Budapeszt cz.4 czyli kultura żydowska, muzeum nuklearne i sylwestrowe zwyczaje

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie zawierać informacje o Hospital in the rock, czyli muzeum działającym w dawnym bunkrze za czasów II wojny światowej. Parę słów o tym miejscu podszepnęłam już w poprzedniej części budapeszteńskich opowieści, więc serdecznie zapraszam, jeśli chcesz dowiedzieć się więcej. Później przejdziemy do strony peszteńskiej i atrakcji, które się tam znajdują, a także unaocznimy, jak wyglądają przygotowania do nowego roku w stolicy Węgier. Zapraszam na:

Zwiedzanie nuklearnego bunkra – Hospital in the rock

Nasza grupa, która weszła do bunkra, składała się z około 30 osób. Pierwszym etapem podróży jest obejrzenie krótkiego filmiku w osobnej sali, w którym przedstawione zostają ogólne zasady panujące na miejscu (w tym zakaz spożywania jedzenia i robienia zdjęć) oraz ogólny zarys historii, jak ono w ogóle powstało i funkcjonowało. Wbrew pozorom bunkier jest naprawdę duży i szybko przychodzi nam się o tym przekonać podczas zwiedzania. Co prawda korytarze są bardzo wąskie i raczej należy chodzić gęsiego, by wyminąć się z innymi ludźmi, ale też bardzo długie. Sprawiają nieco klaustrofobiczne wrażenie, zwłaszcza że po drodze często poustawiane są jeszcze szafki czy różnorodne urządzenia prądotwórcze (eksponaty lub wciąż działające). Sufit jest miejscami dość nisko, wszędzie biegną rury i człowiek czuje w sobie taką nutę niepokoju.

Duża część pomieszczeń jest ulokowana w taki sposób, że znajdują się one zarówno po prawej, jak i po lewej stronie, ale zwiedzanie zorganizowano tak, żeby najpierw obejść i omówić jedną z nich, a potem drugą. Nasza przewodniczka opowiadała dosyć wyczerpująco, podawała też dużo ciekawostek i nieustannie chciała, żebyśmy zadawali pytania. Nikt jednak się nie odzywał, wydaje mi się, że jej opowieści w zupełności wystarczały, by oddać tragizm tego miejsca. Zdarzały się jednak i przyjemne historie: kobieta pokazała nam kąt pomieszczenia, w którym przyszła na świat mała dziewczynka. Nie dość, że dziecko przeżyło wojnę, to po jej zakończeniu, będąc już starszą kobietą, wróciło obejrzeć miejsce, gdzie się narodziło i na ścianie wisi nawet jej portret.

Każde pomieszczenie jest inne, a jednak wiele z nich bardzo do siebie przystaje – to chyba nie jest wielkie zaskoczenie, jeśli wyobrazimy sobie szpital wojenny. Większość pomieszczeń wypełniają łóżka z chorymi (woskowymi figurami, których jednak mimika i ekspresja nie pozostawia nic do życzenia). Zwłaszcza jedno z nich sprawia przerażające wrażenie, gdzie kilku rannych śpi pod jednym kocem, na jednym materacu. Ludzi ponoć było tak dużo, że powoli brakowało tlenu do oddychania (nie zapominajmy w końcu, że bunkier znajdował się pod ziemią i doprowadzenie tlenu było do niego znacznie utrudnione – nie sposób przecież otworzyć okna czy włączyć klimatyzacji).

Inne sale przedstawiały proces operacji – i tych zwykłych wykonywanych przez chirurga ogromnymi nożycami, i tych polegających na amputacji kończyn. Te były wyjątkowo wstrząsające, jako że żołnierzy nie usypiano: figury „zrywały się” z miejsca, podczas kiedy ich nogi odpiłowywano, asekurując się przy tym żeliwnym wiadrem zapełnionym krwią i bandażami w podobnym stanie. Właśnie – ujrzymy bardzo bogatą kolekcję leków i narzędzi używanych w tamtym okresie do przywracania ludziom jako takiej sprawności bądź uśmierzania ich bólu (częściej jednak to drugie). Patrząc na ich jakość czy ogólną higienę tego miejsca, człowiek myśli sobie, czy nie łatwiej byłoby już po prostu wykitować, niż parę dni przedłużać te męczarnie. Należy zaznaczyć, że jasne, część takich strasznych obrazów malowała się ze względu na zacofanie i niewiedzę ludzi, większość jednak stanowiła wzorowy przykład na to, jak straszliwy niedostatek i brak jakichkolwiek środków pomocniczych cierpieli ranni.

Wspominałam już wcześniej, że wolałabym uszanować prośbę muzeum i nie wstawiać na bloga żadnych zdjęć, jednak jeśli tylko zajrzycie w grafikę Google, dostaniecie chociaż namiastkę tego, co udało nam się zobaczyć. Być może warto zerknąć, bo pewnie większość z Was ma przeświadczenie, że „to tylko figury, co w tym może być strasznego”. A jednak miejsce jest przygotowane w tak przemyślany sposób, że przez 30-40 minut zwiedzania każdy milczy jak zaklęty.

Oprócz ogólnej nędzy i rozpaczy możemy zobaczyć też maski przeciwgazowe i całe skompletowane kombinezony. W jednym z pomieszczeń są też modele pojazdów i kadłubów z tamtego okresu. Część wystawy poświęcona jest również zrzuceniu bomby atomowej na Hiroszimę i ukazaniu, jak negatywne skutki promieniowania szybko rozprzestrzeniały się po całym świecie. Zwiedzający ma okazję obejrzeć mapy kontynentów i miast, gdzie pokazany jest zasięg tego zdarzenia i jego natężenie. Dodatkowo ustawione są też specjalne stanowiska z okularami, przez które można spojrzeć i zobaczyć zdjęcia osób dotkniętych promieniowaniem w różnym stadium. Generalnie straszne.

Ostatnie pomieszczenia składają się z rysunków wykonanych w większości przez dzieci a propos tych właśnie wydarzeń. Dodatkowo przy suficie poskładane są kolorowe łabędzie z origami, mające być symbolem wolności i pokoju. Jak więc widzicie, tych bodźców na miejscu czeka na zwiedzającego bardzo dużo, dlatego żałuję, że czas zwiedzania został w tak dużym stopniu ukrócony. Brakuje odrobinę miejsca na refleksję i spokojne obejrzenie wystaw, zwłaszcza jeśli zamyka się daną grupę, tak jak to było w naszym przypadku. Może poza okresami wzmożonego ruchu turystycznego jest inaczej, dlatego jeśli ktoś z Was miał okazję znaleźć się tam, tylko w innym miesiącu, to koniecznie dajcie znać, jak to wygląda.

Restauracja Vigado – Uważaj, do której trafisz!

Po zwiedzaniu poszliśmy na grzane wino i jeszcze przez jakiś czas byliśmy raczej w takim cichym, żeby nie powiedzieć ponurym nastroju. Bunkier ogromnie nam się podobał, ale wypadało zrobić coś na poprawę humoru. Zdecydowaliśmy się więc na to, co oboje lubimy najbardziej: jedzenie. Według naszej listy blisko nas znajdowała się restauracja Vigado, również bardzo polecana przez moich rodziców. Wiedzieliśmy, że można dostać tam najlepsze zupy w chlebie, dlatego z chęcią ruszyliśmy na miejsce. Podałam Maćkowi nazwę i ruszyliśmy za trasą wytyczoną przez Google. Coś mi się to jednak wydawało dziwne, bo nawigacja kazała nam wsiąść w autobus, który jechał na drugą stronę mostu, do peszteńskiej części miasta. Jak byk miałam zapisane, że Vigado jest w Budzie, ale stwierdziłam, że okej, może się pomyliłam.

No więc pojechaliśmy – w busie tłok, na moście korek i tak zleciało nam ponad 40 minut, po których poczuliśmy, że naprawdę jesteśmy głodni. Skręcało nas w żołądkach, więc w miarę zmniejszania się odległości, niecierpliwiliśmy się coraz bardziej. Szukamy jednak i szukamy – powinniśmy przecież być już na miejscu. Rodzice mówili, że knajpka jest mała, raczej obdarta i z zewnątrz nie wygląda zachęcająco. Tymczasem obok nas budynek z białymi filarami, w środku żyrandol, czerwony dywan i zupełnie czysto. Może zrobili remont? Próbowaliśmy się pocieszać, ale gdzieś z tyłu głowy dotarło do nas, że to chyba jednak nie to miejsce.

Jaki był finał? Okazało się, że Vigado są dwa – przy czym jedno to po prostu Vigado, a drugie to jakaś strasznie długa i dziwna nazwa, na którą nakierował nas Maciek. Stwierdził, że to pewnie to, nawet nie pytając mnie o zdanie, i tak właśnie koło godziny 18.00 przymieraliśmy głodem, cały czas mając wizję tej zupy w chlebie, przez którą zamiast znaleźć sobie inną knajpę, ruszyliśmy z powrotem do Budy. Brawo my. Vigado finalnie znaleźliśmy, ale zupy w chlebie już na miejscu nie praktykują (teraz podają ją w garnuszku). Nosz jasna… (więcej o restauracji w osobnym kulinarnym wpisie).

Nasze wpadki – Twój uśmiech

To był jedyny wieczór, kiedy chcieliśmy nieco szybciej wrócić do hotelu i choć raz po całym dniu łażenia skorzystać z jacuzzi. Co prawda dojazd zajął tyle, że zostało nam jakieś 40 minut do zamknięcia, ale stwierdziliśmy, że warto nawet dla parunastu minut szybko się przebrać i wskoczyć do wody. Zawinęliśmy się więc w szlafroki i ruszyliśmy na wyższe piętro hotelu, o którym pisałam już troszkę tutaj. No więc odkładamy wszystkie rzeczy na wieszaczki, wchodzimy do małego pomieszczenia. Na miejscu sauna, zaraz obok ogromna wanna z bąbelkami. Było nam jeszcze zimno po spacerach, więc z wielką radością zdjęliśmy klapki i nacisnęliśmy przycisk, by uruchomić jacuzzi… po to, żeby odkryć, że on wcale nie przynosi zamierzonych efektów.

Ponaciskaliśmy parę razy, zanurzyliśmy dłoń w wodzie – no zimna, po prostu zimna. Coś się musiało zepsuć. Zostało nam jeszcze trochę czasu, więc zeszłam na dół do recepcji, żeby zapytać, czy coś robimy niewłaściwie, czy coś się może popsuło. Tam nie zastałam jednak tego Azjaty, który zawsze tak ochoczo i rzetelnie pomagał, a innego faceta, raczej młodszego i wyglądającego na początkującego. Porozmawiałam z nim chwilkę, na co on odpowiedział, że już ktoś dzisiaj zgłaszał ten problem i że wannę trzeba uruchomić, ale nie wie jak. Zapewnił jednak, że JUTRO, kiedy zjawi się szef, poruszy tę kwestię. Fantastycznie.

Kto jednak śledzi wpisy z naszą dwójką, ten wie, że wieczór nie mógł skończyć się na rozczarowaniu i smucie z powodu zepsutego jacuzzi. Co zrobiliśmy? Udawaliśmy więc, że wszystko jest jak należy i weszliśmy do tej zimnej wody, trzepiąc nogami i rękami tak, żeby powstało złudzenie bąbelków. W pomieszczeniu była kamera (swoją drogą trochę słabe miejsce na podgląd, w sensie… ciekawe, czego recepcjonista się już tam naoglądał) i zastanawialiśmy się, jaki zonk ma teraz ten, kto na nas patrzy. Wiecie, my po prostu cały dzień czekaliśmy na ten gorący masaż i próbowaliśmy to sobie zrekompensować. Następnego dnia był już sylwester i wiedzieliśmy, że się nie wykąpiemy, bo na 99% będziemy na mieście. Wydurnialiśmy się więc jeszcze chwilę, a potem zdecydowałam się wyjść.

Zapytałam Maćka, gdzie dał nasz klucz do pokoju, po czym odpowiedział, że znajdę go na wieszaku. Podnoszę jednak jedną rzecz, odchylam inny ciuch i nic. Gdzieś zabrzęczał brelok, więc uniosłam wszystkie rzeczy, a jego wciąż nie ma. Spojrzałam ze zdziwieniem, na co Maciek wybuchnął śmiechem, też niezbyt ogarniając, co się stało z tym kluczem. I nagle machnęłam ręką, a on wypadł nie wiadomo skąd na ziemię. Usłyszałam tylko okrzyk pełen zachwytu: „Kurwa, Houdini!”

Sylwestrowe zwyczaje Węgrów

Następny dzień, 31 grudnia. Nie można ukryć, że ze zwiedzaniem spartaczyliśmy nieco sprawę. Otóż większość sklepów, muzeów i kulturowych miejsc była już zamknięta, część działała do godziny max. 15.00. Ze względu na konieczność porannej nauki zaplanowaliśmy czas tak, żeby wyjechać z hotelu, wyskoczyć na późny obiad, a później zwiedzać tak długo, żeby doczekać sylwestra na Wzgórzu Zamkowym. No i ogólnie ten plan był niewypałem, czego tym bardziej szkoda ze względu na ostatni dzień naszego wyjazdu. Nie wszystko jednak stracone – warto było zobaczyć miasto tylko i wyłącznie ze względu na sylwestrowe zwyczaje Węgrów. Jeszcze nigdy w Nowy Rok nie widziałam takiego zatrzęsienia stoisk z perukami czy czapeczkami z gumką (takimi jak na urodziny) do sprzedaży, ile zobaczyliśmy w Budapeszcie. Wiadomo, u nas też kupuje się świecące rogi czy afro, ale to, co jawiło się naszym oczom w stolicy, uchodziło za jeszcze większą tandetę. Nikogo oczywiście to nie zrażało, ludzie bardzo chętnie kupowali komplety dla całej rodziny i wszystkich znajomych.

Zwiedzanie Pestu

Zrobiliśmy rundę po żydowskich ulicach, które słyną z ruin pubs. To takie knajpy, które z zewnątrz wyglądają jak rozpadające się domy czy kamienice, natomiast w środku mają bardzo ciekawe aranżacje – siedzi się np. na kanapach z poprzecinanych na pół samochodów i tak dalej. My niestety nie załapaliśmy się, żeby wejść do środka, ale to akurat taki element kulturowy, który warto zobaczyć. Część odwiedzających uważa go za niesamowicie atrakcyjny, podczas kiedy niektórzy nie widzą nic bardziej odtrącającego i obrzydliwego w samym sercu stolicy. Trzeba jednak nastawić się na nieco inny rodzaj przeżyć, o czym alarmuje nas już wcześniejsze przejście dzielnicy żydowskiej: ścisk, knajpa przy knajpie, specyficzne witryny sklepowe (zwłaszcza na Király).

Kręciliśmy się tam przede wszystkim po to, żeby odnaleźć Wielką Synagogę. Najważniejszym dla mnie elementem, który trzeba tam zobaczyć, jest rzeźba drzewa, rzeźby płaczącej pośrodku placu. Jej liście zostały stworzone z metalowych płytek, a każda z nich ma wygrawerowane imiona i nazwiska osób, które padły ofiarami Holocaustu podczas II wojny światowej. Szeroko na ten temat rozpisuje się autorka książki „Niewidzialny most” i to właśnie dzięki jej lekturze wiedziałam, że warto zobaczyć to miejsce. Udało mi się jednak tylko z daleka, chyba ledwie umykając wzrokowi ochroniarza (na szczęście Maciek mnie zasłaniał). Dlaczego? Nie chodziło o to, że minął czas zwiedzania. Złożyły się na to dwa czynniki: ogromna, a raczej OGROOOMNAAA kolejka i… cena.

Wielka synagoga – ceny

Kiedy moi rodzice pierwszy raz zawitali w synagodze, zapłacili w granicach 3000 HUF (koło 40 zł), nie więcej. Teraz cena wynosiła już 6500 HUF (około 85 zł). Nie wiem, czy tylko tymczasowo ze względu na wzmożony ruch turystyczny, czy już na stałe. Dla nas jednak ten wydatek w ostatni dzień okazał się dość duży. Nie na tyle, żeby nie było nas stać, ale chcieliśmy jeszcze zajrzeć do Muzeum Terroru, zjeść porządny obiad i kupić coś na noc sylwestrową. Taka cena za ujrzenie wnętrza synagogi, czy nawet rzeźby, o którą głównie mi chodziło, wydawała się strasznie wysoka i w końcu po dłuższym zastanowieniu i walce z samymi sobą – odpuściliśmy.

Dlaczego ludzie tak chętnie odwiedzają to miejsce? Część pewnie traktuje je jako pamiątkę historyczną, inni po prostu chcą ją odhaczyć, no bo przecież to atrakcja turystyczna. Fakt pozostaje jednak faktem: to jedna z trzech największych synagog na świecie. Mój wujek zwykł mawiać jednak, że skoro tak dbamy o znajomość przeszłości i samoświadomość, to takie punkty do zwiedzania powinny być ogólnodostępne, bez żadnych opłat. Chyba wspominał o tym głównie ze względu na młodych ludzi, dla których wydanie prawie 100 zł od tak nie jest zbyt przyjemną decyzją, a którzy przecież powinni poznać jak najwięcej takich strzępków historii, skoro sami nie byli jej naocznymi świadkami. Trochę go rozumiem. Na razie jednak muszę pocieszyć się fotką, którą udało mi się na wpół legalnie ustrzelić.

Później udaliśmy się pod Operę. Wystarczy znaleźć przystanek metra o tej nazwie (znajduje się na żółtej, zabytkowej linii nr 1) i wyjść po schodach, a budynek znajdzie się tuż przed naszymi oczami. Co zabawne, podczas naszych przechadzek po mieście widzieliśmy go wielokrotnie i ani razu nie zwróciliśmy na niego uwagi. Czemu? Niespodzianka! Cała fasada pokryta była jakimś materiałem, a z przodu stało mnóstwo rusztowań. Remont, jak fajnie! Dzięki niemu mogliśmy podziwiać AŻ górny gzyms budynku i tym się musieliśmy zadowolić. Sukcesów ciąg dalszy.

Następne w kolejce było Muzeum Terroru i tutaj akurat my popełniliśmy błąd, bo nie sprawdziliśmy godzin otwarcia 31 grudnia. Akurat za pół godziny zamykali, więc nawet nie było sensu wchodzić do środka. Później: Hala Targowa, na którą liczyliśmy chyba najmocniej ze względu na to, że przecież takiego obiektu nie można zamknąć, niby w jaki sposób? A jednak: można. Stwierdziliśmy więc, że tylko poszukamy jakiegoś miejsca na obiad i udamy się na Wzgórza Zamkowe – było jednak bardzo wcześnie i zdawaliśmy sobie sprawę, że zwiedzimy, a później wrócimy do hotelu, bo siedzenie 5-6 godzin na zimnie nie będzie miało sensu.

Naprzeciwko Hali Targowej znajdowała się jedna z knajp, którą bardzo chciałam odwiedzić – For sale pub. Środek jest urządzony w bardzo nietypowy sposób – przy suficie wisi mnóstwo luźno zwieszonych gazet, na podłodze siano, wszędzie ciężkie, drewniane meble. Kolejka była jednak tak ogromna, że z bólem serca odpuściliśmy (zwłaszcza że padało) i poszliśmy do folklorystycznej, rzekomo tradycyjnej węgierskiej restauracji. Nie dość, że wyszło drogo, to jeszcze niesmacznie: przegryw x5.

Wzgórza zamkowe

Ostatnią deską ratunku okazały się właśnie Wzgórza Zamkowe, których nie można zamknąć, nie trzeba za nie płacić ani ich jeść. Zatrzymaliśmy się przy Zamku Królewskim, inaczej nazywanym Zamkiem Buda, w którym znajduje się Muzeum Historii Budapesztu, a także Węgierska Galeria Narodowa. Na miejsce możemy dostać się specjalną zabytkową kolejką, która kursuje średnio co 10 minut aż do godziny 22.00. Ceny biletów w jedną stronę wynoszą 1200 HUF (czyli ok. 15,60 zł). My jednak przeszliśmy się na pieszo. Widoki z samej góry, zwłaszcza w grudniu, są bardzo ładne – widać całą panoramę. W dodatku wszędzie migoczą lampki, a sam zamek jest podświetlony.

Jak spędziliśmy noc sylwestrową?

W drodze powrotnej kupiliśmy za resztę pieniędzy alkohol i węgierskie słodycze. Mieliśmy bardzo ambitny plan pojechania o 23.00 z powrotem na miasto, ale ostatnie dni tak dały nam się we znaki, że padliśmy do łóżka i nie chciało nam się już podnieść. Ubraliśmy się w piżamy, odpaliliśmy film, jedliśmy i piliśmy. Już mieliśmy kłaść się spać, Maciek nawet zdążył wymyć głowę, ale jako że nasi znajomi cały czas wypisywali, gdzie to się nie bawią, złapaliśmy moralniaka i stwierdziliśmy, że idziemy oglądać fajerwerki. Okazało się, że całe szczęście nie wyjechaliśmy na Wzgórza Zamkowe, bo nie mielibyśmy stamtąd powrotu do domu. Metro kursowało standardowo, natomiast dalsza nitka autobusu, który dowoził nas do hotelu, już nie. Musielibyśmy iść z dobre półtorej godziny, jeśli nie więcej, na piechotę.

Jaki więc był nasz plan? Nie zdjęliśmy nawet piżam, po prostu zarzuciliśmy na nie coś ciepłego. Maćkowi na mokrą głowę nałożyliśmy moją ciepłą czapkę i ruszyliśmy na pętlę. Umówiliśmy się, że wsiadamy w pierwszy lepszy autobus, który się zjawi i wysiadamy pięć minut przed północą w losowym miejscu, żeby oglądać fajerwerki. Kiedy jednak zobaczyliśmy, że wyjeżdżamy na zupełne peryferia, opuściliśmy pojazd szybciej i udaliśmy się na najbliższy most biegnący ponad torami kolejowymi, gdzie w zasadzie było bardzo bezpiecznie. Widzieliśmy z daleka Wzgórze Zamkowe, ludzie z okolicznych bloków też puszczali fajerwerki, więc widoków nam nie zabrakło, a śmiechu już tym bardziej. W sumie wyszło całkiem nieźle, chociaż pamiętajcie, że Węgrzy bawią się dosyć krótko: max. o 1.00 na mieście jest już raczej cicho.

Pamiętam, że wtedy obiecaliśmy sobie, że ten rok będzie dla nas po prostu dobry. Najwyraźniej 2020 miał jednak inne plany wobec całego świata, ale mimo tego nie załamujemy się i czekamy na dobre dni, na kolejną dawkę podróży. Z samego rana następnego dnia wróciliśmy do domu i na tym nasza opowieść by się kończyła. Nie martwcie się jednak, w zanadrzu mam jeszcze opowieści z Lwowa i Magdeburga, więc na jakiś czas nie zabraknie czegoś do poczytania. Trzymajcie się ciepło, a ja w międzyczasie zapraszam na swojego fanpage’a oraz Instagrama!

Budapeszt cz.3 – czyli muzea, błądzenie w labiryncie i trochę magii w domu iluzjonisty

Informacje ogólne: To już trzecia część naszej budapeszteńskiej przygody – jeśli nie czytałeś poprzednich, to serdecznie zapraszam, a jeśli nie masz ochoty do nich wracać, to najlepiej, jeśli przejdziesz od razu do czwartego akapitu. W poniższym wpisie jeszcze parę słów o kościele Macieja, a także strefa bardziej rozrywkowa. Tym razem nie skupimy się aż tak bardzo na zabytkach, a na nietypowych muzeach: Dom Houdiniego, Hospital in the rock czy Labirynt. Zawitamy też na Wzgórze Gellerta wznoszące się nad całym Budapesztem – zapraszam:

Kościół Macieja

Po obejrzeniu baszty rybackiej poszliśmy przyjrzeć się z bliska kościołowi Macieja. Budowla ta przeżyła w swojej historii naprawdę wiele – pierwotnie służyła niemieckim mieszczanom jako miejsce modlitw, później przerobiono ją na meczet, ostatecznie w dużym stopniu została strawiona przez pożar (dwukrotnie), a podczas wojny Niemcy używali jej jako kuchni polowej, Armia Czerwona zaś jako stajni. To, co zobaczycie na zdjęciach, to prawie w całości rekonstrukcja oryginału, jednak kilka elementów uległo zachowaniu (np. południowa wieża). Bardzo długo rozważano jednak, czy kościoła w ogóle nie wyburzyć, ale na szczęście tak się nie stało i dziś uchodzi on za jeden z najważniejszych w kraju.

Plac odwiedziliśmy zarówno w dzień, jak i w nocy – niezależnie od pory dnia robił niesamowite wrażenie. Jedyne co nas odrobinę bawiło, to specjalna tablica przy kościele, która odliczała czas do następnego Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego, już 52-go z kolei. Dla sprostowania – samo wydarzenie nie wydawało nam się śmieszne, ale raczej sposób jego rozreklamowania. To tak jak ja mam na blogu po prawej stronie ustawione odliczanie do kolejnych wyjazdów (które niestety chyba szybko nie nadejdą…), tylko że tam pokazywały się nawet sekundy pod wielkim neonem z napisem SPOTKAJ SIĘ Z JEZUSEM. Wyglądało to trochę tak, jakby akurat do Budapesztu we wrześniu o wyliczonej porze miał zstąpić Jezus, a reszta świata może tylko pozazdrościć, spójrzcie:

Po całym dniu maszerowania udaliśmy się w końcu na zasłużoną kolację do rycerskiej restauracji Sir Lancelot, do której rezerwację zrobiliśmy jeszcze na długo przed naszym przyjazdem za pośrednictwem oficjalnej strony. Bez tego nie macie nawet co się łudzić, że wejdziecie do środka. Oprócz smacznego jedzenia możecie spodziewać się również atrakcji średnio co dwadzieścia minut podczas posiłku, ale jakich i o co w tym w ogóle chodzi – dowiecie się z wpisu ściśle kulinarnego, który pojawi się po zakończeniu serii w osobnej zakładce. Stamtąd w każdym razie wyszliśmy dopiero po północy. Siedzielibyśmy dłużej, gdyby nie okazało się, że za parę minut mamy szansę złapać ostatni sensowny transport do hotelu. Następny był dopiero za ponad godzinę, a aż tyle nikomu z nas nie uśmiechało się czekać.

Góra Gellerta

Następny dzień zaczęliśmy od Góry Gellerta po budeńskiej stronie. Było dość zimno, dlatego planowaliśmy na zmianę odwiedzać atrakcje na świeżym powietrzu i w jakimś pomieszczeniu, jednak w praktyce nie udało nam się to najlepiej, ale o tym troszkę później. Sam obiekt został umieszczony na liście światowego dziedzictwa UNESCO i wznosi się na ponad 230 metrów. W przeszłości to miejsce cieszyło się raczej złą sławą – mówiono, że odbywały się tam sabaty czarownic. Kiedy porzucono te wierzenia, samą okolicę uznano za dość niebezpieczną ze względu na dużą przestępczość i ta łatka przylgnęła aż do XIX w.

Na samym szczycie znajduje się Pomnik Wolności – kobieta wznosząca ku górze liść. Byłam święcie przekonana, że to liść laurowy, w końcu kojarzy się ze zwycięstwem. Jak się jednak okazało, to liść palmowy, który w pierwotnej wersji miał być śmigłami helikoptera i upamiętniać śmierć słynnego pilota. O samym wzgórzu mówi się dość żartobliwie, że uosabia ono Maroko i kraje skandynawskie – to dlatego, że jedno zbocze jest nieustannie naświetlone przez promienie słoneczne, drugie zaś zupełnie przeciwnie, co wpływa nawet na zróżnicowanie flory w tym miejscu.

Jak nasze wrażenia z marszu? Dość męcząco, zwłaszcza kiedy jest tak zimno. Nie wiadomo, czy się rozbierać, bo człowiek poci się pod tymi wszystkimi warstwami ubrań, czy jednak to odpuścić i nie ryzykować przeziębieniem. Zdecydowaliśmy się więc krótką przerwę, gdy ujrzeliśmy nadgryzioną czasem ławeczkę. Wiązała się z tym pewna zabawna historia, która jednak dość dobrze świadczyła o innych turystach. Otóż kiedy tam usiedliśmy, okazało się, że ktoś przed nami zostawił klucz (zupełnie zwykły, wyglądał jak do furtki czy mieszkania). Nie ruszyliśmy go i wstaliśmy, a dosłownie chwilę po nas pojawiła się tam inna para. Odeszliśmy parę kroków, a ona natychmiast zaczęła wołać, czy niczego nie zostawiliśmy, że to może nasz klucz i że to ważne. To miłe, wydaje mi się jednak, że u nas nie każdy czułby potrzebę, żeby kogoś z takiego powodu zatrzymać.

Marsz na górę zajął nam koło godziny, ale też z tego względu, że zatrzymywaliśmy się w charakterystycznych punktach, żeby zrobić zdjęcia, zwłaszcza że panorama stamtąd jest widoczna lepiej niż z jakiegokolwiek innego miejsca w Budapeszcie. Tutaj namiastka tego, co udało nam się zobaczyć:

Na szczycie oczywiście czekają nas też budki z jedzeniem i grzańcem (wyjątkowo drogim, bo jedynym w okolicy). Jeśli pójdzie się kawałek dalej, można dostrzec rozstawione stragany, tzw. mydło i powidło. Najbardziej z tego wszystkiego podobały nam się ogromne czapki z głowami zwierząt. Maciek chciał nawet sprezentować sobie jedną z nich (byłaby do kompletu z islandzkim szaliczkiem za 90 zł), ale okazało się, że kosztowała 60 zł i o dziwo zdrowy rozsądek wziął górę. Musicie jednak przyznać, że są przezabawne.

Labirynt Draculi

Stwierdziliśmy, że świetnym pomysłem będzie urządzenie sobie spaceru z Góry Gellerta aż do Labiryntu Draculi, czyli naszej następnej atrakcji, mieliśmy niecałe 3 km, więc stwierdziliśmy, że przejdziemy się na piechotę. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę, że Google Maps zejście ze wzgórza liczy jako drogę prostą, więc w rzeczywistości szliśmy, szliśmy, szliśmy i końca nie było widać. I już nawet nie zimno doskwierało nam najbardziej, a przepełniony pęcherz. Kiedy więc tylko dotarliśmy na miejsce, rozejrzeliśmy się za toaletą. Okazało się, że jest zaraz za barierkami, które przekraczało się po opłaceniu biletu, więc cali szczęśliwi podeszliśmy do kasy… by dowiedzieć się, że płatność można uiścić tylko gotówką.

To nie tak, że nie wypłaciliśmy papierowych pieniędzy. Nastąpił jednak kolejny dzień, gdzie w ani jednym miejscu nie odmówiono nam płacenia kartą i z obawy, że nie zdążymy potem wydać tych pieniędzy z bankomatu, posługiwaliśmy się nimi w pierwszej kolejności. No i błąd, bo zarówno w Labirynthusie, jak i w Domu Houdiniego nie posiadali terminala. Na szczęście bankomat znajdował się nieco dalej na placu – na nieszczęście pobierał taką prowizję, że pochłaniał dodatkowo ¼ tego, co chcieliśmy wypłacić. Później już się wycwaniliśmy i chodziliśmy tylko do bankomatów bodajże z OTP, które nie pobierają prowizji za pierwsze transakcje.

Do labiryntu schodziło się ponad 10 m pod ziemię, nie ma tam więc zasięgu. Miejsce to służyło kiedyś za więzienie, według legend było to także tymczasowe miejsce pobytu Vlada Draculi. Dziś zobaczymy tam jednak wystawę, która przenosi nas w czasie i pokazuje najważniejsze postacie historyczne w historii Węgier. Prócz samych posągów z kamienia znajdziemy liczne manekiny poubierane w wyszukane stroje. Każdy z nich imituje jakąś scenę – na przykład sygnowanie umów państwowych czy bal. Temu wszystkiemu towarzyszy odpowiednia muzyka (np. operowa) i wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że postacie za każdym razem umieszczano za kratami tak, by turyści nie narobili szkód. Z jednej strony odrobinę ubolewam, z drugiej widząc zachowanie niektórych z nich, wcale mnie to nie dziwi.

Atrakcję stanowiła też toaleta sama w sobie: malutka, stara, z krzywą podłogą i ledwo działającą spłuczką. Najgorzej jednak zabolał mnie fakt, że po tak długim czasie na zimnie miałam ochotę włożyć dłonie pod gorącą wodę w umywalce, a tymczasem widniał tam tylko i wyłącznie niebieski kurek. Strumień był tak lodowaty, jakby rzeczywiście swoje źródło miał kilkadziesiąt metrów pod ziemią.

Za bilet wstępu zapłaciliśmy 2500 HUF (ok. 32,5 zł) i był to najdroższy bilet na jakąkolwiek atrakcję, w jakiej tego dnia wzięliśmy udział. To wydaje się troszkę paradoksalne, bo jednak tam podobało nam się najmniej z wielu względów, które postaram się tutaj unaocznić. Samo przejście labiryntu nie stanowi raczej żadnego wyzwania nawet dla dzieciaków. My to miejsce odnaleźliśmy przez moich rodziców, którzy udali się do labiryntu razem ze znajomymi i w sumie dobrze się tam bawili.

Obiekt jest dość duży i momentami ciemny, dlatego jedną z głównych atrakcji jest przemieszczenie się z jednego pomieszczenia do drugiego, próbując zrobić to po omacku. Generalnie wiesz, że nie stanie ci się krzywda, a przynajmniej jest przy tym sporo śmiechu – chociaż powinnam użyć słowa „byłoby”, gdyby nie fakt, że połowa ludzi jedyny element fun’u zabija, włączając latarki w telefonach. Odnalezienie drogi nie stanowi wtedy żadnego wyzwania (a w końcu to labirynt…), dlatego staraliśmy się puszczać takie grupy przodem i kontynuować podróż samotnie. W końcu przyszło ich jednak za dużo i kilka osób zachowujących się jak my, musiało w końcu dać za wygraną, przez co sam obchód trwał krócej, niżby mógł.

Zdaję sobie sprawę, że pracownicy obiektu nie mają zbyt dużego wpływu na odwiedzających, przynajmniej w tej kwestii, ale jednak mnie ten fakt dość mocno bolał, mimo że staraliśmy się bawić na każdym kroku – wchodziliśmy w małe wnęki, do pomieszczeń, które wymagały od nas nieustannego schylania się i w sumie tam spędzaliśmy czas lepiej niż w tych zwykłych, oświetlonych z posągami. Wszystko tak naprawdę zależy od Waszego nastawienia, ale wydając pieniądze, ciągle mieliśmy z tyłu głowy, że główną rozrywkę zapewniliśmy sobie jednak my, a nie organizatorzy.

Hospital in the rock – zmiany

Atrakcją numer dwa tego dnia, a nawet numer jeden, miał być Hospital in the rock, czyli bunkier ukryty w skale, gdzie od 1939 roku funkcjonował szpital wojenny. W ciągu kilku lat obiekt ten zyskał sporą popularność i ze względu na natężony ruch turystyczny wprowadzono specjalne godziny zwiedzania podzielone ze względu na język, jakim władał przewodnik. Grupy wpuszczano jednak do środka regularnie co pół godziny i robiono obchód we wcześniej ustalony sposób tak, by nikt wzajemnie sobie nie przeszkadzał. To również miejsce sprawdzone wcześniej przez moich rodziców i znów zaskoczenie: nie minęło wiele czasu, od kiedy sami poszli na zwiedzanie, a zmian dokonało się sporo. Czy na lepsze? Nie powiedziałabym.

Czas zwiedzania był kiedyś dłuższy, tempo spokojniejsze. Teraz jednak nieustannie czuć presję i pośpiech. Grupy są dość duże, miejsca raczej mało i czasami, kiedy zamykaliśmy ogon, nie widzieliśmy, o czym mówi przewodniczka (anglojęzyczna). Gdy w końcu docieraliśmy do pomieszczenia, oglądaliśmy wszystkie obiekty, a reszta wycieczki szła dalej, więc naprawdę nie mieliśmy chwili, by oddać się przemyśleniom i przyjrzeć szczegółom. Co jeszcze: u nas w domu jest taka tradycja, że wracając z jakiejś podróży, dzielimy się zdjęciami – pokazujemy, opowiadamy, przeżywamy na nowo. I doskonale pamiętam, że moi rodzice zdjęcia z tego  nietypowego muzeum przywieźli. My natomiast już nie mogliśmy, bo obowiązywał ogólny zakaz fotografowania, nie tylko z lampą. Wątpię, by była to troska o nasze skupienie na historii, żeby nic innego nas nie rozpraszało. W każdym razie mogłabym te zdjęcia wygrzebać, ale skoro właściciele nie życzą sobie teraz ich rozpowszechniania, to uszanuję te zasadę i odeślę Was po prostu do tego, co da się znaleźć na oficjalnej stronie obiektu.

Dom Houdiniego

W każdym razie, ze względu na nową organizację, musieliśmy przyjść na miejsce, zapłacić za bilety i zarezerwować miejsca na konkretną godzinę. Wyszło na to, że najpierw udaliśmy się jeszcze do Domu Houdiniego (The House of Houdini), ale z perspektywy czasu uważam, że całkiem dobrze się stało. Wątpię, bym po ujrzeniu bunkra od środka miała jeszcze ochotę na czary i zabawę. Atmosfera później była jednak dosyć ciężkawa, zresztą pewnie się domyślacie. To trochę tak, jakbyście obejrzeli film wojenny, a później ktoś kazał Wam się śpiewać karaoke.

Magiczne muzeum znajdowało się na placu obok kościoła Macieja. Wykupiliśmy bilety, chwilę zaczekaliśmy i zjawiliśmy się przed wejściem, gdzie ustawiono różne skrzynie i eksponaty, do których odwiedzający mogli wejść i zrobić sobie zdjęcia. Czekaliśmy na wszystkich, którzy na tę godzinę wykupili wejście, a za ten czas zjawił się przy nas jakiś chudy mężczyzna zagadujący zwłaszcza tę młodszą część turystów. Okazało się, że przedstawienie zaczęło się już na zewnątrz – oczywiście drobne sztuczki z kwiatkami czy kartami, ale już czuliśmy odpowiednią atmosferę, a dzieciaki miały wymalowane uśmiechy od ucha do ucha.

Podejrzewam, że każdy czytelnik wie, kim był Houdini – jeśli jednak nie, to o nic się nie martwcie, spieszę z wyjaśnieniem. Otóż uchodził za jednego z wybitniejszych iluzjonistów, dodatkowo po śmierci matki za cel przyjął sobie demaskowanie kłamstw mających miejsce podczas seansów spirytystycznych. Zaczął nawet na ten temat (zresztą nie tylko) wydawać publikacje. Jego specjalnością było uwalnianie się z kajdan: wewnątrz budynku zobaczymy zresztą kilka ich rodzajów oraz pierwsze oryginalne, z których udało się Houdiniemu samodzielnie rozkuć. Jakie miał na to sposoby? Czego używał podczas swoich sztuczek? Jak wyglądało jego życie prywatne? Tego i nie tylko dowiecie się, odwiedzając jego dom, po którym oprowadzają naprawdę dobrze przeszkoleni przewodnicy.

Samo wnętrze nie jest zbyt duże, większość czasu pochłania osnuta wokół niego historia i podziwianie rekwizytów, które nam teraz mogą się wydawać już odrobinę kuriozalne. Później natomiast przychodzi czas na magiczny pokaz (część grup zobaczy go najpierw, bo te dwie rzeczy odbywają się równocześnie) prowadzony przez dwóch magików, którzy rzucają żartami i starają się podtrzymać kontakt z publicznością. Moi rodzice podejrzewali, co stoi za znaczną częścią sukcesu tych sztuczek, jednak poszli do Domu Houdiniego w inny dzień i kiedy podzielili się z nami swoimi spostrzeżeniami, okazało się, że w przypadku naszego występu nie miałyby one zastosowania. Dzięki temu przynajmniej wiemy, że pokazy są różne, a nie każdego dnia to samo, za co też ogromny plus.

Rozmiarowo było to znacznie mniejsze niż Labirynt, a jednak zajęło praktycznie tyle samo czasu i nam podobało się znacznie bardziej. Obecnie cena oscyluje w okolicach 8 euro na oficjalnej stronie, jednakże my na miejscu kupiliśmy bilety w okolicach 20-paru złotych, bodajże 2000 HUF, ale nie chcę Was wprowadzić w błąd, więc informuję o aktualnym cenniku. W każdym razie miejsce jest warte swoich pieniędzy i gorąco polecam.

Nie chcę rozdzielać poszczególnych wydarzeń na dwie części, z tego też względu o Hospital in the Rock opowiem już przy okazji następnego wpisu, żeby nie przytłaczać Was nadmiarem informacji. Mam nadzieję, że z chęcią zerkniecie, bo projekt jest niezwykle istotny i bardzo mocno zapada w pamięć, unaoczniając tragizm II wojny światowej. Nie martwcie się jednak, mam już przygotowaną historię na osłodę humoru, by nie pozostawić Was w złej aurze na resztę dnia.

Z mojej strony w takim razie to by było na tyle. Oby te wpisy umiliły Wam nieco codzienność. Trzymajcie się zdrowo i do zobaczenia przy okazji następnego wpisu. Zapraszam także do odwiedzenia mojego fanpage’a i Instagrama, odnośniki po prawej stronie na górze.

Islandia cz.7 – czyli relaks w geotermalnych źródłach, pierwsze zetknięcie z komercjalizacją i wybuchające gejzery

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć piątego dnia naszej podróży po islandzkiej obwodnicy. Tutaj skupimy się głównie na południowej części kraju. Jeśli jeszcze nie wiesz, co działo się do tej pory, to gorąco zachęcam do nadrobienia, no chyba że nie masz ochoty, wtedy możesz zacząć czytać od tego momentu i też będzie dobrze. Tym razem nie zabraknie wodospadów: Skógafoss, Seljalandsfoss czy Gullfoss. Zejdziemy także w dół krateru Kerið, zobaczymy wybuchające gejzery i zrelaksujemy się w naturalnych geotermalnych źródłach Secret Lagoon. Koniecznie zostań z nami do końca! Zapraszam:

Piąty dzień naszej wyprawy zapowiadał się niesamowicie intensywnie, jednak pogoda nie rozpieszczała nas już od samego początku. Kiedy tylko wsiadaliśmy do samochodu, rozpogadzało się i słońce wychodziło zza chmur, natomiast po wyjściu na zewnątrz lał deszcz, o ile nie grad. Przeczekanie tego raczej nie przynosiło zamierzonych efektów, więc pogodziliśmy się z faktem, że wreszcie zaznaliśmy tej zmiennej islandzkiej pogody i staraliśmy się nie zwracać na nią uwagi, choć czasami było ciężko.

Wodospad Skógafoss

Pierwsze miejsce, które odwiedziliśmy, to wodospad Skógafoss mierzący 60 m wysokości i stanowiący jeden z większych na Islandii. Ponoć w cieplejsze i słoneczne dni widać tam mnóstwo tęcz ze względu na mgiełkę wodną, która roztacza się wokół, jednak tego nie jesteśmy w stanie Wam potwierdzić. Fakt faktem to jedno z tych miejsc, które łatwo pomylić z krajobrazem Nowej Zelandii, jednak żeby to dostrzec, trzeba się troszkę nachodzić. Parking co prawda jest bardzo blisko samej atrakcji, natomiast jeśli zamierzamy wejść na jej szczyt, musimy pokonać dość długie schody, na których niektórzy turyści urządzali sobie nawet po kilka przerw. Obiektywnie rzecz biorąc, podejście nie jest ultra ciężkie, ale zadyszki dostać można. Czy warto się tak męczyć? Oj, warto, bo widok z góry jest piękny.

Kerið – płatny krater

Następnym naszym punktem przystankowym był krater Kerið oddalony o około 110 km. Co może Was zaskoczyć, to uiszczenie opłaty za wejście. Niestety te praktyki na południu kraju są znacznie częstsze niż gdziekolwiek indziej ze względu na natężenie turystów i o ile pierwszy raz może aż tak nie kuje to w oczy, o tyle każdy następny jest coraz bardziej dotkliwy. Tutaj zostawisz 10 zł, tutaj 15, tam 20 i w końcu zbiera się dość wysoka suma, kiedy zaczyna się to wszystko podliczać. Mnie to na przykład dość mocno irytuje zwłaszcza w kwestii przyrody. Gdybyśmy mieli za każde naturalne miejsce płacić nawet te przysłowiowe 5 zł, to zważając na to, ile mija się ich po drodze, można dostać białej gorączki. W przypadku krateru opłata wynosi 400 ISK, czyli około 12,40 zł. Mówię – nie jest to dużo (zwłaszcza na islandzkie standardy), chociaż zależy, jak na to spojrzeć. W każdym razie zapłaciliśmy i weszliśmy.

Kerið ma ponad 6 tysięcy lat, a jego dno wciąż jest wypełnione wodą, tworząc sporych rozmiarów jezioro, nad którego brzegiem stoi pojedyncza ławeczka. Uwagę zwraca też ziemia po której stąpamy – w niektórych miejscach przyjmuje iście czerwoną barwę, co pięknie zestawia się z błękitem wody i zielenią wokół. Nie od razu zeszliśmy w dół, najpierw zrobiliśmy rundkę dookoła, zwłaszcza że akurat pojawiło się słońce. Oczywiście kiedy tylko zaczęliśmy schodzić po schodkach, najpierw się rozpadało, a potem sypnęło gradem. Plusem było to, że wszyscy, którzy znajdowali się w dole, natychmiast uciekli do samochodów. My się jednak nie wycofaliśmy, tylko poszliśmy po to, na co czekaliśmy. Staliśmy chwilę, obserwując, jak wiatr marszczy taflę wody i mimo zimna oraz tego, jak byliśmy przemoknięci, to był całkiem ładny widok.

Skoro już wtajemniczyłam Was w płatne atrakcje, to po drodze do krateru zatrzymaliśmy się przy wodospadzie Seljalandsfoss, który uchodzi za jeden z bardziej rozpoznawalnych, zwłaszcza że w jego głębi znajduje się grota, a za nią, jeśli przeszlibyśmy się w kaloszach, znajduje się drugi, tyle że ukryty, o którym dowiedziałam się tak naprawdę z instagramowych relacji innych podróżników. Stamtąd natomiast bardzo szybko uciekliśmy ze względu na deszcz, a także to, jak bardzo zawalony i nieprzejezdny okazał się parking. Oczywiście na miejscu pobierano za niego opłatę (700 ISK = 21,70 zł), a jako że ujrzeliśmy atrakcję już z daleka i dopiero co nasyciliśmy się innym wodospadem, daliśmy sobie spokój. Może innym razem.

Geysir, Litli Geysir i Strokkur

Trzecią naszą atrakcją tego dnia był Geysir, czyli gejzer, który wybucha co kilkadziesiąt lat. Obok niego natomiast znajduje się jeszcze kilka mniejszych, na przykład Litli Geysir czy Strokkur, który to z kolei swoją erupcję ma średnio co kilka minut. Obszar ten urzeka także ze względu na fumarole, czyli szczeliny w ziemi, przez które nieustannie wydostaje się para. Już z daleka jest bardzo dobrze dostrzegalna, zwłaszcza w tak ponure i chłodne dni. Na sam widok robi Wam się cieplej, kiedy tylko zdacie sobie sprawę, ile stopni ma woda, która przepływa małymi źródełkami tuż obok.

Nie wiem, czy wiecie, ale na terenach takich jak te, islandzkie mieszkanki bardzo często zakopywały i dalej zakopują bochenki chleba w jakimś naczyniu i pozostawiają je na kilka godzin. W ten oto sposób powstaje chleb wulkaniczny o specyficznym smaku, który najczęściej jada się po prostu z samym masłem. Jeśli bylibyście zainteresowani takim specyfikiem, to można go także wykonać w domu; przepisów w internecie jest naprawdę mnóstwo, a jedyne, czego Wam potrzeba, to tak naprawdę dużo czasu (średnio około siedmiu godzin).

Naszą uwagę niemalże od razu przykuła tablica przy samym wejściu. Można by ją uznać za regulamin, chociaż większość wypisanych punktów stanowiła raczej zalecenia i ostrzeżenia dla turystów, z których jednak ludzie niewiele sobie robili, tak przynajmniej potem zaobserwowaliśmy. Najbardziej podobał nam się ogólny wydźwięk – źródła są bardzo gorące, woda wrze, więc wchodzisz tu na własną odpowiedzialność, bo może stać ci się krzywda, możesz się oparzyć itd. Zaraz potem dużymi literami widnieje informacja: Nie podchodź blisko gejzerów dla zachowania swojego zdrowia i życia, NAJBLIŻSZY SZPITAL ZNAJDUJE SIĘ 112 KM STĄD. My to właściwie zrozumieliśmy jednoznacznie – jak jesteś debilem, to i tak nie zdążymy cię uratować, no sorry, naturalna selekcja.

Podejrzewam jednak, że połowa osób albo omija ten znak bez czytania, albo nie jest w stanie przeczytać go po angielsku, bo mimo tego, że ten czynny gejzer był zagrodzony linkami, ludzie stawali najbliżej, jak tylko mogli. My odsunęliśmy się dalej, do bezpiecznej odległości, no bo biorąc na logikę – jeśli w górę wystrzeli wrzątek na około 20-40 m, to ja będę zaraz obok, to nawet sama mgiełka, która pozostanie w powietrzu, po prostu mnie oparzy. Myślenie jest jednak dość skomplikowanym procesem, no i niestety nie zawsze każdemu wychodzi. Na szczęście wielu ludzi ma więcej szczęścia niż rozumu, więc krytycznych przypadków akurat nie dostrzegliśmy.

Jeśli chodzi o samą erupcję, to przeżyliśmy niemały szok i to raczej nie pozytywny. Od kiedy tylko pamiętam, w każdym filmie czy bajce wizja wybuchającego gejzeru jawiła się jako wielka, zbita i bardzo wysoka kolumna wody, która wystrzeliwuje z niesamowitą siłą. Jak to wygląda naprawdę? Mniej więcej tak, że zastanawialiśmy się, czy to na pewno było to, czy jednak nie. Jasne, woda unosi się na 20-40 m, ale raczej powoli i rozbryzguje się w mgiełce na boki. Stojąc odrobinę dalej, to wrażenie prędkości i siły zjawiska jest zupełnie zatarte. Zupełnie jakby to nie woda, a dym rozchodził się na wolnym powietrzu. Pamiętam, że akurat mega się cieszyliśmy, bo dosłownie lało, trochę się już trzęśliśmy i gejzer eksplodował dosłownie w 2-3 minuty. Kiedy wszystko się skończyło, Maciek zapytał mnie tylko, dość mocno rozczarowany: „To już? Wyglądało jak pierd, a nie jak wybuch”. I szczerze miał w tym troszkę racji.

Jeśli chodzi o Geysir, robi naprawdę potężne wrażenie – średnica jego krateru jest ogromna i aż ciężko zrobić zdjęcie ze względu na ilość wydobywającej się pary. Warto nawet przejść się po prostu dookoła i poszukać kilku mniejszych otworów w ziemi, z których każdy ma inny kolor, głębokość i inaczej bulgocze. Przyznaję jednak, że nie zabawiliśmy tam na pewno tak długo, jak mogliśmy, bo byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Zupełnie jakbyśmy przed chwilą wyszli spod prysznica, czego może zdjęcia nie oddadzą z taką dokładnością, ale pewne zobrazowanie na pewno będzie.

Wodospad Gullfoss

Ostatnim naszym punktem programu na ten dzień został wodospad Gullfoss. Na szczęście udało mi się namówić Maćka, byśmy podeszli jak najbliższej, aż do samych barierek. Założył się ze mną co prawda, że zacznie lać, kiedy tylko będziemy w połowie drogi, no i miał rację, ale dzielnie towarzyszył mi w wyprawie. Pamiętam, że oprócz deszczu strasznie zmoczyła nas mgiełka, która unosiła się od wodospadu, zwłaszcza że dość mocno wiało, więc cała ta woda uderzała w turystów. Szczerze mówiąc, nawet mi to odpowiadało – w końcu i tak byliśmy zupełnie mokrzy, bo Geysir znajduje się w odległości jakichś 10 km od tej atrakcji. Nie chciałabym wyschnąć z myślą, że zaraz wszystko będę musiała ponownie wykręcać.

Nie da się ukryć, że widok byłby znacznie bardziej bajeczny przy promieniach słońca, ale podróże to nie zawsze koncert życzeń, czasem trzeba się dostosować i cieszyć z tego, co jest. Ludzie stali więc i nagrywali, robili zdjęcia i śmiali się, dygocząc na przemian. Fakt faktem, wodospad jest ogromny i z pewnością warto go zobaczyć nawet w strugach deszczu. Tak prezentował się on i my na samym powrocie:

Secret Lagoon – źródła geotermalne

Temperatura spadła do 3℃, deszcz lał nieustannie i pogoda wydawała się średnia na robienie czegokolwiek. Nie uśmiechało nam się za bardzo zwiedzanie parku narodowego, więc wpadliśmy na zupełnie inny pomysł. Dosłownie marzyliśmy, żeby się rozgrzać, a że troszkę z nas wcześniej były cebularze, to okazało się, że wystarczy nam pieniędzy na jeszcze jedną atrakcję, jaką były źródła geotermalne w Secret Lagoon. Nie mam niestety porównania do Blue Lagoon, najbardziej rozsławionej atrakcji Reykjaviku, ale wydaje mi się, że jeśli szukacie czegoś mniej skomercjalizowanego i zatłoczonego, to dobrym pomysłem będzie rozważenie opcji, którą wybraliśmy również i my. Dla porównania: cena Blue Lagoon wynosi 8100 ISK, czyli około 251,10 zł (lub 6100, gdy dokonamy rezerwacji online), natomiast cena Secret Lagoon to zaledwie 2800 ISK, czyli około 86,80 zł. Różnica jest dość duża, przy czym doznania, nie biorąc pod uwagę czynników zewnętrznych, będą raczej bardzo do siebie zbliżone.

Parę słów o samym wnętrzu obiektu – prawie na 100% traficie na polską obsługę. Kiedy my zawitaliśmy na miejscu, chyba wszyscy bez wyjątku, którzy tam pracowali, okazali się naszymi rodakami. Na początku przechodzi się przez pomieszczenie typu szatnia z szafkami różnej maści i suszarkami. Później przejście rozgałęzia się na szatnię damską i męską, przy czym zasada jest taka, że będąc w środku, nie uświadczy się raczej żadnej przebieralni. Jest jedna toaleta, a na jej drzwiach widnieje napis, że nie służy ona do zmieniania ciuchów.

Wniosek z tego jest prosty – powinno się raczej załatwiać te sprawy na środku pomieszczenia, ze wszystkimi, tak jak nas Bóg stworzył. Mnie to generalnie troszkę ruszyło, jestem w ogóle anty-rozbieraniowa w miejscach publicznych, czy to basen, sauna czy cokolwiek innego. Ja nie chcę za bardzo oglądać innych, więc wychodzę z podobnego założenia. Ulżyło mi, że nie jestem w swoich odczuciach osamotniona, bo obok przebierały się dziewczyny w moim wieku i też co chwilę zerkały tylko na ten kibelek.

Na swoją obronę przypomnę, że miałam okres, więc z tej toalety skorzystać musiałam i tak. A skoro już tam weszłam, to odwaliłam wszystkie czynności po kolei i raczej nie ja jedna. Druga rzecz, która dla mnie nie była do przebrnięcia, to rozebranie się pod wspólnym prysznicem (nie koedukacyjnym, ale wiecie, takim, że każdy stoi w rządku, ramię w ramię). Zaczekałam więc, by wszyscy wyszli z pomieszczenia, a dopiero później się opłukałam.

Podejrzewam, że panowie takich dylematów nie mają, co mogłam stwierdzić już po Maćku. Jemu to w sumie było obojętne, czy ma ściągnąć te bokserki, czy nie. Myślicie, że przeszkadzał mu tamten prysznic? A gdzie tam. Mówi się przecież, że tam nikt na Ciebie nie patrzy, pełna kultura i te sprawy. I wiecie, co Wam powiem? Guzik prawda. Po wyjściu z szatni, kiedy już zanurzyliśmy się źródłach, Maciek uśmiecha się nagle i mówi, czy widzę tamtego mężczyznę. Odpowiadam, że tak. I zaraz potem wbrew własnej woli usłyszałam całą historię na temat tego, jakie facet ma małe przyrodzenie. NIE RÓB CIE TAK NIG DY.

Niestety prawda jest taka, że niektórych obrazów nie jesteśmy w stanie wyrzucić z głowy. I nawet nie chodzi mi tu o fakt, kto się rozbiera w tej szatni, ile ma lat ani jak wygląda, ale o jakieś takie ogólnie pojęte skrępowanie. Można zdjąć majtki i owinąć się ręcznikiem, ale można też zrobić to, co około 70-letnia pani na wyjściu. Ona rozebrała się do naga, a figurę miała iście rubensowską i nie dość, że z powrotem się nie ubrała, to jeszcze wzięła naraz dwie suszarki do włosów i bardzo energicznie zaczęła się nimi suszyć, falując nawet bardziej niż woda w źródłach, która właśnie zaczyna wrzeć. NIE RÓB CIE TAK NIG DY.

Jeśli chodzi o samo Secret Lagoon, warto wiedzieć, że to najstarszy geotermalny basen w historii całego kraju. Kiedy wyjdziemy z szatni, przed nami pojawi się największy z nich, w którym można się wykąpać, ale obok, zarówno z lewej, jak i z prawej strony, widnieją także dwa mniejsze, dużo gorętsze. To właśnie z nich odprowadzane są specjalne rury do głównego kąpieliska, dzięki czemu osiąga ono temperaturę w okolicach 40℃ i więcej, zależnie od tego, jak blisko źródła podpłyniemy. Znalazł się Azjata, który pływał niemalże przy wylocie, natomiast my urządzaliśmy sobie zawody, kto dotrze dalej bez zawracania. Zostawało nam jednak dobrych kilka metrów od brzegu, bo skoki temperatury wydawały się naprawdę duże i w niektórych miejscu skóra dosłownie piekła, niemalże bolała.

Dookoła kąpieliska poprowadzony jest drewniany mostek. W cieplejsze dni można wyjść na zewnątrz i przejść się nim, obserwując wrzące źródła dookoła. No chyba że jest się nami, wtedy wychodzi się nawet w temperaturze bliskiej zera. Dosłownie truchtaliśmy, zatrzymując się w miejscach, gdzie owiewały nas opary gorąca. Widokowo prezentowało się to naprawdę ładnie, miejsce ma niezwykłą aurę – nie chcę powiedzieć, że starości, ale jednak podniszczone zabudowania na środku robią swoje. Zdjęcia niestety nie mam, ale znalazłam jedno bardzo dobrze oddające klimat na stronie GetYourGuide:

Pod koniec biegu natrafiliśmy na maleńki gejzer, który coraz mocniej bulgotał. Wokół niego zebrało się pełno ludzi z aparatami i kamerami, ubrani od stóp do głów w ciepłe kurtki i polary. W pewnym momencie zupełnie przestali patrzeć na wrzącą wodę – niemalże wszystkie spojrzenia skierowały się na nas ubranych w same stroje kąpielowe, mokrych i przeskakujących z nogi na nogę, bo stopy zamieniły mam się w kawałki lodu. Widziałam rozbawienie na twarzach turystów, zwłaszcza że pełna entuzjazmu wołałam, że nie ruszę się stąd, dopóki gejzer nie wybuchnie, a Maciek cierpliwie to znosił. Nie chcę powiedzieć, że wrażenie było lepsze niż przy Strokkurze, ale być może fakt, że w ogóle nie spodziewałam się zobaczyć w tym miejscu podobnych rzeczy, sprawił, że obłędnie mi się podobało.

Nocleg w Reykjaviku

Ponowne zanurzenie się w wodzie i różnica temperatur wywarła na nas koszmarne wrażenie, ale szybko się przyzwyczailiśmy. To było naprawdę piękne i odprężające uczucie – wygrzewać się, dryfować i tylko czuć, jak zimny deszcz skapuje na głowę albo inne wyciągnięte części ciała. Po tak intensywnej podróży po prostu nie chciało nam się stamtąd ruszać; tym bardziej, że płaci się jedynie za wejście, a nie za godziny pobytu. Można by więc siedzieć aż do samego zamknięcia, ale niestety nie skorzystaliśmy. Co nam się jednak bardzo podobało, to że każdy miał możliwość skorzystania z „makaronów”, czyli tych specjalnych pianek, które często widuje się na basenach pływackich. Układało się na nich, leżało na plecach, czy jak kto wolał, a wrażenie było po prostu obłędne. Naprawdę miło wspominam tamten odcinek trasy, zupełnie niespodziewana przyjemność.

Potem udaliśmy się już prosto do hotelu w Reykjaviku, w którym spaliśmy również pierwszego dnia. Jeśli jesteście ciekawi szczegółów, to wszystko opisałam w tej części. Pokój dostaliśmy inny i o dziwo zauważalna była duża różnica. Tym razem oprócz podwójnego łóżka pojawiła się też antresola, a kiedy weszło się na schody, dało się dostrzec drugi materac, tylko jednoosobowy. Problem polegał jedynie na tym, że na górze nie było żadnego okna czy umeblowania, nie licząc małej lampki. Wyglądało to nieco przerażająco i każde z nas bało się tam spać – poza tym nie chcieliśmy się licytować, kto będzie w tym czasie na dużym, wygodnym łóżku, więc wróciliśmy do ułożenia z dnia pierwszego.

Druga różnica – oprócz śmierdzącej wody w łazience wyczuwalny był zapach ryby, ale do samego wyjazdu nie mieliśmy pojęcia, skąd on się bierze. Nie był on za ładny, a dodatkowo potęgowała go praca wentylatora, który brzmiał jak turbina odrzutowca i takie też miał natężenie. Wygoda spania ponownie okazała się jednak na tyle duża, że i tak nie zwracaliśmy na to wszystko zbytniej uwagi – poza tym czekało nas pyszne śniadanko i pożegnalne pylsury!

Chciałabym powiedzieć, że z ostatniego dnia naszego pobytu skorzystaliśmy, jak tylko się dało, skoro mieliśmy zaplanowaną jeszcze wycieczkę w parę miejsc. Przede wszystkim mowa tu o Gunnuhver, czyli o błotnych basenach, do których niestety nie mogliśmy dojechać. Nie chodzi już nawet o ograniczenia czasowe, ale o fakt, że drogę do atrakcji całkowicie rozkopano. Jechaliśmy za znakami, za naszą nawigacją, ale nic z tego. Nie byłoby nawet możliwości, żeby jakoś to ominąć, bo wszędzie, gdzie mieliśmy się udać, prowadziła ta sama trasa. Po asfalcie nie pozostał nawet ślad, przed nami widniała tylko masa błota i koparki.

Trochę nas ten fakt rozczarował, bo prócz przejścia się jeszcze raz po całym Reykjaviku, nie zaliczyliśmy niczego więcej. Stresowało nas też oddanie samochodu, dlatego uporaliśmy się z tym dość szybko (pomyślnie!) i resztę czasu siedzieliśmy na lotnisku. Złapaliśmy jeszcze dodatkowe pół godziny opóźnienia, które na szczęście nadrobiliśmy podczas lotu. Dla fanów naszego syf-jedzenia mamy jednak ostatnią gratkę – szkoda nam było zostawić zapasów, których nie zużyliśmy podczas podróży i z tego też właśnie powodu obżarliśmy się bazyliowym pesto z krakersami. W sumie okazało się to tak mdłe, że nawet odechciało nam się porządnego obiadu. Aż dziwi mnie, że po tym całym tygodniu nie mieliśmy żadnych przygód żołądkowych – Islandia to pierwszy kraj, gdzie mi się to nie przydarzyło (nie licząc może Czech czy państw sąsiadujących, choć np. o Ukrainie już tego powiedzieć nie mogę).

Lot w tę stronę upłynął raczej spokojnie, około 00.30 wylądowaliśmy na miejscu, skąd odebrali nas znajomi Maćka. Niezależnie jednak od naszego powrotu, przez następne dni dosłownie chciało mi się płakać, kiedy przypomniałam sobie naszą wyprawę. Bardzo brakowało mi tego spokoju, humoru  i przygód, które nam się natrafiały. Bywały momenty, kiedy pisałam do Maćka, że śniła mi się zorza polarna na Islandii, a on odpisywał, że miał dzisiaj dokładnie taki sam sen. Jest jeszcze mnóstwo miejsc, które czekają, by zostać przez nas odkryte, więc wrócimy tam bez wątpienia, może nawet nie tylko raz.

Mam nadzieję, że opis naszych przeżyć pomógł Wam nastawić się nieco psychicznie na tego typu wyprawę, a zawarte tutaj treści umożliwiły Ci choć w małym stopniu przygotowanie do własnej podróży. Jeśli nawet znalazłeś tutaj jedną pożyteczną rzecz, jestem bardzo szczęśliwa. Jeśli nie zamierzasz lecieć, ale czytałeś to dla przyjemności i zostałeś do końca, to jestem szczęśliwa może nawet jeszcze bardziej.

Nie martwcie się, że ta seria dobiega końca. Kilka dni później, po moim powrocie, wyruszyliśmy razem z inną osobą do Lwowa, więc też będzie o czym opowiadać. Wpisy pojawią się już niedługo, więc śledźcie uważnie mojego fanpage’a i Instagrama, żeby tego nie przegapić!

Budapeszt cz.1 – czyli garść przydatnych informacji, podróż zabytkowym metrem i obżarstwo

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć naszego wyjazdu do Budapesztu, który odbyliśmy 28.12.19-01.01.2020 czteroosobową grupą: ja, Maciek, którego znacie już z Islandii, a także moi rodzice. Co prawda na miejscu raczej się rozdzielaliśmy, ale widywaliśmy się na śniadaniach, przy poszczególnych atrakcjach czy gdzieś na mieście. Ułożyliśmy plan podróży i codziennie maszerowaliśmy kilkanaście kilometrów, zwiedzając miasto wzdłuż i wszerz. Nie udało nam się jednak zobaczyć wszystkiego, co tylko dowodzi, że Budapeszt to nie miasto na jednodniową wycieczkę. Razem z nami bardzo intensywnie zapoznacie się z Budą, mniej intensywnie z Pesztem, a pomiędzy nimi znajdzie się jeszcze miejsce na kilka opowieści czy nawet profesjonalne występy cyrkowe. Zapraszam:

Podróż, transport, nocleg

Jeśli chodzi o tę podróż, to planowałam ją od bardzo, bardzo dawna, a jednak nigdy nie była mi po drodze. Wreszcie jednak, po trzech czy czterech latach mi się udało, a jak to bywa w przypadku nierealnych albo pechowych wyjazdów, nie mógł mi towarzyszyć chyba nikt poza Maćkiem, który pozmieniał wszystkie swoje plany tylko po to, by wyruszyć w drogę. Pokazałam mu co prawda rozpiskę miejsc, które musimy odwiedzić, ale on wyszedł z założenia, że skoro wcześniej to wszystko posprawdzałam, to zdaje się na mnie i wie, że będzie dobrze. Tutaj jednak bardzo pomogli moi rodzice, którzy odwiedzili Budapeszt kilka razy wcześniej i podzielili się kilkoma wskazówkami i radami. Dzięki temu zaoszczędziliśmy dużo czasu i logistycznie wyszliśmy na tym dużo lepiej.

Na miejsce udaliśmy się samochodem, jako że nie mamy zbyt daleko. Droga zajęła nam koło pięciu godzin i w sumie uniknęliśmy korków czy innych czynników, które mogłyby ją wydłużyć. No, prawie. Nocowaliśmy w hotelu Sunshine znajdującym się na ulicy Bethlen Gábor na obrzeżach Budapesztu. Nastawiliśmy nawigację, jedziemy. Do celu pozostały nam zaledwie 2 km, ale po żadnym hotelu nie widać śladu. W ogóle jakbyśmy wyjechali poza miasto i okolica nijak miała się do tego, co pamiętaliśmy chociażby ze zdjęć na Booking.com. W końcu wyszukaliśmy z Maćkiem nasz hotel, a kiedy go namierzyliśmy, okazało się… że znajduje się zupełnie po przeciwnej stronie Budapesztu. Jak to się stało? Otóż ulic z tą samą nazwą w okolicy jest przynajmniej kilka, a mój tata doszedł do wniosku, że wybór pierwszej z brzegu, którą podsunęła mu samochodowa nawigacja, będzie najlepszy.

Tak oto czekała nas wycieczka krajoznawcza przez całe miasto. Śmialiśmy się nawet, że właściwie to już nie musimy zwiedzać, skoro wszystko obejrzeliśmy z auta. W końcu jednak dotarliśmy na miejsce przed pomarańczowy, skromnie wyglądający hotelik, a kolejnym wyzwaniem okazał się parking hotelowy. Linie są wymalowane dosyć wąsko, w dodatku z przodu są ustawione słupki, pomiędzy które trzeba wjechać i których raczej nie sposób wyjąć czy wykręcić. Jeśli ktoś ma szersze auto, to wykona ten manewr dosłownie na styk. Na szczęście kilka miejsc stało pustych, co dawało więcej możliwości poruszania się. Wyglądało jednak na to, że czasami, kiedy wszystkie miejsca są zapełnione, właściciele niektórych aut mieliby spory problem, żeby wyjechać.

Na recepcji czekał na nas sympatyczny mężczyzna o azjatyckiej urodzie. Wytłumaczył, gdzie znajdują się nasze pokoje, o której serwowane są śniadania w formie szwedzkiego stołu i gdzie można skorzystać z hotelowego jacuzzi. Gdy mieliśmy jakiekolwiek pytania, zawsze udzielał nam odpowiedzi: a propos dojazdu gdzieś, jakiejś knajpy i tak dalej. Nasze pokoje mieściły się na pierwszym piętrze i były całkiem przestronne. Pochwały wymaga też fakt, że znajdował się w nich darmowy, chłodzony mini-barek, gdzie można było znaleźć różne przekąski, które w miarę ubywania zostawały uzupełniane każdego dnia. To samo tyczy się kawy i herbaty, które zawsze leżały przygotowane na tacce.

Ile kosztowała nas taka przyjemność? Niedużo, a zwłaszcza z racji tego, że rodzice zaklepali dwa pokoje prawie rok wcześniej. Wiedzieli, że pojadą i pomyśleli, że może ja albo mój brat będziemy również chcieli skorzystać. Rezerwowali jeszcze zanim podniesiono ceny na sylwestra. Za pokój zapłaciliśmy więc około 500 zł (a więc 250 zł od osoby i to już za cztery noce razem ze śniadaniami!), podczas kiedy ceny tej usługi wzrosły później do 2 tys. zł. Dlatego właśnie gorąco zachęcam do planowania wszystkiego z wyprzedzeniem, można naprawdę dużo zaoszczędzić. Tutaj kilka przykładowych zdjęć z Booking.com.

Jeśli chodzi o śniadania, to nie można im zarzucić w sumie niczego poza niezbyt różnorodnymi ciastami. Zawsze było kilka ciepłych dań, dodatkowo cała gama warzyw do komponowania sałatek, ekspres do przyrządzania kawy różnego rodzaju, dużo pieczywa czy płatków śniadaniowych. Właściwie zawsze braliśmy dokładki i nie dało się wyjść stamtąd głodnym. A wierzcie mi, przy tak długich wędrówkach i szybko zachodzącym słońcu najedzenie się do syta to podstawa.

Pierwszego dnia udaliśmy się na obiad do restauracji znajdującej się na rogu naszej ulicy, czyli Vendéglő a Bújdosó Székelyhez. Potem razem z Maćkiem pojechaliśmy do miasta. Póki co z hotelu jest nieco utrudniony dostęp do centrum ze względu na przebudowę metra (jego ostatni odcinek, czyli 5 przystanków, nie jest dostępny). W niczym to jednak nie przeszkadza, bowiem wprowadzona została zastępcza linia autobusowa o nazwie M3, która pokonuje tę samą trasę, tylko naziemnie. Nie odczuwaliśmy więc z tego powodu żadnego dyskomfortu, choć musieliśmy zawsze liczyć się z około półgodzinnym przejazdem.

Metro budapesztańskie

W Budapeszcie znajdują się cztery główne linie metra: niebieska (czyli właśnie M3), czerwona, zielona i zabytkowa żółta M1, gdzie możemy przejechać się pierwszą powstałą w tym mieście nitką. Stanowi ona drugą najstarszą na całym świecie, a pierwszą w Europie kontynentalnej i początkowo część jej stacji znajdowała się również nad ziemią. W 2002 roku została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a przez mieszkańców pieszczotliwie nazywa się ją „małym metrem”. Na tej nitce znajdują się takie strategiczne miejsca jak Opera, Széchenyi fürdő (jedne z najbardziej rozpoznawalnych łaźni) oraz Deák Ferenc tér. Ten punkt powinien dobrze utkwić w głowie każdego podróżnika, bowiem to właśnie tu spotykają się wszystkie linie metra. Można by to nazwać głównym punktem przesiadkowym i jeśli kiedykolwiek byście się zgubili, pojedźcie właśnie tam, bo stamtąd łatwo trafić już dosłownie wszędzie.

Nie jest jednak powiedziane, że dane będzie Wam się zgubić. Tak naprawdę budapeszteńskie metro jest bardzo intuicyjne i wystarczy dzień czy dwa, by z łatwością się nim przemieszczać. Jeśli nie chcecie korzystać z żadnych aplikacji nawigacyjnych (tutaj Google Maps wystarcza w zupełności), to istnieje też wiele wersji mapek, które można dostać często w knajpach lub hotelach i w których na przykład moi rodzice bardzo się lubowali. Można znaleźć ich kilka wersji, więc to też gratka dla zbieraczy.

Jak nasze wrażenia z podróży po mieście? Mimo że M1 stanowiło dla nas obowiązkowy punkt rozrywki, w rzeczywistości komfort podróży nie jest zbyt duży. Nie chodzi już nawet o małą ilość siedzeń i wąskie przejścia, ale przede wszystkim o hałas. Wagony nie są zbyt dobrze wyciszone, ale największy szkopuł stanowi syrena oznajmiająca przybycie na daną stację. Dźwięk jest tak długi i przeszywający, że aż nieprzyjemny, zwłaszcza że za pierwszym razem staliśmy akurat u jego źródła i nie za bardzo mieliśmy się gdzie przesunąć. No ale atrakcja zaliczona. Warto też zwrócić uwagę na sam wygląd stacji przy M1. Każda jest utrzymana w takim samym stylu – białe kafelki z czerwonymi napisami.

Sławna ulica Budapesztu – Váci utca

W pierwszy dzień ja i Maciek rozdzieliliśmy się na dłuższy czas, jako że on pojechał spotkać się ze swoim kolegą z Węgier, a ja zatrzymałam się na najbardziej rozpoznawalnej ulicy Budapesztu, czyli Váci utca. Można by rzec, że jest typowo turystyczna – sklepy i kawiarnie dosłownie na każdym rogu, gdzie można spotkać wielu naganiaczy. Miejsce to znajduje się po stronie peszteńskiej i zanim jeszcze przedstawię, co ciekawego mi się tam przydarzyło, wyjaśnię niewtajemniczonym, o co właściwie z tymi stronami chodzi. Przecież to Budapeszt, więc o jakiej ja znowu Budzie i Peszcie mówię? To tak jakby Wrocław miał stronę Wroc i Ław. A jednak Węgrzy potrafią!

Do roku 1849 Buda i Peszt były osobnymi miastami, z czego to pierwsze uznawano za stolicę Węgier. Później miejscowości zostały połączone pierwszym stałym mostem i zaczęto traktować je jak jeden twór. Obecnie tych mostów jest aż dziesięć, a najbardziej znanymi z nich są Most Łańcuchowy, Most Wolności czy Most Małgorzaty. Przemieszczenie się z jednej strony na drugą zajmuje jednak nieco czasu, dlatego my zwiedzaliśmy tak, by obiekty znajdowały się bliżej siebie (stąd na naszej rozpisce w nawiasach widniało Buda/Peszt).

Moja wpadka – Wasz uśmiech

Tak jak wspominałam, zaczęłam od Váci utca, ale powiedzmy, że chodzenie po sklepach z pamiątkami to niespecjalnie moja działka. Bardziej podobał mi się sam klimat, zwłaszcza że wszystko było jeszcze przyozdobione świątecznymi dekoracjami, migotało, błyskało się i miało tyle kolorów! Uwielbiam właśnie ten okres, bo wtedy nawet najbrzydsze miasto wydaje się żywsze i da się z niego wyłuskać coś ładnego. Robiłam więc zdjęcia, rozglądałam się, no i nagle podszedł do mnie jakiś człowiek wyglądający na Azjatę i pokazuje mi, że mam wyciągnąć rękę. Przyznam, że trochę nie ufam obcym ludziom, którzy usilnie chcą wdawać się ze mną w interakcję, ale facet nawet nie czekał na moją reakcję, tylko położył mi na wnętrzu dłoni jakąś sól.

What the fuck, myślę sobie, bo to coś wyglądało trochę jak kokaina, a jednak było mokre, jakbyście przyłożyli sobie niewyciśniętą gąbkę do skóry. No nic, gość mówi, że wszystko OK i że teraz mogę zmyć to w umywalce w sklepie (mówił oczywiście po angielsku, bo z węgierskiego rozumiem tyle, co nic, bardzo dziwny język). Myślę sobie – sklep oficjalny, co prawda nie ma innych ludzi, ale może mnie facet nie zgwałci. Umyłam ręce, ale nawet nie pod bieżącą wodą, tylko sprzedawca wziął specjalny spryskiwacz i coś tam kazał robić z tymi dłońmi. Wierzcie mi, myślałam już tylko o tym, czy po całej tej akcji każe mi za to wszystko zapłacić, czy nie. Dał mi ręcznik, ręce suche, ja do wyjścia, a ten z jakimś nowym balsamikiem i smaruje. W międzyczasie cały czas pyta – skąd jestem, jak mam na imię, na ile zostaję, co studiuję. No wiecie, taki small talk, żeby nie było dziwnie w 100%, tylko w 90.

Nagle pyta, który mój palec jest ulubiony. Jakoś tak odruchowo pokazałam środkowy, nawet niespecjalnie się nad tym zastanowiłam. Mężczyzna śmieje się i mówi, że nie wyglądam na taką, co go często używa. Na odpowiedź, że nie zawsze jestem taka miła, dziwi się niemiłosiernie. Potem znowu zagaduje, czy jestem gotowa na szok i wyciąga jakiś pilniczek. Odpowiadam nieprzekonana, że jasne i już wyobrażam sobie moją udawaną reakcję na to, co się stanie. Dziwię się jednak, bo gość poleruje płytkę paznokcia, a kiedy się ode mnie odsuwa, mój palec… dosłownie lśni. Nie wiem, czy w tym był jeszcze jakiś nabłyszczacz (bo jednak narzędzie wydawało się trochę wilgotne), ale ten paznokieć świecił mi się jeszcze do końca wyjazdu. Potem tylko chodziłam i wszystkim pokazywałam: „Hej, patrz, świeci mi się palec” po czym pokazywałam fucka z szerokim uśmiechem.

Oczywiście na żaden z produktów się nie skusiłam, na szczęście nie musiałam za nie płacić, ale sprzedawca usilnie przekonywał mnie, że 40 euro po zniżce to super oferta. No średnio, ale starał się. Niestety za żadne skarby świata nie pamiętam nazwy tego sklepu, niespecjalnie też chciałam wrócić i ją sprawdzać, ale myślę, że jeśli chcecie mieć wypolerowanego palca, to ten facet znajdzie Was sam, tylko odrobinę cierpliwości.

Oprócz niego udało mi się wyłapać sklep z rzekomo islandzkimi pamiątkami i specjalnie zrobiłam zdjęcie, żeby pokazać Maćkowi. Dla Was też mam ich oczywiście kilka, jeśli chodzi o ten spacer.

Jarmark na Vörösmarty tér

Zaczęło się robić strasznie zimno, więc czekając na Maćka, usiadłam w kawiarni EuropaCafe. Kiedy już się spotkaliśmy, stwierdził, że ma dla mnie niespodziankę i że mi się spodoba. Nie sądziliśmy jednak, że po drodze natrafimy na coś, co spodoba nam się jeszcze bardziej, a mianowicie na jarmark i to jeden z ładniejszych, jakie było mi dane zobaczyć do tej pory. Odbywał się na Vörösmarty tér, gdzie każda drewniana budka była przyozdobiona jeszcze białymi elementami imitującymi śnieg i sople. Wiadomo – nie zabrakło tandeciarstwa typu sztuczne ozdoby kwiatowe czy figurki, ale w samym centrum tego wszystkiego stała ogromna buda z jedzeniem. To co tam zobaczyliśmy, po prostu zaparło nam dech w piersiach i mimo że przed chwilą zjadłam, od razu zrobiłam się głodna. Na miejscu było dosłownie wszystko: kiełbasy, langosze, kapusta, dania podobne do gołąbków i tyle przysmaków, że widząc je, chce Wam się płakać, dlaczego macie tak mały żołądek. Gdybyśmy mogli, skosztowalibyśmy każdego dania, ale i bez tego śmialiśmy się, że Budapesztem odreagowujemy brak jedzenia na Islandii, bo nie jedliśmy trzech posiłków, tylko przynajmniej z sześć: śniadanie, drugie śniadanie, przed-obiad, obiad, po-obiad, deser, obiadokolacja, kolacja i tak dalej. Jedliśmy na potęgę i nie wiem, jak wystarczyło nam na to wszystko pieniędzy ani jakim cudem z tymi nabytymi kilogramami udało nam się tyle przejść. Fakt faktem, na większość potraw nie sposób narzekać.

Diabelski młyn – Budapest Eye

Na samym placu odbywały się też występy i wspólne śpiewanie. Rozstawiono dużą scenę, więc ludzie bawili się razem i spędzali rodzinnie czas. W końcu jednak wydostaliśmy się z tłumu i objęć tych niesamowitych zapachów i udaliśmy się… na diabelski młyn, a raczej Budapest Eye (bardzo oryginalna nazwa…). Czekając w kolejce, nie mogłam przestać zachwycać się latarniami, które umieszczono wokół. W środku każdej latarni tkwił mały Mikołaj albo bałwanek, a w kloszu co chwilę wystrzeliwał śnieg (tzn. pewnie styropian, ale wyglądał jak śnieg). Wręcz nie mogłam się powstrzymać, żeby tego nie nagrać! Ta atrakcja kosztowała nas 3000 HUF od osoby (1 forint = 0,013 złotego), czyli około 39 zł. Trochę drogo, zważając na fakt, że po drodze nie stanie się raczej nic zaskakującego.

Panorama widoczna z góry rzeczywiście ładna, my akurat podziwialiśmy ją już po zmroku, jak zresztą większość Budapesztu ze względu na to, że odwiedzaliśmy go akurat w jedne z najkrótszych dni w roku. Ja jednak miałam szczęście jechać z Maciejem, który ma lęk wysokości i kiedy nasz wagonik zatrzymał się na samej górze, miałam wrażenie, że pęknę ze śmiechu, zwłaszcza kiedy zobaczyłam wzrok pary siedzącej naprzeciwko nas. Oczywiście nie byłabym sobą, nie dolewając oliwy do ognia, więc wskazałam na jedną ze śrubek i powiedziałam: „Ej, patrz, jakby trochę nie do końca dokręcona”. Mina Maćka bezcenna.

Udało nam się jednak przeżyć i odwiedzić jeszcze kilka charakterystycznych sklepików, np. Hungarian Shopping Market, czyli typowe mydło i powidło. W środku możecie znaleźć mnóstwo pamiątek typu magnesy, kubki, długopisy, kubraczki, plecaki, wszystko. Wzrok przykuwają też przepiękne czekolady.

Po całym dniu wróciliśmy w nocy do pokoju hotelowego zupełnie zmordowani, padnięci i obżarci. Wstawaliśmy najpóźniej o 8.00 każdego dnia, więc siłą rzeczy w każdy kolejny czuliśmy się coraz bardziej wypruci, zważając na wysiłek, jaki sobie fundowaliśmy. Było jednak warto i mam nadzieję, że parę informacji, które udało mi się zawrzeć dla Was w tym wpisie, okazało się przydatnych czy interesujących. Jeśli tak, to wkrótce pojawią się kolejne części naszej węgierskiej wędrówki, więc serdecznie zapraszam do pozostania z nami. W następnym wpisie pojawi się cyrk prosto z Jakucji, lodowisko z widokiem na zamek, kilka budapeszteńskich wierzeń, no i oczywiście… nasze zawstydzające akcje. A w byciu na bieżąco na pewno pomoże obserwowanie fanpage’a oraz Instagrama. Odnośniki w prawym górnym rogu, daj się zapamiętać!

Islandia cz.6 – czyli diamenty wyrzucone na czarną plażę, siedzenie na zawalonym moście i lot na wietrze

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy czwartego dnia odbywanej przez nas podróży na Islandię. Ruszamy z Höfn do Viku, a więc na samo południe kraju. Ta część wyspy jest bardzo atrakcyjna dla turystów i na nas wywarła największe wrażenie; przede wszystkim ze względu na lodowce i krajobrazy, które dla są zupełnie obce w polskiej rzeczywistości. Jeśli chcecie dowiedzieć się, co widzieliśmy wcześniej i jak w ogóle znaleźliśmy się w tym miejscu, to dobrym pomysłem będzie nadrobienie poprzednich części naszych przygód. Jeśli jednak tego nie zrobicie, możecie czytać równie dobrze od tego miejsca i zostać na dłużej. A więc zaczynajmy! Zapraszam:

Po noclegu w zbiorowej sali mieszczącej się w Hi Hostel, nieco obawialiśmy się, jak będzie wyglądać dostęp do łazienek ze względu na poranną toaletę. Nasze wyczerpanie i późna pora wstawania przyczyniły się jednak do tego, że kolejki zupełnie ominęliśmy, a oba pomieszczenia okazały się czyściutkie, wysprzątane i raczej ciężko im cokolwiek zarzucić. Z podobnym „tłumem” zetknęliśmy się w kuchni – tutaj akurat nie mieliśmy możliwości wykupu śniadania, jako że są one serwowane od połowy maja do połowy września, ale nie stanowiło to dla nas większego problemu. Wreszcie mogliśmy wykorzystać składniki, które kupiliśmy w drugi dzień pobytu z myślą o obiedzie, dlatego też na śniadanie zjedliśmy makaron ze wszystkim, co mogliśmy wrzucić na patelnię z naszego bagażnika. Do tego oczywiście: gorąca czekolada, jako że napoje były akurat do ogólnego użytku.

Trzeba jednak przyznać, że takiego wyposażenia nie spotkałam jeszcze nigdzie; szafa na całą ścianę, od podłogi do sufitu wypełniona garnkami. Inna wisząca szafka wypakowana przyprawami (część z nich wyglądała tak obco i miała tak dziwne nazwy, że zaczęliśmy w żartach wymyślać, co się po nich człowiekowi dzieje). Mnóstwo kubków, sztućców, kilka zmywarek, palników i tak dalej, co sprawia, że gdyby nie ograniczony metraż pomieszczenia, posiłek mogłoby przygotowywać chyba trzydzieści osób naraz, co na mnie zrobiło bardzo pozytywne wrażenie. Dla przejezdnych zostających na noc czy dwie to naprawdę raj, jeśli chodzi o kuchenne udogodnienia, bo nie brakuje tam niczego; czegokolwiek byście sobie nie wymyślili, to na pewno tam będzie.

Diamentowa Plaża obok lodowca Vatnajökul

Po śniadaniu udaliśmy się do samochodu. Pierwszym naszym celem była Diamentowa Plaża, czyli plaża pokryta czarnym, wulkanicznym piaskiem, gdzie na brzeg wyrzucane są bryły lodowe z pobliskiego lodowca Vatnajökull. Większość z nich jest wyrzeźbiona przez wodę i rzeczywiście wygląda jak ogromne diamenty. Widok ten robi niesamowite wrażenie; lód przybiera różne formy, kształty czy rozmiary i choć w większości pokryty jest czarnymi smugami, to da się jednak znaleźć nieskazitelnie czyste okazy wystające ponad powierzchnię wody czy dopiero wyrzucone na brzeg.

Mimo że plaża jest długa i minęliśmy kilka parkingów, nie da się ukryć, że to jedno z popularniejszych miejsc na Islandii. Ludzi jest dość dużo – każdy spaceruje nad brzegiem wody, wszyscy robią zdjęcia, część osób kładzie się na lodowych bryłach. Każdy jednak zachowuje tyle kultury, że po czasie się odsuwa lub czeka na swoją kolej, więc w gruncie rzeczy wciąż możecie strzelić fotki, na których wydaje się, że prócz Was nie ma tam właściwie nikogo. Nie byłabym jednak sobą, gdybym podczas całej tej sesji nie zrobiła niczego głupiego. Do teraz nie wiem, czy Maciek, robiąc mi zdjęcie, sam przegapił ten szczegół, czy też umyślnie mnie nie uprzedził, w każdym razie pozując, po jakimś czasie zalała mnie nadchodząca fala. Zaczęłam uciekać z krzykiem i śmiechem na ustach, rozbawiając wszystkich wokół, ale dzięki temu przynajmniej odkryłam, że moje różowe trapery z futerkiem jak najbardziej spełniają swoją rolę. Mimo chwilowego podtopienia nie przemokły ani trochę, a ta wiedza przydała mi się jeszcze później tego samego dnia.

Zaparkowaliśmy w bardzo strategicznym miejscu, zaraz za mostem. Właściwie wygląda to w ten sposób, że zjeżdża się na parking, zaraz obok jest Diamentowa Plaża, a kiedy tylko przejdziemy na drugą stronę ulicy, możemy dostrzec lodowiec Vatnajökull i powstałe za jego sprawą jezioro Jökulsárlón. Na pewno się nie zgubicie, jako że górę śniegu widać już z bardzo daleka. Jeśli ktoś byłby zainteresowany dokładną lokalizacją, to my korzystaliśmy z tych współrzędnych: 64°02’39.7″N 16°10’39.4″W. Co prawda nasza nawigacja wskazywała, że to punkt pośrodku oceanu, jednakże w miarę zbliżania się do niego, zobaczycie spot, o którym pisałam.

Jeśli chodzi o przejście z plaży do lodowca, to nie ma wytyczonej żadnej oficjalnej drogi. Wszyscy wdrapywali się na muldę z kamieni, przechodzili przez ulicę, a następnie w dół.

Jezioro Jökulsárlón z widokiem na lodowiec

Piękne w tym dniu było to, że każdy następny widok, który roztaczał się przed naszymi oczami, wprawiał nas w coraz większy zachwyt. Czerń wulkanicznego piasku zastąpił błękit czystej wody jeziora Jökulsárlón. Tutaj odłamy lodu wystawały w dość dużym stopniu ponad powierzchnię wody, ale bardziej przypominały bryły śniegu niż oszlifowane diamenty. Pomiędzy tym wszystkim dało się dostrzec pływającą amfibię – taka przyjemność kosztuje około 5900 ISK, czyli nieco ponad 180 zł. Nie jest to dużo, aczkolwiek z naszym budżetem odpuściliśmy i obserwowaliśmy z brzegu. Myślę jednak, że przy okazji drugiej wyprawy skupiłabym się właśnie na tego typu atrakcjach, i np. na zwiedzeniu jaskini lodowej. Macie gwarancję, że zawsze zobaczycie to, czego chcecie i nie sposób się zawieść. My, siedząc w pewnej odległości, byliśmy urzeczeni, a co dopiero móc poczuć, że wszystko widnieje na wyciągnięcie dłoni! Z tego co wiem, rejs nie trwa długo, bo nieco ponad pół godziny, ale mogę śmiało stwierdzić, że to wspomnienie warte tych pieniędzy.

Kolejna miła niespodzianka, która spotkała nas na miejscu: zobaczyliśmy rodzinkę dzikich fok! Nie mogliśmy oderwać od nich wzroku – co innego widzieć takie stworzenia w zoo, a co innego obserwować ich zachowanie w naturalnym środowisku. Zeszliśmy niżej, aż do samej tafli wody, i usiedliśmy na głazach przy brzegu. Dobre pół godziny, jeśli nie więcej, po prostu spoglądaliśmy, jak zwierzęta podpływają zaraz obok nas, jakby zaciekawione turystami, a później odpływają i cieszą się swoim towarzystwem. To zabawne, bo wcześniej specjalnie zajeżdżaliśmy do miejscowości, gdzie można spotkać je pływające przy brzegu, a jednak ani razu nam się nie udało. W tym wypadku nawet jakoś specjalnie o nich nie pomyśleliśmy, a one się zjawiły.

Tego dnia mieliśmy wiele momentów, które wyglądały jak ten; po prostu siedzieliśmy w ciszy i patrzyliśmy, a minuty mijały. Trafiła nam się piękna pogoda, świeciło słońce, było około piętnastu stopni, więc zostaliśmy w pewnym momencie w samych bluzach. Nawet jeśli mielibyśmy dojechać do następnego noclegu o 4.00 nad ranem, nie oddałabym tamtych chwil i uczucia, jakie wtedy nam towarzyszyło. Zupełna cisza, prawie nikogo nie słychać, wyłącznie pluskanie wody. Dopiero w takim miejscu możemy uzmysłowić sobie, jak na co dzień jesteśmy atakowani różnymi dźwiękami i bodźcami. Tam przyszła chwila relaksu – bez stresu, bez pośpiechu, człowiek czuje się taki malutki w porównaniu z otaczającą go naturą. Może to jest powód, dla którego tak wielu Polaków wraca na Islandię i zostaje na dłużej mimo jej surowego i brutalnego klimatu, którego jako turyści aż tak nie zauważamy.

Jeśli chodzi o sam lodowiec, to najlepiej pojechać jeszcze kawałek dalej tak, żeby móc zaparkować auto i podejść na piechotę aż pod samą atrakcję. Zjazdów jest dużo, więc gdybyśmy chcieli zobaczyć Vatnajökull z perspektywy każdego z nich, to prawdopodobnie zabrakłoby nam dnia. My na jednym poprzestaliśmy, bo podobnie jak wcześniej; spędziliśmy tam mnóstwo czasu. Do przejścia był kawałek, pewnie coś około kilometra. Trasę po części wyznaczają słupki ze sznurami, później one zanikają i każdy chodzi wydeptanymi już ścieżkami. Tutaj po raz pierwszy możemy zaobserwować, że wysoka temperatura ma wpływ na kształtowanie krajobrazu; ziemia jest pokryta mchem, który jak gąbka chłonie wodę z topniejącego lodowca. Jest bardzo dużo kałuż i strumyczków większych bądź mniejszych, dlatego dobre, nieprzemakające buty to podstawa.

Maciek na przykład w pewnym momencie musiał przerwać już wędrówkę, mnie udało się podejść bliżej samego lodowca. Zniknęłam na około pół godziny, a na samym końcu wysłałam zdjęcie, gdzie dotarłam. Co ciekawe, mój przyjaciel przyznał potem, że odkąd tylko dostał tę fotkę i wiedział, że się zbliżam, to prawie od samego początku słyszał moje kroki, tak niosło się echo.

Jak z kolei moje wrażenia po dojściu do celu, czyli do końca urywającej się dróżki? Z jednej strony przeszła mnie ekscytacja, czułam się jak ostatni człowiek na ziemi; wielki otwarty teren, ogrom lodu i żywej duszy dokoła. Z drugiej… z bliska widać na pewno więcej błota, woda jest raczej brunatna i właściwie tylko to, co znajduje się powyżej, można uznać za cudo, zresztą sami oceńcie.

Podczas tej pieszej wycieczki spotykaliśmy turystów, a każdy z nich zagadywał nas na minutę czy dwie. Trafiliśmy nawet na starsze małżeństwo, gdzieś tak po pięćdziesiątce, które chciało, byśmy wzajemnie porobili sobie zdjęcia. Zwłaszcza kobieta pozostawiła w mojej głowie bardzo ciepłe wspomnienie, bo zachowywała się zupełnie tak, jakby między nami nie było żadnej przepaści ze względu na wiek, ba! W pewnym momencie zaczęła piszczeć prawie jak mała dziewczynka, pokazywała na moje buty i w kółko powtarzała: „Aaaa, so cute!”. Kiedy wreszcie sesja dobiegła końca, para odmaszerowała, trzymając się za ręce. Patrząc na nich, zgodnie stwierdziliśmy z Maćkiem, że fajnie byłoby zobaczyć taki obraz w swoim przypadku za kilkadziesiąt lat; śmiać się, podróżować, mieć kogoś przy sobie i po prostu cieszyć się życiem. A pod spodem zdjęcie, które jest chyba moim jednym z ulubionych na tym wyjeździe.

Po jakimś czasie dotarliśmy do zawalonego mostu, który w naszej nawigacji widniał jako wciąż przejezdny. Strona, po której staliśmy, zdążyła już dawno zarosnąć, natomiast naprzeciwko wciąż dało się dostrzec wylany asfalt. Usiedliśmy więc na przęsłach i obserwowaliśmy bryły lodu płynące w dole, a także wolno przesuwające się chmury. Do teraz pamiętam, jakie to było magiczne uczucie. Ach, no i znalazłam prześliczny kamyczek na wpół obrośnięty mchem, spójrzcie.

Jedyne, czego żałowaliśmy w tym dniu, to tego, że nie zobaczyliśmy reniferów, które często wychodzą na drogę w tej części kraju. Nie można mieć jednak wszystkiego, ale życzę Wam, by spotkało Was więcej szczęścia w tej kwestii!

Nocleg w Puffin Hostel Vik

Na ten dzień nie przewidywaliśmy zbyt wielu atrakcji, dlatego też udaliśmy się prosto do Viku, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. To był z pewnością najbardziej wątpliwy punkt naszej wyprawy. Puffin Hostel Vik jest określany jako dwugwiazdkowy hotel i mimo że wydawał się schludny, nie sprawiał zabójczego wrażenia. Moja mama dosłownie wychodziła ze skóry, kiedy poczytała opinie o obiekcie i dotarła do opinii gości, którzy zgłaszali obecność szczurów w pokojach. Nie udało nam się zamienić go jednak na nic innego, więc po prostu staraliśmy się nie nastawiać źle, mimo że ośrodek rzeczywiście wyglądał na podniszczony, zwłaszcza z zewnątrz. Mogę jednak uspokoić – szczurów (już) nie było, no chyba że tej nocy nie miały ochoty się aktywować albo odwiedziły kogo innego. Mimo wszystko cieszyłam się, że i tym razem dostaliśmy piętrowe łóżko i wylądowałam na górze, tak na wszelki wypadek.

Pokój może nie był najpiękniejszy, ale też z drugiej strony nie wiem, czego więcej byśmy potrzebowali. Wszystko drewniane, górne łóżko może trochę się uginało, podłoga trochę krzywa, no ale przynajmniej spaliśmy sami, a materace okazały się całkiem wygodne. Na miejscu znajdowały się wieszaczki, jakaś półeczka i w sumie nie przeszkadzało nam, że pomieszczenie miało jakieś 2×3 metry. Z lokalizacją też trafiliśmy dobrze, bo toaleta znajdowała się obok naszego pokoju; też nie za duża, ale schludna, mimo że korzystało z niej całe piętro, o ile mnie pamięć nie myli.

Skoro nie zapisało się to w mojej pamięci tak dokładnie, to w każdym razie znaczy, że nie było tak źle. Oprócz tego do dyspozycji mieliśmy wspólną, niewielką kuchnię i ogromną jadalnię czy też pokój integracyjny, zależy jak na to spojrzeć. Co ważne, bo o tym nie wspomniałam wcześniej; najczęściej w tego typu ośrodkach picie napoi alkoholowych jest zakazane. Pewnie wynika to z faktu, że są one na tyle małe, że nawet jeden wstawiony człowiek mógłby dość mocno zakłócać spokój innych. To tylko domysły, w każdym razie nam niespecjalnie przeszkadzały takie ograniczenia, warto być jednak świadomym, że takowe mogą zaistnieć i wcześniej troszkę poczytać o miejscu, do którego się udaje. Ponownie nie mam akurat swoich zdjęć, dlatego zamieszczam grafikę z Booking.com.

Na miejscu znajduje się supermarket Kronan, bardzo ładnie zaopatrzony i dość tani. To właśnie tam udało nam się kupić trzy puszki islandzkiej czekolady w cenie, jaką zapłacilibyśmy za jedną z nich, dokonując zamówienia w Polsce. Zdobyliśmy też kilka typowych dla kraju słodyczy, głównie batoników z masłem orzechowym albo bogatych w proteiny. Co ciekawe, nawet te drugie smakowały zaskakująco dobrze.

Zaraz obok stoi drugi budynek, czyli Icewear, gdzie można kupić przeróżną odzież. Ja z tej opcji nie skorzystałam, natomiast Maciek jeszcze wieczorem wyszedł na „spacer” i wrócił z szalikiem za 90 zł, dopiero później przeliczając, że to „najdroższy szaliczkuś w jego życiu”. Z mojej strony można było spotkać się wyłącznie ze śmiechem.

Z tamtego dnia pamiętam też bardzo porywisty wiatr. Takiego nie odczuliśmy chyba nigdy wcześniej, człowiek dosłownie miał problem, żeby ustać na nogach. Kiedy szło się razem z nim, trzeba było biec, a próbując działać mu na przekór, prawie stało się w miejscu. Tutaj przyszła pora na mój popis – szliśmy przez parking, więc chcąc zejść z drogi, musieliśmy przekroczyć bardzo wysoki krawężnik. Maciek przeskoczył przez niego bez problemu, ja natomiast odbiłam się od asfaltu i… zdmuchnął mnie wiatr, tak po prostu. Poleciałam jakiś metr czy dwa dalej, lądując na środku ulicy na plecach. Na szczęście miałam na sobie mnóstwo warstw ubrań, które zamortyzowały upadek i dzięki temu nic mi się nie stało. Nic, chyba że liczymy naburmuszoną minę do końca dnia, kiedy Maciek znowu zaśmiewał się do łez. Islandia sprawia, że powiedzenie „Jedz więcej, bo cię wiatr zdmuchnie”, staje się prawdziwe. Szkoda tylko, że ja akurat jem jak za dwóch.

Reynisfjara – śmiertelna plaża

Odłożyliśmy zakupy i przeszliśmy się po miejscowości, odnajdując niewielkie termalne źródła. Zamykali je jednak dość wcześnie, więc po dłuższej chwili wahania odpuściliśmy i jak się okazało – całkiem słusznie, bo następnego dnia natrafiliśmy na coś znacznie lepszego. Na zakończenie dnia zostawiliśmy sobie jeszcze jeden punkt do zobaczenia, a mianowicie Reynisfjarę, czyli jedną z popularniejszych plaż na całej Islandii.

Jej powierzchnię pokrywają czarne kamienie, a w wodzie możemy dostrzec wysokie na ponad 60 metrów bazaltowe kolumny. To właśnie tutaj klify są wyrzeźbione w charakterystyczny sposób, który upodabnia je do schodków o długich stopniach. Należy jednak pamiętać, żeby nie podchodzić zbyt blisko brzegu, bo fale są naprawdę duże i niepozorne. Woda wlewająca się na brzeg ma ogromną siłę i potrafi zalać kilkanaście, o ile nie kilkadziesiąt metrów plaży. Tutaj nawet nie bycie mokrym jest największym problemem, a fakt, że prądy są tak silne, że nieuważnych turystów są w stanie wciągnąć i zabrać ze sobą.

Z początku nie za bardzo chciało nam się w to wierzyć, jednak wystarczyła chwila obserwacji, by zrozumieć, że to nie tylko miejscowe legendy. Część fal rzeczywiście zaraz się cofała, jednak niektóre płynęły i płynęły, a końca nie sposób było dostrzec. Pamiętam, że staliśmy gdzieś w połowie plaży i o ile przez dziesięć minut nie działo się nic, o tyle w kolejnej musieliśmy uciekać, żeby nie zmoknąć. Trzeba więc bardzo uważać i pod żadnym pozorem nie zostawiać dzieci i zwierząt bez należytej opieki, bo skutki mogą być opłakane. No i uważajcie na wiatr!

Na dziś z mojej strony to już wszystko. Jeśli macie ochotę przeczytać, jak trafiliśmy na geotermalne kąpielisko, weszliśmy do środka krateru podczas gradu, obserwowaliśmy wybuchające gejzery i odnaleźliśmy wodospady jak z ujęć kręconych w Nowej Zelandii, to serdecznie zapraszam na kolejne części naszej islandzkiej przygody. Obserwujcie na bieżąco, a w międzyczasie zapraszam też na mojego fanpage’a i Instagrama, gdzie wrzucam relacje z podróży i materiały tylko dla wybrańców! 😉 Linki na górze po prawej, klikaj śmiało. 😀

Islandia cz.5 – czyli filmowe krajobrazy w zestawieniu z fetorem zgniłego jajka

Informacje ogólne: Poprzedni wpis stanowił wprowadzenie do tego, czym zaczniemy dzisiaj, a mianowicie do rejsu z wielorybami. Jeśli go przegapiłeś, to najlepiej będzie, gdy nadrobisz choćby dwa lub trzy ostatnie akapity dla całego oglądu sytuacji. Lenie mogą tego nie robić i świat się nie zawali, ale pewnie byłoby lepiej dla Was, a miło dla mnie, więc zapraszam serdecznie. Poniższy opis oferuje dodatkowo wirtualne odwiedzenie geotermalnych, wulkanicznych terenów o niezapomnianym zapachu (Blue Lake, Hverir), a także ujrzenie jednego z mocarniejszych wodospadów na Islandii. Spragnieni ciekawostek? Nie zawiedziecie się! Zapraszam:

Rejs z wielorybami, husavik

Podczas rejsu mającego swój początek w Husaviku, na łódce oprócz uczestników wycieczki znajdowała się także przewodniczka uzbrojona w specjalne plakaty i mapki, za pomocą których obrazowała nam, czego dokładnie szukać nad powierzchnią wody. Opowiadała o różnych gatunkach wielorybów (jeden z nich nazywał się Milky Way!); o znakach szczególnych, sposobie odżywiania czy trybie życia. Informowała też na bieżąco, w którą stronę należy spojrzeć, gdzie się właśnie udajemy i w jakim miejscu ostatnio dostrzeżono ssaki, na które „polowaliśmy”. Na wodzie nie ma zbyt wielu punktów, nad którymi mogłaby się rozwodzić, zdarzały się jednak nietypowe skały obsadzone przez chmary ptaków czy inne wyróżniające się elementy, o których natychmiast spieszyła nam mówić, oczywiście w języku angielskim.

Na pokładzie znajdowała się nas około dwudziestka, co okazało się dość dużym tłumem, zwłaszcza jeśli padła komenda, że należy się rozejrzeć. Co nas niesamowicie zaszokowało, to sposób komunikacji między łodziami, które wypływały z przystani o tej samej godzinie. Wiecie, one nie należały do jednej firmy, każdy tak naprawdę działał w swoim interesie i mógłby zupełnie nie zważać na inne grupy, a jednak tak się nie stało. Załogi przesyłały sobie znaki dymne i sygnały dźwiękowe, dodatkowo porozumiewały się za pomocą krótkofalówek i tak naprawdę cztery czy pięć łódek płynęło w tym samym kierunku, do jednego miejsca. To wydało się zupełnie nietypowe dla naszej polskiej mentalności – no bo kogo tak naprawdę obchodzi, czy inni turyści, którzy zapłacili innemu usługodawcy, zobaczą to, co chcieli? W końcu to nie my będziemy musieli oferować kolejny bezpłatny wstęp albo zwrot pieniędzy. Najwyraźniej jednak da się inaczej.

Rejs trwał około trzech godzin i wielu osobom mogłoby się wydawać, że musiało być strasznie monotonnie. W końcu zamawiając podobną imprezę na rzece albo jeziorze, już po pół godzinie jesteśmy znudzeni widokami i samym rodzajem atrakcji, w sumie nie dzieje się nic nowego. W poprzednich wpisach wspominałam już, że krajobraz Islandii jest na tyle ciekawy, że nie sposób mieć dosyć; tutaj dodatkowo dochodził element wyczekiwania i dość silne bujanie, które co chwilę albo zmuszało do krycia się przed nadchodzącą falą, albo dawało poczucie, jak gdyby wsiadło się na niezbyt ekstremalny rollercoaster. Tak prezentowało się to z naszej perspektywy:

I już spieszę z odpowiedzią na pytanie: a gdzie wieloryby? No właśnie, ponoć okazało się, że jesteśmy pierwszą grupą, która po raz pierwszy od kilku miesięcy ich nie zobaczyła. Czy to prawda, czy blef wciskany na pocieszenie, tego już się raczej nie dowiemy, ale w ramach rekompensaty otrzymaliśmy bon na ponowny, darmowy rejs z dożywotnią datą ważności. Pewnie teraz pomyślicie „No super, no i na co wam to?”, jednak w naszym wypadku to dodatkowa atrakcja jeśli chodzi o zaplanowany przylot na Islandię po raz kolejny w roku 2021.

Czy byliśmy rozczarowani? Myślę, że Maciek bardziej niż ja. Mnie choć raz udało się zobaczyć wieloryby w ogromnym oceanarium we francuskiej miejscowości Antibes (chodzi tu konkretnie o Marinelandię, jedno z piękniejszych miejsc, jakie dotąd widziałam, zwłaszcza dla dziecka, którym wtedy byłam), zupełnie udomowione, wytresowane, dające pokazy ludziom. Wiadomo, nijak ma się to do ujrzenia ich na wolności, ale dzięki temu nie czułam aż takiego żalu. Moglibyśmy powiedzieć w tym miejscu, że droga powrotna mijała nam w smutnym milczeniu, ale nic z tego, ponieważ… otrzymaliśmy islandzkie pączki i TĘ gorącą czekoladę. Uwierzcie, zjedzenie i wypicie czegoś ciepłego w tamtej chwili stanowiło dla nas mały cud, od razu pojawiły się nam na twarzach uśmiechy i zaczęliśmy żartować, że mogliśmy zapłacić za samo wyżywienie.

Na sam koniec udało nam się wymienić kilka zdań z przewodniczką, która naprawdę wyglądała na zmartwioną i przepraszała nas, jakby to, że wieloryby się nie pokazały, to jej wina. Przesympatyczna, młoda kobieta. Moglibyście wypytać ją o wszystko, a ona była na tyle komunikatywna, że na pewno zarzucałaby Was jeszcze dodatkowymi opowieściami.

Po rejsie wróciliśmy jeszcze na chwilę nad jezioro Myvatn. W sumie przy takich peanach, jakie słyszeliśmy na jego temat (że najbardziej rozpoznawalne, niesamowite, tyle rodzajów ptactwa, roślinności, ledwo dech można nabrać z zachwytu), my byliśmy… nawet nie tyle co rozczarowani, raczej skołowani. No rzeczywiście widok ładny, jezioro duże, ale nawet jadąc wzdłuż jego brzegu nie zobaczyliśmy niczego, co specjalnie kazałoby się nam zatrzymać. A tego dnia zatrzymaliśmy się z ciekawości jeszcze dwa razy, trafiając na jeden z ciekawszych, moim zdaniem, terenów na Islandii.

Blue Lake – jezioro geotermalne

Pierwsze po drodze było Blue Lake – nie za duże jezioro geotermalne, które już z daleka parowało i rzeczywiście miało błękitną barwę. Na brzegu postawiono tabliczkę, by nie zbliżać się zbyt blisko wody ani oparów, ponieważ mają powyżej 100℃. Być może rzucając okiem na całe oczko wodne nie odnosiłoby się takiego wrażenia, dopóki nie spojrzałoby się na rusztowanie odgradzające miejsce, z którego gorący strumień wybijał pod wysokim ciśnieniem z wnętrza ziemi. Nie wiem nawet, do czego to przyrównać – to trochę tak, jakby jacuzzy działało z potrojoną mocą i strzelało wodą jak oszalałe, sami spójrzcie.

Hverir – geotermalne pola lawowe

Oczywiście wszędzie był wyczuwalny zapach siarki, jednak nie tak bardzo jak w miejscu, które mnie absolutnie oczarowało, a Maćka odrzuciło. Dosłownie chwilę później zatrzymaliśmy się przy Hverir, czyli geotermalnych polach lawowych. Przyznaję, zapach zgniłych jaj towarzyszył nam z większą intensywnością może tylko w chwili, kiedy jednego razu zamówiliśmy w Polsce paczkę ze słodyczami i dostaliśmy wafelki z durianem. Zarówno smakołyki, jak i nasz nieplanowany postój był moją inicjatywą. Maciek wymiotował w obu tych sytuacjach, więc szczerze go podziwiam, że mimo tego i faktu, że do tej pory wypomina mi, jak poczęstowałam go spleśniałymi pomidorami (niespecjalnie!), wciąż mnie toleruje i się razem trzymamy.

Czy ten islandzki fetor był aż tak dojmujący? Naprawdę ciężko nazwać go przyjemnym czy delikatnym, ale jeśli nie macie tak wyczulonego zmysłu węchu jak mój kompan, to nie powinna zdarzyć się Wam żadna przykra przygoda. Do teraz bawi mnie jednak, że nie wracałam przez dobre pół godziny albo dłużej ze swojego obchodu i fotografowania, a na sam koniec zapytałam Maćka, czy ma ochotę obejrzeć zdjęcia z naszego wyjazdu. Na początku niemal zabił mnie wzrokiem, ale po czasie nawet chętnie przystał na propozycję. On przez cały czas siedział w aucie, nie licząc chwili, kiedy zobaczył kilka parujących kamieni i stwierdził, że to jego koniec.

Kanion Asbyrgi

Gdy stamtąd wyjechaliśmy, trzymaliśmy się z powrotem naszego planu, a więc Asbyrgi, czyli kanionu w Parku Narodowym Vatnajokull, który ma ponad 5 km długości. Ta wielkość sprawia, że widać go już na długo przed dojechaniem do celu, ale jeśli mam być szczera, to nawet nie ma chwili, by spojrzeć na niego w zachwycie, chyba że auto rozkraczy się Wam pośrodku dziur, błota i czegoś, co miało udawać choćby zarys drogi. Dostając się na „861” albo „862” (zależy, z której strony przyjedziecie), nie musicie sprawdzać mapy czy nawigacji, żeby wiedzieć, że jesteście w dobrym miejscu. Coś, co miało sprawiać wrażenie powierzchni, po której można przejechać i się nie zabić, było szerokie jak czteropasmówka. Nie zmienia to jednak faktu, że aż sprawdzałam, czy to na pewno droga dozwolona dla naszego auta. Żałuję, że nie mam zdjęcia tamtej nawierzchni, ale wtedy brak dokumentacji to chyba ostatnia rzecz, o którą się martwiliśmy. Postaram się jednak zadziałać na Waszą wyobraźnię.

A więc mamy te cztery pasy (niczym nierozdzielone, bo tak naprawdę to tylko błoto i ziemia). Po stronie, po której jedziemy, są dziury na pół metra, na 40 cm i 30 cm. Szerokie tak, że nie myślisz, jak je wyminąć, tylko w którą najlepiej wjechać, żeby nie stanąć pośrodku niczego. Niektóre z nich są przysypane żwirem, no i niby fajnie, ale ten jednak rozbryzguje się na wszystkie strony świata, kiedy tylko się na niego najedzie. Przed Waszymi oczami są tylko chmury pyłu, nie ma żadnych znaków. Widzicie nagle pagórek i w sumie nie wiecie, czy to dalsza część drogi, czy po prostu nasyp, który zrobiły dźwigi stojące pośrodku. Błoto i ziemia są tak zastygłe, że widzicie tylko szerokie muldy. Co chwilę mija Was jakaś ciężarówka, która wyrzuca w powietrze cały ten syf, którym zaraz jest oblepiona Wasza mała Kia. Poruszacie się zygzakiem, żeby jakoś dać radę dotrzeć do końca tego toru przeszkód i zastanawiacie się, czy właściciele aut 4×4 z naprzeciwka bardziej Wam współczują, czy myślą, że jesteście zdrowo puknięci w mózg. I tak jedziecie sobie raz, potem drugi, kiedy okazuje się, że musicie wrócić. A potem trzeci, gdy GPS stwierdza, że się zaktualizował i inna droga nie istnieje. Chyba nic nie podsumuje tego lepiej niż słowa Maćka: „Jeśli jeszcze raz tędy pojedziemy, to będę płakać”.

Cytadela, mówili, będzie fajnie, mówili…

Czy było chociaż warto? Szczerze… odpuściłabym. Nasz trud i komfort jazdy raczej nie był wart zobaczenia tego kanionu z bliska. Oczywiście robił wrażenie, ale nie wywoływał aż takiego efektu WOW. Nie była to taka tragedia jak ruiny cytadeli w Borgarvirkach, które okazały się po prostu kamieniami jak wszystkie inne na Islandii i po których mój zachwyt wyglądał mniej więcej tak jak zdjęcie po boku, ale mogliśmy o ten moment szybciej dojechać na nocleg (tego dnia akurat byłoby warto). Co mnie jednak rozbawiło w przypadku Asbyrgi, to grupa Azjatów, która pytała nas, czy na szczyt kanionu też można wejść. Rozumiecie – lita skała, schodów ani ich śladu; dobra zajawka dla wspinaczy, ale nie dla osób +50, których największym wysiłkiem ostatnimi czasy było strzelanie zdjęć.

Wodospad Dettifoss

Później udaliśmy się w kierunku wodospadu Dettifoss, który uchodzi za jeden z bardziej energotwórczych w Europie. Jego szerokość, ogrom i prędkość przelewającej się wody jest naprawdę zatrważająca. Stojąc kilka metrów od niego, zastanawialiśmy się, czy gdyby wsadzić pod niego rękę, to od razu by nam ją urwało, czy tylko połamało. Pod tym względem wrażenie jest naprawdę kolosalne, ale jeśli chodzi o samą estetykę, to na pewno nie jest to najpiękniejsze takie widowisko na wyspie. Czemu? Woda oprócz tego, że jest spieniona, to po prostu przybiera brunatną barwę. Co ciekawe, część z Was może kojarzyć ten cud natury z filmu „Prometeusz”, bo wodospad doczekał się w nim kilku ujęć.

Co stanowiło dla nas zagadkę – dopiero jakieś 100 metrów od celu usłyszeliśmy szum wody. Idąc z parkingu przez skalne schody i dróżkę, mieliśmy wrażenie, że trafiliśmy źle, choć przecież widzieliśmy sąsiadujący z Dettifossem wodospad Jokulsargljufur. Wiedzieliśmy, że to właściwe miejsce, a jednak do końca ciężko było nam w to uwierzyć.

Wodospad Hengifoss

Było już popołudnie, ale zdecydowaliśmy się na odwiedzenie jeszcze jednego wodospadu, który był nam akurat po drodze, czyli Hengifoss (teoretycznie, bo okazało się, że i tak musieliśmy zbaczać z trasy, by dostać się do miasta Egilsstadir na jakąkolwiek stację benzynową, której nie widzieliśmy od dobrych kilkudziesięciu kilometrów). Kiedy dojechaliśmy więc na miejsce, powoli już zmierzchało, a żeby ujrzeć źródło, trzeba było wspinać się pokaźny kawałek po drewnianych platformach. Mniej więcej w połowie wiedzieliśmy, że wchodząc na ostatni stopień, nie zobaczymy nic oprócz ciemności. Ja jednak szłam tyle, ile się dało, podczas kiedy Maciek biegał za owcami pasącymi się obok i przeżywał, że żadna z nich nie chciała się przytulić, tylko od razu uciekały. Finalnie znaleźliśmy się więc mniej więcej w ¾ drogi, a nasze zdjęcie pamiątkowe prezentuje się tak, no bo chyba żadnego oświetlenia się nie spodziewaliście (zdjęcie z fleszem też co prawda istnieje, tyle że dużo niekorzystniejsze od tego, więc zostanie Wam oszczędzone).

Droga do Höfn

Później nastąpiły jedne z naszych najgorszych wspomnień, czyli jazda do hostelu w Höfn, o którym wspominałam w poprzednim wpisie i tutaj już do tych czarnych zakamarków pamięci sięgać nie będę. Wiedząc, jak beznadziejny mamy czas, już nam było wszystko obojętne, więc poświęciliśmy trochę czasu, żeby zatrzymać się w porze obiadowej na stacji benzynowej N1 i coś przekąsić. Pod tym względem Olis wypada dość słabo, bo poza gotowymi produktami na półkach nie oferuje żadnych ciepłych posiłków (choć czasem trafi się kawa). Nauczyliśmy się więc, że jeśli jeść, to na N1, zwłaszcza że ceny jak na Islandię nie były aż tak zatrważające, no i mieliśmy gwarancję tego, że ten obiad na pewno dostaniemy. Jechanie do miast wydawało się dość ryzykowne, bo o ile nie jest to miejscowość wielkości Akureyri czy Egilsstadir, to gwarancja posiłku naprawdę nie jawiła się optymistycznie.

Przeważnie jedliśmy tosty albo burgery – niezbyt to zdrowe, ale na pewno lepsze niż zupki z proszku. Przeważnie taka przyjemność kosztowała nas w granicach 40 zł, ale przynajmniej nie skąpiono nam, jeśli chodzi o porcje. Często dostawaliśmy jakieś frytki-niespodziankę, których nie było w spisie, a same posiłki były dość obficie wypełnione mięsem i sosami, więc dało się na tym wyżyć i to całkiem nieźle. Tego dnia zatrzymaliśmy się też na kolację (choć nie sądziliśmy, że to będzie nasza kolacja i ostatni posiłek, bo na następny po prostu nie zdążymy przed spaniem), czyli gorącą czekoladę i pizzę na kawałki, z którą wpakowaliśmy się do samochodu. Przy okazji kupiliśmy Pepsi w puszce, którą tylko wymienialiśmy na nowe egzemplarze. Ten napój był naszym nieodłącznym towarzyszem podróży w uchwytach przy siedzeniach aż do samego wylotu.

Do Hi Hostel w Höfn dojechaliśmy w rekordowym czasie, po 1:00 w nocy, umordowani jak chyba jeszcze nigdy. Na miejscu nawigacja straciła orientację w terenie, więc przed kolejnymi straconymi minutami na szukaniu noclegu uratowało nas moje 2% baterii w telefonie. Ten fakt też uważam za strasznego pecha, bo mimo że zaopatrzyliśmy się w przejściówkę do samochodu, by naładować komórki, to z samym stykiem coś było nie tak – ładował dosłownie sekundę i odpuszczał. Tego dnia zresztą w ogóle mieliśmy niewiele szczęścia; po takiej trasie czekał nas też najsłabszy nocleg. Jedyne, co nas pocieszało, to dwie pary kluczy, które czekały na gości w recepcji. Jedne nasze, drugie niewiadomego pochodzenia, a więc jednak istnieli więksi frajerzy od nas, którzy spóźnili się jeszcze gorzej niż my.

Nocleg w Hi Hostel, Höfn

Już wcześniej tego dnia zastanawialiśmy się, czy mimo adnotacji „Bed in the dorm” na naszej rezerwacji, dostaniemy osobny pokój tylko dla naszej dwójki, skoro recepcjonista odłożył dla nas klucze. Nie będę Was trzymać w niepewności: odpowiedź brzmi nie. Ile więc łóżek mieściło się w tych czterech ścianach? Pięć, w dodatku piętrowych. Na szczęście spała nas tam tylko szóstka, jednak czy można to nazwać szczęściem? Przekonacie się za chwilę.

Nasz pokój znajdował się pod parterem. Staraliśmy się wejść do środka najciszej, jak potrafiliśmy, jednak kobietę leżącą obok drzwi natychmiast oślepiło światło z korytarza. I weź tu znajdź wolne łóżko, próbując nie świecić telefonem ani latarką. Nawet nie miałam sposobności, żeby kłócić się z Maćkiem o to, kto zostanie wygnany na górne piętro (oczywiście padło na mnie, zawsze ci mali muszą spać przy suficie), po prostu odłożyliśmy rzeczy i poszliśmy do łazienki, żeby przebrać się w piżamy. Nie musicie jednak żałować tych, których obudziliśmy – odpłacili się nam pięknym za nadobne. Zanim jednak w ogóle usnęliśmy, miałam wrażenie, że ten dzień daje mi jeszcze jedną sposobność do tego, by sklasyfikować go jako „Idealny do tego, żeby opowiadać ludziom i rozbawić ich do łez, ale równie idealny do tego, żeby w chwili, kiedy wszystko się działo, strzelić sobie w łeb”.

W całym ośrodku chrapał jeden jedyny człowiek, no i zgadnijcie, w czyim znalazł się pokoju. Przy czym umówmy się, natężenia chrapania są różne, niektóre można nawet znieść, gdy dochodzą z drugiego końca pokoju, ale nie to. Ten człowiek chrapał tak, że nie zdziwiłoby mnie, jeśli słyszeli go jeszcze dwa piętra wyżej. Gdyby nie to, że ledwo żyliśmy, pewnie czekałaby nas bezsenna noc. A tak to budziliśmy się tylko co dwie godziny od piątej nad ranem, więc wynik całkiem niezły.

Równo o 5.00 zadzwonił budzik. No spoko, rozumiem, ktoś wcześnie wyjeżdża. Tylko że ten budzik należał do typu człowieka, który uruchamia milion drzemek i po którejś z kolei myślałam, że wstanę i sama wyciągnę go z łóżka. O 7.00 zadzwonił następny, tym razem jakiejś kobietki, która podeszła do sąsiedniego łóżka i zaczęła po angielsku dziękować prawdopodobnie nowej znajomej, żegnać się z nią i w ogóle. W sumie to było całkiem urocze, więc jakoś mnie nie zeźliło, ale zgodnie stwierdziliśmy z Maćkiem, że tego dnia śpimy dalej, bo po ostatnich przeżyciach ledwie byliśmy w stanie uchylić powieki.

W ten oto sposób obudziliśmy się o 9.30 w pustym pokoju. I wiecie, co jest ironią? Nie spieszyliśmy się, wstaliśmy późno, a kolejny odcinek drogi pokonaliśmy tak szybko, jak jeszcze nigdy. Co z kolei jest zabawne? Że po paru godzinach jazdy samochodem minęliśmy człowieka, który zwiedzał Islandię na rowerze. Na rowerze, kiedy my nawet z autem mieliśmy problem! Wiecie, kim był ten człowiek? Tym samym facetem, który rano nie potrafił wyłączyć budzika. I szczerze, po zobaczeniu go, zaczęłam rozumieć, czemu nic nie było w stanie go obudzić.

Na dziś to tyle, ale jeśli masz ochotę poczytać o lodowcach i bryłach lodu wyrzucanych na czarną plażę, to koniecznie czekaj na pojawienie się kolejnej części! A w międzyczasie, żeby Ci się nie nudziło, obserwuj moje posty na Facebooku i Instagramie, linki po prawej stronie na górze 😀