Macedońskie Parki Narodowe i szlaki piesze – odległości oraz wycena trudności (Magaro, Tri Mazi, Markovi Kuli itd.)

Macedonia jest wręcz rajem dla osób, które uwielbiają trekkingi lub górskie wspinaczki ze względu na zróżnicowane ukształtowanie terenu oraz wiele hektarów ziem objętych parkami narodowymi. Największym wyzwaniem dla każdego, kto zawita w tym kraju, może być wejście na najwyższy szczyt Korab (2 764 m), jednak my skupimy się na opisach innych szlaków o bardzo zróżnicowanej trudności i nachyleniu. Każdy z nich wiedzie do lub przez piękne widokowo miejsca znacząco różniące się od siebie nawzajem. Mamy więc nadzieję, że znajdziecie tutaj coś dla siebie i Macedonia trafi niebawem na Wasze podróżnicze listy! Zapraszam na:

MARKOVI KULI

Ruiny antycznej osady z wyraźnie odznaczającymi się wieżami warownymi i murami obronnymi. Znajdują się w środkowej części Macedonii, nieco na południe, nieopodal miasta Prilep. Budowlę wzniesiono na wzgórzu liczącym sobie 180 m i wbrew pozorom charakteryzuje się dość ostrymi zboczami. Wiele źródeł historycznych podaje, że przez blisko 100-200 pierwszych lat istnienia twierdzy broniło jedynie 40 osób. Na szczyt wiedzie żwirowa droga, więc jeśli ktoś prowadzi auto 4×4, może podjechać naprawdę wysoko. Jeśli nie, to radzimy zostawić samochód na samym dole i oddać się wędrówce niecałe 2 km.

Ścieżka jest szeroka, jej przejście nie zajmuje nawet godziny, a widok jest wręcz bajeczny, bowiem ze szczytu obserwujemy całą panoramę z Prilepem na czele. Nawet w maju słońce prażyło niemiłosiernie, więc warto zaopatrzyć się w butelkę wody i ubranie „na cebulkę”. Wędrówkę urozmaicają liczne motyle i dużych rozmiarów jaszczurki, w wyższych partiach możemy przejść się wzdłuż fortyfikacji, zboczyć nieco ze ścieżki i porobić trochę zdjęć. Już prawie na samym szczycie maszerujemy po kamiennych schodkach, chociaż uczucie jest dość nieprzyjemne ze względu na brak jakiejkolwiek barierki albo czegoś do przytrzymania.

Na szczycie prócz ruin stoi teraz ogromny, metalowy krzyż podświetlany nocą (dość częsty motyw przewijający się przez całą Macedonię). Za dnia nie robi specjalnego wrażenia, co więcej można spotkać tam miejscowych popijających piwko i wygrzewających się bez koszulek. Jest więc dużo potłuczonego szkła i akurat dotarcie na samiuteńki szczyt nie napawa wielką satysfakcją, przyjemniejsza wydaje się sama wędrówka. Podejście nie jest trudne, większość osób nie powinno mieć z nim problemu. Po drodze jest altanka, są też czasem ławeczki albo po prostu przystępne do odpoczynku murki.

Z powrotem można od połowy zejść już zboczami, nie wyznaczoną ścieżką, a przynajmniej tak robiła większość Macedończyków. Wiedzieli, gdzie zejście jest najłagodniejsze, a ziemia najlepiej wydeptana, więc skusiliśmy się iść za nimi. Poza bolącymi kolanami na pewno była to najbardziej efektowana forma zejścia na sam dół, niespecjalnie karkołomna.

MAGARO

Jedno z naszych większych zaskoczeń i na pewno najbardziej zapamiętanych dni w Macedonii. Szczyt znajduje się w południowo-zachodniej Macedonii, tuż obok jeziora Ochrydzkiego i jest najwyższy w paśmie Galicica. Liczy sobie 2255 m n.p.m. czyli trochę mniej niż nasze Rysy. Strasznie chcieliśmy go zdobyć ze względu na niesamowity widok rozciągający się na szczycie – widzimy stamtąd dwa jeziora po przeciwległych stronach góry. Poczytaliśmy więc wcześniej, na co mniej więcej mamy się przygotować i w zasadzie wszyscy pisali, że to łagodne wejście, w sam raz na początek w Macedonii.

Był maj, więc postanowiliśmy poczekać do czerwca, żeby śnieg na pewno stopniał (po dwóch czy trzech tygodniach pobytu widok na góry czynił diametralną różnicę). W międzyczasie obserwowałam Instagramy osób, które już wrzucały relacje z Tatr z podobnych wysokości, na jakiej mieliśmy się znaleźć, śniegu praktycznie zero, więc nastawialiśmy się dość optymistycznie.

Pech chciał, że pogoda zupełnie się nie sprawdziła, a nasz okres wynajmu samochodu dobiegał końca i wiedzieliśmy, że to nasza ostatnia szansa na zdobycie szczytu. Tak naprawdę to była kwestia szczęścia, bo w drodze na Magaro objeżdżaliśmy dookoła kilka innych szczytów i tylko nasz wyglądał, jakby zapowiadało się przedzieranie przez mgłę i chmury. Pogoda zmieniała się diametralnie średnio co godzinę (słońce, deszcz, mgła, chmury), więc zacisnęliśmy zęby i ruszyliśmy.

Wysiedliśmy z auta na jednym z punktów widokowych i w pierwszym odruchu myślałam, że wyrwie nam drzwi. To było prawie tak intensywne jak w momencie, kiedy wiatr zdmuchnął mnie przed sklepem na Islandii. I chociaż tutaj stąpało się normalnie, to słychać było dosłownie gwizdy wokół nas. Kolejny raz zastanowiliśmy się więc, czy idziemy. Idziemy.

Zostawiliśmy auto przy oznaczeniu G-6, gdzie mieliśmy do przejścia ok. 1000 m w pionie. Stając przed drogowskazem, naszym oczom ukazał się szczyt w dość ośnieżonych chmurach. Żadne z nas oczywiście nie wzięło rękawiczek, no bo po co komu rękawiczki, gdy wygrzewa się w słoneczku na 26-ciostopniowym upale. Stwierdziliśmy, że w najgorszym wypadku zawrócimy (oczywiście każdy zna już finał historii).

Szliśmy szlakiem biało-czerwonym przez las i początek był nawet przyjemny poza faktem śliskich liści pod nogami i lodowatym powietrzem, którym ciężko się oddychało. Podejście w żadnym momencie nie było płaskie, raczej trzeba się nastawić na taki jednostajny wysiłek bez przerwy. Nie turbo duży, ale warunki nie sprzyjały i ja kondycyjnie nie czułam się kwitnąco.

Przez długi czas nie natrafiliśmy nawet na odrobinę śniegu, następną zmianą była dopiero mgła, którą odsłoniły drzewa. Z początku dość rzadka, bliżej szczytu ograniczała widoczność na jakieś 10-20 metrów. Potem zaczął się śnieg, ale nie tak, że tam troszkę – po prostu nagle leżało go dużo, ale jeszcze na tyle, że człowiek był w stanie iść poboczem wzdłuż głównej ścieżki. Chwilę później już nawet to nie wystarczało, więc szliśmy, na początku ślizgając się bez większego pomysłu. W końcu zaczęliśmy wbijać buty w śnieg samymi czubeczkami i to przyniosło efekty. Motywowało nas wyłącznie, że po tym fragmencie znów rozpoczynała się zieleń i to nawet z przebłyskiem kwiatów. W każdym razie tam dało się iść.

Mnie wiara opuściła w momencie zobaczenia dużej pochyłości calusieńkiej pokrytej śniegiem. Podeszliśmy nią kawałek, dotarliśmy nawet dość wysoko. Wbiliśmy kij w ziemię, żeby sprawdzić, jak gruba warstwa śniegu tutaj zalega. Żeby Was nie okłamać, przyłożyliśmy go potem do mnie i spojrzeliśmy na mokry ślad – zapadłabym się jakoś po klatkę piersiową, więc szłam tylko i wyłącznie po skałach.

Najgorzej zrobiło się, gdy zaczął padać śnieg, a mgła się zagęściła. Do szczytu zostało jakieś 200 merów, ale zaczął znikać nam z oczu szlak i szukanie jednego oznaczenia zajęło nam koło 40 minut. Nie ma tam żadnych drzew i stwierdzono, że idealnym pomysłem będzie umieszczenie flag na kamieniach, na ziemi, którą teraz grubą warstwą pokrywał śnieg. Gdyby nie to, pewnie doszlibyśmy na szczyt, bo ja mam upór osła, a Szymon zapala się szybko jak zapalniczka na takie wędrówki, ale odezwała się w nas zdroworozsądkowość i się wycofaliśmy. Wiecie, w pobliżu żadnego numeru telefonu, nikt nie wiedział, że tam jesteśmy, zero człowieka…

Największy ubaw mieliśmy podczas schodzenia, bo dosłownie zjeżdżaliśmy na dół – czy to na butach, czy na pupie. Mieliśmy potem tyle śniegu w ubraniach, że do wieczora nie mogliśmy się wygrzać. Zawsze jak to wspominamy, trochę nam żal tego, jak wszystko się złożyło, ale z drugiej strony w podróży nie wszystko zawsze wychodzi idealnie i ma to jakiś urok.

Gdyby jednak tylko nie było śniegu, to Magaro naprawdę mogłaby być świetną, taką średnio-wysiłkową trasą z przyjemnym podejściem i fantastycznymi widokami. Polecam powtórzyć w lepszej wersji niż my.

TRI MAŽI

Jedna z moich ulubionych wycieczek trekkingowych, zwłaszcza że wyszła zupełnie spontanicznie. Naszym pierwotnym planem nie był bowiem szczyt Tri Mazi, tylko Samotska Dupka, czyli jaskinia, której poświęcimy osobny wpis. W drodze powrotnej mieliśmy jednak zapas siły, więc gdy zobaczyliśmy drogowskaz, który wiedzie jeszcze w górę, po prostu za nim poszliśmy.

Tri Mazi to szczyt w Narodowym Parku Galicica, który liczy sobie 1628 m n.p.m., a jego nazwa oznacza dosłownie „Trzej ludzie/mężczyźni”. My dostaliśmy się do niego, zostawiając auto przy jednym z hoteli w miejscowości Konjsko, skąd bezpośrednio wiedzie szlak. Stąd mamy ok. 5,5 km w jedną stronę do Samotskiej Dupki – tak naprawdę przechodzimy najpierw przez wieś, gdzie możemy pooglądać pasące się owce. Później czeka nas najbardziej pochyły odcinek malowniczo położonej trasy – cały czas idziemy czymś w rodzaju wydeptanej polany z widokiem na jezioro Ochrydzkie. Wokół jest mnóstwo kwiatów i motyli, za to niestety oznakowanie szlaku jest bardzo ubogie i przy żadnych z rozwidleń nie wiadomo, w którą stronę iść. My wspomagaliśmy się przy tym aplikacją Maps.me, która wykrywała naszą lokalizację i mniej więcej pokazywała szlaki. Do dokładności brakowało jej kilku ładnych metrów, ale i tak bardzo pomagała nam przez większość drogi, zwłaszcza na rozległych polanach, więc polecam się w nią zaopatrzyć.

W marszu przeszkadzają jedynie słupy wysokiego napięcia rozciągnięte ponad głowami… zwłaszcza że część kabli jest poobrywana i po prostu dyndają sobie swobodnie. Jeśli ktoś by się zagapił, to nie sztuką byłoby w nie wejść albo nawet ich złapać – mieliśmy nadzieję, że ta linia dawno jest wyłączona i nieczynna.

Po przejściu tego odcinka nachylenie staje się znacznie mniejsze, w wielu momentach jest wręcz po prostu płasko. Nad głowami zamiast kabli mamy drapieżne ptactwo, polana jest intensywnie zielona, czasem spacerujemy po krótkich odcinkach z kamieni czy przez mały lasek, gdzie znaleźliśmy wylinkę żmii. W trawie z kolei dostrzegliśmy róg zgubiony przez jelonka w okresie dojrzewania – udało nam się go nawet w pełni legalnie przetransportować do Polski (problemy z porożami zaczynają się ponoć dopiero, gdy ich waga przekracza 3 kg).

Później już da się dostrzec drogowskazy, ale niekiedy są one wyrwane lub wywrócone… Często jednak nie wygląda to na działanie człowieka, a jakby drewno podgryzały żyjące w parku zwierzęta. Z daleka udało nam się nawet ujrzeć jelenie przy wodopoju!

Żeby dotrzeć do Samotskiej Dupki, wychodzimy na polanę, gdzie mniej więcej w połowie musimy przejść przez wysokie trawy, wdrapać się odrobinę po skałach, aż dotrzemy do kraty z odpowiednimi oznaczeniami. W maju było tam mnóstwo liści, więc bardzo łatwo było o poślizgnięcie się, ja praktycznie dwa razy zaliczyłam spotkanie z ziemią (nie mieliśmy też dobrych butów, bo górskie schły dobrych kilka dni po śniegu z Magaro).

Wracając z powrotem tą samą trasą, po jakichś 40 minutach ujrzymy drogowskaz skierowany w górę właśnie na Tri Mazi (6 km w jedną stronę). Tak naprawdę problem sprawia może ostatni kilometr, który polega na tym, że spacerujemy już stricte po skałach, a potem grani. Na jej szczycie jest się dość szybko, ale trzeba dodać dodatkowe pół godziny, jeśli chcemy znaleźć się w najwyższym jej punkcie, czyli właśnie na szczycie, z którego wyraźnie widać 3 czubeczki. Tutaj paniom o długich włosach radzę zabrać ze sobą gumkę, bo wiar wieje niemiłosiernie i przez pół drogi albo nic nie widziałam, albo chwytałam włosy ręką, drugą się asekurując, co nie było specjalnie wygodne. Długie, grubsze spodnie również są tutaj atutem, bo na grani jest mnóstwo kłujących roślin. Jeśli jednak nie chcecie, żeby było Wam za gorąco, to ukłucia są znośne, choć częste.

Wchodzenie jest przyjemne, gorzej z zejściem ze względu na sporą stromiznę. Widoki z góry są powalające, bo widać całą panoramę jeziora Ochrydzkiego i Ochrydy z jednej strony, z drugiej natomiast daleko rozciągające się połacie zielonego Parku Narodowego. Na pewno jedne z piękniejszych górskich widoków, jakie przyszło mi oglądać, więc gorąco polecam.

Całość trasy do Samotskiej Dupki, Tri Mazi i na dół wynosi ok. 23 km i mimo że często są tu płaskie odcinki sprzyjające odpoczynkowi, to w drodze powrotnej, przez ostatnie 3 km czuliśmy już solidne zmęczenie. Jeśli chcielibyście skrócić sobie ten odcinek, to wycieczka jedynie do Samotskiej Dupki wynosi ok. 5,5 km (11 km w dwie strony), do samego Tri Mazi ok. 9,5 km (19 km w dwie strony). Cokolwiek wybierzecie, w maju/czerwcu będziecie zachwyceni.

PARK NARODOWY MAWROWO – SZLAK DO JASKINI ALICICY I WODOSPADU SIN

Mawrowo to chyba najbardziej rozpoznawalny Park Narodowy w Macedonii, który obejmuje zasięgiem wioskę Galicnik z bogatymi tradycjami i folklorem, zatopiony kościół św. Mikołaja, o którym pisałam TUTAJ, a także najwyższy szczyt Macedonii – Korab. To też miejsce z niezliczoną ilością szlaków, wodospadów i jaskiń i to właśnie do nich postanowiliśmy dotrzeć. Pierwotny plan zakładał dotarcie do Alicicy, drogowskazy podpowiedziały nam jednak, że niewiele dalej znajduje się też Sin Vir – nie wiedzieliśmy co to, więc poszliśmy sprawdzić i okazało się, że natrafiliśmy na wodospad… a nawet dwa.

Trasa do Alicicy to jedynie 3 km w jedną stronę, 3,5 do wodospadu Sin. Wraz z Szymonem do teraz toczymy zacięty bój, który park podobał nam się bardziej – on wciąż obstaje za Mawrowem, ja za Galiczicą, które w bardzo dużym stopniu się od siebie różnią. To tylko dowodzi, że każdy znajdzie dla siebie odpowiednie miejsce, dlatego warto udać się i tu, i tu!

Podejście do atrakcji jest bardzo łagodne – najpierw idziemy ścieżką pomiędzy przerzedzonymi drzewami, z widokiem na imponujące, wysokie skały. Wokół jest mnóstwo kwiatów, do przejścia mamy też kilka mniejszych strumyczków, a za nimi już cały czas idziemy wzdłuż rwącego potoku, który prowadzi nas do celu. Warto udać się tutaj w maju, ponieważ ze względu na obecność wysokich szczytów możemy trafić na roztopowe wodospady i nam udało się jeden uchwycić, nawet pisałam o nim TUTAJ.

Szlak tylko w jednym miejscu staje się nieprzyjemny, jakieś 20 minut przed jaskinią. Musimy przejść wtedy wzdłuż osuwiska, ścieżka jest wąska i łatwo, żeby komuś ześlizgnęła się noga. Jeśli chodzi o samą jaskinię, to zostanie jej poświęcony osobny post, natomiast dostać się do niej można tylko i wyłącznie przez lodowatą wodę.

Następne 500 metrów wiodące do wodospadu przebywamy po kładkach, leśną dróżką, napotykamy też kolejną jaskinię na lądzie. Ta jednak jest głęboka, wydaje się idealną kryjówką dla zwierzęcia nawet pokroju niedźwiedzia, więc tylko zerknęliśmy do środka i szybko się wycofaliśmy. W maju dojście do wodospadu jest wręcz niemożliwe, poziom wody jest za wysoki i dróżka w pewnym momencie zanika, mimo że dalej widzimy kładki, po których zwykle można przejść. Tutaj wypadałoby przyjechać w okolicach wakacji dla lepszego efektu.

Z naszej strony to już wszystko na dziś. Dajcie znać, które z tych miejsc wydaje Wam się najciekawsze i czy byliście w którymś z nich. Czekamy na Wasze opinie i relacje z podróży, a tymczasem trzymajcie się ciepło!

Macedońskie atrakcje wyrzeźbione przez naturę – Kanion Matka, Kuklica, Zatopiony kościół

Każdy z nas ma takie miejsca w podróży, do których dociera i towarzyszy mu przy tym nie tylko spokój, ale też uczucie satysfakcji oraz odmienności od tego, czym otaczamy się w codziennym życiu. Dla jednych to ucieczka na wieś, dla innych dotarcie do centrum zatłoczonego miasta – dla jednych wejście na szczyt góry, dla innych położenie się na rozpalonej słońcem plaży. Dziś z pewnością zbliżymy się do tych ostatnich, bowiem skupimy się na zakątkach, które stały się wyjątkowe właśnie dzięki działaniu sił natury.

Opowiemy Wam o jednej z najpopularniejszych atrakcji Macedonii, a później przejdziemy do tych mniej znanych, które nas urzekły znacznie bardziej. Zapraszam na:

KANION MATKA

Wobec tego miejsca mieliśmy ogromne oczekiwania – jedno z najbardziej popularnych, ponoć także najpiękniejszych, które kilka lat temu zostało odwiedzone przez moich rodziców wypowiadających się w samych superlatywach. Oboje wyobrażaliśmy sobie pełen dzikości kanion, gdzie będziemy mogli wynająć kajak i pływać przez cały dzień, robiąc zdjęcia i odpoczywając we dwoje. Rzeczywistość przedstawiała się jednak… ciut inaczej.

Kanion znajduje się na północy Macedonii – możemy dotrzeć do niego autobusem ze Skopje lub samochodem. Na miejscu jest przystępny parking, z którego oczywiście musimy trochę przejść do samej atrakcji, ale właśnie tego oczekiwaliśmy. Wiedzie stąd wiele szlaków, którymi możemy dotrzeć do średniowiecznych klasztorów, a prowadzą do nich całkiem dobre oznakowania również w postaci drogowskazów. Główną jednak atrakcją, dla której zjeżdżają się tu tłumy turystów, jest jaskinia Wreło. Do dziś nie oszacowano jej głębokości ze względu na jeziora znajdujące się w jej wnętrzu, ale istnieją przypuszczenia, że może być nawet najgłębszą na świecie.

Rezerwat zajmuje powierzchnię 5000 ha i jest miejscem sprzyjającym wielu zajęciom rekreacyjnym: pływaniu, wspinaczce (obite drogi), trekkingowi. Zwłaszcza kajakarstwo cieszy się popularnością – istnieje tutaj tor, który wykorzystywano na Pucharze Świata i Mistrzostwach Europy. Nurt rzeki był naprawdę silny, więc oglądanie takiego widowiska na żywo musi robić ogromne wrażenie. Symbole związane z kajakarstwem znajdziecie tutaj na każdym kroku, choćby w postaci kajaka zawieszonego w połowie skały, gdy wędrujecie w głąb kanionu.

Co zaskoczyło nas w stosunku do opowieści osób, które odwiedziły Matkę już jakiś czas temu, to natłok ludzi nawet poza sezonem, a także masakryczny komercjalizm przekładający się przede wszystkim na ceny, ale też atmosferę tego miejsca. To jest niestety coś, na co my jesteśmy uczuleni – mieszkamy w mieście, czas pandemii, więc jeśli tylko mamy okazję, to ucieczka w ciche miejsca jest dla nas jak najbardziej pożądana. W każdym razie dochodząc do takiego oficjalnego „wejścia” kanionu, mijamy kilka(naście) stoisk z orzeszkami, truskawkami, ręcznie robionymi pierdółkami itd., ale to nie było jeszcze takie złe.

Po drodze są też różne wystawy, np. gablotki z zamkniętymi butelkami, puszkami, papierami i różnymi innymi materiałami, gdzie pod spodem umieszczony jest czas ich rozkładu i zachęta, by przestać śmiecić, zacząć segregować i ogólnie być bardziej eko. Wszystko fajnie, tylko że niektóre z tych przeliczników mijały się wiele z prawdą i naukowymi badaniami.

Bardzo duże wrażenie robi tama postawiona na rzece Tresce, jest przeogromna i masywna, aż człowiek zastanawia się, jakim cudem zatrzymuje te hektolitry wody po drugiej stronie. Niesamowicie przyjemny jest też moment, kiedy kanion ukazuje się w całej okazałości Waszym oczom, bo skały robią imponujące wrażenie. Zaraz potem dociera do Was niestety gwar… z restauracji, gdzie ceny za przystawki sięgają rzędu 50 zł, a także przystani, gdzie można wykupić wycieczkę do jaskini Wreło, jako że nie da się do niej dojść na pieszo.

No i tu nam mina trochę zrzedła, bo od razu otrzymaliśmy informację, że nie istnieje opcja wynajęcia kajaka na cały dzień, a jedynie na godzinę (ok. 38 zł za kajak) lub dwie (ok. 76 zł – teraz prawdopodobnie więcej ze względu na słabnącą rolę złotego). Nie ukrywam, było to dla nas dość dużo i nie mówię tutaj o stosunku ceny do naszych zarobków, a po prostu o wygórowanej cenie względem całej reszty kraju, gdzie „drogi wstęp” zamykał się poniżej 15 zł za atrakcję. Jeśli więc nie uśmiecha Wam się kajak, to drugą opcją jest wypchana łódź turystyczna w cenie ok 35 zł. Not fun.

WĘDRÓWKA SZLAKIEM PIESZYM

Nasze plany zakładały dwukrotny przyjazd do Matki – na trekking i kajaki, ale postanowiliśmy zawęzić to do jednej wizyty i udać się szlakiem pieszym, który wiedzie wzdłuż rzeki. Po kilkunastu minutach wędrówki napotkaliśmy pracownika, który ostrzegł nas, że dobrze zaopatrzyć się w duże kije na wypadek spotkania ze żmiją. Wiecie, ponoć rzeczywiście żyje ich tam dużo, zresztą wspominałam, że później zdarzało nam się widzieć ich wylinki czy jadowite węże w całej okazałości, ale na zupełnych odludziach Macedonii. Wtedy jednak nie spotkaliśmy się z ani jednym przypadkiem i trochę obleciał mnie strach. No bo co ja miałabym tym kijem zrobić? Chyba tylko wydłubać sobie oczy.

No dobrze, ale idziemy – ja, Szymon i nasze kije. Ścieżka jest ogrodzona barierką, więc człowiek nie czuje lęku przed upadkiem. Podejście zajmuje ok. 3 godziny w dwie strony, ale jest niespecjalnie trudne. Widokowo też bardzo ładnie, zwłaszcza że wszyscy ludzie pływali łodziami i tylko my szliśmy szlakiem. Z czasem jednak podróż stawała się coraz mniej przyjemna, bo idąc za oznaczeniami, ścieżka zaczyna zanikać w gęstych paprociach, trzeba przecisnąć się przez parę drzew itd. Średnia to była przyjemność, wyobrażać sobie w kółko, czy się na coś nie nadepnie, więc szliśmy dość wolno. Po jakimś czasie spotkaliśmy inną rodzinę z Polski 2+2, więc radośnie przepuściliśmy ją przodem jako ewentualną przynętę. Oni też nieustannie straszyli się tymi żmijami i piszczeli.

W końcu jednak też się poddali, bo ścieżka stała się tak zarośnięta, że nie sposób było się przez nią przedrzeć i dotrzeć na koniec szlaku, co dla nas było ogromnym rozczarowaniem. Nie wiem, czy to wynikało z zaniedbania, czy z przeświadczenia, że warto podciąć te rośliny dopiero na początku sezonu. Wydawało nam się jednak, że na miejscu sprytnie przemyśleli, że wędrówki turystów nie przynoszą żadnych finansowych korzyści, więc skupiono się tylko i wyłącznie na rozwoju oferty spływów.

KAJAKIEM DO JASKINI WREŁO

Wróciliśmy na start i zostało nam stanowczo zbyt dużo czasu, żeby wracać do domu, dlatego wypożyczyliśmy w końcu ten kajak i wiosłowaliśmy na tyle szybko, żeby zdążyć obrócić nim w dwie strony i zamknąć się w dwóch godzinach (ok. 50 minut w jedną stronę do jaskini). Popłynęliśmy akurat bez żadnej grupy turystów z łodzi, co z początku wydawało się super. Dotarliśmy jednak do miejsca, gdzie wyznaczona została kładka do cumowania kajaków. Do samej kładki nie mam zastrzeżeń, jednak przejście do jaskini okazało się bardzo karkołomne. Trzeba było wejść na żwirową skarpę, która co chwilę się osuwała – żadnych barierek, sznurka do chwycenia, no niczego.

W końcu wdrapaliśmy się na górę do wejścia… a po drugiej stronie ujrzeliśmy piękny mostek, gdzie zatrzymywały się łodzie i wysadzały pasażerów na schodki itd. Trochę w tym momencie poczuliśmy selekcję na tych „gorszych i lepszych turystów”, co do najfajniejszych nie należało. No ale dobra, idziemy do środka jaskini, która na zdjęciach wyglądała oszałamiająco, natomiast w środku… było ciemno, zero podświetlenia. Pomyśleliśmy, że włączy się na czujnik, ale nic. Wokół także zero informacji, czy tak powinno być, czy nie. Wreło zwiedziliśmy więc z latarkami w telefonie, szukając tych największych formacji, stalaktytów, stalagmitów i słynnej skały w kształcie szyszki. Nie ukrywam – nie było to porywające i nasza percepcja znacząco spadła.

Gdy przypłynęliśmy z powrotem do przystani, zapytali nas, jak było, no i wspomnieliśmy o tym braku światła. Mężczyzna tak patrzy, patrzy… i nagle mówi: „A to nie włączyliście sobie?”. Okazało się, że gdzieś we wnętrzu jaskini, tej czarnej, nieoświetlonej i nieoznaczonej jaskini, znajdował się przełącznik i można było zapalić światła samodzielnie, tylko skąd mielimy o tym wiedzieć? Zapewne sternik włącza je ludziom z łodzi po tym, jak odstawi ich na ląd, więc nikt nie pomyślał o informacji dla reszty turystów.

Dla nas ta sytuacja była jedną z gorszych w całej Macedonii. Nie odbierzcie mnie źle – miejsce jest piękne, ale jest bardzo… skalane. Natłokiem ludzi, sprayem na skałach, hałasem, muzyką, właśnie tą komercją. Mieliśmy w głowach obraz tego, co musiało istnieć tu jeszcze parę lat temu i było nam po prostu przykro. Życzymy Wam więc, żebyście trafili na lepszy okres, ładniejszą pogodę, mniej ludzi… może po prostu spodoba Wam się bardziej.

KUKLICA

Po Kuklicy z kolei nie spodziewaliśmy się aż tak wiele, bo miejsce do specjalnie rozsławionych nie należy. Znajduje się w północnej części Macedonii, a jej zamienną nazwą są Kameni Kukli, czyli właśnie nic innego jak kamienne kukły. To około 130 formacji skalnych, większych bądź mniejszych, które pod wpływem erozji zostały uformowane w różne kształty, w większości przypominające ludzkie postacie. Niektóre z nich osiągają wysokość nawet 10 m. Największy wpływ na zmiany zachodzące w skałach mają opady, wiatr i temperatura.

Spacerując po tym miejscu, natkniecie się na tabliczki z nazwami poszczególnych formacji lub ich grup. Przewiną się Wam przed oczami Panna Młoda, Pan Młody, Ojciec Chrzestny czy Goście Weselni, a ich nazwy nie są kwestią przypadku, a ludowych historii, których niestety nie przytacza nikt na miejscu, nie są one również spisane na żadnych tabliczkach, a jak dla mnie są niezmiernie ciekawym elementem kulturowym.

Legenda dotyczy chłopca zamieszkującego region Kuklicy, który równocześnie spotykał się z dwiema dziewczynami, a na co dzień parał się kamieniarstwem. Zaplanował ślub z nimi na ten sam dzień i dopiero wtedy miał podjąć ostateczną decyzję – czy za żonę wziąć piękną, choć biedną, czy bogatą, ale brzydką. Gdy wybrał drugą z nich, pierwsza zdenerwowała się i rzuciła klątwę na parę młodą i obecnych gości, zamieniając ich w kamień. Wersji tej przypowiastki jest kilka, ale generalnie zawsze sprowadza się ona do poczucia zdrady i rzucenia czaru na kochanka. Pozwolę jednak przytoczyć sobie fragment, który najbardziej mi się podoba:

„Wyszła na zewnątrz i ze zdumieniem zaczęła podążać za dźwiękiem muzyki. Zobaczyła, że jej narzeczony wychodzi za mąż za inną kobietę. W tym momencie ich przeklęła. Kiedy państwo młodzi mieli się pocałować, zamarli. Razem ze swatami. Wszyscy mają uśmiechnięte twarze, dlatego nazywa się to wesołym ślubem. Och, w piekle nie ma gniewu tak silnego jak zraniona kobieta”

Niektóre kamienne rzeźby naprawdę do złudzenia przypominają kreskówkowe twarze ludzi, nawet jeden posąg wygląda, jakby grupa przyjaciół obejmowała się do zdjęcia. Jest też mnóstwo formacji skalnych, których widok z pewnej odległości przypomina płaskorzeźby. Po terenie możemy wędrować, jak tylko żywnie nam się podoba; co prawda pilnuje go dozorca, ale zwraca uwagę na odwiedzających tylko na wejściu, żeby się z nimi przywitać. Wstęp tutaj jest darmowy, ludzie praktycznie zero. Ogółem – polecamy.

ZATOPIONY KOŚCIÓŁ W MAWROWIE

Mawrowo to Park Narodowy w Macedonii, który znajduje się na zachodzie kraju i który już kilka razy przewijał się przez moje wpisy (należytą uwagę poświęcę mu jeszcze osobno). Symbolem parku jest właśnie zatopiony kościół, choć tutaj może budzić lekkie kontrowersje umieszczenie go na liście atrakcji stworzonych przez naturę. Jeśli jednak ktoś nie poczyta wcześniej o powstaniu tego miejsca, to właśnie takie może mieć wrażenie.

Kościół św. Mikołaja powstał w XIX w. i niejako spisano go na straty ok. 100 lat później w momencie powzięcia decyzji o utworzeniu na terenie parku sztucznego jeziora, które stanowiłoby nie tylko miejsce do połowu ryb, ale także źródło pozyskiwania energii. Podejrzewam, że nikt nie spodziewał się, jaką atrakcją to miejsce stanie się w przyszłości, ani że w ogóle tyle przetrwa. Budynek przez długi czas rzeczywiście był w całości pod wodą, jednak teraz przeważnie już się to nie zdarza i zawsze można dostrzec ponad powierzchnią jego dach i kawałek murów.

Warto jednak mieć na uwadze, że poziom wody zmienia się w zależności od pór roku, o czym my w zasadzie nie pomyśleliśmy. A może pomyśleliśmy, ale na zasadzie: „To fajnie, kościół będzie lepiej widoczny, łatwiej będzie go znaleźć”. Tymczasem będąc tam w maju… on stał już zupełnie obok jeziora i to spory kawałek! Trochę mi było przykro, tak nie zobaczyć go w stanie, którym wszyscy się zachwycają, ale i tak musicie przyznać, że robi wrażenie.

Podeszliśmy bliżej, a na miejscu spotkaliśmy Wasilijego – starszego już mężczyznę, który zajmował się sprzątaniem gruzowiska wewnątrz kościoła. Wywoził taczką te wszystkie fragmenty, które rozsypały się podczas podtopienia i był wyraźnie ucieszony, że spotkał jakichś turystów. Trochę z nim porozmawialiśmy, nawet skojarzył brzmienie naszych imion z macedońskimi odpowiednikami. Opowiedział nam, że ma szóstkę dzieci, że połowa wyjechała do innych krajów, że córka ma fajnie płatną pracę w Niemczech, że jest już dziadkiem. Tak jak wspominałam przy okazji pierwszego wpisu o Macedonii – Macedończycy naprawdę lubią rozmawiać; o sobie, o Was, wszystkiego są ciekawi!

Za odwiedzenie tego miejsca oczywiście nie ma żadnych opłat, ale jak już wspominałam – polecam przyjechać tu na wiosnę w czasie roztopów, podczas ciepłej zimy lub na jesień, jeśli macie chęć DOPŁYNĄĆ do kościółka.

Na dziś to już tyle. Dajcie znać, jakie miejsca Wy polecilibyście od siebie, a także czy widzieliście te wymienione przez nas. Które podobało Wam się najbardziej? Trzymajcie się ciepło!

Nietypowe oblicze Macedonii – Muzeum tytoniu, Etnografii i Aut, Marmurowe Jezioro oraz inne

Dzisiejszy wpis jest skierowany do osób, którym największą przyjemność sprawia zwiedzanie lokacji nieopisanych w przewodnikach czy niewidniejących na pierwszych pozycjach w najpopularniejszych atrakcjach Googla. Sporządziliśmy dla Was listę 5-ciu nietypowych miejsc w Macedonii, na które warto zwrócić uwagę. Nie wszystkie z nich odwiedziliśmy, a podane ku temu powody będą dla Was odpowiedzią na pytanie, czy sami chcecie próbować je zdobyć. Zapraszam na:

AUTO & ETHNO MUSEUM FILIP

Atrakcja znajduje się w południowo-zachodniej Macedonii na obrzeżach miasta Bitola. Z zewnątrz jest bardzo niepozorna, więc nawet znając jej dokładną lokalizację, musimy mieć oczy dookoła głowy, żeby dostrzec napis z nazwą muzeum na budynku. Przed nim nie natkniemy się na żadne kierunkowskazy, co z jednej strony może dziwić, a z drugiej nie do końca, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt prowadzenia biznesu przez jedną rodzinę.

Założyciel tego miejsca od zawsze był zbieraczem – pasję zapoczątkowały samochody oraz wszelkiej maści pojazdy (motory, rowery), później obiektem zainteresowań stała się historia terenów Macedonii zanim ta jeszcze powstała, a także los ludzi, którzy mieszkali właśnie w Bitoli. Mężczyzna rozmawiał z obecnymi mieszkańcami i pozyskiwał od nich pamiątki oraz przedmioty codziennego użytku po ich przodkach, aż doprowadził do takiego stanu rzeczy, że Macedończycy sami przynosili mu je do kolekcji. Ta rozrosła się do tego stopnia, że dziś na prywatnej działce stoi nie tylko dom rodzinny, ale również drugi budynek poświęcony kolekcjom, czyli właśnie muzeum.

Przyjeżdżając na miejsce, obsłuży Was albo ojciec rodziny, albo jego córka, która mówi po angielsku. Nie opowiada o każdym przedmiocie, wybiera kilka najciekawszych, o których napomknie i w milczeniu oprowadza zwiedzających po parterze i piętrze. Nie ma problemu z robieniem zdjęć czy nawet wejściem do samochodów, które stanowią eksponaty – dziewczyna sama do tego zachęca. Głównie czeka na pytania i odpowiada na wszystko, co tylko chcecie. Mam wrażenie, że pozwoliłaby na naprawdę dużo, byle gość czuł się usatysfakcjonowany, a nas wprawiało to aż w lekkie zakłopotanie.

Wstęp do atrakcji kosztuje ok. 7,5 zł (100 MKD za osobę). Cena jest niewysoka, a w jej ramach skosztowaliśmy nawet domowo pędzonej rakii. Dziewczyna nalała ją z małej, drewnianej beczułki z kranikiem i po pierwszym kieliszku wręcz namawiała, żebyśmy napili się jeszcze. Najbardziej rozbawiło nas, że odmówiliśmy, no bo przecież przyjechaliśmy samochodem, na co dziewczyna machnęła ręką i stwierdziła: „It’s not a problem!”. Wtedy styl jazdy Macedończyków wydał nam się bardziej uzasadniony niż zazwyczaj.

Po rodzinie widać, że ma żyłkę do interesów – potrafiła przekształcić pasję w biznes i nieustannie go rozbudowywać. Jedno skrzydło muzeum zajmuje jadalnia, nad którą znajduje się pokój (lub kilka) sypialnianych. Wisi tam gobelin Ostatniej Wieczerzy, jest też również rosyjska ruletka. Niestety części restauracyjno-hotelowej jeszcze nie uruchomiono ze względu na pandemię i restrykcje, więc jest to stosunkowo nowy projekt. Oprócz tego właściciele zajmują się wynajmem starych samochodów na ślubne sesje zdjęciowe i na tym również dodatkowo zarabiają. W jednym pokoju mają nawet cały stół z wywołanymi fotografiami. Dla nas wyglądały trochę kiczowato, natomiast niewątpliwie przynosiły zyski i cieszyły się zainteresowaniem, sądząc po ich ilości.

Jeśli chodzi o całokształt muzeum, to na zewnątrz i na parterze znajdują się głównie stare modele samochodów (nawet nasz polski maluch!) oraz motorów, powstaje też nowa wiata na rowery. Jedną ścianę zajmują radia, inną narzędzia różnego rodzaju, a pod sufitem wisi mnóstwo lamp naftowych. Oprócz tego w mniejszej ilości znajdują się żelazka, koła, koszyki, stare naczynia, świeczniki – zupełnie jakbyście przenieśli się w czasie do zamożnego, acz mocno zagraconego domostwa.

Na pierwszym piętrze urządzono kilka pokoi na różną modłę, np. turecką lub żydowską, a każdy z nich odzwierciedla życie jakiejś społeczności lub grupy etnicznej. Ustawiono tutaj także aparaty, maszyny do pisania, manekiny z założonymi strojami ludowymi, a także najciekawszy element wystawy – organy, liczące sobie ponad 800 lat. Ku naszemu zaskoczeniu córka właściciela zachęca, byśmy usiedli i zagrali (!), ale wiecie, trochę baliśmy się czegoś uszkodzić. Przyczynienie się do zepsucia takiego antyku musiałoby kosztować fortunę. Dziewczyna widziała nasze obawy, więc sama usiadła na krzesełku i tylko przeprosiła nas, że nie umie grać. Nacisnęła jednak kilka klawiszy po sobie i przez całe pomieszczenie przeszedł dźwięk, który aż sprawił, że przeszły nas ciarki. Niesamowite przeżycie, naprawdę – nawet dla tej jednej chwili warto odwiedzić to miejsce.

Macedonka chyba widziała nasz entuzjazm, bo pokazała nam część wystawy, która jeszcze nie jest dostępna dla zwiedzających – pewnie dlatego, że eksponaty nie są jeszcze wyczyszczone ani uporządkowane i znajdują się w czymś w rodzaju kantorka/kanciapy. Tam są już takie typowo ogrodowe rzeczy, ale możemy dostrzec wśród nich ogromny powóz, taczki, beczki, dzbany czy piecyki.

Całe miejsce charakteryzuje się niesamowitą atmosferą, spędziliśmy w nim świetny czas. Uważam, że to jedna z ciekawszych, mało znanych atrakcji wśród Polaków, choć gości tam stosunkowo dużo turystów z reszty Europy. Polecam ogromnie.

MUZEUM TOŜE PROESKIEGO

To jest dla mnie absolutny ewenement, który w ogóle miażdży moje postrzeganie świata. Jeden z niewielu razy, kiedy odczułam w Macedonii coś pokroju szoku kulturowego, takiej zupełnie innej mentalności. Atrakcja znajduje się nieco na zachód od centralnej części Macedonii w miejscowości Kruszewo, skąd wywodzi się Tose Proeski. Kim w ogóle jest ta postać? My też nie mieliśmy zielonego pojęcia, ale zaczęliśmy poważnie zadawać sobie to pytanie, gdy przechadzaliśmy się miastem i wszędzie widzieliśmy jego podobizny. Zdjęcia, plakaty i pomniki powiązane z muzyką dały nam dość jasny obraz tego, kim ów człowiek jest – piosenkarzem, który w Kruszewie spędził większość życia. Zginął tragicznie w wieku 26 lat podczas wypadku samochodowego, co doprowadziło do ogłoszenia żałoby narodowej w Macedonii. Postać jest niemalże gloryfikowana – możemy spotkać ją wszędzie, nawet na moście artystów w Skopje. Pomnik umiejscowiono po skrajnej stronie mostu i chyba zastąpił inny (zapewne kogoś, kto nie był Macedończykiem z krwi i kości…).

Z czego wynika popularność artysty? Działalność międzynarodowa, wystąpienie na Eurowizji w 2004 roku, tragiczna śmierć i jeden z nielicznych artystów, którego kariera zaczęła się już w obecnej Macedonii, a nie tylko na jej byłych terenach, to kilka najmocniejszych argumentów. Nagrał również piosenkę, która stała się hymnem UNICEF. Nie znać go w Macedonii, to po prostu grzech. Wrażenie to tylko i wyłącznie pogłębiło muzeum poświęcone życiu artysty… No bo wyobraźcie sobie, że wraz ze śmiercią Krzysztofa Krawczyka nie dość, że ogłaszamy żałobę narodową, to jeszcze tworzymy ogromne muzeum na temat jego życia, gdzie możemy obejrzeć nawet skarpetki, w których chodził… Mimo ogromnego grona sympatyków nikt jakoś nie wpadł na taki pomysł – witamy w Macedonii.

Muzeum jest bardzo nowoczesne, w większości przeszklone. Za wstęp płacimy 100 MKD (ok 7,5 zł), a w środku możemy szukać ze świecą informacji po angielsku – wszystkie tabliczki są w języku macedońskim. Na samym środku znajdują się dwie ogromne tafle rozciągające się aż po sam sufit z tekstami piosenek. Wzdłuż ścian ustawiono gabloty z ponad 350 eksponatami, czyli rzeczami, które należały do artysty. Parter jest poświęcony prywatnemu życiu Tose Proeskiego, pierwsze piętro jego karierze. Możemy oglądać ubrania, przedmioty codziennego użytku, maskotki od fanów, nagrody, statuetki itd. Jako obcokrajowcy nie dostajemy zbyt wielu informacji praktycznych, jednak jesteśmy w stanie mniej więcej zwizualizować sobie, czym piosenkarz zajmował się w wolnym czasie, jakie miał podejście do życia i inne zainteresowania poza muzyką. Co nas zwaliło z nóg, to gablotka, w której widniała biblia oraz obrazki świętych, a obok nich od razu podobizna artysty. Całość była tak skomponowana, że wyglądało, jakby był przynajmniej na równi z nimi i taka gloryfikacja przewijała się przez całe muzeum.

Zwiedzanie samo w sobie nie jest nie wiadomo jak godne polecenia, chyba że rzeczywiście wcześniej poczytamy trochę o historii piosenkarza albo lubimy jego muzykę. W przeciwnym razie to po prostu oglądanie w większości przeciętnych rzeczy, które mogłyby należeć do każdego człowieka i za wiele kulturowych czy społecznych aspektów nie wniesie to do Waszego życia. Weszłabym jednak głównie ze względu na tę podniosłość względem artysty, żeby uzmysłowić sobie, jak monstrualne rozmiary ona przybiera. Dla nas to był naprawdę szok.

MARBLE LAKE

Miejsce, którego niestety nie odwiedziliśmy, mimo że mieliśmy na to ogromną ochotę. W końcu wystarczy spojrzeć na zdjęcie poniżej, żeby się zachwycić. Jezioro znajduje się na obrzeżach miasta Prilep (wioska Belovodica ok. 20 km dalej) znajdującego się lekko na południowy zachód od centralnej części Macedonii. Charakteryzuje się niesamowicie turkusowym kolorem i otaczającymi je blokami marmurowymi, czyli pozostałościami po istniejącej tam niegdyś kopalni marmuru, którą zamknięto tuż po dokopaniu się do źródła wody. Zbiornik jest długości dwóch długich basenów – 100 m, a jego głębokość to 40 m, co musi robić imponujące wrażenie, kiedy jest się na miejscu.

Zdjęcie pochodzi ze strony Pinterest – autor: BoceA, platforma: fivehundredpx

Atrakcja wciąż widnieje na liście najbardziej polecanych w Macedonii, natomiast dzień przed planowanym wyjazdem tam przeczytaliśmy, dlaczego jednak warto wstrzymać się na razie z podróżą. Od roku 2018 da się przeczytać coraz nowsze opinie turystów na temat tego, że kopalnię uruchomiono ponownie, więc dojazd do niej jest bardzo karkołomny i lepiej nie wybierać się tam bez auta z napędem 4×4. Mnóstwo dziur, nawigacja się urywa, ale nie to jest największym problemem. Oficjalnie miejsce zostało zabronione do odwiedzin. Można oczywiście olać zakaz i pojechać mimo tego, jednak na miejscu rozpanoszyło się ponoć bardzo dużo dzikich psów, które atakują nie tylko inne czworonogi, ale też nie są przyjaźnie nastawione do ludzi (do tego stopnia, że trzeba czekać w aucie, by móc ruszyć, aż znudzą się cudzą obecnością).

Na razie nie wiadomo, czy i kiedy sytuacja zostanie opanowana, a miejsce ponownie otwarte dla zwiedzających. Po pięknych zdjęciach zostało zapewne tylko wspomnienie ze względu na mnóstwo pyłu i błota nanoszonego przez przyjeżdżające tam maszyny. Wyobraźcie sobie jednak, że kiedyś w tym jeziorze można było pływać, co zwłaszcza w lecie uskuteczniali lokalsi. Były jednak pewne wątpliwości związane z bezpieczeństwem i czystością wody, natomiast nie wydano żadnego oficjalnego orzeczenia i Macedończycy stwierdzili, że w takim razie wszystko jest OK.

WINNICA – ROYAL WINERY QUEEN MARIA

Polecam odwiedzenie przynajmniej jednej winnicy w trakcie pobytu w Macedonii, niekoniecznie tej opisywanej przeze mnie. Najbardziej popularną jest Kamnik na obrzeżach Skopje, gdzie budynek wzniesiony na polu winorośli wygląda zupełnie jak przeszklony pałac. Niestety degustacja tam jest dość droga i trzeba poprzedzić ją rezerwacją przez stronę internetową. Royal Winery Queen Maria była jedną z niewielu, gdzie cały teren był dostępny dla odwiedzających za darmo, a do tego naprawdę ładnie zagospodarowany. Mamy oczywiście winnicę, winiarnię, podlegający pod teren hotel, ale też pięknie zagospodarowaną przestrzeń wraz z… pawiami oraz perliczkami! Jest ich mnóstwo, z kilkadziesiąt sztuk – chodzą wypuszczone luzem, chętnie pozują do zdjęć i nie płoszą się na widok ludzi.

Obsługa jest naprawdę przemiła. Gdy przyjechaliśmy, akurat padało, a i tak ktoś nas zaczepił i spytał, czego potrzebujemy – nawet odprowadził nas pod same drzwi. Podczas wybierania wina dokładnie to samo podejście; nikt nie spoglądał na nas z góry albo jak na potencjalnych biedaków, którzy nie za wiele kupią, co np. zdarza nam się w Polsce. Nie wiem, czy też się z tym spotykacie, ale bardzo często w sklepach z droższymi alkoholami obsługa chyba ze względu na moją dziecięcą buzię i preferencje cenowe poniżej miliona złotych jest raczej mocno sceptyczna i niechętnie pomaga. W Macedonii mężczyzna poopowiadał nam o winach, doradził i ostatecznie kupiliśmy cztery butelki za łącznie 90 zł! Ceny są naprawdę opłacalne zwłaszcza ze względu na stosunkowo wysoką jakość – w dodatku możemy nabyć takie wina, jakich nie znajdziemy w przeciętnych marketach. Polecam mocno!

MUSEUM OF TOBACCO

Nie wiem czy wiecie, ale Macedonia poza uprawą warzyw specjalizuje się również od 500-set lat w produkcji tytoniu. Ponoć jest bardzo dobry jakościowo i smaczny, aczkolwiek żadne z naszej pary nie pali, więc czy to prawda, tego nie potwierdzimy. To też powód, dla którego atrakcję pominęliśmy, ale jeśli kogoś temat „jara”, to na pewno będzie zachwycony. Muzeum o tej tematyce jest jednym z większych w Europie i gromadzi ponad 2,5 tys. obiektów, z czego część należała do znanych postaci historycznych z różnych państw. Sama wystawa może nie jest specjalnie zajmująca, jednak uroku dodaje im personel, który bardzo ciekawie opowiada – pewnie zależy, na kogo się trafi. Bardzo istotne z punktu zwiedzania jest to, że obiekt nie ma konkretnych godzin otwarcia – musicie umówić się sami przez telefon: +389 48 434 011 lub znaleźć kontakt online na macedońskich stronach. W przeciwnym razie należy liczyć na to, że ktoś akurat będzie w środku podczas naszych odwiedzin i będzie na tyle łaskawy, że nas wpuści. Jeśli chodzi o cenę, to tutaj zetknęłam się z rozbieżnością informacji, w każdym razie waha się ona od 0-120 MKD (niecałe 9 zł max).

To nasze TOP 5 ciekawych miejsc, które chcieliśmy Wam podsunąć, jeśli zamierzacie wybrać się kiedyś do Macedonii. Mamy nadzieję, że wybierzecie chociaż jedno z nich i dacie nam znać, jakie są Wasze wrażenia. A może już byliście w którymś z nich i Wasze odczucia okazały się zupełnie odmienne od naszych? Koniecznie dajcie znać, a tymczasem trzymajcie się ciepło!

Ranking starożytnych ruin na terenie Macedonii – ceny, porady praktyczne i lokalizacja

Jak już wspominałam przy okazji wielu poprzednich wpisów, Macedonia jest stosunkowo młodym państwem, które powstało na terenach niegdysiejszej Bułgarii, Albanii oraz Grecji. Zwłaszcza nazwa ostatniego kraju (ale nie tylko) powinna sugerować, jakie bogactwo kulturowe zamknęło się w granicach nowo powstałego kraju. Mimo że kierunek nie jest bardzo popularny, obfituje w mnóstwo starożytnych zabytków, które możemy podziwiać nie tylko w muzeach, ale także udając się na stanowiska archeologiczne i to właśnie na nich skupi się dzisiaj moja uwaga. Zapraszam na:

Jeśli jesteście fanami historii, będziecie zachwyceni, bowiem wiele wykopalisk jest naprawdę sporych rozmiarów, a budowle i figury potrafią być bardzo dobrze zachowane. To też jedne z niewielu miejsc na terenie całego kraju, gdzie przykłada się wagę do informacji – znajdziemy wiele tabliczek, znaków, mapek i opisów, co raczej nie uchodzi za chleb powszedni w Macedonii.

Oczywiście nie udało nam się zwiedzić wszystkich tego typu miejsc – informacje o nich bardzo ciężko odszukać w Internecie, a my natrafialiśmy na nie spontanicznie, kiedy jadąc gdzieś samochodem, zauważaliśmy charakterystyczny zjazd na atrakcję w postaci brązowej tabliczki z białym filarem. Odwiedziliśmy ich jednak na tyle dużo, że możemy podpowiedzieć Wam, czego się spodziewać, na co zwrócić uwagę, no i gdzie szukać! Na samym dole znajdziecie też rankingi, które sporządziliśmy dla Was, biorąc pod uwagę różne kryteria odwiedzonych wykopalisk.

STOBI

Znajduje się w środkowej Macedonii, nieco bliżej wschodu. Początki Stobi przypadają na ok. VII – VI w. p.n.e., co czyni je najstarszymi wykopaliskami w kraju. Miasto osiągnęło świetność za czasów panowania Oktawiana Augusta i stanowiło jeden z ważniejszych ośrodków handlowych. Jego żywot zakończył się kilka wieków po narodzeniu Chrystusa w wyniku potężnego trzęsienia ziemi oraz kilku innych towarzyszących mu okoliczności. Ciekawostka – to właśnie tu po raz pierwszy użyto nazwy denara, który później stał się walutą kraju.

Będąc tam w maju, miejsce zrobiło na nas niesamowite wrażenie i to nie tylko pod względem historycznych pozostałości, a samego otoczenia. Teren, po którym się poruszamy, jest dość duży, na pewno największy i najbardziej okazały spośród tych, które znajdą swoje miejsce w tym wpisie. To zapewne powód, dla którego zwiedzanie nie jest aż tak swobodne jak w przypadku innych wykopalisk. Mamy tutaj wyznaczone ścieżki, oznaczenia, w wielu miejscach są także zawieszone sznurki, których nie powinniśmy przekraczać. Trochę tu już wiało takim „typowym miejscem turystycznym”, chociaż obszar wokół był zupełnie dziki i nietknięty przez człowieka. Piękny obraz, zwłaszcza że w Polsce widzi się go coraz rzadziej – łąka porośnięta makami i innymi kwiatami w tak dużym stopniu, że przykrywały częściowo fragmenty kolumn leżące na ziemi. Miejsce stało się idealnym domem dla sporych rozmiarów żółwi, które chowały się w wysokiej trawie lub wygrzewały skorupy na słońcu.

Jeśli chodzi o zabytki, to do przejścia mamy 19 znacznie oddalonych od siebie stanowisk, do których możemy podążać z mapką otrzymaną na wejściu. Znajdują się tu m.in. pozostałości po łaźniach, więzieniu, fontannie, licznych bazylikach, a nawet kasynie. Przyjeżdżając tutaj, pierwszym miejscem, które rzuci Wam się w oczy, będzie również antyczny teatr zachowany w naprawdę dobrym stanie. Pierwotnie mieścił ponad 7,5 tys. osób, toczyły się tutaj walki gladiatorów. Co ciekawe, oznaki zniszczeń czy braków, które dostrzegamy w budowli, wcale nie wynikają z upływu czasu czy zdarzeń, o których wspominałam wcześniej. Po prostu była to konstrukcja na tyle duża i materiałochłonna, że już w V w. zaczęto stopniowo rozbierać ją, a budulca używano do stawiania nowych obiektów w mieście (na zdjęciu wyraźnie widać, że proces ten rozpoczęto od lewej strony).

Pozostałości po mieście są dość dobrze zachowane – zawsze jesteśmy w stanie dostrzec całkowity zarys budynku, kolumny, łuki, płaskorzeźby czy… mozaiki, które w wielu miejscach są niemalże nieuszkodzone i na nas robiły największe wrażenie. Przykładem tego jest jeden z obiektów sakralnych, nad którym rozciągnięto rusztowania ze schodami i barierkami. Górę ruin osłonięto dachem, aby na ziemię nie skapywał deszcz, chroniąc je tym samym przed wiatrem czy nadmiernym słońcem. Widok z lotu ptaka zapewnia nam nie tylko lepszą widoczność na ogrom pozostałości, ale też pozwala na lepsze zaobserwowanie wzorów ułożonych z drobnych kamyczków i płytek, które z innej perspektywy trudno byłoby dostrzec i docenić. Mnie zachwyciło, że kulturowo dzieliło nas tyle lat z ich twórcami, a mimo tego dalej używamy podobnych symboli czy potrafimy rozpoznać przedstawione motywy. Największe wrażenie robi z pewnością baptysterium, sami spójrzcie.

Wstęp tutaj kosztuje 120 MKD (8,92 PLN) i jak najbardziej polecamy odwiedzenie tego miejsca. Co dziwne, na wejściu znajdują się obrotowe bramki, jednak większość osób omija je, nawet nie płacąc. Warto jednak podejść do okienka i wesprzeć finansowo to miejsce, w którym wciąż istnieją czynne stanowiska archeologiczne. Kobieta w kasie była, zdaje się, zaskoczona naszą uczciwością, ale przecież dla nas to niewielki wydatek, a dla nich spore wsparcie.

HERAKLEA LYNCESTIS

Dużo mniejsza względem Stobi, bo licząca jedynie 10 stanowisk i położona na znacznie mniejszym, skupionym terenie. Znajduje się na południowym zachodzie Macedonii w pobliżu miasta Bitola i została założona przez Filipa II Macedońskiego w IV w. p.n.e. Nazwano ją na cześć Heraklesa, co miało przywodzić na myśl zwycięstwo i chwałę. Tutaj również prócz rabunków kres miasta wyznaczyło trzęsienie ziemi, po którym mieszkańcy stopniowo zaczęli wyjeżdżać i szukać nowego miejsca do osiedlenia się.

Wśród najciekawszych zabytków znajdują się termy, bazyliki z dobrze zachowanymi mozaikami czy teatr. Ten odkryto stosunkowo późno, bo dopiero w XX w., a wskazówką nakierowującą na miejsce poszukiwań  była odnaleziona kostka pełniąca rolę biletów w czasach starożytnych. Dla mnie to w ogóle niesamowicie fascynujące, jak taki drobiazg mógł przyczynić się do takiego odkrycia. Teatr w głównej mierze pełnił scenę do walk gladiatorów, na miejscu znajdowały się trzy klatki ze zwierzętami i tunel, którego oba wyjścia możemy obserwować po dziś dzień.

To co na nas zrobiło też ogromne wrażenie, to system kanalizacyjny, który można dostrzec, idąc przez sam środek wykopalisk. Stawiając pierwsze kroki, ma się wrażenie, że przed wami rozciąga się dróżka wyłożona z kamieni, ale jeśli przyjrzycie się bliżej, to wyraźnie widzicie prześwity pomiędzy nimi i dziurę (rynnę), która znajduje się pod spodem. Cóż, na pewno był to jakiś sposób na odprowadzanie nieczystości z gospodarstw i zachowanie większej higieny, ale z drugiej strony wyobraźcie sobie, jaki w mieście musiał rozciągać się zapach…

To miejsce słynie także z mozaik – ta, która znajduje się w Wielkiej Bazylice, została nawet umieszczona na banknocie o nominale 5000 MKD.

Zwiedzanie kosztuje 60 MKD (4,46 PLN) i jest zupełnie swobodne – mam wrażenie, że moglibyście nawet chodzić po mozaikach i skakać po murkach, a nikt nie zwróciłby Wam uwagi. Oczywiście to nie powód, żeby tak robić, ale czasami ułatwiało np. robienie zdjęć, jeśli kogoś temat interesuje. Warto też zaopatrzyć się w dobre buty – na miejscu jest sporo roślin, które gubią takie jakby kolce czy szpiczaste rzepy, które wbijają się w podeszwy. Moje były zupełnie poszatkowane i pełne dziurem po odwiedzeniu tego miejsca, bo były za miękkie.

BARGALA

Bargala nie jest jakoś szczególnie polecana w Internecie, raczej ciężko znaleźć ją jako atrakcje wypisane na polskich stronach. Mimo tego pojechaliśmy, by przekonać się, z czym to się je i nasze uczucia były raczej… mieszane.

Miasteczko powstało mniej więcej w IV w. i znajduje się w okolicy Sztipu (Štip). Nie ma tam zbyt wiele do zobaczenia zarówno pod względem rozmiarów tego miejsca, jak i większych atrakcji, przez co wstęp jest darmowy. Oczywiście jest tu bazylika czy łaźnie, jednak brakuje jakichkolwiek informacji w postaci chociażby małych tabliczek, co jest czym. Nie ma też wytyczonej drogi do zwiedzania, co chyba niespecjalnie nikogo zaskakuje. Najciekawszym elementem zabudowań są potężne mury obronne – jeśli ktoś ma ochotę, może wejść na ich samą górę przy użyciu zachowanych schodków.

Powiem tak – jeśli ktoś jest fanem historii czy architektury, to i tak mu się tu spodoba, jednak dla każdego przeciętnego odwiedzającego, zwłaszcza jeśli zobaczył już dwie wymienione przez nas wcześniej pozycje, nie będzie to raczej nic ciekawego czy odkrywczego. Warto tu wstąpić, jeśli zwiedzamy coś w pobliżu, tak jak my to zrobiliśmy – w przeciwnym razie odradzam planowania wyjazdu specjalnie tutaj. Nas dodatkowo złapała ulewa, więc uciekaliśmy stamtąd dość szybko.

Są jednak pozytywne aspekty, na które udało mi się zwrócić uwagę. Na pewno monumentalne wejście w postaci łuku robi wrażenie. Na miejscu możemy zobaczyć ciekawie przebiegający proces niszczenia kolumn, które zmieniły kolor na różowy. Możemy odnaleźć też niewielkie pomieszczenie z piecem, gdzie po dziś dzień zachowały się zwęglone ślady po jego użytkownikach.

(ARHEO PARK GRADIŠTE) BRAZDA

Gdybym robiła ranking porażek i to nawet nie tylko w kwestii tego postu, a całości naszego wyjazdu do Macedonii, to byłoby moje TOP 1. Brazda znajduje się w okolicy Skopje, więc sąsiedztwo stolicy, a także wyniosła nazwa parku archeologicznego zachęciły nas do odwiedzenia tego miejsca, do którego prowadził dosłownie jeden drogowskaz.

Z tego co czytaliśmy, w tym miejscu odnaleziono ogromną płytę nagrobną, przykrywającą grób jakiegoś niegdyś żyjącego na tych terenach dygnitarza. Pod spodem znajdowała się komora uformowana z wielkich, ciosanych głazów, które transportowano w to miejsce ponad 20 km. Po takim opisie spodziewaliśmy się grobowca na miarę Aleksandra Macedońskiego, natomiast naszym oczom ukazało się to:

Na pytanie, czy znajduje się tam cokolwiek więcej – otóż nie, chyba że interesują Was ruiny znajdujące się niedaleko, gdzie prócz kilku ścian spryskanych sprayem, mnóstwa roztrzaskanego szkła i dość nieprzyjemnego zapachu, nie uświadczycie niczego. Jeśli więc kiedyś nazwa obije się o Wasze uszy, najlepiej to zignorować i darować sobie tę wątpliwą przyjemność.

SCUPI

To akurat coś, czego żałuję bardzo. Miasto są położone w bliskim sąsiedztwie Skopje –powstało ok II w. p.n.e. i również opustoszało po trzęsieniu ziemi w VI w. n.e. Wykopaliska są też jednymi z większych, choć może gorzej zachowanych niż Heraklea czy Stobi.  Niestety przyszło nam je oglądać wyłącznie zza krat. Teren ogrodzono i zamknięto na kłódkę, a kiedy zapytaliśmy ludzi mieszkających w pobliżu, kiedy zostanie ponownie otwarty dla turystów, stwierdzili, że nie wiedzą i że tak już jest od jakiegoś czasu. Prawdopodobnie więc COVID odcisnął tutaj swoje piętno i nie było nam dane zwiedzić tego miejsca, ale Wy jedźcie tam koniecznie, jeśli będziecie mieć okazję i dajcie nam znać, jak było!

PLAOŠNIK

Wykopaliska znajdujące się w samej Ochrydzie, o których pisałam TUTAJ. Znajduje się przy nich jedna z ciekawszych cerkwi Macedonii, którą możemy zwiedzić od środka. Znajdziemy tutaj dobrze zachowane kolumny z rzeźbieniami, chrzcielnicę, ruiny budowli wraz z łukami czy mozaiki na posadzkach. Co ciekawe, nad nimi powstaje cały kompleks budynków wyglądający jak hotel, pod którym dalej prowadzone są prace archeologiczne. Wstęp jest płatny: 50 MKD za bilet ulgowy/studencki (ok. 3,70 zł) i 100-200 MKD za osobę dorosłą (7,50-15 zł). Po więcej informacji zapraszam bezpośrednio przez link.

To wszystkie z wykopalisk, które udało nam się odwiedzić. Przyszedł więc czas na podsumowanie i rankingi dotyczące różnych aspektów zwiedzaniowych:

RANKINGI

RANKING 1 – WYKOPALISKA, KTÓRE OFERUJĄ NAJWIĘCEJ ZABYTKÓW/CIEKAWOSTEK DO ZOBACZENIA:

  1. Stobi
  2. Heraklea
  3. Plaośnik
  4. Bargala
  5. Brazda
  6. ??? Scupi ??? (prawdopodobnie uplasowałoby się na 1-2 miejscu)

RANKING 2 – NAJLEPSZY DOSTĘP DO INFORMACJI NA MIEJSCU

  1. Stobi
  2. Plaośnik
  3. Heraklea
  4. Brazda
  5. Bargala
  6. ??? Scupi ???

RANKING 3 – NAJWIĘKSZA SWOBODA ZWIEDZANIA

  1. Brazda/Bargala
  2. Heraklea
  3. Stobi
  4. Plaośnik
  5. ??? Scupi ??? (zapewne zbliżona do Stobi)

Z naszej strony to byłoby wszystko. Dajcie znać, czy kiedykolwiek odwiedziliście jakieś z tych miejsc albo czy mieliście je w planach. Czy zmieniliśmy odrobinę Wasze spojrzenia na nie? Trzymajcie się ciepło!

Co warto zwiedzić w okolicach Ochrydy? Czyli muzea, klasztory oraz rezerwaty przyrody

Przy okazji poprzednich postów wspominałam o najciekawszych atrakcjach Ochrydy, natomiast dziś chciałabym przedstawić Wam pomysły na kilka krótkich wycieczek właśnie z tego miasta. Jeśli już zawitaliśmy w tych rejonach Macedonii, grzechem byłoby nie wykorzystać okazji, zwłaszcza że większość z poniższych pozycji mogą zobaczyć zarówno zmotoryzowani, jak i nie (dostępność łódką, wykupienie rejsu, autobus). Przedstawiamy więc trzy miejsca, w które warto udać się zwłaszcza w pogodne dni i niewielkim nakładem siły poznać nowe zakątki świata:

BAY OF BONES

Muzeum na wodzie, które w całości stanowi rekonstrukcja osady tudzież wioski rybackiej istniejącej w tym miejscu już w czasach prehistorii. Jest raczej niewielkie, ale niesamowicie fotogeniczne i raczej nietypowe – w każdym razie ja nigdy widziałam podobnego miejsca. Zatoka Kości swoją nazwę zawdzięcza prawdopodobnie szczątkom zwierzęcym, które odnaleziono na tych terenach (czaszki, proste narzędzia). Wstęp kosztuje 100 MKD (ok. 7,5 zł) niezależnie od wieku, nie przysługują tutaj żadne zniżki, co jest dość niespotykane, biorąc pod uwagę każdą inną atrakcję kraju. Nawet specjalnie o to zapytaliśmy, ale mężczyzna za ladą zbył nas dość nieuprzejmie i chyba miał zły dzień.

DOJAZD

Obecnie możemy dotrzeć tu drogą lądową – samochodem z Ochrydy zajmie nam to około 20-stu kilku minut (jest też ponoć autobus za 1 EUR, ale z niego nie skorzystaliśmy). Niby to tylko 16 km, ale droga przez wioseczki, z wieloma zakrętami i średniej jakości asfaltem. Drugą opcją jest wykupienie rejsu. Ich ceny wahają się średnio od 5-20 EUR, gdzie 5 to mała łódeczka z silnikiem, a 20 to duży wycieczkowiec, jeśli miałabym zobrazować Wam przekrój wielkości i jakości. Który wybór wydaje się lepszy? Praktykowałam oba i każdy ma swoje zalety. Podróżując autem, zwłaszcza w środku tygodnia, na pewno nie natkniemy się na tłumy ludzi i zwiedzanie jest po prostu przyjemniejsze, we własnym rytmie. Rejs z kolei zapewnia nam opiekę przewodnika, który wzbogaci wycieczkę w ciekawe informacje. Na miejscu co prawda są tabliczki informacyjne, ale napisane dość topornym angielskim – dużo trudnych słów i zlepków typu „Kali jeść, Kali pić”. Trzeba jednak pamiętać, że taką przyjemność należy wcześniej zarezerwować w porcie i zapłacić zaliczkę. Nie polecę więc tutaj lepszego rozwiązania, bo to bardzo mocno zależy od Waszych preferencji.

ZWIEDZANIE

Rozpoczynając zwiedzanie, wchodzimy do pomieszczenia, gdzie możemy obejrzeć oryginalne fragmenty naczyń i… drewnianych pali. Na samym środku pokoju znajduje się duży zbiornik ze specjalnym roztworem, dzięki któremu drewno nie rozkłada się, nie gnije, tylko pozostaje w niezmienionej formie dla zwiedzających. Jak więc wioska utrzymywała się przy życiu kiedyś, skoro takich metod nie było? Otóż nie utrzymywała się i dlatego osadę wznoszono ciągle od nowa, zwłaszcza że jednym z jej głównych budulców była glina, która z wodą za bardzo się nie lubi.

Dziś w każdym z domków możemy odnaleźć charakterystyczne „umeblowanie” w postaci przędzy, koszyków, kominków, dzbanków, słomianych rolet okiennych, kołysek dla dzieci, łóżek, czaszek czy skór zwierzęcych. Oczywiście są sztuczne, co czuć nie tylko w dotyku, ale widać na pierwszy rzut oka chociażby po niedźwiedziu z wydłubanym okiem i plastikowym nosem. Do każdego domku można wejść i jego stylizacja, choć podobna, cechuje się pewnymi różnicami, przez co uwaga zwiedzającego zostaje zachowana. Elementem, którego już dziś nie zobaczycie, jest drewniana klapa znajdująca się w każdym domostwie. Ponoć służyła do połowu ryb, aczkolwiek stanowiła też pewne zagrożenie, zwłaszcza dla dzieci… Według tego, co możemy przeczytać na miejscu, na wszelki wypadek obwiązywano im kostki sznurem. W razie gdy wpadły do wody, rodzice ciągnęli za niego i wciągali podopiecznego z powrotem do domu, do góry nogami. 100% zapewnienia bezpieczeństwa. Wyobrażacie sobie podobne dzieciństwo? 😉

Miejsce warto odwiedzić w słoneczny dzień, bo woda tutaj rzeczywiście ma wtedy niesamowity, błękitny kolor. Jest bardzo czysta i o ile większość zdjęć w Internecie z Bay of Bones jest przerobionych aż do bólu, o tyle mogę zapewnić, że na żywo wrażenia wcale nie są gorsze. Legenda głosi, że całość konstrukcji została wzniesiona na 10.000 pali, a wioskę zamieszkiwało ok. 60 mieszkańców.

VEVCHANI SPRINGS

Można powiedzieć, że to niewielki rezerwat przyrody, który znajduje się w miejscowości Vevchani oddalonej od Ochrydy o 27 km (35 minut jazdy samochodem). Nie jest w ogóle rozsławiony, stąd szukając informacji o nim, natknęłam się tylko i wyłącznie na zdjęcia, które ktoś zrobił w taki sposób, że dalej nie miałam pojęcia, czym owa atrakcja jest. Teraz jednak mogę powiedzieć, że to takie typowe miejsce na spacer wśród przyrody, gdzie możemy odświeżyć umysł z dala od ludzi. Wokół słychać tylko szum licznych potoków, w wielu miejscach da się dostrzec małe wodospady i źródła wybijające z ziemi już pod taflą wody (odznaczają się wieloma bąbelkami czy pianą). Na terenie rezerwatu możemy spotkać mnóstwo gatunków ssaków (wilki, rysie, sarny, nietoperze czy nawet niedźwiedzie), owadów, grzybów czy płazów. Jednym z bardziej rozpoznawalnych jest np. salamandra plamista, którą tutaj podpisano jako „salamandra salamandra”. 🙂

Na miejscu znajdują się liczne ławeczki czy miejsca, w których możemy usiąść i odpocząć. Wstęp poza sezonem jest darmowy, natomiast przy wejściu znajdowała się budka, która nasunęła nam na myśl symboliczne opłaty w okresie letnim. W maju nie było tam nikogo, na szybie widniał jedynie numer telefonu, ale jakoś nikt nie palił się do tego, żeby zadzwonić i powiedzieć, że chce kupić bilet. 😉 Miejsce polecam, jest bardzo ciche i urokliwe.

WIOSKA VEVCHANI

Warto też przejść się po samej miejscowości Vevchani – nie jest wpisana na żadne listy popularnych miast czy wiosek macedońskich, a na nas zrobiła niesamowite wrażenie. Większość domów wykańczano przy pomocy dwóch budulców – kamienia oraz drewna, co wygląda naprawdę bajecznie. W wielu miejscach na tarasach czy balkonach widać zawieszone ogromne wory z kukurydzą, prawdopodobnie w celu suszenia. Znaczna część zabudowań jest naznaczona nie tylko czasem, ale też pożarem – widać osmolone ściany, wybite szyby czy zniszczone bele lub stropy. Może powinnam odnieść wrażenie biedy, bo wioska naprawdę była skromna, a zamiast tego miejsce wydawało nam się po prostu magiczne. Rośnie tu też mnóstwo pięknie rozkwitających kwiatów i krzewów, co tylko wzmacnia kontrast.

W samym centrum Vevchani znajduje się dość duży kościół, do którego prowadzi wiele malutkich stopni. Tuż u jego podnóży widnieje mała, podupadła burgerowania – zatrzymaliśmy się tam na małą przekąskę i powiem Wam, że dawno nie najadłam się i nie napiłam tak dobrze, za taki bezcen. Właściciel knajpy wyglądał na dość ostrożnego, jakby zawstydzonego, zwłaszcza gdy daliśmy mu napiwek. Dla nas to niewiele, a dla niego musiał być to gest, którego rzadko doświadcza, dlatego zawsze warto pamiętać o wsparciu zwłaszcza tak małych mieścinek i ich mieszkańców. Zazwyczaj są piękne, jednak brakuje im wsparcia finansowego – większość pieniędzy przeznaczana jest na rozbudowę stolicy kraju, przez co widać ogromny kontrast między poszczególnymi miejscowościami. O tym będę pisać jeszcze w osobnym wpisie.

Jedyne, co zaskoczyło nas raczej negatywnie (zresztą nie tylko tutaj, zdarzało się też w innych miejscowościach Macedonii), to wiele drzwi czy ścian wymalowanych sprayem, a konkretnie swastykami. Czemu i skąd takie zapędy? Nie wiem, ale mam nadzieję, że zanikają.

Ciekawostka: W Vevchani 12-14 stycznia odbywa się festiwal, czy też może bardziej karnawał z okazji uczczenia Nowego Roku. Każdy uczestnik przebiera się, odbywa się też mnóstwo pogańskich zabaw i tradycji. Kostiumy Macedończycy wykonują przeważnie samodzielnie, a zdjęcia, które udało mi się z tej okazji znaleźć, przypominają dość mocno imprezę halloweenową. 😉

KLASZTOR ST. NAUM

Znajduje się ok. 30 km od Ochrydy (ok. 40 minut jazdy autem) i warto połączyć tę atrakcję z przystankiem właśnie w Bay of Bones. Tutaj również możemy wykupić rejs, który obejmuje zobaczenie obu tych miejsc, jak już wcześniej wspominałam. Dlaczego klasztor cieszy się aż taką popularnością? O św. Naumie będziecie podczas pobytu w Macedonii słyszeć wielokrotnie, nie da się też nie zwracać uwagi na liczne pomniki, które mu postawiono. Uchodził za ucznia Cyryla i Metodego, stworzył szkołę piśmiennictwa w Ochrydzie, no i właśnie ten wspominany wyżej klasztor na wzgórzu, w którym został pochowany. Dla ludzi, którzy lubią legendy, wierzenia i miejscowe opowiastki – mówi się, że stojąc przy grobie świętego, słyszy się bicie jego serca (mniej więcej tam wybija źródło wodne, stąd ten efekt).

Atrakcja to jednak nie tylko klasztor, a cały kompleks budynków wokół niego. Płacimy tak naprawdę nie za wstęp, a za sam parking (ok. 4 zł), z którego rozciąga się długi deptak z kramikami po jednej stronie. Możemy kupić biżuterię czy coś stricte turystycznego, jednak prym wiodą obrazki świętych, krzyże i raczej symboliczne pamiątki. Im bliżej podnóży klasztoru się znajdujemy, tym wyraźniejsze staje się pokrzykiwanie pawi – naprawdę, wydają z siebie dźwięki co chwilę, a że jest ich dużo (przynajmniej kilkanaście), to po krótkiej chwili odbieramy je jako hałas. W ogóle nie boją się ludzi, pozują do zdjęć, a nawet śpią pośród zamieszania. Spacer między nimi jest zapewne jedną z większych atrakcji, zwłaszcza że to jedyne takie miejsce, które kojarzę, gdzie udało nam się spotkać… pawia albinosa. Dostojnego, w pełni opierzonego, tylko po prostu zupełnie białego. Wygląda bajecznie i każdy chce zrobić z nim zdjęcie.

Wokół znajduje się tez dużo knajp – jedna z nich pełni funkcję restauracji i hodowli ryb w jednym, więc wiemy, że dostaniemy wysoce jakościowy posiłek za odpowiednią cenę (Restaurant Ostrovo). Możemy także przejść się po parku z kwiatami i fontannami. Jeśli chodzi o sam klasztor… jest okazały, ale jednak po zobaczeniu dużej ilości podobnych budowli, już tak nie zachwyca. To bardzo tradycyjny budynek – pomarańczowy, przyozdabiany cegiełkami, jak większość kościołów, klasztorów i bazylik w Macedonii. Polecam więc zwiedzić go stosunkowo szybko, żeby doznać tego efektu „wow”. Z góry za to rozciągają się piękne widoki na jezioro.

Tak właśnie przedstawiają się trzy miejsca, które warto odwiedzić, gdy jesteśmy zmęczeni dalekimi podróżami albo po prostu nie lubimy pokonywać nie wiadomo ilu kilometrów w jeden dzień, będąc na wakacjach. Najlepiej przeznaczyć sobie na nie dwa dni (naszym zdaniem najbardziej optymalne wykorzystanie czasu), jednak trzy tez nie są złą opcją, jeśli np. pracujemy zdalnie i zwiedzamy wyłącznie popołudniami. Mam nadzieję, że przekazałam Wam nowe, przydatne informacje i że chociaż o Vevchani Springs nie słyszeliście wcześniej. Dajcie znać, czy już widzieliście wszystkie te atrakcje i jakie wywarły na Was wrażenie. Trzymajcie się ciepło!

Macedońskie wodospady – ranking, opis dróg oraz fotorelacja: Duf, Smolare, Koleshino, Sin i nie tylko

Macedonia nie jest specjalnie obleganym kierunkiem przez Polaków i mam wrażenie, że wiele osób nawet nie zdaje sobie sprawy z piękna oraz ilości niezwykłych miejsc, jakie ten kraj ma do zaoferowania. Co więcej – wielu ludzi nie wie nawet, gdzie to miejsce znajduje się na mapie, mimo że lecieli do Grecji czy podróżowali do Bułgarii, a przecież to rzut beretem! Oczywiście przywarą wspominanego państwa jest brak dostępu do morza, za to mamy tutaj wiele olbrzymich jezior, strumieni, gór, jaskiń, urokliwych miasteczek czy… wodospadów i to właśnie na nich chciałabym skupić dzisiaj Waszą uwagę. Większość z nich znajdziemy łatwo poprzez Google, jednak dostęp do niektórych nie jest wcale tak oczywisty, jak mogłoby się wydawać. Mam świadomość, że wiele z nich jest nawet nienazwana i skryta w parkach narodowych (o jednym takim też Wam opowiem!), natomiast przedstawię piątkę kandydatów, z którymi udało nam się stanąć oko w oko: wodospady Duf, Smolare, Koleshino, Sin oraz jeden bezimienny, do którego nakreślę drogę. Zapraszam na:

WODOSPAD DUF – POŁOŻENIE

Wodospad Duf leży na zachodzie kraju w parku narodowym Mawrowo, czyli największym parku na terenie Macedonii. Liczy ponad 680 km2, a na jego terenie znajduje się najwyższy szczyt pasma górskiego – Golem Korab. Punkt znajduje się 2764 m n.p.m., co czyni go wyższym od naszych Rysów o ponad 250 m! Jak więc się domyślacie, nawet w najcieplejszych okresach roku wciąż zalega na nim śnieg. Wygląda to bajecznie, bo wokół panuje skwar, roślinność jest intensywnie zielona, niebo nieskazitelnie niebieskie, a pośród tego wszystkiego królują surowe, mroźne skały z białym puchem. Najlepszy widok na nie rozciąga się z klasztoru Jovana Bigorskiego, o którym opowiem przy okazji następnych wpisów. Spójrzcie sami:

WODOSPAD DUF – OPIS SZLAKU

Pod wodospad nie prowadzi żadna asfaltowa ścieżka – auto musimy zostawić ok. kilometra od atrakcji. Całe szczęście, bowiem ścieżka do niego jest najbardziej malownicza spośród wszystkich wodospadów, które Wam opiszę. Spacerujemy wzdłuż rwącej rzeki, podążając biało-czerwonym szlakiem. Z początku śmialiśmy się, że trafiliśmy na patriotyczne oznaczenie, po czym okazało się, że w Macedonii praktycznie wszystkie szlaki, gdziekolwiek nie pojedziemy, są oznaczone właśnie w ten sposób. Na szczęście się ze sobą nie pokrywają, dlatego nie ma opcji, że je pomylimy i zgubimy, ale stanowiło to dla nas ciekawą odmienność. W każdym razie większość drogi przebywamy w dole kanionu, a po obu naszych stronach rozciągają się wysokie na ok. 30 m skały. Widok jest niesamowity, a ścieżka łatwa w przebyciu, dzięki czemu możemy cieszyć się w pełni tym, co jawi się naszym oczom. Co ciekawe, na początku trasy znajduje się drewniana budka. Wygląda trochę jak kasa, ale jest nieczynna. Nie wiem niestety, czy ogółem, czy tylko poza sezonem. Nie udało mi się znaleźć informacji na temat istnienia jakichkolwiek biletów wstępu w lecie – istnieje duża szansa, że obecnie się ich nie sprzedaje, bo do wszystkich dóbr naturalnych dostaliśmy się za darmo w obrębie całego kraju.

W połowie drogi do wodospadu znajdują się drewniane stoły i ławeczki, gdzie możemy odpocząć, zjeść, napić się i wsłuchać w szum wody. Gdy miniemy ten punkt, w miarę docierania do celu temperatura staje się coraz niższa. Mimo ogólnego gorąca można rzec, że przy samej atrakcji jest dość zimno, więc dobrze mieć ze sobą jakąś narzutkę lub kurtkę (najlepiej przeciwdeszczową…). Musimy przejść przez kilka niewielkich, drewnianych pomostów i to chyba najmniej komfortowa część podróży. Wiele z nich jest dość wątpliwego stanu – drewno przesiąka wilgocią, więc jest dość miękkie i plastyczne, przez co ugina się pod stopami. Parę desek w różnych miejscach odpadło, są też dziury, więc dobrze przechodzić pojedynczo i stąpać ostrożnie. Nie jest to jakaś wielka przeszkoda i nic się nie powinno stać, o ile nie skaczemy i nie biegamy całą grupą. 😉 Ostatnia kładka prowadzi nas już pod sam wodospad skryty w skałach. Trzeba podejść bardzo blisko, żeby zobaczyć go w całej okazałości. Jego kaskada ma niecałe 30 m i rozbryzguje się o skały wystające na drodze, więc nie sposób uciec stamtąd suchym. My po chwili robienia zdjęć byliśmy tak mokrzy, jakbyśmy wyszli spod prysznica, ale dla nas to była fajna część atrakcji.

WODOSPAD KOLESHINO – DOJAZD I OKOLICE

Następny w kolejności obejrzeliśmy wodospad Koleshino (Kolešino) znajdujący się we wschodniej części kraju. Dojazd w tamte rejony jest dość toporny – mnóstwo wąskich, górskich dróg w kiepskim stanie. Wielokrotnie wjeżdżamy na powierzchnie nieutwardzone i choć nie przebywamy nie wiadomo jakich odległości, to podróż zajmuje wiele czasu. Jesteśmy jednak w stanie zatrzymać się niedaleko przy głównej drodze na czymś w rodzaju leśnego parkingu jakieś 300 m od atrakcji. Dojście nie jest wysiłkowe, ale też ciężko nazwać je urokliwym. Powiedziałabym nawet, że zakrawa o zaniedbanie i niechlujstwo. Zapach unoszący się wokół przypomina ni to końskie odchody, ni kanalizację. Później zanika, w miarę jak znikają porozrzucane przez miejscowych śmieci oraz rury wystające z różnych miejsc w ziemi.

Niestety trzeba zdawać sobie sprawę, że to, co dla nas uchodzi za atrakcję, dla Macedończyków niejednokrotnie stanowi chleb powszedni, który może nawet nie do końca doceniają. W tego typu miejscach często znajdziemy wiele opakowań po przekąskach czy butelek po alkoholu, paczek papierosów itd. W sumie było pusto, spotkaliśmy tylko dwóch miejscowych, którzy przyjechali nad wodospad zapalić fajki. Tutaj powstaje więc pewien dylemat, bo tego typu miejsca kochamy za swobodę przebywania w nich, wchodzenia w każdy nieogrodzony i niezagospodarowany zakamarek, a jednak bez nadzoru lub samodyscypliny mieszkańców nie sposób uniknąć w nich różnego rodzaju zanieczyszczeń i ekologicznych rozczarowań.

WODOSPAD KOLESHINO – OPIS

Piękno wodospadu wynagradza jakiekolwiek zastrzeżenia, które pojawiają się wcześniej. Nie jest wysoki, bo zaledwie 15 m, natomiast nadrabia szerokością – 6 m. Woda nie ma dużego pędu, dzięki temu spływa wieloma kaskadami w powolny, niemalże delikatny sposób. W zimie zdarza się nawet, że spora ich część zamarza. Widok jest naprawdę przepiękny, majestatyczny. Co mnie absolutnie kupiło, to skonstruowana drewniana drabina przy samym wodospadzie, dzięki której możemy wejść na wyższą półkę skalną. Jeśli kogoś naszłaby ochota, miałby możliwość się nawet wykąpać, chociaż nie polecam, bo woda jest tak zimna, że zetknięcie się z nią wywołuje ból. 😉 Drabinę oczywiście przetestowaliśmy, jakżeby inaczej! O dziwo nie przegniła ani nie spróchniała – jej stan jest na tyle dobry, że nie ma żadnych obaw przed wspięciem się. Wrażenie z tak bliska jest naprawdę wspaniałe, choć trzeba się liczyć ze zmoknięciem. 😀

WODOSPAD SMOLARE – DOJAZD I OPIS

Jeśli już odwiedzimy Koleshino, to grzechem byłoby nie udać się kawałek dalej na wschód do Smolare. To najwyższy wodospad w Macedonii, który liczy prawie 40 m, natomiast jest też stosunkowo wąski i „zbity”. Auto zostawiamy na parkingu tuż przy restauracji, bowiem teren jest najbardziej zagospodarowany ze wszystkich opisywanych w tym poście miejsc. Do uszu napływa muzyka, jest mnóstwo ławek i miejsc do siedzenia. Zamontowano też wiele śmietników, dzięki czemu okolica jest nieskazitelnie czysta. Zazwyczaj w tym miejscu odbywają się lokalne targi, gdzie możemy nabyć typowo macedońskie produkty, jednak poza sezonem się z nimi nie spotkaliśmy. Drogowskazy w tym miejscu informują, że mamy do przejścia 600-800 m, nie pamiętam dokładnie. Wiem jednak, że była to odległość liczona w linii prostej, bo dojście do atrakcji zajmuje trochę czasu. Szacowałabym raczej, że marsz to ok. 1300-1500 m. Dróżka nie jest karkołomna, ale musimy liczyć się z dużą ilością schodów i tym, że cały czas idziemy pod górę poza zejściem do platformy przy samym wodospadzie. Troszkę kondycji jest więc jak najbardziej wskazane.

Wodospad robi wrażenie, natomiast on sam i dojście do niego w porównaniu do pozostałych odwiedzonych przez nas miejsc ocenilibyśmy jako raczej przeciętne. Kaskada rzeczywiście jest potężna, szum duży, ale pod platformą da się dostrzec śmieci już w samej wodzie i trochę to psuje ogólny ogląd. Miejsce uchodzi za największą atrakcję turystyczną tego typu, ale my radzilibyśmy Wam odwiedzenie reszty pozycji z naszej listy, by ocenić, czy rzeczywiście tak jest. Naszym zdaniem niekoniecznie, więc na pewno warto spróbować. Opłaca się zobaczyć, jednak Smolare nie jest naszym faworytem.

WODOSPAD SIN I ROZTOPOWY – OPIS SZLAKU

Kolejny wodospad odnaleźliśmy właściwie przypadkiem. Wróciliśmy do Mawrowa, żeby urządzić wycieczkę do jaskini Alicica, którą opiszę w następnych postach. Na samym początku dostrzegliśmy jednak tabliczkę, że zaledwie 500 metrów za wyznaczonym przez nas celem znajduje się wodospad Sin, więc bez zastanowienia postanowiliśmy nadłożyć drogi i zobaczyć, czy rzeczywiście jest to na tyle ciekawa atrakcja, że opisano ją już na początku szlaku. Nie wiedzieliśmy, czego się za bardzo spodziewać – na pewno nie tego, że po drodze napotkamy kolejny, dużo okazalszy wodospad bez żadnej nazwy. Z parkingu, czyli właściwie polany, gdzie zostawiamy auto, musimy przejść 3,5 km do jaskini, a jakieś 300-500 m przed nią znajduje się niespodzianka, więc na pewno jej nie ominiecie. 😉

WODOSPAD ROZTOPOWY – JAK GO ZNALEŹĆ?

Ścieżka w maju jest bardzo malownicza – widoki skał, porośniętych mchem drzew, moc kolorowych, rozkwitających kwiatów i płynące obok większe bądź mniejsze strumyki. Mimo że drogę oznaczono jak górski szlak, podejście w większości nie jest trudne, choć są fragmenty, gdzie musimy zebrać nieco siły i maszerować mimo zwiększającego się nachylenia. Nie jest turbo prosto, ale też nie trzeba mieć niesamowitej kondycji. Wodospad wyrasta przed nami dość niespodziewanie i nagle. Można do niego podejść – w tym celu schodzimy z głównej ścieżki kawałek na dół, z tym że warto znaleźć gałęzie czy konary, których możemy się przytrzymać. Nawierzchnia jest dość śliska ze względu na dużą wilgoć i grubą warstwę liści pod stopami. Trzeba uważać, żeby nie wpaść w dziurę i nie skręcić sobie kostki. Spokojnie – jeśli się na to nie zdecydujecie, to widok z góry też będzie dobry, tylko mogą Wam odrobinę przeszkadzać zarośla.

Kaskady mają ok. 10 metrów i są dość szerokie. Prawie nie widać skał, więc widok jest taki, jakby woda wypływała spomiędzy roślin. Podejrzewamy, że to wodospad, który pojawia się w tym miejscu okresowo ze względu na roztopy, dlatego nie ma o nim żadnych informacji, nie jest opisany, ani nie ma nazwy. Jeśli jednak planujecie pieszą wycieczkę w maju, to zapewniamy, że tam będzie! Naszym zdaniem jeden z dzikszych i ładniejszych okazów – kazał się ciekawszy niż ten, do którego pierwotnie szliśmy. Ba, był w sumie najfajniejszym przystankiem na szlaku tego dnia.

WODOSPAD SIN – NA CO ZWRÓCIĆ UWAGĘ?

Do wodospadu Sin stamtąd zostaje nam ponad pół km do przejścia i niedługo potem natrafiamy na moim zdaniem najtrudniejszy odcinek drogi – kamienne osuwisko bez żadnych zabezpieczeń. Ścieżka jest wąska, pod stopami rusza się dosłownie wszystko i człowiek raczej szybko chce stamtąd uciec. Nie jest to rzecz nie do przejścia, ale wymaga dużej uważności i ostrożności.

Pokonanie tego fragmentu rekompensują później widoki strumienia płynącego zakolami aż do końcowego punktu wycieczki.

Pod sam wodospad nie udało nam się jednak podejść, choć w oddali malował się pomost. To potwierdzenie naszej wcześniejszej teorii o roztopach, bowiem ścieżka coraz bardziej zanika, robi się węższa, aż w końcu przed nami pozostaje jedynie szeroki, lodowaty strumień, którego nie sposób przebyć. Jedyną opcją jest zdjęcie spodni i marsz, ale nie wydaje mi się, żeby wędrówka po śliskich kamieniach się powiodła, ani żeby była dobrym pomysłem przy tak niskiej temperaturze wody. Oto obraz, który towarzyszył nam przy końcu podróży:

Na zakończenie przygotowałam jeszcze ogólne zestawienie – po części ranking, po części najważniejsze informacje o każdym z wodospadów, które pozwolą  przygotować się Wam do własnej podróży i zdecydować, co, kiedy oraz w jakiej kolejności obejrzeć.

RANKING WODOSPADÓW I ICH OKOLIC

Wodospad z najpiękniejszymi kaskadami:

  1. Koleshino (dodatkowy plus to drabina, po której możemy wejść pod same strumienie wody)
  2. Bezimienny wodospad w drodze do wodospadu Sin (uwaga: roztopowy, być może da się go zobaczyć jedynie w okolicach maja)
  3. Smolare (najwyższy wodospad Macedonii)
  4. Duf (skryty w skałach, warto zabrać przeciwdeszczowe kurtki, wszechobecna mgiełka wodna)
  5. Sin (niemożliwy do zdobycia w maju, da się obejrzeć z daleka, stosunkowo niewielki)

Najpiękniejsze dojście do wodospadu:

  1. Duf (ok. 1 km przejścia w kanionie, czysto, w połowie drogi miejsce na postój z ławeczkami)
  2. Bezimienny wodospad w drodze do wodospadu Sin (niecałe 3 km, bardzo malownicza droga, nieco wysiłkowa, ale przyjemna)
  3. Sin (do w/w miejsca fajna, później trudny moment ze względu na kamienne osuwisko bez zabezpieczeń)
  4. Smolare (ok. 1 km i 300-500 m, bardzo turystycznie, mnóstwo schodów)
  5. Koleshino (ok. 200-300 m, nieprzyjemny zapach, dużo śmieci, rury wystające z ziemi)

Ode mnie to tyle – zapraszam do dzielenia się przemyśleniami i własnymi opiniami. Który wodospad sprawia dla Was najlepsze wrażenie? A może widzieliście już część z nich? Koniecznie dajcie znać!