Budapeszt cz.2 – czyli syberyjski cyrk, kraksa na hulajnodze i nocny spacer z widokiem na Dunaj

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć drugiego dnia naszego pobytu w Budapeszcie. Jeśli jeszcze nie przeczytałeś pierwszej części, to serdecznie zapraszam o tutaj, a jeśli interesuje Cię tylko to co tu i teraz, to też nic nie szkodzi i możesz zacząć od tego momentu. Tym razem udamy się na Plac Bohaterów, zobaczymy pokazy artystów z Jakucji i lodowisko tuż przy zamku, ruszymy pod parlament stanowiący jedną z najbardziej rozpoznawalnych ikon miasta i obejrzymy basztę rybacką, która z rybami nie ma wiele wspólnego. Zapraszam:

Niedługo po śniadaniu udaliśmy się na zwiedzanie. Codziennie jednak musieliśmy poświęcać mniej lub więcej przedpołudniowego czasu na to, by uczyć się do egzaminów, które niestety mimo sylwestra i innych przyjemności zbliżały się wielkimi krokami. Sesja nie kocha i żałuję tych godzin w książkach, których nie przeznaczyliśmy na eksplorację miasta, choć Budapeszt tak czy siak obeszliśmy bardzo intensywnie.

Plac Bohaterów

Tego dnia rozpoczęliśmy od Placu Bohaterów, więc na miejsce dotarliśmy niebieską linią metra do Deák Ferenc tér, a później przesiedliśmy się na żółtą i jechaliśmy aż do Hősök tere, czyli węgierskiego odpowiednika naszej atrakcji. Wysiadaliśmy prawie na końcu trasy, a gdy wyszliśmy z podziemi, naszym oczom niemal od razu ukazały się monumentalne budowle. Zaraz obok placu znajduje się Pałac Sztuki, a po przeciwległej stronie Muzeum Sztuk Pięknych, do którego niestety nie udało nam się wejść. Na pewno jednak zostawię sobie tę atrakcję na przyszły raz, jako że w środku możemy podziwiać obrazy Leonarda da Vinci czy Rembrandta albo rzeźby Thordvaldsena, który np. przyczynił się do przyozdobienia Starego Miasta w Warszawie – pomnik Kopernika jest właśnie jego autorstwa.

Plac nosi swoją nazwę od kolumny usytuowanej w jego centrum (Hősök emlékkövét). Utworzono ją po I wojnie światowej jako hołd dla poległych. To miejsce dla Węgrów ma znaczenie szczególne jeśli chodzi o nastroje polityczne; odbywały się tu liczne demonstracje, kiedyś pośrodku stał pomnik Stalina, później Lenina, a za taką oznakę wyciszenia można uznać symboliczny pogrzeb powstańców z czasów rewolucji węgierskiej 1956 roku. Zabudowa placu została utworzona na pamiątkę 1000-lecia państwa węgierskiego. Oprócz kolumny możemy też dostrzec dwie kolumnady, z których każda przedstawia postacie istotne dla tamtejszej historii.

Zamek Vajdahunyad

To na pewno jedno z ładniej zaaranżowanych i dostojnych miejsc w Budapeszcie, jednak nie wiadomo ile czasu tam nie spędzicie, zwłaszcza w zimie. My prosto stamtąd pomaszerowaliśmy na zamek Vajdahunyad znajdujący się w niewielkiej odległości. Największa atrakcja w tym okresie, która rzuca się w oczy, to bez wątpienia ogromne lodowisko rozciągające się z przodu murów. Mimo swoich rozmiarów, dzięki ładnej pogodzie i muzyce w tle, było praktycznie całe zapełnione, a wokół niego gromadziło się mnóstwo gapiów.

Sama budowla na czas zimowy przystrojona jest maleńkimi lampkami, a jej nazwa pochodzi od zamku rumuńskiego. Pomysł na wzniesienie wziął się z tego, że kiedyś w tym samym miejscu stała wystawa, podczas której twórcy prezentowali konstrukcje z nietrwałych materiałów. Mieszkańcom miasta spodobały się one na tyle, że postawiono je znowu, tym razem na większą skalę i ze sprawdzonego kruszcu. Dzięki temu dziś możemy obserwować kompleks budynków takich jak te, gdzie każdy z nich stanowi przykład innego stylu architektonicznego:

Na środku placu znajduje się pomnik Anonymusa dzierżącego złote pióro. Uznaje się go za węgierskiego kronikarza, ale jedyne, co o nim wiadomo, to że jego imię bądź nazwisko zaczynało się od litery „P”, bo tak się właśnie podpisywał. Miejscowa legenda głosi, że jeśli dotknie się tego pióra i pomyśli życzenie, to się spełni, aczkolwiek wersji tej opowieści jest bardzo dużo. Inna z nich stanowi, że po dotknięciu pióra będzie się miało znacznie więcej weny. Jeszcze inni wierzą (i to o dziwo bardzo często są panowie), że jeśli usiądzie się na kolanach posągu, to pozytywnie zda się maturę albo podwoi się swoją emeryturę. Cóż, niby nie zaszkodzi spróbować wszystkiego…

Wokół zamku znajdowało się też bardzo dużo budek i foodtrucków z ciepłymi przekąskami i grzanym winem, więc kiedy tylko obeszliśmy zamek dookoła, podążyliśmy za swoim węchem. Pech chciał, że gdy doszliśmy do końca ogrodzenia, okazało się, że dalej nie ma przejścia i trzeba wrócić. Z nami szła jednak jeszcze jedna równie rozczarowana para, która znalazła lepsze wyjście z sytuacji. W jednym miejscu płot po prostu się otwierał – troszkę jakbyście odchylali drzwi, tylko bardzo opornie, bo słup haczył o ziemię. Zapewniało to jednak pewną stabilność, więc jeśli tylko złapało się ruchomej części i przełożyło stopę na drugą stronę na murek, można było przejść bezpiecznie.

Pech chciał, że szłam trzecia i kiedy nadeszła moja kolej, coś się obluzowało, a ja omal nie runęłam w tył do wody. Zdążyłam tylko krzyknąć, oczy dziesiątek gapiów przed zamkiem skierowały się w moją stronę, a ja zawinęłam się na ogrodzeniu prawie tak, jakbym dawała pierwszy występ w strip-clubie na rurze, nie mając nawet pojęcia, że tego dnia mam tam wystąpić i że w ogóle tam pracuję. Maciek jednak po tylu latach znajomości zdawał sobie sprawę, że ze mną może wydarzyć się dosłownie wszystko, dlatego w porę przytrzymał ogrodzenie i jakoś przywrócił mnie do pionu. On oczywiście przeszedł normalnie, ja zrobiłam z siebie widowisko i poprawiłam wszystkim humor, a potem udaliśmy, że nic się nie stało, idąc dalej. Tak – ze mną nie ma nudy, ale do wstydu trzeba się przyzwyczaić.

To co dla mnie stanowi nieoderwalny element Budapesztu zimą, to właśnie stanowiska stojące na wolnym powietrzu, gdzie dostrzeżemy wielkie skrzynki czy misy z grzanym winem i pomarańczami ułożonymi po bokach. Tutaj bardzo dobra informacja dla miłośników tego typu trunków: żeby wytrzymać długie spacery na zimnie, przynajmniej jeden taki garnuszek trzeba było wypić. Nie wszędzie smakowały wyśmienicie, miały odpowiednią cenę czy tzw. „kopa”, ale o tym również wspomnę już przy okazji osobnego wpisu o węgierskiej kuchni i przysmakach. Pamiętam jednak, że to właśnie tam wypiliśmy wino ze zwykłej budki, które było tak mocne, że szybko uderzało do głowy.

Budki często oznaczano flagami; węgierską, niemiecką, włoską i takiego też typu przekąski serwowano w każdej z nich, a przynajmniej się starano. Gdzieniegdzie pojawiały się bardzo ciekawe rozwiązania funkcjonalno-architektoniczne takie jak na przykład ten piec:

Naszą uwagę najbardziej zwróciło jednak coś, co nazywało się kolbice. Troszkę można by to przyrównać do kebaba w bułce, troszkę do tortilli, ale nie znalazłabym polskiego odpowiednika tego przysmaku. W kulinarnym wpisie będzie można zobaczyć, co to też takiego było… 😀

Pokazy grupy cyrkowej z Jakucji

Cały dzień podporządkowaliśmy właściwie jednemu wydarzeniu, a mianowicie pokazom grupy cyrkowej z Jakucji (północna Syberia). Wystąpienie zatytułowane Snow Dream odbywało się w Fővárosi Nagycirkusz znajdującym się nieopodal Placu Bohaterów i Łaźni Szényiego. Bilety kosztowały nas ok. 4500 HUF od osoby, czyli około 58,5 zł biorąc pod uwagę, jakiej rangi było to wydarzenie, spożytkowaliśmy te pieniądze najlepiej, jak mogliśmy.

Wiecie, to nie był taki cyrk, jaki kojarzyłam ze swoich dziecięcych wyobrażeń czy opowieści albo różnych filmów. Nie tresowało się tam tygrysów czy słoni, a jedynymi zwierzętami, jakie zobaczymy na scenie, są psy – zadbane, wyczesane, merdające ogonami i dokarmiane po każdej sztuczce. Dało się zauważyć, że występ sprawia im radość, że w ogóle nie czują na sobie presji, a po prostu traktują wszystko wokół jako ogromną salę zabaw. Pokazały się dosłownie na dziesięć minut, nie więcej. Pozostałe sztuczki należały tylko i wyłącznie do ludzi, a patrząc na wysiłkowość niektórych z nich, to o artystów w tym wypadku martwiłabym się znacznie mocniej.

Zanim jednak weszliśmy na trybuny, mogliśmy odwiedzić wcześniej przygotowany namiot, w którym prezentowano zdjęcia i opisy obecnego życia w Jakucji. Aż ciężko wyobrazić sobie, jak pośród takiego wielkiego mrozu i ciężkich warunków bytowych uchowały się takie dusze, które ruszyły w świat, by czarować uśmiech na twarzach widzów, ale na całe szczęście tak się właśnie stało. Jeśli ktoś z Was w ogóle nie kojarzy, z czym to się je, to pod spodem zamieszczam kilka obrazów z grafiki Google, byście lepiej pojęli mój tok myślenia.

Nie wiem, czy kiedykolwiek byliście w jakimś cyrku i przede wszystkim w jakim. Ja na przykład nie i w mojej wyobraźni prócz zwierząt i przerażających klaunów wiele więcej nie było. W rzeczywistości zgadzały się trzy rzeczy: namiot w czerwono-białe pasy i arena otoczona rzędami wąskich ławeczek, ubiór personelu w czarne fraki z cekinowym wykończeniem i przede wszystkim: popcorn! Wiecie, żółtawy popcorn z masłem w tych opakowaniach jak na amerykańskich filmach. Reszta jednak przerosła moje najśmielsze oczekiwania, mimo że klaunów też musiałam zdzierżyć. Nie okazali się jednak tak straszni, jak ich diabeł malował.

Cały spektakl opierał się na opowiadaniu historii (niestety nie w języku angielskim, więc zrozumieliśmy ją tylko jak dzieci – na zasadzie kojarzenia obrazków, a i tak nam się podobało). Była królowa śniegu, były różne plemiona i wrogie siły, a w tle przewinęła się nawet piosenka z Krainy Lodu. Zawsze po scence rodzajowej następował występ, po występie przerwa serwowana przez klaunów w formie różnych wygłupów i interakcji z widownią, no i tak w kółko, tylko czasem w zmienionej kolejności. Grupy klaunów też były dwie – jedna europejska, miejscowa, a druga z Jakucji. Dało się zresztą dostrzec, że poza głównymi gwiazdami program jest uzupełniany też „stałym” repertuarem węgierskich wykonawców. Urody się jednak nie oszuka, a przynajmniej nie w tym wypadku.

Poszliśmy razem z moimi rodzicami i mieliśmy miejsce akurat w pierwszym rzędzie. Z jednej strony super, z drugiej serce podchodziło mi do gardła, kiedy jeden z klaunów szukał swojej ofiary (panicznie się ich boję, ale chociaż ci mieli tylko umalowane twarze, a resztę stroju bardziej człowieczą). Czasem zastanawialiśmy się, czy goście na widowni są podstawieni czy nie, bo wczuwali się tak bardzo, że jeden mężczyzna prawie chciał ściągać ubrania na środku sceny, wywołując wesołość u wszystkich pań wokół. Chyba jednak po prostu mocno się wczuł.

Jeśli chodzi o część komiczną – moja mama na przykład nie jest fanką rozrywki, która opiera się na tym, że ktoś przywalił komuś ciastkiem w twarz albo oblał go wodą. W tym wypadku jednak humor stał na wyższym poziomie, a przynajmniej starał się do tego dążyć. Każdemu z nas właściwie podobało się co innego, a to tylko dowodzi, że tego typu eventy są rozrywką dla całej rodziny.

Niektóre występy zapierały dech w piersiach. Nie zabrakło żonglerki czy akrobacji na szarfach podwieszonych na suficie, ale też takich pokazów, które dosłownie przerażały. Najstraszniejsze były chwile, kiedy na scenie pojawiał się człowiek-kark. Nie dość, że potrafił postawić sobie na czole wielką, metalową tyczkę i chodzić z nią tak, by utrzymywała się w pionie, to na sam koniec na tej tyczce stanęła na rękach kobieta, którą również dźwigał bez żadnej asekuracji i użycia rąk. Żeby tego było mało, przechodził z nią później na wysokości! Sztuczka trwała dość długo, a każdy następny przemarsz odbierał nam siły do patrzenia, dosłownie czuliśmy się zmęczeni. Sami spójrzcie, jak to wyglądało.

Akrobacje były naprawdę różnorodne, a całe show trwało grubo ponad dwie godziny. Pod koniec czuliśmy, że wciąż jest nam za mało. Jeśli kiedyś będziecie mieć okazję na ujrzenie tej grupy na scenie bądź czegoś, co będzie podobne, to kupujcie bilety bez wahania. Ja z pewnością skusiłabym się jeszcze raz, świetna atrakcja, a już dzieci to na pewno piszczałyby z radości. Oko cieszą jednak nie tylko wyczyny akrobatów czy tańce, ale także bardzo często zmieniające się kostiumy, z których część naprawdę kojarzy się z klimatem Jakucji. Pod spodem zamieszczam jeszcze kilka zdjęć i mam nadzieję, że kiedyś będziecie mogli obejrzeć to, co na nich widnieje, na żywo!

Kiedy wyszliśmy z cyrku, było już zupełnie ciemno i znacznie zimniej niż wcześniej. Wybiła jednak dopiero godzina popołudniowa, więc zadecydowaliśmy, że udamy się pod parlament i pochodzimy po całym placu. Niestety nie udało nam się wejść do środka, więc to kolejny element, który pozostanie mi do zaliczenia przy okazji następnej wizyty. Od miejsca docelowego dzieliło nas jednak 4,5 km, więc Maciek wpadł na pomysł, żebyśmy tę trasę pokonali hulajnogami elektrycznymi. Nie przewidział jednak, że ktoś może być tak oporny względem tych urządzeń, jak okazałam się ja. No bo widzicie, ostatni raz na hulajnodze jechałam jako małe dziecko i moja przygoda skończyła się w momencie, kiedy zdarłam sobie całe kolano, a koleżanka przyniosła mnie na plecach do domu. W tym wypadku finał byłby pewnie podobny, tylko lepiej się asekurowałam. Tak więc przez sześć najbliższych minut każdy przechodzień mógł obserwować festiwal żenady i moje nieudolne próby jakiejkolwiek jazdy. Jeśli myślicie sobie – co jest w tym trudnego? Odpowiedź brzmi: ja też nie wiem, a jednak coś najwyraźniej było. Nie wiem, może z zimna ciężko było mi wyczuć przycisk pod palcami, bo ja albo nie jechałam w ogóle, albo startowałam jak rakieta, nie mogąc utrzymać równowagi. Tak. Chcąc uniknąć mojej śmierci, pojechaliśmy tramwajem. Sorki jeszcze raz, Maciek.

Parlament w Peszcie

Parlament znajduje się w Peszcie i nie wiem, czy jest jeszcze jakiś inny symbol, który tak bardzo kojarzyłby mi się ze stolicą czy Węgrami. Czasem mam wrażenie, że gdybyś nie strzelił fotki parlamentu, to zupełnie jakby Cię tam nie było. Na mnie ten budynek robi jednak ogromne wrażenie i razem z kościołem św. Macieja stanowią dla mnie przykład najpiękniejszej architektury miasta. Uwierzcie mi, zwłaszcza nocną porą w okresie świąt, gdy cały plac jest przystrojony lampkami, choinki się świecą i nawet niektóre tramwaje jeżdżą obwieszone ozdobami, to miejsce jest po prostu przepiękne.

Patrząc na to, aż ciężko uwierzyć, że zanim ta budowla powstała, w tym miejscu nie było niczego prócz błota, a i okolica cieszyła się reputacją bardzo niebezpiecznej. Teraz z kolei widzimy władowane w nią pół miliona kamieni szlachetnych i 40 kg złota – nie do wiary, prawda? W jej wnętrzu znajduje się najważniejsza relikwia dla narodu węgierskiego, a mianowicie korona św. Stefana. Kim był święty Stefan? Ano pierwszym koronowanym królem, który zjednoczył państwo węgierskie.

Pod budynkiem znajdują się liczne barykady i ogrodzenia, a jeśli ktoś tylko usiłował je przekroczyć, do akcji natychmiast wkraczali strażnicy. Całość wygląda w ten oto sposób.

Kolejna rzecz, którą koniecznie musimy nadrobić, a która po ciemku byłaby już raczej niedostrzegalna, to buty. Niestety nie mieliśmy sposobności wrócić tam ponownie w następne dni, zupełnie nie było nam to po drodze. O czym dokładnie mówię? Nad brzegiem Dunaju, niedaleko Parlamentu, został postawiony pomnik na pamiątkę osób, które zginęły podczas holokaustu i zostały rozstrzelane nad rzeką. Różnego rodzaju obuwie, nieoznakowane i zostawione bez właścicieli, którzy zniknęli. Mimo że kilku rzeczy nie udało nam się zrealizować, tej żałuję chyba najmocniej, mimo że jej skala jest przecież malutka. Was odsyłam jednak koniecznie, jeśli tylko będziecie mieć okazję.

Żeby trochę się ocieplić, weszliśmy do knajpy, by napić się gorącej czekolady (niestety zupełnie wyleciała mi z głowy jej nazwa). Pamiętam, że była niedziela, bo znalezienie jakiegokolwiek otwartego miejsca graniczyło wtedy z cudem. W dodatku po całym dniu, mimo zimna, strasznie chciało nam się pić i jedyne, na co trafiliśmy, to jakiś mały pub. Dostrzegłam jednak przez okno, że mają lodówkę z napojami bezalkoholowymi do kupienia, ale Maciek stwierdził, że to głupio wejść do takiego miejsca, żeby kupić wodę. Powiedział, że on nie idzie, bo się wstydzi, więc ja jak zawsze, jako ta osoba bez wstydu, bez obaw weszłam do środka i kupiłam, co trzeba. I tak myślę, że nikogo nie obchodziła moja obecność, a że innej opcji nie mieliśmy, to co tu się dużo zastanawiać?

Baszta Rybacka na placu Macieja

Kiedy trochę się rozgrzaliśmy, pojechaliśmy autobusem nr 16 w stronę kościoła św. Macieja. Musieliśmy przejść kawałek pod górę, żeby dotrzeć na plac, ale było warto i to jeszcze jak! Ja zwiedzanie zaczęłam od baszty rybackiej i w sumie gorąco polecam w okresie zimowym zaliczyć ją wieczorem koło godziny 20.00, tak jak myśmy zrobili. Na miejscu były wtedy pojedyncze osoby – świetna okazja do robienia zdjęć i napawania się widokami bez poczucia, że co chwilę ktoś wchodzi w kadr, szturcha cię i się przepycha, bo w godzinach szczytu niestety tak to wygląda. Za dnia, kiedy tamtędy przechodziliśmy, ujrzeliśmy tylu ludzi, że ledwo się tam wszyscy mieścili.

Dlaczego w ogóle baszta rybacka, skoro poza Dunajem nie ma tam właściwie żadnej wody? Kiedyś mury tej budowli były uznawane za część zamkową, a swoją nazwę zawdzięczają rybakowi, który bronił ich w okresie średniowiecza. W nocy nie można odmówić temu miejscu aury tajemniczości – chodząc tam, zupełnie jakbyśmy przenosili się w jakieś inne realia i czas.

W okolicy placu znajduje się mnóstwo perełek, o których opowiem Wam w przyszłych wpisach. Nie mówię już o samym kościele św. Macieja, ale także o domu Houdiniego czy nuklearnym bunkrze. Śledźcie więc koniecznie mojego fanpage’a oraz Instagrama, by być na bieżąco oraz wiedzieć, kiedy pojawiają się wpisy i niczego nie przegapić. Odnośniki znajdziecie na górze po prawej stronie, zapraszam!

Islandia cz.7 – czyli relaks w geotermalnych źródłach, pierwsze zetknięcie z komercjalizacją i wybuchające gejzery

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć piątego dnia naszej podróży po islandzkiej obwodnicy. Tutaj skupimy się głównie na południowej części kraju. Jeśli jeszcze nie wiesz, co działo się do tej pory, to gorąco zachęcam do nadrobienia, no chyba że nie masz ochoty, wtedy możesz zacząć czytać od tego momentu i też będzie dobrze. Tym razem nie zabraknie wodospadów: Skógafoss, Seljalandsfoss czy Gullfoss. Zejdziemy także w dół krateru Kerið, zobaczymy wybuchające gejzery i zrelaksujemy się w naturalnych geotermalnych źródłach Secret Lagoon. Koniecznie zostań z nami do końca! Zapraszam:

Piąty dzień naszej wyprawy zapowiadał się niesamowicie intensywnie, jednak pogoda nie rozpieszczała nas już od samego początku. Kiedy tylko wsiadaliśmy do samochodu, rozpogadzało się i słońce wychodziło zza chmur, natomiast po wyjściu na zewnątrz lał deszcz, o ile nie grad. Przeczekanie tego raczej nie przynosiło zamierzonych efektów, więc pogodziliśmy się z faktem, że wreszcie zaznaliśmy tej zmiennej islandzkiej pogody i staraliśmy się nie zwracać na nią uwagi, choć czasami było ciężko.

Wodospad Skógafoss

Pierwsze miejsce, które odwiedziliśmy, to wodospad Skógafoss mierzący 60 m wysokości i stanowiący jeden z większych na Islandii. Ponoć w cieplejsze i słoneczne dni widać tam mnóstwo tęcz ze względu na mgiełkę wodną, która roztacza się wokół, jednak tego nie jesteśmy w stanie Wam potwierdzić. Fakt faktem to jedno z tych miejsc, które łatwo pomylić z krajobrazem Nowej Zelandii, jednak żeby to dostrzec, trzeba się troszkę nachodzić. Parking co prawda jest bardzo blisko samej atrakcji, natomiast jeśli zamierzamy wejść na jej szczyt, musimy pokonać dość długie schody, na których niektórzy turyści urządzali sobie nawet po kilka przerw. Obiektywnie rzecz biorąc, podejście nie jest ultra ciężkie, ale zadyszki dostać można. Czy warto się tak męczyć? Oj, warto, bo widok z góry jest piękny.

Kerið – płatny krater

Następnym naszym punktem przystankowym był krater Kerið oddalony o około 110 km. Co może Was zaskoczyć, to uiszczenie opłaty za wejście. Niestety te praktyki na południu kraju są znacznie częstsze niż gdziekolwiek indziej ze względu na natężenie turystów i o ile pierwszy raz może aż tak nie kuje to w oczy, o tyle każdy następny jest coraz bardziej dotkliwy. Tutaj zostawisz 10 zł, tutaj 15, tam 20 i w końcu zbiera się dość wysoka suma, kiedy zaczyna się to wszystko podliczać. Mnie to na przykład dość mocno irytuje zwłaszcza w kwestii przyrody. Gdybyśmy mieli za każde naturalne miejsce płacić nawet te przysłowiowe 5 zł, to zważając na to, ile mija się ich po drodze, można dostać białej gorączki. W przypadku krateru opłata wynosi 400 ISK, czyli około 12,40 zł. Mówię – nie jest to dużo (zwłaszcza na islandzkie standardy), chociaż zależy, jak na to spojrzeć. W każdym razie zapłaciliśmy i weszliśmy.

Kerið ma ponad 6 tysięcy lat, a jego dno wciąż jest wypełnione wodą, tworząc sporych rozmiarów jezioro, nad którego brzegiem stoi pojedyncza ławeczka. Uwagę zwraca też ziemia po której stąpamy – w niektórych miejscach przyjmuje iście czerwoną barwę, co pięknie zestawia się z błękitem wody i zielenią wokół. Nie od razu zeszliśmy w dół, najpierw zrobiliśmy rundkę dookoła, zwłaszcza że akurat pojawiło się słońce. Oczywiście kiedy tylko zaczęliśmy schodzić po schodkach, najpierw się rozpadało, a potem sypnęło gradem. Plusem było to, że wszyscy, którzy znajdowali się w dole, natychmiast uciekli do samochodów. My się jednak nie wycofaliśmy, tylko poszliśmy po to, na co czekaliśmy. Staliśmy chwilę, obserwując, jak wiatr marszczy taflę wody i mimo zimna oraz tego, jak byliśmy przemoknięci, to był całkiem ładny widok.

Skoro już wtajemniczyłam Was w płatne atrakcje, to po drodze do krateru zatrzymaliśmy się przy wodospadzie Seljalandsfoss, który uchodzi za jeden z bardziej rozpoznawalnych, zwłaszcza że w jego głębi znajduje się grota, a za nią, jeśli przeszlibyśmy się w kaloszach, znajduje się drugi, tyle że ukryty, o którym dowiedziałam się tak naprawdę z instagramowych relacji innych podróżników. Stamtąd natomiast bardzo szybko uciekliśmy ze względu na deszcz, a także to, jak bardzo zawalony i nieprzejezdny okazał się parking. Oczywiście na miejscu pobierano za niego opłatę (700 ISK = 21,70 zł), a jako że ujrzeliśmy atrakcję już z daleka i dopiero co nasyciliśmy się innym wodospadem, daliśmy sobie spokój. Może innym razem.

Geysir, Litli Geysir i Strokkur

Trzecią naszą atrakcją tego dnia był Geysir, czyli gejzer, który wybucha co kilkadziesiąt lat. Obok niego natomiast znajduje się jeszcze kilka mniejszych, na przykład Litli Geysir czy Strokkur, który to z kolei swoją erupcję ma średnio co kilka minut. Obszar ten urzeka także ze względu na fumarole, czyli szczeliny w ziemi, przez które nieustannie wydostaje się para. Już z daleka jest bardzo dobrze dostrzegalna, zwłaszcza w tak ponure i chłodne dni. Na sam widok robi Wam się cieplej, kiedy tylko zdacie sobie sprawę, ile stopni ma woda, która przepływa małymi źródełkami tuż obok.

Nie wiem, czy wiecie, ale na terenach takich jak te, islandzkie mieszkanki bardzo często zakopywały i dalej zakopują bochenki chleba w jakimś naczyniu i pozostawiają je na kilka godzin. W ten oto sposób powstaje chleb wulkaniczny o specyficznym smaku, który najczęściej jada się po prostu z samym masłem. Jeśli bylibyście zainteresowani takim specyfikiem, to można go także wykonać w domu; przepisów w internecie jest naprawdę mnóstwo, a jedyne, czego Wam potrzeba, to tak naprawdę dużo czasu (średnio około siedmiu godzin).

Naszą uwagę niemalże od razu przykuła tablica przy samym wejściu. Można by ją uznać za regulamin, chociaż większość wypisanych punktów stanowiła raczej zalecenia i ostrzeżenia dla turystów, z których jednak ludzie niewiele sobie robili, tak przynajmniej potem zaobserwowaliśmy. Najbardziej podobał nam się ogólny wydźwięk – źródła są bardzo gorące, woda wrze, więc wchodzisz tu na własną odpowiedzialność, bo może stać ci się krzywda, możesz się oparzyć itd. Zaraz potem dużymi literami widnieje informacja: Nie podchodź blisko gejzerów dla zachowania swojego zdrowia i życia, NAJBLIŻSZY SZPITAL ZNAJDUJE SIĘ 112 KM STĄD. My to właściwie zrozumieliśmy jednoznacznie – jak jesteś debilem, to i tak nie zdążymy cię uratować, no sorry, naturalna selekcja.

Podejrzewam jednak, że połowa osób albo omija ten znak bez czytania, albo nie jest w stanie przeczytać go po angielsku, bo mimo tego, że ten czynny gejzer był zagrodzony linkami, ludzie stawali najbliżej, jak tylko mogli. My odsunęliśmy się dalej, do bezpiecznej odległości, no bo biorąc na logikę – jeśli w górę wystrzeli wrzątek na około 20-40 m, to ja będę zaraz obok, to nawet sama mgiełka, która pozostanie w powietrzu, po prostu mnie oparzy. Myślenie jest jednak dość skomplikowanym procesem, no i niestety nie zawsze każdemu wychodzi. Na szczęście wielu ludzi ma więcej szczęścia niż rozumu, więc krytycznych przypadków akurat nie dostrzegliśmy.

Jeśli chodzi o samą erupcję, to przeżyliśmy niemały szok i to raczej nie pozytywny. Od kiedy tylko pamiętam, w każdym filmie czy bajce wizja wybuchającego gejzeru jawiła się jako wielka, zbita i bardzo wysoka kolumna wody, która wystrzeliwuje z niesamowitą siłą. Jak to wygląda naprawdę? Mniej więcej tak, że zastanawialiśmy się, czy to na pewno było to, czy jednak nie. Jasne, woda unosi się na 20-40 m, ale raczej powoli i rozbryzguje się w mgiełce na boki. Stojąc odrobinę dalej, to wrażenie prędkości i siły zjawiska jest zupełnie zatarte. Zupełnie jakby to nie woda, a dym rozchodził się na wolnym powietrzu. Pamiętam, że akurat mega się cieszyliśmy, bo dosłownie lało, trochę się już trzęśliśmy i gejzer eksplodował dosłownie w 2-3 minuty. Kiedy wszystko się skończyło, Maciek zapytał mnie tylko, dość mocno rozczarowany: „To już? Wyglądało jak pierd, a nie jak wybuch”. I szczerze miał w tym troszkę racji.

Jeśli chodzi o Geysir, robi naprawdę potężne wrażenie – średnica jego krateru jest ogromna i aż ciężko zrobić zdjęcie ze względu na ilość wydobywającej się pary. Warto nawet przejść się po prostu dookoła i poszukać kilku mniejszych otworów w ziemi, z których każdy ma inny kolor, głębokość i inaczej bulgocze. Przyznaję jednak, że nie zabawiliśmy tam na pewno tak długo, jak mogliśmy, bo byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Zupełnie jakbyśmy przed chwilą wyszli spod prysznica, czego może zdjęcia nie oddadzą z taką dokładnością, ale pewne zobrazowanie na pewno będzie.

Wodospad Gullfoss

Ostatnim naszym punktem programu na ten dzień został wodospad Gullfoss. Na szczęście udało mi się namówić Maćka, byśmy podeszli jak najbliższej, aż do samych barierek. Założył się ze mną co prawda, że zacznie lać, kiedy tylko będziemy w połowie drogi, no i miał rację, ale dzielnie towarzyszył mi w wyprawie. Pamiętam, że oprócz deszczu strasznie zmoczyła nas mgiełka, która unosiła się od wodospadu, zwłaszcza że dość mocno wiało, więc cała ta woda uderzała w turystów. Szczerze mówiąc, nawet mi to odpowiadało – w końcu i tak byliśmy zupełnie mokrzy, bo Geysir znajduje się w odległości jakichś 10 km od tej atrakcji. Nie chciałabym wyschnąć z myślą, że zaraz wszystko będę musiała ponownie wykręcać.

Nie da się ukryć, że widok byłby znacznie bardziej bajeczny przy promieniach słońca, ale podróże to nie zawsze koncert życzeń, czasem trzeba się dostosować i cieszyć z tego, co jest. Ludzie stali więc i nagrywali, robili zdjęcia i śmiali się, dygocząc na przemian. Fakt faktem, wodospad jest ogromny i z pewnością warto go zobaczyć nawet w strugach deszczu. Tak prezentował się on i my na samym powrocie:

Secret Lagoon – źródła geotermalne

Temperatura spadła do 3℃, deszcz lał nieustannie i pogoda wydawała się średnia na robienie czegokolwiek. Nie uśmiechało nam się za bardzo zwiedzanie parku narodowego, więc wpadliśmy na zupełnie inny pomysł. Dosłownie marzyliśmy, żeby się rozgrzać, a że troszkę z nas wcześniej były cebularze, to okazało się, że wystarczy nam pieniędzy na jeszcze jedną atrakcję, jaką były źródła geotermalne w Secret Lagoon. Nie mam niestety porównania do Blue Lagoon, najbardziej rozsławionej atrakcji Reykjaviku, ale wydaje mi się, że jeśli szukacie czegoś mniej skomercjalizowanego i zatłoczonego, to dobrym pomysłem będzie rozważenie opcji, którą wybraliśmy również i my. Dla porównania: cena Blue Lagoon wynosi 8100 ISK, czyli około 251,10 zł (lub 6100, gdy dokonamy rezerwacji online), natomiast cena Secret Lagoon to zaledwie 2800 ISK, czyli około 86,80 zł. Różnica jest dość duża, przy czym doznania, nie biorąc pod uwagę czynników zewnętrznych, będą raczej bardzo do siebie zbliżone.

Parę słów o samym wnętrzu obiektu – prawie na 100% traficie na polską obsługę. Kiedy my zawitaliśmy na miejscu, chyba wszyscy bez wyjątku, którzy tam pracowali, okazali się naszymi rodakami. Na początku przechodzi się przez pomieszczenie typu szatnia z szafkami różnej maści i suszarkami. Później przejście rozgałęzia się na szatnię damską i męską, przy czym zasada jest taka, że będąc w środku, nie uświadczy się raczej żadnej przebieralni. Jest jedna toaleta, a na jej drzwiach widnieje napis, że nie służy ona do zmieniania ciuchów.

Wniosek z tego jest prosty – powinno się raczej załatwiać te sprawy na środku pomieszczenia, ze wszystkimi, tak jak nas Bóg stworzył. Mnie to generalnie troszkę ruszyło, jestem w ogóle anty-rozbieraniowa w miejscach publicznych, czy to basen, sauna czy cokolwiek innego. Ja nie chcę za bardzo oglądać innych, więc wychodzę z podobnego założenia. Ulżyło mi, że nie jestem w swoich odczuciach osamotniona, bo obok przebierały się dziewczyny w moim wieku i też co chwilę zerkały tylko na ten kibelek.

Na swoją obronę przypomnę, że miałam okres, więc z tej toalety skorzystać musiałam i tak. A skoro już tam weszłam, to odwaliłam wszystkie czynności po kolei i raczej nie ja jedna. Druga rzecz, która dla mnie nie była do przebrnięcia, to rozebranie się pod wspólnym prysznicem (nie koedukacyjnym, ale wiecie, takim, że każdy stoi w rządku, ramię w ramię). Zaczekałam więc, by wszyscy wyszli z pomieszczenia, a dopiero później się opłukałam.

Podejrzewam, że panowie takich dylematów nie mają, co mogłam stwierdzić już po Maćku. Jemu to w sumie było obojętne, czy ma ściągnąć te bokserki, czy nie. Myślicie, że przeszkadzał mu tamten prysznic? A gdzie tam. Mówi się przecież, że tam nikt na Ciebie nie patrzy, pełna kultura i te sprawy. I wiecie, co Wam powiem? Guzik prawda. Po wyjściu z szatni, kiedy już zanurzyliśmy się źródłach, Maciek uśmiecha się nagle i mówi, czy widzę tamtego mężczyznę. Odpowiadam, że tak. I zaraz potem wbrew własnej woli usłyszałam całą historię na temat tego, jakie facet ma małe przyrodzenie. NIE RÓB CIE TAK NIG DY.

Niestety prawda jest taka, że niektórych obrazów nie jesteśmy w stanie wyrzucić z głowy. I nawet nie chodzi mi tu o fakt, kto się rozbiera w tej szatni, ile ma lat ani jak wygląda, ale o jakieś takie ogólnie pojęte skrępowanie. Można zdjąć majtki i owinąć się ręcznikiem, ale można też zrobić to, co około 70-letnia pani na wyjściu. Ona rozebrała się do naga, a figurę miała iście rubensowską i nie dość, że z powrotem się nie ubrała, to jeszcze wzięła naraz dwie suszarki do włosów i bardzo energicznie zaczęła się nimi suszyć, falując nawet bardziej niż woda w źródłach, która właśnie zaczyna wrzeć. NIE RÓB CIE TAK NIG DY.

Jeśli chodzi o samo Secret Lagoon, warto wiedzieć, że to najstarszy geotermalny basen w historii całego kraju. Kiedy wyjdziemy z szatni, przed nami pojawi się największy z nich, w którym można się wykąpać, ale obok, zarówno z lewej, jak i z prawej strony, widnieją także dwa mniejsze, dużo gorętsze. To właśnie z nich odprowadzane są specjalne rury do głównego kąpieliska, dzięki czemu osiąga ono temperaturę w okolicach 40℃ i więcej, zależnie od tego, jak blisko źródła podpłyniemy. Znalazł się Azjata, który pływał niemalże przy wylocie, natomiast my urządzaliśmy sobie zawody, kto dotrze dalej bez zawracania. Zostawało nam jednak dobrych kilka metrów od brzegu, bo skoki temperatury wydawały się naprawdę duże i w niektórych miejscu skóra dosłownie piekła, niemalże bolała.

Dookoła kąpieliska poprowadzony jest drewniany mostek. W cieplejsze dni można wyjść na zewnątrz i przejść się nim, obserwując wrzące źródła dookoła. No chyba że jest się nami, wtedy wychodzi się nawet w temperaturze bliskiej zera. Dosłownie truchtaliśmy, zatrzymując się w miejscach, gdzie owiewały nas opary gorąca. Widokowo prezentowało się to naprawdę ładnie, miejsce ma niezwykłą aurę – nie chcę powiedzieć, że starości, ale jednak podniszczone zabudowania na środku robią swoje. Zdjęcia niestety nie mam, ale znalazłam jedno bardzo dobrze oddające klimat na stronie GetYourGuide:

Pod koniec biegu natrafiliśmy na maleńki gejzer, który coraz mocniej bulgotał. Wokół niego zebrało się pełno ludzi z aparatami i kamerami, ubrani od stóp do głów w ciepłe kurtki i polary. W pewnym momencie zupełnie przestali patrzeć na wrzącą wodę – niemalże wszystkie spojrzenia skierowały się na nas ubranych w same stroje kąpielowe, mokrych i przeskakujących z nogi na nogę, bo stopy zamieniły mam się w kawałki lodu. Widziałam rozbawienie na twarzach turystów, zwłaszcza że pełna entuzjazmu wołałam, że nie ruszę się stąd, dopóki gejzer nie wybuchnie, a Maciek cierpliwie to znosił. Nie chcę powiedzieć, że wrażenie było lepsze niż przy Strokkurze, ale być może fakt, że w ogóle nie spodziewałam się zobaczyć w tym miejscu podobnych rzeczy, sprawił, że obłędnie mi się podobało.

Nocleg w Reykjaviku

Ponowne zanurzenie się w wodzie i różnica temperatur wywarła na nas koszmarne wrażenie, ale szybko się przyzwyczailiśmy. To było naprawdę piękne i odprężające uczucie – wygrzewać się, dryfować i tylko czuć, jak zimny deszcz skapuje na głowę albo inne wyciągnięte części ciała. Po tak intensywnej podróży po prostu nie chciało nam się stamtąd ruszać; tym bardziej, że płaci się jedynie za wejście, a nie za godziny pobytu. Można by więc siedzieć aż do samego zamknięcia, ale niestety nie skorzystaliśmy. Co nam się jednak bardzo podobało, to że każdy miał możliwość skorzystania z „makaronów”, czyli tych specjalnych pianek, które często widuje się na basenach pływackich. Układało się na nich, leżało na plecach, czy jak kto wolał, a wrażenie było po prostu obłędne. Naprawdę miło wspominam tamten odcinek trasy, zupełnie niespodziewana przyjemność.

Potem udaliśmy się już prosto do hotelu w Reykjaviku, w którym spaliśmy również pierwszego dnia. Jeśli jesteście ciekawi szczegółów, to wszystko opisałam w tej części. Pokój dostaliśmy inny i o dziwo zauważalna była duża różnica. Tym razem oprócz podwójnego łóżka pojawiła się też antresola, a kiedy weszło się na schody, dało się dostrzec drugi materac, tylko jednoosobowy. Problem polegał jedynie na tym, że na górze nie było żadnego okna czy umeblowania, nie licząc małej lampki. Wyglądało to nieco przerażająco i każde z nas bało się tam spać – poza tym nie chcieliśmy się licytować, kto będzie w tym czasie na dużym, wygodnym łóżku, więc wróciliśmy do ułożenia z dnia pierwszego.

Druga różnica – oprócz śmierdzącej wody w łazience wyczuwalny był zapach ryby, ale do samego wyjazdu nie mieliśmy pojęcia, skąd on się bierze. Nie był on za ładny, a dodatkowo potęgowała go praca wentylatora, który brzmiał jak turbina odrzutowca i takie też miał natężenie. Wygoda spania ponownie okazała się jednak na tyle duża, że i tak nie zwracaliśmy na to wszystko zbytniej uwagi – poza tym czekało nas pyszne śniadanko i pożegnalne pylsury!

Chciałabym powiedzieć, że z ostatniego dnia naszego pobytu skorzystaliśmy, jak tylko się dało, skoro mieliśmy zaplanowaną jeszcze wycieczkę w parę miejsc. Przede wszystkim mowa tu o Gunnuhver, czyli o błotnych basenach, do których niestety nie mogliśmy dojechać. Nie chodzi już nawet o ograniczenia czasowe, ale o fakt, że drogę do atrakcji całkowicie rozkopano. Jechaliśmy za znakami, za naszą nawigacją, ale nic z tego. Nie byłoby nawet możliwości, żeby jakoś to ominąć, bo wszędzie, gdzie mieliśmy się udać, prowadziła ta sama trasa. Po asfalcie nie pozostał nawet ślad, przed nami widniała tylko masa błota i koparki.

Trochę nas ten fakt rozczarował, bo prócz przejścia się jeszcze raz po całym Reykjaviku, nie zaliczyliśmy niczego więcej. Stresowało nas też oddanie samochodu, dlatego uporaliśmy się z tym dość szybko (pomyślnie!) i resztę czasu siedzieliśmy na lotnisku. Złapaliśmy jeszcze dodatkowe pół godziny opóźnienia, które na szczęście nadrobiliśmy podczas lotu. Dla fanów naszego syf-jedzenia mamy jednak ostatnią gratkę – szkoda nam było zostawić zapasów, których nie zużyliśmy podczas podróży i z tego też właśnie powodu obżarliśmy się bazyliowym pesto z krakersami. W sumie okazało się to tak mdłe, że nawet odechciało nam się porządnego obiadu. Aż dziwi mnie, że po tym całym tygodniu nie mieliśmy żadnych przygód żołądkowych – Islandia to pierwszy kraj, gdzie mi się to nie przydarzyło (nie licząc może Czech czy państw sąsiadujących, choć np. o Ukrainie już tego powiedzieć nie mogę).

Lot w tę stronę upłynął raczej spokojnie, około 00.30 wylądowaliśmy na miejscu, skąd odebrali nas znajomi Maćka. Niezależnie jednak od naszego powrotu, przez następne dni dosłownie chciało mi się płakać, kiedy przypomniałam sobie naszą wyprawę. Bardzo brakowało mi tego spokoju, humoru  i przygód, które nam się natrafiały. Bywały momenty, kiedy pisałam do Maćka, że śniła mi się zorza polarna na Islandii, a on odpisywał, że miał dzisiaj dokładnie taki sam sen. Jest jeszcze mnóstwo miejsc, które czekają, by zostać przez nas odkryte, więc wrócimy tam bez wątpienia, może nawet nie tylko raz.

Mam nadzieję, że opis naszych przeżyć pomógł Wam nastawić się nieco psychicznie na tego typu wyprawę, a zawarte tutaj treści umożliwiły Ci choć w małym stopniu przygotowanie do własnej podróży. Jeśli nawet znalazłeś tutaj jedną pożyteczną rzecz, jestem bardzo szczęśliwa. Jeśli nie zamierzasz lecieć, ale czytałeś to dla przyjemności i zostałeś do końca, to jestem szczęśliwa może nawet jeszcze bardziej.

Nie martwcie się, że ta seria dobiega końca. Kilka dni później, po moim powrocie, wyruszyliśmy razem z inną osobą do Lwowa, więc też będzie o czym opowiadać. Wpisy pojawią się już niedługo, więc śledźcie uważnie mojego fanpage’a i Instagrama, żeby tego nie przegapić!

Budapeszt cz.1 – czyli garść przydatnych informacji, podróż zabytkowym metrem i obżarstwo

Informacje ogólne: Poniższy wpis będzie dotyczyć naszego wyjazdu do Budapesztu, który odbyliśmy 28.12.19-01.01.2020 czteroosobową grupą: ja, Maciek, którego znacie już z Islandii, a także moi rodzice. Co prawda na miejscu raczej się rozdzielaliśmy, ale widywaliśmy się na śniadaniach, przy poszczególnych atrakcjach czy gdzieś na mieście. Ułożyliśmy plan podróży i codziennie maszerowaliśmy kilkanaście kilometrów, zwiedzając miasto wzdłuż i wszerz. Nie udało nam się jednak zobaczyć wszystkiego, co tylko dowodzi, że Budapeszt to nie miasto na jednodniową wycieczkę. Razem z nami bardzo intensywnie zapoznacie się z Budą, mniej intensywnie z Pesztem, a pomiędzy nimi znajdzie się jeszcze miejsce na kilka opowieści czy nawet profesjonalne występy cyrkowe. Zapraszam:

Podróż, transport, nocleg

Jeśli chodzi o tę podróż, to planowałam ją od bardzo, bardzo dawna, a jednak nigdy nie była mi po drodze. Wreszcie jednak, po trzech czy czterech latach mi się udało, a jak to bywa w przypadku nierealnych albo pechowych wyjazdów, nie mógł mi towarzyszyć chyba nikt poza Maćkiem, który pozmieniał wszystkie swoje plany tylko po to, by wyruszyć w drogę. Pokazałam mu co prawda rozpiskę miejsc, które musimy odwiedzić, ale on wyszedł z założenia, że skoro wcześniej to wszystko posprawdzałam, to zdaje się na mnie i wie, że będzie dobrze. Tutaj jednak bardzo pomogli moi rodzice, którzy odwiedzili Budapeszt kilka razy wcześniej i podzielili się kilkoma wskazówkami i radami. Dzięki temu zaoszczędziliśmy dużo czasu i logistycznie wyszliśmy na tym dużo lepiej.

Na miejsce udaliśmy się samochodem, jako że nie mamy zbyt daleko. Droga zajęła nam koło pięciu godzin i w sumie uniknęliśmy korków czy innych czynników, które mogłyby ją wydłużyć. No, prawie. Nocowaliśmy w hotelu Sunshine znajdującym się na ulicy Bethlen Gábor na obrzeżach Budapesztu. Nastawiliśmy nawigację, jedziemy. Do celu pozostały nam zaledwie 2 km, ale po żadnym hotelu nie widać śladu. W ogóle jakbyśmy wyjechali poza miasto i okolica nijak miała się do tego, co pamiętaliśmy chociażby ze zdjęć na Booking.com. W końcu wyszukaliśmy z Maćkiem nasz hotel, a kiedy go namierzyliśmy, okazało się… że znajduje się zupełnie po przeciwnej stronie Budapesztu. Jak to się stało? Otóż ulic z tą samą nazwą w okolicy jest przynajmniej kilka, a mój tata doszedł do wniosku, że wybór pierwszej z brzegu, którą podsunęła mu samochodowa nawigacja, będzie najlepszy.

Tak oto czekała nas wycieczka krajoznawcza przez całe miasto. Śmialiśmy się nawet, że właściwie to już nie musimy zwiedzać, skoro wszystko obejrzeliśmy z auta. W końcu jednak dotarliśmy na miejsce przed pomarańczowy, skromnie wyglądający hotelik, a kolejnym wyzwaniem okazał się parking hotelowy. Linie są wymalowane dosyć wąsko, w dodatku z przodu są ustawione słupki, pomiędzy które trzeba wjechać i których raczej nie sposób wyjąć czy wykręcić. Jeśli ktoś ma szersze auto, to wykona ten manewr dosłownie na styk. Na szczęście kilka miejsc stało pustych, co dawało więcej możliwości poruszania się. Wyglądało jednak na to, że czasami, kiedy wszystkie miejsca są zapełnione, właściciele niektórych aut mieliby spory problem, żeby wyjechać.

Na recepcji czekał na nas sympatyczny mężczyzna o azjatyckiej urodzie. Wytłumaczył, gdzie znajdują się nasze pokoje, o której serwowane są śniadania w formie szwedzkiego stołu i gdzie można skorzystać z hotelowego jacuzzi. Gdy mieliśmy jakiekolwiek pytania, zawsze udzielał nam odpowiedzi: a propos dojazdu gdzieś, jakiejś knajpy i tak dalej. Nasze pokoje mieściły się na pierwszym piętrze i były całkiem przestronne. Pochwały wymaga też fakt, że znajdował się w nich darmowy, chłodzony mini-barek, gdzie można było znaleźć różne przekąski, które w miarę ubywania zostawały uzupełniane każdego dnia. To samo tyczy się kawy i herbaty, które zawsze leżały przygotowane na tacce.

Ile kosztowała nas taka przyjemność? Niedużo, a zwłaszcza z racji tego, że rodzice zaklepali dwa pokoje prawie rok wcześniej. Wiedzieli, że pojadą i pomyśleli, że może ja albo mój brat będziemy również chcieli skorzystać. Rezerwowali jeszcze zanim podniesiono ceny na sylwestra. Za pokój zapłaciliśmy więc około 500 zł (a więc 250 zł od osoby i to już za cztery noce razem ze śniadaniami!), podczas kiedy ceny tej usługi wzrosły później do 2 tys. zł. Dlatego właśnie gorąco zachęcam do planowania wszystkiego z wyprzedzeniem, można naprawdę dużo zaoszczędzić. Tutaj kilka przykładowych zdjęć z Booking.com.

Jeśli chodzi o śniadania, to nie można im zarzucić w sumie niczego poza niezbyt różnorodnymi ciastami. Zawsze było kilka ciepłych dań, dodatkowo cała gama warzyw do komponowania sałatek, ekspres do przyrządzania kawy różnego rodzaju, dużo pieczywa czy płatków śniadaniowych. Właściwie zawsze braliśmy dokładki i nie dało się wyjść stamtąd głodnym. A wierzcie mi, przy tak długich wędrówkach i szybko zachodzącym słońcu najedzenie się do syta to podstawa.

Pierwszego dnia udaliśmy się na obiad do restauracji znajdującej się na rogu naszej ulicy, czyli Vendéglő a Bújdosó Székelyhez. Potem razem z Maćkiem pojechaliśmy do miasta. Póki co z hotelu jest nieco utrudniony dostęp do centrum ze względu na przebudowę metra (jego ostatni odcinek, czyli 5 przystanków, nie jest dostępny). W niczym to jednak nie przeszkadza, bowiem wprowadzona została zastępcza linia autobusowa o nazwie M3, która pokonuje tę samą trasę, tylko naziemnie. Nie odczuwaliśmy więc z tego powodu żadnego dyskomfortu, choć musieliśmy zawsze liczyć się z około półgodzinnym przejazdem.

Metro budapesztańskie

W Budapeszcie znajdują się cztery główne linie metra: niebieska (czyli właśnie M3), czerwona, zielona i zabytkowa żółta M1, gdzie możemy przejechać się pierwszą powstałą w tym mieście nitką. Stanowi ona drugą najstarszą na całym świecie, a pierwszą w Europie kontynentalnej i początkowo część jej stacji znajdowała się również nad ziemią. W 2002 roku została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a przez mieszkańców pieszczotliwie nazywa się ją „małym metrem”. Na tej nitce znajdują się takie strategiczne miejsca jak Opera, Széchenyi fürdő (jedne z najbardziej rozpoznawalnych łaźni) oraz Deák Ferenc tér. Ten punkt powinien dobrze utkwić w głowie każdego podróżnika, bowiem to właśnie tu spotykają się wszystkie linie metra. Można by to nazwać głównym punktem przesiadkowym i jeśli kiedykolwiek byście się zgubili, pojedźcie właśnie tam, bo stamtąd łatwo trafić już dosłownie wszędzie.

Nie jest jednak powiedziane, że dane będzie Wam się zgubić. Tak naprawdę budapeszteńskie metro jest bardzo intuicyjne i wystarczy dzień czy dwa, by z łatwością się nim przemieszczać. Jeśli nie chcecie korzystać z żadnych aplikacji nawigacyjnych (tutaj Google Maps wystarcza w zupełności), to istnieje też wiele wersji mapek, które można dostać często w knajpach lub hotelach i w których na przykład moi rodzice bardzo się lubowali. Można znaleźć ich kilka wersji, więc to też gratka dla zbieraczy.

Jak nasze wrażenia z podróży po mieście? Mimo że M1 stanowiło dla nas obowiązkowy punkt rozrywki, w rzeczywistości komfort podróży nie jest zbyt duży. Nie chodzi już nawet o małą ilość siedzeń i wąskie przejścia, ale przede wszystkim o hałas. Wagony nie są zbyt dobrze wyciszone, ale największy szkopuł stanowi syrena oznajmiająca przybycie na daną stację. Dźwięk jest tak długi i przeszywający, że aż nieprzyjemny, zwłaszcza że za pierwszym razem staliśmy akurat u jego źródła i nie za bardzo mieliśmy się gdzie przesunąć. No ale atrakcja zaliczona. Warto też zwrócić uwagę na sam wygląd stacji przy M1. Każda jest utrzymana w takim samym stylu – białe kafelki z czerwonymi napisami.

Sławna ulica Budapesztu – Váci utca

W pierwszy dzień ja i Maciek rozdzieliliśmy się na dłuższy czas, jako że on pojechał spotkać się ze swoim kolegą z Węgier, a ja zatrzymałam się na najbardziej rozpoznawalnej ulicy Budapesztu, czyli Váci utca. Można by rzec, że jest typowo turystyczna – sklepy i kawiarnie dosłownie na każdym rogu, gdzie można spotkać wielu naganiaczy. Miejsce to znajduje się po stronie peszteńskiej i zanim jeszcze przedstawię, co ciekawego mi się tam przydarzyło, wyjaśnię niewtajemniczonym, o co właściwie z tymi stronami chodzi. Przecież to Budapeszt, więc o jakiej ja znowu Budzie i Peszcie mówię? To tak jakby Wrocław miał stronę Wroc i Ław. A jednak Węgrzy potrafią!

Do roku 1849 Buda i Peszt były osobnymi miastami, z czego to pierwsze uznawano za stolicę Węgier. Później miejscowości zostały połączone pierwszym stałym mostem i zaczęto traktować je jak jeden twór. Obecnie tych mostów jest aż dziesięć, a najbardziej znanymi z nich są Most Łańcuchowy, Most Wolności czy Most Małgorzaty. Przemieszczenie się z jednej strony na drugą zajmuje jednak nieco czasu, dlatego my zwiedzaliśmy tak, by obiekty znajdowały się bliżej siebie (stąd na naszej rozpisce w nawiasach widniało Buda/Peszt).

Moja wpadka – Wasz uśmiech

Tak jak wspominałam, zaczęłam od Váci utca, ale powiedzmy, że chodzenie po sklepach z pamiątkami to niespecjalnie moja działka. Bardziej podobał mi się sam klimat, zwłaszcza że wszystko było jeszcze przyozdobione świątecznymi dekoracjami, migotało, błyskało się i miało tyle kolorów! Uwielbiam właśnie ten okres, bo wtedy nawet najbrzydsze miasto wydaje się żywsze i da się z niego wyłuskać coś ładnego. Robiłam więc zdjęcia, rozglądałam się, no i nagle podszedł do mnie jakiś człowiek wyglądający na Azjatę i pokazuje mi, że mam wyciągnąć rękę. Przyznam, że trochę nie ufam obcym ludziom, którzy usilnie chcą wdawać się ze mną w interakcję, ale facet nawet nie czekał na moją reakcję, tylko położył mi na wnętrzu dłoni jakąś sól.

What the fuck, myślę sobie, bo to coś wyglądało trochę jak kokaina, a jednak było mokre, jakbyście przyłożyli sobie niewyciśniętą gąbkę do skóry. No nic, gość mówi, że wszystko OK i że teraz mogę zmyć to w umywalce w sklepie (mówił oczywiście po angielsku, bo z węgierskiego rozumiem tyle, co nic, bardzo dziwny język). Myślę sobie – sklep oficjalny, co prawda nie ma innych ludzi, ale może mnie facet nie zgwałci. Umyłam ręce, ale nawet nie pod bieżącą wodą, tylko sprzedawca wziął specjalny spryskiwacz i coś tam kazał robić z tymi dłońmi. Wierzcie mi, myślałam już tylko o tym, czy po całej tej akcji każe mi za to wszystko zapłacić, czy nie. Dał mi ręcznik, ręce suche, ja do wyjścia, a ten z jakimś nowym balsamikiem i smaruje. W międzyczasie cały czas pyta – skąd jestem, jak mam na imię, na ile zostaję, co studiuję. No wiecie, taki small talk, żeby nie było dziwnie w 100%, tylko w 90.

Nagle pyta, który mój palec jest ulubiony. Jakoś tak odruchowo pokazałam środkowy, nawet niespecjalnie się nad tym zastanowiłam. Mężczyzna śmieje się i mówi, że nie wyglądam na taką, co go często używa. Na odpowiedź, że nie zawsze jestem taka miła, dziwi się niemiłosiernie. Potem znowu zagaduje, czy jestem gotowa na szok i wyciąga jakiś pilniczek. Odpowiadam nieprzekonana, że jasne i już wyobrażam sobie moją udawaną reakcję na to, co się stanie. Dziwię się jednak, bo gość poleruje płytkę paznokcia, a kiedy się ode mnie odsuwa, mój palec… dosłownie lśni. Nie wiem, czy w tym był jeszcze jakiś nabłyszczacz (bo jednak narzędzie wydawało się trochę wilgotne), ale ten paznokieć świecił mi się jeszcze do końca wyjazdu. Potem tylko chodziłam i wszystkim pokazywałam: „Hej, patrz, świeci mi się palec” po czym pokazywałam fucka z szerokim uśmiechem.

Oczywiście na żaden z produktów się nie skusiłam, na szczęście nie musiałam za nie płacić, ale sprzedawca usilnie przekonywał mnie, że 40 euro po zniżce to super oferta. No średnio, ale starał się. Niestety za żadne skarby świata nie pamiętam nazwy tego sklepu, niespecjalnie też chciałam wrócić i ją sprawdzać, ale myślę, że jeśli chcecie mieć wypolerowanego palca, to ten facet znajdzie Was sam, tylko odrobinę cierpliwości.

Oprócz niego udało mi się wyłapać sklep z rzekomo islandzkimi pamiątkami i specjalnie zrobiłam zdjęcie, żeby pokazać Maćkowi. Dla Was też mam ich oczywiście kilka, jeśli chodzi o ten spacer.

Jarmark na Vörösmarty tér

Zaczęło się robić strasznie zimno, więc czekając na Maćka, usiadłam w kawiarni EuropaCafe. Kiedy już się spotkaliśmy, stwierdził, że ma dla mnie niespodziankę i że mi się spodoba. Nie sądziliśmy jednak, że po drodze natrafimy na coś, co spodoba nam się jeszcze bardziej, a mianowicie na jarmark i to jeden z ładniejszych, jakie było mi dane zobaczyć do tej pory. Odbywał się na Vörösmarty tér, gdzie każda drewniana budka była przyozdobiona jeszcze białymi elementami imitującymi śnieg i sople. Wiadomo – nie zabrakło tandeciarstwa typu sztuczne ozdoby kwiatowe czy figurki, ale w samym centrum tego wszystkiego stała ogromna buda z jedzeniem. To co tam zobaczyliśmy, po prostu zaparło nam dech w piersiach i mimo że przed chwilą zjadłam, od razu zrobiłam się głodna. Na miejscu było dosłownie wszystko: kiełbasy, langosze, kapusta, dania podobne do gołąbków i tyle przysmaków, że widząc je, chce Wam się płakać, dlaczego macie tak mały żołądek. Gdybyśmy mogli, skosztowalibyśmy każdego dania, ale i bez tego śmialiśmy się, że Budapesztem odreagowujemy brak jedzenia na Islandii, bo nie jedliśmy trzech posiłków, tylko przynajmniej z sześć: śniadanie, drugie śniadanie, przed-obiad, obiad, po-obiad, deser, obiadokolacja, kolacja i tak dalej. Jedliśmy na potęgę i nie wiem, jak wystarczyło nam na to wszystko pieniędzy ani jakim cudem z tymi nabytymi kilogramami udało nam się tyle przejść. Fakt faktem, na większość potraw nie sposób narzekać.

Diabelski młyn – Budapest Eye

Na samym placu odbywały się też występy i wspólne śpiewanie. Rozstawiono dużą scenę, więc ludzie bawili się razem i spędzali rodzinnie czas. W końcu jednak wydostaliśmy się z tłumu i objęć tych niesamowitych zapachów i udaliśmy się… na diabelski młyn, a raczej Budapest Eye (bardzo oryginalna nazwa…). Czekając w kolejce, nie mogłam przestać zachwycać się latarniami, które umieszczono wokół. W środku każdej latarni tkwił mały Mikołaj albo bałwanek, a w kloszu co chwilę wystrzeliwał śnieg (tzn. pewnie styropian, ale wyglądał jak śnieg). Wręcz nie mogłam się powstrzymać, żeby tego nie nagrać! Ta atrakcja kosztowała nas 3000 HUF od osoby (1 forint = 0,013 złotego), czyli około 39 zł. Trochę drogo, zważając na fakt, że po drodze nie stanie się raczej nic zaskakującego.

Panorama widoczna z góry rzeczywiście ładna, my akurat podziwialiśmy ją już po zmroku, jak zresztą większość Budapesztu ze względu na to, że odwiedzaliśmy go akurat w jedne z najkrótszych dni w roku. Ja jednak miałam szczęście jechać z Maciejem, który ma lęk wysokości i kiedy nasz wagonik zatrzymał się na samej górze, miałam wrażenie, że pęknę ze śmiechu, zwłaszcza kiedy zobaczyłam wzrok pary siedzącej naprzeciwko nas. Oczywiście nie byłabym sobą, nie dolewając oliwy do ognia, więc wskazałam na jedną ze śrubek i powiedziałam: „Ej, patrz, jakby trochę nie do końca dokręcona”. Mina Maćka bezcenna.

Udało nam się jednak przeżyć i odwiedzić jeszcze kilka charakterystycznych sklepików, np. Hungarian Shopping Market, czyli typowe mydło i powidło. W środku możecie znaleźć mnóstwo pamiątek typu magnesy, kubki, długopisy, kubraczki, plecaki, wszystko. Wzrok przykuwają też przepiękne czekolady.

Po całym dniu wróciliśmy w nocy do pokoju hotelowego zupełnie zmordowani, padnięci i obżarci. Wstawaliśmy najpóźniej o 8.00 każdego dnia, więc siłą rzeczy w każdy kolejny czuliśmy się coraz bardziej wypruci, zważając na wysiłek, jaki sobie fundowaliśmy. Było jednak warto i mam nadzieję, że parę informacji, które udało mi się zawrzeć dla Was w tym wpisie, okazało się przydatnych czy interesujących. Jeśli tak, to wkrótce pojawią się kolejne części naszej węgierskiej wędrówki, więc serdecznie zapraszam do pozostania z nami. W następnym wpisie pojawi się cyrk prosto z Jakucji, lodowisko z widokiem na zamek, kilka budapeszteńskich wierzeń, no i oczywiście… nasze zawstydzające akcje. A w byciu na bieżąco na pewno pomoże obserwowanie fanpage’a oraz Instagrama. Odnośniki w prawym górnym rogu, daj się zapamiętać!

Islandia cz.6 – czyli diamenty wyrzucone na czarną plażę, siedzenie na zawalonym moście i lot na wietrze

Informacje ogólne: Poniższy wpis dotyczy czwartego dnia odbywanej przez nas podróży na Islandię. Ruszamy z Höfn do Viku, a więc na samo południe kraju. Ta część wyspy jest bardzo atrakcyjna dla turystów i na nas wywarła największe wrażenie; przede wszystkim ze względu na lodowce i krajobrazy, które dla są zupełnie obce w polskiej rzeczywistości. Jeśli chcecie dowiedzieć się, co widzieliśmy wcześniej i jak w ogóle znaleźliśmy się w tym miejscu, to dobrym pomysłem będzie nadrobienie poprzednich części naszych przygód. Jeśli jednak tego nie zrobicie, możecie czytać równie dobrze od tego miejsca i zostać na dłużej. A więc zaczynajmy! Zapraszam:

Po noclegu w zbiorowej sali mieszczącej się w Hi Hostel, nieco obawialiśmy się, jak będzie wyglądać dostęp do łazienek ze względu na poranną toaletę. Nasze wyczerpanie i późna pora wstawania przyczyniły się jednak do tego, że kolejki zupełnie ominęliśmy, a oba pomieszczenia okazały się czyściutkie, wysprzątane i raczej ciężko im cokolwiek zarzucić. Z podobnym „tłumem” zetknęliśmy się w kuchni – tutaj akurat nie mieliśmy możliwości wykupu śniadania, jako że są one serwowane od połowy maja do połowy września, ale nie stanowiło to dla nas większego problemu. Wreszcie mogliśmy wykorzystać składniki, które kupiliśmy w drugi dzień pobytu z myślą o obiedzie, dlatego też na śniadanie zjedliśmy makaron ze wszystkim, co mogliśmy wrzucić na patelnię z naszego bagażnika. Do tego oczywiście: gorąca czekolada, jako że napoje były akurat do ogólnego użytku.

Trzeba jednak przyznać, że takiego wyposażenia nie spotkałam jeszcze nigdzie; szafa na całą ścianę, od podłogi do sufitu wypełniona garnkami. Inna wisząca szafka wypakowana przyprawami (część z nich wyglądała tak obco i miała tak dziwne nazwy, że zaczęliśmy w żartach wymyślać, co się po nich człowiekowi dzieje). Mnóstwo kubków, sztućców, kilka zmywarek, palników i tak dalej, co sprawia, że gdyby nie ograniczony metraż pomieszczenia, posiłek mogłoby przygotowywać chyba trzydzieści osób naraz, co na mnie zrobiło bardzo pozytywne wrażenie. Dla przejezdnych zostających na noc czy dwie to naprawdę raj, jeśli chodzi o kuchenne udogodnienia, bo nie brakuje tam niczego; czegokolwiek byście sobie nie wymyślili, to na pewno tam będzie.

Diamentowa Plaża obok lodowca Vatnajökul

Po śniadaniu udaliśmy się do samochodu. Pierwszym naszym celem była Diamentowa Plaża, czyli plaża pokryta czarnym, wulkanicznym piaskiem, gdzie na brzeg wyrzucane są bryły lodowe z pobliskiego lodowca Vatnajökull. Większość z nich jest wyrzeźbiona przez wodę i rzeczywiście wygląda jak ogromne diamenty. Widok ten robi niesamowite wrażenie; lód przybiera różne formy, kształty czy rozmiary i choć w większości pokryty jest czarnymi smugami, to da się jednak znaleźć nieskazitelnie czyste okazy wystające ponad powierzchnię wody czy dopiero wyrzucone na brzeg.

Mimo że plaża jest długa i minęliśmy kilka parkingów, nie da się ukryć, że to jedno z popularniejszych miejsc na Islandii. Ludzi jest dość dużo – każdy spaceruje nad brzegiem wody, wszyscy robią zdjęcia, część osób kładzie się na lodowych bryłach. Każdy jednak zachowuje tyle kultury, że po czasie się odsuwa lub czeka na swoją kolej, więc w gruncie rzeczy wciąż możecie strzelić fotki, na których wydaje się, że prócz Was nie ma tam właściwie nikogo. Nie byłabym jednak sobą, gdybym podczas całej tej sesji nie zrobiła niczego głupiego. Do teraz nie wiem, czy Maciek, robiąc mi zdjęcie, sam przegapił ten szczegół, czy też umyślnie mnie nie uprzedził, w każdym razie pozując, po jakimś czasie zalała mnie nadchodząca fala. Zaczęłam uciekać z krzykiem i śmiechem na ustach, rozbawiając wszystkich wokół, ale dzięki temu przynajmniej odkryłam, że moje różowe trapery z futerkiem jak najbardziej spełniają swoją rolę. Mimo chwilowego podtopienia nie przemokły ani trochę, a ta wiedza przydała mi się jeszcze później tego samego dnia.

Zaparkowaliśmy w bardzo strategicznym miejscu, zaraz za mostem. Właściwie wygląda to w ten sposób, że zjeżdża się na parking, zaraz obok jest Diamentowa Plaża, a kiedy tylko przejdziemy na drugą stronę ulicy, możemy dostrzec lodowiec Vatnajökull i powstałe za jego sprawą jezioro Jökulsárlón. Na pewno się nie zgubicie, jako że górę śniegu widać już z bardzo daleka. Jeśli ktoś byłby zainteresowany dokładną lokalizacją, to my korzystaliśmy z tych współrzędnych: 64°02’39.7″N 16°10’39.4″W. Co prawda nasza nawigacja wskazywała, że to punkt pośrodku oceanu, jednakże w miarę zbliżania się do niego, zobaczycie spot, o którym pisałam.

Jeśli chodzi o przejście z plaży do lodowca, to nie ma wytyczonej żadnej oficjalnej drogi. Wszyscy wdrapywali się na muldę z kamieni, przechodzili przez ulicę, a następnie w dół.

Jezioro Jökulsárlón z widokiem na lodowiec

Piękne w tym dniu było to, że każdy następny widok, który roztaczał się przed naszymi oczami, wprawiał nas w coraz większy zachwyt. Czerń wulkanicznego piasku zastąpił błękit czystej wody jeziora Jökulsárlón. Tutaj odłamy lodu wystawały w dość dużym stopniu ponad powierzchnię wody, ale bardziej przypominały bryły śniegu niż oszlifowane diamenty. Pomiędzy tym wszystkim dało się dostrzec pływającą amfibię – taka przyjemność kosztuje około 5900 ISK, czyli nieco ponad 180 zł. Nie jest to dużo, aczkolwiek z naszym budżetem odpuściliśmy i obserwowaliśmy z brzegu. Myślę jednak, że przy okazji drugiej wyprawy skupiłabym się właśnie na tego typu atrakcjach, i np. na zwiedzeniu jaskini lodowej. Macie gwarancję, że zawsze zobaczycie to, czego chcecie i nie sposób się zawieść. My, siedząc w pewnej odległości, byliśmy urzeczeni, a co dopiero móc poczuć, że wszystko widnieje na wyciągnięcie dłoni! Z tego co wiem, rejs nie trwa długo, bo nieco ponad pół godziny, ale mogę śmiało stwierdzić, że to wspomnienie warte tych pieniędzy.

Kolejna miła niespodzianka, która spotkała nas na miejscu: zobaczyliśmy rodzinkę dzikich fok! Nie mogliśmy oderwać od nich wzroku – co innego widzieć takie stworzenia w zoo, a co innego obserwować ich zachowanie w naturalnym środowisku. Zeszliśmy niżej, aż do samej tafli wody, i usiedliśmy na głazach przy brzegu. Dobre pół godziny, jeśli nie więcej, po prostu spoglądaliśmy, jak zwierzęta podpływają zaraz obok nas, jakby zaciekawione turystami, a później odpływają i cieszą się swoim towarzystwem. To zabawne, bo wcześniej specjalnie zajeżdżaliśmy do miejscowości, gdzie można spotkać je pływające przy brzegu, a jednak ani razu nam się nie udało. W tym wypadku nawet jakoś specjalnie o nich nie pomyśleliśmy, a one się zjawiły.

Tego dnia mieliśmy wiele momentów, które wyglądały jak ten; po prostu siedzieliśmy w ciszy i patrzyliśmy, a minuty mijały. Trafiła nam się piękna pogoda, świeciło słońce, było około piętnastu stopni, więc zostaliśmy w pewnym momencie w samych bluzach. Nawet jeśli mielibyśmy dojechać do następnego noclegu o 4.00 nad ranem, nie oddałabym tamtych chwil i uczucia, jakie wtedy nam towarzyszyło. Zupełna cisza, prawie nikogo nie słychać, wyłącznie pluskanie wody. Dopiero w takim miejscu możemy uzmysłowić sobie, jak na co dzień jesteśmy atakowani różnymi dźwiękami i bodźcami. Tam przyszła chwila relaksu – bez stresu, bez pośpiechu, człowiek czuje się taki malutki w porównaniu z otaczającą go naturą. Może to jest powód, dla którego tak wielu Polaków wraca na Islandię i zostaje na dłużej mimo jej surowego i brutalnego klimatu, którego jako turyści aż tak nie zauważamy.

Jeśli chodzi o sam lodowiec, to najlepiej pojechać jeszcze kawałek dalej tak, żeby móc zaparkować auto i podejść na piechotę aż pod samą atrakcję. Zjazdów jest dużo, więc gdybyśmy chcieli zobaczyć Vatnajökull z perspektywy każdego z nich, to prawdopodobnie zabrakłoby nam dnia. My na jednym poprzestaliśmy, bo podobnie jak wcześniej; spędziliśmy tam mnóstwo czasu. Do przejścia był kawałek, pewnie coś około kilometra. Trasę po części wyznaczają słupki ze sznurami, później one zanikają i każdy chodzi wydeptanymi już ścieżkami. Tutaj po raz pierwszy możemy zaobserwować, że wysoka temperatura ma wpływ na kształtowanie krajobrazu; ziemia jest pokryta mchem, który jak gąbka chłonie wodę z topniejącego lodowca. Jest bardzo dużo kałuż i strumyczków większych bądź mniejszych, dlatego dobre, nieprzemakające buty to podstawa.

Maciek na przykład w pewnym momencie musiał przerwać już wędrówkę, mnie udało się podejść bliżej samego lodowca. Zniknęłam na około pół godziny, a na samym końcu wysłałam zdjęcie, gdzie dotarłam. Co ciekawe, mój przyjaciel przyznał potem, że odkąd tylko dostał tę fotkę i wiedział, że się zbliżam, to prawie od samego początku słyszał moje kroki, tak niosło się echo.

Jak z kolei moje wrażenia po dojściu do celu, czyli do końca urywającej się dróżki? Z jednej strony przeszła mnie ekscytacja, czułam się jak ostatni człowiek na ziemi; wielki otwarty teren, ogrom lodu i żywej duszy dokoła. Z drugiej… z bliska widać na pewno więcej błota, woda jest raczej brunatna i właściwie tylko to, co znajduje się powyżej, można uznać za cudo, zresztą sami oceńcie.

Podczas tej pieszej wycieczki spotykaliśmy turystów, a każdy z nich zagadywał nas na minutę czy dwie. Trafiliśmy nawet na starsze małżeństwo, gdzieś tak po pięćdziesiątce, które chciało, byśmy wzajemnie porobili sobie zdjęcia. Zwłaszcza kobieta pozostawiła w mojej głowie bardzo ciepłe wspomnienie, bo zachowywała się zupełnie tak, jakby między nami nie było żadnej przepaści ze względu na wiek, ba! W pewnym momencie zaczęła piszczeć prawie jak mała dziewczynka, pokazywała na moje buty i w kółko powtarzała: „Aaaa, so cute!”. Kiedy wreszcie sesja dobiegła końca, para odmaszerowała, trzymając się za ręce. Patrząc na nich, zgodnie stwierdziliśmy z Maćkiem, że fajnie byłoby zobaczyć taki obraz w swoim przypadku za kilkadziesiąt lat; śmiać się, podróżować, mieć kogoś przy sobie i po prostu cieszyć się życiem. A pod spodem zdjęcie, które jest chyba moim jednym z ulubionych na tym wyjeździe.

Po jakimś czasie dotarliśmy do zawalonego mostu, który w naszej nawigacji widniał jako wciąż przejezdny. Strona, po której staliśmy, zdążyła już dawno zarosnąć, natomiast naprzeciwko wciąż dało się dostrzec wylany asfalt. Usiedliśmy więc na przęsłach i obserwowaliśmy bryły lodu płynące w dole, a także wolno przesuwające się chmury. Do teraz pamiętam, jakie to było magiczne uczucie. Ach, no i znalazłam prześliczny kamyczek na wpół obrośnięty mchem, spójrzcie.

Jedyne, czego żałowaliśmy w tym dniu, to tego, że nie zobaczyliśmy reniferów, które często wychodzą na drogę w tej części kraju. Nie można mieć jednak wszystkiego, ale życzę Wam, by spotkało Was więcej szczęścia w tej kwestii!

Nocleg w Puffin Hostel Vik

Na ten dzień nie przewidywaliśmy zbyt wielu atrakcji, dlatego też udaliśmy się prosto do Viku, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. To był z pewnością najbardziej wątpliwy punkt naszej wyprawy. Puffin Hostel Vik jest określany jako dwugwiazdkowy hotel i mimo że wydawał się schludny, nie sprawiał zabójczego wrażenia. Moja mama dosłownie wychodziła ze skóry, kiedy poczytała opinie o obiekcie i dotarła do opinii gości, którzy zgłaszali obecność szczurów w pokojach. Nie udało nam się zamienić go jednak na nic innego, więc po prostu staraliśmy się nie nastawiać źle, mimo że ośrodek rzeczywiście wyglądał na podniszczony, zwłaszcza z zewnątrz. Mogę jednak uspokoić – szczurów (już) nie było, no chyba że tej nocy nie miały ochoty się aktywować albo odwiedziły kogo innego. Mimo wszystko cieszyłam się, że i tym razem dostaliśmy piętrowe łóżko i wylądowałam na górze, tak na wszelki wypadek.

Pokój może nie był najpiękniejszy, ale też z drugiej strony nie wiem, czego więcej byśmy potrzebowali. Wszystko drewniane, górne łóżko może trochę się uginało, podłoga trochę krzywa, no ale przynajmniej spaliśmy sami, a materace okazały się całkiem wygodne. Na miejscu znajdowały się wieszaczki, jakaś półeczka i w sumie nie przeszkadzało nam, że pomieszczenie miało jakieś 2×3 metry. Z lokalizacją też trafiliśmy dobrze, bo toaleta znajdowała się obok naszego pokoju; też nie za duża, ale schludna, mimo że korzystało z niej całe piętro, o ile mnie pamięć nie myli.

Skoro nie zapisało się to w mojej pamięci tak dokładnie, to w każdym razie znaczy, że nie było tak źle. Oprócz tego do dyspozycji mieliśmy wspólną, niewielką kuchnię i ogromną jadalnię czy też pokój integracyjny, zależy jak na to spojrzeć. Co ważne, bo o tym nie wspomniałam wcześniej; najczęściej w tego typu ośrodkach picie napoi alkoholowych jest zakazane. Pewnie wynika to z faktu, że są one na tyle małe, że nawet jeden wstawiony człowiek mógłby dość mocno zakłócać spokój innych. To tylko domysły, w każdym razie nam niespecjalnie przeszkadzały takie ograniczenia, warto być jednak świadomym, że takowe mogą zaistnieć i wcześniej troszkę poczytać o miejscu, do którego się udaje. Ponownie nie mam akurat swoich zdjęć, dlatego zamieszczam grafikę z Booking.com.

Na miejscu znajduje się supermarket Kronan, bardzo ładnie zaopatrzony i dość tani. To właśnie tam udało nam się kupić trzy puszki islandzkiej czekolady w cenie, jaką zapłacilibyśmy za jedną z nich, dokonując zamówienia w Polsce. Zdobyliśmy też kilka typowych dla kraju słodyczy, głównie batoników z masłem orzechowym albo bogatych w proteiny. Co ciekawe, nawet te drugie smakowały zaskakująco dobrze.

Zaraz obok stoi drugi budynek, czyli Icewear, gdzie można kupić przeróżną odzież. Ja z tej opcji nie skorzystałam, natomiast Maciek jeszcze wieczorem wyszedł na „spacer” i wrócił z szalikiem za 90 zł, dopiero później przeliczając, że to „najdroższy szaliczkuś w jego życiu”. Z mojej strony można było spotkać się wyłącznie ze śmiechem.

Z tamtego dnia pamiętam też bardzo porywisty wiatr. Takiego nie odczuliśmy chyba nigdy wcześniej, człowiek dosłownie miał problem, żeby ustać na nogach. Kiedy szło się razem z nim, trzeba było biec, a próbując działać mu na przekór, prawie stało się w miejscu. Tutaj przyszła pora na mój popis – szliśmy przez parking, więc chcąc zejść z drogi, musieliśmy przekroczyć bardzo wysoki krawężnik. Maciek przeskoczył przez niego bez problemu, ja natomiast odbiłam się od asfaltu i… zdmuchnął mnie wiatr, tak po prostu. Poleciałam jakiś metr czy dwa dalej, lądując na środku ulicy na plecach. Na szczęście miałam na sobie mnóstwo warstw ubrań, które zamortyzowały upadek i dzięki temu nic mi się nie stało. Nic, chyba że liczymy naburmuszoną minę do końca dnia, kiedy Maciek znowu zaśmiewał się do łez. Islandia sprawia, że powiedzenie „Jedz więcej, bo cię wiatr zdmuchnie”, staje się prawdziwe. Szkoda tylko, że ja akurat jem jak za dwóch.

Reynisfjara – śmiertelna plaża

Odłożyliśmy zakupy i przeszliśmy się po miejscowości, odnajdując niewielkie termalne źródła. Zamykali je jednak dość wcześnie, więc po dłuższej chwili wahania odpuściliśmy i jak się okazało – całkiem słusznie, bo następnego dnia natrafiliśmy na coś znacznie lepszego. Na zakończenie dnia zostawiliśmy sobie jeszcze jeden punkt do zobaczenia, a mianowicie Reynisfjarę, czyli jedną z popularniejszych plaż na całej Islandii.

Jej powierzchnię pokrywają czarne kamienie, a w wodzie możemy dostrzec wysokie na ponad 60 metrów bazaltowe kolumny. To właśnie tutaj klify są wyrzeźbione w charakterystyczny sposób, który upodabnia je do schodków o długich stopniach. Należy jednak pamiętać, żeby nie podchodzić zbyt blisko brzegu, bo fale są naprawdę duże i niepozorne. Woda wlewająca się na brzeg ma ogromną siłę i potrafi zalać kilkanaście, o ile nie kilkadziesiąt metrów plaży. Tutaj nawet nie bycie mokrym jest największym problemem, a fakt, że prądy są tak silne, że nieuważnych turystów są w stanie wciągnąć i zabrać ze sobą.

Z początku nie za bardzo chciało nam się w to wierzyć, jednak wystarczyła chwila obserwacji, by zrozumieć, że to nie tylko miejscowe legendy. Część fal rzeczywiście zaraz się cofała, jednak niektóre płynęły i płynęły, a końca nie sposób było dostrzec. Pamiętam, że staliśmy gdzieś w połowie plaży i o ile przez dziesięć minut nie działo się nic, o tyle w kolejnej musieliśmy uciekać, żeby nie zmoknąć. Trzeba więc bardzo uważać i pod żadnym pozorem nie zostawiać dzieci i zwierząt bez należytej opieki, bo skutki mogą być opłakane. No i uważajcie na wiatr!

Na dziś z mojej strony to już wszystko. Jeśli macie ochotę przeczytać, jak trafiliśmy na geotermalne kąpielisko, weszliśmy do środka krateru podczas gradu, obserwowaliśmy wybuchające gejzery i odnaleźliśmy wodospady jak z ujęć kręconych w Nowej Zelandii, to serdecznie zapraszam na kolejne części naszej islandzkiej przygody. Obserwujcie na bieżąco, a w międzyczasie zapraszam też na mojego fanpage’a i Instagrama, gdzie wrzucam relacje z podróży i materiały tylko dla wybrańców! 😉 Linki na górze po prawej, klikaj śmiało. 😀

Islandia cz.3 – czyli najlepsze hot dogi na świecie, cuda Reykjaviku i zmora wiecznie przepełnionego pęcherza

Informacje ogólne: To już trzecia część naszej islandzkiej przygody, więc jeśli przegapiłeś którąś z poprzednich, to polecam je nadrobić. Nie będzie to absolutnie konieczne, bo w fabule się raczej nie zgubisz, ale myślę, że dzięki temu cała historia nabierze kolorytu. Poniższy opis będzie w głównej mierze dotyczyć zwiedzania Reykjaviku, także dziś gratka dla fanów dużej ilości zdjęć. Zapraszam:

Reykjavik – gdzie parkować i kupować?

Nasz hotel, Capital Inn, znajdował się około 4,5 km od ścisłego centrum stolicy, więc podjechaliśmy na miejsce samochodem, nie chcąc tracić czasu. Tak jak wspominałam, zanim się zakwaterowaliśmy, wynajęliśmy auto i tak dalej, było już po 20.00 czasu islandzkiego, ale nie zamierzaliśmy odpuścić ani chwili ze zwiedzania. Co dosyć nas zaskoczyło, problem z parkowaniem nie urósł do takiej rangi, jakiej się spodziewaliśmy. W nawigacji bardzo pomogła nam mapka, którą możecie znaleźć na oficjalnej stronie Guide to Iceland lub klikając TUTAJ. Przedstawiała ona strefy parkowania według przyjętych cenników, jednak będąc na miejscu, warto za każdym razem spojrzeć na znaki i upewnić się, kiedy oraz jakie opłaty dokładnie obowiązują, żeby później nie napytać sobie biedy. Dwa razy udało się ich w ogóle uniknąć i naszymi ulubionymi lokalizacjami okazały się mieszkalne uliczki w okolicy Hallgrimskirkja, a także mały, bezpłatny parking nieopodal stacji paliw Olis.

parkowanie.png

Opłaty za parking wydawały nam się bardzo wysokie (oczywiście już po przeliczeniu), bo za niecałą godzinę robienia zakupów (około 34 minut), zapłaciliśmy 16 zł. Wiadomo, jeśli nie ma żadnej innej opcji, to cena nie gra roli, jednak o ile nie zamierza się parkować w ulicach prostopadłych czy sąsiadujących z Laugevegur, o tyle nie ma problemu ze znalezieniem miejsca (to samo tyczyłoby się też większych aut, linie są namalowane naprawdę szeroko w porównaniu do polskich standardów). Tam nawet przedstawiciele tego mema odetchnęliby z ulgą:

Możecie się domyślić, że po około dziesięciu godzinach nie marzyliśmy o niczym więcej poza zjedzeniem czegoś. Niestety sklepy, które mieściły się w naszych wymaganiach cenowych, zamykano już o godzinie 18.00. Mam tu na myśli sieć „Bonus” z charakterystycznym wizerunkiem świnki, którego odwiedza tak wielu Polaków, że doczekał się on kas samoobsługowych w języku polskim. Zresztą pan, który pracował na miejscu i potwierdzał nasze zamówienie, również pochodził z naszego kraju. W ogóle znaczna część pracowników w hotelach czy restauracjach była naszymi rodakami, raz na południu trafiliśmy nawet na restaurację, w której główną pozycją w menu okazały się pierogi.

Bonus.png

Nasz koszyk z zakupami następnego dnia nie kosztował więcej niż 100 zł, a udało nam się za tę cenę rozsądnie rozplanować przynajmniej trzy najbliższe obiady. To, że nigdy nie zjedliśmy ich akurat w porze obiadu, to zupełnie drugorzędna kwestia, o której jeszcze wspomnę. Możemy jednak śmiało polecić tę sieć sklepów, zwłaszcza w Viku wywarł na nas bardzo pozytywne wrażenie, choć do samego końca nie mogliśmy przywyknąć do tego, że cena kurczaka jest znacznie, ale to znacznie wyższa niż ryb. Dość niecodzienny widok dla przeciętnego Polaka, mimo że wiedzieliśmy o tym nawet na długo przed przylotem na Islandię. Dla zainteresowanych zamieszczę TUTAJ przykładowe cenniki, które pomogą rozplanować posiłki i wydatki jeszcze przed wyruszeniem w podróż.

Pylsury – najlepsze hot dogi świata

Wieczorem jednak postawiliśmy na jedzenie w mieście i nawet mieliśmy już od dawna zaplanowany pierwszy cel. Odpuściliśmy kolację w restauracji (i tak było nas stać tylko na frytki, jako że zestaw dwóch burgerów kosztował 120 zł), natomiast udaliśmy się na sławetne pylsury, czyli islandzkie hot dogi. Budka Bajarins Beztu Pylsur, czyli Najlepsze Hot Dogi w Mieście, jakoś zupełnie rozminęła się z naszymi wyobrażeniami. Na wszystkich forach pisano o rzeszach turystów, które się przed nią zbierają, a tymczasem byliśmy tylko my i jakaś jedna czy dwie osoby. Mimo tego znalezienie jej nie okazało się specjalnie trudne, stała pośrodku pustego placu i wyróżniała się czerwonym kolorem. Może trafiliśmy na dobrą porę dnia, bo pogody specjalnie nie brałabym pod uwagę. Wiadomo, nie mogliśmy usiąść w cieple, dodatkowo kropiło, ale na Islandii każdy jest do tego przyzwyczajony.

IMG_20190911_203851718.jpg

Wokół tych fast foodów krąży legenda – są tak dobre, że na jednym nie poprzestał jeszcze nikt. Chcąc to sprawdzić, podeszliśmy do okienka, gdzie młody chłopak zapytał nas, czy chcemy „ze wszystkim”. Niespecjalnie wiedzieliśmy, co oznacza to „wszystko”, ale brzmiało dobrze, więc potaknęliśmy. Hot dogi, które dostaliśmy, przede wszystkim na zdjęciach wydawały nam się większe. Kiełbaska, która znajduje się w środku, składa się z trzech rodzajów mięsa (jagnięcina, wołowina i wieprzowina), a w białej, miękkiej bułce oprócz niej możemy znaleźć także surową i prażoną cebulę. Całość jest oblana trzema rodzajami sosów – ketchupem, majonezem i remoulade. Nie mieliśmy okazji spróbować go nigdy wcześniej i pierwszym, co zwróciło naszą uwagę, było to, że strasznie skleja buzię.  Składa się w głównej mierze z majonezu, musztardy, koperku i szczypiorku, ale to z pewnością jeden z lepszych dodatków, jakich przyszło mi kiedykolwiek kosztować. Połączenie tych smaków sprawiło, że rzeczywiście jestem skłonna uznać te hot dogi nie tylko za najlepsze w mieście, ale także w moim życiu. Oczywiście na jednym nie poprzestaliśmy i ta inwestycja całkiem nam się opłaciła, zwłaszcza że jedna porcja po przeliczeniu kosztuje około 17 zł. Już wtedy postanowiliśmy sobie, że tak samo jak powitaliśmy stolicę, tak samo pożegnamy ją ostatniego dnia.

Zwiedzanie stolicy

Później nastąpiła pora na zwiedzanie. Reykjavik mieliśmy okazję podziwiać zarówno po ciemku, jak i za dnia, a miasto to charakteryzuje się wtedy zupełnie inną aurą. Co mnie urzekło, to taka cudowna cisza i spokój. Doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś w stolicy, a równocześnie czujesz, jakbyś przechadzał się po małym, górskim miasteczku. Najpiękniejszym jego elementem są bez wątpienia kolorowe domki, które wyglądają odrobinę, jakby wybudowano je z drewna i przemalowano.

IMG_20190911_205206732.jpg
IMG_20190912_101602460.jpg
IMG_20190912_110304635_HDR.jpg

Każda knajpa i restauracja wiąże się w jakiś sposób z kulturą Islandii – połowami, wikingami, czy po prostu z określonym typem krajobrazu. W zasięgu wzroku można też dostrzec mnóstwo prostych, jakże uroczych ozdób: ściany przystrojone sztucznymi kwiatami, kamienie przemalowane na gigantyczne biedronki i wiele innych.

IMG_20190912_095709320.jpg
IMG_20190912_101649316_HDR.jpg

Niesamowite wrażenie wywierają też pomalowane chodniki i murale, choć niektóre z nich wydają się po prostu przerażające. Naszej uwadze nie uszło też, że Islandia jest krajem bardzo tolerancyjnym: w wielu miejscach wiszą kolorowe flagi, natrafiliśmy nawet na aleję, gdzie zamiast czarnego asfaltu widniała wymalowana tęcza. Kiedy tam jesteś, nawet przestaje cię to dziwić: wydaje ci się, że tutaj każdy ma swoje miejsce.

IMG_20190911_211505916.jpg
IMG_20190912_105836604_HDR.jpg

Islandia słynie ze swoich opowieści o elfach i trollach, dlatego wielokrotnie możemy zobaczyć ich postacie przed sklepikami, różnego rodzaju kartki, magnesy, kubki i inne gadżety. Możecie zobaczyć, kto z nas wypadł lepiej 😀

IMG_20190912_110158552.jpg
72447872_537272746844072_489459120206774272_n.jpg

Jednej rzeczy jednak zupełnie się nie spodziewaliśmy, a mianowicie tego, że tam sprzedawcy potrafią zrobić atrakcję dosłownie ze wszystkiego. Na jednym ze stanowisk z odzieżą leżał… kotek. Wiecie, z początku wydawało nam się, że to taka atrapa na miękkiej podusi, którą często można kupić i jeszcze zamruczy, kiedy ją uruchomimy. Okazało się jednak, że kotka była żywa i tak bardzo przyzwyczajona do klientów, że zupełnie przestała zwracać na nich uwagę. Kiedy tylko dotknęło się jej grzbietu, nawet się nie wzdrygała, po prostu spała dalej. Obok niej widniała nawet specjalna karteczka: „Tak, jestem prawdziwa! Mam na imię Ofelia. Jestem puchata i taaaaaka słodka. Jem suszone ryby i jestem kotem sąsiadów. I nie jestem na sprzedaż! :D”. Kotka miała nawet swojego własnego Instagrama.

Przeszliśmy się też wieczorem nadbrzeżem, gdzie doznałam lekkiego zdziwienia. Wobec tego obrazu, jaki opisałam Wam wcześniej, jakoś zupełnie nie pasowały mi wieżowce wyrastające na horyzoncie. W ogóle znalazło się kilka elementów, które nijak nie łączyły się z całokształtem miasta, jak na przykład szklane przejście między budynkami czy dziwne neony.

IMG_20190912_102214232_HDR.jpg

Z innowacyjnych rozwiązań natomiast zakochałam się w terenie wokół Harpy, czyli tamtejszej sali koncertowej. Świetnie przemyślany system wodny, idąc tamtędy, ma się wręcz wrażenie, że chodzi się po wodzie, jeśli stanie się pod odpowiednim kątem, zwłaszcza że tuż przed sobą widzi się ocean.

IMG_20190912_103645646_HDR.jpg

Jak możecie zauważyć na pierwszym zdjęciu, tradycją było, że każdy przechodzień układał swój własny stosik z kamieni, przechodząc tamtą drogą. Nasze może nie prezentowały się tak pięknie jak ten poniżej, ale chociaż pozostawiliśmy po sobie jakiś krótkotrwały znak.

IMG_20190912_103433640.jpg

Nie bylibyśmy też prawdziwymi turystami, gdybyśmy nie odwiedzili Sun Voyagera, czyli najbardziej charakterystycznego symbolu Reykjavika.

72789524_530665834174347_5311794030164574208_n.jpg

Za drugi z nich uchodzi Hallgrimskirkja, czyli kościół, który jest drugim pod względem wielkości budynkiem na Islandii. Pierwszy raz zobaczony nocą, aż przywodzi na myśl piosenkę Budki Suflera „Jest taki samotny dom”, nad ranem natomiast ukazał nam się na tle tęczy. Nie zdołaliśmy go jednak odwiedzić pierwszego dnia, bo zauważyliśmy karawanę, a na drzwiach kościoła widniał napis, że pogrzeb kończy się za 3-4 godziny. Nie poddaliśmy się jednak i ponowiliśmy próbę już w dzień naszego powrotu. I tu kolejne zdziwienie – jak na tak ogromną budowlę i wrażenie, jakie robi z zewnątrz… wewnątrz okazała się wręcz biedna. Z jednej strony nie doznaliśmy żadnego wow, a z drugiej… no chyba właśnie taką prostotą powinien odznaczać się kościół.

IMG_20190912_100440183.jpg
IMG_20190911_212348042.jpg
72385658_568063803999916_8619314388802732032_n.jpg

Jak wygląda islandzkie śniadanie?

Z Reykjaviku wyjechaliśmy dość późno, bo dopiero koło godziny 11-12 nad ranem. Zjedliśmy śniadanie w hotelu i niesamowicie podobała nam się atmosfera, jaka panowała w tym małym pokoiku ze szwedzkim stołem. Jeśli ktoś z Was zastanawiałby się kiedyś, jak wygląda islandzkie śniadanie, to niewiele odbiega ono od naszego polskiego: jajecznica, parówki (w tym również kiełbaski o dziwnym smaku, prawdopodobnie z rekiniego mięsa), tosty, owoce, warzywa, różnego rodzaju dżemy, miody i tak dalej. Jest jednak jedna rzecz, która absolutnie nas zachwyciła, a mianowicie gorąca czekolada Swiss Miss w charakterystycznych, dużych puszkach. Później okazało się, że jest dostępna w sieciówkach w całkiem przystępnych cenach, więc kupiliśmy od razu po trzy na głowę. Zrobiliśmy na tym interes życia, bo w Polsce, jeśli chcielibyśmy zamówić ją z oficjalnej strony, zapłacilibyśmy około 100 zł. Na miejscu (dokładnie w miejscowości Vik), trzy sztuki wyniosły nas około 90 zł. Niesamowicie słodka, gęsta i nawet z piankami marshmallow w środku!

Podróż Kią Picanto – oczekiwania vs rzeczywistość

Pierwszy dzień naszej jazdy to odcinek Reykjavik-Myvatn, czyli najbardziej wysiłkowa część podróży, jako że musieliśmy dostać się aż na północ kraju. Mieliśmy do pokonania około 430 km i nasz plan podróży przewidywał, że jadąc bez przerwy, zajmie nam to około sześciu godzin. Oczywiście po drodze zamierzaliśmy zatrzymywać się we wcześniej zaplanowanych miejscach, więc nastawiliśmy się, że koło godziny 22:00 (czyli po 10 godzinach) dotrzemy do miejsca, gdzie zarezerwowaliśmy nocleg. Możecie więc domyślić się, że nasza radość sięgnęła zenitu, kiedy okazało się, że sama trasa zajęła nam ponad dziewięć godzin. Kiedy ostatecznie położyliśmy się spać? Czytajcie dalej.

Pomijając fakt, że nasza Kia niespecjalnie nadawała się do komfortowej, bezstresowej jazdy po islandzkich drogach, popełniliśmy też kilka bardzo istotnych błędów. Oprócz tego, że wyjechaliśmy po prostu za późno, to mieliśmy taki kompleks „musimy zobaczyć wszystko”, skoro byliśmy na miejscu tylko tydzień. Skutkowało to tym, że zatrzymywaliśmy się dosłownie w każdej miejscowości z naszej listy, chociaż część z nich zupełnie nie robiła na nas wrażenia, a nadkładaliśmy dla nich drogi. Oczywiście każdy ma różne odczucia i preferencje, ale na naszym przykładzie postaram się pokazać Wam, że część rzeczy naprawdę warto sobie odpuścić, jeśli jest się tak bardzo ograniczonym czasowo. Z tego też względu my przez dwa czy trzy ostatnie dni odpuszczaliśmy sobie w ogóle odwiedzanie wsi czy małych miasteczek. Jasne, mają one swój urok, ale są jednak łudząco podobne i odrobinę wymarłe. Jeśli nie macie konkretnego celu, takiego jak zjedzenie sfermentowanego rekina, odwiedzenie jakiegoś muzeum i tak dalej, to znaczy, że najlepiej postawić wyłącznie na cuda natury, podobnie jak zrobiliśmy to my.

Pewnie wielu z Was myśli sobie teraz, że tyle godzin spędzonych w samochodzie musiało być strasznie nudne, ale nic bardziej mylnego. Krajobraz Islandii jest bardzo nostalgiczny, można by wręcz rzec, że w kółko obserwuje się to samo: ocean, skały, połacie ziemi porośnięte mchem. A jednak mimo tego natura cechuje się niezwykłą różnorodnością. Co chwilę ze skał wybija jakiś wodospad, na horyzoncie widać lodowiec, nagle przejeżdża się obok naturalnych rozlewisk, a kamienie zmieniają swoją barwę od szarych, przez zielonkawe i brunatno-czerwone.

72578595_1130871860451497_5599186720189841408_n.jpg
72597711_406971023319561_2870860117509668864_n.jpg
72636648_321467542047594_1685588081710727168_n.jpg
72694073_2436614789707522_8754446382196064256_n.jpg
72779203_2363185340600079_8705339796307836928_n.jpg

Na poboczach pasą się konie, krowy, kozy czy owce (które Maciek nazywał kulkami miłości, bo były tak małe, puchate i okrągłe). Z czasem naprawdę godziliśmy się z tym, że żadnego dnia nie dojedziemy na czas i staraliśmy się wyciągnąć z tych chwil tyle, ile tylko możliwe. Doszło do tego, że postawiliśmy sobie wyzwanie, by zrobić sobie selfie z każdym rodzajem napotkanego zwierzęcia. Prócz śnieżnej sowy, która niespodziewanie wzbiła się ponad maskę naszego samochodu, no i może gęsi, udało nam się naprawdę nieźle:

Toalety na Islandii

Czasem też po prostu zatrzymywaliśmy się przy jakichś punktach widokowych albo… no właśnie. ALBO, czyli jedna z bardziej krępujących kwestii na Islandii – toalety. W okolicach Reykjaviku było tak dużo stacji benzynowych, że przyjęliśmy je już niemalże za pewnik. Kiedy więc zatrzymaliśmy się po raz kolejny i Maciek zapytał, czy idziemy do łazienki, ja stwierdziłam, że nie, no po co, aż tak mi się nie chce, pójdę na kolejnym postoju. Co okazało się później? Że najbliższa publiczna toaleta na trasie pojawiła się za trzy godziny. Uwierzcie mi, ciężko sobie wyobrazić ulgę, jaką poczuliśmy, kiedy wreszcie do niej dotarliśmy, zwłaszcza że im gorzej się czuliśmy, tym więcej rzucaliśmy głupich żartów. Maciek śpiewał „Ty mała znów zarosłaś”, a ja ostatnie pół godziny jechałam dosłownie zgięta wpół, z rozpiętymi spodniami i modlitwą na ustach, by jakoś to przeżyć.

„Co za problem, przecież są krzaki”, pewnie pomyślicie sobie. Oprócz tego, że na Islandii drzew i krzewów jest tyle, co kot napłakał, to istnieje też drugi problem: wysokie mandaty za załatwianie swoich potrzeb fizjologicznych na dworze, gdzie wszystko jest uważane za cud natury. Dla nas to była po prostu największa zmora, a im jechaliśmy dalej, tym bardziej czułam, że nasze potrzeby stają się coraz bardziej podstawowe: „Chcę już tylko dojechać i zjeść gorący kubek”, „Chcę wyłącznie położyć się spać”, „Chcę tylko dojechać na miejsce i nie mieć poplamionych spodni”. Tak, dokładnie – podczas kiedy normalni ludzie mają jet-lag, ja miałam niespodziewany okres przez cały tydzień naszego wyjazdu, w dodatku w miejscu, gdzie toaleta stanowiła dobro luksusowe. Czy da się wytrzymać? Oczywiście, da się, tylko nie wszystko zawsze idzie zgodnie z planem, podobnie jak nasze sikanie.

Za którymś razem, kiedy Twój pęcherz po raz n-ty jest przepełniony do granic możliwości, po prostu ciężko już wytrzymać. Dotarliśmy do stacji samoobsługowej (swoją drogą genialne, po prostu przykładasz kartę, tankujesz i odjeżdżasz w dosłownie 3 minuty, niestety w Polsce się nie przyjęło), ale okazało się, że na miejscu nie ma toalet. Zaraz obok znajdował się jedynie budynek poczty, więc stwierdziłam, że zapytam, czy ktoś pozwoli nam skorzystać z toalety. Był już jednak wieczór, więc budynek okazał się zamknięty na cztery spusty. Słysząc to, Maciek obwieścił wszem i wobec, że nie wytrzyma, więc schował się za przyczepy, które stały nieopodal, i zrobił swoje.

– Spójrz na ten budynek obok – powiedział zaraz, kiedy wrócił do auta i przejechaliśmy jakieś dwadzieścia metrów.
– No, co z nim?
– Komisariat policji. Słuchaj, obok mnie jakieś dwa radiowozy przejechały. Ale nikt mnie nie zauważył – stwierdził z dumą.

W sumie trochę zazdroszczę facetom w tej kwestii, mają dużo łatwiej. Ja dalej zwijałam się na fotelu, cierpliwie czekając na jakąś cywilizowaną łazienkę. Kiedy jednak dwadzieścia minut później zobaczyłam grupkę drzew zbitych w jednym miejscu, kazałam Maćkowi stanąć. Jedynym, co mnie wtedy pocieszało, był fakt, że nie oblezą mnie żadne robaki, dla nich jest tam stanowczo za zimno. To było jednak naprawdę słabe uczucie, zwłaszcza jeśli przypomniało ci się, że ostatni raz podobna sytuacja miała miejsce może wtedy, kiedy miałeś cztery latka i poszedłeś na grzyby do lasu razem z rodzicami.

Później jednak szło nam to dużo lepiej: i szukanie toalet, i sama jazda, mimo że nasz pierwszy cel nie wywarł na nas żadnego wrażenia. Zatrzymując się w Borgarnes, nie dostrzegliśmy w nim nic poza zwykłym, bardzo skromnym i niespecjalnie wyróżniającym się miasteczkiem. Oprócz tego, że pochodziliśmy tam pięć minut i zatankowaliśmy samochód, to raczej ciężko byłoby wykrzesać z tego miejsca coś więcej. Naszym zdaniem warto sobie odpuścić, zwłaszcza że następny w kolejce jest wodospad Barnafoss, a to z kolei już zapiera dech w piersiach.

Na dziś to tyle, kolejną część zaczniemy z przytupem już właśnie o samym Barnafoss i okolicach, a tymczasem zapraszam Was do podzielenia się swoimi wrażeniami, a także do obserwowania funpage’a czy Instagrama!

Islandia cz. 2 – czyli wydostawanie się z lotniska, dlaczego warto zainwestować w lepsze auto i jak dobrym kierowcą trzeba być, żeby poradzić sobie z nietypowymi oznaczeniami na drodze?

Informacje ogólne: wpis jest kontynuacją pierwszej części. Ze względu na przyjemność czytania najlepiej byłoby, gdybyś zapoznał się z poprzedniczką, ale jeśli tego nie zrobisz, to myślę, że możesz potraktować je oddzielnie. Poniższa obejmie naszą wizytę w pierwszym islandzkim hotelu, unaoczni kilka ważnych faktów na temat wypożyczania samochodu, a także wesprze Was kilkoma informacjami na temat stanu dróg czy ich oznakowania. Do dzieła! Zapraszam:

Islandia – pierwsze wrażenia

Pierwszą rzeczą, która zwróciła naszą uwagę po opuszczeniu samolotu, było oczywiście… zimno. Teraz pewnie każdy pomyśli „No przecież polecieli na Islandię, nie na Malediwy, więc czego się spodziewali?”, jednak nie sęk w tym, ile pokazywały w tamtym czasie termometry. Nie było nawet mrozu, może jakieś 7-10°C, ale uwierzcie mi, odczuwało się to zupełnie inaczej niż w Polsce, chyba najbardziej ze względu na silny, porywisty wiatr (w kolejnych wpisach przekonacie się, że nie kłamię). Ja niemal natychmiast ubrałam czapkę, szalik i rękawiczki, podczas kiedy Maciek… stwierdził, że skoro zimę w Polsce przeżywa bez kurtki, to na Islandii też sprawdzi mu się sama bluza. Czy mu się udało? Odpowiedź poznacie na końcu.

Lotnisko w Keflaviku nie robiło nie wiadomo jakiego wrażenia (chociaż z sufitu zwisał wielki maskonur!), aczkolwiek mnie zaskoczyło, że jego standard niewiele odstawał, a może nawet prezentował się lepiej niż niejedno takie miejsce w Europie. Zresztą mimo uważnego researchu i oglądania miliona zdjęć, moje wyobrażenie na temat wielu miast/wsi, a zwłaszcza Reykjaviku, uległo dość dużemu przekłamaniu, co w następnym wpisie zaprezentuję Wam na przykładzie fotografii.

Bagaż odebraliśmy dość szybko, więc naszą pierwszą wielką misją było stawienie się po samochód. Idąc przez główną halę, zobaczyliśmy kilku reprezentantów, którzy czekali na podróżników z kartkami z zapisaną nazwą wypożyczalni i/lub imieniem oraz nazwiskiem danej osoby, zupełnie jak w filmach. My jednak nie należeliśmy do tej grupy szczęśliwców, więc udaliśmy się do wyjścia, a tam pojawił się problem. Nasze sieci komórkowe działały tak trzy po trzy – Maciek co chwilę tracił zasięg, a mój telefon zrozumiał, jak ma działać, gdzieś trzeciego dnia podróży, po kilku aktualizacjach. Do tego czasu musiałam wspierać się samym Wi-fi, a wiecie, jak to bywa: tu zahasłowane, tu w sumie powinno działać, ale się nie łączy, a jeszcze inne ma tak słaby zasięg, że odechciewa się czekać. Było mi jednak niesamowicie miło, kiedy odzyskałam kontakt ze światem i zobaczyłam mnóstwo wiadomości o treści „I jak tam na Islandii? Widziałam/em jak leciałaś!” i dołączony screen ze SkyRadaru.

Nie mieliśmy żadnej mapki pokazującej najważniejsze dla nas lokacje. Nie przewidzieliśmy także sytuacji, w której dostęp do Internetu będzie stanowić dla nas problem, skoro znajdowaliśmy się dwadzieścia parę kilometrów od stolicy. Na wszelki wypadek warto więc zaopatrzyć się zawsze w aplikację z mapkami offline (np. MAPS.ME). My akurat przez większość czasu używaliśmy nawigacji dołączonej do samochodu i z samą trasą nie było większych problemów (a może jednak? ;)), ale taka opcja będzie bardzo przydatna, kiedy szuka się noclegu, knajpy czy nawet toalety, bo tego nie pokaże nawet papierowy plan miasta.

Blue Car Rental – wypożyczenie samochodu

Z naszych dokumentów wynikało, że wypożyczalnia Blue Car Rental znajduje się w odległości 400 m od lotniska. Pytanie tylko – w którą stronę? Po kilku minutach ujrzeliśmy jednak specyficzne niebieskie litery szyldu i wiedzieliśmy, że znaleźliśmy nasz cel. Jak się natomiast okazało, wyjście na piechotę z parkingu nie było wcale takie proste. Niby dało się dostrzec jedno przejście, potem drugie, a potem chodnik jakby zanikał. W porządku, pewnie myślicie, że mogliśmy przejść po trawie, na skróty, trochę mniej elegancko. No otóż nie, bo jak się okazało, każdy zakręt był zagrodzony górą usypanych głazów, które przypominały nadmorskie molo. O przejściu górą raczej nie było mowy.

Szliśmy na okrętkę, mijając szlabany i ulice, a w uszach rozbrzmiewał nam przeciągły, upierdliwie głośny dźwięk klaksonu. Islandczycy za kierownicą są dość nerwowi i szczerze mówiąc, nie idzie im najlepiej. Nic jednak dziwnego, skoro prawie wszystkie zewnętrzne drogi w ich kraju są proste i opustoszałe, a największe natężenie ruchu notuje się w Reykjaviku, który wielkością i ogromem można przyrównać do Opola. Monotonia jazdy sprawia, że ludzie nocą zapominają o wyłączaniu świateł drogowych, często na dwupasmowym rondzie auto zjeżdża na prawy pas przed twoją maskę bez żadnego ostrzeżenia i wiele, wiele innych. Jeśli jednak wziąć pod uwagę, jak mało osób zamieszkuje Islandię (360 390), to generalnie jest bardzo bezpiecznie, a szanse na wypadki czy kolizje są raczej niskie.

Z panem, który obsługiwał nas w wypożyczalni, dogadaliśmy się w języku angielskim. Zresztą przez Islandczyków jest on niemal tak dobrze opanowany jak język ojczysty, niezależnie od wieku. Nieraz zdarzyło się, że na trasie zaczepiła nas babuleńka czy starsze małżeństwo, którzy bez problemu wdawali się z nami w konwersację. Tamtejsi mieszkańcy są nastawieni na obecność turystów, co nie dziwi, skoro rocznie przybywa ich grubo ponad dwa miliony. Nie umieliśmy jednak wyjść z podziwu dla ich innego podejścia; nie tylko zresztą do lingwistyki, ale także życia – większość z nich jest naprawdę optymistycznie nastawiona, cieszy się z każdego dnia i możliwości, jakie daje im kraj, choć dla nas brak nie wiadomo jakiej nowoczesności, parków rozrywki, dużej ilości klubów i tak dalej może wydawać się bolesny. Może, ale tak jak było z nami – wcale nie musi.

Na miejscu okazało się, że mężczyzna nawet nie chciał sprawdzać naszego międzynarodowego prawa jazdy, co głównie chyba zabolało Maćka, który od samego początku narzekał, że wydał pieniądze na coś, co wygląda jak dokument drukowany za czasów ZSRR na szarym papierze toaletowym i ten opis niewiele rozmijał się z rzeczywistością. Ciekawscy mogą wygooglować i ocenić, czy przesadzamy.

Dostaliśmy mapkę z zaznaczonymi stacjami benzynowymi Olis na całej Islandii, żeby łatwiej rozplanować trasę. To nie jedyny taki usługodawca, oprócz niego możemy spotkać choćby N1, ale tam przysługiwały nam zniżki na paliwo w ramach współpracy z Blue Car Rental. Oprócz tego otrzymaliśmy broszury o zasadach jazdy i specjalny formularz, na którym obsługa wypożyczalni zaznaczyła uszkodzenia dokonane na naszym aucie. Mieliśmy porównać je ze stanem faktycznym (polecam na wszelki wypadek zrobić zdjęcia), a później jeden egzemplarz zostawał na miejscu, a drugi, stanowiący odbitkę, dostawaliśmy my. Szczerze, obleciał nas strach, kiedy zobaczyliśmy, jak drobne odpryski lakieru są tam uwzględnione, bo uniknięcie ich przy takim stanie dróg wydawało nam się niemal nieuniknione. Na zawał zeszliśmy jednak jeszcze chwilę później, kiedy mężczyzna za ladą zapytał, czy chcemy dodatkowe ubezpieczenie, bo za duże/widoczne uszkodzenia auta grozi kara 12 tys. EURO, chociaż przecież walutą na miejscu jest korona islandzka (1 ISK = 0,031 PLN). Postanowiliśmy jednak zaufać moim rozmowom z Bereniką i na ubezpieczeniu przedniej szyby pozostaliśmy, jak się okazało, słusznie.

To nie zmieniało faktu, że z początku byliśmy dość mocno zestresowani, zwłaszcza że przy odbiorze kluczyków podaje się na wszelki wypadek numer karty płatniczej. To dość powszechnie stosowana metoda nie tylko w tym miejscu, ale także w każdym hotelu w ramach zabezpieczenia, gdybyśmy coś zepsuli i migali się od zapłaty. Zdradzę Wam, że w naszym przypadku te informacje również okazały się niezbędne, choć niczego nie uszkodziliśmy ani nie ukradliśmy. Tę zagadkę rozwiążę przy okazji ostatniej części naszej podróży, a Wy za ten czas możecie obstawiać, co też mogło pójść nie tak?

Spakowaliśmy więc swoje rzeczy i wsiedliśmy do naszej Kii Picanto. Tutaj napomknę raz jeszcze: jeśli chcecie na czymś przyoszczędzić, to nie oszczędzajcie na samochodzie. Wybierzcie coś droższego, prześpijcie się jedną noc czy dwie w aucie, wyjdziecie na plus i unikniecie naprawdę wielu obaw. W przeciwnym razie będziecie jechać dokładnie jak my i nawet jeśli nic się nie stanie, to po kilku miesiącach uraz do tego modelu pozostanie. To po prostu nie najlepszy kandydat na duże wzniesienia, spadki czy dziury na pół metra.

Kary, mandaty, ograniczenia…

kia.jpg

Na desce rozdzielczej można dostrzec kilka przydatnych informacji, m.in. numer telefonu do wypożyczalni, na kontrolę warunków pogodowych, numery dróg, którymi pod żadnym pozorem nie wolno się poruszać, jadąc tą limuzyną, oraz ograniczenia prędkości na poszczególnych rodzajach tras:

  • 50 km/h w terenie zabudowanym
  • 80 km/h w terenie niezabudowanym
  • 90 km/h na „autostradzie”, przy czym nie łudźcie się zobaczyć typowej autostrady. Zwykle uchodzą za nią bardzo długie, proste i asfaltowe odcinki dróg (tu dość mocno pomaga nawigacja, chociaż też nie należy wierzyć jej bezgranicznie, jeśli chodzi o mierzenie prędkości), ale nie ma mowy o żadnym podwójnym pasie, zjazdach i stacjach benzynowych ze sklepem na poboczu. A przynajmniej nie przyjmujcie tego za standard.

Zakazy i mandaty na Islandii jawiły nam się jako wielka burzowa chmura. Wydaliśmy na ten wyjazd wystarczająco dużo pieniędzy, a kary potrafią być dla przeciętnego Polaka tak horrendalne, że dosłownie widzieliśmy, jak wypłacamy się z długów do końca życia. Myślę, że w głównej mierze to stanowiło powód naszego ogromnego opóźnienia w pierwszy dzień (ale nie tylko). Za każdym razem stawaliśmy się jednak coraz bardziej odważni, w razie czego podpinaliśmy się pod inny samochód, który jechał szybciej, a później szybko zrozumieliśmy, że radary są porozstawiane dość obficie w samym Reykjaviku, a im dalej, tym zdarzają się rzadziej i to tylko przy wjeździe do dużych miast. Szansa na to, że w połowie niczego maszynka pstryknie Wam pamiątkowe zdjęcie, jest raczej jak 1:100000000, a skoro przy naszym szczęściu nie doznaliśmy tej przyjemności, to możecie czuć się bezpieczni.

Wracając jednak do naszej jazdy w kierunku stolicy – atmosfera rozluźniła się w momencie, kiedy, jak to Polak ma w zwyczaju, zobaczyliśmy, że inni mają gorzej. Wyprzedzali nas dosłownie wszyscy, ale staraliśmy się nic sobie z tego nie robić. Nagle odzywa się Maciek: „Ej, wiesz co? Zrobiło mi się lepiej. Nie tylko my jesteśmy takimi frajerami. Ci Polacy, którzy lecieli z nami samolotem, są w aucie za nami jeszcze gorzej usrani od nas”. Jak możecie się domyślić, potem było już tylko lepiej, aż w końcu doszliśmy do momentu takiego wyluzowania, że niektórzy robili zdziwione miny, kiedy widzieli nas przez szybę. Dlaczego? Otóż przygotowując się do wyprawy samochodowej, nie mogliśmy zapomnieć o muzyce.

Zaczęliśmy tworzyć playlistę już w momencie, gdy okazało się, że wyruszamy na wczasy (czyli przynajmniej siedem miesięcy wcześniej). Niby mieliśmy robić to razem, ale podróż zweryfikowała nasze pozycje i szybko wyklarowało się, kto przejmuje rolę kierowcy, a kto DJ-a i nawigatora. Nasz samochód nazwaliśmy pieszczotliwe Cebula-Carem, a ja zadbałam o to, by nie zabrakło polskich hitów z czasów naszego dzieciństwa czy obciachowych piosenek, jakich nie da się wyrzucić z głowy już nigdy, jeśli raz się je zapamiętało. Wydaje się to dość infantylne, ale niejednokrotnie to właśnie muzyka podtrzymywała nas na duchu w słabszych chwilach, pomagała się rozbudzić i jakoś dotrzeć do celu. Poza tym dobrze się bawiliśmy, a gardła na następny dzień nie bolały nas z zimna, przemoczenia czy od wiatru, ale właśnie przez śpiewanie: Hej, sokoły!, Żona moja czy Baby Shark. Na chwilowy spadek nastroju wystarczyło przełączenie utworu, a pełne radości O TAAAK! Maćka od razu zmieniało wszystko na lepsze.

Nocleg w Capital Inn

Pierwsze nasze zakwaterowanie przypadło na Capital Inn, określane jako dwugwiazdkowy hotel. Osobiście bardzo polecamy to miejsce, było w dużo lepszym standardzie, niż moglibyśmy przypuszczać. Na parterze znajduje się jadalnia, gdzie można wykupić ciepły posiłek typu zupa gulaszowa bądź rosół, ale to także miejsce, gdzie rano rozkłada się szwedzki stół. Dla tych, którzy chcą jednak gotować sami, jest opcja zejścia piętro niżej do dużej, ładnie wyposażonej kuchni, a to rozwiązanie dosyć nas zdziwiło jak na hotel oferujący posiłki. Nasz pokoik był malutki, ale bardzo czysty, pachnący i z własną łazienką, co przy okazji takich noclegów nie zdarza się na Islandii za często.

Pojawił się jednak jeden jedyny mankament, który rzucił nam się w oczy niemalże od razu. Dostaliśmy podwójne łóżko i wiecie, wcale nie z gatunku tych, które można rozłączyć, nie: jedna rama, jeden materac, ale chociaż pościel w dwóch kompletach. Nie graliśmy w marynarzyka i nie licytowaliśmy się, kto śpi na ziemi. W końcu płaciliśmy tyle samo, więc trzeba było zacisnąć zęby i tego nie komentować. Wystarczyła nam tylko jedna wymiana spojrzeń, żeby zawrzeć niepisany pakt: budujemy mur pośrodku, odwracamy się plecami i do rana udajemy, że nikogo obok nie ma.

capital inn.JPEG

Kolejna rzecz, która niesamowicie nas zdziwiła, wyszła na jaw dopiero po porannej kąpieli. Woda na Islandii jest jedną z najczystszych na świecie, dlatego pije się ją bezpośrednio z kranu – nie potrzebujecie jej przegotowywać czy filtrować. To też pewna oszczędność, bo jedynie w pierwszy dzień kupiliśmy najtańszą wodę w butelce o pojemności 1,75 l, żeby później tylko ją uzupełniać. W tak małej ilości nie jest to zbyt odczuwalne, ale przy okazji prysznica już bardzo: z racji tego, że Islandia jest pełna geotermalnych obszarów i nieaktywnych wulkanów czy pól lawowych, to myjąc się, możecie poczuć wyraźny zapach siarkowodoru. Z początku myślałam, że może nikt już dawno nie używał tej łazienki i że śmierdząca woda musi najpierw spłynąć, ale nie – tak po prostu pachnie zawsze. Na skórę na szczęście ten zapach się nie przenosi, a mimo tego pierwsze, o co spytałam Maćka, to właśnie o to, czy nie śmierdzę.

Jeśli interesowałyby Was namiary na hotel (ok. 200 zł za noc), to bez problemu znajdziecie go fizycznie, wpisując adres (Suðurhlíð 35d, Reykjavik) w nawigację czy mapy Google. Wspominam o tym dlatego, że o ile w stolicy nie ma żadnego problemu ze znalezieniem miejsc po ulicach, o tyle w głębi Islandii ta opcja może się po prostu nie udać, bo większość z nich nie jest nawet nazywana. W związku z tym, dostrzegając przy drodze pojedyncze skrzynki na listy, mimo że na horyzoncie widniało kilka domów, zastanawialiśmy się, czy listonosz wrzuca wszystko do jednej, a mieszkańcy rozdzielają pocztę między siebie, czy też działa to inaczej. Jakakolwiek jednak nie byłaby odpowiedź, to dobrym rozwiązaniem jest poruszanie się dzięki ustalaniu współrzędnych geograficznych (warto przygotować sobie taki spis wcześniej, by nie szukać i nie tracić czasu na podróż).

Dzięki temu rozwiązaniu dotarliśmy wszędzie, choć musieliśmy brać poprawkę na zachowania naszej nawigacji, która czasem wyznaczała cel na środku oceanu. To urządzenie na visus pamiętałoby moje wyjazdy zagraniczne za dzieciaka, obstawiałabym mniej więcej rok 2006. Wtedy czas dla tego urządzenia się zatrzymał, mapy raczej nie zostawały aktualizowane, dlatego kiedy znajdowaliśmy się już mniej więcej przy punkcie docelowym, to staraliśmy się podążać za znakami, innymi samochodami albo za tym, co ujrzymy na horyzoncie. W końcu zdarzyło się raz czy dwa, że nawigacja kazało nam jechać po mostach, które już dawno zdążyły się zapaść, a droga zarosnąć.

Nietypowe Znaki drogowe, które trzeba znać

Bardzo przydaje się też znajomość miejscowych oznaczeń. Na przykład widząc ten znak, wiecie, że zbliżacie się do jakiegoś wyjątkowego miejsca, dobra naturalnego, przy którym warto choćby na chwilę przystanąć. Zwykle można dostrzec jego miniaturkę przy nazwie miejscowości/góry/wodospadu itd. co dość urozmaica zwiedzanie. Internet nie powie Wam wszystkiego, Wy też nie będziecie w stanie wszystkiego zapisać i odwiedzić, dlatego kiedy dostrzeżecie taki symbol, fajnie na chwilę odstąpić od swojego planu podróży i zobaczyć, co to takiego. My jednak po kilku takich przystankach musieliśmy odpuścić, a raczej mocno się ograniczyć, bo wtedy już nigdy nie dotarlibyśmy na powrotny lot o czasie.

Spotkaliśmy się też ze znakami drogowymi, które zupełnie nie mają przełożenia na polskie (pozostał taki, którego nie rozszyfrowaliśmy aż do końca podróży). Jednym z nich jest okrągły, niebieski znak z zaokrągloną literką M pośrodku. Metro? Motory? McDonald’s? No nie za bardzo. Zobaczyć go możecie przede wszystkim w tunelach, ale także na wąskich odcinkach dróg. Oznacza się nim zatoczki, w których jesteście w stanie się schować, by auto z naprzeciwka mogło spokojnie Was minąć. Znak-zagadka wyglądał podobnie, tyle że w środku była jeszcze biała otoczka i liczby typu 30, 35, 40, 50. Nie miały się one nijak do ograniczeń prędkości na danej drodze, niejednokrotnie się wykluczały, więc wątpiliśmy, by była to prędkość zalecana czy jakiś nakaz. Jeśli ktoś z Was ma pomysł lub wie, co mogłoby to być, to koniecznie napiszcie w komentarzu, bo nie dawało nam to spokoju.

Przyzwyczajcie się też, że znaki drogowe na Islandii to raczej rzadkość – wydają się stać bardziej dla zasady niż dla ułatwienia ruchu. Bardzo często zdarza się tak, że jedziesz prosto 50 km – od czasu do czasu zdarzy się zjazd, jakieś rozwidlenie, ale jednak większą część czasu czujesz się tak, jakbyś podróżował islandzką route 66, i nagle, po dwudziestu kilometrach, ni stąd, ni zowąd pojawia się znak mówiący, że masz pierwszeństwo. W sumie trudno, żeby było inaczej i często śmialiśmy się, że widzimy oznaczenia tylko po to, by nie zapomnieć, że one w ogóle istnieją.

Następuje jednak moment, kiedy zbliżacie się do mostu takiego jak ten:

IMG_20190913_181908703.jpg

Większość z nich jest przewidziana na jedno auto i… przy nich raczej nigdy nie zobaczycie znaku, który pokazałby Wam, kto w tej sytuacji ma pierwszeństwo. Jak to ujął Maciek: „Jedzie ten, kto ma większe jaja”. To oczywiście tylko żart, bo pod tym względem na Islandii panuje jednak kultura. Ludzie przepuszczają się na zmianę, nie utrudniają jazdy, dziękują. Gdyby jednak nastąpiła jakaś anomalia i ludność tego kraju nagle by się powieliła, to mimo prostych dróg wszyscy by się na nich pozabijali, prędzej czy później.

Jest też grupa znaków, po których zobaczeniu nam od razu robiło się słabo i oczekiwaliśmy najgorszego. Jeśli kiedyś ujrzycie to:

znak.jpg

to spodziewajcie się dziur, zakrętów, zza których nic nie widać, żwiru obijającego się o auto, jazdy z górki i pod górkę przez najbliższą godzinę. Ach, no i nie radzę się zbytnio entuzjazmować, kiedy nagle traficie na asfalt – zwykle po 500 metrach szczęścia nadchodzi powtórka z rozrywki.

Mimo tego jesteśmy w stanie zapewnić, że nawet słabo doświadczeni kierowcy dadzą sobie radę z tymi wyzwaniami. Nie wymagają one nie wiadomo jakich umiejętności za kółkiem, przyrównałabym je raczej do testu na wytrzymałość psychiczną. Mimo tego dojechaliśmy do Reykjavika i w pierwszy dzień po 20 km, i w ostatni po ponad 1500 km.

Jak już wspominałam, w miarę wczesna godzina wieczorna umożliwiła nam zwiedzanie jeszcze w wieczór po naszym przylocie. O samej stolicy opowiem Wam przy okazji kolejnego wpisu, bo co za dużo, to niezdrowo, natomiast tutaj udokumentuję odpowiedź na pytanie: „Czy da się wytrzymać na Islandii bez kurtki?”. No owszem, da się, jednak miejcie na uwadze, że o ile ja chodziłam po mieście i z zachwytem powtarzałam, jak mi się podoba, o tyle Maciek nie odzywał się wcale, jedynie zagryzając szalik i czekając, kiedy będzie mieć okazję, żeby się rozgrzać. Chociaż kiedy patrzę na to zdjęcie, wcale nie prezentuję się lepiej w swojej prowizorycznej burce.

Burka.jpg

Dziękuję, że doczekaliście do końca. Zdaję sobie sprawę, że powyższa relacja miała charakter bardziej informacyjny niż rozrywkowy, ale następne zagwarantują już więcej zdjęć, atrakcji i zwiedzania, więc mam nadzieję, że tego nie przegapisz. Pamiętaj, żeby zaobserwować mojego facebookowego funpage’a oraz Instagrama, żeby ze wszystkim być na bieżąco. Odnośniki znajdują się po prawej stronie na górze, zapraszam i do zobaczenia!

Islandia cz.1 – czyli jak się tam dostać ze studenckim budżetem, zdobyć uwagę wszystkich na lotnisku i nie stracić wiary w marzenia?

Informacje ogólne: poniższy opis będzie dotyczyć tygodniowej wyprawy na Islandię, którą odbyliśmy 11-17 września wraz z Maćkiem – moim przyjacielem od dzieciństwa. Około 1500 przebytych kilometrów, zdobyta obwodnica prowadząca wokół całej wyspy, a także niesamowite widoki, wspomnienia czy bliskie spotkanie z Hedwigą. Podróż organizowaliśmy samodzielnie, a możliwość jej spełnienia zapewniła nam niezastąpiona Berenika z organizacji Guide to Iceland. Nie zabraknie opisu wielu lokalizacji, zdjęć, miliona naszych wpadek w trakcie realizacji planu, a także podsumowania kosztów, które udowodni Wam, że nawet student jest w stanie wyruszyć do krainy lodu i ognia. Warunek jest tylko jeden: musi bardzo, ale to bardzo chcieć!

Wpis podzielę z pewnością na kilka części, zważając na ilość wrażeń, jaką mamy Wam do przekazania. Oto pierwsza z nich:

Jak pokonaliśmy bariery i wyruszyliśmy

Każda podróż ma swój początek i koniec – no wiecie, nie ten fizyczny, kiedy wrzucacie ubrania do walizki, a potem przerzucacie je do pralki. Chodzi raczej o moment, kiedy w głowie pojawia się pomysł, a następne chwile, dni czy miesiące przybliżają Was do jego realizacji. Dla nas nastał on gdzieś pod koniec listopada, może na początku grudnia. Nie pamiętam dokładnie daty, zresztą nie ona jest najważniejsza, ale wciąż tkwi mi w głowie tamto spotkanie i słowa, które na nim padły. Jeśli macie znajomych na odległość, to sami wiecie, jak ważne są dni, kiedy wreszcie możecie się zobaczyć: macie pieniądze na Pendolino, oboje znajdujecie ten sam wolny weekend, a w dobie ciągłego pośpiechu to niemały sukces.

My ten czas staraliśmy się rozplanować najlepiej, jak mogliśmy, nasz grafik był przepełniony pomysłami. A jednak gdzieś pomiędzy ścianką wspinaczkową i kolejnym drinkiem znalazł się moment ciszy i dziwnej nostalgii, kiedy z ust Maćka padły słowa, mające wpływ na pewno na nasze następne pół roku, o ile nie na całe życie.
– Zawsze marzyła mi się podróż na Islandię, wiesz?
– Ej, no to dlaczego po prostu nie pojedziemy? – zapytałam, nagle zupełnie zapalając się na ten pomysł.
Skoro poznaliśmy się w trakcie wakacyjnych podróży, kiedy jeszcze wszystko planowali nasi rodzice, to czemu by tego nie powtórzyć, tylko we własnym wydaniu, w nowym kierunku? Już wtedy zaczęliśmy sprawdzać noclegi, podliczać ceny, ustalać loty i punkty, które koniecznie musimy zobaczyć. Zdawaliśmy sobie sprawę, że Islandia to drogi kierunek, ale optymizm przysłonił nam w tamtym momencie czarne scenariusze. Niestety nie na długo, bo mijał dzień, dwa, trzy, a my dodawaliśmy coraz wydatków. Oliwy do ognia dolali też moi rodzice, którzy podeszli do tematu z entuzjazmem, a zaraz później pogrążyli nas kosztowo.

Doszliśmy w końcu do momentu, w którym nasza nadzieja wyparowała zupełnie – stwierdziliśmy, że nie podołamy finansowo, że póki co ten wyjazd nie ma racji bytu, a my zamiast się bawić, będziemy tylko szacować, ile nas to wszystko wyniesie. Niby racjonalna decyzja, a jednak myśląc nad innym krajem, każdy z nich sprawiał wrażenie jałowego i nieciekawego, mimo że zwykle taki nie był. I wtedy właśnie natrafiliśmy na coś, co spadło nam jak gwiazdka z nieba. Odkryliśmy Guide to Iceland – platformę, która zrzesza ponad tysiąc islandzkich operatorów i specjalizuje się wyłącznie turystyką po Islandii. Dzięki niej zyskaliśmy dostęp do tańszych noclegów, zaufanej wypożyczalni samochodów i spersonalizowanego planu podróży, ale w jaki sposób, o tym w dalszej części wpisu.

Górna granica naszego budżetu kończyła się na czterech tysiącach złotych, co jak na studencką kieszeń wcale nie było mało. Policzyliśmy jednak, na jak dużo możemy sobie pozwolić, jeśli chodzi o nasze zarobki w pracy. Nie chcieliśmy przeznaczyć naszych wypłat tylko na wakacyjny wyjazd, mieliśmy nadzieję zachować coś na rok akademicki, więc te kilka tysięcy stanowiło maksymalne maksimum (które i tak wiązało się z tym, że w ciągu lipca i sierpnia łącznie moje dni wolne od pracy plasowały się w okolicy… tygodnia).

Nie muszę więc chyba wspominać, jaka ogarnęła nas radość, gdy po długim procesie decydowania, który wariant wyjazdu będzie dla nas najlepszy, okazało się, że podróż po przewalutowaniu i poniesionych prowizjach wyniesie nas około… 2502,6 zł. Oczywiście dochodziły do tego koszty paliwa, jedzenia i przelotu, co nie zmieniło faktu, że zmieściliśmy się idealnie w założonym budżecie, dokupując nawet dodatkowy rejs uwzględniający oglądanie wielorybów za ok. 323 zł.

Wsparcie Guide to Iceland

Lecimy – to już było dla nas oczywiste. Zanim jednak oficjalnie zarezerwowaliśmy swoją wycieczkę, minęło około miesiąca. Otrzymaliśmy kontakt do osobistej agentki podróży, wcześniej wymienionej Bereniki, która pochodzi z Polski, ale w 2013 roku przeniosła się do Reykjaviku i tam pozostała do dziś. Za każdym razem, kiedy ją wspominam, przychodzi mi do głowy tylko jeden epitet: anielska cierpliwość. Nie wiem, ile maili, a już tym bardziej informacji przekazałyśmy sobie do czasu naszego wylotu: to na temat terminów, to noclegów, prawa jazdy, ubezpieczeń, dosłownie wszystkiego. Stety bądź niestety byłam przygotowanym uczniem i pytałam o każdy najdrobniejszy szczegół, co Wam też polecam, gdybyście zdecydowali się na wyjazd z tą organizacją. Uwierzcie, kontakt z kimś, kto zna miejsca i przeszkody tego kraju od podszewki, jest po prostu bezcenny.

Możliwość „porozmawiania” z Bereniką Lenard doceniam tym bardziej, że napisała wraz z Piotrem Mikołajczakiem książkę o Islandii zatytułowaną „Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”, którą oczywiście bardzo szybko dopadłam. Dzięki temu zmieniło się nasze postrzeganie tamtejszej rzeczywistości, poznaliśmy nieco kultury, a w moim domu zaczęły rozbrzmiewać dźwięki rockowo-metalowego zespołu Sólstafir (koniecznie obejrzyjcie teledysk do jakiejkolwiek piosenki, mają niesamowity klimat).

Maciek raczej nie wtrącał się do naszych konwersacji, zresztą sam przyznał, że ufa mi na tyle, by zostawić to w moich rękach. Część rzeczy ustalaliśmy więc razem, ale resztę każde z nas załatwiało i organizowało na własną rękę. Dlaczego wspominam nawet o takiej błahostce? Bo podróże bardzo weryfikują każdą znajomość. Gdyby nie to, że znamy się jak łyse konie, poznaliśmy w dużym stopniu swoje charaktery, nawyki i sposób ogarniania pewnych sytuacji, wielokrotnie mogłoby dojść między nami do poważnych spięć. A uwierzcie, okazji do tego mimo całkiem dobrego planu nadarzyło się wiele.

Ustaliliśmy, że swoją podróż spłacimy w trzech ratach (nawet miesiące i dni mogliśmy określić tak, żeby było nam wygodnie). Do wyboru mieliśmy cztery standardy podróży (każdy stopień oferuje lepsze zakwaterowanie, lepszy samochód itd.):

  • Super Budget (wybrany przez nas, czyli schludnie, ale jak najtaniej + samochód bez napędu 4×4 pokroju Toyoty Aygo, co akurat okazało się naszą największą bolączką. Wyjątek stanowiły dwa noclegi w Reykjaviku, którymi zaczynaliśmy i kończyliśmy naszą podróż – tu wskoczyliśmy na próg Budget)
  • Budget
  • Comfort
  • Quality

Jeśli macie ochotę zobaczyć porównania między tymi ofertami wraz z planem wycieczki, którą można uznać za nasz pierwowzór i którą najbardziej się inspirowaliśmy, to można to zrobić TUTAJ. Zdjęcia są oczywiście poglądowe, czasem sypialnia wyglądała identycznie, czasem tylko podobnie, ale mniej więcej będziecie mieć ogląd sytuacji.

Niektórymi lokalizacjami byliśmy bardzo mile zaskoczeni, raczej nic nie wywarło na nas nieprzyjemnego czy odrażającego wrażenia. Wszędzie było czysto, obsługa bardzo pomocna, podróżnicy potrafiący się zachować i dbający o przyjazną, poprawną atmosferę. Tu nie mieliśmy większych wymagań, choć czwartej nocy liczyliśmy na zmianę hostelu na inny znaleziony przez nas. Niestety po kilku próbach i zmaganiach Bereniki z właścicielem okazało się to niemożliwe i w końcu odpuściliśmy, ale w ramach rekompensaty dostaliśmy darmowe ubezpieczenie przedniej szyby w samochodzie, za które sami chcieliśmy wcześniej dopłacić. To był akurat świetny gest ze strony naszej agentki, bo każda zaoszczędzona stówka była dla nas ważna.

Wypożyczenie auta na Islandii – wymogi

Dużo większe problemy przysporzyła nam sprawa samochodu. Pierwszym z nich okazał się nasz wiek, jako że na Islandii wypożyczalnie usługują ludziom, którzy ukończyli 21 lat. My zaś oboje w momencie rozpoczęcia naszej podróży mieliśmy po dwadzieścia, więc zaczął się wywiad apropo tego, jak długo mamy już prawo jazdy i tak dalej. Ostatecznie Berenika dała znać, że wyjaśniła całą sytuację i zostanie nam przyznane auto, ale musimy mieć dodatkowo wyrobione międzynarodowe prawo jazdy i przypisać pojazd na tę osobę, która będzie mieć już papier. Tutaj przyznaję, wyszła z nas trochę cebula, bo stwierdziliśmy, że taniej zrzucić się na jeden dokument, a Maciek i tak powtarzał w kółko, że chce prowadzić. Niby dobrze, ale nie do końca.

Drugą sprawę stanowiło ubezpieczenie. Długo zastanawialiśmy się, na jaki rodzaj postawić. Którego jednak poradnika nie doczytałam, wszyscy doradzali ubezpieczenie przedniej szyby. W końcu odważyłam się wyrazić swoje wątpliwości naszej agentce – no bo skoro mieliśmy dostać małe auto, dla którego istnieje zakaz jazdy po wewnętrznych drogach na Islandii (tzw. Interiorach), to czy w ogóle jest sens wydawać dodatkowe pieniądze? Przekonało mnie jednak, kiedy przyznała, że jej ostatnio kamień stłukł szybę. Zresztą… poznając tamtejsze drogi na żywo, brałabym każde ubezpieczenie na ślepo, a już zwłaszcza to.

Zrezygnowaliśmy ze wszelkich udogodnień typu wejście do Blue Lagoon, czyli Spa z geotermalnymi źródłami – trochę za drogo, zbyt komercyjnie, a niekoniecznie mieliśmy parcie na to, żeby być tam dla zasady. Jak się okazało, podjęliśmy słuszną decyzję, bo na naturalne kąpieliska i tak trafiliśmy, sami sobie urządzając niespodziankę.

Podsumowanie kosztów

Wykup lotu też wstrzymał nas na pewien czas. Bardzo ciężko było nam znaleźć sześciodniowe połączenie w dwie strony, którego cena nie przekraczałaby 700/800 zł. Nie jest to tragedia, ale postanowiliśmy czekać i w końcu trafiliśmy na ofertę linii Wizzair za 442 zł, który po uwzględnieniu opłat administracyjnych wyniósł nas 588 + ok. 80 zł już przy samej odprawie internetowej za wybór miejsca. Do tego mieliśmy wliczony bagaż rejestrowany 10 kg i dwa bagaże podręczne. Generalnie szału nie było, ale na naszą dwójkę tyle miejsca i ekwipunku zupełnie starczało, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę fakt, że na początku chcieliśmy spakować się wyłącznie w plecaki.

Nasze koszty (od osoby) przedstawiały się więc następująco:

  • Lot w obie strony Wrocław-Keflavik po doliczeniu wszystkich kosztów ok. 670 zł.
  • Wycieczka (noclegi, auto, ubezpieczenia, w tym od odwołania podróży) ok. 2502,6 zł.
  • Dodatkowa rezerwacja rejsu z wielorybami ok. 322 zł.

To daje nam łącznie 3 494,2 zł od osoby, z czego sam rejs stanowił prezent urodzinowy od moich rodziców, więc na podróż zostało nam fizycznie około 830-1000 zł. Przy dobrej organizacji była to kwota zupełnie wystarczająca na pokrycie wszystkich kosztów, zwłaszcza że mieliśmy w cenie dodatkowo trzy śniadania. Największym wydatkiem było oczywiście paliwo. Tutaj kosztów nie szacowaliśmy zbyt dokładnie, ale patrząc na wyciągi z karty, wynosiło około 550 zł od osoby. Na jedzeniu oszczędziliśmy za to bardzo, ale dlaczego, o tym jeszcze wspomnę i to pewnie nie raz.

My zaraz przed wylotem – czyli trochę śmiechu

Wylatywaliśmy z lotniska Wrocław-Strachowice o godzinie 15.50, a że oboje musieliśmy się jeszcze dostać do miasta, więc umówiliśmy się na spotkanie już wieczór wcześniej. Przepakowaliśmy się do jednej torby, zaczęliśmy ją ważyć i skoczyliśmy na spożywcze zakupy. Zbyt dużo produktów na nasze oko nie nadawało się do samolotu, zresztą ja w tej kwestii musiałam raczej zdać się na Maćka. To był mój pierwszy lot (nie liczę szybowca, tylko coś większego kalibru), wszędzie do tej pory dostawaliśmy się samochodem (nawet do Grecji), więc wszystko było dla mnie nowe i fascynujące: proces odprawy, instrukcje pokładowe, start i lądowanie.

Jeśli chodzi o ten prowiant, to i tak większość zapasów chcieliśmy kupić na miejscu. Z Polski przywieźliśmy kilka zupek chińskich i gorących kubków (woah, jedzenie życia, hura), ale przyznam z ręką na sercu: te chemiczne paskudztwa dosłownie uratowały nasze tyłki. Czasem nawet żałowaliśmy, że nie wzięliśmy ich więcej.

W dzień naszego wylotu ułożyliśmy się do spania dopiero o trzeciej nad ranem. W tym całym rozgardiaszu okazało się, że wieczorem wstąpiliśmy do naszych znajomych, którzy nie dość, że chcieli nas ugościć, przenocowali, zrobili śniadanie, to w dzień powrotu do Polski przyjechali odebrać nas z lotniska, żebyśmy nie musieli czekać na nocne połączenia. Jeszcze raz wielkie podziękowania dla Was.

Jako że zjedliśmy koło dwunastej, żadne z nas nie miało już ani ochoty, ani czasu na obiad. Pojechaliśmy prosto na lotnisko, ubrani jak na Syberię, a nasze nadzieje co tego, że w ten dzień będzie chłodno, wyparowały. Z tego co pamiętam, było około dwudziestu paru stopni, a ludzie w autobusie spoglądali na nas jak na anomalię.

Odprawa poszła bardzo sprawnie, w kolejkach czekało mało osób, wylecieliśmy koło trzech minut przed czasem. Wszystko to brzmi pięknie, ładnie, jednak trzeba brać poprawkę na to, że to MY braliśmy udział w tej wyprawie, więc coś na pewno musiało pójść nie tak. Nie wiem, czy kiedyś zastanawialiście się nad kupnem torby na bagaż podręczny za 15 zł z Allegro. Ja nie, ale dzięki Maćkowi utwierdziłam się w przekonaniu, że czasem bycie Januszem nie jest najlepszym sposobem na życie. Zaznaczę, że plecak ważył trochę ponad trzy kilo, a kiedy tylko mój przyjaciel przerzucił go przez plecy… stało się to:

Plecaczek.png

Karma mnie jednak nie ominęła, ale musiałam poczekać na swoją kolej chwilę dłużej. Nie wiem, czy też zawsze odczuwacie strach przed bramkami w sklepach, ale na lotnisku miałam podobnie. Ciągle odnosiłam wrażenie, że zabiorą mnie na osobistą i zaczną przeszukiwać (co zresztą spotkało mojego brata przy okazji pierwszego lotu, kiedy nasiliły się ataki terrorystyczne, gdy wzięto go za uchodźcę przez jego ciemną karnację, ciemne oczy i włosy) i wiecie co? Czasem nasze ponure myśli to prawie jak samospełniająca się przepowiednia.

Maciek przepuścił swoje rzeczy przez skaner, przeszedł przez wykrywacz metalu, wszystko spoko. Specjalnie puściłam go przodem, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że to nie zapiszczy. Uwaga, idę więc ja – a bramka piszczy jak zarzynane prosię. Podchodzi do mnie ochroniarz, każe stanąć w rozkroku, podnieść ręce do góry i przeciera mi ręce dziwnym nasączonym wacikiem. Nagle mówi: „Może już pani iść”, a moja mina musiała być w tamtej chwili przekomiczna, bo stałam bez ruchu i zastanawiałam się, czy już trafiłam do bazy najbardziej podejrzanych typów podróżujących liniami samolotowymi. Może nic dziwnego: w końcu nie ma nic bardziej niepozornego niż dziewczyna 1,60 m w bluzie w żelki i futrzastych, różowych traperach.

– O patrz, zrobili ci test na narkotyki – mówi Maciek
– I co teraz? – pytam cała w strachu.
– Pewnie mają cię zapisaną w jakiejś swojej bazie i jak się coś stanie, to będziesz pierwszą podejrzaną – nabija się, a mi oczy wychodzą z orbit. – Idziemy zobaczyć, co sprzedają w strefie bezcłowej?
– Nigdzie nie idę. – Siadam i wyciągam telefon.
– Co ty robisz?
– Będę siedzieć tu tak długo, aż nie upewnię się, co mi zrobili.
Czekał więc cierpliwie, aż wygoogluje, że tego dnia okazałam się niewiarygodnym zwycięzcą. Bramka piszczy co losową liczbę ludzi: 100, 200, może nawet 1000. Obok jest urządzenie, które dmucha powietrzem i sprawia, że w razie czego drobinki prochu strzelniczego albo narkotyków dostaną się na twoje dłonie, a potem mogą zostać zebrane specjalnym wacikiem.

Nasz lot miał trwać około cztery godziny, ale dzięki przesunięciu czasu o dwie godziny wstecz, byliśmy w Keflaviku już o 17:45. Wrażenia ze startu i lądowania… dosyć mnie zdziwiły. Wiem, jak wielu ludzi boi się tych momentów, więc miałam wyobrażenie, że odczucia są nie wiadomo jakie, a tyczem… wydawało mi się to raczej zupełnie zwykłe. Fakt faktem, na całe szczęście uniknęliśmy turbulencji i jedynym nieprzyjemnym momentem było około dziesięciominutowe przebijanie się przez chmury już nad samą Islandią. Ach, przepraszam, nie jedynym. Drugim, a raczej drugą osobą okazała się pani, która siedziała przed nami. Nie wiem, dlaczego miejsca przy stopach w naszym rzędzie było tak mało, z powrotem ta odległość była jakaś taka przyzwoita, ale o ile ja nie miałam z tym takiego problemu, o tyle Maciek ze swoimi długimi nogami nie mógł się tam zmieścić. W efekcie starał się nie ruszać przez cały lot, ale wiadomo, czasem trzeba się poprawić, zmienić pozycję… i kiedy tylko to zrobił, nasza Karyna zaczęła narzekać, że jest po operacji kręgosłupa, że w ogóle mamy wstrzymać powietrze, nie ruszać się i najlepiej umrzeć. Przekleństw na jej temat słuchałam jeszcze do samego wieczora.

W końcu jednak dolecieliśmy, rozpoczęło się nasze wielkie marzenie i przygoda. Jeśli polubiłeś nasz team, a szczegóły naszej historii wciąż Cię interesują, to serdecznie zapraszam do zaobserwowania mojego funpage’a oraz instagrama, żebyś mógł być na bieżąco, kiedy pojawi się nowy wpis, a w nim nasza pierwsza przejażdżka, wodospad, polowanie na dzikie zwierzęta, najlepsze hot dogi na świecie i niekończąca się podróż żwirowymi drogami. Odnośniki znajdziecie po prawej stronie, zapraszam!

Chyba na sam początek wypadałoby przedstawić osobę, która stoi za całą tą inicjatywą. Wołają na mnie Rasia, a pisaniem zajmuję się już grubo ponad osiem lat. Odnalazłam się w niwie opowiadań, ale wiadomo: człowiek się zmienia, życie się zmienia i mimo sukcesów literackich oraz grona wiernych kibiców, pewnego dnia usiadłam nad swoimi dłuższymi projektami, przeczytałam je… a potem doszłam do wniosku, że muszę zrobić przerwę, bo nie jestem w stanie na nie patrzeć.

Od tamtej pory trwam w decyzji, że póki co nadszedł dla mnie czas na zbieranie doświadczenia, cokolwiek to znaczy. Ułożyłam nawet listę celów, przysłowiowe „The Bucket List” (nadrób film, jeśli jeszcze go nie widziałeś), mimo że zawsze wydawało mi się to dość… bez sensu. Pozwoliło mi to jednak zebrać pomysły, a przede wszystkim dało dużo przyjemności, przywołało trochę wspomnień… Chyba właśnie dlatego nieco zmieniłam swoje nastawienie. No bo wyobraźcie sobie, że na starość chwytacie ten zapisany notesik w ręce, patrzycie na odhaczone punkty i myślicie sobie: „Rany, w sumie nieważne, ile razy życie pokopało mnie w tyłek, ale dla TYCH rzeczy było warto”.

Patrzę na te kilka miesięcy wstecz i myślę, jaki to był intensywny czas. Na tyle intensywny, że czasami jeszcze teraz zdarza mi się marzyć o dniu wolnym od obowiązków i planowania, kiedy mogłabym samotnie we własnym domu usiąść opatulona w koc, z „Wiedźminem”, którego wiecznie nie mam czasu czytać, oraz gorącą czekoladą. Zaczynało się niewinnie – od drobnych eventów, gdzie witałam coraz częściej. Potem nastał wir pracy, wchłonęłam mnóstwo historii, wyzionęłam mnóstwo siły i miałam styczność z wieloma osobami, które na zawsze zapisały mi się w pamięci. A potem w ramach nagrody nastąpiła najlepsza część, czyli samodzielne podróże.

Brzmi to tak, jakbym nigdy wcześniej nie miała okazji wyjechać poza granice naszego kraju, choć to przecież nieprawda – swoją pierwszą wyprawę odbyłam już w wieku dwóch lat, kiedy to żmudne kontrole graniczne przerywał dźwięk mojego grającego nocnika. Odkąd tylko pamiętam, moi rodzice zaczynali planowanie przyszłych wakacji, kiedy ledwie co skończył im się bieżący urlop. Wtedy wydawało mi się to zabawne, a teraz? Chyba jestem jeszcze gorsza od nich. Oczywiście; obecnie nasz sposób eksplorowania świata jest zupełnie odmienny, dlatego robimy to osobno, ale wciąż punktem zbornym pozostaje moment, gdy widzimy się po dłuższym czasie, siadamy na kanapie, rozlewamy wino do kieliszków i oglądamy zdjęcia, słuchając naszych historii. Jeśli więc spodoba Ci się to, co spotkasz na tej stronie, to wiedz, że w dużej mierze zawdzięczasz to właśnie tym dwóm osobom.

To właśnie rodzice zaszczepili we mnie bakcyla podróży i wciąż uważam, że to najpiękniejsze, co można zrobić dla swoich dzieci. Nie dlatego, żeby mieć sposobność do tego, by chwalić się znajomym. Takie wyprawy nauczyły mnie wielu rzeczy: cierpliwości, wytrzymałości, tolerancji wobec tego co obce, otwartości na ludzi. W bardzo dużym stopniu to właśnie na tych fundamentach ukształtował się mój charakter i dzięki takiemu sposobowi na życie poznałam osoby o podobnych priorytetach, z którymi ruszyłam w dalszą drogę. W ten właśnie sposób trafiliśmy na Islandię: i to właśnie od niej rozpocznie się nasza, moja i Wasza, przygoda tutaj. Mam jednak nadzieję, że zostaniecie na kolejną i kolejną, a kto wie, może któregoś dnia spotkamy się gdzieś na szlaku?