Macedonia jest wręcz rajem dla osób, które uwielbiają trekkingi lub górskie wspinaczki ze względu na zróżnicowane ukształtowanie terenu oraz wiele hektarów ziem objętych parkami narodowymi. Największym wyzwaniem dla każdego, kto zawita w tym kraju, może być wejście na najwyższy szczyt Korab (2 764 m), jednak my skupimy się na opisach innych szlaków o bardzo zróżnicowanej trudności i nachyleniu. Każdy z nich wiedzie do lub przez piękne widokowo miejsca znacząco różniące się od siebie nawzajem. Mamy więc nadzieję, że znajdziecie tutaj coś dla siebie i Macedonia trafi niebawem na Wasze podróżnicze listy! Zapraszam na:
- Markovi Kuli
- Magaro
- Tri Mazi i Park Narodowy Galiczica – trasa do jaskini Samotskiej
- Park Narodowy Mawrowo – trasa do jaskini Alicica i wodospadu Sin
MARKOVI KULI
Ruiny antycznej osady z wyraźnie odznaczającymi się wieżami warownymi i murami obronnymi. Znajdują się w środkowej części Macedonii, nieco na południe, nieopodal miasta Prilep. Budowlę wzniesiono na wzgórzu liczącym sobie 180 m i wbrew pozorom charakteryzuje się dość ostrymi zboczami. Wiele źródeł historycznych podaje, że przez blisko 100-200 pierwszych lat istnienia twierdzy broniło jedynie 40 osób. Na szczyt wiedzie żwirowa droga, więc jeśli ktoś prowadzi auto 4×4, może podjechać naprawdę wysoko. Jeśli nie, to radzimy zostawić samochód na samym dole i oddać się wędrówce niecałe 2 km.






Ścieżka jest szeroka, jej przejście nie zajmuje nawet godziny, a widok jest wręcz bajeczny, bowiem ze szczytu obserwujemy całą panoramę z Prilepem na czele. Nawet w maju słońce prażyło niemiłosiernie, więc warto zaopatrzyć się w butelkę wody i ubranie „na cebulkę”. Wędrówkę urozmaicają liczne motyle i dużych rozmiarów jaszczurki, w wyższych partiach możemy przejść się wzdłuż fortyfikacji, zboczyć nieco ze ścieżki i porobić trochę zdjęć. Już prawie na samym szczycie maszerujemy po kamiennych schodkach, chociaż uczucie jest dość nieprzyjemne ze względu na brak jakiejkolwiek barierki albo czegoś do przytrzymania.

Na szczycie prócz ruin stoi teraz ogromny, metalowy krzyż podświetlany nocą (dość częsty motyw przewijający się przez całą Macedonię). Za dnia nie robi specjalnego wrażenia, co więcej można spotkać tam miejscowych popijających piwko i wygrzewających się bez koszulek. Jest więc dużo potłuczonego szkła i akurat dotarcie na samiuteńki szczyt nie napawa wielką satysfakcją, przyjemniejsza wydaje się sama wędrówka. Podejście nie jest trudne, większość osób nie powinno mieć z nim problemu. Po drodze jest altanka, są też czasem ławeczki albo po prostu przystępne do odpoczynku murki.
Z powrotem można od połowy zejść już zboczami, nie wyznaczoną ścieżką, a przynajmniej tak robiła większość Macedończyków. Wiedzieli, gdzie zejście jest najłagodniejsze, a ziemia najlepiej wydeptana, więc skusiliśmy się iść za nimi. Poza bolącymi kolanami na pewno była to najbardziej efektowana forma zejścia na sam dół, niespecjalnie karkołomna.
MAGARO
Jedno z naszych większych zaskoczeń i na pewno najbardziej zapamiętanych dni w Macedonii. Szczyt znajduje się w południowo-zachodniej Macedonii, tuż obok jeziora Ochrydzkiego i jest najwyższy w paśmie Galicica. Liczy sobie 2255 m n.p.m. czyli trochę mniej niż nasze Rysy. Strasznie chcieliśmy go zdobyć ze względu na niesamowity widok rozciągający się na szczycie – widzimy stamtąd dwa jeziora po przeciwległych stronach góry. Poczytaliśmy więc wcześniej, na co mniej więcej mamy się przygotować i w zasadzie wszyscy pisali, że to łagodne wejście, w sam raz na początek w Macedonii.
Był maj, więc postanowiliśmy poczekać do czerwca, żeby śnieg na pewno stopniał (po dwóch czy trzech tygodniach pobytu widok na góry czynił diametralną różnicę). W międzyczasie obserwowałam Instagramy osób, które już wrzucały relacje z Tatr z podobnych wysokości, na jakiej mieliśmy się znaleźć, śniegu praktycznie zero, więc nastawialiśmy się dość optymistycznie.
Pech chciał, że pogoda zupełnie się nie sprawdziła, a nasz okres wynajmu samochodu dobiegał końca i wiedzieliśmy, że to nasza ostatnia szansa na zdobycie szczytu. Tak naprawdę to była kwestia szczęścia, bo w drodze na Magaro objeżdżaliśmy dookoła kilka innych szczytów i tylko nasz wyglądał, jakby zapowiadało się przedzieranie przez mgłę i chmury. Pogoda zmieniała się diametralnie średnio co godzinę (słońce, deszcz, mgła, chmury), więc zacisnęliśmy zęby i ruszyliśmy.
Wysiedliśmy z auta na jednym z punktów widokowych i w pierwszym odruchu myślałam, że wyrwie nam drzwi. To było prawie tak intensywne jak w momencie, kiedy wiatr zdmuchnął mnie przed sklepem na Islandii. I chociaż tutaj stąpało się normalnie, to słychać było dosłownie gwizdy wokół nas. Kolejny raz zastanowiliśmy się więc, czy idziemy. Idziemy.
Zostawiliśmy auto przy oznaczeniu G-6, gdzie mieliśmy do przejścia ok. 1000 m w pionie. Stając przed drogowskazem, naszym oczom ukazał się szczyt w dość ośnieżonych chmurach. Żadne z nas oczywiście nie wzięło rękawiczek, no bo po co komu rękawiczki, gdy wygrzewa się w słoneczku na 26-ciostopniowym upale. Stwierdziliśmy, że w najgorszym wypadku zawrócimy (oczywiście każdy zna już finał historii).

Szliśmy szlakiem biało-czerwonym przez las i początek był nawet przyjemny poza faktem śliskich liści pod nogami i lodowatym powietrzem, którym ciężko się oddychało. Podejście w żadnym momencie nie było płaskie, raczej trzeba się nastawić na taki jednostajny wysiłek bez przerwy. Nie turbo duży, ale warunki nie sprzyjały i ja kondycyjnie nie czułam się kwitnąco.
Przez długi czas nie natrafiliśmy nawet na odrobinę śniegu, następną zmianą była dopiero mgła, którą odsłoniły drzewa. Z początku dość rzadka, bliżej szczytu ograniczała widoczność na jakieś 10-20 metrów. Potem zaczął się śnieg, ale nie tak, że tam troszkę – po prostu nagle leżało go dużo, ale jeszcze na tyle, że człowiek był w stanie iść poboczem wzdłuż głównej ścieżki. Chwilę później już nawet to nie wystarczało, więc szliśmy, na początku ślizgając się bez większego pomysłu. W końcu zaczęliśmy wbijać buty w śnieg samymi czubeczkami i to przyniosło efekty. Motywowało nas wyłącznie, że po tym fragmencie znów rozpoczynała się zieleń i to nawet z przebłyskiem kwiatów. W każdym razie tam dało się iść.

Mnie wiara opuściła w momencie zobaczenia dużej pochyłości calusieńkiej pokrytej śniegiem. Podeszliśmy nią kawałek, dotarliśmy nawet dość wysoko. Wbiliśmy kij w ziemię, żeby sprawdzić, jak gruba warstwa śniegu tutaj zalega. Żeby Was nie okłamać, przyłożyliśmy go potem do mnie i spojrzeliśmy na mokry ślad – zapadłabym się jakoś po klatkę piersiową, więc szłam tylko i wyłącznie po skałach.

Najgorzej zrobiło się, gdy zaczął padać śnieg, a mgła się zagęściła. Do szczytu zostało jakieś 200 merów, ale zaczął znikać nam z oczu szlak i szukanie jednego oznaczenia zajęło nam koło 40 minut. Nie ma tam żadnych drzew i stwierdzono, że idealnym pomysłem będzie umieszczenie flag na kamieniach, na ziemi, którą teraz grubą warstwą pokrywał śnieg. Gdyby nie to, pewnie doszlibyśmy na szczyt, bo ja mam upór osła, a Szymon zapala się szybko jak zapalniczka na takie wędrówki, ale odezwała się w nas zdroworozsądkowość i się wycofaliśmy. Wiecie, w pobliżu żadnego numeru telefonu, nikt nie wiedział, że tam jesteśmy, zero człowieka…
Największy ubaw mieliśmy podczas schodzenia, bo dosłownie zjeżdżaliśmy na dół – czy to na butach, czy na pupie. Mieliśmy potem tyle śniegu w ubraniach, że do wieczora nie mogliśmy się wygrzać. Zawsze jak to wspominamy, trochę nam żal tego, jak wszystko się złożyło, ale z drugiej strony w podróży nie wszystko zawsze wychodzi idealnie i ma to jakiś urok.
Gdyby jednak tylko nie było śniegu, to Magaro naprawdę mogłaby być świetną, taką średnio-wysiłkową trasą z przyjemnym podejściem i fantastycznymi widokami. Polecam powtórzyć w lepszej wersji niż my.


TRI MAŽI
Jedna z moich ulubionych wycieczek trekkingowych, zwłaszcza że wyszła zupełnie spontanicznie. Naszym pierwotnym planem nie był bowiem szczyt Tri Mazi, tylko Samotska Dupka, czyli jaskinia, której poświęcimy osobny wpis. W drodze powrotnej mieliśmy jednak zapas siły, więc gdy zobaczyliśmy drogowskaz, który wiedzie jeszcze w górę, po prostu za nim poszliśmy.
Tri Mazi to szczyt w Narodowym Parku Galicica, który liczy sobie 1628 m n.p.m., a jego nazwa oznacza dosłownie „Trzej ludzie/mężczyźni”. My dostaliśmy się do niego, zostawiając auto przy jednym z hoteli w miejscowości Konjsko, skąd bezpośrednio wiedzie szlak. Stąd mamy ok. 5,5 km w jedną stronę do Samotskiej Dupki – tak naprawdę przechodzimy najpierw przez wieś, gdzie możemy pooglądać pasące się owce. Później czeka nas najbardziej pochyły odcinek malowniczo położonej trasy – cały czas idziemy czymś w rodzaju wydeptanej polany z widokiem na jezioro Ochrydzkie. Wokół jest mnóstwo kwiatów i motyli, za to niestety oznakowanie szlaku jest bardzo ubogie i przy żadnych z rozwidleń nie wiadomo, w którą stronę iść. My wspomagaliśmy się przy tym aplikacją Maps.me, która wykrywała naszą lokalizację i mniej więcej pokazywała szlaki. Do dokładności brakowało jej kilku ładnych metrów, ale i tak bardzo pomagała nam przez większość drogi, zwłaszcza na rozległych polanach, więc polecam się w nią zaopatrzyć.





W marszu przeszkadzają jedynie słupy wysokiego napięcia rozciągnięte ponad głowami… zwłaszcza że część kabli jest poobrywana i po prostu dyndają sobie swobodnie. Jeśli ktoś by się zagapił, to nie sztuką byłoby w nie wejść albo nawet ich złapać – mieliśmy nadzieję, że ta linia dawno jest wyłączona i nieczynna.
Po przejściu tego odcinka nachylenie staje się znacznie mniejsze, w wielu momentach jest wręcz po prostu płasko. Nad głowami zamiast kabli mamy drapieżne ptactwo, polana jest intensywnie zielona, czasem spacerujemy po krótkich odcinkach z kamieni czy przez mały lasek, gdzie znaleźliśmy wylinkę żmii. W trawie z kolei dostrzegliśmy róg zgubiony przez jelonka w okresie dojrzewania – udało nam się go nawet w pełni legalnie przetransportować do Polski (problemy z porożami zaczynają się ponoć dopiero, gdy ich waga przekracza 3 kg).

Później już da się dostrzec drogowskazy, ale niekiedy są one wyrwane lub wywrócone… Często jednak nie wygląda to na działanie człowieka, a jakby drewno podgryzały żyjące w parku zwierzęta. Z daleka udało nam się nawet ujrzeć jelenie przy wodopoju!

Żeby dotrzeć do Samotskiej Dupki, wychodzimy na polanę, gdzie mniej więcej w połowie musimy przejść przez wysokie trawy, wdrapać się odrobinę po skałach, aż dotrzemy do kraty z odpowiednimi oznaczeniami. W maju było tam mnóstwo liści, więc bardzo łatwo było o poślizgnięcie się, ja praktycznie dwa razy zaliczyłam spotkanie z ziemią (nie mieliśmy też dobrych butów, bo górskie schły dobrych kilka dni po śniegu z Magaro).
Wracając z powrotem tą samą trasą, po jakichś 40 minutach ujrzymy drogowskaz skierowany w górę właśnie na Tri Mazi (6 km w jedną stronę). Tak naprawdę problem sprawia może ostatni kilometr, który polega na tym, że spacerujemy już stricte po skałach, a potem grani. Na jej szczycie jest się dość szybko, ale trzeba dodać dodatkowe pół godziny, jeśli chcemy znaleźć się w najwyższym jej punkcie, czyli właśnie na szczycie, z którego wyraźnie widać 3 czubeczki. Tutaj paniom o długich włosach radzę zabrać ze sobą gumkę, bo wiar wieje niemiłosiernie i przez pół drogi albo nic nie widziałam, albo chwytałam włosy ręką, drugą się asekurując, co nie było specjalnie wygodne. Długie, grubsze spodnie również są tutaj atutem, bo na grani jest mnóstwo kłujących roślin. Jeśli jednak nie chcecie, żeby było Wam za gorąco, to ukłucia są znośne, choć częste.



Wchodzenie jest przyjemne, gorzej z zejściem ze względu na sporą stromiznę. Widoki z góry są powalające, bo widać całą panoramę jeziora Ochrydzkiego i Ochrydy z jednej strony, z drugiej natomiast daleko rozciągające się połacie zielonego Parku Narodowego. Na pewno jedne z piękniejszych górskich widoków, jakie przyszło mi oglądać, więc gorąco polecam.
Całość trasy do Samotskiej Dupki, Tri Mazi i na dół wynosi ok. 23 km i mimo że często są tu płaskie odcinki sprzyjające odpoczynkowi, to w drodze powrotnej, przez ostatnie 3 km czuliśmy już solidne zmęczenie. Jeśli chcielibyście skrócić sobie ten odcinek, to wycieczka jedynie do Samotskiej Dupki wynosi ok. 5,5 km (11 km w dwie strony), do samego Tri Mazi ok. 9,5 km (19 km w dwie strony). Cokolwiek wybierzecie, w maju/czerwcu będziecie zachwyceni.
PARK NARODOWY MAWROWO – SZLAK DO JASKINI ALICICY I WODOSPADU SIN
Mawrowo to chyba najbardziej rozpoznawalny Park Narodowy w Macedonii, który obejmuje zasięgiem wioskę Galicnik z bogatymi tradycjami i folklorem, zatopiony kościół św. Mikołaja, o którym pisałam TUTAJ, a także najwyższy szczyt Macedonii – Korab. To też miejsce z niezliczoną ilością szlaków, wodospadów i jaskiń i to właśnie do nich postanowiliśmy dotrzeć. Pierwotny plan zakładał dotarcie do Alicicy, drogowskazy podpowiedziały nam jednak, że niewiele dalej znajduje się też Sin Vir – nie wiedzieliśmy co to, więc poszliśmy sprawdzić i okazało się, że natrafiliśmy na wodospad… a nawet dwa.




Trasa do Alicicy to jedynie 3 km w jedną stronę, 3,5 do wodospadu Sin. Wraz z Szymonem do teraz toczymy zacięty bój, który park podobał nam się bardziej – on wciąż obstaje za Mawrowem, ja za Galiczicą, które w bardzo dużym stopniu się od siebie różnią. To tylko dowodzi, że każdy znajdzie dla siebie odpowiednie miejsce, dlatego warto udać się i tu, i tu!
Podejście do atrakcji jest bardzo łagodne – najpierw idziemy ścieżką pomiędzy przerzedzonymi drzewami, z widokiem na imponujące, wysokie skały. Wokół jest mnóstwo kwiatów, do przejścia mamy też kilka mniejszych strumyczków, a za nimi już cały czas idziemy wzdłuż rwącego potoku, który prowadzi nas do celu. Warto udać się tutaj w maju, ponieważ ze względu na obecność wysokich szczytów możemy trafić na roztopowe wodospady i nam udało się jeden uchwycić, nawet pisałam o nim TUTAJ.

Szlak tylko w jednym miejscu staje się nieprzyjemny, jakieś 20 minut przed jaskinią. Musimy przejść wtedy wzdłuż osuwiska, ścieżka jest wąska i łatwo, żeby komuś ześlizgnęła się noga. Jeśli chodzi o samą jaskinię, to zostanie jej poświęcony osobny post, natomiast dostać się do niej można tylko i wyłącznie przez lodowatą wodę.

Następne 500 metrów wiodące do wodospadu przebywamy po kładkach, leśną dróżką, napotykamy też kolejną jaskinię na lądzie. Ta jednak jest głęboka, wydaje się idealną kryjówką dla zwierzęcia nawet pokroju niedźwiedzia, więc tylko zerknęliśmy do środka i szybko się wycofaliśmy. W maju dojście do wodospadu jest wręcz niemożliwe, poziom wody jest za wysoki i dróżka w pewnym momencie zanika, mimo że dalej widzimy kładki, po których zwykle można przejść. Tutaj wypadałoby przyjechać w okolicach wakacji dla lepszego efektu.

Z naszej strony to już wszystko na dziś. Dajcie znać, które z tych miejsc wydaje Wam się najciekawsze i czy byliście w którymś z nich. Czekamy na Wasze opinie i relacje z podróży, a tymczasem trzymajcie się ciepło!





















