Malta cz.8 – Jak dostać się na Gozo, co zwiedzić oraz czemu warto sprawdzać informacje?

Informacje ogólne: Poniższy wpis zamyka naszą serię dotyczącą 9-ciu dni spędzonych na Malcie. Możesz czytać go oddzielnie, ale zapoznanie się z poprzednimi częściami na pewno wzbogaci Cię w wartościową wiedzę i pomoże przygotować się do samodzielnego wyjazdu. Dziś będę pisać wyłącznie o Gozo, czyli wyspie należącej do Malty – transporcie, zabytkach i wszelkich ciekawostkach popartych zdjęciami. Zapraszam na:

Gozo – Transport

Chcąc dostać się na Gozo z głównej części Malty, pierw musimy udać się do Cirkewwa Ferry Terminal, skąd odpływa prom. Na miejsce dojeżdża kilka linii autobusowych, no i oczywiście możemy pojechać też wypożyczonym samochodem, jeśli ktoś skorzystał z tej opcji. Niezależnie od powziętej decyzji, musimy uiścić tę samą opłatę, czyli 2,5 € łącznie w obie strony. Robimy to jednak dopiero opuszczając wyspę, dzięki czemu oszczędzamy nieco czasu i nie musimy dwa razy szukać kas. Całkiem dobrze pomyślane rozwiązanie, bo wiadomo, że każdy kiedyś przypłynie z powrotem – raczej mało będzie śmiałków, którzy udadzą się wpław na Maltę razem z meduzami i resztą wodnych stworzeń.

Prom odpływa bardzo często, średnio co pół godziny w dzień, w nocy co godzinę lub 45 minut. Na pokład najpierw wjeżdżają samochody i jest to o tyle wygodne, że nigdy nie trzeba manewrować tyłem, co zdarza się w przypadku niektórych portów, bo wyjazd znajduje się z obu stron promu. Dzięki temu nie musi on wykonywać tylu manewrów przy dobijaniu do brzegu i wszyscy są szczęśliwi. Ludzie wchodzą na samym końcu dokładnie tą samą drogą co pojazdy i przechodzą na pokład wyżej. Cały czas musimy mieć założoną maseczkę, przynajmniej na wejściu, bo później większość pasażerów siadała z dala od siebie i je zdejmowała. Rejs nie jest specjalnie długi, trwa około 20 minut. Za pierwszym razem jest fascynująco, bo zwiedzamy pokład, oglądamy widoki, ale każdy kolejny dość mocno się dłuży; zwłaszcza nocą, gdy zaczyna być chłodno od wiejącego wiatru, nie zdążyłeś doschnąć po kąpieli i poza światłami nie widać nic więcej.

W przypadku Gozo, przyznaję, własne auto jest na wagę złota. Oczywiście możemy sobie bez niego poradzić i absolutnie nie opłaca się wypożyczać go na jeden dzień, ale… komunikacja miejska pozostawia wiele do życzenia. Dobrze, że możemy wykorzystywać miejskie karty Tallinja Explore, o których pisałam TUTAJ, a nie dodatkowo płacić za bilety, ale to chyba jedyna zaleta. Linii autobusowych jest mało i czasami, zależnie od tego, gdzie się udamy, musimy czekać na transport przez dobrą godzinę. Nie ma też często połączeń bezpośrednich tam, gdzie chcemy się dostać, więc konieczne jest przejście przynajmniej pół godziny na pieszo lub decydowanie się na przesiadki, które zazwyczaj są zupełnie niezsynchronizowane. Wracając z północy Gozo do naszego apartamentu niemalże na samej północy Malty, zajmowało nam to około 2,5 godziny. Jazda autobusem – czekanie – przesiadka na drugi autobus – czekanie – płynięcie promem – czekanie – przesiadka na autobus – pójście do domu. Spokojnie traciliśmy ponad godzinę na nic nierobieniu, a mimo tego na Gozo pojawiliśmy się dwa razy. Wydaje mi się, że to taka optymalna ilość, żeby pozwiedzać i wykąpać się w nietrywialnym miejscu.

Gozo – Zwiedzanie

Wychodząc na ulicę, dostrzegamy pełno kościołów i kopuł na horyzoncie. Część z nich mieliśmy na swojej liście podróżniczej, więc sprawdziliśmy, jak się do nich dostać, natomiast resztę odwiedzaliśmy na zasadzie wsiadania w autobus i wysiadania z niego wtedy, gdy wydaje nam się, że zabytek jest najbliżej. Wysepka jest na tyle niewielka, że nie wychodzi to nawet najgorzej.

Pierwszy w kolejności był Ghajnsielem Parish Church, który okazał się najładniejszy ze wszystkich widzianych do tej pory, mimo trwających prac remontowych. Piękny, wysoki kościół otoczony palmami i rozciągającymi się wokół ogrodami.

Warto przejść się też po samej okolicy, bo Gozo to naprawdę zadbana i ozdobna wyspa (przynajmniej w większości miejsc). Wydawało nam się, że spora część dzielnic jest raczej bogatsza, na fasadach większości domów znajdowały się na przykład różnorodne rzeźby. Większość z nich była jednak dosyć szpetna i niespecjalnie realistyczna. Każdy balkonik miał mnóstwo dekoracji, zakręcane kolumny, a wszystko to uzupełniały rozkwitające rośliny. Bardzo ładny widok.

Na Gozo znajduje się również miasto Rabat (inaczej zwane Victorią), czyli miasto o dokładnie takiej samej nazwie jak to na głównej wyspie Malty. Wysiadając tam, jako pierwszy naszym oczom ukazuje się park i bardzo ciekawa rzeźba dziewczynki biegnącej za ptakami. Co niestety psuje scenerię, to mnóstwo śmieci – papierów, siatek, plastikowych kubków i butelek. Mimo tego ludzie zbierają się tu tłumnie całymi grupami i bez wątpienia jest to jedno z bardziej znanych miejsc na spotkania towarzyskie.

Na miejscu udaliśmy się na cytadelę (Cittadella), gdzie wstęp kosztuje 5 €. Panie w kasie są jednakże tak zagadane, że nie zdziwiłoby mnie, jakby dało się koło nich przejść za darmo, chociaż to nieładnie. 😉 Budowla została wstępnie wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a jej mury wstępnie pełniły funkcję obronną przed piratami napadającymi miasto, by zdobyć niewolników. W środku oprócz licznych kościołów i kaplic możemy zobaczyć również budynek sądów, starego więzienia czy muzeum archeologii lub folkloru. Wybór jest duży, a to, co urzeka najbardziej, to przede wszystkim spacer po murach i widok na panoramę miasta. Istotnym elementem do zobaczenia jest również Katedra Wniebowzięcia NMP, gdzie przed wejściem znajdują się dwa pomniki – Jana Pawła II oraz ojca Pio.

Obiektami, których z różnych względów nie odwiedziliśmy, a które Wam polecamy do wpisania na listy podróżnicze, są na pewno Salt Pans, czyli pola solne znajdujące się na północy wyspy. Możecie je znaleźć również w wielu miejscach na głównej Malcie, dlatego my odpuściliśmy, ale ponoć widoki są piękne, zwłaszcza o wschodzie i zachodzie słońca. Więcej o nich rozpisywałam się TUTAJ.

Drugą taką atrakcją jest Ninu’s Cave – nigdy nie potrafiliśmy wstrzelić się w godziny otwarcia i dobrze trafić na autobus. To dość ciekawa rozrywka, raczej nietypowa jak na Maltę. Możemy bowiem zobaczyć jaskinie, gdzie wszystkie formacje typu stalagmity, stalagnaty powstały z wapienia koralowego. Niektóre z nich są ponoć półprzezroczyste. Zwiedzamy tak naprawdę tylko jedną dużą komorę, sztucznie oświetloną, ale patrząc po zdjęciach, jest raczej warta zobaczenia. Dajcie znać, jeśli się Wam uda i podzielcie się opinią zwłaszcza w kwestii ceny – tej nie dałam rady znaleźć w internecie.

Trzecia atrakcja to stara przepompownia Imgarr ix-Xini Pumping Station – tam z kolei odstraszył nas upał i bardzo długie podejście. Atrakcja znajduje się na południu Gozo i możemy podjechać do niej autobusem, ale tylko kawałek. Przed nami 2 km zapewne niezbyt przyjemnej drogi w upale, a po naszych przygodach z Dwellingami nie mieliśmy ochotę na powtórkę z rozrywki. Tu również proszę o krótki komentarz z Waszej strony.

Fenomen Lazurowego Okna

Z czego ja najbardziej zapamiętałam Gozo? Przede wszystkim z Lazurowego Okna, czyli ogromnej, naturalnej formacji skalnej, przez którą mogliśmy oglądać morze. Stała się tłem dla takich produkcji filmowych jak Gra o Tron czy Hrabia Monte Christo. Nie wiem, czy wiecie, ale ta atrakcja widnieje na wszystkich plakatach reklamujących wyspę, jest wystrojem niejednej restauracji i niemalże jako pierwsza pojawia się na mapkach Google. Pojechaliśmy więc zobaczyć, o co tyle zachodu, nastawiliśmy nawet nawigację i nic. Idziemy, idziemy, a śladu nie widać. W końcu natrafiliśmy na foodtruck i pytamy mężczyznę, który ma za sobą plakat z Lazurowym Oknem, czy wie, w którym kierunku mamy iść. On za to patrzy na nas, pokazuje za swoje plecy i mówi: „To? A to runęło już ze trzy lata temu!”

I rzeczywiście, dopiero w tamtym momencie sprawdziliśmy informacje na ten temat. Generalnie nie wpadliśmy na to wcześniej, bo przecież ani nie trzeba na to biletów, ani obiekt się nie zamyka. Przyjęliśmy za pewnik, że skoro obiekt jest taki rozsławiony, to na pewno będzie istnieć! W tym wypadku zdziwiło mnie jednak, jak Maltańczycy potrafili rozkręcić turystykę i reklamę wokół czegoś, czego tak naprawdę nie ma, a z drugiej strony nie wykorzystują zasobów, które wystarczyłoby nieco odnowić i rozsławić, by stały się symbolem wyspy, o czym wspominałam już w przypadku TEGO wpisu o Selmun Palace. Naprawdę niewiarygodne.

Ciekawostką jest to, że powstały nawet plany odbudowy Lazurowego Okna przez rosyjskiego architekta Swetozara Andriejewa. Kiedy jednak zobaczyliśmy proponowane rozwiązanie na zdjęciu, aż się skrzywiliśmy. Zamiast ogromnego bloku skalnego, który się zawalił, miałaby powstać stalowa, duża konstrukcja, która nie pasuje niemalże do niczego. Byłaby czymś na wzór wieżowca z pięcioma piętrami i dużą powierzchnią dla sali konferencyjnych. Co prawda lokalsom pomysł się spodobał, ale na całe szczęście nie wszedł w życie (póki co).

Czy żałujemy tego, że pojechaliśmy? A skąd! Spacer był piękny – z widokiem na klify i ze wspinaczką po wapiennych skałach. Świetne miejsce na bouldering, zresztą Malta w ogóle obfituje w wiele lokalizacji, które mogłyby okazać się rajem dla wspinaczy. Chodziliśmy więc, obserwowaliśmy gromadzącą się na brzegu sól i chodzące kraby, w sumie szybko zapominając o niezbyt wielkim rozczarowaniu. Zresztą dzięki niemu natrafiliśmy na lokalizację, którą pokochałam najmocniej z całego pobytu, a mianowicie Inland Sea. Generalnie to po prostu zatoka, do której woda dostaje się wąskim, kamiennym korytarzem, dzięki czemu woda jest niesamowicie ciepła. Wszystko to otaczają wysokie skały, z których skaczą ludzie, tłumów nie ma prawie wcale, możemy spędzić pół dnia, obserwując żyjątka w skałach czy nawet wykupić rejs łódką. O pięknie tego miejsca rozpisywałam się przy okazji TEGO wpisu, koniecznie musisz zajrzeć!

Ceny na Gozo

Czy na Gozo rzeczywiście ceny są dużo niższe niż na Malcie? Jeśli chodzi o pizzę, to tak, ale nie zauważyliśmy tego w żadnej innej kwestii. Być może to zasługa pandemii i chęci zarobku, a być może te czasy już ogólnie przeminęły. My ze swojej strony na pewno nie polecamy noclegów na wyspie – opłaca się odwiedzić ją raz lub dwa, ale nie więcej, bo po prostu nie będziecie mieli co robić i każdy dzień zaczniecie od wyklinania na transport. Nie wyobrażam sobie czerpania przyjemności z przeprawy pomiędzy Gozo, a na przykład Vallettą. Wyspę można odwiedzić całkowicie za bezcen, udając się tylko na bezpłatne atrakcje i podziwiając architekturę czy znajdując piękne miejsca do kąpieli. Świetna opcja zwłaszcza już pod koniec wyjazdu – my ten zakątek wspominamy bardzo dobrze.

Z mojej strony to już wszystko na dziś. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do odwiedzenia Gozo i przekazałam kilka interesujących informacji. Tym akcentem równocześnie kończę serię maltańskich wpisów i liczę, że to, czego się z nich dowiedzieliście, zaowocuje wyjazdem w przyszłości i okaże się dla Was cennymi wskazówkami. Dołożyłam wszelkich starań, by jak najlepiej nakreślić dla Was obraz wyspy, a nawet wysp – czekam teraz na Wasze spostrzeżenia i relacje. Zapraszam do wysyłania zdjęć, komentarzy i odnalezieniu mnie zarówno na Instagramie, jak i fanpage’u na Facebooku. Do zobaczenia!

JuraPark Krasiejów – rozrywka dla dzieci czy też dorosłych? Przedstawiamy ceny i atrakcje!

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć naszej jednodniowej wycieczki do JuraParku w Krasiejowie, którą odbyliśmy wraz z Szymonem 3 października 2020 roku. Przedstawimy Wam, jakie atrakcje czekają nas na miejscu, rozwiejemy też wątpliwości na temat tego, czy jest to atrakcja tylko i wyłącznie dla dzieci – nie zabraknie oczywiście cenników i praktycznych informacji. Zapraszamy na:

Wyjazd doszedł do skutku właściwie przypadkowo, bo niespodziewanie zwolnił nam się weekend. Pogoda zapowiadała się fantastycznie jak na tę porę roku (ok. 25℃) i z tego względu postanowiliśmy skorzystać z atrakcji, które mamy niemalże pod samym nosem. Ja co prawda byłam już w Krasiejowie 4-5 razy, ale JuraPark dość mocno rozbudował się od czasów powstania – kilka lat temu pojawił się całkiem nowy, interaktywny budynek. Postanowiłam więc odświeżyć wspomnienia, zwłaszcza że dla Szymona mieszkającego w całkiem innych rejonach Polski ten obszar nie był znany i zapewne sam by się tam nigdy nie wybrał, bo jednak atrakcje tego typu wydają się mocno „dziecięce”. Obserwowanie reakcji osoby, która nigdy wcześniej nie odwiedziła Krasiejowa, popchnęło mnie do zamieszczenia tego wpisu jako wskazówki zwłaszcza dla tych osób, które zamieszkują bardziej wysunięte na północ tereny Polski.

Bilety

Decydując się na wyprawę do Krasiejowa, możemy kupić bilety drogą tradycyjną lub online, co gwarantuje nam dodatkowe rabaty. To działa jednak tylko teoretycznie, ponieważ klikając w link odsyłający, nie dzieje się zupełnie nic i koniec końców lądujemy w kasie biletowej. Do wyboru mamy trzy rodzaje wejść:

  1. Główny Jurapark obejmujący również muzeum paleontologiczne, park rozrywki, Tunel Czasu, oceanarium oraz kino 5D,
  2. Centrum Nauki i Ewolucji Człowieka,
  3. Bilet kompleksowy obejmujący pkt.1 i 2.

Generalnie wyznaję zasadę, że jeśli już się gdzieś jedzie, to trzeba wykorzystać oferowane możliwości w pełnym wymiarze, tak więc trzecia opcja kosztowała nas 78 zł oraz 55 zł z ulgą. Czy warto? Moim zdaniem tak, ale to zależy, czego się spodziewacie – jeśli podróżujecie z dziećmi, to odpuściłabym drugą opcję, w późniejszej części wpisu opowiem dlaczego. O całości parku dobrze wiedzieć, że w bardzo dużej mierze wykorzystuje technologię 3D i liczne projekcje, co akurat uważam jest świetnym sposobem na przedstawienie czegoś, czego nie możemy już zobaczyć na żywo w pełnej okazałości, zwłaszcza że w większości przypadków nie znamy tak naprawdę prawdziwej formy dinozaurów. Zazwyczaj odnajduje się ich kilka kości, na podstawie których przyrównuje się je do znanych już okazów i stara się dojść do tego, jaka mogła być postura stworzenia, jego tryb życia i środowisko bytowania (wodne, lądowe). Dzięki temu wystawa nie ogranicza się tylko do oglądania gotowych eksponatów i figur, ale też pobudza aktywność zwiedzającego.

Co znajdziemy w Juraparku?

Jeśli chodzi o główną część JuraParku, to zajmuje on powierzchnię 12 ha, gdzie została wytyczona piesza trasa. Kierunek zwiedzania wyznaczają namalowane farbą ślady dinozaurów, a nad głowami zwiedzających co jakiś czas rozciągają się łuki z kolejnymi epokami (np. wczesny trias, późna jura, kreda).

Eksponaty mają rzeczywiste rozmiary, chociaż czasem, zwłaszcza spoglądając na tablice informacyjne, można dostrzec pewne odstępstwa od reguły. Jak się jednak można domyślić, byliśmy jednymi z niewielu osób, które rzeczywiście wczytywały się w tekst – rodziny z dziećmi raczej obwieszczały na głos nazwę danego dinozaura, robiły zdjęcie i szły dalej. Szkoda, bo tablice są dość ciekawe, przynajmniej niektóre. Zazwyczaj zawierają sporo ciekawostek i rozważań, oprócz tego tłumaczą zastosowanie nietypowych części ciała stworzeń. Znajdują się na nich także rysunki przyrównujące wielkość człowieka do wielkości danego dinozaura, jego sposób pożywiania, kraj występowania, wzrost i waga, które czasem okazywały się zaskakujące. Z rozbawieniem dostrzegliśmy, że niektóre okazy wagowo były mniejsze od mojego ogromnego kota! Graliśmy też w grę, która polegała na tym, że zakładaliśmy, który dinozaur mógł przekształcić się w jakieś współczesne zwierzę i jakie.

Szymon, jako zagorzały fan Wędrówek z dinozaurami, które pamiętał z czasów dzieciństwa, największą frajdę miał chyba ze zgadywania nazw eksponatów. Furorę bez wątpienia zrobił Argentynozaur o ogromnych rozmiarach, którego znaleziony kręg szyjny miał wielkość człowieka. To też jedyna figura, do której możemy podejść, dotknąć i przytulić się do ogromnej łapy. W tym miejscu również zamontowano głośniki, przez które słychać co parę sekund ryk – dla dorosłych tandeta, młodsi nawet trochę się bali.

Pawilon paleontologiczny

Po drodze na trasie przechodzimy przez pawilon czy też muzeum paleontologiczne, które powstało dzięki inicjatywie Uniwersytetu Opolskiego. Do dziś odbywają się prace badawcze, zjeżdżają tu studenci z całego świata na okres dwóch tygodni (można ich zobaczyć w lipcu, sierpniu i wrześniu), podczas których całe życie zamyka się na poszukiwaniu szczątek dawnych istnień. W budynku możemy zobaczyć wykopane skamieliny i odnalezione fragmenty dinozaurów czy stworzeń, które żyły jeszcze przed nimi. Został tu odnaleziony gatunek Silesaurus Opolensis, który jest znany na całym świecie tylko z tego miejsca. Jako dziecko zupełnie tego nie zakodowałam, podejrzewam, że też niespecjalnie mnie to obchodziło i bardziej zwracałam uwagę na walory widokowe, ale to dość budujący, ważny dla nas fakt. Pawilon może i nie jest wielki, ale dość ciekawy, bo rzeczywiście można dostrzec znaleziska gołym okiem, ponadto chodzimy po szklanej platformie i znaczna część znalezisk znajduje się pod naszymi stopami.

Tunel Czasu

Do całości trasy jesteśmy przewożeni kolejką, która kursuje niemalże co chwilę. Oczywiście możemy przejść ten kawałek pieszo, ale omijamy wtedy część rozrywki. Nasz środek transportu nie jest bowiem taki jak wszystkie inne – siedzimy w nim bokiem tak, że obserwujemy tylko jedną stronę świata i nie bez powodu, bowiem wjeżdżamy w specjalnie zaprojektowany Tunel Czasu. Kolejka porusza się bardzo powoli, a my dostajemy okulary 3D, dzięki którym możemy oglądać projekcję filmową w zaciemnionym wnętrzu. Opowiada ona o dziejach powstania i przekształcania się świata na przestrzeni milionów lat, przybliża też historię pierwszych ziemskich stworzeń. Animacja jest bardzo współczesna, przystosowana do młodszych odbiorców, jednakże… nie, jeśli chodzi o przekaz. Na początku pada tyle fachowych informacji, że dzieci na pewno nie zrozumieją połowy słów, więc trochę pokrzykują, a trochę marudzą, że nudno. Nie wiadomo, kto stanowi w tym miejscu target, ale ostatecznie każdy znajdzie dla siebie jakąś miłą cząstkę, zwłaszcza że towarzyszą nam różne efekty specjalne – lasery, wybuchające wulkany i tak dalej, a wszystko to współgra z historią rozgrywającą się na ekranie.

Dodatkowe udogodnienia – park rozrywki, kino 5D, oceanarium

Jak z kolei kończy się wycieczka? Możemy wrócić dokładnie tą samą kolejką, a możemy też na pieszo poznawać resztę uroków tego terenu. Znajduje się tutaj dość duża strefa gastronomiczna nie tylko z obiadami, ale też słodkimi przekąskami i lodami. Część stoisk była jednak na stałe zamknięta zapewne ze względu na mniejszą ilość turystów, czas posezonowy i sytuację epidemiczną. W jednym z budynków odbywał się nawet festiwal czy też dzień dyni, można było wyrzeźbić własną pod okiem obsługi. Z braku czasu nie skorzystaliśmy, choć zawsze chciałam spróbować! Minusem parku jest jednak fakt jego szybkiego zamykania się – w tygodniu o godz. 16.00, w weekend o 17.00. Jeśli chcemy być szczegółowi i wszystkiemu poświęcić należytą ilość czasu, to wyrobimy się na styk.

Dzieci dość mocno czekają na plac zabaw i park rozrywki, do których trzeba przejść ze dwieście metrów już od głównego szlaku. Na miejscu znajdują się karuzele krzesełkowe (jedna duża dla dorosłych, niestety nieczynna, druga mała dla dzieci), niewielka kolejka z wagonikami i wahadło z łodzią. Oczywiście obskoczyliśmy wszystkie atrakcje, nie bacząc na wiek czy inne zahamowania, zwłaszcza że Szymon nigdy wcześniej nie był w wesołym miasteczku. Przed wahadłem zjedliśmy jednak gofra, żeby dotrzymać do obiadu, no i może nie był to najlepszy pomysł ze względu na lekkie mdłości, dzięki którym zapewniliśmy sobie dodatkowe doznania. Oczywiście usiedliśmy na samym końcu statku, by w kulminacyjnym momencie znaleźć się jak najwyżej i bawiliśmy się przednio. Mała rzecz, a tak cieszy, zwłaszcza że z góry mamy ładny widok na jezioro i łabędzie. 😀

Pomiędzy plażą a strefą gastronomiczną znajdują się też oceanarium i kino 5D. Poszliśmy na Meet the Dinos. Wielkiego wyboru zresztą nie mieliśmy, bo był to jedyny film (od pięciu lat). Możecie się więc domyślić, jaki reprezentował poziom – telepało jednak fotelami, wiał wiatr, więc w ogólnym rozrachunku nie było najgorzej. Czy mimo naszego braku zachwytu ekranizację mogę polecić dla dzieci? Może podsumuję to słowami kilkuletniej dziewczynki, która siedziała za nami podczas projekcji i skwitowała ją słowami: „I to miał być film? Jak taki film, to mogliśmy równie dobrze zostać na schodach!”. Strasznie nas to rozbawiło.

Jeśli chodzi o oceanarium, to na pewno można o nim powiedzieć, że jest… nietypowe, bo nie ma w nim żadnych zwierząt. Znowu wszystko odbywa się na zasadzie technologii 3D. Wchodzimy z okularami do długiego tunelu i stajemy przed ogromnymi ekranami wzorowanymi na akwaria. Filmiki mają po kilka minut i przedstawiają dawne zwierzęta morskie, które po prostu pływają, obnażają kły, zbliżają się do nas i tak dalej – jak to zazwyczaj ryby. Wielkościowo może nie były odwzorowane 1:1, ale efekt i tak był dość ciekawy. Polecam zebrać się na cierpliwość zwłaszcza przy okazji ostatniego stanowiska. Uruchamia się ono na czujnik ruchu, kiedy stajemy na specjalnej platformie. Już samo to wzbudza podejrzenia, jako że wszędzie indziej podłoga jest… no po prostu zwyczajna. Zostajemy więc uczestnikami ataku stworzenia morskiego, które powoli rozbija szybę… a cała ziemia zaczyna się trząść. Trochę przewidywalne, ale wciąż fajne przeżycie, które oznaczyłabym jako obowiązkowy punkt podróży.

Centrum Nauki i Ewolucji Człowieka

Jeśli zaś chodzi o drugą część biletu kompleksowego czyli Centrum Nauki i Ewolucji Człowieka, to wejścia odbywają się co godzinę o pełnej godzinie, ostatnie o 16.00, więc zdążyliśmy rzutem na taśmę. Jeśli przyjdziemy parę minut za wcześnie, możemy skorzystać z interaktywnej poczekalni – zrobić sobie zdjęcie, a także stanąć przed ekranem, na którym wybieramy człowieka w różnym stadium rozwoju (homo sapiens, homo erectus i tak dalej). Kamerka przetwarza obraz i zamienia nas w małpę, która porusza się tak samo jak my… no prawie. Uśmiałam się przy tym niesamowicie, bo ruchy komputera są tak nieudolne, że jeśli tylko nie trzymamy rąk odwiedzionych od reszty ciała, to całkowicie się gubi. Do tego stopnia, że moja małpka potrafiła włożyć sobie rękę w żołądek, a przy tańczeniu jak Egipcjanin krzyżowała ręce tak, że już dawno wylądowałabym ze złamaniami w szpitalu. Głupiutka rozrywka, ale dla zabicia czasu jak najbardziej polecam.

Żeby przejście przez budynek miało sens, dostajemy okulary 3D, słuchawki i audioguida działającego na czujniki (wszystkie sprzęty są dezynfekowane zaraz po oddaniu przez poprzednią grupę). Całe przejście rozpoczyna się od zamknięcia w kapsule czasu, która jest niczym innym jak kinem, w którym obserwujemy, jak cofamy się kilkadziesiąt milionów lat wstecz. Tutaj również ruszają się fotele, jednak trochę się zawiodłam, bo mój sprzęt przestał działać i słyszałam z całości nagrania tylko piąte przez dziesiąte z tego, co leciało w słuchawkach Szymona. Było bardzo ciemno, więc naciskanie na oślep przycisków audioguida nie pomogło, dopiero później naprawił się sam przy okazji przechodzenia ze stacji do stacji.

Po projekcji przechodzimy do następnego szeregu pomieszczeń. Część z nich to zwykłe wystawy z figurami, część to krótkie filmiki 3D. Żeby posłuchać historii z nimi związanych, należy stanąć w polu otoczonym laserem z oznaczeniem strefy. Wtedy czujnik automatycznie nas wynajduje i w słuchawkach włącza się odpowiednie nagranie. Trwają one zazwyczaj 2-3 minuty i oprócz tego, że lektor ma dziwne powiedzonka i wstawki, to przekazywane informacje są dość ciekawe – jak zmieniało się polowanie na przestrzeni lat, ceremonie pogrzebowe, sposób życia człowieka. Znowu: byliśmy jedynymi osobami, które słuchały od początku do końca, więc przy wyjściu zostaliśmy sami, a obsługa już troszkę nas poganiała, żeby puścić nam końcową projekcję w kapsule czasu. To akurat wydało mi się przykre, bo jednak zapłaciło się za coś, z czego prawie się nie skorzystało, a jak już się skorzystało, to uchodziłeś niemalże za dziwaka, który wszystko opóźnia.

Minusem tej atrakcji było to, że gdy stanowiska znajdowały się za blisko siebie, nagrania samoistnie się zmieniały, mimo stania w danej strefie. Potem zazwyczaj nie chciało się ich słuchać drugi raz, gdy zmieniły się na poprawne. Szymonowi zdarzyło się tak raz, mi chyba z cztery, bo jestem nadpobudliwa – zawsze obracam głowę, rozglądam się, patrzę na reakcje innych. Tkwienie w jednym miejscu nie wchodzi dla mnie w grę, ale przynajmniej miałam pretekst, by przytulić się do Szymona i słuchać nagrań z jego słuchawek.

Mając na uwadze to wszystko, rozumiem, że ciężko byłoby upilnować i zainteresować dzieci, jeśli sami dorośli nie mają wielkiego parcia, by zostać w tym miejscu. Stąd moja wcześniejsza uwaga, że być może warto zainwestować jedynie w JuraPark. Na końcu Centrum Nauki znajdują się wystawy poświęcone na przykład temu, jak zmieniały się naczynia, zabawki i figurki na przestrzeni lat. Możemy też obejrzeć mnóstwo czaszek zwierząt oraz ludzi oraz jakie zmiany zachodziły w nich zależnie od regionu, a także obejrzeć kilka ogromnych skamielin w pracowni, gdzie się je oczyszcza. Nam się podobało – może nie aż tak jak główna część zwiedzania, ale ani nie żałuję, że tam poszliśmy, ani nie uważam, że było nudno.

Ile czasu potrzeba na zwiedzanie?

Jeśli jesteśmy rodzicem z dziećmi, które bardzo chcą dotrzeć do placu zabaw i szybko się nudzą:

  • JuraPark ok. 2,5-3 godzin (już z jedzeniem),
  • Park Nauki i Ewolucji Człowieka ok. 20 minut, chociaż ja ogólnie odradzam.

Jeśli zaś rzeczywiście chcemy się czegoś dowiedzieć i za bardzo nam się nie spieszy, chcemy wykorzystać maksymalnie czas czy też wydane pieniądze:

  • JuraPark ok. 4-5 godzin (już z jedzeniem),
  • Park Nauki i Ewolucji Człowieka ok. 40-50 minut.

Myślę, że na dziś to wszystko. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do przyjazdu w swoje okolice i nieco unaoczniłam, jakie przeszkody możemy napotkać po drodze, zwłaszcza jeśli pod opieką mamy grupę szkrabów. Liczę też, że dzięki temu łatwiej będzie je przezwyciężyć i lepiej zaplanujecie podróż. Jeśli jesteście świadomi wszystkiego, o czym pisałam wyżej i dalej chcecie odwiedzić JuraPark w Krasiejowie, to naprawdę polecam!

Malta cz.7 – Zwiedzamy stolice: Vallettę oraz Mdinę

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-ciodniowej podróży na Maltę. Możesz czytać go oddzielnie, ale na pewno bardzo pomoże Ci zapoznanie się z poprzednimi częściami, by nie stracić żadnego kontekstu. Dziś opowiem parę słów o stolicy wyspy, jaką jest Valletta, a także byłej stolicy, czyli Mdinie – nie zabraknie też wielu zdjęć czy ciekawostek. Zapraszam na:

Kilka faktów o Valletcie

Jeśli planujecie podróż do Valletty, to zalecałabym zarezerwować sobie na nią cały dzień. Wystarczy wtedy czasu na zwiedzanie, zjedzenie jakiejś przekąski i kąpiel w morzu, która w godzinach południowych okazuje się niemalże zbawieniem. Co na pewno jest dużym plusem, to że nie musicie martwić się zbytnio o transport, niezależnie w której części wyspy macie zakwaterowanie. Autobusów, których końcowy przystanek mieści się właśnie w Valletcie, jest akurat najwięcej i kursują stosunkowo często. Zatrzymują się zaraz obok ogromnej fontanny Trytona usytuowanej na wprost wejścia do zabytkowej, starszej części miasta.

Zanim jednak przejdziemy do bodźców widokowych, na które natkniecie się zaraz po przejściu za wysoki mur, warto wspomnieć kilka słów o samym mieście. Nie jest to pierwsza stolica Malty – przed nią była jeszcze Mdina – ale za to najdalej wysunięta na południe Europy i najbardziej słoneczna. Liczy sobie 320 zabytków, dzięki którym w całości została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Mieszka tu również większość Maltańczyków, przez co Valettę nazywa się często Wielkim Miastem (3300 osób na km2, choć nie jest to tak zauważalne). To właśnie tutaj znajduje się szpital z jedną z największych sali w całej Europie, a także jeden z trzech najstarszych teatrów na świecie.

Valletta wizualnie

Na głównym placu naszym oczom ukazuje się natychmiast mnóstwo budynków: Muzeum Archeologiczne, Bank Centralny Malty, Centrum Sztuki, opera, muzea sztuki, kina i teatry. Co kilka metrów w ciasnych uliczkach zwieszają się jaskrawoczerwone gobeliny z wizerunkami świętych. Przed naszym przyjazdem dodatkowo odbył się na miejscu festiwal lata, Maltańczycy świętowali także 26-te zwycięstwo swojej drużyny piłki nożnej w ligowych rozrywkach. Z tego powodu wszędzie pojawiały się zielone girlandy, wielkie gwiazdy na fasadach kamienic czy flagi. To pogłębiło wrażenie przepychu, ale też stanowiło nietypowe dla nas urozmaicenie.

Co bardzo typowe dla stolicy, to że wszystko jest żółte. Głównym budulcem używanym na wyspie jest oczywiście piaskowiec, ale też na przykład wapień – w każdym razie gdziekolwiek byśmy się nie udali, wszystko wygląda dość jednolicie. To, co przeważnie wyróżnia budynki, to przede wszystkim kolorowe drzwi, wymyślne gałki czy klamki przy nich oraz zabudowane, różnobarwne balkoniki. Zazwyczaj wykonuje się je z drewna i stanowią niejako symbol wyspy – można znaleźć je wszędzie, chociaż w Valletcie spotkamy ich najwięcej. Akurat mnie straszliwie urzekły, wyglądają po prostu pięknie i sprawiają, że nasze oczy nigdy się nie nudzą. Prawdopodobnie zachwyt jest zasadny, ale patrząc na nie tylko i wyłącznie z zewnątrz. Kilkukrotnie udało nam się dojrzeć coś w środku przez uchylone okienka i przeważnie było to pranie, schodząca płatami farba ze ścian i jakieś stare pudła czy kartony.

Na wejściu zobaczymy też kilka wysokich, żółtych kolumn w stylu korynckim, które na moment przeniosą nas myślami do Grecji. Między nimi utworzono plac ze sceną, ale akurat podczas naszego pobytu było tam rozstawionych pełno rusztowań i nie zapowiadało się, by miały prędko zniknąć. Zaraz obok znajduje się nietypowa ściana pamiątkowa, która odrobinę wygląda jak postawione pionowo liczydło. Zamiast koralików dostrzeżemy kostki – możemy je obracać, a na każdej stronie widnieje naklejka bądź podpis odwiedzającego.

Przechadzając się przy głównej ulicy Republiki, napotkamy też wiele historycznych postaci – nie będzie to jednak odległa podróż w czasie, bo przeważnie dostrzega się jednak pomniki ministrów czy prezydentów, którzy swoje rządy sprawowali jeszcze całkiem do niedawna. Najstarszą figurą jest oczywiście Jean de la Vallette, założyciel miasta i wielki mistrz zakonu Joannitów. Część swego życia spędził w niewoli, mówiono też, że „bardzo sprawnie radził sobie z tymi, którzy sprzeciwiali się płaceniu wysokich podatków, które ustanowił”. Zapewne za życia nie znosił sprzeciwu i odznaczał się surowością, ale to właśnie dzięki temu obronił Maltę w czteromiesięcznym oblężeniu przez Turków w XVI wieku, a jego zakon rozpoznawano w całym chrześcijańskim świecie. Ponoć nie można mu odmówić miana wybitnego stratega i poligloty.

Jeśli mówimy już o wybitnych jednostkach, to podczas wizyty w Valletcie nie można przegapić Pałacu Wielkiego Mistrza, gdzie stacjonuje prezydent wyspy. Można obejrzeć go od środka w każdy dzień tygodnia, chyba że na miejscu odbywają się akurat obrady lub różnego rodzaju uroczystości.

Ulice miasta są stworzone na włoską modłę – ciasne, prostopadłe do siebie, mało otwartych przestrzeni. Między kamienicami rozwieszone są lampki i żyrandole oświetlające miejsca przeznaczone na restauracje czy kawiarnie, które często znajdują się na różnej wysokości nad poziomem morza. Ludzie siadają na przykład na poduszkach czy schodkach, a z racji tego, że wszystkie zabudowania biegną z góry do dołu, a nie są rozmieszczone płasko, miejsca te stają się bardzo ciekawym spotem na zdjęcia.

Ciekawostką wartą podkreślenia jest to, że ściany budynków na Malcie są naprawdę cienkie, co widzieliśmy podczas prac nad jedną z kamienic. Skutkuje to tym, że wewnątrz nich nie ma nawet miejsca na poprowadzenie rur od kanalizacji, dlatego większość z nich znajduje się na fasadzie tak, że wszyscy mogą je widzieć. Jest to jednak uciążliwe rozwiązanie zwłaszcza ze względu na hałas – przy otwartym oknie spływająca woda brzmi tak, jakby wlewała się prosto do twojego pokoju. Doświadczyliśmy tego w naszym apartamencie i choć da się do tego przywyknąć, to pierwsze noce są dość przerażające. Ma się wrażenie, że jakiś mały potoczek zalewa właśnie wszystkie twoje rzeczy.

W Valletcie znajduje się również pełno figur świętych czy kościołów, o czym wspominałam już przy okazji poprzednich wpisów. Tutaj jednak nie są one przeważnie wolnostojące, raczej stanowią część istniejących już zabudowań i można wejść do nich tylko od strony głównych drzwi. Zdarza się więc, że mieszkańcy kamienic dzielą jedną ścianę z budynkami sakralnymi i nikomu zdaje się to nie przeszkadzać.

Większość miasta dookoła otacza mur. Niekiedy widoki są dość zabawne, bo na przykład część schodów prowadzących na górę uległa już zniszczeniu i możemy zobaczyć je dopiero na wysokości np. trzech metrów, jakby prowadziły tylko i wyłącznie w ścianę.

Jedzenie w Valletcie

Rzadko spotkamy szerokie, wolne przestrzenie. Przeważnie, gdy już się taka znajdzie, zajmują ją restauracje, których właściciele ustawiają stoliki i parasolki na zewnątrz dość ciasno, by pomieścić jak najwięcej gości. Pewnie spodziewacie się, że ceny są zatrważające dokładnie tak jak w każdej stolicy, ale o dziwo nie ma tragedii. Gdzieniegdzie nie widać dużych różnic w porównaniu z resztą wyspy, czasem to kwestia 1-2 €. Co więcej – nam udało się trafić na popołudniową przekąskę właśnie tutaj znacznie taniej. Zjedliśmy timpanę za 2 €, o czym rozpisałam się szerzej w TYM wpisie. Generalnie opłaca się jeść koło godziny 17.00 w piekarniach (ok. godziny przed ich zamknięciem), gdzie stoją domowe posiłki, a sprzedawca odgrzewa je w mikrofalówce lub piekarniku. Wtedy często ceny spadają o połowę, bo każdy chce zejść z końcówek towaru i nie być zmuszonym do tego, by je wyrzucać. Okazje się trafiają, wystarczy tylko dobrze poszukać.

Plaża i zabytki obok

Jak już wspominałam, koło południa, gdy słońce uniemożliwia zwiedzanie, a my nie mamy ochoty na zaszycie się w kawiarni, warto udać się na jedyną, maleńką plażę w zasięgu wzroku, czyli Wuestenwinds Beach, o której szerzej pisałam TUTAJ. Kamienista jak większość na Malcie, ale mamy specjalne zejście z drabinką do morza, no i możemy pooglądać murale na ścianach.

Stamtąd mamy niedaleko do dzwonnicy znajdującej się w Dolnych Ogrodach Barakka, skąd rozciąga się doskonały widok na falochron. Zabytek stanowi upamiętnienie 7 tys. ofiar służb maltańskich podczas oblężenia, gdzie znaczącą rolę odgrywał la Vallette. Znajdziecie tutaj dodatkowo sześć tablic dotyczących wielu istotnych wydarzeń takich jak węgierska rewolucja czy praska wiosna.

Miasto roztacza wokół siebie bardzo przyjemną aurę, każda uliczka wydaje się na swój sposób piękna, mimo że większość z nich jest podobna. Łatwo się w nich zgubić, ale co jakiś czas natrafiamy na tabliczki informacyjne, które wskazują nam drogę do zabytków i nasze aktualne miejsce pobytu. W wyniku tego przechodzimy miasto w górę i w dół kilka razy, żeby wyłapać te co ciekawsze architektoniczne cuda.

Kilka faktów o Mdinie

Tutaj pewnie w wielu głowach rodzi się pytanie – czy jeśli widziałem już Vallettę, to opłaca mi się jechać do Mdiny, poprzedniej stolicy, czy też znowu będę oglądać to samo? Otóż tak, jak najbardziej, zwłaszcza że te dwa miasta zupełnie do siebie nie przystają. Valletta jest ogromna, przepełniona, głośna i niemalże oblężona przez zabytki. Mdina jest znacznie mniejsza, spokojniejsza i nie aż tak żółta – bardziej wąska, kamienna i cicha. Nie bez powodu nazywa się ją Silent City. Wpływają na to nie tylko mniejsze ilości turystów i knajp, ale także zakaz wjeżdżania na jej teren jakichkolwiek innych samochodów poza tymi, które należą do mieszkańców (no i oczywiście służb ratunkowych, dostawczaków i tego typu kołowców). Czy to sprawdza się w praktyce? Tak, chociaż ciągle słychać jakieś rozmowy albo dźwięki z oddali. My mieliśmy jeszcze pecha, bo przez pierwszą godzinę zwiedzania wdychaliśmy woń szambiarki, która akurat zajechała na miejsce.

Obecnie w tym mieście na stałe zameldowanych jest niespełna 300 osób – aż nie mieści się w głowie, że kiedyś uważano je za główny ośrodek życia. Powstało jeszcze za czasów średniowiecza i mieści się mniej więcej w środku wyspy, więc niestety nie mamy możliwości się wykąpać. To ponoć tutaj przebywał św. Paweł zaraz po tym, jak jego statek rozbił się w pobliżu wyspy. Wbrew bredniom, które powtarza część Polaków (spotkaliśmy takich po drodze), Mdina nie jest starą częścią miasta Rabat. To prawda, Rabat otacza Mdinę murami, ale to dwie oddzielne jednostki terytorialne, mimo że znajdują się bardzo blisko siebie i dochodzi się do nich z jednego przystanku autobusowego o nazwie Rabat. Większość Mdiny oraz jej zabytków musiała zostać odbudowana w XVII wieku po ogromnym trzęsieniu ziemi. Obecnie jedyna działająca na miejscu kawiarnia w dobie koronawirusa jest prowadzona przez Duńczyków, obsługa raczej mocno chłodna, znudzona tym, że w ogóle musi kogoś oglądać na oczy, a większość rzeczy przynosi do stolika dopiero wtedy, kiedy prosi się o każdą z osobna (kawa, lód do kawy, słomka, cukier).

Do Silent City wchodzimy przez główną, zabytkową bramę. Uliczki są jeszcze węższe niż w przypadku Valletty, ale wciąż dostrzegamy zabudowane balkoniki, kolorowe drzwi i gałki w kształcie delfinów czy innych stworzeń (swoją drogą to właśnie tam odkryliśmy ich cenę – ok. 60-120 € za jeden uchwyt!). Co jednak urzeka najbardziej, to roślinność. Nie ma jej straszliwie dużo, ale jeśli już pojawią się jakieś pnącza i kwiaty, to rozkwitają bardzo gęsto i pięknie, kontrastując z resztą zabudowy. Mówię tu zwłaszcza o bugenwillach w kolorach intensywnego różu lub fioletu – dosłownie każdy chciał mieć z nimi zdjęcie, nawet grupa obcych pięciu mężczyzn, którzy podróżowali razem i z którymi zamieniliśmy na miejscu parę zdań. Oni zrobili sesję nam, my im i trochę się pośmialiśmy.

Uliczek jest mnóstwo, łatwo się zgubić i stracić orientację, gdzie się już było, a gdzie niekoniecznie. Gdy wyjdziemy przed szereg zabudowań, na horyzoncie widać morze i możemy skorzystać z powiększającej lunety. Stoją ich dwa rodzaje i choć obie podpisano jako płatne, tak naprawdę z jednej możemy korzystać za darmo.

Z odpłatnych atrakcji możemy udać się do katakumb św. Pawła i św. Agaty, oba obiekty znajdują się w Rabacie i trzeba zapłacić za nie osobno po 5 €. My nie skorzystaliśmy, ale warto wspomnieć, że taka opcja istnieje właśnie tutaj. Tutaj jeszcze kilka ujęć z samego miasta, by przekonać Was, do dłuższego spaceru.

Na dziś to już tyle z mojej strony. Serdecznie zapraszam do udania się do obu maltańskich stolic i samodzielnego porównania. Być może wielu z Was to właśnie Mdina będzie bliższa, kto wie? Dajcie znać, które miasto wydaje Wam się ciekawsze. W następnym, już ostatnim wpisie, skupimy się na Gozo, czyli wyspie należącej do Malty. Opowiemy o miejscach wartych zobaczenia, a także pewnych innościach, które dało się dostrzec w tej części kraju. A w ramach czekania serdecznie zapraszam na mojego Instagrama czy fanpage’a na Facebooku, odnośniki po prawej stronie na górze! 😉

Malta cz.6 – Jakie darmowe zabytki warto zobaczyć, a których lepiej unikać?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-ciodniowej podróży na Maltę. Możesz czytać go oddzielnie, ale zapoznanie się z poprzednimi wpisami na pewno wzbogaci Twoją wiedzę. Dziś dowiesz się o kilku bezpłatnych atrakcjach i wartościowych miejscach na wyspie, które na pewno urozmaicą Twój pobyt, jeśli już zdecydujesz się na ten kierunek. Nie zabraknie też rozczarowań, których dzięki nam będziecie w stanie uniknąć. Zapraszam na:

Wieża św. Agaty

Zaznaczę najpierw, że do tego miejsca warto udać się pod wieczór (ale tak, by było widno), kiedy słońce aż tak bardzo nie daje się we znaki. Podróżując komunikacją miejską, z przystanku musimy przejść jeszcze 600 m – nie jest to dużo, ale fakt faktem maszerujemy pod górę i temperatura daje się we znaki. Droga kręta, chodniczek wąski, ale w gruncie rzeczy sama przeprawa nie okazała się tak uciążliwa. W każdym razie widok jest warty zachodu. Obiekt można zwiedzać od środka, ale ta opcja raczej nie cieszy się dużą popularnością, bo główna atrakcja znajduje się tak naprawdę na zewnątrz. Dlaczego?

Wieża św. Agaty nazywana jest inaczej Czerwoną Wieżą i nie bez powodu, bo właśnie na taki kolor pomalowane są jej mury. I nie jest to wcale ceglany odcień, a raczej nasycony czy nawet wściekły, co czyni budowlę widoczną już z bardzo daleka. Obiekt powstał w celach obronnych, co nie stanowi zbyt wielkiego zaskoczenia, zważając na jego usytuowanie i grube mury. Mieścił w sobie zapasy amunicji i żywności tak duże, że wystarczyłyby na ok. 40 dni, a także odegrał istotną rolę w czasie II wojny światowej podczas panowania brytyjskiego. Dziś bardzo się wyróżnia, ale w czasach powstawania był jedną z wielu identycznych fortyfikacji, które stawiono w taki sposób, by zawsze któraś z nich znajdowała się w zasięgu wzroku. Większość z tego, co maluje się przed oczami, to efekt odbudowy i renowacji, w środku zachowały się jedynie elementy oryginalnej posadzki.

Wieża stanowi ciekawy widok – nie powiem, że powalający, ale drugiej takiej szybko nie znajdziecie, więc z racji tego warto ujrzeć ją na żywo. Ze szczytu jej schodów roztacza się piękny widok na okolicę – morze, klify, rozlewisko oraz całą dzielnicę Bugibby.

Parish Church of Melieha

W tytule zaznaczyłam „Melieha”, jednak warto wiedzieć, że na wyspie znajduje się przynajmniej 15 i więcej kościołów opatrzonych tą nazwą. Śmialiśmy się, że widząc 2-3 z nich, to jakby widziało się już wszystkie i nie jest to dalekie od prawdy. Wszystkie są zachowane w dokładnie tym samym stylu, a i ogólnym wyglądem niewiele od siebie odbiegają – kształt, budulec i sposób zdobienia pozostaje niezmieniony, mogą jedynie zmieniać się miejsca ich usytuowania czy rozmieszczenia figur świętych. Pozwolę sobie opisać tylko jeden kościół, zwłaszcza że znajduje się wokół niego kilka ciekawych elementów, o których warto napomnieć.

Kamień do utworzenia budynku pozyskano w całości z kamieniołomów znajdujących się na wyspie, natomiast dzwony przetransportowano z samego Mediolanu. W pracę byli zaangażowani przede wszystkim miejscowi chłopi, którym zależało na bliższej obecności jakiegokolwiek miejsca sakralnego. Zaraz obok jesteśmy w stanie dostrzec tabliczkę tuż nad jednym z wąskich przejść, informującą, że w czasie II wojny światowej znajdowały się tam schrony – niestety dziś nie sposób wejść do środka. Ściany przed wejściem zdobi parę murali – z wizerunkiem Matki Boskiej, ale także bardziej przyziemne, wykonane trójwymiarowo.

Zanim przekroczymy bramę, mijamy podświetlaną fontannę i restaurację. Zaraz potem widzimy małą scenę, a także plac z rozkwitającymi na drzewach kwiatami. To też bardzo dobre miejsce na zdjęcie pamiątkowe w wyciętych oknach, z widokiem na całe miasto. Widząc kościół po raz pierwszy, na pewno robi wrażenie, jest bardzo przemyślany i po prostu cieszy oko. Gwarantuję, że na każdy kolejny zwraca się uwagę już znacznie mniej. :p Co natomiast ciekawe, choć… dość tandetne – na tego typu budowlach znajduje się zawsze oświetlenie nocne w postaci żarówek. Nie są to jednak zwykłe żarówki rzucające żółte lub białe światło, by podświetlić fasady i uczynić z nich jedyne miejsca widoczne po zmroku na horyzoncie, co widać na przykładzie Gozo, gdy odpływamy z wyspy promem. Nie – w większości przypadków żarówki są różnokolorowe: czerwone, zielone, przez co mamy wrażenie, że oglądamy choinkę przystrojoną na święta.

Ancient Cave Dwelling

Jeśli jest coś, czego żałuję najbardziej z całego wyjazdu, to właśnie tej atrakcji. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie przy niej nie być, bo teraz stanowi w relacji mojej i Szymona swoisty mem. „Idziemy oglądać dłelingi” stało się w naszym języku czymś, co zastępuje takie zdania jak: „Ale to będzie chała” lub „No to zapowiada się świetna zabawa/…”. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że nasze mózgi dały się oszukać magii zdjęć.

Generalnie swego czasu, kiedy przeglądaliście fotki na Google Maps z tej lokalizacji, dało się odnieść wrażenie, że idziemy zobaczyć jakąś ogromną skałę z wydrążonymi tunelami. Ba, to było jedno z pierwszych miejsc, które ochoczo wpisałam na naszą listę podróżniczą, a Szymon dodatkowo wsparł tę decyzję swoim entuzjazmem. I co?

Wybraliśmy się tam w jeden z pierwszych dni, upał jak cholera. Nawigacja pokazuje, że do przejścia po opuszczeniu autobusu zostaje nam 160 m, więc kto by się tam przejmował, że grzeje słońce. Trasa krótka, to i po co brać wygodne buty, skoro można iść w klapkach (do dziś została mi dziura w stopie po tej wyprawie). I rzeczywiście – po 160 m dochodzimy do celu, czyli do głównej drogi, którą mamy iść i która liczy sobie, wydawałoby się, jeszcze chyba jakieś 2749 kilometrów przez kamienie i nierówności. Pocimy się jak prosiaki, ale docieramy do pierwszej części rozrywki, czyli uli, które powstały gdzieś w czasach średniowiecza. Widzimy rzeczywiście otwory w skale, wygląda to nawet ciekawie. I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że łaziliśmy chyba jeszcze z półtorej godziny, a pozostałości po pracy pszczół okazały się najciekawszą rzeczą na trasie.

Kilka metrów dalej znajduje się jaskinia – dawne miejsce pochówku. Jeszcze dalej dwie niezidentyfikowane dziury w ziemi, którym zrobiliśmy zdjęcie, bo nic nie stanowiło ciekawszego obiektu. Dalej chata farmera, która wygląda po prostu jak nie do końca wybudowany prostokąt. I tyle. Chodziliśmy zdziwieni, szukając tej ogromnej skały z wydrążeniami i wiecie co? Ktoś po prostu wykonał zdjęcie z zoomem tych uli z samego początku, a wyglądało to na nie wiadomo jaką atrakcję. Generalnie nie wspomnę, jaki bitch face malował się wtedy na mojej twarzy, ale wspominać to będziemy chyba do końca życia.

Jedyną ciekawostką, jaką mogę Wam sprzedać, jest to, że po drodze zobaczycie dużo roślin, których nigdy nie ujrzycie w Polsce. Niestety ich owoce dojrzewają dopiero na przełomie sierpnia/września, więc nie mogliśmy zerwać ich od tak. Mówię tutaj o opuncjach, czyli takich kolczastych kulkach wyrastających na kaktusach. Na zdjęciu są zielone, ale w chwili dojrzałości przybierają czerwono-różowy odcień. Jedliśmy je kiedyś przy okazji pobytu we Włoszech czy Hiszpanii, raz nawet podarował nam je ratownik na plaży, mówiąc, że jestem uroczym dzieckiem (bo wtedy miałam może jakieś osiem lat i jeszcze byłam urocza). Smak jest bardzo, ale to bardzo słodki – dość specyficzny, ale na przykład mój wujek się tym zajadał. Trzeba jednak uważać, żeby nie pokaleczyć sobie palców, bo nawet w dobrze obranych owocach zostają malutkie igiełki, które wbijają się w opuszki.

Na miejscu spotkaliśmy też najstarsze drzewo maltańskie (ponad 1000 lat), na którym kwitł chlebek świętojański. Wygląda to trochę jak duża, długa fasola. Wyjada się oczywiście środek, który nawet teraz, będąc jeszcze twardym, bardzo ładnie pachniał. Ten owoc również bardzo często można spotkać w Hiszpanii.

Tylko raz natomiast natrafiliśmy na figi oraz oliwki, będąc w Sliemie, czy winogrona w Mdinie. Oczywiście mówimy już o tych dojrzałych, a nie o samych winnicach, których na wyspie można dostrzec dość dużo jak na panujący tam nieurodzaj i spaloną trawę.

Selmun Palace

To również miejsce, które polecam raczej na wieczór. Od przystanku czeka nas podejście ok. 1 km pod górę – w pewnym momencie chodnik zanika, idziemy asfaltem bez żadnego cienia, na pełnym słońcu. Nachylenie co prawda nie jest ogromne, ale trzeba troszkę wysiłku włożyć. Czy chociaż warto? Generalnie tak, ale mam nieco mieszane uczucia wobec tego zabytku. Wydaje mi się, że został nieco skazany na zapomnienie i mało kto się nim interesuje – zachowaniem porządku zarówno na terenie obiektu, jak i jego otoczenia. Wejść do środka nie możemy, bo odgradza nas szlaban, ponadto w środku, już na placyku, wala się pełno jakichś papierów, szmat i tak dalej. Sama budowla odstaje nieco wyglądem od innych i chociaż w ramach urozmaicenia warto uwzględnić ją na liście podczas wyprawy, aczkolwiek mówię, brakuje rozmachu: porządku, jakiejś maleńkiej kawiarenki obok, jakiejkolwiek reklamy. Co prawda do roku 2011 funkcjonował obok hotel, gdzie odbywały się wesela, ale został zamknięty nie tyle ze względu na małe przychody, co na zupełnie inną politykę restrukturyzacyjną przyjętą przez rząd.

Pałac w okresie swojego „życia” miał wiele przeznaczeń, służył na przykład jako miejsce spotkań dla polujących na króliki. W czasie powstania przeciwko Francuzom wykorzystywano go jako szpital dla marynarzy, długo służył też za miejsce obserwacyjne. Do dziś jednak nie wiadomo, kiedy dokładnie obiekt powstał, ani kto go zaprojektował.

Rotunda w Moście

Jedna z bardziej wprawiających w zachwyt i odmiennych budowli na Malcie. Obiekt możemy zwiedzać zarówno od wewnątrz, jak i zewnątrz – jest pięknie wykończony i wciąż służy jako miejsce sakralne. Posiada trzecią największą kopułę w Europie, w dodatku pięknie zdobioną, jeśli spojrzymy na nią od środka. Co ciekawe, rotunda powstawała w miejscu, w którym istniał już kościół – nie zburzono go jednak, a obudowano wokół, dzięki czemu mieszkańcy mogli nieprzerwanie cieszyć się uczestnictwem we mszach i obrzędach. Z tym miejscem wiąże się także historia nazywana „Cudem bomby”, kiedy podczas II wojny światowej dwie z nich spadły na dach budynku. Jedna z nich odbiła się od niego, natomiast druga przebiła go i spadła pomiędzy kilkuset wiernych… nie wybuchając. Jej duplikat możemy dziś zobaczyć na tyłach kościoła ze specjalnie oznakowaną tabliczką.

Do środka możemy wejść praktycznie bez przeszkód, natomiast przed wejściem trzeba poddać się procesowi mierzenia temperatury.

Wioska rybacka Marsaxlokk

Powiem tak – jeśli chcecie udać się w to miejsce, to raczej na początku pobytu, nie na końcu. My odwróciliśmy tę kolejność i było to dla nas miejsce jak wiele innych, już nie wywołało praktycznie żadnego wrażenia. Port z kolorowymi łódkami – przeżytek, kolejny identyczny kościół – hura, autobus jeżdżący raz na godzinę – wspaniale. Tutaj też znajdziecie chyba najdroższą kawę mrożoną na całej wyspie. Jedyną ciekawostką są tak naprawdę targi „rybackie”, które odbywają się w tym miejscu. Głównie jednak poza rybami sprzedaje się na nich lokalne likiery, o których pisałam TUTAJ, miody, ciasteczka czy różnego rodzaju poszewki lub obrusy. Bardzo fajnie można w ten sposób dostrzec pewne różnice kulturowe, poczuć się bardziej swojsko w miejscu, w którym przebywamy, ale tak generalnie to tyle. W Marsaxlokk nie możemy też raczej liczyć na żadną kąpiel, chyba że zapłacimy komuś z łódką, żeby przepłynął z nami na plażę. Nam ta opcja nie za bardzo się podobała, ale decyzja należy oczywiście do Was.

Sliema i St. Julian

W tych miastach co prawda nie znajdziecie jednej charakterystycznej budowli, którą warto zobaczyć, natomiast warto udać się do nich ze względu na ich odmienność. Oba uchodzą za kurorty dla turystów, są już znacznie bardziej zamożne, przynajmniej na pierwszy rzut oka. To tutaj możecie przespać się w Mariocie lub zjeść najzwyklejszą Margharitę za 15 €. Zobaczycie też wieżowce i zaskakująco dużo piaszczystych plaż jak na jedno miejsce – oczywiście zatłoczonych. Nieco inaczej wygląda też samo wybrzeże, ale o tym rozpisywałam się przy okazji TEGO wpisu. Przespacerujecie się również bardzo ładnie zagospodarowanymi parkami i poczujecie zupełnie inny klimat. Dlaczego wpisałam te miasta razem? Bo właściwie gdyby nie tabliczka z informacją, że przekraczamy ich granicę (zupełnie na środku deptaka), to nie bylibyśmy tego świadomi.

Co nas urzekło, to dość innowacyjne podejście do schronisk dla zwierząt, głównie kotów. Zagospodarowano na nie jeden budynek, ale generalnie on nie gra dużej roli, jest bardziej do użytku człowieka, przechowywania rzeczy i tak dalej. Dla znajd tworzy się specjalne budki na dworze, w których mają miejsce snu i na bieżąco uzupełniane wodę oraz suchą karmę. Czy to rzeczywiście działa? Tak! Kociaki rzeczywiście śpią w chatkach, a kiedy się obudzą, bardzo chętnie przychodzą do turystów na pieszczoty. Są zadbane i prawdopodobnie mają zagwarantowaną niezbędną opiekę weterynaryjną. Dzięki takiemu rozwiązaniu unikamy zamykania ich w klatkach i pozwalamy na wolność, równocześnie mając je na oku. Naprawdę świetny pomysł, choć niestety musimy wziąć pod uwagę, że w kraju takim jak Polska, gdzie co chwilę pada, są burze lub śnieg, pewnie nie miałoby to racji bytu. Na Malcie w miesiącach letnich prawie nie widać deszczu czy chmur, więc koty czują się tam jak w raju.

Na dziś to już tyle – mam nadzieję, że któreś z miejsc przypadło Wam do gustu i trafi na Wasze podróżnicze listy. W następnym wpisie skupię się na podróży do stolicy i postaram się oddać dla Was klimat Valetty nie tylko za pomocą słów, ale też wielu zdjęć. A w czasie czekania zapraszam Was na mojego Instagrama i fanpage’a na Facebooku, odnośniki po prawej na górze! 😉

Malta cz.3 – Jakie płatne atrakcje warto odwiedzić na wyspie, ile kosztują i co dzięki nim zobaczymy?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-ciodniowej wyprawy na Maltę. Jest kontynuacją wcześniejszych wątków, ale jeśli chcesz, możesz zacząć czytać od tego miejsca i nie powinno zaburzyć to Twojego odbioru. Dziś opowiem Wam o kilku płatnych atrakcjach w zamkniętych przestrzeniach na wyspie i doradzę, które z nich najlepiej sobie odpuścić, a które wpisać na swoją listę must-have. Zapraszam! Oto, co Cię tu czeka:

Co warto zaznaczyć w ramach wstępu to fakt, że zanim wybierzemy się w dane miejsce, konieczne jest sprawdzenie aktualnych cenników i dodatkowych informacji. Na Malcie bardzo często spotkamy się z tym, że podchodząc do kasy, nie mamy tablicy z przedstawionymi kosztami dla różnych grup wiekowych czy dni tygodnia – zwykle pracownicy danej atrakcji przekazują nam tę wiedzę samodzielnie i, jak można się domyślić, raczej nie stawiają sobie za priorytet, by wybrać dla nas jak najdogodniejszą opcję. Taki research jest ważny zwłaszcza w czasach pandemii, bo zaraz po lockdownie ceny za wejścia spadły w wielu miejscach bardzo dostrzegalnie, a potem wróciły do normy, czego nie aktualizuje się ani na banerach reklamowych, ani na stronach internetowych – druga więc zasada: zawsze warto pytać i nie bać się, że wyjdziemy na Janusza.

Wioska Popeya – cena, atrakcje, opinia

Mówię o tym przede wszystkim dlatego, że my sami, nawet mając wprawę w wyjazdach, daliśmy pod tym względem plamę i to w jeden z pierwszych dni. Udaliśmy się do wioski Popeya (wiecie, tego marynarza jedzącego szpinak), bo od początku to była dla nas jedna z bardziej atrakcyjnych lokacji. Pamiętam jeszcze, jak siedząc w domu, przeglądaliśmy zdjęcia Malty i podziwialiśmy te kolorowe, malutkie czy krzywe domki – im dłużej to robiliśmy, tym bardziej stawaliśmy się napaleni na wyjazd.

Miejsce wydawało się tym bardziej przyciągające, że w zamyśle nie powstało po to, by przyciągać turystów. Pewnie na początku nikt się nawet nie spodziewał, że takie okaże jego końcowe przeznaczenie. Jaki więc był główny cel jego powstania? Przede wszystkim służyło za plan filmowy do musicalu, gdzie główną rolę zagrał Robin Williams. Nie zdziwię się, jeśli większość z Was nie miała z nim styczności i żyła samą kreskówką – to podobnie jak my. Po obejściu wioski naszła nas jednak ochota na poznanie drugiej opcji, mimo że w naszych głowach tkwiło poczucie, jak bardzo naiwne i głupiutkie to prawdopodobnie będzie. Przyjemnie jednak oglądać jakiś film i mówić: „Patrz, ten domek widzieliśmy!”

Budowa wioski zajęła siedem miesięcy i jest to wynik dość imponujący, nawet jeśli brać pod uwagę, że powierzchnia tego miejsca nie jest zbyt duża. Sceneria wygląda jednak naprawdę bajkowo – oprócz kolorów urzeka celowe niedbalstwo, polegające na tym, że wiele elementów jest niesymetrycznych, dachy domów są krzywe i właściwie wszystko wydaje się lekko pokraczne. Większość budynków została poddana renowacji, ale my na przykład ujrzeliśmy jeden z ostatnich, który jeszcze nie doczekał się odnowy. Zabezpieczono go rusztowaniami, da się dostrzec wyblakłą farbę, niemalże zburzony środek i spróchniałe deski, które ledwie się trzymają. Bardzo ciekawy kontrast dla niemal idealnej całości.

Cena

Bilety wstępu w okresie letnim są uzależnione od dni tygodnia, kiedy odwiedzamy obiekt. W weekend za osobę dorosłą zapłacimy 18 euro, natomiast w tygodniu o połowę taniej. Niestety dowiedzieliśmy się o tym za późno, ponieważ już w momencie, gdy wychodziliśmy z ośrodka. Troszkę więc chodziło to za nami do końca wyjazdu, bo jednak warto byłoby te dodatkowe pieniądze mieć, aczkolwiek samego wstępu i odwiedzin absolutnie nie żałujemy. Zabawiliśmy tam około trzech godzin; wydawałoby się, że to wręcz niemożliwe, a jednak czeka nas sporo atrakcji. W cenie biletu otrzymujemy darmową pocztówkę i popcorn, które później możemy odebrać na trasie.

Dostępne obiekty

Wbrew pozorom nie podziwiamy obiektów tylko z zewnątrz – bardzo często istnieje możliwość wejścia do środka domku. Część z nich została przerobiona na kino, restaurację, toalety czy sklepy z pamiątkami, ale do niektórych zaglądamy, by obejrzeć zdjęcia z planu filmowego, zbiory figurek i pluszaków, a także rekwizyty, które zostały użyte podczas nagrywania musicalu.

Istnieje też specjalna strefa z grami, gdzie możemy uzupełniać drewniane układanki, grać w warcaby, kółko i krzyżyk i tym podobne. Znajdują się tam jednak także nieco bardziej skomplikowane obiekty, które umożliwiają nam rywalizację – na przykład tor przeszkód, gdzie musimy przejść trasę pomiędzy gęsto zawieszonymi nitkami z dzwoneczkami. Celem jest niewywołanie dźwięku żadnego z nich, ale mimo naszych małych rozmiarów okazało się to dosyć trudne. Jeszcze ciekawszą opcją jest toilet game, gdzie pod ścianą ustawiono wystylizowane kibelki i narysowano na nich celownik, do którego musimy rzucać prawdopodobnie papierem toaletowym, by zamknąć klapę. Rozgrywki na żywo nie udało nam się jednak zobaczyć. L Poleciłabym Wam również mini-golf, który znajduje się na miejscu, bo sama jestem wielką fanką i wspominam grę z sentymentem, jednak widać, że nikt już dawno o tę strefę nie zadbał. Tory są dość zdewastowane, krzywe, przeszkody przewrócone – a szkoda, bo miejsce kiedyś musiało wyglądać naprawdę ładnie. Rozegraliśmy dwa dołki na słońcu i poddaliśmy się, bo więcej tam było wściekania się niż zabawy.

Iluzje optyczne i zabiegi filmowe

Poddaliśmy się też iluzjom optycznym dzięki domkowi z krzywą podłogą. Tego zabiegu ponoć bardzo często używano w filmie, by zniekształcić perspektywę widza. Polegało to na tym, że domek był idealną bryłą, natomiast kafelki w środku układano w taki sposób, by jedna osoba stała dużo wyżej niż druga. Na ujęciach więc wyglądało to w ten sposób, że obie postacie stoją na równej powierzchni, natomiast jedna ma sufit tuż nad głową, podczas kiedy drugiej brakuje do niego jeszcze grubo ponad metr. Chcieliśmy przedstawić Wam to na zdjęciu, niestety brakowało nam trzeciej osoby do strzelenia fotki, plus w środku było na tyle ciasno, że i tak nie dałoby rady jej zrobić. Musicie więc sami pojechać na miejsce i dowiedzieć się, co mam na myśli.

Oprócz rozrywki, którą zapewniamy sobie sami, możliwe jest obejrzenie inscenizacji odgrywanych przez pracowników wioski. Występują nie tylko na scenie, ale też zaczepiają przypadkowych przechodniów; z jednej strony to gratka dla dzieciaków, z drugiej my jako dorośli czuliśmy się dosyć nieswojo w tego typu interakcji, bo właściwie tylko stoimy i patrzymy, jak postacie przerzucają się zdaniami na twój temat. Jeśli chcemy być takim biernym widzem, to najlepiej udać się do kina, gdzie pokazana została historia powstania musicalu i wioski w języku maltańskim lub angielskim.

Kąpiel w zatoce

Duża zaleta – na miejscu możemy się również wykąpać w zatoce, mamy darmowy dostęp do materacy z baldachimami oraz dmuchanych atrakcji w wodzie. Trzeba więc przyznać, że może i cena za wejście jest wysoka, zwłaszcza w weekend, ale zyskujemy dużo możliwości (za które zwykle dodatkowo się płaci, jeśli na przykład kąpiemy się w jakiejś zwyklej zatoce). Co zabawne, kawałek dalej od brzegu znajduje się jakby betonowe molo, które nie należy już do wioski. Można pod nie podjechać samochodem, więc jeśli ktoś uparłby się na płynięcie wpław, to mógłby dostać się do atrakcji całkowicie za darmo, chociaż to nieładnie 😉

Ostatecznie polecamy, pod spodem podrzucam jeszcze kilka zdjęć na zachętę:

Malta National Aquarium – cena, obiekty i ciekawostki

Drugie płatne miejsce, które jest mocno rozsławione na Malcie, to Narodowe Akwarium (Malta National Aquarium). Jeśli posiadacie miejską kartę autobusową Tallinja Explore, o której pisałam TUTAJ, otrzymujecie z góry 3 euro zniżki od osoby na tę atrakcję. W czasach koronawirusa to nie obowiązuje, z racji tego, że bilety generalnie są znacznie tańsze. Wcześniej kosztowały 13,90 euro, obecnie 12,90, natomiast my weszliśmy jeszcze za 8/9 euro (dokładnie nie pamiętam, ale w tych granicach). Bardzo miła niespodzianka, mimo że na miejscu wciąż musimy przejść kilka procedur takich jak mierzenie temperatury czy nieustanne noszenie maseczki. Jedynym wyjątkiem jest pamiątkowe zdjęcie, gdzie możemy się odsłonić, chociaż to opcja płatna 3 euro i my z niej zrezygnowaliśmy. Jeśli chodzi o dodatkowe atrakcje, to na miejscu znajduje się też bistro i zewnętrzny plac zabaw dla dzieci.

Strefy akwarium

Co możemy zobaczyć wewnątrz akwarium? Całość jest podzielona na pięć, a tak naprawdę sześć stref. Przyznam jednak szczerze, że przechodząc z jednej do drugiej, nie odczuwało się zbyt dużej różnicy. Chodzi nie tyle o zmieniający się wystrój, co o typ zwierząt, które spotkamy za szkłem. Zwykle odzwierciedlają one faunę danej części Malty.

  1. Zachodnia linia brzegowa Malty (gdzie zobaczymy rekiny, które po jakimś czasie z powrotem wypuszcza się do morza; spotkało to już ponad 300 egzemplarzy i zostawia mocno pozytywne odczucia z racji tego, że zwierzęta nie są „więzione” w akwarium całe życie).
  2. Port Valetty
  3. Tropikalny ocean (dotyczy głównie oceanu Indo-Pacyfiku)
  4. Czasy romańskie (w tym miejscu odtwarza się wraki starożytnych statków, znajduje się tu również replika kotwicy św. Pawła)
  5. Gozo i Comino (czyli wyspy należące do Malty)
  6. Gady i płazy

Malta – wierzenia i kult świętych

Ciekawostka na temat punktu czwartego – wspominałam już, że mieszkaliśmy w Zatoce św. Pawła, tutaj mowa o replice kotwicy z jego statku, ale to nie wszystko. Wewnątrz akwariów można znaleźć nawet posąg przedstawiający jego podobiznę, podobnie jak podobizny innych świętych. Tego aspektu na Malcie akurat nie da się przeoczyć, kult świętych jest tam dostrzegalny na każdym kroku. Co chwilę natykamy się na kościoły, na rogu każdej ulicy czy nawet domu znajdują się posążki i figury postaci. Jest ich tak dużo, że w pewnym momencie zastanawialiśmy się, czy mieszkańcy wiedzą w ogóle, który pomnik uosabia którą osobistość. Podczas pobytu widzieliśmy przynajmniej cztery przedstawiające Jana Pawła II i być może jest to powód, dla którego maltańczycy odnoszą się bardzo przychylnie do Polaków. W wielu miejscach spotkamy też ojca Pio, odnalazł się nawet memoriał ku pamięci Maksymiliana Kolbe.

To Was pewnie zdziwi, ale mimo takiego podkreślania, mieszkańcy wyspy bazują też na kilku przesądach, które nijak mają się do chrześcijaństwa. Bardzo często chodząc po sklepach z pamiątkami czy odwiedzając porty, natkniecie się na charakterystyczny symbol, który widnieje nawet na kartach miejskich, a mianowicie na oko Ozyrysa. Do dziś uważa się, że umieszczając je na łódkach czy statkach, człowiek zabezpiecza się przed złymi warunkami na morzu i gwarantuje sobie bezpieczny powrót do domu. A nawet jeśli tak nie jest, to znak pojawia się wszędzie i nie ma osoby, która by go nie skojarzyła.

Dostępne obiekty i atrakcje

Podsumowując jednak całokształt zwiedzania – zajmie Wam ono koło dwóch godzin i jest warte swojej ceny. Napotkacie bardzo wiele gatunków ryb, których pewnie nigdy dotąd nie widzieliście (na przykład rybę w brokacie). Szkoda tylko, że na miejscu nie ma tabliczek informacyjnych na temat danych gatunków. Wiem, że ludzie i tak niewiele by zapamiętali, ale czasem warto nauczyć się nowych nazw czy choćby zaspokoić ciekawość. Znajdziemy za to bardzo dużo wystaw poświęconych problemowi śmiecenia – na przykład, że kiedy śmiecimy, pojawiają się szczury, a te z kolei zjadają jaja mew, dlatego powinniśmy się tego wystrzegać.

Sam wystrój jest jednak mocno dopracowany, a obiekt zadbany – widzieliśmy, jak obsługa na bieżąco czyści terraria. Pamiętam, że akurat szukałam w jednym z nich żab czy innego żyjątka, w każdym razie ciężko było mi je znaleźć. Patrzę po bokach, na dole, u góry… i kiedy uniosłam wzrok, zobaczyłam twarz jakiegoś mężczyzny. Jak ja się wystraszyłam! A okazało się, że pracownik akwarium po prostu uniósł klapę i wrzucił do środka jedzenie. Widać było, że ma ze mnie niezły ubaw, ale zaraz potem i ja, i Szymon wybuchliśmy śmiechem.

W tej samej strefie możemy podziwiać też kameleona, legwany czy węże, ale mnie najbardziej utkwiło w głowie maleńkie stworzonko, które nie mam pojęcia, czym było. Trochę jak nierozwinięta do końca żaba, troszkę jak chodzący glutek, ale zainteresowanie ludźmi przejawiał ogromne. Siedział dokładnie po drugiej stronie akwarium, a kiedy dotknęliśmy palcem szyby, z prędkością światła przybiegł/podpełzł(?) do nas i patrzył wyłupiastymi oczkami. Może nie jest najpiękniejszy, ale spójrzcie na niego:

Na miejscu spotkamy również szklany tunel – jeśli byliście w zoo we Wrocławiu, to wiecie, o czym mowa. Nie był może najbardziej okazały, z jakim się spotkałam, ale widoki i tak wspaniałe. Bardzo fajnie wyglądało to zwłaszcza na filmikach, bo rekiny podpływały bardzo blisko i idealnie trafiały w kadr. Wszystkie stworzenia są dosłownie na wyciągnięcie ręki, a my możemy poczuć się przez chwilę tak, jakbyśmy byli pod wodą razem z nimi. Super uczucie, polecam się wybrać.

Parki wodne Malty

Trzecie miejsce, a może raczej miejsca, o których chciałabym wspomnieć, to Splash & Fun Water Park oraz Bugibba Water Park. Jeśli samo morze to dla Was za mało, przeszkadzają Wam w większości kamieniste plaże i brak przestrzeni dla dzieci, to wybór tej opcji wydaje się zrozumiały. Niestety wiele miejsc do kąpieli na Malcie ma to do siebie, że bardzo szybko z płycizny przechodzimy na głębię, gdzie nie dotykamy stopami dna, a wiadomo, z maluchami to zawsze odrobina strachu i non-stop trzeba mieć je na oku. My tą kwestią jeszcze nie musimy się przejmować i z tego względu odpuściliśmy sobie tę przyjemność, ale widzieliśmy oba parki z zewnątrz i pozwolę sobie na naskrobanie krótkiej opinii o każdym z nich.

Bugibba Water Park

Jeśli już gdzieś bym się udała, to raczej do Splash, przede wszystkim dlatego, że Bugibba jest dosyć mała, właśnie zaprojektowana mocno pod szkraby. Kilka psikawek, jakichś małych zjeżdżalni, no ale przynajmniej mamy gwarancję bezpieczeństwa i wiemy, że dziecko zajmie się sobą lub rówieśnikami. Na pewno dużą zaletą parku jest to, że nie uiszczamy żadnej opłaty za wstęp. W dodatku znajduje się bardzo blisko linii brzegowej, dlatego można połączyć to z nurkowaniem i kąpielą w morzu tak, by zarówno dzieciaki, jak i rodzice mieli jakąś nagrodę.

Splash & Fun Water Park

Splash z kolei ma atrakcje zaprojektowane bardziej pod dorosłych, zjeżdżalnie są wyższe i poziom trudności wzrasta. Na miejscu mamy możliwość wykąpania się w kilku basenach– relaksacyjnym, rwącej rzece czy zbiorniku ze sztucznymi falami. Chętni mogą też pójść na trampoliny. Dla dzieci przewidziano park dinozaurów czy uczestnictwo w animacjach, utworzono też specjalny park rozrywki z karuzelami oraz autkami. Jak można się domyślić, z racji wielkości i bogatej oferty tutaj już musimy płacić za wstęp. Całodniowy bilet kosztuje 22 euro, natomiast półdniowy (po godzinie 15.00) 15 euro, co jednak stanowi spory wydatek. Trzeba więc zastanowić się, czy mimo dostępu do morza zależy nam na rozrywce w postaci zjeżdżalni i podwyższonej adrenaliny, czy jednak stawiamy tylko i wyłącznie na ochłodę, a zaoszczędzone pieniądze na planujemy przeznaczyć na coś innego.

Mediterraneo Marine Park

Zaraz obok Spash & Fun Water Park znajduje się Mediterraneo Marine Park, który my zostawiliśmy sobie na ostatni dzień pobytu, nim wyjechaliśmy na lotnisko. Wylot mieliśmy dopiero wieczorem, więc stwierdziliśmy, że to będzie świetna opcja, żeby przez cały dzień nie targać ze sobą bagaży podczas zwiedzania i by nie spiec się jeszcze bardziej na plaży. Pomyśleliśmy, że usiądziemy przy zwierzętach i będziemy czekać na występy oraz porę karmienia. Na miejscu nie ma zbyt dużo okazów, więc to oszczędzało nam ciągłych wędrówek z jednego końca parku na drugi – znajdziemy tam jedynie lwy morskie, papugi, delfiny, gady oraz żółwie.

Cena

Bilety wstępu są absurdalnie drogie, dlatego też woleliśmy odłożyć ten wyjazd jak najpóźniej i rozeznać się, ile zostanie nam pieniędzy. To wszystko dlatego, że nie tylko możemy oglądać zwierzęta, ale też dokonywać z nimi interakcji i w ten sposób wydać nawet 150 € za pakiety. Czy byliśmy aż tak szaleni? No niespecjalnie. Dlatego zdecydowaliśmy się na kupno samego wejścia za 16 euro od osoby… prawie.

(Nie)atrakcje

Każdy taki morski park, w którym byłam do tej pory, działał dokładnie na takiej zasadzie, jak przedstawiłam Wam to powyżej. Troszkę można przyrównać to do zoo, gdzie podziwiamy zwierzęta, a w specjalnie wyznaczonych godzinach oglądamy pokazy treserskie czy karmienie. Mediterraneo Marine Park jest pod tym względem wyjątkiem i Szymon jeszcze kilka razy tego samego dnia powtarzał mi, że miałam nosa i nie zgadzałam się na kupno biletów online. Dlaczego? Gdy tylko podeszliśmy do kasy, pani pokazała nam specjalną mapkę obiektu i zaznaczyła godziny, kiedy są następne pokazy zwierząt. Jest sesja poranna i popołudniowa, w której wszystkie pokazy się powtarzają. My trafiliśmy akurat na lukę, którą uzupełniały lwy morskie – jak się okazało, to wcale nie oglądanie ich, a możliwość zrobienia sobie z nimi zdjęcia, za co trzeba dopłacić, bo bilet nie pokrywa wszystkich kosztów. Podziękowaliśmy i stwierdziliśmy, że zaczekamy na inne zwierzęta, na co pani mówi, że musimy czekać na zewnątrz, bo zwierzęta ogląda się tylko i wyłącznie na pokazach o wyznaczonych godzinach, a tak ogólnie to nie można. Nie wiem, czy zamykają trybuny, czy zwierzęta, ale ta opcja wydała nam się zupełnie abstrakcyjna. Co prawda można wychodzić i wchodzić do parku danego dnia na ten sam bilet, no ale halo. Stanęło na tym, że możemy coś obejrzeć najszybciej za dwie godziny, potem znowu musimy czekać i tak w kółko. Ostatecznie podziękowaliśmy, bo jakoś nie widziało nam się na siłę kupować biletów tylko dlatego, że tak założyliśmy wcześniej. Generalnie nie polecamy, pierwszy raz spotkaliśmy się z podobnymi zasadami i raczej nie pozostawiło to w nas pozytywnych wrażeń.

I tą przestrogą kończymy nasz dzisiejszy wpis. W następnym skupimy się na atrakcjach w samej dzielnicy Bugibby (zarówno płatnych, jak i nie) – już może nie tak drogich i rozsławionych, ale wciąż wartych wspomnienia. Mam nadzieję, że dzięki nam zdobyłeś kilka pożytecznych informacji i zajrzysz do następnej części wpisu. A w czasie czekania możesz zerknąć na mojego fanpage’a na Facebooku lub Instagrama. Odnośniki na górze po prawej, zapraszam! 🙂

Lwów cz.3 – Na jaki punkt widokowy się wybrać, gdzie skosztować lokalnych przysmaków i które miejsca warto odwiedzić?

Informacje ogólne: Poniższy wpis jest kontynuacją poprzednich – możesz czytać go oddzielnie, jednak dla pełnego oglądu sytuacji zalecałabym zapoznanie się z tym, co Cię ominęło. W tym natomiast czeka Cię dawka informacji o Operze Lwowskiej, pomniku Adama Mickiewicza, ukraińskich specjałach typu kwas czy czebureki, ale także dowiesz się, z jakiego punktu widokowego najlepiej podziwiać miasto czy czego spodziewać się po karaoke u naszych sąsiadów. Zapraszam na:

Opera Lwowska – zewnątrz i wewnątrz

Po zobaczeniu Galicyjskiego Banku Krajowego udaliśmy się 300 metrów w kierunku Opery Lwowskiej. Przed nią znajduje się ogromny skwer, gdzie możemy dostrzec wielu dorożkarzy z pięknie zdobionymi karetami. Na tę przyjemność akurat się nie skusiliśmy, ale mężczyźni nie mieli nic przeciwko temu, żeby podejść i zrobić kilka zdjęć. Ten dzień nadawał się do tego tym bardziej, że kiedy tylko ujrzeliśmy to miejsce, dostrzegliśmy parę młodą podczas sesji. Dzięki nim i my mieliśmy pamiątkę.

Sam budynek opery robi naprawdę duże wrażenie – zarówno na zewnątrz, jak i w środku. Tego dnia zobaczyliśmy go tylko od zewnątrz, jako że wnętrze było zamknięte, ale już następnego wieczora mieliśmy więcej szczęścia. Nie pokażę Wam zdjęć, bo właśnie odbywały się próby; można było usiąść, popatrzeć i posłuchać, ale nie utrwalać. Co prawda my i tak ustrzeliliśmy parę fotek, bo weszliśmy na lożę akurat od strony drzwi, na których nie było żadnych zakazów i ogłoszeń (dopiero pani ochroniarz nas uświadomiła), ale z racji szacunku musicie uwierzyć mi tylko na słowo, że widok jest warty zobaczenia. Mnie mocno przywiódł na myśl sceny z serialu „Lalka”, gdy na początku Wokulski przyglądał się Izabeli Łęckiej w tłumie. Obostrzenia dotyczą na szczęście tylko głównej sceny, resztę z chęcią Wam zaprezentuję.

Na sam początek warto by jednak zaznaczyć, że biletów nie sprzedaje się tylko na operę, ale też na zwykłe przedstawienia teatralne oraz balet. Budynek liczy sobie już ponad 120 lat, jest w stanie pomieścić 1200 osób i bije z niego niesamowite bogactwo ozdób, obrazów czy rzeźb. Trzy figury, które znajdują się na szczycie opery, przedstawiają kolejno (i nieprzypadkowo): Poezję i Muzykę, Sławę i Fortunę, Komedię i Tragedię – czyli wszystko to, co charakteryzuje sztukę oraz jest w stanie najlepiej opisać rozrywkę czekającą nas w środku. Niżej możemy też dostrzec Muzy – Tanię, Melpomenę, Erato oraz Polihymnię. To wszystko czyni Operę Lwowską jednym z bardziej rozpoznawalnych punktów miasta.

Nie byłabym jednak sobą, nie zamieszczając tutaj zabawnego akcentu, który rzucił mi się tam w oczy. To był chyba jeden z niewielu przypadków, kiedy nieznajomość ukraińskiego pisma nie wydała mi się kulą u nogi.

Ratusz – główny punkt widokowy

Następnym punktem naszej podróży była wieża ratusza, skąd rozciąga się widok na całe miasto. Budynek powstał mniej więcej w tym samym czasie co opera, ale w przeciwieństwie do niej nie robi kolosalnego wrażenia. W trakcie jego stawiania runęła wieża, miażdżąc resztę zabudowań i zabijając 8 osób – dlatego też proces ten rozciągnął się na więcej lat, niż początkowo planowano. Kto ponosi za to odpowiedzialność? Ponoć fachowcy, którzy co prawda ocenili, że stan techniczny wieży był zły, ale w najbliższym czasie nie miało to przynieść żadnych negatywnych skutków. Niestety nikt nie jest nieomylny. To jednak nie koniec pechowej historii, jako że w 1848 roku ratusz całkowicie spłonął w wyniku pożaru spowodowanego bombardowaniem.

Dziś budowla może nie podbija serc, ale gwarantuję Wam, że nie wolno odpuścić sobie wejścia na jej szczyt. Na miejscu znajduje się winda, ale przeważnie każdy wchodzi na górę pieszo – trzeba się trochę namęczyć, bo pięter jest kilka, a schody dość długie, ale gwarantuję Wam, że panorama będzie tego warta.

Kopiec Unii Lubelskiej – punkt widokowy

Jeśli jednak ratusz nie wyda Wam się kuszącą opcją, to odwiedziliśmy też inne miejsce, z którego możecie podziwiać miasto. Należy mieć jednak na uwadze, że zwłaszcza w porze wieczornej roi się tam od ludzi – zwłaszcza studentów, którzy otwierają piwko, puszczają muzykę z głośników, rozmawiają, śmieją się i raczej niewiele ich poza tym interesuje. Mowa tutaj o Kopcu Unii Lubelskiej, który mieści się na Wysokim Zamku. W rzeczywistości wcale nie jest to żadna fortyfikacja, a po prostu zwykłe wzgórze, mimo że nazwa jest myląca. Sam kopiec został sztucznie usypany po zawarciu Unii Lubelskiej w XVI wieku, posypywano go nawet ziemią z grobów Adama Mickiewicza czy Juliusza Słowackiego. Ciekawe, co powiedzieliby na to autorzy, gdyby jeszcze żyli… bo jak wiemy, miłością do siebie nie pałali, a nawet wręcz przeciwnie 😉

Narodowy napój Ukrainy – kwas

Warto też zaznaczyć, że wejście na szczyt nie jest dużo mniej wysiłkowe niż w przypadku ratusza, za to po drodze czeka nas kilka niespodzianek. Przede wszystkim stoiska z piciem, gdzie możemy napić się czegoś, co brzmi bardzo dziwnie, a mianowicie… kwasu chlebowego. Wyglądem nie różni się on niczym od Coca Coli czy Pepsi. Mimo różnorodnych butelek i tego, że przecież napój fermentuje, klasyfikuje się go jako bezalkoholowy (choć ponoć zawiera śladowe ilości alkoholu). Co ciekawe, teraz ten przysmak dość mocno kojarzy się właśnie z Ukrainą i Wschodem, zwłaszcza że uchodzi za narodowy napój, natomiast nie jest on żadnym odkryciem czy nowością – znano go już w średniowiecznej Europie. Jak to właściwie smakuje? Niektórych zachwyca, dla mnie było raczej średnie/neutralne. Trochę słodkie, jakby rozwodnione, ma strasznie dziwny, właśnie kwaskowaty zapach, ale ponoć bardzo dobrze gasi pragnienie, czego po sobie nie zauważyłam (nie bardziej, niż po innym rodzaju picia typu woda czy sok). Może jednak moja niechęć wynika odrobinę z tego, że nie przepadam za surowymi drożdżami, zwłaszcza za tym zapachem, który dla jednych jest przepiękny, a dla innych wręcz odstręczający. W każdym razie warto skosztować, może trafi akurat do Waszego gustu.

Oprócz jedzenia oferuje się też malowanie karykatur czy portretów. Nie jest to aż tak drogie jak zazwyczaj w Polsce, ale też niespecjalnie zachęca do kupna, zwłaszcza kiedy trafia się na nie ostatniego dnia podróży. Portreciści są mili, ale jednocześnie dość mocno nachalni – trzeba jednak przyznać, że ich twórczość była raczej na dobrym poziomie, a już na pewno takim, który satysfakcjonuje kogoś, kogo największym osiągnięciem malarskim są patyczaki (czytaj: mnie).

Pomnik Nikifora Krynickiego

Warto też udać się pod Katedrę Dominikańską na lwowskiej starówce – pewnie będziecie mijać to miejsce niejeden raz. Będąc tam, poszukajcie pomnika Nikifora Krynickiego znajdującego się w pobliżu. Dlaczego? Nie dlatego, że podobizna jest idealna, bo z tym bym się mocno sprzeczała, jednak jest to miejsce, w którym mogą spełnić się Wasze marzenia. Postać przedstawiono w pozycji siedzącej z uniesionym w górę palcem. Legenda głosi, że potarcie go zagwarantuje realizację naszych pragnień (część osób mówi też o potarciu nosa i pewnie to też jest prawda, zważając na to, jak rzeźba jest wytarta w tych dwóch miejscach).  Na bazie czego powstała ta tradycja? W sumie nie wiadomo, ale na pewno warto wiedzieć, że Nikifor był polskim artystą, a dokładnie malarzem działającym w nurcie prymitywizmu. Uśmiech postaci nie do końca oddaje jej żywot – mężczyzna większość życia był biedny, w dodatku często zamykał się w swoim świecie i bełkotał, więc dużo ludzi uważało go za pomyleńca. Doceniono go dopiero niedługo przed śmiercią, jak to często bywa. Stworzył ponad 40 tysięcy dzieł, naprawdę imponująca liczba. Najwięcej z nich możemy obecnie podziwiać w Nowym Sączu.

Pomnik Adama Mickiewicza

Jeszcze jednym z wielu pomników, którego nam, Polakom, nie wolno ominąć, jest kolumna Adama Mickiewicza znajdująca się 600 metrów dalej, niedaleko ratusza. Powstała ponad wiek temu, ma ponad 20 metrów wysokości i podczas swojego istnienia nie doznała żadnych uszkodzeń, co nie zdarza się specjalnie często. W tym miejscu słychać właściwie głosy tylko i wyłącznie Polaków – nie dziwne, to w końcu jedna z niewielu postaci, których nie trzeba przedstawiać. Dla jednych genialny wieszcz, dla innych słabszy rywal Słowackiego, a także zmora wszystkich uczniaków, zwłaszcza licealistów głowiących się nad Panem Tadeuszem. I nas nie mogło ominąć zdjęcie.

Wieczór na starówce

Wieczory przeważnie spędzaliśmy na mieście lub w knajpie. W pierwszy z nich przechadzaliśmy się po starówce, która po zmierzchu nabiera jeszcze więcej uroku. Na ulicę wylegają wtedy artyści, przeważnie muzycy. Nie są to profesjonaliści, a po prostu hobbyści, którzy chcą nieco dorobić. „Nieco” jest jednak pojęciem dość względnym, bo grupa, której my słuchaliśmy, na brak pieniędzy narzekać nie mogła. Widać było, że wybierali instrumenty z wyższej półki, w dodatku o dość nietypowym brzmieniu i niekoniecznie znane, jeśli chodzi o muzykę uliczną. Grali jednak niesamowicie i co chwilę ktoś dorzucał im nieco grosza do kapelusza. Wokół stało na pewno pięćdziesiąt osób, może więcej. Słysząc nasze rozmowy z Igorem, odnaleźli nas jacyś inni Polacy, którzy wypytywali, jak długo tu już jesteśmy, jak nam się podoba i tak dalej. Niby sympatycznie, ale trochę jednak sprawiali wrażenie podejrzanych lub po prostu podchmielonych, więc dyskretnie usunęliśmy się z tłumu. Bardzo mocno zmotywował nas wtedy komentarz o tym, że Igor znalazł sobie ładną dziewczynę (czytaj: mnie, choć przecież nie powinno chodzić o mnie). Złapaliśmy lekki cringe i poszliśmy dalej na drinki.

Khinkalnya – gruzińskie przysmaki

Zatrzymaliśmy się też w knajpie z gruzińskim jedzeniem (sieciówce o nazwie Khinkalnya). Trochę dziwnie, że będąc na Ukrainie, poszliśmy akurat tam, ale skusiło nas menu, a na lokalne przysmaki miał przyjść jeszcze czas (Igor mi to obiecał). Pamiętam, że dość mocno żałowaliśmy naszego wyboru, zwłaszcza jeśli chodzi o zupę. Rany boskie, myślałam, że najgorszą płynną potrawą świata są flaki, ale muszę zwrócić im honor. Zamówiliśmy chihirtmę, czyli zupę z mięsem, ziołami i jajkiem, podobną do rosołu – no wiecie, rosół to baza wszystkich innych zup i raczej trudno go zepsuć. Ba, ta zupa może nawet nie była spaprana pracą ludzkich rąk, a po prostu dla nas okazała się nie do zjedzenia i zostawiliśmy chyba połowę. Sama woda nawet nam smakowała, ale na talerzu oprócz tego dostawało się ogromne kawały mięsa, chyba wołowego, jeśli dobrze pamiętam. Już z zewnątrz było widać ogromne ilości tłuszczu, żyłek i wszystkich innych niesmaczności, których człowiek nie chce oglądać. Próbowaliśmy to kroić łyżką, nie dało rady. Gryźć? Też średnio. Trochę udało się przełknąć, ale generalnie smak dość odrzucający, a konsystencja ohydna. Na pocieszenie naszym drugim daniem okazało się coś bardzo podobnego do pizzy, ale znacznie bardziej tłustego, a mianowicie Khachapuri. Całkiem niezłe, ale bez wielkiego szału.

Później natomiast minęliśmy bardzo ciekawy bar, trochę żałuję, że do niego nie weszliśmy. Wyglądał jak laboratorium alchemika – nawet piło się z fiolek (dużo z nich było podpalanych), a drinki miały kolory tęczy. Jeśli jednak o to chodzi, to wszędzie, gdzie byliśmy, robiono je dość mocne i smaczne, więc chociaż o to nie trzeba się martwić.

Ukraińskie karaoke

W inny wieczór z kolei udaliśmy się na ukraińskie karaoke razem ze znajomymi Igora. W takich miejscach często możemy zapalić sziszę, jeśli ktoś lubi – ja akurat niekoniecznie, nie jestem za bardzo zwolenniczką, ale inni mieli z tego niezłą radochę. W tym miejscu udało mi się wychwycić też kilka różnic kulturowych. Raczej nie śpiewałam, nawet nie ze względu na nieznajomość piosenek, a niemożność przeczytania tekstu. Czy nie mogłam wybrać czegoś po angielsku? No właśnie, tam za bardzo nie było takiej tradycji (mimo że piosenki widniały na liście, to po prostu nikt ich nie brał i prawdopodobnie wywołałoby to niemałe zdziwienie). Kiedy myślę o polskim karaoke, przychodzą mi na myśl np. hity Krawczyka, ale też wielu zagranicznych wykonawców, takich jak chociażby Britney Spears. Na Ukrainie śpiewa się raczej w ojczystym języku. Ludzie są zazwyczaj mocno wstawieni, podobnie zresztą jak u nas, no i o dziwo chętniej śpiewają, a może raczej wyją, panowie. Dość ciekawe to było doświadczenie, mimo że czułam się odrobinę skrępowana – jestem raczej tym typem człowieka, który śpiewa tylko i wyłącznie wtedy, kiedy kogoś mocno zna; na tyle, że ten ktoś dalej będzie cię lubić, nawet kiedy zrobisz z siebie debila.

Czebureki – lokalny przysmak

W jeszcze inny wieczór zatrzymaliśmy się w restauracji na obrzeżach miasta, w której pracuje wcześniej wspominana Marianna. To właśnie tam po raz pierwszy skosztowałam potrawy, o której non-stop wspominał mi Igor i przynajmniej dla mnie stała się takim symbolem ukraińskiej kuchni. O czym właściwie mówię? O czeburekach. To danie przyrządza się też bardzo często w Turcji i Mongolii. Jak wygląda? Kształtem przypomina pierogi, tylko znacznie większe. Przyrządza się je z pszennego ciasta i smaży w oleju, dlatego są raczej dość chrupiące. Ich wnętrze wypełnia przeważnie mięso mielone, choć zdarza się też wypełnienie z innego rodzaju mięsa, ryżu, kapusty lub innych. Górę z kolei polewa się sosem, często ostrym, chociaż w moim przypadku był zimny, pomidorowy, z kawałkami warzyw i mocno doprawiony bazylią. Z tego wszystkiego to właśnie on chyba smakował mi najbardziej, ale to pewnie dlatego, że przygotowano go na włoską modłę, a ja za włoską kuchnią wręcz przepadam. Co do głównego dania… było całkiem smaczne. Może nie tak wyśmienite, jak je sobie wyobrażałam, bardziej w granicach 7/10, ale wciąż warte polecenia.

Dlaczego jednak mówię o tym z taką rezerwą? Przede wszystkim dlatego, że to potrawa dla osób z zahartowanymi żołądkami, które lubią ciężką kuchnię. Sama jestem fanką bigosu, grzybów czy kapusty, które bardzo często występują w polskim menu i są ciężkostrawne, ale na pewno nie aż tak. Pamiętam, że w nocy po zjedzeniu czebureków straszliwie skręcało mnie w żołądku. To nie było wrażenie, jakby zjadło się coś nieświeżego albo zepsutego, nie. Po prostu było mi strasznie ciężko, a po podniesieniu się z łóżka myślałam, że za chwilę zwymiotuję. Do rana to uczucie przechodzi, ale nie jest ono na pewno czymś pożądanym podczas takiego wyjazdu. Akurat jeśli ktoś miałby ogólnie wątpliwości wobec przygód żołądkowych, zmiany otoczenia, innej wody i tak dalej, to akurat na Ukrainie prezentuje się to podobnie jak w Polsce, bo nie odczułam żadnych dolegliwości (a uwierzcie, jestem dobrym wyznacznikiem).

Po więcej konkretów zapraszam do następnej (już ostatniej) części naszych lwowskich opowieści! Wspomnę parę słów o najlepszej knajpie w mieście, a także o Cmentarzu Łyczakowskim, Orląt Lwowskich i ogólnych tradycjach związanych z pogrzebami na Ukrainie. Może nie kończymy optymistycznym akcentem, ale jestem przekonana, że to miejsce dla nas, jako Polaków, powinno mieć szczególne znaczenie. Jeśli jednak jesteś niecierpliwy i w międzyczasie chcesz poczytać o innych nowinkach czy pooglądać zdjęcia, to zapraszam na mojego fanpage’a lub Instagrama, odnośniki po prawej stronie na górze, zapraszam!

P.S. Dziękuję, Igor, jeszcze raz za zdjęcia, podróż i wspólnie spędzony czas!

Lwów cz.2 – Gdzie kupić ukraińską kartę SIM, jaki transport wybrać i co zwiedzić?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć naszego pierwszego dnia pobytu we Lwowie. Będzie parę słów na temat codziennej rzeczywistości miasta, nieco o ludziach oraz ich nastawieniu, a także o cenach czy jedzeniu. Znajdziecie tu także porady odnośnie zaopatrzenia się w ukraińską kartę SIM, a także poznacie zwiedzaną przez nas trasę. Nie zabraknie zdjęć czy opisów kluczowych atrakcji takich jak kościół św. Elżbiety, katedra św. Jura lub Lwowski Uniwersytet Narodowy. Wyłożę też parę najważniejszych zasad w kontekście korzystania z komunikacji miejskiej. Zapraszam na:

Jak już wspominałam – na miejsce przyjechaliśmy w granicach szóstej nad ranem, więc udaliśmy się do centrum w celu znalezienia baru, w którym moglibyśmy zjeść śniadanie. Większość z nich nie ma angielskiego menu (mówimy tutaj o miejscach, które nie znajdują się na starówce) i od samego początku czułam niemały dyskomfort ze względu na to, że prawie wszystko musiał mi czytać Igor, jako że ukraiński bazuje na odmianie cyrylicy. Z czasem nauczyłam się, który znaczek oznacza jaką literę; oczywiście nie znałam wszystkich, ale to już umożliwiło mi domyślanie się wielu słów, które wymawiane na głos, przywodziły od razu konkretne skojarzenia do ich polskich odpowiedników. Na początku jednak nie jest łatwo, we Lwowie tylko w niektórych częściach miasta angielski stoi na komunikatywnym poziomie, co sam po sobie przyznał nawet Igor. W tym wypadku szczęściarzami mogą nazwać się pokolenia, które zdawały rosyjski – my zaś możemy poczuć się tak jak one, gdy ruszają na zachód Europy bez znajomości angielskiego. Na szczęście pozostają jeszcze migi i nauka podstawowych zwrotów typu „Dzień dobry!”, „Proszę” czy „Dziękuję”, które czasami potrafią zdziałać cuda.

SMAKI UKRAINY – CZEGO WARTO SKOSZTOWAĆ?

Na Ukrainie serwuje się hot dogi, ale często w nieco innym wydaniu, niż znamy je w Polsce (chociaż takie też istnieją). Parówkę podaje się w placku na tortillę, a do środka dodaje się zwykłą oraz kiszoną kapustę z marchewką. To wszystko doprawia się przeważnie nieco ostrym sosem i jest całkiem smaczne, aczkolwiek chyba wolę tradycyjną formę. Z czymś podobnym można spotkać się czasami w Niemczech na stacjach benzynowych i wydaje się trochę lepsze, ale też odpowiednio droższe.

Niskie ceny to z pewnością atut Lwowa. Mimo że miasto uchodzi za jedno z bardziej turystycznych w kraju, to i tak jest znacznie taniej niż w Polsce, zwłaszcza w supermarketach, gdzie większość produktów kupujemy za złotówkę czy dwie. To świetny sposób na skosztowanie lokalnych smakołyków, głównie słodyczy i alkoholu. Pamiętam, że za jakieś pięćdziesiąt złotych obkupiłam się tak, że ledwo ciągnęłam za sobą walizkę – wiadomo, tu coś trzeba przywieźć do domu, tu znajomym ze studiów, a w dodatku zbliżał się dzień chłopaka, więc ukraińskie piwa stanowiły wspaniały prezent (chociaż ponoć są dość słabe pod względem procentowym).

Sklepy spożywcze otworzyły się nad ranem najszybciej, więc poszliśmy oglądać produkty z czystej rozrywki – ja na przykład naprawdę to lubię. Nie tylko dlatego, że jestem strasznym głodomorem, ale istnieje ogromna różnica między np. marketem w Polsce, we Włoszech czy na Ukrainie i to pod wieloma względami; wystroju, asortymentu, obsługi. To też taki zalążek, jeśli chodzi o poznawanie tradycyjnych smaków danego kraju. Lwów zapamiętałam najbardziej z mnóstwa różnorodnych drinków za bezcen – w wąskich buteleczkach z długą szyjką, w malutkich puszeczkach, w standardowych puszkach z pięknym, kolorowym designem (kupiłam np. alkohole na bazie papai czy kaktusa, ale nie były zbyt porywające).

Jeśli natomiast chodzi o słodycze, to niesamowite są krążki z marcepanowo-migdałowego ciasta, które połączone są ze sobą czymś w rodzaju lukru. Kiedy się je przeżuwa, skleja się cała buzia, a smak jest powalający. Nie mogę sobie niestety przypomnieć ich nazwy (niestety minął już rok, musicie mi wybaczyć), szukałam ich również w Internecie, ale sam opis powinien wystarczyć do znalezienia ich. Dla fanów słonych smaków polecam za to grenki – zwykłe grzanki, troszkę jak znane nam bakerollsy, jednak bardziej wypieczone i obtoczone w różnych przyprawach. W Polsce można dostać je w sklepach z zagranicznymi smakołykami (ja swoje otrzymałam w paczce niespodziance ze Scrummy.pl), natomiast różnica w cenie jest ogromna. W Polsce trzeba wydać 10 zł lub więcej za otrzymanie paczuszki, natomiast na Ukrainie ten produkt otrzymamy za ok. 3 zł. To była ta chwila, kiedy myślałam, że popłaczę się ze szczęścia, gdy kupiłam dwie paczki.

GDZIE I ZA ILE KUPIĆ UKRAIŃSKĄ KARTĘ SIM?

Gdy skończyliśmy zakupy i zjedliśmy batonika (Igor szybko zrozumiał, że mój optymizm jest wprost proporcjonalny do spożytych kalorii), udaliśmy się w poszukiwaniu najbliższego punktu, gdzie można kupić ukraińską kartę SIM, by cieszyć się później darmowymi rozmowami i przede wszystkim Internetem (bez tego kontakt ze światem jest średnio możliwy, bo koszty połączeń są absurdalne, ok. 5 zł za minutę rozmowy). Nie jest to najtańsza rzecz na świecie, w dodatku wyczerpuje się dość szybko, zwłaszcza jeśli korzystają z niej dwie osoby (na początku udostępnialiśmy sieć hotspotem, natomiast ta opcja po jakimś czasie się blokuje i zostaje tylko przekładanie karty z telefonu na telefon). Zaznaczę przy tym, że na pewno nie używaliśmy danych w takim stopniu jak w Polsce, raczej obchodziliśmy się z nimi dość oszczędnie, ale i to nie pomogło, więc doładowywaliśmy konto, wysyłając SMS-y na wskazany numer telefonu (znajomość ukraińskiego dość mocno się tu przydaje). Z tego co się jednak orientuję, jeśli nie macie przyjaciela ze wschodu, to warto zaopatrzyć się w taką kartę jeszcze w Polsce, kupując ją przez Internet, np. za pośrednictwem Allegro. Koszty są różne, ale przeważnie wahają się od 30-80 zł, w zależności od preferencji. Jeżeli natomiast bariera językowa Wam nie przeszkadza, to produkt można nabyć na Ukrainie dosłownie w każdym punkcie, który ma cokolwiek wspólnego z telefonami, a także na osobnych straganach, które są ku temu specjalnie przeznaczone.

Niedługo później, kiedy ten temat mieliśmy już z głowy, spotkaliśmy się z koleżanką Igora, Marianną, która pomogła nam po znajomości załatwić mieszkanie na kilka dni we Lwowie. Dziewczyna uśmiechała się niemalże cały czas, mimo że zawracaliśmy jej głowę w dzień roboczy o tak wczesnej godzinie, a Igor musiał być naszym tłumaczem. Co więcej – kupiła dla nas dwie siaty jedzenia i podarowała kilka słoików zakonserwowanych czy zakiszonych przez siebie produktów (paprykę, fasolkę szparagową, bakłażany – dosłownie wszystko). Nie wiedzieliśmy nawet, jak mamy się jej odwdzięczyć, zwłaszcza że za mieszkanie też upierała się zapłacić. To było bardzo miłe z jej strony, że potrafiła rzucić wszystko na te parę dni, by nam pomóc. Później często wychodziliśmy razem na obiad czy karaoke, a Marianna na ten czas potrafiła pogodzić życie rodzinne, zawodowe i czas dla nas. Codzienność we Lwowie biegnie w nieco innym tempie i absolutnie zazdroszczę spokoju ducha młodym ludziom, którzy potrafią zakręcić się dosłownie przy każdej pracy i być zadowoleni z tego, co mają.

Nie ukrywam, że dzięki pomocy dziewczyny zaoszczędziliśmy trochę pieniędzy, bo akurat noclegi na Ukrainie do najtańszych nie należą. Dostaliśmy dwa pokoje, a z kuchni korzystaliśmy głównie w przypadku śniadań, kiedy wyjadaliśmy wszystkie produkty kupione przez Mariannę, jedząc ogromne porcje makaronu z dodatkami.

TRANSPORT PO MIEŚCIE I KUPNO BILETÓW

Zanim jednak powiem, co zwiedziliśmy, pozwolę sobie zaprezentować, jak wyglądało nasze poruszanie się po mieście. Oprócz tego, że przeszliśmy miliony kilometrów na nogach, głównie wsiadaliśmy w autobusy, rzadziej w tramwaje. Warto jednak zdać sobie sprawę, że nie są one takich standardów jak np. w Poznaniu, Wrocławiu, a już tym bardziej w Warszawie. Na pewno widujecie w tych miastach jeszcze te stare tramwaje ze schodkami, bez klimatyzacji, dość chybotliwe i głośne. We Lwowie to raczej standard i to całkiem dobry. Z autobusami jest podobnie, chociaż na Ukrainie są one dużo krótsze, coś pomiędzy autobusem a busem. I tutaj dwie dość istotne informacje – na wielu liniach nie istnieje coś takiego jak rozkład jazdy. Często na przystanku widnieje numer albo kod do zeskanowania, dzięki któremu niejako dajemy kierowcy znać, że ma zatrzymać się na danym przystanku i że potrzebne jest uruchomienie kursu. Dość dziwne, niezbyt wygodne i straszne nowoczesne rozwiązanie. Rzadko jednak się z tego korzysta, bo środki transportu kursują non-stop i często załapuje się już na coś, co załatwił ktoś inny, a tak przynajmniej Igorowi ten wynalazek wytłumaczyła jedna z pasażerek.

Sprawa numer dwa – nie kupimy biletu w autobusie, a przynajmniej nie w sposób elektroniczny, tylko i wyłącznie tradycyjnie. Trzeba mieć odliczoną kwotę, a jeśli nie… to nikt specjalnie się tym nie przejmuje. Przejazd dzienny kosztuje 8 UAH (1 hrywna = 0,15 złotego, czyli ok. 1,20 zł), natomiast nocny 14 UAH (ok. 2,1 zl). Igor opowiadał mi jednak, że możemy dać kierowcy niewyliczoną sumę. Kiedy będzie mieć resztę… to po prostu zawoła kwotę i poda ją najbliższemu pasażerowi, żeby przekazał pieniądze do tyłu. No i te pieniądze tak sobie wędrują w wężyku i wędrują, aż w końcu trafiają do Ciebie, tyle że jest ich o połowę mniej, bo resztę zabrali pasażerowie w ramach haraczu i nikogo to specjalnie nie dziwi ani nie oburza. Trzeba więc przygotować się na każdą ewentualność – albo pieniężnie, albo mentalnie.

Nie zdziwcie się też, kiedy zaraz obok kierowcy zobaczycie materac z kocem idealnie wpasowany we wnętrze autobusu. Najwyraźniej odpoczynek w pracy lub pomiędzy kursami nie jest wcale niczym dziwnym, a brak prywatności w dużym stopniu nikomu nie przeszkadza.

Z okna autobusu możemy podziwiać niespotykane dla nas, Polaków, zjawiska, zwłaszcza kiedy stoimy na czerwonym świetle. Najbardziej utkwiła mi w głowie transakcja sprzedaży kota na mieście. Mężczyzna trzymał go na rękach, kobieta przekazała mu pieniądze, a on bez żadnej klatki czy torby podróżnej wcisnął jej zwierzę pod pachę. Być może to nie jest tradycyjny obraz, jaki możemy spotkać na drodze, fakt faktem zjawisko wydało mi się tak niespotykane, że pozwoliłam sobie na opisanie go tutaj. W podróży warto być przygotowanym na wszystko 😉

KOŚCIÓŁ ŚW. ELŻBIETY

Jednym z pierwszych miejsc, które ukazały się naszym oczom, był kościół św. Elżbiety. Lwów pęka w szwach, jeśli chodzi o takie punkty sakralne, natomiast ten stanowi jeden z moich ulubionych. Znajduje się niedaleko dworca autobusowego, w Śródmieściu, i uchodzi za jeden z głównych punktów orientacyjnych. Wybudowano go około 1000 lat temu i uznawano za największą świątynię w mieście, a także za jeden ze wspanialszych zabytków dawnej Rzeczpospolitej. W czasie wojny budowla poniosła wiele strat w wyniku bombardowania, a po 1945 roku służyła jako magazyn pożywienia. Mimo tego to właśnie zewnętrzna fasada utrzymała się w dobrym stanie, natomiast środek kościoła celowo zdewastowano i, jak to często bywa w takich przypadkach, karma szybko powróciła. Z obiektu swego czasu wynoszono wszystkie krzyże, a żołnierz, który chciał pozbyć się jednego z nich, został przezeń przygnieciony i zginął. Późniejszy remont kościoła rozpoczęli Polacy, a z pierwowzoru możemy podziwiać dziś tylko ambonę.

KATEDRA ŚW. JURA

Zaraz później poszliśmy do katedry św. Jura, oddalonej o 800 metrów. Piękne miejsce na zdjęcia, duża powierzchnia do przechadzek zarówno po zabudowanej części, jak i przylegających ogrodach. Po drodze, gdziekolwiek tylko się uda, widnieje mnóstwo pomników – część jest poświęcona bohaterom narodowym lub artystom, natomiast gdziekolwiek by nie spojrzeć, historia polska zaciera się z ukraińską. Już dla mnie było to mocno dostrzegalne, natomiast sądzę, że starsze pokolenia widziałyby to jeszcze intensywniej.

Jeśli chodzi o budowlę, to jest ona starsza od poprzedniczki o dwieście lat i uznaje się ją za najdoskonalsze dzieło późnego baroku. Przepych widać na każdym kroku, cala fasada pokryta jest licznymi zdobieniami i katedra wygląda, jakby od zawsze stała w nienaruszonym stanie. Miejsce, które na pewno warto zobaczyć, zwłaszcza że zostało wpisane na światową listę UNESCO. Pod spodem prezentujemy Wam kilka zdjęć, z których część wykonał Igor, za co bardzo dziękuję.

PARK KOŚCIUSZKI I UNIWERSYTET LWOWSKI

Stamtąd przeszliśmy około kilometra przez park Kościuszki (zadziwiające, ile we Lwowie jest terenów zielonych i w jak dobrym stanie są one utrzymane), gdzie przyszło nam obserwować takie zjawiska jak zabetonowane od środka drzewa, a także  huby porośnięte pajęczynami bądź wielkie kokony pająków przypominające huby, kto jak woli. Pamiętam, że szłam tamtędy, a wszystko wydawało się nowe, dziwne, ale też fascynujące. Zaskoczenie sięgnęło jednak zenitu, kiedy doszliśmy do Lwowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Iwana Franki. No bo wiecie, jesteśmy w tym wieku, że zarówno Igor, jak i ja, jeszcze studiujemy. W innych miastach, ale standard kampusu jest zawsze mniej więcej taki sam. Czasem zdarzy się nowocześniejszy wydział, ale w większości przypadków – nic specjalnego. Być może jeśli chodzi o Lwów, jest podobnie, natomiast to, co zobaczyłam, wprawiło mnie w osłupienie. Z zewnątrz uczelnia nie wygląda jak nie wiadomo co, nawet jeśli jest jednym z najlepszych uniwersytetów Ukrainy, ale w środku…

Generalnie do wnętrza uniwersytetu nie ma wstępu wolnego, zawsze trzeba się legitymować. Mieliśmy jednak szczęście, bo wewnątrz trwała akurat jakaś uroczystość, która być może wiązała się z rekrutacją na studia, dniami adaptacyjnymi bądź obroną prac (na to wskazywałby w każdym razie okres, w którym zwiedzaliśmy) i przemiał ludzi był dość duży, dlatego bez problemu obeszliśmy cały budynek. Przywodził mi na myśl Hogwart, tyle że biały, zamiast ciemny i ponury, a do tego bez ruchomych schodów i świeczek lewitujących w powietrzu. Nie chcę powiedzieć, że to sama przyjemność uczyć się w salach takich jak te, jednak na pewno większa niż zwykle, zwłaszcza w rzeczywistości wirtualnych wykładów prowadzonych przez Teams. Musicie przyznać, że wrażenie robi niezłe, mimo że widok za oknem niespecjalnie powala.

NAJSTARSZY BANK LWOWA

Ostatnie zdjęciem, które dziś tutaj zobaczycie, zostało zrobione Galicyjskiemu Bankowi Krajowemu czy też inaczej Galicyjskiej Kasie Oszczędnościowej, która uchodzi za najstarszy bank w mieście. Znajduje się nieco ponad kilometr od uniwersytetu, zaraz obok kawiarni „Kraków” i „Praga”. Kiedyś swoją filię miał np. w Krakowie czy w Białej, a następnie w Warszawie po uzyskaniu przez Polskę zupełnej niepodległości po wojnie. Wtedy też zmienił nazwę na Polski Bank Krajowy, który został wchłonięty przez Bank Gospodarstwa Krajowego. Do dziś możemy jednak obserwować budynek, od którego wszystko się zaczęło.

To już wszystko z mojej strony. W następnym wpisie zaprezentuję Wam Operę Lwowską, opowiem nieco o wieczorach na starówce, pokażę z góry całe miasto, a także po raz kolejny odwiedzę jeden z ważniejszych pomników dla Polaków, przedstawiający naszego wieszcza narodowego, Adama Mickiewicza. W kolejnych wpisach również relacja z odwiedzenia Cmentarza Łyczakowskiego i przede wszystkim Orląt Lwowskich. Serdecznie zapraszam, a jeśli niecierpliwisz się równie mocno jak ja, to zapraszam za ten czas do obserwowania mojej aktywności na Instagramie i fanpage’u na Facebooku – odnośniki znajdziecie po prawej u góry.

Rogów opolski i Moszna – starcie zamków: dlaczego warto jechać, za ile oraz co warto zobaczyć po drodze?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć jednodniowej wycieczki w celu zobaczenia dwóch zamków: w Rogowie Opolskim oraz Mosznej, a także Fabryki Robotów. Tradycyjnie wybrała się nas dwójka, choć inna niż zwykle, a wyjazd miał charakter raczej romantyczny, nacechowany chęcią ucieczki od świata, w którym od dawna nie mówi się o niczym poza koronawirusem. W dobie pandemii to świetne miejsca, w których nacieszycie oczy, a równocześnie nie wydacie zbyt dużej kwoty pieniędzy i świetnie spędzicie czas. Wspomnę parę słów o „ekstremalnym zwiedzaniu”, a także o tym, jak turyści godzą się ze znoszeniem obostrzeń i czy czuliśmy się podczas całego dnia bezpiecznie. Zapraszam na:

W podróż wybraliśmy się w niedzielę 31 maja. Planowaliśmy ją już wcześniej, tyle że w nieco okrojonej wersji. Podejrzewaliśmy, że nasze zwiedzanie zakończy się na parku i terenach zielonych wokół fortyfikacji w Mosznej, jednak dosłownie trzy dni przed wyjazdem okazało się, że na nowo praktykowane jest tam coś, co nazywa się „zwiedzaniem ekstremalnym”, które oprócz zwykłej trasy turystycznej wewnątrz zamku gwarantuje też dostęp do większej ilości pomieszczeń i dużą dawkę chodzenia. Zwykle grupy składały się z 12-stu osób, teraz tę liczbę ograniczono do 6-ciu. Załapaliśmy się więc dopiero na wcześniej wspomniany przeze mnie weekend na godz. 17.00. Obecnie istnieją tylko dwa terminy dziennie – właśnie ten i kolejny o 18.30 (tylko w piątki, soboty i niedziele).

Wiedzieliśmy jednak, że zwiedzanie ma trwać jedynie półtora godziny, więc nawet chodząc kolejne tyle po parku i ogrodach, brakowało nam wypełnienia czasu tak, żeby wyrwać się z domu na pełny dzień. Postanowiliśmy więc wstąpić po drodze do Rogowa Opolskiego, bo po krótkich poszukiwaniach okazało się, że też można odnaleźć tam zamek – nie tak okazały jak w Mosznej, jednak wzbudził naszą ciekawość. Nie mieliśmy jednak zbyt dużego szczęścia, bo przez cały weekend zapowiadano opady i z tego też względu sporządziliśmy plan awaryjny, czyli pobyt gdzieś, gdzie można się ogrzać i posiedzieć w zamkniętym pomieszczeniu. Okazało się, że taki obiekt znajdował się tuż obok naszego celu w Mosznej – Fabryka Robotów, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. Czytając o tym miejscu, od razu przyszła mi na myśl Galeria Figur Stalowych w Krakowie, którą odwiedziliśmy wraz z przyjaciółmi już parę ładnych lat temu i zrobiła na nas bardzo pozytywne wrażenie.

ZAMEK W ROGOWIE OPOLSKIM

Tym razem nie podam Wam żadnych innowacyjnych i ciekawych sposobów na dojazd, bo my od tych atrakcji mieszkamy niedaleko (a mimo tego nigdy nie widzieliśmy ich na żywo), więc wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy. Co mnie zaskoczyło, jeśli chodzi o zamek w Rogowie – wiedziałam, że to niezbyt rozsławiona atrakcja, ale nie spodziewałam się, że aż do tego stopnia, że nie przewidziano dla niej parkingu. Przejeżdża się przez mostek, staje właściwie tuż przy ścianie budynku, zaraz obok ogródka. Oprócz nas przyjechały może dwa auta i tyle też osób spotkaliśmy na swojej drodze – generalnie pustki, czyli zupełnie inny obraz, niż możemy dostrzec w Mosznej. Miało to jednak urok, zwłaszcza kiedy spacerowało się po przyległym parku.

Sam zamek wprawił nas w lekkie osłupienie przede wszystkim dlatego, że na wszystkich zdjęciach był żółty i wydawał się dość duży. Niedawno ktoś jednak musiał go przemalować, bo w końcu doszliśmy do wniosku, że ten trochę większym dom z ozdobnymi balustradami i może jedną dekoracją to rzeczywiście miejsce, do którego przyjechaliśmy. O samej budowli nie wiemy zbyt wiele poza tym, że pochodzi z czasów renesansu. W 1932 r. służyła jako obóz szkoleniowy dla Hitlerjugend, ostatecznie w 1945 r. przekształcając się w przedszkole, a następnie magazyn zboża. Dwa lata później usunięto z kaplicy na tym terenie trumny poprzednich właścicieli zamku o nazwisku Haugwitz i pochowano je na nowo w zupełnie bezimienny sposób. Po latach okazało się, że miejsce spoczynku zostało wyasfaltowane i przykryte przez śmietniki. Odnaleziono je jednak, dokonano ekshumacji i ciała ponownie przewieziono na teren pałacu.

Oprócz samej atrakcji możemy przejść się niewielkim parkiem, gdzie widnieje altana i kilka imponujących drzew uznanych za pomniki przyrody. Co ciekawe, zaraz za zamkowym murem rozciąga się zupełna dzicz – las, bujne chaszcze i trawy, wśród których można dostrzec sarny, a przynajmniej my mieliśmy takie szczęście. Tak oto prezentowała się całość:

FABRYKA ROBOTÓW

Zaraz potem udaliśmy się w stronę Mosznej i Fabryki Robotów. Baliśmy się, że ze względu na ograniczenia i określoną ilość osób, które mogą przebywać w środku, przyjdzie nam czekać dość długo na zewnątrz, a jednak zupełnie niesłusznie. Zresztą nawet gdybyśmy nie weszli od razu, to zwiedzanie zajmuje dosłownie 10-15 minut. Czy mimo tak krótkiego czasu polecamy wejście do środka? Raczej tak, zwłaszcza że cena nie jest zbyt wygórowana – 15 zł za osobę dorosłą, jeszcze mniej w przypadku studentów czy dzieci.

Jak ma się to do jakości? Nie najgorzej, chociaż jeśli miałabym do wyboru Fabrykę a Galerię Figur Stalowych w Krakowie, to z pewnością wybrałabym drugą opcję. Eksponatów uświadczycie znacznie więcej, poza tym odwołują się również do bajek, nie tylko filmów sci-fi. Można ich dotykać, a w przypadku pojazdów wchodzić do środka czy nawet ruszać niektórymi elementami. Jeśli ktoś z Was byłby zainteresowany większą ilością informacji, to bardzo chętnie odpowiem na pytania mailowo bądź w wiadomości prywatnej na Facebooku.

Wracając jednak do atrakcji w Mosznej – na miejscu możemy zobaczyć filmik, na którym pokazano, jak powstaje jeden z większych modeli robotów. Bardzo dużo figur bazuje na Star Wars lub Transformers, więc jeśli jesteście fanami, to na pewno się tam odnajdziecie. Raczej mało eksponatów wychodziło poza schemat – parę Minionków czy Wall-e, który akurat niesamowicie przypadł mi do gustu. Podobało mi się też, że przy każdej postaci widniała tabliczka z opisem, ile czasu zajęło jej wykonanie. Niektóre z nich powstawały nawet parę lat, ponad 300 godzin, a ogrom pracy w nie włożony wywołuje duży podziw. Parę robotów wydaje dźwięki i rusza się, choć nie są to na pewno spektakularne wygibasy. Czy polecamy? Żeby jechać do Mosznej tylko po to, by specjalnie zobaczyć muzeum, to niespecjalnie, ale jako dodatkowa atrakcja dołączona do zamku jest świetna i uzupełnia czas, jeśli został Wam go nadmiar. Zresztą może się okazać, że jeśli jesteś freakiem na punkcie robotów, to będziesz cykać sobie zdjęcia z każdym pojedynczym eksponatem, jak to robiła para przed nami (choć dziewczyna wydawała się już mocno zmęczona i zakłopotana). Pod spodem kilka zdjęć na zachętę:

ZAMEK W MOSZNEJ – ZWIEDZANIE

Jeśli zdecydujecie się na zwiedzanie w takiej kolejności jak my, to polecam zostawić auto przy muzeum, bo dzieli je od zamku zaledwie 200 metrów. My z początku chcieliśmy podjechać, ale akurat były Zielone Świątki i z tego też względu w okolicach kościoła odbywały się różne uroczystości, z racji których największy parking w okolicy przemieniono w strefę płatną, gdzie panował ogromny ścisk. Pewnie w inne dni jest lepiej, ale jako że nie możemy tego potwierdzić, to zawsze warto znać taki dodatkowy punkt na mapie.

Przed oficjalnym zwiedzaniem zamku została nam ponad godzina, więc poszliśmy przejść się ogrodami wokół. Wszystko to jest oczywiście obarczone dodatkową opłatą, tak więc za zwiedzanie ekstremalne zapłaciliśmy 38 zł od osoby dorosłej (32 zł z ulgą), a dodatkowo kolejne 10 zł (8zł) za wejście do palmiarni i wszystkiego, co znajduje się na zewnątrz. Wiosna mocno sprzyja takim przechadzkom, bo wokół gęsto rosną rododendrony i azalie w różnych kolorach, co chwilę da się dostrzec jakieś fioletowe, bordowe czy żółte kule. Jest jedna główna ścieżka i dwie boczne, od których odchodzi wiele odnóg. My przeszliśmy się dwiema z nich, chcieliśmy nieco odciąć się od ludzi, którzy co chwilę przystawali i robili sobie zdjęcia. Trafiliśmy nawet na ścieżkę, która kiedyś musiała uchodzić za „sportową” – co kilka metrów znajdowały się drążki, kółka czy ławeczki oraz tablice z poleceniami, co przy nich zrobić (np. 10 podciągnięć, 20 przeskoków). Chyba jednak nie cieszyło się to zbyt dużą popularnością, bo wszystko wygryzła korozja, a niektóre urządzenia stały się ledwo dostrzegalne spod chaszczy i zarośli. Dodatkowo w połowie musieliśmy zawrócić, bo na drogę zwaliło się pokaźne drzewo.

To i jeszcze kilka czynników dało nam do myślenia, że na urok tego miejsca wpływa przede wszystkim pora roku, w mniejszym stopniu natomiast praca ludzka. Wiadomo, bilety wstępu na pewno nie dostarczały zbyt dużych funduszy ze względu na niską kwotę, ale osób odwiedzających zamek jest mnóstwo, więc powinno się to w miarę kalkulować. Mieliśmy jednak nieodparte wrażenie, że gdy tylko kwiaty zrzucą płatki, nie będzie już zbyt wielu rzeczy, którymi nacieszylibyśmy oczy. Chyba że sarnami, które są zamknięte na wygrodzonym poletku nieopodal zamku – jeśli dobrze ich poszukacie, to może nawet będziecie w stanie dotknąć ich przez płot, są bardzo przyjaźnie nastawione do ludzi. Ach, no i nie zapominajmy o pomnikach przyrody – ogromnych dębach, których konar jest tak gruby, że mogłoby go równocześnie objąć 5-6 ludzi, czego dowód znajdziecie poniżej.

Co do wrażeń z samego zamku – cóż, z zewnątrz rzeczywiście wygląda bajkowo i nie dziwne, że wzbudza zainteresowanie nawet za granicą. W chwili dodawania relacji z pobytu na Instagrama, kilka osób pisało do mnie i mówiło, że nie miało pojęcia o istnieniu takiej budowli w Polsce. Cóż, trzeba przyznać, że na pierwszy rzut oka niczego jej nie brakuje – a co, jeśli wejdziemy do środka?

Palmiarnia nie robiła na nas zbyt dużego wrażenia – no ładna, ale w środku tłumy i zaduch, nic specjalnego. Kawiarnia w zamku nie aż tak droga jak mogłoby się wydawać – przepyszna gorąca czekolada topiona na miejscu i smaczne desery, więc na pewno się nie rozczarujecie. Obsługa co chwilę dezynfekuje stoliki i rzeczywiście przestrzega ograniczeń ilościowych wobec klientów, barykadując wejście.

Zbiórka i odbiór biletów na zwiedzanie ekstremalne odbywa się przy wewnętrznej recepcji. Obowiązuje nakaz noszenia maseczek! Na przewodnika czekaliśmy my i jeszcze dwa małżeństwa w średnim wieku. Oprowadzał nas Adam P. i o ile o samej historii zamku opowiedział, o tyle jego zakres wiedzy i sposób wygłaszania przemyśleń pozostawiał odrobinę do życzenia (zwłaszcza w oczach jednego z mężczyzn, który komentował to, gdy tylko miał okazję). Często wydawało mi się, że ilekroć padało jakiekolwiek pytanie, przewodnikowi ciężko było na nie odpowiedzieć. Niestety będąc po kursie pilockim, wyłapywałam dużo błędów, które popełniał, no ale zapewnił odpowiednią atmosferę w grupie, był bardzo wyluzowany i, co akurat uznaję za ogromny plus, miał fajne podejście co do samego zwiedzenia. Pomijając, że zaraz kiedy zniknął z oczu innych ludzi, pozwolił na zdjęcie maseczek, to pozwalał nam także wchodzić w takie miejsca, które podczas epidemii są raczej niedostępne dla turystów. W opisie zwiedzania dodatkowo możemy zaobserwować notę, że za zwiedzanie wież należy się dodatkowa opłata, my natomiast na jedną z nich (myśliwską) otrzymaliśmy dostęp. Koniec końców byliśmy bardzo zadowoleni z takiego obrotu sprawy mimo różnych uwag.

Trasa nie jest długa i mimo że nazywa się ją „ekstremalną” to niewiele z tej nazwy spotkamy na swojej drodze. Dużo jest jakichś takich tandetnych ozdób zrobionych typowo pod dzieciaki, dodatkowo zdziwił mnie fakt, że wnętrze zamku poza kilkoma salami nie prezentuje się kwitnąco. Nie mówię tu już nawet o obszarach, gdzie panuje po prostu pustka, ale także o tych znajdujących się na drodze turysty. Widać, że bardzo duża część przedmiotów to jakieś pudła i graty zostawione przez pracowników – niby nic, ale jednak troszkę kole to w oczy. Przyszykujcie się też na bardzo specyficzny zapach stęchlizny i kapusty, którego raczej nie sposób pozbyć się z tak dużego obiektu wyłącznie poprzez otwieranie okien.

No ale żeby nie wyszło, że tylko tu sobie gderamy – wycieczka ogólnie nam się podobała. Zobaczyliśmy najbardziej luksusowy apartament z wręcz powalającą wanną w takich rozmiarach, że można by się w niej kąpać na stojąco, dwie piwnice (dawną kuchnię i miejsce pochówku, które jednak okazało się zbyt wilgotne – do tego stopnia, że podczas deszczu turyści muszą stać na specjalnej platformie), mnóstwo korytarzy, salę myśliwską, krużganki i wiele innych. Mnie jednak bezsprzecznie najbardziej podobał się widok rozciągający się z najwyżej wieży, spójrzcie sami.

Przy okazji dowiedziałam się też, dlaczego zamek nazywa się zamkiem 365 pomieszczeń i 99 wież, których przecież nie ma już na pierwszy rzut oka. Otóż te „wieże” to wszystkie elementy, które wystają ponad powierzchnię dachu – spójrzcie, jak łatwo można nagonić klientów i stworzyć smaczek, który tak naprawdę wcale nie istnieje. Magia turystyki 😉

ZAMEK W MOSZNEJ – FAKTY I CIEKAWOSTKI

Żeby jednak nie było, że zarzucam Was samymi wrażeniami – kilka sprawdzonych informacji o samym zamku. Wszystkiego Wam nie opowiem, bo wtedy zwiedzanie nie ma większego sensu (a przecież możecie trafić do pana Adama), ale co ciekawsze fakty może zechcecie przyswoić. Warto wiedzieć, że korytarze, którymi będziecie się przechadzać, to pozostałości po kiedyś istniejącym w zamku ośrodku psychiatrycznym i lazarecie (II wś). W zamku do dziś oprócz różnych festiwali  czy świąt na zewnątrz (np. święto kwitnącej azalii) odbywa się wiele występów teatralnych, a także koncertów w kaplicy (która notabene kiedyś została przerobiona na stajnię, do której konie schodziły po schodkach). Ostateczny kształt zamku możemy obserwować od czasu, kiedy część budynku spłonęła. Gdy teraz się tak zastanawiam, to chyba nie znam zamku, którego dzisiejsza forma wyklarowała się inaczej niż przez pożar czy wojnę (ten akurat tej tragedii uniknął). Wiele przylegających do niego miejsc powstawało w różnych okresach, stąd różne style architektoniczne wielu z nich. No i na koniec fakt dla fanów kina – to właśnie tutaj nakręcano sceny do Testu Pilota Pirxa.

Ostatecznie na pewno polecamy wejście do środka zamku, nie tylko obserwowanie jego murów z zewnątrz. Nie obiecuję, że wszystkie widoki będą godne zobaczenia, jednak warto unaocznić sobie, jak cienka w tym wypadku jest granica między bogactwem a pustką po minionych latach świetności. Mamy jednak czym się pochwalić i na pewno, jeśli tylko szukacie atrakcji na weekend, to nie będziecie zawiedzeni – budowla zapewnia oku estetyczne pocieszenie.

Z mojej strony to byłoby już na tyle – dajcie znać, czy te tereny są Wam znane, czy też jeszcze nigdy nie mieliście sposobności ich zobaczyć. Mam nadzieję, że Was zachęciłam i przedstawiłam kilka faktów, o których do tej pory nie mieliście pojęcia. A w razie gdyby jeszcze było Wam mało, to zachęcam do odwiedzania mojego fanpage’a na Facebooku oraz Instagrama – odnośniki po prawej na górze! Trzymajcie się ciepło.

Magdeburg – czyli odwiedziny po latach, maszkary miasta i obalanie kłamstw internetu

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć dość spontanicznej wycieczki do Magdeburga, a dokładniej miejscowości Haldensleben, którą odbyłam 6-10 lutego 2020 roku. Z założenia nie był to wyjazd typowo zwiedzaniowy, jechałam odwiedzić przyjaciółkę z dawnych lat, Karolinę (nazywaną pieszczotliwie Malinką) i jej chłopaka Damiana, którzy jakiś czas temu wyjechali do Niemiec. Jak się jednak okazało, wystarczyło nam czasu na przechadzkę zarówno po Magdeburgu, jak i po Hundisburgu. Interesują Cię zabytki sprzed ponad 800-set lat? Chcesz poznać nowe, smaczne piwko? A może kręcą Cię dziwne, abstrakcyjne rzeźby? To wszystko i jeszcze więcej znajdziesz w tej krótkiej relacji, zapraszam na:

Jak zrealizowałam plany wyjazdowe?

Cała ta historia rozpoczęła się w grudniu podczas przerwy świątecznej. Karolina akurat przyjechała do Polski i zaproponowała spotkanie, co było dla mnie niemałym zaskoczeniem, zważając na to, że nie widziałyśmy się jakieś dobre 2-3 lata. Znamy się jednak od siódmego roku życia i niezależnie od tego, ile upłynęłoby czasu, między nami jakby nic się nie zmieniało; brak jakiejś niezręcznej ciszy, dziwnych spojrzeń czy oceniania. Opowiadamy o wszystkim, rzucamy żarty, które wciąż bawią nas obie i raczej nie odczuwamy skrępowania. I nagle Karolina wzdycha, że byłoby fajnie, gdybym kiedyś do niej przyjechała, bo rzadko ktoś znajomy ich odwiedza. Mnie jednak dwa razy powtarzać nie trzeba, a wręcz dziwi mnie, że znając moje poczynania, nie chciało jej się wierzyć w mój przyjazd.

Dojazd, ceny i dworzec autobusowy w Berlinie (ZOB)

Zaczekałam tylko mniej więcej do połowy sesji, żeby wiedzieć, jak uwinę się z egzaminami, a później po prostu założyłam, że nie mogę nie zdać żadnego egzaminu i kupiłam bilety na Flixbusa, jako że okazał się najtańszym środkiem transportu. Przy wyjeździe z Wrocławia o godzinie 15:30 zapłaciłam około 110 zł, natomiast wyjazdy nocne, ok. 3.00 kosztowały jakieś 10 zł mniej. Trzeba się jednak liczyć z tym, że wydamy te 200 zł z kawałkiem w obie strony, co i tak nie jest złą ceną.

Autobus do Magdeburga spóźnił się pół godziny, co akurat dla mnie stanowiło całkiem duże pocieszenie. Nieco obawiałam się przesiadki w Berlinie; nie ze względu na to, że trzeba zmieniać autokar, po prostu pamiętałam z wakacyjnej pracy, jak ten główny dworzec autobusowy (ZOB) wygląda. Z tego co się orientuję, był remontowany jeszcze dwa lata temu (jeśli nie więcej) i do teraz ten proces się przeciąga. Raczej nie da się tam zgubić mimo ponad 30 stanowisk odjazdowych, tyle że nie wygląda zbytnio zachęcająco, a przyszło mi tam spędzić dwie godziny zarówno do Niemiec, jak i z powrotem.

Na miejscu są budki z ciepłym jedzeniem (pizzą itd.), oprócz tego mały sklepik wewnątrz poczekalni w rodzaju tych, które możemy zaobserwować na dworcach PKP. Na ścianie znajdują się dość duże tablice z odjazdami, przyjazdami i osobna dla połączeń miejskich z odliczaniem minut. Mamy też parę automatów z ciepłymi napojami oraz batonikami, jednak bardzo dużo oczekujących zadowala się puszką czy butelką piwa. W końcu dochodzi do tego, że część z nich rzeczywiście wygląda na podchmieloną, ktoś rozlewa alkohol na podłogę, a jeszcze inni po prostu wyglądają na niezbyt przyjazne osobniki.

Oczywiście to tylko kilka osób, ale te najbardziej zwracają uwagę, zwłaszcza jeśli jest się kobietą i podróżuje się samodzielnie. Wtedy każdy, kto za blisko się przesiada, zaczyna znikąd krzyczeć albo przybiera nieprzyjemny ton, wydaje się groźny, mimo że oprócz Ciebie czekają jeszcze dziesiątki innych osób i wydają się raczej nieszkodliwe. Nie zapominajmy też, że było stosunkowo późno, a w każdym razie już ciemno, bo do Berlina dotarłam o 19.40, a odjechałam 21.40. Chciałoby się poczytać książkę, pograć w coś na telefonie i jakoś zabić tę nudę, ale z początku woli się nie spuszczać wzroku z torby.

Warto też zauważyć, że miejsc do siedzenia nie ma zbyt wiele, poza tym ludzie często wrzucają swoje toboły na krzesło obok siebie, więc części osób, w tym mnie, pozostaje zajęcie parapetu. I wiecie co? Mogę nazwać się szczęściarą, bo na całej szerokości ściany rozciągają się kaloryfery i w tym miejscu jest po prostu ciepło. Czasem nawet trzeba wstać i się poprawić, bo uda i tyłek zaczynają piec z gorąca. Na całym dworcu jest raczej chłodno, więc to miejsce wydaje się dosyć strategiczne. W drodze powrotnej czułam już, jakbym wróciła do dobrze znanego miejsca, więc ułożyłam się wygodnie z książką i tylko dyskretnie odsunęłam się z metr czy dwa, kiedy obok położył się dziwnie wyglądający facet i zaczął chrapać.

Sama podróż tak naprawdę nie trwa długo. Z Wrocławia do Berlina niecałe 4 godziny, z Berlina do Magdeburga niecałe 2. Najbardziej uciążliwe jest właśnie to czekanie, kiedy tak naprawdę za ten czas można by dotrzeć już na miejsce. Wielu osobom może też przeszkadzać fakt, że po przesiadce jedziemy z niemieckimi kierowcami, więc wszystkie informacje przekazywane są właśnie w tym języku. Nie jest to jednak zbyt duży problem, o ile znacie chociaż podstawy. Jeśli nie, to myślę, że po samych nazwach stacji też da się rozeznać. Ja na przykład byłam zaskoczona, bo moja znajomość niemieckiego jest na naprawdę niskim poziomie (mimo dziewięciu lat nauki, po prostu nie pałam sympatią, jeśli chodzi o jego brzmienie), a mimo tego potrafiłam porozumieć się w prostych kwestiach i załapać większość poleceń typu; gdzie włożyć bagaż, dokąd się jedzie, gdzie udajemy się teraz. Tak czy siak cieszyłam się, że Magdeburg to pierwszy przystanek po przesiadce, bo a nuż z moim szczęściem wysiadłabym źle. Tu przynajmniej nie mogłam się pomylić, zwłaszcza że znajomi czekali na mnie już przy samym wyjściu.

Warto wspomnieć, że na autostradzie pomiędzy Haldensleben a Magdeburgiem jest wielkie zamiłowanie do fotoradarów, które ponoć pojawiają się tam na krótko i w różnych miejscach. Nas na przykład jeden z nich zaskoczył i dzięki temu już w pierwszy dzień zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie… Mówię o tym z tego względu, że ograniczenia prędkości w pewnych odcinkach drogi zmieniają się bardzo szybko, schodząc nawet do 80 km/h, więc raczej nikt nie dostaje tam niskich mandatów. Czemu mówię nikt? Bo w ciągu paru dni mnóstwo znajomych czy współpracowników Karoliny i Damiana, którzy jeżdżą tamtą drogą, spotkało się z podobną nieprzyjemnością.

Zamek w Hundisburgu

Nasz tryb zwiedzania z pewnością nie był taki, jak z początku sobie wyobrażałam, przede wszystkim dlatego, że kładliśmy się w godzinach wczesnorannych typu 4.00 lub nawet 6.00 i światła dziennego nie pozostawało nam zbyt wiele. Magdeburg odwiedziliśmy na dłużej dopiero ostatniego dnia, natomiast wcześniej udałyśmy się z Karoliną do Hundisburga, gdzie znajduje się zamek pochodzący z XII w., pierwotnie należący do arcybiskupa Ludolpha von Magdeburga. Po II wojnie światowej został przejęty przez żołnierzy radzieckich i kiedy w listopadzie 1945 roku wybuchł pożar, znaczna część budynków spłonęła. Większość z nich jednak odbudowano i dziś możemy obserwować zamek wraz z przylegającymi do niego ogrodami w takiej właśnie formie:

Latem czy wiosną te obszary na pewno wywołują silniejsze wrażenia, ale wystarczy odrobinę uruchomić wyobraźnię, by zobrazować sobie, jak wygląda zieleń na tych terenach w pełni rozkwitu. Niezależnie jednak od pory roku możemy skorzystać z restauracji, która znajduje się wewnątrz samego zamku albo dostrzec ludzi wypuszczających drony i fotografujących wszystko z góry. My obeszłyśmy ogrody wzdłuż i wszerz, doszłyśmy także do bramy z herbem i odkryłyśmy… kubek, który Karolina nalegała, bym wrzuciła na Podróżniki, a więc oto i on:

Jeśli macie pomysły na jego zastosowanie, to podzielcie się nimi w komentarzu!

Przeszłyśmy też do parku, który znajduje się obok. Co ciekawe, przyroda zupełnie się rozregulowała i czując tak wysoką jak na luty temperaturę, postanowiła, że zacznie pokazywać swoje wdzięki. Z tego też względu nasze zwiedzanie przemieniło się w poszukiwanie kwiatów, bo o ile z początku znalazłyśmy jeden czy dwa, o tyle później natrafiłyśmy na ich całe skupiska. Ani ja ani Karolina nie jesteśmy dobre, jeśli chodzi o botanikę, jednak w XXI w. przyszła nam z pomocą dość fajna aplikacja o nazwie PlantSnap, która po zdjęciach albo obrazie z kamery jest w stanie zidentyfikować daną roślinę. Całkiem fajna sprawa, jeśli chce się troszkę poduczyć albo poddać sprawdzeniu w przypadku miłośników przyrody. Tak na przykład odkryłyśmy, że kwiat ze zdjęcia pod spodem to Rannik Zimowy (żółty), no a przebiśniegi i krokusy są już raczej znane. Jedynym minusem tej apki jest to, że możecie wykonać jedynie 10 zdjęć dziennie, chyba że wykupicie wersję premium.

Jako że wchodziłyśmy w każde możliwe miejsce, które wyglądało na warte odkrycia, odnalazłyśmy też coś, czego niekoniecznie się spodziewałyśmy, a mianowicie dwa odosobnione nagrobki. Nieco przerażający widok, zwłaszcza że miejsce jest zupełnie niepozorne; niska górka otoczona kwadratem z niskich krzewów, a pośrodku nich to:

Starałam się znaleźć jakiekolwiek informacje na temat tych kobiet i sprawdzić, czy mają ze sobą coś wspólnego, jednak jedyny wątpliwy trop prowadził mnie do nazwiska Eichborn, czyli byłego porucznika Wermahtu. To pozostanie więc dla nas nierozwiązaną tajemnicą.

Ruiny kościoła Nordhusen

Prosto stamtąd podążyłyśmy za drogowskazami do ruin Nordhusen znajdujących się nieopodal. Zaczęłyśmy mieć jednak nieco wątpliwości, kiedy wjechałyśmy na drogę bez wątpienia przeznaczoną dla jednego auta, która bardziej przypominała ścieżkę dla pieszych bądź rowerów. Według nawigacji zostało nam jednak 200 m do celu, więc stwierdziłyśmy, że zamiast cofać i iść w jedną oraz drugą stronę, nie wiedząc, czy na końcu rzeczywiście są jakieś ruiny (raczej nic na to nie wskazywało), to po prostu podjedziemy do końca i w razie czego wyjedziemy na wstecznym. Gdybyście mieli takie wątpliwości jak my; to jednak była droga dla samochodów, na końcu znajduje się nawet parking. Co prawda nie jest nawet utwardzony i wygląda, jakby auto miało się tam zaraz zapaść, ale jest.

Udałyśmy się więc wyasfaltowaną dróżką prowadzącą pod samą atrakcję, na chwilę jeszcze zbaczając z trasy. Po prawej znajdowało się dość ładne jeziorko, nawet spotkałyśmy tam mężczyznę łowiącego ryby. Ani ja, ani Karolina nigdy nie wędkowałyśmy, jednak miałyśmy wrażenie, że zarzucanie wędką i zwijanie żyłki pięć razy na minutę nie jest zbyt dobrym pomysłem. Poza tym nawet dla nas, jako osób, które w życiu tam nie zawitały, wydawało się, że w wodzie nie ma żadnych ryb i nic nie wskazywało, żeby było inaczej. Ten fakt oraz przyjście drugiego faceta kilka minut później sprawił, że wolałyśmy jednak nie przechodzić obok nich i poszłyśmy drogą dookoła, zwłaszcza że oboje co chwilę rzucali dziwne spojrzenia w naszym kierunku.

Samo jezioro było jednak bardzo ładne, poza tym to dość dobre miejsce do robienia zdjęć.

Do głównej atrakcji, jak się okazało, nie było wcale daleko. Po drodze spotkaliśmy wracającą akurat stamtąd parę, dosyć roześmianą i wesołą, dlatego obstawiałyśmy, jaka była ich prawdziwa reakcja:

  1. Ale było super, takie fajne ruiny!
  2. Hahahaha tyle szliśmy, żeby zobaczyć dwa kamienie, hahaha BEKA.

W komentarzach na dole możecie napisać, co Wy byście obstawili, a później swoją własną opinię na temat tego, czy było warto, czy też nie, kiedy już spojrzycie na zdjęcie na dole. My generalnie nie byłyśmy zbyt rozczarowane. Ba, po islandzkich Borgarvirkach (kto nie wie, o co chodzi, ten może się dowiedzieć tutaj) ucieszyło mnie, że zachowała się cała wschodnia ściana budowli i rzeczywiście coś można sobie zwizualizować. Ponadto w środku umieszczono dwa plakaty pokazujące mapki i schematy uwzględniające kościół, który odnalazłyśmy i który przetrwał w tym miejscu od 1200 roku.

Budowla miała 17 m wysokości – grube mury, małe otwory okienne i powybijane cegły chyba z zamysłem wentylacji (bez wątpienia styl romański). Nie umiałyśmy jednak uwierzyć w to, jak maleńki musiał być ten kościółek. Patrząc na jego zarys na mapce, musiał się kończyć tuż przy spadzie do jeziora, a te wymiary można by przyrównać do zwykłego rodzinnego domku, tylko dużo wyższego. Naszym zdaniem całkiem opłacało się przyjechać, żeby to zobaczyć, a raczej nie jest to zbyt rozsławiona atrakcja.

Smaczne, kobiece piwko z Niemiec

Jak to dwie kobiety, które spotykają się po długiej rozłące, poszłyśmy na zakupy, bo śmianie się z ohydnych ubrań zawsze mocno nas do siebie zbliżało. Jeśli chodzi o odzież, rozbieżności między Niemcami a Polską zbyt dużych nie ma. Ja natomiast bardzo lubię przechadzać się po sklepach spożywczych, gdzie warzywa są tak ładne i świeże, a wybór słodyczy i alkoholi cieszy oczy. Nie jestem smakoszem piwa, ale od siebie mogę polecić produkowane w Niemczech Veltins V+ Energy, którego w Polsce nigdy nie widziałam (chociaż ponoć można kupić je w Lidlu). To coś w rodzaju Radlera/Sommersby, w podobnej butelce, 4,8% alkoholu, przy czym 1/5 składu stanowi napój smakowy, w tym wypadku energetyk. Dość mocno słodkie, ale też nie takie mdłe, bardzo przyjemne na jakąś imprezę jako alternatywa do tego, co znamy. Może i babskie, ale smaczne 😀 Znajdziecie je w takiej oto niebieskiej butelce:

Wizyta w Magdeburgu

Ostatniego dnia mojego pobytu wreszcie zajęliśmy się eksploracją Magdeburga. Miasto ma ponad 1200 lat, dlatego możemy spotkać tam wiele zabytków pokroju kościołów. Zatrzymaliśmy się na parkingu nieopodal klasztoru Najświętszej Maryi Panny, gdzie obecnie znajduje się muzeum sztuki i udaliśmy się w kierunku rynku. Po drodze, dokądkolwiek by się nie poszło, cały czas natyka się na rzeźby różnej maści. Większość z nich odbiega jednak od realizmu, jest zupełnie abstrakcyjna i nieproporcjonalna. Momentami aż do tego stopnia, że staje się to zabawne, czego przykładem może być na przykład ten zając.

W samym centrum znajduje się jedna z najstarszych budowli Magdeburga, katedra świętego Maurycego i świętej Katarzyny. Dostrzec można, że zaprojektowano ją w duchu gotyku, jednak dodano elementy charakterystyczne dla sztuki lokalnej. Dla mnie wyjątkowo ciekawe okazały się zwieńczenia wieżyczek, spójrzcie.

Co ciekawe, przed katedrą znajduje się ogromny plac, na którym wciąż widniały świąteczne dekoracje (mimo że był luty). Złote, wielkie konie, bombki i tak dalej, które zajmowały sporo przestrzeni. Gdyby nie one, w tym miejscu musiałoby być strasznie pusto, a przynajmniej mnie się tak teraz wydaje, kiedy o tym pomyślę.

Najbardziej jednak wyczekiwaną przeze mnie atrakcją była Zielona Cytadela (która w rzeczywistości jest różowa). Obecnie funkcjonuje jako blok mieszkalny, co również było dla mnie nie lada zaskoczeniem. Podejrzewałam, że w takim budynku jak ten znajdzie się jakieś muzeum czy inna kulturalna ostoja (co prawda wystawiane są tu obrazy twórcy, ale nie to jest głównym przeznaczeniem), natomiast można tam dostrzec zamiast tego suszące się pranie, a kiedy wejdzie się schodami na górę, pośrodku całego skweru znajduje się plac zabaw dla dzieci. Myśląc o tym, aż współczuję mieszkańcom i nie dziwię się, czemu większość z nich nie odsłania nawet okien. Pewnie przywykli już do tego, że ich prywatność jest wiecznie naruszana przez turystów robiących zdjęcia.

Co to właściwie za budowla? Dla jednych maszkara, dla innych całkiem ładny twór stworzony przez Friedensreicha Hundertwassera. To może być dla wielu osób zaskoczeniem, zwłaszcza jeśli posiłkują się tylko pierwszą informacją, którą zobaczą zaraz po wpisaniu w Google „atrakcje Magdeburga”. Otóż przy zdjęciu cytadeli pod spodem da się dostrzec napis „Antoni Gaudi” przy czym miał on z tym tyle wspólnego, co nic. Sama na początku dałam się na to złapać, mimo że cały czas zastanawiało mnie, co architekta hiszpańskiego sprowadziłoby akurat do Magdeburga. Obalamy więc mity: Zielonej Cytadeli Gaudi nie widział na oczy.

Blok ma bardzo nietypowy kształt, zaraz obok niego znajduje się owalna wieża. Dużo przeszklonych powierzchni, czerwone pionowe pasy co metr czy dwa. Dużo kulistych elementów, ale moją uwagę najbardziej przykuły różnokolorowe kolumny, które w niektórych miejscach wyglądały, jakby ktoś ułożył je z ogromnych koralików. O ile całość sprawiała dla mnie ciekawe, choć raczej nieestetyczne wrażenie, o tyle filary zupełnie mnie urzekły. Oceńcie sami.

Zoo w Magdeburgu

Udaliśmy się też do zoo w Magdeburgu, ale nieco się rozczarowaliśmy. Prawdopodobnie w okresie letnim wyglądałoby to wszystko lepiej, ale w dzień, kiedy było szaro i wietrznie, wydawało się, że zwierzęta po prostu marzną (surykatki stały na pod lampką zbite w kłębek i dygotały). Z początku Karolina śmiała się jeszcze przed wejściem, czy tam będą w ogóle jakieś zwierzęta, a po obejściu całości stwierdziliśmy, że jej pytanie nie było bezzasadne. Większość wybiegów zewnętrznych stała pusta, bez możliwości wejścia i zobaczenia zwierząt wewnątrz. Później śmialiśmy się już tylko, że oglądamy roślinki i kupy, a widok żywej istoty wywoływał w nas euforię.

Na miejscu jest kilka ciekawych zwierząt, np. pingwiny, jednak całość nie robi powalającego wrażenia. Zoo nie jest zbyt duże, wybiegi zresztą podobnie, a cena zbyt wygórowana zwłaszcza jak na okres zimowy. Zapłaciliśmy 13 euro plus osobno parking, z czego powinniśmy chociaż o połowę mniej, biorąc pod uwagę to, co zobaczyliśmy. Naszym zdaniem tę atrakcję lepiej sobie podarować i zająć się czymś bardziej pożytecznym.

Około 18.00 czekał mnie powrót do domu i na szczęście pomimo dużych wiatrów i ulewy, na jaką wtedy natrafiłam, już o 2.00 nad ranem dotarłam bezpiecznie do domu. Myślę więc, że jeśli ktoś miałby te parę dni wolnego i zastanawiał się, jak spożytkować swój czas, to Magdeburg jest dość dobrym miejscem na krótki wypad. A Wy odwiedziliście może kiedyś to miasto czy do tej pory nie mieliście pojęcia o jego istnieniu? Napiszcie! Zapraszam również do poczytania o innych ciekawych atrakcjach i podróżach, a także do odwiedzenia mojego fanpage’a i Instagrama, odnośniki po prawej na górze!

Budapeszt cz.3 – czyli muzea, błądzenie w labiryncie i trochę magii w domu iluzjonisty

Informacje ogólne: To już trzecia część naszej budapeszteńskiej przygody – jeśli nie czytałeś poprzednich, to serdecznie zapraszam, a jeśli nie masz ochoty do nich wracać, to najlepiej, jeśli przejdziesz od razu do czwartego akapitu. W poniższym wpisie jeszcze parę słów o kościele Macieja, a także strefa bardziej rozrywkowa. Tym razem nie skupimy się aż tak bardzo na zabytkach, a na nietypowych muzeach: Dom Houdiniego, Hospital in the rock czy Labirynt. Zawitamy też na Wzgórze Gellerta wznoszące się nad całym Budapesztem – zapraszam:

Kościół Macieja

Po obejrzeniu baszty rybackiej poszliśmy przyjrzeć się z bliska kościołowi Macieja. Budowla ta przeżyła w swojej historii naprawdę wiele – pierwotnie służyła niemieckim mieszczanom jako miejsce modlitw, później przerobiono ją na meczet, ostatecznie w dużym stopniu została strawiona przez pożar (dwukrotnie), a podczas wojny Niemcy używali jej jako kuchni polowej, Armia Czerwona zaś jako stajni. To, co zobaczycie na zdjęciach, to prawie w całości rekonstrukcja oryginału, jednak kilka elementów uległo zachowaniu (np. południowa wieża). Bardzo długo rozważano jednak, czy kościoła w ogóle nie wyburzyć, ale na szczęście tak się nie stało i dziś uchodzi on za jeden z najważniejszych w kraju.

Plac odwiedziliśmy zarówno w dzień, jak i w nocy – niezależnie od pory dnia robił niesamowite wrażenie. Jedyne co nas odrobinę bawiło, to specjalna tablica przy kościele, która odliczała czas do następnego Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego, już 52-go z kolei. Dla sprostowania – samo wydarzenie nie wydawało nam się śmieszne, ale raczej sposób jego rozreklamowania. To tak jak ja mam na blogu po prawej stronie ustawione odliczanie do kolejnych wyjazdów (które niestety chyba szybko nie nadejdą…), tylko że tam pokazywały się nawet sekundy pod wielkim neonem z napisem SPOTKAJ SIĘ Z JEZUSEM. Wyglądało to trochę tak, jakby akurat do Budapesztu we wrześniu o wyliczonej porze miał zstąpić Jezus, a reszta świata może tylko pozazdrościć, spójrzcie:

Po całym dniu maszerowania udaliśmy się w końcu na zasłużoną kolację do rycerskiej restauracji Sir Lancelot, do której rezerwację zrobiliśmy jeszcze na długo przed naszym przyjazdem za pośrednictwem oficjalnej strony. Bez tego nie macie nawet co się łudzić, że wejdziecie do środka. Oprócz smacznego jedzenia możecie spodziewać się również atrakcji średnio co dwadzieścia minut podczas posiłku, ale jakich i o co w tym w ogóle chodzi – dowiecie się z wpisu ściśle kulinarnego, który pojawi się po zakończeniu serii w osobnej zakładce. Stamtąd w każdym razie wyszliśmy dopiero po północy. Siedzielibyśmy dłużej, gdyby nie okazało się, że za parę minut mamy szansę złapać ostatni sensowny transport do hotelu. Następny był dopiero za ponad godzinę, a aż tyle nikomu z nas nie uśmiechało się czekać.

Góra Gellerta

Następny dzień zaczęliśmy od Góry Gellerta po budeńskiej stronie. Było dość zimno, dlatego planowaliśmy na zmianę odwiedzać atrakcje na świeżym powietrzu i w jakimś pomieszczeniu, jednak w praktyce nie udało nam się to najlepiej, ale o tym troszkę później. Sam obiekt został umieszczony na liście światowego dziedzictwa UNESCO i wznosi się na ponad 230 metrów. W przeszłości to miejsce cieszyło się raczej złą sławą – mówiono, że odbywały się tam sabaty czarownic. Kiedy porzucono te wierzenia, samą okolicę uznano za dość niebezpieczną ze względu na dużą przestępczość i ta łatka przylgnęła aż do XIX w.

Na samym szczycie znajduje się Pomnik Wolności – kobieta wznosząca ku górze liść. Byłam święcie przekonana, że to liść laurowy, w końcu kojarzy się ze zwycięstwem. Jak się jednak okazało, to liść palmowy, który w pierwotnej wersji miał być śmigłami helikoptera i upamiętniać śmierć słynnego pilota. O samym wzgórzu mówi się dość żartobliwie, że uosabia ono Maroko i kraje skandynawskie – to dlatego, że jedno zbocze jest nieustannie naświetlone przez promienie słoneczne, drugie zaś zupełnie przeciwnie, co wpływa nawet na zróżnicowanie flory w tym miejscu.

Jak nasze wrażenia z marszu? Dość męcząco, zwłaszcza kiedy jest tak zimno. Nie wiadomo, czy się rozbierać, bo człowiek poci się pod tymi wszystkimi warstwami ubrań, czy jednak to odpuścić i nie ryzykować przeziębieniem. Zdecydowaliśmy się więc krótką przerwę, gdy ujrzeliśmy nadgryzioną czasem ławeczkę. Wiązała się z tym pewna zabawna historia, która jednak dość dobrze świadczyła o innych turystach. Otóż kiedy tam usiedliśmy, okazało się, że ktoś przed nami zostawił klucz (zupełnie zwykły, wyglądał jak do furtki czy mieszkania). Nie ruszyliśmy go i wstaliśmy, a dosłownie chwilę po nas pojawiła się tam inna para. Odeszliśmy parę kroków, a ona natychmiast zaczęła wołać, czy niczego nie zostawiliśmy, że to może nasz klucz i że to ważne. To miłe, wydaje mi się jednak, że u nas nie każdy czułby potrzebę, żeby kogoś z takiego powodu zatrzymać.

Marsz na górę zajął nam koło godziny, ale też z tego względu, że zatrzymywaliśmy się w charakterystycznych punktach, żeby zrobić zdjęcia, zwłaszcza że panorama stamtąd jest widoczna lepiej niż z jakiegokolwiek innego miejsca w Budapeszcie. Tutaj namiastka tego, co udało nam się zobaczyć:

Na szczycie oczywiście czekają nas też budki z jedzeniem i grzańcem (wyjątkowo drogim, bo jedynym w okolicy). Jeśli pójdzie się kawałek dalej, można dostrzec rozstawione stragany, tzw. mydło i powidło. Najbardziej z tego wszystkiego podobały nam się ogromne czapki z głowami zwierząt. Maciek chciał nawet sprezentować sobie jedną z nich (byłaby do kompletu z islandzkim szaliczkiem za 90 zł), ale okazało się, że kosztowała 60 zł i o dziwo zdrowy rozsądek wziął górę. Musicie jednak przyznać, że są przezabawne.

Labirynt Draculi

Stwierdziliśmy, że świetnym pomysłem będzie urządzenie sobie spaceru z Góry Gellerta aż do Labiryntu Draculi, czyli naszej następnej atrakcji, mieliśmy niecałe 3 km, więc stwierdziliśmy, że przejdziemy się na piechotę. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę, że Google Maps zejście ze wzgórza liczy jako drogę prostą, więc w rzeczywistości szliśmy, szliśmy, szliśmy i końca nie było widać. I już nawet nie zimno doskwierało nam najbardziej, a przepełniony pęcherz. Kiedy więc tylko dotarliśmy na miejsce, rozejrzeliśmy się za toaletą. Okazało się, że jest zaraz za barierkami, które przekraczało się po opłaceniu biletu, więc cali szczęśliwi podeszliśmy do kasy… by dowiedzieć się, że płatność można uiścić tylko gotówką.

To nie tak, że nie wypłaciliśmy papierowych pieniędzy. Nastąpił jednak kolejny dzień, gdzie w ani jednym miejscu nie odmówiono nam płacenia kartą i z obawy, że nie zdążymy potem wydać tych pieniędzy z bankomatu, posługiwaliśmy się nimi w pierwszej kolejności. No i błąd, bo zarówno w Labirynthusie, jak i w Domu Houdiniego nie posiadali terminala. Na szczęście bankomat znajdował się nieco dalej na placu – na nieszczęście pobierał taką prowizję, że pochłaniał dodatkowo ¼ tego, co chcieliśmy wypłacić. Później już się wycwaniliśmy i chodziliśmy tylko do bankomatów bodajże z OTP, które nie pobierają prowizji za pierwsze transakcje.

Do labiryntu schodziło się ponad 10 m pod ziemię, nie ma tam więc zasięgu. Miejsce to służyło kiedyś za więzienie, według legend było to także tymczasowe miejsce pobytu Vlada Draculi. Dziś zobaczymy tam jednak wystawę, która przenosi nas w czasie i pokazuje najważniejsze postacie historyczne w historii Węgier. Prócz samych posągów z kamienia znajdziemy liczne manekiny poubierane w wyszukane stroje. Każdy z nich imituje jakąś scenę – na przykład sygnowanie umów państwowych czy bal. Temu wszystkiemu towarzyszy odpowiednia muzyka (np. operowa) i wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że postacie za każdym razem umieszczano za kratami tak, by turyści nie narobili szkód. Z jednej strony odrobinę ubolewam, z drugiej widząc zachowanie niektórych z nich, wcale mnie to nie dziwi.

Atrakcję stanowiła też toaleta sama w sobie: malutka, stara, z krzywą podłogą i ledwo działającą spłuczką. Najgorzej jednak zabolał mnie fakt, że po tak długim czasie na zimnie miałam ochotę włożyć dłonie pod gorącą wodę w umywalce, a tymczasem widniał tam tylko i wyłącznie niebieski kurek. Strumień był tak lodowaty, jakby rzeczywiście swoje źródło miał kilkadziesiąt metrów pod ziemią.

Za bilet wstępu zapłaciliśmy 2500 HUF (ok. 32,5 zł) i był to najdroższy bilet na jakąkolwiek atrakcję, w jakiej tego dnia wzięliśmy udział. To wydaje się troszkę paradoksalne, bo jednak tam podobało nam się najmniej z wielu względów, które postaram się tutaj unaocznić. Samo przejście labiryntu nie stanowi raczej żadnego wyzwania nawet dla dzieciaków. My to miejsce odnaleźliśmy przez moich rodziców, którzy udali się do labiryntu razem ze znajomymi i w sumie dobrze się tam bawili.

Obiekt jest dość duży i momentami ciemny, dlatego jedną z głównych atrakcji jest przemieszczenie się z jednego pomieszczenia do drugiego, próbując zrobić to po omacku. Generalnie wiesz, że nie stanie ci się krzywda, a przynajmniej jest przy tym sporo śmiechu – chociaż powinnam użyć słowa „byłoby”, gdyby nie fakt, że połowa ludzi jedyny element fun’u zabija, włączając latarki w telefonach. Odnalezienie drogi nie stanowi wtedy żadnego wyzwania (a w końcu to labirynt…), dlatego staraliśmy się puszczać takie grupy przodem i kontynuować podróż samotnie. W końcu przyszło ich jednak za dużo i kilka osób zachowujących się jak my, musiało w końcu dać za wygraną, przez co sam obchód trwał krócej, niżby mógł.

Zdaję sobie sprawę, że pracownicy obiektu nie mają zbyt dużego wpływu na odwiedzających, przynajmniej w tej kwestii, ale jednak mnie ten fakt dość mocno bolał, mimo że staraliśmy się bawić na każdym kroku – wchodziliśmy w małe wnęki, do pomieszczeń, które wymagały od nas nieustannego schylania się i w sumie tam spędzaliśmy czas lepiej niż w tych zwykłych, oświetlonych z posągami. Wszystko tak naprawdę zależy od Waszego nastawienia, ale wydając pieniądze, ciągle mieliśmy z tyłu głowy, że główną rozrywkę zapewniliśmy sobie jednak my, a nie organizatorzy.

Hospital in the rock – zmiany

Atrakcją numer dwa tego dnia, a nawet numer jeden, miał być Hospital in the rock, czyli bunkier ukryty w skale, gdzie od 1939 roku funkcjonował szpital wojenny. W ciągu kilku lat obiekt ten zyskał sporą popularność i ze względu na natężony ruch turystyczny wprowadzono specjalne godziny zwiedzania podzielone ze względu na język, jakim władał przewodnik. Grupy wpuszczano jednak do środka regularnie co pół godziny i robiono obchód we wcześniej ustalony sposób tak, by nikt wzajemnie sobie nie przeszkadzał. To również miejsce sprawdzone wcześniej przez moich rodziców i znów zaskoczenie: nie minęło wiele czasu, od kiedy sami poszli na zwiedzanie, a zmian dokonało się sporo. Czy na lepsze? Nie powiedziałabym.

Czas zwiedzania był kiedyś dłuższy, tempo spokojniejsze. Teraz jednak nieustannie czuć presję i pośpiech. Grupy są dość duże, miejsca raczej mało i czasami, kiedy zamykaliśmy ogon, nie widzieliśmy, o czym mówi przewodniczka (anglojęzyczna). Gdy w końcu docieraliśmy do pomieszczenia, oglądaliśmy wszystkie obiekty, a reszta wycieczki szła dalej, więc naprawdę nie mieliśmy chwili, by oddać się przemyśleniom i przyjrzeć szczegółom. Co jeszcze: u nas w domu jest taka tradycja, że wracając z jakiejś podróży, dzielimy się zdjęciami – pokazujemy, opowiadamy, przeżywamy na nowo. I doskonale pamiętam, że moi rodzice zdjęcia z tego  nietypowego muzeum przywieźli. My natomiast już nie mogliśmy, bo obowiązywał ogólny zakaz fotografowania, nie tylko z lampą. Wątpię, by była to troska o nasze skupienie na historii, żeby nic innego nas nie rozpraszało. W każdym razie mogłabym te zdjęcia wygrzebać, ale skoro właściciele nie życzą sobie teraz ich rozpowszechniania, to uszanuję te zasadę i odeślę Was po prostu do tego, co da się znaleźć na oficjalnej stronie obiektu.

Dom Houdiniego

W każdym razie, ze względu na nową organizację, musieliśmy przyjść na miejsce, zapłacić za bilety i zarezerwować miejsca na konkretną godzinę. Wyszło na to, że najpierw udaliśmy się jeszcze do Domu Houdiniego (The House of Houdini), ale z perspektywy czasu uważam, że całkiem dobrze się stało. Wątpię, bym po ujrzeniu bunkra od środka miała jeszcze ochotę na czary i zabawę. Atmosfera później była jednak dosyć ciężkawa, zresztą pewnie się domyślacie. To trochę tak, jakbyście obejrzeli film wojenny, a później ktoś kazał Wam się śpiewać karaoke.

Magiczne muzeum znajdowało się na placu obok kościoła Macieja. Wykupiliśmy bilety, chwilę zaczekaliśmy i zjawiliśmy się przed wejściem, gdzie ustawiono różne skrzynie i eksponaty, do których odwiedzający mogli wejść i zrobić sobie zdjęcia. Czekaliśmy na wszystkich, którzy na tę godzinę wykupili wejście, a za ten czas zjawił się przy nas jakiś chudy mężczyzna zagadujący zwłaszcza tę młodszą część turystów. Okazało się, że przedstawienie zaczęło się już na zewnątrz – oczywiście drobne sztuczki z kwiatkami czy kartami, ale już czuliśmy odpowiednią atmosferę, a dzieciaki miały wymalowane uśmiechy od ucha do ucha.

Podejrzewam, że każdy czytelnik wie, kim był Houdini – jeśli jednak nie, to o nic się nie martwcie, spieszę z wyjaśnieniem. Otóż uchodził za jednego z wybitniejszych iluzjonistów, dodatkowo po śmierci matki za cel przyjął sobie demaskowanie kłamstw mających miejsce podczas seansów spirytystycznych. Zaczął nawet na ten temat (zresztą nie tylko) wydawać publikacje. Jego specjalnością było uwalnianie się z kajdan: wewnątrz budynku zobaczymy zresztą kilka ich rodzajów oraz pierwsze oryginalne, z których udało się Houdiniemu samodzielnie rozkuć. Jakie miał na to sposoby? Czego używał podczas swoich sztuczek? Jak wyglądało jego życie prywatne? Tego i nie tylko dowiecie się, odwiedzając jego dom, po którym oprowadzają naprawdę dobrze przeszkoleni przewodnicy.

Samo wnętrze nie jest zbyt duże, większość czasu pochłania osnuta wokół niego historia i podziwianie rekwizytów, które nam teraz mogą się wydawać już odrobinę kuriozalne. Później natomiast przychodzi czas na magiczny pokaz (część grup zobaczy go najpierw, bo te dwie rzeczy odbywają się równocześnie) prowadzony przez dwóch magików, którzy rzucają żartami i starają się podtrzymać kontakt z publicznością. Moi rodzice podejrzewali, co stoi za znaczną częścią sukcesu tych sztuczek, jednak poszli do Domu Houdiniego w inny dzień i kiedy podzielili się z nami swoimi spostrzeżeniami, okazało się, że w przypadku naszego występu nie miałyby one zastosowania. Dzięki temu przynajmniej wiemy, że pokazy są różne, a nie każdego dnia to samo, za co też ogromny plus.

Rozmiarowo było to znacznie mniejsze niż Labirynt, a jednak zajęło praktycznie tyle samo czasu i nam podobało się znacznie bardziej. Obecnie cena oscyluje w okolicach 8 euro na oficjalnej stronie, jednakże my na miejscu kupiliśmy bilety w okolicach 20-paru złotych, bodajże 2000 HUF, ale nie chcę Was wprowadzić w błąd, więc informuję o aktualnym cenniku. W każdym razie miejsce jest warte swoich pieniędzy i gorąco polecam.

Nie chcę rozdzielać poszczególnych wydarzeń na dwie części, z tego też względu o Hospital in the Rock opowiem już przy okazji następnego wpisu, żeby nie przytłaczać Was nadmiarem informacji. Mam nadzieję, że z chęcią zerkniecie, bo projekt jest niezwykle istotny i bardzo mocno zapada w pamięć, unaoczniając tragizm II wojny światowej. Nie martwcie się jednak, mam już przygotowaną historię na osłodę humoru, by nie pozostawić Was w złej aurze na resztę dnia.

Z mojej strony w takim razie to by było na tyle. Oby te wpisy umiliły Wam nieco codzienność. Trzymajcie się zdrowo i do zobaczenia przy okazji następnego wpisu. Zapraszam także do odwiedzenia mojego fanpage’a i Instagrama, odnośniki po prawej stronie na górze.