Informacje ogólne: To już czwarta część naszej relacji z Islandii, więc jeśli trafiłeś tu dopiero teraz, to nic nie szkodzi, zapraszam do czytania (może tylko tego wpisu, a może także poprzednich). Poniższy skupi się na wodospadach w zachodniej części wyspy, będzie też parę słów o płatnych tunelach i wstęp do rejsu z wielorybami. Zapraszam:
- Wodospady Hraunfossar i Barnafoss
- Wioska Reykholt
- Uczcie się na naszych błędach
- Vadlaheidi Tunnel – płatny tunel w pobliżu Akureyri
- Islandia a jazda nocą
- Gentle Giants – Rejs z wielorybami
- Nocleg w Elda Guesthouse
Wodospady Hraunfossar i Barnafoss
Pierwszym takim przyrodniczym cudem, który utkwił nam w pamięci po przyjeździe na Islandię, były dwa wodospady położone w bliskim sąsiedztwie (współrzędne geograficzne, jeśli chodzi o dobre parkowanie: 64°42’06.2″N 20°58’44.5″W). Oczywiście trzeba później przejść na piechotę 300-400 m, auto bardzo rzadko zostawia się przy samej atrakcji – czasami odległość wynosi nawet 1,5 km albo więcej (pod górę, niezliczoną ilością schodów itd.), żeby dotrzeć do tego, po co właściwie przyjechaliśmy. To naszym zdaniem przy okazji długiego podróżowania samochodem jest akurat jak najbardziej wskazane; odrobina ruchu, rozruszanie kości, no bo w końcu nie jechaliśmy na wakacje z zamiarem lenistwa.
Na miejscu możemy zobaczyć coś na wzór pieszej trasy wyznaczonej przez rozwieszone sznury. My się ich trzymaliśmy, ale co bardziej zapalczywi fotografowie (albo po prostu Azjaci) obierali własny szlak po skałach, tuż przy samej wodzie, czego raczej Wam nie polecam robić, jeśli w razie czego nie chcecie mieć nieprzyjemności. Szliśmy od takiej strony, że najpierw ujrzeliśmy Hraunfossar, a dopiero później Barnafoss. Ciężko nawet przyrównać do siebie te dwa wodospady, bo wyglądały zupełnie inaczej i robiły odmienne wrażenie, ale nawet z perspektywy czasu wydaje mi się, że Hraunfossar nie tylko podobał mi się bardziej, co nawet był moim ulubionym spośród wszystkich zobaczonych później. Powiedziałabym, że to taka seria mniejszych wodospadów rozciągająca się na bardzo dużą szerokość. Patrząc na to, ma się wrażenie, że w miejscach, w których popękała skała, płyną strumienie łez.



Na szlaku co chwilę znajdują się platformy, gdzie można stanąć, wychylić się i zrobić co ładniejsze zdjęcia. Idąc dalej, dochodzimy do Barnafoss, który jest znacznie węższy. Woda z niego spływa do wąwozu z bardzo dużą prędkością, dlatego można zaobserwować nawet nie tyle, że się pieni, ale wydaje się wręcz biała, co kontrastuje z błękitną siostrą na zdjęciach powyżej.


Po całym obchodzie na bardziej zmarzniętych i zmęczonych czeka bar/restauracja tuż przy samym wejściu na ścieżkę. W środku można zamówić kawę czy czekoladę, no i co ważne – skorzystać z toalety!

Wioska Reykholt
Chciałabym powiedzieć, że spędziliśmy tam nieco czasu, jednak już wtedy wyglądaliśmy z nim krucho, zwłaszcza że nadłożyliśmy drogi, udając się do Reykholtu, który uchodzi za jedno z ważniejszych kulturowych miejsc na Islandii. Urodził się tam Snorri Sturluson, jeden z istotniejszych pisarzy tego kraju, ale poza jego pomnikiem i urokliwym kościółkiem nic nas specjalnie nie urzekło. Z początku miałam wrażenie, że musimy podjechać dalej, żeby coś zobaczyć, ale szybko doszliśmy do wniosku, że dwie krzyżujące się ze sobą uliczki to wszystko, co mieliśmy ujrzeć. Do tej pory chce mi się śmiać, kiedy pomyślę o komentarzu Maćka, gdy ujrzeliśmy niewielki cmentarz ze zdjęcia poniżej: „O, spójrz. Tu pochowano wszystkich mieszkańców Reykholtu, którzy mieszkali w nim w ciągu ostatnich 1000 lat”.
Uczcie się na naszych błędach

Jak już wcześniej wspominałam, nie mieliśmy papierowej mapy, więc kiedy tylko wyjechaliśmy z tej miejscowości, nawigacja skierowała nas na “najszybszą” drogę, która co prawda miała ograniczenie prędkości do 80 km/h, ale my poruszaliśmy się tam 20-26 km/h w porywach. To było nasze pierwsze zetknięcie się ze żwirową drogą – zupełne pustkowie, prawie żadnego auta po drodze, a jak już się jakieś trafiło, to zjeżdżaliśmy na bok, bo mieliśmy wrażenie, że gdyby kierowca mógł, to za nasze ślimaczenie się po prostu zabiłby nas wzrokiem. Musicie jednak wierzyć na słowo, że chrzęst drobnych kamyczków uderzających w podwozie i odbijających się od boków auta był naprawdę przeszywający. Prawie tak jak głos faceta z wypożyczalni, który mówił “12 tys. euro za zniszczenia dokonane na samochodzie”.
Straciliśmy na tamtej drodze jakieś 40 minut, po prostu ze strachu i stresu. Potem zresztą nie było dużo lepiej, więc zadzwoniłam na nasz przyszły nocleg z prośbą, by właściciel zostawił nam klucze do pokoju na recepcji. Taka sytuacja zdarzyła nam się trzy razy, ale nigdy nikt nam nie odmówił, mimo że wiązało się to z tym, że pracownicy nie zapiszą np. numeru naszej karty kredytowej. Tej nocy dostaliśmy nawet liścik ze wszystkimi informacjami dotyczącymi śniadania, pokoju i tak dalej, więc to był naprawdę przyjemny gest ze strony pracowników Eldá Guesthouse, mimo że ledwie umieliśmy to wszystko przeczytać, tak nam się oczy kleiły ze zmęczenia.
Wspomnienie tej i następnej nocy nie jawią nam się jakoś specjalnie kolorowo. Spędziliśmy wiele godzin w aucie, ale wbrew pozorom też sporo chodziliśmy, więc brakowało nam chwili na odpoczynek. Psychicznie też ciążyła na nas coraz większa presja, jako że z samego rana musieliśmy z Myvatn wrócić do Husaviku (około 56 km) i zdążyć na godzinę 9:45, by wypłynąć w rejs z wielorybami. Im dalej, tym robiło się gorzej, także jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że zmierzchało. Za dnia można skupić uwagę na niezwykłych krajobrazach, wymieniać się opiniami, wypatrywać zwierząt. W nocy zobaczenie czegokolwiek graniczy niemalże z cudem. Oczywiście liczyliśmy, że dopisze nam szczęście i zobaczymy zorzę, ale niebo było bezchmurne jedynie raz w ciągu całego naszego wyjazdu, a i wtedy się nie udało. Jedynym urozmaiceniem okazały się tunele – większe, mniejsze, które to właśnie okazały się naszą największą gafą na tym wyjeździe.
Vadlaheidi Tunnel – płatny tunel w pobliżu Akureyri
Od samego początku, nawet będąc w wypożyczalni, każdy powtarzał nam, że na północy Islandii, w pobliżu Akureyri, znajduje się płatny tunel, przez który można przejechać i zaoszczędzić kilkudziesięciu kilometrów, albo ominąć go i udać się darmową drogą na około. Wiecie, było już po 22:00, więc zgodnie stwierdziliśmy, że możemy zapłacić, bo liczyła się dosłownie każda minuta. Tyle że tunele się skończyły, a my nie zapłaciliśmy nic. Nie, żebyśmy jakoś specjalnie rozpaczali z tego powodu, ale wydawało nam się to dziwne, że na miejscu nie natknęliśmy się na punkt poboru opłat, jakieś szlabany, budki czy cokolwiek innego. Uprzedzając Wasze pytania: nie pojechaliśmy przypadkowo objazdem, Vadlaheidi Tunnel jak najbardziej okazał się płatny, tyle że opłatę uiszcza się internetowo. Trzeba to zrobić w ciągu trzech godzin od przejechania tą trasą, w innym wypadku naliczana jest dodatkowa opłata za każdorazowy przejazd tą drogą.
Cóż, całe szczęście, że robiliśmy obwodnicę i tamtędy nie wracaliśmy, chociaż tym mogliśmy się pocieszać. Przyznaję jednak, że moment otrzymania niespodziewanego maila ze strony wypożyczalni w ostatni dzień naszej podróży był dla mnie jednym z bardziej emocjonujących podczas całego wyjazdu. Jestem pewna, że pobladłam jak ściana, podczas kiedy Maciek śpiewał właśnie kolejną piosenkę w cebula-carze. Jako że siedział ze kierownicą i stresował się już samym faktem zdania samochodu, postanowiłam nie odzywać się tak długo, aż obliczę w głowie wszystkie koszty, które miały nam się obnażyć. O dziwo nie okazało się tak tragicznie, jak z początku myślałam. Podstawowy koszt przejazdu przez Vadlaheidi Tunnel to około 50 zł, do tego mandat w wysokości 85 zł. Gdy podzieliło się to na dwa, aż można było odetchnąć z ulgą, jeśli przed oczami miało się już jakieś tysiąc złotych.
Jak to się właściwie stało, że tego nie dopilnowaliśmy? Naszym błędem było przyjęcie typowych zachodnioeuropejskich standardów dla Islandii. Nie doczytaliśmy o tym, bo wydawało nam się oczywiste, że płaci się na miejscu. Nie dawało nam to spokoju, więc trochę poszperaliśmy w internecie i okazało się… że tabliczka z informacją o opłatach rzeczywiście stoi przy tunelu, ale o 22.16 (dzięki mandatowi przynajmniej znam dokładną godzinę), było już tak ciemno, że nawet nie było jej widać. Naprawdę, ciemność na Islandii jest bardzo dojmująca, zwłaszcza jeśli przejeżdża się pomiędzy dwoma wzniesieniami – wokół jest dosłownie czarno, żadnych świateł, nie ma gwiazd i widać tylko to, co znajduje się kilka metrów przed maską auta.
Islandia a jazda nocą
Takie warunki wzbudzają dyskomfort, nawet jeśli zdajesz sobie sprawę, że Islandia to jeden z krajów o najmniejszym odsetku przestępczości. Jadąc nocą i napotykając samotny dom na środku odludzia, gdzie paliła się jakaś pojedyncza żarówka, mieliśmy wrażenie, że mieszka tam ktoś, kto zupełnie postradał zmysły. Pamiętam, jak zgodnie stwierdziliśmy wtedy, że żyjąc w taki sposób, spalibyśmy ze strzelbą pod poduszką i budzili się z przerażeniem na każde skrzypnięcie drzwi czy okiennic. To był też powód, dla którego nie zatrzymaliśmy się na poboczu i po prostu nie zdrzemnęliśmy na chwilę.
Maciek co rusz wyganiał mnie do spania, bo myślę, że widział, jak walczę ze snem, mimo że w tle głośno grała muzyka i staraliśmy się podtrzymać konwersację. Ciągle powtarzał, że to był długi dzień, że mam okres, że przecież brzuch mnie boli i mam iść spać. Trochę nasz brak siły był też spowodowany właśnie tym, że nie jedliśmy (ten i następny dzień opierał się na diecie: nażryj się na śniadanie do granic możliwości i wieczorem oszukaj głód chińską zupką zapitą gorącym kubkiem). Wiedziałam, że na kierowcę jeszcze bardziej usypiająco działa śpiący pasażer na siedzeniu obok, poza tym trzymało się mnie poczucie solidarności. Maciek jednak cały dzień prowadził, a znam jego charakter i wiedziałam, że nie przyzna, że nie da rady, więc zostawianie go bez nadzoru wydawało mi się skrajną nieodpowiedzialnością. Męczyliśmy się przynajmniej we dwoje.
Nie wiem, która droga przysparzała nam o tej porze więcej problemów. W dzień podróżowanie „1” stanowiło luksus, ale po ciemku stawało się strasznie monotonne. Prosta droga, nie ma zbyt wielu zakrętów, nie wymaga dużego skupienia. W asfalcie raczej nie pojawiają się dziury, znaki są niemalże niepotrzebne, obecność innych aut znikoma, nie widać dosłownie niczego, na czym można skupić uwagę. Pamiętam, że jadąc w stronę Paryża, na autostradzie panowała podobna stagnacja, jako że wokół oprócz pól niewiele dało się zobaczyć. Tam jednak na poboczach ustawiano na przemian kolorowe kule, trójkąty, kwadraty i tak dalej, żeby urozmaicić jazdę kierowcy. Na „1” nie było o tym mowy, oczy mimowolnie zamykały się z braku zajęcia.
Rozbudzenie przychodziło zawsze w przypadku dróg takich jak „99”, którą podróżowaliśmy następnego dnia w kierunku Höfn. To z pewnością jedno z moich gorszych wspomnień, jeśli chodzi o cały wyjazd. Rozbudziliśmy się niemal natychmiastowo, kiedy auto wjechało na żwirową powierzchnię pokrytą spękaniami, dołami i czymkolwiek tylko się dało. Nasza Kia niespecjalnie miała ochotę hamować przy spadkach i podjeżdżać pod wysokie wzniesienia, zza których nie dało się zobaczyć dosłownie niczego. Nawet nie byliśmy pewni, w którą stronę należy skręcić, gdy już ujrzymy dalszą część nawierzchni, ani czy ktoś nie nadjedzie z naprzeciwka. Dźwięk obijających się o auto kamyczków i kamieni spędzał sen z powiek, pojawiał się stres. Nawigacja pokazywała jeszcze kilkadziesiąt kilometrów drogą, której nie sposób ominąć, czas podróży ciągle się wydłużał, nocleg wydawał się jeszcze bardziej odległy, a my autentycznie zastanawialiśmy się, jakim cudem dojedziemy na miejsce. W takich momentach czuliśmy straszne zmęczenie psychiczne, a kiedy wyjeżdżaliśmy na prostą drogę, razem z ulgą przychodziło wyczerpanie fizyczne.
Myśląc o tym dniu, najbardziej żałuję, że zabrakło nam czasu na wodospad Godafoss. Generalnie zachodnia część Islandii pozostała dla nas w dużym stopniu nieodkryta. Pocieszające wydaje się jednak, że mamy tym więcej motywacji, żeby wrócić i spróbować jeszcze raz, tym razem z lepszym efektem. Do Akureyri dotarliśmy około godziny 23.00. Jedno z bardziej pokaźnych miast w kraju, które my zobaczyliśmy jedynie przejazdem, zaliczając stację benzynową jako cały postój. W porządku, wyglądało ładnie, kiedy obserwowaliśmy je z daleka jako jeden z niewielu punktów oświetlonych setkami świateł, jednak czuliśmy żal. Zostawiając je za sobą, usłyszałam tylko głos Maćka: „Nie no, Akureyri piękne jak ja pierdole” i zaczęłam się śmiać, choć tak naprawdę był to raczej śmiech przez łzy.
Z nas dwójki to on jest osobą, której w większym stopniu humor nie opuszcza nawet w złych sytuacjach. Rzucał żarty, nie awanturował się, nie miał pretensji. Ja byłam od tego, żeby podnieść go na duchu. Pamiętam, jak tego albo następnego dnia przegapiliśmy zjazd, a po samochodzie rozniosły się ciche i zrezygnowane kurwy. Wtedy to ja się spinałam, kładłam mu dłoń na ramieniu i mówiłam, że to nic – zawrócimy, będzie po problemie, no zdarza się, zwłaszcza kiedy musisz skręcić niespodziewanie po 50 km. Pamiętam, że usłyszałam wtedy, że jestem dobrym pasażerem; takim, który umie zadbać o picie i jedzenie (zwłaszcza w końcowych dniach), muzykę, dobrą atmosferę, który zdzieli po ramieniu, gdy przysypiasz, i nie drze ryja, gdy coś pójdzie nie tak. Kto mnie zna, ten wie, że z tym darciem ryja to może nie do końca prawda, ale w takich chwilach potrafię być naprawdę spokojna. Wiedziałam, że Maciek jest zmęczony, a ostatnim, czego chciałam, to żebyśmy skoczyli sobie do gardeł. Jechał już tyle czasu, że było mi go szkoda i przez cały wieczór powtarzałam, że jestem mu bardzo wdzięczna i świetnie sobie poradził. To nie przeszkodziło mi jednak popłakać się ze śmiechu przed snem, kiedy zobaczyłam, co zrobił.
Nocleg w Elda Guesthouse
Nocleg w Mýatn był rozbity na kilka sypialnianych domków. Chwilę zajęło nam, by po ciemku znaleźć recepcję i odebrać swoje klucze. Wokół panowała straszna cisza i było tak zimno… Temperatura spadła, zaczął lać deszcz, a my ze zmęczenia też już nie czuliśmy wszystkiego tak, jak powinniśmy. Miałam problem, żeby w ogóle poradzić sobie z otworzeniem zamka, ale w końcu się udało: ukazał się nam skromny pokoik z dwoma łóżkami.

Mimo że była północ, poszliśmy zagotować wodę na zupki, a z dwóch pokojów obok (nie równocześnie, ale po upływie jakiegoś czasu) wychylili się Azjaci. Ich zresztą widzieliśmy najczęściej podczas całej naszej podróży, ale każdy z nich miał zupełnie inne nastawienie, podobnie jak ci tam. Jeden wyszedł do nas w samym szlafroku albo ręczniku, dokładnie już nie pamiętam. W każdym razie wyglądał, jakby przed chwilą dobrze bawił się z dziewczyną i to wprawiło go w na tyle dobry nastrój, że przywitał się z nami i na chwilę zagadał. Drugi z kolei wyjrzał na nas oczami małymi jak główki szpilki, zaspany jak niedźwiedź po zimowym śnie i nie kwapił się żadnym „cześć, co słychać?”. Pomarudził tylko chwilę, że jesteśmy strasznie głośno, mimo że staraliśmy się nie oddychać, i wrócił do pokoju.
Po zjedzeniu naszej wieczornej dawki chemii, ułożyliśmy się do snu – mnie zajęło to krócej, już niemalże przysypiałam, kiedy Maciek zgasił światło i udał się w stronę łóżka, przy którym zalegała nasza torba. Przysięgam, patrząc na niego, byłam pewna, że się o nią potknął, bo wyciągnął rękę i runął jak długi na ziemię. Kiedy to zobaczyłam, najpierw poczułam dezorientację, a zaraz potem dostałam napadu śmiechu, gdy uświadomił mnie, co właśnie zrobił. Położył jedną dłoń na materacu i myślał, że dotarł na miejsce. Nie zrobił kroku w przód, nie starał się nawet usiąść, po prostu uwalił się całym swoim ciężarem na ziemię, myśląc, że jest w łóżku. Dalej chce mi się śmiać, kiedy przypomnę sobie huk, a potem jego zawodzenie. Wreszcie przydarzyło się coś, co zdołało mnie rozbudzić – szkoda tylko, że tak późno.
Rano przeszliśmy na śniadanie do odpowiedniego budynku, a kiedy tylko wyszliśmy na zewnątrz, zaniemówiliśmy. Rozejrzeliśmy się wokół i ledwie chciało nam się wierzyć, że to dokładnie to samo ciemne i ponure miejsce, do którego przyjechaliśmy poprzedniego dnia. Widoki były po prostu przepiękne: góry, woda, mnóstwo kolorów. Znów wstąpiła w nas pozytywna energia, zwłaszcza gdy ujrzeliśmy śniadanie. Prezentowało się dużo skromniej niż w stolicy, kuchnia była raczej ciasna i z trudem mieściło się tam naraz kilka osób, ale i tak najedliśmy się do granic możliwości: naleśniki, parówki, jajecznica, banany, kawa, czekolada, herbata, nałożyliśmy to wszystko i jeszcze dokładkę.
Gentle Giants – Rejs z wielorybami
Około 8.40 zawróciliśmy w kierunku Husaviku. Ubraliśmy się najcieplej, jak tylko mogliśmy, i ruszyliśmy na rejs z wielorybami. Na miejscu mieliśmy rozpoznać charakterystyczne niebieskie flagi i rzeczywiście nie było większego problemu ze znalezieniem ich. Odwiedzających zjechało się jednak naprawdę dużo i zajęcie bliskiego miejsca do parkowania graniczyło niemalże z cudem. Wysiadłam więc z auta, zostawiając tę kwestię Maćkowi, a sama poszłam zgłosić nasze przybycie Gentle Giants, czyli firmie, która odpowiadała za nasze wypłynięcie (jeśli interesują Was koszty takiej wyprawy, to wszystko podliczyłam w części 1). Zeszliśmy bliżej wody, a w nozdrza uderzył nas nieprzyjemny zapach zgniłych ryb. Odnaleźliśmy naszą łódkę i ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że jest jeszcze mniejsza, niż to sobie wyobrażaliśmy. Na pokładzie mieściło się około dwudziestu osób + przewodnik.
Pierwszą rzeczą, którą zrobiliśmy, to upodobniliśmy się do siebie. Oboje dostaliśmy specjalne kapoki, a także skafander zawierający w komplecie dodatkową pelerynę przeciwdeszczową. Dosyć mnie to dziwiło, raczej odniosłam wrażenie, że ma nas to ochronić przed zimnem niż przed wodą, mimo że tego dnia pogoda trafiła się naprawdę ładna. Nie zmieniało to faktu, że ocean okazał się mocno wzburzony, więc nasza łódka bujała się i na pokład, wbrew mojemu mylnemu wrażeniu, wlewało się mnóstwo wody. Fale rozbryzgiwały się co chwilę, opryskując wszystkich wokół i już po kilkunastu minutach czułam, że mam przemoczone rękawiczki, a buzia marznie mi od wiatru i wilgoci.
Poruszanie się w naszym nowym stroju wcale nie było takie łatwe. Dostałam najmniejszy rozmiar skafandra, ale już po założeniu spodni nogawki przykryły mi całe buty i generalnie deptałam po nich przez większość czasu. Cały ten ekwipunek okazał się dosyć ciężki i krępujący ruchy, ale to nie przeszkadzało nam we wdrapywaniu się na drewnianą ławeczkę pośrodku łódki. To był jeden z tych razów, kiedy niezwykle się cieszyłam, że obok nas siedzieli praktycznie sami Azjaci. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że każdy Polak zabiłby śmiechem nasze „wodoodporne pokrowce” na telefony. W rzeczywistości nie mieliśmy niczego takiego, jakoś wyleciało nam z głowy, by się w nie zaopatrzyć. Wpadliśmy jednak na błyskotliwy pomysł i stwierdziliśmy, że w tej roli świetnie sprawdzą się nasze samolotowe kosmetyczki. Brzmi to absurdalnie, a jednak zadziałało: nawet świetnie robiło się przez nie zdjęcia, sami zobaczcie.

Jak widzicie – potrzeba matką wynalazków. Może jednak nie róbcie tego co my z rozmysłem, bo do teraz zastanawiamy się, jak bardzo wyśmialiby nas rodacy, jakby zobaczyli dość duży napis KOSMETYCZKA MAŁA na naszych wodoodpornych pokrowcach. Śmiechom jednak nie było końca, zwłaszcza gdy ujrzałam, co Maciek ma wymalowane na piersi. Każdy pokrowiec oznaczano rozmiarem na jego zewnętrznej części, co prezentowało się dość komicznie, zwłaszcza w przypadku mężczyzn. Mój komentarz? „Chodź, Maciek, założymy ci Tindera, z taką reklamą żadna się nie oprze”.

Skafander – jest, kosmetyczka mała – jest, wszyscy – są: więc ruszamy. Jeśli jesteś ciekawy, jak wyglądał cały rejs, czy udało nam się cyknąć fotkę wielorybom i co miłego spotkało nas na łodzi, to wszystko pojawi się w kolejnej części podróży, więc nie przegap! A ja tymczasem zapraszam na mój fanpage, a także Instagrama; linki znajdziecie na górze po prawej. Bądź na bieżąco 😀