Islandia cz.3 – czyli najlepsze hot dogi na świecie, cuda Reykjaviku i zmora wiecznie przepełnionego pęcherza

Informacje ogólne: To już trzecia część naszej islandzkiej przygody, więc jeśli przegapiłeś którąś z poprzednich, to polecam je nadrobić. Nie będzie to absolutnie konieczne, bo w fabule się raczej nie zgubisz, ale myślę, że dzięki temu cała historia nabierze kolorytu. Poniższy opis będzie w głównej mierze dotyczyć zwiedzania Reykjaviku, także dziś gratka dla fanów dużej ilości zdjęć. Zapraszam:

Reykjavik – gdzie parkować i kupować?

Nasz hotel, Capital Inn, znajdował się około 4,5 km od ścisłego centrum stolicy, więc podjechaliśmy na miejsce samochodem, nie chcąc tracić czasu. Tak jak wspominałam, zanim się zakwaterowaliśmy, wynajęliśmy auto i tak dalej, było już po 20.00 czasu islandzkiego, ale nie zamierzaliśmy odpuścić ani chwili ze zwiedzania. Co dosyć nas zaskoczyło, problem z parkowaniem nie urósł do takiej rangi, jakiej się spodziewaliśmy. W nawigacji bardzo pomogła nam mapka, którą możecie znaleźć na oficjalnej stronie Guide to Iceland lub klikając TUTAJ. Przedstawiała ona strefy parkowania według przyjętych cenników, jednak będąc na miejscu, warto za każdym razem spojrzeć na znaki i upewnić się, kiedy oraz jakie opłaty dokładnie obowiązują, żeby później nie napytać sobie biedy. Dwa razy udało się ich w ogóle uniknąć i naszymi ulubionymi lokalizacjami okazały się mieszkalne uliczki w okolicy Hallgrimskirkja, a także mały, bezpłatny parking nieopodal stacji paliw Olis.

parkowanie.png

Opłaty za parking wydawały nam się bardzo wysokie (oczywiście już po przeliczeniu), bo za niecałą godzinę robienia zakupów (około 34 minut), zapłaciliśmy 16 zł. Wiadomo, jeśli nie ma żadnej innej opcji, to cena nie gra roli, jednak o ile nie zamierza się parkować w ulicach prostopadłych czy sąsiadujących z Laugevegur, o tyle nie ma problemu ze znalezieniem miejsca (to samo tyczyłoby się też większych aut, linie są namalowane naprawdę szeroko w porównaniu do polskich standardów). Tam nawet przedstawiciele tego mema odetchnęliby z ulgą:

Możecie się domyślić, że po około dziesięciu godzinach nie marzyliśmy o niczym więcej poza zjedzeniem czegoś. Niestety sklepy, które mieściły się w naszych wymaganiach cenowych, zamykano już o godzinie 18.00. Mam tu na myśli sieć „Bonus” z charakterystycznym wizerunkiem świnki, którego odwiedza tak wielu Polaków, że doczekał się on kas samoobsługowych w języku polskim. Zresztą pan, który pracował na miejscu i potwierdzał nasze zamówienie, również pochodził z naszego kraju. W ogóle znaczna część pracowników w hotelach czy restauracjach była naszymi rodakami, raz na południu trafiliśmy nawet na restaurację, w której główną pozycją w menu okazały się pierogi.

Bonus.png

Nasz koszyk z zakupami następnego dnia nie kosztował więcej niż 100 zł, a udało nam się za tę cenę rozsądnie rozplanować przynajmniej trzy najbliższe obiady. To, że nigdy nie zjedliśmy ich akurat w porze obiadu, to zupełnie drugorzędna kwestia, o której jeszcze wspomnę. Możemy jednak śmiało polecić tę sieć sklepów, zwłaszcza w Viku wywarł na nas bardzo pozytywne wrażenie, choć do samego końca nie mogliśmy przywyknąć do tego, że cena kurczaka jest znacznie, ale to znacznie wyższa niż ryb. Dość niecodzienny widok dla przeciętnego Polaka, mimo że wiedzieliśmy o tym nawet na długo przed przylotem na Islandię. Dla zainteresowanych zamieszczę TUTAJ przykładowe cenniki, które pomogą rozplanować posiłki i wydatki jeszcze przed wyruszeniem w podróż.

Pylsury – najlepsze hot dogi świata

Wieczorem jednak postawiliśmy na jedzenie w mieście i nawet mieliśmy już od dawna zaplanowany pierwszy cel. Odpuściliśmy kolację w restauracji (i tak było nas stać tylko na frytki, jako że zestaw dwóch burgerów kosztował 120 zł), natomiast udaliśmy się na sławetne pylsury, czyli islandzkie hot dogi. Budka Bajarins Beztu Pylsur, czyli Najlepsze Hot Dogi w Mieście, jakoś zupełnie rozminęła się z naszymi wyobrażeniami. Na wszystkich forach pisano o rzeszach turystów, które się przed nią zbierają, a tymczasem byliśmy tylko my i jakaś jedna czy dwie osoby. Mimo tego znalezienie jej nie okazało się specjalnie trudne, stała pośrodku pustego placu i wyróżniała się czerwonym kolorem. Może trafiliśmy na dobrą porę dnia, bo pogody specjalnie nie brałabym pod uwagę. Wiadomo, nie mogliśmy usiąść w cieple, dodatkowo kropiło, ale na Islandii każdy jest do tego przyzwyczajony.

IMG_20190911_203851718.jpg

Wokół tych fast foodów krąży legenda – są tak dobre, że na jednym nie poprzestał jeszcze nikt. Chcąc to sprawdzić, podeszliśmy do okienka, gdzie młody chłopak zapytał nas, czy chcemy „ze wszystkim”. Niespecjalnie wiedzieliśmy, co oznacza to „wszystko”, ale brzmiało dobrze, więc potaknęliśmy. Hot dogi, które dostaliśmy, przede wszystkim na zdjęciach wydawały nam się większe. Kiełbaska, która znajduje się w środku, składa się z trzech rodzajów mięsa (jagnięcina, wołowina i wieprzowina), a w białej, miękkiej bułce oprócz niej możemy znaleźć także surową i prażoną cebulę. Całość jest oblana trzema rodzajami sosów – ketchupem, majonezem i remoulade. Nie mieliśmy okazji spróbować go nigdy wcześniej i pierwszym, co zwróciło naszą uwagę, było to, że strasznie skleja buzię.  Składa się w głównej mierze z majonezu, musztardy, koperku i szczypiorku, ale to z pewnością jeden z lepszych dodatków, jakich przyszło mi kiedykolwiek kosztować. Połączenie tych smaków sprawiło, że rzeczywiście jestem skłonna uznać te hot dogi nie tylko za najlepsze w mieście, ale także w moim życiu. Oczywiście na jednym nie poprzestaliśmy i ta inwestycja całkiem nam się opłaciła, zwłaszcza że jedna porcja po przeliczeniu kosztuje około 17 zł. Już wtedy postanowiliśmy sobie, że tak samo jak powitaliśmy stolicę, tak samo pożegnamy ją ostatniego dnia.

Zwiedzanie stolicy

Później nastąpiła pora na zwiedzanie. Reykjavik mieliśmy okazję podziwiać zarówno po ciemku, jak i za dnia, a miasto to charakteryzuje się wtedy zupełnie inną aurą. Co mnie urzekło, to taka cudowna cisza i spokój. Doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś w stolicy, a równocześnie czujesz, jakbyś przechadzał się po małym, górskim miasteczku. Najpiękniejszym jego elementem są bez wątpienia kolorowe domki, które wyglądają odrobinę, jakby wybudowano je z drewna i przemalowano.

IMG_20190911_205206732.jpg
IMG_20190912_101602460.jpg
IMG_20190912_110304635_HDR.jpg

Każda knajpa i restauracja wiąże się w jakiś sposób z kulturą Islandii – połowami, wikingami, czy po prostu z określonym typem krajobrazu. W zasięgu wzroku można też dostrzec mnóstwo prostych, jakże uroczych ozdób: ściany przystrojone sztucznymi kwiatami, kamienie przemalowane na gigantyczne biedronki i wiele innych.

IMG_20190912_095709320.jpg
IMG_20190912_101649316_HDR.jpg

Niesamowite wrażenie wywierają też pomalowane chodniki i murale, choć niektóre z nich wydają się po prostu przerażające. Naszej uwadze nie uszło też, że Islandia jest krajem bardzo tolerancyjnym: w wielu miejscach wiszą kolorowe flagi, natrafiliśmy nawet na aleję, gdzie zamiast czarnego asfaltu widniała wymalowana tęcza. Kiedy tam jesteś, nawet przestaje cię to dziwić: wydaje ci się, że tutaj każdy ma swoje miejsce.

IMG_20190911_211505916.jpg
IMG_20190912_105836604_HDR.jpg

Islandia słynie ze swoich opowieści o elfach i trollach, dlatego wielokrotnie możemy zobaczyć ich postacie przed sklepikami, różnego rodzaju kartki, magnesy, kubki i inne gadżety. Możecie zobaczyć, kto z nas wypadł lepiej 😀

IMG_20190912_110158552.jpg
72447872_537272746844072_489459120206774272_n.jpg

Jednej rzeczy jednak zupełnie się nie spodziewaliśmy, a mianowicie tego, że tam sprzedawcy potrafią zrobić atrakcję dosłownie ze wszystkiego. Na jednym ze stanowisk z odzieżą leżał… kotek. Wiecie, z początku wydawało nam się, że to taka atrapa na miękkiej podusi, którą często można kupić i jeszcze zamruczy, kiedy ją uruchomimy. Okazało się jednak, że kotka była żywa i tak bardzo przyzwyczajona do klientów, że zupełnie przestała zwracać na nich uwagę. Kiedy tylko dotknęło się jej grzbietu, nawet się nie wzdrygała, po prostu spała dalej. Obok niej widniała nawet specjalna karteczka: „Tak, jestem prawdziwa! Mam na imię Ofelia. Jestem puchata i taaaaaka słodka. Jem suszone ryby i jestem kotem sąsiadów. I nie jestem na sprzedaż! :D”. Kotka miała nawet swojego własnego Instagrama.

Przeszliśmy się też wieczorem nadbrzeżem, gdzie doznałam lekkiego zdziwienia. Wobec tego obrazu, jaki opisałam Wam wcześniej, jakoś zupełnie nie pasowały mi wieżowce wyrastające na horyzoncie. W ogóle znalazło się kilka elementów, które nijak nie łączyły się z całokształtem miasta, jak na przykład szklane przejście między budynkami czy dziwne neony.

IMG_20190912_102214232_HDR.jpg

Z innowacyjnych rozwiązań natomiast zakochałam się w terenie wokół Harpy, czyli tamtejszej sali koncertowej. Świetnie przemyślany system wodny, idąc tamtędy, ma się wręcz wrażenie, że chodzi się po wodzie, jeśli stanie się pod odpowiednim kątem, zwłaszcza że tuż przed sobą widzi się ocean.

IMG_20190912_103645646_HDR.jpg

Jak możecie zauważyć na pierwszym zdjęciu, tradycją było, że każdy przechodzień układał swój własny stosik z kamieni, przechodząc tamtą drogą. Nasze może nie prezentowały się tak pięknie jak ten poniżej, ale chociaż pozostawiliśmy po sobie jakiś krótkotrwały znak.

IMG_20190912_103433640.jpg

Nie bylibyśmy też prawdziwymi turystami, gdybyśmy nie odwiedzili Sun Voyagera, czyli najbardziej charakterystycznego symbolu Reykjavika.

72789524_530665834174347_5311794030164574208_n.jpg

Za drugi z nich uchodzi Hallgrimskirkja, czyli kościół, który jest drugim pod względem wielkości budynkiem na Islandii. Pierwszy raz zobaczony nocą, aż przywodzi na myśl piosenkę Budki Suflera „Jest taki samotny dom”, nad ranem natomiast ukazał nam się na tle tęczy. Nie zdołaliśmy go jednak odwiedzić pierwszego dnia, bo zauważyliśmy karawanę, a na drzwiach kościoła widniał napis, że pogrzeb kończy się za 3-4 godziny. Nie poddaliśmy się jednak i ponowiliśmy próbę już w dzień naszego powrotu. I tu kolejne zdziwienie – jak na tak ogromną budowlę i wrażenie, jakie robi z zewnątrz… wewnątrz okazała się wręcz biedna. Z jednej strony nie doznaliśmy żadnego wow, a z drugiej… no chyba właśnie taką prostotą powinien odznaczać się kościół.

IMG_20190912_100440183.jpg
IMG_20190911_212348042.jpg
72385658_568063803999916_8619314388802732032_n.jpg

Jak wygląda islandzkie śniadanie?

Z Reykjaviku wyjechaliśmy dość późno, bo dopiero koło godziny 11-12 nad ranem. Zjedliśmy śniadanie w hotelu i niesamowicie podobała nam się atmosfera, jaka panowała w tym małym pokoiku ze szwedzkim stołem. Jeśli ktoś z Was zastanawiałby się kiedyś, jak wygląda islandzkie śniadanie, to niewiele odbiega ono od naszego polskiego: jajecznica, parówki (w tym również kiełbaski o dziwnym smaku, prawdopodobnie z rekiniego mięsa), tosty, owoce, warzywa, różnego rodzaju dżemy, miody i tak dalej. Jest jednak jedna rzecz, która absolutnie nas zachwyciła, a mianowicie gorąca czekolada Swiss Miss w charakterystycznych, dużych puszkach. Później okazało się, że jest dostępna w sieciówkach w całkiem przystępnych cenach, więc kupiliśmy od razu po trzy na głowę. Zrobiliśmy na tym interes życia, bo w Polsce, jeśli chcielibyśmy zamówić ją z oficjalnej strony, zapłacilibyśmy około 100 zł. Na miejscu (dokładnie w miejscowości Vik), trzy sztuki wyniosły nas około 90 zł. Niesamowicie słodka, gęsta i nawet z piankami marshmallow w środku!

Podróż Kią Picanto – oczekiwania vs rzeczywistość

Pierwszy dzień naszej jazdy to odcinek Reykjavik-Myvatn, czyli najbardziej wysiłkowa część podróży, jako że musieliśmy dostać się aż na północ kraju. Mieliśmy do pokonania około 430 km i nasz plan podróży przewidywał, że jadąc bez przerwy, zajmie nam to około sześciu godzin. Oczywiście po drodze zamierzaliśmy zatrzymywać się we wcześniej zaplanowanych miejscach, więc nastawiliśmy się, że koło godziny 22:00 (czyli po 10 godzinach) dotrzemy do miejsca, gdzie zarezerwowaliśmy nocleg. Możecie więc domyślić się, że nasza radość sięgnęła zenitu, kiedy okazało się, że sama trasa zajęła nam ponad dziewięć godzin. Kiedy ostatecznie położyliśmy się spać? Czytajcie dalej.

Pomijając fakt, że nasza Kia niespecjalnie nadawała się do komfortowej, bezstresowej jazdy po islandzkich drogach, popełniliśmy też kilka bardzo istotnych błędów. Oprócz tego, że wyjechaliśmy po prostu za późno, to mieliśmy taki kompleks „musimy zobaczyć wszystko”, skoro byliśmy na miejscu tylko tydzień. Skutkowało to tym, że zatrzymywaliśmy się dosłownie w każdej miejscowości z naszej listy, chociaż część z nich zupełnie nie robiła na nas wrażenia, a nadkładaliśmy dla nich drogi. Oczywiście każdy ma różne odczucia i preferencje, ale na naszym przykładzie postaram się pokazać Wam, że część rzeczy naprawdę warto sobie odpuścić, jeśli jest się tak bardzo ograniczonym czasowo. Z tego też względu my przez dwa czy trzy ostatnie dni odpuszczaliśmy sobie w ogóle odwiedzanie wsi czy małych miasteczek. Jasne, mają one swój urok, ale są jednak łudząco podobne i odrobinę wymarłe. Jeśli nie macie konkretnego celu, takiego jak zjedzenie sfermentowanego rekina, odwiedzenie jakiegoś muzeum i tak dalej, to znaczy, że najlepiej postawić wyłącznie na cuda natury, podobnie jak zrobiliśmy to my.

Pewnie wielu z Was myśli sobie teraz, że tyle godzin spędzonych w samochodzie musiało być strasznie nudne, ale nic bardziej mylnego. Krajobraz Islandii jest bardzo nostalgiczny, można by wręcz rzec, że w kółko obserwuje się to samo: ocean, skały, połacie ziemi porośnięte mchem. A jednak mimo tego natura cechuje się niezwykłą różnorodnością. Co chwilę ze skał wybija jakiś wodospad, na horyzoncie widać lodowiec, nagle przejeżdża się obok naturalnych rozlewisk, a kamienie zmieniają swoją barwę od szarych, przez zielonkawe i brunatno-czerwone.

72578595_1130871860451497_5599186720189841408_n.jpg
72597711_406971023319561_2870860117509668864_n.jpg
72636648_321467542047594_1685588081710727168_n.jpg
72694073_2436614789707522_8754446382196064256_n.jpg
72779203_2363185340600079_8705339796307836928_n.jpg

Na poboczach pasą się konie, krowy, kozy czy owce (które Maciek nazywał kulkami miłości, bo były tak małe, puchate i okrągłe). Z czasem naprawdę godziliśmy się z tym, że żadnego dnia nie dojedziemy na czas i staraliśmy się wyciągnąć z tych chwil tyle, ile tylko możliwe. Doszło do tego, że postawiliśmy sobie wyzwanie, by zrobić sobie selfie z każdym rodzajem napotkanego zwierzęcia. Prócz śnieżnej sowy, która niespodziewanie wzbiła się ponad maskę naszego samochodu, no i może gęsi, udało nam się naprawdę nieźle:

Toalety na Islandii

Czasem też po prostu zatrzymywaliśmy się przy jakichś punktach widokowych albo… no właśnie. ALBO, czyli jedna z bardziej krępujących kwestii na Islandii – toalety. W okolicach Reykjaviku było tak dużo stacji benzynowych, że przyjęliśmy je już niemalże za pewnik. Kiedy więc zatrzymaliśmy się po raz kolejny i Maciek zapytał, czy idziemy do łazienki, ja stwierdziłam, że nie, no po co, aż tak mi się nie chce, pójdę na kolejnym postoju. Co okazało się później? Że najbliższa publiczna toaleta na trasie pojawiła się za trzy godziny. Uwierzcie mi, ciężko sobie wyobrazić ulgę, jaką poczuliśmy, kiedy wreszcie do niej dotarliśmy, zwłaszcza że im gorzej się czuliśmy, tym więcej rzucaliśmy głupich żartów. Maciek śpiewał „Ty mała znów zarosłaś”, a ja ostatnie pół godziny jechałam dosłownie zgięta wpół, z rozpiętymi spodniami i modlitwą na ustach, by jakoś to przeżyć.

„Co za problem, przecież są krzaki”, pewnie pomyślicie sobie. Oprócz tego, że na Islandii drzew i krzewów jest tyle, co kot napłakał, to istnieje też drugi problem: wysokie mandaty za załatwianie swoich potrzeb fizjologicznych na dworze, gdzie wszystko jest uważane za cud natury. Dla nas to była po prostu największa zmora, a im jechaliśmy dalej, tym bardziej czułam, że nasze potrzeby stają się coraz bardziej podstawowe: „Chcę już tylko dojechać i zjeść gorący kubek”, „Chcę wyłącznie położyć się spać”, „Chcę tylko dojechać na miejsce i nie mieć poplamionych spodni”. Tak, dokładnie – podczas kiedy normalni ludzie mają jet-lag, ja miałam niespodziewany okres przez cały tydzień naszego wyjazdu, w dodatku w miejscu, gdzie toaleta stanowiła dobro luksusowe. Czy da się wytrzymać? Oczywiście, da się, tylko nie wszystko zawsze idzie zgodnie z planem, podobnie jak nasze sikanie.

Za którymś razem, kiedy Twój pęcherz po raz n-ty jest przepełniony do granic możliwości, po prostu ciężko już wytrzymać. Dotarliśmy do stacji samoobsługowej (swoją drogą genialne, po prostu przykładasz kartę, tankujesz i odjeżdżasz w dosłownie 3 minuty, niestety w Polsce się nie przyjęło), ale okazało się, że na miejscu nie ma toalet. Zaraz obok znajdował się jedynie budynek poczty, więc stwierdziłam, że zapytam, czy ktoś pozwoli nam skorzystać z toalety. Był już jednak wieczór, więc budynek okazał się zamknięty na cztery spusty. Słysząc to, Maciek obwieścił wszem i wobec, że nie wytrzyma, więc schował się za przyczepy, które stały nieopodal, i zrobił swoje.

– Spójrz na ten budynek obok – powiedział zaraz, kiedy wrócił do auta i przejechaliśmy jakieś dwadzieścia metrów.
– No, co z nim?
– Komisariat policji. Słuchaj, obok mnie jakieś dwa radiowozy przejechały. Ale nikt mnie nie zauważył – stwierdził z dumą.

W sumie trochę zazdroszczę facetom w tej kwestii, mają dużo łatwiej. Ja dalej zwijałam się na fotelu, cierpliwie czekając na jakąś cywilizowaną łazienkę. Kiedy jednak dwadzieścia minut później zobaczyłam grupkę drzew zbitych w jednym miejscu, kazałam Maćkowi stanąć. Jedynym, co mnie wtedy pocieszało, był fakt, że nie oblezą mnie żadne robaki, dla nich jest tam stanowczo za zimno. To było jednak naprawdę słabe uczucie, zwłaszcza jeśli przypomniało ci się, że ostatni raz podobna sytuacja miała miejsce może wtedy, kiedy miałeś cztery latka i poszedłeś na grzyby do lasu razem z rodzicami.

Później jednak szło nam to dużo lepiej: i szukanie toalet, i sama jazda, mimo że nasz pierwszy cel nie wywarł na nas żadnego wrażenia. Zatrzymując się w Borgarnes, nie dostrzegliśmy w nim nic poza zwykłym, bardzo skromnym i niespecjalnie wyróżniającym się miasteczkiem. Oprócz tego, że pochodziliśmy tam pięć minut i zatankowaliśmy samochód, to raczej ciężko byłoby wykrzesać z tego miejsca coś więcej. Naszym zdaniem warto sobie odpuścić, zwłaszcza że następny w kolejce jest wodospad Barnafoss, a to z kolei już zapiera dech w piersiach.

Na dziś to tyle, kolejną część zaczniemy z przytupem już właśnie o samym Barnafoss i okolicach, a tymczasem zapraszam Was do podzielenia się swoimi wrażeniami, a także do obserwowania funpage’a czy Instagrama!