Malta cz.8 – Jak dostać się na Gozo, co zwiedzić oraz czemu warto sprawdzać informacje?

Informacje ogólne: Poniższy wpis zamyka naszą serię dotyczącą 9-ciu dni spędzonych na Malcie. Możesz czytać go oddzielnie, ale zapoznanie się z poprzednimi częściami na pewno wzbogaci Cię w wartościową wiedzę i pomoże przygotować się do samodzielnego wyjazdu. Dziś będę pisać wyłącznie o Gozo, czyli wyspie należącej do Malty – transporcie, zabytkach i wszelkich ciekawostkach popartych zdjęciami. Zapraszam na:

Gozo – Transport

Chcąc dostać się na Gozo z głównej części Malty, pierw musimy udać się do Cirkewwa Ferry Terminal, skąd odpływa prom. Na miejsce dojeżdża kilka linii autobusowych, no i oczywiście możemy pojechać też wypożyczonym samochodem, jeśli ktoś skorzystał z tej opcji. Niezależnie od powziętej decyzji, musimy uiścić tę samą opłatę, czyli 2,5 € łącznie w obie strony. Robimy to jednak dopiero opuszczając wyspę, dzięki czemu oszczędzamy nieco czasu i nie musimy dwa razy szukać kas. Całkiem dobrze pomyślane rozwiązanie, bo wiadomo, że każdy kiedyś przypłynie z powrotem – raczej mało będzie śmiałków, którzy udadzą się wpław na Maltę razem z meduzami i resztą wodnych stworzeń.

Prom odpływa bardzo często, średnio co pół godziny w dzień, w nocy co godzinę lub 45 minut. Na pokład najpierw wjeżdżają samochody i jest to o tyle wygodne, że nigdy nie trzeba manewrować tyłem, co zdarza się w przypadku niektórych portów, bo wyjazd znajduje się z obu stron promu. Dzięki temu nie musi on wykonywać tylu manewrów przy dobijaniu do brzegu i wszyscy są szczęśliwi. Ludzie wchodzą na samym końcu dokładnie tą samą drogą co pojazdy i przechodzą na pokład wyżej. Cały czas musimy mieć założoną maseczkę, przynajmniej na wejściu, bo później większość pasażerów siadała z dala od siebie i je zdejmowała. Rejs nie jest specjalnie długi, trwa około 20 minut. Za pierwszym razem jest fascynująco, bo zwiedzamy pokład, oglądamy widoki, ale każdy kolejny dość mocno się dłuży; zwłaszcza nocą, gdy zaczyna być chłodno od wiejącego wiatru, nie zdążyłeś doschnąć po kąpieli i poza światłami nie widać nic więcej.

W przypadku Gozo, przyznaję, własne auto jest na wagę złota. Oczywiście możemy sobie bez niego poradzić i absolutnie nie opłaca się wypożyczać go na jeden dzień, ale… komunikacja miejska pozostawia wiele do życzenia. Dobrze, że możemy wykorzystywać miejskie karty Tallinja Explore, o których pisałam TUTAJ, a nie dodatkowo płacić za bilety, ale to chyba jedyna zaleta. Linii autobusowych jest mało i czasami, zależnie od tego, gdzie się udamy, musimy czekać na transport przez dobrą godzinę. Nie ma też często połączeń bezpośrednich tam, gdzie chcemy się dostać, więc konieczne jest przejście przynajmniej pół godziny na pieszo lub decydowanie się na przesiadki, które zazwyczaj są zupełnie niezsynchronizowane. Wracając z północy Gozo do naszego apartamentu niemalże na samej północy Malty, zajmowało nam to około 2,5 godziny. Jazda autobusem – czekanie – przesiadka na drugi autobus – czekanie – płynięcie promem – czekanie – przesiadka na autobus – pójście do domu. Spokojnie traciliśmy ponad godzinę na nic nierobieniu, a mimo tego na Gozo pojawiliśmy się dwa razy. Wydaje mi się, że to taka optymalna ilość, żeby pozwiedzać i wykąpać się w nietrywialnym miejscu.

Gozo – Zwiedzanie

Wychodząc na ulicę, dostrzegamy pełno kościołów i kopuł na horyzoncie. Część z nich mieliśmy na swojej liście podróżniczej, więc sprawdziliśmy, jak się do nich dostać, natomiast resztę odwiedzaliśmy na zasadzie wsiadania w autobus i wysiadania z niego wtedy, gdy wydaje nam się, że zabytek jest najbliżej. Wysepka jest na tyle niewielka, że nie wychodzi to nawet najgorzej.

Pierwszy w kolejności był Ghajnsielem Parish Church, który okazał się najładniejszy ze wszystkich widzianych do tej pory, mimo trwających prac remontowych. Piękny, wysoki kościół otoczony palmami i rozciągającymi się wokół ogrodami.

Warto przejść się też po samej okolicy, bo Gozo to naprawdę zadbana i ozdobna wyspa (przynajmniej w większości miejsc). Wydawało nam się, że spora część dzielnic jest raczej bogatsza, na fasadach większości domów znajdowały się na przykład różnorodne rzeźby. Większość z nich była jednak dosyć szpetna i niespecjalnie realistyczna. Każdy balkonik miał mnóstwo dekoracji, zakręcane kolumny, a wszystko to uzupełniały rozkwitające rośliny. Bardzo ładny widok.

Na Gozo znajduje się również miasto Rabat (inaczej zwane Victorią), czyli miasto o dokładnie takiej samej nazwie jak to na głównej wyspie Malty. Wysiadając tam, jako pierwszy naszym oczom ukazuje się park i bardzo ciekawa rzeźba dziewczynki biegnącej za ptakami. Co niestety psuje scenerię, to mnóstwo śmieci – papierów, siatek, plastikowych kubków i butelek. Mimo tego ludzie zbierają się tu tłumnie całymi grupami i bez wątpienia jest to jedno z bardziej znanych miejsc na spotkania towarzyskie.

Na miejscu udaliśmy się na cytadelę (Cittadella), gdzie wstęp kosztuje 5 €. Panie w kasie są jednakże tak zagadane, że nie zdziwiłoby mnie, jakby dało się koło nich przejść za darmo, chociaż to nieładnie. 😉 Budowla została wstępnie wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a jej mury wstępnie pełniły funkcję obronną przed piratami napadającymi miasto, by zdobyć niewolników. W środku oprócz licznych kościołów i kaplic możemy zobaczyć również budynek sądów, starego więzienia czy muzeum archeologii lub folkloru. Wybór jest duży, a to, co urzeka najbardziej, to przede wszystkim spacer po murach i widok na panoramę miasta. Istotnym elementem do zobaczenia jest również Katedra Wniebowzięcia NMP, gdzie przed wejściem znajdują się dwa pomniki – Jana Pawła II oraz ojca Pio.

Obiektami, których z różnych względów nie odwiedziliśmy, a które Wam polecamy do wpisania na listy podróżnicze, są na pewno Salt Pans, czyli pola solne znajdujące się na północy wyspy. Możecie je znaleźć również w wielu miejscach na głównej Malcie, dlatego my odpuściliśmy, ale ponoć widoki są piękne, zwłaszcza o wschodzie i zachodzie słońca. Więcej o nich rozpisywałam się TUTAJ.

Drugą taką atrakcją jest Ninu’s Cave – nigdy nie potrafiliśmy wstrzelić się w godziny otwarcia i dobrze trafić na autobus. To dość ciekawa rozrywka, raczej nietypowa jak na Maltę. Możemy bowiem zobaczyć jaskinie, gdzie wszystkie formacje typu stalagmity, stalagnaty powstały z wapienia koralowego. Niektóre z nich są ponoć półprzezroczyste. Zwiedzamy tak naprawdę tylko jedną dużą komorę, sztucznie oświetloną, ale patrząc po zdjęciach, jest raczej warta zobaczenia. Dajcie znać, jeśli się Wam uda i podzielcie się opinią zwłaszcza w kwestii ceny – tej nie dałam rady znaleźć w internecie.

Trzecia atrakcja to stara przepompownia Imgarr ix-Xini Pumping Station – tam z kolei odstraszył nas upał i bardzo długie podejście. Atrakcja znajduje się na południu Gozo i możemy podjechać do niej autobusem, ale tylko kawałek. Przed nami 2 km zapewne niezbyt przyjemnej drogi w upale, a po naszych przygodach z Dwellingami nie mieliśmy ochotę na powtórkę z rozrywki. Tu również proszę o krótki komentarz z Waszej strony.

Fenomen Lazurowego Okna

Z czego ja najbardziej zapamiętałam Gozo? Przede wszystkim z Lazurowego Okna, czyli ogromnej, naturalnej formacji skalnej, przez którą mogliśmy oglądać morze. Stała się tłem dla takich produkcji filmowych jak Gra o Tron czy Hrabia Monte Christo. Nie wiem, czy wiecie, ale ta atrakcja widnieje na wszystkich plakatach reklamujących wyspę, jest wystrojem niejednej restauracji i niemalże jako pierwsza pojawia się na mapkach Google. Pojechaliśmy więc zobaczyć, o co tyle zachodu, nastawiliśmy nawet nawigację i nic. Idziemy, idziemy, a śladu nie widać. W końcu natrafiliśmy na foodtruck i pytamy mężczyznę, który ma za sobą plakat z Lazurowym Oknem, czy wie, w którym kierunku mamy iść. On za to patrzy na nas, pokazuje za swoje plecy i mówi: „To? A to runęło już ze trzy lata temu!”

I rzeczywiście, dopiero w tamtym momencie sprawdziliśmy informacje na ten temat. Generalnie nie wpadliśmy na to wcześniej, bo przecież ani nie trzeba na to biletów, ani obiekt się nie zamyka. Przyjęliśmy za pewnik, że skoro obiekt jest taki rozsławiony, to na pewno będzie istnieć! W tym wypadku zdziwiło mnie jednak, jak Maltańczycy potrafili rozkręcić turystykę i reklamę wokół czegoś, czego tak naprawdę nie ma, a z drugiej strony nie wykorzystują zasobów, które wystarczyłoby nieco odnowić i rozsławić, by stały się symbolem wyspy, o czym wspominałam już w przypadku TEGO wpisu o Selmun Palace. Naprawdę niewiarygodne.

Ciekawostką jest to, że powstały nawet plany odbudowy Lazurowego Okna przez rosyjskiego architekta Swetozara Andriejewa. Kiedy jednak zobaczyliśmy proponowane rozwiązanie na zdjęciu, aż się skrzywiliśmy. Zamiast ogromnego bloku skalnego, który się zawalił, miałaby powstać stalowa, duża konstrukcja, która nie pasuje niemalże do niczego. Byłaby czymś na wzór wieżowca z pięcioma piętrami i dużą powierzchnią dla sali konferencyjnych. Co prawda lokalsom pomysł się spodobał, ale na całe szczęście nie wszedł w życie (póki co).

Czy żałujemy tego, że pojechaliśmy? A skąd! Spacer był piękny – z widokiem na klify i ze wspinaczką po wapiennych skałach. Świetne miejsce na bouldering, zresztą Malta w ogóle obfituje w wiele lokalizacji, które mogłyby okazać się rajem dla wspinaczy. Chodziliśmy więc, obserwowaliśmy gromadzącą się na brzegu sól i chodzące kraby, w sumie szybko zapominając o niezbyt wielkim rozczarowaniu. Zresztą dzięki niemu natrafiliśmy na lokalizację, którą pokochałam najmocniej z całego pobytu, a mianowicie Inland Sea. Generalnie to po prostu zatoka, do której woda dostaje się wąskim, kamiennym korytarzem, dzięki czemu woda jest niesamowicie ciepła. Wszystko to otaczają wysokie skały, z których skaczą ludzie, tłumów nie ma prawie wcale, możemy spędzić pół dnia, obserwując żyjątka w skałach czy nawet wykupić rejs łódką. O pięknie tego miejsca rozpisywałam się przy okazji TEGO wpisu, koniecznie musisz zajrzeć!

Ceny na Gozo

Czy na Gozo rzeczywiście ceny są dużo niższe niż na Malcie? Jeśli chodzi o pizzę, to tak, ale nie zauważyliśmy tego w żadnej innej kwestii. Być może to zasługa pandemii i chęci zarobku, a być może te czasy już ogólnie przeminęły. My ze swojej strony na pewno nie polecamy noclegów na wyspie – opłaca się odwiedzić ją raz lub dwa, ale nie więcej, bo po prostu nie będziecie mieli co robić i każdy dzień zaczniecie od wyklinania na transport. Nie wyobrażam sobie czerpania przyjemności z przeprawy pomiędzy Gozo, a na przykład Vallettą. Wyspę można odwiedzić całkowicie za bezcen, udając się tylko na bezpłatne atrakcje i podziwiając architekturę czy znajdując piękne miejsca do kąpieli. Świetna opcja zwłaszcza już pod koniec wyjazdu – my ten zakątek wspominamy bardzo dobrze.

Z mojej strony to już wszystko na dziś. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do odwiedzenia Gozo i przekazałam kilka interesujących informacji. Tym akcentem równocześnie kończę serię maltańskich wpisów i liczę, że to, czego się z nich dowiedzieliście, zaowocuje wyjazdem w przyszłości i okaże się dla Was cennymi wskazówkami. Dołożyłam wszelkich starań, by jak najlepiej nakreślić dla Was obraz wyspy, a nawet wysp – czekam teraz na Wasze spostrzeżenia i relacje. Zapraszam do wysyłania zdjęć, komentarzy i odnalezieniu mnie zarówno na Instagramie, jak i fanpage’u na Facebooku. Do zobaczenia!

JuraPark Krasiejów – rozrywka dla dzieci czy też dorosłych? Przedstawiamy ceny i atrakcje!

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć naszej jednodniowej wycieczki do JuraParku w Krasiejowie, którą odbyliśmy wraz z Szymonem 3 października 2020 roku. Przedstawimy Wam, jakie atrakcje czekają nas na miejscu, rozwiejemy też wątpliwości na temat tego, czy jest to atrakcja tylko i wyłącznie dla dzieci – nie zabraknie oczywiście cenników i praktycznych informacji. Zapraszamy na:

Wyjazd doszedł do skutku właściwie przypadkowo, bo niespodziewanie zwolnił nam się weekend. Pogoda zapowiadała się fantastycznie jak na tę porę roku (ok. 25℃) i z tego względu postanowiliśmy skorzystać z atrakcji, które mamy niemalże pod samym nosem. Ja co prawda byłam już w Krasiejowie 4-5 razy, ale JuraPark dość mocno rozbudował się od czasów powstania – kilka lat temu pojawił się całkiem nowy, interaktywny budynek. Postanowiłam więc odświeżyć wspomnienia, zwłaszcza że dla Szymona mieszkającego w całkiem innych rejonach Polski ten obszar nie był znany i zapewne sam by się tam nigdy nie wybrał, bo jednak atrakcje tego typu wydają się mocno „dziecięce”. Obserwowanie reakcji osoby, która nigdy wcześniej nie odwiedziła Krasiejowa, popchnęło mnie do zamieszczenia tego wpisu jako wskazówki zwłaszcza dla tych osób, które zamieszkują bardziej wysunięte na północ tereny Polski.

Bilety

Decydując się na wyprawę do Krasiejowa, możemy kupić bilety drogą tradycyjną lub online, co gwarantuje nam dodatkowe rabaty. To działa jednak tylko teoretycznie, ponieważ klikając w link odsyłający, nie dzieje się zupełnie nic i koniec końców lądujemy w kasie biletowej. Do wyboru mamy trzy rodzaje wejść:

  1. Główny Jurapark obejmujący również muzeum paleontologiczne, park rozrywki, Tunel Czasu, oceanarium oraz kino 5D,
  2. Centrum Nauki i Ewolucji Człowieka,
  3. Bilet kompleksowy obejmujący pkt.1 i 2.

Generalnie wyznaję zasadę, że jeśli już się gdzieś jedzie, to trzeba wykorzystać oferowane możliwości w pełnym wymiarze, tak więc trzecia opcja kosztowała nas 78 zł oraz 55 zł z ulgą. Czy warto? Moim zdaniem tak, ale to zależy, czego się spodziewacie – jeśli podróżujecie z dziećmi, to odpuściłabym drugą opcję, w późniejszej części wpisu opowiem dlaczego. O całości parku dobrze wiedzieć, że w bardzo dużej mierze wykorzystuje technologię 3D i liczne projekcje, co akurat uważam jest świetnym sposobem na przedstawienie czegoś, czego nie możemy już zobaczyć na żywo w pełnej okazałości, zwłaszcza że w większości przypadków nie znamy tak naprawdę prawdziwej formy dinozaurów. Zazwyczaj odnajduje się ich kilka kości, na podstawie których przyrównuje się je do znanych już okazów i stara się dojść do tego, jaka mogła być postura stworzenia, jego tryb życia i środowisko bytowania (wodne, lądowe). Dzięki temu wystawa nie ogranicza się tylko do oglądania gotowych eksponatów i figur, ale też pobudza aktywność zwiedzającego.

Co znajdziemy w Juraparku?

Jeśli chodzi o główną część JuraParku, to zajmuje on powierzchnię 12 ha, gdzie została wytyczona piesza trasa. Kierunek zwiedzania wyznaczają namalowane farbą ślady dinozaurów, a nad głowami zwiedzających co jakiś czas rozciągają się łuki z kolejnymi epokami (np. wczesny trias, późna jura, kreda).

Eksponaty mają rzeczywiste rozmiary, chociaż czasem, zwłaszcza spoglądając na tablice informacyjne, można dostrzec pewne odstępstwa od reguły. Jak się jednak można domyślić, byliśmy jednymi z niewielu osób, które rzeczywiście wczytywały się w tekst – rodziny z dziećmi raczej obwieszczały na głos nazwę danego dinozaura, robiły zdjęcie i szły dalej. Szkoda, bo tablice są dość ciekawe, przynajmniej niektóre. Zazwyczaj zawierają sporo ciekawostek i rozważań, oprócz tego tłumaczą zastosowanie nietypowych części ciała stworzeń. Znajdują się na nich także rysunki przyrównujące wielkość człowieka do wielkości danego dinozaura, jego sposób pożywiania, kraj występowania, wzrost i waga, które czasem okazywały się zaskakujące. Z rozbawieniem dostrzegliśmy, że niektóre okazy wagowo były mniejsze od mojego ogromnego kota! Graliśmy też w grę, która polegała na tym, że zakładaliśmy, który dinozaur mógł przekształcić się w jakieś współczesne zwierzę i jakie.

Szymon, jako zagorzały fan Wędrówek z dinozaurami, które pamiętał z czasów dzieciństwa, największą frajdę miał chyba ze zgadywania nazw eksponatów. Furorę bez wątpienia zrobił Argentynozaur o ogromnych rozmiarach, którego znaleziony kręg szyjny miał wielkość człowieka. To też jedyna figura, do której możemy podejść, dotknąć i przytulić się do ogromnej łapy. W tym miejscu również zamontowano głośniki, przez które słychać co parę sekund ryk – dla dorosłych tandeta, młodsi nawet trochę się bali.

Pawilon paleontologiczny

Po drodze na trasie przechodzimy przez pawilon czy też muzeum paleontologiczne, które powstało dzięki inicjatywie Uniwersytetu Opolskiego. Do dziś odbywają się prace badawcze, zjeżdżają tu studenci z całego świata na okres dwóch tygodni (można ich zobaczyć w lipcu, sierpniu i wrześniu), podczas których całe życie zamyka się na poszukiwaniu szczątek dawnych istnień. W budynku możemy zobaczyć wykopane skamieliny i odnalezione fragmenty dinozaurów czy stworzeń, które żyły jeszcze przed nimi. Został tu odnaleziony gatunek Silesaurus Opolensis, który jest znany na całym świecie tylko z tego miejsca. Jako dziecko zupełnie tego nie zakodowałam, podejrzewam, że też niespecjalnie mnie to obchodziło i bardziej zwracałam uwagę na walory widokowe, ale to dość budujący, ważny dla nas fakt. Pawilon może i nie jest wielki, ale dość ciekawy, bo rzeczywiście można dostrzec znaleziska gołym okiem, ponadto chodzimy po szklanej platformie i znaczna część znalezisk znajduje się pod naszymi stopami.

Tunel Czasu

Do całości trasy jesteśmy przewożeni kolejką, która kursuje niemalże co chwilę. Oczywiście możemy przejść ten kawałek pieszo, ale omijamy wtedy część rozrywki. Nasz środek transportu nie jest bowiem taki jak wszystkie inne – siedzimy w nim bokiem tak, że obserwujemy tylko jedną stronę świata i nie bez powodu, bowiem wjeżdżamy w specjalnie zaprojektowany Tunel Czasu. Kolejka porusza się bardzo powoli, a my dostajemy okulary 3D, dzięki którym możemy oglądać projekcję filmową w zaciemnionym wnętrzu. Opowiada ona o dziejach powstania i przekształcania się świata na przestrzeni milionów lat, przybliża też historię pierwszych ziemskich stworzeń. Animacja jest bardzo współczesna, przystosowana do młodszych odbiorców, jednakże… nie, jeśli chodzi o przekaz. Na początku pada tyle fachowych informacji, że dzieci na pewno nie zrozumieją połowy słów, więc trochę pokrzykują, a trochę marudzą, że nudno. Nie wiadomo, kto stanowi w tym miejscu target, ale ostatecznie każdy znajdzie dla siebie jakąś miłą cząstkę, zwłaszcza że towarzyszą nam różne efekty specjalne – lasery, wybuchające wulkany i tak dalej, a wszystko to współgra z historią rozgrywającą się na ekranie.

Dodatkowe udogodnienia – park rozrywki, kino 5D, oceanarium

Jak z kolei kończy się wycieczka? Możemy wrócić dokładnie tą samą kolejką, a możemy też na pieszo poznawać resztę uroków tego terenu. Znajduje się tutaj dość duża strefa gastronomiczna nie tylko z obiadami, ale też słodkimi przekąskami i lodami. Część stoisk była jednak na stałe zamknięta zapewne ze względu na mniejszą ilość turystów, czas posezonowy i sytuację epidemiczną. W jednym z budynków odbywał się nawet festiwal czy też dzień dyni, można było wyrzeźbić własną pod okiem obsługi. Z braku czasu nie skorzystaliśmy, choć zawsze chciałam spróbować! Minusem parku jest jednak fakt jego szybkiego zamykania się – w tygodniu o godz. 16.00, w weekend o 17.00. Jeśli chcemy być szczegółowi i wszystkiemu poświęcić należytą ilość czasu, to wyrobimy się na styk.

Dzieci dość mocno czekają na plac zabaw i park rozrywki, do których trzeba przejść ze dwieście metrów już od głównego szlaku. Na miejscu znajdują się karuzele krzesełkowe (jedna duża dla dorosłych, niestety nieczynna, druga mała dla dzieci), niewielka kolejka z wagonikami i wahadło z łodzią. Oczywiście obskoczyliśmy wszystkie atrakcje, nie bacząc na wiek czy inne zahamowania, zwłaszcza że Szymon nigdy wcześniej nie był w wesołym miasteczku. Przed wahadłem zjedliśmy jednak gofra, żeby dotrzymać do obiadu, no i może nie był to najlepszy pomysł ze względu na lekkie mdłości, dzięki którym zapewniliśmy sobie dodatkowe doznania. Oczywiście usiedliśmy na samym końcu statku, by w kulminacyjnym momencie znaleźć się jak najwyżej i bawiliśmy się przednio. Mała rzecz, a tak cieszy, zwłaszcza że z góry mamy ładny widok na jezioro i łabędzie. 😀

Pomiędzy plażą a strefą gastronomiczną znajdują się też oceanarium i kino 5D. Poszliśmy na Meet the Dinos. Wielkiego wyboru zresztą nie mieliśmy, bo był to jedyny film (od pięciu lat). Możecie się więc domyślić, jaki reprezentował poziom – telepało jednak fotelami, wiał wiatr, więc w ogólnym rozrachunku nie było najgorzej. Czy mimo naszego braku zachwytu ekranizację mogę polecić dla dzieci? Może podsumuję to słowami kilkuletniej dziewczynki, która siedziała za nami podczas projekcji i skwitowała ją słowami: „I to miał być film? Jak taki film, to mogliśmy równie dobrze zostać na schodach!”. Strasznie nas to rozbawiło.

Jeśli chodzi o oceanarium, to na pewno można o nim powiedzieć, że jest… nietypowe, bo nie ma w nim żadnych zwierząt. Znowu wszystko odbywa się na zasadzie technologii 3D. Wchodzimy z okularami do długiego tunelu i stajemy przed ogromnymi ekranami wzorowanymi na akwaria. Filmiki mają po kilka minut i przedstawiają dawne zwierzęta morskie, które po prostu pływają, obnażają kły, zbliżają się do nas i tak dalej – jak to zazwyczaj ryby. Wielkościowo może nie były odwzorowane 1:1, ale efekt i tak był dość ciekawy. Polecam zebrać się na cierpliwość zwłaszcza przy okazji ostatniego stanowiska. Uruchamia się ono na czujnik ruchu, kiedy stajemy na specjalnej platformie. Już samo to wzbudza podejrzenia, jako że wszędzie indziej podłoga jest… no po prostu zwyczajna. Zostajemy więc uczestnikami ataku stworzenia morskiego, które powoli rozbija szybę… a cała ziemia zaczyna się trząść. Trochę przewidywalne, ale wciąż fajne przeżycie, które oznaczyłabym jako obowiązkowy punkt podróży.

Centrum Nauki i Ewolucji Człowieka

Jeśli zaś chodzi o drugą część biletu kompleksowego czyli Centrum Nauki i Ewolucji Człowieka, to wejścia odbywają się co godzinę o pełnej godzinie, ostatnie o 16.00, więc zdążyliśmy rzutem na taśmę. Jeśli przyjdziemy parę minut za wcześnie, możemy skorzystać z interaktywnej poczekalni – zrobić sobie zdjęcie, a także stanąć przed ekranem, na którym wybieramy człowieka w różnym stadium rozwoju (homo sapiens, homo erectus i tak dalej). Kamerka przetwarza obraz i zamienia nas w małpę, która porusza się tak samo jak my… no prawie. Uśmiałam się przy tym niesamowicie, bo ruchy komputera są tak nieudolne, że jeśli tylko nie trzymamy rąk odwiedzionych od reszty ciała, to całkowicie się gubi. Do tego stopnia, że moja małpka potrafiła włożyć sobie rękę w żołądek, a przy tańczeniu jak Egipcjanin krzyżowała ręce tak, że już dawno wylądowałabym ze złamaniami w szpitalu. Głupiutka rozrywka, ale dla zabicia czasu jak najbardziej polecam.

Żeby przejście przez budynek miało sens, dostajemy okulary 3D, słuchawki i audioguida działającego na czujniki (wszystkie sprzęty są dezynfekowane zaraz po oddaniu przez poprzednią grupę). Całe przejście rozpoczyna się od zamknięcia w kapsule czasu, która jest niczym innym jak kinem, w którym obserwujemy, jak cofamy się kilkadziesiąt milionów lat wstecz. Tutaj również ruszają się fotele, jednak trochę się zawiodłam, bo mój sprzęt przestał działać i słyszałam z całości nagrania tylko piąte przez dziesiąte z tego, co leciało w słuchawkach Szymona. Było bardzo ciemno, więc naciskanie na oślep przycisków audioguida nie pomogło, dopiero później naprawił się sam przy okazji przechodzenia ze stacji do stacji.

Po projekcji przechodzimy do następnego szeregu pomieszczeń. Część z nich to zwykłe wystawy z figurami, część to krótkie filmiki 3D. Żeby posłuchać historii z nimi związanych, należy stanąć w polu otoczonym laserem z oznaczeniem strefy. Wtedy czujnik automatycznie nas wynajduje i w słuchawkach włącza się odpowiednie nagranie. Trwają one zazwyczaj 2-3 minuty i oprócz tego, że lektor ma dziwne powiedzonka i wstawki, to przekazywane informacje są dość ciekawe – jak zmieniało się polowanie na przestrzeni lat, ceremonie pogrzebowe, sposób życia człowieka. Znowu: byliśmy jedynymi osobami, które słuchały od początku do końca, więc przy wyjściu zostaliśmy sami, a obsługa już troszkę nas poganiała, żeby puścić nam końcową projekcję w kapsule czasu. To akurat wydało mi się przykre, bo jednak zapłaciło się za coś, z czego prawie się nie skorzystało, a jak już się skorzystało, to uchodziłeś niemalże za dziwaka, który wszystko opóźnia.

Minusem tej atrakcji było to, że gdy stanowiska znajdowały się za blisko siebie, nagrania samoistnie się zmieniały, mimo stania w danej strefie. Potem zazwyczaj nie chciało się ich słuchać drugi raz, gdy zmieniły się na poprawne. Szymonowi zdarzyło się tak raz, mi chyba z cztery, bo jestem nadpobudliwa – zawsze obracam głowę, rozglądam się, patrzę na reakcje innych. Tkwienie w jednym miejscu nie wchodzi dla mnie w grę, ale przynajmniej miałam pretekst, by przytulić się do Szymona i słuchać nagrań z jego słuchawek.

Mając na uwadze to wszystko, rozumiem, że ciężko byłoby upilnować i zainteresować dzieci, jeśli sami dorośli nie mają wielkiego parcia, by zostać w tym miejscu. Stąd moja wcześniejsza uwaga, że być może warto zainwestować jedynie w JuraPark. Na końcu Centrum Nauki znajdują się wystawy poświęcone na przykład temu, jak zmieniały się naczynia, zabawki i figurki na przestrzeni lat. Możemy też obejrzeć mnóstwo czaszek zwierząt oraz ludzi oraz jakie zmiany zachodziły w nich zależnie od regionu, a także obejrzeć kilka ogromnych skamielin w pracowni, gdzie się je oczyszcza. Nam się podobało – może nie aż tak jak główna część zwiedzania, ale ani nie żałuję, że tam poszliśmy, ani nie uważam, że było nudno.

Ile czasu potrzeba na zwiedzanie?

Jeśli jesteśmy rodzicem z dziećmi, które bardzo chcą dotrzeć do placu zabaw i szybko się nudzą:

  • JuraPark ok. 2,5-3 godzin (już z jedzeniem),
  • Park Nauki i Ewolucji Człowieka ok. 20 minut, chociaż ja ogólnie odradzam.

Jeśli zaś rzeczywiście chcemy się czegoś dowiedzieć i za bardzo nam się nie spieszy, chcemy wykorzystać maksymalnie czas czy też wydane pieniądze:

  • JuraPark ok. 4-5 godzin (już z jedzeniem),
  • Park Nauki i Ewolucji Człowieka ok. 40-50 minut.

Myślę, że na dziś to wszystko. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do przyjazdu w swoje okolice i nieco unaoczniłam, jakie przeszkody możemy napotkać po drodze, zwłaszcza jeśli pod opieką mamy grupę szkrabów. Liczę też, że dzięki temu łatwiej będzie je przezwyciężyć i lepiej zaplanujecie podróż. Jeśli jesteście świadomi wszystkiego, o czym pisałam wyżej i dalej chcecie odwiedzić JuraPark w Krasiejowie, to naprawdę polecam!

Błędne Skały – który parking wybrać, ile zapłacimy za wstęp i jak długo zajmie nam wędrówka?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy jednodniowej wycieczki w Błędne Skały, którą odbyliśmy z Szymonem 24 października 2020 roku. Opiszemy więc, jak w dzisiejszych czasach wyglądają tam kwestie sanitarne, podamy ceny biletów i wskażemy kilka wskazówek apropos samego spędzania czasu czy parkowania. Zapraszam na:

Dlaczego wybór padł na to miejsce? W czasach pandemii natrafiamy na tak liczne ograniczenia w postaci zamykania atrakcji, różnego rodzaju placówek, ograniczania usług czy kwarantanny, że najbezpieczniejszą opcją wydawało się spędzenie weekendu na łonie natury. Postanowiliśmy oddalić się nieco od miejsca zamieszkania, skoro akurat mieliśmy więcej czasu, a pogoda zapowiadała się obiecująco. Gdyby nie pandemia, pewnie do naszego planu zwiedzania dołączyłaby Twierdza Kłodzko, ale chcieliśmy uniknąć tłumu i nie ryzykować przywleczeniem czegoś do domu ze względu na starsze osoby, z którymi mamy styczność. Jako że pojechaliśmy samochodem, podziwialiśmy budowlę jedynie z daleka, przez szybę.

Dojazd i parking

Dojazd do Gór Stołowych był tego dnia nie lada wyzwaniem, zwłaszcza że powstało wiele objazdów, a ruchem kierowała policja wraz z żandarmerią wojskową. Ostatni odcinek drogi już za Kłodzkiem pokonuje się serpentynami (nie bez powodu trasę tę nazywa się drogą stu zakrętów), najczęściej za kilkoma ciężarówkami, których nie sposób wyprzedzić, jako że jest to trasa wielu tranzytów. Warto więc mieć to na uwadze i jeśli mieszkacie daleko, zarezerwować na dojazd więcej czasu, by nie zwiedzać w pośpiechu, tylko nieco się zrelaksować.

Na miejscu natkniemy się na dwa parkingi – jeden na dole szlaku i jeden tuż obok punktu widokowego już przy Błędnych Skałach. My zdecydowaliśmy się na ten położony niżej o nazwie YMCA, darmowy. Za górny musimy zapłacić 20 zł, no i znacznie skracamy sobie czas wędrówki, a przecież ona była jednym z powodów, dla których wybraliśmy to miejsce. Udaliśmy się więc niebieskim szlakiem, który mniej więcej w połowie przechodzi w niebiesko-czerwony. Liczy około 3,5 km (na drogowskazie widnieje, że przejście ich zajmie Wam godzinę, ale nie sugerowałabym się tym, liczyłabym nawet dwie, jeśli chcecie cieszyć się spacerem). Podejście nie jest specjalnie wymagające przynajmniej do miejsca zetknięcia obu szlaków. Potem pojawia się więcej kamieni oraz korzeni, jest raczej wąsko i ślisko, zwłaszcza jesienią.

Warunki na szlaku jesienią

Mimo że nie padało już od kilku dni i świeciło słońce, gleba wśród gęstych drzew nie zdążyła przeschnąć. Trzeba było liczyć się z omijaniem kałuż czy naprawdę obfitego błota, dlatego dobrze zaopatrzyć się w porządne, nieprzemakalne buty i mieć przy sobie kogoś, kto przytrzyma Was, gdy się poślizgniecie (chociaż taką osobę w życiu warto mieć zawsze, nie tylko w górach!).

Mogę jednak śmiało przyznać, że ta pora roku mimo drobnych defektów jest idealna na wędrówki. Wszystko wokół przechodzi zielenią, żółcią i brązem, kolory wydają się tym intensywniejsze, im częściej pada na nie słońce. Wydaje mi się, że ten etap zwiedzenia podobał mi się nawet mocniej niż główna atrakcja, mimo że nie jestem miłośniczką chodzenia po górach. Chyba za często zmuszałam się do takich wyjazdów za dzieciaka z racji położenia geograficznego. Wśród –nastu lat edukacji pamiętam może dwie zielone szkoły czy pojedyncze wycieczki, które nie skończyły się marszem w górę przez większość dni, bo „Nie można dzieciakom zostawić za dużo czasu wolnego, żeby nie zrobiły nic głupiego, a tak to zmęczą się i pójdą spać”. Szymon z kolei takich udogodnień za często nie miał, więc wydawał się zachwycony. Zresztą oboje cieszyliśmy się czasem, który mogliśmy spędzić gdzie indziej niż w domu – na pewno znacie ten ból.

Najpiękniejszy widok to niezaprzeczalnie promienie słoneczne przebijające się między gałęziami i konarami drzew. Duża wilgoć sprawia, że w wielu miejscach możemy dostrzec pajęczyny rozciągające się wśród krzaków, które pokrywa mnóstwo maleńkich, mieniących się kropelek wody. Tuż przy głównej ścieżce zalegają też czasami wyrwane korzenie ogromnych drzew – jeden z nich był nawet wielkości człowieka. Kropelki wody ciekną strużkami po skałach, dodatkowo osiadają na igłach drzew i wygląda to naprawdę bajecznie. Warto zatrzymać się choć na moment i przyjrzeć się uważniej!

Czy podejście na wysokość ponad 850 m n.p.m uchodzi za trudne? Nie powiedziałabym. Większość trasy jest nachylona pod niewielkim kątem, idziemy wydeptaną, dobrze ubitą dróżką i ciało czuje to bardziej jak nieco cięższy marsz. Właściwie jest tylko jeden odcinek drogi, gdzieś w 2/3, który wymaga więcej wysiłku. Robi się znacznie bardziej stromo, trzeba stawiać wysoko nogi, by nie potknąć się o kamienie, ale w gruncie rzeczy przejście tego fragmentu nie zajmie Wam więcej niż 20 minut. Uwierzcie – jeśli ja dałam radę po tak długiej przerwie od wędrówek górskich, to Wy też dacie. Dobre miejsce na start dla jakiegokolwiek wysiłku, przynajmniej przypomnicie mięśniom, jak pracować po tych wszystkich domowych izolacjach i lenistwie. 🙂

Punkty widokowe

Będąc prawie u celu, docieramy do jednego z punktów widokowych w bardzo charakterystycznym miejscu przy ogromnym głazie i… słupach przysłaniających połowę krajobrazu. Myślę, że to zjawisko świetnie podsumuje dialog grupki osób, która zjawiła się tam jakiś czas po nas:
– No i po jakiego chuja postawili tu ten słup?!
– Żeby rozjebać ci zdjęcie.
Wierzcie lub nie, trafniej nie dało się tego wyrazić, choć może bardziej cenzuralnie już tak. 😉

W tym miejscu warto pamiętać o wyłączeniu danych komórkowych. Na terenie Parku Narodowego Gór Stołowych jest dość duży problem z zasięgiem przynajmniej jeśli chodzi o sieć T-Mobile (Plus poradził sobie tutaj znacznie lepiej). Raczej nie ma go wcale, a jeśli już, to łączymy się z czeską siecią, co wiąże się z opłatami po przekroczeniu limitu danych, który jest inny dla Polski i pozostałych krajów Unii Europejskiej. Warto więc mieć to na uwadze, by nie musieć martwić się o rachunki.

Przy samych Błędnych Skałach znajduje się kolejny, oficjalnie zaznaczony na mapach punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama.

Co nas zdziwiło, że ludzi było bardzo dużo, a większość z nich (szacowałabym, że nawet 98%) zupełnie nie dbała o dystans społeczny. Rozumiem – idąc szlakiem, gdy jesteś sam i mijasz kogoś tylko chwilami, mówiąc mu „Dzień dobry” czy „Cześć”, nie ma to większego znaczenia, ale przy samej atrakcji w tej kwestii nic się nie zmieniło, a zagęszczenie odwiedzających wydawało się spore, zwłaszcza że chodzi się głównie po wąskich, drewnianych kładkach. Z tego też względu często schodziliśmy na bok i przepuszczaliśmy ludzi przodem. Niemniej jednak szkoda, że nie czujemy potrzeby zachowania samodyscypliny w tej kwestii.

Cena i zwiedzanie

Co mnie się z kolei bardzo podobało, to wysokość opłat za wstęp do skalnego labiryntu – 12 zł dorośli, 6 zł młodzież oraz studenci (kupić je możemy zarówno w kasie, jak i internetowo po zeskanowaniu kodu QR z plakatów, które znajdują się na miejscu, unikając tym samym kolejek i kontaktu ze sprzedawcą w okienku). Cena jest symboliczna i niewygórowana, zważając na to, że tak naprawdę chodzimy i oglądamy skały, które ktoś nazwał według własnych skojarzeń.
„Labirynt” to jednak dość górnolotne określenie z tego względu, że nawet nie za bardzo mamy jak w nim zabłądzić. Brakuje jakiegokolwiek elementu poszukiwań – po prostu idziemy wyznaczoną ścieżką i mijamy podpisane na tablicach obiekty. Troszkę szkoda.

Tych wyjątkowych skał mamy dziewięć. Kolejno:

  • Skalne Siodło,
  • Stołowy Głaz,
  • Okręt,
  • Dwunożny Grzyb,
  • Kasa,
  • Kurza Stopka,
  • Długi Pasaż,
  • Przesmyk Liczyrzepy (Duch Gór, któremu składano w ofierze czarne koguty. Z początku utożsamiano go z diabłem, później przedstawiano jako starszego mężczyznę. Oczywiście postać fantastyczna, jednakże stała się obiektem wielu prac naukowych, a także legend sięgających czasów średniowiecza. Najbardziej związana z obszarem Karkonoszy),
  • Furtka.

Z naszej perspektywy najciekawszymi formacjami wydają się Kurza Stopka i Przemyk Liczyrzepy. Niektóre z kolei w ogóle nie przypominają tego, co ponoć miały – na przykład Kasa, więc trzeba użyć odrobiny wyobraźni. Tutaj jednak rada, by nie zabierać ze sobą wielu rzeczy, a już tym bardziej wypchanych plecaków. Część przejść jest naprawdę wąska i niska; na tyle, że dość mocno dziwi mnie brak uwag lub ostrzeżeń w momencie zakupu biletu. Mówię poważnie, pomyślałam o kilku znajomych, którzy mimo najszczerszych chęci nie byłyby w stanie przecisnąć się na drugą stronę wyjścia. Ja i Szymon jesteśmy mali i raczej szczupli, a musieliśmy czasami kombinować, ustawiać się bokiem itd. Może jednak tematu unika się, by nikogo nie urazić.

Drugi zaskakujący fakt, to że w Błędne Skały przyjeżdżają całe grupy znajomych po to… żeby siąść przy drewnianych stołach i wypić razem piwko. Pół biedy, kiedy są to ilości umożliwiające dalsze funkcjonowanie – widzieliśmy jednak człowieka, który spił się tak, że krzyczał jakieś głupoty, a znajomi nie zamierzali się do niego przyznawać. Ostatecznie wszedł na skały zaraz obok napisu „zakaz wchodzenia na skały”, a jedyne co nas pocieszyło, to że w razie upadku jego mięśnie były tak zwiotczałe, że pewnie wyszedłby z tego cało. Smutnego finału jednak nie obejrzeliśmy i ruszyliśmy dalej. 😉 Mężczyzna nie stanowił wyjątku, bo nawet w labiryncie ktoś rozsiadł się wygodnie z piwem. Chyba nie rozumiem tej mentalności, ale cieszy chociaż fakt, że mimo wszystko okolica jest bardzo czysta i nikt nie śmieci.

Żeby jednak nie wyszło na to, że z Błędnych Skał wynieśliśmy tylko jakieś złe wspomnienia, zachęcam do zerknięcia na kilka zdjęć, które oddają piękno tego miejsca. To właśnie te widoki sprawiły, że nakręcono tutaj ujęcia do filmu „Opowieści z Narnii – Książę Kaspian”, o czym nie mieliśmy wcześniej pojęcia.

Mimo że labirynt obchodzi się w niecałą godzinę lub pół, jeśli spaceruje się takim tempem jak większość zwiedzających, to na terenie samego parku spędziliśmy koło 4-5 godzin, co pozwoliło nam odświeżyć umysły i spędzić naprawdę przyjemny dzień. Warunkiem rzeczywiście musi być dobra pogoda i nieco więcej wolnego czasu, ale jak najbardziej polecamy tego typu wędrówki. Trzeba dbać o zdrowie psychiczne w tak ciężkich czasach, jakie nastały.

Pizzeria Me Gusta na uzupełnienie kalorii

Na koniec udaliśmy się pod pizzerię Me Gusta w Kłodzku, gdzie udało nam się zamówić pizzę na wynos (opcja stacjonarna nie była możliwa ze względu na obostrzenia rządu). Musieliśmy jednak dzwonić już z drogi, bo jak wspominałam, z zasięgiem mieliśmy niemałe problemy. Zjedliśmy na tylnych siedzeniach samochodu i cóż mogę rzec? Na pewno nie były to najlepsze warunki ani najlepsza pizza, jakiej kosztowaliśmy. Walory smakowe pozostawiały trochę do życzenia, z drugiej strony byliśmy tak głodni, że nie zamierzaliśmy narzekać. Uważajcie jednak, zamawiając pizzę z rukolą – bo choć ogólnie była smaczna, to liście wydawały się nie do końca dobrze umyte. Od czasu do czasu między zębami zgrzytnął piasek, wyciągnęłam z buzi nawet małą grudkę. Pizzeria ma jednak całkiem dobre oceny na Google, więc zakładam, że to nieszczęśliwy przypadek. Obsługa wyraźnie cieszyła się, że zobaczyła nasze twarze, a my z kolei byliśmy zadowoleni, że możemy wesprzeć jakoś branżę gastronomiczną jako naczelne łasuchy.

Na dziś to wszystko – życzymy Wam więc wszystkiego dobrego i mam nadzieję, że dowiedzieliście się dzięki nam czegoś nowego. Zachęcam do pozostawienia po sobie śladu i odwiedzenia mojego fanpage’a na Facebooku oraz konta na Instagramie – odnośniki po prawej stronie na górze!

Malta cz.6 – Jakie darmowe zabytki warto zobaczyć, a których lepiej unikać?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-ciodniowej podróży na Maltę. Możesz czytać go oddzielnie, ale zapoznanie się z poprzednimi wpisami na pewno wzbogaci Twoją wiedzę. Dziś dowiesz się o kilku bezpłatnych atrakcjach i wartościowych miejscach na wyspie, które na pewno urozmaicą Twój pobyt, jeśli już zdecydujesz się na ten kierunek. Nie zabraknie też rozczarowań, których dzięki nam będziecie w stanie uniknąć. Zapraszam na:

Wieża św. Agaty

Zaznaczę najpierw, że do tego miejsca warto udać się pod wieczór (ale tak, by było widno), kiedy słońce aż tak bardzo nie daje się we znaki. Podróżując komunikacją miejską, z przystanku musimy przejść jeszcze 600 m – nie jest to dużo, ale fakt faktem maszerujemy pod górę i temperatura daje się we znaki. Droga kręta, chodniczek wąski, ale w gruncie rzeczy sama przeprawa nie okazała się tak uciążliwa. W każdym razie widok jest warty zachodu. Obiekt można zwiedzać od środka, ale ta opcja raczej nie cieszy się dużą popularnością, bo główna atrakcja znajduje się tak naprawdę na zewnątrz. Dlaczego?

Wieża św. Agaty nazywana jest inaczej Czerwoną Wieżą i nie bez powodu, bo właśnie na taki kolor pomalowane są jej mury. I nie jest to wcale ceglany odcień, a raczej nasycony czy nawet wściekły, co czyni budowlę widoczną już z bardzo daleka. Obiekt powstał w celach obronnych, co nie stanowi zbyt wielkiego zaskoczenia, zważając na jego usytuowanie i grube mury. Mieścił w sobie zapasy amunicji i żywności tak duże, że wystarczyłyby na ok. 40 dni, a także odegrał istotną rolę w czasie II wojny światowej podczas panowania brytyjskiego. Dziś bardzo się wyróżnia, ale w czasach powstawania był jedną z wielu identycznych fortyfikacji, które stawiono w taki sposób, by zawsze któraś z nich znajdowała się w zasięgu wzroku. Większość z tego, co maluje się przed oczami, to efekt odbudowy i renowacji, w środku zachowały się jedynie elementy oryginalnej posadzki.

Wieża stanowi ciekawy widok – nie powiem, że powalający, ale drugiej takiej szybko nie znajdziecie, więc z racji tego warto ujrzeć ją na żywo. Ze szczytu jej schodów roztacza się piękny widok na okolicę – morze, klify, rozlewisko oraz całą dzielnicę Bugibby.

Parish Church of Melieha

W tytule zaznaczyłam „Melieha”, jednak warto wiedzieć, że na wyspie znajduje się przynajmniej 15 i więcej kościołów opatrzonych tą nazwą. Śmialiśmy się, że widząc 2-3 z nich, to jakby widziało się już wszystkie i nie jest to dalekie od prawdy. Wszystkie są zachowane w dokładnie tym samym stylu, a i ogólnym wyglądem niewiele od siebie odbiegają – kształt, budulec i sposób zdobienia pozostaje niezmieniony, mogą jedynie zmieniać się miejsca ich usytuowania czy rozmieszczenia figur świętych. Pozwolę sobie opisać tylko jeden kościół, zwłaszcza że znajduje się wokół niego kilka ciekawych elementów, o których warto napomnieć.

Kamień do utworzenia budynku pozyskano w całości z kamieniołomów znajdujących się na wyspie, natomiast dzwony przetransportowano z samego Mediolanu. W pracę byli zaangażowani przede wszystkim miejscowi chłopi, którym zależało na bliższej obecności jakiegokolwiek miejsca sakralnego. Zaraz obok jesteśmy w stanie dostrzec tabliczkę tuż nad jednym z wąskich przejść, informującą, że w czasie II wojny światowej znajdowały się tam schrony – niestety dziś nie sposób wejść do środka. Ściany przed wejściem zdobi parę murali – z wizerunkiem Matki Boskiej, ale także bardziej przyziemne, wykonane trójwymiarowo.

Zanim przekroczymy bramę, mijamy podświetlaną fontannę i restaurację. Zaraz potem widzimy małą scenę, a także plac z rozkwitającymi na drzewach kwiatami. To też bardzo dobre miejsce na zdjęcie pamiątkowe w wyciętych oknach, z widokiem na całe miasto. Widząc kościół po raz pierwszy, na pewno robi wrażenie, jest bardzo przemyślany i po prostu cieszy oko. Gwarantuję, że na każdy kolejny zwraca się uwagę już znacznie mniej. :p Co natomiast ciekawe, choć… dość tandetne – na tego typu budowlach znajduje się zawsze oświetlenie nocne w postaci żarówek. Nie są to jednak zwykłe żarówki rzucające żółte lub białe światło, by podświetlić fasady i uczynić z nich jedyne miejsca widoczne po zmroku na horyzoncie, co widać na przykładzie Gozo, gdy odpływamy z wyspy promem. Nie – w większości przypadków żarówki są różnokolorowe: czerwone, zielone, przez co mamy wrażenie, że oglądamy choinkę przystrojoną na święta.

Ancient Cave Dwelling

Jeśli jest coś, czego żałuję najbardziej z całego wyjazdu, to właśnie tej atrakcji. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie przy niej nie być, bo teraz stanowi w relacji mojej i Szymona swoisty mem. „Idziemy oglądać dłelingi” stało się w naszym języku czymś, co zastępuje takie zdania jak: „Ale to będzie chała” lub „No to zapowiada się świetna zabawa/…”. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że nasze mózgi dały się oszukać magii zdjęć.

Generalnie swego czasu, kiedy przeglądaliście fotki na Google Maps z tej lokalizacji, dało się odnieść wrażenie, że idziemy zobaczyć jakąś ogromną skałę z wydrążonymi tunelami. Ba, to było jedno z pierwszych miejsc, które ochoczo wpisałam na naszą listę podróżniczą, a Szymon dodatkowo wsparł tę decyzję swoim entuzjazmem. I co?

Wybraliśmy się tam w jeden z pierwszych dni, upał jak cholera. Nawigacja pokazuje, że do przejścia po opuszczeniu autobusu zostaje nam 160 m, więc kto by się tam przejmował, że grzeje słońce. Trasa krótka, to i po co brać wygodne buty, skoro można iść w klapkach (do dziś została mi dziura w stopie po tej wyprawie). I rzeczywiście – po 160 m dochodzimy do celu, czyli do głównej drogi, którą mamy iść i która liczy sobie, wydawałoby się, jeszcze chyba jakieś 2749 kilometrów przez kamienie i nierówności. Pocimy się jak prosiaki, ale docieramy do pierwszej części rozrywki, czyli uli, które powstały gdzieś w czasach średniowiecza. Widzimy rzeczywiście otwory w skale, wygląda to nawet ciekawie. I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że łaziliśmy chyba jeszcze z półtorej godziny, a pozostałości po pracy pszczół okazały się najciekawszą rzeczą na trasie.

Kilka metrów dalej znajduje się jaskinia – dawne miejsce pochówku. Jeszcze dalej dwie niezidentyfikowane dziury w ziemi, którym zrobiliśmy zdjęcie, bo nic nie stanowiło ciekawszego obiektu. Dalej chata farmera, która wygląda po prostu jak nie do końca wybudowany prostokąt. I tyle. Chodziliśmy zdziwieni, szukając tej ogromnej skały z wydrążeniami i wiecie co? Ktoś po prostu wykonał zdjęcie z zoomem tych uli z samego początku, a wyglądało to na nie wiadomo jaką atrakcję. Generalnie nie wspomnę, jaki bitch face malował się wtedy na mojej twarzy, ale wspominać to będziemy chyba do końca życia.

Jedyną ciekawostką, jaką mogę Wam sprzedać, jest to, że po drodze zobaczycie dużo roślin, których nigdy nie ujrzycie w Polsce. Niestety ich owoce dojrzewają dopiero na przełomie sierpnia/września, więc nie mogliśmy zerwać ich od tak. Mówię tutaj o opuncjach, czyli takich kolczastych kulkach wyrastających na kaktusach. Na zdjęciu są zielone, ale w chwili dojrzałości przybierają czerwono-różowy odcień. Jedliśmy je kiedyś przy okazji pobytu we Włoszech czy Hiszpanii, raz nawet podarował nam je ratownik na plaży, mówiąc, że jestem uroczym dzieckiem (bo wtedy miałam może jakieś osiem lat i jeszcze byłam urocza). Smak jest bardzo, ale to bardzo słodki – dość specyficzny, ale na przykład mój wujek się tym zajadał. Trzeba jednak uważać, żeby nie pokaleczyć sobie palców, bo nawet w dobrze obranych owocach zostają malutkie igiełki, które wbijają się w opuszki.

Na miejscu spotkaliśmy też najstarsze drzewo maltańskie (ponad 1000 lat), na którym kwitł chlebek świętojański. Wygląda to trochę jak duża, długa fasola. Wyjada się oczywiście środek, który nawet teraz, będąc jeszcze twardym, bardzo ładnie pachniał. Ten owoc również bardzo często można spotkać w Hiszpanii.

Tylko raz natomiast natrafiliśmy na figi oraz oliwki, będąc w Sliemie, czy winogrona w Mdinie. Oczywiście mówimy już o tych dojrzałych, a nie o samych winnicach, których na wyspie można dostrzec dość dużo jak na panujący tam nieurodzaj i spaloną trawę.

Selmun Palace

To również miejsce, które polecam raczej na wieczór. Od przystanku czeka nas podejście ok. 1 km pod górę – w pewnym momencie chodnik zanika, idziemy asfaltem bez żadnego cienia, na pełnym słońcu. Nachylenie co prawda nie jest ogromne, ale trzeba troszkę wysiłku włożyć. Czy chociaż warto? Generalnie tak, ale mam nieco mieszane uczucia wobec tego zabytku. Wydaje mi się, że został nieco skazany na zapomnienie i mało kto się nim interesuje – zachowaniem porządku zarówno na terenie obiektu, jak i jego otoczenia. Wejść do środka nie możemy, bo odgradza nas szlaban, ponadto w środku, już na placyku, wala się pełno jakichś papierów, szmat i tak dalej. Sama budowla odstaje nieco wyglądem od innych i chociaż w ramach urozmaicenia warto uwzględnić ją na liście podczas wyprawy, aczkolwiek mówię, brakuje rozmachu: porządku, jakiejś maleńkiej kawiarenki obok, jakiejkolwiek reklamy. Co prawda do roku 2011 funkcjonował obok hotel, gdzie odbywały się wesela, ale został zamknięty nie tyle ze względu na małe przychody, co na zupełnie inną politykę restrukturyzacyjną przyjętą przez rząd.

Pałac w okresie swojego „życia” miał wiele przeznaczeń, służył na przykład jako miejsce spotkań dla polujących na króliki. W czasie powstania przeciwko Francuzom wykorzystywano go jako szpital dla marynarzy, długo służył też za miejsce obserwacyjne. Do dziś jednak nie wiadomo, kiedy dokładnie obiekt powstał, ani kto go zaprojektował.

Rotunda w Moście

Jedna z bardziej wprawiających w zachwyt i odmiennych budowli na Malcie. Obiekt możemy zwiedzać zarówno od wewnątrz, jak i zewnątrz – jest pięknie wykończony i wciąż służy jako miejsce sakralne. Posiada trzecią największą kopułę w Europie, w dodatku pięknie zdobioną, jeśli spojrzymy na nią od środka. Co ciekawe, rotunda powstawała w miejscu, w którym istniał już kościół – nie zburzono go jednak, a obudowano wokół, dzięki czemu mieszkańcy mogli nieprzerwanie cieszyć się uczestnictwem we mszach i obrzędach. Z tym miejscem wiąże się także historia nazywana „Cudem bomby”, kiedy podczas II wojny światowej dwie z nich spadły na dach budynku. Jedna z nich odbiła się od niego, natomiast druga przebiła go i spadła pomiędzy kilkuset wiernych… nie wybuchając. Jej duplikat możemy dziś zobaczyć na tyłach kościoła ze specjalnie oznakowaną tabliczką.

Do środka możemy wejść praktycznie bez przeszkód, natomiast przed wejściem trzeba poddać się procesowi mierzenia temperatury.

Wioska rybacka Marsaxlokk

Powiem tak – jeśli chcecie udać się w to miejsce, to raczej na początku pobytu, nie na końcu. My odwróciliśmy tę kolejność i było to dla nas miejsce jak wiele innych, już nie wywołało praktycznie żadnego wrażenia. Port z kolorowymi łódkami – przeżytek, kolejny identyczny kościół – hura, autobus jeżdżący raz na godzinę – wspaniale. Tutaj też znajdziecie chyba najdroższą kawę mrożoną na całej wyspie. Jedyną ciekawostką są tak naprawdę targi „rybackie”, które odbywają się w tym miejscu. Głównie jednak poza rybami sprzedaje się na nich lokalne likiery, o których pisałam TUTAJ, miody, ciasteczka czy różnego rodzaju poszewki lub obrusy. Bardzo fajnie można w ten sposób dostrzec pewne różnice kulturowe, poczuć się bardziej swojsko w miejscu, w którym przebywamy, ale tak generalnie to tyle. W Marsaxlokk nie możemy też raczej liczyć na żadną kąpiel, chyba że zapłacimy komuś z łódką, żeby przepłynął z nami na plażę. Nam ta opcja nie za bardzo się podobała, ale decyzja należy oczywiście do Was.

Sliema i St. Julian

W tych miastach co prawda nie znajdziecie jednej charakterystycznej budowli, którą warto zobaczyć, natomiast warto udać się do nich ze względu na ich odmienność. Oba uchodzą za kurorty dla turystów, są już znacznie bardziej zamożne, przynajmniej na pierwszy rzut oka. To tutaj możecie przespać się w Mariocie lub zjeść najzwyklejszą Margharitę za 15 €. Zobaczycie też wieżowce i zaskakująco dużo piaszczystych plaż jak na jedno miejsce – oczywiście zatłoczonych. Nieco inaczej wygląda też samo wybrzeże, ale o tym rozpisywałam się przy okazji TEGO wpisu. Przespacerujecie się również bardzo ładnie zagospodarowanymi parkami i poczujecie zupełnie inny klimat. Dlaczego wpisałam te miasta razem? Bo właściwie gdyby nie tabliczka z informacją, że przekraczamy ich granicę (zupełnie na środku deptaka), to nie bylibyśmy tego świadomi.

Co nas urzekło, to dość innowacyjne podejście do schronisk dla zwierząt, głównie kotów. Zagospodarowano na nie jeden budynek, ale generalnie on nie gra dużej roli, jest bardziej do użytku człowieka, przechowywania rzeczy i tak dalej. Dla znajd tworzy się specjalne budki na dworze, w których mają miejsce snu i na bieżąco uzupełniane wodę oraz suchą karmę. Czy to rzeczywiście działa? Tak! Kociaki rzeczywiście śpią w chatkach, a kiedy się obudzą, bardzo chętnie przychodzą do turystów na pieszczoty. Są zadbane i prawdopodobnie mają zagwarantowaną niezbędną opiekę weterynaryjną. Dzięki takiemu rozwiązaniu unikamy zamykania ich w klatkach i pozwalamy na wolność, równocześnie mając je na oku. Naprawdę świetny pomysł, choć niestety musimy wziąć pod uwagę, że w kraju takim jak Polska, gdzie co chwilę pada, są burze lub śnieg, pewnie nie miałoby to racji bytu. Na Malcie w miesiącach letnich prawie nie widać deszczu czy chmur, więc koty czują się tam jak w raju.

Na dziś to już tyle – mam nadzieję, że któreś z miejsc przypadło Wam do gustu i trafi na Wasze podróżnicze listy. W następnym wpisie skupię się na podróży do stolicy i postaram się oddać dla Was klimat Valetty nie tylko za pomocą słów, ale też wielu zdjęć. A w czasie czekania zapraszam Was na mojego Instagrama i fanpage’a na Facebooku, odnośniki po prawej na górze! 😉

Malta cz.5 – Którą plażę wybrać, gdzie wykąpać się bezpłatnie i jak radzić sobie z oparzeniem meduzy?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-dniowej podróży na Maltę. Możesz zacząć czytać od tego miejsca, ale dla lepszego rozeznania zalecałabym zerknięcie także na poprzednie wpisy, jeśli interesuje Cię, jak tanio zorganizować podobny wyjazd, jakie atrakcje odwiedzić lub czego spodziewać się po wyspie. Dziś zapoznasz się z listą polecanych (bądź nie) plaż i miejsc do kąpieli, a także dowiesz się, jak radzić sobie w przypadku bliskiego poznania z meduzą. Zapraszam na:

Udając się na Maltę w okresie wakacyjnym, niemal niemożliwe jest aktywne zwiedzanie bez zażywania w międzyczasie kąpieli. W końcu nie będziemy wracać do mieszkania/hotelu za każdym razem pomiędzy godzinami 12-15, a i atrakcje w zamkniętych obiektach kiedyś się wyczerpują. Wspominałam już, że z racji tego najlepiej zawsze mieć na sobie strój kąpielowy oraz ręczniki w plecaku. Raczej nikomu nie uda się przeżyć pełnego dnia nad wodą bez żadnego cienia, nawet z nie wiadomo jak mocnym filtrem, ale warto wykorzystać parę godzin na to, by nakarmić skórę witaminą D i nieco się opalić. Chociażby po to, żeby znajomi po powrocie nie oskarżyli Was, że nigdzie tak naprawdę nie wylecieliście. 😉

My kąpaliśmy się w większości miast, które odwiedziliśmy i które mają dostęp do morza, ale nie wszystkie nas zachwyciły. Większość plaż jest kamienista, dlatego polecamy zakup butów do wody. Nie jest to duży wydatek, a oszczędza nam krzywienia się z bólu za każdym razem, kiedy wchodzimy do wody lub stajemy bosą stopą na rozgrzany kamień o temperaturze 50℃. Można na spokojnie zamówić je przez Internet za niecałe 30 zł, my jedną parę znaleźliśmy nawet za niespełna 20 zł. Jeśli nie jesteś przekonany do tego rozwiązania, bo słyszałeś, że buty potrafią się po jakimś czasie rozkleić (zwłaszcza z gorąca), to potwierdzam – masz rację. Taki los spotkał moją poprzednią parę, ale dopiero po kilku sezonach nieużywania, także tak czy siak jest to inwestycja długoterminowa i mocno polecam w tej kwestii nie januszować.

Na piaszczyste plaże natrafiliśmy właściwie dwa razy, może trzy, jeśli liczyć fakt, że nawieziono odrobinę piasku i wysypano go na skały, co działa mocno średnio i raczej nie zapewnia wygody. Trzeba też liczyć się z tym, że tylko tam spotkamy leżaki, parasolki i płatności, a także mnóstwo, ale to mnóstwo ludzi. Spędzając czas na kamienistych plażach, nie musimy martwić się o to, że w plecaku przechowujemy aparat, dwa portfele i telefony, bo oprócz nas jest może dziesięć innych osób i nawet będąc w wodzie, możemy mieć swoje rzeczy na oku, nic nam ich nie zasłania. Chociaż mówię, to bardziej dla naszego spokoju niż dlatego, że rzeczywiście jest taka potrzeba.

Zanim jeszcze przedstawię Wam listę odwiedzonych przez nas miejsc, zaznaczę, że nie korzystaliśmy z płatnych opcji. Mając do wyboru tyle darmowych plaż, wydawało nam się zupełnie absurdalne, by wydawać pieniądze po to, by wejść gdzieś do wody – nie będzie tu więc informacji o Blue Lagoon na Comino, gdzie samo dopłynięcie kosztuje 10 € od osoby, nie będzie też wzmianki o Blue Grotto, gdzie za wstęp płacimy 5 €. Ładne widoki i lazurowa woda to nie tylko domena tych miejsc, ale że są rozsławione, to wszyscy chcą w nich być – no, prawie. Mam jednak nadzieję, że nasze miejsca też przypadną do gustu Wam i Waszym portfelom.

Kąpiel w Bugibbie

Jeśli chodzi o miasto, w którym spaliśmy, czyli San Pawl il-Bahar, to nie będę owijać w bawełnę – tam kąpie się dosłownie wszędzie. Nieważne, czy napotkamy przeznaczoną do tego plażę, czy nie; wybrzeże jest długie, a skały na tyle niskie, że co chwilę dostrzegamy człowieka, który rozkłada ręcznik i wchodzi do wody. Omija się tylko i wyłącznie port, co nie jest dziwne nawet nie tyle ze względu na zanieczyszczenia, co bardzo małą ilość miejsca – łódek zazwyczaj jest tyle, że weekendami zastanawialiśmy się, jakim cudem dostają się one na otwarte morze, wymijając 50 innych na swojej drodze.

W wielu miejscach mamy barierki, które pomagają nam bezpiecznie zejść do wody, dodatkowo restauracje dość często udostępniają małe plaże przynależące do obiektu. Wtedy oczywiście musimy kupić coś na miejscu, ale w zamian bardzo często dostajemy dostęp do leżaków, więc jest to dosyć uczciwe. Dzieciaki skaczą ze skał dosłownie wszędzie – Ty zwiedzasz twierdzę, a one rozbiegają się obok Ciebie i lecą jakieś siedem metrów w dół.

Na miejscu możemy też zobaczyć sławetne Salt Pans, o których rozpisywałam się TUTAJ. Kąpanie w tym miejscu nie jest najwyższych lotów, ale plaże znajdują się blisko największych atrakcji wyspy takich jak Malta National Aquarium czy Malta Classic Car Collection.

Wioska Popeya

O tym miejscu rozpisywałam się już przy okazji TEGO WPISU. Oprócz samego zwiedzania wioski powstałej na potrzeby nakręcenia musicalu o Popeyu, mamy możliwość wykąpania się w zatoce, gdzie domki zostały zlokalizowane. Co prawda sam wstęp jest płatny (9 € w tygodniu, 18 € w weekend), ale zakładam, że nikt nie przyjeżdża tam tylko i wyłącznie po to, by się wykąpać, a raczej skorzystać ze wszystkich atrakcji. Jako dodatek polecam więc schłodzenie się tam, bo miejsce jest naprawdę urokliwe, a do dyspozycji mamy zarówno wodne tory przeszkód, jak i materace z baldachimami wliczone w cenę. Jeśli natomiast marzy Wam się całkowicie darmowa kąpiel, to niedaleko na horyzoncie znajduje się betonowe molo, do którego mamy możliwość podjechania autem (zaraz obok jest nawet parking). Tym sposobem kąpiemy się w dokładnie tej samej zatoce, w miejscu o nazwie Anchor Bay Divesite, no i podziwiamy wioskę Popeya tylko z daleka. Niestety ta opcja nie jest już tak wygodna, gdy dysponujemy tylko i wyłącznie komunikacją miejską. Z przystanku autobusowego czeka nas okrężna droga i około 600 m do przejścia, ale dla chcącego nic trudnego.

Kąpiel w stolicy

Udając się do Valetty w lipcu, nawet jeśli bardzo byście chcieli, to raczej niemożliwe wydaje się zwiedzanie bez chwili przerwy, po prostu się roztopicie albo zasłabniecie. Szkoda psuć sobie taką atrakcję, dlatego niemalże od razu na wejściu możecie ochlapać się w fontannie, a popołudniu znaleźć miejsce, w którym zażyjecie kąpieli. Wcale to jednak nie jest takie proste, bo miasto jest usytuowane dosyć wysoko i najpierw trzeba zlokalizować schody, które pozwoliłyby nam znaleźć się na wysokości wody. Jeśli staniemy przodem do morza, to zalecamy kierować się w lewą stronę zaraz obok ogromnej dzwonnicy, która widnieje na Google Maps pod nazwą „Siege Bell War Memorial”. Po przejściu kilku metrów odnajdziecie wąską, kamienistą plażę Wuestenwinds beach, która stanowi ratunek w upalny dzień. Jak dla mnie mimo swoich rozmiarów była naprawdę urokliwa – widok na małe, kolorowe zabudowania, murale na ścianach, latarnię morską, przepływające statki i kamienne zabudowania stolicy unoszące się nad głową. Natrafiliśmy nawet na kamienny podest ze schodkami oraz drabinkami, dzięki któremu mogliśmy bezpiecznie wejść do wody.

Plaże: Sliema i St. Julian

Jeśli zależy Wam na zmianie widoków, to podróż do Sliemy oraz przylegającego do niej miasta St. Julian to świetny pomysł. Tutaj nie uświadczymy kamiennych uliczek czy niezliczonej ilości kościołów, zabudowania przybierają zupełnie inny kształt. W tym miejscu powstają największe kurorty na wyspie, dzielnice są raczej bogate i oblegane przez turystów – zobaczymy droższe sklepy, możemy też spędzić noc w Mariocie. Nie polecam jedzenia w tym miejscu, bo ceny za najtańszą pizzę zaczynają się od 15 €, ale plaże… jak najbardziej. Podobnie jak w Bugibbie, miejsc do kąpieli jest od groma i trochę, chociaż nawet kamieniste plaże cechują się większym urokiem. Dlaczego? Chodzi tutaj głównie o małe baseniki wodne utworzone przy brzegu. Podejrzewam, że kiedyś spełniały jakąś konkretną funkcję, mogły np. służyć do cumowania łódek, ale dziś to tylko i wyłącznie gratka dla odwiedzających.

Woda co prawda nie nagrzewa się na tych zagrodzonych obszarach szybciej, ale za to pływa tam niesamowicie dużo rybek – może nie ogromnych, ale już nieco większych i kolorowych. Warto więc wziąć okularki czy maskę do pływania, by móc nacieszyć się ich widokiem. Plusem jest też to, że w tych miejscach od razu natrafiamy na głębię, no i możemy wchodzić na większe kamienie i skakać do wody w całkiem bezpieczny sposób. Pod powierzchnią  dostrzeżemy mnóstwo roślin oraz wąskich kanalików – nie jest to co prawda rafa koralowa, ale widoki i tak warte zobaczenia.

Istnieją też znacznie większe „baseny” odgrodzone od morza w ściślejszym centrum miasta i tam zdarzają się piaszczyste plaże. Trzeba jednak liczyć się z tym, że nawet o godzinie 19.00, gdy słońce nie grzeje tak mocno, jest przeważnie mnóstwo ludzi i dość ciasno, zwłaszcza że brzegu nie ma za wiele. Dość długo dosięga się jednak dna, więc woda nagrzewa się szybciej – coś za coś.

Golden Bay

Największa piaszczysta plaża, na której byliśmy. Najlepiej udać się na nią z własną parasolką, bo nie uświadczymy ani grama cienia, chyba że schowamy się w dostępnym zaraz obok barze. Miejsce piękne, jedyne takie, gdzie spotkaliśmy się z większymi falami, na których można skakać dosłownie cały dzień. Plaża jest pod ciągłym nadzorem ratowników i jedynym minusem wydaje się to, że trzeba szukać miejsca wolnego od glonów, które owijają się wokół nóg, a ich fragmenty wchodzą pod strój kąpielowy. Lewa strona plaży przynajmniej podczas naszej wizyty przedstawiała się pod tym względem znacznie lepiej niż prawa.

Na miejscu dostępne są również rozrywki wodne takie jak jazda na bananie, gumie (czyli takim okrągłym pontonie), skuterach i wielu innych, oczywiście odpłatnie. Tym razem nie skorzystaliśmy, ale byłam już na nich w Czarnogórze oraz Hiszpanii i polecam gorąco, świetna zabawa ze zrzucaniem do wody i wylatywaniem w powietrze na falach. Niestety ludzi w tym miejscu bardzo dużo, więc ciężko o rozłożenie ręcznika przy wodzie, ale dalej jak najbardziej. My ze swojej strony polecamy.

Gozo – Inland Sea

Na to miejsce trafiliśmy przypadkiem podczas naszej wyprawy na Lazurowe Okno (śmiech na sali, opiszę to wydarzenie w kolejnych wpisach). Niezmiernie się cieszę, że do tego doszło, bowiem dotarliśmy do jednego z piękniejszych miejsc kąpielowych, w jakich kiedykolwiek byłam, a plaż w swoim życiu zaliczyłam naprawdę wiele. Jeśli będziesz na Malcie, nie może Cię to ominąć. Przygotuj się jednak na dość daleką podróż – podejrzewam, że to właśnie odległość i średni dojazd odtrąca wielu ludzi, dzięki czemu na całej plaży przebywa może z 20-30 osób, jest pełno wolnego miejsca do siedzenia i pływania.

Inland Sea to właściwie zatoka, którą z każdej strony otaczają wysokie klify i malutkie, kolorowe domki, które wyglądają jak przerobione na restauracje garaże. Brzeg jest kamienisty, ale nie na takiej zasadzie jak wszędzie, że chodzimy po skałach, tylko po dużych kamieniach. Stojąc na nim, przed naszymi oczami pojawi się kilka rzeczy – kilka kolorowych łódek dryfujących na wodzie, wśród których możemy pływać, food-truck z mrożonymi napojami i lodami (płatność tylko gotówką), a także jaskinia długa na około 150 m, z widocznym wylotem na otwarte morze. Jak można się domyślić, to połączenie nie jest przypadkowe, bowiem możemy zapłacić za 15-minutowy rejs, przepłynąć na drugą stronę zatoki i wrócić za 4 € od osoby. Odradzam jednak bardzo mocno tę opcję – jest dobra tylko w przypadku, kiedy z jakichś względów nie możemy pływać, nie potrafimy pływać lub nie mamy wodoodpornej kamery, a strasznie musimy się pochwalić światu, co widzieliśmy. Ja co prawda należę do ostatniej grupy, ale widoku i tak raczej nie zapomnę, a opowiedzieć mogę zawsze.

Woda przybiera piękny, błękitny kolor i jest niesamowicie czysta – widać wszystko aż do samego dna. Przez cały dzień operuje tam pełne słońce – spokojnie, znajdziecie kawałek cienia, a dzięki temu oraz wąskiemu tunelowi do morza woda jest cieplejsza niż gdziekolwiek indziej. To jedyne takie miejsce, gdzie unikamy szoku, gdy po raz pierwszy się zanurzamy.

Skały są wyżłobione w taki sposób, że możemy wspinać się po nich i wejść na co bardziej płaskie miejsca, by skakać do wody. Nie wchodziliśmy na duże wysokości, bo jednak w całym bajorku jest płytko, ale miejscowym dzieciakom w ogóle to nie przeszkadzało, ba – nawet skakały na główkę, wywołując w nas trwogę. Jeśli jednak nie macie na to ochoty, to i tak nie odczujecie nudy. Wystarczy, że dotkniecie skał, a momentalnie dostrzeżecie, jak wszystko się na nich rusza – ze szczelin wychodzą kraby i to całkiem sporych rozmiarów, a obok nich biegają jakieś szare żyjątka podobne do krewetek. One akurat są dość obrzydliwe, ale fakt faktem boją się ludzi i natychmiast się rozbiegają.

I oczywiście… największa atrakcja, czyli płynięcie wpław przez jaskinię. Licząc od brzegu, łącznie w jedną stronę jest około 250-300 metrów, ale nie martwcie się, gdy tylko przepłyniemy całą długość bajorka, tuż przed tunelem znowu pojawia się płycizna. Na chwilkę, ale jeśli będziecie potrzebowali odpoczynku, to wiecie, że tam na Was czeka. Zawsze też można złapać się skał (w środku nie ma aż tylu żyjątek, one raczej wygrzewają się na słońcu), a czasem nawet trzeba. Należy pamiętać, że przez jaskinię przepływają wcześniej opisane łódki i musimy ustąpić im miejsca. Jest go na tyle dużo, że nie musimy przyklejać się do ściany, ale nie można tego zbagatelizować.

Generalnie nie byliśmy jedynymi osobami, które zdecydowały się płynąć wpław, ale na pewno należeliśmy do zdecydowanej mniejszości. Ja ze swojej strony namawiam – koniecznie spróbujcie; jeśli nie do końca, to chociaż kawałeczek. Uczucie jest niesamowite, zwłaszcza kiedy spogląda się do góry, jak skały coraz bardziej się zwężają. Są tak wysokie, a w panującym wewnątrz półmroku wszystko wydaje się niesamowicie piękne. Nawet nie potrafię do końca opisać uroku tamtej sceny – zostawiasz wszystko w tyle, czujesz coraz zimniejszy prąd pod stopami, a kiedy tylko słońce z drugiej strony jaskini zaczyna oświetlać wodę, przybiera ona dosłownie granatowy kolor. A kiedy wreszcie wypływasz na otwarte morze, roztacza się przed Tobą horyzont i piękne klify. Popłynęliśmy tak dwa razy, a odczucia są po prostu niezapomniane.

Spotkanie z morskimi stworzeniami

Jest jednak jeden szkopuł, aczkolwiek gwarantuję Wam, że dzięki niemu tym bardziej będziecie mieli co wspominać. Po pierwszym przepłynięciu przez jaskinię i wyjściu na brzeg, Szymon podszedł do mnie i zapytał, czy w wodzie istnieje coś, co może jakby… poparzyć? Nie chciał mówić wcześniej, żebym nie spanikowała, a ja po prostu zaczęłam się śmiać, że to pewnie meduza sprawiła mu prezent na urodziny. Generalnie obecność meduz nad morzem Śródziemnym to nie żadna nowość – mój brat został poparzony już przy okazji naszego pierwszego rodzinnego wyjazdu, ale nie zdarza się to na tyle często, by trzeba było mieć obawy. Przy Inland Sea jest jednak trochę inaczej.

Następnego dnia, zanim jeszcze wypłynęliśmy przez tunel, zobaczyłam na swoim przedramieniu czerwoną pręgę. Okazało się, że ja też spotkałam się z meduzą, chociaż tego nie poczułam. Szymon z kolei mówił, że lekko go to miejsce oparzenia piekło, ale bardziej jak pokrzywa, nic większego. Wypłynęliśmy natomiast drugi raz jaskinią… a ja przez cały czas miałam z tyłu głowy, że w moim przypadku nadejdzie druga tura. Płynęłam więc za Szymonem i postanowiłam, że dopłynę tylko do końca jaskini, nigdzie dalej. I wiecie co? W jednym momencie poczułam, jakby ktoś mnie zbiczował, a połowa mojej ręki zdrętwiała. Dopiero po ponad 20-stu latach odkryłam, co to znaczy być porządnie oparzonym przez meduzę i jedyne, o co prosiłam Szymona, to żeby na płyciźnie on pierwszy zobaczył moją rękę. Bałam się tego, że kawałek meduzy się do mnie przyczepił i trzeba będzie go zdjąć, bo czasami tak się zdarza. Na szczęście zostawiła mnie jednak w spokoju, natomiast na dłoni wykwitły mi wielkie, białe bąble. O dziwo zniknęły dosyć szybko, chociaż po tygodniu to miejsce zaczęło mnie swędzieć i pojawiła się wysypka. Teraz co prawda został mały ślad, ale zapewniam – od tego się nie umiera (no chyba że pływa się w tropikach, to już nie gwarantuję bezpieczeństwa).

Należy pamiętać, że oparzenia mogą być różne, bo istnieje wiele rodzajów meduz. Ponoć istnieje wiele tabliczek informacyjnych, gdzie widnieją ich zdjęcia, charakterystyka i sposób postępowania w przypadku oparzenia, ale my nie widzieliśmy ani jednej i trochę to jest chyba kit.

5 złotych rad w razie poparzenia przez meduzę

Wiecie już, że meduzę można spotkać i podejrzewam, że w miejscu zakończenia jaskini one po prostu żyją i mają do tego dogodne warunki. To nie znaczy jednak, że trzeba od razu rezygnować z planów, bo nie jest powiedziane, że będziecie mieć podobne szczęście jak my. Gdyby tak się jednak wydarzyło, oto kilka porad, co zrobić, gdy poparzenie się już jednak zdarzy:

  1. Przede wszystkim nie panikuj – na środku morza, bez gruntu pod stopami, ciężko coś sensownego zrobić, więc najpierw dopłyń tam, gdzie możesz stanąć i uprzedź osobę, z którą jesteś, że zaistniała taka, a nie inna ewentualność.
  2. Może się okazać, że masz alergię na jad meduzy (ale pewnie dowiesz się o tym dopiero w chwili oparzenia) – wtedy idź do ratownika, a jeśli go nie ma, zagadnij nawet tych, którzy mają domki dookoła zatoki; będą wiedzieć, co robić i w razie czego zadzwonią po pomoc. Prawdopodobnie żyją na wyspie całe swoje życie i mają już doświadczenie w podobnych sytuacjach.
  3. Nie drap, nie przebijaj bąbli i w ogóle jak najmniej się dotykaj – czasem, jak mówiłam, oparzenie ledwo czuć i lepiej zostawić je w spokoju.
  4. Jeśli meduza, a raczej jej fragment się do Ciebie przyczepi – nie zdejmuj jej palcami, ani się waż. Trzeba zrobić to przez jakąś tkaninę; koszulkę, ręcznik. Po usunięciu danej części należy ją zakopać tak, by nie oparzyła nikogo innego.
  5. Nie sikaj na ranę!!! – to mit, który miejscowi wymyślili, mając ubaw z paniki turystów. Nie daj więc robić z siebie pośmiewiska i oszczędź sobie traumatycznych przeżyć. 😉

Generalnie ja od siebie nie polewałabym tego żadną wodą, niczego bym na to nie stosowała. Daj temu czas, nie rób głupich rzeczy i zagoi się samo. Nie Ty pierwszy i nie ostatni, więc na pewno przeżyjesz – dopiero kilkanaście oparzeń naraz może być naprawdę szkodliwe lub śmiertelne dla człowieka. Pamiętaj też, że meduza nie do końca robi, to co robi, w celach obronnych. Nie musisz jej rozwścieczyć ani sprowokować. W wodzie, zwłaszcza gdy jest ciemniej, jest mała szansa, że ją dostrzeżesz i wystarczy po prostu, że źle machniesz ręką. Meduza to jedno z niewielu stworzeń, które żyje bez mózgu i jest prawie w całości wodą, więc musisz jej wybaczyć – ona będzie parzyć wszystko, bo za mądra nie jest. Ty za to możesz, więc uważaj na siebie i zachowaj spokój. 🙂

Na dziś to tyle z mojej strony. Mam nadzieję, że zainspirowałam Cię do odwiedzenia paru miejsc i pokazałam fajne alternatywy dla płatnych kąpieli. W następnych wpisach opowiem z kolei o bezpłatnych zabytkach wyspy, które możemy zobaczyć czy nawet wejść do środka – doradzę też, gdzie na pewno nie jechać i na czym zaoszczędzić czas. Tymczasem w ramach czekania zapraszam Cię na mojego Instagrama i fanpage’a, odnośniki po prawej na górze.

Malta cz.4 – Jacy są mieszkańcy wyspy, co zobaczymy w fabryce czekolady i jak działają pola solne?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-dniowej podróży na Maltę. Możesz czytać go oddzielnie lub cofnąć się do pozostałych, jednak żadna opcja nie jest lepsza albo gorsza, jeśli chodzi o odbiór. Pod spodem przeczytasz głównie o naszych pierwszych wrażeniach z pobytu na miejscu, a także polecimy (bądź nie) kilka atrakcji w dzielnicy Bugibba i okolicach. Dowiecie się, jak wygląda praca w fabryce czekolady, a także przeniesiecie się z nami do lat 70’/80’, odwiedzając museum Malta Classic Car Collection. Kolejność następująca:

Przyznam szczerze, że przylatując na wyspę, miałam wyobrażenie, że jednak zachowało się na niej wiele orientalnych elementów, ale raczej nie za bardzo – mocno przesiąkła wpływami włoskimi, niezależnie czy mówimy o architekturze, czy o kuchni. Nowością, z którą do tej pory się nie spotkałam, a która strasznie przypadła mi do gustu, było nazywanie domów. Nie ulic, a właśnie wszystkich domków i kamienic. Część z nich odnosiła się typowo do świętych, inne zaś stanowiły pokaz wyobraźni i kreatywności mieszkańców. Świetna opcja, dzięki której dzielnica nabiera życia i indywidualności. Każde „imię” budynku zapisuje się na ozdobnych tablicach i wygląda to mniej więcej w ten sposób:

Dlaczego wcześniej wspomniałam o świętych? Rozpisywałam się o tym przy okazji wpisu na temat narodowego akwarium maltańskiego (O TUTAJ) – kult świętych jest na Malcie bardzo wyraźnie zauważalny. Posążki znajdują się na rogu ulic, domów, czasami nawet w zbiornikach wodnych. Kierowcy ciężarówek wywieszają w przedniej szybie szale z napisem: „Remember, God loves you” i nie jest to dla nikogo zaskoczeniem. Warto jednak wiedzieć, że razem z wiarą równie mocno ceni się symbole, takie jak na przykład oko Ozyrysa, które umieszcza się na łodziach, by bezpiecznie powrócić do przystani.

Salt Pans

Jeśli mówimy o łodziach, to powinny pojawić się też i ciekawostki o wodzie. Na Malcie niejednokrotnie spotkaliśmy się z rozwiązaniem, które nazywa się Salt Pans, czyli specjalne żłobienia utworzone tuż przy linii brzegowej. Największe z nich zobaczymy na północy Gozo, jednak nie trzeba płynąć aż tam, by przekonać się, jak to wygląda i czy w ogóle działa – mniejsze skupiska znajdziemy przy wielu plażach nawet w samej Bugibbie. My zobaczyliśmy je od razu pierwszy raz, kiedy poszliśmy nad morze, a nawet tego nie planowaliśmy.

Nazwa tego zjawiska nie jest przypadkowa, bowiem ulokowane na ziemi szachownice służyły właśnie do wydobywania soli w naturalny sposób przez człowieka. Tradycja sięga ponad 300 lat i ponoć często przechodziła z pokolenia na pokolenie. Polegało to na tym, że w momencie przypływu lub bardziej burzowej pogody fale wlewały się na brzeg i zalewały przygotowane wcześniej żłobienia. Gdy wszystko wysychało, w miejscach zagłębień pojawiała się sól, którą należało wyzbierać. Do teraz możemy ujrzeć wiele takich lokacji, gdzie proces ten odbywa się samoistnie na przykład na niższych skałach.

Kilka słów o mieszkańcach

Skoro tak mówimy o wyspie, to nie można pominąć w tym miejscu opisu jej mieszkańców – w końcu to ludzie tworzą atmosferę, legendy i miasta. Wspominałam już wcześniej, że na Maltę przybywa wiele osób z zagranicy w celu podjęcia tam pracy. Wszyscy są jednakowo mili, nieważne jakiej narodowości, no i przede wszystkim bardzo komunikatywni. To nic dziwnego, że ludzie sami z siebie zaczepiają cię na ulicy, by zamienić z Tobą parę słów – skąd jesteś, na ile zostajesz, jak podoba ci się kraj. Bardzo często zdarzało się, że po przedstawieniu się jako Polacy, nasi rozmówcy chwalili się ubogim słownikiem takim jak: Dzień dobry, cześć, dziękuję. Kilku nawet wspominało, że ma znajomych w Polsce i odnosili się do nas bardzo przychylnie.

Właściwie tylko raz mieliśmy dziwną sytuację – nie tyle nieprzyjemną, co po prostu dziwną. Dochodziliśmy już pod mieszkanie, kiedy zaczepił nas jakiś człowiek obwieszony biżuterią, raczej ciemniejszej karnacji, ubrany w nie najtańsze ciuchy. Konwersację prowadził głównie z Szymonem, mnie jakby pomijał – opowiadał, że pochodzi z Kenii (co już trochę mi jakby nie grało), że prowadzi sklep spożywczy i czy nie mamy może What’s upa, czy Szymon nie wyskoczy z nim na kawę. Chyba dopiero po tym mój partner spanikował i pociągnął mnie do domu, a mnie niby odrobinę chciało się śmiać, a jednak w głównej mierze byłam po prostu zaszokowana. No żeby martwić się na wakacjach we dwoje, że jakiś mężczyzna z Kenii zabierze ci faceta, kiedy stoisz metr obok, to tego jeszcze nie było. Także drogie panie, swoich chłopców trzeba pilnować. Oczywiście sytuacja z przymrużeniem oka. 😛 Fakt faktem, nie spotkacie się na miejscu z naciągactwem, ludzie są sympatyczni, bo po prostu tacy są i potrzebują otworzyć do kogoś buzię.

Od miejscowych zawsze możemy liczyć też na pomoc i to w najróżniejszych sytuacjach. My w jeden z ostatnich dni potrzebowaliśmy znaleźć biuro, w którym wydają karty miejskie, a że byliśmy akurat w obcej dzielnicy i Google nie pomagał, to postanowiliśmy pytać. Weszliśmy do pierwszego lepszego sklepu, akurat z odzieżą, i w pierwszym odruchu czekaliśmy, kiedy pracowniczka się zdenerwuje. No wiecie, nie chcieliśmy nic kupić, w dodatku pytaliśmy o rzecz, która w ogóle mogła jej nie interesować i jestem pewna, że w Polsce w 90% miejsc już dawno odesłaliby nas do drzwi z hasłem: „Nie wiem, sprzedaję ubrania, proszę zorientować się gdzie indziej, bo ja się tym nie zajmuję”. Tam natomiast kobieta z chęcią nam pomogła, ba! Okazało się, że później jechała z nami autobusem, jeszcze podeszła pogadać i ponarzekać, że niektórzy kierowcy z racji COVID-a nie zatrzymują się, gdy za dużo osób stoi we wnętrzu pojazdu, ale za to następny zabiera ich dwa razy więcej niż powinien i właśnie to się nam przydarzyło.

W sklepach na kasie sprzedawcy rzucają do ciebie żarcikami, na straganach z jedzeniem dają przekąsić ci ciastko za darmo i nie oczekują, że kupisz ich więcej. W weekend zobaczycie w knajpach kluby seniorów, którzy dają pokazy tańca na żywo – nie para czy dwie, a około 30-stu osób wiedzących, że zasługują w życiu na coś więcej mimo 70 lat na karku. Przechodnie dosłownie zatrzymywali się w pół kroku i nagle zbierała się cała grupa gapiów, by obserwować te występy. Super sprawa – w dodatku tak drobna rzecz, a daje emerytom poczucie, że są ważni, młodzi i stoją w świetle reflektorów. Tak właśnie powinno być.

Plusy i minusy wyspy

Istnieją jednak także minusy wyspy – nie są co prawda na tyle duże, by ją przekreślać, ale co bardziej wrażliwym na pewno mogą dać się we znaki. Przede wszystkim kwestia sprzątania po swoich psach. Pamiętam w Polsce taki okres, kiedy nikt o to za bardzo nie dbał i za dzieciaka często wracało się z podwórka z uwalanymi, śmierdzącymi butami. Problem jednak znacznie utracił na wadze i niestety Malta do tego etapu jeszcze nie dotarła. Chyba nie muszę wspominać, że nie jest to zbyt estetyczne, a tym bardziej pięknie pachnące w temperaturze 30℃. Rzadko kto zwraca na to uwagę, a dowodem tego jest nasza piesza wycieczka na Selmun Palace, gdzie szliśmy około 1,2 km ni to chodnikiem, ni po prostu asfaltem. Wiecie, trochę gorąco, człowiek potrzebuje skierować myśli na inny tor, więc zaczęłam liczyć psie kupy, które musieliśmy wymijać, by w nie przypadkiem nie wdepnąć. 12 kup, a więc przynajmniej jedna na 100 m. Yummy.

Dostrzegalny problem jest też w zakresie gospodarki odpadami. Na Malcie są specjalnie wyznaczone dni, kiedy wyrzuca się jakie śmieci, przy czym w połowę z nich można nie zwracać uwagi na segregację i raczej wielu ludzi z tego korzysta. Nietypowy jest raczej widok kontenerów na śmieci, natknęliśmy się na nie może raz lub dwa. Zawiązane worki po prostu wystawia się danego dnia lub jeden wcześniej przed dom, a one stoją wzdłuż ulicy przez kilka, kilkanaście godzin na słońcu. Nie chodzi już nawet o sam zapach, a o to, co z tych śmieci potrafi wieczorami wyjść. Przynajmniej z pięć razy widzieliśmy karalucha i to nie malutkiego, ale zdarzały się też i szczury. One akurat buszowały na plaży zaraz przy restauracjach – podejrzewam, że ktoś po prostu wyrzucał tam resztki. Nie zmienia to faktu, że urządziliśmy sobie romantyczny wieczór z winem przy morzu i o ile jeszcze nie odstraszyły nas szczury biegające kilkanaście metrów dalej, o tyle przenieśliśmy się od razu, gdy zaczęły włazić w szczeliny w skałach niedaleko nas.

Żebyście jednak nie odebrali tego zbyt opacznie – to nie wygląda tak, że Malta tonie w śmieciach, bo ludzie naprawdę je zbierają i robią to, czego się od nich wymaga (chociaż parki mogłyby być mniej zaśmiecone). W letnie miesiące to jednak odrobinę za mało i tyle. Ogólnie jest raczej czysto, nie odczuwa się dyskomfortu, idąc ulicami, nie czuć też wszędzie nieprzyjemnych zapachów i tak dalej, jednak zdarza się i warto mieć to z tyłu głowy. Oczywiście, są miejsca pokroju typowych melin, gdzie walają się butelki – co ciekawe, nie po wódce, a po ogromnych baniakach wina – ale nie zdarza się to nagminnie. Umówmy się, że każde państwo czymś takim się pewnie skala i to nie raz.

Istnieje jednak wiele urokliwych miejsc jak ogródki pośrodku kamiennej zabudowy, gdzie możemy zobaczyć kwitnące opuncje, ozdobne balkony, rzeźby no i przede wszystkim to, co ja lubię najbardziej, czyli kolorowe drzwi z fikuśnymi uchwytami czy klamkami. Zazwyczaj mają piękne, nasycone barwy – niebieskie, pomarańczowe, żółte, zielone, czerwone. Spotkaliśmy się nawet z tym, że palmy ubierano w kubraczki wydziergane na szydełku. Zabawne, ale całkiem urocze. Na miejscu można spotkać też takie ciekawostki jak wegański choco-kebab, gdzie możemy zaobserwować ogromny kawał czekolady na rożnie zamiast mięsa. Nie jest to co prawda element wystroju, ale na pewno przykuwa wzrok.

Malta Chocolate Factory

A jeśli już mówimy o czekoladzie, to trzeba wspomnieć o miejscu, które warto odwiedzić w dzielnicy, jaką wzięliśmy pod lupę, a mianowicie o fabryce czekolady (Malta Chocolate Factory). Na pewno odbiega ono od Waszych początkowych wyobrażeń, bo wchodząc do środka, tak naprawdę znajdujemy się w sklepie z różnymi miejscowymi wyrobami cukierniczymi. Możemy kupić kubki z grawerami i specjalnym uchwytem na łyżeczkę, różnorodne ciastka, czekoladowe buciki, torebki czy nugat. Czeka nas też kosztowanie czekoladowych pastylek – gorzkich, białych, mlecznych o bardzo intensywnych smakach, których używa się do roztopienia we wrzątku czy gorącym mleku. Trzeba przyznać, że wyroby są naprawdę smakowite i nie aż tak drogie, jak mogłoby się wydawać. Ciekawostka? Jeden z Maltańczyków opowiadał nam, że w wielu sklepach można spotkać właśnie polskie czekolady i że są na wyspie bardzo cenione, wielu osobom przypadły do gustu.

Dziewczyny, które obsługują sklep, są bardzo sympatyczne. Wiele rozmawiają, ale nie czuć od nich nachalności ani presji, że musimy coś kupić, jeśli już przekroczyliśmy próg. Dominuje bardziej nastawienie „Fajnie, że jesteś i równie fajnie, jeśli zechcesz coś u nas kupić, ale nie ma presji”. Zresztą tak jest raczej na większości wyspy – raz wyszliśmy z restauracji z powodu horrendalnych cen, no i wiadomo, to zawsze taka niezręczna chwila, ale kelnerka sama zaczęła nas usprawiedliwiać, że nie zawsze trzeba mieć ochotę na makaron i że to zrozumiałe. Zupełnie inna mentalność.

Wracając jednak do tematu – czemu mówimy o fabryce czekolady, skoro to tylko sklep? A no dlatego, że w środku znajduje się też coś takiego, co nazywa się „czekoladowym oknem”. To po prostu duży kawałek przeszklonej ściany, za którą możemy w poniedziałki, środy i (chyba, tego dokładnie nie pamiętam) piątki oglądać, jak przetapia się czekoladę i tworzy ciastka czy inne wyroby. Co jednak nas odrobinę krępowało, to fakt, że nie patrzymy przez lustro weneckie, a więc kobieta po drugiej stronie stała kilka centymetrów od nas, bo akurat tak usytuowany był blat roboczy, i też się nam przyglądała. Pewnie przyzwyczaiła się do takich warunków pracy, ale nam trochę głupio było stać i przyglądać się non-stop jej dłoniom, mimo że sam proces wydawał się dość pochłaniający, zwłaszcza że tworzyła właśnie nową linię czekoladek, przyozdabiała je, nakładała poszczególne elementy i tak dalej. Polecamy wejść do środka i zobaczyć to samemu, zwłaszcza że wstęp jest darmowy.

Malta Classic Car Collection

Drugą taką atrakcją, tylko z kolei płatną, jest Malta Classic Car Collection, czyli muzeum, które w swoim wnętrzu mieści ponad 100 eksponatów. Warto wiedzieć, że informacje na oficjalnej stronie nie są jeszcze zaktualizowane – do niedawna cena za wejście wynosiła 5 euro z racji sytuacji z koronawirusem (tak, na miejscu cały czas nosimy maseczki), natomiast teraz wzrosła znowu do 10 euro, o czym dowiadujemy się w kasie. Warto więc wiedzieć wcześniej, by lepiej rozplanować swój pobyt. My na początku byliśmy wobec tej opcji dość sceptycznie nastawieni, ale mogę śmiało przyznać, że wystawa jest warta tych pieniędzy. Nie chodzi nawet o to, jakie modele samochodów z lat 70’-90’ będziemy w stanie zobaczyć, ale o samą atmosferę. W tle leci nieustannie klimatyczna muzyka z tych lat, a wystrój uzupełniają kolekcje starych aparatów, gramofonów czy nawet gier takich jak jednoręki bandyta czy pinball (inaczej zwany flipperem). Oprócz aut oglądamy też skutery, motory czy nawet motorówki, a podczas wędrówki towarzyszą nam znane osobistości, które danym środkiem transportu się poruszały – odkryjecie na przykład, czym jeździł Elvis Presley, zobaczycie Blues Brothers oraz przeczytacie o szalonej podróży starym Trabantem.

Wnętrze lokalu, który znajduje się tak naprawdę w piwnicy, jest wykorzystane do granic możliwości. W pustych miejscach, gdzie nie starczyłoby już przestrzeni dla eksponatów, stworzono imitację stacji benzynowych, dawnych witryn sklepowych, wysypisk czy nawet przedstawiono codzienną modę kobiet i wzory ich strojów. Ściany pokrywają plakaty Coca-coli, tablice rejestracyjne z różnych stanów Ameryki i wiele innych. My nawet po obejrzeniu całości błądziliśmy jeszcze przez dobrych kilka chwil, tańcząc do znanych rytmów z czasów, kiedy nie było nas jeszcze na świecie. Świetne miejsce i to nie tylko dla tych, którzy znają się na samochodach, interesują się ich historią i modelami. My jesteśmy w tej kwestii kompletnymi amatorami, a jednak wystawa pozwoliła nam przenieść się wiele lat wstecz. A jeśli znacie temat? Jeszcze lepiej! Pokazaliśmy te zdjęcia moim rodzicom, tata absolutnie się zachwycił i komentował każde auto, podczas gdy mama tylko kręciła głową i powtarzała: „Jakbyśmy my tam pojechali, to chyba nigdy bym go stamtąd nie wyciągnęła”.

No i na dziś to już wszystko. Mam nadzieję, że dzięki temu wpisowi poczułeś nieco mocniej klimat Malty i dowiedziałeś się, czego oczekiwać na miejscu. Wyspa stanowi naprawdę przyjazne środowisko dla turystów i warto otworzyć się nieco na Maltańczyków, dać im siebie poznać czy wymienić z nimi kilka słów. W kolejnych wpisach przedstawię Wam, czy na Gozo sprawa ma się podobnie i polecę kilka najlepszych miejsc do zażycia niezapomnianych kąpieli. Zapraszam! A w czasie oczekiwania możesz zerknąć na mojego Instagrama czy fanpage’a na Facebooku, odnośniki po prawej na górze. 🙂

Lwów cz.4 – Ile kosztuje wstęp na Cmentarz Łyczakowski, jak długo przekracza się granicę z Polską na pieszo oraz gdzie zjeść najlepsze żeberka?

Informacje ogólne: Poniższy wpis jest kontynuacją opowieści z kilkudniowej podróży do Lwowa. Możesz zacząć czytać od tego miejsca, ale dla uzupełnienia wiedzy zalecałabym zapoznanie się z poprzednimi tekstami. W tym napomknę kilka słów o wyjątkowej restauracji, opowiem Wam o tym, jak przekraczaliśmy granicę na pieszo oraz poświęcę parę zdań na temat Cmentarza Łyczakowskiego oraz Orląt Lwowskich. Zapraszam:

Restauracja Rebernia

W poprzednim wpisie napomknęłam o wiecznie obleganej restauracji, do której ostatecznie nie udało nam się wejść. Idąc w to miejsce, koniecznie musimy pamiętać o rezerwacji, a dlaczego warto? Prócz samych walorów smakowych czeka nas na pewno uciecha dla oka. Mowa tutaj o Ribs Restaurant at Arsenal (Rebernia), gdzie przede wszystkim uraczymy się żeberkami w różnej postaci. Możemy obserwować je, jak smażą się na ogromnym ruszcie, a ponadto samo wnętrze lokalu ma przyjemny, lekko rubaszny klimat. Krążą pogłoski, że obsługa nakłada na klientów specjalne fartuszki tudzież śliniaki z zabawnymi wzorami (np. narysowanymi koślawo piersiami), także to również przestroga dla tych, których to może nie bawić. Cena jak najbardziej przystępna, a zjeść można smacznie i syto.

Park Stryjski

Ostatniego dnia naszej podróży głównie spacerowaliśmy po parkach, m.in. Parku Stryjskim, który uchodzi za jeden z większych we Lwowie. Ciekawostką jest to, że w czasie I wojny światowej dokładnie na tych terenach rozbił się samolot jednego z austriackich lotników, jednakże po tamtym wydarzeniu nie pozostał nawet ślad. Miejsce zostało jednak w pewien sposób naznaczone śmiercią, bo niedługo potem zaczęto chować tam ukraińskich strzelców. Obecnie ich ciała są przeniesione na oficjalny cmentarz, a w parku utworzono pierwszy ukraiński skatepark.

Pogoda co prawda nieco nie dopisała, bo nieustannie siąpił deszcz, ale udało nam się obejść większość pomników, pooglądać fontanny czy przede wszystkim zwierzęta – łabędzie kąpiące się w stawie czy wiewiórki, które ochoczo podchodziły do turystów i pozowały do zdjęć. To była dla nas rozgrzewka przed głównym gwoździem programu, jakim był Cmentarz Łyczakowski.

Cmentarz Łyczakowski

Pierwszym, co na pewno zwróciło moją uwagę zaraz po przekroczeniu głównej bramy, był ogrom całego obszaru. Jeśli by się uprzeć, to można by w tym miejscu spędzić pół dnia, o ile nie więcej. Pytanie tylko, czy mamy na to nastrój. Po opłaceniu biletu wstępu kosztującego ok. 30 UAH czyli 4,2 zł, otrzymujemy mapkę cmentarza, gdzie czerwonymi punktami zaznaczono nagrobki co ważniejszych osobistości. Pochowano tutaj m.in. Marię Konopnicką, Gabrielę Zapolską czy bardzo często upamiętnianego we Lwowie Iwana Franko. Cmentarz jest jednym z najstarszych w Europie, starszy nawet od Powązek o kilka lat. Funkcjonował już od XVI w., tyle że wtedy spełniał inną funkcję – w ten sposób oddzielano bowiem zmarłych na dżumę od reszty miasta. Obecnie znajduje się tu ponad 300 tys. mogił, z których wiele reprezentuje niesamowite umiejętności rzeźbiarskie. Spacerując alejami, spotkamy mnóstwo ogromnych posągów, zdobień czy grobowców, które wyglądają jak osobne budynki i zajmują bardzo dużo miejsca. Po wojnie wiele z nich, które pozostawały bez opieki rodzin, celowo dewastowano. Obecnie cały teren objęty jest ochroną i uzyskał status muzeum, dzięki czemu znajduje się pod ciągłym nadzorem, a nowe pochówki mogą tam być dokonywane wyłącznie za zgodą dyrekcji.

Przy tej okazji Igor opowiadał mi również, dlaczego sam sposób chowania zmarłych jest inny na Ukrainie niż w Polsce, co sama zdążyłam zauważyć. Otóż ze względu na żyzne gleby osobę w trumnie najpierw jedynie przysypuje się ziemią i urządza taką prowizoryczną mogiłę. Przykrywa się to kwiatami, wieńcami i umieszcza specjalną plakietkę, aż upłynie kilka tygodni. W tym czasie ziemia zapada się, trzeba ją uzupełnić i dopiero w tym miejscu umieścić płytę nagrobną – już tę uroczystą, oficjalną. Jeśli nie poczekamy, ona po prostu pęknie i wykrzywi się, czego obraz kilkukrotnie ujrzeliśmy na cmentarzu. Bardzo ciekawe spostrzeżenie, na pewno ciężej byłoby mi się tego dowiedzieć z jakiegokolwiek innego źródła, zwłaszcza że raczej nikt w sieci nie opisuje zwyczajów pogrzebowych na Ukrainie.

Cmentarz Orląt Lwowskich

Odrębną częścią cmentarza jest Cmentarz Orląt Lwowskich (Obrońców Lwowa). Nazwa pochodzi od ok. 3 tys. ofiar, które stanowiła młodzież oraz inteligencja przynależąca do ugrupowania Orląt Lwowskich. Polacy nazywali go często miejscem świętym i nie ulega wątpliwości, że dla każdego z nas, zwłaszcza dla starszych pokoleń, jest to miejsce niesamowicie ważne i konieczne do zobaczenia. Wszyscy polegli zostali odznaczeniu Krzyżem Niepodległości jako uznanie zasług w walce o Niepodległość Polski. Każdą mogiłę zdobi flaga polska, prócz imion, nazwisk i dat widnieje także stopień wojskowy, zazwyczaj także różaniec, wstążki czy inne już bardziej osobiste przedmioty.

Na placu znajduje się kaplica, do której udają się wszystkie wycieczki. W środku widnieje wiele plakatów i zdjęć upamiętniających obronę Lwowa w latach 1918-1919, a także księga pamiątkowa gości, gdzie chętni zapisują od siebie kilka słów. Zazwyczaj są to podziękowania i wyrazy wdzięczności, również modlitwy, ale zdarzył się wpis lub dwa bardzo intymny, od rodziny walczącego. Na miejscu panuje naprawdę wyjątkowa atmosfera dumy i podniosłości.

W tej części znajdują się również katakumby, ale i pomniki poświęcone zarówno Amerykanom, jak i Francuzom w podzięce za ich wsparcie. Amerykanie walczyli po stronie Polaków, ubierając się w ich mundury oraz uczestnicząc w obronie lotniczej. Było ich siedemnastu, natomiast do ojczyzny wróciło czternastu. Z tego też właśnie względu pomnik przybiera właśnie taką, a nie inną formę – lotnika ze skrzydłami anioła. Jeśli chodzi o Francuzów, to pochowano ich już siedemnastu, jednakże na prośbę rodzin ich ciała przetransportowano do ojczyzny. Na miejscu pozostał jedynie jeden z szeregowców. Pod tarczą pomnika złożono jednak ziemię przywiezioną z kilku Francuskich miast.

Zupełnie po drugiej stronie placu możemy dostrzec Pomnik Chwały. Po jego obu stronach wyrzeźbiono lwy, z których każdy strzeże części napisu „Zawsze wierny Tobie Polsko”. Między nimi zaś widzimy zdanie po łacinie: „Polegli, abyśmy żyli wolni”. Na obu filarach pomnika wyryto nazwy miejscowości biorących udział w obronie Lwowa oraz Małopolski Wschodniej. Zaraz przed nim znajduje się zbiorowa mogiła „Nieznanych”, która ma upamiętnić odwagę wszystkich tych, którzy nie doczekali końca obrony Lwowa. Dziś wiemy, że najmłodszy uczestnik miał jedynie dziewięć lat, ale nie brakowało też dzieci 12-14.

Warto mieć jednak na względzie, że to, co oglądamy na Cmentarzu Orląt Lwowskich dziś, nie zawsze miało tę samą formę. Po II wojnie światowej, po wdrożeniu Lwowa do ZSRR większość grobów została splądrowana i zdewastowana najpierw pracą ludzkich rąk, później przy pomocy czołgów. W 1989 roku rozpoczęto wstępne porządki na zniszczonym terenie.

Pięknie o istocie tego miejsca napisał Kornel Makuszyński, pozwolę przytoczyć sobie jego cytat: „Na te groby powinni z daleka przychodzić ludzie małej wiary, aby się napełnić wiarą niezłomną, ludzie małego ducha, aby się nadyszeć bohaterstwa. A że tu leżą uczniowie w mundurkach, przeto ten cmentarz jest jak szkółka, w której dzieci jasnowłose, błękitnookie nauczają siwych ludzi o tym, że ze śmierci ofiernej najbujniejsze wyrasta życie”.

Powrót do Polski – przez granicę na pieszo

Niedługo potem wracaliśmy do Polski, a Igor od samego początku wyjazdu powtarzał, że przekraczanie granicy na pieszo to najszybszy sposób oraz oszczędność czasu. Do Lwowa jechaliśmy pociągiem (o czym pisałam TUTAJ) i metoda ta z pewnością nie była spełnieniem marzeń. Z perspektywy czasu wybrałabym ją jednak bez wahania, bo ze wspomnieniami tamtego powrotu to chyba umrę w jednej trumnie. Co właściwie poszło nie tak? Rany, wszystko.

Pewnie sęk tkwił w tym, że trafiliśmy na weekend przed rozpoczęciem roku akademickiego. Dojechaliśmy autobusem z Lwowa do przejścia granicznego w Medyce (60 UAH, czyli ok. 9,40 zł) i natrafiliśmy na ogromną, ale to naprawdę ogromną kolejkę do kontroli. Rozgałęziała się ona na osoby, które mają obywatelstwo Unii Europejskiej oraz te, które go nie mają. Tym sposobem musieliśmy stanąć z Igorem w zupełnie innych kolejkach i o ile na początku się widzieliśmy, o tyle później zupełnie straciliśmy się z oczu. Moja kolejka szła znacznie szybciej, mimo tego czekałam godzinę, by sprawdzili mi bagaże i paszport. Rozrywkę w tym czasie stanowiła jedynie grupa podchmielonych mężczyzn za barierką, którzy śpiewali, a raczej zawodzili przynajmniej przez pół godziny. Czekałam więc po stronie polskiej już od godz. 16.00. Pierwszy pociąg mieliśmy po 17.00, następny koło 19.00, a później ostatni sensowny ok. 21.30. I wiecie co? Ledwie na niego zdążyłam, w dodatku bez Igora.

Na czym polegał główny problem? Na braku zasięgu po stronie Igora, przez co nie mogliśmy się ze sobą skomunikować. Kojarzyłam mniej więcej ludzi, którzy stali przed moim kumplem, ale to tyle. Czekałam na niego cztery godziny, po czym jego koleżanka napisała do mnie na Messangerze, żebym złapała pociąg sama, bo jego pewnie nie puszczą szybko. Sytuacja wydawała się dla mnie tym bardziej przerażająca, że Igor opowiadał mi o Ukraińcach, którzy po ukończeniu 21-go roku życia i bez statusu studenta są wcielani do wojska. On co prawda papiery miał, ale wiecie, jak to jest w takich chwilach, człowieka dopadają same najgorsze domysły.

Co robiłam przez tyle czasu? Nie za wiele, zwłaszcza kiedy się ściemniło. Zaczepiało mnie paru facetów, którzy pijaniutcy opowiadali o tym, że szukają żony dla kolegi albo pytali, czy mam ogień. Wcale nie przeszkadzało im, że mówię po Polsku i ledwo się dogadujemy. Pocieszał mnie jedynie fakt, że ze mną stała starsza kobieta i zdawała się „mieć na mnie oko”, ale w końcu i ona zniknęła. Co w tym wszystkim było najgorsze? Po fakcie dowiedzieliśmy się, że oboje z Igorem mogliśmy przejść przez polską kontrolę, gdybym zaznaczyła, że jesteśmy razem. Niestety przed przejściem wszyscy mówili odwrotnie…

Wiecie, ciążyło mi też gdzieś z tyłu głowy to, że zostawię Igora samego. Jest facetem, przecież sobie poradzi, ale po całej jego gościnie i hojności wydawało mi się straszliwym chamstwem wyjechać bez niego. Dopiero wiadomość od jego koleżanki jakoś mnie uspokoiła, chociaż nie miałam pojęcia, jak udało im się skontaktować. Przeczytałam ją jednak już dopiero w drodze na autobus.

Najlepsze było to, że właściwie nie wiedziałam, gdzie dokładnie powinnam się dostać. To znaczy wiedziałam, znałam nawet sposób, ale nie miałam pojęcia, w którą stronę iść i czego szukać. Poczekałam więc, aż jacyś Polacy przekroczą bramki, a oni wskazali mi drogę. Nawet trafiłam do miejsca odjazdu autobusu do Przemyśla, jednak po dojściu do wskazanego punktu nie było żadnego znaku ani nawet kogo zapytać, czy transport już jechał, czy nie (język angielski mogłam sobie odpuścić). To, co utkwiło mi w głowie najbardziej, to masa Ukraińców z alkoholem pod pachą, którzy byli chyba jeszcze bardziej zagubieni niż ja.

Za kilka sekund zaczepił mnie taksówkarz, który usłyszał mój polski. Nie miał jednak nikogo chętnego na przejażdżkę poza mną, więc wpierw udałam się do jakiejś budki czy mini-sklepiku (już teraz nie pamiętam, co to dokładnie było) i zapytałam, kiedy przyjedzie autobus. Człowiek za ladą spojrzał na mnie i mówi, że w sumie jeździ co godzinę, ale nie wiadomo, czy to nie był ostatni kurs na dziś. Wiecie, byłam pierdyliard kilometrów od domu, ciemno, prawie nikt nie mówi po Polsku, zaczepiali mnie faceci, zaczęłam bać się jak cholera i tylko determinacja powstrzymywała mój płacz.

I nagle słyszę: „Hej, na pewno Pani nie chce jechać? Mam trzy inne osoby, za 10 zł zawiozę Panią na dworzec w Przemyślu!”. Taksówkarz dosłownie uratował mi tyłek, więc podczas jazdy na szybko kupiłam bilet do domu. Na stację docelową dojechałam o 2-3 w nocy, coś koło tego, bo pamiętam, że był środek nocy. Całe szczęście środek weekendu (dosłownie, bo z soboty na niedzielę) i na miejscu zjawili się moi rodzice, żeby zabrać mnie do domu. I wiecie, to było piękne uczucie, że po tym wszystkim zerwali się z łóżka, by przyjechać, mimo że jestem dorosła i mogliby powiedzieć, że mam radzić sobie sama. Oni są tak naprawdę tym, dla czego warto wracać do domu i opowiadać o swoich podróżach. Życzę Wam, żebyście też mieli koło siebie takie osoby, na których zawsze możecie polegać – jak np. również mój kolega, który wiedział o całej sytuacji i zaszedł na stację specjalnie po to, by upewnić się, że nie dzieje mi się krzywda.

Igor przeszedł przez granicę zaraz po tym, jak odjechał pociąg. Długo czekał (łącznie z 6 godzin) – na tyle, że do domu dotarł 9-10 nad ranem, ale na całe szczęście do niego dotarł, bo wszyscy się martwiliśmy. Dzięki niemu wzbogaciłam się w dwie nowe rzeczy – świadomość, że już nigdy nie chcę przekraczać granicy na pieszo, a także wspomnienia, które choć godne pożałowania, za każdym razem przywołują uśmiech na twarzy.

Tym tragicznym, acz zabawnym aspektem zakończymy nasze lwowskie opowieści. Jeszcze raz bardzo dziękuję za możliwość wyjazdu i niesamowitą gościnę. Mam nadzieję, że wpisy się Wam podobały i znaleźliście w nich wartościowe informacje, które ułatwią Waszą podróż w przyszłości. Zainteresowanych zapraszam również na mojego Instagrama oraz fanpage’a na Facebooku. 😉

Malta – Jakich potraw skosztować, które omijać i co uchodzi za narodowe danie wyspy?

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć maltańskiej kuchni, bo chyba mało kto na co dzień rzeczywiście interesował się, jak jada się w tak maleńkim państwie. Czy bliskie towarzystwo Włoch odegrało swoją rolę w tradycjach kulinarnych wyspy? Czy wieloletnie wpływy różnorodnych kultur pozostawiły swoje piętno? A może ciekawi Was, co uchodzi za narodowy przysmak maltański? Jeśli odpowiedź na którekolwiek z zadanych wyżej pytań brzmiała „tak”, to ten wpis jest właśnie dla Ciebie. Zwłaszcza jeśli lubisz jeść i oglądać zdjęcia jedzenia – to Cię na pewno nie ominie. Tutaj znajdziesz:

Zacznijmy może od tego, że szukając w Internecie informacji dotyczących maltańskiej sztuki kulinarnej, natkniemy się na mnóstwo potraw, które dają nam poczucie, że gdy tylko wejdziemy do pierwszej lepszej restauracji, zostaniemy zasypani nowymi smakami i doznaniami. Niestety muszę Was rozczarować i nieco obalić ten mit. Maltańscy kucharze bardzo mocno bazują na sprawdzonych, długowiecznych przepisach, głównie włoskich. Możemy wymyślać, że wpływy brytyjskie zapewniły tam dostępność takich dań jak na przykład ryba z frytkami, ale bądźmy szczerzy – z tym spotkamy się już praktycznie wszędzie w Europie, niezależnie od tego, czy stopa Brytyjczyka dotknęła danego terytorium, czy nie. Na Malcie spotkaliśmy się może dwa razy z restauracjami reprezentującymi tylko i wyłącznie maltańską kuchnię, ale zazwyczaj są one absurdalnie drogie, w granicach 14 euro za samą zupę rybną, która też wielkim odkryciem nie jest. Przyjęłam więc sobie za zadanie przede wszystkim przedstawić Wam mniej więcej nasz jadłospis i knajpy, które odwiedziliśmy, żebyście wiedzieli, gdzie zjecie dobrze, dużo i tanio. A może i trafią się przysmaki, o których istnieniu jednak nie wiedzieliście.

Ciekawe produkty spożywcze

Zacznę od jednej z pierwszych rzeczy, które zapewne odwiedzicie, będąc na wyspie, a mianowicie od sklepu spożywczego i tego, co od razu rzuca się w oczy. W zachodniej części Europy zawsze kusiły mnie słodycze, bo choć podobne do naszych, to często seundefinedrwuje się je w zupełnie innych formach i przeważnie w bardzo dużych opakowaniach po ileś(naście) sztuk. W marketach może tak tego nie widać, ale na Malcie istnieją stragany z lokalnymi słodyczami, gdzie odbywa się darmowa degustacja. Głównie są to ciastka, także łasuchy na pewno znajdą swoje miejsce (zwłaszcza wioska rybacka Marsaxlokk nie rozczaruje pod tym względem, najlepiej wybrać się tamnalokalne targi). W przypadku spożywczaków zaskoczyły mnie z kolei ciągoty do eksperymentowania z popcornem: słony, z masłem, Z CUKREM, karmelowy, czekoladowy, barwiony na kolory tęczy. Pod tym względem jestem fanką tradycyjnego smaku, wersja na słodko mnie nie przekonuje, ale na wyspie jest to dość mocno spopularyzowane.

Patriotyczna ciekawostka – wiele produktów mięsnych czy w kategorii nabiału jest opieczętowanych nalepką ZOTT, a na opakowaniach możemy dostrzec napisy typu: „Kabanosy polskie”. Trzeba jednak przyznać, że mimo znajomości produktów oraz marki, np. tak dobrej i ogromnej mozzarelli jeszcze nie jadłam. Była lekko słonawa i większa od dłoni. Standardowo też wybór oliwek robi wrażenie – nie mówię już nawet o nadziewanych, ale o zwykłych, zielonych; ogromnych, sprowadzanych z Grecji. Chyba żadne później nie smakują lepiej, zwłaszcza kiedy wróci się do Polski.

Restauracje – przegląd wyspy

Kiedy wejdziemy jednak do knajpy, i to naprawdę byle jakiej knajpy, na wielkie menu, które mieści się na kartce formatu A3, może trzy pozycje drobnym drukiem to tradycyjne maltańskie dania. Cała reszta to kuchnia włoska, może odrobinę zmodyfikowana. Nie tyczy się to tylko i wyłącznie dzielnicy Bugibba, gdzie mieszkaliśmy. Wczytywaliśmy się w menu na całej wyspie (w tym na Gozo) i naprawdę nie dostrzegaliśmy wielu zmian poza samą ceną, która w bogatszych miastach kurortowych takich jak Sliema czy St.Julian potrafiły urastać do rzędu 15 € za pizzę Margharitę. My żywiliśmy się głównie w San Pawl il-Bahar przede wszystkim dlatego, że większość stolików sytuowano kilka metrów od morza, widoki piękne, lekka bryza chłodziła po całym dniu wysiłku, no i codziennie mieliśmy z czego wybierać.

Zacznę od dwóch restauracji, które naszym zdaniem stały na najwyższym poziomie, jeśli chodzi o obsługę i jakość serwowanych dań, a są to Bognor oraz sąsiadująca z nią George’s Bugibba – Casual Dining.

Największe porcje i najtańsze wino

Bognor w Bugibbie – tu zjedliśmy w dzień naszego przylotu, a było wtedy już naprawdę późno, po 22.00. Właściwie za niedługo zamykali, ale nikomu jakby nie przeszkadzała nasza obecność, mimo że byliśmy prawie jedynymi już klientami. Usiedliśmy przy stoliku z widokiem na morze, a kelner to obsługiwał nas z uśmiechem, to w międzyczasie jadł swoją kolację. Atmosfera była po prostu przecudowna i dlatego też wyjaśnię pewną nieścisłość.

Restauracja zbiera różne opinie – od dobrych, po koszmarne. Te drugie dotyczą głównie owoców morza, za którymi my nie przepadamy, więc nie wypowiemy się w tej kwestii, natomiast zdążyliśmy zaobserwować kilka rzeczy. Nigdzie, ale to nigdzie nie dostaniecie tak ogromnych porcji jedzenia jak tam; jednym makaronem można wykarmić trzyosobową rodzinę i mimo że siedzieliśmy nad talerzem ze dwie godziny, nie wcisnęliśmy wszystkiego do końca. Druga sprawa – w środku tygodnia, nawet w sezonie, ruch wszędzie był taki dosyć przeciętny, natomiast piątek/sobota knajpy stawały się tak przepełnione, że trzeba było ustawiać się w kolejkę i czekać. Widzieliśmy w tym czasie, jak trójka kelnerów i salowy obskakują ze dwadzieścia stolików, dosłownie biegając od jednego do drugiego. Wiem, że od przedstawicieli takich zawodów wymaga się ciągłej uprzejmości i uśmiechu na twarzy, ale po kilku podobnych godzinach nie dziwiłam się, że wszyscy mają dość i są zmęczeni. Oczywiście to pewnie wina zbyt małej ilości personelu i błędów w zarządzaniu kadrą, ale ja absolutnie nie skreślałabym Bognor z tego powodu.

To właśnie tam znajdziecie najtańsze ceny za butelkę wina (porównywaliśmy później dokładnie te same w innych lokalach i nigdzie nie znaleźliśmy nic zbliżonego, mimo że produkt był dokładnie ten sam). Rozsmakowaliśmy się w białym Green Lable, które jest lokalnym wytworem. Cena sklepowa 3,5 €, w Bognor 5 €, więc nie jest to duża różnica. Lekkie, orzeźwiające, mnie bardzo kojarzyło się z greckim house wine. Idealne na upały i nie uderza tak mocno do głowy. Przy okazji jego picia po raz pierwszy spotkaliśmy się z takim, a nie innym patentem na chłodzenie butelki. Nie wkłada się jej do wiadra z lodem, a do specjalnego pokrowca/termosu, który zatrzymuje chłód. Wygląda to dość elegancko i działa bez zarzutu:

Tak jak wspominałam, porcje jedzenia są ogromne, aczkolwiek w przypadku makaronu polecamy wziąć spaghetti zamiast penne (jesteśmy pytani o wybór), bo jest go po prostu więcej. Risotto przyrządzone świetnie – dużo kurczaka, pieczarek, jest nawet opcja dosypania samodzielnie dodatkowego sera do każdego dania tego typu. Dalej bawi mnie, że będąc zapytanymi, czy chcemy skorzystać z tej opcji, wymieniliśmy z Szymonem jedno krótkie, porozumiewawcze spojrzenie i z całą pewnością w głosie odrzekliśmy: „YEEEES”. W tym miejscu jedliśmy chyba ze trzy razy, skusiłam się nawet na wegetariański makaron z racji faktu, że był podawany z ratatouille, suszonymi pomidorami i oliwkami. Naprawdę polecam, świetne miejsce na romantyczny wieczór, zwłaszcza kiedy opadnie ogólna wrzawa. Nas zapamiętano po pierwszej nocy i później kelner zawsze był bardzo przychylny i nam nadskakiwał. Swój rachunek możemy zamknąć w 18-25 € na dwie osoby.

Najlepsze ravioli na wyspie

W George’s Bugibba – Casual Dining z kolei mieliśmy już niemalże zaprzyjaźnionego kelnera pochodzącego z Macedonii. Zawsze doradzał nam najlepsze potrawy i wdawał się w rozmowę, która niewiele miała wspólnego z jedzeniem. Ostatniego dnia nawet zaprosił nas na piwo po pracy, ale okazało się, że nie dostał zmiany i w ogóle go nie było. Widać po nim jednak, że czerpie dużo radości z tego, co robi – niektórych gości zabawiał, a na niektórych tylko kręcił głową, kiedy byli wyjątkowo trudni. Tak czy inaczej, zawsze czuliśmy się tam mile widziani i przede wszystkim dobrze najedzeni. Lepszego ravioli nie znajdziecie nigdzie na całej wyspie. Porcja jest mała (6 pierożków) lub duża (12 pierożków) i występuje w dwóch wersjach: ricotta, sos pomidorowy, bazylia, parmezan lub ricotta, sos pieczarkowy z kawałkami pieczarek, czosnek i parmezan. Absolutnie nie mam pojęcia, jak wydobywali taki smak z dań, ale gwarantuję Wam, zwłaszcza w przypadku sosu pomidorowego, że nigdy wcześniej nie próbowaliście czegoś tak mocno smakującego pomidorem. Najlepsze danie na Malcie.

Tutaj też próbowaliśmy makaronów, a nawet skusiliśmy się na pikantnego kurczaka ze szczyptą chilli na ryżu. Co ciekawe, mimo ryżu dostaliśmy też frytki, a mięso wcale nie było ostre. Doprawione jednak świetnie, chrupkie na zewnątrz, a w środku bardzo delikatne i miękkie. W tym miejscu spotkamy się też ze składaną pizzą, która wygląda jak ogromny pieróg. Skosztowaliśmy nawet lokalnego piwa Cisk, którego reklamy na parasolkach czy szybach widać na każdym kroku – Szymon wersji tradycyjnej, ja smakowej (cytrynowej). Szału nie było, w sumie nie różniło się to wiele od Radlera, chociaż mój partner i tak orzekł, że lepsze to niż np. Tyskie. W tym miejscu również swój rachunek spokojnie zamkniemy do 16-21 € na dwie osoby.

Gdzie zjeść pizzę wyglądającą jak sałatka jarzynowa?

Nieco dalej, już w bardziej turystycznej i rozrywkowej części miasta, ale również z widokiem na brzeg morza, znajduje się knajpa o nazwie Bad Bull, gdzie jadłam najdziwniejsze wydanie bardzo znanej pizzy w całym swoim życiu. Łatwo to miejsce przeoczyć, bo niemalże pochłania je Pizza Hut obok. Nie jest najtańsze, ale pizzę i makarony możemy zakupić w przystępnych cenach, a akurat na ten wieczór to było wszystko, czego szukaliśmy. Obsługa w sumie niezauważalna, chociaż ponoć jest jeden kelner, który bardzo zagaduje. Pizza smaczna, wyładowana dodatkami, ale też dość tłusta i nie ma co tego ukrywać. Salami bardzo dobra, natomiast Quattro Stagioni… zabawne. Wiecie, „cztery pory roku” to zazwyczaj jedna pizza przyrządzona na cztery różne sposoby, po dwa kawałki na spróbowanie każdego z nich. Tu natomiast te cztery smaki były ułożone… paskami, a w dodatku zawierały takie śmieszności jak groszek czy jajko na twardo, przez co niektóre kawałki pizzy wyglądały jak sałatka jarzynowa. Jak to smakowało? Nie tak źle, jak od razu widzicie to w swojej wyobraźni, ale dość nijako, jako że brakowało jakiegoś mocnego, przebijającego się smaku. Tradycyjna część smakowała lepiej – polecam jednak spróbować, ciekawe doświadczenie dla podniebienia. Za całość możemy zamknąć się do 20 € (jak już pewnie zauważyliście, taki mniej więcej mieliśmy pułap).

Restauracja Bar-bara – pizza nie, drinki tak!

Skoro o pizzy mowa, to przechodzimy w tym momencie do bubli, które spotkały nas na wyspie i które my odradzamy. Zacznijmy od baru Bar-bara, gdzie ceny co prawda są niższe niż u konkurencji, ale ma się to dość mocno do jakości, przynajmniej jeśli odnosimy się do jedzenia. Do kelnera nie będę mieć zarzutów, bo z tego co zauważyliśmy, to były chyba jego pierwsze dni pracy, a wszyscy dobrze wiemy, jak to jest, kiedy człowiek się gdzieś wdraża i ciąży na nim duża presja. W kwestii jedzenia – skosztowaliśmy pizzy z karczochami, szynką i jajkiem, a dla mnie dużym zaskoczeniem było już samo to, że jajko nie zostało rozbełtane, tylko znowu właśnie podane na twardo. Najwyraźniej tak na Malcie już po prostu jest. Ciasto cienkie, ale takie dość nijakie, nie sprawiało wrażenia, jakby świeżo wyjęto je z pieca. I owszem, było smacznie, ale wiecie, to nie to, czego oczekuje się za wydane pieniądze, choć za dwie osoby możecie zapłacić tylko 15 euro. Z tego co jednak widzieliśmy, mimo wysokich cen, bardzo atrakcyjne w tym miejscu okazały się drinki (duży wybór, ładnie przygotowane), więc może lepiej celować w tym kierunku, jeśli chodzi o bar.

Gdzie NIE jeść?

Poniższy przykład to jednak jeszcze nic, bo dzień później poszliśmy do sąsiada Bar-bary. Za żadne skarby świata nie przypomnę sobie teraz jego nazwy, na mapkach Google także nie istnieje, ale to restauracja, która jest dosłownie po sąsiedzku, po lewej stronie. Powiem tak – obsługa pozostawiała wiele do życzenia, poczynając od niewymytych stolikach, a kończąc na zupełnej obojętności wobec klienta. Na Malcie wiele osób, które nas obsługują, nie od razu przyniosą menu, bo najwyraźniej często odwiedzają ich miejscowi z góry wiedzący, co chcą zamówić. W takiej sytuacji jednak kelner pyta, czy chcemy coś do picia, do jedzenia, czy może jednak przynieść menu. W przypadku tej knajpy kobieta po prostu spytała, co chcemy. Poprosiliśmy o kartę dań, w sumie ani be, ani me, ale w porządku. Okazało się, że duża część składników się skończyła, więc musieliśmy zrezygnować z wybranych w pierwszej kolejności posiłków.

Ostatecznie pokusiliśmy się na tortellini oraz narodową potrawę Malty – królika, z tym że dodanego do spaghetti. Pierwsza opcja zjadliwa, chociaż niewiele odstająca od sklepowych pierożków, w dodatku dość mocno słona, druga natomiast… straszliwie nas rozczarowała. Naszym problemem przede wszystkim było to, że nie do końca wiedzieliśmy, jak powinien smakować dobrze przyrządzony królik. Kiedy byłam dzieckiem, moja babcia co prawda je podawała, ale w formie pasztetu, więc raczej ciężko to przyrównać. Jestem natomiast świadoma jednego – podczas jedzenia raczej nie powinno się notorycznie wyciągać z ust kawałków chrząstek czy kosteczek. Nie powiem, że było ich więcej niż mięsa, ale raczej nie należało to do najprzyjemniejszych odczuć świata. W każdym razie doświadczenie było na tyle złe, że nie chcieliśmy drugi raz próbować, czy smakuje tak zawsze, czy wybraliśmy zły lokal. Chociaż tyle dobrze, że w tej knajpie również zamykamy się w niecałych 20 €. Generalnie bardzo nie polecamy. Dlaczego więc nie wyszliśmy już na początku? Życie nauczyło mnie, że nie zawsze najpiękniejsze miejsca oferują najlepsze smaki i na odwrót, ale nie zawsze musi się to sprawdzać.

Smakowe ciekawostki

Co do królika – to danie dostaniemy wszędzie, nie tylko jako dodatek. Możemy na przykład za 20-30 euro zamówić go na tacy w całości. Jeśli macie lepsze doświadczenia niż my, koniecznie podzielcie się opinią, może Wy przekonacie nas na drugą próbę.

Warto tutaj również wspomnieć o czymś w rodzaju przekąski, co możemy dostać w wielu piekarniach. Timpana, czyli włoskie danie – to tak naprawdę zwykłe penne bolognese mocno zlepione sosem i zapieczone w cieście francuskim, dzięki czemu wyglądem nieco przypomina lasagne i jest bardziej sycące. Smaku wiele to nie zmienia, można łatwo przyrządzić danie w domu, ale z drugiej strony nie wiem, czy sama byłabym skłonna do tego, żeby dokładać sobie roboty. Polecam jednak jako ciekawostkę, zwłaszcza by udowodnić Wam, że nie każda stolica państwa musi być droga. Dlaczego? Danie to nabyliśmy w Valettcie za 2 euro (normalną, dużą porcję) – standardowo kosztuje 4, natomiast po godz. 17.00, na chwilę przed zamknięciem, w takich miejscach obniża się ceny o połowę. Idealnie.

Kilka razy spotkaliśmy się też z czymś, co nazywa się bragioli (również włoskie danie), ale z racji ceny (12-15 euro za porcję) odpuściliśmy sobie tę przyjemność. Spróbujcie więc na własnym tripie i dajcie nam znać – to tak naprawdę rolady z marchewką, cebulą i oliwkami (choć częściej nie). Brzmi dość znajomo 🙂

Najsmaczniejsze lody

Było już mnóstwo o ciepłych daniach i przekąskach, trzeba jednak wspomnieć też parę słów o czymś, co może nas schłodzić, a mianowicie o lodach. Z najlepszymi z nich spotkaliśmy się w Sotto Zero. Wybraliśmy tę lodziarnię przede wszystkim dlatego, że któregoś wieczora dostrzegliśmy ogromną kolejkę ciągnącą się do tego miejsca przez pół ulicy i zdecydowaliśmy, że musimy zobaczyć, o co ten cały zachód. W godzinach przedpołudniowych jest zupełnie pusto i często z tego korzystaliśmy. Wybór lodów jest ogromny, różnorodność smaków wręcz powala – są tradycyjne, owocowe, kwaśne, bardzo słodkie. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: jogurt, melon, M&M’s, Amaretto; co dusza zapragnie. Gałka kosztuje 2,5 euro, każda kolejna dodatkowe euro. Gwarantuję Wam jednak, że po jednej będziecie mieć równocześnie serdecznie dość i pragnąć więcej.

W tym miejscu je się głównie z kubeczków (można poprosić o wafelek, choć jest droższy) i jedną gałkę liczy się w ten sposób, że najpierw uzupełnia się kubeczek, a później na szczyt kładzie się ogromną hałdę lodów, która roztapia się szybciej, niż jesteś w stanie ją jeść. Arbuz naprawdę smakuje jak arbuz, w M&M’sach znajdziemy kawałki M&M’sów. Zakochałam się też absolutnie w czymś, co nazywa się kremem z pistacji. Wiecie, nie zwykła, jasna pistacja, a coś, co jest dosłownie ciemnozielone. Nie wiem, czy to jakoś specjalnie zmielony orzech, czy inna magia, natomiast był tak słodki jak mleczna czekolada, po prostu obłęd. MUSISZ TAM BYĆ – a wiesz czemu? Bo na miejscu jest darmowe kosztowanie. Nie umiesz zdecydować się na smak? Możesz poprosić o spróbowanie dziesięciu z nich i dopiero później podjąć decyzję. Czy to nie jest piękne?

Chłodzone napoje

Jeśli natomiast skupiamy się na chłodzonych napojach, to w każdym miejscu, w każdej kawiarni uświadczymy mrożonej kawy – często z syropem, natomiast rzadko z lodami smakowymi. Przeważnie to po prostu mocna kawa z kostkami lodu, ale akurat my za nią przepadamy i Grecja pod tym względem nauczyła mnie kultury picia.

Bardzo polecam jeszcze Slushy/Slush, który w innych krajach nazywa się Granitą, u nas z kolei zwykłym sorbetem lodowym. Sęk jednak w tym, że na Gozo, w okolicach Lazurowego Okna, możemy natknąć się na ten przysmak z dodatkiem alkoholu – np. Red Bulla połączonego z wódką lub samej limoncelli. Nie jest to mocne, a smakowało nam ogromnie, zwłaszcza sączone przez słomkę nad brzegiem morza.

W wielu miejscach możemy też natrafić na lokalne likiery sprzedawane np. w trzypakach za 9 euro. Jest to na tyle wygodne, że nie musimy kupować jednej, drogiej butelki, a właśnie zapoznać się z kilkoma smakami takimi jak chlebek świętojański, figa czy opuncja. Nie jest to jednak napój dla każdego – przede wszystkim dlatego, że musimy pogodzić się z jego mocną słodyczą. Wypicie większej ilości raczej szybko potrafiłoby zmulić – mnie figa smakowała najbardziej, natomiast Szymon otwarcie przyznał, że chyba nie jest w stanie tego pić. Jeśli jednak nie dla Was samych, to warto kupić taki zestaw na prezent – nie ma z nim problemu na lotnisku, w dodatku sami możemy dobrać smaki do zapakowania. My swój nabyliśmy akurat w Mdinie.

Jedzenie na Gozo

Z Gozoniestety nie mamy tylu kulinarnych przeżyć, ale troszkę się porozglądaliśmy i chcę obalić mit o tym, że ceny są w tym miejscu znacznie niższe niż na całej Malcie. Nawet jeśli kiedyś tak było, to w dobie kryzysu każdy ratuje się, jak może i teraz wielkiej różnicy nie widać. Zbyt wielu sprawdzonych knajp nie mamy, natomiast Szymon zakochał się jednej, prowadzonej przez rodowitych Włochów w samym Rabacie (miejscowości, a nie w zniżkach :D). Lokal nazywał się Pasta Republic i przygotowuje się w nim domowy makaron. Właściwie wybiera się tylko porcję małą lub king size, ewentualnie jakiś pakiecik z winem i nawet duże porcje kosztują koło 8 euro. Cena jest jedna dla każdego rodzaju sosów, które nie są wymyślne, dość zwyczajne, ale rzeczywiście bardzo smaczne po przyrządzeniu. Z pewnością jeden z lepszych makaronów, dużo grubszy niż w przeciętnych restauracjach, no i porcja rzeczywiście taka, że napełnicie głodne po całym dniu brzuchy. Co akurat fajne, mamy możliwość zapłacenia zarówno przed jedzeniem, jak i po. Trzeba mieć jednak na względzie, że sam lokal dalej jest zamknięty dla turystów ze względu na koronawirusa, a na zewnątrz znajdują się jedynie dwa stoliki do swobodnego siedzenia.

To chyba tyle, mam nadzieję, że nakreśliłam Wam mniej więcej, czego możecie spodziewać się po przylocie na Maltę, gdzie warto lub nie warto zjeść, a także w jakie smakołyki celować. Jestem świadoma, że wielkiej różnorodności czy też zaskoczenia tutaj nie uświadczyliście, ale mam nadzieję, że odwiedzicie któreś z polecanych przez nas miejsc i podzielicie się swoimi wrażeniami – mam nadzieję; równie pozytywnymi.

Malta cz.3 – Jakie płatne atrakcje warto odwiedzić na wyspie, ile kosztują i co dzięki nim zobaczymy?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-ciodniowej wyprawy na Maltę. Jest kontynuacją wcześniejszych wątków, ale jeśli chcesz, możesz zacząć czytać od tego miejsca i nie powinno zaburzyć to Twojego odbioru. Dziś opowiem Wam o kilku płatnych atrakcjach w zamkniętych przestrzeniach na wyspie i doradzę, które z nich najlepiej sobie odpuścić, a które wpisać na swoją listę must-have. Zapraszam! Oto, co Cię tu czeka:

Co warto zaznaczyć w ramach wstępu to fakt, że zanim wybierzemy się w dane miejsce, konieczne jest sprawdzenie aktualnych cenników i dodatkowych informacji. Na Malcie bardzo często spotkamy się z tym, że podchodząc do kasy, nie mamy tablicy z przedstawionymi kosztami dla różnych grup wiekowych czy dni tygodnia – zwykle pracownicy danej atrakcji przekazują nam tę wiedzę samodzielnie i, jak można się domyślić, raczej nie stawiają sobie za priorytet, by wybrać dla nas jak najdogodniejszą opcję. Taki research jest ważny zwłaszcza w czasach pandemii, bo zaraz po lockdownie ceny za wejścia spadły w wielu miejscach bardzo dostrzegalnie, a potem wróciły do normy, czego nie aktualizuje się ani na banerach reklamowych, ani na stronach internetowych – druga więc zasada: zawsze warto pytać i nie bać się, że wyjdziemy na Janusza.

Wioska Popeya – cena, atrakcje, opinia

Mówię o tym przede wszystkim dlatego, że my sami, nawet mając wprawę w wyjazdach, daliśmy pod tym względem plamę i to w jeden z pierwszych dni. Udaliśmy się do wioski Popeya (wiecie, tego marynarza jedzącego szpinak), bo od początku to była dla nas jedna z bardziej atrakcyjnych lokacji. Pamiętam jeszcze, jak siedząc w domu, przeglądaliśmy zdjęcia Malty i podziwialiśmy te kolorowe, malutkie czy krzywe domki – im dłużej to robiliśmy, tym bardziej stawaliśmy się napaleni na wyjazd.

Miejsce wydawało się tym bardziej przyciągające, że w zamyśle nie powstało po to, by przyciągać turystów. Pewnie na początku nikt się nawet nie spodziewał, że takie okaże jego końcowe przeznaczenie. Jaki więc był główny cel jego powstania? Przede wszystkim służyło za plan filmowy do musicalu, gdzie główną rolę zagrał Robin Williams. Nie zdziwię się, jeśli większość z Was nie miała z nim styczności i żyła samą kreskówką – to podobnie jak my. Po obejściu wioski naszła nas jednak ochota na poznanie drugiej opcji, mimo że w naszych głowach tkwiło poczucie, jak bardzo naiwne i głupiutkie to prawdopodobnie będzie. Przyjemnie jednak oglądać jakiś film i mówić: „Patrz, ten domek widzieliśmy!”

Budowa wioski zajęła siedem miesięcy i jest to wynik dość imponujący, nawet jeśli brać pod uwagę, że powierzchnia tego miejsca nie jest zbyt duża. Sceneria wygląda jednak naprawdę bajkowo – oprócz kolorów urzeka celowe niedbalstwo, polegające na tym, że wiele elementów jest niesymetrycznych, dachy domów są krzywe i właściwie wszystko wydaje się lekko pokraczne. Większość budynków została poddana renowacji, ale my na przykład ujrzeliśmy jeden z ostatnich, który jeszcze nie doczekał się odnowy. Zabezpieczono go rusztowaniami, da się dostrzec wyblakłą farbę, niemalże zburzony środek i spróchniałe deski, które ledwie się trzymają. Bardzo ciekawy kontrast dla niemal idealnej całości.

Cena

Bilety wstępu w okresie letnim są uzależnione od dni tygodnia, kiedy odwiedzamy obiekt. W weekend za osobę dorosłą zapłacimy 18 euro, natomiast w tygodniu o połowę taniej. Niestety dowiedzieliśmy się o tym za późno, ponieważ już w momencie, gdy wychodziliśmy z ośrodka. Troszkę więc chodziło to za nami do końca wyjazdu, bo jednak warto byłoby te dodatkowe pieniądze mieć, aczkolwiek samego wstępu i odwiedzin absolutnie nie żałujemy. Zabawiliśmy tam około trzech godzin; wydawałoby się, że to wręcz niemożliwe, a jednak czeka nas sporo atrakcji. W cenie biletu otrzymujemy darmową pocztówkę i popcorn, które później możemy odebrać na trasie.

Dostępne obiekty

Wbrew pozorom nie podziwiamy obiektów tylko z zewnątrz – bardzo często istnieje możliwość wejścia do środka domku. Część z nich została przerobiona na kino, restaurację, toalety czy sklepy z pamiątkami, ale do niektórych zaglądamy, by obejrzeć zdjęcia z planu filmowego, zbiory figurek i pluszaków, a także rekwizyty, które zostały użyte podczas nagrywania musicalu.

Istnieje też specjalna strefa z grami, gdzie możemy uzupełniać drewniane układanki, grać w warcaby, kółko i krzyżyk i tym podobne. Znajdują się tam jednak także nieco bardziej skomplikowane obiekty, które umożliwiają nam rywalizację – na przykład tor przeszkód, gdzie musimy przejść trasę pomiędzy gęsto zawieszonymi nitkami z dzwoneczkami. Celem jest niewywołanie dźwięku żadnego z nich, ale mimo naszych małych rozmiarów okazało się to dosyć trudne. Jeszcze ciekawszą opcją jest toilet game, gdzie pod ścianą ustawiono wystylizowane kibelki i narysowano na nich celownik, do którego musimy rzucać prawdopodobnie papierem toaletowym, by zamknąć klapę. Rozgrywki na żywo nie udało nam się jednak zobaczyć. L Poleciłabym Wam również mini-golf, który znajduje się na miejscu, bo sama jestem wielką fanką i wspominam grę z sentymentem, jednak widać, że nikt już dawno o tę strefę nie zadbał. Tory są dość zdewastowane, krzywe, przeszkody przewrócone – a szkoda, bo miejsce kiedyś musiało wyglądać naprawdę ładnie. Rozegraliśmy dwa dołki na słońcu i poddaliśmy się, bo więcej tam było wściekania się niż zabawy.

Iluzje optyczne i zabiegi filmowe

Poddaliśmy się też iluzjom optycznym dzięki domkowi z krzywą podłogą. Tego zabiegu ponoć bardzo często używano w filmie, by zniekształcić perspektywę widza. Polegało to na tym, że domek był idealną bryłą, natomiast kafelki w środku układano w taki sposób, by jedna osoba stała dużo wyżej niż druga. Na ujęciach więc wyglądało to w ten sposób, że obie postacie stoją na równej powierzchni, natomiast jedna ma sufit tuż nad głową, podczas kiedy drugiej brakuje do niego jeszcze grubo ponad metr. Chcieliśmy przedstawić Wam to na zdjęciu, niestety brakowało nam trzeciej osoby do strzelenia fotki, plus w środku było na tyle ciasno, że i tak nie dałoby rady jej zrobić. Musicie więc sami pojechać na miejsce i dowiedzieć się, co mam na myśli.

Oprócz rozrywki, którą zapewniamy sobie sami, możliwe jest obejrzenie inscenizacji odgrywanych przez pracowników wioski. Występują nie tylko na scenie, ale też zaczepiają przypadkowych przechodniów; z jednej strony to gratka dla dzieciaków, z drugiej my jako dorośli czuliśmy się dosyć nieswojo w tego typu interakcji, bo właściwie tylko stoimy i patrzymy, jak postacie przerzucają się zdaniami na twój temat. Jeśli chcemy być takim biernym widzem, to najlepiej udać się do kina, gdzie pokazana została historia powstania musicalu i wioski w języku maltańskim lub angielskim.

Kąpiel w zatoce

Duża zaleta – na miejscu możemy się również wykąpać w zatoce, mamy darmowy dostęp do materacy z baldachimami oraz dmuchanych atrakcji w wodzie. Trzeba więc przyznać, że może i cena za wejście jest wysoka, zwłaszcza w weekend, ale zyskujemy dużo możliwości (za które zwykle dodatkowo się płaci, jeśli na przykład kąpiemy się w jakiejś zwyklej zatoce). Co zabawne, kawałek dalej od brzegu znajduje się jakby betonowe molo, które nie należy już do wioski. Można pod nie podjechać samochodem, więc jeśli ktoś uparłby się na płynięcie wpław, to mógłby dostać się do atrakcji całkowicie za darmo, chociaż to nieładnie 😉

Ostatecznie polecamy, pod spodem podrzucam jeszcze kilka zdjęć na zachętę:

Malta National Aquarium – cena, obiekty i ciekawostki

Drugie płatne miejsce, które jest mocno rozsławione na Malcie, to Narodowe Akwarium (Malta National Aquarium). Jeśli posiadacie miejską kartę autobusową Tallinja Explore, o której pisałam TUTAJ, otrzymujecie z góry 3 euro zniżki od osoby na tę atrakcję. W czasach koronawirusa to nie obowiązuje, z racji tego, że bilety generalnie są znacznie tańsze. Wcześniej kosztowały 13,90 euro, obecnie 12,90, natomiast my weszliśmy jeszcze za 8/9 euro (dokładnie nie pamiętam, ale w tych granicach). Bardzo miła niespodzianka, mimo że na miejscu wciąż musimy przejść kilka procedur takich jak mierzenie temperatury czy nieustanne noszenie maseczki. Jedynym wyjątkiem jest pamiątkowe zdjęcie, gdzie możemy się odsłonić, chociaż to opcja płatna 3 euro i my z niej zrezygnowaliśmy. Jeśli chodzi o dodatkowe atrakcje, to na miejscu znajduje się też bistro i zewnętrzny plac zabaw dla dzieci.

Strefy akwarium

Co możemy zobaczyć wewnątrz akwarium? Całość jest podzielona na pięć, a tak naprawdę sześć stref. Przyznam jednak szczerze, że przechodząc z jednej do drugiej, nie odczuwało się zbyt dużej różnicy. Chodzi nie tyle o zmieniający się wystrój, co o typ zwierząt, które spotkamy za szkłem. Zwykle odzwierciedlają one faunę danej części Malty.

  1. Zachodnia linia brzegowa Malty (gdzie zobaczymy rekiny, które po jakimś czasie z powrotem wypuszcza się do morza; spotkało to już ponad 300 egzemplarzy i zostawia mocno pozytywne odczucia z racji tego, że zwierzęta nie są „więzione” w akwarium całe życie).
  2. Port Valetty
  3. Tropikalny ocean (dotyczy głównie oceanu Indo-Pacyfiku)
  4. Czasy romańskie (w tym miejscu odtwarza się wraki starożytnych statków, znajduje się tu również replika kotwicy św. Pawła)
  5. Gozo i Comino (czyli wyspy należące do Malty)
  6. Gady i płazy

Malta – wierzenia i kult świętych

Ciekawostka na temat punktu czwartego – wspominałam już, że mieszkaliśmy w Zatoce św. Pawła, tutaj mowa o replice kotwicy z jego statku, ale to nie wszystko. Wewnątrz akwariów można znaleźć nawet posąg przedstawiający jego podobiznę, podobnie jak podobizny innych świętych. Tego aspektu na Malcie akurat nie da się przeoczyć, kult świętych jest tam dostrzegalny na każdym kroku. Co chwilę natykamy się na kościoły, na rogu każdej ulicy czy nawet domu znajdują się posążki i figury postaci. Jest ich tak dużo, że w pewnym momencie zastanawialiśmy się, czy mieszkańcy wiedzą w ogóle, który pomnik uosabia którą osobistość. Podczas pobytu widzieliśmy przynajmniej cztery przedstawiające Jana Pawła II i być może jest to powód, dla którego maltańczycy odnoszą się bardzo przychylnie do Polaków. W wielu miejscach spotkamy też ojca Pio, odnalazł się nawet memoriał ku pamięci Maksymiliana Kolbe.

To Was pewnie zdziwi, ale mimo takiego podkreślania, mieszkańcy wyspy bazują też na kilku przesądach, które nijak mają się do chrześcijaństwa. Bardzo często chodząc po sklepach z pamiątkami czy odwiedzając porty, natkniecie się na charakterystyczny symbol, który widnieje nawet na kartach miejskich, a mianowicie na oko Ozyrysa. Do dziś uważa się, że umieszczając je na łódkach czy statkach, człowiek zabezpiecza się przed złymi warunkami na morzu i gwarantuje sobie bezpieczny powrót do domu. A nawet jeśli tak nie jest, to znak pojawia się wszędzie i nie ma osoby, która by go nie skojarzyła.

Dostępne obiekty i atrakcje

Podsumowując jednak całokształt zwiedzania – zajmie Wam ono koło dwóch godzin i jest warte swojej ceny. Napotkacie bardzo wiele gatunków ryb, których pewnie nigdy dotąd nie widzieliście (na przykład rybę w brokacie). Szkoda tylko, że na miejscu nie ma tabliczek informacyjnych na temat danych gatunków. Wiem, że ludzie i tak niewiele by zapamiętali, ale czasem warto nauczyć się nowych nazw czy choćby zaspokoić ciekawość. Znajdziemy za to bardzo dużo wystaw poświęconych problemowi śmiecenia – na przykład, że kiedy śmiecimy, pojawiają się szczury, a te z kolei zjadają jaja mew, dlatego powinniśmy się tego wystrzegać.

Sam wystrój jest jednak mocno dopracowany, a obiekt zadbany – widzieliśmy, jak obsługa na bieżąco czyści terraria. Pamiętam, że akurat szukałam w jednym z nich żab czy innego żyjątka, w każdym razie ciężko było mi je znaleźć. Patrzę po bokach, na dole, u góry… i kiedy uniosłam wzrok, zobaczyłam twarz jakiegoś mężczyzny. Jak ja się wystraszyłam! A okazało się, że pracownik akwarium po prostu uniósł klapę i wrzucił do środka jedzenie. Widać było, że ma ze mnie niezły ubaw, ale zaraz potem i ja, i Szymon wybuchliśmy śmiechem.

W tej samej strefie możemy podziwiać też kameleona, legwany czy węże, ale mnie najbardziej utkwiło w głowie maleńkie stworzonko, które nie mam pojęcia, czym było. Trochę jak nierozwinięta do końca żaba, troszkę jak chodzący glutek, ale zainteresowanie ludźmi przejawiał ogromne. Siedział dokładnie po drugiej stronie akwarium, a kiedy dotknęliśmy palcem szyby, z prędkością światła przybiegł/podpełzł(?) do nas i patrzył wyłupiastymi oczkami. Może nie jest najpiękniejszy, ale spójrzcie na niego:

Na miejscu spotkamy również szklany tunel – jeśli byliście w zoo we Wrocławiu, to wiecie, o czym mowa. Nie był może najbardziej okazały, z jakim się spotkałam, ale widoki i tak wspaniałe. Bardzo fajnie wyglądało to zwłaszcza na filmikach, bo rekiny podpływały bardzo blisko i idealnie trafiały w kadr. Wszystkie stworzenia są dosłownie na wyciągnięcie ręki, a my możemy poczuć się przez chwilę tak, jakbyśmy byli pod wodą razem z nimi. Super uczucie, polecam się wybrać.

Parki wodne Malty

Trzecie miejsce, a może raczej miejsca, o których chciałabym wspomnieć, to Splash & Fun Water Park oraz Bugibba Water Park. Jeśli samo morze to dla Was za mało, przeszkadzają Wam w większości kamieniste plaże i brak przestrzeni dla dzieci, to wybór tej opcji wydaje się zrozumiały. Niestety wiele miejsc do kąpieli na Malcie ma to do siebie, że bardzo szybko z płycizny przechodzimy na głębię, gdzie nie dotykamy stopami dna, a wiadomo, z maluchami to zawsze odrobina strachu i non-stop trzeba mieć je na oku. My tą kwestią jeszcze nie musimy się przejmować i z tego względu odpuściliśmy sobie tę przyjemność, ale widzieliśmy oba parki z zewnątrz i pozwolę sobie na naskrobanie krótkiej opinii o każdym z nich.

Bugibba Water Park

Jeśli już gdzieś bym się udała, to raczej do Splash, przede wszystkim dlatego, że Bugibba jest dosyć mała, właśnie zaprojektowana mocno pod szkraby. Kilka psikawek, jakichś małych zjeżdżalni, no ale przynajmniej mamy gwarancję bezpieczeństwa i wiemy, że dziecko zajmie się sobą lub rówieśnikami. Na pewno dużą zaletą parku jest to, że nie uiszczamy żadnej opłaty za wstęp. W dodatku znajduje się bardzo blisko linii brzegowej, dlatego można połączyć to z nurkowaniem i kąpielą w morzu tak, by zarówno dzieciaki, jak i rodzice mieli jakąś nagrodę.

Splash & Fun Water Park

Splash z kolei ma atrakcje zaprojektowane bardziej pod dorosłych, zjeżdżalnie są wyższe i poziom trudności wzrasta. Na miejscu mamy możliwość wykąpania się w kilku basenach– relaksacyjnym, rwącej rzece czy zbiorniku ze sztucznymi falami. Chętni mogą też pójść na trampoliny. Dla dzieci przewidziano park dinozaurów czy uczestnictwo w animacjach, utworzono też specjalny park rozrywki z karuzelami oraz autkami. Jak można się domyślić, z racji wielkości i bogatej oferty tutaj już musimy płacić za wstęp. Całodniowy bilet kosztuje 22 euro, natomiast półdniowy (po godzinie 15.00) 15 euro, co jednak stanowi spory wydatek. Trzeba więc zastanowić się, czy mimo dostępu do morza zależy nam na rozrywce w postaci zjeżdżalni i podwyższonej adrenaliny, czy jednak stawiamy tylko i wyłącznie na ochłodę, a zaoszczędzone pieniądze na planujemy przeznaczyć na coś innego.

Mediterraneo Marine Park

Zaraz obok Spash & Fun Water Park znajduje się Mediterraneo Marine Park, który my zostawiliśmy sobie na ostatni dzień pobytu, nim wyjechaliśmy na lotnisko. Wylot mieliśmy dopiero wieczorem, więc stwierdziliśmy, że to będzie świetna opcja, żeby przez cały dzień nie targać ze sobą bagaży podczas zwiedzania i by nie spiec się jeszcze bardziej na plaży. Pomyśleliśmy, że usiądziemy przy zwierzętach i będziemy czekać na występy oraz porę karmienia. Na miejscu nie ma zbyt dużo okazów, więc to oszczędzało nam ciągłych wędrówek z jednego końca parku na drugi – znajdziemy tam jedynie lwy morskie, papugi, delfiny, gady oraz żółwie.

Cena

Bilety wstępu są absurdalnie drogie, dlatego też woleliśmy odłożyć ten wyjazd jak najpóźniej i rozeznać się, ile zostanie nam pieniędzy. To wszystko dlatego, że nie tylko możemy oglądać zwierzęta, ale też dokonywać z nimi interakcji i w ten sposób wydać nawet 150 € za pakiety. Czy byliśmy aż tak szaleni? No niespecjalnie. Dlatego zdecydowaliśmy się na kupno samego wejścia za 16 euro od osoby… prawie.

(Nie)atrakcje

Każdy taki morski park, w którym byłam do tej pory, działał dokładnie na takiej zasadzie, jak przedstawiłam Wam to powyżej. Troszkę można przyrównać to do zoo, gdzie podziwiamy zwierzęta, a w specjalnie wyznaczonych godzinach oglądamy pokazy treserskie czy karmienie. Mediterraneo Marine Park jest pod tym względem wyjątkiem i Szymon jeszcze kilka razy tego samego dnia powtarzał mi, że miałam nosa i nie zgadzałam się na kupno biletów online. Dlaczego? Gdy tylko podeszliśmy do kasy, pani pokazała nam specjalną mapkę obiektu i zaznaczyła godziny, kiedy są następne pokazy zwierząt. Jest sesja poranna i popołudniowa, w której wszystkie pokazy się powtarzają. My trafiliśmy akurat na lukę, którą uzupełniały lwy morskie – jak się okazało, to wcale nie oglądanie ich, a możliwość zrobienia sobie z nimi zdjęcia, za co trzeba dopłacić, bo bilet nie pokrywa wszystkich kosztów. Podziękowaliśmy i stwierdziliśmy, że zaczekamy na inne zwierzęta, na co pani mówi, że musimy czekać na zewnątrz, bo zwierzęta ogląda się tylko i wyłącznie na pokazach o wyznaczonych godzinach, a tak ogólnie to nie można. Nie wiem, czy zamykają trybuny, czy zwierzęta, ale ta opcja wydała nam się zupełnie abstrakcyjna. Co prawda można wychodzić i wchodzić do parku danego dnia na ten sam bilet, no ale halo. Stanęło na tym, że możemy coś obejrzeć najszybciej za dwie godziny, potem znowu musimy czekać i tak w kółko. Ostatecznie podziękowaliśmy, bo jakoś nie widziało nam się na siłę kupować biletów tylko dlatego, że tak założyliśmy wcześniej. Generalnie nie polecamy, pierwszy raz spotkaliśmy się z podobnymi zasadami i raczej nie pozostawiło to w nas pozytywnych wrażeń.

I tą przestrogą kończymy nasz dzisiejszy wpis. W następnym skupimy się na atrakcjach w samej dzielnicy Bugibby (zarówno płatnych, jak i nie) – już może nie tak drogich i rozsławionych, ale wciąż wartych wspomnienia. Mam nadzieję, że dzięki nam zdobyłeś kilka pożytecznych informacji i zajrzysz do następnej części wpisu. A w czasie czekania możesz zerknąć na mojego fanpage’a na Facebooku lub Instagrama. Odnośniki na górze po prawej, zapraszam! 🙂

Malta cz.2 – Jakie dokumenty trzeba uzupełnić na lotnisku, co różni oba kraje i jak radzić sobie z upałem?

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy naszej 9-dniowej wyprawy na Maltę we dwoje. Jest kontynuacją poprzedniego, ogólnoinformacyjnego, ale też nic nie stoi na przeszkodzie, żeby czytać od tego miejsca. Tutaj poruszymy kwestię tego, jak zmieniła się sytuacja na lotniskach pod kątem pandemii, a także nakreślimy parę pierwszych skojarzeń czy wspomnień tuż po przybyciu na wyspę. Nie zabraknie również sprawdzonych sposobów na nieustające upały, zapraszam!

Jako że wylot mieliśmy koło godziny 15.00 z Poznania, a na odprawie chcieliśmy zjawić się po 13.00, nasza podróż zaczęła się już z samego rana. Śmialiśmy się nawet, że krócej lecimy na maltańską wyspę niż dojeżdżamy nad maltańskie jezioro (tak, w Poznaniu jest jezioro, które nazywa się Malta). Zanim dotarliśmy do Opola, przesiedliśmy się na pociąg, zjedliśmy przy Poznaniu Głównym i zatrzymaliśmy się w autobusie nr 159 na lotnisku, minęło pięć godzin. Lot na Maltę trwał tylko 2,5 h, więc pestka. Jak jednak wyglądała cała wcześniejsza procedura?

Jakie zmiany pandemia wniosła na lotniskach?

Zarówno w pociągu, na lotnisku, jak i w samolocie trzeba mieć nieustannie założoną maseczkę. Wyjątkiem są jedynie punkty gastronomiczne, w których na czas jedzenia można z tego obowiązku zrezygnować. Czy w praktyce wszyscy się do tego stosują? Nie mają wyboru, chociaż większą dyscyplinę dostrzegliśmy podczas lotu. W innych przypadkach ludzie raczej odchylają maseczki, kiedy tylko mogą, no chyba że konduktor zwróci im uwagę albo sami mają na tyle przyzwoitości, by w porę się schować. Trochę to już niestety pic na wodę, zwłaszcza że co chwilę je zakładamy, zdejmujemy i wszyscy używają tej samej maseczki przez miesiąc, ale powiedzmy, że osiągamy efekt placebo i czujemy się względnie bezpieczni. W samolocie stewardowie i stewardessy kontrolują to znacznie częściej i raczej rzeczywiście wszyscy siedzą zamaskowani.

Podczas odprawy zmienia się niewiele, poza faktem, że mocno zaleca się teraz odprawy online. Ja jestem akurat ich zwolenniczką niezależnie od sytuacji epidemicznej, bo po prostu zaoszczędzają mnóstwo czasu. Wystarczy najwcześniej na dwa tygodnie przed odlotem zalogować się na konto, z którego kupowaliśmy bilety lotnicze (lub wpisać unikalny numer rezerwacji w przypadku braku konta), od razu uzupełniamy wszystkie informacje z naszych dokumentów, wybieramy miejsce do siedzenia i ewentualnie dokupujemy jakieś dodatkowe pakiety. Zwłaszcza w przypadku bagażu podręcznego ta opcja sprawdza się znakomicie, bo nie potrzebujemy w ogóle podchodzić do stanowiska odpraw, co zaoszczędza jakieś 40 minut naszego czasu. Jak zwykle jednak polecam zjawić się na lotnisku wcześniej, a nie na styk, bo po co się denerwować?

W Polsce, jeszcze zanim zacznie się gorączka kontroli, przechodzimy przez pierwszą bramkę i jesteśmy poddawani mierzeniu temperatury. Proces jest dość zabawny, bo nie przebiega tak jak wszędzie indziej, tj. poprzez nakierowanie elektronicznego termometru na czoło. Bramka ma specjalnie wbudowany termometr, który sprawdza nas poprzez… wewnętrzną część ręki tuż przy nadgarstku. Być może jest to jakiś sposób, by zminimalizować prawdopodobieństwo wystąpienia gorączki lub sprzęt zaprogramowano tak, by nieco zaniżał wyniki, bo dosłownie każdy, kto poddawał się pomiarowi, odbiegał od normy mimo upału. Mnie pokazało 36,0℃, Szymonowi 35,5℃, a mężczyźnie przed nami jeszcze mniej. Może to przypadek, podejrzewam jednak, że mimo wszystko każdy stara się uniknąć zamieszania i mieć jak najmniejsze prawdopodobieństwo zatrzymania zakażonego. Oczywiście mogę się mylić, to tylko luźno rzucone przemyślenia.

Przechodzenie przez bramki wykrywające metal nie zmieniło się ani trochę, poza faktem, że pudełka, do których wkładamy bagaże podręczne i elektroniczne urządzenia, są teraz każdorazowo dezynfekowane, przez co często są po prostu mokre, kiedy coś do nich wkładamy. Troszkę głupio, zważając na fakt, że to najczęściej telefony, aparaty i laptopy, no ale wilgoci raczej nie ma na tyle, by sprzęt uległ uszkodzeniu. W Polsce przy okazji tego procesu cały czas przestrzega się odległości między pasażerami i wszystko przebiega raczej w dużym pośpiechu, na Malcie odczuwałam mniejszą presję w tej kwestii. Tutaj też muszę się pochwalić – kto pamięta nasze islandzkie wpisy, ten wie, że nigdy nie przeszłam niezauważona przez bramkę wykrywającą metal, przeszukiwali mi też bagaż podręczny i zrobili test na obecność substancji wybuchowych. Po tamtych zajściach po raz pierwszy stresowałam się kontrolą – zupełnie bezpodstawnie, dokładnie tak jak przy każdej bramce sklepowej. I wiecie co? Udało mi się przejść bez zatrzymania i to dwukrotnie! 😀

Jeśli chodzi o samolot, to pozostało zaledwie kilka miejsc wolnych. Ruch na lotnisku co prawda wydawał się mniejszy niż zwykle, ale nie aż tak, żeby robiło to przytłaczające wrażenie. Co za tym idzie – na Malcie wśród turystów spotykało się w 95% Polaków. Czasem dało się zobaczyć jakiegoś Brytyjczyka lub w trakcie rozmów ktoś przyznawał, że jest z Włoch lub Macedonii, ale przeważnie jednak byli to Polacy. Nie ma natomiast co ukrywać, że ciężko odróżnić rodowitego Maltańczyka od przyjezdnych, którzy osiedlają się tam na stałe lub w celach sezonowej pracy. Wszyscy są jednak mili i pomocni, a ja coraz częściej przychylam się ku teorii, że narody, które większość roku mają ciepło oraz słońce, są po prostu szczęśliwsze.

Dokumenty wypełniane na lotnisku

W przypadku podróży samolotowych należy zwrócić uwagę na wymogi, które stawia przed nami każde państwo. Przykłady wielu z nich podałam przy okazji pierwszego wpisu – Malta pod tym względem jest dość ulgowa. Ja informacje czerpałam głównie ze strony gov.pl i tutaj warto zwrócić uwagę na jedną istotną rzecz, której z tej czy podlinkowanych stron nie wyczytamy. Generalnie jest tak, że po przylocie musimy uzupełnić dwa dokumenty, z tym że oficjalny przekaz podaje, iż uzupełniamy je już na lotnisku. No… tak, to prawda, tylko wydaje mi się, że zupełnie odrębne wyobrażenie miał ktoś, kto zamieszczał informacje na stronie i zupełnie inne ma przeciętny czytelnik. Na lotnisku nie oznacza, że wysiadamy z samolotu i udajemy się po odbiór bagażu, przy okazji wypełniając jakiś druk. Zostajemy na swoich miejscach i nie możemy opuścić swojego siedzenia tak długo, aż nie uzupełnimy dokumentów. Przyznaję, nie przewidzieliśmy takiej opcji i nawet nie mieliśmy ze sobą długopisu – nie rozdawano ich także na pokładzie, więc wyszliśmy jako jedni z ostatnich, czekając, aż ktoś życzliwy się z nami podzieli.

Jakie to właściwie były dokumenty? Po uzupełnieniu pierwszego z nich mogliśmy udać się na halę i uzupełnić drugi (tam już były długopisy). Pierwszy, czyli the Public Health Travel Declaration Form, obowiązuje tylko na Malcie, w Polsce nie musieliśmy go już uzupełniać. To taka ogólna ankieta z danymi osobowymi, podpisami i pytaniami o wyjazdy w ciągu 14 ostatnich dni. Drugi dokument, the Passenger Locator Form, jest znacznie dłuższy, w dodatku uzupełniamy go po krateczkach – nasze dane, dane członka rodziny do kontaktu, dane osób, z którymi podróżujemy, adres zamieszkania w Polsce, na Malcie, numer lotu, siedzenia – dosłownie wszystko, co może pomóc nas zidentyfikować w przypadku, gdyby okazało się, że któryś z pasażerów naszego samolotu był zakażony. W takim przypadku po uzyskaniu wiadomości e-mail bądź telefonu jesteśmy zobowiązani przejść kwarantannę i z naszych wakacji nici. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca.

Co na plus w przypadku Malty – jeśli podróżujemy grupą/parą, wystarczy uzupełnienie jednego dokumentu i zamieszczenie imienia oraz nazwiska partnera. Obsługa lotniska zezwala też na zostawienie kilku pustych pól, które i tak pewnie nie mają zbyt dużego znaczenia. Po przylocie do Polski uzupełniamy wszystko, w dodatku w tylu sztukach, ile jest osób. Pocieszający jest fakt, że możliwe jest wcześniejsze wydrukowanie dokumentów i uzupełnienie ich, a po wylądowaniu po prostu zostawia się je u stewardessy – nie trzeba czekać na kopię, którą ona rozdaje.

Po przylocie na Maltę nie mierzy się temperatury, przy wylocie również się z tym nie spotkaliśmy, co nie znaczy, że nigdy nas to nie spotka. Nie ma jednak czemu się dziwić – sytuacja epidemiczna jest już zjawiskiem niemalże wymarłym na Malcie (czasem 1, czasem 3 przypadki na tydzień), więc i ostrożność nie jest już tak przesadna. Oczywiście maseczki nosimy w każdym środku transportu i zamkniętym pomieszczeniu, ale raczej przymyka się oczy na zsuwanie maseczki z nosa podczas upału.

Kontrole autobusowe

Tutaj nasuwa mi się sytuacja, kiedy na pokład autobusu wszedł kontroler. Nie był to kanar, tam taka posada chyba w ogóle nie istnieje ze względu na to, że wchodzimy do środka zawsze przednim wejściem i odbijamy bilet u kierowcy. Czytnik wydaje dwa rodzaje piknięć – jedno potwierdzające, jeśli bilet ma jeszcze termin ważności, drugie negatywne, jeśli bilet się wyczerpał. Albo więc kupimy nowy, albo nie wsiądziemy – troszkę to działa jak nasze PKS-y. Oczywiście kierowca jest oddzielony ścianą z pleksi, ale i tak zdziwiło nas, że w Polsce ten aspekt rozwiązano w zupełnie inny sposób. No, w każdym razie kontroler wsiadł na pokład w momencie, kiedy ledwie kto miał na twarzy maseczkę. Szedł przez środek autokaru, wskazywał ludzi i powtarzał: „Mask, mask, mask”. Szczerze mówiąc, mentalnie przyszykowałam się już na grad mandatów, podczas kiedy… mężczyzna usiadł na przedzie, spojrzał na wszystkich ostatni raz i wysiadł na najbliższym przystanku bez słowa. Nie mieściło nam się to w głowach – w Polsce na pewno nie przeszłoby to bez echa.

Różnice w procedurach – Polska vs Malta

Kontrole na bramkach na lotnisku w przypadku Malty też są raczej lżejsze, ale procedury postępowania nieco różnią się od tych w Polsce. Przykład? Laptop w Polsce musi przejść przez skan otwarty, na Malcie wręcz przeciwnie. Płyny w Polsce muszą być opakowane w przezroczyste pojemniki (jak wszędzie zresztą), a ich pojemność jest skrupulatnie sprawdzana, natomiast na Malcie porozmawialiśmy z obsługą, że przewozimy dwa razy po trzy maleńkie buteleczki lokalnych likierów na prezent, że są ładnie zapakowane i czy możemy ich nie wyciągać z opakowania, no i nie było z tym żadnego problemu, mimo że nie zakupiliśmy tego towaru w strefie bezcłowej, wiadomo. Myślę jednak, że nie raz mieli już podobną sytuację i z jednej strony może nie do końca dobrze, że przymyka się na to oko, z drugiej i tak rzeczy przeszły przez skan i fajnie, że nie traktuje się każdego turysty jako potencjalnego przestępcy.

Pierwsze spojrzenie na Maltę

Myślę, że temat kontroli i lotniska mamy zamknięty – jakie w takim razie były nasze pierwsze wrażenia w chwili zobaczenia wyspy z góry? Szczerze? Dość… nijakie, przede wszystkim dlatego, że wszystko wydaje się żółte i jałowe. Lato na Malcie jest bardzo upalne i pozbawione deszczu; średnia opadów w lipcu wynosi 0 dni, w czerwcu, sierpniu i wrześniu 1. Rzeczywiście, dopiero w połowie pobytu zobaczyliśmy pierwszą chmurę nad głowami. Bardzo często widać je gdzieś dookoła, na horyzoncie, ale jakby wyspa ich do siebie nie dopuszczała. Roślin, które przetrwały taki klimat, jest naprawdę niewiele – przeważnie dojrzałość ich owoców przypada na przełom sierpnia/września, więc też na tym nie skorzystaliśmy.

Większość wyspy pokrywa kamień, który dodatkowo akumuluje ciepło i zabiera miejsce na zieleń, jednak mieszkańcy Malty radzą sobie z tym problemem coraz lepiej, hodując pnącza w donicach. Bardzo często obrastają one budynki i są niesamowicie kwieciste – widok nieraz zapiera dech w piersiach. Najlepszym jednak potwierdzeniem na to, że ciężko o bujną roślinność, jest wypalona i nijaka trawa, co od razu wpływa na posturę spotykanych czasem koni. Możecie zapomnieć o widoku umięśnionych, jurnych ogierów, który często zastajemy w Polsce. Zwierzęta są wręcz wychudzone i po prostu wyglądają mizernie, przynajmniej przez te letnie miesiące.

Jak radzić sobie z upałem?

Skoro upał jest tak dojmujący, to jak poradzić sobie ze zwiedzaniem w takich warunkach? Cóż, jest wiele gorętszych krajów, gdzie przecież życie nie stoi w miejscu. Wystarczy znaleźć odpowiedni patent i my zamierzamy się z Wami kilkoma podzielić.

  1. Klimatyzacja bądź wiatrak to rzecz święta – niekoniecznie dwa na raz, ale warto celować w zakwaterowanie z którymkolwiek z nich, bo bywały noce, że przepływ powietrza mimo otwartego okna był po prostu zerowy.
  2. Słomiany kapelusz – przyznam, że temat głowy właściwie zawsze olewam, ale mając ciemną karnację i ciemne włosy, czasem jest to strasznym utrapieniem. Plus podczas plażowania spaliłam sobie przedziałek, bo niestety moja głowa jest jedyną częścią ciała nieodporną na słońce.
  3. Podróżując, zawsze miejcie na sobie strój do kąpieli, a w plecaku ręcznik plażowy – nie damy rady przez tyle dni chować się w zamkniętych pomieszczeniach od godziny 12-15, zwłaszcza jeśli planujemy dłuższą podróż. Malta jest o tyle cudowna, że prawie każde miejsce warte zobaczenia jest usytuowane nad morzem lub blisko niego. Żaden problem – chwila zwiedzania, później czas na kąpiel i ochłodę, a potem znowu można zwiedzać. W przeciwnym wypadku człowiekowi może zrobić się po prostu słabo.
  4. Przerwa na mrożoną kawę bądź Slushy (czyli tzw. granitę, coś na wzór sorbetu lodowego) – dostępne praktycznie wszędzie, przeważnie też niedrogie (max. 4 euro w najgorszych wypadkach), chłodzi i daje człowiekowi poczucie nagrody po długim chodzeniu.
  5. Filtry do opalania i balsam na schodzącą skórę – koniecznie! Aż do samego końca powrotu do Polski. My spaliliśmy się właśnie ostatniego dnia pobytu, siedząc w wodzie kilka godzin bez żadnego cienia. Mnie zeszło to za parę godzin (nawet bez smarowania), ale Szymon z jasną karnacją jeszcze przez cztery kolejne dni wyglądał jak raczek. Moją słabą stroną jest natomiast twarz – filtr 50 dla dzieci i tak nie wystarczał. Najlepiej więc zabrać ze sobą przynajmniej dwa – słabszy i mocniejszy (np. u nas była to 50 i 30), by opalać się stopniowo i bezpiecznie.
  6. Ostatnia porada, ale chyba najważniejsza i najbardziej sprawdzalna, która nam przynosiła ulgę za każdym razem – zamrożona woda. Nie mrożona, a po prostu zamrożona. Każdego dnia trzymaliśmy w domu dwie dwulitrowe butelki picia (koszt jednej ok. 0,7 euro). Jedna chłodziła się w lodówce do bieżącego użytkowania w godzinach rannych i wieczornych, gdy temperatura nie dawała się tak we znaki, natomiast druga leżała całą noc w zamrażarce, upita tylko parę łyków, by możliwe było później jej otworzenie. Rano zastawaliśmy bryłę lodu i chowaliśmy ją do plecaka, wcześniej szczelnie owijając w ręcznik plażowy jak zrolowany naleśnik. Dzięki temu, nawet chodząc w pełnym słońcu, woda roztapiała się dość powoli i miała ciągle w granicach 0℃. Skutkowało to tym, że na dnie zawsze znajdowało się kilka łyków do podziałki na dwoje, a te kilka łyków wciąż chłodziło się od wielkiego lodu pośrodku. Takie dwa litry idealnie starczają na cały dzień od rana do wieczora i są zimne aż do ostatniej chwili.

Na dziś to wszystko, mam nadzieję, że sprzedałam Wam jakieś patenty, których nie znaliście do tej pory i uspokoiłam zszargane nerwy tych, którzy martwili się o rygorystyczne kontrole i zawiłą papierologię na lotnisku. Wiadomo, że ograniczenia i wymogi utrudniają podróż, ale na pewno nie czynią jej niemożliwą. Jeśli zainteresował Cię powyższy materiał, to zachęcam do czekania na kolejny – tym razem o przysmakach i przekąskach, jakie możemy spotkać na wyspie! A żebyś nie doświadczył nudy – odwiedź mojego Instagrama i fanpage’a na Facebooku, tam zamieszczam na bieżąco relacje ze swoich poczynań podróżniczych; odnośniki po prawej u góry. 🙂