Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie zawierać informacje o Hospital in the rock, czyli muzeum działającym w dawnym bunkrze za czasów II wojny światowej. Parę słów o tym miejscu podszepnęłam już w poprzedniej części budapeszteńskich opowieści, więc serdecznie zapraszam, jeśli chcesz dowiedzieć się więcej. Później przejdziemy do strony peszteńskiej i atrakcji, które się tam znajdują, a także unaocznimy, jak wyglądają przygotowania do nowego roku w stolicy Węgier. Zapraszam na:
- Zwiedzanie nuklearnego bunkra – Hospital in the Rock
- Restauracja Vigado – Uważaj, do której trafisz!
- Nasze wpadki – Twój uśmiech
- Sylwestrowe zwyczaje Węgrów
- Zwiedzanie Pestu
- Wielka Synagoga – ceny
- Wzgórza Zamkowe
- Jak spędziliśmy noc sylwestrową?
Zwiedzanie nuklearnego bunkra – Hospital in the rock
Nasza grupa, która weszła do bunkra, składała się z około 30 osób. Pierwszym etapem podróży jest obejrzenie krótkiego filmiku w osobnej sali, w którym przedstawione zostają ogólne zasady panujące na miejscu (w tym zakaz spożywania jedzenia i robienia zdjęć) oraz ogólny zarys historii, jak ono w ogóle powstało i funkcjonowało. Wbrew pozorom bunkier jest naprawdę duży i szybko przychodzi nam się o tym przekonać podczas zwiedzania. Co prawda korytarze są bardzo wąskie i raczej należy chodzić gęsiego, by wyminąć się z innymi ludźmi, ale też bardzo długie. Sprawiają nieco klaustrofobiczne wrażenie, zwłaszcza że po drodze często poustawiane są jeszcze szafki czy różnorodne urządzenia prądotwórcze (eksponaty lub wciąż działające). Sufit jest miejscami dość nisko, wszędzie biegną rury i człowiek czuje w sobie taką nutę niepokoju.
Duża część pomieszczeń jest ulokowana w taki sposób, że znajdują się one zarówno po prawej, jak i po lewej stronie, ale zwiedzanie zorganizowano tak, żeby najpierw obejść i omówić jedną z nich, a potem drugą. Nasza przewodniczka opowiadała dosyć wyczerpująco, podawała też dużo ciekawostek i nieustannie chciała, żebyśmy zadawali pytania. Nikt jednak się nie odzywał, wydaje mi się, że jej opowieści w zupełności wystarczały, by oddać tragizm tego miejsca. Zdarzały się jednak i przyjemne historie: kobieta pokazała nam kąt pomieszczenia, w którym przyszła na świat mała dziewczynka. Nie dość, że dziecko przeżyło wojnę, to po jej zakończeniu, będąc już starszą kobietą, wróciło obejrzeć miejsce, gdzie się narodziło i na ścianie wisi nawet jej portret.
Każde pomieszczenie jest inne, a jednak wiele z nich bardzo do siebie przystaje – to chyba nie jest wielkie zaskoczenie, jeśli wyobrazimy sobie szpital wojenny. Większość pomieszczeń wypełniają łóżka z chorymi (woskowymi figurami, których jednak mimika i ekspresja nie pozostawia nic do życzenia). Zwłaszcza jedno z nich sprawia przerażające wrażenie, gdzie kilku rannych śpi pod jednym kocem, na jednym materacu. Ludzi ponoć było tak dużo, że powoli brakowało tlenu do oddychania (nie zapominajmy w końcu, że bunkier znajdował się pod ziemią i doprowadzenie tlenu było do niego znacznie utrudnione – nie sposób przecież otworzyć okna czy włączyć klimatyzacji).
Inne sale przedstawiały proces operacji – i tych zwykłych wykonywanych przez chirurga ogromnymi nożycami, i tych polegających na amputacji kończyn. Te były wyjątkowo wstrząsające, jako że żołnierzy nie usypiano: figury „zrywały się” z miejsca, podczas kiedy ich nogi odpiłowywano, asekurując się przy tym żeliwnym wiadrem zapełnionym krwią i bandażami w podobnym stanie. Właśnie – ujrzymy bardzo bogatą kolekcję leków i narzędzi używanych w tamtym okresie do przywracania ludziom jako takiej sprawności bądź uśmierzania ich bólu (częściej jednak to drugie). Patrząc na ich jakość czy ogólną higienę tego miejsca, człowiek myśli sobie, czy nie łatwiej byłoby już po prostu wykitować, niż parę dni przedłużać te męczarnie. Należy zaznaczyć, że jasne, część takich strasznych obrazów malowała się ze względu na zacofanie i niewiedzę ludzi, większość jednak stanowiła wzorowy przykład na to, jak straszliwy niedostatek i brak jakichkolwiek środków pomocniczych cierpieli ranni.
Wspominałam już wcześniej, że wolałabym uszanować prośbę muzeum i nie wstawiać na bloga żadnych zdjęć, jednak jeśli tylko zajrzycie w grafikę Google, dostaniecie chociaż namiastkę tego, co udało nam się zobaczyć. Być może warto zerknąć, bo pewnie większość z Was ma przeświadczenie, że „to tylko figury, co w tym może być strasznego”. A jednak miejsce jest przygotowane w tak przemyślany sposób, że przez 30-40 minut zwiedzania każdy milczy jak zaklęty.
Oprócz ogólnej nędzy i rozpaczy możemy zobaczyć też maski przeciwgazowe i całe skompletowane kombinezony. W jednym z pomieszczeń są też modele pojazdów i kadłubów z tamtego okresu. Część wystawy poświęcona jest również zrzuceniu bomby atomowej na Hiroszimę i ukazaniu, jak negatywne skutki promieniowania szybko rozprzestrzeniały się po całym świecie. Zwiedzający ma okazję obejrzeć mapy kontynentów i miast, gdzie pokazany jest zasięg tego zdarzenia i jego natężenie. Dodatkowo ustawione są też specjalne stanowiska z okularami, przez które można spojrzeć i zobaczyć zdjęcia osób dotkniętych promieniowaniem w różnym stadium. Generalnie straszne.
Ostatnie pomieszczenia składają się z rysunków wykonanych w większości przez dzieci a propos tych właśnie wydarzeń. Dodatkowo przy suficie poskładane są kolorowe łabędzie z origami, mające być symbolem wolności i pokoju. Jak więc widzicie, tych bodźców na miejscu czeka na zwiedzającego bardzo dużo, dlatego żałuję, że czas zwiedzania został w tak dużym stopniu ukrócony. Brakuje odrobinę miejsca na refleksję i spokojne obejrzenie wystaw, zwłaszcza jeśli zamyka się daną grupę, tak jak to było w naszym przypadku. Może poza okresami wzmożonego ruchu turystycznego jest inaczej, dlatego jeśli ktoś z Was miał okazję znaleźć się tam, tylko w innym miesiącu, to koniecznie dajcie znać, jak to wygląda.
Restauracja Vigado – Uważaj, do której trafisz!
Po zwiedzaniu poszliśmy na grzane wino i jeszcze przez jakiś czas byliśmy raczej w takim cichym, żeby nie powiedzieć ponurym nastroju. Bunkier ogromnie nam się podobał, ale wypadało zrobić coś na poprawę humoru. Zdecydowaliśmy się więc na to, co oboje lubimy najbardziej: jedzenie. Według naszej listy blisko nas znajdowała się restauracja Vigado, również bardzo polecana przez moich rodziców. Wiedzieliśmy, że można dostać tam najlepsze zupy w chlebie, dlatego z chęcią ruszyliśmy na miejsce. Podałam Maćkowi nazwę i ruszyliśmy za trasą wytyczoną przez Google. Coś mi się to jednak wydawało dziwne, bo nawigacja kazała nam wsiąść w autobus, który jechał na drugą stronę mostu, do peszteńskiej części miasta. Jak byk miałam zapisane, że Vigado jest w Budzie, ale stwierdziłam, że okej, może się pomyliłam.
No więc pojechaliśmy – w busie tłok, na moście korek i tak zleciało nam ponad 40 minut, po których poczuliśmy, że naprawdę jesteśmy głodni. Skręcało nas w żołądkach, więc w miarę zmniejszania się odległości, niecierpliwiliśmy się coraz bardziej. Szukamy jednak i szukamy – powinniśmy przecież być już na miejscu. Rodzice mówili, że knajpka jest mała, raczej obdarta i z zewnątrz nie wygląda zachęcająco. Tymczasem obok nas budynek z białymi filarami, w środku żyrandol, czerwony dywan i zupełnie czysto. Może zrobili remont? Próbowaliśmy się pocieszać, ale gdzieś z tyłu głowy dotarło do nas, że to chyba jednak nie to miejsce.
Jaki był finał? Okazało się, że Vigado są dwa – przy czym jedno to po prostu Vigado, a drugie to jakaś strasznie długa i dziwna nazwa, na którą nakierował nas Maciek. Stwierdził, że to pewnie to, nawet nie pytając mnie o zdanie, i tak właśnie koło godziny 18.00 przymieraliśmy głodem, cały czas mając wizję tej zupy w chlebie, przez którą zamiast znaleźć sobie inną knajpę, ruszyliśmy z powrotem do Budy. Brawo my. Vigado finalnie znaleźliśmy, ale zupy w chlebie już na miejscu nie praktykują (teraz podają ją w garnuszku). Nosz jasna… (więcej o restauracji w osobnym kulinarnym wpisie).
Nasze wpadki – Twój uśmiech
To był jedyny wieczór, kiedy chcieliśmy nieco szybciej wrócić do hotelu i choć raz po całym dniu łażenia skorzystać z jacuzzi. Co prawda dojazd zajął tyle, że zostało nam jakieś 40 minut do zamknięcia, ale stwierdziliśmy, że warto nawet dla parunastu minut szybko się przebrać i wskoczyć do wody. Zawinęliśmy się więc w szlafroki i ruszyliśmy na wyższe piętro hotelu, o którym pisałam już troszkę tutaj. No więc odkładamy wszystkie rzeczy na wieszaczki, wchodzimy do małego pomieszczenia. Na miejscu sauna, zaraz obok ogromna wanna z bąbelkami. Było nam jeszcze zimno po spacerach, więc z wielką radością zdjęliśmy klapki i nacisnęliśmy przycisk, by uruchomić jacuzzi… po to, żeby odkryć, że on wcale nie przynosi zamierzonych efektów.
Ponaciskaliśmy parę razy, zanurzyliśmy dłoń w wodzie – no zimna, po prostu zimna. Coś się musiało zepsuć. Zostało nam jeszcze trochę czasu, więc zeszłam na dół do recepcji, żeby zapytać, czy coś robimy niewłaściwie, czy coś się może popsuło. Tam nie zastałam jednak tego Azjaty, który zawsze tak ochoczo i rzetelnie pomagał, a innego faceta, raczej młodszego i wyglądającego na początkującego. Porozmawiałam z nim chwilkę, na co on odpowiedział, że już ktoś dzisiaj zgłaszał ten problem i że wannę trzeba uruchomić, ale nie wie jak. Zapewnił jednak, że JUTRO, kiedy zjawi się szef, poruszy tę kwestię. Fantastycznie.
Kto jednak śledzi wpisy z naszą dwójką, ten wie, że wieczór nie mógł skończyć się na rozczarowaniu i smucie z powodu zepsutego jacuzzi. Co zrobiliśmy? Udawaliśmy więc, że wszystko jest jak należy i weszliśmy do tej zimnej wody, trzepiąc nogami i rękami tak, żeby powstało złudzenie bąbelków. W pomieszczeniu była kamera (swoją drogą trochę słabe miejsce na podgląd, w sensie… ciekawe, czego recepcjonista się już tam naoglądał) i zastanawialiśmy się, jaki zonk ma teraz ten, kto na nas patrzy. Wiecie, my po prostu cały dzień czekaliśmy na ten gorący masaż i próbowaliśmy to sobie zrekompensować. Następnego dnia był już sylwester i wiedzieliśmy, że się nie wykąpiemy, bo na 99% będziemy na mieście. Wydurnialiśmy się więc jeszcze chwilę, a potem zdecydowałam się wyjść.
Zapytałam Maćka, gdzie dał nasz klucz do pokoju, po czym odpowiedział, że znajdę go na wieszaku. Podnoszę jednak jedną rzecz, odchylam inny ciuch i nic. Gdzieś zabrzęczał brelok, więc uniosłam wszystkie rzeczy, a jego wciąż nie ma. Spojrzałam ze zdziwieniem, na co Maciek wybuchnął śmiechem, też niezbyt ogarniając, co się stało z tym kluczem. I nagle machnęłam ręką, a on wypadł nie wiadomo skąd na ziemię. Usłyszałam tylko okrzyk pełen zachwytu: „Kurwa, Houdini!”
Sylwestrowe zwyczaje Węgrów
Następny dzień, 31 grudnia. Nie można ukryć, że ze zwiedzaniem spartaczyliśmy nieco sprawę. Otóż większość sklepów, muzeów i kulturowych miejsc była już zamknięta, część działała do godziny max. 15.00. Ze względu na konieczność porannej nauki zaplanowaliśmy czas tak, żeby wyjechać z hotelu, wyskoczyć na późny obiad, a później zwiedzać tak długo, żeby doczekać sylwestra na Wzgórzu Zamkowym. No i ogólnie ten plan był niewypałem, czego tym bardziej szkoda ze względu na ostatni dzień naszego wyjazdu. Nie wszystko jednak stracone – warto było zobaczyć miasto tylko i wyłącznie ze względu na sylwestrowe zwyczaje Węgrów. Jeszcze nigdy w Nowy Rok nie widziałam takiego zatrzęsienia stoisk z perukami czy czapeczkami z gumką (takimi jak na urodziny) do sprzedaży, ile zobaczyliśmy w Budapeszcie. Wiadomo, u nas też kupuje się świecące rogi czy afro, ale to, co jawiło się naszym oczom w stolicy, uchodziło za jeszcze większą tandetę. Nikogo oczywiście to nie zrażało, ludzie bardzo chętnie kupowali komplety dla całej rodziny i wszystkich znajomych.

Zwiedzanie Pestu
Zrobiliśmy rundę po żydowskich ulicach, które słyną z ruin pubs. To takie knajpy, które z zewnątrz wyglądają jak rozpadające się domy czy kamienice, natomiast w środku mają bardzo ciekawe aranżacje – siedzi się np. na kanapach z poprzecinanych na pół samochodów i tak dalej. My niestety nie załapaliśmy się, żeby wejść do środka, ale to akurat taki element kulturowy, który warto zobaczyć. Część odwiedzających uważa go za niesamowicie atrakcyjny, podczas kiedy niektórzy nie widzą nic bardziej odtrącającego i obrzydliwego w samym sercu stolicy. Trzeba jednak nastawić się na nieco inny rodzaj przeżyć, o czym alarmuje nas już wcześniejsze przejście dzielnicy żydowskiej: ścisk, knajpa przy knajpie, specyficzne witryny sklepowe (zwłaszcza na Király).
Kręciliśmy się tam przede wszystkim po to, żeby odnaleźć Wielką Synagogę. Najważniejszym dla mnie elementem, który trzeba tam zobaczyć, jest rzeźba drzewa, rzeźby płaczącej pośrodku placu. Jej liście zostały stworzone z metalowych płytek, a każda z nich ma wygrawerowane imiona i nazwiska osób, które padły ofiarami Holocaustu podczas II wojny światowej. Szeroko na ten temat rozpisuje się autorka książki „Niewidzialny most” i to właśnie dzięki jej lekturze wiedziałam, że warto zobaczyć to miejsce. Udało mi się jednak tylko z daleka, chyba ledwie umykając wzrokowi ochroniarza (na szczęście Maciek mnie zasłaniał). Dlaczego? Nie chodziło o to, że minął czas zwiedzania. Złożyły się na to dwa czynniki: ogromna, a raczej OGROOOMNAAA kolejka i… cena.
Wielka synagoga – ceny
Kiedy moi rodzice pierwszy raz zawitali w synagodze, zapłacili w granicach 3000 HUF (koło 40 zł), nie więcej. Teraz cena wynosiła już 6500 HUF (około 85 zł). Nie wiem, czy tylko tymczasowo ze względu na wzmożony ruch turystyczny, czy już na stałe. Dla nas jednak ten wydatek w ostatni dzień okazał się dość duży. Nie na tyle, żeby nie było nas stać, ale chcieliśmy jeszcze zajrzeć do Muzeum Terroru, zjeść porządny obiad i kupić coś na noc sylwestrową. Taka cena za ujrzenie wnętrza synagogi, czy nawet rzeźby, o którą głównie mi chodziło, wydawała się strasznie wysoka i w końcu po dłuższym zastanowieniu i walce z samymi sobą – odpuściliśmy.
Dlaczego ludzie tak chętnie odwiedzają to miejsce? Część pewnie traktuje je jako pamiątkę historyczną, inni po prostu chcą ją odhaczyć, no bo przecież to atrakcja turystyczna. Fakt pozostaje jednak faktem: to jedna z trzech największych synagog na świecie. Mój wujek zwykł mawiać jednak, że skoro tak dbamy o znajomość przeszłości i samoświadomość, to takie punkty do zwiedzania powinny być ogólnodostępne, bez żadnych opłat. Chyba wspominał o tym głównie ze względu na młodych ludzi, dla których wydanie prawie 100 zł od tak nie jest zbyt przyjemną decyzją, a którzy przecież powinni poznać jak najwięcej takich strzępków historii, skoro sami nie byli jej naocznymi świadkami. Trochę go rozumiem. Na razie jednak muszę pocieszyć się fotką, którą udało mi się na wpół legalnie ustrzelić.
Później udaliśmy się pod Operę. Wystarczy znaleźć przystanek metra o tej nazwie (znajduje się na żółtej, zabytkowej linii nr 1) i wyjść po schodach, a budynek znajdzie się tuż przed naszymi oczami. Co zabawne, podczas naszych przechadzek po mieście widzieliśmy go wielokrotnie i ani razu nie zwróciliśmy na niego uwagi. Czemu? Niespodzianka! Cała fasada pokryta była jakimś materiałem, a z przodu stało mnóstwo rusztowań. Remont, jak fajnie! Dzięki niemu mogliśmy podziwiać AŻ górny gzyms budynku i tym się musieliśmy zadowolić. Sukcesów ciąg dalszy.
Następne w kolejce było Muzeum Terroru i tutaj akurat my popełniliśmy błąd, bo nie sprawdziliśmy godzin otwarcia 31 grudnia. Akurat za pół godziny zamykali, więc nawet nie było sensu wchodzić do środka. Później: Hala Targowa, na którą liczyliśmy chyba najmocniej ze względu na to, że przecież takiego obiektu nie można zamknąć, niby w jaki sposób? A jednak: można. Stwierdziliśmy więc, że tylko poszukamy jakiegoś miejsca na obiad i udamy się na Wzgórza Zamkowe – było jednak bardzo wcześnie i zdawaliśmy sobie sprawę, że zwiedzimy, a później wrócimy do hotelu, bo siedzenie 5-6 godzin na zimnie nie będzie miało sensu.
Naprzeciwko Hali Targowej znajdowała się jedna z knajp, którą bardzo chciałam odwiedzić – For sale pub. Środek jest urządzony w bardzo nietypowy sposób – przy suficie wisi mnóstwo luźno zwieszonych gazet, na podłodze siano, wszędzie ciężkie, drewniane meble. Kolejka była jednak tak ogromna, że z bólem serca odpuściliśmy (zwłaszcza że padało) i poszliśmy do folklorystycznej, rzekomo tradycyjnej węgierskiej restauracji. Nie dość, że wyszło drogo, to jeszcze niesmacznie: przegryw x5.
Wzgórza zamkowe
Ostatnią deską ratunku okazały się właśnie Wzgórza Zamkowe, których nie można zamknąć, nie trzeba za nie płacić ani ich jeść. Zatrzymaliśmy się przy Zamku Królewskim, inaczej nazywanym Zamkiem Buda, w którym znajduje się Muzeum Historii Budapesztu, a także Węgierska Galeria Narodowa. Na miejsce możemy dostać się specjalną zabytkową kolejką, która kursuje średnio co 10 minut aż do godziny 22.00. Ceny biletów w jedną stronę wynoszą 1200 HUF (czyli ok. 15,60 zł). My jednak przeszliśmy się na pieszo. Widoki z samej góry, zwłaszcza w grudniu, są bardzo ładne – widać całą panoramę. W dodatku wszędzie migoczą lampki, a sam zamek jest podświetlony.




Jak spędziliśmy noc sylwestrową?
W drodze powrotnej kupiliśmy za resztę pieniędzy alkohol i węgierskie słodycze. Mieliśmy bardzo ambitny plan pojechania o 23.00 z powrotem na miasto, ale ostatnie dni tak dały nam się we znaki, że padliśmy do łóżka i nie chciało nam się już podnieść. Ubraliśmy się w piżamy, odpaliliśmy film, jedliśmy i piliśmy. Już mieliśmy kłaść się spać, Maciek nawet zdążył wymyć głowę, ale jako że nasi znajomi cały czas wypisywali, gdzie to się nie bawią, złapaliśmy moralniaka i stwierdziliśmy, że idziemy oglądać fajerwerki. Okazało się, że całe szczęście nie wyjechaliśmy na Wzgórza Zamkowe, bo nie mielibyśmy stamtąd powrotu do domu. Metro kursowało standardowo, natomiast dalsza nitka autobusu, który dowoził nas do hotelu, już nie. Musielibyśmy iść z dobre półtorej godziny, jeśli nie więcej, na piechotę.
Jaki więc był nasz plan? Nie zdjęliśmy nawet piżam, po prostu zarzuciliśmy na nie coś ciepłego. Maćkowi na mokrą głowę nałożyliśmy moją ciepłą czapkę i ruszyliśmy na pętlę. Umówiliśmy się, że wsiadamy w pierwszy lepszy autobus, który się zjawi i wysiadamy pięć minut przed północą w losowym miejscu, żeby oglądać fajerwerki. Kiedy jednak zobaczyliśmy, że wyjeżdżamy na zupełne peryferia, opuściliśmy pojazd szybciej i udaliśmy się na najbliższy most biegnący ponad torami kolejowymi, gdzie w zasadzie było bardzo bezpiecznie. Widzieliśmy z daleka Wzgórze Zamkowe, ludzie z okolicznych bloków też puszczali fajerwerki, więc widoków nam nie zabrakło, a śmiechu już tym bardziej. W sumie wyszło całkiem nieźle, chociaż pamiętajcie, że Węgrzy bawią się dosyć krótko: max. o 1.00 na mieście jest już raczej cicho.
Pamiętam, że wtedy obiecaliśmy sobie, że ten rok będzie dla nas po prostu dobry. Najwyraźniej 2020 miał jednak inne plany wobec całego świata, ale mimo tego nie załamujemy się i czekamy na dobre dni, na kolejną dawkę podróży. Z samego rana następnego dnia wróciliśmy do domu i na tym nasza opowieść by się kończyła. Nie martwcie się jednak, w zanadrzu mam jeszcze opowieści z Lwowa i Magdeburga, więc na jakiś czas nie zabraknie czegoś do poczytania. Trzymajcie się ciepło, a ja w międzyczasie zapraszam na swojego fanpage’a oraz Instagrama!





































































































































