Ranking starożytnych ruin na terenie Macedonii – ceny, porady praktyczne i lokalizacja

Jak już wspominałam przy okazji wielu poprzednich wpisów, Macedonia jest stosunkowo młodym państwem, które powstało na terenach niegdysiejszej Bułgarii, Albanii oraz Grecji. Zwłaszcza nazwa ostatniego kraju (ale nie tylko) powinna sugerować, jakie bogactwo kulturowe zamknęło się w granicach nowo powstałego kraju. Mimo że kierunek nie jest bardzo popularny, obfituje w mnóstwo starożytnych zabytków, które możemy podziwiać nie tylko w muzeach, ale także udając się na stanowiska archeologiczne i to właśnie na nich skupi się dzisiaj moja uwaga. Zapraszam na:

Jeśli jesteście fanami historii, będziecie zachwyceni, bowiem wiele wykopalisk jest naprawdę sporych rozmiarów, a budowle i figury potrafią być bardzo dobrze zachowane. To też jedne z niewielu miejsc na terenie całego kraju, gdzie przykłada się wagę do informacji – znajdziemy wiele tabliczek, znaków, mapek i opisów, co raczej nie uchodzi za chleb powszedni w Macedonii.

Oczywiście nie udało nam się zwiedzić wszystkich tego typu miejsc – informacje o nich bardzo ciężko odszukać w Internecie, a my natrafialiśmy na nie spontanicznie, kiedy jadąc gdzieś samochodem, zauważaliśmy charakterystyczny zjazd na atrakcję w postaci brązowej tabliczki z białym filarem. Odwiedziliśmy ich jednak na tyle dużo, że możemy podpowiedzieć Wam, czego się spodziewać, na co zwrócić uwagę, no i gdzie szukać! Na samym dole znajdziecie też rankingi, które sporządziliśmy dla Was, biorąc pod uwagę różne kryteria odwiedzonych wykopalisk.

STOBI

Znajduje się w środkowej Macedonii, nieco bliżej wschodu. Początki Stobi przypadają na ok. VII – VI w. p.n.e., co czyni je najstarszymi wykopaliskami w kraju. Miasto osiągnęło świetność za czasów panowania Oktawiana Augusta i stanowiło jeden z ważniejszych ośrodków handlowych. Jego żywot zakończył się kilka wieków po narodzeniu Chrystusa w wyniku potężnego trzęsienia ziemi oraz kilku innych towarzyszących mu okoliczności. Ciekawostka – to właśnie tu po raz pierwszy użyto nazwy denara, który później stał się walutą kraju.

Będąc tam w maju, miejsce zrobiło na nas niesamowite wrażenie i to nie tylko pod względem historycznych pozostałości, a samego otoczenia. Teren, po którym się poruszamy, jest dość duży, na pewno największy i najbardziej okazały spośród tych, które znajdą swoje miejsce w tym wpisie. To zapewne powód, dla którego zwiedzanie nie jest aż tak swobodne jak w przypadku innych wykopalisk. Mamy tutaj wyznaczone ścieżki, oznaczenia, w wielu miejscach są także zawieszone sznurki, których nie powinniśmy przekraczać. Trochę tu już wiało takim „typowym miejscem turystycznym”, chociaż obszar wokół był zupełnie dziki i nietknięty przez człowieka. Piękny obraz, zwłaszcza że w Polsce widzi się go coraz rzadziej – łąka porośnięta makami i innymi kwiatami w tak dużym stopniu, że przykrywały częściowo fragmenty kolumn leżące na ziemi. Miejsce stało się idealnym domem dla sporych rozmiarów żółwi, które chowały się w wysokiej trawie lub wygrzewały skorupy na słońcu.

Jeśli chodzi o zabytki, to do przejścia mamy 19 znacznie oddalonych od siebie stanowisk, do których możemy podążać z mapką otrzymaną na wejściu. Znajdują się tu m.in. pozostałości po łaźniach, więzieniu, fontannie, licznych bazylikach, a nawet kasynie. Przyjeżdżając tutaj, pierwszym miejscem, które rzuci Wam się w oczy, będzie również antyczny teatr zachowany w naprawdę dobrym stanie. Pierwotnie mieścił ponad 7,5 tys. osób, toczyły się tutaj walki gladiatorów. Co ciekawe, oznaki zniszczeń czy braków, które dostrzegamy w budowli, wcale nie wynikają z upływu czasu czy zdarzeń, o których wspominałam wcześniej. Po prostu była to konstrukcja na tyle duża i materiałochłonna, że już w V w. zaczęto stopniowo rozbierać ją, a budulca używano do stawiania nowych obiektów w mieście (na zdjęciu wyraźnie widać, że proces ten rozpoczęto od lewej strony).

Pozostałości po mieście są dość dobrze zachowane – zawsze jesteśmy w stanie dostrzec całkowity zarys budynku, kolumny, łuki, płaskorzeźby czy… mozaiki, które w wielu miejscach są niemalże nieuszkodzone i na nas robiły największe wrażenie. Przykładem tego jest jeden z obiektów sakralnych, nad którym rozciągnięto rusztowania ze schodami i barierkami. Górę ruin osłonięto dachem, aby na ziemię nie skapywał deszcz, chroniąc je tym samym przed wiatrem czy nadmiernym słońcem. Widok z lotu ptaka zapewnia nam nie tylko lepszą widoczność na ogrom pozostałości, ale też pozwala na lepsze zaobserwowanie wzorów ułożonych z drobnych kamyczków i płytek, które z innej perspektywy trudno byłoby dostrzec i docenić. Mnie zachwyciło, że kulturowo dzieliło nas tyle lat z ich twórcami, a mimo tego dalej używamy podobnych symboli czy potrafimy rozpoznać przedstawione motywy. Największe wrażenie robi z pewnością baptysterium, sami spójrzcie.

Wstęp tutaj kosztuje 120 MKD (8,92 PLN) i jak najbardziej polecamy odwiedzenie tego miejsca. Co dziwne, na wejściu znajdują się obrotowe bramki, jednak większość osób omija je, nawet nie płacąc. Warto jednak podejść do okienka i wesprzeć finansowo to miejsce, w którym wciąż istnieją czynne stanowiska archeologiczne. Kobieta w kasie była, zdaje się, zaskoczona naszą uczciwością, ale przecież dla nas to niewielki wydatek, a dla nich spore wsparcie.

HERAKLEA LYNCESTIS

Dużo mniejsza względem Stobi, bo licząca jedynie 10 stanowisk i położona na znacznie mniejszym, skupionym terenie. Znajduje się na południowym zachodzie Macedonii w pobliżu miasta Bitola i została założona przez Filipa II Macedońskiego w IV w. p.n.e. Nazwano ją na cześć Heraklesa, co miało przywodzić na myśl zwycięstwo i chwałę. Tutaj również prócz rabunków kres miasta wyznaczyło trzęsienie ziemi, po którym mieszkańcy stopniowo zaczęli wyjeżdżać i szukać nowego miejsca do osiedlenia się.

Wśród najciekawszych zabytków znajdują się termy, bazyliki z dobrze zachowanymi mozaikami czy teatr. Ten odkryto stosunkowo późno, bo dopiero w XX w., a wskazówką nakierowującą na miejsce poszukiwań  była odnaleziona kostka pełniąca rolę biletów w czasach starożytnych. Dla mnie to w ogóle niesamowicie fascynujące, jak taki drobiazg mógł przyczynić się do takiego odkrycia. Teatr w głównej mierze pełnił scenę do walk gladiatorów, na miejscu znajdowały się trzy klatki ze zwierzętami i tunel, którego oba wyjścia możemy obserwować po dziś dzień.

To co na nas zrobiło też ogromne wrażenie, to system kanalizacyjny, który można dostrzec, idąc przez sam środek wykopalisk. Stawiając pierwsze kroki, ma się wrażenie, że przed wami rozciąga się dróżka wyłożona z kamieni, ale jeśli przyjrzycie się bliżej, to wyraźnie widzicie prześwity pomiędzy nimi i dziurę (rynnę), która znajduje się pod spodem. Cóż, na pewno był to jakiś sposób na odprowadzanie nieczystości z gospodarstw i zachowanie większej higieny, ale z drugiej strony wyobraźcie sobie, jaki w mieście musiał rozciągać się zapach…

To miejsce słynie także z mozaik – ta, która znajduje się w Wielkiej Bazylice, została nawet umieszczona na banknocie o nominale 5000 MKD.

Zwiedzanie kosztuje 60 MKD (4,46 PLN) i jest zupełnie swobodne – mam wrażenie, że moglibyście nawet chodzić po mozaikach i skakać po murkach, a nikt nie zwróciłby Wam uwagi. Oczywiście to nie powód, żeby tak robić, ale czasami ułatwiało np. robienie zdjęć, jeśli kogoś temat interesuje. Warto też zaopatrzyć się w dobre buty – na miejscu jest sporo roślin, które gubią takie jakby kolce czy szpiczaste rzepy, które wbijają się w podeszwy. Moje były zupełnie poszatkowane i pełne dziurem po odwiedzeniu tego miejsca, bo były za miękkie.

BARGALA

Bargala nie jest jakoś szczególnie polecana w Internecie, raczej ciężko znaleźć ją jako atrakcje wypisane na polskich stronach. Mimo tego pojechaliśmy, by przekonać się, z czym to się je i nasze uczucia były raczej… mieszane.

Miasteczko powstało mniej więcej w IV w. i znajduje się w okolicy Sztipu (Štip). Nie ma tam zbyt wiele do zobaczenia zarówno pod względem rozmiarów tego miejsca, jak i większych atrakcji, przez co wstęp jest darmowy. Oczywiście jest tu bazylika czy łaźnie, jednak brakuje jakichkolwiek informacji w postaci chociażby małych tabliczek, co jest czym. Nie ma też wytyczonej drogi do zwiedzania, co chyba niespecjalnie nikogo zaskakuje. Najciekawszym elementem zabudowań są potężne mury obronne – jeśli ktoś ma ochotę, może wejść na ich samą górę przy użyciu zachowanych schodków.

Powiem tak – jeśli ktoś jest fanem historii czy architektury, to i tak mu się tu spodoba, jednak dla każdego przeciętnego odwiedzającego, zwłaszcza jeśli zobaczył już dwie wymienione przez nas wcześniej pozycje, nie będzie to raczej nic ciekawego czy odkrywczego. Warto tu wstąpić, jeśli zwiedzamy coś w pobliżu, tak jak my to zrobiliśmy – w przeciwnym razie odradzam planowania wyjazdu specjalnie tutaj. Nas dodatkowo złapała ulewa, więc uciekaliśmy stamtąd dość szybko.

Są jednak pozytywne aspekty, na które udało mi się zwrócić uwagę. Na pewno monumentalne wejście w postaci łuku robi wrażenie. Na miejscu możemy zobaczyć ciekawie przebiegający proces niszczenia kolumn, które zmieniły kolor na różowy. Możemy odnaleźć też niewielkie pomieszczenie z piecem, gdzie po dziś dzień zachowały się zwęglone ślady po jego użytkownikach.

(ARHEO PARK GRADIŠTE) BRAZDA

Gdybym robiła ranking porażek i to nawet nie tylko w kwestii tego postu, a całości naszego wyjazdu do Macedonii, to byłoby moje TOP 1. Brazda znajduje się w okolicy Skopje, więc sąsiedztwo stolicy, a także wyniosła nazwa parku archeologicznego zachęciły nas do odwiedzenia tego miejsca, do którego prowadził dosłownie jeden drogowskaz.

Z tego co czytaliśmy, w tym miejscu odnaleziono ogromną płytę nagrobną, przykrywającą grób jakiegoś niegdyś żyjącego na tych terenach dygnitarza. Pod spodem znajdowała się komora uformowana z wielkich, ciosanych głazów, które transportowano w to miejsce ponad 20 km. Po takim opisie spodziewaliśmy się grobowca na miarę Aleksandra Macedońskiego, natomiast naszym oczom ukazało się to:

Na pytanie, czy znajduje się tam cokolwiek więcej – otóż nie, chyba że interesują Was ruiny znajdujące się niedaleko, gdzie prócz kilku ścian spryskanych sprayem, mnóstwa roztrzaskanego szkła i dość nieprzyjemnego zapachu, nie uświadczycie niczego. Jeśli więc kiedyś nazwa obije się o Wasze uszy, najlepiej to zignorować i darować sobie tę wątpliwą przyjemność.

SCUPI

To akurat coś, czego żałuję bardzo. Miasto są położone w bliskim sąsiedztwie Skopje –powstało ok II w. p.n.e. i również opustoszało po trzęsieniu ziemi w VI w. n.e. Wykopaliska są też jednymi z większych, choć może gorzej zachowanych niż Heraklea czy Stobi.  Niestety przyszło nam je oglądać wyłącznie zza krat. Teren ogrodzono i zamknięto na kłódkę, a kiedy zapytaliśmy ludzi mieszkających w pobliżu, kiedy zostanie ponownie otwarty dla turystów, stwierdzili, że nie wiedzą i że tak już jest od jakiegoś czasu. Prawdopodobnie więc COVID odcisnął tutaj swoje piętno i nie było nam dane zwiedzić tego miejsca, ale Wy jedźcie tam koniecznie, jeśli będziecie mieć okazję i dajcie nam znać, jak było!

PLAOŠNIK

Wykopaliska znajdujące się w samej Ochrydzie, o których pisałam TUTAJ. Znajduje się przy nich jedna z ciekawszych cerkwi Macedonii, którą możemy zwiedzić od środka. Znajdziemy tutaj dobrze zachowane kolumny z rzeźbieniami, chrzcielnicę, ruiny budowli wraz z łukami czy mozaiki na posadzkach. Co ciekawe, nad nimi powstaje cały kompleks budynków wyglądający jak hotel, pod którym dalej prowadzone są prace archeologiczne. Wstęp jest płatny: 50 MKD za bilet ulgowy/studencki (ok. 3,70 zł) i 100-200 MKD za osobę dorosłą (7,50-15 zł). Po więcej informacji zapraszam bezpośrednio przez link.

To wszystkie z wykopalisk, które udało nam się odwiedzić. Przyszedł więc czas na podsumowanie i rankingi dotyczące różnych aspektów zwiedzaniowych:

RANKINGI

RANKING 1 – WYKOPALISKA, KTÓRE OFERUJĄ NAJWIĘCEJ ZABYTKÓW/CIEKAWOSTEK DO ZOBACZENIA:

  1. Stobi
  2. Heraklea
  3. Plaośnik
  4. Bargala
  5. Brazda
  6. ??? Scupi ??? (prawdopodobnie uplasowałoby się na 1-2 miejscu)

RANKING 2 – NAJLEPSZY DOSTĘP DO INFORMACJI NA MIEJSCU

  1. Stobi
  2. Plaośnik
  3. Heraklea
  4. Brazda
  5. Bargala
  6. ??? Scupi ???

RANKING 3 – NAJWIĘKSZA SWOBODA ZWIEDZANIA

  1. Brazda/Bargala
  2. Heraklea
  3. Stobi
  4. Plaośnik
  5. ??? Scupi ??? (zapewne zbliżona do Stobi)

Z naszej strony to byłoby wszystko. Dajcie znać, czy kiedykolwiek odwiedziliście jakieś z tych miejsc albo czy mieliście je w planach. Czy zmieniliśmy odrobinę Wasze spojrzenia na nie? Trzymajcie się ciepło!

Największe atrakcje Ochrydy – czyli nasze TOP 11 miejsc do odwiedzenia po dniu plażowania

Wybierając się do Macedonii, wybór noclegu wśród odwiedzających w 95% pada albo na stolicę (Skopje), albo na Ochrydę wpisaną wraz z jeziorem, nad którym leży, na listę światowego dziedzictwa UNESCO. My spróbowaliśmy obu tych form wypoczynku i bezsprzecznie zakochaliśmy się w Ochrydzie. Sprzyjał temu nie tylko znacznie mniejszy tłok czy bardziej sielska atmosfera ze względu na mniejsze rozmiary miasta. Na miejscu prócz kąpieli wodnych i słonecznych możemy pałaszować pyszne dania w lokalnych knajpach, a przede wszystkim zobaczyć mnóstwo zabytków – od deptaku, przez cerkwie, muzea, a kończąc na murach obronnych. W tym wpisie chciałabym szerzej Wam je przedstawić, oddać klimat tego miejsca i zachęcić do wpisania Ochrydy na swoją podróżniczą listę marzeń. Zapraszam na:

Ochryda (Ohrid) leży w południowo-zachodniej Macedonii, zamieszkuje ją nieco ponad 40 tys. mieszkańców (dla porównania jakieś 600 tys. mniej niż we Wrocławiu), a mimo to jest siódmym największym miastem w kraju. Przewiduje się, że to właśnie tutaj została stworzona cyrylica. Według legendy nazwa miasta wzięła się od tego, że ludy słowiańskie, które wkroczyły kiedyś jako pierwsze na te tereny, wykrzyknęły „Oh, rid!” (O, wzgórze!). Ja jednak słyszałam, że podobnie powstało O-pole!, więc niespecjalnie porywa mnie czy przekonuje tego typu historia, ale niech będzie. Przez całe lato odbywają się tutaj różne festiwale – folkloru bałkańskiego (kiedyś udało mi się na niego trafić, będąc na miejscu w lipcu), lata ochrydzkiego czy bałkańskiej muzyki ludowej. Oto kilka najciekawszych atrakcji miasta:

DEPTAK OCHRYDZKI

Na pewno jedno z miejsc, które odwiedzicie jako pierwsze, bo to właśnie ono prowadzi do jeziora czy twierdzy Jana Teologa z Kaneo. Oczywiście deptak możemy ominąć i iść bocznymi uliczkami, ale wiele byśmy stracili! To na pewno najżywsze miejsce w całym mieście – przepełnione zapachami, głosami, sklepikami, a w weekendy także ludźmi. Takimi ciekawszymi punktami na tym odcinku jest na pewno biały meczet z kolorowymi sklepieniami, sieciówka Choco World z dwiema fontannami czekolady (białą i czarną) i pysznymi deserami, stoiska ze śmiesznymi, nieprzyzwoitymi koszulkami na pamiątkę czy szeregi różnorodnych lodziarni.

Później wychodzimy już na główny plac z pomnikami Cyryla i Metodego czy św. Klemensa, gdzie ciężko znaleźć miejsce w jakiejkolwiek restauracji. Jedzenie jest tu najdroższe i atmosfera też nie powala, ale wystarczy skręcić w którąś z bocznych uliczek – jest cicho, lokalnie, przyjemnie. Sklepy wokół są głównie ciuchowe, mamy też dwie kebabownie, a na równoległej ulice dwa supermarkety. Dochodząc do jeziora natkniemy się na mnóstwo naganiaczy, którzy zachęcają do wykupienia rejsu za 20/10 euro, ale w tajemnicy powiem Wam, że to samo możecie mieć, idąc na piechotę lub jadąc parę kilometrów samochodem. Zwłaszcza duże wycieczkowce są absurdalnie wypchane, no ale jeśli zależy Wam na samej atrakcji wynikającej z płynięcia, to nie ma co się zastanawiać. My sami w 2017 płynęliśmy maleńką łódeczką z mężczyzną, który dał mi nią posterować, ale teraz niestety w ogóle nie widziałam już tych mniejszych oferentów, a szkoda. Z tego co pamiętam, cena to było jakieś 5 euro w dwie strony, w każdym razie dużo taniej niż obecnie, więc świetna okazja jak za taką atrakcję.

Wracając jednak do tematu – przy wejściu na deptak miniemy też bardzo stare drzewo, na które niewiele osób zwraca uwagę, a warto! Jego wiek szacuje się na ponad 1000 lat, co sprawia, że jest jednym z czterech najstarszych drzew świata. Jeśli mielibyście problemy z jego odnalezieniem, to w Google Maps widnieje pod nazwą Chinar Tree (platan orientalny). Obecnie podtrzymują go specjalne podpory, jako że rozpadł się właściwie na dwie części i w środku jest całkiem pusty.

JEZIORO OCHRYDZKIE

Liczy ponad 350 km2, a jego maks. głębokość to prawie 290 m. Nawet w czerwcu jest naprawdę zimne, ale odważniejsi są w stanie się w nim kąpać. Nam udało się wejść do wody dwa razy – dzięki upałom człowiek jest nawet w stanie uwierzyć, że chce to zrobić. W wodzie niejednokrotnie spotykaliśmy prócz samych ryb czy różnych gatunków ptaków także żaby (trafiliśmy akurat na ich okres godowy w drugiej połowie maja, na szczęście cały proces odbywał się w zaglonionym porcie) czy węże, które tak sieją postrach. Gdy nie ma wielkiego ruchu na brzegu, rzeczywiście wystarczy moment, żeby dojrzeć je w przejrzystej wodzie, jak pływają między kamieniami na dnie albo wychylają łebek z wody. Wiele osób martwi się, że zostanie ukąszonych, ale o żadnym takim przypadku nam nie wiadomo i też tylko raz zobaczyliśmy żmiję (z dala od miejsc turystycznych). Przy brzegu znajduje się knajpa Potpesh z leżakami, na których, o dziwo, nietrudno znaleźć miejsce. Możecie nawet nic nie zamówić i Was nie przegonią, chociaż wiadomo, że tak nie wypada. My stamtąd polecamy najbardziej wino, frytki z kozim serem albo kawę mrożoną (koszt za osobę ok. 12 zł). Plaże nad jeziorem są głównie kamieniste – jedną piaszczystą możemy odnaleźć w drodze do St. Naum, gdy zjeżdżamy za znakiem informującym o miejscu na kemping. Widoki są przepiękne, a ciszę mącą tylko przepływające od czasu do czasu łódki z puszczoną na głośnikach muzyką (głównie w weekendy).

CERKIEW ŚW. JANA TEOLOGA Z KANEO

Jedna z głównych atrakcji, do której dopływają łódki, ale dotrzeć do niej możemy na piechotę i to niezbyt dużym wysiłkiem. Licząc od ronda, gdzie rozpoczyna się wejście na deptak, musimy przejść 1,5 km. Z ronda udajemy się deptakiem aż do jeziora i maksymalnie w prawo. Mijamy knajpę i plażę, o których pisałam, aż dostrzeżemy cerkiew. Zresztą stojąc na pomoście w Ochrydzie widzimy go na czubku klifu. Inna droga prowadzi przez górną bramę miasta i zakłada marsz pod górkę, ale jeśli ktoś chce połączyć zobaczenie twierdzy i zabytków takich jak antyczny teatr czy forteca, to trasa będzie jak znalazł. To jest właśnie ta cerkiew, która jest wizytówką Macedonii na każdym zdjęciu czy pocztówce – na pewno kojarzycie to ujęcie. Dokładnie takie samo zdjęcie mam sprzed kilku lat, ale i tak czułam wewnętrzną potrzebę, żeby je powtórzyć. Przynajmniej mogłam docenić poprawę jakości obrazu w swoim aparacie. W środku cerkwi można podziwiać freski i malowidła, wstęp kosztuje w przedziale 100-200 MKD (9-15 zł), nie pamiętam dokładnie, bo sami nie mieliśmy na to wielkiego parcia. Polecam przejść się też ścieżką, która wiedzie dalej, od cerkwi w górę, wzdłuż pasma drzew iglastych, między którymi udało nam się dostrzec czarne wiewiórki.

CERKIEW MĄDROŚCI BOŻEJ (ŚW. ZOFII)

Idąc deptakiem, mijamy też Cerkiew Mądrości Bożej, inaczej nazywany cerkwią św. Zofii. To właśnie on widnieje na banknocie 1000 MKD i to właśnie tutaj odbywają się koncerty z okazji Lata Ochrydzkiego – my ostatnim razem (w lipcu) trafiliśmy na wystąpienie pianisty, za który płaciliśmy standardową wejściówkę 100-200 MKD. Tutaj również zobaczymy malowidła, jest też „kiosk”, w którym możemy kupić obrazki, świeczki itd., a fundusze są przekazywane na działalność cerkwi. Z tego co pamiętam, środek nie robił spektakularnego wrażenia, za to cały ogródek, tudzież plac wokół, jest bardzo ładnie zaaranżowany i zadbany. Raz udało nam się nawet trafić na ceremonię ślubną, która odbywała się na zewnątrz.

CERKIEW ŚW. BOGURODZICY PERIVLEPTY (HOLY MARY PERYBLEPTOS)

Choć cerkwie w całej Ochrydzie zachowane są w jednolitym stylu i cechuje je bardzo bliskie podobieństwo (nie tak jak na Malcie, ale jednak), to ta była jedną z najbardziej urokliwych głównie ze względu na rozciągający się z niej widok i piękne kwiatowe pnącza, które ją obrastały. Cerkiew jest położona w starej części miasta, a więc na wzgórzu – rozpościera się stamtąd widok na niższe piętra zabudowań i twierdzę Samuela. Wstęp kosztuje 100 MKD, niestety byliśmy tam już wieczorem i nie było możliwości oględzin. Cerkiew jest najstarszą w całej Ochrydzie.

PLAOSHNIK

Jeden z ciekawszych obiektów o charakterze sakralnym – powstał w IX wieku, ale jego forma ulegała licznym przekształceniom aż do renowacji w roku 2002. Wyobrażenie pierwowzoru daje nam dolna część cerkwi Pantalejmona, która dość dobrze się zachowała. Budynek wyróżnia się szarą barwą z pomarańczowymi, ceglanymi ozdobnikami. Zwykle całe budowle są raczej brązowo-pomarańczowo-czerwone. To co mnie urzekło, to właśnie te finezyjnie poukładane cegiełki tworzące rozmaite wzory na fasadach – proste rozwiązanie, a efekt bardzo estetyczny. Do środka cerkwi można wejść, ale niestety robienie zdjęć jest zabronione. We wnętrzu znajdziemy niewielki kiosk z figurkami, obrazkami czy książkami, ale też wystawę dopasowanych do siebie fragmentów mozaik i grobowiec, który za życia stworzył dla siebie św. Klemens (założyciel dość mocno rozsławiony w Macedonii). Oprócz tego możemy podziwiać różne malowidła, a do ciekawych rozwiązań optycznych należą też specjalnie ustawione lusterka, dzięki którym możemy oglądać to, co znajduje się pod ziemią. Na nas wnętrze zrobiło duże wrażenie, akurat tego wejścia bym sobie nie odpuszczała.

Drugim elementem Plaosnika są wykopaliska, na które składają się dobrze zachowane kolumny z rzeźbieniami, chrzcielnica, ruiny budowli wraz z łukami czy mozaiki na posadzkach. Co ciekawe, nad nimi powstaje cały kompleks budynków wyglądający jak hotel, pod którym dalej prowadzone są prace archeologiczne, właściwie po raz pierwszy zetknęliśmy się z takim rozwiązaniem. Wstęp jest płatny: 50 MKD za bilet ulgowy/studencki (ok. 3,70 zł) i 100-200 MKD za osobę dorosłą (7,50-15 zł). Na miejscu dostępny jest przewodnik, który co nieco jest w stanie opowiedzieć o tym miejscu. Nie widziałam jednak, by ktoś specjalnie za niego dopłacał – raczej podchodził do każdego, żeby zamienić z nim parę słów po macedońsku lub angielsku. Z nami rozmawiał dość długo o rolniczych zwyczajach kraju i swojej wizycie w Polsce. Wspominał, że pod względem temperatur jesteśmy dla niego drugą Rosją, co trochę nas rozbawiło. Polecał nam też macedońskie pomidory i tabakę (w Macedonii jest nawet muzeum jej poświęcone (Museum of Tobacco), ale że nas temat „nie jara”, to tę atrakcję odpuściliśmy).

GÓRNA BRAMA (GORNA PORTA, UPPER GATE)

Sama brama może i nie jest spektakularna, ale dochodząc do niej, docieramy do wejścia na starą część miasta, gdzie mamy dostęp do twierdzy Samuela czy antycznego teatru. Zbudowano ją ze starożytnych kamieni, w jednym miejscu znajdziemy także grecką inskrypcję.

TWIERDZA SAMUELA (SAMOIL’S FORTRESS)

Tego zabytku nie będziecie w stanie przegapić i to wcale nie za sprawą jego popularności. Znajduje się na wzgórzu, a w nocy jest najlepiej oświetlonym punktem miasta i widać go już z daleka. Niestety to co zobaczycie, nie ma wiele wspólnego z oryginałem, który odrestaurowano w 2003 roku. Czy więc opłaca się podejść pod same mury? Tak, natomiast nie zobaczymy tego, co kryje ich wnętrze, a przynajmniej nam się ani razu nie udało. W środku prowadzone są wykopaliska, a wiele ze znalezionych eksponatów zostało z tego miejsca przetransportowanych do Muzeum Archeologicznego w Skopje, które jest jedną z większych atrakcji w stolicy (ogromne, składa się z trzech wielkich pięter przepełnionych znaleziskami). Kilka z nich możemy znaleźć także w Robev Family House w Ochrydzie. Widzieliśmy jednak dziewczynę, której udało się obejść zamkniętą bramę za sprawą drona i zobaczyć wnętrze fortecy. Jest to jakiś patent – drogi, ale jest.

TEATR ANTYCZNY

Jego powstanie datuje się na II w. p.n.e.. Obecnie możemy podziwiać jedynie jego dolną część. Spośród wszystkich teatrów, które udało nam się zobaczyć w Macedonii, ten był najmniej okazały, dlatego warto odwiedzić go na początku przed Herakleą czy Stobi, żeby stopniować emocje i nacieszyć się widokiem. W miejscu tym odbywały się walki gladiatorów, aczkolwiek był on także sceną mordu chrześcijan w okresie Imperium Rzymskiego. Mówi się, że później zasypano go piaskiem, by nie pamiętać o tragicznych wydarzeniach i odkopano ponownie ponad 2 tys. lat później przez przypadek, przygotowując grunt pod nowe domy w mieście. Obecnie teatr stanowi miejsce spotkań towarzyskich – ludzie spotykają się tu, by napić się piwa, porozmawiać, a nawet jeździć na deskorolce. Raz do roku w tym miejscu odbywają się nawet przedstawienia w ramach Lata Ochrydzkiego, o którym wspominałam wcześniej. Z ciekawostek – ponoć w latach świetności teatru niektórzy wykupowali w nim swoje stałe miejsce i do dziś można odnaleźć na płytach ich wyryte imiona.

NATIONAL WORKSHOP FOR HANDMADE PAPER

Pod taką nazwą możemy odnaleźć to miejsce w Google Maps. W rzeczywistości jest to po prostu muzeum czy też wytwórnia papieru. Warsztat jest malutki, więc najlepiej iść do niego w momencie, kiedy nie ma tam akurat żadnej wycieczki. My z jedną się mijaliśmy i z tego, co zdążyliśmy zauważyć, ludzie byli mocno ściśnięci i widok na główną atrakcję też wydawał się w dużym stopniu ograniczony. Do środka wchodzimy za darmo, jeśli jednak chcemy, mamy możliwość zakupu różnych malowideł, ręcznie wiązanych książek czy arkuszy z kaligraficznym pismem za przysłowiowe euro czy kilka. Punktem programu jest jednak pokazanie procesu, jak papier pod te rzeczy rzeczywiście powstaje. Krótka prelekcja prowadzona jest w języku angielskim – mężczyzna pokazuje najpierw balię z białym, mętnym płynem i tłumaczy, z jakich składników taki roztwór powstaje. Następnie bierze specjalną ramę tudzież formę, zanurza ją, ona obcieka i schnie, aż tworzy się na niej taka cienka warstwa mokrego papieru. Następne etapy jedynie omawia na przykładzie maszyn, które stoją obok. Trwa to maksymalnie 10 minut, ale jeśli już jesteśmy w mieście, to niewątpliwie jest to wartościowy przystanek, który warto zaliczyć.

ROBEVI FAMILY HOUSE

Przechadzając się deptakiem, wiele razy miniecie to miejsce i nawet nie będziecie świadomi jego istnienia. Znajduje się na placyku z wysokimi białymi domami z czarnymi wykończeniami – tymi, które podstawę mają węższą niż każde kolejne piętro i mnie kojarzą się z powiewem wschodniej kultury (a tak naprawdę to tradycyjna osmańska architektura). W jednym z nich znajduje się muzeum mające miejsce w dawnym domu rodziny Robevi, ponoć bardzo zamożnej i rozpoznawalnej w Macedonii. Budynek ten został podpalony z zawiści za czasów życia rodziny, a później od podstaw odbudowany. Dziś znajdują się tam trzy piętra – na parterze mamy różne figury, płyty oraz epitafia, na pierwszym eksponaty wydobyte z wykopalisk archeologicznych na terenie całej Macedonii (choć przeważnie z południowych terenów – Heraklea, Bitola, Plaoshnik itd.), drugie piętro to pamiątki i pozostałości po rodzinie Robevi, a trzecie to ogólny kształt ich rezydencji wraz z umeblowaniem. Właśnie ta górna część jest w dużym stopniu odtworzona przez artystów z Ochrydy czy uczniów szkoły rzeźbiarstwa. Na mnie największe wrażenie zrobiło wzornictwo w drewnie – na szafach, rozetach, zegarach. Coś pięknego. Co ciekawe – na parterze lub pierwszym piętrze (nie pamiętam teraz dokładnie, w każdym razie na pewno nie pominiecie) jest wystawiony tors Izydy, który naniesiono na banknot o wartości 10 MKD. Na pierwszym piętrze mamy także pomieszczenie z ogromną, owalną płytą obrotową, gdzie umieszczone są prawie same złote przedmioty. Fajna sprawa zwłaszcza przy większej ilości osób – każdy stoi w miejscu, a ma okazję obejrzeć wszystkie eksponaty.

Myślę, że z naszej strony to najciekawsze punkty programu, jeśli chodzi o Ochrydę. Cerkwi w tym wpisie mogłabym omawiać dużo, jednak wybraliśmy tylko te najbardziej okazałe i najlepiej zachowane. Pozostałe są już znacznie mniejsze lub podniszczone, ale jeśli ktoś jest fanatykiem obiektów sakralnych, to na pewno nie zabraknie mu zajęcia na kolejny dzień. W razie jakichkolwiek pytań odezwijcie się w komentarzu. A może macie jakieś swoje sprawdzone miejsca w Ochrydzie? Dajcie znać!

Macedońskie wodospady – ranking, opis dróg oraz fotorelacja: Duf, Smolare, Koleshino, Sin i nie tylko

Macedonia nie jest specjalnie obleganym kierunkiem przez Polaków i mam wrażenie, że wiele osób nawet nie zdaje sobie sprawy z piękna oraz ilości niezwykłych miejsc, jakie ten kraj ma do zaoferowania. Co więcej – wielu ludzi nie wie nawet, gdzie to miejsce znajduje się na mapie, mimo że lecieli do Grecji czy podróżowali do Bułgarii, a przecież to rzut beretem! Oczywiście przywarą wspominanego państwa jest brak dostępu do morza, za to mamy tutaj wiele olbrzymich jezior, strumieni, gór, jaskiń, urokliwych miasteczek czy… wodospadów i to właśnie na nich chciałabym skupić dzisiaj Waszą uwagę. Większość z nich znajdziemy łatwo poprzez Google, jednak dostęp do niektórych nie jest wcale tak oczywisty, jak mogłoby się wydawać. Mam świadomość, że wiele z nich jest nawet nienazwana i skryta w parkach narodowych (o jednym takim też Wam opowiem!), natomiast przedstawię piątkę kandydatów, z którymi udało nam się stanąć oko w oko: wodospady Duf, Smolare, Koleshino, Sin oraz jeden bezimienny, do którego nakreślę drogę. Zapraszam na:

WODOSPAD DUF – POŁOŻENIE

Wodospad Duf leży na zachodzie kraju w parku narodowym Mawrowo, czyli największym parku na terenie Macedonii. Liczy ponad 680 km2, a na jego terenie znajduje się najwyższy szczyt pasma górskiego – Golem Korab. Punkt znajduje się 2764 m n.p.m., co czyni go wyższym od naszych Rysów o ponad 250 m! Jak więc się domyślacie, nawet w najcieplejszych okresach roku wciąż zalega na nim śnieg. Wygląda to bajecznie, bo wokół panuje skwar, roślinność jest intensywnie zielona, niebo nieskazitelnie niebieskie, a pośród tego wszystkiego królują surowe, mroźne skały z białym puchem. Najlepszy widok na nie rozciąga się z klasztoru Jovana Bigorskiego, o którym opowiem przy okazji następnych wpisów. Spójrzcie sami:

WODOSPAD DUF – OPIS SZLAKU

Pod wodospad nie prowadzi żadna asfaltowa ścieżka – auto musimy zostawić ok. kilometra od atrakcji. Całe szczęście, bowiem ścieżka do niego jest najbardziej malownicza spośród wszystkich wodospadów, które Wam opiszę. Spacerujemy wzdłuż rwącej rzeki, podążając biało-czerwonym szlakiem. Z początku śmialiśmy się, że trafiliśmy na patriotyczne oznaczenie, po czym okazało się, że w Macedonii praktycznie wszystkie szlaki, gdziekolwiek nie pojedziemy, są oznaczone właśnie w ten sposób. Na szczęście się ze sobą nie pokrywają, dlatego nie ma opcji, że je pomylimy i zgubimy, ale stanowiło to dla nas ciekawą odmienność. W każdym razie większość drogi przebywamy w dole kanionu, a po obu naszych stronach rozciągają się wysokie na ok. 30 m skały. Widok jest niesamowity, a ścieżka łatwa w przebyciu, dzięki czemu możemy cieszyć się w pełni tym, co jawi się naszym oczom. Co ciekawe, na początku trasy znajduje się drewniana budka. Wygląda trochę jak kasa, ale jest nieczynna. Nie wiem niestety, czy ogółem, czy tylko poza sezonem. Nie udało mi się znaleźć informacji na temat istnienia jakichkolwiek biletów wstępu w lecie – istnieje duża szansa, że obecnie się ich nie sprzedaje, bo do wszystkich dóbr naturalnych dostaliśmy się za darmo w obrębie całego kraju.

W połowie drogi do wodospadu znajdują się drewniane stoły i ławeczki, gdzie możemy odpocząć, zjeść, napić się i wsłuchać w szum wody. Gdy miniemy ten punkt, w miarę docierania do celu temperatura staje się coraz niższa. Mimo ogólnego gorąca można rzec, że przy samej atrakcji jest dość zimno, więc dobrze mieć ze sobą jakąś narzutkę lub kurtkę (najlepiej przeciwdeszczową…). Musimy przejść przez kilka niewielkich, drewnianych pomostów i to chyba najmniej komfortowa część podróży. Wiele z nich jest dość wątpliwego stanu – drewno przesiąka wilgocią, więc jest dość miękkie i plastyczne, przez co ugina się pod stopami. Parę desek w różnych miejscach odpadło, są też dziury, więc dobrze przechodzić pojedynczo i stąpać ostrożnie. Nie jest to jakaś wielka przeszkoda i nic się nie powinno stać, o ile nie skaczemy i nie biegamy całą grupą. 😉 Ostatnia kładka prowadzi nas już pod sam wodospad skryty w skałach. Trzeba podejść bardzo blisko, żeby zobaczyć go w całej okazałości. Jego kaskada ma niecałe 30 m i rozbryzguje się o skały wystające na drodze, więc nie sposób uciec stamtąd suchym. My po chwili robienia zdjęć byliśmy tak mokrzy, jakbyśmy wyszli spod prysznica, ale dla nas to była fajna część atrakcji.

WODOSPAD KOLESHINO – DOJAZD I OKOLICE

Następny w kolejności obejrzeliśmy wodospad Koleshino (Kolešino) znajdujący się we wschodniej części kraju. Dojazd w tamte rejony jest dość toporny – mnóstwo wąskich, górskich dróg w kiepskim stanie. Wielokrotnie wjeżdżamy na powierzchnie nieutwardzone i choć nie przebywamy nie wiadomo jakich odległości, to podróż zajmuje wiele czasu. Jesteśmy jednak w stanie zatrzymać się niedaleko przy głównej drodze na czymś w rodzaju leśnego parkingu jakieś 300 m od atrakcji. Dojście nie jest wysiłkowe, ale też ciężko nazwać je urokliwym. Powiedziałabym nawet, że zakrawa o zaniedbanie i niechlujstwo. Zapach unoszący się wokół przypomina ni to końskie odchody, ni kanalizację. Później zanika, w miarę jak znikają porozrzucane przez miejscowych śmieci oraz rury wystające z różnych miejsc w ziemi.

Niestety trzeba zdawać sobie sprawę, że to, co dla nas uchodzi za atrakcję, dla Macedończyków niejednokrotnie stanowi chleb powszedni, który może nawet nie do końca doceniają. W tego typu miejscach często znajdziemy wiele opakowań po przekąskach czy butelek po alkoholu, paczek papierosów itd. W sumie było pusto, spotkaliśmy tylko dwóch miejscowych, którzy przyjechali nad wodospad zapalić fajki. Tutaj powstaje więc pewien dylemat, bo tego typu miejsca kochamy za swobodę przebywania w nich, wchodzenia w każdy nieogrodzony i niezagospodarowany zakamarek, a jednak bez nadzoru lub samodyscypliny mieszkańców nie sposób uniknąć w nich różnego rodzaju zanieczyszczeń i ekologicznych rozczarowań.

WODOSPAD KOLESHINO – OPIS

Piękno wodospadu wynagradza jakiekolwiek zastrzeżenia, które pojawiają się wcześniej. Nie jest wysoki, bo zaledwie 15 m, natomiast nadrabia szerokością – 6 m. Woda nie ma dużego pędu, dzięki temu spływa wieloma kaskadami w powolny, niemalże delikatny sposób. W zimie zdarza się nawet, że spora ich część zamarza. Widok jest naprawdę przepiękny, majestatyczny. Co mnie absolutnie kupiło, to skonstruowana drewniana drabina przy samym wodospadzie, dzięki której możemy wejść na wyższą półkę skalną. Jeśli kogoś naszłaby ochota, miałby możliwość się nawet wykąpać, chociaż nie polecam, bo woda jest tak zimna, że zetknięcie się z nią wywołuje ból. 😉 Drabinę oczywiście przetestowaliśmy, jakżeby inaczej! O dziwo nie przegniła ani nie spróchniała – jej stan jest na tyle dobry, że nie ma żadnych obaw przed wspięciem się. Wrażenie z tak bliska jest naprawdę wspaniałe, choć trzeba się liczyć ze zmoknięciem. 😀

WODOSPAD SMOLARE – DOJAZD I OPIS

Jeśli już odwiedzimy Koleshino, to grzechem byłoby nie udać się kawałek dalej na wschód do Smolare. To najwyższy wodospad w Macedonii, który liczy prawie 40 m, natomiast jest też stosunkowo wąski i „zbity”. Auto zostawiamy na parkingu tuż przy restauracji, bowiem teren jest najbardziej zagospodarowany ze wszystkich opisywanych w tym poście miejsc. Do uszu napływa muzyka, jest mnóstwo ławek i miejsc do siedzenia. Zamontowano też wiele śmietników, dzięki czemu okolica jest nieskazitelnie czysta. Zazwyczaj w tym miejscu odbywają się lokalne targi, gdzie możemy nabyć typowo macedońskie produkty, jednak poza sezonem się z nimi nie spotkaliśmy. Drogowskazy w tym miejscu informują, że mamy do przejścia 600-800 m, nie pamiętam dokładnie. Wiem jednak, że była to odległość liczona w linii prostej, bo dojście do atrakcji zajmuje trochę czasu. Szacowałabym raczej, że marsz to ok. 1300-1500 m. Dróżka nie jest karkołomna, ale musimy liczyć się z dużą ilością schodów i tym, że cały czas idziemy pod górę poza zejściem do platformy przy samym wodospadzie. Troszkę kondycji jest więc jak najbardziej wskazane.

Wodospad robi wrażenie, natomiast on sam i dojście do niego w porównaniu do pozostałych odwiedzonych przez nas miejsc ocenilibyśmy jako raczej przeciętne. Kaskada rzeczywiście jest potężna, szum duży, ale pod platformą da się dostrzec śmieci już w samej wodzie i trochę to psuje ogólny ogląd. Miejsce uchodzi za największą atrakcję turystyczną tego typu, ale my radzilibyśmy Wam odwiedzenie reszty pozycji z naszej listy, by ocenić, czy rzeczywiście tak jest. Naszym zdaniem niekoniecznie, więc na pewno warto spróbować. Opłaca się zobaczyć, jednak Smolare nie jest naszym faworytem.

WODOSPAD SIN I ROZTOPOWY – OPIS SZLAKU

Kolejny wodospad odnaleźliśmy właściwie przypadkiem. Wróciliśmy do Mawrowa, żeby urządzić wycieczkę do jaskini Alicica, którą opiszę w następnych postach. Na samym początku dostrzegliśmy jednak tabliczkę, że zaledwie 500 metrów za wyznaczonym przez nas celem znajduje się wodospad Sin, więc bez zastanowienia postanowiliśmy nadłożyć drogi i zobaczyć, czy rzeczywiście jest to na tyle ciekawa atrakcja, że opisano ją już na początku szlaku. Nie wiedzieliśmy, czego się za bardzo spodziewać – na pewno nie tego, że po drodze napotkamy kolejny, dużo okazalszy wodospad bez żadnej nazwy. Z parkingu, czyli właściwie polany, gdzie zostawiamy auto, musimy przejść 3,5 km do jaskini, a jakieś 300-500 m przed nią znajduje się niespodzianka, więc na pewno jej nie ominiecie. 😉

WODOSPAD ROZTOPOWY – JAK GO ZNALEŹĆ?

Ścieżka w maju jest bardzo malownicza – widoki skał, porośniętych mchem drzew, moc kolorowych, rozkwitających kwiatów i płynące obok większe bądź mniejsze strumyki. Mimo że drogę oznaczono jak górski szlak, podejście w większości nie jest trudne, choć są fragmenty, gdzie musimy zebrać nieco siły i maszerować mimo zwiększającego się nachylenia. Nie jest turbo prosto, ale też nie trzeba mieć niesamowitej kondycji. Wodospad wyrasta przed nami dość niespodziewanie i nagle. Można do niego podejść – w tym celu schodzimy z głównej ścieżki kawałek na dół, z tym że warto znaleźć gałęzie czy konary, których możemy się przytrzymać. Nawierzchnia jest dość śliska ze względu na dużą wilgoć i grubą warstwę liści pod stopami. Trzeba uważać, żeby nie wpaść w dziurę i nie skręcić sobie kostki. Spokojnie – jeśli się na to nie zdecydujecie, to widok z góry też będzie dobry, tylko mogą Wam odrobinę przeszkadzać zarośla.

Kaskady mają ok. 10 metrów i są dość szerokie. Prawie nie widać skał, więc widok jest taki, jakby woda wypływała spomiędzy roślin. Podejrzewamy, że to wodospad, który pojawia się w tym miejscu okresowo ze względu na roztopy, dlatego nie ma o nim żadnych informacji, nie jest opisany, ani nie ma nazwy. Jeśli jednak planujecie pieszą wycieczkę w maju, to zapewniamy, że tam będzie! Naszym zdaniem jeden z dzikszych i ładniejszych okazów – kazał się ciekawszy niż ten, do którego pierwotnie szliśmy. Ba, był w sumie najfajniejszym przystankiem na szlaku tego dnia.

WODOSPAD SIN – NA CO ZWRÓCIĆ UWAGĘ?

Do wodospadu Sin stamtąd zostaje nam ponad pół km do przejścia i niedługo potem natrafiamy na moim zdaniem najtrudniejszy odcinek drogi – kamienne osuwisko bez żadnych zabezpieczeń. Ścieżka jest wąska, pod stopami rusza się dosłownie wszystko i człowiek raczej szybko chce stamtąd uciec. Nie jest to rzecz nie do przejścia, ale wymaga dużej uważności i ostrożności.

Pokonanie tego fragmentu rekompensują później widoki strumienia płynącego zakolami aż do końcowego punktu wycieczki.

Pod sam wodospad nie udało nam się jednak podejść, choć w oddali malował się pomost. To potwierdzenie naszej wcześniejszej teorii o roztopach, bowiem ścieżka coraz bardziej zanika, robi się węższa, aż w końcu przed nami pozostaje jedynie szeroki, lodowaty strumień, którego nie sposób przebyć. Jedyną opcją jest zdjęcie spodni i marsz, ale nie wydaje mi się, żeby wędrówka po śliskich kamieniach się powiodła, ani żeby była dobrym pomysłem przy tak niskiej temperaturze wody. Oto obraz, który towarzyszył nam przy końcu podróży:

Na zakończenie przygotowałam jeszcze ogólne zestawienie – po części ranking, po części najważniejsze informacje o każdym z wodospadów, które pozwolą  przygotować się Wam do własnej podróży i zdecydować, co, kiedy oraz w jakiej kolejności obejrzeć.

RANKING WODOSPADÓW I ICH OKOLIC

Wodospad z najpiękniejszymi kaskadami:

  1. Koleshino (dodatkowy plus to drabina, po której możemy wejść pod same strumienie wody)
  2. Bezimienny wodospad w drodze do wodospadu Sin (uwaga: roztopowy, być może da się go zobaczyć jedynie w okolicach maja)
  3. Smolare (najwyższy wodospad Macedonii)
  4. Duf (skryty w skałach, warto zabrać przeciwdeszczowe kurtki, wszechobecna mgiełka wodna)
  5. Sin (niemożliwy do zdobycia w maju, da się obejrzeć z daleka, stosunkowo niewielki)

Najpiękniejsze dojście do wodospadu:

  1. Duf (ok. 1 km przejścia w kanionie, czysto, w połowie drogi miejsce na postój z ławeczkami)
  2. Bezimienny wodospad w drodze do wodospadu Sin (niecałe 3 km, bardzo malownicza droga, nieco wysiłkowa, ale przyjemna)
  3. Sin (do w/w miejsca fajna, później trudny moment ze względu na kamienne osuwisko bez zabezpieczeń)
  4. Smolare (ok. 1 km i 300-500 m, bardzo turystycznie, mnóstwo schodów)
  5. Koleshino (ok. 200-300 m, nieprzyjemny zapach, dużo śmieci, rury wystające z ziemi)

Ode mnie to tyle – zapraszam do dzielenia się przemyśleniami i własnymi opiniami. Który wodospad sprawia dla Was najlepsze wrażenie? A może widzieliście już część z nich? Koniecznie dajcie znać!