Macedońskie Parki Narodowe i szlaki piesze – odległości oraz wycena trudności (Magaro, Tri Mazi, Markovi Kuli itd.)

Macedonia jest wręcz rajem dla osób, które uwielbiają trekkingi lub górskie wspinaczki ze względu na zróżnicowane ukształtowanie terenu oraz wiele hektarów ziem objętych parkami narodowymi. Największym wyzwaniem dla każdego, kto zawita w tym kraju, może być wejście na najwyższy szczyt Korab (2 764 m), jednak my skupimy się na opisach innych szlaków o bardzo zróżnicowanej trudności i nachyleniu. Każdy z nich wiedzie do lub przez piękne widokowo miejsca znacząco różniące się od siebie nawzajem. Mamy więc nadzieję, że znajdziecie tutaj coś dla siebie i Macedonia trafi niebawem na Wasze podróżnicze listy! Zapraszam na:

MARKOVI KULI

Ruiny antycznej osady z wyraźnie odznaczającymi się wieżami warownymi i murami obronnymi. Znajdują się w środkowej części Macedonii, nieco na południe, nieopodal miasta Prilep. Budowlę wzniesiono na wzgórzu liczącym sobie 180 m i wbrew pozorom charakteryzuje się dość ostrymi zboczami. Wiele źródeł historycznych podaje, że przez blisko 100-200 pierwszych lat istnienia twierdzy broniło jedynie 40 osób. Na szczyt wiedzie żwirowa droga, więc jeśli ktoś prowadzi auto 4×4, może podjechać naprawdę wysoko. Jeśli nie, to radzimy zostawić samochód na samym dole i oddać się wędrówce niecałe 2 km.

Ścieżka jest szeroka, jej przejście nie zajmuje nawet godziny, a widok jest wręcz bajeczny, bowiem ze szczytu obserwujemy całą panoramę z Prilepem na czele. Nawet w maju słońce prażyło niemiłosiernie, więc warto zaopatrzyć się w butelkę wody i ubranie „na cebulkę”. Wędrówkę urozmaicają liczne motyle i dużych rozmiarów jaszczurki, w wyższych partiach możemy przejść się wzdłuż fortyfikacji, zboczyć nieco ze ścieżki i porobić trochę zdjęć. Już prawie na samym szczycie maszerujemy po kamiennych schodkach, chociaż uczucie jest dość nieprzyjemne ze względu na brak jakiejkolwiek barierki albo czegoś do przytrzymania.

Na szczycie prócz ruin stoi teraz ogromny, metalowy krzyż podświetlany nocą (dość częsty motyw przewijający się przez całą Macedonię). Za dnia nie robi specjalnego wrażenia, co więcej można spotkać tam miejscowych popijających piwko i wygrzewających się bez koszulek. Jest więc dużo potłuczonego szkła i akurat dotarcie na samiuteńki szczyt nie napawa wielką satysfakcją, przyjemniejsza wydaje się sama wędrówka. Podejście nie jest trudne, większość osób nie powinno mieć z nim problemu. Po drodze jest altanka, są też czasem ławeczki albo po prostu przystępne do odpoczynku murki.

Z powrotem można od połowy zejść już zboczami, nie wyznaczoną ścieżką, a przynajmniej tak robiła większość Macedończyków. Wiedzieli, gdzie zejście jest najłagodniejsze, a ziemia najlepiej wydeptana, więc skusiliśmy się iść za nimi. Poza bolącymi kolanami na pewno była to najbardziej efektowana forma zejścia na sam dół, niespecjalnie karkołomna.

MAGARO

Jedno z naszych większych zaskoczeń i na pewno najbardziej zapamiętanych dni w Macedonii. Szczyt znajduje się w południowo-zachodniej Macedonii, tuż obok jeziora Ochrydzkiego i jest najwyższy w paśmie Galicica. Liczy sobie 2255 m n.p.m. czyli trochę mniej niż nasze Rysy. Strasznie chcieliśmy go zdobyć ze względu na niesamowity widok rozciągający się na szczycie – widzimy stamtąd dwa jeziora po przeciwległych stronach góry. Poczytaliśmy więc wcześniej, na co mniej więcej mamy się przygotować i w zasadzie wszyscy pisali, że to łagodne wejście, w sam raz na początek w Macedonii.

Był maj, więc postanowiliśmy poczekać do czerwca, żeby śnieg na pewno stopniał (po dwóch czy trzech tygodniach pobytu widok na góry czynił diametralną różnicę). W międzyczasie obserwowałam Instagramy osób, które już wrzucały relacje z Tatr z podobnych wysokości, na jakiej mieliśmy się znaleźć, śniegu praktycznie zero, więc nastawialiśmy się dość optymistycznie.

Pech chciał, że pogoda zupełnie się nie sprawdziła, a nasz okres wynajmu samochodu dobiegał końca i wiedzieliśmy, że to nasza ostatnia szansa na zdobycie szczytu. Tak naprawdę to była kwestia szczęścia, bo w drodze na Magaro objeżdżaliśmy dookoła kilka innych szczytów i tylko nasz wyglądał, jakby zapowiadało się przedzieranie przez mgłę i chmury. Pogoda zmieniała się diametralnie średnio co godzinę (słońce, deszcz, mgła, chmury), więc zacisnęliśmy zęby i ruszyliśmy.

Wysiedliśmy z auta na jednym z punktów widokowych i w pierwszym odruchu myślałam, że wyrwie nam drzwi. To było prawie tak intensywne jak w momencie, kiedy wiatr zdmuchnął mnie przed sklepem na Islandii. I chociaż tutaj stąpało się normalnie, to słychać było dosłownie gwizdy wokół nas. Kolejny raz zastanowiliśmy się więc, czy idziemy. Idziemy.

Zostawiliśmy auto przy oznaczeniu G-6, gdzie mieliśmy do przejścia ok. 1000 m w pionie. Stając przed drogowskazem, naszym oczom ukazał się szczyt w dość ośnieżonych chmurach. Żadne z nas oczywiście nie wzięło rękawiczek, no bo po co komu rękawiczki, gdy wygrzewa się w słoneczku na 26-ciostopniowym upale. Stwierdziliśmy, że w najgorszym wypadku zawrócimy (oczywiście każdy zna już finał historii).

Szliśmy szlakiem biało-czerwonym przez las i początek był nawet przyjemny poza faktem śliskich liści pod nogami i lodowatym powietrzem, którym ciężko się oddychało. Podejście w żadnym momencie nie było płaskie, raczej trzeba się nastawić na taki jednostajny wysiłek bez przerwy. Nie turbo duży, ale warunki nie sprzyjały i ja kondycyjnie nie czułam się kwitnąco.

Przez długi czas nie natrafiliśmy nawet na odrobinę śniegu, następną zmianą była dopiero mgła, którą odsłoniły drzewa. Z początku dość rzadka, bliżej szczytu ograniczała widoczność na jakieś 10-20 metrów. Potem zaczął się śnieg, ale nie tak, że tam troszkę – po prostu nagle leżało go dużo, ale jeszcze na tyle, że człowiek był w stanie iść poboczem wzdłuż głównej ścieżki. Chwilę później już nawet to nie wystarczało, więc szliśmy, na początku ślizgając się bez większego pomysłu. W końcu zaczęliśmy wbijać buty w śnieg samymi czubeczkami i to przyniosło efekty. Motywowało nas wyłącznie, że po tym fragmencie znów rozpoczynała się zieleń i to nawet z przebłyskiem kwiatów. W każdym razie tam dało się iść.

Mnie wiara opuściła w momencie zobaczenia dużej pochyłości calusieńkiej pokrytej śniegiem. Podeszliśmy nią kawałek, dotarliśmy nawet dość wysoko. Wbiliśmy kij w ziemię, żeby sprawdzić, jak gruba warstwa śniegu tutaj zalega. Żeby Was nie okłamać, przyłożyliśmy go potem do mnie i spojrzeliśmy na mokry ślad – zapadłabym się jakoś po klatkę piersiową, więc szłam tylko i wyłącznie po skałach.

Najgorzej zrobiło się, gdy zaczął padać śnieg, a mgła się zagęściła. Do szczytu zostało jakieś 200 merów, ale zaczął znikać nam z oczu szlak i szukanie jednego oznaczenia zajęło nam koło 40 minut. Nie ma tam żadnych drzew i stwierdzono, że idealnym pomysłem będzie umieszczenie flag na kamieniach, na ziemi, którą teraz grubą warstwą pokrywał śnieg. Gdyby nie to, pewnie doszlibyśmy na szczyt, bo ja mam upór osła, a Szymon zapala się szybko jak zapalniczka na takie wędrówki, ale odezwała się w nas zdroworozsądkowość i się wycofaliśmy. Wiecie, w pobliżu żadnego numeru telefonu, nikt nie wiedział, że tam jesteśmy, zero człowieka…

Największy ubaw mieliśmy podczas schodzenia, bo dosłownie zjeżdżaliśmy na dół – czy to na butach, czy na pupie. Mieliśmy potem tyle śniegu w ubraniach, że do wieczora nie mogliśmy się wygrzać. Zawsze jak to wspominamy, trochę nam żal tego, jak wszystko się złożyło, ale z drugiej strony w podróży nie wszystko zawsze wychodzi idealnie i ma to jakiś urok.

Gdyby jednak tylko nie było śniegu, to Magaro naprawdę mogłaby być świetną, taką średnio-wysiłkową trasą z przyjemnym podejściem i fantastycznymi widokami. Polecam powtórzyć w lepszej wersji niż my.

TRI MAŽI

Jedna z moich ulubionych wycieczek trekkingowych, zwłaszcza że wyszła zupełnie spontanicznie. Naszym pierwotnym planem nie był bowiem szczyt Tri Mazi, tylko Samotska Dupka, czyli jaskinia, której poświęcimy osobny wpis. W drodze powrotnej mieliśmy jednak zapas siły, więc gdy zobaczyliśmy drogowskaz, który wiedzie jeszcze w górę, po prostu za nim poszliśmy.

Tri Mazi to szczyt w Narodowym Parku Galicica, który liczy sobie 1628 m n.p.m., a jego nazwa oznacza dosłownie „Trzej ludzie/mężczyźni”. My dostaliśmy się do niego, zostawiając auto przy jednym z hoteli w miejscowości Konjsko, skąd bezpośrednio wiedzie szlak. Stąd mamy ok. 5,5 km w jedną stronę do Samotskiej Dupki – tak naprawdę przechodzimy najpierw przez wieś, gdzie możemy pooglądać pasące się owce. Później czeka nas najbardziej pochyły odcinek malowniczo położonej trasy – cały czas idziemy czymś w rodzaju wydeptanej polany z widokiem na jezioro Ochrydzkie. Wokół jest mnóstwo kwiatów i motyli, za to niestety oznakowanie szlaku jest bardzo ubogie i przy żadnych z rozwidleń nie wiadomo, w którą stronę iść. My wspomagaliśmy się przy tym aplikacją Maps.me, która wykrywała naszą lokalizację i mniej więcej pokazywała szlaki. Do dokładności brakowało jej kilku ładnych metrów, ale i tak bardzo pomagała nam przez większość drogi, zwłaszcza na rozległych polanach, więc polecam się w nią zaopatrzyć.

W marszu przeszkadzają jedynie słupy wysokiego napięcia rozciągnięte ponad głowami… zwłaszcza że część kabli jest poobrywana i po prostu dyndają sobie swobodnie. Jeśli ktoś by się zagapił, to nie sztuką byłoby w nie wejść albo nawet ich złapać – mieliśmy nadzieję, że ta linia dawno jest wyłączona i nieczynna.

Po przejściu tego odcinka nachylenie staje się znacznie mniejsze, w wielu momentach jest wręcz po prostu płasko. Nad głowami zamiast kabli mamy drapieżne ptactwo, polana jest intensywnie zielona, czasem spacerujemy po krótkich odcinkach z kamieni czy przez mały lasek, gdzie znaleźliśmy wylinkę żmii. W trawie z kolei dostrzegliśmy róg zgubiony przez jelonka w okresie dojrzewania – udało nam się go nawet w pełni legalnie przetransportować do Polski (problemy z porożami zaczynają się ponoć dopiero, gdy ich waga przekracza 3 kg).

Później już da się dostrzec drogowskazy, ale niekiedy są one wyrwane lub wywrócone… Często jednak nie wygląda to na działanie człowieka, a jakby drewno podgryzały żyjące w parku zwierzęta. Z daleka udało nam się nawet ujrzeć jelenie przy wodopoju!

Żeby dotrzeć do Samotskiej Dupki, wychodzimy na polanę, gdzie mniej więcej w połowie musimy przejść przez wysokie trawy, wdrapać się odrobinę po skałach, aż dotrzemy do kraty z odpowiednimi oznaczeniami. W maju było tam mnóstwo liści, więc bardzo łatwo było o poślizgnięcie się, ja praktycznie dwa razy zaliczyłam spotkanie z ziemią (nie mieliśmy też dobrych butów, bo górskie schły dobrych kilka dni po śniegu z Magaro).

Wracając z powrotem tą samą trasą, po jakichś 40 minutach ujrzymy drogowskaz skierowany w górę właśnie na Tri Mazi (6 km w jedną stronę). Tak naprawdę problem sprawia może ostatni kilometr, który polega na tym, że spacerujemy już stricte po skałach, a potem grani. Na jej szczycie jest się dość szybko, ale trzeba dodać dodatkowe pół godziny, jeśli chcemy znaleźć się w najwyższym jej punkcie, czyli właśnie na szczycie, z którego wyraźnie widać 3 czubeczki. Tutaj paniom o długich włosach radzę zabrać ze sobą gumkę, bo wiar wieje niemiłosiernie i przez pół drogi albo nic nie widziałam, albo chwytałam włosy ręką, drugą się asekurując, co nie było specjalnie wygodne. Długie, grubsze spodnie również są tutaj atutem, bo na grani jest mnóstwo kłujących roślin. Jeśli jednak nie chcecie, żeby było Wam za gorąco, to ukłucia są znośne, choć częste.

Wchodzenie jest przyjemne, gorzej z zejściem ze względu na sporą stromiznę. Widoki z góry są powalające, bo widać całą panoramę jeziora Ochrydzkiego i Ochrydy z jednej strony, z drugiej natomiast daleko rozciągające się połacie zielonego Parku Narodowego. Na pewno jedne z piękniejszych górskich widoków, jakie przyszło mi oglądać, więc gorąco polecam.

Całość trasy do Samotskiej Dupki, Tri Mazi i na dół wynosi ok. 23 km i mimo że często są tu płaskie odcinki sprzyjające odpoczynkowi, to w drodze powrotnej, przez ostatnie 3 km czuliśmy już solidne zmęczenie. Jeśli chcielibyście skrócić sobie ten odcinek, to wycieczka jedynie do Samotskiej Dupki wynosi ok. 5,5 km (11 km w dwie strony), do samego Tri Mazi ok. 9,5 km (19 km w dwie strony). Cokolwiek wybierzecie, w maju/czerwcu będziecie zachwyceni.

PARK NARODOWY MAWROWO – SZLAK DO JASKINI ALICICY I WODOSPADU SIN

Mawrowo to chyba najbardziej rozpoznawalny Park Narodowy w Macedonii, który obejmuje zasięgiem wioskę Galicnik z bogatymi tradycjami i folklorem, zatopiony kościół św. Mikołaja, o którym pisałam TUTAJ, a także najwyższy szczyt Macedonii – Korab. To też miejsce z niezliczoną ilością szlaków, wodospadów i jaskiń i to właśnie do nich postanowiliśmy dotrzeć. Pierwotny plan zakładał dotarcie do Alicicy, drogowskazy podpowiedziały nam jednak, że niewiele dalej znajduje się też Sin Vir – nie wiedzieliśmy co to, więc poszliśmy sprawdzić i okazało się, że natrafiliśmy na wodospad… a nawet dwa.

Trasa do Alicicy to jedynie 3 km w jedną stronę, 3,5 do wodospadu Sin. Wraz z Szymonem do teraz toczymy zacięty bój, który park podobał nam się bardziej – on wciąż obstaje za Mawrowem, ja za Galiczicą, które w bardzo dużym stopniu się od siebie różnią. To tylko dowodzi, że każdy znajdzie dla siebie odpowiednie miejsce, dlatego warto udać się i tu, i tu!

Podejście do atrakcji jest bardzo łagodne – najpierw idziemy ścieżką pomiędzy przerzedzonymi drzewami, z widokiem na imponujące, wysokie skały. Wokół jest mnóstwo kwiatów, do przejścia mamy też kilka mniejszych strumyczków, a za nimi już cały czas idziemy wzdłuż rwącego potoku, który prowadzi nas do celu. Warto udać się tutaj w maju, ponieważ ze względu na obecność wysokich szczytów możemy trafić na roztopowe wodospady i nam udało się jeden uchwycić, nawet pisałam o nim TUTAJ.

Szlak tylko w jednym miejscu staje się nieprzyjemny, jakieś 20 minut przed jaskinią. Musimy przejść wtedy wzdłuż osuwiska, ścieżka jest wąska i łatwo, żeby komuś ześlizgnęła się noga. Jeśli chodzi o samą jaskinię, to zostanie jej poświęcony osobny post, natomiast dostać się do niej można tylko i wyłącznie przez lodowatą wodę.

Następne 500 metrów wiodące do wodospadu przebywamy po kładkach, leśną dróżką, napotykamy też kolejną jaskinię na lądzie. Ta jednak jest głęboka, wydaje się idealną kryjówką dla zwierzęcia nawet pokroju niedźwiedzia, więc tylko zerknęliśmy do środka i szybko się wycofaliśmy. W maju dojście do wodospadu jest wręcz niemożliwe, poziom wody jest za wysoki i dróżka w pewnym momencie zanika, mimo że dalej widzimy kładki, po których zwykle można przejść. Tutaj wypadałoby przyjechać w okolicach wakacji dla lepszego efektu.

Z naszej strony to już wszystko na dziś. Dajcie znać, które z tych miejsc wydaje Wam się najciekawsze i czy byliście w którymś z nich. Czekamy na Wasze opinie i relacje z podróży, a tymczasem trzymajcie się ciepło!

Macedońskie atrakcje wyrzeźbione przez naturę – Kanion Matka, Kuklica, Zatopiony kościół

Każdy z nas ma takie miejsca w podróży, do których dociera i towarzyszy mu przy tym nie tylko spokój, ale też uczucie satysfakcji oraz odmienności od tego, czym otaczamy się w codziennym życiu. Dla jednych to ucieczka na wieś, dla innych dotarcie do centrum zatłoczonego miasta – dla jednych wejście na szczyt góry, dla innych położenie się na rozpalonej słońcem plaży. Dziś z pewnością zbliżymy się do tych ostatnich, bowiem skupimy się na zakątkach, które stały się wyjątkowe właśnie dzięki działaniu sił natury.

Opowiemy Wam o jednej z najpopularniejszych atrakcji Macedonii, a później przejdziemy do tych mniej znanych, które nas urzekły znacznie bardziej. Zapraszam na:

KANION MATKA

Wobec tego miejsca mieliśmy ogromne oczekiwania – jedno z najbardziej popularnych, ponoć także najpiękniejszych, które kilka lat temu zostało odwiedzone przez moich rodziców wypowiadających się w samych superlatywach. Oboje wyobrażaliśmy sobie pełen dzikości kanion, gdzie będziemy mogli wynająć kajak i pływać przez cały dzień, robiąc zdjęcia i odpoczywając we dwoje. Rzeczywistość przedstawiała się jednak… ciut inaczej.

Kanion znajduje się na północy Macedonii – możemy dotrzeć do niego autobusem ze Skopje lub samochodem. Na miejscu jest przystępny parking, z którego oczywiście musimy trochę przejść do samej atrakcji, ale właśnie tego oczekiwaliśmy. Wiedzie stąd wiele szlaków, którymi możemy dotrzeć do średniowiecznych klasztorów, a prowadzą do nich całkiem dobre oznakowania również w postaci drogowskazów. Główną jednak atrakcją, dla której zjeżdżają się tu tłumy turystów, jest jaskinia Wreło. Do dziś nie oszacowano jej głębokości ze względu na jeziora znajdujące się w jej wnętrzu, ale istnieją przypuszczenia, że może być nawet najgłębszą na świecie.

Rezerwat zajmuje powierzchnię 5000 ha i jest miejscem sprzyjającym wielu zajęciom rekreacyjnym: pływaniu, wspinaczce (obite drogi), trekkingowi. Zwłaszcza kajakarstwo cieszy się popularnością – istnieje tutaj tor, który wykorzystywano na Pucharze Świata i Mistrzostwach Europy. Nurt rzeki był naprawdę silny, więc oglądanie takiego widowiska na żywo musi robić ogromne wrażenie. Symbole związane z kajakarstwem znajdziecie tutaj na każdym kroku, choćby w postaci kajaka zawieszonego w połowie skały, gdy wędrujecie w głąb kanionu.

Co zaskoczyło nas w stosunku do opowieści osób, które odwiedziły Matkę już jakiś czas temu, to natłok ludzi nawet poza sezonem, a także masakryczny komercjalizm przekładający się przede wszystkim na ceny, ale też atmosferę tego miejsca. To jest niestety coś, na co my jesteśmy uczuleni – mieszkamy w mieście, czas pandemii, więc jeśli tylko mamy okazję, to ucieczka w ciche miejsca jest dla nas jak najbardziej pożądana. W każdym razie dochodząc do takiego oficjalnego „wejścia” kanionu, mijamy kilka(naście) stoisk z orzeszkami, truskawkami, ręcznie robionymi pierdółkami itd., ale to nie było jeszcze takie złe.

Po drodze są też różne wystawy, np. gablotki z zamkniętymi butelkami, puszkami, papierami i różnymi innymi materiałami, gdzie pod spodem umieszczony jest czas ich rozkładu i zachęta, by przestać śmiecić, zacząć segregować i ogólnie być bardziej eko. Wszystko fajnie, tylko że niektóre z tych przeliczników mijały się wiele z prawdą i naukowymi badaniami.

Bardzo duże wrażenie robi tama postawiona na rzece Tresce, jest przeogromna i masywna, aż człowiek zastanawia się, jakim cudem zatrzymuje te hektolitry wody po drugiej stronie. Niesamowicie przyjemny jest też moment, kiedy kanion ukazuje się w całej okazałości Waszym oczom, bo skały robią imponujące wrażenie. Zaraz potem dociera do Was niestety gwar… z restauracji, gdzie ceny za przystawki sięgają rzędu 50 zł, a także przystani, gdzie można wykupić wycieczkę do jaskini Wreło, jako że nie da się do niej dojść na pieszo.

No i tu nam mina trochę zrzedła, bo od razu otrzymaliśmy informację, że nie istnieje opcja wynajęcia kajaka na cały dzień, a jedynie na godzinę (ok. 38 zł za kajak) lub dwie (ok. 76 zł – teraz prawdopodobnie więcej ze względu na słabnącą rolę złotego). Nie ukrywam, było to dla nas dość dużo i nie mówię tutaj o stosunku ceny do naszych zarobków, a po prostu o wygórowanej cenie względem całej reszty kraju, gdzie „drogi wstęp” zamykał się poniżej 15 zł za atrakcję. Jeśli więc nie uśmiecha Wam się kajak, to drugą opcją jest wypchana łódź turystyczna w cenie ok 35 zł. Not fun.

WĘDRÓWKA SZLAKIEM PIESZYM

Nasze plany zakładały dwukrotny przyjazd do Matki – na trekking i kajaki, ale postanowiliśmy zawęzić to do jednej wizyty i udać się szlakiem pieszym, który wiedzie wzdłuż rzeki. Po kilkunastu minutach wędrówki napotkaliśmy pracownika, który ostrzegł nas, że dobrze zaopatrzyć się w duże kije na wypadek spotkania ze żmiją. Wiecie, ponoć rzeczywiście żyje ich tam dużo, zresztą wspominałam, że później zdarzało nam się widzieć ich wylinki czy jadowite węże w całej okazałości, ale na zupełnych odludziach Macedonii. Wtedy jednak nie spotkaliśmy się z ani jednym przypadkiem i trochę obleciał mnie strach. No bo co ja miałabym tym kijem zrobić? Chyba tylko wydłubać sobie oczy.

No dobrze, ale idziemy – ja, Szymon i nasze kije. Ścieżka jest ogrodzona barierką, więc człowiek nie czuje lęku przed upadkiem. Podejście zajmuje ok. 3 godziny w dwie strony, ale jest niespecjalnie trudne. Widokowo też bardzo ładnie, zwłaszcza że wszyscy ludzie pływali łodziami i tylko my szliśmy szlakiem. Z czasem jednak podróż stawała się coraz mniej przyjemna, bo idąc za oznaczeniami, ścieżka zaczyna zanikać w gęstych paprociach, trzeba przecisnąć się przez parę drzew itd. Średnia to była przyjemność, wyobrażać sobie w kółko, czy się na coś nie nadepnie, więc szliśmy dość wolno. Po jakimś czasie spotkaliśmy inną rodzinę z Polski 2+2, więc radośnie przepuściliśmy ją przodem jako ewentualną przynętę. Oni też nieustannie straszyli się tymi żmijami i piszczeli.

W końcu jednak też się poddali, bo ścieżka stała się tak zarośnięta, że nie sposób było się przez nią przedrzeć i dotrzeć na koniec szlaku, co dla nas było ogromnym rozczarowaniem. Nie wiem, czy to wynikało z zaniedbania, czy z przeświadczenia, że warto podciąć te rośliny dopiero na początku sezonu. Wydawało nam się jednak, że na miejscu sprytnie przemyśleli, że wędrówki turystów nie przynoszą żadnych finansowych korzyści, więc skupiono się tylko i wyłącznie na rozwoju oferty spływów.

KAJAKIEM DO JASKINI WREŁO

Wróciliśmy na start i zostało nam stanowczo zbyt dużo czasu, żeby wracać do domu, dlatego wypożyczyliśmy w końcu ten kajak i wiosłowaliśmy na tyle szybko, żeby zdążyć obrócić nim w dwie strony i zamknąć się w dwóch godzinach (ok. 50 minut w jedną stronę do jaskini). Popłynęliśmy akurat bez żadnej grupy turystów z łodzi, co z początku wydawało się super. Dotarliśmy jednak do miejsca, gdzie wyznaczona została kładka do cumowania kajaków. Do samej kładki nie mam zastrzeżeń, jednak przejście do jaskini okazało się bardzo karkołomne. Trzeba było wejść na żwirową skarpę, która co chwilę się osuwała – żadnych barierek, sznurka do chwycenia, no niczego.

W końcu wdrapaliśmy się na górę do wejścia… a po drugiej stronie ujrzeliśmy piękny mostek, gdzie zatrzymywały się łodzie i wysadzały pasażerów na schodki itd. Trochę w tym momencie poczuliśmy selekcję na tych „gorszych i lepszych turystów”, co do najfajniejszych nie należało. No ale dobra, idziemy do środka jaskini, która na zdjęciach wyglądała oszałamiająco, natomiast w środku… było ciemno, zero podświetlenia. Pomyśleliśmy, że włączy się na czujnik, ale nic. Wokół także zero informacji, czy tak powinno być, czy nie. Wreło zwiedziliśmy więc z latarkami w telefonie, szukając tych największych formacji, stalaktytów, stalagmitów i słynnej skały w kształcie szyszki. Nie ukrywam – nie było to porywające i nasza percepcja znacząco spadła.

Gdy przypłynęliśmy z powrotem do przystani, zapytali nas, jak było, no i wspomnieliśmy o tym braku światła. Mężczyzna tak patrzy, patrzy… i nagle mówi: „A to nie włączyliście sobie?”. Okazało się, że gdzieś we wnętrzu jaskini, tej czarnej, nieoświetlonej i nieoznaczonej jaskini, znajdował się przełącznik i można było zapalić światła samodzielnie, tylko skąd mielimy o tym wiedzieć? Zapewne sternik włącza je ludziom z łodzi po tym, jak odstawi ich na ląd, więc nikt nie pomyślał o informacji dla reszty turystów.

Dla nas ta sytuacja była jedną z gorszych w całej Macedonii. Nie odbierzcie mnie źle – miejsce jest piękne, ale jest bardzo… skalane. Natłokiem ludzi, sprayem na skałach, hałasem, muzyką, właśnie tą komercją. Mieliśmy w głowach obraz tego, co musiało istnieć tu jeszcze parę lat temu i było nam po prostu przykro. Życzymy Wam więc, żebyście trafili na lepszy okres, ładniejszą pogodę, mniej ludzi… może po prostu spodoba Wam się bardziej.

KUKLICA

Po Kuklicy z kolei nie spodziewaliśmy się aż tak wiele, bo miejsce do specjalnie rozsławionych nie należy. Znajduje się w północnej części Macedonii, a jej zamienną nazwą są Kameni Kukli, czyli właśnie nic innego jak kamienne kukły. To około 130 formacji skalnych, większych bądź mniejszych, które pod wpływem erozji zostały uformowane w różne kształty, w większości przypominające ludzkie postacie. Niektóre z nich osiągają wysokość nawet 10 m. Największy wpływ na zmiany zachodzące w skałach mają opady, wiatr i temperatura.

Spacerując po tym miejscu, natkniecie się na tabliczki z nazwami poszczególnych formacji lub ich grup. Przewiną się Wam przed oczami Panna Młoda, Pan Młody, Ojciec Chrzestny czy Goście Weselni, a ich nazwy nie są kwestią przypadku, a ludowych historii, których niestety nie przytacza nikt na miejscu, nie są one również spisane na żadnych tabliczkach, a jak dla mnie są niezmiernie ciekawym elementem kulturowym.

Legenda dotyczy chłopca zamieszkującego region Kuklicy, który równocześnie spotykał się z dwiema dziewczynami, a na co dzień parał się kamieniarstwem. Zaplanował ślub z nimi na ten sam dzień i dopiero wtedy miał podjąć ostateczną decyzję – czy za żonę wziąć piękną, choć biedną, czy bogatą, ale brzydką. Gdy wybrał drugą z nich, pierwsza zdenerwowała się i rzuciła klątwę na parę młodą i obecnych gości, zamieniając ich w kamień. Wersji tej przypowiastki jest kilka, ale generalnie zawsze sprowadza się ona do poczucia zdrady i rzucenia czaru na kochanka. Pozwolę jednak przytoczyć sobie fragment, który najbardziej mi się podoba:

„Wyszła na zewnątrz i ze zdumieniem zaczęła podążać za dźwiękiem muzyki. Zobaczyła, że jej narzeczony wychodzi za mąż za inną kobietę. W tym momencie ich przeklęła. Kiedy państwo młodzi mieli się pocałować, zamarli. Razem ze swatami. Wszyscy mają uśmiechnięte twarze, dlatego nazywa się to wesołym ślubem. Och, w piekle nie ma gniewu tak silnego jak zraniona kobieta”

Niektóre kamienne rzeźby naprawdę do złudzenia przypominają kreskówkowe twarze ludzi, nawet jeden posąg wygląda, jakby grupa przyjaciół obejmowała się do zdjęcia. Jest też mnóstwo formacji skalnych, których widok z pewnej odległości przypomina płaskorzeźby. Po terenie możemy wędrować, jak tylko żywnie nam się podoba; co prawda pilnuje go dozorca, ale zwraca uwagę na odwiedzających tylko na wejściu, żeby się z nimi przywitać. Wstęp tutaj jest darmowy, ludzie praktycznie zero. Ogółem – polecamy.

ZATOPIONY KOŚCIÓŁ W MAWROWIE

Mawrowo to Park Narodowy w Macedonii, który znajduje się na zachodzie kraju i który już kilka razy przewijał się przez moje wpisy (należytą uwagę poświęcę mu jeszcze osobno). Symbolem parku jest właśnie zatopiony kościół, choć tutaj może budzić lekkie kontrowersje umieszczenie go na liście atrakcji stworzonych przez naturę. Jeśli jednak ktoś nie poczyta wcześniej o powstaniu tego miejsca, to właśnie takie może mieć wrażenie.

Kościół św. Mikołaja powstał w XIX w. i niejako spisano go na straty ok. 100 lat później w momencie powzięcia decyzji o utworzeniu na terenie parku sztucznego jeziora, które stanowiłoby nie tylko miejsce do połowu ryb, ale także źródło pozyskiwania energii. Podejrzewam, że nikt nie spodziewał się, jaką atrakcją to miejsce stanie się w przyszłości, ani że w ogóle tyle przetrwa. Budynek przez długi czas rzeczywiście był w całości pod wodą, jednak teraz przeważnie już się to nie zdarza i zawsze można dostrzec ponad powierzchnią jego dach i kawałek murów.

Warto jednak mieć na uwadze, że poziom wody zmienia się w zależności od pór roku, o czym my w zasadzie nie pomyśleliśmy. A może pomyśleliśmy, ale na zasadzie: „To fajnie, kościół będzie lepiej widoczny, łatwiej będzie go znaleźć”. Tymczasem będąc tam w maju… on stał już zupełnie obok jeziora i to spory kawałek! Trochę mi było przykro, tak nie zobaczyć go w stanie, którym wszyscy się zachwycają, ale i tak musicie przyznać, że robi wrażenie.

Podeszliśmy bliżej, a na miejscu spotkaliśmy Wasilijego – starszego już mężczyznę, który zajmował się sprzątaniem gruzowiska wewnątrz kościoła. Wywoził taczką te wszystkie fragmenty, które rozsypały się podczas podtopienia i był wyraźnie ucieszony, że spotkał jakichś turystów. Trochę z nim porozmawialiśmy, nawet skojarzył brzmienie naszych imion z macedońskimi odpowiednikami. Opowiedział nam, że ma szóstkę dzieci, że połowa wyjechała do innych krajów, że córka ma fajnie płatną pracę w Niemczech, że jest już dziadkiem. Tak jak wspominałam przy okazji pierwszego wpisu o Macedonii – Macedończycy naprawdę lubią rozmawiać; o sobie, o Was, wszystkiego są ciekawi!

Za odwiedzenie tego miejsca oczywiście nie ma żadnych opłat, ale jak już wspominałam – polecam przyjechać tu na wiosnę w czasie roztopów, podczas ciepłej zimy lub na jesień, jeśli macie chęć DOPŁYNĄĆ do kościółka.

Na dziś to już tyle. Dajcie znać, jakie miejsca Wy polecilibyście od siebie, a także czy widzieliście te wymienione przez nas. Które podobało Wam się najbardziej? Trzymajcie się ciepło!