Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć naszego wyjazdu do Budapesztu, który odbyliśmy 28.12.19-01.01.2020 czteroosobową grupą: ja, Maciek, którego znacie już z Islandii, a także moi rodzice. Co prawda na miejscu raczej się rozdzielaliśmy, ale widywaliśmy się na śniadaniach, przy poszczególnych atrakcjach czy gdzieś na mieście. Ułożyliśmy plan podróży i codziennie maszerowaliśmy kilkanaście kilometrów, zwiedzając miasto wzdłuż i wszerz. Nie udało nam się jednak zobaczyć wszystkiego, co tylko dowodzi, że Budapeszt to nie miasto na jednodniową wycieczkę. Razem z nami bardzo intensywnie zapoznacie się z Budą, mniej intensywnie z Pesztem, a pomiędzy nimi znajdzie się jeszcze miejsce na kilka opowieści czy nawet profesjonalne występy cyrkowe. Zapraszam:
- Podróż, transport, nocleg
- Metro budapesztańskie
- Sławna ulica Budapesztu – Váci utca
- Moja wpadka – Wasz uśmiech
- Jarmark na Vörösmarty tér
- Diabelski młyn – Budapest Eye
Podróż, transport, nocleg
Jeśli chodzi o tę podróż, to planowałam ją od bardzo, bardzo dawna, a jednak nigdy nie była mi po drodze. Wreszcie jednak, po trzech czy czterech latach mi się udało, a jak to bywa w przypadku nierealnych albo pechowych wyjazdów, nie mógł mi towarzyszyć chyba nikt poza Maćkiem, który pozmieniał wszystkie swoje plany tylko po to, by wyruszyć w drogę. Pokazałam mu co prawda rozpiskę miejsc, które musimy odwiedzić, ale on wyszedł z założenia, że skoro wcześniej to wszystko posprawdzałam, to zdaje się na mnie i wie, że będzie dobrze. Tutaj jednak bardzo pomogli moi rodzice, którzy odwiedzili Budapeszt kilka razy wcześniej i podzielili się kilkoma wskazówkami i radami. Dzięki temu zaoszczędziliśmy dużo czasu i logistycznie wyszliśmy na tym dużo lepiej.
Na miejsce udaliśmy się samochodem, jako że nie mamy zbyt daleko. Droga zajęła nam koło pięciu godzin i w sumie uniknęliśmy korków czy innych czynników, które mogłyby ją wydłużyć. No, prawie. Nocowaliśmy w hotelu Sunshine znajdującym się na ulicy Bethlen Gábor na obrzeżach Budapesztu. Nastawiliśmy nawigację, jedziemy. Do celu pozostały nam zaledwie 2 km, ale po żadnym hotelu nie widać śladu. W ogóle jakbyśmy wyjechali poza miasto i okolica nijak miała się do tego, co pamiętaliśmy chociażby ze zdjęć na Booking.com. W końcu wyszukaliśmy z Maćkiem nasz hotel, a kiedy go namierzyliśmy, okazało się… że znajduje się zupełnie po przeciwnej stronie Budapesztu. Jak to się stało? Otóż ulic z tą samą nazwą w okolicy jest przynajmniej kilka, a mój tata doszedł do wniosku, że wybór pierwszej z brzegu, którą podsunęła mu samochodowa nawigacja, będzie najlepszy.
Tak oto czekała nas wycieczka krajoznawcza przez całe miasto. Śmialiśmy się nawet, że właściwie to już nie musimy zwiedzać, skoro wszystko obejrzeliśmy z auta. W końcu jednak dotarliśmy na miejsce przed pomarańczowy, skromnie wyglądający hotelik, a kolejnym wyzwaniem okazał się parking hotelowy. Linie są wymalowane dosyć wąsko, w dodatku z przodu są ustawione słupki, pomiędzy które trzeba wjechać i których raczej nie sposób wyjąć czy wykręcić. Jeśli ktoś ma szersze auto, to wykona ten manewr dosłownie na styk. Na szczęście kilka miejsc stało pustych, co dawało więcej możliwości poruszania się. Wyglądało jednak na to, że czasami, kiedy wszystkie miejsca są zapełnione, właściciele niektórych aut mieliby spory problem, żeby wyjechać.
Na recepcji czekał na nas sympatyczny mężczyzna o azjatyckiej urodzie. Wytłumaczył, gdzie znajdują się nasze pokoje, o której serwowane są śniadania w formie szwedzkiego stołu i gdzie można skorzystać z hotelowego jacuzzi. Gdy mieliśmy jakiekolwiek pytania, zawsze udzielał nam odpowiedzi: a propos dojazdu gdzieś, jakiejś knajpy i tak dalej. Nasze pokoje mieściły się na pierwszym piętrze i były całkiem przestronne. Pochwały wymaga też fakt, że znajdował się w nich darmowy, chłodzony mini-barek, gdzie można było znaleźć różne przekąski, które w miarę ubywania zostawały uzupełniane każdego dnia. To samo tyczy się kawy i herbaty, które zawsze leżały przygotowane na tacce.
Ile kosztowała nas taka przyjemność? Niedużo, a zwłaszcza z racji tego, że rodzice zaklepali dwa pokoje prawie rok wcześniej. Wiedzieli, że pojadą i pomyśleli, że może ja albo mój brat będziemy również chcieli skorzystać. Rezerwowali jeszcze zanim podniesiono ceny na sylwestra. Za pokój zapłaciliśmy więc około 500 zł (a więc 250 zł od osoby i to już za cztery noce razem ze śniadaniami!), podczas kiedy ceny tej usługi wzrosły później do 2 tys. zł. Dlatego właśnie gorąco zachęcam do planowania wszystkiego z wyprzedzeniem, można naprawdę dużo zaoszczędzić. Tutaj kilka przykładowych zdjęć z Booking.com.
Jeśli chodzi o śniadania, to nie można im zarzucić w sumie niczego poza niezbyt różnorodnymi ciastami. Zawsze było kilka ciepłych dań, dodatkowo cała gama warzyw do komponowania sałatek, ekspres do przyrządzania kawy różnego rodzaju, dużo pieczywa czy płatków śniadaniowych. Właściwie zawsze braliśmy dokładki i nie dało się wyjść stamtąd głodnym. A wierzcie mi, przy tak długich wędrówkach i szybko zachodzącym słońcu najedzenie się do syta to podstawa.
Pierwszego dnia udaliśmy się na obiad do restauracji znajdującej się na rogu naszej ulicy, czyli Vendéglő a Bújdosó Székelyhez. Potem razem z Maćkiem pojechaliśmy do miasta. Póki co z hotelu jest nieco utrudniony dostęp do centrum ze względu na przebudowę metra (jego ostatni odcinek, czyli 5 przystanków, nie jest dostępny). W niczym to jednak nie przeszkadza, bowiem wprowadzona została zastępcza linia autobusowa o nazwie M3, która pokonuje tę samą trasę, tylko naziemnie. Nie odczuwaliśmy więc z tego powodu żadnego dyskomfortu, choć musieliśmy zawsze liczyć się z około półgodzinnym przejazdem.
Metro budapesztańskie
W Budapeszcie znajdują się cztery główne linie metra: niebieska (czyli właśnie M3), czerwona, zielona i zabytkowa żółta M1, gdzie możemy przejechać się pierwszą powstałą w tym mieście nitką. Stanowi ona drugą najstarszą na całym świecie, a pierwszą w Europie kontynentalnej i początkowo część jej stacji znajdowała się również nad ziemią. W 2002 roku została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a przez mieszkańców pieszczotliwie nazywa się ją „małym metrem”. Na tej nitce znajdują się takie strategiczne miejsca jak Opera, Széchenyi fürdő (jedne z najbardziej rozpoznawalnych łaźni) oraz Deák Ferenc tér. Ten punkt powinien dobrze utkwić w głowie każdego podróżnika, bowiem to właśnie tu spotykają się wszystkie linie metra. Można by to nazwać głównym punktem przesiadkowym i jeśli kiedykolwiek byście się zgubili, pojedźcie właśnie tam, bo stamtąd łatwo trafić już dosłownie wszędzie.
Nie jest jednak powiedziane, że dane będzie Wam się zgubić. Tak naprawdę budapeszteńskie metro jest bardzo intuicyjne i wystarczy dzień czy dwa, by z łatwością się nim przemieszczać. Jeśli nie chcecie korzystać z żadnych aplikacji nawigacyjnych (tutaj Google Maps wystarcza w zupełności), to istnieje też wiele wersji mapek, które można dostać często w knajpach lub hotelach i w których na przykład moi rodzice bardzo się lubowali. Można znaleźć ich kilka wersji, więc to też gratka dla zbieraczy.

Jak nasze wrażenia z podróży po mieście? Mimo że M1 stanowiło dla nas obowiązkowy punkt rozrywki, w rzeczywistości komfort podróży nie jest zbyt duży. Nie chodzi już nawet o małą ilość siedzeń i wąskie przejścia, ale przede wszystkim o hałas. Wagony nie są zbyt dobrze wyciszone, ale największy szkopuł stanowi syrena oznajmiająca przybycie na daną stację. Dźwięk jest tak długi i przeszywający, że aż nieprzyjemny, zwłaszcza że za pierwszym razem staliśmy akurat u jego źródła i nie za bardzo mieliśmy się gdzie przesunąć. No ale atrakcja zaliczona. Warto też zwrócić uwagę na sam wygląd stacji przy M1. Każda jest utrzymana w takim samym stylu – białe kafelki z czerwonymi napisami.

Sławna ulica Budapesztu – Váci utca
W pierwszy dzień ja i Maciek rozdzieliliśmy się na dłuższy czas, jako że on pojechał spotkać się ze swoim kolegą z Węgier, a ja zatrzymałam się na najbardziej rozpoznawalnej ulicy Budapesztu, czyli Váci utca. Można by rzec, że jest typowo turystyczna – sklepy i kawiarnie dosłownie na każdym rogu, gdzie można spotkać wielu naganiaczy. Miejsce to znajduje się po stronie peszteńskiej i zanim jeszcze przedstawię, co ciekawego mi się tam przydarzyło, wyjaśnię niewtajemniczonym, o co właściwie z tymi stronami chodzi. Przecież to Budapeszt, więc o jakiej ja znowu Budzie i Peszcie mówię? To tak jakby Wrocław miał stronę Wroc i Ław. A jednak Węgrzy potrafią!
Do roku 1849 Buda i Peszt były osobnymi miastami, z czego to pierwsze uznawano za stolicę Węgier. Później miejscowości zostały połączone pierwszym stałym mostem i zaczęto traktować je jak jeden twór. Obecnie tych mostów jest aż dziesięć, a najbardziej znanymi z nich są Most Łańcuchowy, Most Wolności czy Most Małgorzaty. Przemieszczenie się z jednej strony na drugą zajmuje jednak nieco czasu, dlatego my zwiedzaliśmy tak, by obiekty znajdowały się bliżej siebie (stąd na naszej rozpisce w nawiasach widniało Buda/Peszt).
Moja wpadka – Wasz uśmiech
Tak jak wspominałam, zaczęłam od Váci utca, ale powiedzmy, że chodzenie po sklepach z pamiątkami to niespecjalnie moja działka. Bardziej podobał mi się sam klimat, zwłaszcza że wszystko było jeszcze przyozdobione świątecznymi dekoracjami, migotało, błyskało się i miało tyle kolorów! Uwielbiam właśnie ten okres, bo wtedy nawet najbrzydsze miasto wydaje się żywsze i da się z niego wyłuskać coś ładnego. Robiłam więc zdjęcia, rozglądałam się, no i nagle podszedł do mnie jakiś człowiek wyglądający na Azjatę i pokazuje mi, że mam wyciągnąć rękę. Przyznam, że trochę nie ufam obcym ludziom, którzy usilnie chcą wdawać się ze mną w interakcję, ale facet nawet nie czekał na moją reakcję, tylko położył mi na wnętrzu dłoni jakąś sól.
What the fuck, myślę sobie, bo to coś wyglądało trochę jak kokaina, a jednak było mokre, jakbyście przyłożyli sobie niewyciśniętą gąbkę do skóry. No nic, gość mówi, że wszystko OK i że teraz mogę zmyć to w umywalce w sklepie (mówił oczywiście po angielsku, bo z węgierskiego rozumiem tyle, co nic, bardzo dziwny język). Myślę sobie – sklep oficjalny, co prawda nie ma innych ludzi, ale może mnie facet nie zgwałci. Umyłam ręce, ale nawet nie pod bieżącą wodą, tylko sprzedawca wziął specjalny spryskiwacz i coś tam kazał robić z tymi dłońmi. Wierzcie mi, myślałam już tylko o tym, czy po całej tej akcji każe mi za to wszystko zapłacić, czy nie. Dał mi ręcznik, ręce suche, ja do wyjścia, a ten z jakimś nowym balsamikiem i smaruje. W międzyczasie cały czas pyta – skąd jestem, jak mam na imię, na ile zostaję, co studiuję. No wiecie, taki small talk, żeby nie było dziwnie w 100%, tylko w 90.
Nagle pyta, który mój palec jest ulubiony. Jakoś tak odruchowo pokazałam środkowy, nawet niespecjalnie się nad tym zastanowiłam. Mężczyzna śmieje się i mówi, że nie wyglądam na taką, co go często używa. Na odpowiedź, że nie zawsze jestem taka miła, dziwi się niemiłosiernie. Potem znowu zagaduje, czy jestem gotowa na szok i wyciąga jakiś pilniczek. Odpowiadam nieprzekonana, że jasne i już wyobrażam sobie moją udawaną reakcję na to, co się stanie. Dziwię się jednak, bo gość poleruje płytkę paznokcia, a kiedy się ode mnie odsuwa, mój palec… dosłownie lśni. Nie wiem, czy w tym był jeszcze jakiś nabłyszczacz (bo jednak narzędzie wydawało się trochę wilgotne), ale ten paznokieć świecił mi się jeszcze do końca wyjazdu. Potem tylko chodziłam i wszystkim pokazywałam: „Hej, patrz, świeci mi się palec” po czym pokazywałam fucka z szerokim uśmiechem.
Oczywiście na żaden z produktów się nie skusiłam, na szczęście nie musiałam za nie płacić, ale sprzedawca usilnie przekonywał mnie, że 40 euro po zniżce to super oferta. No średnio, ale starał się. Niestety za żadne skarby świata nie pamiętam nazwy tego sklepu, niespecjalnie też chciałam wrócić i ją sprawdzać, ale myślę, że jeśli chcecie mieć wypolerowanego palca, to ten facet znajdzie Was sam, tylko odrobinę cierpliwości.
Oprócz niego udało mi się wyłapać sklep z rzekomo islandzkimi pamiątkami i specjalnie zrobiłam zdjęcie, żeby pokazać Maćkowi. Dla Was też mam ich oczywiście kilka, jeśli chodzi o ten spacer.
Jarmark na Vörösmarty tér
Zaczęło się robić strasznie zimno, więc czekając na Maćka, usiadłam w kawiarni EuropaCafe. Kiedy już się spotkaliśmy, stwierdził, że ma dla mnie niespodziankę i że mi się spodoba. Nie sądziliśmy jednak, że po drodze natrafimy na coś, co spodoba nam się jeszcze bardziej, a mianowicie na jarmark i to jeden z ładniejszych, jakie było mi dane zobaczyć do tej pory. Odbywał się na Vörösmarty tér, gdzie każda drewniana budka była przyozdobiona jeszcze białymi elementami imitującymi śnieg i sople. Wiadomo – nie zabrakło tandeciarstwa typu sztuczne ozdoby kwiatowe czy figurki, ale w samym centrum tego wszystkiego stała ogromna buda z jedzeniem. To co tam zobaczyliśmy, po prostu zaparło nam dech w piersiach i mimo że przed chwilą zjadłam, od razu zrobiłam się głodna. Na miejscu było dosłownie wszystko: kiełbasy, langosze, kapusta, dania podobne do gołąbków i tyle przysmaków, że widząc je, chce Wam się płakać, dlaczego macie tak mały żołądek. Gdybyśmy mogli, skosztowalibyśmy każdego dania, ale i bez tego śmialiśmy się, że Budapesztem odreagowujemy brak jedzenia na Islandii, bo nie jedliśmy trzech posiłków, tylko przynajmniej z sześć: śniadanie, drugie śniadanie, przed-obiad, obiad, po-obiad, deser, obiadokolacja, kolacja i tak dalej. Jedliśmy na potęgę i nie wiem, jak wystarczyło nam na to wszystko pieniędzy ani jakim cudem z tymi nabytymi kilogramami udało nam się tyle przejść. Fakt faktem, na większość potraw nie sposób narzekać.
Diabelski młyn – Budapest Eye
Na samym placu odbywały się też występy i wspólne śpiewanie. Rozstawiono dużą scenę, więc ludzie bawili się razem i spędzali rodzinnie czas. W końcu jednak wydostaliśmy się z tłumu i objęć tych niesamowitych zapachów i udaliśmy się… na diabelski młyn, a raczej Budapest Eye (bardzo oryginalna nazwa…). Czekając w kolejce, nie mogłam przestać zachwycać się latarniami, które umieszczono wokół. W środku każdej latarni tkwił mały Mikołaj albo bałwanek, a w kloszu co chwilę wystrzeliwał śnieg (tzn. pewnie styropian, ale wyglądał jak śnieg). Wręcz nie mogłam się powstrzymać, żeby tego nie nagrać! Ta atrakcja kosztowała nas 3000 HUF od osoby (1 forint = 0,013 złotego), czyli około 39 zł. Trochę drogo, zważając na fakt, że po drodze nie stanie się raczej nic zaskakującego.
Panorama widoczna z góry rzeczywiście ładna, my akurat podziwialiśmy ją już po zmroku, jak zresztą większość Budapesztu ze względu na to, że odwiedzaliśmy go akurat w jedne z najkrótszych dni w roku. Ja jednak miałam szczęście jechać z Maciejem, który ma lęk wysokości i kiedy nasz wagonik zatrzymał się na samej górze, miałam wrażenie, że pęknę ze śmiechu, zwłaszcza kiedy zobaczyłam wzrok pary siedzącej naprzeciwko nas. Oczywiście nie byłabym sobą, nie dolewając oliwy do ognia, więc wskazałam na jedną ze śrubek i powiedziałam: „Ej, patrz, jakby trochę nie do końca dokręcona”. Mina Maćka bezcenna.
Udało nam się jednak przeżyć i odwiedzić jeszcze kilka charakterystycznych sklepików, np. Hungarian Shopping Market, czyli typowe mydło i powidło. W środku możecie znaleźć mnóstwo pamiątek typu magnesy, kubki, długopisy, kubraczki, plecaki, wszystko. Wzrok przykuwają też przepiękne czekolady.

Po całym dniu wróciliśmy w nocy do pokoju hotelowego zupełnie zmordowani, padnięci i obżarci. Wstawaliśmy najpóźniej o 8.00 każdego dnia, więc siłą rzeczy w każdy kolejny czuliśmy się coraz bardziej wypruci, zważając na wysiłek, jaki sobie fundowaliśmy. Było jednak warto i mam nadzieję, że parę informacji, które udało mi się zawrzeć dla Was w tym wpisie, okazało się przydatnych czy interesujących. Jeśli tak, to wkrótce pojawią się kolejne części naszej węgierskiej wędrówki, więc serdecznie zapraszam do pozostania z nami. W następnym wpisie pojawi się cyrk prosto z Jakucji, lodowisko z widokiem na zamek, kilka budapeszteńskich wierzeń, no i oczywiście… nasze zawstydzające akcje. A w byciu na bieżąco na pewno pomoże obserwowanie fanpage’a oraz Instagrama. Odnośniki w prawym górnym rogu, daj się zapamiętać!















