Wybierając się do jakiegokolwiek kraju, warto zapoznać się nie tylko z takimi informacjami jak ceny na miejscu, atrakcje, warunki wjazdu czy typy oferowanych noclegów, choć bez wątpienia są to pierwsze czynniki, które będą miały istotny wpływ na urlopowe decyzje. O tych podstawach i kosztach wspomnę przy okazji następnego wpisu, tutaj natomiast skupię się na czymś, co ma istotne znaczenie zwłaszcza, gdy podróżujemy poza granicę Unii Europejskiej. Mam wrażenie, że większość turystów boi się samodzielnie organizować tego typu wypraw i w tym celu wybierają biuro, jednak ja jestem zwolenniczką całkowitej swobody i wolności, jaką daje samodzielne podróżowanie. Dziś więc o tym, czy wyjście z bezpiecznego kokonu jest takie straszne, jak je malują – czyli przede wszystkim o kulturze Macedonii, pewnych nawykach i odmiennościach, z którymi na pewno spotkacie się na miejscu, wybierając ten kraj.
WSTĘP I INFORMACJE OGÓLNE
Zacznę od tego, jak miesięczny wyjazd do Macedonii zmienił moje postrzeganie poznawania innego kraju niż ojczysty. Odbywane przeze mnie podróże zamykały się w różnych ramach czasowych – od kilku dni do maksymalnie trzech tygodni. Im wyjazd był krótszy, tym większe było tempo zwiedzania, kosztowania dań i chwytania ulotnych momentów, które są tak różne od naszych codziennych doświadczeń, że człowiek chce się nimi nasycić aż do następnych wakacji. Wszędzie czuło się po prostu gościem. W Macedonii natomiast spędziliśmy 34 dni – na ponad 2 tygodnie wypożyczyliśmy samochód i objeżdżaliśmy kraj, natomiast resztę czasu poświęciliśmy na pracę/naukę do obrony w Ochrydzie/Skopje, ale też na bliskie wycieczki i poznawanie życia lokalsów od podszewki. To było dla mnie zupełnie inne doznanie niż do tej pory, o wiele głębsze, w czym dopomogła gadatliwość i otwartość Macedończyków. Nastawienie zmienia się nawet do miejsca, w którym się śpi – człowiek po 4-dniowym pobycie nie ma poczucia, że w dniu wyjazdu musi posprzątać każdy okruszek, wyprać ręczniki i tak dalej. Wiadomo, trzeba zostawić po sobie porządek, ale bez zbędnej paranoi. Po miesiącu spędzonym w jednym mieszkaniu sprzątaliśmy praktycznie wszystko, choć gospodarz sam się do tego zobowiązuje. No bo przecież „mieszkaliśmy tu, nie możemy zostawić syfu”. Jeśli spróbujecie takiego wyjazdu, sami dostrzeżecie różnicę. A jeśli próbowaliście, to dajcie znać, czy też tak macie. 😉
Do Macedonii wyjechaliśmy 7 maja, wróciliśmy 10 czerwca 2021 roku. Powód nie jest zbyt górnolotny – w tym okresie był to jeden z dwóch krajów dostępnych dla nas finansowo (poza Albanią), który nie wymagał testów, kwarantanny i innych covidowych procedur. Dla nas był to jedyny możliwy termin, kiedy możemy szarpnąć się na miesięczną przygodę w tym roku, więc długo nad tym nie rozmyślaliśmy. Czy obawialiśmy się, że nie wrócimy do domu albo nie dolecimy na miejsce? Oczywiście, że tak, mimo że wypisywaliśmy 10 razy na lotnisko, 20 razy do gospodarzy i 30 razy wszystko sprawdzaliśmy. Przyznam szczerze, że wyjazd jeszcze nigdy nie stresował mnie tak jak wtedy, a też czas około-wyjazdowy był dla nas z powodów rodzinnych bardzo trudny. Planowanie pochłaniało praktycznie każdą naszą chwilę, mimo że nie mieliśmy ich dużo. No i udało się! Mogę nawet śmiało powiedzieć, że był to jeden z lepszych wyjazdów.
Pewność siebie budowało też trochę to, że wcześniej już dwa razy odwiedziłam Macedonię – w 2016 i 2017 roku, ale jedynie w formie postoju 2-3 dni w dojeździe do Grecji czy Czarnogóry. Wiedzieliśmy więc, że możemy czuć się bezpiecznie, że kraj jest cywilizowany, miał też mało zakażeń (procentowo, bo to ogółem małe państwo), a mimo to w wielu aspektach naprawdę nas zaskoczył. Czy pozytywnie? To już ocenicie sami, kiedy przedstawię Wam kilka intrygujących faktów z życia w Macedonii.
1. KRAJ JEST BARDZO ZRÓŻNICOWANY
To świetna wiadomość dla miłośników starożytnej architektury, muzeów różnej maści, jezior, strumyków, dla amatorów i zawodowców górskich wędrówek, wielbicieli malowniczych wiosek i miast. Macedonia jest powierzchniowo ok. 12 razy mniejsza od Polski, a mimo tego gwarantuję Wam, że miesiąc spędzony na miejscu jest optymalny pod kątem niespiesznego zwiedzania. Czy wrócilibyśmy tam ponownie? Mimo że zobaczyliśmy już większość atrakcji, to za parę lat z chęcią zobaczylibyśmy, co się zmieniło, udalibyśmy się na więcej trekkingowych wycieczek po górach, no i trochę się powspinali.
2. SERDECZNOŚĆ, POMOC ORAZ PRZYCHYLNOŚĆ MACEDOŃCZYKÓW WOBEC POLAKÓW
Nastawienie lokalsów naprawdę nas urzekło. Da się to dostrzec w każdym mieście lub wiosce, do której się udacie – może poza Skopje (stolicą), bo tam tempo życia wydawało się szybsze i ludzie byli mocno zorientowani na turystów czy pracę, co nie znaczy, że ktoś zachował się wobec nas nie w porządku. Przez ponad miesiąc zaczepiano nas bardzo często, a najczęściej padającym pytaniem było bez wątpienia „Skąd jesteście?”. Kiedy już wypowiedzieliśmy hasło „Polska”, zazwyczaj rozmówca zarzucał nas kilkoma zdaniami czy wyrazami, które zna w naszym języku. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że w Macedonii też mają „podpis”, „cement” czy „gobelin”. Macedończycy, zwłaszcza z pokoleń wyżej od nas, uwielbiają opowiadać o swoim życiu, przedstawiać się, mówić o dzieciach czy pracy. Spotkaliśmy lokalnego przewodnika, kelnera, prezentera w muzeum, kilku robotników czy ludzi na pracy zdalnej, ale nie tylko.
Najprzyjemniejsze były momenty, gdy wszyscy rozpoznawaliśmy się już na plaży, machaliśmy do siebie i ucinaliśmy krótkie pogawędki po angielsku. W Macedonii w ogóle bardzo dużo ludzi operuje tym językiem komunikatywnie, niezależnie ile lat mają. Z takich aktów serdeczności pamiętam też mężczyznę, który chciał przewieźć nas łódką, a kiedy okazało się, że nie płynie w kierunku, który nas interesuje i „na nas nie zarobi”, to jeszcze podał nam namiary na autobus, żeby ułatwić nam sprawę. Ludzie są po prostu życzliwi, uśmiechają się, są turbo szczęśliwi, jeśli kupisz ich wypieki czy pochwalisz lokalną kuchnię – cokolwiek. Wydaje się cieszyć ich sam fakt niewymuszonej rozmowy i poznania Cię, a ty czujesz się miło, w jakiś sposób wyróżniony.
3. BRAK COVIDOWEJ OBSESJI
Przepraszam, ale chyba nie jestem w stanie nazwać tego ładniej. Szykując się do wyjazdu, szukaliśmy na stronie rządowej Macedonii informacji na temat obostrzeń. Dokopaliśmy się do nich z niemałym trudem – maseczki, godzina policyjna od 21:00, dania tylko na wynos. Wiele tego było, ale aktualizacje widniejące na oficjalnej stronie rządowej datowane były na maj zeszłego roku. Napisaliśmy więc do ambasady, gdzie możemy odnaleźć coś bardziej rzetelnego, na co łamanym polskim odpisano nam i podesłano właśnie ten przestarzały link. Chwilę przed naszym lotem przeniesiono godzinę policyjną na 23:00 i tak zostało do czerwca, co właściwie nie stanowiło dla nas żadnej przeszkody. Gdy dolecieliśmy jednak na miejsce… ludzie zapraszali nas do knajp i byli zaskoczeni, że pytamy, czy rzeczywiście możemy usiąść. Ochryda tętniła życiem, ludzie się spotykali, gromadzili, a nam po prostu opadła szczęka. Radia nie były ustawicznie bombardowane tylko jednym tematem, a ludzie wyglądali na psychicznie zdrowszych, autentycznie. To też było dla nas trochę przykre, wiecie – tak zobaczyć, że da się inaczej. Możemy się kłócić, że to mniejsze państwo, mniejsze ryzyko, że to głupio czy nie głupio, że zostali otwarci przez cały rok – nie po to jest ten blog. Gdy jednak wróciliśmy do Polski, od razu wypełnialiśmy deklaracje o chorobach, kontrola paszportów, testów, spisywanie danych, zamknięcie dworca i dezynfekcja, bo komuś test wyszedł dodatni. Tak naprawdę wtedy najbardziej odczuliśmy, jak my, Polacy, tym tematem strasznie żyjemy i jak to wpływa na naszą psychikę, nawet nieświadomie.
Tutaj przypomniała mi się też historia, jak mama pisała do mnie, że wysyłamy z Polski pomoc dla Macedończyków w formie maseczek, płynów dezynfekcyjnych itd. I wiecie, to super, bo finansowo dla kraju to pewnie ogromna ulga. Kształt tej wiadomości był jednak taki, jakbyśmy celowo pokazywali, jak źle ma się sytuacja w kraju, który pozostał na ten rok otwarty. Z perspektywy osób, które przebywały jednak wtedy na miejscu, mogę Was zapewnić, że nie wyglądało to wcale źle, ludzie nosili maseczki, płyny dezynfekcyjne stały na każdym stoliku w knajpie i bez presji społecznej też było dobrze. Nawet spotkaliśmy kilka dni później polskich żołnierzy, którzy zjawili się w Ochrydzie.
4. BRAK SCHRONISK CZY PROGRAMÓW STERYLIZACJI ZWIERZĄT
Nietrudno było nam dojść do tego wniosku, ale chcąc upewnić się w swoich podejrzeniach, poszperałam w internecie i poczytałam opinie turystów… Znalazłam bloga, gdzie zostało powiedziane, że w 2019 roku co prawda dalej nie ma schronisk, ale pieski są sterylizowane, wolne, dokarmiane i szczęśliwe, co zadziałało nam mnie, jakby ktoś zdzielił mnie w twarz, bo los tamtejszych zwierząt jest przejmujący. Przede wszystkim jest ich bardzo dużo, państwo ani żadne organizacje nie sprawują nad tym kontroli. Wiele zwierząt to nie kundle czy dachowce, widać po nich, że są krzyżówkami tak różnorodnymi, że ciężko byłoby rozpoznać rodziców. Nie przypominają jednak zadbanych pociech – większość z nich jest brudna, wychudzona. O ile w bardziej zaludnionych miastach może tego problemu nie ma, o tyle jadąc gdziekolwiek indziej, gdzie zwierzęta nie są regularnie dokarmiane przez knajpy i samych turystów, problem jest duży. Zwierzęta grzebią w śmietnikach, koty bardzo często ranią się, walcząc o terytorium. Nawet w Ochrydzie spotkaliśmy malucha, który miał cały grzbiet w strupach krwi i siedział przy nas, prosząc o jedzenie.
Kolejnym problemem jest to, że zwłaszcza psy mają mało instynktu samozachowawczego. Pomijając oczywisty fakt, że większość z nich jest duża i część osób może się ich bać, to bardzo często kręcą się przy drogach… i bez ostrzeżenia wbiegają na jezdnię. Sami niejeden raz mieliśmy sytuację, kiedy pies, który siedział na poboczu, zrywał się nagle i biegł w bok auta. Jedne mają szczęście, inne niekoniecznie, dlatego wiele z nich zostaje rozjechanych lub potrącanych. Proszę więc, nie spoglądajcie płytko na psiaka czy kota, który maślanymi oczami „wyłudza jedzenie od turystów”. Większość z nich jest naprawdę głodna, o czym świadczą wielkie porcje pochłoniętej ryby i mięsa przez jednego z kotów, któremu daliśmy jeść.
5. TRAGICZNY STYL JAZDY MACEDOŃCZYKÓW
Tak jak lubiliśmy z nimi rozmawiać, tak nie lubiliśmy ich obecności na drogach i aż nie chciało nam się wierzyć, że dokładnie ta sama osoba, która jeździ tak nieostrożnie i agresywnie, później jest w stosunku nas tak miła i uczynna. Przykłady zachowania, które udało nam się zaobserwować już w pierwszy dzień jazdy to np. cofanie na autostradzie. Na pasie do rozpędzenia się, gdzie jedzie się powiedzmy w okolicach 70 km/h, nagle pojawia się rozstawiony stragan z truskawkami, a na bramkach autostradowych do aut podchodzą dzieci, żeby sprzedać owoce. Nie żebrzą jednak, jak obawialiśmy się z początku, a po prostu pomagają ludziom rozstawionym właśnie na tym pasie do rozpędzania się. Miejscowi wyprzedzają wszędzie, nawet jeśli jedziemy drogą górską, z serpentynami, a widoczność jest bliska zeru. Nie włączają kierunkowskazów (jeśli się zdarzy, to prawie cud) i często zajeżdżają drogę. Zdarzyło nam się nawet, że po wrzuceniu przez nas kierunkowskazu z lewoskrętem, ktoś zaczął nas wyprzedzać i jeszcze nas wytrąbił 😉 W miastach na trzy czynne pasy ruchu czasami trzy są zablokowane, ponieważ kierowcy parkują, żeby kupić coś w sklepie i stoją na światłach awaryjnych. Policja? Stoi obok niewzruszona. Właściwie jedyne, za co rzeczywiście zatrzymuje, to przekroczenie prędkości.
Na drogach jest też sporo ciągników i niewiele znaków, dlatego często spotkamy się z problemem, kto ma pierwszeństwo (bo niby ten z prawej, ale w praktyce niekoniecznie). Większość skrzyżowań to ronda, no bo rzeczywiście są najprostsze i chyba to najlepsza możliwa opcja. Nie trzeba więc być świetnym kierowcą, natomiast trzeba mieć anielską cierpliwość, nerwy ze stali i oczy dookoła głowy. Drogi też nie są w najlepszym stanie, jest mnóstwo dziur, czasem jeden pas zupełnie zanika, jakby ktoś go ukradł. Na autostradzie można się rozpędzić, ale bez przesady i najlepiej robić to na lewym, gładszym pasie. Jest jednak także zabawna historia, która przydarzyła nam się na tym tle. Przejeżdżaliśmy przez środek budowy – nie między robotami drogowymi, tylko autentycznie przez plac budowlany, gdzie kierowali nas, jak mamy wymijać stosy kostek brukowych, które właśnie wykładano. Przy czym robotnik miał tak czerwoną twarz i oczy, jakby właśnie bił rekord życia w zatruwaniu wątroby. 😉
Czy potrafię wskazać jakiś miły aspekt macedońskich dróg? Na pewno z perspektywy pieszego, bowiem są oni przepuszczani przez każdy samochód, nikomu nie pozwala się czekać. Ludzie przechodzą przez ulicę w najróżniejszych miejscach, często na zasadzie „I tak mnie nie przejedziesz, więc stój”. Raz zdarzyło nam się, że mając zielone światło, przeczekaliśmy je całkowicie, bo piesi postanowili olać sygnalizację. W każdym razie zostaniesz przepuszczony zawsze i nie musisz nawet specjalnie się o to starać.
6. AUTOSTRADA PŁATNA MAŁO, ALE CZĘSTO
Za autostradę płacimy co 15-30 minut, zależy na jakich odcinkach. W każdym razie kosztuje ona przeważnie od 20-50 MKD (denarów macedońskich) czyli ok. 1,50-3,50 zł. Czasem zdarza się, że płacimy za odcinek i za 20 m z niego zjeżdżamy. Ogółem jednak nie jest drogo, może 15 zł za całą trasę Skopje-Ochryda. Tutaj jednak warto pamiętać, że mimo oznaczenia całej długości trasy jako A2, nawet niecała połowa to autostrada, a pozostała część to droga krajowa.
7. RÓŻNICE W SKLEPACH SPOŻYWCZYCH: PRODUKTY I OBSŁUGA
Najciekawszym rozwiązaniem jest mnóstwo jednorazowych produktów. Możemy np. kupić jedną kostkę rosołową za niecałą złotówkę, co jest super w przypadku, kiedy planujemy krótszy pobyt i nie mamy ochoty na siłę gotować jakichś potraw. Warzywa w jakimkolwiek miejscu są piękne. Wydaje nam się, że nie są poddawane opryskom i stosuje się wobec nich mało chemii, bo np. dojrzałe cebule szybko robiły się miękkie i zaczynały gnić. A wielkościowo były takie, jak nasze 3 razem wzięte! Mnóstwo warzyw sprzedaje się też z liśćmi, które właściwie chyba nie nadają się w większości wypadków do spożycia. Istnieje też ogromna różnica między tym, co sprzedaje się w sklepach, a co serwuje się w restauracjach. W knajpie królują np. cukinie, których nie znaleźliśmy w ani jednym sklepie. Musicie jednak koniecznie spróbować kabaczków i bakłażanów, są obłędne! Tu też poczujecie, jak naprawdę smakują pomidory. Nigdzie nie spotkaliśmy natomiast selera, a marchew czy por trzeba było kupować w pakiecie po kilka sztuk. O ile marchewkę szybko się zużywa, to po co komu tyle pora?
Wszystkie warzywa należy ważyć, ale waga jest tylko z nazwami napisanymi cyrylicą, dlatego za nas robili do ekspedienci. Nigdy się nie pogniewali, nie kazali nam też wyjść z kolejki – ot, zwykła obsługa. Wielokrotnie byli dla nas bardzo mili, chwilę też porozmawiali i nawet jakby cieszyli się pracą. Każde zakupy pakowali w darmowe torebki foliowe, milion torebek, nawet nie pytając o zgodę. Raz kupiliśmy tylko szampon i tak czy siak nam go spakowano. Z ekologią jest tutaj jeszcze pewien problem, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Widać to nawet po sposobie pakowania produktów, gdzie chleb jest zawinięty w dwa plastikowe opakowania.
8. BRAK MYJNI
Podczas zjechania całego kraju napotkaliśmy jedynie myjnie ręczne, zdarzyła się też jedna myjnia dla TIR-ów. Dla osobówek niestety nie ma takiej opcji, co nas najbardziej raziło przy oddawaniu samochodu do wypożyczalni. Nie mieliśmy nawet za bardzo warunków, żeby go umyć, a tymczasem mężczyzna, który przyjechał na odbiór, jakby w ogóle nie był tym niezrażony. Powiedział, że nie ma problemu, jedynie w jednym miejscu przetarł brud, żeby zobaczyć, czy to nie zarysowanie i tyle. Na koniec nawet położył dokumenty na tym brudnym aucie i zaczął składać podpisy.
9. PROBLEM ZE ŚMIECIAMI
Widać, że z roku na rok staje się on coraz mniejszy, natomiast w niewielkich miejscowościach, mimo ich uroku, wciąż możemy dostrzec mnóstwo śmieci w rzekach czy strumieniach. Centrum Skopje, Ochryda, a zwłaszcza Struga są czyściutkie, ale też mocniej nastawione na turystów niż pozostałe miejscowości. Zajmie więc jeszcze trochę czasu, by dotrzeć do świadomości Macedończyków pod tym względem. W końcu starają się o to wejście do Unii, są naprawdę fajnymi ludźmi i trzymam za nich kciuki, żeby te problematyczne kwestie uległy poprawie.
10. MNÓSTWO ZWIERZĄT – JADOWITE WĘŻE TEŻ!
Wiele blogów traktuje o tym, czy w Macedonii rzeczywiście natkniemy się np. na węże. Niektórzy paranoicznie się boją i piszą, że nawet nie chcą kąpać się w jeziorze, inni nagminnie szukają gadów i z rezygnacją przyjmują fakt, że ich nie ma. Nam udało się dostrzec węże około pięciu razy, ale też musiało to trochę potrwać. Prawda jest taka, że w miejscach turystycznych, gdzie kiedyś spotykano je często, jest teraz tylu ludzi, że węże się po prostu boją i wolą się schować. Trzy razy spotkaliśmy je podczas spaceru w Ochrydzie, czasem obserwowaliśmy je z pomostu, jak pływają pod wodą. Większość z nich jest niewielka, choć czasem dłuższe okazy wystawiały łepek z jeziora i wtedy były wyraźnie widoczne. Lecz znowu – niewielu ludzi się kąpało, bo woda była zimna. W sezonie letnim dostrzeżenie węży może być trudne. Jeden raz spotkaliśmy węża przy moście w centrum miasta, był naprawdę maleńki (zdjęcie niżej). Tylko jeden raz spotkaliśmy żmiję, których w Macedonii jest ponoć bardzo dużo. Na początku nie wiedzieliśmy nawet, że to żmija, bo trafiliśmy na czarną odmianę, bez wzorów na grzbiecie. Ona akurat była naprawdę duża, wygrzewała się na słońcu i uciekła do wody, gdy nas spostrzegła. Vipera Berus Black – wpiszcie sobie w Googla 😉 Zobaczyliśmy ją we wsi Kalishta, gdzie nie przyjeżdża prawie nikt. Obecnie buduje się tam jednak kurort, więc pewnie i węże uciekną. Raz też zobaczyliśmy wylinkę żmii podczas spaceru w narodowym parku Galiczica. Nie martwcie się jednak, to nie jest aspekt, którego warto się obawiać, choć do spotkania pierwszego węża ja również trzęsłam się jak galareta. To dlatego, że miejscowy nastraszył nas podczas wycieczki do Kanionu Matka, żebyśmy wyposażyli się w kije na żmije, które czasem wypełzają z zarośli. Wtedy rzeczywiście myślałam, że tym kijem wydłubię sobie oczy, ale kolejne razy są już coraz lepsze. Prócz węży w maju można spotkać tu mnóstwo bocianów. W niektórych wsiach ludzi zbudowali im na słupach specjalne obręcze, które ułatwiają budowę gniazd. Dzięki temu okupują prawie każdy słup i widać je wszędzie! Na terenie parków narodowych z kolei nad głowami lata mnóstwo drapieżników.
11. MACEDONIA TO TEREN AKTYWNY SEJSMICZNIE
Mnie na przykład wyleciało to z głowy, a swoje pierwsze i w zasadzie jedyne trzęsienie ziemi przeżyliśmy już piątego dnia pobytu. Było to po godz. 23.00, więc kładliśmy się do snu, bo następnego dnia wstawaliśmy wcześnie. Nagle oboje poczuliśmy wyraźne telepanie łóżkiem, zupełnie jakby ktoś ruszał oparciem tapczanu albo się wiercił. Szymon zaczął mnie pytać, czy to ja „tak robię”, a ja sądziłam, że to on mnie wkręca. Po krótkiej sprzeczce zapaliliśmy jednak światło, no i coś to udawanie trwało za długo. Wiecie, człowiek zmęczony, mieszka większość życia w Polsce, więc nawet nie pomyślał w pierwszej kolejności o ewentualnym trzęsieniu ziemi. Otworzyliśmy nawet łóżko, żeby zobaczyć, czy coś pod nim właśnie nie zdechło. Dopiero później poszukaliśmy informacji i Google wysłał nam alert, że w Albanii, ok. 110 km od nas wyczuwalne było trzęsienie ziemi o sile 4,9 w skali Richtera i czy my też je czuliśmy. Ponoć czuli je nawet Włosi!

12. DZIWNE MANEKINY SKLEPOWE, KTÓRE ZMIENIAJĄ SIĘ CO KILKA DNI
Pamiętam, że w 2016/2017 roku dziwacznych manekinów było więcej, ale wciąż widać po nich pozostałości. Wystawy zmieniają się co krótki czas, nawet częściej niż raz w tygodniu i powiem Wam, że to super! Świetny chwyt marketingowy, bo nowości zawsze przykuwają uwagę, nawet jeśli to stare ubrania wyciągnięte z głębi sklepu. A jeśli jeden ciuch Ci się nie spodoba, to zapewne przyciągnie Cię kolejny. Moda w Macedonii niekiedy jest dość… kiczowata, ale to, co w niej uwielbiam, to mnóstwo kolorów!
13. POSZANOWANIE DLA RELIGII I RÓŻNORODNOŚCI WYZNAŃ
Prawie 60% społeczeństwa macedońskiego wyznaje prawosławie, bardzo duża część to także osoby opowiadające się za islamem. W miastach mamy więc cerkwie, a kilkadziesiąt metrów dalej meczety z minaretami, przez które kilka razy dziennie rozbrzmiewają nawoływania do modlitwy i nikomu to nie przeszkadza. Równocześnie widzimy kobiety w burkach i takie, które zupełnie nieskrępowanie odsłaniają ramiona, włosy czy kolana. Nie ma jakiejś ogólnej niechęci czy krzywych spojrzeń, z czym np. spotkałam się w Bośni i Hercegowinie. Może tamten incydent to przypadek, jednak tutaj taki WZAJEMNY szacunek bardzo mi się spodobał. Widać, że obie grupy wyznaniowe mają takie same prawa i obowiązki w społeczeństwie, są tez tak samo traktowane i to jest super.
14. STRASZNE TOALETY W MIEJSCACH PUBLICZNYCH
Nie wiem jak Wy, ale ja mam straszną fobię przed brudnymi, niezadbanymi toaletami. Straszliwie brzydzi mnie myśl, ilu ludzi było tu przede mną, kto mnie słyszy i tak dalej. Zapewne wynika to z faktu, że wiele podróżowałam za dzieciaka i nie umiałam wycelować z potrzebami w odpowiednim momencie, stąd postoje w różnych, czasem ohydnych budkach, na stacjach itd. W Macedonii wielokrotnie na ścianach toalet jest grzyb, miejsca są niesprzątane, latają owady, zapach też do przyjemnych nie należy… Najstraszniejszym doświadczeniem było zatrzymanie się na stacji benzynowej, gdzie zamówiliśmy kawę i zapytaliśmy o toaletę, a pracownik jak gdyby nigdy nic pokazał nam drzwi, nawet zbytnio się nie przejmując. Weszliśmy, a tam dziura w ziemi i typowy narciarz. Generalnie nie byłoby to złe, tak naprawdę to dużo bardziej higieniczne rozwiązanie, bo dotykamy mniejszej ilości powierzchni, ale miejsce było obrośnięte pajęczynami, nieruszane chyba od 20-30 lat, w wielu miejscach czarne od brudu… Uciekliśmy po kilku sekundach, ale potem żałowałam, że nie zrobiłam zdjęcia! Niedziwne, że wielu ludzi zatrzymywało się na poboczu, żeby nie korzystać z toalet na stacjach. Czasem nie mieściło nam się w głowie, że kelnerzy w restauracjach chodzą w koszulach, cali zadbani, a później idą na przerwie do takiej toalety i wychodzą piękni i pachnący. Sprawdzone łazienki są na Lukoilu – może nie turbo czyste i nowe, ale w granicach przyzwoitości. Inne stacje stanowczo odradzam. Standardem europejskim odznaczała się też toaleta w sieciówce Choco World – bardzo ładne,
15. OBSŁUGA NA STACJI BENZYNOWEJ
Pod tym względem w Macedonii jest tak, jak u nas było jeszcze parę czy paręnaście lat temu. Właściwie nigdy nie tankujemy auta samodzielnie, zawsze robi to obsługa, myje też szyby itd. My może nie czujemy takiej potrzeby, ale dzięki temu ludzie mają pracę i zajęcie, więc wystarczy podziękować i na pewno to ich ucieszy.
To najważniejsze fakty, które zaskoczyły nas podczas pobytu w Macedonii i postanowiłam, że się nimi podzielę. Czy coś Was zaskoczyło, stanowiło dla Was ciekawą odmianę lub zupełną nowość? Mając na względzie takie wskazówki, łatwiej będzie Wam wybrać się w podróż do tego kraju? A może byliście w Macedonii i sami macie jakieś spostrzeżenia, które mi umknęły? Śmiało, piszcie w komentarzu!

















