, miałam wrażenie, że pęknę ze śmiechu, zwłaszcza kiedy zobaczyłam wzrok pary siedzącej naprzeciwko nas. Oczywiście nie byłabym sobą, nie dolewając oliwy do ognia, więc wskazałam na jedną ze śrubek i powiedziałam: „Ej, patrz, jakby trochę nie do końca dokręcona”. Mina Maćka bezcenna.

Udało nam się jednak przeżyć i odwiedzić jeszcze kilka charakterystycznych sklepików, np. Hungarian Shopping Market, czyli typowe mydło i powidło. W środku możecie znaleźć mnóstwo pamiątek typu magnesy, kubki, długopisy, kubraczki, plecaki, wszystko. Wzrok przykuwają też przepiękne czekolady.

Po całym dniu wróciliśmy w nocy do pokoju hotelowego zupełnie zmordowani, padnięci i obżarci. Wstawaliśmy najpóźniej o 8.00 każdego dnia, więc siłą rzeczy w każdy kolejny czuliśmy się coraz bardziej wypruci, zważając na wysiłek, jaki sobie fundowaliśmy. Było jednak warto i mam nadzieję, że parę informacji, które udało mi się zawrzeć dla Was w tym wpisie, okazało się przydatnych czy interesujących. Jeśli tak, to wkrótce pojawią się kolejne części naszej węgierskiej wędrówki, więc serdecznie zapraszam do pozostania z nami. W następnym wpisie pojawi się cyrk prosto z Jakucji, lodowisko z widokiem na zamek, kilka budapeszteńskich wierzeń, no i oczywiście… nasze zawstydzające akcje. A w byciu na bieżąco na pewno pomoże obserwowanie fanpage’a oraz Instagrama. Odnośniki w prawym górnym rogu, daj się zapamiętać!

Islandia cz.3 – czyli najlepsze hot dogi na świecie, cuda Reykjaviku i zmora wiecznie przepełnionego pęcherza

Informacje ogólne: To już trzecia część naszej islandzkiej przygody, więc jeśli przegapiłeś którąś z poprzednich, to polecam je nadrobić. Nie będzie to absolutnie konieczne, bo w fabule się raczej nie zgubisz, ale myślę, że dzięki temu cała historia nabierze kolorytu. Poniższy opis będzie w głównej mierze dotyczyć zwiedzania Reykjaviku, także dziś gratka dla fanów dużej ilości zdjęć. Zapraszam:

Reykjavik – gdzie parkować i kupować?

Nasz hotel, Capital Inn, znajdował się około 4,5 km od ścisłego centrum stolicy, więc podjechaliśmy na miejsce samochodem, nie chcąc tracić czasu. Tak jak wspominałam, zanim się zakwaterowaliśmy, wynajęliśmy auto i tak dalej, było już po 20.00 czasu islandzkiego, ale nie zamierzaliśmy odpuścić ani chwili ze zwiedzania. Co dosyć nas zaskoczyło, problem z parkowaniem nie urósł do takiej rangi, jakiej się spodziewaliśmy. W nawigacji bardzo pomogła nam mapka, którą możecie znaleźć na oficjalnej stronie Guide to Iceland lub klikając TUTAJ. Przedstawiała ona strefy parkowania według przyjętych cenników, jednak będąc na miejscu, warto za każdym razem spojrzeć na znaki i upewnić się, kiedy oraz jakie opłaty dokładnie obowiązują, żeby później nie napytać sobie biedy. Dwa razy udało się ich w ogóle uniknąć i naszymi ulubionymi lokalizacjami okazały się mieszkalne uliczki w okolicy Hallgrimskirkja, a także mały, bezpłatny parking nieopodal stacji paliw Olis.

parkowanie.png

Opłaty za parking wydawały nam się bardzo wysokie (oczywiście już po przeliczeniu), bo za niecałą godzinę robienia zakupów (około 34 minut), zapłaciliśmy 16 zł. Wiadomo, jeśli nie ma żadnej innej opcji, to cena nie gra roli, jednak o ile nie zamierza się parkować w ulicach prostopadłych czy sąsiadujących z Laugevegur, o tyle nie ma problemu ze znalezieniem miejsca (to samo tyczyłoby się też większych aut, linie są namalowane naprawdę szeroko w porównaniu do polskich standardów). Tam nawet przedstawiciele tego mema odetchnęliby z ulgą:

Możecie się domyślić, że po około dziesięciu godzinach nie marzyliśmy o niczym więcej poza zjedzeniem czegoś. Niestety sklepy, które mieściły się w naszych wymaganiach cenowych, zamykano już o godzinie 18.00. Mam tu na myśli sieć „Bonus” z charakterystycznym wizerunkiem świnki, którego odwiedza tak wielu Polaków, że doczekał się on kas samoobsługowych w języku polskim. Zresztą pan, który pracował na miejscu i potwierdzał nasze zamówienie, również pochodził z naszego kraju. W ogóle znaczna część pracowników w hotelach czy restauracjach była naszymi rodakami, raz na południu trafiliśmy nawet na restaurację, w której główną pozycją w menu okazały się pierogi.

Bonus.png

Nasz koszyk z zakupami następnego dnia nie kosztował więcej niż 100 zł, a udało nam się za tę cenę rozsądnie rozplanować przynajmniej trzy najbliższe obiady. To, że nigdy nie zjedliśmy ich akurat w porze obiadu, to zupełnie drugorzędna kwestia, o której jeszcze wspomnę. Możemy jednak śmiało polecić tę sieć sklepów, zwłaszcza w Viku wywarł na nas bardzo pozytywne wrażenie, choć do samego końca nie mogliśmy przywyknąć do tego, że cena kurczaka jest znacznie, ale to znacznie wyższa niż ryb. Dość niecodzienny widok dla przeciętnego Polaka, mimo że wiedzieliśmy o tym nawet na długo przed przylotem na Islandię. Dla zainteresowanych zamieszczę TUTAJ przykładowe cenniki, które pomogą rozplanować posiłki i wydatki jeszcze przed wyruszeniem w podróż.

Pylsury – najlepsze hot dogi świata

Wieczorem jednak postawiliśmy na jedzenie w mieście i nawet mieliśmy już od dawna zaplanowany pierwszy cel. Odpuściliśmy kolację w restauracji (i tak było nas stać tylko na frytki, jako że zestaw dwóch burgerów kosztował 120 zł), natomiast udaliśmy się na sławetne pylsury, czyli islandzkie hot dogi. Budka Bajarins Beztu Pylsur, czyli Najlepsze Hot Dogi w Mieście, jakoś zupełnie rozminęła się z naszymi wyobrażeniami. Na wszystkich forach pisano o rzeszach turystów, które się przed nią zbierają, a tymczasem byliśmy tylko my i jakaś jedna czy dwie osoby. Mimo tego znalezienie jej nie okazało się specjalnie trudne, stała pośrodku pustego placu i wyróżniała się czerwonym kolorem. Może trafiliśmy na dobrą porę dnia, bo pogody specjalnie nie brałabym pod uwagę. Wiadomo, nie mogliśmy usiąść w cieple, dodatkowo kropiło, ale na Islandii każdy jest do tego przyzwyczajony.

IMG_20190911_203851718.jpg

Wokół tych fast foodów krąży legenda – są tak dobre, że na jednym nie poprzestał jeszcze nikt. Chcąc to sprawdzić, podeszliśmy do okienka, gdzie młody chłopak zapytał nas, czy chcemy „ze wszystkim”. Niespecjalnie wiedzieliśmy, co oznacza to „wszystko”, ale brzmiało dobrze, więc potaknęliśmy. Hot dogi, które dostaliśmy, przede wszystkim na zdjęciach wydawały nam się większe. Kiełbaska, która znajduje się w środku, składa się z trzech rodzajów mięsa (jagnięcina, wołowina i wieprzowina), a w białej, miękkiej bułce oprócz niej możemy znaleźć także surową i prażoną cebulę. Całość jest oblana trzema rodzajami sosów – ketchupem, majonezem i remoulade. Nie mieliśmy okazji spróbować go nigdy wcześniej i pierwszym, co zwróciło naszą uwagę, było to, że strasznie skleja buzię.  Składa się w głównej mierze z majonezu, musztardy, koperku i szczypiorku, ale to z pewnością jeden z lepszych dodatków, jakich przyszło mi kiedykolwiek kosztować. Połączenie tych smaków sprawiło, że rzeczywiście jestem skłonna uznać te hot dogi nie tylko za najlepsze w mieście, ale także w moim życiu. Oczywiście na jednym nie poprzestaliśmy i ta inwestycja całkiem nam się opłaciła, zwłaszcza że jedna porcja po przeliczeniu kosztuje około 17 zł. Już wtedy postanowiliśmy sobie, że tak samo jak powitaliśmy stolicę, tak samo pożegnamy ją ostatniego dnia.

Zwiedzanie stolicy

Później nastąpiła pora na zwiedzanie. Reykjavik mieliśmy okazję podziwiać zarówno po ciemku, jak i za dnia, a miasto to charakteryzuje się wtedy zupełnie inną aurą. Co mnie urzekło, to taka cudowna cisza i spokój. Doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś w stolicy, a równocześnie czujesz, jakbyś przechadzał się po małym, górskim miasteczku. Najpiękniejszym jego elementem są bez wątpienia kolorowe domki, które wyglądają odrobinę, jakby wybudowano je z drewna i przemalowano.

IMG_20190911_205206732.jpg
IMG_20190912_101602460.jpg
IMG_20190912_110304635_HDR.jpg

Każda knajpa i restauracja wiąże się w jakiś sposób z kulturą Islandii – połowami, wikingami, czy po prostu z określonym typem krajobrazu. W zasięgu wzroku można też dostrzec mnóstwo prostych, jakże uroczych ozdób: ściany przystrojone sztucznymi kwiatami, kamienie przemalowane na gigantyczne biedronki i wiele innych.

IMG_20190912_095709320.jpg
IMG_20190912_101649316_HDR.jpg

Niesamowite wrażenie wywierają też pomalowane chodniki i murale, choć niektóre z nich wydają się po prostu przerażające. Naszej uwadze nie uszło też, że Islandia jest krajem bardzo tolerancyjnym: w wielu miejscach wiszą kolorowe flagi, natrafiliśmy nawet na aleję, gdzie zamiast czarnego asfaltu widniała wymalowana tęcza. Kiedy tam jesteś, nawet przestaje cię to dziwić: wydaje ci się, że tutaj każdy ma swoje miejsce.

IMG_20190911_211505916.jpg
IMG_20190912_105836604_HDR.jpg

Islandia słynie ze swoich opowieści o elfach i trollach, dlatego wielokrotnie możemy zobaczyć ich postacie przed sklepikami, różnego rodzaju kartki, magnesy, kubki i inne gadżety. Możecie zobaczyć, kto z nas wypadł lepiej 😀

IMG_20190912_110158552.jpg
72447872_537272746844072_489459120206774272_n.jpg

Jednej rzeczy jednak zupełnie się nie spodziewaliśmy, a mianowicie tego, że tam sprzedawcy potrafią zrobić atrakcję dosłownie ze wszystkiego. Na jednym ze stanowisk z odzieżą leżał… kotek. Wiecie, z początku wydawało nam się, że to taka atrapa na miękkiej podusi, którą często można kupić i jeszcze zamruczy, kiedy ją uruchomimy. Okazało się jednak, że kotka była żywa i tak bardzo przyzwyczajona do klientów, że zupełnie przestała zwracać na nich uwagę. Kiedy tylko dotknęło się jej grzbietu, nawet się nie wzdrygała, po prostu spała dalej. Obok niej widniała nawet specjalna karteczka: „Tak, jestem prawdziwa! Mam na imię Ofelia. Jestem puchata i taaaaaka słodka. Jem suszone ryby i jestem kotem sąsiadów. I nie jestem na sprzedaż! :D”. Kotka miała nawet swojego własnego Instagrama.

Przeszliśmy się też wieczorem nadbrzeżem, gdzie doznałam lekkiego zdziwienia. Wobec tego obrazu, jaki opisałam Wam wcześniej, jakoś zupełnie nie pasowały mi wieżowce wyrastające na horyzoncie. W ogóle znalazło się kilka elementów, które nijak nie łączyły się z całokształtem miasta, jak na przykład szklane przejście między budynkami czy dziwne neony.

IMG_20190912_102214232_HDR.jpg

Z innowacyjnych rozwiązań natomiast zakochałam się w terenie wokół Harpy, czyli tamtejszej sali koncertowej. Świetnie przemyślany system wodny, idąc tamtędy, ma się wręcz wrażenie, że chodzi się po wodzie, jeśli stanie się pod odpowiednim kątem, zwłaszcza że tuż przed sobą widzi się ocean.

IMG_20190912_103645646_HDR.jpg

Jak możecie zauważyć na pierwszym zdjęciu, tradycją było, że każdy przechodzień układał swój własny stosik z kamieni, przechodząc tamtą drogą. Nasze może nie prezentowały się tak pięknie jak ten poniżej, ale chociaż pozostawiliśmy po sobie jakiś krótkotrwały znak.

IMG_20190912_103433640.jpg

Nie bylibyśmy też prawdziwymi turystami, gdybyśmy nie odwiedzili Sun Voyagera, czyli najbardziej charakterystycznego symbolu Reykjavika.

72789524_530665834174347_5311794030164574208_n.jpg

Za drugi z nich uchodzi Hallgrimskirkja, czyli kościół, który jest drugim pod względem wielkości budynkiem na Islandii. Pierwszy raz zobaczony nocą, aż przywodzi na myśl piosenkę Budki Suflera „Jest taki samotny dom”, nad ranem natomiast ukazał nam się na tle tęczy. Nie zdołaliśmy go jednak odwiedzić pierwszego dnia, bo zauważyliśmy karawanę, a na drzwiach kościoła widniał napis, że pogrzeb kończy się za 3-4 godziny. Nie poddaliśmy się jednak i ponowiliśmy próbę już w dzień naszego powrotu. I tu kolejne zdziwienie – jak na tak ogromną budowlę i wrażenie, jakie robi z zewnątrz… wewnątrz okazała się wręcz biedna. Z jednej strony nie doznaliśmy żadnego wow, a z drugiej… no chyba właśnie taką prostotą powinien odznaczać się kościół.

IMG_20190912_100440183.jpg
IMG_20190911_212348042.jpg
72385658_568063803999916_8619314388802732032_n.jpg

Jak wygląda islandzkie śniadanie?

Z Reykjaviku wyjechaliśmy dość późno, bo dopiero koło godziny 11-12 nad ranem. Zjedliśmy śniadanie w hotelu i niesamowicie podobała nam się atmosfera, jaka panowała w tym małym pokoiku ze szwedzkim stołem. Jeśli ktoś z Was zastanawiałby się kiedyś, jak wygląda islandzkie śniadanie, to niewiele odbiega ono od naszego polskiego: jajecznica, parówki (w tym również kiełbaski o dziwnym smaku, prawdopodobnie z rekiniego mięsa), tosty, owoce, warzywa, różnego rodzaju dżemy, miody i tak dalej. Jest jednak jedna rzecz, która absolutnie nas zachwyciła, a mianowicie gorąca czekolada Swiss Miss w charakterystycznych, dużych puszkach. Później okazało się, że jest dostępna w sieciówkach w całkiem przystępnych cenach, więc kupiliśmy od razu po trzy na głowę. Zrobiliśmy na tym interes życia, bo w Polsce, jeśli chcielibyśmy zamówić ją z oficjalnej strony, zapłacilibyśmy około 100 zł. Na miejscu (dokładnie w miejscowości Vik), trzy sztuki wyniosły nas około 90 zł. Niesamowicie słodka, gęsta i nawet z piankami marshmallow w środku!

Podróż Kią Picanto – oczekiwania vs rzeczywistość

Pierwszy dzień naszej jazdy to odcinek Reykjavik-Myvatn, czyli najbardziej wysiłkowa część podróży, jako że musieliśmy dostać się aż na północ kraju. Mieliśmy do pokonania około 430 km i nasz plan podróży przewidywał, że jadąc bez przerwy, zajmie nam to około sześciu godzin. Oczywiście po drodze zamierzaliśmy zatrzymywać się we wcześniej zaplanowanych miejscach, więc nastawiliśmy się, że koło godziny 22:00 (czyli po 10 godzinach) dotrzemy do miejsca, gdzie zarezerwowaliśmy nocleg. Możecie więc domyślić się, że nasza radość sięgnęła zenitu, kiedy okazało się, że sama trasa zajęła nam ponad dziewięć godzin. Kiedy ostatecznie położyliśmy się spać? Czytajcie dalej.

Pomijając fakt, że nasza Kia niespecjalnie nadawała się do komfortowej, bezstresowej jazdy po islandzkich drogach, popełniliśmy też kilka bardzo istotnych błędów. Oprócz tego, że wyjechaliśmy po prostu za późno, to mieliśmy taki kompleks „musimy zobaczyć wszystko”, skoro byliśmy na miejscu tylko tydzień. Skutkowało to tym, że zatrzymywaliśmy się dosłownie w każdej miejscowości z naszej listy, chociaż część z nich zupełnie nie robiła na nas wrażenia, a nadkładaliśmy dla nich drogi. Oczywiście każdy ma różne odczucia i preferencje, ale na naszym przykładzie postaram się pokazać Wam, że część rzeczy naprawdę warto sobie odpuścić, jeśli jest się tak bardzo ograniczonym czasowo. Z tego też względu my przez dwa czy trzy ostatnie dni odpuszczaliśmy sobie w ogóle odwiedzanie wsi czy małych miasteczek. Jasne, mają one swój urok, ale są jednak łudząco podobne i odrobinę wymarłe. Jeśli nie macie konkretnego celu, takiego jak zjedzenie sfermentowanego rekina, odwiedzenie jakiegoś muzeum i tak dalej, to znaczy, że najlepiej postawić wyłącznie na cuda natury, podobnie jak zrobiliśmy to my.

Pewnie wielu z Was myśli sobie teraz, że tyle godzin spędzonych w samochodzie musiało być strasznie nudne, ale nic bardziej mylnego. Krajobraz Islandii jest bardzo nostalgiczny, można by wręcz rzec, że w kółko obserwuje się to samo: ocean, skały, połacie ziemi porośnięte mchem. A jednak mimo tego natura cechuje się niezwykłą różnorodnością. Co chwilę ze skał wybija jakiś wodospad, na horyzoncie widać lodowiec, nagle przejeżdża się obok naturalnych rozlewisk, a kamienie zmieniają swoją barwę od szarych, przez zielonkawe i brunatno-czerwone.

72578595_1130871860451497_5599186720189841408_n.jpg
72597711_406971023319561_2870860117509668864_n.jpg
72636648_321467542047594_1685588081710727168_n.jpg
72694073_2436614789707522_8754446382196064256_n.jpg
72779203_2363185340600079_8705339796307836928_n.jpg

Na poboczach pasą się konie, krowy, kozy czy owce (które Maciek nazywał kulkami miłości, bo były tak małe, puchate i okrągłe). Z czasem naprawdę godziliśmy się z tym, że żadnego dnia nie dojedziemy na czas i staraliśmy się wyciągnąć z tych chwil tyle, ile tylko możliwe. Doszło do tego, że postawiliśmy sobie wyzwanie, by zrobić sobie selfie z każdym rodzajem napotkanego zwierzęcia. Prócz śnieżnej sowy, która niespodziewanie wzbiła się ponad maskę naszego samochodu, no i może gęsi, udało nam się naprawdę nieźle:

Toalety na Islandii

Czasem też po prostu zatrzymywaliśmy się przy jakichś punktach widokowych albo… no właśnie. ALBO, czyli jedna z bardziej krępujących kwestii na Islandii – toalety. W okolicach Reykjaviku było tak dużo stacji benzynowych, że przyjęliśmy je już niemalże za pewnik. Kiedy więc zatrzymaliśmy się po raz kolejny i Maciek zapytał, czy idziemy do łazienki, ja stwierdziłam, że nie, no po co, aż tak mi się nie chce, pójdę na kolejnym postoju. Co okazało się później? Że najbliższa publiczna toaleta na trasie pojawiła się za trzy godziny. Uwierzcie mi, ciężko sobie wyobrazić ulgę, jaką poczuliśmy, kiedy wreszcie do niej dotarliśmy, zwłaszcza że im gorzej się czuliśmy, tym więcej rzucaliśmy głupich żartów. Maciek śpiewał „Ty mała znów zarosłaś”, a ja ostatnie pół godziny jechałam dosłownie zgięta wpół, z rozpiętymi spodniami i modlitwą na ustach, by jakoś to przeżyć.

„Co za problem, przecież są krzaki”, pewnie pomyślicie sobie. Oprócz tego, że na Islandii drzew i krzewów jest tyle, co kot napłakał, to istnieje też drugi problem: wysokie mandaty za załatwianie swoich potrzeb fizjologicznych na dworze, gdzie wszystko jest uważane za cud natury. Dla nas to była po prostu największa zmora, a im jechaliśmy dalej, tym bardziej czułam, że nasze potrzeby stają się coraz bardziej podstawowe: „Chcę już tylko dojechać i zjeść gorący kubek”, „Chcę wyłącznie położyć się spać”, „Chcę tylko dojechać na miejsce i nie mieć poplamionych spodni”. Tak, dokładnie – podczas kiedy normalni ludzie mają jet-lag, ja miałam niespodziewany okres przez cały tydzień naszego wyjazdu, w dodatku w miejscu, gdzie toaleta stanowiła dobro luksusowe. Czy da się wytrzymać? Oczywiście, da się, tylko nie wszystko zawsze idzie zgodnie z planem, podobnie jak nasze sikanie.

Za którymś razem, kiedy Twój pęcherz po raz n-ty jest przepełniony do granic możliwości, po prostu ciężko już wytrzymać. Dotarliśmy do stacji samoobsługowej (swoją drogą genialne, po prostu przykładasz kartę, tankujesz i odjeżdżasz w dosłownie 3 minuty, niestety w Polsce się nie przyjęło), ale okazało się, że na miejscu nie ma toalet. Zaraz obok znajdował się jedynie budynek poczty, więc stwierdziłam, że zapytam, czy ktoś pozwoli nam skorzystać z toalety. Był już jednak wieczór, więc budynek okazał się zamknięty na cztery spusty. Słysząc to, Maciek obwieścił wszem i wobec, że nie wytrzyma, więc schował się za przyczepy, które stały nieopodal, i zrobił swoje.

– Spójrz na ten budynek obok – powiedział zaraz, kiedy wrócił do auta i przejechaliśmy jakieś dwadzieścia metrów.
– No, co z nim?
– Komisariat policji. Słuchaj, obok mnie jakieś dwa radiowozy przejechały. Ale nikt mnie nie zauważył – stwierdził z dumą.

W sumie trochę zazdroszczę facetom w tej kwestii, mają dużo łatwiej. Ja dalej zwijałam się na fotelu, cierpliwie czekając na jakąś cywilizowaną łazienkę. Kiedy jednak dwadzieścia minut później zobaczyłam grupkę drzew zbitych w jednym miejscu, kazałam Maćkowi stanąć. Jedynym, co mnie wtedy pocieszało, był fakt, że nie oblezą mnie żadne robaki, dla nich jest tam stanowczo za zimno. To było jednak naprawdę słabe uczucie, zwłaszcza jeśli przypomniało ci się, że ostatni raz podobna sytuacja miała miejsce może wtedy, kiedy miałeś cztery latka i poszedłeś na grzyby do lasu razem z rodzicami.

Później jednak szło nam to dużo lepiej: i szukanie toalet, i sama jazda, mimo że nasz pierwszy cel nie wywarł na nas żadnego wrażenia. Zatrzymując się w Borgarnes, nie dostrzegliśmy w nim nic poza zwykłym, bardzo skromnym i niespecjalnie wyróżniającym się miasteczkiem. Oprócz tego, że pochodziliśmy tam pięć minut i zatankowaliśmy samochód, to raczej ciężko byłoby wykrzesać z tego miejsca coś więcej. Naszym zdaniem warto sobie odpuścić, zwłaszcza że następny w kolejce jest wodospad Barnafoss, a to z kolei już zapiera dech w piersiach.

Na dziś to tyle, kolejną część zaczniemy z przytupem już właśnie o samym Barnafoss i okolicach, a tymczasem zapraszam Was do podzielenia się swoimi wrażeniami, a także do obserwowania funpage’a czy Instagrama!