Informacje ogólne: Nasz wyjazd na jarmark w Dreźnie odbył się 14 grudnia 2019 roku. Transport zapewniło nam biuro podróży INDEX z siedzibą w Katowicach, a na miejsce, po licznych przetasowaniach, pojechaliśmy jako dziewięcioosobowa grupa. Trzy odwiedzone jarmarki (niestety tylko na tyle starczyło nam siły), 17-sto kilometrowy spacer w deszczu i mnóstwo śmiechu oraz pozytywnej energii to coś, co na długo zapisze się w naszej pamięci. Zaciekawiony? Przeżyj z nami te chwile jeszcze raz, zapraszam!
- Skąd pomysł na wyjazd?
- Cena i problemy organizacyjne
- Zbiórka i dojazd
- Kilka uwag, które warto mieć z tyłu głowy
- Jarmark – Augustusmarkt
- Pałac Zwinger – ceny i zwiedzanie
- Gdzie zjeść, nie czekając 2 godziny w kolejce?
- Striezelmarkt – najstarszy niemiecki jarmark
Skąd pomysł na wyjazd?
Decyzję o udziale w wyjeździe podjęliśmy bardzo spontanicznie. Wraz z początkiem października zobaczyłam ofertę za pośrednictwem strony Wakacyjnapapuga i już wiedziałam, że to będzie wyjazd, który w tym roku dosłownie muszę zaliczyć. Ceny jarmarków okazały się naprawdę atrakcyjne, bo zaczynały się nawet poniżej 100 zł, a kończyły gdzieś w granicach 300 zł. Najbardziej kuszące cenowo i pod względem widokowym były Berlin, Wiedeń i Drezno, padło jednak na to ostatnie. Dlaczego? Miałam okazję odwiedzić to miasto jedynie raz przy okazji koncertu Neila Younga w te wakacje, ale wtedy nie znaleźliśmy czasu na dłuższe oględziny. Pamiętam jednak, że zabytkowa część zrobiła na mnie ogromne wrażenie i możliwość powrotu w tamte strony naprawdę mnie ucieszyła.
Znam jednak umiejętności organizowania się ludzi, w końcu to nie pierwszy wyjazd, który proponowałam znajomym, więc stwierdziłam, że zamiast się rozdrabniać, pytać każdego z osobna i czekać na odpowiedź, napiszę od razu do wszystkich, którzy przyszli mi na myśl i skojarzyli mi się z ofertą. Byłam niemalże przekonana, że połowa osób, jeśli nie więcej, oznajmi, że średnio stoją czasowo lub finansowo albo po prostu nie mają ochoty jechać. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy okazało się, że udział potwierdzili… dosłownie wszyscy, więc zebrała się nas dziesięcio-, a później nawet jedenastoosobowa grupa.
Cena i problemy organizacyjne
Całość wyniosła 109 zł od osoby (w co zostało wliczone ubezpieczenie) + 10 euro opłaty dla pilota w autokarze. Niby istniało coś takiego jak ramowy plan wycieczki, jednak nie był on rozpisany godzinowo i okazał się raczej umowny. Część związana ze zwiedzaniem i tak ograniczała się do około pół godziny, później każdy otrzymywał czas wolny. Nieścisłości z rozkładem dnia i tak moim zdaniem stanowiły najmniejszy problem. Na głównej stronie organizatora możemy przeczytać, że wycieczka obejmuje dwa dni: 14/15 grudnia. Należy jednak wziąć poprawkę na to, że autokar zabiera ludzi zarówno z Przemyśla, jak i z Wrocławia, więc czas przejazdu jest zupełnie inny, stąd moim zdaniem bardzo duże dysproporcje, jeśli chodzi o ujednolicone informacje serwowane wszystkim uczestnikom. „Powrót w godzinach wczesnorannych” to moim zdaniem nie godzina 23.30 dnia poprzedniego, jak wyszło w naszym przypadku. Oczywiście już w trakcie podróży i wiedząc, o której mamy zbiórkę, policzyliśmy sobie, o której mniej więcej będziemy w domu, ale zanim wsiedliśmy do autokaru, nie wiedzieliśmy na dobrą sprawę nic. W naszym przypadku nie był to jakiś ogromny problem, mogliśmy zorganizować noclegi dla znajomych, ale nie każdy ma taką możliwość.
Moim zdaniem najlepiej sprawdziłby się oficjalny rozkład jazdy, choćby bardzo przybliżony. Jeśli nie, to wystarczyłoby poinformować pasażerów, bo my właściwie usłyszeliśmy tylko, na którą mniej więcej dostaniemy się do Gliwic. Jasne, nie był to dla nas jakiś wielki powód do narzekania, ale jednak zawsze wymaga się od biura pewnego profesjonalizmu. Skoro o tym mowa – w ostatnim tygodniu przed wycieczką okazało się, że dwie osoby z naszej grupy nie są w stanie pojechać, więc szybko znaleźliśmy za nie zastępstwo (miejsca i tak były już bezzwrotnie opłacone). Wymagało to jednak zmiany danych uczestników na umowie, którą podpisywałam z biurem, a proces ten, zamiast trwać przysłowiowe pięć minut, zajął trzy dni.
Ja wszystko rozumiem: że pracownik jest na tyle zajęty, że nie odbierze, może nawet nie oddzwoni w ciągu godziny. Zdarza się, nawet jeśli godziny otwarcia biura są podane jako 9.00-17.00. Sprawa była jednak nagląca, zwłaszcza jeśli brałam pod uwagę ponowne podpisanie i wysłanie umowy – miałam bardzo mało czasu na to, żeby poczta dotarła na czas do Katowic. Pamiętam, że zaczęłam dzwonić koło godziny 9.50, pierwszy raz ktoś podniósł słuchawkę o 12.40 i aż zapomniałam, co chcę powiedzieć, tak mnie zaszokował głos po drugiej stronie. Za ten czas zdołałam już jednak wysłać maila z zapytaniem na temat mojego problemu, a także wiadomość na Facebooku. Pani po drugiej stronie słuchawki okazała się dość opryskliwa, a po wysłuchaniu mnie stwierdziła oburzona, że trzeba zmienić dane uczestników na umowie. No eureka, czułam się, jakbym odkryła Amerykę, tym bardziej, że sama to zasugerowałam.
Wreszcie dowiedziałam się, co dokładnie mam zrobić, wysłałam wszystkie informacje mailem i nagle, koło godz. 17:00 dostaję maila w odpowiedzi na moją wiadomość sprzed rozmowy telefonicznej, żebym wysłała to, co już przecież wysłałam. No to zrobiłam to raz jeszcze, uprzejmie napisałam tylko, że dane wylądowały w skrzynce, no wiecie, tak mimochodem, no i co dostałam w odpowiedzi? Hurrr, durrrr: „W naszym biurze jest 30 pracowników, więc nie wiem, z kim się Pani kontaktowała.” No racja, zwracam honor. W takim wielkim korpo to rzeczywiście ciężko o przekazywanie sobie informacji.
Godzina 17.30, dzwoni telefon, tym razem kobieta z Facebooka, której zostawiłam do siebie kontakt. Zaczyna mówić, taka podniecona i energiczna, tłumaczy mi już wszystko to, czego dowiedziałam się dwa razy, więc grzecznie jej przerywam. Trochę była rozczarowana, że nie może pomóc, ale skorzystałam z jej uprzejmości i wypytałam o parę kwestii odnośnie wyjazdu, więc nic straconego. Ona jako jedyna okazała się bardzo sympatyczna i konkretna. Mimo że pozostawała w mniejszości, trochę załagodziła moją złość, bo jednak coraz częściej zauważam, że usługodawca z chęcią weźmie pieniądze, ale zapomina, że nie bierze ich za nic.
Ostatecznie stanęło na tym, że otrzymałam już zaktualizowaną umowę i po dziś dzień nie wiem, czy powinnam ją wydrukować i odesłać, czy też nie. Zrobiłam to, ale kosztowało mnie to niemało zachodu i po jakimś czasie otrzymałam jedynie odpowiedź od pani z Facebooka, że nie muszę robić tego już drugi raz. Pani z maila nie odpisała mi jednak do samego końca, ale wcale nie zdziwiłoby mnie, gdyby na ostatnią chwilę dała znać, że odesłanie nowej umowy jest niezbędne do odbycia wycieczki. Lepiej dmuchać na zimne.
Zbiórka i dojazd
Kończąc jednak marudzenie, przechodzimy do głównego gwoździa programu! Ostatecznie zebraliśmy się w dziewięć osób we Wrocławiu przy Aquaparku na ulicy M.Petrusewicza o godzinie 6:30. To była taka naprawdę miła chwila, bo części znajomych, którzy czekali na miejscu, nie widziałam już z pół roku, w dodatku miałam świadomość, że mimo różnych środowisk (praca, studia czy gimnazjum) każdy chciał pojechać i zabrać ze sobą dobry humor. Część naszej grupy dojechała z Katowic (nasza Krysia czekała na miejscu zbiórki już od 4:30!), Opola czy nawet Poznania, żebyśmy mogli spędzać czas w swoim gronie i to było naprawdę super, bo zazwyczaj takie duże wyjazdy bardzo ciężko ogarnąć terminowo, żeby wszystkim odpowiadały, o cenie już nie wspominając.
Miałam ten zaszczyt, że gościłam dwie noce parę z Opola i Poznania, więc oddałam do użytkowania swój pokój, sama śpiąc z jakże wyrozumiałą współlokatorką, która nie zdenerwowała się nawet wtedy, gdy o 5.30 zadzwonił budzik, a później przez kolejne 15 minut w pokoju świeciło się światło. Wracając jednak do meritum – jak można się domyślić, nie poszliśmy spać zbyt szybko mimo wczesnej godziny zbiórki. Siedzieliśmy jeszcze po północy, rozmawiając i grając w drugą część Memów (no wiecie, takie Karty Przeciwko Ludzkości, tylko z memami).
Co mnie najbardziej zdziwiło, to fakt, że kilka minut po 6.00 na basenie już dało się dostrzec pływaków. No podziwiam; my przejechaliśmy przystanek autobusem, żeby być szybciej, zbyt się nie przemęczać i uniknąć zimna, które przy zmęczeniu wydaje się jeszcze bardziej dotkliwe. Nie był to co prawda planowany zabieg, ale fajnie, że akurat coś zajechało na przystanek. Zapoznałam całą ekipę, wszyscy wdali się w rozmowę i zaczęła się integracja. Poszłam zgłosić naszą obecność pilotce, generalnie kobieta naprawdę była w stanie pójść na rękę z wieloma rzeczami i sprawiała wrażenie takiej „do ludzi”, mimo że nawet nie podała swojego imienia przez cały czas trwania wycieczki i nie miała żadnego znaku szczególnego w stylu parasolki lub chorągiewki, co przy Dreźnie wypełnionym turystami skutkowało tym, że częściej rozpoznawaliśmy współtowarzyszy podróży niż ją samą. Sympatii jej jednak odmówić nie mogę z wielu prywatnych względów.
Jechaliśmy piętrowym autokarem, więc oczywistym okazało się dla nas, że przydzielono nam miejsca na górze. Pierwszą godzinę każdy drzemał, dopiero przy okazji postoju po ósmej rozbudziliśmy się przy kawie i spacerując po stacji benzynowej. Zaczynaliśmy zarzucać się historiami, każdy miał coś do powiedzenia, co rusz wybuchaliśmy śmiechem i tak zostało już przez dalszą część podróży, kiedy wspominaliśmy nasze historie z przyszłości i wtajemniczaliśmy w co głupsze opowieści tych, którzy jeszcze ich nie znali. Aż współczuję pasażerom na siedzeniach obok, chociaż z drugiej strony może stanowiliśmy dla nich urozmaicenie tych trzech godzin. Pewnie byliśmy ciekawsi niż film, który leciał w tle, ale właściwie tak cicho, jakby go nie było.
Kilka uwag, które warto mieć z tyłu głowy
Na miejsce dojechaliśmy około godziny 9.30 i tylko wtedy udało nam się skorzystać z toalety, do której nie było zbyt dużych kolejek mimo obecności kilkunastu autokarów i wycieczek. Naprawdę – to, co działo się później, przekraczało ludzką wyobraźnię. Nie wiem, czy to standardowa procedura, jeśli chodzi o Drezno, ale nawet w bibliotece pobierano opłaty za siku, co nas lekko zszokowało. Niby rozumiem, że ciężko byłoby nie oprzeć się pokusie wzbogacenia na potrzebach fizjologicznych, ale z drugiej strony zawsze mnie to oburzało.
Zatrzymaliśmy się po stronie Starego Miasta, więc w pierwszej kolejności ruszyliśmy pod pałac Zwinger. Pogoda nie dopisywała niemalże przez cały dzień, po dwóch godzinach mieliśmy już przemoczone buty i skarpetki, tak intensywnie padało w niektórych momentach. My się jednak nie zniechęcaliśmy, mimo że nasza przewodniczka nie stanęła nawet pod żadnym daszkiem, tylko trzymała nas na środku odkrytego placu. Tak oto prezentowała się nasza wesoła ekipa:

Właściwie po raz pierwszy spotkałam się z sytuacją, w której zakup audioguidów był nieobowiązkowy, a jego nieposiadanie decydowało o tym, że podczas półgodzinnego zwiedzania z naszą pilotką czuliśmy się nieco wykluczeni. Byłam przekonana, że słuchawki zawierają dodatkowe nagrania, więcej historycznych faktów, urozmaicą chodzenie po muzeach. Tymczasem podczas oprowadzania okazało się, że są do nich podawane tak istotne informacje jak miejsce i godzina zbiórki. Rozumiem, że pilotka nie chciała nadwyrężać głosu, a tym bardziej krzyczeć do swojego mini-mikrofonu, ale jednak te podstawowe dla organizacji szczegóły powinna przekazać tak, żeby znali je nie tylko ci, którzy zapłacili więcej.
Później kobieta podprowadziła nas pod jeden z jarmarków, który znajdował się kawałek dalej po drugiej stronie mostu… tylko po to, by powiedzieć parę zdań i zawrócić tam, skąd przyszliśmy. To był chyba moment, który przelał czarę goryczy. Wiedzieliśmy, że za niedługo i tak wszyscy się rozejdą i nie widzieliśmy sensu, żeby poświęcać czas na bezmyślne chodzenie, które było stanowczo za szybkie na robienie zdjęć i czerpanie przyjemności ze zwiedzania. Słyszeć i tak nie słyszeliśmy, więc zadecydowaliśmy, że skoro znamy miejsce i godzinę zbiórki, to odłączamy się wcześniej (oczywiście dostaliśmy na to przyzwolenie jeszcze w autokarze, nie puściliśmy się samopas i nie olaliśmy pracy tych, którzy przywieźli nas na miejsce).
Jarmark – Augustusmarkt
Jarmark, na którym zdecydowaliśmy się pozostać, czyli Augustusmarkt, otwierało wielkie koło młyńskie. Większość stoisk przedstawiała się w formie białych namiotów, a pośrodku całego rozgardiaszu stało drzewo ze zdjęcia poniżej, które wieczorem nabierało mocno niebieskiej barwy. Generalnie nie było to najpiękniejsze, co w życiu widzieliśmy i na pewno po zmroku przyjemniej było przyjść tam drugi raz. Wiecie, o samych towarach oferowanych na miejscu nie ma co się specjalnie rozpisywać; one chyba w każdym zakątku Europy wyglądają tak samo albo podobnie; grzańce, langosze, pierniki, owoce w czekoladzie, wełniane czapki, miody, lampki, frytki i tak dalej. My skusiliśmy się wieczorem jedynie na kurtosze-kołacze, ale jak możecie się domyślić, one też wszędzie smakują identycznie. Dlaczego więc warto pojechać na taki zagraniczny jarmark? No bo atmosfera jest jednak trochę inna, a i można połączyć to ze zwiedzaniem.

Kiedy obeszliśmy jarmark, pierwszą rzeczą, jaką część z nas zakupiła, była dodatkowa para skarpetek do przebrania. Każdy chciał się rozgrzać i to był odpowiedni moment, żeby wreszcie schować się w jakimś budynku. Zanim to się jednak stało, czekał nas niedługi obchód po zabytkowej części miasta: ogrody Bruhla, opera, katedra Świętej Trójcy, Plac Teatralny czy zamek.
Pałac Zwinger – ceny i zwiedzanie
Zrobiliśmy krótkie zebranie i podzieliliśmy się na grupki: część z nas zakupiła podstawowe bilety do Galerii Drezdeńskiej obejmującej wyłącznie oglądanie dzień sztuki, a reszta zdecydowała się na Ticket Zwinger (dorośli 11 euro, studenci 9), czyli pakiet z wejściami dodatkowo do Muzeum Porcelany i Mathematisch-Physikalischer Salon, który jednak w większości z nas wzbudzał lekką obawę co do swojej ciekawości. Czy słusznie, o tym dowiecie się zaraz.
Plac, który łączy ze sobą wszystkie te obiekty, jest zachowany w barokowym stylu i naprawdę robi wrażenie. Jedynym co kłóci się z zagospodarowaniem przestrzeni, jest ogromna, dmuchana kopuła postawiona idealnie w samym centrum. Jeśli są tu jacyś narciarze bądź snowboardziści, to pewnie też skojarzy się Wam to z miejscami na stoku, gdzie dostaniecie gorącą czekoladę czy herbatę, a to w tak zabytkowym miejscu naprawdę kłóci się z poczuciem estetyki. Z tego co jednak mówiła Ewa, konstrukcja musi stać tam całkiem od niedawna.
Przeszliśmy po tarasach widokowych i udaliśmy się do galerii. Należy pamiętać, że warto mieć ze sobą drobne, bo na miejscu płaci się zarówno za szatnię (1 euro, bezzwrotne), jak i za zamykane szafeczki (1 lub 2 euro działające na zasadzie żetonu, zwrotne). My dosyć spartaczyliśmy sprawę, bo odwiesiliśmy płaszcze, a potem odesłali nas z plecakami do szafek, które okazały się na tyle pojemne, że mogliśmy włożyć tam również kurtki.
Co jest jednak w porządku przy okazji zostawienia rzeczy w szatni – dostajemy specjalny kuponik o wartości 1 euro, który wystarczy pokazać w innych obiektach, żeby drugi raz nie płacić za tę samą usługę. Jeśli już więc sfrajerzyliście się tak jak my, to przynajmniej tylko raz. Osobiście jednak polecamy szafki, są znacznie lepszym, wygodniejszym rozwiązaniem, zwłaszcza że nie trzeba do nich stać w długich kolejkach i czekać na obsługę, po prostu zwracamy kluczyk i idziemy.
Mimo że jestem ogromnym miłośnikiem kultury, galeria zrobiła na mnie raczej… niewielkie wrażenie. Tak naprawdę składała się z jednej głównej hali i dwóch mniejszych po bokach. Ludzi tyle, że ciężko się poruszać, a poza tak znanymi dziełami jak „Śpiąca Wenus” czy „Madonna Sykstyńska”, dla mnie najciekawsza była seria obrazów przedstawiająca Drezno obecnie i w czasach powojennych. Nie spędziliśmy tam więcej niż pół godziny, co po długim procesie odkładania naszych rzeczy wydawało się ułamkiem sekundy.
Później udaliśmy się do Mathematisch-Physikalischer Salon, a wystawa okazała się najciekawszą ze wszystkich. Jest dość duża, rozmieszczona na dwóch piętrach, z czego im niżej, tym większe zadowolenie, tak bym to określiła. Nie wiedziałam za bardzo, co można umieścić w takim miejscu, od razu przyszły mi na myśl przyrządy z fizyki i kalkulatory, a że wielkim miłośnikiem nauk ścisłych nie jestem, nie spodziewałam się po sobie zachwytu. Starałam się jednak nie nastawiać pesymistycznie i bardzo słusznie; jasne, na miejscu znalazły się gabloty z urządzeniami nastawionymi np. na elektrostatykę i bardzo żałowałam, że nie były opisane, bo moja świadomość co do ich użytkowania była bliska zeru. Pojawiła się także część poświęcona astronomii, stare globusy, pięknie wykończone pozytywki i mnóstwo zegarków powstających na przestrzeni lat.
Tę część zwiedzaliśmy bardzo długo, dłużej nawet niż Muzeum Porcelany, mimo że było bardziej rozgałęzione i co chwilę odkrywaliśmy w nim jakiś mały pokoik po boku. Część osób oceniła to jednak jako tandetę, kiedy spoglądała na ręcznie wykańczane wazy, talerzyki i tak dalej, z których większość bardzo mocno nawiązywała do kultury japońskiej. Jak dla mnie to stanowiło jednak fajną odmianę, wreszcie mnóstwo kolorów w ten szary dzień. Dużą rolę grały też detale, warto się im przyjrzeć, bo niektóre są dosyć zabawne albo po prostu urocze.
Po tym etapie dnia każdy z nas był w zupełnie innej części miasta, widział i robił coś odmiennego. Bardzo ciężko było nam się zgrać czasowo w danym miejscu, a jako osoba, którą wszyscy znali i która w jakimś stopniu odpowiadała za wyjazd, dostawałam milion telefonów od każdego z osobna, z zapytaniem co teraz. Naprawdę, w pewnym momencie dochodziło do takich skrajności, że nawet będąc w toalecie, słyszałam brzęczenie telefonu, a kiedy oddzwaniałam kilka minut później, słyszałam w odpowiedzi „No byliśmy PRZY toalecie, ale was nie było”. Także mimo mojej miłości do organizowania wyjazdów i własnych przyjaciół, czasami pluję sobie w brodę i jestem zmęczona tym, że mając wsparcie w kimś, kto wszystko ogarnia, pozostałe osoby wolą iść po najmniejszej linii oporu i zrzucać wszystko na barki organizującego. Wiadomo, czasami dochodzi przez to do spięć, w końcu ile ludzi, tyle charakterów, ale najważniejsze jest to, że każdy jednak starał się zachowywać wyrozumiałość – w końcu to oczywiste, że ktoś się zgubi, że się rozejdziemy i tak dalej, zwłaszcza biorąc pod uwagę natężenie tłoku w Dreźnie. No i nie mogłoby też zabraknąć pojednawczego głosu, który w trakcie dramy odezwie się nagle z zapytaniem: „Ej, a może skoczymy na grzańca?”.
Gdzie zjeść, nie czekając 2 godziny w kolejce?
W ten oto sposób wreszcie dotarliśmy do galerii handlowej Altmarkt Galerie, gdzie przez piętro z jedzeniem przewijał się wężyk przynajmniej z dwustu osób ustawionych do toalety (płatnej!). Nie wybrzydzaliśmy zbytnio w tym, co zamierzamy zjeść: zależało nam tylko, żeby nie stać w kolejce godzinę, nie zapłacić milionów monet i przede wszystkim znaleźć wolny stolik, bo jak to ujęła Ewa: „W ciągu całego dnia udało nam się usiąść tylko na kiblu” i była to absolutna prawda. Z tego co zdążyliśmy potem zauważyć dzięki aplikacji, przeszliśmy plus/minus 17 km.
Zajęliśmy miejsce w Fu Loi, knajpie z azjatyckim jedzeniem. Nie wyglądało ono specjalnie zachęcająco i smakowało może nie najwyborniej, ale chociaż było ciepłe i robione na świeżo. Porcje też takie, że dało się najeść, zwłaszcza jeśli chodzi o mój ryż z warzywami i mięsem; na talerzu znajdowała się naprawdę kopiata góra, która mimo mojego wilczego apetytu i dużego wysiłku nie została zjedzona w całości, a to już o czymś świadczy. Tylko kurczak dziwnie smakował, jakby ktoś świeżo wyjął go z wywaru – oczywiście jeśli zakładamy, że to rzeczywiście był kurczak.
Striezelmarkt – najstarszy niemiecki jarmark
Wyszliśmy na zewnątrz prosto na Striezelmarkt, czyli Jarmark Struclowy – najstarszy, najbardziej spopularyzowany i oblegany. Do tego stopnia, że po upływie godziny byliśmy już przesyceni ludźmi, światełkami, ozdobami, a nasza strefa komfortu została mocno zaburzona. Na miejscu zobaczymy ogromny szyld zwieńczający oficjalne wejście, piramidki bożonarodzeniowe, diabelski młyn czy specjalny łuk do robienia zdjęć (przy czym Igor z Krysią sprawdzili i potwierdzili, że nie da się tam robić zdjęć, kiedy połowę obiektywu przysłania czyjaś ręka, a ciebie ktoś równocześnie nokautuje łokciem w brzuch i głowę). Nie można jednak odmówić uroku temu miejscu, zwłaszcza jeśli spojrzy się na nie z pewnego dystansu: zaraz obok znajduje się duża, przeszklona biblioteka, z której można cyknąć całkiem ładne ujęcia i zaznać trochę ciszy.
Chyba nigdy nie przestanie mnie dziwić ogólne zamiłowanie do kiczu na jarmarkach – nawet nie chodzi o towar, a o samo przystrojenie budek. Tu jakiś plastikowy Mikołaj, który wyglądał jak wyciągnięty z szafy mojej babci dwadzieścia lat temu, tu figurki kucharczyków, które ruszały się jak zepsute zabawki w antykwariacie z „Toy Story 4”… z lekka przerażające. Jedyna rzecz, która dość mnie zaintrygowała, bo nie widziałam jej nigdzie wcześniej, to gigantyczny kalendarz adwentowy. Można było otworzyć drzwiczki z każdym numerem, ale chyba nie muszę ukrywać, jakiego doznałam rozczarowania, gdy okazało się, że w środku nie ma jedzenia, tylko stare figurki do oglądania…
Zbiórkę, żeby zebrać się do kupy, organizowaliśmy zawsze przy budce Curry am Schloss, gdzie Nata, Ola i Wiktor wyczaili najtańsze grzane wino na całym jarmarku (2 euro), które nie wymagało płacenia kaucji za kubek. To więc nie bajka dla tych, którzy chcą mieć pamiątkę, ale za to dla tych, którzy potrzebują nieco ciepła. Smaczne, dobrze doprawione, dość mocne, a i można wybrać, czy woli się czerwone, czy białe. Jeśli jednak nie mamy typowych jarmarcznych kubków, to co? A no styropianowe kubeczki z bałwankiem, które nam chyba nie robiły żadnej różnicy.

Ostatnie dwie godziny zrobiliśmy jeszcze nocny spacer po mieście, trafiliśmy na jarmark średniowieczny, wróciliśmy na Augustusmarkt nocą i na tarasy Bruhla, z których dostrzegliśmy kolejne oświetlone budki. Nikt z nas nie miał już jednak ani siły, ani ochoty schodzić na dół, więc ostatnie chwile w Dreźnie spędziliśmy na rozmowach ze śpiewem ulicznego artysty w tle. Czy pojechalibyśmy jeszcze raz? Pewnie tak, tylko może tym razem wybierzemy inne miasto. Co do biura, nie wydaje nam się specjalnie obligatoryjne, żeby jechać z Indeksem, ale prawdopodobnie wygra ten, kto zaoferuje najlepszą cenę. Może takie jednodniowe wyjazdy staną się naszą tradycją, kto wie? To na pewno bardzo miłe urozmaicenie krótkich grudniowych dni i okazja do tego, żeby spędzić wśród przyjaciół ostatnie chwile przed świąteczną gorączką. Można nacieszyć oczy, uskutecznić miejski trekking i nagromadzić trochę wspomnień za kwotę, która wydaje się dość przystępna w okresie wielu wydatków. Zainteresowanych za rok zapraszamy z nami! 😀
W tym miejscu chciałabym podziękować tym, którzy pojechali razem ze mną, za sprawną organizację i świetnie spędzony czas. Dodatkowe podziękowania dla Igora, który dbał o uwiecznienie tych chwil z jeszcze większym natężeniem niż ja – to dzięki niemu powstały wszystkie nasze grupowe zdjęcia i mimo że po 30-stym z kolei każdy był zmęczony, to cudownie móc je oglądać! ❤

































